- Opowiadanie: Vermesq - YANKALL - Odrodzenie najmłodszego

YANKALL - Odrodzenie najmłodszego

 

“Obym razem tym obecnym nie poległ, przy doborze odpowiednich słów...

   

                                                                                                                             ...godnych Twego czasu, człowieku”

 

 

 

 

Opowiadanie dotyczy najmłodszego z ‘Wielkiej Czwórki’ oraz wydarzeń mających miejsce bez mała w całym królestwie.

 

                                                           Wielka Czwórka – Mianem tym zwykło nazywać się grupę wybrańców, której przeznaczenie spisano w najstarszych księgach i tak dalej...

 

                                                                                                                                                             I jeszcze odrobinę...

 

 

“...nie jestem Pisarzem. Zwą mnie... Znakmistrz” - dopiero wówczas, gdy osiągnie rangę Słowopisza Wtajemniczonego, zostanie pisarzem. Spróbuje nim zostać. Jako zadośćuczynienie... gotowy na mocy chwili obecnej, powierzyć Twym oczom drobny podarek – przyjemnej lektury

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

YANKALL - Odrodzenie najmłodszego

‘Księga miliona nieposłusznych słów’ 

Jedna z wielu. Przeznaczeniem ich, stworzenie… Sagi. 

(miejmy^nadzieję. Noo, a przynajmniej autor mieć winien)

 

 

 

 

 

Magur – nader często, o ile nie zawsze, magikiem lub czarownikiem tudzież czarodziejem zwany. Magurów bali się chyba wszyscy. Większość jak było wiadomym, nie pokładała wiary w istnienie, spotykanych z rzadka bytów. I słusznie, bowiem ci, którzy wrócili do dawnego życia, skrywali fakt przemiany. Magurowie, bez mała razem każdym, nie powracali z tajemniczych, rzekomo nieodkrytych miejsc. Porwani, mimowolnie wyszarpnięci z własnego wymiaru, padali ofiarami Demonów. Uprowadzeni zazwyczaj byli ludźmi, przepadającymi w bezmiarze demonicznych miejsc. Choć zdarzały się również insze, przetrzymywane tam lub uśmiercane, rasy. Od elfów, gnomów, półludzi, przez orków, niziołków  czy krasnoludów… na czym kończąc? Niewiadomym.

 

 

*  *  *

 

 

– A ty, od czego tutaj jesteś? – kruczobrody osaczył pytaniem Yankalla.

 

– Czasem się przydaje – niepewnie wymamrotał fąfel.

 

– Kto? – ponowił mężczyzna.

 

– Yyy, jak to kto? – odbąknął zaniepokojony chłopiec – No j… ja – wyjąkał.

 

– Zatem gaworz ze mną, jak przystoi Cienirowi – Brodacz chwycił szkraba niemożliwym do odmalowania słowami, wzrokiem.

 

– Nie pojmuje – uspokoił się nieco.

 

– Słyszę – rzekł starszy, o ile nie naj… wojak – Przydaję. Ę, gamoniu wszeteczny. Jak zdołasz spacyjatum chodzić po królestwie, arystokratów nie ubódłszy, zadania powierzone czynić, he?

 

– Oj Relgrin, odpuścił byś nieco z jego nauką – wtrącił, dopiero co przybyły, krwistooki magur - Na szermierce winien się skupić pierwej. Wszak dziś świętować zamiarem naszym. Mylę się?

 

– Nie czarowniku, nie mylicie się, lecz nam gęsi nie potrzebne. Mus co rychlej nauczyć młodego jako takim ozorem wywijać. Zalecenie Gaetha – Dodał gwoli ścisłości, na powrót jąwszy demonstrować podstawową fintę z wypadem pół-krocznym. Berbeć próbował chwytać każdy ruch, na dobre zapominając o zmęczeniu.

 

– Zaszkodzić nie powinno, brnijcie tedy. Znikam za moment lub trzy, widziałeś gdzieś Wiluviel? Mus mi pogaworzyć chwile dwie…

 

 

*  *  *

 

część pierwsza

 

 

Tuż przed wejściem do oberży leżał na wpół przytomny, nie młody chłop, odziany w poszarpaną tunikę z szerokim pasem. Staruszek, słysząc zbliżające się kroki zebrał ostatki sił, lecz tych starczyło mu tylko na wzmocnienie uścisku jakim obdarzył tajemniczy bukłak, ledwie wystający zza obłoconego, powlekanego rzemieniem paska. Widać bezpieczeństwo napitku cenił o wiele bardziej niźli zaspokojenie ciekawości.

 

"Pod Jaszczurzym Sadłem" …tak bowiem nazywała się gospoda w północnej części miasta. W jej wnętrzu, umykając szalejącej wichurze, schowało się… naście osób; nie licząc obsługi. Upatrzony stolik znajdował się w najmniej oświetlonym kącie izby, prawie że pod czmychającymi w górę, kamiennymi schodami. Racjonalnie rzecz biorąc można uznać, jakoby przy wyborze miejsca kierował się doborem odpowiednio stłumionego światła, tak sprzyjającego niecnym knowaniom. Z drugiej jednak strony mężczyzna, który jako jedyny z obecnych wciąż nie ściągnął nakrycia głowy, niby w obawie przed rozpoznaniem, zdecydowanie przyciągał uwagę. Wiedział o tym bardzo dobrze. Mimo wszystko, wyglądało jakby kompletnie nie dbał o ten jakże widoczny drobiazg. Być może najbliższe prawdzie byłoby stwierdzenie… po prostu lubił mrok. Natomiast przy wyborze miejsca zaważyły takie aspekty jak ściana za plecami czy doskonały widok na niemal całą izbę. Gdyby jednak spojrzeć na to z innego punktu widzenia… Mogłoby okazać się, że wszystko… jako jedność, stanowiło podstawę analizowanego filaru sytuacji…  

 

 

…wieczór, tego samego dnia 

 

 

Drzwi tawerny, niczym skorupa orzecha jesienią, rozwarły się za jednym cięciem niewidzialnego ostrza… wpuszczając zniecierpliwiony, przemarznięty wiatr, który zderzył się z panującym wewnątrz ciepłem. Przeklęte podmuchy, ignorując obecność oraz potencjalne skargi gości, bezceremonialnie zatraciły się w walce między sobą. Przepychając bez ładu i składu;  to w jedną, to w drugą… do gospody natomiast wszedł niezbyt tajemniczy osobnik. Jeden z okolicznych bywalców, sądząc po reakcji grupki już obecnych. Nowo przybyły… wykwintnie, acz niedbale ubrany, ewidentnie stoczył bój ze spóźnieniem. Zwycięski, jak widać. Dzięki czemu cała piątka koniec końców mogła ruszyć z chłepczącym podbojem tutejszego szynkwasu…

 

– Obawiam się – niezręczną ciszę przerwał drugi z siedzących w półmroku mężczyzn. Był nim łysy, dosyć niskawy człowiek z blizną na twarzy. Oczy… Jego oczy zwyczajnymi definitywnie nie były. Bardziej powiedziałbym imitowały pewien szlachetny kamień. Krwisty rubin? O ile w ogóle nie zostały nań podmienione  – że obecnie dostępne punkty widzenia uniemożliwiają nam pełne zrozumienie poruszonej kwestii. Mianowicie… 

 

– Przestań pieprzyć – skwitował skryty w kapturze – darowałbyś sobie zbędne, jak mniemam zawczasu przygotowane wywody. Zwykły bełkot. Dobrze wiem jak wygląda sytuacja. Narobiliście burdy… rozbestwiliście chaos – kontynuował, nie zwracając uwagi na zobojętniałą minę swego rozmówcy – Jak zwykle coś poszło nie tak i ktoś to musi posprzątać, rozumiem… Nie pojmuję natomiast tego, jak możesz być do tego stopnia niedoinformowany… Trzy dni. Tyle potrzebuję, by zorganizować ludzi.

 

Nagle, niczym przy użyciu najostrzejszej z powszechnie znanych brzytew, wnętrze tawerny przeciął powiew tajemniczego wiatru. Ot przesiąknięty normalnością, ciepławy wiaterek, tuż obok stolika przy którym siedzieli. Nawet przyjemny… Mężczyzna w kapturze, o ile po raz wtóry zignorował kolejnego, nowo przybyłego gościa w tym nienagannie ogrzanym przybytku, o tyle zaskakująco żwawo zareagował na pojawienie się nieoczekiwanego podmuchu. Koncentrując resztki rozmemłanego skupienia, utkwił wzrok w zawieszonej tuż nad wejściem, jaszczurzej głowie gigantycznych rozmiarów; Uprzednio przecinając zmysłem widzenia miejsce, z którego napłynął zdałoby się nic nie znaczący powiew. Coś mu jednak nie pasowało. Coś w nim było nie tak… inaczej, niż być powinno. Choć w najdrobniejszy sposób nie zdradził wewnętrznej, jakże gwałtownej reakcji, domyślił się. Wszystkiego…

 

Znajdowali się w karczmie, za ścianami zacnego przybytku pizgało niesłabo, zaś ich stolik znajdował się wystarczająco daleko od tutejszego ognia, by można było z czystym sumieniem zapomnieć o niewinnym dotyku przyjemnego ciepełka. Wprawny wzrok, przy odrobinie wysiłku dostrzeże niemal po przeciwnej stronie izby, leniwy taniec rozkapryszonych płomieni. Lecz nic ponadto… Może co najwyżej przeskoczyć wzrokiem… dajmy na to wolno stojące lub pozawieszane na ścianach różności. Od obrazów, przez kunsztownie zdobiony oręż, kończąc na słynnym posągu jaszczurzego praojca. Miał on jakoby zostać zaklętym w kamień, na początku drugiej ery… przez wynajętych ludzi, samego Bifulva. Najemnicy wykonali więc rozkaz ‘największego’ z wówczas znanych czarodziejów, przekazując w późniejszej chwili dowód jego dokonań, niedoszłym teściom. Bifulv bowiem upodobał sobie córkę tutejszego, obecnie zmarłego od dawien dawna, właściciela tawerny.

 

– Czas nagli – rzekł czerwonooki – jak mniemam wyczekujesz spotkania… krótko zatem. Zbierz swoich. Nim noc po raz czwarty zrodzi świt, bądź gotów… wówczas otrzymasz dalsze, niezbędne informacje. Do tego czasu odpocznij. Zasłużyliście. Na świętą bieliznę Faeraell… Gniazdo zmutowanych wiwern?! Tuż opodal miasta? Kto by przypuszczał… dużo ich było? Ni… nieważne – pogrążając się w zadumie, tajemniczy gość zakapturzonego, przeistoczył się w dymną imitację własnego cienia. Znikając, szepnął na odchodne – Bywaj Gaeth… jeden jest na dachu, nie zapomnij… pewnikiem obmacuje w tym momencie łuk lub – ostatnim dźwiękiem jaki usłyszał było : ę-y-sz-u-k – zaburzona percepcja postrzegania rzeczywistości – pomyślał, chyba mimowolnie – wywołana rozdarciem oraz załamaniem obrazu teraźniejszego wymiaru… w celu utworzenia specyficznej projekcji, niezbędnej do utworzenia portalu… jakiego ewidentnie użył Tactus. Dym był wyłącznie przykrywką, odwróceniem uwagi. Mus przyznać, w stylu godnym ballady.

 

Łysego, a raczej jego niekonwencjonalnego zniknięcia, nikt nie zauważył… z prostej przyczyny. Tutejszy artysta wreszcie zdecydował co należałoby zagrać. Po długo wyczekiwanej chwili, którą umyślnie przeciągnął, by nasycić się triumfem swego talentu nad pogardą tych nielicznych, którzy za złe mają mu korzystanie z cudzych tworów… 

 

Wnętrze tawerny wypełnił delikatny brzdęk, odrobinę zawstydzonej lutni. Viridis Tactus, bo takim mianem zwykł się przedstawiać niedawny towarzysz Gaetha, wcale nie zniknął niepostrzeżenie. Będąca blisko całego zajścia służąca, nie poświęciła większej uwagi, by przeanalizować dziwny sposób jakim ulotnił się jeszcze dziwniejszy jegomość. Przyzwyczajenie do tego typu zachowań? Czy zwykła, powszechna sztuczka, nie warta wyodrębnienia…  może po prostu zdrowy rozsądek zabronił wściubiać nos w nie swoje sprawy. Lokalny grajek, dublując jedną z najsłynniejszych ballad (barda i poety, znanego na świat cały, mistrza) Jaskra, zaimponował przesiąkniętej trunkami widowni. Upłynęło wiele chwil, nim do tawerny zawitał jeszcze jeden gość; wkomponowując się w ciszę niezbędną przy wyborze następnego utworu.

 

Nie lza odgadnąć. Chłodny wiatr, czy przygniatająca cisza… faktem jednak, iż jedno z dwojga wyrwało ukrytego pod kapturem z tajemniczej zadumy. Ciszę co prawda mogła naruszyć niedawna eksplozja u jednego z bywalców – wybuch z grupy siarkowodorus-bonkus, będący symptomem przesilenia… w korzystaniu z dostępnej przezeń materii, pierd najprawdziwszy. Co gorsza w najczystszej, wręcz podręcznikowej postaci.

 

Istnieje wiele poszlak, popartych mniej lub bardziej wiarygodnymi dowodami na temat smoków. Magiczne czy nie, podczas trawienia najróżniejszego jadła, dysponowały niekiedy wystarczającą ilością gazów… Wystarczającą do czego? Do spopielenia przeciętnej wielkości domostwa. Strach ze szczyptą niesmaku bierze na myśl o zaakceptowaniu faktu, jakoby smok nie tylko paszczą, ale i zadem działając, siał postrach wśród pospólstwa…

 

– Ard Gaeth? – rozległ się nieoczekiwany szept, tuż przy stoliku kapturzastego. Ten nasamprzód nie zareagował, topiąc beznamiętny wzrok w naczyniu, na którym odgrywano przedstawienie parnych obłoków, unoszących się z przyniesionej chwilę temu, gorącej zupy. Mężczyzna, choć wydawać by się mogło zupełnie nieświadomie, dał pokaz iście mistrzowskich umiejętności, dźgając dziwacznym sztyletem drobniuteńkie kawałki spieczonego chleba. Te, uprzednio zatopione, wypływały w zupełnie innym miejscu. Dokładnie tam, gdzie zawczasu kierował swe ostrze, przewidując zdałoby się chaotyczny ruch – Ki czort? – wymsknęło się natrętowi przez zaciśnięte zęby, gdy człowiek w kapturze nie przerywając spektaklu, uniósł głowę – Demon najprawdziwszy – kontynuował w myślach – pojmę całość, wszystko jako żywo, ale czegoś takiego… – szept na dobre rozsiadłszy w zdziwionej głowie, umożliwił oniemiałemu wykonywanie wzrocznych skoków. Z talerza na sztylet i na odwrót.

 

– Mów co masz powiedzieć – odrzekł chrapliwym głosem, nie zaprzestając zabawy maleńkimi, chrupiącymi topielcami – Ostatnimi czasy nader bardzo cenię sobie możliwość spożycia posiłku w towarzystwie… ciszy – dodał moment lub dwa wyczekawszy, wywołując tym samym jeszcze większe napięcie. Zapewne potęgując u szlachetki narastającą obawę. Uczucie niepewności nasilało się wraz z umykająca po cichutku chwilą… (– spieprzała skubana… na paluszkach. Yyy na łapkach. Ta-ye! Tup… Tup,tup… – o, taki to on groźny był i straszny zarazem… No, a przynajmniej takim lubił być postrzegany, często to wykorzystując)

 

– Za przyzwoleniem – rzecz jasna nie czekając na takowe, tajemniczy gość rozsiadł się niezbyt zgrabnymi ruchami, po przeciwnej stronie stołu. W dłoni trzymał zwitek pergaminu ze specyficzną pieczęcią. Bez chwili zwłoki położył list na godnym pochwały, czystym blacie. Obserwacjom niespotykanego wcześniej pokazu, nie zaniechał… Na pierwszy rzut oka wyglądał niczym zwykły szlachcic. Jednak ktoś zaznajomiony z jemu podobnymi, reprezentującymi wyższy poziom dobrobytu… Bez wahania zauważyłby różnicę między przeciętnym, nastroszonym pięknymi piórkami pawiem szlacheckim, a prawdziwie urodzonym, potężnym wielmożą. Dla przykładu warto by wspomnieć o szatach, które dlań powstają. Miast, jak ma to miejsce w przypadku tych pierwszych, pięknych piórek… ci drudzy, zamożniejsi przywdziewają diamentowe skrzydła. Odzienie, choć niepomiernie podobne, różni się od siebie wykorzystanym materiałem; Czasem wielokrotnie droższym. Nader często zawyżane zostają ceny tak, by twór stał się jeszcze wartościowszy, cenniejszy… wyznając prostą zasadę: im drożej, tym większy prestiż.

 

– Jestem Ibnghor Hordhil Vernjanal, wysłannik Rady Reg…

 

– Nie wydaję mi się, aby monarcha ostatnimi czasy powoływał jakikolwiek organ władzy – wtrącił lekko zaintrygowany Gaeth, najwyraźniej znudzony dotychczasową zabawą – Do rzeczy. Kto przysyła i za co raczy zapłacić?

 

– Jak już mówiłem, jestem…

 

– …na wszystkie dziewki najwyższego, mówże! Z czym waść przychodzisz i co oferujesz, zupa stygnie – furia z jaką wybuchnął zaskoczyła jego samego. Nie był zły. Tak mu się przynajmniej wydawało. Ilość bóstw czczonych w królestwie była spora. Decyzję o zbluzganiu ‘najwyższego’ podjął zupełnie świadomie, choć wybór akurat jego… był losowy. Tego typu błahostka w połączeniu z użytecznym nakryciem głowy zazwyczaj wystarczała, by nadać ton… bądź co bądź niechcianej rozmowie. Na zgubę sługusa jakiejś tam rady, twarz najemnika beznamiętnie tkwiła w nieprzeniknionej czerni, wypełniając pobliskie powietrze gęstą mazią niepewności… ogrodzonej grubo szytym kapturem. Przerażony wysłannik nie był w stanie ujrzeć uśmiechu rozbawienia jaki zagościł na twarzy mężczyzny. Niemiłego na pierwszy rzut oka. Ten, widząc zmieszanie w oczach wielmoży, postanowił zacząć – Jak zapewne wiesz, trudnimy się rozwiązywaniem tego co nazbyt związane. Z pewnością dysponujesz wiedzą wystarczająco obszerną, by potwierdzić fakt, jakoby w dzisiejszych czasach rozmiar supłów przewyższał umiejętności powszechnie dostępnych rozplątywaczy. Pojmuję – kontynuował niewzruszenie – że nie obca ci wzmianka o cenach jakie życzymy sobie za nasze usługi. Najistotniejszym stanem rzeczy jest brak rozpowszechnionej, jakiejkolwiek famy o tym… atoli można nas – starannie zaakcentował ostatnie słowo – wynająć… Tym bardziej zastanawia mnie w jakim celu twoja rada zadała sobie tyle trudu, by nas znaleźć…  

 

 

*  *  *

 

 

Po rozmowie, która trwała zdecydowanie zbyt długo, skryty w kapturze przywołał gestem oberżystę; chwilę później otrzymując drugą zupę.

 

– Bita dokładka – rzucił od tak, odprowadzając wzrokiem niczego sobie usłużną, zabierającą niemal nietknięty talerz zimnej zupy.

 

– Hola, gospodarzu! – dobiegło z drugiego końca izby – antałek miodnego i dwa kuf… nie! Dwa antałki i jeden kufel! Wszak swój mam jeszcze – zarechotał, bacznie przyglądający ruchom zgrabnej służki, zbliżający się ku Ardowi, wojak. Minął stolik, drugi… przy trzecim zatrzymał się gwałtownie.

 

– Patrzcie no, myślałby kto ważniak jaki… Patrzajki się tobie znudziły, że tak je podrzucasz na prawo i lewo?! Baczenie kurwa miej w którą stronę, bom wrażliwy na tym punkcie, a ty nijak godnego bitki męża nie przypominasz. Zdobiony fallusie. Skul się, bo pomocą gotowym wspomóc! – syknął, na odchodne zawadzając barkiem dosiadającego się draba.

 

– No, to kwestię jaj mamy za sobą – niesłyszalne dla przeciętnego ucha, kobiece szepty dobiegły od strony szynkwasu. Przeciskały się zza pleców mężczyzny o niedźwiedzich gabarytach. Ten, zawadiackim krokiem zbliżał się do schodów – Czym jeszcze chciałeś zaciągnąć mnie na górę? No? Słucham…

 

– Co ty? O pokrzywę dupskiem przytarł? Taki wrażliwy – Gaeth ciepło powitał kompana, z trudem odrywając wzrok od coraz bardziej kuszących poczynań służącej. 

 

– …a bo się patrzy ciul jeden. Miast jęzor do miski przykleić – odburknął Thorwalk.

 

– Życie ma odbytne to i nie dziwota, że na cudze oko zawiesić pragnie – wydął policzki, widząc krągłości służebnej – Przestań grandzić, bo mus nam jeszcze kilka dni w tym miejscu, gościnę zdzierżyć. Nie możemy sobie pozwolić, na jakiekolwiek ryzyko opóźnienia. Pojmujesz kurwa? Czy za dużo już tego nektaru, he?

 

– Eee, napiłbyś się lepiej – podsunął wolno stojący, na poły pełny kufel tak, by ten niemal samoczynnie wpadł w dłoń kamrata – Łyknij, dobrze ci radzę, bo bredzisz bratku… oj bredzisz na trzeźwego, że niby oni? – oburzył się, nagle przypominając zaistniały niedawno zgrzyt – O, no sam kurwa popatrz… jedną ręką. Powiadam ci ja, jedną! – jakby wyrzucając przed siebie mętne, wciąż jednak drapieżne spojrzenie, kontynuował wywód… nie zabierając wzroku z głębi sali – Słyszałeś, że Hagethan przegrał swój, HYK! – czknął niespodzianie – kwartalny zarobek w kości? Nie zgadniesz kto wygrał…

 

– Nie teraz Tori. Coś się szykuję. Nie do końca wiem co, ale czuję w kościach… Coś spieprzy nasze plany. Jeśli się mylę…

 

– Szczerze kurwa wątpię – wtrącił co rychlej – Zawsze wychodziliśmy zwycięską ręką. Żadnej decyzji nie żałuję, choć nie wszystkie rozumiem i wiesz co? Przypomnę raz jeszcze.  Masz mnie po łokciu, brat. He, pamiętasz? …jak w obozie toczyliśmy pierwsze poważne bitki? Nie jakieś poklepywania drewnianymi mieczykami. Kurwa bałem się czasem Gat, wiesz o tym? Zawsze wiedziałeś. Zawsze byłeś z nas najtwardszy… Ja byłem największy, przez co nie musiałem za wiele główkować. Sprawy same się rozplątywały. Dlatego zgnuśniałem.

 

– Ty?  – uśmiechnął się mimowolnie – Zgnuśniałeś? Haaaaaahhaha – wybuchnął śmiechem mimo wszelkich prób powstrzymania się odeń - Nie wiedziałem, ba nie przypuszczałem nawet o twym kunszcie słownym, Tori…

 

– Bez nabijania, dobre? – odrzekł Thorwalk, pogrążając się w żałobnej zadumie – Uśpiłem swój instynkt – rozwodził bez sensu – Zobacz gdzie dotarliśmy. Ja, szukam okazji do rozgrzania przepitych mięśni i to gdzie? Między trzęsącymi się szlachetkami, w podbrzuszu gadziego praojca. Szlachcice za łajno. Szlachetki, szlachety… Durne sztachety, a nie mężowie królestwa! Byle wam mamon wiecznie sypał. I to dużo! Bo pizdy z was wszeteczne! Do samoobrony niezdolne! Czym to was bóstwa najpodlejsze uczyniły – Choć krzyknął razem pierwszym, znów nie zabrał wzroku, błądząc w nadziei. Zapomniał? Czy uczynił to naumyślnie… nie wiadomym. Jedno jest pewne. Wodził rozczarowanym spojrzeniem po zobojętniałych w większości, obecnych. Ilu poczuło się urażonymi? Nie lza odgadnąć. Chętnych do kontrataku przeciwko agresji wojownika, nie było. Żołnierz Klanu Cienirów. Skrawek nieistniejącego bractwa… Po chwili zaniechał wzrokowym zaczepkom, opierając głowę na łokciach. Właściwie wyglądało to tak, jak gdyby zupełnie w złości, cisnął zmęczonym czerepem w przygotowane wcześniej dłonie. Kubek czy też może kufel… Jął się weń wpatrywać, z każdą chwilą wyraźniej dostrzegając studnię. Bez wiadra, belki czy łańcucha. Wciąż jednak była to… studnia. Coraz częściej widywana w większości nowo zasiedlanych włości – Ciekawe co u Esaji – pomyślał – Arajla,  mała ma już – zastanawiał się ciut za długo, przez co zbeształ siebie, przeklinając zarazem  – Trzy roki…

 

– A ja? Co ze mną, he? Wiesz co? Chędożyć to. Masz rodzinę, dom – na powrót oddał się zabawie… rozmiękłymi kawałkami, zanurzonego w zupie pieczywa. Postukiwał sztyletem o dno talerza, na dobre zatapiając chleb  – Kurwa, stary… ja twojego dzieciaka na oczy nie widziałem. Twojej kruczowłosej pani… też już pamiętać nie lza. Jedź, odpocznij. Przy okazji ich pozdrowisz. Na prezenty jednak nie licz… czas. Rozumiesz chyba. A jeśli chodzi o te pieprzone supły… Dam radę. Nie kłamię, potwierdzisz przecie – złapali się spojrzeniem, przybijając niewidzialną sztamę - Co by się nie działo, ogarnę ten bajzel.

 

 

…okruch chwili późniejszej

 

 

Gaeth był Cienirem. Jednym z najwyższych rangą – Nie wiem wszystkiego. Nigdy nie wiedziałem. Intuicja od zawsze pomagała, gdy ja nie dawałem…

 

– Kurewsko dobra intuicja – Thorwalk, wyrwany z mentalnego odrętwienia, razem kolejnym przerwał przyjacielowi  – wiedzą o tym wszyscy wtajemniczeni. Myślisz dzięki czemu liczba chętnych do wstąpienia w nasze szeregi, wzrasta? He?

 

– Z dającej się przewidzieć przyszłości wynika, że – wydął policzki, rozwierając szerzej ślepia. Wypuścił spory haust powietrza, by odrobinę później podtrzymać wątek –  zaraz się dowiem. Nie mam racji? – w słowach Arda nie było ironii, ot czyste stwierdzenie faktu.

 

– Od ponad dekady czynnie ingerujemy w sprawy królestwa. Wypisując się co prawda z kart historii, owszem. Jednak plotki o naszych wyczynach na długo utkwiły w ich głowach – powiódł kuflem po obecnych – Nawet trolle pieprzą o nas przy swoich wielgachnych ogniskach – zarechotał słabo - Gat, nasz klan obrodził w legendy.

 

– Próbowałem, co by nikt nie wypomniał. Kurwa, nie łatwo tego uniknąć, Tori – skwitował kapturzasty – ale otrząśnij się już. Jeszcze tego brakowało, byśmy podmienili wielkiego woja na barda czy poetę, mielącego bez celu ozorem. Na rzecz klanu, w posiadanie zbędnego artystę jęli – Żart, choć sytuacyjnie zabawny, był równie słaby co trafny zarazem. Obaj bowiem spojrzeli na wyczerpanego grajka, wyczekującego umówionej wcześniej strawy. Cały obraz psuł jeden, bardzo istotny mankament. Otóż, zdawać by się mogło człek obyty, światowy rzec by nawet… Jednak wbrew powszechnie znanej opinii, muzyk bezwstydnie grzebał obleśnym paluchem w zasmarkanym nosie. Zapominając najwyraźniej lub co również mogło zejść się z prawdą, ignorując niedawną, zniesmaczoną już, widownię.

 

Powszechnie słyszanym, w gronie wtajemniczonych rzecz to pewna… wiedza na temat ludzi należących do klanu Cienirów, rosła z każdym rokiem. Gildia, grupa, bractwo, klan, banda… jak zwał tak zwał. Była jedyną ofensywnie działającą jednostką dyplomatycznie militarną, której poczynania poparł sam król i władca. Mało tego, monarcha, w geście zadośćuczynienia za niezliczoną pomoc, zezwolił na dobrowolne korzystanie z dostępnej władzy, oczywiście w granicach rozsądku – kompletnie zawierzył zasłużonym najemnikom. Ulokował więc wybranych na odpowiedzialnych stanowiskach. Ufał, jakoby zdołali zachować umiar. Jeden warunek: dożywotnia lojalność, lecz nie tylko wobec króla. Chodziło o całe królestwo. “Potrzebujemy cieni, gdy nastanie mrok” – zwykł tymże sformułowaniem ucinać mrzonki o ewentualnym rozwiązaniu grupy. A raczej próbie, bowiem niegdyś garstka, obecnie gildia, stała się zbyt potężna. O czym wiedziała większość racjonalistów. Tak więc czyny każdego Cienira obchodziły się bez wiwatów czy hucznych imprez publicznych. Rozplątywacze – jak zwykli… i nawet trzeba przyznać, lubili tak nazywać swą profesję – zazwyczaj wrzucani byli w najgłębsze gówno, gotowe zasmrodzić całe królestwo. Sprawę z reguły wyciszano lub cieniowano na wzór wymaganej chwili. Co czas pewien, laur przypadał ustalonym wcześniej osobom, które kupić chciały bez mała wszystko. Od miłości po szacunek. Takim oto sposobem, kilkoro niedobitków historycznych, nakładając obrane wówczas zasady, na dobre wrosło w przemijający kalendarz… Jednym ze źródeł dochodów było prowadzenie nieoficjalnego handlu swymi nieosławionymi czynami. Nie byle jakimi i nie byle komu, ma się rozumieć. Sprzedawali je złaknionym sławy lub spragnionym sytuacyjnych historyjek, majętnym leniwcom; Zazwyczaj widywano ich w człowieczej skórze. Pod postacią zarozumiałych buców. Ich wszystkich, łączyło to samo. Ten sam przedmiot. Metaforyczny mieszek. Ba, wór… rzec by należało.

 

– Pamiętasz przerośniętego niedźwiedzia, który terroryzował jedną z południowych wsi? Kurwa, szkoda zwierzaka, ale co robić. Na złą, zawaloną słomą dziurę, trafił miodojad. Primo, HYK – czknął raz jeszcze, prostując wskazujący palec lewej dłoni. Zazwyczaj liczył na palcach tej drugiej, jednak trzymany natenczas kufel, odrobinę utrudniał manewr – Futrzak poharatał… kogo nie powinien. Syna przyjezdnego szlachetki, wystaw sobie. Czy tatuśny przydupas przeżył, nie wiem i mało mnie to obchodzi. Szczeniak zwabił niedźwiedzicę do tamtejszej osady, chcąc zagrać na nerwach nieuległej matce. Czegoś mu zabroniła – wtrącił, by wyjaśnić druhowi – Nie o to mnie się rozchodzi. Słuchaj dalej. Gołowąsy jajcarz, rozwścieczył drapieżnego misia, nim ten… Ona – poprawił, co rychlej – Bo to proszę ja ciebie niedźwiedzica była. Otóż zdążyła dopaść kolejną ofiarę. Z prowokatorem włącznie – trzy kolejne łyki zapisały się na kartach niepamiętnej historii – Secundo – drugi palec, dołączając do pierwszego, szybko zakończył bezsensowną wyliczankę. Przecież nie będzie cały czas machał paluchami tuż przed nosem kompana – Zwierzak okrył hańbą innego, znanego szlachcica – kontynuował, nasamprzód wycierając zmoczony podbródek - Jemu akurat, należało się i był to fakt powszechnie wiadomy. Niemniej poszkodowany, a był nim równie wpływowy człowiek, na cel obrał zagładę ‘ichszej  bestyji’ – Podpity żołdak, na lico spróbował wrzucić (z marnym jednak skutkiem) prześmieszną minę staruszki… Wspomnienie towarzyszyło mu od wcale nie krótkiego czasu – Kłopot był, rozkaz był. No i rozszarpaliśmy rozkapryszoną bestię – zaśmiał się odrobinę, przypominając na powrót minę chłopki, od której usłyszał – o ‘najprawszy legyndzie, jak to czlek z miecza poczęty, mianem Cienira plugawego zowiący, rozszarpał po koniecznej agoniji ducha jeichszego, czyli bestyję przeklentą. Te samiuśką potworę, która po śladach Cienirów z inszego wymiaru przybyła’…  Z grubsza pamiętam, chcesz posłuchać? – zwrócił się do kamrata. Ten odburknął niechętnie…

 

– Zacznie miotać ścieżkami przeznaczenia, mówię ci… Miejmy nadzieję, by sił starczyło. Przebrnąć… co by się nie działo – wyrzucił, jakby odrobinę przygaszony Gaeth, wyraźnie pochmurniejąc z każdą kolejną zwrotką; niemal wykrzykiwaną przez podekscytowanego barda – Gdy rozmawiałem z Vermisem – kontynuował, nasamprzód wchłaniając kilka solidnych grzdyli tutejszego miodnego (…) – obyło się bez kaszlu – coś wyczułem. Jakby wiadomość, z tymże w żaden sposób nie zdołałem jej odczytać. Podejrzewam, że jego aura zakłóciła przesył. Nic nie…

 

– To byłem ja – wtrącił Thorwalk – próbowałem cię poinformować o bieżącej sytuacji, gdy podjechał, nooo… ten paw grubaśny z całą tą swoją żałosną obstawą, nieudolnie zabezpieczającą wszystkie trzy rogi budynku – parsknął śmiechem imitując palcami trójząb – Ty widziałeś ile on miał na sobie tych błyskotek? Ciekawym czy na jajca też coś wiesza. Buc jeden – mamrotał coraz to weselszy wojak – Czym kuper zaprzątał, he? Chyba nie przyjąłeś zlecenia, mylę się? Mówiłem ci Gat, byśmy roku bieżącego ominęli to pieprzone miasto. Choć jeden, skurwiały raz. No, mówiłem czy nie?

 

– Mówiłeś, mówiłeś. Słuchaj, nie czas na wyjaśnienia. Niech Relgrin zbierze wszystkich z tej listy. Masz. Do ściągnięcia nieobecnych wyznacz odpowiednie osoby. Aha, bym zapomniał. Przyślij do mnie Wiluviel… taaa – dorzucił po chwili namysłu – Będzie odpowiednia. Przy okazji sprawdzimy czy jest już gotowa.

 

W chwili, gdy dostarczano Gaethowi drugie danie, Thorwalk, otwierając ostatni antałek przedniego tutejszego, ruszył do wyjścia… zostawiając kompana pośród karczemnej ciszy. W towarzystwie długo wyczekiwanej, ciepłej strawy.

 

– Hej, Tori! – ów krzyk, dzięki specjalnej metodzie niemal niewykrywalny dla postronnych osób, zatrzymał stojącego tuż przy drzwiach wojaka – Czwarty, domniemanie pusty narożnik… kryty był z góry. Mieli łowcę na dachu. Są bystrzejsi niż myślisz, bądź… – nie dokończył. Nie było sensu, gdyż Thorwalk zniknął za zatrzaśniętymi siłą zewnętrznych podmuchów,  zdobionymi od wewnątrz, drzwiami.

 

 

*  *  *

 

 

Dopiero po chwili poczuł chłód pod palcami. Otóż, zdawać by się mogło zupełnie zapominając o zdjętych chwilę wcześniej rękawicach z kreciej skóry, nakazał mięśniom prawej kończyny przypuścić atak. Jakby starając się udusić, dajmy na to stalowego węża. Nieruchomego gada, który ochoczo pomógł w utrzymaniu równowagi. Miejsc siedzących nie było, choć plotka głosiła ponoć o przyszłościowym wprowadzeniu takowych.

 

– Kurwa, rzuca tym ustrojstwem… nie słabiej niż cyckami biegnących ogrów – Gaeth, pogrążony w totalnej zadumie, trzymał nasycony zimnem pręt. Nie w mocy odgadnąć z jakiego tworzywa został wykonany. Zadaniem podobnie trudnym mogłoby okazać się znalezienie dlań zastosowania. Chociaż… Może tutaj zawsze tak trzęsie i rzuca? Kwiaty! – jakby przeciskając się między skołatanymi pobratymcami, jedna z myśli przekształciła się w niemy krzyk, przywołując obrazy wspomnień. Mężczyzna wyraźnie spochmurniał, pogrążony w półmroku, który bez skrupułów chełpił się przewagą nad, nie dającą za wygraną, kulistą lampą. Umocnił zdałoby się maksymalnie zaciśnięty chwyt; wyrzucając jednocześnie posępne spojrzenie, hen za niedużych rozmiarów okno. Jedno z trzech w tym nowiuśkim wozie masowego przewozu – Królewski Rozwoźnik. Kto by przypuszczał, że ludzie zaczną zarabiać na taszczeniu leniwych dupsk z jednej uliczki do drugiej – Tym razem, ponurak był jedynym pasażerem ‘Miejznika’ – jak zwykło się pieszczotliwie nazywać specjalnie przystosowany wóz. 

 

Nagle poczuł wszechobecny chłód. Dziwne, nie zauważył podstępnych podchodów wiecznie bezwzględnego zimna, jednak był niemal pewien… przekonany o niespodzianym spadku temperatury. Nie wnikając skąd tak naprawdę pochodziło trzymane wewnątrz ciepło, rozejrzał się po okolicy… wykorzystując w tym celu wszystkie okna.

 

Kwintesencją prawdy byłoby stwierdzenie, jakoby aktualne warunki pogodowe niemal odzwierciedlały pogodę ducha najemnika. Chcąc choć na chwilę skryć swą bytność przed męczącymi już dziełami sztuki przeszłej, postanowił przerzucić myśli na prymitywne (patrząc z bieżącego punktu widzenia) formułki słowne.

 

– Jak to było? Jeśli mróz pocznie przejawiać chęci zawładnięcia ciałem, bądź co gorsza zmysłami – recytował w myślach – mus przywołać tyle ciepła, ile tylko możliwym. Zdarzyć się może również – kontynuował, poprawiając niewygodnie ułożony sztylet, który uprzednio ignorowany, teraz nazbyt uwierał – jakoby istniały sytuację, gdzie wywołane cieplne zobrazowanie materii, nie wystarczało. Powszechnie dostępna lecz jakże skuteczna metoda, narzuca wykorzystanie mentalnego odbicia swego jestestwa jako dublera. Ma to na celu spotęgowanie pozytywnej energii, dzięki której byt w potrzebie przetrwa… Tylko co ja sobie przypomnę?! To, że przegapiłem – szarpnął się gwałtownie. Niemal niezauważenie, lecz jednak… Prawił dalej, wywołując improwizowany pokaz mięśni, tańczących na jego żuchwie – Ni… nie przegapiłem  – Przeklął, nie po raz pierwszy zresztą, matkę naturę… ludzką naturę… swoją naturę – Skąd mogłem wiedzieć, że czas znów tak… – choć znał dalszy ciąg wywodu, ten jakby przepadł, niknąc w bezmiarze podświadomości. Miejznik dojechał do celu. Pasażer już po chwili zniknął za pobliskim budynkiem, umykając wścibskim oczom mrocznych uliczek… po których Miastowy Rozwoźnik długo jeszcze kursował tej nocy…

 

 

… skrawek dalszego momentu

 

 

– Jeszcze te pieprzone kwiaty! – niemal krusząc nienagannie zadbaną, białą barierę, która do chwili obecnej skutecznie powstrzymywała to co niewypowiedziane, z wnętrza gardła wyrwał się stłumiony krzyk. Nim zdążył skarcić siebie za idiotyczne zachowanie, coś rozproszyło jego uwagę – Ten podmuch – pomyślał, koncentrując pełnię skupienia.

 

Przez framugę okna, wykorzystując fuszerkę tutejszych budowniczych, niemal niepostrzeżenie przeciskał się ciemno zielony, niby czarny dym… który chwilę później przeistoczył się w mężczyznę łysawego, dosyć niskawego, czerwonookiego…

 

– Przywitać się nie wola? – rzucił Gaeth, odwrócony tam skąd przyszedł. Zamknął drzwi, które w następnym momencie, z niewiadomych przyczyn zresztą, były już niczym innym aniżeli pospolitym, nierzucającym się w oczy, meblem. Magia Iluzji?

 

– Pokój daj – dobiegło zza pleców, od strony okna. Gdy Ard odwinął się na pięcie, by przywitać zmysłem widzenia nowo przybyłego gościa, ten otrzepując odzienie, utkwił skupienie w materializowanych ni stąd ni zowąd wiktuałach – Widzisz przecie, żem dopiero przybył…

 

– Cy… co ty?! – rzucił zaskoczony wojak. Zdziwił go nie tyle styl przybycia towarzysza, co bezzwłoczne sypanie przezeń czarami; na prawo i lewo… Lub, co było bardziej nietypowe, ciskanie bez ładu i składu przyzwoicie wyglądającym jadłem – Do spotkania jeszcze daleko, czyżbym…

 

– Myślisz ile ja tego jestem w stanie przytaszczyć? Tak na raz – syknął, jakby zirytowany czarodziej. Kontynuował, dzieląc uwagę między wyczarowaną chwilę wcześniej, wędzoną szynką… a rozmówcą, kompletnie zaskoczonym jak widać  – Ja wiem, dla was wystarczy tylko pstryknąć palcami czy machnąć powieką, otóż rozczarować muszę – mówił dalej, ignorując zobojętniałą minę Gaetha – Nie da się od tak, z niczego wyczarować cokolwiek. Co prawda da się przerzucić coś z innego wymiaru. ‘Normalnie zajebać’ jak mówią miejscowi strażnicy, niemniej nic ponad to. Owszem, można jeszcze wykorzystać iluzję, efekt jednak muszę przyznać… Niezbyt zadowalający, zważywszy na perfekcjonistyczną naturę większości szanowanych czarodziejek, tudzież czarowników – nie zaprzestając zarówno magicznienia jak i spontanicznego monologu, krzątał się po izbie, wykorzystując niemal każdy zakamarek – Ot wynalazek… choć przyznaję, przy jego tworzeniu magia była nieodzownym narzędziem… wciąż jednak, zwykły wynalazek –  Magik wystawił na wzrok towarzysza kryształ nietypowej barwy. Gabarytami przypominał miniaturowy mieszek, wykuty w kolorowym lodzie… Tactus, zgrabnym ruchem ukrył w odzieniu cenny przedmiot, na powrót zajmując się materializowaniem dóbr.

 

– Dobra, nie wnikam – skwitował wyraźnie ożywiony wojak. Widać nowy sort przyczynił się do poprawy nastroju zdołowanego człowieka. W jego skład, miast nieprzyziemnie przeniesionej strawy, poczęły pojawiać się przenośne lochy, w których pewnikiem przetrzymywano niewinną ciecz. Sypnął w myślach, ruszając w stronę najbliższego bukłaka – Gotowym uwolnić, choćby na chwilę. Za chwilę…

 

– Wspominałeś coś o kwiatach – Czerwonooki zdałoby się nie dostrzegł jakiejkolwiek reakcji ze strony najemnika. Mimo to kontynuował. Znał go bowiem na tyle dobrze, by nie dać się zwieść pozorom, których obaj zwykli używać nader często – Jak nic nasza epoka przodować będzie w tradycjach, gdzie jako motyw przewodni wykorzystamy florę… Dziecię matki natury, zaklęte w postaci podarku – Przy akompaniamencie mimowolnych sapnięć czy westchnień, wywołanych wzmożonym wysiłkiem fizycznym, jakby odrobinę zmęczony mag, wymierzył równie soczysty co niewidoczny policzek, degustatorowi trunków… jakże intensywna była to degustacja, trzeba przyznać.

 

– Ano, mogło mi się to i owo wyrwać – znalazł chwilę pomiędzy zaczerpnięciem tchu, a długotrwałą salwą łapczywych przełyków.

 

– Powstało wiele legend o pierwszych czyniących ten, jakże pretensjonalny gest. Ooo… co prawda tamtymi czasy wcale taki nie był. Prezent, bądź co bądź należący do matki natury, był z zasady czymś wyjątkowym – wysłannik sztuki magicznej zamilkł na chwilę, wbijając rubinowe spojrzenie w zupełnie zapełniony stolik. Chwila zastanowienia… Kontynuował. nasamprzód jednak delikatnie stawiając sporych rozmiarów antałek, tuż pomiędzy odnóżami zawalonego strawą drewna.

 

Gaeth wiedział, że jakiekolwiek próby powstrzymania czarownika… by zaniechał irytującej przemowy, mijają się z celem. Ich upór, można by bez szkody dla obydwu, niemal scalić. Niepowodzenie bez mała gwarantowane, tym bardziej, iż spochmurniały woj zupełnie nie kwapił się do pomocy w przygotowaniach. Jedyną rzeczą jaką przyszło mu czynić, było powolne wyrzucenie ręki w stronę prowokatora.

 

– Trzymaj – oznajmił Tactus, przełamując sporych rozmiarów laskę podsuszonej kiełbasy. Następnie od niechcenia wetknął aromatyczne mięso w lewą, wyciągniętą doń dłoń.

 

– Wyduś wreszcie do czego pijesz, miast pieprzyć jak zwykle. Ostatnimi czasy nader luby mi cisza, sprostuj więc kurwa… lub spasuj – dodał, wprzód odgryzając kąsek niczego sobie jadła. Zazwyczaj cenił wiedzę, kunsztownie podawaną przez znajomego magika. Tym razem jednak nie miał ochoty wysłuchiwać czegokolwiek. Zwłaszcza tematów dotyczących tych pieprzonych kwiatów – O co mu chodzi?! – pomyślał.

 

Vermis nie specjalnie przejął się opinią jedynego na tę chwilę słuchacza. Nieprzerwanie toczył swój monolog, na przymus zapoznając towarzysza ze słynnymi, wspomnianymi wcześniej legendami…

 

– Wystaw sobie takie krasnoludy. Długość ich brody świadczyła o męstwie oraz osiągnięciu wieku dojrzałego. Jej przekonywujący rozmiar przychodził po niespełna stuleciu, mimo to… Zamierzchłych czasów, pewien przebywający dniem i nocą w rodowej kopalni jegomość, w geście uczczenia pięćdziesięciolecia… jako podarek otrzymał od wybranki swego serca… udoskonaloną, własnobytnie wyhodowaną odmianę najprzedniejszego chmielu. Dasz wiarę, że cudo nie potrzebowało dotyku słońca, by egzystować? –  zwrócił się do mężczyzny, próbującego uwolnić kolejnego jeńca. Więzień, tym razem przetrzymywany w dwukrotnie większym lochu, nie sprzeciwił się swemu wybawcy. W przeciwieństwie do czarownika. Ten, widząc mętny wzrok kamrata, skrzywił się, z niesmakiem zmieniając temat – Nie za dużo aby? – Podpity najwyraźniej uznał za stosowne puścić mimo uszu drugie pytanie, gdyż wychyliwszy kilka grzdyli, spokojnie, acz niedbałym dialektem odpowiedział na pierwsze.

 

– Mądra kobieta.

 

– Zaiste, nie głupia to nadobna, pewnikiem – nie czekając na dalszy ciąg wypowiedzi woja, wtrącił co rychlej, jakby bardziej niż chwilę temu, zmęczony mag – U elfów – kontynuował dochodząc do wniosku, że skoro tamten pochwycił trunek, negocjacje nie mają najmniejszego sensu – Widzisz… Elfy natomiast, jak zapewne domyśla się twoje zmętniałe jestestwo, dysponują legendami przesiąkniętymi romantyką, pięknem… ba mistycyzmem rzec by można.

 

– HYK! – czknął niespodzianie, chcąc jednocześnie chłeptać i mówić – Już ja widzę – odczekał chwilę, by uporać się z kolejnym napadem natrętnej czkawki – podziemne elfy, tulące się do siebie niczym futrzaki Koala – Gdyby wypalona do połowy świeca znajdowała się choć odrobinę bliżej, poległaby pod naporem gęstniejącego sarkazmu, dając tym samym jednoznaczne zwycięstwo przyczajonej czerni. 

 

– Skoro już musisz, spróbuj tego – wręczył Ardowi dopiero co 'przyniesiony' trunek.

 

– Jeśli równie słabe co poprzednie, podziękuję – odparł obojętnym tonem.

 

– Za bizzaryjską – powszechnie wiadomym było, jakoby tamtejsze beczki przewyższały pojemnością te standardowe; co najmniej o pół raza – baryłkę tego nektaru wynajmiesz dziewkę, ba dwie nawet… w towarzystwie których spędzisz, ja wiem – starannie doszukał odpowiednich słów – dwie zimy. Może nawet dorzucą burdelmamę jako gosposię, biorąc pod uwagę sezonowe zapotrzebowanie.

 

Chcąc własnołycznie przekonać się o wspaniałości tak drogiego napitku, bez zbędnego namysłu, potencjalnie narąbany w trupa człowiek, zatracił się w degustacji. Dla odmiany, szczegółowej… Tym razem, nieproporcjonalnie wolnej, pozwalającej zignorować marudzącego czarodzieja. Zostawił go zatem… z opowiadaną legendą o prezentach wśród orków.

 

 

*  *  *

 

 

Tuż za oknem dostrzegł nikły ruch. Tajemnicza sylwetka zbliżyła się, niby niepostrzeżenie, przeskakując okoliczny płot. Tego w jakim celu, ani co ważniejsze dokąd, chowający się przed czymś… przed kimś, nieznajomy byt mógł zmierzać, nie dało się ustalić. Przyczyną zaniechania była z pewnością ściana pogrążonego w półmrocznym zimnie pomieszczenia. Ot murowana bariera, skutecznie uniemożliwiająca rozwikłanie tejże zagadki. Pomimo tego, co najmniej jeden z tu obecnych rozwiązał to, co na pierwszy rzut oka wcale nie było do rozplątania. Otóż tajemniczym gościem winien ukazać się wezwany przez Gaetha, jeszcze dzisiejszego wieczoru, goniec. Zaufany człowiek, po nie trwającej zbyt długo chwili, począł wystukiwać rytmem jednej z ballad (słynnego grajka, znanego w najodleglejszych zakątkach, utalentowanego Jaskra) hasło-klucz, otwierający ukryte wejście. Miast tradycyjnych drzwi, jeden z mebli niemal barykadujący tutejszy hol, samoczynnie zmienił pozycję. Jak się później okazało, dziwne wrota również od wewnątrz były niczym innym jak regałem, aż nazbyt zawalonym jakimś chłamem. W pomieszczeniu panował niemal nieprzenikniony mrok…

 

– Co do ch… Hu,hu… spiżarnia jaka, czy jak?! – cedził przez zaciśnięte zębiska swego milczącego jestestwa, nowo przybyły osobnik. Wraz z rozdarciem mroku na rzecz zapalonej przed momentem lampy, ślepiom chłopca ukazały się dwie postacie. Skinąwszy temu o rubinach miast oczu, zwrócił się do trąconego wonią alkoholu, przełożonego – Relgrin informuje, że wszystko idzie zgodnie z planem. Brakuje jeszcze tylko troje – Viridis na powrót odsunął zasłonę. Razem z tu obecnymi,  okno znajdowało się na wysokości drugiego piętra.

 

– Kogo? – zapytał Ard, nie odrywając wzroku od dziwacznej, przezroczystej szkatuły, leżącej w centralnym punkcie izby. Dokładnie tam, gdzie zaciekawione promienie surowego księżyca oplatały jedyne, godne tego czynu miejsce. Srebrny glob, swym nieugiętym wzrokiem, przebił pokryte pajęczynami okno. Chwytając tym samym na poły piękny, na drugie tajemniczy przedmiot, szponami wścibskiego spojrzenia.

 

– Kagrin – dopiero teraz możliwym było wychwycenie min, jakie towarzyszyły młodzieńcowi, próbującemu na potrzeby chwili obecnej, wydobyć odpowiednie dzieła sztuki przeszłej – Sligai… i jeszcze… – zawahał się na chwilę – Wiluviel – dodał, dostrzegając w blasku rozpalonej niedawno lampy, rzeczywistą naturę wspomnianego wcześniej chłamu. To by wiele wyjaśniało – pomyślał, kilkakrotnie wciągając przemarzniętym nosem, niczego sobie aromaty.

 

– Łap – rzucił, jednocześnie ciskając w stronę chłopca, pobliskim kawałem apetycznego mięsiwa. Czarownik, reagując w mgnieniu oka, oderwał spojrzenie od niby martwej rośliny, zamkniętej w przeźroczystej szkatule, po czym niemal ukłuł nim pijanego woja.

 

– No co? Młody nie Ghul, jeść musi – skwitował beznamiętnie Gaeth.

 

– Aha, jeszcze piaskowego wierzchowca w to wmieszaj… tedy sam kuper na drugi koniec miasta wyślesz, po brakujący prowiant – odrzekł magik.

 

– Wzywałeś, co trzeba czynić? – wtrącił odrobinę zawstydzony chłopak, czym prędzej odgryzając kolejny kęs smacznej strawy. Na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie, przeciętnie nawet. Odziany w niewyróżniający się wśród pospólstwa strój, stał tuż przed zamkniętymi na powrót, czas jakiś temu, ukrytymi drzwiami. Wydawać by się mogło… goniec nie ma więcej niż trzynaście lat. Co najmniej połowę z tego życia spędził u boku wojownika, który dopiero od poprzedniej zimy został jego oficjalnym przełożonym. Lubili go chyba wszyscy żołnierze Klanu Cienirów, których znał… o ile lojalni towarzysze Gaetha dysponowali tymże uczuciem. Czerwonooki natomiast, choć znał go najdłużej ze wszystkich, wliczając w to Arda, nie wykazywał jakichkolwiek przejawów sympatii. Kłamstwem jednak byłoby stwierdzenie, jakoby nie lubił chłopca. Już od pierwszego spotkania odkrył potencjał drzemiący w tym wątłym ciele. Vermisa, chłopiec spotkał w wieku pięciu… może sześciu lat. Malec, chyba jako jedyny przetrwał rzeź… w pewnej osadzie na południu. Przygarnięty przez czarodzieja, z początku uczył się sztuki magicznej, lecz z marnym skutkiem. Widać nie miał do tego talentu. "Nie było mi pisanym" – zwykł komentować, a raczej usprawiedliwiać swe porażki, nie dający za wygraną, dzieciak. Viridis Tactus, który zwykł ze swych niekonwencjonalnych pomysłów, po niespełna roku złożył chłopcu propozycję. Możliwość skosztowania jakże smakowitej kiełbasy, gołowąs również zawdzięcza podjętej wtedy decyzji…

 

 

*  *  *

 

 

– Możesz tam zginąć, zdajesz sobie z tego sprawę? – Nie było już odwrotu. Pytania Czarownika nie dało się ani zignorować, ani cofnąć.

 

– Wiem – krótko odparł chłopiec. Nie był przerażony, mimo to wyczuwał niepokój. 

 

– Widzisz… możliwym jest, jakobyś przepełniony pragnieniem zemsty, przyćmił bystrość swego umysłu. Jeśli się zdecydujesz, nie będzie odwrotu… lecz gwarantuję tobie – kontynuował, widząc jego uparte oblicze –  Jeśli przetrwasz, staniesz się zupełnie inną osobą. Być może gotową, ażeby sprostać męczącym pragnieniom… w ten, czy inny sposób – dodał zaintrygowany mężczyzna, bacznie przyglądając się zatroskanemu dziecku. Namawiający do tajemniczej próby osobnik, o oczach tak czerwonych, iż zdawać by się mogło nieustannie krwawiących, czekał na ostateczną deklarację.

 

– Dam radę, dam radę… dam radę! – jakby motywując samego siebie, dopiero za trzecim razem wypuścił doskwierający krzyk, dotychczas wzbierający w zaniepokojonym wnętrzu młodego człowieka.

 

– Niech i tak będzie – powiedział, w powietrzu kreśląc jakby zwiotczałą dłonią dziwne symbole, tuż za plecami małego. Niemal natychmiast, ciało chłopca osunęło się w bezwiednym napadzie agonii. Mężczyzna ujął go w ramiona, po czym zbliżając się do najbliższej wyrwy w skale, wrzucił tam zdałoby się senne zwłoki. Jeszcze tylko – wypowiadając na głos inkantację, zasypał niby jedyne wejście do jaskini. Zostawiając samemu sobie, pogrążonego w mroku, niedoszłego trupa.

 

Nie sposób stwierdzić po upływie jakiego czasu wyrzucony został z odmętów sennego astralu. "Królestwo Snów" – tak bowiem nazwał miejsce z którego, nie koniecznie co noc, zwykł powracać do smętnej, teraźniejszej rzeczywistości.

 

– Lepiej trafić nie mogłem – wyszeptał pełnym sarkazmu głosem – No pięknie – jął ostrożnie wypowiadać w myślach – już zaczynam gadać sam do siebie, lepiej znajdę wyjście. Jeszcze mi się tu spodoba i przywyknę do gaworzenia z mrokiem. A już ci… 

 

Niczym początkujący mim, odgrywający jakieś chaotyczne przedstawienie, ruszył w kierunku, z którego dobiegały szepty potencjalnego strumienia. Wiedział, że jeśli uda mu się namierzyć kierunek napływu wody, zwiększy swoje szanse na szybkie wydostanie się z tej beznadziejnej ciemności. Mimo wolnego tempa, spowodowanego ciągłą koncentracją oraz nieustanną obawą o źle postawione, bose stopy, szło mu całkiem przyzwoicie. Z każdym kolejnym krokiem, dźwięk wydobywający się z tajemniczego strumyka przybierał na sile. Chłopak wiedział, że zmierza w dobrym kierunku i już miał rozmyślać o tym co spotka na zewnątrz, gdy w najmniej oczekiwanym momencie, pod stopą poczuł…

 

– Gałąź? Tutaj? – spytał samego siebie, pochylając niezwłocznie, by dokładniej zbadać znalezisko. Po chwili, w której skrupulatnie wymacał niemal każdy cal, zamarł w krótkim bezruchu, uświadamiając sobie, iż natknął się na kości. Nerwowo skaczące dłonie potwierdziły jego obawy, napotykając czaszkę leżącą tuż obok. Przerażony zerwał się , by jak najszybciej uciec z tego przeklętego miejsca… lecz po chwili zaniechał czynienia czegokolwiek, próbując ze wszystkich sił opanować emocje. Nie, nie z zimnego wyrachowania. Po prostu wpierw winien się otrząsnąć, z przesyconego strachem odrętwienia. Dopiero później postanowił reagować. Nawet, jeśli jedyną instynktowną reakcją miała być ucieczka w popłochu. Tylko dokąd? Nie wyzbywając się całkowicie uczucia strachu, powrócił do przetrząsania okolicy – Może znajdę coś przydatnego. Taaa… z przyjemnością rozjaśniłbym przeklętą jaskinię – ta myśl dodała odrobinę otuchy, której tak bardzo potrzebował – Spokojnie, póki co jest… spokojnie. Zupełnie pusto… Bo gdyby był tu jakiś potwór, już dawno dałby o sobie znać, co nie? – rzucił od tak, w mrok…

 

W promieniu dwóch sążni od miejsca, w którym leżały kości, znalazł kilka godnych uwagi przedmiotów. Czaszka, którą przecież niezbyt dokładnie zbadał, zrobiła nań na tyle mocne wrażenie, by mimo starań nie mógł skupić się na czymkolwiek. Nawet znaleziska nie uspokoiły ponurych myśli. Co prawda, zarówno zardzewiały sztylet jak i zatęchłe od starości, jednoelementowe ubranie odrobinę poprawiły mu humor, wciąż jednak rozmyślał o tajemniczym trupie. Kim był? Co tu robił? – pytania, choć niewypowiedziane, szamotały się w przeszytej bólem głowie, plącząc ze sobą bez wyraźnego schematu. Najważniejszym, a zarazem najbardziej interesującą… była z całą pewnością kwestia uśmiercenia tajemniczego bytu. Nie mógł znaleźć wyjścia… czy dopadło go coś w nierównej, walce? No bo jak mogła być uczciwa, skoro tu nic nie widać? Jemu się nie udało, mus wywołać więcej starań… by koniec końców był odmienny… Uporządkował myśli opanowując emocje. Ustalił priorytety.

 

– Nie, no… tego się nie da wytrzymać. Ledwie mogę oddychać przez pył z tej… z tej… szmaty! – mamrotał pod nosem, ewidentnie zawiedziony kondycją potencjalnego odzienia. Bez większego namysłu postanowił wykorzystać pobliski strumyk. Wszak i tak zamierzał brodzić w wodzie, by się stąd wydostać. Na myśl o tym, jakoby nawarstwiony kurz, który pomimo prób wytrzepania usilnie tkwił w obranym wcześniej miejscu wiecznego spoczynku, wszedł w kontakt z jego ciałem… uprzednio zmagając się z zapewne lodowatą wodą… skrzywił się – Inaczej nie można – Definitywnie więc, postanowił solidnie przeprać ubranie. Gdy zbliżył się do strumienia, poczuł wyraźnie czyjąś obecność. Zastygł w bezruchu, w dość niewygodnej pozycji. Wytężył zmysł, który bez trudu przedarł się przez gęstniejącą z każdą chwilą, nieprzeniknioną czerń. Słyszał wyraźnie jak ktoś, a raczej coś węchem bada okolice, próbując wyłapać choćby najsłabszą woń. Spanikowany chłopiec, uświadamiając sobie o kierunku, w którym bez wątpienia ruszyła tajemnicza istota nasilająca niuchanie, spojrzał na trzymaną w dłoni, starą tunikę. Ruch głowy był precyzyjny lecz nie miał najmniejszego sensu, gdyż dostrzec cokolwiek było niemożliwym – To ta szata – pomyślał. Sam wyczuł smród, jaki wydzielała po kontakcie z wodą i był niemal całkowicie pewien, że właśnie tę rzecz namierzył stwór. Położył ją delikatnie, tuż przy strumyku… z taką ostrożnością, jak gdyby była z najcenniejszego, a zarazem najdelikatniejszego tworzywa, po czym ruszył wzdłuż koryta strugi. Zarówno chłopak, jak i tajemniczy byt poruszali się niemalże bezgłośnie. Jedynym dźwiękiem, zagłuszającym nawet plusk wody, były głębokie wdechy bestii, która z każdym krokiem nasilała węszenie.

 

Gdyby ktoś stojący obok, z możliwością widzenia w ciemnościach obserwował całą akcję, następnie został poproszony o opisanie ich zachowania, stwierdziłby jedno. Cała sytuacja wyglądała dość intrygująco. Otóż… nie okryłby się hańbą porównując jednego do tropiącego psa, głównie polegającego na węchu oraz drugiego do raka, wycofującego się ukradkiem. Nie trudno zgadnąć, iż psem byłby tajemniczy stwór, a rakiem okazałby się wystraszony chłopak. Jednakże ten napierający z pewnością miłym czworonogiem nie był. Człowiek natomiast, w żadnym wypadku nie przypominał skorupiaka. Co prawda można by uznać za szczypce, sztylet skierowany w stronę potwora oraz metodę odwrotu również zdałoby się porównać… Jednak między rakiem, a chłopcem istniała jedna, zasadnicza różnica. Gabaryty… 

 

W jaskini panowała totalna i niepodważalna ciemność. Nie można więc określić czy aktualnie jest dzień czy noc. Przyjmijmy jednak, że jest dzień. Otóż, jeśli kiedykolwiek chłopiec będzie wspominał dzień, w którym obudził się we wnętrzu jaskini, z pewnością przeklnie los. Los który w maksymalnym stopniu zadrwił z niego, podrzucając 'kłody pod nogi'… a raczej kości. Podczas gdy stwór zajęty był obwąchiwaniem śmierdzącej szaty, chłopak oddalał się niepostrzeżenie. Nie minęła jedna chwila, a już następna sunęła czym prędzej.  Mało tego, zupełnie nieproszona, przyniosła ze sobą poważne skutki…

 

Krok, kolejny i jeszcze jeden – Au! – niemy krzyk niemal rozsadził wnętrze jego głowy. Człeczysko zdołało stłumić wrzask, lecz wszystko na marne. Niefortunnie nadepnął na ostrą krawędź, śliskiej od ciągłego podmywania wodą, skały. Z grymasem bólu utrzymał równowagę jednak zamiast postawić delikatnie stopę, uprzednio sprawdzając podłoże, uderzył nią o niezbadaną powierzchnię. Dzięki chluszczącej wodzie, przy odrobinie szczęścia, bestia nie mogłaby usłyszeć pacnięcia bosej stopy. Niestety… Tamtego dnia nic się nie układało. Nic nie było tak jak powinno. W miejscu gdzie uderzył obolałą już kończyną, leżały jakby specjalnie podrzucone kości. Wzmocniony echem pustej przestrzeni, jaka panowała w przepełnionej mrokiem jaskini, nieproszony szkielet wydobył swój ostatni, liczący się w świecie krzyk. Odgłos chrupiących kości zdradził pozycję człowieka i nierozpoznany byt momentalnie porzucił zabawę ze szmatą… rzucając się na źródło hałasu. Rak, nie mogąc dłużej umykać niepostrzeżenie, również przystąpił do ataku.

 

Oczekiwanie na nieuniknione starcie w całkowitych ciemnościach, było najgorszym uczuciem jakiego kiedykolwiek doznał; pomijając te, towarzyszące przeszłym wydarzeniom w jego rodzimej wiosce. Wracając drogą, którą do niedawna próbował czmychnąć, zbliżał się do skrzeczącego stwora. Gdy uczucie bliskości było na tyle mocne, by stwierdzić, że odległość między nimi wynosi zaledwie kilka kroków, zmienił środek ciężkości i skoczył w bok… do strumyka. Chlust oczywiście zdradził jego manewr, co jeszcze bardziej rozzłościło napastnika. W momencie gdy bestia zrobiła to samo, chłopiec wyszedł z wody, solidnie uderzając mokrymi stopami o skałę. Znów zdradzając pozycję. Tym razem jednak, działanie było zamierzone i po kilku cichych, lecz imponująco szybkich krokach wzdłuż strumyka, wrócił do wody zachowując maksimum ostrożności… tak, by jego ruch pozostał tajemniczy. Ruszając ku pozostałościom jakiejś istoty, które przy poprzednim spotkaniu zdradziły jego obecność, usłyszał ryk stwora, najwyraźniej gubiącego trop. By uniknąć ponownemu zdemaskowaniu przez skostniałego strażnika, padł na czworakach, przybierając niezbyt ludzką lecz jakże skuteczną metodę poruszania się. Wiedział, że jedyną szansą na zwycięstwo jest przejęcie inicjatywy. Po dotarciu do celu, odwrócił się w stronę, z której dopiero co przyczłapał, po czym krzyknął w kierunku bestii. Ta, po odpowiedzeniu bojowym rykiem, bez zwłoki ruszyła w stronę chłopca. Mimo, iż był przygotowany na taki obrót sprawy, znieruchomiał, przerażony nie na żarty. Zebrał się w sobie, by wytrwać w klarowności umysłu, możliwie jak najdłużej. Kurczowo trzymał się zamierzonego planu. Stwór, zdałoby się zastygł w połowie drogi, mając zapewne problem z namierzeniem tak głośnego dźwięku. Ten wcale nie pomagał, odbijając się od skalnych ścian jaskini, za co człowiek gotów był podziękować. Mógł bowiem lepiej przygotować się do nieuniknionego. Po chwili, w której zmęczony już chłopiec stanął tuż przy leżu kościstego, wnętrze pogrążonej w mroku pieczary rozdarł przeraźliwy, jakby nieludzki krzyk, po którym bestia wyraźnie przygasła… tylko na chwilę. Tym razem nie kwapiąc się ażeby odpowiedzieć, tajemnicza istota wznowiła atak.

 

Słyszał jej kroki. Ciężkie, chaotyczne, lecz niepojęcie podobne do ludzkich. Gdyby nie smród doń towarzyszący oraz niemożliwy do wykonania przez jakąkolwiek istotę rasy człowieczej wrzask czy styl wąchania, otulone czernią dziecko uznałoby ten fakt za prawdę. Miał do czynienia z oszalałym krasnoludem. Może z nim dogadałby się jakoś. Niestety… czasu na pogaduchy, nie było.

 

Bestia, miast pochwycić tropionego od dłuższego czasu intruza, wpadła na nieoczekiwanego strażnika, który pewnikiem razem ostatnim uczynił coś pożytecznego dla opuszczonego świata. Wykorzystując wydawać by się mogło panikę stwora, który okrył się ciemnym płaszczem dezorientacji, uprzednio depcząc niespodziewane kości, zdeterminowany rak rzucił się ku niemu, dźgając na oślep jedyną bronią jaką posiadał. Zardzewiałymi szczypcami… jednym, rzekomo bezwartościowym…

 

– A masz! Giń! – krzyczał, zatapiając sztylet w przemoczonym cielsku bestii. Dopiero po chwili uświadomił sobie, iż wygrał. Przetrwał. Dał radę… i choć nie wiadomym było cóż jeszcze spotka nim wyjdzie z tej pieprzonej jaskini, ucieszył się… wyobrażając podczas zabijania stwora, dawnych prześladowców… morderców swej rodziny. Przycichły mrok dopełniły łzy… obdartego z chęci zemsty, dziecka.

 

 

 *  *  *

 

 

– Mówisz Vermis, że jak to działa? – spytał po raz kolejny, próbując zapamiętać szczegółowy opis niedoszłego podarku, jakby wykutej z kryształu, imponującej szkatułki.

 

– Ehhh, przecie i tak zapomnisz – odparł, wypompowany przygotowaniami czarownik. Z uporem, niby prostując zbłądzone dziecko, jął kontynuować – Ważniejsze jak powstało czy co oferuje?

 

– Tak, wiem – odparł, niezbyt usatysfakcjonowany odpowiedzią towarzysza. Raz jeszcze rzucił mętne spojrzenie na okoliczne dobra, pewnikiem w poszukiwaniu kolejnego bukłaka. Miast tego, oparł wzrok na chrapiącym gońcu, któremu pozwolili owej nocy spać tutaj. Yankall, nie kryjąc uradowania, przygotował wcześniejszą leżankę przełożonego, wykorzystując dla siebie wszystkie, solidnie ułożone skóry.

 

– Matka natura, tworząc to cudo – obaj ponownie utkwili wzrok we wnętrzu nieziemsko wyglądającej szkatuły – nie brała pod uwagę inteligencji bytów współżyjących z jej egzystencją – rzekł mag, jakby odrobinę ściszonym głosem.

 

– Chciała zachować piękno wyłącznie dla siebie – wtrącił, na dobre zalany wojak.

 

 – Otóż to. Pragnęła za wszelką cenę w pełni kontrolować istnienie swego dzieła… a to – dodał Tactus, jakby intensywniej wpatrując się w dopiero co rozkwitły, jakby wybudzony z wiecznego letargu kwiat – To, drogi przyjacielu, może być bezczelnym przykładem wszetecznej ignorancji wobec ustalonych odgórnie zasad…

 

– HYK! Przypomnij, jak się nazywa ten kwiat? – spytał, nie odrywając wzroku od przyszłego prezentu, którego wręczenie pewnej kobiecie, powierzył śpiącemu młokosowi. Uczynił tak, gdyż nie był w stanie dostarczyć go osobiście – Gdybym tylko mógł zostawić za sobą bieżące supełki – pomyślał, ponawiając wzrokiem poszukiwania trunku.

 

– Kadupul – odparł czerwonooki, resztę wypowiedzi kończąc w myślach, gdyż jego towarzysz najzwyczajniej w świecie zasnął, kładąc głowę na jedynym wolnym stoliku… Na którym  również wylegiwała się  szkatuła z zaklętym wewnątrz kwiatem – i pomyśleć, że to co jednorazowe… dzięki temu, krystalicznemu więzieniu… wiecznie odnawialne…

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Tekst męczy. Trochę ze względu na stylizację – nie dosyć, że nierówna, to jeszcze wygląda na wysiloną. Trochę z powodu błędów, trochę nadmiarem wielokropków, trochę zbędnymi pustkami.

Co mi się nie spodobało na samym początku:

Magur – nader często, o ile nie zawsze, magikiem lub czarownikiem tudzież czarodziejem zowiący.

Zowiący czy zwany lub się zowiący?

I słusznie, bowiem ci, którzy wrócili, skrywali ten fakt.

Skrywali fakt, że wrócili?

– A ty, od czego tutaj jesteś? – kruczobrody obrzucił pytaniem Yankalla.

Jak się obrzuca pytaniem?

Brodacz chwycił szkraba niemożliwym do zabarwienia słowami, wzrokiem.

Jak się chwyta wzrokiem? Jak barwi się słowami coś innego od policzków?

Jak zdołasz spacyjatum chodzić po królestwie, arystokratów nie ubódłszy, zadania powierzone czynić, he?

A tego zdania w ogóle nie zrozumiałam. Nie znam słowa “spacyjatum”, sjp też nic podobnego nie podaje, w pierwszej chwili nie skojarzyłam bodzenia z szermierką, mam wątpliwości, czy można czynić zadania…

I tak dalej – nad wieloma zdaniami trzeba się zastanawiać.

Masz czasami błędy w pisowni nie z przymiotnikami.

Babska logika rządzi!

:) więc tak:

 

1– zmieniam na zwany

 

2– Tak skrywali ten fakt, bowiem niósł ze(za?) sobą pewne konsekwencje, o których zamierzałem  wspomnieć w przyszłości

 

3– Obrzucił pytaniem, paraliżując kompletnie. Jedno pytanie, a przygniotło, niemal z każdej

strony – tak to rozumiem i chciałem wykorzystać – poprawię jeśli błąd – tylko na co?

 

4– chodziło mi bardziej o to, że autor nie potrafi wycieniować słów tak, by były godne prawdziwego  stanu rzeczy… (?) – a może był on tak surowy, że próby wplecenia weń pięknych słówek nie miały sensu… hmn 

 

4,1 – chwytać wzrokiem, hmn… chyba podobnie jak z tym pytaniem, oplatać osobę, w którą się  wpatruje do tego stopnia, że ta czuje się skrępowana? Niemal widzi jak ten przeszywający wzrok  chwyta za ręce, nogi, całe ciało… 

 

5– ‘spacyjatum chodzić’ – spacerować bodaj – samo spacyjatum nie występuję.. choć wgl to pomyłka jak widać – sprawdzałem wielokrotnie – spodobało się, więc użyłem – staropolska mowa czy cosik na podobę :) 

 

5,1– Arystokratów ubódłszy – chodziło mi o to, że… dla osoby butnej za jaką mam arystokrację w tym przypadku, nieumiejętność wysławiania się może być ‘obrazą’ … koniec końców nie zwykli rozmawiać z byle kim… szczeniak czy ktokolwiek zresztą, zwracając się do tak ‘wspaniałych osobistości’ niemal ‘kłuje’ (wbija niewidzialny sztylet? Bóść niczym bydło? Wszak za bydło mają pozostałych, stąd nawiązanie) ich ‘wspaniałe’ jestestwo.

 

5,2– zadania czynić, hmn… Słów użyła postać. Sens w nich zawarty chłopak raczej zrozumiał, jeśli są błędnym zapisem, jak powinno wyglądać?

 

Sporo opowiadań jest dobrych, lecz przez użyty język jakoś ciężko mi się wczuć w tamtejszy średniowieczno-fantastyczny świat … stąd ta próba ‘specyficznego języka’ – nieudolna jak widzę :(

 

Czyli wgl nie da się tego przeczytać? Widzisz droga Finklo, dla mnie każda wskazówka jest ważna, bowiem jam nowicjusz, co się zowie…. motyw z tym znakmistrzem, chyba na zachętę, co bym się wczuł w rolę :) 

 

(P.S. Stylizacja nie równa? Zapewne masz rację… czy wysilona? Nie wiem. Nie chciałbym napisać, że wszedł do karczmy, usiadł na tyłku, wpieprzył zupę, pogadał i se poszedł :) Próbowałem stworzyć nastrój innego świata, autor pisząc przebywał tam, więc obce mu pospolite, teraźniejsze sformułowania)

 

Pozdrawiam, za komentarz dziękuję i czekam na więcej – UCZYĆ SIĘ KCEM :) Tedy wesprzyj(cie) pomocą

 

______ ____________________________

“nad wieloma zdaniami trzeba się zastanawiać.” – chyba celowo tom uczynił  :)) Jednak nie chciałbym, by czytelnik męczył się wyłapując literki :( 

Ad 2. Skrywali fakt powrotu? Trudno to zrobić. Czegoś nie było, a jest. Wróciło i nie da się ukryć. Może “skrzętnie skrywali sam fakt wyruszenia/ odwiedzenia owych stron”. Jakoś tak?

Ad 3. Hmmm, nic staropolszczyźnianego nie przychodzi mi do głowy. Bez stylizacji można zmiażdżyć pytaniem, powalić, obezwładnić… Po staremu może osaczyć, przygnieść? Ale też naciągane strasznie.

Ad 4. Oddać słowami? Odmalować? Wzrokiem można zahipnotyzować, ale to nowoczesny termin. Uwięzić? Omotać?

Ad 5. No nie znałam terminu. Gdyby to był jedyny zgrzyt w okolicy, wzięłabym winę na siebie. ;-)

 

Czy w ogóle nie da się przeczytać? Nie wiem. Ja lubię precyzję w tekście. Poezji nie trawię, a przesadzone/ nielogiczne metafory mnie irytują. Ale są ludzie, którzy uwielbiają taki styl. Poczekaj na opinie innych.

Babska logika rządzi!

 

2 – Trudne, lecz nie niewykonalne :) Poza tym oni tam w dobrowolną podróż nie poszli. Porwani zostali, mimowolnie (przeliczyli swoje możliwości, coś poszło nie tak i BUM) …nieliczni wrócili choć ciężko stwierdzić czy dobrze uczynili ‘dając radę’  – – – (źle to ująłem, wybacz) większość z nich praktykując dajmy na to okultystyczne obrządki nie zapraszała świadków, tedy i zniknięcia nie było komu doglądać, o :)Zmienione, oby na lepszeblush

 

3 –  “obrzucił” – definitywnie odpada?

 

4 – a gdybym wmówił, że użyłem takiego sformułowania, bowiem chłopak pierwszy raz widział takie spojrzenie i nie potrafił go ani opisać, ani zrozumieć?  – to co niedopowiedziane pozostawia lukę na dowolną interpretację. Chciałem chyba, żeby czytelnik wyobraził sobie ‘nieopisane’ spojrzenie (zmienione na: ‘odmalowania’ – zabarwić faktycznie mogłoby być ciężko, dziękuję :D)

 

X – Oj… nielogiczna metafora i mnie luba nie będzie. Jakieś konkretne przykłady? Co bym podumał odrobinę i poprawił enlightened 

Y – (wyjaśnij proszę: ‘zbędnymi pustkami’ )

 

Ż – (”Ja lubię precyzję w tekście.” – nad wyraz intrygujące sformułowanie dla takiego laika jak znakmistrzunio(hihihi) – złaknionym szczegółów, choćby lub najlepiej… na PWangel)

 

Po Twoim pierwszym, Autorze, “występie” na portalu czekałem z niemałym zainteresowaniem na zapowiedziany, potem widoczny jako betowany, tekst. Sprawdziło się. Jest taki, jak przypuszczałem. Nie do czytania, niemalże nie do zrozumienia miejscami. Przykładów nie będzie, kilka podała Finkla – i to powinno wystarczyć.

Nie lubię pisać tak negatywnych komentarzy, ale szukać na siłę pozytywów nie lubię jeszcze bardziej. Przepraszam Autora…

Ad 3. Poniżej definicja z sjp. Jeśli któreś znaczenie pasuje Ci do kontekstu, to możesz zostawić.

obrzucićobrzucać

1. «rzucając, obsypać kogoś lub coś dużą ilością czegoś»

2. «obłożyć, pokryć coś czymś dla uszczelnienia, dla ochrony przed zimnem itp.»

3. «obszyć brzegi materiału nićmi, aby zapobiec strzępieniu się»

Ad 4. Przy trzecioosobowej narracji ten argument nie ma racji bytu. Narrator nie jest tożsamy z chłopakiem i ma psi obowiązek posługiwać się poprawnym językiem.

X – no dla mnie właśnie ukrywanie powrotu i obrzucenie jednym pytaniem są nielogiczne.

Y – to te puste linijki między dialogami i akapitami. Czemu one miałyby służyć?

Z – a co tu wyjaśniać? Lubię, kiedy wszystkie słowa są użyte zgodnie ze swoim znaczeniem i nie muszę się zastanawiać, czy na przykład w zdaniu “Kosili siano i zwozili do stodoły” autorowi chodziło o ścinanie trawy, czy o przewożenie jej już po wysuszeniu (czyli kilka dni później). I kiedy interpunkcja rozwiewa ewentualne wątpliwości. Na przykład, dopóki w zdaniu “Śpiewał fałszywie się uśmiechając” nie ma przecinka, nie wiadomo, czy to śpiew był nieczysty, czy uśmiech nieszczery.

Babska logika rządzi!

O curvum macium w rzyć chędożona, prolog najeżony błędami jak czekolada bakaliami… Interpunkcja leży i kwiczy, a sposób użycia wielokropka aż prosi się o lanie po gębie i patrzenie, czy aby równo puchnie. “jako takim ozorem wywijać.“ – czyli czyim i jakim? Spacyjatum – o krasnale, ratujcie… Notoryczny błąd ortograficzny “nie” z przymiotnikami – na pierwszym, najbliższym słowniku powinieneś zadyndać i wisieć tak, póki nie opanujesz. Stylizacja nierówna jak polskie drogi gminne.

 

Tego się nie da czytać, odpadłem przy scenie rozmowy w karczmie. Wszystkim odradzam z czystym sumieniem – szkoda czasu.

 

Nie lubię pisać takich komentarzy, ale jeszcze bardziej nie lubię czytać tekstu, który aż woła o poprawki. Mam wtedy poczucie, że autor mnie oszukuje i kradnie mój czas :-(

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Widzę, że masz ten sam problem, co ja, dawno, dawno temu. Z przecinkami… Wstawiasz je tam, gdzie narrator czytając robiłby przerwę. A więc generalnie jest ich za dużo, a tam gdzie być powinny nie ma ich, bo nie znasz zasad interpunkcyjnych. Brak Ci wyczucia. 

Większość, jak było wiadomym, nie pokładała wiary w istnienie, spotykanych z rzadka bytów. – Tu na przykład zabrakło na początku, bo wtrącasz komentarz, a komentarz okraszasz przecinkiem z dwóch stron.

Większość jak było wiadomym, nie pokładała wiary w istnienie spotykanych z rzadka bytów. – Z kolei trzeci przecinek w tym zdaniu jest zbędny, tak szczerze, po co go tam wstawiłeś? Ciągniesz tę samą myśl, nie ma potrzeby jej dzielić przecinkiem. 

Zatracony w walce z Czasem, wybaczcie późny odzew…

___ ____________ _________

 

AdamKB:

Pojęcie ‘betowany’ jest mi obce, prosiłbym o rozwinięcie… jeśli wola :D

 

niemałym zainteresowaniem

Hym… czyli pierwszy ‘występ’ odrobinę zaciekawił, skoro pojawiło się ciśnionko na kolejnego tekstorka… potworka z podgatunku literapisrozkminuznak… Tworek inny… choć nie koniecznie dobry… jedyny :) – Może jednak Zdzisław mnie nie zbluzga(ł?)

 

Sprawdziło się. Jest taki, jak przypuszczałem. Nie do czytania, niemalże nie do zrozumienia miejscami.

Odnoszę wrażenie… wybacz, jeślim w błędzie… Jak na moje; niezbyt ‘neutralnie’ podbiłeś do tego tekstu. Komentarz jakby na siłę ‘wytykający’ … ‘niski’ … ‘poziom’ … ‘autora’ … Tego samego, który jako znakmistrz, poznał znaki… owszem. Jednak nie dane mu było ogarnąć zasadę(y) wykorzystywaną(e) podczas ich łączenia :)

 

…jeśli chodzi o balans na granicy zrozumialności… hym… Zamierzone, choć pewnie zrobione inaczej niż być winno ;/ Przepraszać nie będę, bo sensu już w tym nie widzę :) Jedno wielkie Apolodżajz… tak ogólnie… za wszystko. 

 

Nie lubię pisać tak negatywnych komentarzy, ale szukać na siłę pozytywów nie lubię jeszcze bardziej. Przepraszam Autora…

Powiem Ci, że jednak odrobinę jestem zadowolony, bo choć (jak sam przyznałeś nie lubisz klepać tego typu komentów, ZROBIŁEŚ TO… za co jestem wdzięczny – koniec końców rozsypałeś kilka ziaren czasu, by zawiesić oko na mój tekst.

 

Finkla:

«obszyć brzegi materiału nićmi, aby zapobiec strzępieniu się»

…a gdyby tak metaforyczny odpowiednik z zachowaniem tego samego ‘schematu’ ? 

“Obłożyć zewnętrzną powłokę materii jaka oplata człowiecze jestestwo, aby te nie rozpadło się mentalnie?”  :D – Oki, oki… już zmieniam, pani.

 

4 – Ha, jaka gafa ;/ Dzięki za sprostowanie :)

 

x – konsekwencje z nim związane ( z powrotem) jakby piętnują tego, który powrócił…. w oczach ‘większości’… bowiem zazwyczaj byty go (Magura) otaczające nie zareagują ‘pozytywnie’ – rozkminka do rozwinięcia w przyszłości (o ile powstanie dalszy ciąg)

 

y – chyba lepiej mi się czytało, gdy było tak… a nie inaczej. Wtopa nowicjusza ^^

 

z – drugi przykład: zajebisty – Dobrze wytłumaczone. Jak nic masz w sobie geny ‘sensei’… kobieto :D Ew. potomstwo będzie mieć (bądź ma) z Tobą dobrze :) …liczę na kolejne komentarze w przyszłości… będę zaszczycony mamusia; szczerze angel 

 

PsychoFish:

Twój avatar mnie przeraża :D

 

Oszukiwać nie planowałem, kraść tym bardziej. Zamiatać rozsypanego czasu jednak… nie będę :) Było ominąć, he…

 

Prokris:

Dawno, dawno temu… wczoraj? :D Idealnie nakreśliłaś istniejące fakty. Jednak prosiłbym, byś dokończyła wyjaśniając co miałaś na myśli mówiąc, yyy… pisząc, jakobym nie posiadał wyczucia. Nie bardzo wiem do czego się odnieść, a ciekawym bardzo ocb tutaj :)

 

 

_____ ______________________________________

 

Gdy tylko znajdę lukę w trzymanej gardzie czasu, spróbuję ciągiem dalszym zrekompensować Wam stracone minuty życia… ofiarowując kolejnego tekstorka cool

Pojęcie ‘betowany’ jest mi obce, prosiłbym o rozwinięcie…

Nie żartuj.

Było ominąć, he…

Było betować i poprawić przed publikacją ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Od razu “nie żartuj”… Adamie, zanim się tu zarejestrowałam, nie znałam tego znaczenia słowa “beta”. Czynność – owszem, słowa – nie.

Beta (jak ja to rozumiem) to osoba czytająca nie swój tekst, zanim zostanie posłany w świat. Ma za zadanie marudzić, czepiać się wszystkiego i przekazywać uwagi autorowi dzieła. Znaczenie słów pochodnych sobie dośpiewaj.

Babska logika rządzi!

Koleżanko Droga, kto ma komputer (lub jego tabletotsmartfonoipadową imitację) musiał zetknąć się z wersjami beta programów, systemów operacyjnych i, siłą rzeczy, pojęciem betatesterów.

No, chyba że umie tylko naciskać klawisze lub suwać paluchem po ekraniku.

Oj, aleś mi, Kolego, dowalił. Trudno, wracam do wodzenia paluchem po ekranie. ;-)

Babska logika rządzi!

Świntuszka! Wodzicielka! Na pobetokuszenie! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Już Tobie wierzę, Koleżanko, że tylko to potrafisz…

kropki trzy

Nowa Fantastyka