- Opowiadanie: AdamSkoczek - Wojna wiary

Wojna wiary

Proszę o konstruktywna krytykę :] Nie  obrażę się za żadną,  wręcz się uciesze za wypomnienie mi wszystkich błędów.  A wszelkie psotne przecinki proszę ignorować :]

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wojna wiary

Wystrzelone z ukrytych silosów i mobilnych wyrzutni, rakiety osiągnęły wymagany pułap. Był to dopiero początek ich lotu. Do spotkania śmiercionośnej broni dwóch stron zostało kilka minut. A te zależnie od sytuacji płynęły różnie. Żołnierzom odpowiedzialnym za obronę wlokły się niemiłosiernie. Spięci śledzili w skupieniu ikonki na monitorach. Cywilom czas gnał niemiłosiernie do przodu, dla wystrzelonych rakiet był on obojętny.

W końcu rakiety dotarły na miejsce. Detonowały falami tuż przed islamskimi głowicami bojowymi, tworząc zwartą ścianę ognia.  Połowa rakiet przeciwnika przetrwała pożogę i kontynuowała swój lot. Kilometry od podziemnej bazy odezwały się naziemne baterie laserowe. Każdy z potężnych kilku watowych laserów oddawał strzał co trzy sekundy. Nie było przy tym żadnych efektownych zjawisk. Żadnej dezintegracji, czy spektakularnego wybuchu. Po prostu topiły cienką powłokę i niszczyły wszystko co pod nią napotkały. Rakiety bez działającej elektroniki spadały na ziemie, jak zestrzelone kaczki.

Raptem kilka sprawnych pocisków zdołało dotrzeć do ziemi, niszcząc przy tym pięć dział laserowych i żłobiąc sporych rozmiarów krater. Tak kończyły się zawsze wszystkie ataki fanatyków religijnych.

***

Chorąży Iwona nie przepadała za swoją pracą na stanowisku kontroli ognia. Znajdowało się ono w jednym pomieszczeniu wraz z działem wykrywania zagrożenia, przez co atmosfera zawsze była napięta. Personel odpowiedzialny za zagrożenia był cichy i skupiony na swoim zadaniu, całkowicie pochłonięty swoją pracą, wymuszając podobne zachowanie na innych. Dla chorąży było to nieprzyjemne, gdyż cały stres jaki nagromadzał się podczas  jej zmiany musiała później wyładować. Zazwyczaj pozbywała się go podczas treningu karate, lub na ringu, wyżywając się na bogu ducha winnych znajomych.

Oczywiście, zawsze mogła poprosić o inne stanowisko, ale za długo i ciężko pracowała zarówno na nie, jak i na stopień jaki miała. Rezygnacja oznaczała zatrzymanie jej kariery w miejscu, na co nie mogła s obie pozwolić. Chciała dojść w hierarchii najdalej jak się da. Dlatego też poświęciła całe swoje życie wojsku, z tego powodu zrezygnowała z posiadania rodziny. Nie chciała by najbliżsi musieli się martwić czy wróci żywa, gdyby wysłano ją na front, ani nie chciała być odciągana od swojego celu.

Dotarł do niej głos wartownika pilnującego wejścia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie był podniesiony, ewidentnie wykłócał się z kimś. Zza drzwi dobiegł głuchy trzask i do pomieszczenia z hukiem wszedł barczysty mężczyzna. Miał na sobie kamizelkę pełną wypchanych kieszeni. Łysy intruz przypominał wielkiego, stojącego na dwóch kończynach żółwia. W prawej ręce trzymał pistolet, w drugiej drążek z przyciskiem pod kciukiem.

Iwona podobnie jak kilku innych członków obsady odwróciła się. Była to ostatnia rzecz jaką zrobili.

– Za Alla…

Ładunki umieszczone w wybrzuszeniach kamizelki eksplodowały. Wybuch nadał impet metalowym odłamkom. Te jakby nic im nie stawiało oporu wchodziły w miękkie ciała, zabijając na miejscu. W pokoju nie ocalał nikt.

W tym samym czasie na wchodzie została odpalona kolejna salwa rakiet, lecz tym razem nie było nikogo kto by je wykrył. Obrona nie działała. Baza została skazana na zniszczenie.

***

Wraz z towarzyszem, całkowicie pochłonięty testowaniem nowej broni podskoczył ze strachu na dźwięk alarmu bombowego. Cały dobry humor uleciał z niego jak powietrze z przekłutego balonika. Tak dobrze się bawił, że stracił poczucie czasu. A przecież chciał jak najszybciej wrócić do żony i córki.

Marek niewiele myśląc złożył i schował broń. Kiwnął młodemu wojakowi głową na pożegnanie i wybiegł w stronę wyznaczonej strefy. Zdyszany zwolnił kroku, zewsząd nadchodzili ludzie. Otaczający go po chwili tłumnie ludzie nie sprawiali wrażenia spanikowanych, lecz znudzonych i rozdrażnionych przerwanym wypoczynkiem. Beztrosko rozmawiali w grupkach, jakby czekali na wydanie posiłku w stołówce.

Ledwo dotarł do skrzyżowania korytarzy, gdy dobiegło go wołanie cieniutkim, dziewczęcym głosem.

– Tatusiu! Tatusiu!

Malutka, raptem kilkuletnia dziewczynka wymachiwała drobnymi rączkami, wyrywając się z rąk kobiety, chcąc przytulić swojego tatę. Na widok radosnej buzi, uśmiechnął się i zaczął przepychać przez ludzi.

Z rąk matki odebrał małą, która od razu przylgnęła do niego, zasypując go blond lokami. Kolor włosów i zielone oczy odziedziczyła po matce, podobnie jak całą urodę. Tylko nosek, prosty, trochę za długi miała po nim.

– Dobrze, że jesteś – wycedziła przez zęby Maria.

Przez twarz przebiegł grymas złości, mimo to w oczach można było dostrzec ulgę i radość.

– Wybacz, ja za długo… – Pokręcił głową. – Skończyłem. Od teraz będę miał więcej czasu dla was.

Objął ją ręką w pasie i pocałował w policzek.

– Nie blokujcie ruchu – powiedział ktoś z tyłu i ruszyli dalej.

Kilka minut zajęła im reszta drogi, przez którą Marek niósł na ręce Olusię, by nie zgubiła się wśród ludzi. Tłum przed nimi stanął, chcąc nie chcąc też przystanęli, a zaraz z tyłu dobiegł ich ten sam głos. co wcześniej, zirytowany kolejnym, nagłym postojem. 

Maria ścisnęła mocniej dłoń męża, jej twarz wyrażała zaniepokojenie, które udzielało się wszystkim naokoło. Od przodu dobiegł ich gwar, a zaraz potem oburzenie ludzi. Nie zdążył zapytać  co ich zatrzymało, gdy z głębi bazy dobiegł grzmot. Najpierw jeden, potem dołączył do niego drugi i trzeci i jeszcze kilka kolejnych. Jedne grzmiały bliżej niż inne, ale nie było w tym żadnej reguły.

Nie zdążył ich policzyć. Za zakrętem eksplodowała jedna z kamizelek samobójców. Wszyscy w promieniu kilku metrów, bez szans na ratunek zostali zabici na miejscu. Ci pechowcy których, wybuch nie zabił od razu, mieli konać godzinami.

Poczuł jak niewidoczna siła pcha go do tyłu i wpada na kogoś. Dzwoniło mu strasznie w uszach. Niewiele myśląc, podniósł się podpierając jednym ramieniem, wciąż trzymając mocno uczepioną i oszołomioną dziewczynkę. Pomógł podnieść się Marii. Mówiła coś do niego, ale nadal dźwięczało mu w uszach. W jej szeroko otwartych zielonych oczach dojrzał panikę. Powoli odzyskiwał słuch. Dotarł do niego głos Marii, przerywany co chwilę nie znanym mu wyciem syreny.

– …uciekać…słyszysz? – Zbliżyła usta do jego ucha i zaczęła ponownie krzyczeć – Musimy uciekać!

Skinął głową i złapał ją za rękę, by nie pogubili się w tłumie. Ci którzy otrząsnęli się z szoku, doszli do tego samego wniosku, tych niezdecydowanych przekonał ostatecznie komunikat:

– Uwaga! To nie są ćwiczenia! Nakazuje się natychmiastową ewakuację schronu, to nie są ćwiczenia.

W tym momencie tłum ogarnęła panika, jakby nakaz opuszczenia schronu był gorszy od wybuchających tuż obok bomb. Nie zważając na nikogo runęli do przodu tratując leżących. Nawet mężczyzna ze spaloną twarzą i kikutem ręki, którą stracił chwilę wcześniej w eksplozji, biegł niezdarnie, wciąż oszołomiony opierał się o ścianę, zostawiając za sobą okropny czerwony ślad.

Podziemne korytarze zadrgały lekko od uderzeń na powierzchni. Momentalnie znikł jazgot syren i zgasły wszystkie światła, by po chwili włączyły się zapasowe generatory. Półmrok co chwilę rozświetlało czerwone światło nadając koszmarny wygląd korytarzom. Teraz zewsząd dało się słyszeć tupot setek stóp, pokrzykiwania i jęki rannych. 

Byli już blisko wyjścia, gdy ktoś wbiegł między nich i rozdzielił. Za Markiem, w wyniku potężnej detonacji zawaleniu uległ korytarz. Odwrócił się by odnaleźć ukochaną, ale nigdzie jej nie było. Przed nim piętrzyła się jedynie sterta gruzu po sam sufit.

Stanął jak wryty, spod kamieni wystawała kobieca dłoń, poznałby ją wszędzie. Stał tak z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć w to co widział. Z oczu pociekła mu łza, nie miał czasu na opłakiwanie. Pozostała mu ostatnia osoba, która była dla niego całym światem.

Ostre popołudniowe światło oślepiło go na moment, zasłonił wolną ręką słońce i ruszył przed siebie.

***

Mała dziewczynka ziewnęła przecierając śpiące oczy i przytuliła się mocniej.

– Jestem głodna – szepnęła, lecz nie przyniosło to żadnego efektu – Jestem głodna!

Płaczliwy ton córki wyrwał mężczyznę z osłupienia. Zaczął rozglądać się pustym wzrokiem wokół siebie. Wysokie drzewa zatrzymywały ostatnie promyki słońca, tworząc półmrok. W chłodnym już powietrzu rozbrzmiewały ostatnie trele ptaków. W oddali przebiegł powoli duży dzik. Jedyne dźwięki jakie dochodziły do Marka były naturalne. Odgłos wybuchów został daleko w tyle, choć jak podejrzewał, bombardowanie po prostu skończyło się dawno temu.

Przez kilka ostatnich godzin nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. Po prostu szedł przed siebie nie myśląc, nie czując. Obudzony dopiero przez córkę z tego dziwnego letargu dotarło do niego, że sam od dawna nic nie jadł. Ostatni posiłek jaki pamiętał to wspólne śniadanie rodzinne. Z nią. Zaszkliły mu się oczy, potrząsnął lekko głową.

– Wiem kochanie, zaraz coś znajdę.

Powiedział chociaż zdawał sobie doskonale sprawę, że tak nie będzie. Nie miał pojęcia czego, ani gdzie szukać czegoś do jedzenia. Wtedy do jego uszu dobiegł męski głos. Ruszył w jego kierunku.

– Stój! Ręce do góry i mów kim jesteś. – Znikąd wyrósł wysoki, młody mężczyzna ubrany w mundur. Celował prosto do niego rozglądając się nerwowo – Obie podnieś! Co to za pakunek trzymasz? To pewnie jedna z tych bomb! – Oblizał nerwowo wargi.

– Uspokójcie się szeregowy Kłoda, co się tak drzecie? Słychać cię w całym pieprzonym lesie.

Podobnie jak szeregowy, drugi mężczyzna pojawił się znikąd.

– Mam jednego z nich. Chciał nas podejść. Wysadzić! Drań!

Na twarz Marka padł snop światła.

– Nie wygląda jakby chciał nas zabić.

– Uciekłem ze schronu z córką…

– Z córką? – powiedział zaskoczony wojskowy i omiótł go światłem – Kłoda, nie dość, że prawie zabiliście cywila to jeszcze dziecko, odłóżcie lepiej tą broń – wycedził. – A ty chodź ze mną, rozbiliśmy obóz, ogrzejecie się przy ognisku i coś zjecie.

Szli w milczeniu przedzierając się przez zarośla. W oddali widać było pomarańczową łunę ognisk, wokół których majaczyły sylwetki ocalonych. Spodziewał się zobaczyć znacznie więcej osób, a tymczasem nie było ich więcej jak kilkadziesiąt, może setka, góra dwie setki ludzi. Przecież w schronie mieszkały dziesiątki tysięcy. 

– Wiem, też jestem przerażony tym, że tak mało się uratowało. Jakbyście czegoś chcieli wołajcie pułkownika Sztabowskiego.

 W świetle płomieni widać było okropną, świeżą ranę przebiegającą przez cały jego policzek. Uśmiechnął się do dziewczynki, która zerkała ukradkiem, co wyszło mu dość upiornie. Odszedł wolnym krokiem na drugą stronę obozowiska. Marek stał jeszcze chwilę w milczeniu, podszedł bliżej do ogniska i posadził córkę. Odciął dwa kawałki mięsa i zjedli w milczeniu.

– Jesteś jeszcze głodna? – zapytał z troską.

Mała pokręciła głową poruszając przy tym złotymi lokami i ziewnęła. Położyła się obok i momentalnie zasnęła wyczerpana.

Dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo sam jest zmęczony, czuł każdy mięsień w ciele, wszystkie pulsowały tępym bólem. Nigdy nie przeszedł tyle co dzisiaj, zamknięcie w schronie źle wpłynęło na jego kondycję. 

Pogłaskał dziewczynkę po włosach. Nie wiedział co przyniosą kolejne dni, ale był pewien, że zrobi wszystko, by była bezpieczna.

***

Wędrowali już kilka dni, nikt oprócz dowódcy, którym był pułkownik Sztabowski nie miał pojęcia dokąd idą. Mundurowy co jakiś czas spoglądał na kompas, mapę i ciągle prowadził przez las. Szli przez większość dnia, robiąc co kilka godzin przerwę, w nocy zaś rozbijali obóz.  Podczas wędrówki dołączyło do nich ponad stu ludzi.

– Kiedy mamusia do nas wróci?

– Już niedługo, niedługo – Nie było to jej pierwsze pytanie o matkę i za każdym razem nie wiedział jak powiedzieć prawdę.

W cichym lesie rozległy się z daleka serie strzałów. Idący obok pułkownik złapał za krótkofalówkę.

– Zaatakowali tył naszej kolumny – rzekł krótko. – Weź kompas i mapę i kieruj się na zachód, do Gorska. Spotkacie tam patrol, pomoże wam.

Nie czekając na odpowiedź pobiegł z karabinem gotowym do strzału. Marek podniósł córkę i przyśpieszył kroku, pociągając za sobą ludzi. Gdzieś w oddali przed nimi zawył silnik pojazdu i przybliżał się z każdą chwilą. Nie mieli żadnej broni, wszyscy uzbrojeni żołnierze zostali z tyłu, dając im czas na ucieczkę. Wtedy go olśniło. Przecież ma broń! Całkowicie zapomniał o laserze, który tuż przed alarmem testował na strzelnicy.

– Poczekaj za tym drzewem i nie wychylaj się, tatuś zaraz wróci.

Pobiegł w kierunku warkotu, chowając się za drzewami. Jego oczom ukazała się wojskowa ciężarówka wypełniona po brzegi fanatycznymi żołnierzami.  Używając drzewa jako zasłony wychylił się i wycelował. Nacisnął spust trafiając w koło i rozrywając oponę. Pojazd stanął, przymierzył jeszcze raz i strzelił. Trafił w silnik, który od razu ucichł. Po chwili promień lasera przebił bak z paliwem, który natychmiast eksplodował.  Żaden z fanatyków nie przeżył. 

Wrócił do drzewa i zabrał dziewczynkę rzucającą mu się do ramion.

***

Pułkownik miał rację – pomyślał sarkastycznie. Czekali na nich, nie tylko patrol, ale i cały konwój żołnierzy. Szkoda tylko, że wszyscy byli martwi. Rozerwani na strzępy, albo z kulką w głowie. Samo miasto  Gorsk zostało przed laty zrujnowane w wyniku bombardowania, zrównane z ziemią, pozostawiając po sobie jedynie sterty kamieni, powyginanych prętów. 

Uruchamiał kolejny silnik, gdy podszedł do niego starszy jegomość.

– Ustaliliśmy wszyscy, że jedziemy do Niemiec, do najbliższej granicy. Tutaj nie ma się już gdzie schronić. Fanatycy przedarli się i zajmują kolejne miasta. Jeśli chcesz możesz wziąć jedną z ciężarówek i… – popatrzył szarymi, smutnymi oczami, wzruszając przy tym ramionami.

– Nie, macie rację. Musimy uciekać do najbliższej granicy, będzie tam bezpiecznie. Przynajmniej przez jakiś czas.

Staruszek kiwnął głową.

– Nie potrzebujecie czegoś? – spytał, kierując wzrok na umorusaną dziewczynkę bawiącą się w samochodzie.

– Nie, zresztą tutaj i tak niczego nie znajdziemy, oprócz gruzu. Wszystko co ocalało po pierwszym bombardowaniu lata temu zostało dawno rozkradzione.

– Jutro rano będą gotowe wszystkie pojazdy.

Staruszek ponownie kiwnął głową i odszedł.

***

Po pierwszych bombowych atakach sprzed paru dni jakie przeprowadzili religijni  fanatycy, Niemcy znacząco wzmocnili granice wojskami. Marek wraz z Olą i innymi stali właśnie przed jednym z punktów granicznych. W ich stronę zostały wymierzone dziesiątki luf karabinów. Pomiędzy nimi wyrastał betonowy mur zwieńczony drutem kolczastym. Tuż za nim stał sprzęt wojskowy, transportery opancerzone, a nawet masywny czołg.

– Nie przejdziecie! – grzmiał celnik. – Takie mamy rozkazy, nie możemy wpuszczać nikogo.

Tłum gotował się ze złości.

– Wy tchórze! Walczyliśmy za was, żeby te świry nie przedarły się, a wy nie chcecie nam nawet pomóc w potrzebie? – wygarnęła jakaś kobieta.

– Tchórze! Bydlaki!! – Dobiegło chóralnie z tłumu.

Marek wyszedł spomiędzy ludzi i stanął naprzeciw mężczyzny pilnującego szlabanu. 

– Jestem inżynierem z…

– Gówno mnie obchodzi kim jesteś i nie wpuszczę ciebie ze względu na nią – przerwał bezceremonialnie celnik.

– Przejdę do rzeczy. Skonstruowałem podręczny laser. Jeśli nas wpuścicie to powiem wam jak go zbudować, jeśli tego nie zrobicie to trafi on w ręce fanatyków – przerwał na moment by jego słowa dotarły do Niemca. – Nie muszę chyba mówić jaką przewagę zyskają dzięki niemu?

Na potwierdzenie swoich słów wyciągnął dziwnie wyglądający pistolet i strzelił z niego w metalowe słupki topiąc je. Celnik wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Zdawał sobie sprawę, że naukowiec ma rację i wiedział jak cenny jest ten sprzęt. Kiwnął głową na zgodę.

– Wy dwoje możecie wejść.

– Wszyscy.  Wejdziemy tam wszyscy albo nikt.

Mierzyli się przez kilka sekund wzrokiem.

– Niech będzie. – Dał znać by podniesiono szlaban.

Koniec

Komentarze

Dosłownie przez ten tekst brnie się jak przez bagno. Pełno błędów. Nie wiem co napisać, aby uznać to za konstruktywną krytykę. Próbowałem nawet na boku wypisać i omówić kiepskie zdania, ale docierając do drugiego akapitu, uznałem że nie ma to żadnego sensu. Do poprawy jest… wszystko.

Przykro mi, ale tekst mi się nie podoba. Słaby język.

Poza tym pomysł jest dość naiwny i słabo przemyślany, a historia nawet nie jest interesująca. Nie wystarczy usiąść i pisać coś z głowy. Bardzo ważne jest to, aby ta opowiadana historia o czymś była, coś poruszała.

Następnym razem, nie wrzucaj tu tekstu nie przemyślanego i nie przygotowanego do publikacji pod kątem językowym. Nie obrażaj się tylko, po prostu usiądź, przypomnij sobie zasady pisowni. No i trenuj. A przy tym dużo czytaj, to pomaga.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Jakbyś mógł wymienić chociaż kilka z brzegu, z pierwszych akapitów, żebym wiedział co masz na myśli.

Zgadzam się z Mkmorgothem, że tekst jest naiwny. Fanatyk mija wartownika raptem po kłótni, ciężarówka pełna wrogów usłużnie podstawia się bakiem pod strzał (tak całkiem na wierzchu ten bak miała?) lasera, jak tylko dziecko robi się głodne, pojawiają się ludzie chętni do pomocy, zwykły szwej na granicy podejmuje strategiczną decyzję…

Nie znam się, ale czy kilkuwatowy laser jest potężny?

Dlaczego popsucie elektroniki spowodowało spadnięcie rakiet na ziemię? Ruch to kwestia energii (w tym przypadku kinetycznej i potencjalnej), a nie myślenia, w którą stronę lecieć. To tylko w dowcipach blondynka spadająca z dziesiątego piętra musi się kilka razy zatrzymać i spytać o drogę.

Personel odpowiedzialny za zagrożenia był cichy i skupiony na swoim zadaniu, całkowicie pochłonięty swoją pracą, wymuszając podobne zachowanie na innych.

Pierwsze słyszę, żeby zależność w tę stronę działała. Że ci inni wyciągają skupionych na piwo, to owszem, zdarza się nagminnie. ;-)

Literówki, na przykład: s obie, wchodzie

biegł niezdarnie, wciąż oszołomiony opierał się o ścianę, zostawiając za sobą okropny czerwony ślad.

Albo biegł, albo się opierał.

Dalej już przestałam wydłubywać szczegóły. Próbowałeś odłożyć tekst co najmniej na kilka dni i przeczytać go po tym czasie? I chyba jednak nie powinieneś ignorować przecinków. ;-)

Babska logika rządzi!

“…dla wystrzelonych rakiet był on obojętny.“ – Hmm, nie. Czas nie jest obojętny dla kogoś, tylko komuś.

 

“Rakiety bez działającej elektroniki spadały na ziemie, jak zestrzelone kaczki.

Raptem kilka sprawnych pocisków zdołało dotrzeć do ziemi…“ – literówka (ziemię) oraz powtórzenie. Powtórzeń zdarza się też później dość dużo.

 

“Chorąży Iwona nie przepadała za swoją pracą na stanowisku kontroli ognia. Znajdowało się ono w jednym pomieszczeniu wraz z działem wykrywania zagrożenia, przez co atmosfera zawsze była napięta. Personel odpowiedzialny za zagrożenia był cichy i skupiony na swoim zadaniu, całkowicie pochłonięty swoją pracą…“ – nadzaimkoza stosowana. Stanowczo nadużywasz swój/swoja/swoje itp.

 

“Dla chorąży było to nieprzyjemne…” – łomatko, jak fatalnie brzmi to zdanie… Nie, nie mam pomysłu jak nazwać chorążego-kobietę, ale to, co jest w zdaniu, brzmi po prostu strasznie ; p

 

“Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie był podniesiony, ewidentnie wykłócał się z kimś.“ – Kto, głos się wykłócał? Podmiot rzecz ważna.

 

“Poczuł jak niewidoczna siła pcha go do tyłu i wpada na kogoś.“ – Siła wpada na kogoś?

 

I ja po pewnym czasie zaprzestałam dokładnego wczytywania się w tekst. Zgadzam się z przedmówcami, że niestety wypada on bardzo blado i pod względem językowym, i fabularnym.

Zgadzam się też z Finklą, że niektóre fragmenty, chociażby te, w których bohater z córeczką są bez żadnych pytań zaproszeni do kompanii czy ten ostatni, w którym zwykły strażnik bez konsultacji z nikim wpuszcza zgraję uchodźców są po prostu niewiarygodne – tudzież niewiarygodnie wygodne dla autora. Pojawia się problem, to od razu mamy cudowne rozwiązanie.

Poza tym po co wrzuciłeś fragment? Niedokończony tekst? Nie żebym spodziewała się, że dalej byłoby lepiej (bo ewidentnie musisz popracować nad warsztatem i prowadzeniem opowieści), ale opowiadasz o jakimś ataku, coś zostaje zniszczone, ludzie uciekają, główny bohater z córeczką docierają do jakichś ludzi, potem wszyscy są przepuszczeni przez Niemca i… i co dalej?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Fanatyk zabija wartownika ^^ Widocznie źle to przekazałem.

Promień wpierw trafił silnik, a następnie w bak.  Gdziekolwiek był, nie został trafiony od razu. Poza tym, wpierw trafia w koło.  Ludzie ci również uratowali się z bunkra i zorganizowali,  więc dlaczego nie? Ale rozumiem, chodzi o naiwność.

Tak, kilkuwatowy laser jest potężny, chociaż zależy co rozumiemy pod tym słowem. Kiedyś, rakiety celowało się w konkretny punkt i odpalało. Teraz wsadza im się procesory, ogólnie pojętą elektronikę, która steruje całym pociskiem. Więc gdy cały ten układ wysiądzie, rakieta przestaje być sprawna. Podobnie jak w aucie, jak padnie ci centralny komputer, to silnik się również wyłącza i auto staje.

Biegł opierając się o ścianę – faktycznie koślawo wyszło.

Oczywiście, że tak. Tekst trochę odleżał, został przejrzany ponownie przeze mnie i przez jeszcze jedną osobę.

Nie ignoruję przecinków. Was proszę o zignorowanie tych kilku zagubionych ^^

Silnik może i się wyłącza, ale samochód chyba toczy się dalej. Tak samo, kiedy kierowca zaśnie za kółkiem. Ośrodek decyzyjny nie działa, pęd został.

Babska logika rządzi!

“Dla chorąży było to nieprzyjemne…” – łomatko, jak fatalnie brzmi to zdanie… Nie, nie mam pomysłu jak nazwać chorążego-kobietę, ale to, co jest w zdaniu, brzmi po prostu strasznie ; p” – Powiedziałabym: Dla chorążej było to nieprzyjemne

http://obcyjezykpolski.strefa.pl/?md=archive&id=544

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A wiesz, chorąża wcale nie brzmi lepiej ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zaimki kreślę kiedy widzę.

Fragment? To nie jest fragment…

Dziękuje za uwagi, do następnych tekstów przyłożę się jeszcze bardziej i postaram się o coś mniej naiwnego.

Pewnie trzeba się będzie przyzwyczaić, tak jak do motorniczej przywykliśmy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Albo wykombinować coś innego. Kobieta w mundurze chorążego/ z naszywkami chorążego na pagonach/ kobieta z [tu opis gwiazdek czy co tam chorąży ma] na pagonach/ pani chorąży/ pani oficer (a może podoficer, nie znam się)… Jak nie ma dobrego wyjścia, to trzeba znaleźć obejście. ;-)

Babska logika rządzi!

Do spotkania śmiercionośnej broni dwóch stron zostało kilka minut.

Ale spotykały się dwie strony Broni? Czy Bronie z dwóch stron? :-)

 

A te zależnie od sytuacji płynęły różnie.

A te[,+] zależnie od sytuacji[,+] płynęły różnie. – przykład jednego z wielu zdań, gdzie olałeś przecinki. Jeśli piszesz na komputerze, to odłóż tekst na dwa tygodnie, a potem odczytaj go na głos – część pauz i przecinków powinna z automatu wskoczyć na miejsce. Jeśli tego nie słyszysz, nagraj sam sobie kilka fragmentów i odsłuchaj.

 

kilku watowych laserów

Śmigaj do bordello-bum-bum “Literatura” i natychmiast zamów kilka sesji z Ortografią. Bez tego doświadczenia nie publikuj, bo oczy czytelników zaczną krwawić, a palce pisać złośliwe komentarze ;-) “kilkuwatowe”

 

Raptem kilka sprawnych pocisków zdołało dotrzeć do ziemi, niszcząc przy tym pięć dział laserowych i żłobiąc sporych rozmiarów krater.

Raptem oznacza coś nagłego, niespodziewanego… Czy nie chodziło ci o to, że “nieledwie/zaledwie kilka sprawnych pocisków(…)”? Przykład jednego z wielu źle sformułowanych zdań.

 

 

O mamo huto i ojcze bimbrowniku. Bardzo, ale to bardzo naiwnie fabularnie i źle napisane. I wiesz co? To oznacza, że następny tekst będzie na pewno lepszy ;-) Próbuj, czytaj, a przede wszystkim, zanim opublikujesz lub poprosisz kogoś o wstępne czytanie – odłóż na jakiś czas i spróbuj sam poprawić błędy.

 

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka