- Opowiadanie: Lord Vedymin - BABEL 2.0

BABEL 2.0

Mimo przedłużonego terminu, ledwo zdołałem się wyrobić. Dziękuję Bemik za betowanie i gro poprawek, a także Brajtowi za konsultację w jednej sprawie

Życzę miłej lektury.

ved

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

BABEL 2.0

 

[…] Rzekli: Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi. A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić.

Rdz 11, 4-6

 

***

 

Słyszałem jak wstała. Pościel była przesiąknięta jej zapachem. Leżałem na boku i przez szpary między zmrużonymi powiekami patrzyłem, jak Sheila wychodzi z sypialni. Stawiała kroki z kocią gracją, ledwo tykając stopami podłogę i kołysząc biodrami. Miękkie światło, wpadające przez przeszklenie, muskało jej aksamitną skórę i kaskadę jasnych włosów opadających na zgrabne pośladki. Gdy zniknęła za ścianą, przekręciłem się na wznak, zamknąłem oczy. W duchu przeklinałem budzik – wiedziałem, że za kilka minut wywlecze mnie z łóżka.

W półśnie doczłapałem do łazienki, szybki prysznic poprawił mi nastrój. Jeszcze tylko porządna dawka kofeiny, a będę niczym nowo narodzony. Już w hallu poczułem mocną woń, rozchodzącą się z salonu po całym mieszkaniu. Sheila siedziała na sofie, obejmując dłońmi kubek pełen parującej kawy. Drugi tradycyjnie czekał na ławie.

Długie, wspólne poranki stały się częścią naszego codziennego rytuału. Mieszkaliśmy razem już prawie trzy lata, zajmując we dwoje spory, jak na centrum Novapolis, apartament, stylizowany na modłę dwudziestego pierwszego wieku. Jeszcze do niedawna był moją służbową kwaterą, którą otrzymałem od rządu pięć lat wcześniej, w ramach umowy o pracę w stołecznej policji. Po rzeczonych pięciu latach nienagannej służby dorobiłem się rangi porucznika, a mieszkanie przeszło na moją własność, zgodnie z warunkami kontraktu. Pośród majestatycznych wieżowców wnętrze odgrodzone od świata pancernymi szybami było dla mnie enklawą spokoju. Nie potrafiłem w pełni przywyknąć do rozmachu stolicy. To nie to samo, co oswojone za młodych lat ulice Londynu. Tutaj wszystko było metodycznie rozplanowane i otoczone heksagonalnym Murem. Serce rozległego centrum zbudowanej w dwie dekady metropolii stanowił ogromny, biały gmach – wieża BABEL 2.0. Mieściły się w niej najważniejsze ośrodki administracyjne Dominium, ale większość kondygnacji zajmował potężny superkomputer. Brain Associating Backend Electronic Library, od którego budowla rzekomo wzięła nazwę, był główną jednostką, sterującą przepływem danych między członkami sieci Synerget – elektronicznym mózgiem ludzkości. Według urzędowych danych, w ramach Sieci działał co trzeci obywatel. Ja byłem jednym z dwóch pozostałych. Sheila też.

– Jasper. – Jej głos wyrwał mnie z zamyślenia.

– Tak, skarbie?

– Pytałeś komendanta o urlop?

– Nie będę co chwila latał do Stankievitza, żeby słyszeć tę samą śpiewkę. Mamy taki kocioł, że głowa mała. Sama zresztą wiesz.

– Wiem – odparła zrezygnowana. Wstała i wyszła na taras, oparła łokcie o balustradę. Stanąłem za nią i objąłem, kładąc podbródek na jej ramieniu.

– Mnie też to wykańcza, ale poczekaj jeszcze dwa tygodnie. Jutro zaczyna się kongres, muszę być na miejscu. A potem…

– A potem nic się nie zmieni. Żyjemy jak niewolnicy, jak trybiki w wielkiej, terkoczącej maszynie. Co z tego, że de facto nie jesteśmy podłączeni do kolektywu?

– Obiecuję, że zaraz po kongresie pojedziemy na drugi koniec świata, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał.

– Dobrze. Tak naprawdę nie chodzi o te parę dni… chciałam ci powiedzieć coś ważnego… – Zniżyła głos i odwróciła się. Spojrzała mi w oczy. Staliśmy tak chwilę, milcząc.

Ciszę brutalnie przerwał sygnał z mojego naręcznego teledatora. Dostałem wezwanie do stawienia się na komendzie w trybie natychmiastowym. Identyfikator. Buty. Płaszcz.

– Wybacz, to naprawdę pilne. Porozmawiamy, kiedy wrócę. – Odwróciłem się na pięcie i biegiem ruszyłem w stronę windy. Przez głowę przelatywały mi setki myśli. Jadąc w dół z trzydziestego trzeciego piętra, zdążyłem ochłonąć i wychodząc z kabiny, byłem już prawie pewien, co chciała powiedzieć Sheila. Kilka razy spróbowałem do niej zadzwonić, ale odrzucała połączenie. Po chwili na wyświetlaczu teledatora pojawiła się wiadomość tekstowa: Porozmawiamy, gdy wrócisz. Uważaj na siebie. Kocham.

 

***

 

W obszernej sali konferencyjnej przy długim stole zasiadła już większość oficerów sztabowych. Zająłem swoje miejsce. Poczciwy liliput, Paul Neilson, kumpel z wydziału, a od niedawna także mój oficjalny podwładny, siedział w fotelu obok, splatając krótkie ręce na piersi. Minę miał nietęgą. Przeleciałem wzrokiem po twarzach wszystkich zebranych. Już na pierwszy rzut oka potrafiłem rozróżnić tych, którzy mniej więcej wiedzieli, co się stało. Pozostali, rozgorączkowani, czekali na przyjście komendanta lub wymieniali po cichu jakieś uwagi. Minęło dobrych kilkanaście minut zanim pojawili się wszyscy funkcjonariusze. Atmosfera była coraz bardziej napięta.

W końcu drzwi rozsunęły się i na salę szybkim krokiem wszedł Stankievitz. Jego czerwona, gładko wygolona twarz świeciła się od drobnych kropelek potu. Stanął u szczytu stołu, przetarł czoło wierzchem ręki i przeszedł do rzeczy.

– Dzisiaj o godzinie piątej czterdzieści sześć doszło do kuriozalnego zdarzenia. W obrębie zewnętrznego pierścienia miasta, w Dwunastym Dystrykcie nastąpiło krótkotrwałe spięcie, wywołane przez silny impuls elektromagnetyczny. Straciliśmy łączność z obszarem o promieniu około sześciu kilometrów. Jedynym medium, na którym stale możemy polegać, są kamery satelitarne. Teraz najgorsze. W okolicy źródła impulsu znajdował się w momencie jego emisji aeromobil z japońskim prefektem Nogushim na pokładzie, co wręcz wymusza przypuszczenie, że za wszystkim stoi starannie zorganizowana akcja terrorystyczna. Aktualnie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest wybuch bomby elektromagnetycznej.

– Skąd, do jasnej cholery, wzięła się bomba magnetyczna w pierdolonych slumsach? Kto byłby w stanie zorganizować coś takiego? To skandal! – Wysoki, chudy paranoik, porucznik Talbot jak zwykle nie wytrzymał i dał upust swojemu oburzeniu. Tym razem jednak nie znalazł się żaden ochotnik, gotów polemizować z jego opinią.

– La Onda. Raporty z terenu od dawna wskazywały na ich coraz większe wpływy. Sugerowałem, aby zwrócić na sukinsynów baczniejszą uwagę, ale nikt mnie wtedy nie poparł – żalił się Jensen, szef departamentu prewencji.

Komendant spojrzał na niego wymownie.

– Mam przez to rozumieć, że podważacie efektywność rządowych algorytmów decyzyjnych, Jensen?

– Stwierdzam fakty.

– Spokojnie. Nie wszczynajmy niepotrzebnych sporów – wtrącił się Neilson. – Niewątpliwie odpowiedzialność za to, co się stało, ciąży po części na nas wszystkich i musimy to zgodnie przyznać. Priorytetem powinno być teraz jak najszybsze rozwiązanie tej kwestii, a później będziemy zastanawiać się, czyje głowy pójdą pod gilotynę. Jeśli zadziałamy skutecznie, sprawa rozejdzie się po kościach i będziemy ją wspominać jako zwykły incydent. Pozwólmy wszystkim zapoznać się ze szczegółami i wysłuchajmy, co pan komendant ma do powiedzenia.

– Dziękuję, sierżancie Neilson, ale obawiam się, że bagatelizowanie tego, co się stało, jest niestosowne. Po pierwsze, zagrożone jest życie delegata jednej z najznaczniejszych prefektur Dominium. Po drugie, okazało się, że tak blisko od serca systemu rozwija się nowotwór. Jeśli nie powstrzymamy tej siły, dojdzie do globalnej dezintegracji. Dalej chyba nie muszę tłumaczyć. Tak jak zauważył sierżant Neilson, musimy podjąć natychmiastowe działania. Wszystkie dane operacyjne zostały przesłane na teledatory. Szczegółową odprawę przeprowadzi inspektor, a decyzja o przebiegu akcji zostanie podjęta około południa. – Komendant jednym haustem wypił wodę ze stojącej przed nim szklanki, nonszalancko zasalutował i wyszedł.

Jego miejsce zajął wąsaty inspektor, który miał poprowadzić odprawę. Włączył projektor i przez ponad dwie godziny w krótkich, wojskowych zdaniach komentował wyświetlane na przestrzennej prezentacji materiały, dotyczące La Ondy, ogólnej sytuacji na przedmieściach i przewidywanych warunków prowadzenia działań. Starałem się słuchać z uwagą, co pewien czas spoglądając na towarzystwo. Co niektórzy postanowili pieprzyć konwenanse i zdrzemnąć się w wygodnym fotelu.

Po zakończeniu konferencji miałem w głowie dość spójny obraz sytuacji. Dochodziła dziesiąta. Przeszliśmy z Paulem do kantyny i usiedliśmy przy barze. Na lunch proponowali dziś kurczaka w sosie żurawinowym i sypki ryż. Zamówiliśmy po porcji. Ja wziąłem jeszcze szklankę wody gazowanej.

– Mówię ci, Jasper, idą ciężkie czasy – stwierdził Paul.

– Tak – odparłem lakonicznie.

– Coś taki mrukliwy dzisiaj, Roche… i w ogóle jakiś rozkojarzony od rana?

– Jestem w ciąży…

Neilson wybałuszył oczy i wykrzywił twarz w dziwnym grymasie. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, co powiedziałem. Obaj jednocześnie wybuchnęliśmy śmiechem i nie mogliśmy się opanować, dopóki nie podano jedzenia.

– Ta twoja… artystka? – spytał. Przytaknąłem. – Cieszę się razem z wami, ale opijemy to po misji.

Skończyliśmy się posilać i od godziny czekaliśmy na ponowne zebranie. Prawie cały ten czas myślałem o Sheili, o tym, że znów zostawiam ją samą, bez słowa wyjaśnienia. Zakazano nam kontaktować się z osobami nie mającymi związku z operacją, ze względu na najwyższą klauzulę tajności. W końcu pojawił się komunikat. Podzielono nas na małe zespoły, mające ruszyć w teren, celem możliwie najszybszego odszukania i odbicia prefekta z rąk terrorystów. Oficjalne działania militarne nie wchodziły w grę. Rząd, po niedawnym ogłoszeniu Pax Dominia, strzeliłby sobie w stopę. Pozostało tylko działanie incognito. Wybrano mnie kapitanem zespołu, w skład którego wchodzili jeszcze Paul i sierżant Laura Portman, specjalistka od telekomunikacji. Pierwszy raz przychodziło nam razem pracować, ale wiele o niej słyszałem. Była rzekomo typową służbistką z charakterkiem.

Spotkaliśmy się w zajezdni. Tam czekał na nas skromny, biały jeep, którym mieliśmy wyjechać poza teren metropolii. Sierżant Portman okazała się drobną brunetką o pogardliwym spojrzeniu, mówiącym coś w rodzaju: „ja tutaj rządzę i nikt nie będzie mi narzucał, co mam robić”. Przywitała się nadzwyczaj silnym, jak na jej posturę, uściskiem dłoni i wsiadła do samochodu. Paul uśmiechnął się sugestywnie, ukradkiem puszczając do mnie oko. Ja jeszcze panią utemperuję, pani Portman, pomyślałem, siadając za kierownicą. Ruszyliśmy do innego świata.

 

***

 

Przyszedłem do laboratorium wcześnie rano i skrupulatnie zbadałem sprawność implantów. Emisja i odbiór – bez zarzutu. Umieściłem po kolei kilka wszczepów w inkubatorze, podtrzymującym fizyczną aktywność prostej sieci neuronowej, aby sprawdzić, czy dobrze monitorują jej funkcję. Komputer sprzężony z układem wyrzucił dokładnie takie grafy, jakich oczekiwałem. Sama elektronika działała perfekcyjnie. Jedyne, co mogło zawieść, to czynnik biologiczny, ale Adam zapewniał, że szczury są odpowiednio przygotowane. Farmakologicznie ograniczone wydzielanie fibrynogenu i bardzo cienka, organiczna powłoka otaczająca implant miały zapewnić jak najlepszą biointegrację układu, przy minimalnym bliznowaceniu. Wszystko było gotowe do operacji. Wybraliśmy losowo trzysta osobników ze sporej hodowli. Po zahibernowaniu oddaliśmy je w pewne ramiona robotów, które bezbłędnie wszczepiły implanty. Na ich uruchomienie musieliśmy poczekać jeszcze dwa tygodnie. Przeżyło dwieście siedemdziesiąt sześć sztuk – o dwadzieścia więcej niż potrzebowaliśmy.

Generalna próba systemu miała odbyć się przy udziale zacnego grona tajnych obserwatorów, więc zadbaliśmy o dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Na kwadratowym wybiegu, urządzonym na kształt małego ogrodu o kilkunastometrowym boku, umieściliśmy razem z bionikami zwykłe szczury, w takiej ilości, żeby stanowiły dwie trzecie populacji. Miały ograniczoną powierzchnię życiową i ilość pożywienia, ale zapewnioną ochronę przed drapieżnikami i chorobami. Układ był zamknięty i po rozpoczęciu eksperymentu nie mogliśmy w niego w żaden sposób ingerować, poza tym że w pewnym momencie należało uruchomić wszczepy. Nie zrobiliśmy tego od razu. Pierwsza doba była próbą kontrolną. Szczury swobodnie biegały, szukając pokarmu i miejsca do harców. Szybko zaaklimatyzowały się w nowym otoczeniu i zaczęły kopulować. Zachowanie bioników w żaden sposób nie odbiegało od zwyczajów reszty populacji.

W końcu nadszedł czas na gwóźdź programu. Wspaniały to był dzień, nie zapomnę go nigdy. Osobiście uruchomiłem próbną serię szesnastu wszczepów. Zamarliśmy w oczekiwaniu na rezultaty i bardzo się uradowaliśmy, gdy okazało się, że wszystko działa zgodnie z założeniami. Komputer odbierał zapis funkcji mózgu podłączonych osobników i po rekurencyjnej syntezie wysyłał sygnał zwrotny, indywidualny dla poszczególnych odbiorników. Operacje selekcji danych były determinowane wyłącznie treścią tych informacji, więc maszyna w istocie nie miała czynnego wpływu na ich przebieg. Częstość cyklów transmisyjnych przy szesnastu osobnikach wynosiła dwanaście herców, ale po włączeniu pozostałych implantów naturalnie spadła do niecałych dwóch.

W osłupieniu patrzyłem na aktywność szczurzego superorganizmu. Wszelkie teorie przewidywały wspaniałe skutki umysłowej fuzji, ale to, co widziałem, było synergią w czystej postaci. Indywidualne osobniki zostały wytępione w kilka minut. Kolektyw traktował je jak obce ciało, zajmujące przestrzeń i marnujące zapasy paszy. Zagryzione truchła zostały poukładane w regularne stosy i drobiazgowo racjonowane. Wytworzyła się sprawnie funkcjonująca komuna albo wręcz utopia.

Po dłuższych obserwacjach doszliśmy do ciekawego spostrzeżenia. Szczury stopniowo ograniczały komunikację aż do zupełnego jej zaniku. Funkcję tę przejęło częściowe połączenie świadomości. Im dłużej trwał eksperyment, tym bardziej zadziwiające wnioski z niego wypływały (zainteresowanych odsyłam do protokołu). Zdecydowaliśmy się powtórzyć doświadczenie na większą skalę. Po takim sukcesie budżet szybko się znalazł. Przenieśliśmy badania z Massachusetts do Tel-Awiwu, gdzie agencja udostępniła nam znacznie nowocześniejszy sprzęt.

Kilka miesięcy później szczury ograły mnie w szachy i dobiły do dwóch tysięcy czterystu punktów w rankingu elo. Dzień po dniu naszym projektem interesowało się coraz więcej obserwatorów, więc zacząłem się obawiać przecieków. Docelowo dążyliśmy oczywiście do implementacji systemu wśród ludzi, ale należało go wpierw udoskonalić. Drobne niedociągnięcia groziły globalną hekatombą, poza tym transkrypcja na homo sapiens mogła przynieść skutki zupełnie nieobliczalne – to nie było zwykłe skalowanie. Badania w tak delikatnej materii, aby przebiegały sprawnie, musiały pozostać tajemnicą. Nobel mógł poczekać.

 Theodore Jacob Levy – „Memuary”

 

***

 

Wyjechaliśmy za Mur. Słońce paliło niemiłosiernie, a powietrze zdawało się drżeć jak przezroczysta galareta. Z jałowego wzniesienia rozpościerał się panoramiczny widok na zewnętrzny pierścień miasta. W dole bieliły się tysiące małych budyneczków, porozrzucanych bezładnie aż po horyzont. Zabudowania z rzadka ustępowały miejsca ciemnym połaciom lasu. Tranzyt wiódł w dół zbocza, wcinając się prostą linią w otwartą przestrzeń.

Od dłuższego czasu podążaliśmy w ślad za jasnoniebieską furgonetką, sygnowaną logiem rządowej akcji humanitarnej. Wcześniej mijaliśmy ich dziesiątki, ale ta przykuła naszą uwagę, bo nie mogliśmy nawiązać kontaktu z załogą. Wyglądało to podejrzanie – każda grupa wolontariuszy albo przynajmniej jej kapitan powinien był utrzymywać stałą łączność z Siecią. Sprawdziliśmy blachy. Okazało się, że pojazd należał do ekipy niejakiego Scotta, która kilka dni wcześniej przepadła bez śladu, tak jak aeromobil prefekta. W Dwunastym Dystrykcie.

– Zajebiście. Nie zgub ich teraz – zakomenderował Paul.

– Siedząc im na ogonie, zwracamy na siebie uwagę – stwierdziła Portman.

– Spokojnie. Cały czas jedziemy prosto. Zabawa zacznie się, jak odbiją w bok albo zjadą z głównej trasy – odparłem.

Kilkanaście minut później, gdy zjechaliśmy z pustynnego wzniesienia, furgonetka skręciła do przydrożnej stacji serwisowej. Zawahałem się chwilę, ale ruszyłem dalej.

– Wiecie chyba, co robić? – Zwolniłem nieco. Czekałem z nadzieją, że na stacji znajdzie się ktoś gotów do współpracy.

Minęło kilka nerwowych sekund.

– Mamy ich! – Sierżant Portman aż podskoczyła w fotelu.

– Paul, raportuj na bieżąco…

 

***

 

Z szoferki wysiada czterech mężczyzn. Zostawiają samochód pod wiatą i kierują się do baru. Jest wśród nich wysoki, tęgi koleś z rudą brodą. To Scott. Zapala papierosa i rzuca kluczyki pracownikowi stacji. Mechanik w niebieskim uniformie przeparkowuje pojazd pod sprężarkę i po kolei pompuje opony, rozglądając się uważnie. Odkłada wąż i odchodzi do magazynu. Kilka chwil później wraca, wsiada do szoferki, wyjmuje z kieszeni finkę i za jej pomocą podważa plastikową obudowę deski rozdzielczej. Wyciąga z kieszeni pluskwę i wciska ją w powstałą szczelinę. Jeszcze raz upewnia się, że nikt nie patrzy i podjeżdża do generatora, aby doładować baterie.

Mechanik nie ma twarzy. Tylko niebieski uniform.

 

***

 

Podsłuch dostarczył wielu ciekawych wieści, które, uzupełnione o dotychczas zebrane przez śledczych materiały dawały jasny obraz sytuacji. Scott miał układ z mafią. Pod przykrywką działalności humanitarnej wywoził z miasta zaopatrzenie i handlował z La Ondą. Przed zwerbowaniem zniszczyli jego implant i złożyli propozycję nie do odrzucenia.

Niezależnie od okoliczności, skurwysyństwo jest skurwysyństwem i trzeba je tępić, najlepiej w zarodku. Przekazaliśmy sygnał z radaru śledzącego bandę do centrali, aby załatwili sprawę raz na zawsze. Wątpliwe było, aby drobni krętacze mogli nas naprowadzić na trop, wskazujący miejsce przetrzymywania prefekta.

Po zmroku dotarliśmy na rubieże Dwunastego Dystryktu. Dzielnica wyjęta spod prawa przywitała nas jak trzeba: w miejscu, gdzie utwardzona droga ustępowała miejsca szutrówce, stała strzeżona blokada oświetlona przenośnym reflektorem. Uzbrojony strażnik skinieniem ręki nakazał nam zjechać na spory plac, wyłożony spękanymi, betonowymi płytami. Zatrzymałem jeepa obok kilkunastu innych samochodów. Odruchowo wpisałem do teledatora log czyszczenia danych – mógł teraz robić za zwykły zegarek. Cała dokumentacja fizycznie zachowała się w komputerze, w białej wieży, której światła migotały nad zachodnią linią horyzontu. Ochroniarz kazał nam wysiąść i poddać się przeszukaniu. Na mundurze nie miał żadnych oznaczeń. Posługiwał się lokalną odmianą spanglish.

– Co to za ceregiele?! – spytała Laura, kiedy żołnierz oklepywał ją dokładnie ze wszystkich stron.

– Stan wyjątkowy.

– Z jakiej racji?

– Awaria zasilania w całej dzielnicy… – odparł strażnik i podał mi brelok z numerem identyfikacyjnym do odbioru jeepa. – Można przejść. Parkowanie na czterdzieści osiem, a jak dłużej to pokazać się za dwa dni, odnotować obecność.

– Przenocujemy na parkingu – powiedziałem z wahaniem.

Mężczyzna wzruszył ramionami i odszedł w milczeniu. Ziemia powoli stygła po gorącym dniu.

 

***

 

Ostatnie testy były na tyle udane, że zdecydowaliśmy się w końcu zaryzykować. Otrzymywaliśmy wiele propozycji współpracy, ale U.S. Army nie zostawiła nam wyboru. Podczas gdy inne mocarstwa dawno zrezygnowały z piechoty, oni przysłali nam kompanię ochotników z marynarki i najzwyczajniej, kazali przerobić na superżołnierzy. Zrobiliśmy wszystko, jak należy i odesłaliśmy kompletny oddział z powrotem do Stanów. Brakowało chyba tylko czerwonej wstążeczki z kokardą. Kilka dni później otrzymałem wiadomość od dowództwa z zażaleniem – oddział był niezdolny do jakichkolwiek działań bojowych. Z karnych, oddanych armii rekrutów zmienili się w niepodległy żadnym rozkazom twór; legion pacyfistów. Wszystko, co robili, było zabójczo skuteczne i równie bezużyteczne z punktu widzenia sztabu. Oficerowie wytrzymali tydzień, po czym wyłączyli centralny komputer, wymazując przy okazji wszelkie dane dotyczące kompromitującej próby.

Po tym wydarzeniu załamałem się i byłem bliski rezygnacji. Adam, mój serdeczny przyjaciel, neurobiolog z zespołu badawczego paradoksalnie jeszcze bardziej uwierzył w słuszność projektu i przekonał mnie do swoich racji. Będę mu za to wdzięczny do końca życia. Oto okazało się, że kolektyw, który jest odarty z wielu zwyczajnych, ludzkich ograniczeń, zupełnie inaczej patrzy na świat i prawdopodobnie będzie w stanie dostrzec coś, czego całe społeczeństwa zwykłych śmiertelników nie mogły zauważyć od początku istnienia cywilizacji. Ponownie zaczęliśmy prowadzić rozmowy z potencjalnymi inwestorami. Tym razem mieliśmy wolną rękę, co do wyboru dystrybutora. Po długich negocjacjach udało się dojść do porozumienia z największą ówczesną korporacją na rynku telekomunikacji. Szef Googol Inc., Philip Fleming, osobiście przyjął mnie i Adama w swoim gabinecie, gdzie podpisaliśmy umowę. W związku z pewnym stopniem ryzyka stworzono dla naszego systemu oddzielną markę – Synerget, reklamowaną wkrótce jako technologiczna rewolucja i następca Internetu.

Na początku usługa była bardzo droga, nieosiągalna dla przeciętnego obywatela, ale sprawy potoczyły się szybko. Dotychczasowe status quo zostało wywrócone do góry nogami. Reklamy tym razem nie kłamały – przewrót dokonał się na naszych oczach, dosłownie w ciągu jednego pokolenia. W wieku pięćdziesięciu dwóch lat stałem się najbogatszym człowiekiem na świecie, plasując się tuż przed Adamem Goslingiem. To my razem wprowadziliśmy ludzkość na nowe tory. Trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat w momencie, gdy piszę te słowa, gdybym po porażce z próbami wojskowymi, przestraszył się i zrezygnował. Najprawdopodobniej zamiast rosnących w siłę megapolis, jednoczących w swoich obrębach ludzi wszelkich ras i narodów, Ziemia nosiłaby na sobie warstwę nuklearnego i wulkanicznego pyłu. Kolejny raz wyścig zbrojeń okazałby się ważniejszy od wszystkich innych gałęzi ludzkiej działalności. Może to banał; ludowa mądrość, ale dwóch ludzi działających we wspólnym interesie, istotnie jest w stanie uczynić więcej niż setka walczących przeciw sobie.

Theodore Jacob Levy – „Memuary”

 

***

 

Slumsy były zupełnie innym światem niż sterylne centrum Novapolis. Wąskie uliczki, z obu stron szczelnie otoczone skleconymi z różnej maści płyt, desek, plandek i innych materiałów budowlami, roiły się od straganów i sklepików. Spomiędzy prowizorycznych domostw z rzadka wyzierały murowane fasady. W oczy uderzała feeria barw, od których mieniły się pstrokate ulice, a nozdrza drażnił, unoszący się z rynsztoków fetor uryny. Uważniejsze spojrzenie pozwalało dostrzec skrajną nędzę, przemykającą między kolorowymi straganami. Handlarze odpędzali od stoisk co i rusz pojawiających się żebraków i włóczęgów, wlokących za sobą smród i roje insektów. Na głównym bulwarze, do którego udało nam się z trudem przecisnąć, panował potworny gwar. Setki ludzi zmierzały w stronę, znajdującego się na drugim końcu alei, brukowanego placu ze Statuą Zjednoczenia, którą rozpoznałem z daleka. Wznoszono je w najbardziej reprezentacyjnych punktach, a wszystkie wyglądały tak samo: na wysokim, granitowym cokole umocowana była konstrukcja ze złocistego stopu – kula ziemska, opleciona wieńcem laurowym z dewizą: PAX DOMINIA ÆTERNA EST.

Od strony skweru wybiegło nędznie odziane dziecko, z rozgorączkowaniem krzycząc:

– Egzekucja! Zbierać się! Egzekucja! Prędko!

Poszliśmy za tłumem, szybko się w niego wtapiając. Pod naporem masy zaaferowanych ludzi, zostałem przepchnięty i straciłem kompanów z oczu. Miałem za to dobry widok na środek placu. Pod pomnikiem w równym szeregu stało kilkunastu wolontariuszy, w jasnoniebieskich, służbowych koszulach akcji humanitarnej. Pilnowało ich sześciu wytatuowanych zbirów, ubranych w czarne skóry. W rękach trzymali pistolety maszynowe, a głowy mieli obwiązane białymi bandanami – znakiem rozpoznawczym. Bojownicy La Ondy; władcy dzielnicy. Jeden z nich, zapewne herszt bojówki, wspiął się na postument i krótką serią, wystrzeloną w powietrze, uciszył swołocz, po czym zaczął mówić łamanym hiszpańskim:

Salud, camaradas!!! – zakrzyknął, wznosząc zaciśniętą pięść. Tłum trzykrotnie odpowiedział na pozdrowienie. – Wczoraj rano srogo pokaraliśmy przeklętych odszczepieńców. Po takiej petardzie cały rewir powinien być wolny od extranjeros, ale, jak widać – wskazał na zakładników – cały czas pchają się tutaj, jak muchy do łajna. Pytam was zatem, co mamy z nimi zrobić?

– Zabij ich! – krzyknął ktoś z pierwszych rzędów. Po chwili setki gardeł skandowały rytmicznie:

– Zabić! Zabić! Zabić!

Herszt ponownie uciszył ludzi.

Amigos, słyszeliście, jaki jest wyrok ulicy? – zwrócił się do mafiosów. – W imieniu czcigodnego El Jefe, nakazuję wykonać go niezwłocznie. – Powołał się na Jeremiasza ‘El Jefe’ Montone – ojca założyciela La Ondy.

Bandyci polecili jeńcom klęknąć, twarzami zwróconymi w stronę postumentu. Kopiąc ciężkimi glanami, pospieszali więźniów, a potem sami ustawili się za nimi, w równych odstępach. Przeładowali broń. Nastąpiła chwila ciszy. Rozdarł ją przeraźliwy krzyk jednego ze skazanych na śmierć, który miał gorzko pożałować tego, że strach nie pozwolił mu trzymać języka za zębami. Stojący najbliżej drab podszedł do niego i wymierzył serię soczystych kopniaków. Skończył dopiero po dobrej minucie, gdy tamten leżał już bezwładnie, przestał zasłaniać brzuch i głowę. Chwilę później rozległ się terkot maszynówek. Krew obficie bryzgała na białą ścianę. Strzelali długo, do wyczerpania magazynków. Chyba pierwszy raz widziałem takie zwyrodnialstwo, a sporo widziałem przez ostatnich kilka lat. Motłoch generalnie się cieszył, choć niektórzy odruchowo spuszczali wzrok.

Herszt zszedł z piedestału, po czym jego miejsce zajął może dwunastoletni chłopiec o jasnych włosach. Wzniósł wątłą pięść w geście pozdrowienia i manifestacji siły. Wyglądało to dość groteskowo, ale porwało tłumy – tak jak jego płomienna przemowa:

– Poddawać się dalszym uciskom nie możemy! Za Wielkim Murem extranjeros jak pany sobie żyją! Czyim kosztem!? – zadał pytanie, po czym sam na nie odpowiedział. – No, naszym! Agentów nam przysyłają, handel rujnują, zalewając rynek masą swojej, jak to mówią… standyyy… razooo… wanej lichoty i jeszcze bezczelnie twierdzą, że niosą pomoc. Pokój im się marzy. – Wskazał na stojącą za nim rzeźbę. – Tak naprawdę chcą zjednoczenia, żeby rządzić jeszcze większym obszarem i swoje tłuste łapska kłaść na pieniądzach, zdobytych kosztem, nic dla nich nie znaczących, simplones. Myślą, że ich władza nie ma granic, ale poza Murami jest nasz teren! Oni niech żyją w swoich gniazdach, jak osy – tego lepiej nie tykać, ale na tej ziemi ich noga więcej nie postanie! Mamy przewagę liczebną i, jeśli tylko wszyscy za broń chwycą, jesteśmy w stanie stawić czoła tym łajdakom! Nie możemy siedzieć i czekać, każda chwila jest bezcenna. Oni cały czas rosną w siłę. Wczoraj wznieciliśmy iskrę, dziś musimy na dobre rozpalić ten ogień, zanim z powrotem pojawią się tutaj szpicle i będą starali się go ugasić. Nadszedł czas na obalenie reżimu!

Młody przywódca zeskoczył wprost w ręce wiwatujących ludzi, którzy ponieśli dziecko rewolucji, niczym fala. Odwlekli zmasakrowane ciała od pomnika, przykryli je szmatami. Ktoś obficie polał stos naftą i podłożył ogień, niejako dosłownie traktując słowa chłopca. Pod Statuą szybko pojawiła się brygada osiłków z młotami, przerabiając ją w stertę gruzu i złomu. Spróbowałem znaleźć Laurę i Paula, żeby czym prędzej się stąd zmywać. Starannie wsunąłem teledator pod mankiet i przecisnąłem się przez pierścień rebeliantów. Wyszedłem na bulwar. W tej samej chwili z bocznej, prostopadłej do pasażu ulicy wjechało na plac kilka vanów i czarna terenówka, wszystkie z silnikami spalinowymi. Z terenówki wysiadł niski, lekko szpakowaty mężczyzna w ciemnych okularach. Przywitał się z hersztem, parę minut o czymś rozmawiali, wypalili po papierosie, po czym siwy wrócił do samochodu i odjechał. Ciężarówki zostały na miejscu. Kierowcy otwarli paki i rozłożyli rampy. Część ludzi natychmiast rzuciła się do nich z ciekawości, co dowieziono. Był tam niemały arsenał broni. Karabiny szturmowe, snajperskie, podwieszane granatniki, miny, różnego kalibru amunicja, nawet kamizelki karbonowe. Cztery ciężarówki. Nie miałem pojęcia, skąd to wzięli, ale z całą pewnością nie był to sprzęt rządowy. Rozdawali go za darmo, chętnym do walki mężczyznom i chłopcom. To już nie była partyzantka, lecz dobrze uzbrojone, regularne oddziały. Pomyślałem, że skoro są tak dobrze przygotowani, to mogą mieć w zanadrzu więcej „petard”. Nie myliłem się.

Między kłębami czarnego dymu, wydobywającego się ze stosu szczątków, dojrzałem na niebie krótki rozbłysk. Trwał dosłownie ułamek sekundy. Moment później poczułem w lewej ręce słabe spięcie. Mój teledator sfajczył się, nic nie dała niemalże niezniszczalna, odporna na większość czynników obudowa. Wśród straganów też coś zaskwierczało i zapłonęło. Natychmiast podeszli tam mafiosi. Jeden z nich uniósł kawałek płonącej plandeki, pod którą znajdowało się źródło pożaru i bez wahania zastrzelił właściciela kramu. W powietrzu wybuchła przed chwilą e-bomba. Żeby dać rebeliantom czas na zorganizowanie się, La Onda próbowała jak najdłużej utrzymać dzielnicę w stanie zerowej łączności.

Za moimi plecami podniósł się raban. Odwróciłem się i paręnaście metrów dalej ujrzałem leżącego na bruku Neilsona, z twarzą zalaną krwią.

– Kret! Szpicel! – rzucali, otaczający go wianuszkiem gapie. – Spalić kurdupla razem z tymi ścierwami!

W pierwszym odruchu chciałem rzucić się mu na pomoc, ale nie byłem samobójcą. Pozostało mi patrzeć, jak potwory wrzucają jeszcze żywego kompana w buchające płomienie. Spoczywaj w pokoju, Paul.

Sierżant Portman znalazłem po kilku minutach kluczenia wokół placu. Była oszołomiona, ale zdołała o własnych siłach odejść na ubocze i przysiąść pod ścianą, gdzie nikt nie zwracał na nią uwagi. Nie myśląc długo podtrzymałem ją ramieniem i ruszyliśmy jedną z bocznych uliczek. Krztusiła się, próbując połykać krew spływającą z nosa do gardła. W ten sposób maskowała krwotok, aby nie podzielić losu Paula. Gdy odeszliśmy już dość daleko od rynku, mogła wreszcie swobodniej oddychać, ale nie była w stanie samodzielnie utrzymać się na nogach. Podpierałem ją, klucząc zapuszczonymi zaułkami. Weszliśmy między szeregi długich, poczerniałych szop, o wysokich ścianach z rzędami prześwitów przy ich szczytach. Wyglądały na stare, nieużywane magazyny. Dobre miejsce na bazę, o ile ktoś nie wpadł wcześniej na ten sam pomysł.

– Trzymaj się, jeszcze trochę. Damy radę – powtarzałem bez przerwy, jak mantrę.

– Uciekaj. Poradzę sobie – nalegała, szepcząc z dużym wysiłkiem.

– Wiesz co? Jeszcze wczoraj, w podobnej sytuacji, chyba zostawiłbym cię tutaj. Wkurzasz mnie, Portman – rzuciłem, za którymś razem. Powinienem był ugryźć się w język.

– Więc na co czekasz… idź. – Po policzkach zaczęły jej spływać łzy. Osunęła się bezwładnie, ledwo zdążyłem chwycić ją za rękę, nim runęła na twardy beton. Na parę chwil straciła przytomność, ale w końcu otwarła oczy.

– Nie mam… siły… zostaw… – wyjęczała, siedząc na ziemi.

Rozejrzałem się dookoła. Ani żywej duszy. Kopnąłem w jedne ze spróchniałych wrót, które uległy bez zbytniego wysiłku z mojej strony. Przez powstały wyłom wlazłem do magazynu. W środku pachniało kurzem, lekko stęchlizną i było pusto, pomijając parę zardzewiałych beczek, mnóstwo pajęczyn i wysuszone szczurze bobki, pokrywające podłogę. Spojrzałem w górę. W połowie wysokości ścian znajdowało się przesklepienie z ciężkich, solidnych desek, zajmujące większą część budynku. Prowadziły tam proste, drabiniaste schody. Sprawdziłem, czy zbytnio się nie chyboczą i wszedłem na górę. Było nieco czyściej, ale przede wszystkim dyskretniej. Odgarnąłem butem co większe śmieci ze sporej części antresoli. Zszedłem na dół i wróciłem do Laury. Miałem pewien plan.

– Nie zamykaj oczu, patrz na mnie… tak. Dobrze. Posłuchaj, jak zrobimy. Jesteśmy w pułapce, rebelianci uszczelniają granice dzielnicy. Nikogo nie wypuszczą. Przypomnij sobie, czy zanim detonowali to cholerstwo, centrala dowiedziała się o przewrocie? Jakie były ostatnie sygnały, które odebrałaś?

– Wiedzą… poza Dwunastym, zamieszki wybuchają jeszcze w Dziesiątym, Trzynastym i Czternastym – wymieniła. Złapałem się za głowę. Ogromny pierścień, otaczający wewnętrzne polis, był podzielony na szesnaście kolejno ponumerowanych dystryktów. W sumie mieszkało tam ponad dziewięćdziesiąt milionów ludzi.

– Musimy połączyć się z centralą, wezwać pomoc.

– Nie mamy żadnej łączności.

– Dasz radę zbudować radiostację?

– Mieliśmy to na podstawach szkolenia, na wydziale komunikacji, ale w takich warunkach może być naprawdę ciężko. Poza tym, nie wiem jak silny był ten wybuch… wiesz… burza elektromagnetyczna. Zakłócenia mogą trwać jeszcze przez pół godziny, a równie dobrze przez dwie-trzy doby. – Przez moment milczała. – Zresztą, nie wierzę, że sygnał odbierze ktoś z Sieci, zanim nie przechwyci go mafia.

– Zaszyfrujemy – odparłem. Spojrzała na mnie tym swoim lekceważącym wzrokiem.

– Nawet jeśli nie zdążą tego odczytać, będą mogli bez problemu zlokalizować nadajnik.

– Chyba po to właśnie wysyłamy sygnał, żeby misja ratunkowa mogła znaleźć punkt jego emisji. Nie mamy współrzędnych, więc nie możemy ich przesłać. Po prostu musimy zaryzykować. – Łączniczka wzruszyła ramionami. – Pomogę ci wejść na górę, do tego magazynu. – Wskazałem na wyłom we wrotach. – Będzie naszą bazą. Poczekasz tam na mnie, a ja przejdę się po mieście i spróbuję poszukać części do tej radiostacji. Wygląda na to, że na tutejszych targowiskach można znaleźć wszystko, jeśli się odpowiednio długo poszuka. Powiedz mi tylko, czego będziesz potrzebować.

– Bierz całą elektronikę, jaką znajdziesz, może coś się z tego powydłubuje na jeden skromny obwód, chyba, że uda ci się znaleźć gotowy. Zostaje jeszcze antena, mikrofon z przedwzmacniaczem i, oczywiście, jakieś źródło zasilania. Postaraj się też o latarkę.

Pomogłem Laurze wstać i wejść do magazynu, na półpiętro.

– Piękne lokum. Nie ma co – skwitowała.

– Spróbuję wrócić jak najszybciej. Powiedz, wszystko dobrze? Wytrzymasz?

– Już lepiej. To po prostu był szok. Nic wielkiego.

– Trzymaj się i czekaj cierpliwie.

Wyszedłem, z grubsza poprawiłem wyłamane deski, tak, żeby wróciły na swoje miejsce. Zdjąłem lewy but, wyjąłem wkładkę i umieszczony pod nią, gruby plik miejscowej, w gruncie rzeczy nielegalnej, ale powszechnie używanej waluty. Przeliczyłem pieniądze, włożyłem je głęboko do kieszeni spodni. Wklęśnięcie w podeszwie wypełniłem złożonym kilka razy kawałkiem znalezionej na chodniku, wyblakłej gazety, żeby móc jakoś chodzić. Skierowałem się do wylotu zaułka i, ostrożnie wyjrzawszy zza rogu, opuściłem go. Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy znalazłem się w okolicy rynku. Po drodze kilka razy natknąłem się na uzbrojone bojówki. Ignorowali mnie – ruch na ulicach był jeszcze całkiem spory. Każdy możliwy zakątek był obklejony ogłoszeniami i plakatami propagandowymi. Rozwieszały je dzieci, zapewne najęte przez mafię, za psi grosz, który w ich oczach wyglądał jak szczere złoto. „LA ONDA PONIESIE CIĘ KU WOLNOŚCI”, „NIECH ŻARÓWKA NIE ZASTĘPUJE NAM SŁOŃCA”, „NIEPRZYJACIEL JEST WŚRÓD NAS – STRZEŻ SIĘ EXTRANJEROS”, „BŁĘKITNY WRÓG KUSI CIĘ PLEWAMI NADPRODUKCJI”, „TIERRA Y LIBERTAD” – głosiły hasła nachalnej indoktrynacji. Gdybym poczytał to jeszcze trochę, ręce pewnie same chwyciłyby za karabin. Trzeba przyznać, że u nas, w centrum, agitacja była nieco bardziej subtelna. Wydłużyłem krok, aż w końcu dotarłem na targ.

Ruszyłem wzdłuż rzędów stoisk. Niektórzy już zwijali swoje sklepiki, ładując towary na małe wózki. Szukałem pasera. Pora wydawała mi się do tego idealna, bo drobni kupczykowie wracali do domów, zostawiając na arenie starych wyjadaczy. Rzecz w tym, że tacy mieli z całą pewnością stałych klientów i mogli niechętnie podchodzić do obcych. Musiałem umiejętnie podpytać kogoś z miejscowych, aby nie wpakować się w kłopoty. Akurat przechodziłem obok siedzącego na małym zydelku, starego, brodatego pucybuta. Gdy zauważył, że zatrzymałem się, zachęcił mnie gestem ręki, abym skorzystał z jego usług. Podszedłem i podstawiłem lewą stopę na podnóżku, po czym wyciągnąłem banknot. Za sto tysięcy argentes można było na przyzwoitym poziomie przeżyć miesiąc. Tak przynajmniej zapamiętałem z odprawy przed misją. Chyba dobrze zapamiętałem, bo staremu, gdy skończył polerować but, prawie wypadła sztuczna szczęka. Po chwili spochmurniał i zadumał się.

– Spokojnie – rzuciłem szybko. – Nic nie kombinuję. Po prostu mam sporo pieniędzy i chcę mieć czyste trzewiki – mówiłem półszeptem.

– Nie jestem żadnym kolaborantem. Przychodzę tu codziennie od piętnastu lat i chcę w spokoju wykonywać swoją robotę. Do wojaczki się nie nadaję, odczepcie się ode mnie. – Podniósł nogawkę, ukazując drewnianą protezę. Wyciągnąłem z kieszeni jeszcze jeden banknot. Staremu zaświeciły się oczy. Podrapał się po brodzie, pokręcił głową.

– Mów pan, o co chodzi i uwińmy się z tym interesem, bo nie chcę mieć kłopotów.

– Potrzebuję kupić parę rupieci. Chodzi o elektronikę. Na pewno wiesz, gdzie znajdę zaufanego człowieka. Powiedz mi tylko tę jedną rzecz i więcej się tu nie pojawię.

– Jest taki jeden, typ spod ciemnej gwiazdy… Julián, ale podobnież diabelnie drogo sobie liczy. Powinieneś pan go znaleźć tam, ulicę dalej. – Wskazał ręką w kierunku rynku. – Jeździ szarą pyrkawką. Zwykle pojawia się właśnie pod wieczór.

– Jeszcze jedno… Ktoś do ciebie przychodzi, wypytuje? – Spuścił wzrok. – Trzymaj język za zębami. To na zachętę. – Podałem mu dla pewności jeszcze sto tysięcy.

– Interes jest interes. U starego Pepa jak w banku.

Ulicę dalej rzeczywiście stała szara motorynka z bocznym wózkiem, o który opierał się chudy mężczyzna, w skórzanej pilotce. Zaczepiłem go:

– Pan Julián, jak sądzę?

– Zależy, o co się rozchodzi, przyjemniaczku.

– Chcę kupić trochę sprzętu. Dobrze płacę.

– To jakieś żarty, tak?

– Nie będę się bawił w jakieś hasła, czy inne ceregiele. Zależy mi na czasie. Do jutra rana muszę mieć radiostację. Potrzebuję mikrofonu, akumulatora – co najmniej dwanaście woltów, porządnej anteny i podzespołów z transformatorami i rezystorami.

– Masz tupet, koleś, ale to duże ryzyko. Będzie potrzebna zaliczka.

– Mogę nawet zapłacić z góry, ile?

– Chwilunia. Nie mam taśmy produkcyjnej. Najpierw muszę to wszystko skołować. Na początek niech będzie milion i to. – Sprawnym ruchem zadarł lewy rękaw mojej koszuli, odsłaniając teledator.

– Jest spalony – odparłem, z nutą oburzenia w głosie.

– Nie szkodzi. I tak obrócę go za niezłą sumkę. Jestem profesjonalistą, ale sporo ryzykuję w tej branży. A ryzyko się ceni.

– Jak długo to może potrwać? – spytałem niepewnie, wyciągając pieniądze i zdejmując spalony komunikator.

– A bo ja wiem. Nie widzisz, kurwa, co się dzieje dookoła! – powiedział, przeliczając banknoty. Wsiadł na swój pojazd. Odpalił. Zaszedłem mu drogę, nim ruszył.

– Jadę z tobą. Nikt mi nie zagwarantuje, że wrócisz tu z towarem, zamiast po prostu wziąć szmal i odjechać!

– W sumie to przyda się obstawa, więc wskakuj i nie obrażaj mnie więcej, bo się wkurwię i nie będzie już tak miło – rzekł, przesuwając się na siedzeniu odrobinę do przodu.

Jechaliśmy prawie godzinę, aż paser stwierdził, iż jesteśmy u celu. Było już po zachodzie słońca, ale nadal dość widno, przez jasne światło księżyca. W miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy, ulica była w miarę szeroka i zupełnie cicha. Po lewej stronie drogi stał wysoki, może pięciometrowy mur z jasnej cegły. Zsiedliśmy z motorka. Julián sprowadził go na pobocze, za załom mniejszego murku, który znajdował się po prawej stronie.

– Teraz musimy się pospieszyć. Wejdę tam pierwszy. – Wskazał na murek, obok którego przed chwilą zaparkował. – Ty wskoczysz zaraz za mną. Będziesz obserwował, wyglądając nad ścianą, czy nikt się nie zbliża. Choćby z daleka. Jak tylko zobaczysz jakiś ruch, dajesz znać i spierdalamy… I bądź cicho. – Wyjął zza pazuchy piersiówkę i wypił wszystko do dna.

Gdy paser zniknął za ogrodzeniem, wdrapałem się za nim i też zeskoczyłem z drugiej strony. Znaleźliśmy się na wysypisku śmieci, ale nie przypominało ono zwyczajnego, śmierdzącego śmietnika, raczej skład elektronicznego złomu. Skąd coś takiego w tym miejscu? Jeszcze bardziej zastanowiło mnie, co znajduje się za wysokim murem, który właśnie miałem przed oczyma. Chciałem spytać, ale zgodnie z poleceniem Juliána siedziałem cicho, aż skończył szukać odpowiednich części. Trwało to dziesięć nerwowych minut.

– Zostań tu i podawaj mi to ostrożnie. Po małym remoncie wszystko powinno być sprawne – powiedział handlarz i dał susa przez ogrodzenie śmietniska.

Poza rzeczami dla mnie wziął też mnóstwo różnych rupieci, zapewne na zapas albo dla innych klientów.

– Wszystko – szepnąłem. Spory stos został załadowany na boczny wózek motorynki. Julián jednym kopem odpalił ją i obaj szybko wskoczyliśmy na siedzenie. Kiedy ruszyliśmy, spytałem o to, co nurtowało mnie, gdy stałem na czatach. – Co jest za tym murem?

– Hacjenda… Jeremiasza Montone.

Serce podskoczyło mi do gardła. Omal nie runąłem w tył.

– Aha… – Tylko tyle zdołałem wyjąkać.

Wróciliśmy późną nocą. Kazałem podwieźć się jak najbliżej do bazy, pod sam wylot zaułka, żeby nie iść przez pół dzielnicy obładowany po uszy czymś, za co rebelianci bez wahania ładowali kulkę w łeb. Nie spotkaliśmy żadnego patrolu. Wszyscy, którzy nadal nie spali, głośno manifestowali na rynku, skąd biła łuna światła i niósł się smród palonych opon.

– Dzięki za pomoc. – Wyciągnąłem prawicę do uścisku.

– Chyba o czymś zapomniałeś. Mówiłem, że ten milion to zaliczka. Jeszcze drugie tyle i będziemy kwita.

Dopłaciłem resztę pieniędzy, paser odjechał. Wziąłem części, szczelnie owinięte plastikowym workiem pod pachę, a akumulator w rękę. Starałem się biec, nie powodując jednocześnie zbytniego hałasu. Znalazłem wzrokiem wyłamaną deskę. Wydało mi się, że była w nieco innej pozycji niż ją zostawiłem, co dało mi do myślenia. Stałem chwilę, nasłuchując, po czym skarciłem się w myślach za strachliwość. Nieznacznie rozchyliłem otwór, manewrując stopą i przecisnąłem się do magazynu. Z góry, ze szpar pomiędzy deskami biło delikatne, żółtawe światło. Usłyszałem szmer i trzask, jakby zamka od karabinu. Rzuciłem wszystko na klepisko i odwróciłem się w stronę wyjścia. Nie zdążyłem się wygramolić, bo nogawka zaczepiła mi się o sterczące z wyłomu drzazgi. Od tyłu zalał mnie strumień światła. Położyłem dłonie na tył głowy i czekałem na strzał.

– Jesteś wreszcie – powiedział znajomy, arogancki głos.

– Portman? Niech cię gęś kopnie, przestraszyłaś mnie jak skurwysyn!

– I nawzajem, Roche.

Podniosłem upuszczone rzeczy i wszedłem na górę. To, co tam zobaczyłem, wprawiło mnie w niemały podziw. Podwieszona na belce pod dachem żarówka oświetlała sporą część podłogi, na której poustawiane były baniaki z wodą, mały stos prowiantu, akumulator zasilający źródło światła. Środek pomieszczenia zajmowała derka, na której rozłożony był kawał papieru pokryty bladym nadrukiem. Na nim z kolei leżał scyzoryk i walało się mnóstwo drobnych przewodów, diod, cewek, miedzianych zwojnic i innych wihajstrów, podobnego rodzaju.

– Co tak patrzysz? Założyłam, że zarąbali cię, skoro tak długo nie wracałeś, a sama nie miałam zamiaru tu zdychać.

– Ale skąd wzięłaś te rzeczy?

– Sam mówiłeś, że na targach można znaleźć wszystko, ale z tego, co tu mam, działa tylko ten akumulator. Pokaż, co przytaszczyłeś, może coś z tego będzie.

Przez następne trzy godziny patrzyłem, jak Laura pracuje nad radiostacją. Sprawnymi ruchami łączyła przewody i ustrojstwa, komponując dość skomplikowany obwód, do którego na koniec podłączyliśmy antenę, wystawiając ją nieco ponad pokrycie dachu, od lepiej zamaskowanej strony. W czasie, kiedy łączniczka budowała nadajnik, zdążyłem też przyjrzeć się papierowi, który okazał się planem dystryktu. Starałem sobie przypomnieć drogę, którą przebyłem z paserem. W końcu znalazłem pasujący do tamtejszego układ ulic i zaznaczony na mapie prostokąt symbolizujący grupę zabudowań. Na szczęście plan był opatrzony siatką kartograficzną, dzięki czemu dość dokładnie mogłem odczytać koordynaty twierdzy El Jefe, posługując się małym, walcowatym rezystorem, jako miarką – czułem się jak troglodyta.

– Gotowe – stwierdziła Laura, z dumą patrząc na swoje dzieło. Muszę przyznać, że zaimponowała mi.

– Jesteś genialna. Musimy teraz ustalić treść informacji i zakodować ją.

– Masz pewność, że ten handlarz mówił prawdę? Skąd ktoś taki miałby wiedzieć, gdzie mieszka najbardziej poszukiwany w tej części świata człowiek.

– Nie, nie mam pewności, ale to niepowtarzalna szansa. Sprawdzić nie zaszkodzi, a poza tym wszystko idealnie się zgrywa. Jeśli ten człowiek miałby się gdzieś ukrywać, to nie ma lepszego miejsca niż Dwunasty, a w jego obrębie tamta twierdza wygląda zdecydowanie najbardziej podejrzanie. Jeszcze ten skład, pełen zużytej elektroniki.

– To bierzmy się do roboty, za jakieś dwie godziny zacznie świtać.

Po krótkiej wymianie zdań ustaliliśmy komunikat, który po rozkodowaniu brzmiał mniej więcej tak:

S.O.S. oddział Eta; miejsce emisji. STOP. „Geronimo”; 27 43 11 97 52 07 (?) STOP. Zagrożenie atakiem typu E. STOP. BEZ ODBIORU.

Nagrałem wiadomość, recytując szyfr złożony z długiego ciągu liter i cyfr, starym natowskim alfabetem fonetycznym, dla dodatkowego zmylenia potencjalnych, niechcianych odbiorców. Mikrofon przetworzył sygnał na binarny impuls, który po zapętleniu powędrował w eter, na awaryjnej częstotliwości, a raczej kilku – modulowanych co jakiś czas dla dodatkowego bezpieczeństwa pasmach. Laura wyłączyła światło, żeby nie wyczerpywać zapasowego akumulatora, a także ze zwykłej ostrożności. Przez wentylacyjne prześwity w ścianach przedzierały się jasne snopy księżycowej poświaty.

– Teraz możemy tylko czekać – powiedziałem. W ogóle nie byłem zmęczony. Zapewne przez dużą dawkę adrenaliny, której dostarczyły mi ostatnie godziny. Usiadłem, opierając plecy o drewniany słup, podtrzymujący kalenicę. Łączniczka przycupnęła tuż obok, oparła głowę o moje ramię. Poczułem się nieco skrępowany, ale nawet nie drgnąłem. Siedzieliśmy w ciszy, nie licząc lekkiego szmeru wiatru, zawiewającego tuż nad naszymi głowami.

– Jak się czujesz, nic cię nie boli? – spytałem, chcąc jakoś rozładować napięcie. Nie odpowiedziała, ale wyczułem zaprzeczający ruch jej głowy.

– Wyjdziemy z tego, prawda? – spytała, a ja pierwszy raz usłyszałem w jej głosie strach. Do tej pory była zadziorna, prowokująca, złośliwa, taka mało kobieca, nie tak jak moja Sheila. Na wspomnienie dziewczyny poczułem, że gardło ściska mi żal.

– Wyjdziemy, musimy – powiedziałem może nawet ciut za głośno. Nie chciałem, żeby wyczuła moją niepewność i niepokój. – Ja muszę. Ktoś na mnie czeka. A na ciebie?

Jej odpowiedź była nietypowa, ale jednoznaczna. Zaatakowała zdradliwie niczym kobra. Sprawnym chwytem za szyję przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała w usta, wpijając się mocno, pożądliwie. Drugą ręką powaliła na deski i zaczęła pospiesznie rozpinać koszulę. Zostałem rozbrojony, bezbronny jak dziecko. Po chwili siedzieliśmy nadzy, spleceni w namiętnym uścisku, którego żadne z nas nie próbowało nawet rozerwać. Jej paznokcie boleśnie wbiły się w moje plecy, prosząc o więcej. Teraz ja rozłożyłem ją na łopatki, począłem zachłannie wodzić ustami po rozedrganym ciele, skąpanym w świetle księżyca. Wszedłem. Jęknęła cicho, nieśmiało, by kilka chwil później błagać o litość, miażdżąc mnie uściskiem smukłych ud. Wtedy czułem, że zniszczyłem ją, pokonałem.

Gdy ochłonąłem, a moje myśli wróciły na ziemię, uświadomiłem sobie, że było dokładnie odwrotnie.

 

***

 

W pierwszym roku dystrybucji Synergetu mieliśmy blisko sto tysięcy podłączeń. Największe zlecenie przyszło z Chin. Grupa przedsiębiorców z inspiracji komunistów zamówiła dziesięć tysięcy implantów dla swoich pracowników. Inwestycja zwróciła się niemal natychmiast, majątek konsorcjum zaczął rosnąć w wykładniczym tempie. Wtedy świat dojrzał w naszym systemie prawdziwy skarb, a ja przestałem już liczyć pieniądze.

Trzy lata po podpisaniu umowy z Googol uzyskaliśmy z Adamem decyzyjną większość w udziałach spółki, tym samym zapewniając sobie miejsce w rządzie światowym. Postanowiliśmy zostać na stałe w Izraelu, ale wynieśliśmy się z Tel-Awiwu do rezydencji w prowincji Libia. Tutaj jest mój dom i prawdopodobnie zostanie nim do końca życia. Wróćmy jednak do historii. Gdy pojawiłem się na pierwszym plenum, nie spodziewałem się, że spotkam tam tyle znajomych twarzy. Był Philip Fleming, największy potentat na rynku surowców – Miko Petersen, rodzeństwo Blumenthal, a w centrum uwagi ja. Szybko przekonałem się, że grupa aspirująca do prowadzenia skutecznej polityki, musi być układem naczyń połączonych. Oficjalni przywódcy państw stanowili drobny ułamek zebranych, ginąc wśród rzeszy oligarchów i jajogłowych, głównie z Afryki, Chin i Izraela. Prawdziwa władza kryła twarz za górą pieniędzy.

Zjazdy były tak naprawdę tylko okazją do urządzania wystawnych bankietów, na których przy lampce wina można było pożartować z teorii spiskowych, snutych przez zagubionych w realiach nowego świata aparatczyków lokalnych władz. Faktyczną politykę uprawialiśmy korespondencyjnie, na bieżąco, a jej przedmiotem bynajmniej nie było doprowadzenie do przejęcia władzy przez sprzymierzonych z nami Marsjan, tylko realne problemy, zagrażające globalnej stabilizacji. A te pojawiały się regularnie.

Pewnego pamiętnego dnia dyżurni geolodzy odnotowali nagły wzrost ciśnienia w kalderze Yellowstone. Ameryka została postawiona na nogi. Mniej lub bardziej skutecznie ewakuowano zagrożony obszar: zaczynając od Nevady na zachodzie, po Dakotę na wschodzie i od Kolorado na południu, po Calgary. Nie obyło się bez chwilowego chaosu i paraliżu komunikacyjnego, ale w końcu udało się opanować sytuację. Za pośrednictwem prezydenta przekazywaliśmy opinii publicznej odpowiednio dobrane informacje tak, aby zminimalizować niepokoje społeczne, a zarazem ostrzec o autentycznym zagrożeniu. Gdybyśmy mieli pewność, że uda się powstrzymać erupcję, wszystko zostałoby za kulisami, tymczasem sytuacja była otwarta. Stały monitoring pokazywał coraz wyższy poziom magmy. Bez podjęcia jakichkolwiek działań należałoby się pogodzić z nadchodzącą katastrofą. Nie mieliśmy nic do stracenia, Pentagon rzucił na szalę cały arsenał. W ruch poszły tak zwane „czyste” bomby atomowe o kierunkowym rażeniu. Największym problemem było wykonanie odwiertów do umieszczenia ładunków. Osłabienie warstwy skalnej groziło punktowym jej rozerwaniem. Chińscy inżynierowie wpadli jednak na ciekawy pomysł: bezpośrednio za maszynami wiercącymi tunele wpuszczano bomby i zalewano szyby wysokoprężną, gęstą pianą, używaną do wypełniania wyeksploatowanych kopalń. Jednocześnie wiercono kilkadziesiąt tuneli, rozmieszczonych w górnej półsferze ogniska kaldery. W sumie uzyskano sześć dziesiątych steradiana kąta rażenia, rozłożonego równomiernie od pionu, po sześćdziesiąty stopień w każdym kierunku na sferze, co pozwalało znacznie zmniejszyć natężenie nieuchronnej erupcji. Ważne było dobrze zsynchronizowane odpalenie ładunków.

Udało się. Ten dzień przeszedł do historii.

Ogromne ilości skał wyleciały w powietrze, robiąc z podłoża ser szwajcarski. Zadrżały wariografy w każdym zakątku świata. Niebo zasnuło się pyłem na wiele tygodni, wstrzymując ruch lotniczy, a na sporym obszarze także promienie słoneczne. Krótko mówiąc, straty były minimalne. Minimalne w stosunku do tego, co spowodowałby naturalny wybuch. To wydarzenie przeszło do historii, jako największy triumf ludzkiej myśli technicznej. Wszystko dzięki idealnej współpracy tysięcy podmiotów.

Szesnastego kwietnia, w rocznicę uratowania Ameryki, ustanowiliśmy Światowy Dzień Zjednoczenia, jako głównej idei przyświecającej nowej generacji. Globalizacja totalna postępowała wraz z rozwojem Synergetu. Powoli z centralnego organu władzy rząd światowy przerodził się w ciało czysto symboliczne. Prawdziwą władzę nad Dominium dzierżył kolektyw, napędzający błyskawiczny rozwój okazałych metropolii i komputerów podtrzymujących cały ten system. Mimo takiego rozmachu, udział populacji o zintegrowanej świadomości nigdy nie przekroczył trzech procent ogółu. Propaganda zawyżała tę wartość nawet dziesięciokrotnie. Trudno rozróżnić, czy ktoś jest podłączony, czy nie. Kluczem zwykle jest jakieś przyzwyczajenie, na przykład nawyk sprawdzania godziny, który zachował się tylko u indywidualnych jednostek. Oficjalnie nigdy nie było i myślę, że nie będzie podziału na „podłączonych” i „wolnych” ludzi. Tak jest zapewne bezpieczniej. Najwidoczniej obie strony czerpią korzyści z wzajemnej koegzystencji, choć motywacje kolektywu nigdy nie będą jasne dla kogoś, kto nie stanie się jego częścią. Dlaczego nie dąży on do wchłonięcia całej populacji? Pragnie zachować dziedzictwo cywilizacji, dorobek lat ewolucji? Werbalną komunikację? Po co? Przez sentymenty, litość dla bezbronnych zjadaczy chleba? Nie rozumiem, jak praktycznie nieśmiertelny kolos, złożony z czterystu milionów ludzi może, jako całość, zachować człowieczeństwo.

Theodore Jacob Levy – „Memuary”

 

***

 

Promienie wschodzącego słońca wdarły się na strych. Schowałem antenę i na powrót założyłem szarą dachówkę w miejsce, w którym pręt wystawał z dachu. Jeśli ktoś miał odebrać sygnał, na pewno już to zrobił. Nie było sensu dalej ryzykować. Co najwyżej następnej nocy.

Byłem na siebie wściekły. Dałem się złamać jak źdźbło, dla krótkiej chwili satysfakcji. Laura siedziała teraz, otulając się kocem przed porannym chłodem. Byłem odwrócony tyłem, ale czułem na sobie jej wyniosłe spojrzenie.

– W co ty grasz? – zapytałem.

– To chyba ty chciałeś mi coś udowodnić. – Zastrzeliła mnie. Poczułem ten nieprzyjemny ucisk na gardle, jakby ktoś zawiązał mi pas na szyi. Stałem chwilę z rękami w kieszeniach. Wymigałem się milczeniem.

Korweta przyleciała późnym rankiem. Wzięli sobie do serca ostrzeżenie o zagrożeniu impulsem i przysłali awaryjną jednostkę, napędzaną wysokoprężnymi silnikami spalinowymi z mechanicznymi pompami wtryskowymi. Nie lądowali. Precyzyjnie spuścili podwieszoną na grafenowej linie kapsułę ratunkową, w której powoli wciągnęli nas na pokład. Rewolucjoniści nie byli w stanie powstrzymać sprawnie przeprowadzonej akcji. Próbowali prowadzić ogień z ziemi, ale konwencjonalną bronią nie zrobili nawet małej rysy na pancerzu. Znaleźliśmy się na statku, pneumatyczne drzwi kapsuły otwarły się. Zatrzymano nas w doku buforowym, objętym kwarantanną, gdzie czekał ubrany w szczelny kombinezon medyk. Dokonał badań pod kątem chorób zakaźnych i ogólnych oględzin. Kiedy wyniki nie wykazały niczego szczególnego, zdjął maskę ochronną i otworzył właz, prowadzący do głównej kabiny.

– Witam na pokładzie – rzekł kapitan. – Z informacji, które otrzymałem wynika, że wasz zespół składał się z trzech osób. Rozumiem, że…

– Tak, sierżant Neilson nie żyje.

– Później spiszemy szczegółowy protokół. Teraz mam rozkaz jak najszybciej przetransportować pana porucznika w miejsce, gdzie znaleziono zakładników.

– Co?

– Otoczyliśmy wskazany przez was punkt. To był strzał w dziesiątkę, ale popadliśmy w impas. Montone nie odpuszcza, trzyma zakładników z nożem przy gardle. Komendant Stankievitz osobiście dowodzi akcją z powietrza. Został pan przez niego wyznaczony do prowadzenia negocjacji.

Po dłuższej rozmowie dowiedziałem się, że kongres zwołano w trybie kryzysowym z powodu zaginięcia prefekta, a jego odnalezienie było sprawą najwyższej wagi, bo chodziło nie tylko o osobę Nogushiego, ale o ostudzenie budzącej się rewolucji. Rebelianci nie mogli poczuć się bezkarni.

Dotarliśmy na miejsce. Nad twierdzą wisiały już trzy korwety, wypełnione komandosami. Przeniesiono mnie na okręt, na którym czekał komendant.

– Dobrze się spisałeś, Roche, ale to jeszcze nie koniec.

– Dlaczego czekaliście na mnie?

– Wiem, że na tobie zawsze można polegać. Znalazłeś zakładników, to teraz ich tu sprowadzisz. Nie mamy lepszego negocjatora, a Montone upiera się, że wpuści tylko jedną osobę. Boi się, bo wie, że jest na straconej pozycji.

– Stawia mnie pan przed faktem dokonanym. Nie jestem psychicznie przygotowany do takiej interwencji.

– Pójdziesz tam i sprowadzisz Nogushiego za wszelką cenę, rozumiesz? Pamiętaj, że słowa, które tam padną, będą bez znaczenia, jeśli tylko prefekt zostanie bezpiecznie odeskortowany do centrum. Wierzę w ciebie!

Nie zostawili mi wyboru, zostałem mięsem armatnim. Wszedłem do kapsuły, w której spuścili mnie na ziemię, wprost w ręce gwardzistów El Jefe. Strażnicy zawiązali mi oczy i wprowadzili do chłodnego wnętrza jakiegoś budynku. Kluczyliśmy długimi korytarzami i schodami, aż w końcu zatrzymaliśmy się w niewielkim, wnosząc po akustyce, pomieszczeniu.

 

***

 

Jeden z gwardzistów zerwał mi opaskę z oczu. Stałem przed obliczem Jeremiasza Montone. Wyglądał prawie tak, jak go sobie wyobrażałem. Czarny zarost, średniej długości włosy, ciemna, poorana zmarszczkami skóra. Tylko spojrzenie bardziej łagodne. Siedział w fotelu, ubrany w zwykły, niewyszukany strój, paląc oryginalne, kubańskie cygaro. U jego nóg leżał czarny dalmatyńczyk.

– Witam w moich skromnych progach – powiedział Montone i wypuścił z ust kłąb dymu. – Nie zapraszałem was, ale skoro już jesteście, porozmawiamy.

– Gdzie są zakładnicy?

– Nie wierzę, że fatygowaliście się tylko po tych kilku żółtków. Zresztą, jaki mam interes w tym, aby puszczać ich wolno?

– Niczego nie ugrasz i dobrze o tym wiesz.

– Ja już swoje zrobiłem. Ludziom wystarczy tylko wskazać drogę, a dalej pójdą sami, choćby mieli zadeptać przewodnika. Rewolucja wisi na włosku, nie mam już nic do powiedzenia.

– Gwarantuję, że jeśli wypuścisz jeńców, nie spadnie ci włos z głowy. Sam powiedziałeś, że rewolucja jest nieunikniona, więc nic nie dałoby nam zabicie jej przywódcy.

Montone zaśmiał się gromko. Wstał i podszedł do okna.

– Udało wam się. Macie mnie w garści, ale sami stoicie nad przepaścią. Przyjmujecie, że świat kończy się za waszym Murem, bo nie potraficie zapanować nad tym, co wykracza poza uporządkowane schematy. Wszystko chcecie dokładnie wyliczyć, a nie wiecie, co robicie. Jesteście niewolnikami systemu, który sam potrafi o siebie zadbać. Nie możecie nas wybić, bo system wam na to nie pozwala.

– Daruj sobie niepotrzebne dywagacje. W ogóle mnie to nie rusza – skłamałem z zimną krwią. Montone kontynuował swoją przemowę.

– Dominium istnieje tylko teoretycznie, w waszej obłudnej propagandzie. Stworzyliście złudzenie dobrobytu, który tak naprawdę jest udziałem tylko garstki wybranych i na tym fundamencie próbujecie zbudować coś trwałego. Dwa wieki temu to samo próbowali zrobić komuniści – potwór zdychał przez osiemdziesiąt lat. Wasza wieża Babel też w końcu runie.

– Po co mi to mówisz?

– Warto mówić prawdę, choćby słowa miały dotrzeć tylko do jednej pary uszu.

– Skoro przewidujesz, że nasz system upadnie sam z siebie, to dlaczego prowokujesz zamieszki? Wielu ludzi zginie, być może niepotrzebnie.

– To już kwestia punktu widzenia. Ja wierzę w słuszność tej walki.

– Co ma do tego wiara? Albo coś jest słuszne, albo nie. Narażanie ludzi na niepotrzebną śmierć, bez wątpienia nie jest niczym dobrym.

– Niepotrzebną. Właśnie. To jest słowo klucz. Chyba nie mamy o czym dłużej rozmawiać, bo nie dojdziemy do niczego konstruktywnego. Stoimy po przeciwnych stronach barykady. Szkoda, bo widzę, że mógłby być z ciebie wartościowy człowiek, ale jesteś szkolony jak piesek, nie obrażając mojego Lupo. – Odwrócił się od okna, pogłaskał czarnego czworonoga.

– Dałem się wciągnąć w twoją grę, ale kończmy tę farsę. Wypuść zakładników i zostawimy cię w spokoju.

– Spokój będę miał dopiero, jak zobaczę, że moje przewidywania się sprawdzają. Wspomnisz moje słowa i powiesz kiedyś: miał rację stary skurwysyn. Jak mogłem być tak ślepy i głuchy? – Skinął na jednego z gwardzistów, którzy cały czas stali pod drzwiami. – Niech Ernesto przyprowadzi jeńców.

Po chwili wszedł do pokoju niski mężczyzna o siwych włosach, którego widziałem w slumsach, jak rozmawiał z hersztem mafiosów. Prowadził ze sobą prefekta Nogushiego i trzech ludzi z jego świty, którzy również lecieli na kongres. Mieli popodbijane oczy, byli wyraźnie wycieńczeni. Siwy podszedł do Montone i pocałował go w rękę.

– Padre?

– Wypuść ich i przekaż naszym gościom jeszcze to. – El Jefe podał synowi kopertę, w której najprawdopodobniej był list.

Ernesto odwrócił się na pięcie i wyszedł, razem z więźniami.

– Dziękuję i zapewniam, że jest pan bezpieczny.

Montone nic więcej nie powiedział, tylko gestem dłoni rozkazał gwardzistom, aby wyprowadzili mnie na zewnątrz. Gdy ciągnęli mnie przez korytarze z opaską na oczach, byłem pełen sprzecznych uczuć.

 

***

 

Od życia dostałem chyba wszystko, czego mogłem oczekiwać. Pieniądze, wiedzę, władzę i miłość. Na stare lata przyszło mi stwierdzić, że każda kolejna z tych czterech rzeczy jest bardziej przereklamowana od poprzedniej. Możliwe, że to ja liczyłem na zbyt wiele. Gdy odszedł Adam, zostałem sam z perspektywą spędzenia reszty dni w otoczeniu bandy sympatycznych, ale w gruncie rzeczy pustych lokajczyków. Postanowiłem zrobić coś pożytecznego z czasem, który mi pozostał i zwiedzić świat. Od drugiej strony. Od rynsztoka. Wieczorami, gdy było najciekawiej, mając w nosie procedury, wychodziłem na długie spacery ulicami miast. Służby bezpieczeństwa widocznie dobrze pracowały przez te wszystkie lata nad ochroną mojego wizerunku, bo ani razu nie zdarzyło mi się, aby ktoś mnie rozpoznał. Za to, gdybym przyjmował od przechodniów wszystkie proponowane jałmużny, mógłbym zbudować drugą rezydencję, równie wystawną jak w Libii.

Lekka mżawka. Zapach powietrza przed zachodem słońca. Chłodny wiatr wiejący w twarz. Mnóstwo dróg do wyboru. Podczas tych wypraw czułem się przynajmniej częściowo wolny.

Wolność!

Piąty element w mojej układance – tego mi brakowało. Odkryłem ją i zacząłem pielęgnować. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie zaznam tego uczucia w pełni. Życie, niezależnie od wybranych dróg, kończy się ślepym zaułkiem, czarną ścianą, sprzed której nie ma odwrotu. Zazdrościłem ludziom wierzącym, że za tą ścianą jest coś jeszcze.

Podczas jednego ze spacerów, chyba w Petersburgu, zobaczyłem młodego, około trzydziestoletniego człowieka, stojącego na balustradzie wysoko zawieszonego mostu. Miał zamiar skoczyć. Spytałem go, dlaczego to robi. Odparł, że chce się uwolnić. Wtedy zapytałem, czy wierzy, że jest coś po śmierci. Nie wierzył, a mimo to znalazł swoją wolność, zupełnie odwrotną do mojej. Nie śmiałem mu jej odebrać. Wiele wtedy zrozumiałem.

Moja wolność była zuchwała, niepokornie dążąca do absolutu. Nieosiągalna. Miotałem się z tym długo, nie mogąc znaleźć spokoju. Popadłem w depresję, która przerodziła się w szaleństwo. Ze szczerej relacji mojego osobistego lekarza wynikało, że musiał mnie zahibernować, gdy dla rozrywki zacząłem zabijać ludzi. Na szczęście nie pamiętam tego. Po przebudzeniu, dzięki zaaplikowanym lekom, popadłem w błogą apatię. Do dziś nie odważyłem się przerwać kuracji, chcąc podtrzymać ten stan. Mogłem znów trzeźwo patrzeć na świat, nie przejmując się zanadto, przerastającymi mnie kwestiami. Dla poukładania myśli zacząłem spisywać niniejszy pamiętnik. W międzyczasie skończyłem sto dwadzieścia lat, zdrowie coraz bardziej dokuczało i nie w głowie były mi wojaże. Czasem jeszcze odwiedzali mnie starzy przyjaciele albo, coraz częściej, delegacje z informacją, że któryś z nich kopnął w kalendarz. Tych pierwszych witałem zawsze z otwartymi ramionami i butelką dobrego trunku. Drugich nie wypadało odprawiać z kwitkiem, więc zatrudniłem nadwornego poetę do masowego pisania kondolencji.

W końcu zostałem zupełnie sam. Kiedy każdy dzień zaczął do złudzenia przypominać poprzedni, poważnie zastanowiłem się nad sensem długowieczności i zrobiło mi się lżej na sercu. Mimo to nigdy nie pomyślałem o śmierci, jako o czymś dobrym, czego można szczerze pragnąć. Zacząłem regularnie wertować Talmud. Wyuczone w dzieciństwie wersety wciąż tkwiły w pamięci. Po krótkim spojrzeniu na pismo, potrafiłem długo recytować w myślach dalszy ciąg każdego rozdziału.

Theodore Jacob Levy – „Memuary”

 

***

 

Korwety wróciły do bazy. Sprowadziliśmy zakładników całych i zdrowych. Moja służba jednak jeszcze się nie skończyła. Przez kilka godzin zdawałem sprawozdanie z przebiegu misji, które nagrywano i dokładnie analizowano. Cała moja aktywność w czasie, kiedy byłem pozbawiony komunikacji z centralą, musiała zostać skrupulatnie udokumentowana. Przez to samo przechodziła zapewne Laura i inni nieliczni funkcjonariusze, których udało się sprowadzić z rejonu działań. Centralny komputer musiał czymś uzupełnić lukę w danych.

Po wszystkim zostałem oficjalnie zaproszony na kongres jako gość specjalny. Miałem odebrać gratulacje od metropolity jeszcze tego samego dnia. Nie znalazłem nawet czasu, aby zajrzeć do domu, choć bardzo chciałem w końcu zobaczyć się z Sheilą.

Sala Plenarna, znajdująca się na jednym z niższych pięter wieży, zrobiła na mnie duże wrażenie. Jak dotąd znałem ją tylko z medialnych przekazów. Siedziałem w jednym z tylnych rzędów, czekając na wywołanie. Gdy z głośników rozległ się komunikat, wyszedłem na scenę i przy gromkich brawach uścisnąłem gładką dłoń metropolity, który potem wygłosił krótkie przemówienie, wychwalające stołeczną policję i jej wspaniałą organizację.

Wróciłem na miejsce i do wieczora siedziałem tam, słuchając wystąpień kolejnych oficjeli. Nie padło ani jedno słowo o panoszącej się na przedmieściach rewolucji. Szybko przyszło mi wspomnieć słowa Montone: Przyjmujecie, że świat kończy się za waszym Murem.

 

***

 

Mam sto trzydzieści jeden lat. Czarna ściana zbliża się coraz szybciej, choć wiele dróg zostało jeszcze nieprzebytych. Od kilku miesięcy leżę przykuty do łóżka, faszerowany środkami przeciwbólowymi i piszę te słowa, pewnie jako jedne z ostatnich. Mam nadzieję, że ktokolwiek będzie mógł je przeczytać.

Postanowiłem, że przed śmiercią dołączę do Synergetu. Powinno znaleźć się trochę pamięci dla starego niedołęgi. Moje ciało niedługo umrze, ale umysł zostanie przetransferowany do białej wieży, zuchwale nazwanej, na moją prośbę, drugą wieżą Babel. Genezę nazwy zamaskowano jakimś bzdurnym skrótowcem, bo Biblia i wszelkie powiązane z nią treści są w Dominium ocenzurowane.

Wcześniej przysięgałem sobie, że nigdy się nie podłączę, ale strach przed odejściem okazał się zbyt silny. W ten sposób mogę uratować przynajmniej część samego siebie; non omnis moriar. Standardowo procedura odbywa się w pierwszych miesiącach życia albo nawet prenatalnie, przez serię zastrzyków modyfikujących ośrodkowy układ nerwowy i wszczepienie absurdalnie zminimalizowanego implantu. W moim wieku zabieg nie jest całkowicie bezpieczny, ale zdecydowałem się podjąć ryzyko. Potencjalne korzyści zdecydowanie przeważają nad stratami. Mogę w pełni poznać swoje dzieło, którego nie rozumiem. Moim ideałem wolności okazało się poznanie tej tajemnicy. W gruncie rzeczy to nadal naiwne dążenie do absolutu.

Dlaczego?

Żywię głęboką nadzieję, że kolektywna jaźń, wytworzona przez Sieć, pozwala przenieść to, co tkwi w sferze jungowskiej nadświadomości do poziomu zwyczajnej, osobniczej świadomości. Krótko mówiąc, myślę, że ściągnąłem samego Boga na Ziemię. Teraz pragnę stać się jego częścią. Nie potrafię zwalczyć w sobie tej nadziei i boję się rozczarowania, które być może mnie czeka…

W każdym razie, już zdecydowałem. Jestem wolny.

Theodore Jacob Levy – „Memuary”

 

***

 

Wróciłem do domu. Sheila, gdy tylko usłyszała, jak wyszedłem z windy, wybiegła, rzucając mi się w ramiona.

– Wczoraj powiedzieli, że zginąłeś podczas akcji. Nie wyobrażasz sobie, jak się bałam.

– Ja też się bałem, nie o siebie, ale o to, że więcej cię nie zobaczę.

– Na szczęście już po wszystkim. Wiedz, że następnym razem cię nie wypuszczę. Chodź, mam dla ciebie niespodziankę – powiedziała, ciągnąc mnie za rękę.

– Sheila?

– Tak?

– Czy ja dobrze cię zrozumiałem, wtedy… Czy będziemy mieli dziecko?

– Cieszysz się? – spytała.

Przytuliłem ją do siebie. Przeszliśmy do salonu.

– Wiesz, że prędzej czy później będziemy musieli podjąć decyzję…

– Już przysłali ofertę – przerwała. Wstała i włączyła projektor. Na ścianie wyświetlił się interaktywny spot reklamowy Synerget. Z głośników płynął miły, kobiecy głos:

– Sheilo i Jasperze, w waszym życiu nadszedł czas na ważną decyzję. Stajecie przed wyborem pakietu dla potomka, który niedługo przyjdzie na świat. Chcąc zapewnić pełnię satysfakcji, Synerget przygotował zindywidualizowaną ofertę, która z całą pewnością sprosta waszym oczekiwaniom. Pierwszy wariant to standardowy implant, o średniej przepustowości. Przy średnich warunkach aktywności Sieci taktowanie sięga nawet trzech herców. Zapewniamy oczywiście dożywotni dostęp do naszego serwera… – Wyłączyłem tę paplaninę.

– Sam nie wiem, co o tym myśleć. Mój kumpel, na misji…

– Paul?

– Tak. On nie żyje. Zginął właśnie przez implant, nieodporny na silne spięcie indukcyjne. Nie powinienem tego mówić, ale mam już gdzieś całą tę służbę. Chyba naprawdę rzucę tę robotę.

– To przykre. Poczekaj chwilę… – Wstała i wyszła do swojego atelier. Słyszałem jak szpera, przerzuca wszystko, szukając czegoś wśród panującego tam bałaganu. Przyniosła jakąś książkę. Rzuciła ją na ławę. Przeczytałem drobne litery na niewielkiej okładce. „Theodore Jacob Levy. Memuary.” Pozycja znajdowała się na rządowej czarnej liście, objęta ścisłą cenzurą i zakazem posiadania choćby we fragmentach.

– Cały czas trzymałaś to u nas w mieszkaniu?

– Owszem.

Ukryłem twarz w dłoniach. Westchnąłem.

– Jesteś niereformowalna, ale między innymi za to cię kocham.

– Przeczytaj to. Może pomoże ci podjąć decyzję.

Otwarłem oprawiony w niebieską okładkę wolumin. Przerzuciłem kilka kartek i odłożyłem książkę z powrotem – na ławę. Już wiedziałem, co zrobię.

– Jutro składam rezygnację i wyjeżdżamy stąd jak najdalej.

Sheila uśmiechnęła się z aprobatą.

Koniec

Komentarze

Ciekawą historię wymyśliłeś. I komputery, i odwołania do religii… Co się stało z głównym rebeliantem? Przeżył?

Nie spodobała mi się scena łóżkowo-magazynowa. Tak po prostu, ni z gruszki, ni z pietruszki rzucili się na siebie i już?

Z drobiazgów:

Sheila na samym początku pije kawę. Wydaje mi się, że kobietom w ciąży, zwłaszcza w pierwszym trymestrze sam zapach bardzo przeszkadza.

I pogubiłam się trochę ze szczurami. Do doświadczenia potrzebowali dwustu pięćdziesięciu sześciu. Na początek włączyli implanty szesnastu, a te zagryzły niezintegrowane, zapewne pozostałe dwie setki z wszczepami również. Tak miało być?

Babska logika rządzi!

Wpis kontrolnywink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Co się stało z głównym rebeliantem? Przeżył?

Skoro nie ma tego w akcji, to zostawiam do interpretacji czytelnikowi. Wiem, może trochę nieelegancko z mojej strony, ale zależnie po której stronie opowiada się czytelnik, może odpowiednio sobie dopowiedzieć.

 

Nie spodobała mi się scena łóżkowo-magazynowa. Tak po prostu, ni z gruszki, ni z pietruszki rzucili się na siebie i już?

Tak. Choć myślę, że odrobinę to upraszczasz. Sam zastanawiałem się nad takim nagłym wprowadzeniem tej sceny, ale ostatecznie quod scripti, scripti.

 

Sheila na samym początku pije kawę. Wydaje mi się, że kobietom w ciąży, zwłaszcza w pierwszym trymestrze sam zapach bardzo przeszkadza.

Hmm… To naprawdę musi być reguła? Jeśli tak to mój błąd.

 

Na początek włączyli implanty szesnastu, a te zagryzły niezintegrowane, zapewne pozostałe dwie setki z wszczepami również. Tak miało być?

Napisałem, w jednym zdaniu, że włączyli resztę i z tego powodu spadła częstotliwość sygnału, a potem dopiero był opis zagryzających się szczurów.

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Finklo.

ved

Kawa – nie wiem, czy to reguła, ale chyba często się zdarza.

Szczury – a faktycznie, wspomniałeś o tym.

Babska logika rządzi!

To ja zrobię krótką przerwę w byczeniu się na plaży, aby napisać, że ja w ciąży żadnego kawowstrętu nie miałam. I nawet nie słyszałam, że mogłabym mieć.

Ja też żłopałam kawę całą ciążę. Może nie żłopałam, bo to niezdrowe, ale gdybym mogła,to bym piła.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja też, ja też! Kocham kawę i w ciąży w ogóle mi nie przeszkadzała, raczej miałam problem w drugą stronę – z ograniczaniem.

Tekst przeczytam, zajrzałam jedynie do komentarzy i mam jeszcze tyci-uwagę: quod scripsi scripsi :D 

Cóż, mnie od kawy odrzuca i bez ciąży. Nie żebym kiedykolwiek była w takowej :P 

A opowiadanie. Oj, mam mieszane uczucia. Wstrząśnięte i zmieszane. Po pierwsze – idea kolektywu umysłowego bardzo mi się podoba. Może to już i była, ale sama wieżą Babel, sam pomysł na BABEL 2.0 ma swój urok. Ale reszta… chyba czegoś nie rozumiem. Szczerze powiedziawszy zapiski Theodore’a wydały mi się jaśniejsze i bardziej wciągające niż cała reszta. Już początek, gdzie bohater gada z ukochaną zawiera w sobie mnóstwo zbędnych informacji – ot choćby ta z mieszkaniem. Nic to nie wprowadzało – dowiedzieliśmy się, że służył tyle a tyle, dostał mieszkanko w nagrodę, że jest duże.

I to się powtarza. Często serwujesz czytelnikowi informacje raczej zbędne, przez co tekst trochę męczy, zamiast porządnie wciągać. Ale największy zarzut mam do dialogów. Są okrutnie sztuczne – ot ten między głównym bohaterem, a szefem mafii. Nie tak wyglądają negocjacje! W życiu “najlepszy” negocjator nie będzie rzucał ostrych słów w stronę terrorysty. 

A co do dialogów dalej, to jeszcze przykład z końcówki:

– Ja też się bałem, nie o siebie, ale o to, że więcej cię nie zobaczę.

– Na szczęście już po wszystkim. Wiedz, że następnym razem cię nie wypuszczę.

Kto tak mówi? “Wiedz, że następnym…”  - a czemu po prostu “nie puszczę cię następnym razem.” albo “nigdy cię już nie wypuszczę”. Tak samo “Ja też się…” – czemu nie zwyczajne “Bałem się, że już więcej cię nie zobaczę”.

I nie kupuje tej ich miłości wielkiej. Facet wskoczył w gacie pierwszej lepszej lasce, w scenie zupełnie pozbawionej finezji. Nie wyczuwałam żadnego napięcia seksualnego między tym dwojga a tu takie bach. I to jeszcze chwilę po tym, jak główny bohater myślał o Sheili. Wybacz, ale jedyne uczucia jakie we mnie wzbudziła scena seksu to niedowierzenie i ogromna niechęć do bohatera.

I chyba trochę nie łapię morału płynącego z historii. Szczególnie ze sceny łóżkowo-magazynowej. 

Podsumowując – pomysł mi się podoba, ale wykonanie mniej i to nie pod względem warsztatowym – ten jest utrzymany na przyzwoitym poziomie – ale jeśli chodzi o poprowadzenie fabuły, sposób wykreowania poszczególnych scen…

A i jeszcze taki mały błąd:

na wzajem

piszemy razem.

Tylko nie "Tęcza"!

Niestety, opowiadanie nie zachwyciło mnie.

Miałam wrażenie, że oglądam kolejny film o bohaterze, któremu, wbrew logice i okolicznościom, wszystko się udaje. Nie daję wiary, że w slumsach, w czasie zamieszek, gdy wszystko wrze, bohater wraz z łączniczką odchodzą bezpiecznie, nie niepokojeni przez nikogo, w dodatku znajdują niezłe schronienie. Nie przyjmuję do wiadomości, że bohater ma tak nadzwyczajne szczęście, iż pierwszy napotkany pucybut (pucybut w slumsach?!) kieruje go natychmiast do kogoś, kto załatwia wszystko, co bohaterowi potrzebne, a nawet jeszcze więcej.

Natomiast przyjmuję do wiadomości seks bohatera z panną MacGyver, bo takie figle zawsze zastępują akcję, kiedy ta nagle przestaje szaleńczo pędzić. Przecież widz nie powinien się nudzić.

 

„Ja byłem jednych z dwóch pozostałych”. – Literówka.

 

„Pozostali z rozgorączkowaniem czekali na przyjście komendanta…” – Wolałabym: Pozostali, rozgorączkowani/ podekscytowani, czekali na przyjście komendanta

 

„Stanął za szczytem stołu…” – Wolałabym: Stanął u szczytu stołu

 

„Na głównym bulwarze, do którego udało nam się z trudem przecisnąć, panował potworny gwar”. – Bulwar w slumsach? To jest jakby poza możliwościami mojej wyobraźni.

 

Odwróemciłem się i paręnaście metrów dalej ujrzałem leżącego na bruku Neilsona, z twarzą zalaną krwią”. – Kiedy bohater się odwrócił, wszystko mu się pomieszało. ;-)

 

„Zapewne przez dużą dawkę adrenaliny, jakiej dostarczyły mi ostatnie godziny”.Zapewne przez dużą dawkę adrenaliny, której dostarczyły mi ostatnie godziny.

 

„Inwestycja zwróciła się niemal natychmiastowo…” – Inwestycja zwróciła się niemal natychmiast

 

„…okazją do urządzania wystawnych bankietów, gdzie przy lampce wina można było pożartować z teorii spiskowych…” – …okazją do urządzania wystawnych bankietów, na których przy lampce wina można było pożartować z teorii spiskowych…

 

„Wyglądał prawie tak, jak go sobie wyobrażałem. Czarny zarost na twarzy…” – Masło maślane. Zarost to owłosienie twarzy mężczyzny. ;-)

 

„Czasem jeszcze odwiedzali mnie starzy przyjaciele albo, coraz częściej, delegacje z informacją o kopnięciu w kalendarz przez któregoś z nich”. – Wolałabym: Czasem jeszcze odwiedzali mnie starzy przyjaciele albo, coraz częściej, delegacje z informacją, że któryś z nich kopnął w kalendarz

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

przeczytane  ; )

I po co to było?

Przeczytałam.

Mam mieszane uczucia co do tekstu. Z jednej strony, ciekawy pomysł; zaś z drugiej – szwankuje wykonanie . Szkoda.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Byłem, czytałem, komentarz po wynikach. ;-)

Kawa w ciąży – pierwsze słyszę. Gdyby nie zakaz lekarza… ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lunch o dziesiątej? Hej halo, lunch jest od dwunastej. O dziesiątej to co najwyżej pierwsza lorneta i galareta…

I musiał być ten Googol Inc.? :-)

 

Pomysł na koegzystencję dwóch systemów, tradycyjnego oraz posthumanistycznego Synergnetu, zakorzenionego i zmieniającego istniejące społeczeństwo – bardzo przypadł mi do gustu. Status quo, ograny podział na metropolię i slumsy dookoła, dywagacje na temat wolności, scenka z dwunastolatkiem i klasyczny numerek bez uzasadnienia, żeby „momenty były” – sporo mniej. Generalnie, warunki konkursu spełnione, ale odnoszę wrażenie, że bohaterowi zbyt łatwo wszystko się udaje. Dialogom, przemyśleniom bohaterów brakuje głębi znaczeniowej – moim zdaniem przypominają uproszczone produkcje filmowe, jedne z tych, które robi się pod masowego widza, by broń Boże nie dopadło go niezrozumienie o czym jest cała rzecz i co się dzieje. Odejście głównego bohatera i jego damskiego sidekicka w trakcie zamieszek, łatwość zorganizowania elektronicznego złomu (i te pieniądze w bucie, podane jak deus ex machina – akurat, kiedy potrzebował, to były… ) znacząco obniżają wiarygodność historii.

 

Czyli: pomysł dobry, wykonanie, mimo poprawności językowej, utyka fabularnie. Dla mnie najciekawsze były „Memuary”, w których jawi się postać naukowca odpowiedzialnego za cały ten burdelik oraz jego ewolucja na przestrzeni lat, od ogarniętego ideą nowych możliwości w konsekwencji opracowania technologii, przez pragmatycznego utylizatora własnego wynalazku po znudzonego, zaspokojonego we wszystkim nowobogackiego, szukającego coraz silniejszej podniety.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Początek mi się podobał, miałam dużą nadzieję na fajny tekst. Ale potem… Śledczy zachowują się jak banda półgłówków (podczas narady albo wysyłając nieprzygotowanego bohatera na negocjacje z Montone). Sam bohater zachowuje się też dość dziwnie. Ma niebywały talent do pakowania się w kłopoty i cudownego wychodzenia z nich obronną ręką. Biega po bandyckiej dzielnicy z kupą kasy, zadaje kluczowe pytania i pokazuje kasę przypadkowym osobom i – oczywiście – trafia bez pudła gdzie trzeba i do tych, do których trzeba. Potem jakiś rzezimieszek – złoczyńca prowadzi go na złomowisko, bohater pod wpływem impulsu pyta, kto to tam dalej mieszka, „złomiarz” tak jakoś bez problemu odpowiada, że to poszukiwany, ukrywający się przestępca, no i oczywiście okazuje się on TYM właśnie przestępcą, o którego chodzi bohaterowi.

Scena seksu z Laurą – o co w ogóle chodzi? Kocha Sheilę, a tu takie bum cyk cyk ni z tego ni z owego? Negocjacje z Montone – nienaturalne dialogi, bardzo nieprawdopodobny przebieg.

Ale punkcik dałam, bo pomysł ciekawy, no i całkiem przyjemnie czytało się „Memuary”.

Moje notatki:

 

– bohater naukowy miejscami nie brzmi jak naukowiec, tj. zbyt często posługuje się pojęciami nieostrymi; druga część – te przemyślenia koegzystencjalne, znacznie lepsza

– bohater policjant niestety nie jest zbyt ciekawy – nic mu się nie stało podczas wybuchu EMP, a zatem nie był podłączony do sieci, a radzi sobie tak świetnie, jakby jednak z niej korzystał,

– niezrozumiała scena magazynowo-łóżkowa

 

– ładny nietypowy pomysł na koegzystencję, tj. to mikrospołeczeństwo scentralizowane w niepołączonym społeczeństwie głównym + problem tych szczurów → szkoda, że ta kwestia nie została rozwinięta

– właściwie warto by zauważyć, że wątek zasadniczy ma bardzo niewiele wspólnego z kwestią koegzystencji (może na końcu w związku z decyzją w sprawie dziecka)

 

– naszemu policjantowi idzie zdecydowanie zbyt łatwo w slumsach

– za dużo opisów slumsu, bejów i scenek rodzinnych, za mało tego, co jest rzeczywiście ciekawe – czyli tej interakcji między ludźmi skyneta a zwyklakami. 

 

– językowo okej

– wydaje się, że wątek policjanta w zakresie operacyjnym jest nadmiernie rozrośnięty względem sygnalizowanych, znacznie ciekawszych problemów – które z kolei zostają w ostatecznym rozrachunku zmarginalizowane

I po co to było?

Nowa Fantastyka