- Opowiadanie: Mróz - Kości Pana Boga

Kości Pana Boga

Niniejszy tekst jest skutkiem wysłuchania kilku wykładów o amerykańskim postmodernizmie w czasie, gdy autor cierpiał na ‘niewiemoczympisać’ z domieszką ‘niechcemisię’. Miłej lektury.

A, i gwoli jasności: książka, o której rozmawiają bohaterowie tego tekstu jest prawdziwa, moją ręką napisana.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kości Pana Boga

0. Deus Ex Machina

 

Mateo wygramolił się na piaszczysty brzeg, pokasłując gwałtownie. Minęła chwila, nim wyrwany ze snu umysł odzyskał sprawność myślenia i zaczął przetwarzać informacje z otoczenia. Oczy odkryły plażę w świetle niebywale wyrazistych gwiazd, nad szepczącymi falami, których słony zapach drażnił śluzówki. Przemoczone ubranie kleiło się do skóry, zarażając ożywczym chłodem. Ostatnie co pamiętał, to oślepiające światło, mocarny uścisk cudzych myśli i wszechogarniającą nicość. O ile dwa pierwsze doznania wydawały się jakimś odległym koszmarem, dotyk beznamiętnej pustki był jeszcze świeży. Przypuszczał, że to była śmierć. Śmierć, która uśpiła go na nie wiadomo jak długo, a potem, z sobie tylko znanych powodów, zwróciła światu, wypluwając na brzeg jakiegoś nieznanego akwenu, pod nieznanym niebem, w eleganckim stroju wieczorowym.

Mateo stanął na nogi i wyżymał krawat, badając otoczenie. Głębi lądu broniła ciemna ściana lasu, za którym wznosiły się ośnieżone góry. Z lewej plaża zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Z prawej piach przechodził w skały, na których wznosił się otoczony drzewami, rozświetlony budynek. Dźwięki dochodzącej z oddali muzyki splotły się z cichym szumem morza. Mateo poczuł się nieswojo, na myśl, że tam właśnie znajdzie odpowiedzi na dręczące go pytania. Kierunek marszu nasunął się sam.

Krótki spacer po bezdrożach zaprowadził go przed szeroko otwarte bramy posiadłości, która przywodziła na myśl nieforemny zbiór posklejanych ze sobą metalicznych sześcianów o różnorodnych wielkościach i kolorach, opleciony koronką bujnych konarów wyrastających wokół ścian posesji drzew. W fantazyjnych kształtach okien przesuwały się cienie, wszechobecne balkony i tarasy porastały kolorowe krzewy. Obrazu dopełniała surrealistyczna, wesoła kompozycja smyczków, dęciaków, fortepianu oraz instrumentów, których Mateo nie potrafił zidentyfikować, ale które podobały mu się nie mniej niż architektoniczny dziwoląg. Ruszył pewnym krokiem po brukowanej dróżce, przez wielogatunkowy sad, obok okupowanego przez kaczki i łabędzie stawu, po szerokich, szklanych schodach do otwartych drzwi domu.

Z głębi jasnego przedsionka buchnęło gorącem. Kroki odbijały się echem w metalicznej przestrzeni. Wyrastające z podłogi, zdrewniałe łodygi winorośli pięły się gęsto po ścianach, puszczając liście wokół świecących listewek. Korytarz otwierał się na ogromną klatkę schodową, której geometria i roślinno-metaliczne motywy przyprawiła Mateo o chwilowy zawrót głowy; oprócz zwykłych schodów, były tam ich dziwaczniejsze odmiany: schody do góry nogami, schody donikąd, schody jak klawisze fortepianu, schody ruchome, schody bez stopni, śpiewające schody, schody obrotowe, schody dziurawe, schody niemożliwe, schody nieuprzejme, schody…

– Wchodzi pan, czy będzie tak stał i wymyślał te schody ad infinitum?

Wyrwany z chwili Mateo obejrzał się za kobiecym głosem. Mógł przysiąc, że nikt za nim nie szedł, a jednak tuż za plecami odnalazł uważnie wpatrzone, fioletowe oczy przedziwnej damy. Tak fantazyjnego i niemożliwie spójnego zestawu kolorów i tkanin, na tak pełnym i symetrycznym ciele jeszcze nie widział. Dłonie w białych rękawiczkach przytrzymywały opartą o podłogę, różową parasolkę o misternej ornamentacji. Wylewające się spod ronda białego kapelusza blond włosy opadały na twarz tak nieludzko doskonałą w swych proporcjach, że wydawała się dziełem boga-artysty.

Przesiąknięte wyrazistą inteligencją spojrzenie mogło samo rozwiązywać równania różniczkowe. Uśmiechnął się sennie. Była idealna.

– Gdybym mógł coś robić w nieskończoność, to znam parę ciekawszych zajęć, niż tworzenie schodów – rzekł żywo. W odpowiedzi nieznajoma wyczarowała w dłoni wachlarzyk i przysłoniła wdzięczny chichot.

– Umie pan całkować? Ja uwielbiam. Obok torturowania ofiar przed pożarciem, to moja ulubiona rozrywka.

Jej oczy zwężyły się ponad papierową zasłoną. Mateo poczuł wilgoć na karku, uśmiech pobladł.

– Właściwie, to chyba się zgubiłem – odparł, rozglądając się nerwowo – Nie wiem, gdzie jestem i jak tu trafiłem… Wydaje się pani tutejsza, może będzie pani tak uprzejma i wskaże mi drogę?

– Nie jestem tutejsza, ale drogę wskazać mogę. Pana godność, powołanie i pochodzenie?

– Marcin Teowicz, logomanta, Dwieściewież.

Wachlarzyk opadł, odsłaniając mile zaskoczoną fizjonomię.

– Ach, więc to pan? Nie spodziewałam się, że będzie pan taki… potulny. Musiał nieźle pana wyprać.

– Wyprać?

– Ma pan szczęście, że na mnie wpadł. On nie należy do zbyt ogarniętych i pewnie zostawiłby pana tu samego, licząc, że sam znajdzie do niego drogę. Zresztą, szkoda słów, proszę za mną.

Popłynęła lekkim krokiem w głąb korytarza, a Teowicz za nią. Odmienność uderzyła po oczach; szli po kolorowym chodniku, pomiędzy obitymi zielonymi panelami ścianami, pod eleganckimi żyrandolami z mosiądzu. Co chwila mijali otwarte drzwi, z których dochodziły odgłosy zabawy, lecz za którymi Mateo dostrzegał tylko pozbawione ludzi pomieszczenia.

Gdy spacer zdawał się ciągnąć w nieskończoność, ściany nagle rozeszły się na wielkie, koliste pomieszczenie, które Mateo rozpoznał jako pracownię jakiegoś wyjątkowo niespokojnego umysłu. Regały z książkami zastępowały ściany, dźwigając szklaną kopułę o metalowym rusztowaniu. Spuszczone na niewidocznych niciach, z sufitu dyndały modele nieprawdopodobnych pojazdów. Z niewielkiej sadzawki na środku wyrastały pędy dziwacznych roślin o nieziemskich kwiatach.

Zasypane kartkami stoły, stoliczki i biurka pasły się gdzie popadnie. Różnorakie przyrządy, znajome i niewiadome, walały się na szerokich blatach i podestach.

– I co dalej?

Pytanie trafiło w próżnię; nieznajoma zdążyła się ulotnić w chwili podziwu logomanty. Wtem usłyszał osobliwie ciche stukanie z drugiej strony pracowni. Ruszył ostrożnym krokiem, w stronę zastawionego zewsząd biurka, wyraźnie ważniejszego niż pozostałe. Na blacie, obok popielniczki w kształcie klepsydry, leżał przedmiot przypominający zastygłą w żywicy, półotwartą książkę. Mateo zaszedł od strony pufiastego fotela i włosy zjeżyły mu się na głowie. Płaska klawiatura z alfabetem i szeregiem innych znaków samoistnie się wystukiwała. Powyżej, na szklanej płytce, litery pojawiały się znikąd jedna po drugiej, tworząc wyrazy, zdania i akapity.

Teowicz odskoczył z przestrachem, widząc tam swoje nazwisko; widząc, że książka, która przed nim powstawała, opisywała dokładnie to, co teraz robił. Patrzył z niedowierzaniem, jak litery nazywają jego ruchy, jego przerażenie, walczące z namiętną fascynacją.

Przeczytał, że przeczytał, (że przeczytał,) że ktoś za nim stoi. Odwrócił się, bardzo powoli, bardzo ostrożnie. W wąskim, ciemnym przejściu pomiędzy półkami, stał młody mężczyzna w wysłużonym garniturze i pogniecionej koszuli. Spod rozczochranej grzywy wyglądała para ciekawskich oczu. Uśmiechał się nieznacznie.

– Witaj, Mateo. Jak samopoczucie?

– Głodny wiedzy – odparł ponuro – Kim jesteś? Co to za miejsce? Jak się tu

znalazłem?

– Wyszedłeś z morza i przyszedłeś piechotą, jak mniemam – zadrwił nieznajomy, podchodząc z wolna. Mateo odsunął się lekko, gdy tamten stanął na wyciągnięcie ręki, uśmiechając się nieprzerwanie – To miejsce to zbiór n-wymiarowych figur geometrycznych w ultrawysokiej rozdzielczości, a ja jestem człowiekiem, który to wszystko opisuje na bieżąco. Nadal głodny?

Logomanta poczuł osobliwą tremę, która staczała się w tym większe przerażenie, im dłużej wpatrywał się w utkwione weń oczy. I na moment, tylko na moment, ujrzał przed sobą ostatnią chwilę tego, co najwyraźniej było innym życiem; usłyszał słowa, które naznaczyły jego koniec.

– Jesteś historią – rzekł nieznajomy – Ale ja nie mógłbym cię tak porzucić, za bardzo cię polubiłem. Właściwie – zmieszał się – To trochę mi szkoda, że musiałeś przez to wszystko przejść.

– Człowieku… czy czym tam jesteś – odparł, odsuwając się w tył – Jaśniej proszę. Chcę prawdy, a nie łamigłówek.

Młodzieniec wyglądał na rozczarowanego, ale tylko przez chwilę. Wskazał na fotel.

– Lepiej usiądź.

Mateo wykonał polecenie, nie odrywając wzroku od śledzących go oczu. Nie dlatego, że chciał; nie był w stanie postąpić inaczej. Dłonie nieznajomego podniosły do ust papierosa i ogień. Zaskwierczało, zadymiło.

– Jestem twoim autorem – oświadczył beznamiętnie – A także autorem twojego świata i wszystkich systemów, które się w nim znajdują.

Mateo zmrużył oczy.

– Chcesz mi powiedzieć, że jesteś Bogiem?

– Nie, stary głąbie. Jestem autorem książki pod tytułem "Jesteś Historią". Książki, której byłeś jednym z bohaterów. Książki, w której [spojler]. Jestem [Mróz], i jesteśmy w kolejnym moim dziele, które powstaje równolegle do naszej rozmowy.

Mateo zawiesił się a moment, szukając punktu zaczepienia dla myśli. Ale rzeczywistość była śliska jak lód, skutecznie się wymykała. Moment zmienił się w kwadrans, a Mateo w warzywo, które usilnie wertowało mózgowe archiwa w poszukiwaniu śladów mocy, którą definiował się przez całe życie. Wiedziałem, że to bolesne, ale wydało mi się to najszybszym sposobem.

Wrócił na jawę w gwałtownym ataku śmiechu; złapał się za głowę i skrył twarz w dłoniach, dysząc i rycząc wesoło przez krótką chwilę. Dźwięki przybrały smutną tonację. Zobaczyłem, jak podnosi głowę i patrzy obłąkańczo ponad cieknącymi łzami, desperacko szukając na mojej twarzy oznak żartu, w głębi serca spodziewając się, że ktoś robi go w konia. Aż zrobiło mi się głupio.

– Ta moja bezpośredniość – westchnąłem, siadając w fotelu naprzeciw – Cholera, gdybym wiedział, że tak to odbierzesz, przygotowałbym jakiś delikatniejszy sposób.

– Zabiję cię.

Słowa te wycharczał, aniżeli wypowiedział. Nie był jednak w stanie poruszyć żadnym mięśniem; patrzył tylko wściekle. Myśli miał posplatane, a duszę kipiącą.

Nie mogłem tego nie dostrzec.

– Nie możesz mi nic zrobić, choćbyś chciał, choćbyś jakimś cudem wbił mi nóż w gardło, urwał łeb, czy spalił doszczętnie a prochy rozdmuchał – wyjaśniłem chłodno – Poza tym, nie wydaje ci się, że to trochę niewdzięczne? W końcu gdyby nie ja, te to sto czterdzieści parę lat twojego życia nigdy nie miałyby miejsca, nigdzie.

Powinieneś się cieszyć, że miałeś długie, swobodne i pełne doświadczeń życie. Jedyna rzecz, na którą nie miałeś wpływu, której byłeś niewolnikiem, było twoje przeznaczenie, twoja rola w książce. Zastanów się: czy naprawdę masz powody, żeby mnie nienawidzieć?

Milczał. Nie potrzebowałem być jego autorem by zauważyć, że myśli Teowicza wyraźnie brały górę nad jego emocjami. Nie chciałem jednak zaglądać mu do głowy; wystarczająco już tam nagrzebałem. Westchnął głęboko.

– Dlaczego mnie tu sprowadziłeś?

– Bo miałem zbyt wiele pomysłów na kolejną książkę – wyjaśniłem bez namysłu – Reprezentowałeś moje wyobrażenie geniusza, więc liczyłem na to, że gdy staniemy twarzą w twarz, słowa odnajdą się same. I nie pomyliłem się. I co najważniejsze, motywem twojego postępowania było moje własne… marzenie to chyba za mocne słowo. Wyobrażenie wiecznej szczęśliwości? Tak, coś w tym guście. Po tym, przez co cię przeciągnąłem uznałem, że ci się należy.

Teowicz zaśmiał się, szczerze zaskoczony. Z miejsca twarz mu się rozjaśniła, oczy nabrały życia, nachylił się.

– Czekaj, czy ja dobrze zrozumiałem? – spytał zawadiacko – Ty też chciałbyś zwiedzać wszechświat jako nieśmiertelny?

– Coś w tym rodzaju – przytaknąłem obojętnie, zaciągając się dymem – I nie 'chciałbym'. Ja to już robię. Nawet w tej właśnie chwili. W pewnym sensie.

– Chyba czas, żebyś zaczął sypać wyjaśnieniami – oświadczył zaczepnie, stając na nogi – Bo o ile zaczyna mi się podobać ta historia, to nadal nie mam pojęcia, gdzie się ona toczy i dokąd zmierza.

Szeroko uśmiechnięty, podniosłem się z fotela i uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Wiedziałem, że to powiesz. Chodźmy, pokażę ci coś, od czego pała ci stanie.

Jedna z półek z książkami wysunęła się naprzód, po czym odjechała na bok. Ruszyliśmy przez powstałe przejście i stanęliśmy w ciasnym pomieszczeniu windy. Mateo musiał poczuć się pewnie, gdyż wcisnął pojedynczy przycisk nie czekając na zaproszenie. Drzwi się zamknęły, winda ruszyła, a z głośniczków popłynął strumień dźwięków.

– Takiej muzyki jak w tym domu jeszcze nigdy nie słyszałem – zauważył Mateo, wystukując rytm stopą – Co to jest?

– Lunatykująca Dusza.

– To też twoje dzieło?

– Oczywiście, że nie. Umiem wyobrażać sobie melodie, ale na ich kompozycji się nie znam.

Obejrzał się z pewnym zdziwieniem.

– Więc stworzył to ktoś inny? Inny autor… a raczej, kompozytor, czy tak?

– Owszem.

– Więc nie jesteś jedyny w swoim rodzaju – rzekł z naciskiem. Wyczułem w tym jakiś dziecinnie niecny zamiar.

– Bycie mną jest tak samo niepowtarzalnym doświadczeniem, jak bycie kimkolwiek innym. Ale dla ciebie jestem jedyny w swoim rodzaju, gdyż do nikogo nie możesz się ustosunkować tak, jak do mnie.

Uniósł kąciki warg.

– A, więc potrzebujesz mnie, żeby się wyróżniać.

– Nie tylko ciebie, mój drogi. Nie tylko ciebie.

– Tamtej kobiety też? Czyżby i ona była czyimś dziełem? – spytał szelmowsko – To by wyjaśniało, dlaczego mi się tak podobała…

– Nie wyjaśniaj sobie pochopnie, mądralo – odparłem ze słabo udawaną obojętnością

– Owszem, jest dziełem innego autora, ale esencja jej postaci umożliwia jej przekraczanie wszelkich barier. Nie mógłbym się jej pozbyć nawet, gdybym chciał. Jej moc jest dość egzotyczna, choć niespecjalnie oryginalna.

– Moc? – wyszczerzył zęby – Chętnie bym ją zbadał… empirycznie. Po logomancku.

– Życzę szczęścia – zaśmiałem się – Nie odpowiadam za to, co z tobą zrobi!

Winda stanęła, drzwi otworzyły się na dach wieżowca; Teowicz po raz ostatni zwrócił uwagę, że czas podróży nie pokrywał się z geometrią przestrzeni. Podszedłem do barierki, ciesząc się widokiem falującego morza i rozgwieżdżonego nieba, oddychając świeżością nocy. Przymknąłem oczy i utonąłem w chwili.

– I to ma być takie podniecające? – żachnął się logomanta, wyglądając znudzonym wzrokiem na wybrzeże – Widok na ocean?

– Cicho tam – zganiłem go – Poczuj swą małość.

– Czuję ją od dobrych kilku chwil. Kawałek otwartej przestrzeni niewiele zmieni.

– Bo nie chcesz się w niej rozpłynąć. Ale nie martw się, zaraz ci to ułatwię.

Uniosłem dłonie w teatralnym geście. Niskotonowe dudnienie rozedrgało powietrze. Fanfara rogów uderzyła znienacka. Teowicz złapał się za uszy i poczuł, że dźwięki rozbrzmiewały bezpośrednio w głowie. Bębny waliły w bębny. Nabrałem powietrza, wyjrzałem w gwiazdy.

 

Świecie! Wieczerzy moja! Tyś jako Chleb Pański!

Ile cię trzeba sławić, sługo Nietzscheański,

Ten tylko wyjawi, kto wśród żywych stracony,

a duszą swą w wieczność bez pamięci wpatrzony!

 

Na "wpatrzony" horyzont zapłonął, orkiestra chórnęła, a pierścień czystego światła rozdzielił niebo i ziemię. Przestrzeń zaroiła się od nowych gwiazd, mgławic, księżyców i kolorowych planet, aż mroczne tło ustąpiło rozlewisku pasteli. Ciemność spłynęła pod stopy, pokrywając krajobraz i budynek jednolitą masą nieprzeniknionej czerni. Teowicz wytrzeszczył oczy, stukał stopami o niewidoczny grunt o metalicznym echu, kręcił głową jak zaciekawione dziecko. Nie wiedział już, na czym skupić zmysły; na elektryzującej muzyce; na miriadach światów nad głową; na drgającym świetliście horyzoncie; na nieprzeniknionej nicości.

Obróciłem się w jego stronę i zapaliłem papierosa. Muzyka zamilkła, ostało się jedynie ciche, jednostajne dudnienie.

– Witam na horyzoncie poznania – oświadczyłem wesoło – Tu jest punkt zerowy. Tam w górze, wszystko, co możemy zbadać. Tam w dole, to już tylko domysły.

– Grunt też mamy domyślny? – spytał trwożliwie – Nie powinniśmy mieć jakiegoś oparcia?

Zapachniało świeżą stalą. Światło odsłoniło matową podłogę, rzędy konsol i monitorów, obramowanie szklanego sklepienia. Nad otchłanią rozciągnął się fragment poprzedniego krajobrazu; morze wylewało się za brzeg, las urywał się na granicy z ciemnością. Plaża aż po horyzont zdawała się nie mieć końca.

– Jak podróżować, to bezpiecznie, ale z rozmachem. Oto Deus Ex Machina, twoje nowe tu i teraz.

Monitory wyświetliły zawieszony nad czeluścią klin pod różnymi ujęciami i zbliżeniami. Dolne warstwy konstrukcji spływały brylastym wodospadem w ciemność. Brzegi migotały i drżały, całość sprawiała wrażenie ulotnego mirażu.

– Na bezpieczne to nie wygląda – mruknął – Jakby w każdej chwili miało się rozpaść.

– Rozpada się nieustannie. Gdy wyjdziemy z tego pomieszczenia i przestaniemy na to patrzeć, ten widok nie będzie już do niczego potrzebny i wszystko się rozpłynie a coś innego zajmie jego miejsce. Ot, tak!

Teowicz mrugnął i nagle znaleźliśmy się z powrotem w pracowni, w pufiastych fotelach przed buzującym kominkiem. Logomanta zacisnął dłonie na oparciach, popatrzył z wyrzutem.

– Więc to nie jest sen?

– A wygląda?

– Sam już nie wiem, czy mogę ufać zmysłom – rzekł cicho – Po tym, co mi pokazała Czysta Inteligencja sądziłem, że nic mnie nie zaskoczy. Czułem się prawie bogiem. A wychodzi na to, że jestem tylko figurą w chorej grze wyobraźni kogoś innego. Jeśli chciałeś dać mi nauczkę i wyleczyć ze złudzeń, to gratulacje, przeszedłeś samego siebie.

– To był jeden z moich zamiarów – zaśmiałem się, sięgając do kieszeni – Chciałem

też ubrać w słowa to, co ci pokazałem, żeby Machina nabrała pozorów rzeczywistości. Jak rzekł jeden z moich patronów, Wszystko, co się opisuje, musi istnieć. Nazwiemy to aksjomatem istnienia.

Machnąłem ręką. Sześciościenna kostka potoczyła się po panelach i wylądowała pod jego stopami, mydłem do góry.

– Pusta – wymamrotał, przyglądając się kamieniowi – Z każdej strony. Od spodu też, jak mniemam?

– Sprawdź.

Teowicz spróbował podnieść kamień, lecz nie był w stanie oderwać go od podłogi. Zbeształ mnie wzrokiem.

– Żarty sobie stroisz? Co chcesz udowodnić tym razem?

– A po co ci wiedzieć, co jest na spodzie kostki?

– Mnie? To ty piszesz książkę, nie ja.

– Właśnie – rozłożyłem ręce – Choćbym nie wiem jak się starał, nie przekonam nikogo, że Marcin Teowicz jest samodzielną istotą. Wszyscy, którzy to przeczytają wiedzą przecież, że to fikcja, że wymyśliłem cię na potrzeby mojej prozy.

– Nie czuję się manipulowany, jeśli o to chodzi. Mogę przecież zrobić coś nieprzewidywalnego, na przykład to.

Splunął na kostkę i stuknął ją czubkiem buta. Potoczyła się pod biurko.

– I jak? Wiedziałeś, że to zrobię? Planowałeś, że uda mi się ją popchnąć?

– Niczego nie planowałem – przyznałem – Po prostu opisałem pierwszą rzecz, która mi przyszła do głowy, gdy pomyślałem o twojej spontaniczności.

– Więc jednak mam jakąś namiastkę własnej woli.

– Tak, lecz problem nie leży w twoim czy moim postrzeganiu twojego czynu, lecz w stopniu, w jakim słowa są w stanie przekonująco oddać rzeczywistość. Ktoś przecież mógłby powiedzieć, że to, co się przed chwilą wydarzyło było zaplanowane i nie byłbym w stanie udowodnić, że się myli.

– Pieprzenie. Ja czuję się wolny… do pewnego stopnia oczywiście, bo najwyraźniej jedyne, co mnie ogranicza, to twoja wyobraźnia. A sądząc po tym, co się dziś wydarzyło, nie do końca nad nią panujesz.

Popatrzył na mnie z uśmiechem, w którym ironia jego słów przybrała namacalności. Przysunąłem fotel i usiadłwszy naprzeciw, zapaliłem papierosa. Teowicz odmówił poczęstunku. Czekał.

– Wyobraźnia to wiecznie głodna bestia, która nie liczy się z potrzebami swojego pana – stwierdziłem – Moja tak się spasła, że już dawno stała się autonomicznym tworem, którego ryków i szamotania nie potrafię ignorować. I ciągle żre.

– Cóż to za problem? – prychnął – Zaszyj się gdzieś, stwórz coś, daj upust tej bestii, i miej spokój.

– Kłopot w tym, że wszystko zostało już stworzone, a ja nie chcę być wtórny, nie chcę powielać schematów. Ale z drugiej strony, schematy są nieuniknione, a oryginalność i odmienność trudno przepchnąć, jeśli się nie ma pleców. Nie jestem w stanie przekrzyczeć armii producentów przeciętności, ani tym bardziej wojować z autorami, których sama reputacja często wystarczy, by mieli rację.

Musiałem mieć niezłą minę, gdyż poczęstował mnie spojrzeniem pełnym litościwej pogardy.

– I spodziewasz się, że ja ci w tym pomogę? – skrzywił się Mateo – Spodziewasz się, że wymyślony przez ciebie logomanta będzie w stanie rozwiązać twój problem? To tak, jakby Stwórca zagubił się we własnym dziele i uznał, że nie jest w stanie tworzyć dalej sam, po czym stworzył sobie człowieka, żeby mu w tym dopomógł, a sam zajął się czymś innym!

Cisza zawisła w powietrzu. Wpadłem w zadumę.

– We are but thoughts… sailing an endless sea of light.

– Że co?

– Wybacz, zamyśliłem się – zapaliłem papierosa i omiotłem sufit wzrokiem – Już drugi tydzień siedzę nad tą rozmową. Widzisz, chciałem z tobą podyskutować, ale wszystkie szkice dalszego ciągu tej konwersacji sprowadzały się do metafizycznego pierdolenia, które mogłoby zanudzić czytelnika, choćby nie wiem jak mądre i prawdziwe by było, a nie wątpię, że by było.

– No, to wszystko jasne! – zaśmiał się – Nie wiedziałeś od czego zacząć, więc sprowadziłeś mnie i opisałeś nasze spotkanie w tym miejscu. A teraz, kiedy już tu jesteśmy, zostawisz mnie samego, bym odwalił za ciebie robotę, mam rację?

– Dokładnie – przytaknąłem, szczerze wyszczerzony – Tak… Może faktycznie lepiej będzie, jeśli już teraz usunę się ze sceny i wrócę za kulisy. Nie ma sensu, żebym pokazywał ci prawdę, skoro możesz ją odkryć sam. Może się wszak okazać, że prawda jest inna, niźli ją sobie wyobrażałem.

Wstałem i przeciągnąłem się jak wyrwany z głębokiego snu, aż chrupnęło w kościach, po czym skierowałem się do wyjścia. Teowicz aż podskoczył.

– Czekaj! Skąd pewność, że to, co odkryję, będzie prawdą? Czyż ten wymiar nie jest fikcyjny, nie jest wymysłem twojej wyobraźni?

Obejrzałem się przez ramię.

– Fikcyjne czy nie, to tylko narzędzie. Symulacja, jak każda inna opowieść czy bajka. Sporządzona ze znaczeń i obrazów pożywka dla dusz i umysłów. Jest dla mózgu tym, czym muzyka dla uszu, malarstwo dla oczu, kuchnia dla języka i nosa.

– Ach, tak… Ja mam być kelnerem, który poda te twoje wymysły?

– Kelnerem, kucharzem, rzeźnikiem i rolnikiem jednocześnie – zaśmiałem się – Nie chcę odżywczej treścią, bezkształtnej papki wtłaczanej do gardła, ani tym bardziej pustych, choć pięknych frazesów na pozłacanym stole. Masz proste zadanie: działaj

i myśl samodzielnie. Jesteś tworem mojej wyobraźni, i dlatego wiem, że cię na to stać.

A jeśli się mylę, to przynajmniej daj czytelnikom do myślenia.

Stanąłem w cieniu korytarza pomiędzy półkami z książkami. Zapaliłem papierosa

i rzuciłem kostkę pod nogi Mateo.

– Deus Ex Machina jest do twojej dyspozycji – rzekłem wesoło – I pamiętaj: to, że mnie nie widać nie znaczy, że mnie nie ma.

Krata zamknęła przejście, rozpłynąłem się w atramentowej ciemności. Ogień trzaskał, kurz opadał, a Teowicz siedział jak skamieniały, wpatrzony w samotną kropkę na czystej, białej bryle.

Gwałtowny wstrząs poruszył scenerią. Wyrwany z zamyślenia logomanta poderwał głowę, na bujające się pod sufitem modele, na poruszone o kilka milimetrów biurka

i szafki, na rozdygotaną powierzchnię wody w sadzawce.

– Ara, ara… – westchnął znajomy głos – Ten biedny dzieciak nie może się na nic zdecydować…

Mateo podskoczył, oczy i uszy powędrowały za dźwiękiem. Nieznajoma z parasolką siedziała na jednym z biurek, kartkując książkę.

– Chyba właśnie zdecydował – zadrwił – A ten wstrząs… to pani robota?

– Ani trochę. To tylko znak, że oderwaliśmy się od mielizny – uniosła oczy, uśmiechnięte niewinnie – Znak, że gospodarz wyszedł. Sama już nie wiem, czy mądrze postąpił, zostawiając swoje dzieło na pastwę innych dzieł…

– Próbuje mnie pani nastraszyć?

– Może… – zaszeleściła kartkami, po czym zamknęła książkę i wyciągnęła w stronę logomanty – Pytanie, czy da się nastraszyć coś, co nie istnieje.

Teowicz drgnął. Dreszcz zjeżył włosy od czubków palców stóp i rąk, aż po sklepienie czaszki. Tknięty nieuzasadnioną obawą, podszedł bliżej i chwycił tomiszcze.

– "Jesteś Historią" – wyszeptał, gładząc jednolicie czarną okładkę – To książka, o której wspominał?

– Proszę otworzyć.

Sposób, w jaki to powiedziała, jej świdrujące spojrzenie nie zachęciły Teowicza. Węszył coś nieprzyjemnego, lecz ciekawość była silniejsza. Wsunął palce w środek powieści, odnalazł ciągi znaków na białym tle. Przekartkował naprzód, przekartkował w tył. Tu i ówdzie natrafiał na swoje nazwisko, wypowiadane zawsze w tym samym kontekście: Teowicz-logomanta-Serce-szaleniec.

– Strona trzysta czternasta – zachęciła nieznajoma, uśmiechając się tajemniczo.

Zacisnął palce, przeskoczył do ostatnich rozdziałów, znalazł; skronie zaczęły pulsować, w głowie się zakręciło. Miał wrażenie, że czyta swoje wspomnienia, opisane z perspektywy innej osoby. Wszystko, co pamiętał, odnalazł przed oczami, wkomponowane w cudze losy, obudowane ogromnym światem. Wszystko to było fikcją. Nie tylko on sam, lecz cała rzeczywistość, która go stworzyła. Wszystko wymyślone, wszystko skonstruowane, dopasowane, poukładane.

Stał jak skamieniały, wpatrzony w splątaninę liter i pustych miejsc. Nieznajoma zeskoczyła z biurka i zaczęła dreptać wokół Teowicza, uśmiechając się nieprzerwanie.

– Niesamowite, do czego posuną się autorzy, żeby nadać sens swoim umiejętnościom, nie uważasz? – wyszeptała – Tworzą światy tylko po to, by zaludnić je istotami pozornie myślącymi i obarczyć je owocami swoich fantazji, lęków i przemyśleń.

Mateo zatrzymał ją wzrokiem spode łba. Zatrzasnął książkę

– A kim pani jest, jeśli nie taką pozornie myślącą fantazją? – zadrwił, postępując naprzód – Z jakiej opowieści się pani wzięła, jaką rolę odgrywa, czego tu szuka?

Zachichotała wdzięcznie, po czym ku zaskoczeniu Mateo, przystąpiła i zarzuciła dłonie na szyję. Logomanta zesztywniał. Woń fiołków uderzyła powonienie; w uszach rozbrzmiała cicha, fortepianowa melodia o niepokojącej, chromatycznej barwie.

– Nazywam się Kariyuma Yuko, demon z Miasta Złudzeń i robię to, na co mam ochotę – oświadczyła wesoło – A wcielenie, które ma pan okazję podziwiać z tak bliska jest jednym z wielu surogatów mojego pierwowzoru. Autor musiał je przerobić, żeby nie zostać posądzonym o nieupoważnione pożyczanie postaci. Nawet mojemu imieniu nie przepuścił.

– To postacie są tak cenne, że ludzie się o nie kłócą?

– Cóż… w ich świecie prawdziwe, niepowtarzalne osobowości to rzadkość – stwierdziła smutno – Wszystko jest kopią kopii, powielanych bez końca, rozwadnianych, rozdrabnianych, upraszczanych. Ludzie żyją wymysłami i cudzymi życiami, zamiast myśleć samodzielnie. Wiem to, bo mam całą rzeszę innych wcieleń, które muszę przeżywać równolegle do tego. To, co ze mną czasem robią inni tak zwani autorzy jest… – spuściła wzrok, zagryzła wargę, a twarz oblał rumieniec – Cóż,przynajmniej niektórzy ładnie rysują…

– Rysują?

Puściła szyję i odeszła na parę kroków, zatrzymując się przy spiralnych schodach prowadzących pod podłogę.

– Jak będzie pan grzeczny, to panu pokażę – rzuciła przez ramię, uśmiechając się okiem – Póki co, pozwoli pan za mną.

– Co chce pani zrobić?

– Wywiązać się ze swojej części umowy. Chyba nie sądził pan, że autor wpuścił mnie tu tylko po to, bym urozmaicała opisy?

– Twierdził coś przeciwnego. Że sama się pani wprosiła.

Przystanęła. Błysnął wachlarzyk, a nad nim oczy jak wypełnione purpurową rtęcią.

– Za bardzo mnie lubi – rzekła wesoło, po czym zeszła po stopniach na dół. Teowicz uniósł brew, muzyka zamilkła. Odkładając książkę na najbliższym biurku, zauważył, że leżąca na podłodze kostka miała teraz fioletową, ośmiościenną towarzyszkę. Biała ósemka połyskiwała na gładkim grzbiecie.

– Autorze, autorze – westchnął ciężko, przecierając oczy dłonią – Czemu nie mogłeś napisać zwykłej historii miłosnej…

Koniec

Komentarze

Nie wiem, Autorze, bardziej się zdziwisz czy bardziej zirytujesz – momentami nie mogłem oderwać się od tekstu, momentami zbierało mi się na ziewnięcie… Mnie, napiszę od razu, ani to nie dziwiło, ani nie irytowało – po Twoich przyznaniach we wstępniaku jakbym spodziewał się czegoś właśnie takiego.

Warto było przeczytać, chociażby dla poznania relacji autor –– postać przezeń stworzona – i jeszcze raz postać, będąca tworem wyobraźni. Może się mylę, ale na pewnego rodzaju żart ze siebie samego mi to wygląda…

Ciekaw jestem Twojego tekstu, napisanego z ochotą i na konkretny temat (tak, odwołuję się do wstępniaka…), oczywiście z fantastyki.

Dzięki za feedback!

Przyznam, że nigdy nie pisałem tego typu całkowicie autorefleksyjnych tekstów, więc Twoja uwaga o żartobliwości powyższego jest dość na miejscu. Bawiłem się przy pisaniu nieźle, wyjąwszy fragment, w którym wspominam coś o dwóch tygodniach blokady.

 

A skoro o fragmentach mowa, byłbym wdzięczny, gdybyś wskazał, co takiego przykuwało Twoją uwagę, a co wywoływało senność, co bym mógł nauczyć się rozpoznawać takie potencjalne bomby w swoich pracach.

 

Węszył coś nieprzyjemnego, lecz ciekawość byłą silniejsza.

 

Oryginalna forma i nawet interesujący zamysł z tym bezpośrednim spotkaniem autora utworu i stworzonej przez niego postaci. Ponadto poruszyłeś kwestie samego pisania, tworzenia historii.

Proponowałbym usunięcie z tytułu “cz. I”. Użytkownicy z pewną niechęcią patrzą na opowieści w częściach i stąd może wynikać niewielka liczba komentarzy pod Twoim tekstem. A opowiadanie może zainteresować.

Pozdrawiam. 

Dzięki domek, tak też zrobiłem.

Spodobał mi się koncept postaci Teowicza, postawionego w osobliwej sytuacji i natykającego się na autora, który go stworzył. Nieźle wypadło też spotkanie bohatera z panią demon z Miasta Złudzeń.

Wykonanie mogłoby być lepsze – przeszkadzały nie zawsze poprawnie zapisane dialogi, zbędne entery i inne usterki, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka