- Opowiadanie: Unfall - Wiecznie razem

Wiecznie razem

Do ostatecznego terminu jeszcze daleko, ale puszczam wcześniej, bo chciałem przyłożyć się do opowiadania na “Koegzystencję...”. Nie znaczy to jednak, że do tego tekstu się nie przykładałem.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wiecznie razem

Zamknęła grube, oprawione w skórę tomiszcze i spojrzała w jego kierunku. Dobrze znała tę twarz. Co dnia wpatrywała się w ostre rysy, muskała wzrokiem orli nos i mocno zarysowane kości policzkowe,  gładziła w wyobraźni fikuśny wąsik i hiszpańską bródkę. Serce przyspieszyło, a na jasnej jak porcelana buzi pojawił się delikatny rumieniec, efekt tłumionych w zarodku, frywolnych myśli. Wstała, podeszła powolutku i, stojąc tuż obok niego, szepnęła cichutko „do zobaczenia”, po czym, przyspieszając kroku, skierowała się do wyjścia.

– Do zobaczenia jutro, panienko – powiedział stary bibliotekarz, poprawiając na nosie druciane okulary i odbierając książkę z rąk Marianny. Zawsze nazywał ją panienką, choć w jej mniemaniu „stara panna” było bardziej adekwatne.

Nie zawsze była książkowym molem. Młoda dziewczyna próbowała kiedyś wyjść do ludzi, ale zdawała się nie pasować do otaczającej ją rzeczywistości. Skromna i nieśmiała, miała poważne problemy z zawieraniem nowych znajomości, a bezpośrednie zaczepki rówieśników płoszyły ją, wywołując niekiedy salwy śmiechu u bezwzględnej młodzieży. A przecież ona chciała jedynie przyjaźni, gdzieś w głębi serca marząc o miłości. Po cichutku, aby nikt się nie dowiedział i nie szydził z jej pragnień. Wreszcie pojawił się Marek, który to z niej wydobył. Rozkwitła wraz z płomiennym uczuciem… Do chwili, gdy zorientowała się, że przystojny młodzian jedynie się nią bawił, wykorzystując dziewczęcą naiwność. Koszmary wróciły. Długo wtedy płakała, schowana w kąciku małej, miejskiej biblioteki, a stara, migocząca nad jej głową jarzeniówka wtórowała jej pochlipywaniom, brzęcząc nierytmicznie.

Od tego dnia Marianna pojawiała się w bibliotece codziennie. Nadal ciekawa świata i ludzi, znalazła sposób na bezpieczne ich poznanie. W cichej jak ona sama czytelni, spotykała starożytnych filozofów, barwnych awanturników, a czasem nawet czarne charaktery, nie będąc jednak ofiarą ich niecnych uczynków. Zwiedzała odległe w przestrzeni i czasie krainy, oszczędzając majątek na kosztach podróży. Czasem miała wrażenie, że jej życie jest podobne do światła tej zepsutej, bibliotecznej lampy – przygasa po odłożeniu książki, by rozbłysnąć ponownie po wybraniu następnego tytułu.

 

***

 

Była zima i mimo wczesnej pory zrobiło się ciemno. Marianna, szczelnie otulona szarym płaszczykiem i z myślami błądzącymi jeszcze wokół ostatnio przeczytanej książki, wracała do domu niewidzialną koleiną. Śliczne iskierki spadających z nieba płatków śniegu nikły w paskudnej brei, głośno rozbryzgującej się pod stopami. Nie tylko pod jej stopami. Po plecach przeszedł dreszcz, jakby śnieżynki odnalazły lukę między szalikiem a kołnierzem. Marianna wytężyła słuch, po czym zaczęła przyspieszać kroku. Chlap, chlap, chlap – coraz bliżej, tuż tuż. Serce podeszło do gardła. Zerwała się do biegu. Za późno. Silne szarpnięcie zatrzymało ją w miejscu. Odwróciła się, napotykając zimne spojrzenie napastnika. Oczy jak dwie bryłki lodu. Ponowne szarpnięcie. Jej drobna dłoń bezwiednie zaciśnięta na skórzanym pasku.

– Puszczaj to, suko! – usłyszała z ust chłopaka, który chwilę potem uderzył ją otwartą dłonią. Upadła. Drobiazgi uwolnione z rozdartej torebki poszły w jej ślady. Co teraz? Nie odchodził! Skrzywdzi ją? Bardzo się bała.

– Odstąp od tej damy, młodzieńcze!

Głos dochodził ze spowitego mrokiem zaułka.

– Co? – Bandzior obrócił się na pięcie, a w jego ręku pojawił się nóż sprężynowy. – Spierdalaj, świrze, bo cię potnę!

– Więc stawaj, młokosie. – Słowom towarzyszył przeciągły zgrzyt metalu, po czym błyszcząca, długa klinga szpady opuściła cień. – Wybacz tę jawną niesprawiedliwość, ale krótszego ostrza nie posiadam.

Zaskoczony nastolatek wahał się chwilę, przestępując z nogi na nogę, po czym rzucił się do ucieczki. Dziewczyna wstrzymała oddech, gdy z ciemności wyłoniła się ubrana na czarno postać, w długiej po kolana pelerynie, pod którą nikła właśnie obnażona wcześniej stal. Szerokie rondo kapelusza, zdobionego okazałym, strusim piórem, strzegło zazdrośnie twarzy nieznajomego przed wścibskim światłem miejskiej latarni. Mężczyzna podszedł do Marianny i, podając rękę, pomógł wstać. Potem uniósł jej dłoń i złożył pocałunek na delikatnej skórze, łaskocząc drobne palce hiszpańską bródką.

– Do zobaczenia jutro, młoda damo – wyszeptał. Kobiecie zrobiło się słabo. Oszołomiona, przymknęła  na moment oczy i nie spostrzegła, kiedy jej wybawca zniknął. Czy wszedł ponownie w ciemny zaułek? Rozpłynął się w powietrzu? A może to wszystko wcale się nie wydarzyło?

– Dziękuję – rzuciła w pustkę uliczki.

 

 

***

 

Następnego dnia Marianna przyszła do biblioteki wcześniej. Nie mogła dłużej czekać. Tym razem ominęła regały z książkami i pewnym krokiem ruszyła w stronę czytelni. Stanęła dwa kroki przed nim i spojrzała w piękne, niebieskie oczy, które tutaj nie niknęły w cieniu czarnego kapelusza. Wpatrywała się w nie dłuższą chwilę, wyczekując jakiegoś gestu, choćby drobnego grymasu na nieruchomej twarzy.

– Piękny obraz, prawda? – usłyszała tuż obok głos bibliotekarza. Staruszek patrzył na nią ponad okrągłymi, staromodnymi okularami.

– Tak – odparła po chwili. – Kto na nim jest?

– Podobno przedstawia don Alberta Sonhar, ale to postać fikcyjna. Bohater jednego z osiemnastowiecznych romansów. Chyba nawet mamy jakiś stary reprint w naszej bibliotece.

– Tak? – Serce dziewczyny drgnęło niespokojnie. – Chętnie bym przeczytała.

Starzec skinął nieznacznie głową i uśmiechnął się dobrodusznie, po czym zniknął między regałami. Czekała, a sekundy wlokły się jak nigdy dotąd, leniwie i niechętnie przechodząc w rozlazłe, ciągnące się minuty. Wreszcie siwy mężczyzna wrócił, rękawem wycierając z kurzu okładkę grubej, zdobionej złoconymi literami książki.  Marianna ujęła powieść drżącymi dłońmi. Stała chwilę w napięciu, jakby lektura miała odcisnąć piętno na dalszym jej życiu. Otworzyła na pierwszej stronie. „Dobrze znała tę twarz. Co dnia wpatrywała się w ostre rysy, muskała wzrokiem orli nos i mocno zarysowane kości policzkowe,  gładziła w wyobraźni fikuśny wąsik i hiszpańską bródkę. Serce przyspieszyło…”

Z każdym kolejnym zdaniem, widziane kątem oka ściany biblioteki niknęły gdzieś w oddali. Tańczące w świetle migającej jarzeniówki litery rozmywały się, tworząc fantastyczne, kolorowe obrazy, a ciche buczenie uszkodzonej lampy przechodziło w gwar tworzącego się na jej oczach świata. Świata pełnego zalotnych spojrzeń i szarmanckich gestów. „ – Witaj, piękna pani – powiedział, zdejmując czarny kapelusz i zamiatając ziemię strusim piórem. – Nareszcie jesteś.” Książę wiedział, jak postępować z delikatną i nieśmiałą kobietą. Długie spacery umilał wyrafinowanymi komplementami, ona zaś raczyła go rumieńcem i obdarowywała uśmiechem. Potem były wycieczki dorożką i wspólne posiłki. Wreszcie wyjazd do bajecznie pięknej posiadłości i zachód słońca nad oceanem, eksplozja uczuć i noc dzikiej namiętności. Ale takich zachodów i nocy miało być więcej, przeplecionych konnymi przejażdżkami, egzotycznymi podróżami, wykwintnymi kolacjami i balami w pełnych przepychu wnętrzach. Obrazy, zapachy, dźwięki. Miłość. Wszystko było prawdziwe, bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.

 

***

 

„… Nie miała wątpliwości. To był mężczyzna jej życia i z nim chciała zostać na zawsze. Przeżywać chwile uniesień w nieskończoność.” Dotarła do białej ściany z wielkim napisem „KONIEC”. Jak to – koniec? Co się dzieje? Gdzie się wszystko podziało? Koniec? Teraz, gdy była szczęśliwa i zaczęła żyć pełnią życia?

Marianna rozglądała się nerwowo, a obraz otoczenia powoli przebijał się do jej świadomości. Wciąż stała w czytelni małej, miejskiej biblioteki, obok portretu don Alberta, jej ukochanego. Łapczywie chwytając powietrze, starała się opanować drżenie rąk. Jeszcze raz omiotła wzrokiem wnętrze. Ogromne regały pełne książek, rzeźbione przez czas stoliki i niewygodne, drewniane krzesła. Znajome pomieszczenie, będące jej drugim domem. Jednak czegoś brakowało. Jakaś drobna, nieuchwytna zmiana kryła się przed jej percepcją.

Długą chwilę zajęło jej dojście do siebie. W bibliotece było pusto. Podeszła do drzwi zaplecza, by znaleźć miłego staruszka i podziękować za odnalezienie tak fascynującej lektury.

– Halo! Jest pan tam? – zawołała.

– Tak, już idę. – W wejściu stanął młody, chudy mężczyzna o rudej czuprynie. – W czym mogę pani pomóc?

– A… gdzie jest ten starszy pan? – zapytała zdziwiona.

– Nie bardzo wiem, o kim pani mówi – odparł młody bibliotekarz, wyraźnie zmieszany.

– Pracuje tutaj. Taki siwy, w okularach. Ma chyba na imię Wiktor.

– Ach, pan Wiktor? – zakłopotanie młodzieńca przeszło w smutek. – Pan Wiktor już tutaj nie pracuje. Ze względu na problemy ze zdrowiem musiał przejść na emeryturę. Potem odwiedzał nas jeszcze od czasu do czasu, ale zmarł jakieś cztery lata temu.

Stali w milczeniu. Marianna starała się zrozumieć, co się tak naprawdę stało. Cztery lata? Zapewne więcej. A teraz jej życie znów miało przygasnąć, jak światło zepsutej świetlówki. Ale ona nie mruga. Tak! To tego jej brakowało, gdy ocknęła się w czytelni!

– Pomóc pani wybrać książkę? – Rudy chłopak przerwał krępującą go ciszę.

– Nie, dziękuję. Już wybrałam – odparła z uśmiechem.

Usiadła naprzeciw obrazu i utkwiła wzrok w zdobione wąsikiem i bródką oblicze. Serce przyspieszyło, a na twarzy pojawiły się delikatne wypieki. Spojrzała na starą książkę. Wyblakłe, złocone litery układały się w tytuł – „Wiecznie razem”. Otworzyła powieść na pierwszej stronie…  

Koniec

Komentarze

Pomysł może mega oryginalny nie jest, ale przy limicie znaków i tak moim zdaniem wyszło dobrze.

Dałam 6 , bo jest napisane niesamowicie płynnie. Przejechałam po tym tekście, jak po lodzie. Za romansami fantasy nie przepadam, ale nie było świecących wampirów, a to podstawa żeby mnie nie odrzuciło.

Tylko w jednym miejscu zgrzytnęło mi coś. Mianowicie:

rzeźbione czasem stoliki

“Rzeźbione czasem” brzmi dziwnie. Ja bym to “czasem” wywaliła.

Tylko nie "Tęcza"!

Rzeczywiście, napisane płynnie, ale mnie jakoś “nie skleiło się” w całość. Nie bardzo rozumiem wątek z bibliotekarzami – dziewczyna codziennie przychodzi do czytelni, a nigdy nie spotkała młodego bibliotekarza? CZy może chodzi o to, że na ponad cztery lata zatraciła się w życiu w powieści?

Nie zmienia to faktu, że opowieść czyta się fajnie.

Była zima i mimo wczesnej pory, zrobiło się ciemno – tu zbędny przecinek.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O, jak zgrabnie utonęła w powieści, jak zanurzyła się śladem ducha rodem z romansu, jak czas litościwie ją ominął…! Wiesz co Unfall, ja chyba jakiś romans sobie dziś obejrzę, bo aż mnie chrapkę zrobiłeś ;-) Znaczy, że dobre.

Czy ona tak już po wieczność, z tą książką, tę historię…? Że potem przyjadą w odległej przyszłości kosmici, wejdą do biblioteki, a on tam wciąż…?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie trawię romansów, ale skoro coś takiego narodziło się w mojej głowie, cóż począć. Trzeba pokochać jak własne i być dumnym, nawet gdy do dumy nie ma powodu.

Tenszo – bardzo dziękuję za miłe słowa i wysoką ocenę. Do limitu znaków jeszcze mi wiele brakowało, ale nie chciałem nadmiernie przeciążać wyobraźni nad gatunkiem, o którym niewiele wiem. Jeszcze by mi tam w mózgu coś pękło i musiałbym się zatrudnić w Harlequinie, albo co. Stoły nie miały być rzeźbione od czasu do czasu, ani co któryś. Przed oczami miałem wiekowy mebel, na którym z czasem pojawiały się rysy, bruzdy, zadrapania, będące śladami wieloletniego użytkowania. Stąd “rzeźbione czasem”, choć może to nie do końca udana metafora.

Basiu – Tobie także serdecznie dziękuję. Najpierw postać z powieści przeniknęła do naszego świata ochraniając dziewczynę, potem Marianna odbyła podróż w drugą stronę. Podstawowa interpretacja, będąca bazą przy pisaniu tego tekstu, była taka, że kobieta kilka lat spędziła w świecie książki, podczas gdy nasz żył dalej, bez niej. Starałem się jednak pisać tak, aby możliwych interpretacji było więcej i może w efekcie zbyt się to wszystko rozmyło.

Rybko – Wielkie dzięki. Tylko proszę, nie przechodź (z tymi romansami) na ciemną stronę mocy, bo nie chcę Cię mieć na sumieniu. Czy ona już tak po wieczność…? Może tak. A może jeszcze za kadencji starego bibliotekarza wyniesiono z czytelni zagłodzone i odwodnione ciało, a został jedynie zafascynowany powieścią duch? Być może niedointerpretowałem wystarczająco, ale miałem nadzieję, że czytelnik będzie zadowolony, gdy wybierze sobie własną teorię.

Pozdrawiam. 

Absolutnie nie załapałam tego “czasem” xD Teraz to się jak debil czuję.

I wiem, że do limitu daleko, ale takowy nie pozwala rozbudowanym pomysłom rozwinąć skrzydeł, więc absolutnie rozumiem jeśli postawi się na prostotę.

Tylko nie "Tęcza"!

Unfallu, dzięki za wyjaśnienia – czyli trafiłam z drugą opcją.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sama nie wiem. Bo oczywiście czytało się gładko, ale ja historii miłosnych nie lubię, a już ze skromną panienką niesmiałą w roli głównej to w ogóle. Ale podobało mi się Twoje wyjaśnienie, co się działo przez cztery lata. Z mojego punktu widzenia – szkoda że tego nie rozwinąłes.

Hmm…

Przemawia do mnie koncepcja chwilowego powrotu ducha Marianny.

Edycja.

– Odstąp od tej damy, młodzieńcze! – Głos dochodził ze spowitego mrokiem zaułka. ---> dałbym to w dwóch wierszach.

Ojojoj, jakiś Ty romantyczny, Unfallu ;) Nie spodziewałem się.

Tekst nawet OK, bez rewelacji, ale czytało przyjemnie. Chyba nie lubię romansideł, a już szczególnie w klimatach okołozorrowych, płaszczowo-szpadowych, że tak napiszę.

A co do mebli, mogły być rzeźbione przez czas lub rzeźbione upływem czasu, to by chyba rozwiewało zasygnalizowane wątpliwości. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Ocho – daleki jestem od nawracania kogokolwiek na romanse, bo i sam się nie nawrócę. Do pomysłu najbardziej mi taka formuła pasowała. Nieśmiała? Potrzebowałem argumentu, aby zamknąć bohaterkę w bibliotece. Dzięki za komentarz.

Adamie – Tobie także dziękuję za odwiedziny.

Sethraelu – ja też się nie spodziewałem. W dodatku mam wrażenie, że gdyby ten tekst przeczytał wielbiciel romansów, nawet takich z pogranicza fantastyki, z błyszczącymi w słońcu wampirami, to opowiadanie i tak nie przypadłoby mu do gustu, względnie byłyby poważne kłopoty z tym, co autor miał na myśli. Wyszła chyba taka hybryda. Jeszcze jeden eksperyment, bo w końcu warto zbierać różne doświadczenia. Dzięki za komentarz i propozycję poprawki.

Cieszą mnie opinie, że czytało się gładko i przyjemnie – znaczy to, że z moim warsztatem nie jest źle. teraz tylko trzeba wyciągnąć z szuflady te najlepsze pomysły.

Unfallu, ale przyznaj się… Mówi Ci coś tytuł książki “Niekończąca się historia”? ;->

Rzeczywiście, romans pełną gębą! Sam wolę pisać bardziej na smutno, ale jakże mógłbym nie docenić – i czapki z szacunkiem zdjąć – tak pięknie napisanego opka… Dialogi, opisy – wszystko w punkt.

Tintinie – przyznaję się bez bicia, bo nawet jak bym się zapierał, to przecież nikt by nie uwierzył. Wielkie dzięki za miłe słowa.

OK. Faktycznie, nie da się ukryć… ;)

Pozdrawiam!

(BTW, powieść Endego – arcydzieło. Szkoda, że w Polsce tak mało jest ten autor znany. A “Momo”? A “Kuba Guzik”? Eh.)

Swoim stylem potrafisz zainteresować czytelnika, to jeszcze na dodatek wciągnąć w wir opowieści. Bardzo dobrze napisany tekst. Pod każdym względem.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

A ja w takim razie czekam na Twój tekst na Koegzystencję, bo jestem go baaaardzo ciekawa.

Przeczytałam. Podoba mi się to, że dopiero po jakimś czasie wychodzi informacja o obrazie, a pierwsze wrażenie jest: WTF, ona o tym bibliotekarzu starym fantazjuje? ; P

Sztuczkę z upływem czasu załapałam, natomiast trochę ten wątek z zatraceniem się w opowieści i oderwaniem od rzeczywistości wydał mi się… nie niedopracowany, tylko raczej przedstawiony nie tak, jak należy. Mało wiarygodnie, zbyt nagle i za szybko. Ale to pewnie kwestia limitu znaków…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mkmorgoth – wielkie dzięki za tak miłe słowa.

Ocho – pomysł na Koegzystencję jest, świat przemyślany już dość szczegółowo, fabuła nabiera rumieńców, ale… to będzie jeden wielki eksperyment z formą, oczywiście jeśli uda mi się całość zrealizować zgodnie z zamiarami, a jak to bywa z eksperymentami, mogą przypaść do gustu, albo i nie. Z drugiej strony, kto nie ryzykuje, ten nie gra o wysokie stawki. Limit pozwala poszaleć. Może tym razem poproszę kogoś o betowanie, ale tak dopiero  za miesiąc, jak już będzie co betować. Acha – to będzie SF, zdecydowanie.

Joseheim – Dzięki za komentarz. Masz rację, pobyt bohaterki w świecie książki potraktowałem zdawkowo, a tam można było sporo rozwinąć. Do limitu sporo mi jeszcze brakowało, ale jakoś nie mogłem się przemóc do szczegółowszego opisywania sielanki u boku ukochanego. Nie czytam romansów i mógłbym polec na tym poletku.

 

Hihi ; p Zaiste, temat nie należy do lekkich…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo spodobał mi się klimat tego opowiadania, napisane również bardzo ładnie, ale to żadna nowość. Podsumowując mą rozbudowaną wypowiedź, fajny tekst :)

Wielkie dzięki Zygfrydzie.

Bardzo płynne i bardzo fajne. 

Sympatyczny i dobrze napisany tekst. Czytałam kilka dni temu na komórce i jakoś zostawiłam komentarz na później. I tak jak Jose posądzałam początkowo bohaterkę o zamiłowanie do staszych panów:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex, Janku – dziękuję.

Zawsze odczuwam satysfakcję w sytuacji, gdy uda mi się czytelnika troszkę oszukać, ale oczywiście tylko i wyłącznie wtedy, gdy nie ma mi tego za złe. Akurat w tego typu procederze chciałbym się rozwijać i zostać kiedyś superoszustem, którego zadowolone ofiary nie ciągają po sądach ;)

Oj, dużo jeszcze pracy przede mną.

Warunki konkursu, IMO, spełnione.

Bardzo ciekawa interpretacja ducha.

Język – nie mam uwag. Ale w końcu to Unfall, który jest unfallible. Nick to skrót? ;-)

Interesujący zakręt na końcu. No i co z tego, że romans? Spodobało mi się.

Zagłosowałabym na Bibliotekę, gdyby tekst już tam nie był.

Babska logika rządzi!

Finklo – wielkie dzięki.

Unfall w nicku to pozostałość po tym, jak wjechałem nowiutkim, wziętym na jazdę próbną, wypasionym i wychromowanym Harleyem w bok jakiegoś niezbyt dużego autka, wgniatając tylne drzwi do środka.

Ach, ty volksdeutschu! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dywersja na tyłach wroga ;)

Upadła. Wypadające

Jakoś mi się to tak rzuciło w oczy.

 

– Wybacz tę jawną niesprawiedliwość, ale krótszego ostrza nie posiadam.

Mistrzostwo :) Bardzo mi się podoba to zdanie. Tzn. inne zdania również, całe opowiadanie mi się podoba, ale ta fraza wybitnie :D

 

Jedyne, co mnie zastanowiło, to fakt, że Marianna nie próbowała się wcześniej dowiedzieć, kim jest wąsiasty przystojniak… Ja tam bym próbowała, ale mam trochę więcej śmiałości może ;)

Dzięki Iluzjo. Rzeczywiście upadanie z wypadaniem brzmi niezgrabnie.

Mnie również przypadł do gustu ten, może nieco niedzisiejszy, ale całkiem nieźle napisany, książkowy romans. ;-)

 

„ – Witaj, pięk­na pani – po­wie­dział… – Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

 

„… Nie miała wąt­pli­wo­ści. – Zbędna spacja po wielokropku.

 

Usia­dła na­prze­ciw ob­ra­zu i utkwi­ła wzrok w zdo­bio­ne wą­si­kiem i bród­ką ob­li­cze. – Wzrok możemy utkwić w czymś, nie w coś.

Proponuję: Usia­dła na­prze­ciw ob­ra­zu i utkwi­ła wzrok w zdo­bio­nym wą­si­kiem i bród­ką ob­li­czu. Lub: Usia­dła na­prze­ciw ob­ra­zu i zapatrzyła się w zdo­bio­ne wą­si­kiem i bród­ką ob­li­cze.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marianna, szczelnie otulona szarym płaszczykiem i z myślami błądzącymi jeszcze wokół ostatnio przeczytanej książki, wracała do domu niewidzialną koleiną.

Niewidzialną?

Nie od razu załapałam, o co chodzi z tym upływem czterech lat (kiedy?), więc poczułam się nieco zdezorientowana.

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, myślę, że z koleiną to taka metafora. Niby nic nie widać, żadnej ścieżki wydeptanej w chodniku, a trudno zboczyć.

Babska logika rządzi!

Czyli nie załapałam więcej, niż mi się wydawało ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka