- Opowiadanie: Lord Vedymin - Chwilowe rozwiązanie kwestii doczesnych

Chwilowe rozwiązanie kwestii doczesnych

 

Gdy DJ ogło­sił kon­kur­s, szyb­ko po­ja­wił się po­mysł – inny, ale ewo­lu­ował w to-to. Miłej lek­tu­ry.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Chwilowe rozwiązanie kwestii doczesnych

 

 

Czyste niebo jaśnieje błękitem, mimo że nigdzie nie ma słońca. Oślepiające światło pada na ogromny, wybrukowany plac i zastępy zgromadzonych na nim ludzi. Większość zasłania oczy. Ustawieni w koncentrycznych kręgach, oczekują czegoś w ciszy. Są zwróceni w kierunku postumentu stojącego na względnym środku bezkresnego placu.

Czasu właściwie już nie ma, albo jest nieskończenie rozciągliwy. Rzeczy nie dzieją się, lecz są. Jemu nie przeszkadza to w wyjściu na wieńczącą monumentalny cokół trybunę. Poprawia mankiety koszuli tak, aby dokładnie na trzy czwarte cala wystawały spod rękawów czarnej marynarki, po czym podchodzi do surowej balustrady z białego marmuru i opiera się o nią rękoma. Każdy, kto patrzy, nawet z ostatnich rzędów i z drugiej strony postumentu, widzi teraz Jego twarz. Każdy inną. Przestrzeni już nie ma, albo jest nadzwyczaj elastyczna.

 – Jestem, który jestem – mówi beznamiętnie Ten, który jest, a w głowach ludzi rozbrzmiewają tysiące języków.

Znów cisza. Ludzie klęczą i padają twarzami ku ziemi. Zaczyna się Sąd Ostateczny.

 

***

 

nr 074 837 654 729

 

„Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest.”

Łk 17, 20

 

Archaniołowie Michael i Gabriel prowadzą mnie przed tron Boga. Jest duszno, nie mogę złapać powietrza. Ledwo czuję, jak stopy muskają zimne kamienie. Przez witraże do wnętrza świątyni wpada ostre światło, malując w powietrzu rażące oczy feerie.

Zatrzymujemy się. Natychmiast padam na kolana.

– Dlaczego się lękasz, Bertrandzie de Laval? – W Jego głosie jest żar, przepalający duszę na wylot. Nie śmiem milczeć.

– Zmiłuj się…

– Wstań.

Wstaję, ale głowę trzymam pochyloną. Czuję się nagi, odarty ze skóry.

– To nie czas ani miejsce na pokorne błagania. Wszystko już się dokonało.

Zamykam oczy. Świdrujące światło przeziera przez powieki. W jednym momencie widzę całe moje życie. Prawie jak przed śmiercią, teraz jednak wyraźniej. Tysiące migoczących obrazów, które przelatują przez głowę jak błyskawice. Idę prostą drogą. Cały czas patrzę w niebo i nagle tracę grunt pod nogami. Krzyczę.

Upadam. Archaniołowie dźwigają mnie z zimnej posadzki. Ich uścisk pali skórę na barkach. Unoszę głowę z piersi i spoglądam w stronę Bożego tronu. Jest pusty.

– Gdybyś za życia patrzył najpierw na to, co na ziemi, z uniesioną głową wszedłbyś do Królestwa. Idź precz, Bertrandzie de Laval! Bądź przeklęty na wieki!

 

***

 

nr 139 583 862 445

 

„Nasze położenie na tej Ziemi wygląda osobliwie, każdy z nas pojawia się

mimowolnie i bez zaproszenia, na krótki pobyt bez uświadomionego celu.”

Albert Einstein

 

W biegu wyrzucam kubek po kawie do recyklera i półprzytomna wciskam się do zatłoczonego metra. Zmęczone powieki same opadają na oczy. Zasypiam.

Do Instytutu docieram na czas. Dziś spotkanie z prezesem. Jadąc windą, ostatni raz odsłuchuję notatki do mojego sprawozdania, choć znam je już na pamięć. Robię krok do przodu, ale drzwi kabiny jeszcze się nie otwierają. Dziwne. Może to z przemęczenia.

W końcu wysiadam i od razu kieruję się w stronę gabinetu prezesa. Wchodzę pewnym krokiem – system dawno odnotował moją obecność. Odkąd byłam tu po raz ostatni, wiele się zmieniło. Zamiast zagraconego, ale przytulnego biura widzę przestronny apartament, rozjaśniony miękkimi pastelowymi barwami.

Szef stoi przed przeszkleniem i patrzy na panoramę Hongkongu. Przez chwilę zastanawiam się, czy to aby na pewno on. Odwraca się.

– Zapraszam – mówi, po czym uśmiecha się i wskazuje ręką na fotel. Siadam.

– Kawy?

– Poproszę. – Czyta w moich myślach.

Wstaje, idzie do automatu i przynosi kubek czarnej, pachnącej arabiki. Siada, i gestem dłoni uruchamia naścienną projekcję mojego profilu.

– Pani przyszła zaprezentować sprawozdanie. – Bardziej stwierdza niż pyta, więc tylko lekko przytakuję.

– Zupełnie niepotrzebnie. Wiem już wszystko.

Gbur.

Mam ochotę wyjść, ale powstrzymuję się. Prezes wykonuje w powietrzu drobny gest palcami, zakłada splecione ręce za głowę i wbija się w oparcie fotela. Na ścianie wyświetla się film.

Moje życie.

– Co to ma znaczyć!? – krzyczę.

Szef wstaje i podchodzi do przeszklenia.

– Spójrz.

Zbliżam się i spoglądam na miasto. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Po chwili orientuję się jednak, że coś jest nie tak. Serce podchodzi mi po gardła. Na ulicach nie ma ludzi. Ani jednej żywej duszy. Gdzie ja do cholery jestem? Czyżby…

– Tak.

– Ale ja nie wierzę w żadnego boga!

– Nie szkodzi, ja tylko wypełniam swoje obowiązki. Jeśli chcesz, możemy załatwić to szybko. – Kretyńsko się uśmiecha.

– Co takiego?

– No, chyba nie masz zamiaru wiecznie żyć na Ziemi. Widziałaś. Nikogo tu już nie ma.

– Gdzie są?

– W niebie, albo w piekle. Ale skoro ty nie wierzysz… będziemy musieli losować.

Boję się. Cała ta sytuacja to absurd. Powtarzam to w myślach i poddaję się biegowi wydarzeń, choć nie wiem czy to prawda, czy urojenie.

– Zgoda.

Znów wykonuje gest. Na ścianie wyświetla się wiersz poleceń. Facet wpisuje w niego niezrozumiały dla mnie kod.

– Gotowe. Projektor będzie monitorował przebieg pewnego stochastycznego procesu, który pozostanie moją tajemnicą. W każdym razie, masz jedno pozytywne zdarzenie na… mniej więcej milion.

Teraz naprawdę się boję. Chcę go zatrzymać, ale jest za późno…

 

– Wybacz, chciałem tylko zobaczyć twoją minę.

 

***

 

nr 101 789 392 028

 

„Wielu trzy­ma się upar­cie raz ob­ra­nej dro­gi, lecz tyl­ko nieliczni

 dążą kon­sekwen­tnie do swe­go celu.”

Friedrich Nietzsche

 

 

Wędruję przez pustynię dniami i nocami, cały czas na wschód. Nie pamiętam skąd, ani jak długo idę. Po drodze zginęli wszyscy moi towarzysze. Wiem, że muszę dotrzeć  do celu za wszelką cenę. Ani przez chwilę nie myślę o tym, że mógłbym teraz zawrócić, choć piasek parzy w stopy, a wody w bukłaku ubywa w zastraszającym tempie.

Zwilżam wyschnięte wargi ostatnimi kroplami, ale nie zatrzymuję się. Ci, którzy to zrobili już nie żyją. Ze mną idzie Wiara. Śmierć zostawiam z tyłu… a ona strzela mi w twarz.

Tak giną wielcy mudżahedini.

Docieram do Jannah. Niektórzy powiadają, że po osiągnięciu upragnionego celu, człowieka ogarnia krótkotrwała satysfakcja, która przeistacza się w wypalającą pustkę. Mają rację. W moim Wiecznym Domu nie ma złotych drzew, strumieni płynących wodą, mlekiem i winem, ani siedemdziesięciu dwóch dziewic. Jest tylko gorąca pustynia. Mój Rajski Ogród to fatamorgana.

Wzywam imienia Allacha, a On nie odpowiada. Nikt nie słyszy głosu Usāmy ibn Muhammada. Płonę, lecz nie spalam się.

 

I nadal wierzę.

 

***

 

nr 032 485 920 304

 

 „Rzeczy się stają, idee istnieją.”

Platon

 

Miałem szczęście umrzeć. Zawsze to trochę bliżej do prawdy. Wygląda na to, że zachowałem wolę. Nadal mam ciało. Dziwne. Tak jak ten ogród z kolumnadą.

 – Arystoklesie! – Postać w białej szacie wychodzi naprzeciw mnie.

– Tak?

– Witaj, czekałem na ciebie.

– Demiurg?

– Nie do końca. Zaraz wszystko się wyjaśni, spokojnie.

– Nic już nie rozumiem.

– Po pierwsze, przepraszam za to wszystko tutaj. – Zakreśla ręką okrąg. – To tylko narzędzie. Nie miałem lepszego pomysłu, ale mam nadzieję, że trafiłem w twój gust. Otóż jestem Absolutem… Tak, wiem, pewnie spodziewałeś się jakiejś… świetlistej kuli? Tak, po prostu, łatwiej będzie nam rozmawiać.

– Czy zostanę tu wiecznie?

– A czujesz się zespolony z ideą?

– Nie.

– Właśnie. Więc czemu głupio pytasz?

– Nie rozumiem, po co mnie tutaj zatrzymujesz.

– Eh… z wami filozofami. Po prostu chciałem strzelić po czarce wina z kimś kompetentnym.

 

***

 

Sąd dobiega końca. Światło staje się coraz intensywniejsze i na moment ogarnia Wszechświat. Po chwili brukowany plac z postumentem znika w ciemności. Anihiluje, razem z całą materią. Razem z ciałami stu trzydziestu dziewięciu miliardów pięciuset osiemdziesięciu trzech milionów ośmiuset sześćdziesięciu dwóch tysięcy czterystu czterdziestu pięciu ludzi. Oto prawdziwe piękno. Chwilo trwaj, jesteś doskonała.

 

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.

Koniec

Komentarze

Czy to koncentryczne kręgi sprawiają, że całość przypomina obóz koncentracyjny? ; p

 

“Wszystko już się wykonało.“ – A nie racej “dokonał”?

 

Przeczytałam. Interesująca koncepcja.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Różne warianty Końca, skrojone pod indywidualne przekonania? Stare, ale jare. Koło stwarzania i niszczenia? Takoż. Chwilowo pusty kosmos jako stan piękna doskonałego? Hell yeah! Każdy nauczyciel ma to uczucie – kiedy uczniowie wychodzą na przerwę:)))

Swoją drogą, skoro końców jest tyle, to czy stworzeń świata też nie powinno być więcej niż jedno?

Jose

Te dwa słowa tak blisko siebie rzeczywiście trochę zgrzytają, ale tym drugim zdaniem chciałem nawiązać trochę do tytułu i nie chcę go usuwać. W pierwszym mógłbym zmienić na współśrodkowe, ale tego też nie zrobię, bo tak jak jest chyba lepiej brzmi :3

Z drugiej uwagi pozwoliłem sobie skorzystać.

Cieszę się, że przeczytałaś.

 

Tintin

Może rzeczywiście Początków powinno być więcej, ale puenta musi być jedna. Druga sprawa, że można to całkiem inaczej interpretować…

Również dzięki za uwagę.

 

Pewności całkowitej nie mam, ale chyba nigdy w żadnym KL-u nie zarządzano / przeprowadzano zbiórek w koncentrycznych kręgach, więc takie ustawienie ludzi nie daje, moim zdaniem, powodu do porównania z KL.

Gdzieś tam jest “apartament rozjaśniony pastelowymi barwami”, czy jakoś bardzo podobnie. Mam wątpliwości, czy pastelowe barwy rozjaśniają, ale…

Losowanie z szansą jeden do miliona to nie losowanie, to karmienie złudzeniem szansy.

Poza tym powyżej podoba mi się, przemówiło zindywidualizowaniem apokalips.

No dobrze. Usuwam obóz koncentracyjny. Losowanie z małą szansą powodzenia zasadniczo nadal pozostaje losowaniem.

“– Eh… z wami filozofami. Po prostu chciałem strzelić po czarce wina z kimś kompetentnym.” – Piękne zdanie :) Generalnie w całym tekście puenta po każdym epizodzie jest co najmniej dobra. Podobało się.

 

Podobało mi się. Interesujący zbiorek apokalips. Jeśli miałabym się czegoś czepiać – to bardzo wysokiej liczby przypadków. Czy nasz gatunek pociągnie wystarczająco długo, żeby dobić do setki miliardów?

Babska logika rządzi!

Dzięki Prokris i Finklo. Numery ludzi ustaliłem na podstawie tego artykułu: http://www.bbc.co.uk/news/magazine-16870579 , w którym co prawda jest mowa o dużej niepewności co do otrzymanych wyników, ale wolałem się posiłkować jakimkolwiek źródłem niż wymyślać całkiem na oślep.

Podobało się odwrócenie koncepcji – apokalipsa się dokonała klasycznie, co dalej? Potencjał na bardzo ciekawe i długie opowiadanie.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

– Nie rozumiem, po co mnie tutaj zatrzymujesz.

– Eh… z wami filozofami. Po prostu chciałem strzelić po czarce wina z kimś kompetentnym.”

Urocze

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Dobre, i w sumie tyle.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Podoba mi się. Powinno być w bibliotece.

I to jest właśnie przykład tego czego brakuje w polskich szkołach ; ) indywidualizacja, wyjście poza schematy, otworzenie się na poglądy drugiej strony, nie narzucanie swojej wizji i nie wrzucanie wszystkich do jednego worka. Taką apokalipsę to rozumiem ;) Faktycznie opowiadanie warte uwagi.

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ciekawe spojrzenie.

 

Jak to jest możliwe, że tekst ma piórko, a nie trafił do biblioteki? Dziwne.

Powiedziano już tyle, że od siebie dodam, iż to bardzo satysfakcjonująca lektura i udam się na zasłużony spoczynek. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę jakiś zwiększony ruch w starych tekstach. Miło :)

Nowych mało, a ostatnio niemal same drable, aż się stare obruszyły. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobrze widzisz, Lordzie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podzielam zdanie Blackburna:

Jak to jest możliwe, że tekst ma piórko, a nie trafił do biblioteki? Dziwne.

Klikam. I cóż mogę rzec? Fajnie napisane, z pomysłem, a pierwszy fragment naprawdę bardzo mi się podoba jako krótki, acz celny opis Sądu. 

A, bo to piórko, to samowolka DJ, jako niespodziewana nagroda w konkursie.

Babska logika rządzi!

Trochę też się dziwię dlatego, że tekst jest naprawdę dobry, może nie piórkowy, ale spokojnie poziom “średniej bibliotecznej”. 

smiley

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka