- Opowiadanie: BooMc - Texas' 45: Przybysz

Texas' 45: Przybysz

Kiedyś już wstawiałem,  ale biorąc pod uwagę fakt, iż już tego nie ma postanowiłem dodać jeszcze raz w wersji gruntownie przemodelowanej, tzn. wydaje mi się, iż znacznie lepszej. 

Tak poza tym nowa wersja serwisu to chyba jakaś kpina. Nie dość, że dziwnie zamula to nie mogę się zalogować na używając chrome. To chyba jakiś żart, iż za każdym razem muszę sobie hasło zmieniać, żeby się zalogować. Nie podoba mi się ta zmiana. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Texas' 45: Przybysz

Kiedyś…

Chłopiec dygotał z podniecenia, ciężko łapiąc oddech widząc czego właśnie dokonał. Czuł w dłoni przyjemne mrowienie, a w powietrzu jeszcze przyjemniejszy zapach prochu. Lekko irytujące buczenie w uszach nie mogło zepsuć chwili jego triumfu. Nie spodziewał się, iż przyjdzie mu to z taką łatwością. Nawet się nie zawahał. Nie miał wyrzutów sumienia. Czuł dumę i satysfakcję. Przykucnął i patrzył przez dłuższy moment na gęstą, ciemno czerwoną ciecz, która wolno toczyła się tuż pod jego nogi. Ręka mężczyzny drgnęła niespodziewanie jeszcze dwa razy sprawiając, iż chłopiec w pierwszej chwili się przeraził i szybko odsunął od zwłok. Mimo, iż wiedział, że musi się śpieszyć nie potrafił oderwać wzroku od swojego dzieła. Nie miał jednak wyjścia. Czekali na niego.

 

Obecnie…

Słońce jeszcze nie wzniosło się na niebie, gdy z daleka ledwie widoczny mężczyzna wolno podążał przed siebie na karym koniu rżącym już ze zmęczenia. Wiatr delikatnie powiewał mu prosto w twarz pozostawiając na niej od czasu do czasu malutkie kryształki piasku, które przez niemal całą drogę trafiały wprost do jego oczów czy też ust. Piasek w nieodpowiednich miejscach był jedną z rzeczy, których bardzo nie lubił. Jakiś czas później, późnym rankiem, gdy niebo przybierało żółto-czerwoną barwę a słońce powoli wzbijało się ponad horyzont mężczyzna ujrzał w końcu cel podróży, ku któremu zmierzał przez ostatni tydzień. Tuż przed pierwszymi budynkami wbita w ziemię sporej wielkości tablica informowała, iż „Trzecie Nowe Brenham Wita!” z niewielkim dopiskiem jakiegoś miejscowego dowcipnisia „mało przyjaźnie”. Gdy nieznajomy wkroczył na główną ulicę kilku okolicznych chłopów, którzy akurat tam przebywali przerwało swoje zajęcia, by dokładniej przyjrzeć się ubranemu na czarno przybyszowi. Mężczyzna przejechał obojętnie nie zwracając na nich nawet najmniejszej uwagi. Gdy znalazł się na placu pociągnął lejce, by zwolnić kroku konia. Ostentacyjnie poprawił zakurzony, długi płaszcz, by rewolwer u jego boku był dobrze widoczny dla przyglądających mu się z zaciekawieniem mieszkańców.  Wszyscy patrzyli na niego w ciszy, nie próbując nawet szeptać między sobą, najprawdopodobniej by nie zwrócić przypadkiem jego uwagi… Przez ostatnie lata tutejsi ginęli za mniejsze przewinienia, dlatego też z rezerwą i umiarkowanym entuzjazmem podchodzili do przybyszów, których nie znali.

Poza zapachem fekaliów poczuć można było w powietrzu pełne napięcia milczenie, które mogło zwiastować w najbliższym czasie kłopoty… albo też w najlepszym przypadku kolejny rozlew krwi bądź trupa. Kolejnego, a był to dopiero początek miesiąca.

 

*

„Saloon 32” był główną atrakcją wśród mieszkańców. Prawdę mówiąc właściciel – Cash Fullbar – nie miał wielkiej konkurencji, gdyż jego saloon był jedyną knajpą w mieście. Każdego wieczoru tutejsi przychodzili zrelaksować się po ciężkim dniu. Stałymi bywalcami byli głównie mężczyźni, szukający uciechy w alkoholu, kartach i kobietach. Lokal nie należał do tych eleganckich co można było wywnioskować już po szyldzie wiszącym nad wejściem, w którym „podwójne o” zostało zastąpione „podwójnym d”. Wystrój również od lat pozostawał w niezmiennej formie, a od dawna pożółkłe ściany nie robiły już na nikim większego wrażenia. W powietrzu unosił się natomiast charakterystyczny zapach tytoniu i alkoholu, którym przesiąknięte były tutejsze meble.

Tego wieczoru był tylko jeden temat rozmowy – tajemniczy nieznajomy.

– Podobno do nikogo się nie odezwał nawet słowem od kiedy przybył. – powiedział siwiejący już mężczyzna o charakterystycznym niemałym i krzywym nosie. – Widziałem go około południa, chodził ulicami i przyglądał się ludziom. Poważnie… nie powiedział ani słowa. Psia krew!

– A ty Dock za nim pewnie cały dzień chodziłeś, że tak mówisz? – Roześmiał się siedzący obok niski, krępy mężczyzna w poniszczonej już fioletowej kamizelce trzymając dwie grube dłonie na opasłym brzuchu.

– Ludzie mi tak mówią! – skrzywił się Dock i pociągnął łyk piwa z kufla.

– Ludzie zawsze wiele gadają. – Rubaszny mężczyzna ubrany w fioletowy frak roześmiał się i klepnął po tyłku przechodzącą obok Susie, która prowadziła za rękę rozweselonego klienta do jednego z pokoi na piętrze. – Biedna Susie… po nocy ze mną już nie była taka ciasna jak się reklamuje. – Tym razem mężczyzna chwycił się w okolicach krocza i roześmiał jeszcze głośniej niż poprzednio, by po chwili reszta obecnych mu zawtórowała. Susie odwróciwszy się w jego stronę nic nie odpowiedziała, uśmiechnęła się i pokazała mu najdłuższy ze swoich palców.

– Wracając do naszego gościa… ekhm – odezwał się jeden z gości przerywając dłuższy moment niezręcznej ciszy, który zapanował po gromkim śmiechu wszystkich zebranych. – Nie chcę nic mówić, ale…

– Ty nigdy nie chcesz nic mówić, ale zawsze na końcu i tak gadasz! – Przerwał mu radośnie Cash polerując złoty łańcuch ciążący na szyi.

– No dobrze! Nic nie powiem więcej, tylko później nie mówcie, że nie chciałem was ostrzec! – odpowiedział poirytowany chłopak.

Mieszkał tutaj od niedawna dlatego też nie miał w oczach reszty zbyt wielkiego poszanowania, tym bardziej iż był najmłodszym z odwiedzających saloon gości. Nie pomagał mu również fakt, iż był delikatnie mówiąc niezdarą.

– Shiloh kumplu, przecież żartuję. – Cash przestał na chwilę polerować łańcuch i klepnął chłopaka w ramię.

– No więc… będąc jeszcze w Afton słyszałem o tajemniczym mężczyźnie w czarnym płaszczu, który przybył w niewiadomym dla nikogo celu. – Tutaj Shiloh przerwał i rozejrzał się po twarzach patrzących na niego słuchaczy, by wzbudzić większe napięcie i podbić dramaturgię słów.

– No mów w końcu dalej! – odezwał się ktoś po dłuższej chwili milczenia.

– Dwa dni później dwóch mieszkańców nie żyło. Zostali znalezieni bez twarzy! Podobno zostały im zabrane przez człowieka w czarnym płaszczu na karym koniu… podobno je kolekcjonuje. – Ostatnią część Shiloh wypowiedział ledwie słyszalnie dla reszty.

– Konie czy twarze?

– To jest morderca. – Młodzieniec udał, że nie słyszy pytania. – To bandyta. Można dostać za niego nagrodę. Wysoką nagrodę… jeżeli rozumiecie co mam na myśli. – Shiloh zmrużył oczy i opróżnił jednym szybkim haustem zawartość szklanki stojącej obok, niekoniecznie należącej akurat do niego.  

Wszyscy zebrani patrzyli na niego, ponownie zapadła cisza, podczas której każdy interpretował wypowiedziane przez Shiloha słowa. Nawet rubaszny mężczyzna nie odważył się zaśmiać. Plotki o porywaczach twarzy były znane im od dawna, ale do tej pory nie mieli powodów, by w nie wierzyć. Jednak jeżeli nagroda była wysoka warto było zaryzykować. W końcu on był sam, a ich było wielu. Teoretycznie powinni sobie z nim poradzić. Naglę ciszę przerwał skrzekot żelaznych drzwi, przez które ktoś wszedł do środka. Wzrok wszystkich spoczął na nowym gościu, lecz tylko na krótki moment, gdyż po chwili wszyscy nerwowo odwrócili głowy, by nie skrzyżować przypadkiem wzroku z przybyszem wolno idącym w stronę baru. Usiadł na pierwszym wolnym stołku tuż obok Shiloha. Ponownie zapanowała niezręczna, biorąc pod uwagę miejsce, w którym się znajdowali cisza. Słychać było jedynie ciężkie oddechy. Cash patrząc w oczy nieznajomego założył wypolerowany już złoty łańcuch na szyję. Mężczyzna spojrzał na półkę z alkoholami dokładnie przeglądając stojące na niej butelki. Jego jasne błękitne oczy wędrowały wolno od prawej do lewej strony regału, na którym ustawione były butelki. W międzyczasie kilku gości opuściło saloon w pośpiechu. Cisza z każdą kolejną sekundą wydawała się być coraz bardziej męcząca. Nieznajomy w końcu odchrząknął, a wszyscy obecni wstrzymali oddechy w oczekiwaniu na jego reakcję. Nic nadzwyczajnego jednak się nie stało. Mężczyzna ściągnął kapelusz i położył go na blacie. Pogładził się po jasnych włosach sięgających niemal do barków i ponownie ruszył wzrokiem po butelkach, jakby nie mogąc się zdecydować na konkretną markę.

– Koleś zamawiasz coś czy będziesz się tak gapił całą noc? – odezwał się w końcu Cash przerywając tą ciszę pełną napięcia. Wszyscy inni poza nieznajomym kolejny już raz tego wieczoru wstrzymali oddechy i niemal wytrzeszczyli oczy słysząc ton w jakim Fullbar odezwał się do tego groźnego bandyty i prawdopodobnie sługi diabła pozbawiającego ludzi twarzy.

– Taa…nalej mi cokolwiek. – odpowiedział po krótkiej chwili przybysz.

– Woda? – Zakpił Cash.

– Pijecie tutaj wodę? Myślałem, że to saloon ale najwidoczniej się pomyliłem. Powiedz mi w takim razie, gdzie znajdę w tym mieście jakiś prawdziwy saloon. – odpowiedział spokojnym tonem nieznajomy.

– Nie bądź taki cwany, tutaj takich nie lubimy.

-To dziwne miejsce, ale czego mógłby się spodziewać po abstynentach.

– Jak nas nazwałeś łachudro? – Odezwał się jeden z gości nie mogąc powstrzymać gniewu po usłyszeniu tejże obrazy do końca mu nie zrozumiałej. Po chwili jednak uciekł, zanim nawet nieznajomy zdążył spojrzeć w jego stronę.

Cash patrzył wprost w oczy przybysza. Trwało to kilka sekund nim gość mrugnął nie zdając sobie sprawy z „wzrokowego wyzwania” rzuconego mu przez właściciela.

– To podasz mi coś czy będziesz tak stał i się gapił? Możesz nalać mi Danielsa. Potrójnego. Bez lodu.

– Najpierw kasa. – powiedział Cash.

Nieznajomy schował rękę w kieszeni u spodni tym samym odsłaniając przypadkiem wielki rewolwer uwieszony u pasa. Goście siedzący po prawej jego stronie skierowali wzrok na broń. To nie był dobry znak. Wręcz odwrotnie – to był bardzo zły znak. Nieznajomy po chwili wyciągnął rękę i rzucił na blat dwa zmięte banknoty.

– Nie będę miał wydać.

– Nie będziesz musiał. Masz tylko dolewać nim zobaczę dno szklanki.

 

*

Od momentu, w którym niepożądany gość przekroczył próg saloonu i złożył zamówienie minęła prawie godzina, w ciągu której nie wypowiedział on już więcej żadnego słowa. Sączył wolno alkohol i spoglądał w zawartość nie do końca czystej szklanki. Z czasem wszyscy powoli zaczęli się oswajać z jego obecnością i nieśmiało, w ciągłej gotowości do ucieczki, powracali do rozmów. W duchu mimo wszystko nie przestali zastanawiać się czy nieznajomy jest na tyle bezczelny czy też głupi, by nie zwrócić uwagi na niezręczność jaką wywołuje tutaj swoją obecnością.

 

*

Niecałe dziewięćdziesiąt minut później wszystko wróciło do normy, a „ugoszczeni” już goście nie przejmowali się cichym nieznajomym nie zwracającym na siebie niczyjej uwagi. Ponownie w saloonie zapanowała hulaszcza atmosfera.  

– Nalej mi bourbonu Cash! Swoją drogą coś ci powiem. Powinieneś dać Susie premię. To co ta dziewczyna wyczynia w łóżku… tego nie da się opisać. Moja stara powinna pójść do niej na korepetycję! Ostatnie dwie godziny to niebo! – powiedział mężczyzna oblizując wargi.

– Moment kolego, muszę nową butelkę otworzyć. A co do premii dla Susie mogłeś rzucić jej napiwek większy jeżeli tak bardzo przypadły ci do gustu jej umiejętności. – Roześmiał się Cash i ruszył ku zapleczu.  

Mężczyzna usiadł na stołku oczekując drinka. Spojrzał na siedzącego po jego prawej stronie zasypiającego już nad kuflem Shiloha. Odchrząknął zniesmaczony tym widokiem i odwrócił głowę spoglądając na schody mając nadzieję na ujrzenie schodzącej po nich Susie, pozostawionej na górze w celu doprowadzenia się do porządku. Ponownie skierował głowę przed siebie zatrzymując wzrok na drzwiach do zaplecza, w których lada moment powinien pojawić się Cash z butelką. W tym też momencie jego ciało przeszył mimowolny dreszcz, gdy poczuł niepokojący chłód na skroni. Nie śmiał jednak się odezwać w tej niefortunnej z jego perspektywy sytuacji. Początkowo nikt nawet nie zwrócił na to uwagi poza biednym Shilohem, który w jednej chwili oprzytomniał czując delikatne szurnięcie łokcia o nos. Sam do końca nawet nie wiedział kiedy zaczął modlić się w myślach i żałować, iż nie poszedł wcześniej do domu. Siedział między mężczyznami z nadzieją, iż uda mu się przeżyć ten wieczór. Cash wracając za bar niemal nie wypuścił butelki z ręki widząc wielki, zniszczony rewolwer tuż nad blatem. On również podobnie jak Shiloh odnalazł w sobie resztki religijności i zaczął się modlić, by straty nie były zbyt kosztowne.

– Szukam Lyle’a Swiftt’a – odezwał się cicho nieznajomy. – Znanego także jako Texas Red. – Dokończył znacznie głośniej, by wszyscy mogli go usłyszeć.

W tym momencie kolejny już raz tego wieczoru zapadła cisza, a wszystkie oczy zatrzymały się na dużej broni wycelowanej w skroń jednego z gości. Ręka nieznajomego nawet nie drgnęła pod ciężarem żelastwa, które sądząc po wielkości nie należało do najlżejszych. Dało to wszystkim jasno do zrozumienia, iż nieznajomy nie jest w nastroju do żartów.

– Powtórzę jeszcze raz – powiedział nie doczekawszy się odpowiedzi. – Szukam Lyle’a Swiftt’a znanego także jako Texas Red. Jeżeli w ciągu trzydziestu sekund nie usłyszę odpowiedzi ten tutaj pan będzie miał do czynienia z „Susie”.

– Ale dopiero od Susie wróciłem – powiedział mężczyzna całkiem spokojnie jak na kogoś, kto miał przyłożoną do skroni lufę.

Przybysz zmrużył jedno oko zastanawiając się nad tym jak powinien zinterpretować tą odpowiedź. Po chwili jednak zauważył, że tuż obok mężczyzny stała młoda nerwowo uśmiechająca się blondyneczka ostrożnie machając mu ręką.

– Ok, chyba się nie zrozumieliśmy. Ta ślicznotka w mojej dłoni to „Susie”. Jest ona także zwana coltem single action army .0,45… i strasznie nie lubi tego, gdy ktoś ją lekceważy.

– Schowaj tę broń. Jest nas więcej i chyba nie sądzisz, że wyjdziesz stąd żywy po tym jak jej użyjesz. – W głosie Casha, było można wyczuć nutkę niepewności i lekkiej irytacji skrytą za lekceważącym uśmiechem.

– Gdybym sądził, że jest inaczej nie celował bym teraz w jego głowę. Na waszym miejscu jednak zastanowiłbym się dwa razy nad następną groźbą pod moim adresem.

PIF! Wszyscy niemal podskoczyli z nieukrywanym przerażeniem w to co właśnie zobaczyli. Shiloh spadł ze stołka, gdy „Susie” się odezwała, a mężczyzna siedzący obok niego, który w pierwszej chwili ze zdziwieniem przyglądał się ranie, szybko się opamiętał i złapał za niemal rozerwane, krwawiące kolano. Shiloh nie wstając z podłogi przeczołgał się najbliżej wyjścia jak tylko potrafił.

– Gdzie jest Texas Red? Pytam ostatni raz, a później już nie gwarantuje niczego.

– Jeżeli ci powiemy to nas zabije – powiedział rubaszny mężczyzna.

– Jeżeli mi nie powiecie to zginiecie z mojej ręki. Więc? „Susie” zaczyna już tracić cierpliwość…

– Mieszka tuż obok miasta. Nie radziłbym ci jednak go odwiedzać, bo załatwiał już lepszych niż ty myślących, że mu podołają. – Uśmiech z twarzy Casha zniknął całkowicie. – Jeżeli ci życie miłe to uciekaj stąd czym prędzej zanim się dowie, że go szukasz.

Nieznajomy opuścił dłoń i schował broń do kabury nie spuszczając wzroku z twarzy Casha. Wszyscy w salonie poczuli ulgę, gdy „Susie” zniknęła pod płaszczem. Nieznajomy dopił zawartość szklanki i spojrzał w stronę mężczyzny zwijającego się z bólu na podłodze, któremu przestrzelił kolano.

– Uznaj to za ostrzeżenie panie Goodnight. Następnym razem, gdy się spotkamy zginiesz.

Po tych słowach wyszedł z saloonu. Przez kolejnych kilka minut panowała cisza.

 

*

 „Wyrka na godzinę” był umownie drugim najczęściej odwiedzanym miejscem w Trzecim Nowym Brenham. „Umownie” dlatego, iż w praktyce niedługo po rozpoczęciu działalności koniecznym było przenieść lokal poza granice miasta, ponieważ miejscowe kobiety dowiedziawszy się, iż to nie jest hotel jak początkowo przypuszczały, stanowczo zaprotestowały pod przewodnictwem pastora Ironcrossa, przeciwko takowemu lokalowi w mieście. Głównym powodem były atrakcje tam serwowane, które źle wpływały na stosunki rodzinne, gdyż mężczyźni spędzając tam większość czasu zaniedbywali swoje obowiązki. Burmistrz znajdując się pod naciskiem nie miał innego wyjścia jak kazać przenieść lokal poza miasto. Tak też się stało, niestety dla kobiet nie zrobiło to znaczącej różnicy, gdyż tutejsi i okoliczni mężczyźni nie zaprzestali wspomagać finansowo lokalu.

PUK! PUK! Ktoś z uporem maniaka dobijał się do jednego z pokoi, którego drzwi ozdobione były cennikiem umieszczonym w drewnianej ramce.

Nie doczekawszy się jednak zaproszenia mężczyzna nie wytrzymał dłużej i otworzył drzwi siłą lekceważąc to czego mógłby zostać świadkiem. Drzwi nie były nawet zamknięte, dlatego też z łatwością wszedł do środka. Mężczyzna do tej pory nie miał okazji odwiedzić „pokoju ekskluzywnego” będącego zarezerwowanym jedynie dla bogatych. Różowe ściany, ogromne łóżko z białym baldachimem, dębowe zdobione meble wypełnione alkoholem i niepokojącymi przedmiotami o podejrzanie znajomych kształtach sprawiły, iż mężczyzna poczuł się zdezorientowany w pierwszej chwili. Szybko jednak się otrząsnął i spojrzał na główną atrakcję pokoju, czyli wspomniane już łóżko, na którym okrakiem siedziała odwrócona do niego plecami naga kobieta będąca ledwie zakryta delikatnym, błękitnym kocem minimalnie zakrywającym jej tyłek. Zapomniawszy w jakim celu tutaj przybył przyglądał się tej scenie przez moment chcąc zapamiętać ten widok na później.

– Możesz nie patrzeć na mój tyłek? – odezwała się z nieukrywaną irytacją odwracając głowę w jego stronę nie przerwanie jednak poruszając biodrami. – Tak w ogóle to się puka! – dodała po chwili.

– Pukałem! – zmieszany mężczyzna opuścił wzrok.

– Ja właśnie też! – zza kobiety wychyliła się głowa młodzieńca o czerwonej gęstej czuprynie. – Dlaczego mi przeszkadzasz?! – zapytał, a w jego głosie można było wyczuć wyrzuty.

– Ktoś o ciebie wypytuje – odpowiedział mężczyzna podnosząc wzrok, lecz widząc grymas niezadowolenia na twarzy kobiety ponownie go opuścił.

– Ej, ej nie patrz się! – powiedział młodzieniec łapiąc kobietę za boki, by ta przestała się poruszać. – Wiesz co? Odwróć się. Tak już lepiej…no teraz mów. Kto mnie szuka? Ktoś ważny skoro nie może to zaczekać do jutra?

– Mężczyzna w czarnym płaszczu. Nikt go tutaj wcześniej nie widział, ale chodzą słuchy, że to ktoś poszukiwany i groźny. Podobno skradł twarze ludziom w Afton.

– Nonsens. Chyb w to nie wierzysz? – Roześmiał się młodzieniec.

Kobieta położyła się i wtuliła głową w poduszkę nie schodząc z niego, najwidoczniej będąc znudzoną całą tą rozmową.

– Oczywiście, że nie! – krzyknął mężczyzna po chwili namysłu. – Tak czy inaczej podobno jest wyznaczona za jego głowę nagroda… no i jak już mówiłem wypytuje o ciebie. Mogą być z tego kłopoty.

– Skoro szuka śmierci to mnie znajdzie… ale to już nie dziś. Jestem jak widzisz zajęty. Skoro mu zależy to poczeka. Zmiataj stąd teraz.  

 

*

Przybysz szedł ulicą do hotelu, który znajdował się niemal na końcu miasta. Od jakiegoś czasu czuł na sobie czyjś wzrok. Czyżby ktoś mnie obserwował? Zadał sobie pytanie sam nie do końca wiedząc w jakim celu. Przeszedł jeszcze kilka kroków i zatrzymał się w miejscu, gdzie obserwator nie miał szans na ukrycie. Zrobił obrót i zobaczył twarz, którą widział wcześniej wychodząc z saloonu.

– Nie boisz się? – zapytał patrząc na niskiego człowieka, który stanął jak wryty uświadamiając sobie, iż został zdemaskowany.

– Nie-e – odpowiedział cienki łamiący się głos.

– I tutaj popełniasz błąd. – Powiedział przybysz podchodząc do obserwatora.

Stanął tuż przed nim i delikatnie się pochylił, by zjednać się ze śledzącą go osobą twarzą w twarz. Dziecku niemal momentalnie poleciały łzy z oczów.

– Proszę nie zabierać mi twarzy! – beczało trzymając się rękoma za głowę.

Mężczyzna roześmiał się i zrobił krok w tył, by mały panikarz nieco się uspokoił.

– Nie zabiorę ci twarzy – powiedział z uśmiechem patrząc na swojego obserwatora, który ocierał łzy nieco bardziej już uspokojony. – Tak w ogóle to musisz być dzielny skoro chodzisz sam po mieście o tej porze. Nie boisz się?

– Nie-e.

– Powiem ci coś w tajemnicy – zaczął powoli. – Tylko nikomu nie mów, ok? Ja się boję cały czas… dlatego jeszcze żyję. Tak w ogóle dlaczego mnie śledzisz?

– Nie-e śledzę.

– A ja cię nie widzę. – Roześmiał się przybysz. – Ktoś ci zapłacił za to?

– Nie-e.

– Gadatliwy z ciebie smark. Nie wiem z jakiego powodu za mną chodzisz, ale dopóki nie zamierzasz mnie zabić nie interesuje mnie to… zamierzasz? – można by pomyśleć przez moment, iż pyta poważnie.

– Nie-e.

– To dobre, bo szczerze mówiąc zaczynałem się lekko bać.

– Lyle to zrobi – odpowiedział mu dzieciak.

Spojrzał na młodą twarz, która przybrała na moment dziwnego grymasu sprawiając, iż dzieciak wydawał się być o wiele starszy niż jeszcze chwilę wcześniej. Nic nie odpowiedziawszy uśmiechnął się tylko delikatnie i odwrócił. Jeszcze przez kilka następnych kroków odnosił dziwne wrażenie wiedząc, iż chłopiec mu się przygląda.

 

*

Młodzieniec z czerwonymi włosami leżał w łóżku wpatrując w rozpostarty nad nim biały baldachim. Mimo, że początkowo nie przejął się zbytnio wiadomością o szukającym go gościu teraz nie mógł opędzić z głowy myśli z nim związanych. Dziewczyna leżała tuż obok patrząc w jego zamyśloną twarz.

– Boisz się? – zapytała.

– Nie.

– Dlaczego? Skąd wiesz, że nie będzie chciał cię zabić?

– Będzie. Inaczej by się tutaj nie zjawił.

– I mówisz to tak spokojnie?

– Złotko. Nie on pierwszy i nie ostatni mnie szuka. Wiesz dlaczego mówią na mnie Texas Red? – zapytał nawet nie spoglądając na nią.

– Przez kolor włosów? – zażartowała dziewczyna dając mu buziaka.

– Też – odpowiedział udając całkowitą powagę. – Ale przede wszystkim dlatego, że wszyscy, którzy chcieli mnie zabić nie żyją. W całym Texasie nie ma szybszego rewolwerowca ode mnie i każdy o tym wie. Nikt nawet nie śmie stawać ze mną w szranki… a gdy już próbują to padają szybciej niż ubita mucha. Jestem najlepszy i nie zamierzam jeszcze umierać.

 

*

Od samego ranka w mieście był tylko jeden temat – pojedynek, który miał niebawem nastąpić. Nikt tego głośno nie mówił, ale wszyscy wiedzieli jak się skończy wizyta nieznajomego. Miejscowy grabarz zaczął już nawet szykować materiały potrzebne do zbicia trumny. Nikt nie wątpił w to, iż to ostatnie chwile przybysza na tym świecie. Wszyscy z wielką niecierpliwością oczekiwali tego spotkania. Bardziej odważni mieszkańcy stali na ulicy, by być świadkami tego zdarzenia, natomiast ci mniej spoglądali bezpiecznie z okien ukryci w pobliskich budynkach. Dopiero kilka minut po jedenastej w centrum miasta pojawił się nieznajomy, który przechadzając się po placu kopał niewielki kamyczek, gwiżdżąc coś pod nosem. Mieszkańcy patrzyli na niego zastanawiając się dlaczego sprowokował Texas Red’a? Dlaczego uważał, że uda mu się go pokonać? I przede wszystkim dlaczego zachowuje się jak gdyby nigdy nic.

Zgodnie z zachodnimi tradycjami tuż przed dwunastą przybył na plac druga z oczekiwanych osób. Rudowłosy chłopak z zawadiackim uśmiechem, trzymając ręce na klamrze pasa spojrzał na nieznajomego, który kopnął kamyk ostatni raz i się zatrzymał, by ocenić swojego przeciwnika. Następnych kilka sekund spędzili w ciszy mierząc siebie wzrokiem.

– Słyszałem, że mnie szukasz – odezwał się radośnie chłopak.

– Akurat przejeżdżałem obok i obiło mi się o uszy, że jest za ciebie nagroda. Mam cię złapać żywego lub martwego. Dla mnie to bez różnicy, ale wolałbym jednak cię nie zabijać. Nie mam w zwyczaju zabijania dzieciaków.

– Dzisiaj skończyłem dwadzieścia jeden lat. To nie jest dzień, w którym zamierzam umrzeć. Właściwie nie zamierzam tego robić w ciągu najbliższych kilku lat.

– Więc pójdziesz ze mną dobrowolnie. W innym wypadku… sam rozumiesz.

– Przed tobą już trzydziestu próbowało. Chcesz być trzydziestym pierwszym na mojej liście? Jesteś bliski śmierci, ale mam dziś dobry humor. Dam ci możliwość odejścia – zadrwił Lyle.

Nieznajomy nic nie odpowiadając ściągnął płaszcz, który odrzucił na bok. Chłopak uśmiechnął się i strząchnął ręką zaciskając i rozprostowując palce u dłoni.

– Rozumiem – powiedział do nieznajomego.

Oboje zrobili kilka kroków w bok, by ustawić się w prostej do siebie linii. Napięcie wzrastało z każdą chwilą, a słońce sięgnęło już niemal najwyższego punktu na niebie. Ktoś spojrzał na zegarek, którego czarny wyświetlacz wskazywał 11:57. Wszyscy wpatrzeni byli w tę dwójkę czekając na rozwiązanie.

Wyciągnęli broń z niespodziewaną szybkością i strzelili. PIF! PAF! Wszystko działo się tak szybko, iż nikt nawet nie był do końca pewny wyniku. Wystarczyły chwile, by jeden z nich padł na kolana. Mocno ściskając broń spojrzał na ranę w klatce, z której ciurkiem leciała krew. Po chwili ciało opadło bezwładnie na ulicę. Kilku z mieszkańców powoli i ostrożnie zaczęło zbliżać się do nieznajomego, który otrzepywał płaszcz z piachu. Texas Red nie żył. Jego oczy były puste, ale zawadiacki uśmiech pozostał na twarzy nawet po śmierci.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała jedna z kobiet stojących nad ciałem.

– Był poszukiwany. Dałem mu możliwość przeżycia, z której zrezygnował dobrowolnie. Powinniście się cieszyć, że wam pomogłem – odpowiedział zdziwiony reakcją mieszkańców nieznajomy.

– Tak, ale nie robił nam krzywdy! – powiedział ktoś inny.

– Najwidoczniej komuś robił skoro była wyznaczona za niego nagroda.

Mówiąc to nieznajomy wyciągnął spod płaszcza maczetę i podszedł do ciała. Wszyscy patrzyli w osłupieniu nie do końca wierząc własnym oczom. Płynnym, szybkim ruchem mężczyzna odciął głowę chłopaka. Jedna z kobiet zemdlała widząc to, ktoś inny się porzygał. Śmierć była na porządku dziennym w Nowym Brenham, ale rozczłonkowywanie ciała się tutaj nie zdarzało.

– Skazałeś nas na śmierć – powiedział ktoś z tłumu.

– Nie wiem czy jesteście tego świadomi, ale Texas Red nie żyje. Trudno mu będzie się mścić bez głowy. – Po tych słowach nieznajomy potrząsnął przedmiotem, o którym była mowa.

– Miał dwóch braci. Gdy się dowiedzą o jego śmierci przyjadą tu i spalą całe miasto, a nas w najlepszym wypadku zabiją – powiedział Cash.

– To już nie jest mój problem.

Nieznajomy zdziwił się, iż tutejsi tak bardzo bali się zemsty, ale nie sądził by faktycznie mogło im się coś stać. Tym bardziej, iż po takim akcie staliby się wrogami publicznymi, a tego nikt dobrowolnie nie chce.

– Jeżeli dowiesz się o wymordowaniu Brenham to wiedz, że będzie to twoja zasługa! – krzyknął Cash.

– Nie martwcie się. Jeżeli dowiem się o wymordowaniu Brenham wtedy was pomszczę.

– To niewielkie pocieszenie dla kogoś kto nie żyje.

– Ewentualnie jeżeli się pojawią możecie przekazać, im by szukali Idaho w Amarillo – krzyknął na odchodne nieznajomy zanim znikł za zakrętem.

– Nawet po sobie nie posprzątał – powiedziała jakaś kobieta nim ludzie zaczęli się rozchodzić.

 

Tego samego dnia, późny wieczór…

Od kiedy Idaho opuścił Brenham minęło już kilka godzin, a niebo od jakiegoś czasu zdobił blady księżyc w otoczeniu gwiazd. Mężczyzna znowu miał to dziwne wrażenie, iż ktoś go obserwuje. Przejechał jeszcze kilka kroków nim zatrzymał konia. Odczekał chwilę, aby jadący za nim człowiek był na tyle blisko, by go usłyszeć.

– Dlaczego za mną jedziesz? – spytał w końcu.

– Zabiłeś Texas Red’a w pierwszo-klasowym stylu. Naprawdę szybko i bez fuszerki. Kogoś takiego szukałem – powiedział rubaszny mężczyzna odziany w fioletowy frak.

– Skąd pomysł, że ci pomogę?

– Zabiłeś go dla nagrody. Ja również mogę ci zapłacić za drobną przysługę.

– Jaką?

– Otóż to. Lubię konkretnych ludzi. Mój syn pojechał wraz z żoną do Lubbon. Niestety od ponad tygodnia nie mam z nimi kontaktu. Zero jakiejkolwiek wiadomości.

– Może nie ma na to czasu?

– Jego nadajnik też nie działa. Obawiam się najgorszego… mam nadzieję, że pomożesz mi go odnaleźć. Za odpowiednią cenę oczywiście. 

 

Koniec

Komentarze

Odnalazłem w archiwum pierwotny tekst. O wiele krótszy, więc i błędów w nim – "na sztuki" – mniej.

 

Edycja: po co pismem wytłuszczonym? To nie dodaje tekstowi ani urody, ani ważności :-)

czyli jednak jest? Bo ostatnim razem szukałem i jakoś znaleźć nie mogłem. 

A nie wiem, czemu tak mi się skopiowało z dokumentu, gdzie piszę pogrubionym ;P 

Skoro w oryginale masz bold, to po skopiowaniu też.

Zaznaczyć całość, anulować bold i gotowe.

Już poprawiłem "grubość". Po prostu się nad tym nie zastanawiałem, że gruba czcionka jest tutaj niemile widziana, bo prawdę mówiąc dla mnie grubość/wybór czcionki nie robi wielkiej różnicy. 

Ależ nie chodzi o "niemiłe widzenie", lecz o czytelność. Wytłuszczenia są potrzebne do zaakcentowania, na upartego do cytatu można użyć (ale krótkiego), do wyróżnienia, ale nie powinno się stosować takich pism do całości tekstów – są mniej czytelne, po prostu, od pism normalnych.

No i masz, Panie Adamie, wyjaśnienie pewnych "tryndów'.

Pomyślałby kto, że komputerowa rewolucja doprowadzi do takich sytuacji, jak dezynwoltura przy wyborze kroju pisma :)

No ale w sumie każda swoboda i ułatwienie prowadzą do zaniedbań.

Infundybuła chronosynklastyczna

Czy to przypadek, BooMc, że napisałeś to opowiadanie, bo mam nieodparte wrażenie,  cykl Texas ’45 pisał Idaho_Iowa…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka