- Opowiadanie: Alucardyna - O kacie, poecie i przemytniku

O kacie, poecie i przemytniku

“O kacie, poecie i przemytniku...” to pierwsze opowiadanie z własnego uniwersum, które zdecydowałam się opublikować. Przyznaję, że dzieje się ono trochę obok głównej fabuły umieszczonej w tym uniwersum, ale jednocześnie wydarzenia w nim opisane mają na rozwój głównej fabuły niemały wpływ. Myślę, że kiedyś cały ten świat w jakiś sposób ujrzy światło dzienne, a tymczasem zdecydowałam się podzielić się z szerszym gronem takim oto autonomicznym fragmencikiem. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

O kacie, poecie i przemytniku

O kacie, poecie i przemytniku,

czyli opowieść na dni burzowe i paskudne oraz równie paskudne i burzowe czasy

 

Ern stał na szafocie.

Stał i mókł, a deszcz spłukiwał z desek ślady krwi po poprzednim skazańcu. Na placu panowała ponura cisza, przerywana jedynie hukiem grzmotów i zakłócana przez słyszalny nawet tutaj ryk wzburzonego morza. Niewielu ludzi przyszło dziś przyjrzeć się egzekucji. Większość schroniła się przed sztormem w domach albo barach.

I bardzo dobrze. Na co tu patrzeć? Ern przestąpił z nogi na nogę. Czekał. I mókł.

Kątem oka dostrzegł dwie kobiety, kulące się razem pod kawałem płótna żaglowego, rozpiętego nad nimi jak baldachim. Drobniejsza z nich, czarnowłosa piękność imieniem Lora, majstrowała coś przy mocowaniu przenośnego schronienia, ale nieco zwierzęce oczy tej drugiej, dzikiej i nieokrzesanej Arrisy były nieruchomo utkwione w Ernie. Skrzywił się i odwrócił wzrok. Nie powinny były przychodzić. Nie lubił, kiedy przychodziły i obie dobrze o tym wiedziały.

Ern pokręcił głową i omiótł spojrzeniem resztę placu. Ludzi dalej było niewielu, ale ci, którzy byli, zerkali wyczekująco na pniak i oparty o niego katowski topór. Kilku przemoczonych do suchej nitki gapiów podeszło bliżej, z rosnącą niecierpliwością przeskakując spojrzeniami od Erna przez topór po rozmytą deszczem krwawą kałużę pod szafotem. Lud lubił rozlew krwi, nawet jeśli w głębi duszy nie godził się na publiczne ścinanie głów. Ern skrzywił się lekko i obejrzał się na odzianych w czerń cesarskich żołnierzy, nadzorujących egzekucję. Sam zaczynał się niecierpliwić.

– Powinni już być – mruknął nerwowo ten stojący bliżej Erna, wysoki, barczysty facet z siwiejącą powoli brodą. Był naczelnikiem cesarskiej straży w Nyr, a jednym z jego zadań było zdawanie w stolicy miesięcznych raportów na temat ilości i przebiegu przeprowadzonych w nadmorskim mieście egzekucji. Zdecydowanie nie miał ochoty tu stać, ale nie miał wyjścia.

– Idą! – zawołał półgłosem ten drugi. Miał może dwadzieścia lat, pod nosem dziewiczy wąsik i dopiero zaczynał swoją karierę, obecnie w roli asystenta naczelnika. Chłopak starał się ze wszystkich sił nie dać po sobie nic poznać, ale kolana drżały mu z zimna i ciekło z nosa. Powinien iść do domu i się wygrzać, ale gdyby ktoś powiedział to głośno, niechybnie oberwałby za to w nos. Podczas pierwszej egzekucji, w której uczestniczył, zemdlał na widok odciętej głowy i od tamtej pory każdy przejaw troski odbierał jako wypominanie mu tamtej sytuacji.

– Jesteś gotowy? – rzucił do Erna naczelnik, wpatrując się w zmierzający w kierunku szafotu niewielki orszak złożony z trzech strażników w czerni i wysokiego faceta z dumnie podniesioną głową, kroczącego między nimi. Ern skinął głową, zerkając szybko na Lorę i Arrisę, ale jego zniechęcone deszczem i zimnem żony zdążyły się już ulotnić. Westchnął cicho i ze spokojem ujął ciężki topór, a potem wsparł się na nim jak na przenośnej poręczy.  Któryś z gapiów na placu zagwizdał donośnie, a mokre deski szafotu zaskrzypiały jękliwie pod ciężarem czterech dodatkowych osób.

– No nareszcie – burknął niezadowolony naczelnik. Strażnicy rozstąpili się, robiąc przejście stojącemu pomiędzy nimi mężczyźnie, który zacisnął szczęki i ruszył sztywno w stronę pieńka. – To ostatni na dziś – mruknął ze znużeniem naczelnik bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, a potem wystąpił naprzód, by odczytać akt oskarżenia i wyrok.

– Hrabia Rashid van…

– Rashid Słońce Kosiru – poprawił kwaśno stojący przy pieńku mężczyzna. Nosił długie włosy zaplecione w poczwórny warkocz, który teraz przykleił mu się do karku. Wytworne ubranie z ciemnozielonego aksamitu miał przemoczone. Naczelnik obdarzył go ponurym spojrzeniem, ale skinął głową i wymienił żądany tytuł.

– Hrabia Rashid Słońce Kosiru uważany za winnego zdrady stanu, krzywoprzysięstwa i świętokradztwa… – tutaj Rashid parsknął suchym śmiechem i pokręcił głową, ale naczelnik nie przerwał czytania. Kiedy doszedł do momentu, w którym w dokumencie wymieniono wszystkie obowiązujące tytuły cesarza Lazueru, gapie na placu zaczęli przeciągle wyć i buczeć, a Rashid zawtórował im entuzjastycznie. Przez chwilę Ern również miał ochotę do nich dołączyć. Naczelnik skrzywił się, odchrząknął znacząco i dokończył, wymawiając każdą sylabę wyrażenia „protektor cesarstwa” z osobna. – …w imię Dziewięciu Bóstw Najwyższa Rada Namiestnicza pod przewodnictwem Lorda Namiestnika, Vladmaira van Rathego, Wilka z Ashallportu… – Naczelnik odetchnął głęboko i przewrócił oczami. – Morska Wiedźmo, co za skończony idiota… – to wymamrotał ledwie dosłyszalnie, a Ern powstrzymał parsknięcie. – Z dniem dziewiętnastym czwartego miesiąca siedemset pięćdziesiątego ósmego roku Wielkiego Cesarstwa Lazuerskiego został uznany winnym wymienionych wyżej zbrodni i skazany na śmierć – Gapie pod szafotem zawyli. Jak jeden mąż nienawidzili Lazueru, cesarza oraz jego namiestnika van Rathego, ale to nie przeszkadzało im domagać się szybkiej i krwawej śmierci Słońca Kosiru. Ern uniósł topór i zbliżył się pewnym krokiem do centralnego punktu szafotu, skąd Rashid właśnie omiatał świat ostatnim spojrzeniem.

– Czy to nie może dziać się szybciej? – wycedził Słońce Kosiru, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

– Wolne żarty – burknął półgłosem Ern. – Nikt nie marzy o zakończeniu tego cyrku bardziej ode mnie.

Rashid odetchnął głęboko i odgarnął z czoła mokre włosy, które wydostały się z zapewne nienagannej wcześniej fryzury. Zazgrzytał zębami i rozejrzał się nerwowo wokół siebie, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nikt nie ułaskawi go w ostatniej chwili.

– Macie coś do powiedzenia, hrabio? – spytał znudzonym głosem naczelnik. Słońce Kosiru zagryzł wargę i zamrugał szybko. Ern nie raz widywał już takie spojrzenia. Wszyscy skazani na śmierć szlachcice do ostatniego momentu wierzyli, że lada chwila usłyszą akt łaski i wszyscy przeżywali jednakowe rozczarowanie. Van Rathe nie ułaskawiał nikogo. – Czyli nie? Przejdźmy do sedna, Ern.

Rashid przełknął ślinę i postąpił sztywno krok do przodu, a potem ukląkł przed pieńkiem bez pomocy kata. Ern spokojnie położył dłoń na jego karku, zmuszając go tym samym do położenia głowy na poczerniałym od krwi drewnie, a potem przerzucił mu warkocz przez ramię, odsłaniając szyję. Słońce Kosiru zacisnął powieki, a kat cofnął się o krok i uniósł topór.

– CZEKAJ! – wrzasnął histerycznie Rashid, zrywając się nagle z klęczek. Ern zatrzymał cięcie i opuścił broń, a hrabia przetoczył po zgromadzonych oszalałym ze strachu wzrokiem. – To wszystko pomówienia – oznajmił drżącym głosem. Trzęsły mu się kolana.

– Nie zrobiłem nic złego…

– Tak, wiemy – warknął naczelnik. – Ern codziennie ścina same niewiniątka.

Zgromadzony pod szafotem coraz większy tłumek parsknął śmiechem.

– Ten drań Rathe skazał mnie, bo od roku rżnąłem jego siostrę! – wykrzyczał Rashid na tyle głośno, na ile pozwalało mu ściśnięte dojmującym strachem gardło, a jego wypowiedź gapie skwitowali wybuchem niekontrolowanej wesołości. Słońce Kosiru patrzył z rozpaczą to na naczelnika, to na kata, ale na tym etapie rozwoju wydarzeń musiał wiedzieć, że nie może liczyć na pomoc żadnej ze stron. Zacisnął pięści i powstrzymał widoczne w kącikach oczu łzy, po czym podszedł na drżących nogach do pieńka i tym razem sam złożył na nim głowę i odgarnął swoje długie włosy z karku.

– Mam nadzieję, że była tego warta – mruknął kat na tyle cicho, by usłyszał to tylko Rashid. Skazaniec otworzył oczy i zerknął na niego z zaskoczeniem. Zawahał się przez ułamek sekundy, a potem sięgnął pod swoje wytworne ubranie i zerwał z szyi drewniany amulet na rzemieniu.

– Przekaż jej to – powiedział szeptem, wciskając amulet w dłoń kata.

– Powiedzieć coś?

– Powiedz „na burzowe dni”.

Ern poczuł w żołądku nieprzyjemny skurcz i przez chwilę miał ochotę rzucić amuletem w Rashida i rozkazać mu, aby nie mieszał go w konszachty z buntownikami, ale zamiast tego zacisnął dłoń na wisiorze i skinął głową. Nikt nie słyszał ich wymiany zdań. A on postanowił, że nikt się o niej nie dowie. Ukrył amulet głęboko w kieszeni spodni, po czym chwycił topór obiema rękami, a Rashid zaszlochał bezgłośnie, przyciskając dygocące dłonie do czoła, jakby chciał się upewnić, że głowa ciągle jest na swoim miejscu.

– No już – mruknął zniecierpliwiony kat, przyglądając się temu rozpaczliwemu pożegnaniu z życiem. – Będzie dobrze – obiecał bez przekonania. Słońce Kosiru nie starał się już zachowywać honorowo. Klęczał na deskach szafotu, obejmując głowę ramionami i płakał jak dziecko, błagając, by pozwolono mu żyć jeszcze choćby pięć minut. Dwóch strażników ruszyło w jego stronę, by siłą zmusić go do zachowania spokoju i niezakłócania egzekucji, ale Ern gestem nakazał im zostać na miejscach. Spojrzał ponownie na Rashida.

– To będzie tylko chwila – odezwał się cicho. Skazaniec wciągnął głośno powietrze do płuc, dygocąc na całym ciele. Obejrzał się ze łzami w oczach na kata i pokiwał skwapliwie głową.

– Tylko chwila – wyszeptał, jakby się modlił. Jego zęby dzwoniły o siebie głośno, kiedy kładł głowę z powrotem na pieńku, powtarzając jak w gorączce, że to będzie tylko chwila. Splótł dłonie ze sobą, jakby chciał samego siebie powstrzymać przed panicznym chwytaniem się za głowę i przycisnął czoło do pieńka, starając się opanować dygot. Nie był gotów i Ern doskonale wiedział, że musi działać szybko, żeby zakończyć przedstawienie, zanim Rashida ogarnie kolejny atak paniki. Uniósł topór i obejrzał się na naczelnika, a ten kiwnął głową.

Katowski topór przeciął ze świstem powietrze, a potem z nieprzyjemnym chrzęstem pozbawił Rashida Słońce Kosiru głowy. Tłum zapiał z zachwytu, kiedy krew hrabiego chlusnęła na bruk pod szafotem. Ern cofnął się szybko, by nie zachlapać nią butów, a potem ze stoickim spokojem starł krew z ostrza i przewiesił sobie broń przez plecy, w specjalnie stworzonych w tym celu mocowaniach.

– Wreszcie koniec – rzucił z ulgą naczelnik, patrząc z obrzydzeniem, jak strażnicy ładują bezgłowe ciało Rashida na stojący za szafotem wóz, na którym spoczywały już trzy trupy. – Bogowie, co za parszywy dzień… jutro wszyscy wstaniemy z przeziębieniem.

– Przynajmniej wstaniemy. – Kat wzruszył potężnymi ramionami i obejrzał się szybko na wóz z trupami. – O Słońcu Kosiru nie można tego powiedzieć.

– Słońce Kosiru! – prychnął naczelnik i splunął przez ramię. – Niech ich wszystkich syreny porwą z tymi kretyńskimi przydomkami!

Tłum rozszedł się natychmiast, kiedy schodzili z szafotu. Dotknięcie kata było uważane za zły omen i chociaż Ern był w mieście lubiany jak na kogoś swojej profesji, ludzie unikali patrzenia mu w oczy i uważali, by się o niego przypadkiem nie otrzeć.

– Ech, co za paskudny dzień – powtórzył naczelnik, kręcąc głową i z rezygnacją wyciskając wodę z rękawów czarnego stroju. – Na ciebie przynajmniej czekają żony z ciepłym obiadem, a na mnie pieprzone papiery i raporty… Niech to szlag. A ty co tak długo ślęczałeś nad tym Rashidem? Mówił ci coś?

– Nic – skłamał gładko Ern. Naczelnik uniósł lekko brwi, ale nic nie powiedział, a zamiast tego pożegnał kata przyjacielskim klepnięciem w ramię i jeszcze raz przeklął swój parszywy los.

 

* * *

 

Stara Mav pochwyciła w locie brzęczącą sakiewkę, po czym zważyła ją w ręce i uśmiechnęła się usatysfakcjonowana. Za utarg z dzisiejszego dnia mogłaby przez kolejny miesiąc leżeć brzuchem do góry. To był naprawdę paskudny dzień, a ona wprost uwielbiała paskudne dni, kiedy za oknami ciepłej, przytulnej i pachnącej piwem tawerny szalała nawałnica, zniechęcając do wypłynięcia nawet największych twardzieli. W takie dni Pijany Szkuner pękał w szwach niezależnie od pory.

– Polej wszystkim na mój koszt, Mav! – wydarł się jeden z gości, ten, który rzucił w jej stronę sakiewkę. Oparta obok niego o bar dziewka zachichotała dźwięcznie, choć nieco wymuszenie, kiedy z rozmachem klepnął ją w tyłek. Nazywał się Russel Szeker, ale mało kto w Nyr tak się do niego zwracał. Tutaj nawet ci, którzy nigdy nie postawili stopy na pokładzie statku zwali go kapitanem. Był dość niskim, krępym facetem około czterdziestki, należącym do tego rodzaju mężczyzn, którzy nigdy nie dorastają. Mav znała go od lat, ale kiedy ostatnim razem zawitał w jej lokalu, od progu oznajmiając, że kupił statek, był ledwie dwudziestokilkuletnim gówniarzem. Nędznik, bo tak ochrzcił swoją pierwszą łajbę, był starym, wysłużonym keczem o wielokrotnie cerowanych żaglach i poprzecieranym olinowaniu, ale i tak kosztował szalonego żeglarza majątek. Teraz ten wariat sprzed lat był jednym z najbardziej znanych kapitanów zachodnich mórz, a jego flagowy okręt, szkuner Błysk Świtu, budził respekt nawet wśród oficerów cesarskiej floty. Nie zostało w Russelu nic z żyjącego marzeniami o żeglowaniu portowego chłopca na posyłki. Czołowy przemytnik cesarstwa nosił się po nowobogacku i szastał pieniędzmi, jakby rosły na drzewach, a im bardziej był pijany, tym głośniejszy i bardziej rozrzutny się stawał. Tego wieczoru stanowił największą atrakcję tawerny. Odkąd z hukiem wkroczył do niej w towarzystwie dwóch oficerów, zgromadził wokół siebie tłum słuchaczy, spragnionych opowieści o jego może niezupełnie chwalebnych wyprawach ku czci pieniądza i alkoholu wolnego od akcyzy.

– Za tych, co na morzu! – krzyknął ktoś z tłumu, zaraz po tym, jak Mav rozlała kolejną butelkę rumu do ostatniej kropli i sięgnęła po nową. Zerknęła szybko na Russela, który uniósł swój kufel i skinął z aprobatą w stronę krzyczącego, a potem obejrzał się na okno, za którym rozszalałe fale z ogłuszającym rykiem tłukły o keje.

– A żebyś wiedział, bracie – rzucił kapitan, pochmurniejąc nagle. – Nie widziałem takiego sztormu, odkąd zatonął Nędznik.

– Ile to będzie lat, kapitanie? – podchwycił Kaszlej, portowy bard, którego rzadko kiedy było stać na kufel piwa, ale dziś, korzystając z hojności Russela, był pijany jak chłop na weselu najmłodszej córki. Kapitan skrzywił się nieznacznie.

– Z dychę – mruknął bez przekonania. – I jeszcze trochę… Jak mi wtedy bezanmaszt pierdyknął! Do dziś ten huk słyszę, żebym tak trzeźwy był do śmierci!

Kaszlej uśmiechnął się szeroko i trącił palcami struny starego, wyświechtanego banjo, które potrzebowało gruntownego strojenia właściwie po każdej zagranej przyśpiewce, a potem zagrał kilka akordów i zaśpiewał na jednym wdechu:

Nasz kapitan nawalony, „luzuj!”, wrzeszczy, „maszt się wali!”, nikt za szoty się nie chwycił, bośmy jeno chlali!

Tłum parsknął śmiechem, ale Kaszlej zmarszczył tylko krzaczaste brwi i zagrał zwrotkę jeszcze raz, tym razem bez śpiewu. Spodziewał się bardziej entuzjastycznej reakcji, ale musiał obejść się smakiem. Zatonięcie ukochanego statku Szekera nie było dobrym tematem do żartów.

– Zdrowie Nędznika! – ryknął ktoś, jakby chciał załagodzić sytuację i puścić gafę Kaszleja w zapomnienie. – Niech pływa zawsze po boskich wodach…

– I za tych, co poszli z nim na dno – dodał Russel, wypijając do dna. Słuchacze zawtórowali mu, z brzękiem obijając o siebie kufle. – Ech, nostalgia mnie bierze na starość. Polej mi, Mav!

Po blacie przejechał dźwięcznie pusty kufel, a Mav złapała go błyskawicznie i napełniła niemal po brzegi, rzucając, że po pełny przemytnik musi pofatygować się samodzielnie. Nie doceniła poziomu uwielbienia słuchaczy dla kapitana, bo po jego kufel rzuciło się trzech młokosów, każdy gotów bić się o prawo podania mu go. Szeker zaśmiał się cicho, a reszta gości razem z nim.

– Opowiadałem wam już, jak zdobyliśmy Błysk? – spytał, chwytając kufel i ku uciesze tawernianych dam jednym susem wskakując na wysokie, barowe krzesło, o które dotąd tylko się opierał. – Dawaj, Kaszlej! – zachęcił barda, kiedy tłum ucichł, czekając w napięciu na opowieść. Kaszlej szarpnął dramatycznie struny, a Russel nachylił się nieco w stronę słuchaczy. Zachwiał się nieznacznie na ugiętych nogach, ale rozłożył ręce i ustał. – Płynął jako eskorta jakiegoś lazuerskiego złodzieja na cesarskiej fregacie, niech go fale porwą…

Słuchacze przyklasnęli radośnie. W Nyr działanie przeciwko Lazuerowi było uważane za czyn godny podziwu, jeśli nie wręcz narodowowyzwoleńczy. Chociaż nadmorska prowincja od dawna oficjalnie nie była pod cesarską okupacją, jej władze tańczyły tak, jak Lazuer zagrał, a w miastach, szczególnie tych portowych atmosfera cichego buntu stawała się wręcz namacalna.

– To było niecały rok po zatonięciu Nędznika. Byłem wtedy oficerem na Gniewie Południa – kontynuował Szeker, kiedy ucichły buntownicze okrzyki na temat złodziejskich łap Lazuerczyków i ich lekko prowadzących się matek. – Od tygodni była taka flauta, że przesuwaliśmy się może dziesięć mil na dzień i dostawaliśmy wszyscy świra od upału. I patrzę któregoś dnia, a tam pod lazuerską banderą łajba jak marzenie…

Russel niemalże zwalił się z krzesła, opisując z entuzjazmem niezwykłą urodę szkunera, który wtedy nosił imię którejś z cesarzowych Lazueru. Przemytnik nie szczędził słuchaczom szczegółów dotyczących konstrukcji i ożaglowania statku, a Kaszlej dwoił się i troił, by uczynić opowieść bardziej przystępną, wyśpiewując prześmiewcze zwrotki na temat cesarskich żeglarzy, który nie potrafią odróżnić rufy od dziobu.

Lazuerska flota dumna: durnie, świnie i ochleje, gdy wpływali raz do portu, rozjebali keję! – zaśpiewał ku uciesze tłumu, kiedy kapitan zrobił przerwę na oddech. Russel parsknął śmiechem.

– W każdym razie – rzucił, kiedy ogólna wesołość nieco zelżała. – Kapitan Gniewu, niech mnie syreny porwą, jeśli kłamię, nienawidził Lazueru jeszcze bardziej niż my. Stanął koło mnie i mówi: patrz, jakim cudeńkiem pływa ta banda! Pozwolimy na to?

– NIE POZWOLIMY! – ryknął tłum, a Kaszlej szarpnął struny.

– Podoba ci się łódka, Russel? – kapitan zawiesił na chwilę głos. – Weź ją sobie! – krzyknął, rozkładając ręce, a tawerniana wrzawa sięgnęła zenitu.

Gdy spodoba ci się łódka, to ją sobie, bracie, weź! Niech nie dręczy cię sumienie, zrób im na pokładzie rzeź! – zaśpiewał poeta, przekrzykując salwę śmiechu. – Patrz tą łajbą pływa sobie lazuerska świnia… Czy pozwolisz na to, stary, czyś ty nie jest pirat?!

Kapitan ryknął śmiechem, a potem podjął opowieść, coraz bardziej obrazowo opisując atak na cesarską jednostkę i bitwę na jej pokładzie. Bard przygrywał mu rytmicznie, co jakiś czas powtarzając śpiewnie co bardziej udane wypowiedzi i wykrzykując kapitańskie rozkazy, a potem kwicząc jak prosię, kiedy opis dotyczył oficera lazuerskiej floty. Oczarowany własną opowieścią pirat nie od razu poczuł zimny wicher, który owiał wnętrze Pijanego Szkunera. Nie usłyszał też, że banjo poety wydaje z siebie żałosny jęk zdychającego kota, ani że cała wesołość otaczającego go tłumu znikła nagle, jakby ludziom ktoś odebrał głosy. Dopiero kilka sekund później zorientował się, że jedynym głosem, rozbrzmiewającym w tawernie oprócz echa wyjącego na zewnątrz sztormu, jest jego własny głos. Opowiadany właśnie żart o puszczalskiej teściowej lazuerskiego cesarza najwyraźniej przestał mu się wydawać śmieszny, bo urwał w pół słowa i powoli usiadł na krześle, na którym dotąd stał.

– Co jest? – syknął zdezorientowany w stronę Kaszleja, kiedy drzwi tawerny zatrzasnęły się z hukiem, a tłum przerzedził się znacznie. Bard skrzywił się i gryfem banjo wskazał nowego gościa, w którym nagle utkwiła spojrzenia większość pozostałych w barze. Facet był wielki jak trzech Szekerów, chociaż przemytnik bynajmniej nie należał do wagi koguciej. Odziany był od stóp do głów w czerń, a na plecach miał przymocowany obosieczny topór rozmiarów jeszcze bardziej imponujących, niż on sam. Szedł pewnie przed siebie, nie obdarzywszy rozstępujących się przed nim z respektem ludzi nawet jednym spojrzeniem. Twarz miał tak ponurą, że szalejący na zewnątrz tajfun wydawał się przy tym idealną pogodą na piknik z rodziną.

– Ern – Kaszlej wymówił to imię tak, jakby je wypluł. Russel zmarszczył brwi. – Kat – wyjaśnił półgłosem. – Przychodzi się napić po robocie… – Bard przełknął ślinę i przejechał palcem po swojej szyi, obrazując dosadnie, jaką robotę ma na myśli. – Mówi się, że jest przeklęty… Jego żony rodzą martwe dzieci, a jego…

– Zamknij się, Kaszlej! – fuknęła nagle Mav, piorunując barda wzrokiem. – Żeby ci kiedyś język sparszał za gadanie takich bzdur, nierobie – wycedziła, po czym sama spojrzała szybko na kata, który właśnie podszedł niewzruszenie do baru i oparł się ciężko o blat. Najwyraźniej albo nie dosłyszał słów poety, albo nie zwykł zwracać uwagi na rzucane spłoszonym szeptem bzdury na swój temat. – Parszywy dzień, co, Ern? – powitała kata barmanka, sięgając po czysty kufel. – To, co zwykle?  

– Dla mnie każdy dzień jest parszywy – burknął Ern, ale na jego twarzy pojawiło się na moment coś na kształt uśmiechu, kiedy Mav postawiła przed nim pełny kufel. Nie minęło nawet dziesięć sekund, a wychylił go duszkiem i z hukiem odstawił na blat. – Jeszcze raz, Mav – poprosił spokojnie. Głos miał ciepły i lekko schrypnięty, zupełnie niekojarzący się z profesją kata. Mav zawahała się przez chwilę.

– Twoja żona urwie mi za to głowę… – wymamrotała, napełniając kufel. Ern uśmiechnął się krzywo, za następną porcję zabierając się już bez takiego pośpiechu. Do tawerny stopniowo wracał zwykły gwar, ale już nie ten, jaki panował podczas opowieści Russela. Ludzie zajęli się przerwanymi rozmowami, ale mówili przyciszonymi głosami i zdecydowanie mniej się śmiali.

– To chyba niefortunne mówić, że żona kata urwie komuś głowę – rzucił od niechcenia przemytnik, parskając cicho śmiechem. Kilka osób zawtórowało mu niemrawo, a Ern drgnął i przeniósł powoli spojrzenie w stronę Szekera.

– Słucham? – odezwał się raczej bez gniewu, przekrzywiając z zaciekawieniem głowę. Kaszlej przebiegł nerwowo palcami po strunach banjo. Russel zeskoczył z krzesła i zachwiał się lekko, ale wyprostował się z godnością i spojrzał katu w oczy.

– Myślałem po prostu, że pozbawianie ludzi głów to raczej twój fach, nie twojej żony – wyjaśnił bezczelnie i zaśmiał się z własnego dowcipu. Tym razem nikt inny się nie roześmiał i tylko sam kat odpowiedział ponurym półuśmiechem.

– Niewiele wiesz o pozbawianiu głów, co? – rzucił. Pirat skrzywił się, jakby przełknął coś kwaśnego.

– Myślisz, że możesz sobie wchodzić i przerywać mi rozmowę? – warknął, podchodząc jeszcze dwa kroki. Kat uniósł lekko brew, a Mav zagryzła wargi. Nigdy jeszcze nie widziała, żeby ktoś odzywał się do Erna inaczej niż z nabożnym szacunkiem, o ile nie była to ona sama lub jedna z jego żon. Nigdy też nie widziała miejscowego kata rozgniewanego, ale nie mogła przewidzieć, jak zareaguje na bezczelne zaczepki pijanego przemytnika, który ewidentnie szukał zwady. Ern jednak mlasnął tylko i odwrócił się z niesmakiem. – Ty chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia, co? – syknął Russel, mrużąc drapieżnie oczy. Kat wzruszył ramionami, nawet na niego nie patrząc. Szeker oparł się obok niego o blat i odchrząknął głośno. – Cholerna latarnia morska to twoja robota, kacie? – prawie krzyknął i szarpnął Erna za ramię.

Mav poczuła, że krew odpływa jej z twarzy i oparła się ciężko o swój wysoki stołek za barem. Dookoła przemytnika i kata powoli zaczynał zbierać się tłumek gapiów, a oczy kapitana płonęły dziką wściekłością. Latarnia morska w Nyr była okrutnym żartem miejscowego namiestnika, wymierzonym w niepokornych żeglarzy, trudniących się przemytem i piractwem. Z jednej strony wskazywała bezpieczną drogę, z drugiej była portową szubienicą, z której prędzej czy później ze sznurem wokół szyi skakał każdy, kto kiedykolwiek ujrzał nad głową czarną, piracką flagę. Ilu kamratów Russela zawisło na tej latarni i wisiało dopóki samoistnie nie odpadło? Dla każdego z nich Ern własnoręcznie zawiązał pętlę.

– Myślisz, że sprawia mi to przyjemność? – zapytał kat ciągle spokojnie, ale w jego głosie nie pozostała już ani jedna ciepła nuta. Russel za to wydał z siebie wściekły okrzyk i szarpnął Erna za przód czarnego stroju. Kat odepchnął go gwałtownie i cofnął się o krok, a Szeker zacisnął pięści, dysząc ciężko. Jego dwóch oficerów podniosło się z miejsc i podeszło bliżej. Na razie byli spokojni, ale broń mieli w pogotowiu. Kątem oka Mav dostrzegła, że Kaszlej również przepycha się między stojącymi mu na drodze gośćmi, by w razie czego być jak najbliżej bijatyki.

– Nie zamierzam tolerować towarzystwa lazuerskiego rzeźnika – wycedził kapitan, kładąc dłoń na zakrzywionej, krótkiej szabli, którą nosił przy pasie. – Albo sam stąd wyjdziesz, albo któregoś z nas wyniosą.

Gapie zaszemrali nerwowo. Ern ciągle zachowywał się zaskakująco spokojnie, ale awantura wisiała w powietrzu. Mav zdołała uchwycić kilka lękliwych spojrzeń w kierunku katowskiego topora, na razie umocowanego sztywno na plecach Erna.

– Mam dzisiaj na sumieniu cztery głowy, piracie – warknął kat. – Twoja mi niepotrzebna, ale… – zawiesił na chwilę głos i niby mimochodem sprawdził mocowanie topora. Stojący najbliżej niego cofnęli się zgodnie, a kilka osób wciągnęło głośno powietrze do płuc. – Nikt nie będzie wyrzucał mnie z tawerny – dokończył Ern. Przemytnik drgnął nerwowo, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z siły kata i rozmiarów jego topora. Pierwszy z jego oficerów ze zgrzytem wydobył szablę, gotów walczyć w obronie swego kapitana, a Mav zbliżyła się powoli do drewnianej furtki, oddzielającej przestrzeń za barem od reszty lokalu. Choćby miała stanąć między nimi, nie zamierzała dopuścić do rozlewu krwi w swojej tawernie. Twarz kata na chwilę wykrzywił ponury uśmiech.

– Lepiej na siebie uważaj, Szeker – odezwał się cicho, patrząc Kapitanowi w oczy. – To być może nie spotkamy się na latarni.

A potem po prostu odwrócił się do przeciwnika plecami i wrócił na swoje miejsce przy barze, a gapie rozstąpili się przed nim, kiedy przechodził.

 

* * *

 

To był naprawdę paskudny dzień.

O ile rano nie było jeszcze źle, popołudnie okazało się tak koszmarne, że ulice Nyr niemal zupełnie się wyludniły i nawet strażnicy miejscy na służbie pochowali się w pośpiechu do najbliższych knajp. Z portu dochodziły wrzaski wystawionych na wachty marynarzy, desperacko pracujących cumami w rytm szalejącej nawałnicy. Wielkie fale tłukły o keje i zalewały port, a siekące strugi deszczu powoli zamieniały miasto w sezonowe jezioro. Ulicami płynęły wartkie potoki zarówno morskiej jak i deszczowej wody. To był najpaskudniejszy dzień od ładnych parudziesięciu lat.

Esko z rozkoszą wciągnął mokre powietrze do płuc, przymykając oczy i pozwalając, by ostre krople rozbijały się o jego twarz i ginęły gdzieś wśród gęstej, zmierzwionej brody. Był przemoczony od stóp do głów i kompletnie przemarznięty od lodowatego wiatru, ale nie zwracał uwagi na takie drobiazgi. To był idealny dzień. Nareszcie ktoś wysłuchał jego modłów, a świadomość, że tak się stało, była o wiele lepsza niż ciepłe promienie słońca. które jeszcze niedawno mieszkańcy Nyr odczuwali na swojej skórze.

Znacznie mniejszy entuzjazm niż Esko wykazywał mały, pięcioosobowy oddział, równie przemoczony jak jego dowódca, ale o wiele mniej zrelaksowany. Ci zamiast rozkoszować się boskim sztormem, szczękali zębami i rozcierali zziębnięte dłonie, co rusz obrzucając swojego lidera niecierpliwymi spojrzeniami. Właściwie nie mógł mieć im tego za złe. Rozumiał ich. Sam przecież jeszcze nie tak dawno podupadał na wierze i wątpił, kwestionował słowa prawdy i odrzucał nauki jedynego, prawdziwego Proroka… Ale teraz było inaczej. Teraz już wiedział i rozumiał wszystko, wiedział, że Burzowe Dni w końcu nadeszły, czuł całym sobą, że prawda jest bliżej niż kiedykolwiek. Wielkimi krokami zbliżała się z południa potężna armia Proroka, a on miał przygotować mu grunt i wyprostować ścieżkę. I chociaż wielu wciąż wątpiło, a wręcz uważało Esko za szalonego wichrzyciela, on wiedział, że nic nim nie zachwieje. Oto nadchodzi koniec starego świata, koniec dominacji Lazueru, koniec monarchii, niewolnictwa, wyzysku i podziałów. Oto nadchodzi koniec starego ładu, na którego gruzach Prorok zbuduje zupełnie nowy świat.

Esko uśmiechnął się szeroko do własnych myśli i sięgnął lewą ręką do zawieszonego na szyi drewnianego amuletu. Ścisnął go mocno między palcami i odwrócił się spokojnie do swojego skromnego oddziału.

– Jestem dumny, że jesteście tu ze mną – zaczął, a spojrzenia jego ludzi, chwilę temu niecierpliwe i zirytowane, zgodnie zabłysły bezbrzeżnym uwielbieniem. Esko właściwie nie wiedział, skąd ma taki dar, ale zwykle wystarczyło, by odezwał się w odpowiedni sposób, by ludzie zaczynali dosłownie jeść mu z ręki. Na studiach w Wolnych Miastach był w stanie tak omotać wykładowców i mistrzów sztuk, że tytuł naukowy osiągnął już po trzecim roku nauki, a nie, jak wszyscy, po szóstym. W Nyr czterokrotnie już wyłgał się od stryczka, w nie do końca kontrolowany sposób urzekając namiestnika i prokuratora, a na głównych przywódcach rewolucji wywarł takie wrażenie, że praktycznie od razu zrobili go dowódcą oddziału operacyjnego. Esko nie miał pojęcia, skąd ma taką charyzmę, ale chciał wierzyć, że to dar od samych Bogów i ich Proroka. I wierzył. – Sami Bogowie zesłali nam ten dzień, aby uczynić naszą świętą…

Mógłby długo przemawiać do nich, mówić o Proroku i o ich świętej misji, właściwie polegającej głównie na wywoływaniu zamieszek i burd w mieście. Mógłby zagrzewać ich do boju modlitwą i przekonywaniem, że ten koszmarny sztorm zesłali im sami Bogowie, by ułatwić im zadanie. Mógłby tłumaczyć, dlaczego zaplanowana na dziś akcja wypalania zepsucia z miasta, które mieli przygotować Prorokowi, polegająca na spaleniu portowej tawerny do ostatniej drzazgi, jest tak wielka, święta i kluczowa dla misji odkupienia świata.

Mógłby, ale mu przeszkodzono.

– ESKO! – przepełniony dziką wściekłością kobiecy głos zdołał jakoś przebić się przez ryk sztormu. Esko nie zdążył się nawet odwrócić, bo ona znalazła się przy nim w ułamku sekundy, a jej wściekłe, zaciśnięte w pięści dłonie odnalazły jego twarz i żołądek jeszcze szybciej. Od ciosu w szczękę zadzwoniło mu w uszach, a chwilę potem zgiął się w pół, podświadomie wiedząc, że to nie koniec. – Ty pieprzony łotrze! – usłyszał jeszcze, zanim spadł na niego grad bezlitosnych kobiecych ciosów. – Draniu! Ty fanatyczny świrze!

Kiedy dwóch ludzi z oddziału Esko chwyciło ją pod ramiona i unieruchomiło jej ręce, usiłowała jeszcze kopać, ale zamiast tego wierzgnęła tylko nogami w powietrzu. Jeden z trzymających ją mężczyzn zatkał jej usta ręką, uniemożliwiając jej artykułowanie dalszych wyzwisk pod adresem dowódcy, a Esko wyprostował się szybko, odruchowo poprawił przemoczone ubranie i uśmiechnął się, leniwie ścierając krew z pękniętej wargi. Unieruchomiona przez jego ludzi napastniczka oddychała ciężko, w jej żółtawo-zielonych oczach, zdradzających półdzikie pochodzenie, płonął gniew.

– Miło cię znowu widzieć, Arriso – powiedział spokojnie.

Jej raczej miło nie było.

Zasłaniający kobiecie usta żołnierz zawył nagle z bólu i odskoczył, wciskając dłoń między własne kolana. Drugi wzmocnił uścisk, ale uderzony uwolnionym łokciem Arrisy w żołądek, zgiął się w pół, jak wcześniej Esko i puścił ją. Esko cofnął się szybko.

– Tam jest mój mąż, skurwysynu! – wrzasnęła Arrisa, znowu rzucając się na niego, prawdopodobnie z zamiarem rozorania mu twarzy paznokciami, a w przeciwieństwie do większości kobiet, ona naprawdę miała takie możliwości.

Nie zdążyła.

Pokonani przez nią mężczyźni zaatakowali ponownie i tym razem pochwycili ją na tyle skutecznie, że na oswobodzenie się nie miała najmniejszych szans. Zanim zdążyła krzyknąć, klęczała już w błocie, z rękami wykręconymi do tyłu i karkiem pochylonym jak przed katowskim pieńkiem. Esko westchnął cicho i kucnął, tak by popatrzeć jej w oczy.

– Tam jest wielu dobrych ludzi, nad czym ubolewam – odparł chłodno. Arrisa przestała wyrywać się i walczyć. Zamiast tego wciągnęła głośno wilgotne powietrze do płuc i popatrzyła na niego błagalnie.  

– Pozwól mi go ostrzec – poprosiła. – Tylko jego.

Esko uśmiechnął się łagodnie i delikatnym ruchem odgarnął jej szare, mokre włosy za ucho. A potem pokręcił głową i wstał, a na jego znak kobiecie założono płócienny worek na głowę i zaciśnięto sznurek. Wykręcone do tyłu ręce skrępowano kawałkiem liny okrętowej, a ją samą podźwignięto na nogi, powleczono do doków i rzucono na stos czekających pod słomianym daszkiem na załadunek worków zboża. Dla pewności nogi też jej związano.

– Wybacz, Arriso – powiedział cicho Esko, chociaż stał od niej w takiej odległości, że nie mogła go słyszeć, szczególnie, że zajęta była zaciekłą walką z jego ludźmi. – Nie mogę dziś pozwolić, żebyś mi przeszkodziła.

Westchnął ze smutkiem i zaciskając palce na amulecie zaczekał, aż jego oddział wróci na miejsce. Skinął im głową na znak, że docenia ich starania, a potem spojrzał z pewną nostalgią na smaganą lodowatym wiatrem i sieczoną deszczem portową tawernę.

– Wiecie, co macie robić – powiedział do swoich ludzi, rezygnując z zagrzewającej do boju przemowy. – Za Rashida.

– Za Rashida! – odpowiedział zgodnie oddział. Dwóch z jego podwładnych uniosło gniewnie pięści. Esko uśmiechnął się lekko.  

– Za Proroka, za wolność i za rewolucję! – krzyknął, sam unosząc pięść.

– AYE!

– Na burzowe dni – dodał Esko, kiedy jego ludzie ruszyli w stronę tawerny, by zablokować jej drzwi i uniemożliwić pijącym w środku ludziom ucieczkę.

 

* * *

 

Po całym zajściu kat zażądał trzeciego kufla, a potem odszedł w głąb tawerny, żeby napić się z daleka od reszty gości. Kilka osób odprowadziło go spojrzeniami, ale chwilę później wszyscy stracili zainteresowanie nim i spokojnie wrócili do picia. Nic się nie stało. I tylko obrażony pirat, który nagle stracił całą popularność, którą wcześniej zyskał, siedział sztywno na barowym krześle i ciskał wściekłymi spojrzeniami w ogromną, ponurą postać kata. Gdzieś w jego wnętrzu szalała burza, wściekłość szukała ujścia, ale zamiast dać upust swoim emocjom, topił upokorzenie w kolejnej porcji mocnego rumu.

Szeker nie pamiętał, kiedy ostatni raz czuł się tak źle. Nie raz zdarzało mu się pod wpływem alkoholu wdać z kimś w bójkę i nawet tęgo oberwać w pysk, ale jeszcze nigdy nikt nie potraktował go tak lekceważąco, jak dziś. Nie dość, że wyzwany na pojedynek kat nie tylko nie podniósł rękawicy, ale do tego odwrócił się do niego plecami, to jeszcze w tawernie nie poparł go absolutnie nikt. Ludzie, którzy kwadrans wcześniej chłonęli z zachwytem każde jego słowo, bez chwili zawahania odwrócili się od niego, kiedy liczył na ich wsparcie. Oprócz jego dwóch oficerów, nie bronił go nikt, nawet Kaszlej, którego uwielbienie dla jego osoby nie miało wcześniej granic.

– Długo jeszcze będziesz się tak gapił w ten kufel, Russel? – rzuciła zza baru Mav, przecierając blat mokrą szmatą. Klientela wyraźnie się przerzedziła, kilku pijanych w sztok gości zaległo już pod stołami, kilku innych szarpało się właśnie z drzwiami tawerny, by wytoczyć się z niej wprost w objęcia sztormu. Szeker obrzucił starą barmankę ponurym spojrzeniem spode łba. Ona nie zwracała się do niego per „kapitanie” i raczej nie powinien na to liczyć. Znała go od dzieciaka i przez długie lata wysłuchiwała jego narzekań na ciężką pracę w porcie i planów na podbój świata, kiedy już zdobędzie swój statek. To ona broniła go przed batem kierownika rozładunku, kiedy spóźnił się do pracy albo pracował zbyt wolno. Kryła go, kiedy pierwszy raz pijany leżał na zapleczu i rzygał do wiadra, a jego wściekła matka szukała go po całym porcie. No i to właśnie ona pierwsza usłyszała propozycję zaciągnięcia się do jego załogi, kiedy uzbierał już odpowiednią sumę, by kupić Nędznika i wypłynąć.

– Myślę – burknął Szeker i odwrócił wzrok.

– Ach, no tak – mruknęła Mav, po czym mimochodem zdzieliła szmatą po łapach jakiegoś podejrzanego typa, którego łapy znalazły się cokolwiek za blisko skrzynki, w której trzymała dzienny utarg.

– Długo mnie tu nie było – odezwał się przemytnik, pociągając spory łyk ze swojej szklanki.

– Długo – przyznała Mav. Szeker skrzywił się i znów obejrzał na siedzącego samotnie kata. Co się stało z tymi ludźmi, że spokojnie znosili towarzystwo kogoś, kto trudnił się zabijaniem ich sąsiadów? Co się stało, że ten, który musiał patrzeć na zwisające z latarni morskiej ciała kamratów, nie miał nic przeciwko piciu w towarzystwie tego, który zawiązał dla nich pętle? – Paskudne nastały czasy, Russel – odezwała się po chwili barmanka, odgadując jego myśli. – Niebezpieczne czasy. Za długo cię tu nie było, żebym mogła ci to wyjaśnić, ale dobrze ci radzę, odpłyń stąd, jak tylko sztorm zelżeje. Odpłyń i nie wracaj.  

Szeker pokręcił głową.

– Przecież jestem stąd, Mav – odparł cicho. – Nyr to mój dom.

– Nie – zaprzeczyła twardo Mav. – Błysk Świtu to twój dom, w Nyr jest dla ciebie miejsce tylko na latarni. Dobrze było cię zobaczyć, Russel, ale nie przypływaj tu więcej.

Nie czekała na jego odpowiedź, rozmowa była skończona. Odwróciła się szybko, by za odpowiednią opłatą uzupełnić komuś niedobór trunku w kuflu, a potem wróciła do sprzątania za barem, nie obdarzając już Russela ani jednym spojrzeniem. Kapitan popatrzył smętnie na swoich oficerów, z których jeden, Renshaw nie bez powodu zwany Kanciarzem, pozwolił się wyzwać na pojedynek w kości i właśnie wygrał od jakiegoś nieszczęśnika całkiem przyzwoitą sumę. Teraz przy akompaniamencie niemrawych oklasków i ponurego buczenia zgarniał wygraną ze stołu i przyjmował wyzwania od kolejnych frajerów. Żaden z nich nie zdawał sobie sprawy, że kości pirata są tak wyważone, że niezależnie od tego, jak je rzuci, zawsze wypadnie ta sama wartość. Nikomu nie zazgrzytał nawet fakt, że część rzutów wykonywała za Renshawa rozchichotana jasnowłosa dziewka, zajmująca miejsce na jego kolanie. Byli zbyt pijani, żeby się połapać, a Renshaw Kanciarz zbyt trzeźwy, żeby się zdradzić i tak to leciało, sakiewka za sakiewką. Towarzysz Renshawa, Olin Szajba, łysy drab o imponujących rozmiarów rudej brodzie, łaził pomiędzy przyglądającymi się rozgrywce gośćmi i z wprawą pozbawiał ich kosztowności, których jeszcze nie zdążyli przegrać. Szeker nie pochwalał takiego zachowania i zwykł to okazywać, ale tym razem przymknął na to oko. W końcu nieczęsto bywa się w Nyr, a będzie się bywać jeszcze rzadziej…

– Kaszlej! – rzucił, prostując się na krześle i odwracając się w stronę zajętego strojeniem banjo barda. Poeta podniósł głowę i swoim zwyczajem przebiegł palcami po strunach, marszcząc lekko brwi. Kapitan gestem przywołał go do siebie, a Kaszlej zatoczył się lekko, przytrzymał bezceremonialnie łokcia przepychającej się obok dziewczyny, pozwalając, by jego ręka niby przypadkiem odnalazła na chwilę jej tyłek, a potem podszedł chwiejnie do Szekera. Russel uśmiechnął się krzywo i wskazał bardowi sąsiednie krzesło przy barze. – Polej mu, Mav. Szajba zapłaci – powiedział do barmanki, wskazując brodą swojego oficera. Mav uniosła brwi, przyglądając się krytycznie pijanemu poecie, usiłującemu wdrapać się jakoś na barowe krzesło, ale nie skomentowała tego, tylko wzruszyła ramionami i nalała mu szybko rumu. Bard wyszczerzył z wdzięcznością zęby, rezygnując z siadania i zamiast tego opierając się ciężko o blat. – Pij – rozkazał przemytnik, sugestywnie przesuwając pełny kubek w stronę Kaszleja. – I mów, tylko nie za głośno.

Poeta czknął, wyprostował się i trącił lekko struny.

– O czym… kapitanie? – spytał, w połowie wypowiedzi czkając jeszcze raz. Przy drzwiach dwóch pijaczków zrezygnowało z szarpania się z klamką i obaj zalegli na podłodze. Szeker obejrzał się jeszcze raz na Erna i westchnął cicho.

– Opowieść za opowieść, grajku – wyjaśnił chłodno. – Chcę wiedzieć, co tu się do cholery dzieje.

Kaszlej pokiwał głową, pociągnął głośno nosem, czknął i zaśmiał się głupkowato, jedną ręką sięgając chwiejnie po rum, a drugą ściskając gryf banjo.

– Pali się – wymamrotał i czknął. Przemytnik zmarszczył brwi.

– Co? – spytał, nachylając się w jego stronę, ale zanim bard zdążył powtórzyć, kapitanowi odpowiedział ktoś inny.

– PALI SIĘ!

A potem wybuchło piekło.

Co bardziej trzeźwi goście tawerny zerwali się z miejsc i ruszyli galopem do wyjścia, po drodze przewracając i tratując co bardziej pijanych. Ktoś za Szekerem wrzeszczał, by zachować spokój, ale robił to w sposób tak desperacki i paniczny, że gdyby nie powaga sytuacji, byłoby to śmieszne. Pomimo siekącego deszczu, drewniana tawerna zajmowała się ogniem w przerażającym tempie. Gryzący dym, który wcześniej poczuli tylko nieliczni, a teraz czuli wszyscy, wypełnił przybytek już po dach. Kaszleja, który nie mógł pochwalić się zbyt imponującą posturą, prawie natychmiast porwał walący w panice do drzwi tłum. Zaskoczony poeta wypuścił z rąk swoje banjo, ale zanim zdążył krzyknąć, instrument został już doszczętnie stratowany. Szeker poczuł, jak czyjaś dłoń zaciska mu się na ramieniu, a potem ktoś szarpie go gwałtownie.

– Pizdy dostałeś, kapitanie?! – ryknął Renshaw Kanciarz, przekrzykując wrzaski uwięzionych w płonącej tawernie ludzi. – W nogi, do kurwy!

Jak wybudzony ze snu, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, Russel pozwolił swojemu oficerowi pociągnąć się nie do drzwi, ale do okna, z którym siłował się Olin.

Na widok biegnących w jego stronę kamratów, potrząsnął z rozpaczą głową.

– Zamknięte! – krzyknął, krztusząc się dymem. Na uciekających z hukiem spadła płonąca belka, podtrzymująca dach, a zaraz za nią kawał zajętej ogniem słomy. – Skurwysyny pozamykały wszystkie wyjścia! Usmażymy się tu.

Kolejny kawał dachu spadł wprost pod nogi piratów, odcinając ich od reszty przerażonego tłumu. Kątem oka Szeker dostrzegł, że po ich stronie uwięziony został również Ern, który jednak miał mniej szczęścia niż oni. Kat upadł, płonąca belka przygniotła jego nogi, uniemożliwiając mu wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Z drugiej strony nieszczęśnika blokował jego ogromy topór.

– Topór! – krzyknął przemytnik. Jego towarzysze nie pojęli jego entuzjazmu, ale nie miał czasu im tego wyjaśnić. Jednym susem przeskoczył kupę płonącej słomy i dopadł do kata, który chyba też niewiele z jego poczynań pojmował. – Dawaj to cholerstwo – syknął pirat, szarpiąc się z mocowaniami na plecach Erna. Klnąc cicho kat pomógł mu uwolnić się od oręża, ale jeśli liczył na pomoc przemytnika, musiał się rozczarować. Russel uniósł topór, odwrócił się szybko i ruszył w drugą stronę, rozkopując za sobą kupę słomy.

Nie spodziewał się, że katowska broń waży tak dużo. Kiedy podniósł topór na tyle, by móc cokolwiek nim zrobić, poczuł, jak trzeszczą mu ścięgna w ramionach. Wrzasnął dziko, by choć trochę ulżyć sobie w rwącym bólu i zamachnął się potężnie na okiennicę.

– COFNĄĆ SIĘ! – ryknął, wyrywając obosieczne ostrze z drewnianej ściany. Zamachnął się jeszcze raz, czując, że po policzkach spływają mu pot i łzy. Piekielnego gorąca wewnątrz płonącej tawerny nie łagodził nawet wlewający się przez wyłomy w dachu deszcz.

– Tutaj, ludzie! – wrzasnął Renshaw, waląc całym ciałem w atakowaną przez Szekera ścianę. Oszalały z przerażenia tłum rzucił się w drugą stronę, a ściana ustąpiła w końcu pod katowskim toporem, zawalając się na zewnątrz. Belka łącząca ją z dachem zaskrzypiała niebezpiecznie, z góry zleciał kolejny kawał konstrukcji. Ludzie, potykając się o siebie nawzajem, ruszyli ku wolności, przewracając po drodze swojego uzbrojonego w topór wybawiciela. Russel padł na gorącą podłogę, nie mając nawet siły przetoczyć się na bok. Katowski oręż wypadł mu z rąk, ktoś uciekając kopnął go pod nogi kogoś innego, kto się o niego przewrócił i już nie wstał.

– Kapitanie! – Olin Szajba zdołał złapać Russela za ramiona, a Renshaw jakoś ochronić go przed całkowitym zadeptaniem przez tłum. Jeszcze nigdy deszcz na twarzy i błoto na całej reszcie ciała nie były dla przemytnika taką przyjemnością. Nie dane mu jednak było długo cieszyć się chwilą. Tawerna zatrzeszczała ostrzegawczo, a potem zwaliła się większa część jej dachu, grzebiąc pod sobą wszystkich, którzy niefortunnie znaleźli się bezpośrednio pod nią. W górę poszybował snop iskier, ktoś zaskowyczał z bólu, ktoś inny z rozpaczy.

Szeker zdołał podnieść się z błota i rozejrzeć dookoła. Lewe ramię miał bezwładne, prawdopodobnie wyrwane z barku. Pulsowało tępym bólem. Obok niego Renshaw kaszlał krwią i popiołem, rzężąc cicho, a Olin zdzierał z siebie nadpaloną koszulę, która zdążyła wtopić mu się w skórę na piersi. Kawałek dalej Kaszlej wymiotował, klęcząc w błocie. Inni, nieznani Szekerowi ludzie zdradzali objawy najróżniejszych obrażeń, jedni tylko poparzeni, inni do tego potratowani. Mav nigdzie nie było widać, ale biorąc pod uwagę położenie baru i to, która część dachu się zawaliła, mógł się tylko domyślać, co się stało.

– ERN! – usłyszał gdzieś pośród ogólnej wrzawy. Jakaś kobieta, której z całą pewnością nie było w tawernie podczas pożaru, przepychała się przez tłum poszkodowanych. Ubranie miała przemoczone, a czarne włosy przykleiły jej się do twarzy i karku. – Mój mąż! Mój mąż! Ern!

Erna nie było jednak wśród ocalonych. Został w innej części tawerny, żywy, ale przygnieciony belką i z bardzo małą szansą na pozostanie przy życiu długo. Nieszczęsna żona kata stanęła bezsilnie pośrodku tego obrazu ludzkiej tragedii i zaszlochała bezgłośnie, ukrywając twarz w dłoniach. Jej męża nikt nie widział wśród uciekających. Ocaleńcy kojarzyli jedynie jego topór, a samego kata widział tylko nieżyczliwy mu przemytnik. Russel zacisnął zęby, czując, że robi mu się niedobrze. Zaklął szpetnie, ale zabrzmiało to jakoś cicho i bez przekonania. A potem wstał z trudem i ruszył chwiejnie z powrotem w stronę tawerny.

– Pizdy dostałeś? – wycharczał za nim Renshaw Kanciarz, ale kapitan zignorował go, przechodząc nad zawalonym dachem. Deszcz zdołał już zwalczyć większą część ognia. Teraz reszta drewnianego budynku tliła się tylko niemrawo i dymiła obficie. Szeker minął potężny wyłom w ścianie, przekroczył dymiące resztki dachu i kilka nadpalonych ciał, w tym to należące do jasnowłosej towarzyszki Renshawa. Powstrzymując falę mdłości zdołał wyłuskać katowski topór spomiędzy trupów, po czym złamał drzewce, przytrzymując butem ostrze i ruszył dalej, tam, gdzie spodziewał się znaleźć Erna, używając zabójczej broni jak laski dla starca.

Uwięziony, ale wciąż żywy i przytomny kat przekręcił się nieco, zakasłał i zarzęził, chociaż pirat znalazł go bez problemu i bez tego typu pomocy. Klnąc paskudnie użył reszty topora do odsunięcia na wpół spalonej belki.

– Wstać musisz sam – warknął do kata. – Nie mam siły.

Ern uśmiechnął się słabo i pokręcił głową.

– Nie mogę – mruknął, wskazując z rezygnacją swoją wykręconą pod dziwnym kątem nogę, jeszcze niedawno przygniecioną.

– Musisz – odparł z naciskiem przemytnik. – O ile ci życie miłe. Twoja żona na ciebie czeka, więc przestań się mazać i wstawaj.

Wzmianka o żonie musiała w jakiś sposób dodać poszkodowanemu sił, bo z cichym jękiem zdołał podnieść się na tyle, by oprzeć ciężar ciała na drugiej nodze, złamaną ciągnąc za sobą. Zacisnął zęby, zgrzytając nimi z bólu, a Szeker podał mu zrobioną z topora laskę, z drugiej strony podpierając go o samego siebie.

– Zetknięcie się z katem to zły omen – przypomniał ochryple Ern, a Russel prychnął głośno.

– Nie pierdol, z łaski swojej – syknął, uginając się prawie pod ciężarem kata. Wytoczyli się we dwóch z tawerny i padli bez sił w błoto. Żona kata znalazła się przy mężu niemal w tym samym momencie, w którym ten zwalił się jak kłoda na ziemię. Przez chwilę Szeker patrzył z mieszaniną zazdrości i niesmaku, jak kobieta tuli do piersi i całuje głowę ukochanego, a potem poczołgał się na czworakach z powrotem do swoich kamratów. Olin leżał na ziemi i płakał z bólu, a jego klatka piersiowa była jedną wielką oparzeliną. Renshaw wyglądał lepiej, chociaż twarz miał bladą jak płótno, a wzrok mętny. Patrzył spod zmarszczonych brwi na ustawione obok ściany tawerny beczki, na których obok oznaczających substancję łatwopalną symboli powycinano inne symbole. Pod każdym z nich widniał podpis „na burzowe dni”. Chociaż Szeker nie orientował się szczególnie, co dokładnie dzieje się w Nyr, to nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Sprawcy pożaru dosłownie się podpisali.

– Burzowe dni, niech to syreny porwą – warczał Kanciarz, zaciskając pięści. – W rzyć chędożony prorok i jego jebana armia z południa… Dobrze… dobrze, żeś wyciągnął kata, kapitanie. Chętnie popatrzę, jak ścina skurwysynów.  

– Nie popatrzysz. – Russel pokręcił głową. – Wypływamy. Zaraz.

Ale nie wypłynęli.

 

* * *

 

Wieczorem sztorm przybrał na sile, absolutnie uniemożliwiając Błyskowi Świtu wypłynięcie i zmuszając przemytników do pozostania w Nyr przynajmniej na noc. W porcie zamiast zwykłego rozładunku towarów, trwało wyciąganie trupów spod ruin spalonej tawerny, a w całym mieście polowanie na sprawców pożaru. Ci jednak, chociaż zostawili po sobie wyraźny podpis na beczkach po łatwopalnym alkoholu, najwyraźniej wcale nie chcieli zostać znalezieni. Powłazili w mysie dziury, zniknęli jak dym i tylko druga żona kata, Arrisa, zarzekała się na wszystkie możliwe bóstwa, że winowajcą jest znany rewolucjonista, wichrzyciel i fanatyk, Esko. Oczywiście ani Ern, ani nyrski prokurator Rusłan Norton nie mieli powodu, by wątpić w jej słowa, jednak nazwisko było tylko nazwiskiem, a oni potrzebowali podejrzanego w całości i to najlepiej zakutego w kajdany. Na to jednak nie było co liczyć.

– Jest wyraźny dowód, jest nazwisko… i tylko człowieka nie ma – marudził Norton, bazgrząc lewą ręką kolejny arkusz notatek na temat zdarzenia. Siedzieli w czwórkę w gabinecie prokuratora, razem z obiema żonami Erna. Złamana noga kata została elegancko usztywniona i nie było żadnych powodów, dla których miałby on zostać zwolniony z wykonywania obowiązków. Ani składania zeznań. – Naprawdę nienawidzę takich spraw. Pokaż jeszcze raz to świństwo, Ern.

Kat z ociąganiem wyciągnął z przepastnej kieszeni burzowy amulet i położył go na biurku Rusłana. Ten zmarszczył brwi, przekrzywił głowę i wziął go w dwa palce prawej ręki, lewą próbując przerysować widniejące na nim symbole. Zaklął przy tym bardziej jak marynarz, niż jak urzędnik, po czym podniósł drewienko na rzemyku bliżej do oczu.

– A tobie po co ich amulet, Ern? – rzucił nagle Rusłan. Kat pochwycił wielką dłonią amulet za rzemyk i sprawnym ruchem odebrał go rozmówcy.  

– Mam go od Rashida – stwierdził, wzruszając ramionami. – Tego, którego ścięliśmy dziś rano.  

– Ach – mruknął Norton, kiwając głową. Małe okularki zsunęły mu się nieco z haczykowatego nosa. – Może to ktoś potwierdzić?  

Kat zawahał się przez chwilę, ściskając w dłoni burzowy amulet, znak rozpoznawczy buntowników. Owszem, ktoś mógłby to potwierdzić, gdyby on, głupiec, nie zdecydował inaczej i nie skłamał. Gdyby nie zrobiło mu się żal Rashida, nieszczęsnego szlachcica, nie mogącego uwierzyć w nieuchronność śmierci. Ale skąd miał wtedy wiedzieć, że biedny skazaniec, mający zginąć bardziej za pohańbienie siostry namiestnika niż za udział w buncie, ma kumpli o morderczych zapędach, którzy zechcą się mścić nawet nie na przedstawicielach władzy, ale na własnych sąsiadach?

– Nie – powiedział krótko Ern, po czym cisnął burzowy amulet do kominka. Siedząca obok niego Lora, niezmiennie uczepiona jego ramienia odkąd Russel Szeker wyciągnął go z pożaru wprost w jej objęcia, wzdrygnęła się nieznacznie, kiedy amulet zajął się ogniem. Rusłan oderwał wzrok od swoich notatek i uniósł brwi.

– Nie? – powtórzył z niepokojem.  

– Nie – potwierdził kat i wstał z trudem, a jego żony natychmiast rzuciły mu się z pomocą. – Ale chyba nie podejrzewasz mnie o kolaborację z buntownikami, co? Może jeszcze sam zleciłem podpalenie tawerny, w której siedziałem? Co, Rusłan?

Norton uśmiechnął się nerwowo, a jego blade policzki pokrył nikły rumieniec.

– Wybacz, Ern – wymamrotał bez przekonania. – Musiałem spytać.

– Wybaczam – rzucił Ern, po czym skinął prokuratorowi głową i z pomocą żon pokuśtykał w stronę wyjścia. – Znajdź ich, Rusłan – rzucił, będąc już w drzwiach. – Chcę, żeby Esko odpowiedział za śmierć Mav. I za to, co spotkało Arrisę. Nienawidzę tej roboty, ale przysięgam ci na macki Morskiej Wiedźmy, że jego zetnę z rozkoszą.  

Drzwi zamknęły się za nimi, skrzypiąc ponuro, ale Ern usłyszał jeszcze, jak prokurator wzdycha ze zgrozą. Znał kata odkąd ten zaczął pracę w Nyr i o tym, że Ern nienawidzi tej roboty słyszał po kilkanaście razy w miesiącu, ale o tym, że miałby on ściąć kogoś z rozkoszą usłyszał po raz pierwszy. Może i sam chętnie zobaczyłby Esko na szafocie, szczególnie, że tym razem miejscowy rewolucjonista przeszedł samego siebie, ale raczej nie podobała mu się wizja kata, dla którego egzekucja miałaby się stać aktem osobistej zemsty. Przecież właśnie dlatego Ern nadawał się do tej roboty, że nie był mściwy! Kat uśmiechnął się krzywo sam do siebie i pokręcił głową.

– Może nie powinienem tego mówić – mruknął bez przekonania, oglądając się odruchowo na zamknięte drzwi. Żadna z jego żon nie skomentowała tego. Szły po obu jego stronach, pozwalając mu wspierać się o siebie i milczały. Mogły go dzisiaj stracić. – Co za koszmarny dzień – rzucił z rezygnacją Ern i spróbował przyspieszyć kroku, ale niewiele mu z tego wyszło. Zacisnął zęby z bólu i więcej nie próbował.  

– Nie mogę uwierzyć, że Mav… – zaczęła Lora, ale nie dokończyła, bo głos jej się załamał. Pociągnęła głośno nosem, a Ern objął ją niezgrabnie i pogładził lekko po drobnym ramieniu. On też nie mógł uwierzyć. Arrisa potrząsnęła głową i wycedziła coś w ojczystym języku, którego nie rozumieli ani jej mąż, ani jego pierwsza żona, ale oboje bezbłędnie domyślali się, że nie było to nic miłego.

– Powinnam była go zabić – zawarczała, zaciskając pięści. – Miałam tysiące okazji…

– To nie twoja wina, Arriso! – zaprotestowała natychmiast Lora. W pewnym sensie czuła się zawsze odpowiedzialna za drugą żonę Erna. Nie tylko kochała ją jak młodszą siostrę, ale oprócz tego starała się być jej hamulcem, w razie gdyby półdzika natura Arrisy zbytnio dawała o sobie znać.  

– Zostaw zabijanie go mnie – dodał spokojnie Ern.

– A jeśli Norton go nie dorwie?! – wybuchnęła Arrisa, zatrzymując się gwałtownie i zmuszając do tego samego oboje swoich towarzyszy. – Jeśli nie będzie dowodów, żeby go skazać?! Skurwysyn wywinął się już cztery razy…

Nie zważając na ból i swoją chwilową niestabilność, Ern objął mocno żonę i przycisnął do siebie, całując w czubek głowy, a potem zmuszając delikatnie, by popatrzyła mu w oczy. Czuł, jak pod skórą drżą jej mięśnie. Widział jak zaciska szczęki, by nie zawyć z bezsilności. Wszystko w niej krzyczało, a mimo to walczyła sama ze sobą, żeby jakoś nad tym zapanować.

– Wtedy sam go dopadnę – obiecał cicho, czując jak uzbrojone w ostre paznokcie dłonie zaciskają się bez jej woli na jego nadgarstkach. – Po stokroć lepiej dla niego, żeby jednak znalazł go Norton.

Arrisa nie wyglądała na przekonaną, ale nie odpowiedziała, a zamiast tego po raz chyba setny poprosiła, by jej wybaczył, że nie zdołała go ostrzec. Pokręcił głową i zapewnił ją, że naprawdę nie ma czego jej wybaczać. Po raz chyba sto pierwszy.

– Będę potrzebował nowego topora – odezwał się Ern, kiedy wydostali się już z zajmowanej przez sąd i prokuraturę twierdzy z powrotem w szpony nawałnicy. Deszcz zelżał nieco, ale za to wiatr się wzmógł. – Wspomniałybyście o tym naczelnikowi?

– A ty? – Lora zmarszczyła z niepokojem brwi, zerkając znacząco na jego złamaną nogę. Uśmiechnął się pod nosem i stuknął w bruk drzewcem topora, które teraz służyło mu za laskę.  

– Poradzę sobie – zapewnił ją. – Mam do załatwienia jedną sprawę w porcie.

Chcąc udowodnić, że sobie poradzi, wsparł się na prowizorycznej lasce i puścił jej ramię. Zawahała się chwilę, ale skinęła powoli głową i zapewniła go, że dopilnuje, aby jeszcze w tym tygodniu wykonano dla niego topór.

– I banjo – dodał szybko, nagle przypominając sobie jeszcze o czymś.

– Banjo? – powtórzyła Arrisa, przekrzywiając lekko głowę. Kat uśmiechnął się, niemalże wesoło. 

– Nie dla mnie, dla poety – wyjaśnił szybko, a potem odwrócił się i pokuśtykał w stronę portu, klnąc z bólu na razie bezgłośnie, żeby nie niepokoić żon.  

 

* * *

 

W porcie akcja wydobywania ludzi spod gruzów tawerny powoli dobiegała końca. Obok dopalającego się budynku i częściowo na jego zgaszonych już zgliszczach rozpięto prowizoryczny namiot z płótna żaglowego i teraz w pocie czoła znoszono tam rannych. Zabitych kładziono na podstawionych w tym celu wozach. W akcję włączyły się ochoczo załogi stojących w Nyr statków, a przynajmniej te ich części, które nie były zajęte pracą na wachtach, uczestniczyli strażnicy miejscy, co mniej poszkodowani ocaleńcy, żony co bardziej poszkodowanych i miejscowa służba medyczna. Z namiotu dobiegały żałosne wycia i skowyty rannych oraz siarczyste klątwy usiłujących im pomóc medyków. I tylko Kaszlej, pijany bard, nie robił nic konkretnego, z góry wzięty za zbyt słabego do pracy fizycznej i zbyt rozhisteryzowanego do pomocy przy rannych.

Pijany bard, który od przeżytej traumy w trymiga wytrzeźwiał, siedział więc na porzuconej gdzieś w porcie, równie bezużytecznej jak on sam skrzyni po śledziach i patrzył na to wszystko, a w jego głowie prawie bez jego woli układała się barwna opowieść o wydarzeniach tego dnia. Opowieść, o której wiedział, że jeśli ją odpowiednio ubierze w słowa, zdobędzie serca czytelników i słuchaczy na wszystkich dworach, od Lazueru, przez Ashall i Kosir aż do samych Wolnych Miast. Tyle że to nie on był tej opowieści bohaterem. Wśród wszystkich, którzy przeżyli pożar tawerny oraz tych, których w czasie pożaru w tawernie w ogóle nie było, znów brylował Russel Szeker, tym razem już nie jako pirat i przemytnik, ale jako wybawiciel, który z narażeniem własnego życia raz po raz wbiegał między płonące ściany tawerny, by powyciągać z niej co zacniejszych gości, uwięzionych pod gruzami. Oczywiście Szeker wyciągnął z tawerny tylko miejskiego kata i to w czasie, kiedy pożar już dogasał, a więc z narażeniem życia dość minimalnym, ale to w niczym nie przeszkadzało. Już teraz co drugi ocaleniec opowiadał każdemu kto chciał lub musiał słuchać, jak to Russel na własnych plecach wyniósł go z pożaru. Za rok nie będzie w Nyr absolutnie nikogo, kogo by Szeker z pożaru nie wyniósł, niezależnie od tego, czy wszyscy ci wyniesieni byli wówczas w tawernie. Czy w mieście nawet.

Kaszlej westchnął ciężko, patrząc ze smutkiem na resztki tawerny i na sławę, w jaką obrósł wyklęty przemytnik i jakiej on, bezużyteczny pijany poeta nigdy nie zaznał. Tak samo bezużyteczna skrzynia po śledziach śmierdziała w najlepsze śledziem właśnie i beztrosko gniotła go w bezużyteczną poetycką dupę, a z namiotu dla rannych dochodziły wrzaski, skowyty i przekleństwa. I coś jeszcze.

Bard podniósł raptownie głowę i zmarszczył brwi. Z namiotu dochodził śpiew, ale nie taki zwykły śpiew. Głos był wysoki i dźwięczny, ale nie sposób było określić, czy śpiewa mężczyzna, czy kobieta. Pieśń nie zawierała słów, tylko same dźwięki i brzmiała głośniej, niż ktokolwiek byłby w stanie śpiewać. I hipnotyzowała.

– Oho – wyrwał go z zasłuchania znajomy, nieco irytujący głos przemytnika. – Łuska wziął się do roboty.

Pirat usiadł obok Kaszleja na skrzyni i zanim ten zdążył zareagować, położył mu na kolanach parę kawałków zmasakrowanego, nadpalonego drewna. Poeta zachłysnął się wdychanym powietrzem, nagle przestając słyszeć dochodzącą z namiotu pieśń, a do oczu napłynęły mu łzy. Zamrugał gwałtownie, chcąc je ukryć, ale na niewiele się to zdało. Jego ukochane, stare banjo służyło mu wiernie przez ostatnie dziewięć lat i nigdy go nie zawiodło, choć ostatnio coraz częściej potrzebowało strojenia. A teraz leżało na jego kolanach, stratowane i zniszczone, nieprzypominające już nawet instrumentu.

– Chyba nie będzie się dało naprawić – mruknął kapitan, a w jego głosie wybrzmiało coś na kształt współczucia. Szczerego nawet. – Ale pomyślałem, że może… no. Wiesz, statkom urządza się pogrzeby… – wyjaśnił pokrętnie, ale poeta zrozumiał. Pokiwał głową, starł szybko łzy i pociągnął nosem. – Nie dąsaj się na mnie, poeto.

Kaszlej machnął niedbale ręką.

– Nie dąsam się – stwierdził, tylko w połowie zgodnie z prawdą. – Pasuje ci rola herosa, chociaż nie zorientowałbyś się o pożarze zanim nie zapaliłyby ci się portki – dodał gorzko. Pirat parsknął pod nosem.

– Może i prawda – przyznał z ociąganiem, patrząc na gromadzących się bliżej namiotu ludzi. Dziwna, hipnotyzująca pieśń znowu zabrzmiała głośniej.

– Dziękuję za banjo – odezwał się po chwili bard, a kapitan kiwnął tylko głową. – Co tam się dzieje, u licha?

– Gusła – wyjaśnił krótko przemytnik. – Widać Łuska zabrał się za to na poważnie. Chcesz popatrzeć? Jak nic nadaje się na wiersz, czy co tam jeszcze innego.

– Balladę, na przykład – podpowiedział Kaszlej, a Szeker zgodził się z nim, że może być i ballada. Poeta domyślał się, że podobnie jak on nie wyczuwa subtelnej różnicy między pełnym bajdewindem a ostrym półwiatrem, dla pirata wiersz, ballada, poemat, epos czy sonet, to w zasadzie jeden czort. – Oczywiście, że chcę. Czy to ten Łuska, który wyciągnął cię z topieli po zatonięciu Nędznika?

Russel nie odpowiedział, bo właściwie nie musiał. Łuskę znali wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z załogą Szekera lub przynajmniej opowieściami o niej, bo też pirat jak nikt zwracał na siebie uwagę. Przypominający bardziej wodnika niż człowieka wynik gwałtownego romansu syreny i marynarza, lub też, według innych legend, gwałtu dokonanego na córce rybaka przez trytona, wyprzedzał reputacją nawet samego kapitana.

– Nazywamy go Łuska, bo nie za bardzo da się wymówić jego prawdziwe imię – powiedział Szeker. – Widziałeś go kiedyś? Ostrzegam, że jest… specyficzny, powiedzmy.

– Nie widziałem – przyznał Kaszlej, wślizgując się za kapitanem do namiotu.

A patrzeć było na co. Wodnik miał ponad dwa metry wzrostu, w związku z czym górował nad każdym w namiocie. Do pasa był nagi, ja jego plecy rzeczywiście pokrywały łuski. Od czoła przez całą głowę i plecy ciągnęła się postrzępiona płetwa grzbietowa, ginąc gdzieś pod garderobą, a dłonie stwora były wyposażone w błony pomiędzy palcami. Stał spokojnie z przymkniętymi oczami, unosząc dłonie nad leżącymi na wyścielonej czym popadło podłodze rannymi i… śpiewał. A właściwie nie śpiewał, lecz wydawał z siebie ten świdrujący, melodyjny dźwięk. Ranni rzucali się na posłaniach, rzęzili i wyli.

– Zamknąć się, do cholery! – warknął nagle wodnik, ostrym i szorstkim głosem, zupełnie nie przystającym do tego, którym śpiewał. – Bo nie zadziała. Nie mamy na to tygodnia.

Leżący najbliżej niego nieszczęśnik otworzył oczy i zapewnił go gorliwie, że już na pewno się zamknie. Klęcząca nad nim młoda dziewczyna w ubabranym krwią stroju, zdecydowanie zbyt młoda na lekarkę przytrzymała kojąco jego głowę i powtórzyła zapewnienie. Łuska skinął głową i ponownie uniósł ręce. Niewielkie rozcięcia na jego szyi, które prawdopodobnie były jego skrzelami, zafalowały lekko, kiedy brał oddech.

– Co on robi? – syknął Kaszlej, nachylając się blisko kapitana, by nie przeszkodzić w gusłach. Russel skrzywił się nieznacznie i zrobił taki ruch, jakby chciał splunąć przez ramię, ale zrezygnował, bo musiałby wtedy opluć barda.

– Lepiej nie wiedzieć – rzucił, machając ręką. – Czary – dodał, najwyraźniej dosyć mocno żałując, że nie ma gdzie splunąć. – To dobry gość, ale ma parę przerażających umiejętności…  

– Przecież pomaga – zdziwił się Kaszlej. Szeker pokiwał głową, ale nie skomentował, a poeta również nie dopominał się o odpowiedź, bo zajęty był przyglądaniem się, jak z pomocą dwóch medyków ranny, chwilę temu niezdolny się podnieść, wstaje i pozwala się odprowadzić na bok. – Jasna dupa… – wymamrotał z zachwytem. – Widziałeś?

– Jakieś pięćset razy – stwierdził niedbale Russel, ale bard właściwie go nie słuchał.  

– Słyszałem o tym, że umie leczyć śpiewem, ale nie wierzyłem – mruczał, bardziej do siebie niż do pirata. – W ten sposób ciebie uratował, prawda? Wtedy, jak cię wyciągnął…A potem zażądał w zamian, byś nauczył go mówić, czytać i pisać. Wszystko po to, by zrobić wrażenie na ludzkiej szlachciance, w której się zakochał… Jeśli wierzyć legendzie.

Przemytnik parsknął cicho.

– Jeśli wierzyć legendzie – powtórzył z rozbawieniem. – Tak naprawdę chciał nauczyć się mówić po naszemu, bo u swoich kamratów, syren i trytonów, miał po całości przesrane. Czytać trochę umie, pisać dalej nie. A sprawa z lady Miraise z Ashallportu miała miejsce ze trzy lata później i rozbiła się o to, że dama bardziej niż czy da się go chędożyć chciała sprawdzić, czy da się go zjeść.  

Kaszlej wzdrygnął się mimowolnie, a przed oczami stanął mu obraz słynącej z urody i delikatności lady Miraise, oblizującej się ze smakiem na widok tak dorodnego owocu morza. Wcale się nie dziwił, że taki obrót spraw nieco ostudził zapał wodnika.

– Ale mówić go nauczyłeś… – bąknął z lekkim rozczarowaniem w głosie. W tym momencie Łuska ponownie przerwał śpiew, by zakląć naprawdę ohydnie na widok obrażeń kolejnego podprowadzonego do niego człowieka.

– Dobra, wynosić się stąd – powiedział ostro, rozglądając się z irytacją wokół siebie. – Wypieprzać stąd, do chuja, wszyscy poza rannymi i medykami! W pierdolonych podskokach, wszyscy, powiedziałem, każdy jeden sukinsyn, który nie jest lekarzem i umie chodzić!

– Rzeczywiście – skomentował Szeker. – Chociaż dworska poezja to to nie jest. Chodźmy stąd, Kaszlej. Przeszkadzamy.

 

* * *

 

Kat czekał przy zajmowanej wcześniej przez Kaszleja skrzyni po śledziach, wsparty o drzewce topora, jak starzec o laskę i patrzył spokojnie, jak poganiani przez medyków gapie wysypują się z namiotu. Na jego widok Russel Szeker, idący w towarzystwie przywróconego do łask poety, zawahał się chwilę i zwolnił kroku. Ern skrzywił się lekko i przeklinając cicho ruszył mu na spotkanie. Od kurczowego trzymania się prowizorycznej laski bolało go już całe ramię. Szeker zatrzymał się nieufnie jakieś dwa metry od kata, a Kaszlej jeszcze dalej, jakoś tak mimowolnie chowając się za plecami przemytnika.

– Nie powinieneś raczej leżeć? – rzucił Russel, patrząc z powątpiewaniem na usztywnioną fachowo nogę Erna, na której ten starał się praktycznie w ogóle nie stawać, cały ciężar ciała przenosząc na zdrową nogę i laskę.  

– Nic mi nie będzie – zapewnił go kat, uśmiechając się wymuszenie, żeby zatuszować grymas bólu. – Nie miałem jeszcze okazji podziękować.  

– Przyjąłem podziękowanie – burknął chłodno pirat. – Nie miałem zamiaru urazić twojej żony – dodał po chwili zastanowienia. Ern zmarszczył brwi.

– Co?

Szeker przewrócił oczami i machnął ze zniecierpliwieniem ręką.  

– Wtedy w tawernie – przypomniał mu znudzonym tonem. – Powiedziałem, że pozbawianie ludzi głów to twój fach, a nie twojej żony. Nie zamierzałem jej obrazić i przepraszam za te słowa – wyartykułował, chociaż trochę go to kosztowało. W pewnym sensie robił to dla Mav. Wiedział, że gdyby ją o to zapytał, odpowiedziałaby, że powinien przeprosić kata za swoją bezczelność. Tyle że Mav nie zdążyła się już na ten temat wypowiedzieć. Kat skinął głową i milczał dłuższą chwilę.  

– I ja powinienem przeprosić – powiedział w końcu, nie patrząc na Szekera, tylko w niebo. Ulewa się skończyła, teraz tylko co jakiś czas coś siąpnęło z nieba. Wiatr pędził po niebie szare chmury, a wszystko wskazywało na to, że ma duże szanse do świtu przepędzić je całkowicie. – Nie przyjąłem twojego wyzwania. Nie żeby cię urazić, bynajmniej, po prostu jako cesarski kat i tak nie mam prawa udzielić ci satysfakcji.  

Russel uśmiechnął się krzywo pod nosem.

– Nie jestem szlachcicem, Ern – stwierdził obojętnie, wzruszając ramionami. – Siądźże sobie, do cholery, bo patrzeć nie mogę na tę twoją minę – dodał z irytacją. Za nim Kaszlej z trudem powstrzymał ciche parsknięcie, ale Szeker udał, że nic nie słyszał. Ern obejrzał się na skrzynię po śledziach, po czym skorzystał z niej z wyraźną ulgą. Raczej nieszczególnie przeszkadzał mu w tej sytuacji zapach śledzia na spodniach.

– Gdybyś był szlachcicem, wiedziałbyś, że nie warto mnie wyzywać – mruknął, opierając swoją laskę obok siebie o skrzynię. Russel chcąc nie chcąc musiał przyznać mu rację. O tym, kto może, a kto nie może się pojedynkować, przemytnik nie miał bladego pojęcia, bo też jakoś nigdy nie czuł potrzeby się tego dowiadywać. Szlachcice potrafili rozsiec się szablami za byle co, ale była to zawsze demonstracja ich honoru. Piraci lali się po gębach równie często i też za byle co, ale było to zawsze tylko lanie po gębach.  

– W każdym razie nie ma za co przepraszać – rzucił niechętnie przemytnik, a potem zawahał się przez moment i przysiadł się do kata. Poecie nie trzeba było się wiele namyślać, zanim również skorzystał z pozostałego wolnego miejsca na skrzyni. Przez długą chwilę wszyscy trzej milczeli. Russel mimowolnie wbił wzrok w oddaloną nieco od miasta latarnię morską, ale czuł nieco mniejszy gniew, niż kiedy tu przypłynął. Paskudne nastały czasy. Paskudne i niebezpieczne. Dotychczas nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo był w błędzie, jeśli myślał, że sytuację w Nyr można uznać za czarno-białą i klarowną. Kat najwyraźniej musiał pochwycić jego spojrzenie, bo westchnął ciężko i odezwał się powoli:

– Ty tam raczej nie trafisz.

– Co? – przemytnik zamrugał szybko i odwrócił się w stronę kata. Ern powtórzył spokojnie, że istnieje bardzo mała szansa, żeby Szeker kiedykolwiek zawisł na latarni. Russel zmarszczył brwi i powtórzył niepewnie to, co wcześniej powiedziała mu Mav. Dla niego i takich jak on miejsce w Nyr jest tylko na latarni. Kat uśmiechnął się ponuro.

– Może – przyznał z ociąganiem. – Ale to było przed pożarem.

– Nie bardzo rozumiem – warknął Russel. Milczący bard obrzucił ich obu wystraszonym spojrzeniem, ale w dalszym ciągu nie wypowiedział ani słowa. Ern podrapał się w brew, zastanawiając się wyraźnie nad odpowiedzią.  

– Van Rathe bardzo nie lubi piratów, to fakt – odezwał się z namysłem, odwracając wzrok od latarni. – Ale za to przepada za szlachetnymi czynami, szczególnie tymi bezinteresownymi, podyktowanymi honorem, a nie zyskiem.

Kaszlej odwrócił się szybko w stronę Szekera i Erna, przygryzając w zamyśleniu wargę. Russel uniósł brew, patrząc bez zrozumienia to na jednego, to na drugiego.

– Kupi to – powiedział nagle bard, uśmiechając się szeroko. – Kupi na pewno. Już teraz chodzą plotki, że wyciągnąłeś z pożaru nie tylko Erna, ale w sumie połowę ludzi, kapitanie. Wystarczy to tylko odpowiednio ubrać w słowa, a van Rathe oszaleje dla tej historii… Historii o kacie i przemytniku, idealnej na takie paskudne dni, jak ten.

– I poecie, nie zapominaj – uśmiechnął się pod nosem kat. Kaszlej zawahał się, po czym skinął głową.

– Tak, o poecie też – powiedział szybko. – Wystarczy to tylko odpowiednio napisać… Nie ukrywam, że przydałoby się jeszcze, żebyście panowie załatwili sprawców pożaru, ale…

Kat uciszył go krótkim ruchem ręki.

– Dobra, dobra, Kaszlej – rzucił. – Nie zapędzaj się tak.

Poeta wzruszył ramionami i przyznał niechętnie, że samosąd rzeczywiście może zostać źle odebrany. Szeker słuchał ich obu z rosnącym zdumieniem. Faktycznie długo go tu nie było. Poprzedni van Rathe, ojciec obecnego namiestnika, który rzekomo oszalał i nie był zdolny do dalszego sprawowania władzy, nie był ani aż tak skory do skazywania ludzi na śmierć na podstawie poszlak i podejrzeń, ale również dużo mniej podatny na plotki i manipulacje. Z tego, czego zdążył się już nasłuchać wnioskował, że młodszy Rathe jest chwiejny jak chorągiewka i nigdy nie wiadomo, kogo spodoba mu się ułaskawić, a kogo wysłać na szafot. Paskudne nastały czasy, doprawdy paskudne.  

– Jak to dobrze rozegramy, nikt w Nyr nie odważy się ciebie ścigać, Szeker – odezwał się po chwili Ern. – Byle tylko opowieść była dobra.

– Będzie, będzie! – zapewnił gorliwie Kaszlej, zrywając się z miejsca. Przycisnął palce obu dłoni do czoła, przymknął oczy, a potem przeszedł się kilka razy w kółko wokół skrzyni po śledziach. – Będziesz bohaterem, kapitanie. Prawie mam już początek…

Russel Szeker mimowolnie parsknął śmiechem, chociaż wesoło nie było mu ani trochę. Kat podniósł się powoli, wspierając się na swojej lasce i wyjaśniając zdawkowo, że chyba na niego czas. Przemytnik wstał również i wyciągnął do niego dłoń. Ern uśmiechnął się krzywo i uścisnął jego prawicę.

– Będzie się przejaśniać – mruknął, zerkając w niebo. – Pomyślnych wiatrów, kapitanie.

Szeker kiwnął głową, ale milczał.

Czego niby miał życzyć katu?

 

 

 

Koniec

Komentarze

Zacząłem czytać i jest naprawdę ciekawie i całkiem nieźle warsztatowo od początku. Co rzuciło się w oczy od pierwszych akapitów, to częste powtórzenia. Przykłady:

 

Zdecydowanie nie miał ochoty tu stać, ale nie miał wyjścia.

– Idą! – zawołał półgłosem ten drugi. Miał może dwadzieścia lat(…)

(…) od tamtej pory każdy przejaw troski odbierał jako wypominanie mu tamtej sytuacji.

​Obszerniejszy komentarz po zakończeniu dosyć długiej lektury.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jak pisze Maras, powtorzenia istotnie rzucają się w oczy. Do tego zaimkoza, przede wszystkim "swój, jego, jej" i tym podobne. Niekoniecznie trzeba podkreślać, że ktoś pociągnął łyk ze swojego kufla. Widzę też, że uwielbiasz piętrowo złożone zdania i w zasadzie nie jest to złe, bo w pewien sposób określa styl, który jakiś już masz. Ale czasami zdania owe wymykają się spod kontroli i brzmią może nie tyle niegramatycznie, co niezręcznie. Najlepiej widoczne jest to w dynamicznej scenie pożaru karczmy. Jeśli później znajdę chwilę (cholerna praca :-)) to wyszukam i podam konkretne przykłady. Interpunkcyjni puryści też znalezliby powody do utyskiwań. 

Ale sama historia ciekawa, i choć stanowi jeno wstęp do jakiejś większej sprawy, nie odczuwa sie niedosytu. Ciekawe postacie i ich relacje, ciekawie zarysowany świat, przy pomocy obrazowych, ale nie przegadanych opisów. Gdyby nie potknięcia na niektórych, co bardziej skomplikowanych zdaniach, mógłbym powiedzieć, że i styl ciekawy, charakteryzujący się pewną lekkością i, bo ja wiem… swadą, mimo iż treść wcale do humorystycznych nie należy.

Podsumowując – rzecz potrzebuje redakcji technicznej (o przypadkowych enterach, dzielących niepotrzebnie niektóre akapity wspominałem?), zapewne również przemyślenia i przekonstruowania niektórych zdań. Ale ogólne wrażenia więcej, niż pozytywne. Świetny wstęp do dłuższej historii, którą, przyznaję, poznałbym chętnie. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Niespieszna opowieść, ale ciekawa. Bardzo ładnie pokazujesz bohaterów. I fajne jest to, że nic nie jest czarno-białe, a na samym końcu kat i przemytnik mogą usiąść obok siebie i pogadać.

Trochę gorzej, że fantastyka zdaje się zepchnięta do dekoracji – gdyby nie czary Łuski, opowiadanie niewiele by się zmieniło, a ranni – skoro już przeżyli pierwsze kilka godzin – jakoś by się sami wylizali, może przy pomocy zwykłych medyków. No, ale tak to często bywa z odpryskami historii, że nie w każdej opowieści czarownik ma coś konkretnego do zrobienia.

Ogólnie na plus i podobało mi się.

i zaśpiewał na jednym wdechu:

Na pewno śpiewał na wdechu?

Babska logika rządzi!

Trafiłam do pewnego portowego miasta i jestem zdumiona, jak wiele się tu wydarzyło w ciągu zaledwie jednego dnia.

Nie ukrywam, że obawiałam się, czy tekst wyjęty z większego świata będzie czytelny i zrozumiały, ale okazało się, że niepotrzebnie, bo choć w opowiadaniu splata się kilka wątków, historia jest przedstawiona w sposób jasny i zajmujący, a opisane wydarzenia i uczestniczący w nich bohaterowie całkiem interesujący. Szkoda tylko, że fantastyka pojawiła się w ilości tak niewielkiej, wręcz śladowej.

Wykonanie, o czym już wspomnieli wcześniej komentujący, pozostawia wiele do życzenia.

 

Miał może dwa­dzie­ścia lat, pod nosem dzie­wi­czy wąsik… –> Dziewiczy wąsik brzmi dość osobliwie.

 

ko­la­na drża­ły mu z zimna i cie­kło mu z nosa. Po­wi­nien iść do domu i się wy­grzać, ale gdyby ktoś mu to po­wie­dział… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

deski sza­fo­tu za­skrzy­pia­ły ję­kli­wie, ob­cią­żo­ne cię­ża­rem czte­rech do­dat­ko­wych osób. –> Brzmi to fatalnie.

 

a potem wy­stą­pił na przód, by od­czy­tać akt oskar­że­nia i wyrok. –> …a potem wy­stą­pił naprzód, by od­czy­tać akt oskar­że­nia i wyrok.

 

Nosił dłu­gie włosy za­ple­cio­ne w po­czwór­ny war­kocz, które teraz przy­kle­iły mu się do karku. –> Skoro warkocz był jeden, to: …który teraz przy­kle­ił mu się do karku.

 

Ukrył amu­let w głę­bo­ko w kie­sze­ni spodni… –> Literówka.

 

Obej­rzał się za­łza­wio­ny­mi ocza­mi na kata… –> Czy na pewno obejrzał się na kata oczami?

 

– Tylko chwi­la – po­wtó­rzył, jakby się mo­dlił. Jego zęby dzwo­ni­ły o sie­bie gło­śno, kiedy kładł głowę z po­wro­tem na pień­ku, po­wta­rza­jąc jak w go­rącz­ce… –> Powtórzenie.

 

– Przy­naj­mniej wsta­nie­my – kat wzru­szył po­tęż­ny­mi ra­mio­na­mi… –> – Przy­naj­mniej wsta­nie­my.Kat wzru­szył po­tęż­ny­mi ra­mio­na­mi

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

po­wtó­rzył na­czel­nik, krę­cąc głową i z re­zy­gna­cją wy­krę­ca­jąc wodę z rę­ka­wów czar­ne­go stro­ju. –> Powtórzenie.

 

Był dość ni­skim, krę­pym męż­czy­zną około czter­dziest­ki, na­le­żą­cym do tego ro­dza­ju męż­czyzn, któ­rzy nigdy nie do­ra­sta­ją. –> Powtórzenie.

 

Kasz­lej szarp­nął dra­ma­tycz­nie za stru­ny… –> Kasz­lej szarp­nął dra­ma­tycz­nie stru­ny

 

Bard skrzy­wił się i wska­zał gry­fem banjo na no­we­go go­ścia, w któ­rym nagle utkwi­ły spoj­rze­nia więk­szo­ści po­zo­sta­łych w barze. –> Raczej: Bard skrzy­wił się i gry­fem banjo wska­zał no­we­go go­ścia, w któ­rym nagle utkwi­ła spoj­rze­nia więk­szo­ść po­zo­sta­łych w barze.

 

cho­ciaż prze­myt­nik by­naj­mniej nie na­le­żał do wagi ko­gu­ciej. –> Czy można należeć do wagi?

 

Nie mi­nę­ło nawet dzie­sięć se­kund zanim wy­chy­lił go dusz­kiem… –> Nim mi­nę­ło dzie­sięć se­kund, wy­chy­lił go dusz­kiem… Lub: Nie mi­nę­ło nawet dzie­sięć se­kund, a wy­chy­lił go dusz­kiem

 

Do ta­wer­ny stop­nio­wo wra­cał zwy­kły gwar, ale już nie ten, jaki pa­no­wał pod­czas opo­wie­ści Rus­se­la. Lu­dzie wró­ci­li do roz­mów… –> Powtórzenie.

 

Rus­sel za to wydał z sie­bie wście­kły okrzyk

i szarp­nął Erna za przód czar­ne­go stro­ju. –> Zbędny enter.

 

Jego dwóch ofi­ce­rów pod­nio­sło się z miejsc

i po­de­szło bli­żej. –> Jak wyżej.

 

Z portu do­cho­dzi­ły wrza­ski wy­sta­wio­nych na wach­ty ma­ry­na­rzy, de­spe­rac­ko pra­cu­ją­cych cu­ma­mi w rytm sza­le­ją­cej na­wał­ni­cy. –> Co to znaczy pracować cumami?

 

Sam prze­cież jesz­cze nie tak dawno pod­upa­dał na wie­rze i wąt­pił… –> Można podupadać np. na zdrowiu, ale nie na wierze.

 

Oto nad­cho­dzi ko­niec świa­ta, na któ­re­go gru­zach Pro­rok zbu­du­je zu­peł­nie nowy świat. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

akcja wy­pa­la­nia ze­psu­cia z mia­sta, które mieli przy­go­to­wać Pro­ro­ko­wi, po­le­ga­ją­ca na spa­le­niu por­to­wej ta­wer­ny… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Esko nie zdą­żył się nawet od­wró­cić, bo ona zna­la­zła się przy nim

w ułam­ku se­kun­dy… –> Zbędny enter.

 

a jej wście­kłe, za­ci­śnię­te w pię­ści dło­nie… –> Czy na pewno dłonie były wściekłe?

 

Trzy­ma­ją­cy ko­bie­tę za usta żoł­nierz zawył nagle z bólu… –> Można komuś zasłonić usta dłonią, można przycisnąć dłoń do ust, ale nie wydaje mi się, aby można kogoś trzymać za usta.

 

Drugi wzmoc­nił uścisk, ale ude­rzo­ny uwol­nio­nym łok­ciem Ar­ri­sy

w żo­łą­dek… –> Zbędny enter.

 

Wy­krę­co­ne do tyłu ręce skrę­po­wa­no so­lid­nym ka­wał­kiem liny okrę­to­wej… –> Obawiam się, że lina okrętowa jest zbyt gruba, by nadawała się do krępowania rąk.

 

kiedy uzbie­rał już od­po­wied­nią sumę, by kupić Nędz­ni­ka

i wy­pły­nąć. –> Zbędny enter.

 

zdzie­li­ła szma­tą po ła­pach ja­kie­goś po­dej­rza­ne­go typa, któ­re­go łapy zna­la­zły się… –> Powtórzenie.

 

Kasz­lej za­to­czył się lekko, przy­trzy­mał się bez­ce­re­mo­nial­nie łok­cia prze­py­cha­ją­cej się obok dziew­czy­ny… –> Objaw siękozy.

 

po­czuł, jak trzesz­czą mu ścię­gna w ra­mio­nach. –> Czy ścięgna trzeszczą?

 

z po­wro­tem w stro­nę ta­wer­ny. – Pizdy do­sta­łeś? – wy­char­czał za nim Ren­shaw Kan­ciarz, ale ka­pi­tan zi­gno­ro­wał go, prze­cho­dząc nad za­wa­lo­nym da­chem ta­wer­ny. Kon­struk­cja nadal gro­zi­ła za­wa­le­niem, ale deszcz zdo­łał już zwal­czyć więk­szą część ognia. Teraz resz­ta ta­wer­ny tliła się… –> Powtórzenia.

 

Drzwi za­mknę­ły się za nim, skrzy­piąc po­nu­ro, ale zanim to się stało… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– A jeśli Nor­ton go nie do­rwie?! – wy­bu­chła Ar­ri­sa… –> – A jeśli Nor­ton go nie do­rwie?! – wy­bu­chłnęła Ar­ri­sa

 

Ern objął mocno żonę i przy­ci­snął do sie­bie, ca­łu­jąc w czu­bek głowy, a potem zmu­sza­jąc de­li­kat­nie, by po­pa­trzy­ła mu w oczy. Czuł, jak pod skórą drżą jej mię­śnie. Wi­dział jak za­ci­ska szczę­ki, by nie zawyć z bez­sil­no­ści. Wszyst­ko w niej krzy­cza­ło, a mimo to wal­czy­ła sama ze sobą, żeby jakoś nad sobą za­pa­no­wać. – Wtedy sam go do­pad­nę – obie­cał cicho, czu­jąc jak jej uzbro­jo­ne w ostre pa­znok­cie dło­nie za­ci­ska­ją się bez jej woli na jego nad­garst­kach. – Po sto­kroć le­piej dla niego, żeby jed­nak zna­lazł go Nor­ton. –> Przykład nadmiaru zaimków i powtórzeń.

 

nie zo­rien­to­wał­byś się o po­ża­rze… –> Można zorientować się w czymś, ale chyba nie o czymś.

 

po­wie­dział za­miast od­po­wie­dzi Sze­ker. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a van Rathe osza­le­je za tą hi­sto­rią. –> Raczej: …a van Rathe oszaleje dla tej hi­sto­rii. Lub: …a van Rathe będzie sza­lał za tą hi­sto­rią.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dzięki wielkie za poprawki, zaraz się za to zabieram ;) W paru miejscach muszę się jednak bronić… określenie “dziewiczy wąsik” to w sumie frazeologizm i oznacza pierwszy wąs u chłopaka, albo chociaż taki, który wygląda na pierwszy.

Dalej, “praca cumami” to jedno z zadań na wachcie w porcie. Wachty w portach wystawia się na wodach pływowych praktycznie zawsze, w portach otwartych na morze w sytuacjach sztormowych i na redach, ale nie jestem pewna, czy zawsze, czy tylko przy sztormie. Marynarze pracowali cumami, czyli w miarę podnoszenia się i opadania poziomu wody wybierali lub luzowali cumy. Na pływach zachodzi ryzyko “zawiśnięcia” jednostki na cumach przy odpływie, natomiast w sytuacji sztormowej chodzi bardziej o uniknięcie zerwania się cum. 

Co do grubości liny okrętowej, zależy jaka lina. Może to być cuma na Darze Młodzieży, która ma grubość męskiego nadgarstka i może to być kontraszot na slupie albo keczu (grubość może małego palca). 

Ścięgna raczej dosłownie nie trzeszczą, w każdym razie nie tak, żeby ich właściciel mógł to usłyszeć, ale tu nie miałam na myśli, że dosłownie trzeszczą. Chciałam tylko podkreślić, że podnoszenie i wymachiwanie katowskim toporem jest zdecydowanie ponad siły przypadkowego gościa. Bo Szeker jako żeglarz krzepę w łapach ma na pewno, ale bardziej do wybierania lin, a nie do podnoszenia sztangi (czy też topora).

 

Na pewno śpiewał na wdechu?

Tak się to określa. Podczas samego śpiewania stopniowo pozbywasz się powietrza i nie dobierasz nowego, a kolejny oddech bierzesz dopiero w przerwie (np. między wersami), więc raczej nie możesz zacząć śpiewać bez wdechu. 

 

Dziękuję wam wszystkim za uwagi i czekam na następne, a póki co lecę poprawiać to, o czym wspomnieliście ;)

Aha. Bo ja to wszystko dosłownie interpretuję. Niby można wydawać dźwięki na wdechu, ale to mi się wydaje jakoś mało ekonomiczne.

Babska logika rządzi!

Bardzo się cieszę, Alucardyno, że uznałaś uwagi za przydatne. ;D

 

Wiem, że co dziewicze, to świeżutkie i nietknięte. Ale nic nie poradzę, że wyobraźnia podsunęła mi widok powabnego, skromnego, młodziutkiego dziewczęcia z puchem delikatnego zarostu, sypiącego się nad górną wargą. ;)

 

W sprawie cum zadałam tylko pytanie, jako że nie znam się na pracy marynarzy. Dziękuję, teraz jestem mądrzejsza. ;)

 

Domyślam się, że liny używane na statku mogą mieś różną grubość, ale cóż, termin lina okrętowa kojarzy mi się z grubymi i solidnymi, zdecydowanie grubszymi od tych, których używa się np. do wspinaczki.

Choć tak po prawdzie, to z tego co piszesz o kontraszocie – że to linka grubości małego palca (zakładam, że męskiego) – wydaje mi się, że do sznurków raczej nie należy. Ponieważ jednak nie mam żadnego doświadczenia w pętaniu komuś rąk, nie będę drążyć tematu. ;)

 

Rozumiem uczucie trzeszczenie ścięgien. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetna historia, ale jak już wspomniano – szkoda, że ze otwartym zakończeniem.

Tekst wymaga obróbki, bo trafiały się dziwne i niezręczne sformułowania (jak “siwiejąca powoli broda”), nadmiarowe zaimki, przecinki oraz lekko przekombinowane zdania, jeśli chodzi o narrację.

Nie jestem też pewien sceny z ucieczką z płonącej karczmy. Co w końcu rozwalał kapitan? Okiennicę – to możliwe i szybkie do wykonania, framugę – to już bardziej skomplikowane, bo potrzeba kilku ciosów ale wykonalne, czy ścianę – jak taką z belek, to tak szybko by im nie poszło. Jesli ściany były z desek, to nie potrzeba topora aby kilku ludzi wywaliło przejście. Jak dla mnie, to najsłabszy fragment.

Ogólnie jestem zadowolony z lektury i dam klika do biblioteki. Na zachętę. :)

Z.

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Nie jestem ekspertem od śpiewania, więc zapytałam eksperta. Dowiedziałam się, że rzeczywiście mówi się, że ktoś zaśpiewał coś “na jednym wdechu”, a im więcej na tym wdechu zaśpiewał, tym lepiej. Generalnie często chodzi właśnie o to, żeby jak najwięcej na tym wdechu “wyciągnąć” (nie wiem, co i skąd, to słowa eksperta). Czy to ekonomiczne – nie wiem. Chyba rzeczywiście nie ;)

Błędy poprawiłam w miarę chyba wszystkie, pozbyłam się zbędnych enterów i “siękozy” (to jest tak genialne określenie, że pewnie zacznę go nagminnie używać). Jeszcze raz dziękuję wszystkim za poprawki ;) Jakby ktoś miał czas i ochotę wskazać mi jeszcze błędy z przecinkami, byłabym zobowiązana. Walczę z tym, ale one lubią sobie spadać gdzie popadnie i uparcie tkwić tam, gdzie ich nikt nie chce…

Zalth, to chyba była okiennica i futryna, ale rzeczywiście w tekście jest też, że oni rozwalili ścianę i teraz… teraz to już sama nie wiem, co ja chciałam. Ten tekst ma za sobą prawie rok leżakowania i nie do końca jestem w stanie dokładnie odtworzyć swój tok myślenia wtedy. Ale popracuję nad tym, żeby było wiadomo już, o co chodzi ;) Dzięki za opinię i za klika. Tobie również, Finklo, bo z wrażenia zapomniałam poprzednim razem.

Cieszę się niezmiernie, że się w miarę opowiadanie podoba, bo publikowanie czegokolwiek strasznie mnie stresuje, nawet jeśli sama jestem do tekstu przekonana. 

Tak przejrzałam kilka fragmentów i przecinkologia wydaje mi się w porządku.

Tu mam wątpliwości:

Nie usłyszał też, że banjo poety wydaje z siebie żałosny jęk zdychającego kota, ani że cała wesołość otaczającego go tłumu znikła nagle, jakby ludziom ktoś odebrał głosy.

Przed pierwszym “ani” nie stawia się przecinka, dopiero przed następnymi. Ale to “że” nieco mi bruździ. Ja bym przecinek wywaliła, ale bez przekonania.

Babska logika rządzi!

Alucardyno, skoro naprawiłaś usterki, mogę już klinąć. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję serdecznie ;)

To znowu ja. Dam klika bo doczytałem. Ale z komentarzem wróce później.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Klika doceniam i dziękuję, czekam na opinię ;)

Esz, wcięło mi poprzedni komentarz :P Napiszę więc nowy.

Spodobała mi się bardzo fabuła oraz bohater-kat. Ogólnie cała historia zostawiła świetne wrażenie. Jasne, niekiedy trafiły się dłużyzny, ale nie spowalniały dla mnie wszystkiego na tyle, bym zaczął się nudzić.

Ale najlepsze jest dla mnie światotworzenie. Cała otoczka uniwersum, wiara, strzępy historii to tu, to tam – to naprawdę ciekawe. Jasne, czasem trafi się opis nie w tym miejscu (bo przerywa akcję) albo dłuższy infodump. Ale poza tymi niezręcznościami urzekło mnie ukazane uniwersum i jego detale.

Jedyne co psuje to dobre wrażenie, to wykonanie. Dzięki wskazówkom Reg wyeliminowałaś większość, ale nadal trafiają się kwiatki pokroju:

Za utarg z dzisiejszego dnia mogłaby przez kolejny miesiąc leżeć brzuchem do góry. To był naprawdę paskudny dzień, a ona wprost uwielbiała paskudne dni, kiedy za oknami ciepłej, przytulnej i pachnącej piwem tawerny szalała nawałnica, zniechęcając do wypłynięcia nawet największych twardzieli. W takie dni Pijany Szkuner pękał w szwach niezależnie od pory.

Nawet jeśli jest to zamierzone – to brzmi to dosyć nieciekawie.

Tekst definitywnie zasługuje na klika do biblioteki, a gdyby nie wykonanie – nawet coś więcej. Ale jeszcze musisz, Autorko, dokręcić szczegóły techniczne. Chwytaj więc przydatne w tym celu linki z tej strony:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia w dalszym tworzeniu!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dziękuję serdecznie za uznanie ;) Bardzo się cieszę, że podoba się uniwersum, bo planuję umieścić w nim całkiem sporo takich małych historyjek i jedną całkiem dużą ;) 

Dzięki za linki do poradników, na pewno skorzystam ;) 

Swoją drogą, z pierwszym tekstem tutaj trafiłam do biblioteki, więc, mimo błędów technicznych, chyba jest całkiem dobrze… Cieszę się w każdym razie jak głupia, dzięki jeszcze raz za wszystkie kliki i wszystkie porady ;)

Nowa Fantastyka