- Opowiadanie: Sam Peckinpah - Magia i miecz

Magia i miecz

Moje drugie w życiu opowiadanie. Chętnie poznam Wasze opinie zanim pokażę bratu :) 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Magia i miecz

Gdzie ja jestem? Boże, gdzie ja jestem?

Staram się uspokoić oddech, chociaż serce wali mi jak oszalały młot. Wdech, wydech, wdech, wydech. Cicho. Byle nie sapać. On nie może mnie usłyszeć. Zaraz, on? A może ono? Co to było do cholery?! Na pewno nie człowiek. To nie mógł być człowiek! W pokoju jest ciemno. Bardzo. Przez wąskie szczeliny sączy się blade światło. Jest go tyle, że mogę dostrzec, że jestem chyba w jakiejś podręcznej zbrojowni. Po lewej stoją jakieś zamknięte skrzynie. Nie mam pojęcia co w nich jest. Na przeciwległej ścianie, przysłonięte mgłą cienia, wiszą wielkie bojowe topory. To chyba raczej trofeum. Żaden człowiek nie jest w stanie machać takim żelastwem. A na pewno nie dałby rady machać nim wystarczająco długo. Chyba, że… Nie, odpędzam tę myśl. Przecież obok widzę dwa stojaki na miecze. Razem będzie tu z tuzin ostrzy. Zwyczajnie. Ludzkie. Podobne do tego, na którym poci się teraz moja dłoń.

Kroki. Słyszę wolne, miarowe kroki. Nadchodzi. Przełykam cicho ślinę. A przynajmniej wydaje mi się, że przełykam bo w moich ustach jest sucho jak na pustyni. Idzie. Słyszę jak stąpa ciężko okutymi stopami po kamiennej posadzce. Stuk, puk, stuk, puk. Coraz bliżej i bliżej. Wydaję mi się, że serce zaraz wyskoczy ze mnie i w podskokach schowa się gdzieś za jedną ze skrzyń. Swoją drogą musiałby być to zabawny widok. Ta absurdalna myśl dodaje mi trochę otuchy. Ściskam mocniej twardą rękojeść miecza. Kroki są już naprawdę blisko. Wstrzymuję oddech. Odgłos kroków zmienia się nagle. Oddalają się! Wypuszczam cicho powietrze. Czyżby on/ono poszło dalej? Ręka ściskająca miecz drży z emocji. Zupełnie tego nie kontroluję. Drżenie ręki powoduje, że sztych delikatnie przesuwa się po kamieniu. Przesunięcie nie większe od milimetra. Niby nic, ale je słychać. Ledwo. Choć w moich uszach brzmi to jak uderzenie gromu. Kroki zatrzymują się nagle. O nie! To coś za drzwiami musiało też usłyszeć. Jakaś niewidzialna siła zaczyna szarpać klamkę. Mocno, co raz mocniej. Zamknięte. Od wewnątrz. Nikt tu nie wejdzie, chyba że siłą. Coś przywiera całym swym cielskiem do drzwi. Niczym płaszczka do dna. Nasłuchuje. Słyszę ostre pociągnięcia nosem. Niucha. Powinienem się odsunąć od drzwi, tylko jak to zrobić bezszelestnie? Dlaczego nie stanąłem głębiej tylko oparłem się o te cholerne drzwi? Cholerne, dziurawe drzwi. Cisza. Krok. Drugi. Czyżby odchodził? Nagle całym moim ciałem wstrząsa potężna siła. To drzwi stawiły opór silnemu uderzeniu i przekazały część siły dalej. Na mnie. Czyli już wie. W panice wbiegam głębiej. W głowie kotłuje się tylko jedna myśl. Muszę się przygotować. Muszę się jakoś przygotować. Bo inaczej zginę. Tu i teraz. W jakiejś ciemnej norze. Drzwi trzeszczą, przyjmując na siebie kolejne uderzenia. Ktoś lub coś szaleńczo wali w drzwi. I to całym swoim ciałem, niczym żywym taranem. Teraz jestem już niemal pewien, że to nie może być człowiek. Przecież każde takie uderzenie musi kosztować mnóstwo sił. Nawet zwierzę kieruje się jakimś rachunkiem energetycznym i nie rzuca się ryzykując, że prędzej padnie niż osiągnie sukces. A te uderzenia są takie uporczywie systematyczne. I bezmyślne. Tylko niższe organizmy są zdolne do takiej zajadłości i poświęcenia. Albo szaleńcy.

Drzwi trzeszczą coraz bardziej. Widzę w ciemności jak podskakują w zardzewiałych zawiasach przy każdym uderzeniu. Jeszcze minuta, dwie i będzie po wszystkim. Mogę przecież spróbować przesunąć skrzynię. Mogę? Pewnie. Gdyby nie to, że paraliżuje mnie strach. Tak bardzo, że nie mogę się ruszyć. Tkwię jak ten słup soli, otoczony śmiercionośnym żelastwem, w oczekiwaniu na nieuniknione. Kolejna szarża. Wydaje mi się, że słyszę niemal płacz zawiasów. To na pewno ich ostatnie tchnienia. Zaraz wyskoczą ze ściany. Jedyna bariera oddzielająca mnie od tego czegoś runie. I będę tylko ja i mój miecz. Dość! Basta! Przejeżdżam dłonią po kolczudze, sunę przez misternie zakute metalowe krążki, jakby upewniając się, że mój skromny pancerz jest na miejscu. Jeśli mam zginąć, zginę w walce, a nie na kolanach. Wchodź wreszcie! Czekam na ciebie! Krzyczę w stronę napastnika czającego się za drzwiami. Mój organizm pomaga mi jak może. Miliony hormonów pobudzają mnie, wpadam w euforię. W tym samym momencie drzwi wyskakują z zawiasów z przeraźliwym jękiem i padają z hukiem, kilka centymetrów przede mną. Oślepia mnie światło, agresywnie wdarło się do środka. Razem z powiewem chłodnego powietrza wpada do pomieszczenia odrzucający odór. Mimowolnie daję krok do tyłu. Spoglądam przed siebie. Widzę olbrzymią ciemną plamę. Po chwili, trwającej nie dłużej niż mrugnięcie okiem, zaczynam dostrzegać szczegóły. Przerażające szczegóły. O Matko! Czym jesteś! Widzę przed sobą olbrzyma. Jest większy ode mnie o jakieś dwie głowy. Ma na sobie czarną, bojową zbroję z grubych stalowych płyt. Na głowie ma hełm o kształcie ptasiego dzioba. Hełm ma rogi. Widzę, że zbroja jest osobliwa. Wiem, że to w tej chwili głupie, ale próbuję dostrzec na niej jakiekolwiek detale. Zdobienia, herb, cokolwiek co pozwoli mi zidentyfikować napastnika. Nic. Tylko czerń. Ta czerń też jest dziwna. Zamiast odbijać światło mam wrażenie, że ona je… pochłania. Czy to możliwe? Co to za stal? Pokaż swoją twarz, piękny kawalerze! – rzucam siląc się na drwinę. Mało przekonująco, zwarzywszy, że mój głos jest bardziej rozedrgany niż fale na wzburzonym morzu. Napastnik zarechotał gdzieś w głębi pancerza. Ale poskutkowało. Jedną ręką powoli rozpina sprzączkę po czym zsuwa hełm i rzuca mi pod nogi. Nie mogę uwierzyć własnym oczom! Od razu żałuje swoich wcześniejszych słów. Wolałbym tego nigdy nie zobaczyć. Głowa napastnika jest całkowicie zdeformowana. Nos nie przypomina nosa, jest raczej dziurą przedzieloną wąską przegrodą. Skóra szara, ziemista. Brakuje jej zupełnie rumieńca tak charakterystycznego dla każdego człowieka. O tym, że gdzieś pod nią tętni życie informują grube, nabrzmiałe żyły pulsujące pod jej powierzchnią. Uszy są lekko spiczaste i obwisłe. Przypominają trochę uszy zwierzęce. Ale na pewno nie ludzkie. Najgorsze są jednak te oczy. Wąskie, głęboko osadzone, spozierają z nienawiścią z czarnych oczodołów. Są szaleńczo przekrwione.

Nie wierzę. Jak to możliwe? Jesteś orkiem! – krzyczę do niego. On otwiera gębę ukazując garnitur żółtych, ostro zakończonych zębów. Wyglądają jak sztylety, gotowe do zadania śmiertelnego uderzenia. To chyba jego uśmiech. Szyderczy. Zaraz zmyję go z tej gęby, myślę. Rzucam się do wariackiego ataku. Przez chwilę widzę swoją szansę. Ten paskudny ork nie spodziewa się w ogóle mojego uderzenia. Mój miecz szybuje wysoko. Dosięga jego głowy. Czuję, że natrafiam na delikatny opór. Miecz opada z impetem, odbijając się po drodze od czarnego pancerza. Ork zatacza się trzymając się za głowę. Słyszę jak wyje. Czuję na twarzy ciepłą, gęstą krew. Powinienem iść za ciosem ale sukces, którego sam się nie spodziewałem powoduje, że staję w miejscu. Obserwuję, jak ork wytacza się na korytarz i błyskawicznie odzyskuje zimną krew. Ruszam wreszcie z kolejną szarżą ale ork jest tym razem lepiej przygotowany i bez trudu paruje moje uderzenie. Nie dając mi wytchnąć natychmiast przechodzi do ofensywy. Jeden cios, drugi, trzeci. Teraz ja się bronię szaleńczo blokując ciężkie uderzenia miecza, czuję, że trzeszczą wszystkie moje kości i dźwięczą mi zęby. Cofam się i uginam pod naporem. Jest cholernie szybki. Pomiędzy ciosami mieczem, zupełnie nieoczekiwanie, otrzymuję potężnego kopniaka z wyprostowanej nogi. Niczym wyrzucony z katapulty lecę na ścianę obwieszoną toporami, jeden z nich opada z brzękiem obok mnie omal nie odcinając mi nogi. Prawą ręką szukam, nie patrząc, miecza, który wypadł mi z dłoni. Jest, leży obok mnie. I ja też leżę. Ork podchodzi bliżej. Rechocze. Jego prawe ucho nieładnie krwawi. Chwila. On już nie ma prawego ucha. Mój mały sukces. Ale to chyba już koniec. Przynajmniej umrę z godnością. W walce. Z niezasikanymi portkami. Olbrzymia postać orka całkowicie przysłania mi światło. Ciemność. Ciemność za mną, ciemność przede mną. I ja zaraz będę ciemnością. Obiecuję sobie w duchu, że tu jeszcze wrócę. I jako duch będę prześladował swojego oprawcę. Tylko czy orki boją się duchów?

Pamiętaj, czego cię uczyłam. Nie jesteś bezbronny. Masz w sobie moc. Wykorzystaj ją. Wykorzystaj ją teraz! – jakiś ciepły, kobiecy głos przemawia wewnątrz mojej głowy. Ja znam ten głos! Gdzieś obok orka rozbłyskuje delikatna poświata. Widzę piękną, smukłą twarz. Uśmiecha się do mnie. To ona. Głos w mojej głowie. Pamiętam ją. Tak. Ona mnie tu doprowadziła.

– Użyj zaklęcia. Tak jak Cię uczyłam. Nie bój się. Masz to w sobie. Wiesz przecież! – szept w mojej głowie mnie ponagla. Puszczam rękojeść miecza i mimowolnie zaczynam poruszać palcami powtarzając cicho mantrę, którą nagle odnalazłem gdzieś w najdalszych zakamarkach umysłu. Czuję, jakbym lepił i ugniatał palcami coś na kształt kulki chleba. Przez opuszki dociera do mnie zniewalające ciepło. Coś ciepłego rośnie mi w dłoni, chociaż wiem, że nic tam nie ma. Ork wciąż obrzydliwie rechocze, jest już tuż nade mną. Unosi do góry swój długi, lśniący miecz o trójkątnym ostrzu, przygotowując się do zadania ostatniego ciosu. Udaję, że go nie widzę. Skupiam się na mojej mantrze. Powtarzam szybko, wciąż i wciąż, te same słowa. Niewidzialna kula rozpycha me palce. Jest już bardzo gorąca. Miecz orka wisi w powietrzu. Widzę jak jego ramiona zaczynają szybko opadać, sztych z olbrzymią prędkością mknie w kierunku mojej klatki piersiowej. Teraz albo nigdy! Wypycham przed siebie prawą dłoń, rzucając niewidzialną kulą przed siebie. Czuje jak gorąco natychmiast opuszcza me palce. Sztych jest już bardzo nisko. Kilka centymetrów dzieli mnie od śmierci. Na szczęście dla mnie, tym razem śmierć nie pokona tej drogi. Ulepiona przeze mnie kula rzuca orkiem, wypychając go na korytarz. W tym samym momencie ork staje w płomieniach. Z gardła wydobywa się przeraźliwy kwik, jakby całe stado świń zarzynane było tępym nożem. Albo jakbym stanął u wrót piekieł i nasłuchiwał męczenników. Ale to już nie moje zmartwienie. Jestem wolny. I mam moc. Wielką moc. Teraz to czuję. Mogę iść dalej. Korytarz jest długi i rozświetlony ciepłym światłem łuczyw. Wiem, że muszę iść w lewo. Nie tylko dlatego, że z prawej dobiega mnie stukot ciężkich butów wojskowych. To pewnie koledzy tej żywej pochodni, która właśnie dogasa nieopodal. Muszę iść w lewo bo po prostu wiem. Na końcu korytarza czekają na mnie marmurowe schody prowadzące w dół. Wiją się w nieskończoność, niczym niekończąca się spirala. Mój szaleńczy bieg kończy się w jakimś wąskim i długim pomieszczeniu, z rzędem wielu takich samych, jakoś dziwnie poskręcanych kolumn. Chwileczkę, chwileczkę, przecież to nie wszystko. Przechodzę przez kolumnadę. I jestem w wielkim hallu. Gdzieś wysoko dostrzegam żebrowe sklepienie zamykające budowlę. Poniżej widzę wysokie, wąskie okna. Lecz zamiast zwykłych szyb wstawione są w nich wymyślne witraże, przepuszczające mdłe światło o odcieniu czerwonym. Odcień świeżej krwi. Każdy witraż przedstawia inną scenę mąk. Na każdym uśmiercani są ludzie, za każdym razem inaczej, dziwniej, straszniej. Przyglądam się baczniej. Nie widzę dokładnie, ale wydaje mi się, że wszyscy ci ludzie mają tę samą twarz. Jakby znajomą. Przebiega mnie zimny dreszcz. Cóż to za okropne miejsce. Spoglądam na podłogę. W centralnym miejscu, z kamieni innego koloru ułożony jest olbrzymi symbol słońca. Podświadomie czuję jednak, że nie chodzi tu wcale o dobrego boga słońce, patrona płodności i urodzaju. Środek tarczy słonecznej stanowi wielki okrągły jasny kamień, wystający ponad powierzchnię podłogi. Jest niesamowicie gładki, jakby wypolerowany jakimś magicznym narzędziem. Jego powierzchnia jest delikatnie ponacinana, z góry może to wyglądać jak jakiś misterny wzór. Wzór nie przypominający niczego co znam. Czyżby? Widywałem coś takiego na polach. Kanały irygacyjne… na kamieniu? Co niby miałyby odprowadzać? I zaraz ściska mnie w dołku na samą myśl. To pewnie jakiś kamień ofiarny. Grube rzemienie przymocowane w kilku miejscach, zapewne zakładane na ręce i nogi, utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Spoglądam głębiej. Na końcu hallu widzę trzy wyjścia. Wszystkie tej samej wielkości. Wydają się daleko, bardzo daleko. Drewniane drzwi wydają się masywne. I zamknięte. Gdzieś w sobie czuję, że będzie naprawdę ciężko je sforsować. Ale przecież mam w sobie moc. Jeśli będzie trzeba ulepię z niej jeszcze jedną kulę ognia. Albo coś innego, co pozwoli mi się wydostać. Biegnę. Nagle środkowe drzwi uchylają się. Najpierw lekko, potem szerzej. Widzę jasną poświatę bijącą od wejścia. I jakiś ruch. To ona! Moja towarzyszka. Głos w mojej głowie, który przestawił zwrotnicę, przypomniał mi o mocy. Delikatna smukła dłoń macha do mnie. Jestem coraz bliżej. Czuję jak narasta we mnie radość rychłego spotkania. Mijam, nie patrząc, kamień ofiarny, staram się nie zerkać na witraże i na ściany, które, teraz to mimochodem zauważyłem, pokryte są jakby łuską. Krok za krokiem, metr po metrze, jestem coraz bliżej wyjścia. Widzę już wyraźnie jej piękną spokojną twarz. Dostrzegam coś na jej twarzy. Grymas? Nie, ona uśmiecha się do mnie. Odwzajemniam się. Wyszczerzam zęby w szerokim uśmiechu, łapiąc przy okazji hausty powietrza. Przyznaję, jestem już nieźle wyczerpany. Jeszcze kilka metrów i będziemy mogli się dotknąć. Wyciąga do mnie ręce chcąc mnie złapać w biegu. Niespodziewanie dobiega do mnie jakiś dźwięk. Staję jak wryty. Co to może być? Dźwięk powtarza się, nasila. To nie jakiś dźwięk, to dźwięk konkretny. To jęki udręczonego człowieka. Na chwilę zapominam o wyjściu, odwracam się, patrzę za siebie. Nie może być! Na kamieniu ofiarnym leży nagi człowiek wijąc się w konwulsjach. Jęczy, stęka i coś powtarza. Moje imię. Skąd je zna? Skąd tu się u licha wziął? Jestem pewien, że na kamieniu nikogo wcześniej nie widziałem. Stoję, niepewny. Nie widzę żadnych orków, nie słyszę ich kroków. Muszą być daleko. Wrócić? – Zostaw. – słyszę. – Uciekajmy! Uciekajmy stąd. To trwa już wystarczająco długo! – słyszę w mojej głowie błagalny, kobiecy głos. I jęki. I moje imię, powtarzane wciąż i wciąż. Podejmuję decyzję. Pomogę temu nieszczęśnikowi. To nie zajmie wiele czasu. Przecież nie zostawię go tak po prostu. Wracam do kamienia ofiarnego. Widzę młodego, nagiego mężczyznę. Musi cierpieć straszne męki, choć nie widzę żadnych ran. A jednak, kanały irygacyjne, jak je nazwałem, są wypełnione krwią. Skąd ona się wydobywa? Nie mam czasu na zastanawianie się. Wskakuje na kamień i rozwiązuję rzemienie. Głos w mojej głowie jest coraz bardziej rozpaczliwy –Zostaw. Wróć do mnie! Jeszcze nie jest za późno! To trwa już wystarczająco długo! – macham głową aby choć trochę zagłuszyć ten głos, bezskutecznie. Przyznam, że nawet mnie to trochę irytuje. – Sam zdecyduję kiedy stąd wyjdziemy – burczę pod nosem walcząc z rzemieniami. W końcu udało się, nagi cierpiętnik jest wolny. Pomagam mu wstać. Teraz dopiero widzę skąd ta krew. Ma dziurę w głowie. Ale żyje. – chodźmy! – krzyczę do niego ciągnąc go za rękę w stronę wyjścia. – Poczekaj! – odpowiada. Co znowu, myślę sobie i odwracam się do niego. Ta twarz. Taka znajoma. Przecież to jest człowiek z witraży! Przebiega mnie zimny dreszcz, czuję jak serce podnosi mi się w przełyku, nogi drętwieją odmawiając posłuszeństwa, jakbym ugrzązł gęstej smole, ręce są wiązane niewidzialnymi powrozami. Nie mogę w to uwierzyć, choć to prawda. Ten człowiek z witraży, ten człowiek przede mną… to ja! Ale jak, jak to możliwe? – Uciekaj! – kobiecy głos w mojej głowie już nie przemawia łagodnie, zamienił się we wrzask rozpaczy. Chciałbym uciec. Ale nie mogę. Coś mnie trzyma w miejscu. A ten drugi ja w tym samym czasie zmienia się. Jego skóra napina się by po chwili zacząć pękać. Człowiek przede mną dosłownie rozpada się na kawałki, a pod jego tkanką powstaje coś nowego. Coś okropnego. Wygląda to tak, jakby w tym człowieku ukryty był drugi człowiek. Nie, to nie człowiek. To bestia! Widzę jak potężne szpony prostują się, szyja wyciąga z zastraszającym tempie, windując w górę podłużny obrzydliwy łeb wypełniony białymi kłami wielkości przeciętnego człowieka. Gdzieś z tyłu ażurowe skrzydła rozpościerają się wypełniając bez mała prawie całą szerokość hallu. Jestem przerażony i urzeczony za razem. Noga mimowolnie zgina się i padam przed tą nieokiełznaną siłą. Stoi przede mną olbrzymi smok. Smok, który zaraz mnie pożre.

*****

Doktor Kuźniewski wyłączył program. Odłożył komputer, wstał i ze spokojem odpiął dwie małe elektrody sterczące z głowy leżącego na łóżku młodego człowieka. Chłopak wyglądał jakby spał choć sen wydawał się cokolwiek niespokojny. Świadczyły o tym poruszające się co jakiś czas pod powiekami gałki oczne oraz mimowolne ruchy palców obu dłoni. Rozstawione wokół łóżka monitory wyświetlały różne dane charakteryzujące jego czynności życiowe. Pokój wypełniały ciche dźwięki aparatury medycznej.

Doktor Kuźniewski odłożył elektrody obok komputera, po czym ściągnął okulary pocierając przy tym lekko nos. Był długi czas skupiony więc nie poprawiał okularów i czuł, że już go trochę uwierają.

– Znowu nic, panie doktorze? – wątła kobieta o miękkich rysach twarzy siedząca przy łóżku śpiącego wyglądała na bardzo smutną, choć głos miała ciepły i łagodny.

– No nie powiedziałbym, że to takie nic – odparł pewnie lekarz, chowając okulary do bocznej kieszonki.

– A jednak mój syn się wciąż nie obudził – rzekła kobieta odwracając wzrok na kremową ścianę. Cały czas głaskała rękę śpiącego.

– To nie takie proste. Wie pani. – doktor Kuźniewski zaczął czyścić elektrody i pakować swój komputer do torby.

– Wiem, ale to trwa już tak długo. Obiecywał pan efekty… – urwała nagle, jakby nie chcąc powiedzieć zbyt wiele.

Doktor Kuźniewski westchnął i przysunął mały obrotowy stołek bliżej kobiety. Usiadł na nim i podał jej mały pasek papieru.

– Pani Joanno, proszę spojrzeć na wykres elektroencefalografu. Widzi Pani tę zmianę? O tu – doktor Kuźniewski wskazał palcem konkretne miejsce na karteczce – to aktywność mózgu przed sesją, to w trakcie, a to po sesji. Widzi pani sama, że aktywność nie wróciła do poziomu sprzed sesji. To naprawdę dobry znak. Znak, że jesteśmy na właściwej drodze.

W lewym oku pani Joanny pojawiła się łza.

– To tylko wykres, jakieś kreski, a ja chcę wiedzieć, kiedy mój syn się obudzi. W końcu to miała być rewolucyjna metoda. Może… -zaczerpnęła tchu, bo poczuła, że od tych emocji wszystko wokół na chwilę zawirowało – może powinniśmy zmienić Świat? Może w innym Świecie mój syn znajdzie wreszcie wyjście?

Doktor Kuźniewski chrząknął. Już raz przeprowadził tę rozmowę z panią Joanną poza tym trochę spieszył się do kolejnego pacjenta. Ale nie dał po sobie poznać irytacji. – Oczywiście możemy jeśli pani zechce. Ale to nie da żadnego wymiernego efektu. Wręcz przeciwnie. Widzi Pani, Światy to jak, hmm, pomalowanie tego pokoju. Dziś jest biały, ale możemy go pomalować na jakikolwiek inny kolor. Możemy namalować też olbrzymie strzałki kierujące do wyjścia. – wskazał na przeszklone drzwi, prowadzące na szpitalny korytarz. Nie zmienia to faktu, że żadna farba, żaden kolor, nie spowodują, że Pani podniesie się z tego fotela i wyjdzie przez drzwi. No chyba, że byłaby to wyjątkowo śmierdząca farba. – lekarz wysilił się na uśmiech, który natychmiast zniknął z jego twarzy, bo w oczach pani Joanny dostrzegł, że żart ten w ogóle jej nie śmieszy. – Przepraszam – dodał zmieszany. – ale rozumie pani, o co mi chodzi?

– Tak, wydaję mi się, że rozumiem. Ale po co w takim razie w ogóle malować pokój? Jak to ma pomóc mojemu synowi?

– Żeby to pani zobrazować pociągnę dalej tę metaforę z pokojem i kolorami – doktor Kuźniewski wyciągnął się na stołku. Było mu niewygodnie. Chciał już wstać i rozchodzić zasiedziałe kości. – jaki jest pani ulubiony kolor?

– Mój? Beżowy. A co to ma do rzeczy?

– A chciałaby Pani żyć, spać, w pokoju powiedzmy różowym? Albo czarnym dajmy na to?

– Nie bardzo – Joanna skrzywiła się na samą myśl o sypialni w takich kolorach.

– Więc gdyby pani się znalazła w takim pokoju, pewnie chciałaby pani jak najszybciej z niego wyjść?

– Pewnie tak – przyznała.

– No i o to chodzi w naszej terapii. Staramy się odmalować taki Świat, w którym pacjent musi chcieć wyjść ze swojej strefy komfortu i poszukać wyjścia.

– Brzmi to trochę jak znęcanie się nad człowiekiem – pani Joanna przełknęła z goryczą ślinę na myśl o tym, że jej syn może jeszcze bardziej cierpieć. I to na jej życzenie.

– To nie jest znęcanie – oburzył się doktor Kuźniewski – to rozbudzanie. Pani syn jest od trzech lat w śpiączce. Przed naszą terapią nie wykazywał żadnych oznak poprawy. To pewnie brutalnie zabrzmi, ale czuł się komfortowo w tym stanie. My pobudzamy go do tego, aby wreszcie wziął się do roboty i wrócił do nas.

Pani Joanna słysząc te słowa rozpłakała się. Doktor Kuźniewski nie był zaskoczony. W przytłaczającej większości przypadków rozmowy tak się kończyły. Ze strefy komfortu wyciągał również rodzinę śpiących. Oni także muszą mieć świadomość, że nic samo się nie dzieje. Że tu wszystko nadal zależy od pacjenta. Czy chce wrócić. Czy już jest gotowy.

Lekarz wstał i urwał kilka jednorazowych chusteczek z metalowego podajnika wiszącego na ścianie.

– Niech pani się nie przejmuje. Jesteśmy naprawdę na dobrej drodze. Pani syn walczy, chce wrócić. Obiecuję, że chłopak już niedługo odwzajemni pani uścisk. – otarł delikatnie łzy spływające z jej polików. Wiedział, że nie powinien składać takich obietnic, miał jednak głęboką wiarę w sukces terapii. Uznał przy tym, że to dobry moment, aby się ulotnić.

– Pani Joanno, niestety muszę panią zostawić. Mam kolejnego pacjenta. Rozumie pani, obowiązki.

– Tak, rozumiem. Dziękuję za wszystko. – twarz Joanny była teraz czerwona, a ona sama pociągała zapchanym nosem.

– Drobiazg – doktor Kuźniewski uśmiechnął się łagodnie – ja jestem tylko narzędziem. Niech pani podziękuje synowi, że tak dzielnie walczy.

Joanna tym razem odwzajemniła uśmiech.

– Niech Pani zapisze syna na kolejną sesję. Najwcześniej za miesiąc. Jego mózg musi teraz odpocząć. Prosto mówiąc, chłopak musi sobie na nowo poukładać wszystko w głowie. Spokojnie – dodał widząc rozszerzające się źrenice Joanny wyrażające narastające w niej zdziwienie – to nic strasznego. Z jego głową jest wszystko w porządku. Tylko, jak już powiedziałem, chłopak musi odpocząć po takim pobudzeniu, jakie mu dziś zafundowaliśmy.

Doktor Kuźniewski pożegnał się z panią Joanną. Ruszył korytarzem przed siebie. Ominął wszystkie izolatki aż doszedł do początku korytarza. Wszedł do pokoju socjalnego. Otworzył okno. Pokój natychmiast wypełnił się zimnym, mroźnym powietrzem. Kuźniewski wziął głęboki, orzeźwiający oddech i zaparzył sobie mocną kawę. Otworzył torbę, z którą przyszedł do pracy i zaczął w niej szperać. Pamiętał, że żona spakowała mu drożdżówkę z serem, ale za nic na świecie nie mógł jej znaleźć.

Koniec

Komentarze

OK, jest jakaś koncepcja, nawet ciekawa. Ale prowadzi do niej męczące wprowadzenie. Raz, że to strumień świadomości, dwa, że wygląda na sztampowe fantasy. Trzy – zrób coś z tymi akapiciskami, bo trudno się przez nie przedrzeć.

Wykonanie nie rzuca na kolana. Literówki, szczególnie przy e/ę. Zapis dialogów do totalnej rekonstrukcji, zwłaszcza w pierwszej części. Interpunkcja kuleje. Jeśli masz w zdaniu dwa czasowniki, to potrzebujesz dobrego powodu, żeby nie oddzielić ich przecinkiem. I jeszcze kilka innych drobiazgów.

Razem będzie tu z tuzin ostrzy. Zwyczajnie. Ludzkie. Podobne do tego, na którym poci się teraz moja dłoń.

Hmm. To by sugerowało, że bohater trzyma broń za ostrze. Cud, że tylko się poci.

Słyszę jak stąpa ciężko okutymi stopami po kamiennej posadzce.

Konia się wystraszył? OK, można się domyślić, że to buty na stopach są okute, ale pierwsze skojarzenie miałam inne.

Ma na sobie czarną, bojową zbroję z grubych stalowych płyt. Na głowie ma hełm o kształcie ptasiego dzioba. Hełm ma rogi.

Powtórzenia.

– A chciałaby Pani żyć, spać, w pokoju powiedzmy różowym?

W dialogach ty, twój, pan itp. piszemy małą. Tylko w listach dużą.

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że chłopak pozostający w śpiączce jest pretekstem do opisania scen zmagania się z orkiem, a potem wędrówki w świecie, w którym bohater przeżywa nieprzyjemne zdarzenia. Nie mam pojęcia, czy tak przedstawiona terapia jest możliwa i uzasadniona medycznie, więc się o tym aspekcie opowiadania nie wypowiem.

Nie mogę natomiast nie wspomnieć, że opowiadanie jest napisane, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Bardzo źle czyta się zwarte bloki teksu, dlatego byłoby dobrze, gdybyś podzielił je na mniejsze akapity.

W opowiadaniu jest sporo błędów, wiele powtórzeń i nie najlepiej skonstruowanych zdań. Źle zapisujesz dialogi, nadużywasz zaimków, a interpunkcja pozostawia sporo do życzenia.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą znacznie ciekawsze i lepiej napisane.

 

je­stem chyba w ja­kiejś pod­ręcz­nej zbro­jow­ni. Po lewej stoją ja­kieś za­mknię­te skrzy­nie. –> Powtórzenie.

 

Sły­szę jak stąpa cięż­ko oku­ty­mi sto­pa­mi po ka­mien­nej po­sadz­ce. Stuk, puk, stuk, puk. –> Wydaje mi się, że ciężko okute stopy kroczące po kamiennej posadzce, wydawałyby odgłos znacznie donośniejszy, niż zwykłe stuk-puk.

 

serce zaraz wy­sko­czy ze mnie i w pod­sko­kach scho­wa się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Mocno, co raz moc­niej. –> Mocno, coraz moc­niej.

 

Na­słu­chu­je. Sły­szę ostre po­cią­gnię­cia nosem. –> Literówka. Nie brzmi to najlepiej.

 

Mało prze­ko­nu­ją­co, zwa­rzyw­szy, że mój głos… –> Mało prze­ko­nu­ją­co, zwa­żyw­szy, że mój głos

Poznaj znaczenie słowa zwarzyć.

 

Skóra szara, zie­mi­sta. Bra­ku­je jej zu­peł­nie ru­mień­ca tak cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla każ­de­go czło­wie­ka. –> Bohater zobaczył to wszystko w ciemności?

 

Ten pa­skud­ny ork nie spo­dzie­wa się w ogóle mo­je­go ude­rze­nia. Mój miecz szy­bu­je wy­so­ko. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Widzę pięk­ną, smu­kłą twarz. –> Smukła może być np. sylwetka, twarz może być pociągła.

 

Tak jak Cię uczy­łam. –> Tak jak cię uczy­łam.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Unosi do góry swój długi, lśnią­cy miecz… –> Masło maślane. Czy mógł unieść miecz do dołu?

 

Miecz orka wisi w po­wie­trzu. Widzę jak jego ra­mio­na za­czy­na­ją szyb­ko opa­dać… –> Czy dobrze rozumiem, że ramiona miecza zaczęły opadać?

 

Ko­ry­tarz jest długi i roz­świe­tlo­ny cie­płym świa­tłem łu­czyw. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wiją sięnie­skoń­czo­ność, ni­czym nie­koń­czą­ca się spi­ra­la. Mój sza­leń­czy bieg koń­czy się… –> Jak wyżej.

 

Gdzieś wy­so­ko do­strze­gam że­bro­we skle­pie­nie za­my­ka­ją­ce bu­dow­lę. Po­ni­żej widzę wy­so­kie, wą­skie okna. –> Powtórzenie.

 

Każdy wi­traż przed­sta­wia inną scenę mąk. Na każ­dym uśmier­ca­ni są lu­dzie, za każ­dym razem… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Wy­da­ją się da­le­ko, bar­dzo da­le­ko. Drew­nia­ne drzwi wy­da­ją się ma­syw­ne. –> Powtórzenie.

 

Moja to­wa­rzysz­ka. Głos w mojej gło­wie, który prze­sta­wił zwrot­ni­cę, przy­po­mniał mi o mocy. De­li­kat­na smu­kła dłoń macha do mnie. Je­stem coraz bli­żej. Czuję jak na­ra­sta we mnie ra­dość… –> Przykład nadmiaru zaimków.

 

Widzę już wy­raź­nie jej pięk­ną spo­koj­ną twarz. Do­strze­gam coś na jej twa­rzy. –> Powtórzenia.

 

do­bie­ga do mnie jakiś dźwięk. Staję jak wryty. Co to może być? Dźwięk po­wta­rza się, na­si­la. To nie jakiś dźwięk, to dźwięk kon­kret­ny. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

chodź­my! – krzy­czę do niego cią­gnąc go za rękę w stro­nę wyj­ścia. –> Chodź­my! – krzy­czę, cią­gnąc go za rękę w stro­nę wyj­ścia.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Co znowu, myślę sobie… –> Tu dowiesz się, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

jak­bym ugrzązł gę­stej smole… –> Pewni miało być: …jak­bym ugrzązł w gę­stej smole

 

Je­stem prze­ra­żo­ny i urze­czo­ny za razem. –> Je­stem prze­ra­żo­ny i urze­czo­ny zarazem.

 

Widzi Pani tę zmia­nę? –> Widzi pani tę zmia­nę?

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

-za­czerp­nę­ła tchu, bo po­czu­ła… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

może po­win­ni­śmy zmie­nić Świat? Może w innym Świe­cie mój syn znaj­dzie wresz­cie wyj­ście? –> Dlaczego wielkie litery?

 

dok­tor Kuź­niew­ski wy­cią­gnął się na stoł­ku. –> Jak można wyciągnąć się na stołku?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaczynasz od sceny akcji i jest to dobre posunięcie. Tyle, że nie do konca udane. Teoretycznie wszystko na miejscu – zagrożenie, napiecie, emocje, walka, krótkie zdania i rownowazniki zdań, mające przyspieszyć akcję i zdynamizować narrację – paradoksalnie wyszło monotonnie i usypiająco. Po pierwsze, długi akapit zbudowany ze zdań skonstruowanych w podobny sposób, w podobnym rytmie, o zbliżonej długości, takim samym (nawet szybkim) tempie, nuży bardziej, niż filozofowanie Paolo Coelho. Dynamika to zmiany, nie jednostajność. 

Po drugie – absolutnie nie ma potrzeby dokładnego opisywania co bohater w danej chwili robi, co myśli i jak się czuje. Z pewnością nie w scenie walki. To tak, jakby oglądać film akcji, w którym cala, kilkuminutowa sekwencja morderczego starcia leci w slow motion, z monologiem głównego bohatera puszczonym z offu, gdzie ów bohater opisuje ze szczegółami jak bardzo pocą mu się dłonie i jakiego rodzaju kontrolę oddechu stosuje. W rezultacie, część po gwiazdkach wyszła ciekawsza i bardziej zajmująca, niż walka na początku.

O kwestiach technicznych, głównie zapisie dialogów, już napisano. 

Ale generalnie nie jest źle. Jeśli rzeczywiście to dopiero twoje drugie opowiadanie, to jest spory potencjał. Następne będą coraz lepsze. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zaczynasz naprawdę nieźle pierwszym zdaniem, bo podbijasz adrenalinę i pchasz prosto w akcję.

I równie szybko prezentacja pada plackiem, jak Jaś Fasola po wywrotce na skórce od banana. Przesadzasz bowiem z opisami – skupiasz się na każdym detalu, każdym nieistotnym szczególe zbrojowni czy otwierania drzwi. Każdy taki fragment jest dla mnie niczym włączenie “bullet time” z wyostrzonym danym fragmentem. Wyobraźnia uzupełnia detale i nie widzi całej scenerii. W efekcie tekst męczy, napięcie ulatuje i nim dochodzi do starcia z orkiem, są już tylko kolejne zdania, przez które chcę jak najszybciej przebrnąć. Gdybyś więc przyciął te opisy, w momencie akcji i napięcia zostawił proste zdania z celnymi przymiotnikami i informacjami na temat najważniejszych elementów, wtedy początek mógłby wyjść naprawdę nieźle.

Druga część jest znacznie lepsza. Tutaj opisy pasują (choć nadal można by je lekko przyciąć). Dialog trochę szwankuje, ale to kwestia odbioru. Natomiast błędy techniczne dają o sobie znać i to mocno. Interpunkcja, prawidłowy zapis dialogów – trochę pracy Ciebie czeka, Autorze. Chwytaj pomocne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pozostało mi się podpiąć tylko pod opinie poprzedników, bo temat wyczerpali.

Jeśli to Twoje drugie opowiadanie, to nie jest źle, ale warsztat jest do dopracowania (najbardziej brakuje akapitów) podobnie jak rwany styl. Nie zmęczyłem się przy czytaniu, ale też nie był to jakiś spektakularny popis pisarski.

Sith Happens!

Tytułem wyjaśnienia – jest to rzeczywiście moje drugie opowiadanie i pierwsze “wyjście do ludzi”. Jak w komentarzu – chciałem się pochwalić bratu, który jest “czytaczem” wszystkiego i którego opinię sobie bardzo cenię. Wychodzi na to, że muszę jeszcze sporo popracować nad tym tekstem, aby był jako tako strawny.

Dziękuję serdecznie za Wasz krytyczny ogląd i celne opinie. Pewnych rzeczy pewnie nigdy sam bym nie zauważył, choćbym przeczytał swój tekst jeszcze setki razy. Dziękuję też za przydatne linki. Obiecuję solennie popracować nad warsztatem, żeby następnym razem nikomu nie pękły oczy z powodu słabej edycji, głupich błędów czy też przerostu formy. Chyba rzeczywiście powinienem wystartować od betowania. Pozdrawiam wszystkich!

Powodzenia, Samie, trzymamy za słowo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł jest tylko wykonaniem zabity. Choć nie było najgorzej. Byłoby ciut lepiej jakbyś rozbił bloki-akapity.

Obiecałeś poprawę, więc życzę powodzenia i sukcesów. Pamiętaj, że każdy kiedyś zaczynał.

F.S

Nowa Fantastyka