- Opowiadanie: funthesystem - Puste metafory

Puste metafory

Opowiadanie zostało opublikowane w szóstym numerze Silmarisa

Dziękuję redakcji za miłą i sprawną współpracę :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Puste metafory

Weronika urodziła się z zepsutą metaforą. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku: zielona barwa, kształt kuli, wymiary prawidłowe. Problem w tym, że metafora darła się głośniej niż dziewczynka. Medycyna nie znała takiego przypadku, lekarze rozkładali ręce. Nikt nie zdążył rozwiązać zagadki, bo kilka minut po narodzinach zielona kula umilkła, upodabniając się do wszystkich metafor świata.

Pięć lat później przemówiła po raz pierwszy. Miało to miejsce na przedszkolnym placu zabaw. Zielona kula rozmiaru arbuza lewitowała na wysokości bioder Weroniki Jasińskiej. Metafory innych dzieci – cytrynowe, purpurowe, seledynowe; wielkości pomarańczy, melonów, dyni; unoszące się przy kostkach, wokół brzucha, nad głową – próbowały nadążyć za ganiającymi maluchami. Słońce grzało, wiatr orzeźwiał, piasek wdzierał się do butów. Nic nie zapowiadało, że tego dnia życie Weroniki się odmieni.

– Ja pierdolę – powiedziała metafora.

I w tym momencie stało się oczywiste, że nie będzie normalnie.

 

***

 

Siedemnaście lat później Weronika postanowiła pozbyć się swojej metafory.

Ludzie w autobusie byli ściśnięci jak sens w haiku, ale ich zapach nie miał nic wspólnego z poezją – czerwiec nie sprzyjał takim podróżom. Różnobarwne kule gniotły w żebra, wciskały się pod nogi, uderzały o głowę. Tuż przed Weroniką spocony osiłek ukulturalniał współpasażerów puszczaniem rapu o rapie; natomiast nad uchem szczebiotały dwie studentki nauk humanistycznych, a poruszane przez nie tematy sprawiały, że Jasińska traciła chęć do bycia człowiekiem.

Przez ten zgiełk początkowo nie usłyszała, że jej metafora coś mówi. Wrzask, na który zwróciła uwagę, był zatem wrzaskiem, który wzbudził zainteresowanie całego autobusu:

– Zaraz pęknę!

Hałas przycichł. Dziesiątki par oczu spojrzały na Weronikę. Nawet spocony osiłek się odwrócił, a jego brązowa metafora uderzyła jakiegoś dzieciaka w skroń.

– To nie ja – powiedziała Jasińska.

– Zabierz mnie stąd – poprosiła zielona kula z wysokości bioder.

– O kurwa – palnął osiłek. – Ona gada.

– Nie ona, lecz on – zaoponowała metafora Weroniki. – Łukasz jestem.

– Ty! – zawołał dzieciak z obolałą skronią do niewidocznego kolegi. – Kameruj to!

– Na Wielkiego Poetę! – krzyknęła staruszka, której wielka, czarna kula zajmowała jedno z siedzeń. – Wstyd!

– Ten żałosny performance – zaszczebiotała jedna ze studentek nauk humanistycznych – chyba stara się być ironiczną apoteozą minionych czasów niedosłowności.

Twarz Weroniki płonęła ze wstydu. Dziewczyna miała wrażenie, że każdy pasażer mówi o przypadłości, z którą się urodziła. Ich metafory były takie, jak Wielki Poeta przykazał: jednolite, okrągłe, lewitujące, a przede wszystkim – milczące. Natomiast arbuzopodobny twór u boku Jasińskiej przed chwilą przemówił tak głośno, że wszyscy usłyszeli i zrozumieli. Bo co tu nie rozumieć? Gadająca metafora to zepsuta metafora.

– Zabierz mnie stąd, Wera, błagam, zamierz mnie stąd. Gdybyś ty słyszała, co mówią te ich metki, zaraz wyskoczyłabyś przez okno.

– To jakieś oszustwo! – pluła się staruszka od czarnego giganta. – Herezja! Bluźnierstwo!

Weronice zakręciło się w głowie. Zamknęła oczy i zaczęła odpływać. Wyobrażała sobie, jak jedzie karetką do szpitala. Tam wyjawiłaby wrodzoną przypadłość. Trafiłaby pod opiekę metaforologa…

…który odesłałby ją między innych frajerów z zepsutymi metaforami.

Nie, to nie wchodziło w grę. Rozwiązanie było jedno. Dziewczyna otworzyła oczy. Decyzja została podjęta.

Autobus zatrzymał się na przystanku. Jasińska przedarła się przez tłum szepczących i wytykających palcami, po czym wypadła na gorące, czerwcowe powietrze.

– Teraz dobrze – sapnął Łukasz.

– O tak – zgodziła się Weronika. – A będzie jeszcze lepiej.

 

***

 

Na stronie z zadawaniem pytań napisała: „jak usunąć metaforę?”, a najwyżej punktowana odpowiedź brzmiała: „klawiszem backspace”.

– Możesz już zdjąć ze mnie koc? – dobiegł stłumiony głos Łukasza. – Przeprosiłem cię z milion razy za ten wybryk w autobusie.

Weronika go zignorowała. Sama przejrzała „z milion” (a tak naprawdę czterdzieści) stron internetowych, ale na żadnej nie znalazła odpowiedzi. Widocznie Wujek Binoocle czuwał i jak zawsze chronił człowieka przed człowiekiem.

– Co ty tam robisz na tym komputerze? – zapytała kula spod koca, naśladując głos ojca Weroniki. Potem, słodkim tonem młodszej siostry, dodała: – Przygotowujesz dla mnie niespodziankę?

– Yhm.

– Jaką niespodziankę? Powiedz, Wera, błagam, powiedz.

Nie powiedziała. Jej wzrok powędrował ku wiszącej na ścianie fotografii, która przedstawiała skromną rodzinę Jasińskich: mamę, tatę, Natalię i Weronikę. Przy ramieniu matki unosiła się szkarłatna kula, a przy uchu ojca – niebieska. Roman Jasiński mawiał: małżonka to kobieta-ogień, a zarazem źródło ciepła; ja jestem wodą, która dba, by nikt się nie poparzył ani nie przegrzał. Śmiał się przy tym, co nie było dziwne, bo własne żarty zawsze najbardziej go bawiły. Weronika wiedziała jednak, że ojciec głęboko wierzy w taki sens metafor.

Młodszej siostrze przypadła biała, leciutka kula – wisiała nad głową niczym aureola. Niewinna i nieskazitelna jak aniołek? Tylko w oczach rodziców. Gdyby metafory mogły się zmieniać wraz z uczynkami ich właścicieli, ta należąca do Natalii Jasińskiej byłaby równie czysta, co podłoga po dyskotece: pełna petów, kondomów i rozlanego piwa. 

A zieleń Weroniki? Chyba jednoznacznie sugerowała, co dziewczyna ma w głowie, nie? Problemy z nią zaczęły się przecież dawno temu, gdy na przedszkolnym placu zabaw padło brzydkie słowo, które usłyszała przedszkolanka…

Jasińska spojrzała wściekle na zarysowaną pod kocem kulę.

– Wera, Wera, Wera… – mamrotał stłumiony głos.

Dziewczyna pamiętała, jak metafora kazała się nazywać „Łukasz”. Pamiętała, jak niewybredne słowa padały w najbardziej nieodpowiednich momentach. Pamiętała, jak dochodzące spod stołu narzekanie obnażyło jej wstydliwą przypadłość przed całą rodziną; jak wyrzucili ją z matury za rzekome podpowiadanie („mam dosyć tego świata” – palnęła metafora, a tematem wypracowania był romantyzm); jak przez lata odwiedzała różnych specjalistów, a Łukasz odezwał się tylko przy jednym, wyrzucając z siebie „wcaleniemówięnicniesłyszałeś” i nic poza tym.

– Wera? – irytujący głos wytrącił ją z rozmyślań. – Wiesz, że zakrywanie metafor przynosi pecha, prawda?

Zakręciła się na krześle i kopnęła w sam środek ukrytej pod kocem kuli. Łukasz krzyknął (choć tak naprawdę go to nie bolało), odleciał na dwa metry, po czym wrócił do swojego stałego położenia – kilkanaście centymetrów od lewego biodra.

– Ej! Bo…

– Bo co? – przerwała mu. – Strzelisz focha i przestaniesz się odzywać? Nawet nie wiesz, jak bym chciała…

– To nie fair – pożalił się. – Inne metafory też mają uczucia, o czym nikt nie wie, bo nie potrafią mówić. Ale nikt ich nie rani. Ja potrafię mówić i przez to mi się obrywa.

Nie, ty nie mówisz, pomyślała. Ty pierdolisz.

Ale nie powiedziała tego na głos, bo słowa Łukasza dawały do myślenia.

– I na dodatek jestem wrażliwszy niż inne metafory – mówił czy też pierdolił dalej. – One są tępe, ja nieprzeciętnie inteligentny. Mnie nie można traktować jak powietrze, bo jak powietrze gada, to trzeba iść do psychiatry…

Starała się go nie słuchać. W wyszukiwarce wpisała: „zepsuta metafora – gdzie się udać?”. Przez kilka minut przeglądała wyniki. Potem uśmiechnęła się i powiedziała:

– Ale będziesz miał niespodziankę…

 

***

 

Schodzili się. Zakapturzone postaci zmierzały w stronę sali gimnastycznej, a obok nich sunęły dziwaczne obiekty skryte pod prześcieradłami, kocami i kołdrami. Po wejściu wszyscy  zdejmowali kaptury, odsłaniając zawstydzone oblicza, a następnie zajmowali miejsca w kręgu utworzonym z czarnych, składanych krzeseł.

Weronika też tam była. Siedziała między grubym okularnikiem i bladą anorektyczką. Spod potrójnej warstwy kołder dobiegały stłumione jęki Łukasza, który wyczuwał myśli innych metafor.

– Nie, tylko nie świry, zabierz mnie stąd, tylko nie świry…

Spotkanie LIM-ów zaczęło się z pięciominutowym opóźnieniem. Przewodniczący grupy wsparcia, przygarbiony jegomość o fizjonomii manekina, wyszedł na środek, a zakryty prześcieradłem obiekt nie odstępował go na krok.

– Chyba wszyscy są. – Mężczyzna powiódł wzrokiem po zebranych. – I widzę też nową twarz.

Dwadzieścia par oczu spojrzało na Weronikę. W ciszy, która zapadła, dało się słyszeć narzekanie skrytej pod kołdrami kuli.

– …będą gadać, jacy to oni…

– Mamy tutaj taką tradycję – podjął przewodniczący – że każdy nowy odsłania swoją metaforę jako pierwszy. Tak żeby uniknąć tych okropnych ludzi, którzy przychodzą się pośmiać. Ale w tym przypadku…

– Zabierz mnie stąd, błagam, zabierz mnie – mamrotał Łukasz.

– …odsłonięcie chyba nie jest konieczne. Jeśli wszyscy się ze mną zgadzają, proszę cię, Robercie, żebyś zamknął drzwi. Dziękuję. Teraz możemy zdjąć kamuflaże.

Prześcieradła, koce i kołdry opadły na podłogę. Przez moment panowała zupełna cisza, dopóki Łukasz nie wypalił:

– A nie mówiłem, żebyś mnie stąd zabrała?

Ludzie z Innymi Metaforami – tak kazali się tytułować. Nazwy, słowa, eufemizmy. Zepsute metafory pozostawały zepsutymi metaforami.

Były różne. Obok grubego okularnika lewitował pomarańczowy sześcian. Blada anorektyczka posiadała kulę prawidłowego kształtu, lecz na tyle przezroczystą, że dało się przez nią dostrzec przypadłość sąsiadki – fioletowy, wirujący stożek. Wokół przewodniczącego latał czarny, rozmywający się obiekt. Pozostałe także wyglądały na uszkodzone: świecąca metafora wielkości orzecha; przesłaniająca twarz, zielona kula w czerwone kropki; płaska i okrągła figura-zwierciadło.

Weronika nie żyła na tym świecie od wczoraj. Zdarzało jej się widzieć zepsutą metaforę, ale była na tyle dobrze wychowana, by odwracać wzrok. Teraz grzeczność wymagałaby wyłupienia sobie oczu.

Ciszę po raz drugi przerwał Łukasz. Westchnął teatralnie i oznajmił:

– No ja pierdolę.

Co nie rozwiązało problemu.

– Chcesz się z nami podzielić świadectwem? – zapytał przewodniczący.

– Tak. – Dziewczyna wstała i zrzuciła kołdry ze swojej kuli. – Mam na imię Weronika, a to jest moja metafora. Chcę się jej pozbyć. Mam nadzieję, że mi pomożecie.

 

***

 

– Nie można się ich pozbyć – powiedziała blada anorektyczka, kładąc rękę na przezroczystej kuli. – Są z nami od urodzenia do śmierci.

– Ściśle rzecz biorąc – wtrącił się gruby okularnik – od poczęcia po grób i jeszcze dłużej. Nasze ciała zgniją, one przetrwają.

– Mówiąca metafora to fenomen – stwierdził przewodniczący. – To może być przełom w historii, wydarzenie na miarę Przeniesienia sprzed trzech tysięcy lat.

– To taki sam fenomen, jak gadająca papuga – zaoponowała Weronika.

Nikt nie słuchał, wszyscy mówili. Jedni zaczęli opowiadać historie swojego życia; drudzy puścili wodze wyobraźni i snuli domysły o tym, że ludzkość w końcu będzie mogła poznać sens towarzyszących im bytów; trzeci po prostu przeklinali i złorzeczyli. W tej ostatniej grupie – złożonej głównie z mruczących pod nosem gburów – wyróżniał się Łukasz.

– Ty niewdzięcznico! – wrzeszczał. – Jak mogłaś mi to zrobić, jak mogłaś? Mnie, swoją rodzoną metaforę, zranić? Oj, pożałujesz tego, pożałujesz. Słuchajcie wszyscy, kiedy Wera miała dwanaście lat…

Nie słuchali. Chaos przerwał dopiero drobny mężczyzna z kulą, która zmieniała kolory. Gdy tylko wstał, w sali pociemniało. Wszyscy umilkli i spojrzeli w jego stronę. On natomiast odwrócił się, po czym rzekł:

– Dzięki, Robert, za tę skuteczną, choć nieco teatralną synchronizację.

– Do usług – odparł woźny, przywracając normalne oświetlenie.

– Chciałem coś powiedzieć – oznajmił drobny człowieczek. Był ubrany cały na czarno, a w dłoni trzymał melonik. – Jest sposób na pozbycie się metafor.

– Żebym ja się zaraz ciebie nie pozbył! – wrzasnął Łukasz. – Ty… ty… ty melonikarzu jeden!

– Pani Weroniko, mogłaby pani…

Dziewczyna zasłoniła zieloną kulę trzema kołdrami, a kilka osób dorzuciło jeszcze swoje nakrycia.

– Kontynuuj, Konradzie – poprosił przewodniczący.

Konrad wyszedł na środek zgromadzenia. Jego kula była aktualnie jasnoróżowa.

– Miałem nawet możliwość pozbycia się… mojej towarzyszki – podjął. – Ale nie skorzystałem. Wiecie państwo czemu?

Nie wiedzieli.

– Otóż to. – Zrobił pauzę, a kula przybrała malinowy odcień. – Nie znamy powodów, dla których Wielki Poeta zesłał nam nasze metafory. Ale nie ulega wątpliwości, że je widzimy. Ich kształty, rozmiary, barwy. Widzimy, czy są lekkie i śmigają nam koło ucha niczym przyjazne muchy; czy też ciężkie i niemal toczące się po ziemi jak przysłowiowa kula u nogi. Tysiące, jeśli nie miliony, podejmowały się prób powiązania cech metafor z naszymi charakterami. Wszystko na próżno! Nie ma powiązań! Wszystko jest dziełem przypadku! Więc po co nam one?

Powiódł wzrokiem po słuchaczach. Kąciki jego ust drgnęły. Wszyscy uważali. Nawet Łukasz nadstawił niewidzialnego ucha.

– Po co nam one? – powtórzył człowiek z melonikiem. Kula czerwieniła się jak zawstydzona panienka. – Sam często zadawałem sobie to pytanie. Odpowiedzi nie znalazłem. Wiedziałem jednak, że ludzie krzywo na mnie patrzą lub jeszcze krzywiej udają, że nie widzą. Postanowiłem pozbyć się mojej zmiennobarwnej towarzyszki. – Poklepał ją czule. – Latami szukałem rozwiązania, zjechałem świat wzdłuż i wszerz, aż znalazłem. Ale nie skorzystałem. Jak wszyscy widzicie. Dlaczego?

Weronika chciała przerwać. Nie miała dylematów moralnych. Łukasz wystarczająco wiele razy wpędził ją w kłopoty, imitując głosy różnych osób lub rzucając obraźliwe uwagi w stronę cudzych metafor. Jasińska pragnęła tylko poznać rozwiązanie, skorzystać, a potem wreszcie zaznać chwili ciszy, autentycznej ciszy, której nie zakłóci irytujący, znajomy głos.

– Bo my sami musimy znaleźć powiązania z naszymi metaforami – mówił Konrad. – One są czymś więcej niż nasze twarze, bo z twarzy da się czytać. W tych kolorowych kulach… czy też nie kulach… kryje się niespotykana możliwość. Możliwość samodzielnego znalezienia w nich sensu. I to właśnie…

– Bla, bla, bla, bla, bla – przedarło się przez warstwę kołder. – Gdybyś wiedział, co myśli sobie ta twoja purpurowa koleżanka, nie prawiłbyś takich morałów.

Drobny mężczyzna zbladł, a jego kula przybrała kolor krwistej czerwieni.

– To… to… to potrafi czytać myśli innych metafor?

– Nie – powiedziała Weronika.

– Tak – powiedział Łukasz.

A potem Robert zgasił światło i zaczęły się prawdziwe problemy Weroniki Jasińskiej.

 

***

 

Kiedy zdjęli jej worek z głowy, ujrzała trzy postaci w kominiarkach i lewitujące obok nich pudełka.

– Serio? – zapytała. Chciało się jej śmiać, choć była przywiązana do krzesła i więziona w jakimś garażu. – Przecież was widziałam na spotkaniu LIM-ów. A właściwie: FIM-ów.

Nikt nie zapytał o rozwinięcie skrótu, więc poczuła się trochę rozczarowana.

– Tamci oddali cię nam – wychrypiała jedna z zamaskowanych postaci. – Ale nie bierz tego osobiście. Chodzi nam o Łukasza.

Dopiero teraz spojrzała w stronę lewego biodra. Zielona kula była na swoim miejscu.

– Kazał wam tak na siebie mówić?

– Początkowo był bardzo podniecony i sporo gadał – stwierdził porywacz. – Ta sprawa z bielizną…

– To bzdura – wypaliła dziewczyna, czując, że płonąca twarz i tak ją zdradza.

– No, to nas nie interesuje. – Człowiek w kominiarce przysunął sobie krzesło, a pozostałym dwóm dał znak, by stanęli gdzieś w kącie. – O wiele ciekawsze było to, co mówił o innych metaforach.

Weronika parsknęła śmiechem.

– Co wy, macie pięć lat? A może nadmiar chromosomów? Wierzycie czemuś, co wygląda jak arbuz? 

– Sama wyglądasz jak arbuz – burknął Łukasz.

Jasińska wskazała głową na kulę.

– Słyszycie? Pierdoli od rzeczy.

– Ty pierdolisz od rzeczy – warknął porywacz. – I nie zapominaj, z kim rozmawiasz.

– Pamiętam. Trzech kolesi z kominiarkami na głowach i kartonami na metaforach. Ale skoro to nie o mnie chodzi, siedzę już cicho. Gadajcie sobie.

Zamaskowani spojrzeli po sobie.

– Problem w tym – powiedział ten, który najwyraźniej był ich przywódcą – że Łukasz się obraził i pomijając uwagę o arbuzie, od kilku godzin milczy. Możesz go skłonić do odpowiadania na nasze pytania?

– Wątpię. Od kiedy postanowiłam się go pozbyć, nie jesteśmy w zbyt dobrych stosunkach.

– Zdradziecka suka – burknęła zielona kula.

– Widzicie? Odzywa się, kiedy zechce. Mnie nic do tego.

Jeden z porywaczy podszedł do szefa i szeptał mu coś do ucha. Weronika rozejrzała się po garażu. Nie wyglądał na miejsce, w którym często odbywały się przesłuchania. Wciśnięty w kąt stół do ping-ponga sugerował raczej co innego. Dziewczyna przygryzła wargę i próbowała się przekonać do powagi sytuacji. Ale z jakiegoś powodu porwanie jej nie przerażało. Zniknięciem pewnie nikt się nie przejmie. Rodzice uznają, że córka marnotrawna wróci za parę dni, i skupią się na uwielbianiu swojego aniołka z białą kulą. I chociaż Łukasz wpędził Weronikę w poważniejsze problemy niż kiedykolwiek wcześniej, tym razem nie wiązało się to z upokorzeniem, lecz z przygodą, która wnosiła do życia powiew…

– Metafory nie zmusimy do mówienia, ale ciebie tak. – Porywacz wskazał na imadło przy małym warsztaciku. – Czy ta zielona piłka naprawdę słyszy myśli swoich… no, braci?

Łukasz jęknął.

– No – przyznała Weronika. Przygoda przygodą, ale imadło imadłem.

– Mówił ci o tym?

– Niestety bywa wylewny.

– Co takiego mówił? – podniecił się porywacz. – Co myślą nasze metafory?

– Wolałbyś nie wiedzieć.

– Mów!

Powiedziała. Wyobrażała sobie, jak twarze pod kominiarkami bledną, jak znikają z nich uśmiechy, jak z trzech serc nadzieja ulatuje niczym powietrze z balonu. Pod koniec monologu przywódca porywaczy zaczął kręcić głową, a z jego ust wydobywało się coraz głośniejsze, powtarzane w kółko: „nie”.

– To nieprawda – powiedział, gdy dziewczyna umilkła. – Metafory takie nie są. To bzdury.

– A nie mówiłam? – zapytała Jasińska. – Wymyślił to sobie.

– Dlaczego miałbym kłamać? – odezwał się Łukasz. – Mnie nie można nic zrobić. A człowieka da się zastraszyć. Poza tym, panie przebierańcu, wspominałeś pan o tym, jak Weronika…

– Łukasz.

– …wiadomo co zrobiła z bielizną, a twoja seledynowa kuleczka wyszeptała mi na moje metaforyczne uszko całkiem ciekawe rzeczy na twój temat. Choćby ten incydent z parasolem…

– Zamknij się! – ryknął porywacz.

– Z parasolem? – zdziwiła się Weronika. – Na epitety Poety, co to za zboczenie?

– On zmyśla! – Zamaskowany mężczyzna wskazał palcem na zieloną kulę.

Stało się jasne, że arbuzopodobna metafora mówiła prawdę.

 

***

 

Kiedy jedni porywacze przekazywali Weronikę innym porywaczom, zdała sobie sprawę, że stawką nie jest wyłącznie jej godne życie.

Od jakiejś gadającej zielonej kuli zależą losy świata, pomyślała. Jeśli Łukasz trafi do odpowiednich (albo raczej nieodpowiednich) ludzi, prawda o metaforach wyjdzie na jaw. A to ten rodzaj prawdy, z którym powinno się postępować jak z radioaktywnym odpadem – włożyć do betonowego sarkofagu i zakopać na dnie jakiegoś zapomnianego morza.

Prawda nie była nawet straszna, lecz po prostu głupia i żałosna.

Weronika wyobraziła sobie, jak ojciec dowiaduje się, że historyjka o kobiecie-ogniu i hamującym ją mężczyźnie-wodzie to bujda. Czerwona kula matki kryła w sobie niezbyt bogatą, za to okropnie leniwą, flegmatyczną i upierdliwą osobowość. Jej głównym zajęciem było obdarzanie innych metafor pogardliwymi myślami, jeśli tamte nie charakteryzowały się optymalnym ciężarem – takim, który pozwalał lewitować na wysokości ramion, a zarazem na poziomie serca („przecież to nie ma znaczenia” – pieklił się Łukasz). Z kolei niebieski twór towarzyszący ojcu przejawiał mentalność jaskiniowca. Bawiło go, kiedy cudze metafory obijały się o otoczenie, próbując nadążyć za właścicielami; a temperamentem dorównywał komarowi. Natomiast biała kula Natalii… Wystarczy powiedzieć, że biel nie wiąże się wyłącznie z czystością.

Gdyby prawda wyszła na jaw, miliardy osób mogłyby się załamać.

A może nikogo by to nie obeszło. Weronika nie była pewna. Nie znała się na ludziach. Mimo to rozważała skrajne rozwiązanie, po którym lewitująca obok lewego biodra kula upadłaby na ziemię i nie przemówiła nigdy więcej.

Przechodziła z rąk do rąk, aż któraś sekta oddała ją służbom państwowym.

– Mam prawo do jednego telefonu! – krzyknęła Weronika, widząc oficjalne plakietki.

– O nie, kolejni? – jęknął Łukasz. – Niech ktoś mnie podziurawi…

– Ma pani prawo do tylu telefonów, ile zechce – odparła jakaś ruda kobieta. – Nie jest pani aresztowana, tylko tymczasowo izolowana dla bezpieczeństwa całego narodu.

– Bezpieczeństwa…? Nieważne, wystarczy mi jeden telefon. Chyba.

– Nie ufajcie jej! – darła się zielona kula. – Ona coś kombinuje! Wtedy się nie dowiecie…

Jasińska z jednej strony przywykła do nieustannych wrzasków, a z drugiej dochodziła do wniosku, że po tym wszystkim będzie jej potrzebny pewien lekarz specjalista i to nie metaforolog.

– Kombinuje coś pani? – zapytała ruda kobieta z wymuszonym uśmiechem.

– Nie – skłamała Weronika. – Tylko jeden telefon.

Było to jedno, bardzo długie, złożone połączenie, które prawdopodobnie (ale nie na pewno) uratowało świat. Najpierw zadzwoniła do centrali, podała adres szkoły, a po chwili została przekierowana na odpowiedni numer. Potem tak długo krzyczała na szkolną sekretarkę, aż tamta wezwała do aparatu woźnego z zepsutą metaforą. Następnie dziewczyna wytłumaczyła wszystko Robertowi, który początkowo udawał, że nie uczestniczył w żadnym porwaniu, ale w końcu pojął powagę sytuacji. Zgodnie z poleceniem Jasińskiej zatelefonował do niejakiego Konrada Zniszczyka, po czym przyłożył swoją komórkę do szkolnego telefonu. Weronika drugi raz opisała problem, choć tym razem dokładniej. W końcu człowiek z melonikiem pokiwał głową, mimo że jego rozmówczyni nie mogła tego widzieć, i powiedział, w jaki sposób można pozbyć się metafory.

Zabij ją dosłownością.

Telefon był na podsłuchu, więc funkcjonariusze państwowi rzucili się, by powstrzymać Weronikę.

Za późno. 

 

***

 

Weronika Jasińska zniszczyła go, zanim zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa. Właściwie czasu życia wystarczyło mu tylko na powiedzenie:

– Lepiej się sama…

Potem pękł. Jak balon. Jak arbuz, do którego jakiś dzieciak włożył petardę. Jak mała, jednoosobowa planeta.

Sposób Konrada okazał się prostszy, niż dziewczyna sądziła. Wystarczyło trochę wyobraźni. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę to, że metafory nie były zbyt skomplikowanymi bytami. Ot, kulki dziwnej materii. Nic więcej. No bo takie wnętrze – jakie według słów Łukasza miały – to nie wnętrze.

A skoro były puste, pękały z niemałym hukiem.

To, co się potem działo, Weronika wzięła początkowo za ogłuszenie. Upadła. Z uszu, nosa i ust ciekła krew. Świat przed oczami wirował. Jak przez mgłę widziała zbiegających się funkcjonariuszy jakiejś tajemniczej państwowej organizacji. Ruda kobieta jako pierwsza dopadła do Jasińskiej, potrząsnęła nią i powiedziała trochę więcej, niż dziewczyna zdążyła usłyszeć.

– Coś ty…

I w tym momencie życie Weroniki się urwało. Nagle, bez huku.

Oczywiście tylko to życie, o którym była mowa.

 

***

 

Lata wcześniej, na przedszkolnym placu zabaw, kiedy zielona kula nie mogła już dłużej znieść prymitywizmu swoich pobratymców, wypowiedziała swoje pierwsze słowa w ludzkiej mowie.

To samo zdanie cisnęło się na usta Weroniki po tym, jak wzięła pierwszy wdech w nowym życiu.

Miało to miejsce na sali porodowej. Pozornie wszystko wyglądało normalnie: świetlówka na suficie, drzwi po prawej, okno po lewej, a do tego sporo medycznego sprzętu. Jednak na łóżku, zamiast kobiety, leżała wielka, niebieska kula. Z niej wydostawała się mniejsza, zielona – przypominało to pączkowanie grzybów. W pomieszczeniu były też inne podobne twory: czerwony, żółty, brązowy, oliwkowy. Wszystkie owalne, jednolite, gładkie. Jedne toczyły się w pośpiechu po błyszczącej podłodze, drugie stały nieruchomo jak posągi.

Weronika unosiła się obok małej, zielonej kuli. Potem usłyszała, jak oliwkowa mówi do brązowej:

– Wszystko dobrze, prawda?

– To pan ma być w przyszłości lekarzem. Proszę samemu wziąć i ocenić.

Przyszły lekarz przyciągnął do siebie nowonarodzony byt, używając jakiejś niewidzialnej siły. Jasińska poczuła szarpnięcie i także poszybowała w jego stronę.

– W mojej ocenie wszystko dobrze – powiedział oliwkowy stażysta. Potem zerknął na lewitującą obok dziewczynę. – Metafora też wygląda na prawidłową.

Weronika nie miała już w głowie żadnych słów. Zaczęła krzyczeć.  

Brązowa kula westchnęła.

– Niestety, jednak zepsuta. 

Koniec

Komentarze

Jest nowy Fun, więc cóż mogłem zrobić… zwolniłem się z pracy, by przeczytać! ;D

 

Ciekawe, abstrakcyjne opowiadanie. Pierwsze zdanie (i kilka kolejnych w sumie też) skutecznie przyciągają uwagę, same metafory na początku skojarzyły mi się z porodem lotosowym ;D

Bohaterowie zarysowani szczątkowo (poza Łukaszem, który jest fajny), ale chyba z premedytacją – stanowią po prostu punkt uchwytu dla dość dziwnej fabuły. Co do samej treści, to mam dość ambiwalentne odczucia… Z jednej strony fajnie się czyta, pomysł nietuzinkowy, a dowcip niezłej próby (dobra była ta scena z przygaszeniem przez woźnego światła, gdy czytelnik pomyśli, że to takie “metaforyczna” estyma Konrada XD), ale z drugiej zdaje mi się to wszystko trochę… puste.

Może wykazuję się lenistwem umysłowym (jak nieraz już), ale brakło mi trochę informacji o samych metaforach. Bo wieści Łukasza, że mają takie parszywe charakterki, a niektóre plotkują o swoich “właścicielach?” nie wystarczyła. Sama fabuła (z punktu widzenia Weroniki) też trochę zbyt prosta, no i smutno, że tak bezwzględnie pozbyła się swojej metafory… Jak mogła się nie przywiązać do takiego sympatycznego Łukasza?! :P Zakończenie – zadziwiające (to słowo najbardziej mi pasuje), skojarzyło mi się z TYM :D

Duża pochwała natomiast za tempo akcji i lekkość narracji. Czyta się super. W kwestii treści mam tylko jedną wątpliwość:

Mimo to rozważała skrajne rozwiązanie, po którym lewitująca obok lewego biodra kula upadłaby na ziemię i nie przemówiłaby nigdy więcej.

Nie byłoby zgrabniej usunąć to -by?

 

Stempel jakości się należy, bo to solidny, ciekawy tekścik.

Trzym się ciepło.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

O, czytałem to w Silmarisie i tekst podobał mi się najbardziej z numeru. Zwłaszcza lekki, absurdalny humor i porównania, np “Ludzie w autobusie byli ściśnięci jak sens w haiku” :)

Pamiętam, że zakończenie mnie rozczarowało. Chyba jakoś od fragmentu o parasolu, akcja jakoś tak pognała do przodu. No i mam problem z ostatnią sceną. Albo nie skumałem, albo chodzi o jakiś alternatywny świat z zamienionymi rolami. No i takie banalne mi się to wydało. Ale może umknęło mi jakieś drugie dno.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Skądś znam ten tekst. :-)

Babska logika rządzi!

Mam podobne odczucia jak SzyszkowyDziadek – zakończenie było dość łatwe do przewidzenia. Zbyt łatwe.

Tekst przeczytałem z dużą przyjemnością, jak wszystkie, które do tej pory opublikowałeś na portalu. Jesteś jedynym autorem, którego dobrze mi się czyta na smartfonie, a to wiele znaczy, wierz mi. W sumie nic nadzwyczajnego, masz tak lekkie pióro, że chyba nawet gdybyś napisał książkę kucharską, to przeczytałbym ją od deski do deski.

Tag humor zauważyłem dopiero po przeczytaniu tekstu i prawdę mówiąc uważam go za średnio przekonujący w tym miejscu. Opowiadanie mnie zupełnie nie rozbawiło, wręcz przeciwnie – wydźwięk filozoficzny historii jest raczej nieco ponury.

Przy okazji – chyba znalazłem klucz, jakim posługujesz się w swoich obrazach słowem pisanych. Do elementów codziennych dodajesz element fantastyczny, ale otoczony atmosferą niejasności i tajemnicy. W takim klimacie czytelnikowi łatwiej przyjrzeć się własnej podświadomości, jak w surrealistycznym śnie. Jesteś pisarzem – lustrem. Każdy zobaczy w Twoich utworach tę cząstkę siebie, której istnienia nawet by nie podejrzewał. Dlatego po lekturze ma się wrażenie, że przeczytało się właśnie coś ważnego, dobrego, działającego na wyobraźnię. Trudno nie odnieść takiego wrażenia, gdy spogląda się na samo dno studni własnej nieświadomości, w żółte ślepia “das Dink”, które na co dzień pozostają przykryte grubymi deskami spraw zwyczajnych i trywialnych.

Gdybym miał prawo głosu, sam posłałbym tekst do biblioteki, mimo że nie rozbawiłeś mnie ani trochę, a końcówka rozczarowała. Po prostu dobrze piszesz, mimo potknięć całość robi wrażenie.

 

Z uwag technicznych:

– Od razu lepiej – sapnął Łukasz.

– O tak – zgodziła się Weronika. – A będzie jeszcze lepiej.

 

Zazgrzytało. Niepotrzebne powtórzenie lepiej – lepiej. Do przeredagowania.

Znakomicie napisany tekst. Jesteś w ścisłej czołówce piszących, nie tylko jeśli chodzi o ten portal, zresztą. Świetna mieszanka humoru, powagi, lekkości i pewnego ciężaru w przekazie. Pisanie z uśmiechem o rzeczach w gruncie rzeczy niezbyt wesołych to sztuka. 

Metafora metafor (he he) też niezła. Różnorodne, trudne do odgadnięcia, mylące, ale jednak puste. I nieme. Chociaż po namyśle – czy rzeczywiście każdy miałby przypisaną jedną, niezmienną metaforę na całe życie? Czy raczej zmienność metafory Konrada nie byłaby normą? – taka mała dygresja ;-) 

Z końcówką też mam problem. Może nie dlatego, że niezrozumiała, ale zostawia za dużo możliwości interpretacji. Według jednych to zaleta, według mnie wada, bo ja nie lubię interpretować. 

Tak czy owak, gratuluję świetnego tekstu. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czytałem jako jeden z pierwszych (tak mnie się wydaje), nie wiem co tam się stało po redakcyjnych zmianach ale już wcześniej tekst był dobry. Dobrze napisany :) A dokładniejszą opinię fun zna ;-)

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Kolejny bardzo dobry tekst pełen… metafor ;) Przede wszystkim spodobała mi się para głównych bohaterów. Pyskatość Łukasza i ostry język Weroniki świetnie się uzupełniają. I choć relacja wydaje się nie zmieniać przez cały tekst, to doskonale ją ukazałeś, każąc mnie, czytelnikowi, nad nią pomyśleć.

Sceny także fajnie pomyślane – najbardziej spodobało mi się podcięcie skrzydeł po wielkiej przemowie na zebraniu Anonimowych Metaforyków… Znaczy LIM-ów ;) Podoba mi się także wieloznaczność samych postaci metafor i tego, czym są.

Jednak jest tu też łyżka dziegciu. Postać Roberta staje się super istotna dla rozwiązania problemu, choć wcześniej był ledwo tłem. Prędzej to mały człowiek z melonikiem kupiłby mnie w tej roli (o ile to nie ta sama postać, ale tego nie złapałem). Po prostu woźny wpada tak nagle z rozwiązaniem i tyle. I samej Werze tak po prostu się udaje zabić metaforę – scena z potencjałem napięcia została dla mnie potraktowana po macoszemu. Szkoda, ale pewnie nie stanowiła aż tak istotnego fragmentu.

Podsumowując: bardzo dobry, metaforyczny tekst, lekko niedociągnięty na zakończeniu. Piękny koncert, Funie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pamiętam to opowiadanie z Silmarisa, zdecydowanie najjaśniejszy punkt tego numeru (choć ilustracja, w porównaniu z innymi rysunkami Katii, wypadła dość blado). Klikam bibliotekę :)

Pomysł zarąbisty, podziwiam wyobraźnię, a do warsztatu nie mam żadnych uwag. Trochę pogubiłem się w końcówce, ale chyba nie załapałem… metafory! (Oh shit! this guy is so fuckin’ funny!) :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Czytawszy w Silimarisie. Po prostu misię. Gratuluję publikacji. 

Haiku wymiata. Zaś reszta jest po prostu elegancka i z wyczuciem. Jedynie reinkarnowanie w metaforę lekko wybiło, choć nie rozczarowało.

Czy to jest sygnaturka?

Czytałam w Silmarisie i bardzo mi się podobało.

Interesujący pomysł z metaforami “przypisanymi” człowiekowi od urodzenia. Ciekawe, co moja miałaby do powiedzenia (gdybym ją miała).

Mnie zakończenie pasuje – może nie jest bardzo zaskakujące, ale ładnie się komponuje z całością. 

Przeczytałam z przyjemnością.

Zbiorczo:

Dziękuję za komentarze. Widzę, że powtarzają się zarzuty pod adresem końcówki. I tak ją poprawiałem (dzięki wskazówkom Mytrixa i Cobolda), ale widocznie niewystarczająco :( Zgadzam się też, że akcja przyspieszyła pod koniec. Nie chciałem tej historii rozwlekać, chciałem przede wszystkim, żeby czytelnicy mieli jak Blackburn, żeby “po prostu imsię” :) A jednocześnie chciałem napisać coś w odpowiedzi na zarzuty tworzenia “wydmuszek” i “pustych metafor”, które padły pod “Dziewięcioma martwymi zwierzętami” i “Krótkiej instrukcji”. Możliwe, że momentami wyszło za “pusto” lub niejasno. Dzięki, że zwracacie uwagę na to, co nie zagrało.

Dziękuję też nieznajomej pani z tramwaju, której kangur mnie zainspirował :)

 

I każdemu z osobna, bo tak lubię i uważam, że się należy, skoro Wam chciało się napisać komentarz :)

 

Count, wybacz, że musiałeś się zwolnić. Wiem, że ostatnio Hrabiowskie obowiązki dają Ci się we znaki ;)

Ciekawe, że Twoim pierwszym zarzutem jest szczątkowość postaci, bo o tym pomyślałem, próbując przewidzieć odbiór tekstu przed publikacją. Mógłbym jednak trochę dopracować bohaterów. 

Łukasz cieszy się, że przypasował swojemu imiennikowi, patrz jaki uśmiechnięty: o

(Tak, to była metaforyczna emotka).

Z tym “by” to się nawet zastanawiałem. Nie wiem, dlaczego tak zostało.

Dzięki, Hrabio. 

 

Szyszkowy, miło mi, że spodobało Ci się najbardziej z Silmarisowych tekstów. Zakończenie banalne? Możliwe. Nie znałem go, siadając do pisania, więc tak to wychodzi, jak się idzie na czuja. 

Dzięki za komentarz :)

 

Finklo, ;~)

 

Silver, cieszę się, że zajrzałeś i zostawiłeś komentarz. Jesteś kolejnym czytającym-moje-teksty-i-nie-zostawiającym-komentarzy ninją, o którym się ostatnio dowiaduję. Ale i tak bardzo mi miło :)

Coś jest w tym “kluczu”. Mam nadzieję, że to nic złego i nie stanie się to nużące dla czytelników, bo pasuje mi pisanie o ludziach, tak współcześnie. 

Z “lepiej” masz rację. Zaraz poprawię. 

Dzięki. 

 

Thargone, uśmiecham się złowieszczo, czytając takie pochlebstwa ;)

Jeśli chodzi o końcówkę, to chodziło po prostu o zamianę miejsc. Interpretacje są dowolne, ale jak dla mnie najważniejsze przesłanie brzmi tak: nie zadzieraj z kolorowymi kulkami, które latają koło ciebie. 

Dzięki za komentarz :)

 

Mytriksie, istotnie, byłeś jednym z pierwszych czytelników i pomogłeś :) Redakcyjne zmiany nie były zbyt duże, raczej tylko kosmetyka. Dzięki :)

 

NoWhereMan, cieszę się, że tyle rzeczy Ci się spodobało. Trafnie zauważasz ułomność rozwiązania. Najzwyczajniej w świecie nie miałem pomysłu, jak opisać pozbycie się metafory dosłownością… więc tę dosłowną metodę odziałem w niedopowiedzenie. Tak głębokie, że aż puste :D

 

Kam, dzięki :) Mnie tam ilustracja Katii się bardzo podobała. Idealnie oddała moje wyobrażenia. 

(Jeśli ktoś jest zainteresowany, odsyłam do Silmarisa ;)).

 

Skull, dzięki. Jak już pisałem wyżej o tej końcówce: próbowałem ją odratować, ale nie do końca wyszło. 

 

Blackburnie, fajnie, że cisię. O to chodziło :)

 

Kchrobaku, dzięki za wizytę. Wygląda na to, że końcówka jest wyraźnie słabszą stroną tekstu. 

 

Edit:

Anet, dziękuję za komentarz i nominację :) Czyli jednak są jacyś zwolennicy końcówki. 

To nie tak, że słabsza jest ta końcówka. Tyle że – postaram się w miarę dokładnie wyjaśnić moje odczucia – cały tekst opisuje pewną rzeczywistość. Pasuje mi to. Pasuje, zwłaszcza że podczas czytania nie miałem ani ochoty, ani potrzeby zastanawiania się nad puentą czy nie oczekiwałem na twist. Wiem, że coś się wydarzy, do czegoś to doprowadzi, ale nie musi od razu wywracać wszystkiego do góry nogami. W moim osobistym rankingu cech dobrego tekstu, jest to ważna rzecz. Świadczy o tym, że jest dobry sam w sobie.

Natomiast zakończenie odbieram jako próbę zamknięcia opowieści właśnie takim twistem. Który do niczego nie był mi potrzebny. Nie przeszkadzał, był nawet interesujący, ale niekonieczny – to dobre słowo.

Czy to jest sygnaturka?

Czytałam już wcześniej i bardzo mi się podobało – chociaż ja po prostu lubię takie koncepty, więc pod tym względem łatwo mnie kupić :P

 

Początek jest świetny, później co prawda efekt trochę słabnie, ale zabijanie metafory dosłownością mnie powaliło. Bo przecież przez część tekstu myślałam "eee, to już się robi zbyt dosłowne" – więc tu zdecydowanie mnie złapałeś. Przez cały tekst zabijasz przecież metafory dosłownością :) I ostatecznie okazuje się, że metafory są po prostu przereklamowane: głupie, napuszone i ogólnie puste, tylko Wielki Poeta wmówił nam, że jest inaczej. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Kchrobaku, dzięki, chyba rozumiem :)

 

Mirabell, dziękuję. Cieszę się, że udało się Cię powalić dosłownością ;)

Nie jestem fanem tego typu fantastyki, jednak Twój tekst (przed wszystkim za lekkość pióra) czytało mi się dość dobrze. Przyznam, że chyba nie spotkałem się nigdy z takim pomysłem metafor. To zdecydowanie największy plus tekstu. Do pełnej satysfakcji z lektury brakuje mi lepszego zakończenia. To zaserwowane prze Ciebie, mimo że dobrze puentujące tekst, jakoś nie do końca mnie przekonało. Niemniej jednak, bardzo dobre opowiadanie, gratuluję publikacji :)

Tak się składa, że w trakcie mojej krótkiej kariery naukowej zajmowałem się metaforami właśnie, to w literaturze moja największa fascynacja i najulubieńsze hobby. Moja prywatna definicja metafor zawiera w sobie taki komponent: metafora przenosi zachwyt literaturą w inne miejsce mózgu i wyobraźni, bez metafory tenże zachwyt nie jest wykluczony, ale jest bardziej konserwatywny, siedzi w z góry ustalonej pozycji. Polecam Lakoffa jako literaturę uzupełniającą.

W tym opowiadaniu się nie odnajduję w związku z tym – metafory dla mnie przede wszystkim konotują, a nie denotują. Czyli nie są białe, zielone, kwadratowe. Widzę w tym opowiadaniu zamach na literaturę, ale zamach przez trywializowanie, a nie przez dekonstrukcję. Literatura się na szczęście przed tym obroni ;)

Ludzie w autobusie byli ściśnięci jak sens w haiku.

BA-da-BUM-tssss. Przy czym to nie komplement. Strasznie mnie takie efekciarstwo zniechęca do czytania. Literatura to nie stand up, a to zdanie jest napisane tak, że aż widzę, jak się zatrzymujesz w pisaniu i czekasz, aż brawa ucichną.

Myślę, że ze wszystkich Twoich opowiadań, które czytałem, to podobało mi się najbardziej warsztatowo, dobre tempo, klasyczna, czyli dobra, konstrukcja, humor wystarczająco subtelny, żeby mnie cieszył (ale na granicy miejscami – Łukasz przypominał mi Morte’a z Planescape’u, albo Murrey’a z Monkey Island, ale wzorca nie doścignął – żałuję też, że nie dostał szansy odkupienia), ale nie wiem, co z tym tekstem zrobić. Często trafiam na tym portalu na teksty, które są terapeutyczną reakcją na coś i to jest jedno z nich, jak sam przyznajesz, ale też jak sam się domyśliłem. Najczęściej po ich lekturze jestem zniechęcony (bo “co mnie to do chuja obchodzi…” :) ) – tym razem na szczęście nie, bo nie zapominasz o czytelnikach, ale widzę to raczej jako udane ćwiczenie warsztatowe, niż pełnoprawną opowieść.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ja również przeczytałam, już wczoraj, ale dopiero teraz mam chwilę, żeby napisać komentarz. W pierwszej kolejności chcę pogratulować ekspresowej nominacji do biblioteki jak i publikacji w Silmarisie. Tekst mi się naprawdę podobał, choć chwilami nie byłam pewna, czy go rozumiem, ale podejrzewam, że częściowo o to chodzi. Napisany jest wartko, nie ma w nim niepotrzebnych dłużyzn, akcja toczy się w dobrym tempie (trochę przyśpieszając na końcu). Udało Ci się stworzyć bardzo abstrakcyjny, a jednak jakoś dziwnie wiarygodny świat. Sądzę, że sposobów interpretacji jest wiele, przez co tym bardziej podoba mi się ten utwór, bo wydaje mi się, że każdy może w nim znaleźć coś dla siebie… Takie wrażenie przynajmniej miałam, aż przeczytałam końcówkę, która jakoś popsuła mi klimat i nie przypadła do gustu… Niemniej, jako całość tekst był dobrym choć trochę się zgadzam z Cerlegiem, że trudno go zdefiniować i pozostawia z wątpliwością: “co dalej?” 

Polecam Lakoffa jako literaturę uzupełniającą.

Wow, nie myślałam, że znajdzie się na portalu jeszcze ktoś, kto to czytał :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Belhaju, dziękuję, że zajrzałeś. Fajnie, że się spodobało, choć to nie Twój typ literatury. 

 

Cerlegu, dzięki za tradycyjną już dawkę krytyki.

Do tego wstępu o metaforach raczej się nie odwołam, bo ja to odbieram bardziej instynktownie. Nie wiem, czy bym potrafił podać poprawną definicję metafory, gdyby mnie ktoś spytał. I nie mam – lub ich po prostu nie nazywam – kryteriów oceny metafor. Albo mi się podoba, albo nie. Bardziej lub mniej. 

Ludzie w autobusie byli ściśnięci jak sens w haiku.

BA-da-BUM-tssss. Przy czym to nie komplement. Strasznie mnie takie efekciarstwo zniechęca do czytania. Literatura to nie stand up, a to zdanie jest napisane tak, że aż widzę, jak się zatrzymujesz w pisaniu i czekasz, aż brawa ucichną.

To też już w sumie Twój tradycyjny zarzut pod adresem moich tekstów. Ale jak mam posłuchać i jakie wnioski wyciągnąć, skoro czytelnicy takie rzeczy lubią? Rzeczony fragment i zdanie chwaliło kilka osób (także za kulisami); przyznaję, że mi też się podoba, bo piszę tak, jak lubię, i to, co chciałbym czytać. Nie zatrzymałem się, pisałem dalej, bo ta druga scena poszła mi najłatwiej. 

Jakieś wskazówki, jak Ty sobie radzisz z unikaniem efekciarstwa i pozostawaniem fajnym? Innymi słowy: co byś radził, żeby osiągnąć złoty środek? 

Łukasz przypominał mi Morte’a z Planescape’u, albo Murrey’a z Monkey Island, ale wzorca nie doścignął

nie znam :(

Często trafiam na tym portalu na teksty, które są terapeutyczną reakcją na coś i to jest jedno z nich, jak sam przyznajesz, ale też jak sam się domyśliłem.

Oj tam od razu terapeutyczne… “Inspiracja” to lepiej kojarzące się słowo ;)

Cieszę się, że zajrzałeś. Twoje komentarze zawsze wnoszą świeże spojrzenie. Dziękuję. 

Rosabell, dziękuję :)

Odnotowuję kolejne uwagi odnośnie zakończenia i pochwałę tempa akcji. 

trudno go zdefiniować i pozostawia z wątpliwością: “co dalej?” 

Zapomnieć albo pielęgnować jego wspomnienie :P

A na poważnie – nie do końca rozumiem to “co dalej?”. Tekst pisałem z myślą o publikacji w Silmarisie. Chciałem napisać coś zabawnego, a jednocześnie z jakąś myślą, by całość zapadła w pamięć. Nie wiem, co miałoby być “dalej” w tym przypadku. 

Czytałem jeszcze gorące, ale wtedy patrzyłem na tekst jako na manifest czy polemikę. I było dobre. Teraz, na chłodno, podoba mi się jeszcze bardziej – pomysł stał się czystym abstraktem, pozbawionym doraźnej konotacji, atrakcyjnym sam w sobie. Choć właściwie mogłoby być jeszcze czyściej, np. bez żadnego usprawiedliwienia konceptu wzmiankami o Wielkim Poecie.

Końcówka, moim zdaniem trafiona, właśnie jako kulminacja absurdu prowadząca do przewrócenia rzeczywistości na lewą stronę – jakieś to gombrowiczowskie w swojej istocie.

Konstrukcyjnie zwróciłbym uwagę na jedną rzecz (tak żeby Darcon nie kpił z moich zachwytów) – zaczynasz z bardzo wysokiego pułapu fajności – pomysł, zręczne zdania (haiku może faktycznie efekciarskie, ale gdyby stand-up opierał się na takich efektach, to może stałbym się fanem stand-upu) i jeszcze brzydkie słowo znienacka (to zawsze działa). I potem, w środkowej części, dynamika tekstu pod każdym względem siada – nie opada, ale trudno jej pójść jeszcze wyżej. Rozsądniej byłoby coś z tych fajerwerków zostawić na dalszy ciąg tekstu.

Ciekawa rzecz – patrz jak to się wszystko zmienia. Niedługo sam będziesz wyrokował, czyje metafory są puste, a czyje pełne głębokiego sensu ;)

Dzięki, Coboldzie :)

Doliczam kolejny punkcik na korzyść zwolenników zakończenia, ciekawe, jaki byłby końcowy wynik. 

Na konstrukcyjną dysproporcję zwracałeś już uwagę przy pierwszym opiniowaniu – i w pełni się z tym zgadzam. Ale przy mojej metodzie pisania nie jest tak, że mam w zanadrzu jakiś arsenał fajerwerków, więc czasem wyjdzie nierówno, choćbym nie wiem jak się starał. 

Ciekawa rzecz – patrz jak to się wszystko zmienia. Niedługo sam będziesz wyrokował, czyje metafory są puste, a czyje pełne głębokiego sensu ;)

A czyje zielone lub kwadratowe ;)

Dość specyficzne opowiadanie. Czytało się bardzo płynnie, bo jest napisane porządnie i żadne usterki nie przeszkadzały, ale obawiam się, że chyba nie wszystko zrozumiałam. Nie udało mi się dociec, czemu służyły metafory – takie nieme, zamknięte w sobie, kuliste i kolorowe… Towarzyszą wszystkim od narodzin aż do śmierci, ale co z tego wynika? Zakończenie, że metafory też mają swój świat, a ludzie określoną w nim rolę, też w niczym nie pomogło.

Nie mam nic przeciw absurdalnym opowieściom, ale tym razem niewiele z Pustych metafor przemówiło do mnie, może dlatego, że mówiła tylko jedna. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, właśnie chodzi o to, że nie wiadomo, co z tego wynika. Tak nie wiadomo, po co nam wyrostek robaczkowy… (Tak naprawdę to wiadomo, ale się przyjęło, że nie). Metafory po prostu są i niektórzy bohaterowie opowiadania próbują im przypisać znaczenie. 

No ale jak nie przemówiło, to trudno. Cieszę się, że napisane porządnie i dziękuję za opinię :)

Mirabell, ja to się dziwię, że są ludzie, którzy tego nie czytali :)

Funie, nie wątpię, że ludziom się podoba. Benny Hill też się ludziom podoba, dla mnie to żaden argument.  Uważam służbę literaturze za ważniejszą od służby czytelnikowi (nie, nie uważam tej drugiej za nieważną) i teksty, które tak priorytetyzują sprawy uważam za lepsze od tych, które sprawę stawiają odwrotnie. Zwłaszcza jak tekst jest o literaturze. Argument “piszę, jak chcę” z kolei uważam, za bardzo właściwy i na miejscu, bez ironii. Nie wiem, jaką mam radę, a w ogóle unikam wbrew pozorom dawania rad, poza technicznymi, ja piszę o swoich odczuciach.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Na czym polega służba literaturze?

Myślę, że nie da się na to pytanie odpowiedzieć krócej, niż w tej książce.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Na czym polega służba literaturze?

Mam nadzieję, że autor nie ma nic przeciwko temu, bym przyłączył się do pytania.

Dodatkowo postawię swoje:

– Czy jakakolwiek działalność twórcza istnieje bez odbiorcy? Przykładowo rzeźba, utwór muzyczny, poemat, obraz – czy po hipotetycznej zagładzie ludzkości nadal posiadałyby obiektywną “wartość artystyczną”?

– Jeśli nie, to czy istnieje grupa odbiorców uprzywilejowanych, mających prawo dyktować innym “właściwy odbiór” tejże sztuki? Ściślej – my wiemy, że taka grupa istnieje i nazywa sama siebie “artystami”, ale czy istnienie tej grupy jest racjonalnie uzasadnione? Co uprawnia do twierdzenia, że osąd jednej grupy ludzkiej jest lepszy, a drugiej gorszy, może poza, rzecz jasna, narcystycznym poczuciem wyższości tych, którzy sami siebie stawiają na piedestał?

Nie wiem, czy wypada się wtrącić, ale się wtrącę :P Efekciarstwa w literaturze nie lubię i, o ile sama metafora z haiku mi się podoba, to też miałam wrażenie, że to takie trochę machanie autorem czytelnikom przed nosem. Ja lubię, przynajmniej przy tych “klasycznie” pisanych opowieściach, kiedy autor jest niewidoczny (inna sprawa literatura eksperymentalna czy konkretna konwencja). Przyjemnie jest zanurzyć się w świecie przedstawionym i zapomnieć o istnieniu autora :)

 

Jakieś wskazówki, jak Ty sobie radzisz z unikaniem efekciarstwa i pozostawaniem fajnym?

To może powiem jak ja do tego podchodzę. Dla mnie kluczem jest umotywowanie wszystkich zabiegów tekstem – budową świata przedstawionego, charakterem bohaterów, stylem narracji, konwencją itp., itd. Wtedy nawet najbardziej odjechane metafory/ zabiegi wybronisz przed zarzutem efekciarstwa. A jeśli jedynym bądź głównym powodem wrzucenia czegoś do tekstu jest moje ego, bo tak lubię, bo chcę pokazać, że umiem, bo super zdanie itp. to albo odpuszczam albo właśnie obudowuję.

 

Odnośnie komentarza do ogółu tekstu, muszę jeszcze podumać, bo od samego początku towarzyszyło mi uczucie deja vu i trochę ciężko mi spreparować komentarz nie opierając go na porównaniach…

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Przepraszam, ale z relatywizmu i rozmawiania o nim wyleczyłem się dość dawno, więc nie będę wchodził w tę dyskusję, bo jeszcze nigdy mnie ona do niczego nie doprowadziła. Jestem jednak w tej kwestii uniwersalistą albo raczej Nikiforem uniwersalizmu, na przykład już pisałem wielokrotnie, że wierzę w to, że dzieło może być obiektywnie dobre, albo złe. Zaznaczę jednak, że pytanie “czy coś jest piękne, bo się podoba, czy może coś jest piękne, więc się podoba” zostało już przedyskutowane milion razy od czasów jeśli nie Platona, to św. Augustyna, podobnie zresztą jak pytanie o słyszalność dźwięku upadającego drzewa w lesie, w którym nikogo nie ma. Wnioski z tych dyskusji, do których jest mi najbliżej, bardzo dobrze oddaje piosenka Kaczmarskiego “Postmodernizm”.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

I znowu dyskusja pod moim opkiem :D

 

Ja się przychylam ku służbie czytelnikom… i sobie. Szukam kompromisu, by pisać tak, żeby odbiorcom się podobało, i żebym sam był zadowolony. 

Co do obecności autora w tekście – nie zaczynajmy tej dyskusji bez Darcona ;)

Ale chętnie bym poznał przykłady efekciarskiego pisarstwa. Chyba że to eufemizm na pewną odmianę grafomanii. 

 

Dogsdumpling, będę cierpliwie czekał na komentarz :)

Ja się przychylam ku służbie czytelnikom… i sobie. Szukam kompromisu, by pisać tak, żeby odbiorcom się podobało, i żebym sam był zadowolony. 

Ja z kolei uważam, że takie samoograniczanie to wyasfaltowana droga do średniości, ale każdy jest kowalem własnego losu. Fabryka Słów jest bardzo łasa na taką literaturę :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Fabryka Słów jest bardzo łasa na taką literaturę

Tak, bo ja mam ciągoty do literatury z Fabryki Słów. 

Strasznie przeinaczasz, Cerlegu. I nie wiem, czy dobrze się rozumiemy. Chcę pisać dobrą literaturę. Ale dla mnie nieodłącznym elementem dobrej literatury jest grupa czytelników, którzy dany rodzaj literatury lubią. Po prostu nie uznaję “sztuki dla sztuki”. I to, że chcę pisać dla ludzi, nie znaczy, że nie chcę pisać jednocześnie “ambitnie”. Staram się czytać książki pisarzy, którym się to udaje. I to na pewno nie jest Fabryka Słów. 

Zresztą, zdajesz się stawiać po jednej stronie literaturę pokroju “Zmierzchu”, Pilipiuka i Bóg wie czego, a co jest po drugiej stronie? Co jest obiektywnie dobre? No i przecież pomiędzy tymi dwoma biegunami jest całe spektrum różnorodnej literatury. Kompromis czy złoty środek – to nie znaczy średniość. A w Twoich wypowiedziach dostrzegam echa poglądu, że jak coś jest popularne, to nie jest dobre (bo przecież dla tępych mas). 

Rzeczywiście się nie rozumiemy, ale jest na to rada – apeluję o uważne czytanie moich komentarzy ;) Chodzi mi o ten fragment:

Uważam służbę literaturze za ważniejszą od służby czytelnikowi (nie, nie uważam tej drugiej za nieważną).

Również nie uważam, ze jak coś jest popularne, to nie jest dobre, to by był dziwaczny pogląd. Uważam, że “dobre” nie ma nic wspólnego z “popularne”, uważam, że korelacja między tymi rzeczami zachodzi w bardzo ograniczonym zakresie. Wszystkie cztery wariacje występują w świecie: dobre i popularne, dobre i niepopularne, niedobre i popularne oraz niedobre i niepopularne.

Średniość nie jest efektem kompromisu. (Uważam, że) Jeśli punktem wyjścia do pisania literatury jest to, czy będzie się podobać, to mamy do czynienia z rozrywką, a nie sztuką. Nic w tym złego, ale ja mam wtedy mniej entuzjazmu dla takiego tekstu. Jeśli punktem wyjścia jest służba literaturze (ja naprawdę nie umiem tego lepiej wyjaśnić, niż zrobił to Llosa), to mamy do czynienia ze sztuką – która na luzie może być rozrywkowa, ale będzie sztuką. Dogsdumling dobrze namierzył, to co myślę o zdaniu, od którego zaczęła się dyskusja – ono jest tam wyłącznie po to, żeby się podobać. Jest bardzo efektowną pisanką, ale kurczak się z niego już nie wykluje.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ciągle czekam na jakieś przykłady. Jaki pożytek z tego, że wskażesz złe, jeśli nie nakierujesz na dobre? Nie mówię tu o moim tekście. Chciałbym tylko mieć jakiś punkt zaczepienia, żeby zrozumieć, co uważasz za służące literaturze albo za pisankę, z której coś się wykluje. Nie chcę teorii, chcę dowodów ;)

Aż sobie sprawdziłem, czy jest jakiś autor/jakaś autorka w Fabryce Słów, którego/którą lubię. I szczęśliwie są, więc jest dla Ciebie nadzieja ;) (choć te ich książki, które lubię wydawali gdzie indziej). Jest też Adam Przechrzta, który pamiętam, jak mnie absolutnie zachwycił swoim debiutanckim opowiadaniem, a potem jakoś skandalicznie rozczarował wszystkim innym, co napisał.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Mam Ci pokazać dobrą literaturę? Bułhakow jest niezły :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Bułhakowa czytałem, wiadomo co ;) Przechrzty nie. 

Ale mam pomysł. Jak namierzysz kiedyś dobre (obiektywnie dobre, służące literaturze i służące czytelnikom) opowiadanie – tutaj, w NF czy w innym łatwo dostępnym miejscu – daj znać i podyskutujemy na konkretnym przykładzie. Może być nawet coś Twojego, jeśli jesteś któregoś tekstu pewien i masz odwagę, by się tak bronić. Wiesz, że lubię Twoje opowiadania i nie zdziwiłoby mnie, gdybyś je uważał za dobre (w znaczeniu, o którym mówimy). Może być oczywiście na priv. 

O nie! Ja komentuję jako czytelnik, jako piszący to już różnie bywa. Ale wiesz, jak toleruję podwójne standardy wyłącznie u siebie. Swoje opowiadania traktuję jako szczeble na drabinie – nie uważam ich za dobre, uważam, jednak, że próbuję. Nie wiem też, co jest na szczycie tej drabiny jeszcze.

Weronikę Murek polecam, już Ci kiedyś pisałem, pierwsze opowiadanie w “Metodzie…”. To najlepsza rzecz, jaką czytałem w ostatnich latach.

Ja Twoje opowiadania też lubię, ale zacytuję jeden z moich ulubionych filmów: 

I'll tell you, man (…) there are no two words in the English language more harmful than "good job".

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Mam problem z tym opkiem. Z jednej strony naprawdę fajnie napisany tekst, ciekawy pomysł, dobre tempo, z drugiej, po lekturze zostałam z poczuciem, że o niczym :( Są ludzie, są metafory, ale nic z tego nie wynika. Jeszcze bym jakoś przełknęła, że ludzie i metafory są sobie przydzielani na chybił trafił, gdyby za tym szła jakaś refleksja albo do czegoś to zmierzało. U Ciebie poszło w stronę akcji i opowiadania awanturniczego – groteskowe przekazywanie sobie z rąk do rąk porwanej bohaterki zapachniało trochę skrzywionym Kafką. Metafory są w tym świecie pretekstem do całej akcji, niby same w sobie powinny coś znaczyć, ale właściwie nie wiadomo co. U Ciebie słowo metafora działa troszkę na zasadzie pustego hasła, chwytliwego i ładnego, ale pustego. Tak, wiem, że tytuł to Puste metafory, ale to dla mnie trochę za mało, żeby usprawiedliwić fasadowość nie tylko samego motywu, ale też rozwiązania problemu bohaterki. Jak zabić metaforę – rozwiązanie, które nic nie znaczy. Bo jak właściwie bohaterka ją zabiła, co to znaczy „dosłownością”? Nie chcę haseł, chcę treści!

I czuję się trochę oszukana tym tekstem, bo sugerujesz, że jest w tym opku coś więcej niż tylko barwnie opisana przygoda bohaterki z wadliwą metaforą, ale ja niczego takiego nie znalazłam.

Kwestia rodzenia się metafor i przechodzenie z ludzi w metafory – gdybyś to rozwinął, podejrzewam, że mój odbiór opka mógłby wyglądać zupełnie inaczej :)

 

PS. Odnośnie uczucia deja vu – pomysł skojarzył mi się mocno z opowiadaniem Kena Liu „State change”, gdzie ludzie rodzą się ze swoimi duszami w fizycznej postaci, i też można trafić lepiej lub gorzej. Bohaterka opka oczywiście trafiła gorzej ;) W każdym razie dobry tekst. Polecam.

 

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Dzięki za opinię, Dogsdumpling :)

Szkoda, że czujesz się oszukana i nic “treściowego” nie znalazłaś. Wielkiej mądrości tu nie ma, ale parę myśli chciałem zawrzeć. Może tym razem nie będę się tłumaczył, tylko poczekam, czy ktoś się podzieli tym, co “głębszego” znalazł w tekście. 

Może nie tyle głębszego, co dość smutnego.

Służby odizolowały Łukasza od reszty społeczeństwa, bo poprzez inne metafory miał dostęp do prawdy o tym, jacy naprawdę są ich właściciele. 

Czyli – podsumowując przekaz:

Nie jesteśmy tacy, jakimi chcą nas widzieć inni. Często nie jesteśmy nawet tacy, jakimi sami siebie próbujemy się widzieć. Więcej – większości z nas nie stać na to, by zmierzyć się z tą prawdą, ponieważ często jest to prawda wstydliwa, żenująca, nikczemna i mała. Metafory reprezentują naszą “ciemną stronę księżyca”, to co próbujemy ukryć.

Przynajmniej ja tak to odebrałem.

“Ludzie w autobusie byli ściśnięci jak sens w haiku, ale ich zapach nie miał nic wspólnego z poezją” – przepiękne zdanie!

 

“posiadała kulę prawidłowego kształtu” – hm… kula nieprawidłowego kształtu nie będzie kulą, nie?

 

Wnętrze Twojej głowy musi być bardzo ciekawym miejscem. Niewątpliwie masz całą masę nietuzinkowych pomysłów i to jest fajne – nigdy nie wiadomo, czego spodziewać się po Twoich opowiadaniach. Umiesz też dobrze ubierać te pomysły w słowa, bo złożone przez Ciebie zdania wchodzą gładko i bezboleśnie.

Pomysł z metaforami skojarzył mi się trochę z Mrocznymi Materiami Pullmana, gdzie mamy daimony i “złą organizację”, która te daimony od dzieci odrywa. Ale oczywiście to dość luźne skojarzenie. Generalnie podoba mi się absurdalność Twojego pomysłu oraz krnąbrna metafora Weroniki (”Łukasz jestem” XD). Koniec końców jednak – choć sam pomysł na dosłowność jest świetny – uważam, ze zmarnowałeś potencjał najlepszej sceny, zbywając ją jednym zdaniem. Dalej już idzie się domyśleć, do czego to wszystko zmierza (po tym, jak Weronika upada). I jakoś poczułam się zawiedziona. Fajny początek, fajne poszukiwanie sposobu na pozbycie się metafory… ale samo pozbycie się i zakończenie jakieś takie nijakie mi się wydało. Wybacz, to tylko moje zdanie, rzecz jasna. Ale czegoś mi zabrakło do domknięcia naprawdę dobrze zapowiadającej się historii.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Służby odizolowały Łukasza od reszty społeczeństwa, bo poprzez inne metafory miał dostęp do prawdy o tym, jacy naprawdę są ich właściciele. 

Metafory reprezentują naszą “ciemną stronę księżyca”, to co próbujemy ukryć.

Tylko, że metafory w tekście nie są odzwierciedleniem właścicieli. Ich charakter nie jest zależny od charakteru ludzi, do których należą (chociażby metafory rodziców). Owszem, są świadkami życia ludzi, więc skoro towarzyszą im od urodzenia to nic dziwnego, że “widzą” również rzeczy wstydliwe, małe czy nikczemne. One po prostu są, swoje myślą – choć to właściwie nie ma wpływu na fabułę, a ludzie zachowują się jak ludzie i gdy nagle okazuje się, że metafory mogą się podzielić swoją wiedzą to nikt tego nie chce – co jest zrozumiałe. Tylko, że dla mnie tak postawiona sprawa nie jest odkrywcza. Wiedza metafor nie polega na znajomości tego, co ukryte, ani nawet tego, co ktoś próbuje ukryć (nikt nie próbuje, bo po co), ich rola ogranicza się do bycia świadkiem. I pomysł jest interesujący, ale mnie osobiście do refleksji nie skłonił.

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Ciekawe dyskusje tu odchodzą…

Co do tego, że zdanie o haiku nie służy niczemu poza pokazem mocy autora, akurat w odniesieniu do tego tekstu nie mogę się zgodzić. Bo całe zdanie jest właśnie modelowym przykładem pustej metafory – czegoś co ma służyć tylko i wyłącznie dostarczeniu czytelnikowi przyjemności estetyczno-intelektualnej (fun the system?). A że satysfakcją czytelnika karmi się ego autora to już niezbywalna część tej zabawy.

Nie mieszałbym przy tym do tego relatywizmu, postmodernizmu i Świętego Augustyna, tym bardziej, że cały tekst odbieram raczej jako deklarację Funa na rzecz obiektywnego istnienia kategorii estetycznych, niewymagających utylitarnego uzasadnienia. Osobiście, będąc głęboko przekonany o istnieniu Dobra Absolutnego i Prawdy Obiektywnej, akurat co do Piękna Samego w Sobie mam poważne wątpliwości. Co nie znaczy, że za nim nie tęsknię i go nie poszukuje. Czasami sobie tylko myślę, że takie Piękno Uniwersalne, jeśli istnieje, to może mieć gdzieś prawdę i dobro – jest czyste, zimne, nieludzkie i… właśnie puste.

Dlatego wolę kolorowe wydmuszki na małą skalę niż Pustkę Absolutną.

Gol dla efekciarskiego zdania… I gol dla Łukasza :D

Ale też gol dla rozczarowania rozwiązaniem i zakończeniem :(

Cieszę się z licznych pochwał, Jose, i rozumiem, że czegoś zabrakło. Nad tą potencjalnie najlepszą sceną trochę myślałem, ale nic nie wymyśliłem. Tak to jest, jak się pisze początek, nie znając zakończenia…

Dzięki za komentarz :)

 

Dogsdumpling – w takich nieoczywistych tekstach można doszukiwać się różnych interpretacji, znajdować je, ale można też nic tam nie dostrzec. Na tym polega ich siła i słabość zarazem.

Trudno mi bronić własnej intepretacji, niczym bram Jasnej Góry, bo przecież autor mógł mieć na myśli coś zupełnie innego. Z drugiej strony – właściwie dlaczego nie mógłbym interpretować utworu inaczej, nawet wbrew intencjom jego twórcy? A kto mi zabroni? ;)

Silver_advent

 

w takich nieoczywistych tekstach można doszukiwać się różnych interpretacji, znajdować je, ale można też nic tam nie dostrzec.

 

Nie do końca się zgadzam, że to zależy od tego, czy czytelnik szuka czy nie. Dla mnie podstawą interpretacji jest tekst. I to na nim buduję interpretację. Owszem, dochodzą jeszcze inne, zewnętrzne czynniki (doświadczenia czytelnika, jego lektury, poglądy, czy chociażby nastrój, który może wpływać na nastawienie do tekstu), ale najważniejszy jest tekst. Zawsze. Intencje twórcy nie interesują mnie pod kątem interpretacji tekstu (oczywiście jest to ciekawe i fajne, że można z autorem podyskutować; plus zawsze istnieje możliwość, że czegoś jako czytelnik nie zauważyłam – choć wtedy żądam twardych dowodów w tekście, nie w tym, co autor sobie założył). 

 

Nie odmawiam Twojej interpretacji racji bytu. Moja jest po prostu inna. O ile obie trzymają się tekstu, to najazdu na Jasną Górę nie planuję :P Dodatkowo, co wyniosłeś z tekstu to twoje :-).

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Relatywizm i Augustyna przywołał Silver_advent, nie ja (no dobra, ja to nazwałem, ale przywołał on). Do postmodernizmu się przyznaję :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ledwo odpisałem Jose, a dyskusja toczy się dalej ;)

 

Na płaszczyźnie “przesłania utworu” chciałem przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że nic nie ma sensu samo z siebie. Sens jest nadawany, przypisywany. W “Pustych metaforach” bohaterowie przypisują znaczenie przypadkowo dobranym kulom. Chcą wypełnić pustkę sensem. A w życiu może tak być ze wszystkim. W dużej mierze na tym się opiera szczęście. 

W opowiadaniu to szczęście może zostać zniszczone, choć zdusiłem w zarodku owo widmo zniszczenia, zanim się rozkręciło – nie chciałem przygnębiać, tylko umilić czas, a jednocześnie uchylić furtkę dla chętnych do interpretowania. 

Nie nadążam :(

 

Edit: Wiadomo, że tekst powinien się bronić, więc w żadnym wypadku nie podważam niczyjej oceny. Ale uważam, że warto, gdy autor wytłumaczy, co miał na myśli, a czytelnicy powiedzą, ile załapali. To uczy obie strony lepszego zrozumienia, za którym może iść też większa satysfakcja czytelnicza lub pisarska :)

Hej :)

 

Znaczenie. To jest klucz do zrozumienia opowiadania. Ludzie od zawsze doszukiwali się znaczenia. Nadawali znaczenie rzeczom/zjawiskom, wszystkiemu czego nie rozumieli lub natury nie znali. Relatywizowali, wyolbrzymiali, imputowali, byle tylko coś obcego uczynić bardziej znośnym, aby nadać mu sens i uszeregować w porządku świata, który sobie sami wypracowali. Nie inaczej jest tutaj.

Każdy postrzega metaforę inaczej i każdy nadaje jej sens, lub go odbiera. Zakończenie jasno definiuje, ile takie zabiegi są warte ;)

 

Opowiadanie generalnie jest Twoje i z Twoją twórczością rozpoznawalne. Magiczny element w rzeczywistym świecie. Wstęp najwyższej klasy, ustawiony na zaintrygowanie czytelnika – złapanie w silny uścisk (to opanowałeś do perfekcji). Idąc dalej, nie ma tutaj przeładowania formy. Obrazy są zwięzłe i jakbym miał odnieść się do malarstwa, to ograniczone pod względem ilości barw (zawsze wyraziste, nigdy stonowane) i elementów przedstawionych, co czyni je czytelnymi. Każdy widzi co jest na obrazie (stąd słuszne opinie o wyrazistości i lekkości narracji), ale nie wszyscy wiedzą co przedstawia. Zupełnie jak symbolizm w malarstwie :)

 

Fajnie, że poruszyłeś ten temat. Tu na forum nic innego nie robimy, jak doszukujemy się sensu, nadajemy znaczenia, które tylko czasem oddają rzeczywistość. I w brew temu co inni myślą, nie żądałbym od tego tekstu niczego więcej niż daje, bo daje to co ma dawać, nie więcej. Przecież jasno napisałeś w tytule, że to o pustej metaforze ;)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Fajne przemyślenia i ciekawe obserwacje, Blacktomie. Dzięki :)

 

Najpierw taka deklaracja… Z komentarzy, na które rzuciłem okiem, dowiedziałem się, że masz wiele podobnych tekstów, to znaczy – realny, zwykły świat z jakimś magicznym elementem, wokół którego obraca się fabuła. Czyli to, co lubię. Także może deklaracja brzmi, o, tak: ja, Karol123, łasy (ale dopiero od dziś) na funthesystemowe teksty, przeczytam inne twoje opowiadania. Rzekłem.

I co tu dużo więcej mówić? Przecież to, co napisałem wyżej, mówi samo za siebie. Podobało mi się i już.

Pomysł genialny, abstrakcyjny świat zasysa. Metaforę grającą pierwsze skrzypce da się lubić. 

Parę razy się uśmiechnąłem, a szczególnie czytając, o, ten fragment (groźbę Łukasza): Oj, pożałujesz tego, pożałujesz. Słuchajcie wszyscy, kiedy Wera miała dwanaście lat… I jeszcze to (w sumie to kontynuacja tego szantażu wstydem): …wiadomo co zrobiła z bielizną, a twoja seledynowa kuleczka wyszeptała mi na moje metaforyczne uszko całkiem ciekawe rzeczy na twój temat. Choćby ten incydent z parasolem…

Jedynie zakończenie mi nie podeszło. Spodziewałem się jakiejś porządnej puenty, która wszystko rozjaśni, która wyciągnie mądrość z tego zwariowanego, metaforycznego świata. A może ta mądrość była, tylko ja nie zrozumiałem/wyłapałem? Tak czy siak, minikreacja kolejnego świata metafor, gdzie ludzie byli małymi grawitującymi obiektami, nie spodobała mi się. Ale rozumiem, że tak właśnie sobie założyłeś – abstrakcja zakończona absurdem.

Dziękuję, Karolu. Jak się czyta takie komentarze, to na twarzy pojawia się banan i od razu człowiekowi się bardziej chce pisać :) Będzie mi bardzo miło, jeśli zajrzysz do moich “starszych” tekstów i podzielisz się swoimi opiniami. 

Dla mnie, to tekst, po przeczytaniu którego mózg nie przestaje pracować, analizując wszystko od początku do końca. Przewartościowuję swoje życie i doszukuję się wszędzie metafor, a mózg puchnie. I jedyne co w końcu jestem w stanie napisać, to – to było naprawdę dobre! :)

Tekst bardzo dobrze napisany, fajny pomysł, przyjemne zakończenie (chociaż początek obiecywał duuużo więcej). Posiadasz umiejętność sprawnego operowania słowem i olbrzymią wyobraźnię, dzięki czemu Twoje pisanie ma wysoką sprawność energetyczną: potrafi rozgrzać najtwardzy fantastyczny beton ;)

Fabularnie jest dużo gorzej, ale to Twój wybór – fabuła w Twoich tekstach jest tylko dodatkiem, co sprawia, że odbiór całości bywa zerojedynkowy – czytelnik kupuje, albo nie. Ja kupuję, ale trochę zaczyna mnie to już męczyć.

Odnośnie tego karpowiczowego ozdobnika – jest świetny i pasuje idealnie do tekstu o takim tytule. Więcej, na tym właśnie polega, wyciągnięta za uszy z dyskusji, służba literaturze: na porzucaniu kliszowych zwrotów i wymyślaniu nowych. Fajnie, że próbujesz.

AQQ, mam nadzieję, że mózg nie spuchł za bardzo :D Dziękuję za przeczytanie i komentarz :)

 

Algirze, dziękuję za pochwały i krytykę. 

Fabularnie jest dużo gorzej, ale to Twój wybór – fabuła w Twoich tekstach jest tylko dodatkiem, co sprawia, że odbiór całości bywa zerojedynkowy – czytelnik kupuje, albo nie. Ja kupuję, ale trochę zaczyna mnie to już męczyć.

Zdradzisz, co jeszcze mojego czytałeś? ;)

Zdradzisz, co jeszcze mojego czytałeś?

Wszystko na tym portalu ;) I tak jak wspomniałem wcześniej: Twoje pisanie jest bardzo energetyczne, tylko mam wrażenie, że brakuje właściwego kierunku, żeby tę energię skumulować i trafić w punktmail.

Bo masz możliwości, nie schodzisz poniżej pewnego poziomu, ogólnie: zawyżasz portalową średnią, tylko na razie więcej obiecujesz, niż dajesz rzeczywiście. W tym tekście, tak jak w kawałku o martwych zwierzakach, miałem wrażenie, że w końcu się uda, że domkniesz ten tekst, a po przeczytaniu zostanie wyraźny ślad w mojej pamięci. Nie zostanie, poza wspomnieniem fajnego konceptu. Czegoś zabrakło. Oczywiście, opowiadania zasługuje na bibliotekę, piórko, czy jak tam można je nagrodzić – bo to dobry tekst. Ale wciąż brakuje domknięcia na które zasługuje.

Wiem, że łatwo się mądrzyć, gdy brakuje słów, żeby napisać, o co chodzi. Bo naprawdę trudno mi określić, czego mi brakuje, i z boku wygląda na czepialstwo. Po prostu po przeczytaniu nasunęła mi się jedna myśl: i to wszystko? Spodziewałem się więcej. Może chciałem, żeby to było coś w stylu: Boerst zderzył się z Księżycem.

 

mail trafić w punkt: napisać tekst, do którego nie można już nic dodać ani odjąć. Jest kompletny fabularnie, ma mocnych bohaterów, a czytelnik bezbłędnie rozszyfrowuje, co autor miał na myśli.

Wszystkie i żadnego nie skomentowałeś?! Innych też tak czytasz i nie zostawiasz śladu? :D Ja takich użytkowników nazywam “ninja” i staram się zachęcić do naskrobania paru słów, żeby autor chociaż wiedział, że ktoś przeczytał jego opowiadanie i czy się temu komuś podobało. Wiem, że czasem się nie chce, czasem “wszystko już zostało powiedziane”, ale myślę, że warto poświęcić chwilę. Ja się cieszę z każdego komentarza, bo opinie pozwalają mi się rozwijać. No a skoro ktoś mi pomaga, staram się wtedy nie być niewdzięczny i pomagam jemu (w miarę możliwości) w podobny sposób. 

Strasznie mi miło, że przeczytałeś, bo sporo tego już się nazbierało. Dobrze jest dostać taką zbiorczą ocenę własnej twórczości. Bardzo Ci za to dziękuję, Algirze :) I namawiam do komentowania na przyszłość! Na przeszłość zresztą też ;)

Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś jeszcze zdradził, które z moich opowiadań najbardziej przypadło Ci do gustu, a które najmniej. 

No już taki jestem ;)

W zasadzie pod każdym Twoim tekstem mógłbym napisać to samo: piszesz nienagannie technicznie, ładnie dialogujesz, masz ciekawe pomysły na własne teksty, brakuje tylko gwoździa, którym na końcu przybijesz fabułę do czoła czytelnika ;)

Lubię wszystkie, nawet te głupotki jak Jelenie… Najbardziej podobały mi się: Dziewięć martwych zwierzątPiękni ludzie… Najmniej Diabeł…, ale to ze złości: cudnie wykorzystana energia autora i żywi bohaterowie, zaprzęgnięci do opowiedzenia kliszowatej fabuły o pakcie z diabłem. Tam było dobre zakończenie, ale całość była powtarzalna do bólu.

W mojej opinii potrzeba Ci tylko dobrego redaktora, nie bety, która poprawi interpunkcję, ale właśnie redaktora, który przepracuje z Tobą niuanse fabularne, pomoże odpowiednio rozłożyć akcenty, punkty zwrotne i wyeksponuje zakończenia. Tylko tyle i aż tyle.

Zarzuciłeś przynętę, która bardzo skutecznie przykuła moją uwagę: tajemnicę metafor. Od początku zacząłem się zastanawiać czym tak naprawdę są, jakie mają znaczenie i dlaczego ich występowanie jest takie oczywiste.

Wydaje mi się, że masz tendencję do wnikliwego studiowania tematu, raz gdy go odkryjesz. Cecha to zacna. Może to jednak szkodzić dynamice tekstu, którego temat dotyczy (trochę doskwierało w Twoim opowiadaniu "Piękni ludzie muszą wyjść"). Gdzieś trzeba wybrać złoty środek pomiędzy szczegółowym opisem przedstawionego zjawiska, a popchnięciem akcji naprzód i przedstawieniem rzeczy nowych. Tu chyba wyszedłeś zwycięsko z tych zmagań, chociaż według mnie momentami jechałeś po bandzie. Wulgaryzmy w Twoim wydaniu są śmieszne ale pozwoliłeś sobie powtórzyć zabieg wielokrotnie. Podobnie postąpiłeś z długim językiem Łukasza. Każda kolejna sytuacja zakłopotania Weroniki nie była już tak mocna i śmieszna jak poprzednia.

Jednak Twój błyskotliwy styl sprawia, że lektura mnie wciągnęła, a użyta przez ciebie metafora (metafora w postaci metafory) bardzo do mnie przemówiła.

przygarbiony jegomość o fizjonomii manekina

Fizjonomię rozumiem jako wygląd twarzy (cechy charakterystyczne, kształt i rozmieszczenie oczu, nosa i ust). Myślę, że chodziło Ci o oszczędną mimikę.

 

Przy tych fragmentach prawie parsknąłem śmiechem:

Kominiarki na głowach, kartony na metaforach

Zabij ją dosłownością

Według mnie podjąłeś próbę opisania nieuchwytnej, niematerialnej cząstki człowieka, nad istotą której duma każdy, kto podejmuje próby wzniesienia się ponad dosłowność. Takie próby zawsze warto podejmować, a jeśli są dobrze napisane, to uznanie z mojej strony podwójne.

 

Zacząłem czytać i zachwyciłem się pomysłem i wykonaniem. Tak mniej więcej do połowy opowiadania. Potem poczułem przesyt, stopniowo narastający do poziomu znużenia. W efekcie końcówkę przeleciałem w przyspieszonym tempie, przez co nie do końca skumałem. Konkludując – świetny pomysł, ale chyba na szorta.

Nimrodzie, dziękuję za opinię :)

Wnikliwe studiowanie tematu? Ciekawe stwierdzenie. Dotychczas spotykałem się z opiniami, że czegoś brakuje, zostaje niedosyt, albo z opiniami, że próbuję upchnąć zbyt dużo w jednym tekście. 

 

Tfurco, dzięki za wizytę :) 

Szkoda, że poczułeś przesyt. Nie chciałem tworzyć zbyt rozbudowanej opowieści, ale w szorcie trudno byłoby mi zawrzeć jakąś historię, a nie tylko pomysł. 

Przeczytałem pierwsze dwa fragmenty, dalej już odpuściłem. Wiesz, ja jestem zwyczajny gość, co lubi zwyczajne historie tylko niezwyczajnie opowiedziane. Twoje nie mieści się w moich standardach, więc konstruktywnego komentarza nie będzie. Może tylko jedno, po pierwszych fragmencie pomyślałem “ja pie…, znowu”. ;)

Pozdrawiam, Funie.

Ostrzegałem już pod koniec pierwszego fragmentu, że "nie będzie normalnie" ;) Ale dzięki, że próbowałeś, i dobrze, że się nie męczyłeś. Pozdrawiam.

Jak zawsze się podobało. Chyba największym atutem opowiadania jest humor, szczególnie wypowiedzi Łukasza. Znudziło mnie trochę to pseudofilozoficzne przemówienie niskiego “melonikarza”, ale nie było ono długie, więc przetrwałem :) Metafory kojarzyły mi się ze sprenami, jako że czytam obecnie “Drogę królów” Sandersona. Jeśli chodzi o zakończenie, to nie czuję się zawiedziony, ale liczyłem na coś więcej. Napisane świetnie, podobały mi się początkowe wtrącenia, jak ten żart z haiku, w drugiej części tekstu jakbyś nieco bardziej postawił na prostotę stylu (co nie jest wadą, rzecz jasna).

Podsumowując: Bardzo solidne opowiadanie z ciekawym pomysłem. Aż mnie zmotywowałeś do pisania :D Ostatnio idzie jak po gruzie. 

Pozdrawiam.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki, Soku :) Mnie też przemówienie melonikarza zaczęło nudzić, na szczęście z pomocą przyszedł Łukasz.

Jeśli Cię to pocieszy, to mi też ostatnio średnio idzie. 

Trochę marne to pocieszenie, ale dzięki :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Miałem koncepcję, że to opowiadanie jest o ludziach, którzy mają jakiś talent lub są jakkolwiek inni od przeciętnego szaraczka i usilnie próbują zmienić ten stan rzeczy, wręcz wstydząc się swojej odmienności. Tak jakby porównać zmieniającą kolory kulę do albinizmu, a Łukasza do zespołu Tourette’a. To nic złego być innym, ale Twoim bohaterom bardzo to przeszkadzało.

Jednak im dalej czytałem, tym wybijałeś mi z ręki kolejne argumenty broniące tej tezy, aż w końcu zostałem z niczym. I przyszło mi do głowy, że z kolei Tobie wpadł kiedyś pewnie do głowy pomysł na grę słów z metaforami i obrazek, pozwalający powołać do życia te latające za ludźmi bańki. I zachwyciłeś mnie tym pomysłem i tym widokiem, bo są odjechane, ale mam wrażenie, że nic za tym nie idzie. Że te metafory są faktycznie puste i mają tylko widowiskowo pękać albo że jednak przerasta mnie ewentualne drugie dno tego tekstu. :<

Tak, wpadł taki pomysł, choć chciałem po pierwsze napisać rozrywkowy tekst, a dopiero po drugie zawrzeć w nim “coś”, jakieś parę myśli. No ale jak widać znowu nie trafiłem do wszystkich. 

Dzięki za przeczytanie i komentarz, Mistrzu Quizwania ;)

Z Twojego komentarza wylewa się zawiść. :p

Z tej części o Mistrzu? :D

No rozrywkowych tekstów mi chyba nie zazdrościsz. :D Jeszcze trochę i skończysz jak Naz, która ostatniej partii ze mną nawet nie skończyła. Czas się skończył – jaasne, to zamajaczyło widmo kolejnej porażki!

Czasem po prostu płaczę nad swoją niewiedzą i obiecuję sobie nie grać, bo to głupia gra, skoro przegrywam zapominam o toczącej się rozgrywce. 

Ale gra przypomina, że rozgrywka wkrótce wygaśnie. Wtedy spychasz na bok ostatnie podrygi ambicji i wyłączasz powiadomienie? :D

Prawdę mówiąc, gram głównie wtedy, kiedy strasznie mi się nudzi…

Rozumiem. Czyli codziennie od poniedziałku do piątku. Znam ten ból. :<

Tekst wartki, lekko napisany i przyjemny, ale ostatecznie i nieostatecznie spłynął po mnie, jak wiosenny deszcz rynną ;D Pomysł z latającymi, kolorowymi metaforami oryginalny i zapamiętam go na troszku dłużej :)

Ktoś mi kiedyś powiedział, że dosłowne branie, np. związków frazeologicznych jest objawem autyzmu. Smutne… i nagminne ostatnio.

F.S

Tak, za niedługo wszystko będzie podchodzić pod autyzm, jak dziecko będzie niegrzeczne, to pewnie ADHD i tak dalej…

Dzięki za komentarz, Foloinie. Dobrze, że jak deszcz wiosenny, a nie taki późnojesienny, jaki mamy teraz za oknem ;)

Jak wiosenny, wiosenny… powiew świeżości (że tak sobie zbalansuję na granicy dobrego smaku :)

 

Jednym z objawów autyzmu jest właśnie taka “dosłowność”, a autyzm przecież ma wiele wcieleń, nie tylko tych “zaawansowanych”. Co do ADHD, nie wiem, nie wierzę w tę bujdę, ale kiedyś nie wierzono w wiele chorób. Moje ADHD wyleczył złamany, po raz dziesiąty, nos. Ale to chyba kiepski sposób w tych czasach, dzieci teraz takie wrażliwe… :)

F.S

Znam! :) Musiałam co prawda przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć i w pełni docenić. Ale jak już to zrobiłam, to spodobało mi się bardzo. Chyba “mój” Twój ulubiony tekst, przynajmniej z tych, które przeczytałam. Mnie tam się końcówka podobała. Absurdu multum, ale taki absurd to ja lubię. Bardzo udany tekst.

Dziękuję, Ocho :) Nie sądziłem, że ten tekst będzie czyimś ulubionym z moich opowiadań.

A niech to, zeżarło mi komantarz… :/

W skrócie – chwaliłam oryginalność pomysłu, narzekałam trochę na to, że czuję w tym jakąś nienachalną głębię, ale nie do końca ją chwytam. 

Czytałam z przyjemnością a zakończenie dostarczyło mi satysfakcji, choć wywołało lekki zawrót głowy od stężenia absurdu. Ale to było dobre. 

Do piórkowości trochę brakuje – tekst wyróżnia się oryginalnością i jest świetnie napisany, ale jednak trochę mi tych wyróżników mało. Postaci są fajnie zarysowane, ale płaskie, i to jest chyba główny mankament.

 

Najważniejsze, że dostarczyłem nieco przyjemności i satysfakcji :)

Dzięki, Werweno, również za ten zeżarty komentarz :D

Powiedzmy, że miałem przy tym teście zupełnie średni… fun.^^

No okey, jest po Twojemu ładny, humorny, przewrotny i gracko napisany, tu nie ma do czego wyburzyć. Ale jest też przy tym taki trochę, wybacz, proszę, określenie: nijaki. Albo inaczej: nawet założywszy, że jest w nim coś więcej, że całość stanowi… metaforę czegoś prawdziwszego – a o to tak naprawdę wcale nie trudno – to i tak na koniec dominuje wrażenie, że to opowiadanie to przede wszystkim zabawa dla zabawy, absurd dla absurdu, kurwowanie dla kurwowania i fun dla Funa. Nie ma w tym nic złego, bynajmniej. Piszemy przede wszystkim dlatego, że lubimy literki i lubimy się nimi bawić… tak, jak lubimy. Co równie istotne, jeśli nie istotniejsze, lubimy też, kiedy inni dobrze się bawią razem z nami. A ja właśnie, że się powtórzę, bawiłem się po prostu średnio. I właśnie przede wszystkim na tym, a nie na pewnych dziurach fabularnych (bo jak się czepiać sensu, logiki i realizmu w czymś tak zacnie absurdalnym?), niezbyt pasującym tutaj epatowaniu wulgaryzmami czy po prostu nieszczególnie wyszukanej fabule (acz z interesująco wrednym zakończeniem) opieram moją całościową ocenę. Bo skoro tekst jest napisany przez Funa dla funu, to fun powinien być tu głównym miernikiem jakości.

W skrócie: było fajnie, ale to taka bardziej jednak “fajność” wybywania do kina razem z całą klasą, gdy człowiek jeszcze podlegał przymusowi edukacji, a nie miłego tete-a-tete z wybranką serca, gdy idzie się do kina, ale niekoniecznie na film.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu. Przyjmuję pokornie krytykę. Mam nadzieję, że jednak bawiłeś się trochę lepiej niż ja na “Ślubach panieńskich” w kinie z całą klasą. (To jest najgorszy film, jaki widziałem, i nawet latający popcorn niewiele pomógł). 

Ujęła mnie oryginalność pomysłu na świat. I nie dosyć, że pokazujesz nietypowy świat, to jeszcze koncentrujesz się na tym, co w nim zgrzyta, a nie na teoretycznej idylli i normie. Zostało Ci jeszcze trochę pary na pomysły, co mogło pójść nie tak…

Weronika jest zwyczajną bohaterką, ani jakoś super dobrze zbudowaną, ani potraktowaną po łebkach, ale Łukasz budzi zainteresowanie. Nie dosyć, że wyjątkowy, bo gada, to jeszcze ma coś jakby syndrom Tourette’a.

Końcówka stosunkowo słaba, nie usatysfakcjonowała mnie zbytnio (jak to ja – wolałabym więcej wyjaśnień i konkretów), ale widać nie można mieć wszystkiego.

Jestem na tak, czyli.

Babska logika rządzi!

Byłam na mocne, stanowcze TAK, aż doczytałam do końca… i jestem na nie.

Mała literówka:

Zabierz mnie stąd, Wera, błagam, zamierz mnie stąd

A teraz gorsze zarzuty: cudownie absurdalny, prześwietny pomysł stał się w finale zwyczajnie głupi. Bardzo mi się podobało, że metafory były – nomen omen – puste. Wypowiedzi Łukasza to istny majstersztyk. Porównania, jak to z haiku – po prostu aż do pozazdroszczenia. I wszystko zepsute banalnym zakończeniem. Ech!

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Cieszę się nawet z tego TAK-a, który koniec końców umarł, ustępując miejsca NIE. Zresztą nie pierwszy raz zepsułem Ci satysfakcję z lektury zakończeniem :P

Dzięki za komentarz, Tenszo :)

Nowa Fantastyka