- Opowiadanie: funthesystem - Piękni ludzie muszą wyjść

Piękni ludzie muszą wyjść

Napisane, by sprawdzić, jak mi wychodzą długie dystanse.

Proszę o krytykę, opinie i rady. Nawet jeśli ktoś by odpadł w trakcie lektury. A może zwłaszcza wtedy. 

 

Mogę podesłać PDF-a, żeby się wygodniej czytało. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Piękni ludzie muszą wyjść

Sierpień zatrzymał się, kiedy Martwa zabroniła mi powiesić pluszowego słonia na latarni. Każdy dzień był ciepły, wakacje nie miały końca, a mglista Kraina Jutra wymarła. Jabłoń za domem nic sobie nie robiła z naszych porannych kradzieży i wieczorami znów uginała się pod ciężarem owoców. Patrzyłem na nią, zastanawiając się, czy uciec, czy zapuścić korzenie. Zacząłem pisać mapę. 

Zanim do tego doszło – krótko po maturze, ale przed trafieniem do korytarza z sześcioma drzwiami, ukrzyżowaniem kukły pana Truszczyńskiego i zniszczeniem przynajmniej jednego ze światów – poznałem Martwą.

 

 

BRZYDKA RODZINA

 

Kiedy wraz z nieznajomą osobą chowacie się na przystanku przed deszczem, możesz oczekiwać, że któreś z was powie „nieźle leje”, „ciekawe, czy szybko przejdzie” albo coś w tym rodzaju. Dziewczyna, której majowa burza także zakłóciła rowerową przejażdżkę, oznajmiła jednak:

– Ludzie dzielą się na silnych, mądrych i pięknych, ale moja rodzina jest słaba, głupia i brzydka.

Znałem ją z widzenia. Mieszkała kilka ulic ode mnie, w domu ukrytym pośrodku gęstego, zaniedbanego sadu. Dawniej sądziłem, że jesteśmy rówieśnikami: była niska, wręcz kurduplowata, chuda jak kościotrup z pokoju jej ojca (oczywiście wtedy żadnego z nich nie znałem), rzekłbym nawet – bezpłciowa. Głupio tak pisać o przyjaciółce, ale jako dwunastolatek nie miałem skrupułów i myślałem wszystko o wszystkich.

Przez siedem lat nie urosła ani ona, ani jej biodra, ani piersi. Możliwe, że paznokcie i włosy także nie urosły. Słomiany – we wszystkich znaczeniach tego słowa – kucyk zawsze sięgał do połowy pleców. 

Brzmi, jakby na kilometr biła od niej niezwykłość. A prawda jest taka, że jedno spojrzenie na twarz Martwej wystarczało… Wystarczało, tyle. Nie patrzyło się dłużej, przechodziło się obok, zapominało się.

Wtedy na przystanku też zerknąłem na nią pobieżnie, po czym stwierdziłem:

– Nieźle leje.

Jakby niewypowiedzenie tej frazy mogło doprowadzić do końca świata. Choć może ja nie powinienem się na ten temat wypowiadać.

Uśmiechnąłem się głupio, a Martwa – wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak się nazywa – przybrała Dziwny Wyraz Twarzy (później nauczyłem się go rozpoznawać) i zrobiła krok w moją stronę. W bardzo agresywny sposób.

– Głuchy jesteś? – warknęła. – Powiedziałam, że ludzie dzielą się na silnych, mądrych i pięknych.

– Słyszałem – odparłem, patrząc na jej wysuniętą stopę. Niby zwyczajna, w zabłoconym trampku, jednak czułem się, jakby ktoś napierał na mnie z nożem w garści.

– Ale moja rodzina nie – dodała dziewczyna i wycofała się, spłoszona własnym atakiem.

Staliśmy w milczeniu. Ulewa bębniła w blaszany dach przystanku niczym perkusista metalowego zespołu wyżywający się na werblu; grzmiało i błyskało, jakby Zeus, Thor i Perun urządzili imprezę nad naszymi głowami. Typowy, polski maj. Wziąłem głęboki wdech, by zaciągnąć się zapachem burzy, ale do moich nozdrzy dotarł smród zalegających pod ławką śmieci. Puszki po żubrach, butelki opróżnione z nienazwanych trunków, rozmaite plastikowe artefakty, nad którymi będą głowić się archeolodzy z przyszłości. Klasyka.

Chciałem, by ten maj się nie kończył. Kilka dni wcześniej miałem ostatnią maturę, więc od dorosłego życia dzieliły mnie jeszcze cztery miesiące. Jedna trzecia roku, bariera – mogłoby się wydawać – wystarczająca, jednak w tyle głowy rodził się plan odwleczenia tego, przed czym pragnąłem uciec.

– A więc głupi – przerwała ciszę dziewczyna, która miała ów plan pokrzyżować.

– Słucham?

– Albo oba. – Nie patrzyła na mnie, lecz na strugi deszczu. – Głuchy i głupi.

– Miło – skwitowałem.

Nie dość, że obrażanie się na nieznajomą osobę jest idiotyczne, to jeszcze trudne. Ale jakoś mi się udało. Skrzyżowałem ramiona na piersi, odsunąłem się o całe pół metra (na więcej nie pozwalał oparty o ścianę przystanku rower), po czym także utkwiłem wzrok w ulewie – chociaż ulewa nie ma jakiegoś konkretnego punktu, na którym możesz zawiesić oko.

Chyba że stoisz obok Martwej.

Ona robiła coś z kroplami. Nie potrafiłem tego określić; tarłem tylko powieki, przekonany, że ściekający z czoła pot oszukuje mój pierwszy zmysł. A strugi deszczu zaginały się, spadały po łuku, tworzyły kształty. Dostrzegłem zarys słonia: zadartą trąbę, ogromne uszy, szerokie nogi i zad. Trwało to ułamek sekundy, jakby ktoś błysnął latarką w oczy, zostawiając na nich szybko znikający ślad światła.

Chwilę później piorun trafił w sosnę po drugiej stronie drogi.

– Ups – wyrwało się dziewczynie, kiedy drzewo runęło kilka kroków od naszego schronienia.

– No, przeginają z tymi burzami – stwierdziłem.

– Zdarza się – mruknęła. Nie odwracając wzroku od szalejącego żywiołu, zapytała: – Jak się nazywasz?

Najpierw obrażać, później zagadywać? Widywałem gorsze strategie podrywu.

– Dawid.

– Tak dostałeś na imię. Pewnie przy chrzcie, zgadłam?

– Jesteśmy w Polsce… To chyba nie jest trudne do odgadnięcia.

– Ja nie zostałam ochrzczona. – Potrząsnęła głową. – Nie tak jak wy. Właściwie nigdy nie byłam w kościele.

– Nigdy? – Nagle rozmowa zaczęła się kleić, jakby ktoś rzucił zaklęcie. – Nawet w trakcie szkolnej wycieczki?

– Na szkolnej wycieczce też nie byłam.

– Jezu… Nic dziwnego, że wyjeżdżasz z takimi tekstami na starcie.

– Na starcie? A co, będziemy się ścigać? – W końcu na mnie spojrzała, a na jej ustach gościł uśmiech.

To dobre miejsce na mapie, by wspomnieć o twarzy Martwej. Mianowicie: jej twarz jest całkowicie normalna. Gdyby ktoś zaczął mi wmawiać, że nie ma czegoś takiego jak normalność, kazałbym mu się zamknąć i pokazał zdjęcie przyjaciółki. Mógłbym oczywiście opisać, że dziewczyna ma prosty nos, lekko kanciaste brwi, wąskie usta i tak dalej, ale ktokolwiek to czyta – i tak jej potem nie rozpozna. Jedyne, co wydaje mi się istotne, to ogólna bladość Martwej kontrastująca z wiecznie rumianymi policzkami.

– Ścigać? – powtórzyłem jej ostatnie słowo. – To chyba nie byłby sprawiedliwy wyścig.

– No racja – przyznała, choć żadne z nas nie wiedziało, co drugie miało na myśli.

– A ty jak się nazywasz? Kojarzę cię z widzenia, ale nigdy nie gadaliśmy.

– Martwa.

– Marta?

– Nie. Martwa.

Parsknąłem śmiechem.

– Nic dziwnego, że nie masz chrztu. Gdyby ksiądz usłyszał ten pomysł od twoich rodziców, pewnie ekskomunikowałby całą rodzinę, na trzy pokolenia naprzód.

– Słabe.

– Co?

Wzruszyła ramionami.

– Naprawdę ktoś mówi na ciebie Martwa? – nie dowierzałem.

– Nie. Ale zapytałeś, jak ja się nazywam, a nie, jak na mnie wołają rodzice.

– To jak wołają?

– Nie powiem ci.

– A inni ludzie?

– Nie wołają.

– A jakie imię masz w papierach?

– Nie powiem.

Burza powoli się oddalała, deszcz zelżał. Wiedziałem, że za chwilę dziwaczna rozmowa dobiegnie końca i każde z nas pojedzie w swoją stronę.

– Dlaczego nazywasz siebie Martwa? – zapytałem.

– Bo to głupie, słabe i brzydkie. Jak moja rodzina.

 

***

 

Martwa tak naprawdę nie istniała – nie miała ani telefonu, ani konta na Facebooku. Stalkowała mnie w realu, jak duch. Mijaliśmy się wszędzie: w naszej okolicy, w lesie, w galeriach handlowych. Na mój widok machała, ale jej twarz pozostawała bez wyrazu. Zamienialiśmy parę słów, potem się rozchodziliśmy.

Kiedy na początku czerwca znalazłem pana Truszczyńskiego, ona też była w pobliżu.  

O ile śmierć rozdziela małżeństwa, o tyle Martwą i mnie połączyła węzłem przyjaźni. Węzłem z rodzaju tych, które złośliwe krasnoludki robią na kablach i których potem nie chce ci się rozplątywać, bo tak czy siak wszystko działa.

Ciało leżało pośrodku leśnej ścieżki. Na brzuchu, z twarzą w błocie. Wyhamowałem rower trzy metry przed nim. W pierwszym odruchu chciałem postąpić tak, jak przez lata mnie uczono. Sprawdzić oddech, tętno, reakcje, zadzwonić na pogotowie, zostać bohaterem. Potem pomyślałem. Co najmniej kwadrans sam na sam z trupem, policja, przesłuchania, sądy. Miałem lepsze pomysły na wykorzystanie najdłuższych wakacji życia. 

Zawróciłem i wtedy pojawiła się Martwa. Zeszła z roweru, błękitne oczy utkwiła we mnie, choć to zwłoki powinny znaleźć się w centrum uwagi.

– Co się stało?

– Chciałem…

Stanęła nad ciałem. Przyglądała mu się, więc ja także zwróciłem uwagę na szczegóły. Nieszczęśnika można by wziąć za stos ubrań – taki był chudy. Miał na sobie brzydki garnitur: brązowe spodnie i zieloną marynarkę ze sztruksu. Wjechałbym w niego, zlanego z otoczeniem, gdyby nie blada, łysa głowa i nagie stopy.

– Znam go – powiedziała Martwa. – To pan Truszczyński.

– Czyli kto?

– Coś jak komornik i kurator jednocześnie. Później wyjaśnię.

– Chyba powinniśmy…

– …uciekać – dokończyła.

Chciałem coś powiedzieć, ale ona położyła palec na moich ustach. Wsiedliśmy na rowery i popędziliśmy do miasta. Martwa jechała pierwsza. Narzucała mordercze tempo, jakby pan Truszczyński zmartwychwstał, by ruszyć za nami w pościg.

Zatrzymaliśmy się dopiero przed zarośniętą, zaniedbaną posesją. Dziewczyna pchnęła pozbawioną klamki furtkę, po czym ruszyła w stronę majaczącego między drzewami budynku. Podążyłem za nią. Otoczył nas zdziczały sad, w którym panowały półmrok i cisza.

Rowery rzuciliśmy na ziemię przed domem. Martwa kazała zaczekać i weszła do środka, a ja przyjrzałem się budynkowi. Miał rozmiary dworku szlacheckiego i estetykę zbitej z desek chaty. Pięter nie dało się policzyć z powodu nierównomiernie rozmieszczonych okien, dobudówki z blachy i cegieł przypominały huby, a dach był tak spiczasty, że zdawał się kłuć chmury.

Z wnętrza dobiegały strzępy rozmowy.

– …ogolony na zero, z twarzą w błocie, boso…

– …z nim do korytarza z sześcioma drzwiami…

– …taki, jak inni ludzie…

Po chwili Martwa wróciła.

– Chodź na obiad.

– A co z tym, no, panem Tru…

Nie skończyłem, bo zza jej pleców wyłoniła się matka.

Pani Karolina nazywa siebie panią Karoliną i wygląda jak córka. Jest tylko parę centymetrów wyższa, włosy ma o kilka tonów ciemniejsze, oczy zielone, na twarzy garść zmarszczek. Gdyby nie ubierała się tak, jak na dojrzałą kobietę przystało, w gorszym świetle mógłbym ją pomylić z Martwą.  

– Dzień dobry – bąknąłem.

– Dzień dobry – odparła. – Chodź, zapraszam. Nasze dziecko mówiło nam o tobie. Jesteś Dawid, prawda?

– Zgadza się. – Ruszyłem niepewnie do drzwi.

– Ja jestem pani Karolina.

Uścisk dłoni trwał krótko. Pani Karolina miała suchą, ciepłą skórę, w przeciwieństwie do swojego męża, którego poznałem chwilę później. 

Wnętrze domu wyglądało zaskakująco normalnie. Czas świetności mebli minął, ściany nieśmiało prosiły o remont, jednak całość sprawiała schludne i ciepłe wrażenie. Przeszliśmy długim korytarzem ze schodami na końcu, minęliśmy co najmniej trzy salony, aż dotarliśmy do kuchni, ciasnej i pełnej duszącego zapachu.

– Lubisz schabowe?

Skinąłem głową. Martwa usiadła przy kwadratowym stole i wskazała miejsce naprzeciwko siebie. Klapnąłem na chwiejący się taboret.

– Córka mówiła, że przejmujesz się trupem pana Truszczyńskiego – zagaiła gospodyni, krzątając się przy garnkach.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, jednak pani Karolina nie oczekiwała dialogu. Potok słów płynął z jej ust, dopóki nie zatamowało go wejście ojca Martwej.

Pan Teodor ma twarz dobrego szpiega. Jeśli takowego widziałeś, prawdopodobnie o tym nie wiesz. A jeśli wiesz, to albo szpieg nie był dobry, albo zaraz umrzesz. Natomiast mężczyzna, którego wtedy poznałem, muchy by nie skrzywdził, ba, nawet komara! Nie możesz na niego zbyt długo patrzyć – na błękitne oczy, nieznaczną łysinę i wystający brzuch – bo zaczniesz ziewać.  

Pan Teodor nazywa siebie Głową (w domyśle: Rodziny) i marnuje szpiegowski potencjał na bycie bezrobotnym urzędnikiem.

– O – powiedział na mój widok.

– To Dawid – oznajmiła Martwa, a ja wstałem i ukłoniłem się.

– A to Teodor. – Jedną dłoń (zimną, wilgotną) wyciągnął do mnie, a drugą dźgnął się w pierś. – Ale nazywam się Głowa. – Uśmiechnął się i powiódł po wszystkich wzrokiem. – A mój oldskulowy tablet donosi, że ten kutas Truszczyński w końcu kopnął w kalendarz.

Tak poznałem Brzydką Rodzinę. Może teraz coś o mnie?

Nie. Pewnie nikt inny tego nie przeczyta, a sobie nie będę się przedstawiał. Mapa tego nie potrzebuje.

 

***

 

Garść faktów. Martwa tak naprawdę ma na imię Magda. Jej rodzina nigdy nie zdradziła mi swojego nazwiska. A ja jestem przyszłym eksgrafomanem – kiedy skończę tę literacką kartografię, zostawiam pisarski szajs.

Z powyższego nic nie wynika, podobnie jak z obecności morza Rhûn na mapie Śródziemia. Jednak zanim dotrę do Szarej Przystani, mojego sierpnia, w którym utknąłem; zanim przejdę przez te kilka dziwnych krain-światów, wypada naszkicować Shire, skąd wyruszyłem.

Czyli czerwiec.

Wersja dla nie-nerdów: zanim napiszę o mieście z płótna czy ludziach ze szkła, muszę wspomnieć, że kosiłem trawę.

Miesiąc po maturze. Rówieśnicy składają aplikacje na uczelnie – ja okłamuję rodziców, że wysłałem podania do wszystkich uniwersytetów medycznych w kraju. Rówieśnicy jadą w podróże życia, by odetchnąć, nacieszyć się wolnością i młodością, znaleźć sens, cel, powołanie – ja idę na rower. Rówieśnicy pracują – ja pracuję.

Tego ostatniego nie planowałem. Po maturach czułem się bardzo zmęczony i chciałem odpocząć. Pomyśleć, pognić z lenistwa, a potem wybrać drogę. Kłopotliwa decyzja, biorąc pod uwagę to, jak wypalały się moje pasje, jedna po drugiej, parkour, malowanie, gitara, kręcenie filmów, aż wszystko, oprócz pisania, wygasło. Dlatego też opracowywałem plan unicestwienia października, źródła wszystkich rzeczy, których chciałem uniknąć. 

Pracę dał mi pan Teodor: pokazał ogród i przebąknął coś o pieniądzach. Po kilku dniach koszenia trawy i przycinania krzaków zacząłem się zastanawiać, czym rodzice Martwej zapłacą, skoro oboje są bezrobotni. Jednak temat wynagrodzenia nigdy nie wrócił; pojawiła się za to propozycja nowej koleżanki:

– Chodź ze mną do korytarza z sześcioma drzwiami.

Martwa towarzyszyła mi przez większość czasu. Właściwie to pracowałem tylko wtedy, gdy nie było jej obok. Rozmawialiśmy i opychaliśmy się owocami ze zdziczałego sadu. Wypytywałem o różne rzeczy, a ona odpowiadała wymijająco. Szkoła? Do żadnej nie chodziła. Wiek? Tyle, na ile wygląda. Zainteresowania, przyjaciele, plany? Nie powiedziała.

Paradoksalnie, z nikim nie gada się tak dobrze jak z Martwą. Nawet teraz, gdy utknięcie w sierpniu zaczyna mnie niepokoić, spędzamy razem całe dni, a nasze usta pracują na okrągło, czy to przez mówienie, czy przez jedzenie (o dziwo, nie tyjemy).

– A co jest w tym korytarzu?

– Drzwi.

– Jakieś specjalne?

– Pokażę ci.

Korytarz jest długi na dziesięć kroków, szeroki na dwa. Prowadzą do niego wąskie, drewniane schody. Gdy zapalisz światło, zobaczysz po obu stronach trzy pary drzwi; najbliższe po lewej mają wydrapaną jedynkę, a na tych po prawej widnieje czwórka.

– Niesamowite – powiedziałem.

Martwa zgromiła mnie wzrokiem.

– Poczekaj, aż zobaczysz to, co za drzwiami – burknęła. – Jeśli zobaczysz.

– Co tam jest? – Minąłem Jedynkę, Dwójkę, Trójkę, odwróciłem się i przemaszerowałem wzdłuż Szóstki, Piątki i Czwórki.

– Światy. – Wzruszyła ramionami. – Ale ty takich rzeczy nie rozumiesz.

– To mi wytłumacz.

– Nic nie powiem, dopóki uważasz się za kogoś wyjątkowego.

– Nie uważam się za…

– To czemu okłamujesz rodziców? – przerwała. – Czemu nie chcesz iść na studia jak reszta twoich znajomych?

– Po prostu nie ciągnie mnie do takiego życia.

– A może masz się za lepszego? – Prychnęła. – Na pewno tak. Przecież piszesz.

– To tylko sposób na zabicie czasu. Skończę z tym, jak tylko znajdę coś innego.

– Na przykład co?

– A ty kto? Doradca zawodowy? Czemu tak cię interesuje, co robię ze swoim życiem?

– Bo nie wiem, jaki jesteś! – wrzasnęła.

Zapadła cisza, którą przerwało dopiero skrzypienie schodów. Nadszedł pan Teodor.

– Co się stało?

– Ja nie mam pojęcia – odparłem.

– Nie wiem, jak mu to wszystko powiedzieć! – zawołała Martwa histerycznym tonem.

– Co chciałaś mu powiedzieć?

– O nas, o światach, o ludziach, o nim.

Nie rozumiałem. Zaczęli do siebie mówić podniesionymi głosami, ale słowa rozmywały się, tracąc sens. W końcu nie wytrzymałem. Minąłem pana Teodora i ruszyłem do wyjścia. Nagle oboje umilkli, a Martwa zapytała, dokąd idę.

– Wychodzę – warknąłem. – Jesteście jacyś nienormalni.

Wybiegłem z domu, przemknąłem przez sad i dopadłem do furtki. Zamknięta. Przypomniałem sobie, że przy każdej wizycie zastawałem tam kogoś z Brzydkiej Rodziny. Oni po prostu pchali pozbawione klamki drzwiczki, po czym wpuszczali mnie do środka.

– Pomóc?

Pan Teodor stał po drugiej stronie. Nie wiedziałem, jakim cudem się tam znalazł. Szarpnąłem jeszcze raz za metalowe pręty; ani drgnęły. Puściłem.

Furtka otworzyła się sama.

– Droga wolna – powiedział pan Teodor. – Jesteś młody, możesz być każdym. Silnym, mądrym, pięknym.

W jego głosie wybrzmiewał smutek. Zrobiło mi się głupio. Skinąłem głową i chciałem odejść.

– Dawid.

Przystanąłem, nie patrząc za siebie.

– W jednym na pewno się mylisz – oznajmił mężczyzna. – Jesteśmy normalni jak mało kto.

Kiedy się odwróciłem, pana Teodora już nie było. Ani przy furtce, ani na drodze do domu.

 

 

WEJŚCIE

 

Trzy dni później spróbowałem wrócić, by poznać tajemnicę korytarza z sześcioma drzwiami.

Furtki nie dało się ruszyć, a przez ogrodzenie mogłem przejść dopiero kilkanaście kroków dalej. Zagłębiłem się w gęstwinę drzew i krzewów. Kolce dziurawiły ubranie, komary atakowały skórę. Po chwili przedzierania się dotarłem z powrotem do płotu. Kilkukrotnie szukałem drogi do domu Martwej, jednak za każdym razem zapuszczony sad wyprowadzał mnie na swoje obrzeża.

Szwendałem się po okolicy, by trafić na koleżankę lub jej rodziców. Zacząłem nawet podejrzewać, że ich sobie ubzdurałem, ale rozmowy z sąsiadami rozwiały wątpliwości. Brzydka Rodzina istniała.

Pod koniec czerwca dostałem wezwanie na policję. W trakcie przesłuchania gruby funkcjonariusz wypytywał, co robiłem w lesie koło Suchego Boru w dniu śmierci Damiana Truszczyńskiego.

– Czy ktoś może potwierdzić pańskie zeznania? – zapytał, skończywszy spisywać moje kłamstwa.

Skinąłem głową.

Następnego dnia patrzyłem z ukrycia, jak dwóch innych policjantów rozmawia z panem Teodorem przez furtkę. W końcu funkcjonariusze odjechali, a mężczyzna o twarzy szpiega spojrzał w moją stronę. Nigdy więcej nie dostałem wezwania. Podejrzewam, że całe dochodzenie zostało w tajemniczy sposób umorzone.  

Tamtej nocy do Czerwcowej Zabawy dołączył pluszowy słoń, którego później nazwaliśmy Eustachy. Zszedł ze strychu, podkradł się do łóżka i zatkał mi usta trąbą, by krzyk nie obudził rodziców. Mimo zaskoczenia zmieszanego z lękiem domyślałem się, kto stoi za ożywieniem maskotki. 

Słoń włączył lampkę nocną.

– Lipiec za pasem – szepnął. – A ty wciąż nic nie zrobiłeś.

Dałem znak, żeby pozwolił mi mówić.

– Co miałem zrobić? – zapytałem, gdy cofnął trąbę. 

– Żeby wyjść, musisz najpierw wejść – odparł.

Rano obudziłem się z przekonaniem, że to sen. Jednak zielony słoń z jakiegoś powodu leżał na środku pokoju. Podniosłem go. Nie był taki ruchliwy i rozmowny jak w nocy. Chciałem odnieść maskotkę na strych, ale w korytarzu natknąłem się na mamę.

– O, kogoś na sentymenty wzięło – rozczuliła się rodzicielka.

– No… jakoś tak go zniosłem…

Położyła mi dłoń na policzku. Nie cierpię, kiedy tak robi – to gest rodem z melodramatów.

– Niedawno biegałeś z maskotkami, a za chwilę wyjdziesz z domu…

Całe rano wałkowała temat. Kiedy wreszcie poszła do pracy, zadzwonił telefon.

– Dawid? Tu pani Karolina. Wpadniesz dzisiaj na obiad? Zrobię kluski śląskie.

 

***

 

Z kluskami w brzuchach przeszliśmy przez pierwsze drzwi.

Początkowo w Jedynce panowała ciemność. Trzasnęło – straciliśmy drogę odwrotu. Ciszę zakłócał łomot dwóch serc, a duszne powietrze wypełniał zapach potu. Wiedziałem, że gdzieś znajduje się kontakt; w świetle powinniśmy ujrzeć pokój zastawiony antykami, wśród których kryłaby się…

Nie bardzo rozumiałem, co miało czekać za drzwiami.

– Gotów? – szepnęła Martwa.

– Nie – odparłem.

Włączyła światło.

Piętnaście minut wcześniej sądziłem, że na wszystko znajdzie się wyjaśnienie. Ot, trafiłem na ekscentryczną rodzinę, która przygotowała córce tor przeszkód, inicjujący wejście w dorosłość. Może dodatkowo wpadłem Martwej – czy też raczej wołającej o uwagę Magdzie – w oko albo zostałem uznany za outsidera, z którym da się zaprzyjaźnić. A to, że śledziła mnie z precyzją amerykańskiego szpiega? To, że jej ojciec w kilka sekund przeniósł się z domu za furtkę? To, że parę razy zabłądziłem w zdziczałym ogrodzie? To, że sprawa trupa skończyła się równie szybko, jak zaczęła? Na to też musiała być jakaś odpowiedź.

I była. Ta sama, która mogła wyjaśnić świat z porcelany.

– Nie wiedziałem, że twoi starzy to czarodzieje – wydusiłem, gdy wzrok przyzwyczaił się do oślepiającej bieli.

– Od początku mówiłam, żeś głupi. I nie używaj tego słowa. Nie lubimy go.

– Czaro…?

Dziwny Wyraz Twarzy kazał mi zamilknąć.

Wszystko dookoła było białe, gładkie i połyskliwe. Znajdowaliśmy się w alternatywnym, porcelanowym korytarzu z sześcioma drzwiami. Martwa nacisnęła kilka razy na klamkę przy numerze jeden, po czym pokiwała głową.

– Tak myślałam. Musimy znaleźć sposób, by wrócić.

– A pozostałe drzwi?

Sprawdziła – inne drogi wyjścia także były zamknięte.

– Czemu porcelana? – zapytałem, dotykając gładkich ścian.

– Idiotyczne pytanie. Tak jakby ktoś zobaczył ludzi i zapytał, czemu są głównie z wody.

– Akurat to da się…

– Skończ. Nie wiem czemu porcelana. Może to ma coś wspólnego z poglądami moich rodziców. A może po prostu chodzi o inność. Nie musimy tego wiedzieć. Jedyne, co musimy, to przejść przez każde z sześciu drzwi w naszym korytarzu, w naszym domu, w naszym świecie.

– Musimy? Czy chcemy?

– Musimy, chcemy… – Wzruszyła ramionami. – Ani jedno, ani drugie słowo nie pasuje do dorastania.

Zeszliśmy wąskimi, porcelanowymi schodami. Na półpiętrze znajdowało się szklane okno – znak, że nie wszystko w tym świecie jest ceramiczne. (Zresztą, mogliśmy się tego domyślić, gdy Martwa włączyła światło). Dotarliśmy na parter alternatywnego domu Brzydkiej Rodziny i wtedy do naszych uszu dobiegły metaliczne odgłosy. Chciałem naradzić się na migi, jednak dziewczyna bez namysłu ruszyła do kuchni.

Tam zastaliśmy panią Karolinę. Stała przy zlewie, biała, lśniąca i nieruchoma. Porcelanową rękę trzymała na porcelanowym kranie, jednak woda, która z niego leciała, była po prostu wodą.

– Mamo?

Ciszę burzył tylko strumień uderzający o dno zlewu. Wszystko wyglądało, jakby czas się zatrzymał, przerywając pani Karolinie przygotowywanie obiadu. Bałem się czegokolwiek dotknąć, natomiast Martwa podeszła do matki, chwyciła ją za ramię, a gdy tamta nie zareagowała, dziewczyna zwróciła się do mnie:

– Przed chwilą słyszeliśmy, że coś się ruszało, nie?

Skinąłem głową.

– Zerknijmy, jak to wygląda na zewnątrz.

Kiedy tylko skierowaliśmy się do okna, szum wody ustał. Spojrzeliśmy za siebie. Kran był zakręcony, a pani Karolina zastygła w pół kroku. Patrzyła na nas.

– Rusza się, gdy nie widzimy – stwierdziła Martwa. – Mamo, jeśli nas słyszysz, daj znać, kiedy znowu się obrócimy. – Szarpnęła mnie za ramię, bym odwrócił wzrok.

Kroki na porcelanowej podłodze brzmiały jak cymbałki. Wytrzymałem, dopóki coś chłodnego nie chwyciło mnie za szyję. Krzyknąłem, uderzając na odlew. Rozległ się trzask – urwane ramię pani Karoliny rozbiło się na setki kawałków. Spojrzałem w twarz kobiety i pożałowałem wejścia do innego świata.  

Jedynka może i była cała w bieli, ale czarna magia odcisnęła tu swoje piętno.  

Mieliśmy przed sobą wiedźmę, która próbowała mnie udusić. Porcelanowe oblicze – podobne z rysów do Martwej i jej matki – wykrzywiała nienawiść zmieszana z bólem. Odparłem pokusę, by uderzyć ponownie.

Tymczasem z korytarza dobiegły kolejne dźwięki.

– Tata?

– Martwa, chyba nie jesteśmy tu mile widziani… – zacząłem.

– Poczekaj, zobaczymy, czy ojciec się zatrzyma, jak tylko wejdzie w pole widzenia.

Postać, która weszła do kuchni, nie zatrzymała się nawet na sekundę, pomimo naszych wytrzeszczonych oczu. Nie była z porcelany. I nie była panem Teodorem.

Martwa chwyciła mnie za rękę, wymamrotała coś pod nosem i mgnienie oka później staliśmy przed furtką bez klamki.

– Skąd ten skurwiel się tam wziął?

– Nie wiem – odparłem, dochodząc do siebie po niespodziewanej teleportacji. Kątem oka dostrzegłem postać w zielonej marynarce. – Ale znowu do nas idzie.

Tym razem ucieczka odbyła się w tradycyjny sposób. Kiedy biegliśmy, biały świat przed naszymi oczami zamierał, a za plecami – ożywał. Po błękitnym niebie sunęły chmury, zlewające się barwą z dachami domów. Wypadaliśmy za miasto, na porcelanowe łąki, i skierowaliśmy się do tunelu pod obwodnicą. Prowadziłem.

– Jesteś pewien, że to dobra kryjówka? – zapytała Martwa, gdy dotarliśmy. 

– Nie. Ale nie mam siły biec dalej. Pomyślmy.

W naszym (dawnym?) świecie tunel pod obwodnicą jest nieustannie zabłocony. W Jedynce błoto, owszem, było, ale ceramiczne, niebrudzące. Nierównym dnem płynęła strużka wody. Przykucnęliśmy i przez chwilę, zamiast myśleć, dyszeliśmy.

– Kto to był?

Po kilku oddechach Martwa wypluła znienawidzone nazwisko:

– Truszczyński.

– Ten, którego…

– Tak. Od zawsze nas prześladował. Przychodził, bo jesteśmy bezrobotni, nieszczepieni, niesubordynowani, bez dokumentów, bez szkoły, bez ubezpieczenia.

Jej głos brzmiał, jakby samo wypowiadanie tych słów sprawiało ból. Przekraczała granice powierzchownego koleżeństwa, by niezdarnie wedrzeć się na grząski grunt przyjaźni. Grząski, bo wczesny, jak pole po marcowej odwilży. Albo ziemia po letniej, przelotnej burzy. Czułem się niezręcznie – słuchanie o poważnych sprawach obciążało odpowiedzialnością, a odpowiedzialność zbliżała do tego, co miało zacząć się w październiku. Do tego, czego chciałem uniknąć.

– Naprawdę nie chodziłaś do szkoły?

– Naprawdę. Rodzice też. – Potrząsnęła głową, jakby chciała pokazać: to nieistotne. – Chcieliśmy być obok, żyć po swojemu, z dala od tego wszystkiego.

– „To wszystko” obejmuje bardzo dużo rzeczy – stwierdziłem. – A przecież też jecie schabowe, kluski, pijecie herbatę. Od tego nie jesteście daleko.

– Pamiętasz, co powiedziałam ci za pierwszym razem, na przystanku?

– Coś o tym, że wasza rodzina jest inna.

– Użyłam innych słów, ale tak, o to chodziło. – Spuściła wzrok i usiadła w strużce wody. – Moi rodzice gardzą ludźmi, którzy są, jak mówiłam, silni, mądrzy, piękni. W swoim mniemaniu. Choć słowo „gardzić” to nadużycie. My trzymamy się na dystans. Jesteśmy sobą. Nie staramy się nikogo wyprzedzić.

– Z powodu tej rzeczy na „cz”?

– Nie wiem, co było pierwsze, czy kura, czy jajko.

– Technicznie rzecz biorąc… – zacząłem.

– A ty dalej swoje – przerwała, zgodnie ze swoim zwyczajem. – Jak będziesz tak myślał, to się nie wydostaniemy.

– Skoro wiesz, jak myśleć, to mnie oświeć.

Nie wiedziała.

– Dobra. – Zmęczony kucaniem także usiadłem; wilgoć i chłód przedarły się przez spodnie. – Jesteście, jacy jesteście. Ludzie są, jacy są. Ale co z Truszczyńskim? I z nami?

– Truszczyński chce, żebyśmy nie byli tacy, jacy jesteśmy. Chce nas dopasować.

– Ale jakim cudem on…

– Trup mógł nic nie znaczyć. – Znowu nie dała mi skończyć. – Nawet pomimo tego, że tym razem była policja, dochodzenie… Wiesz, to nigdy nie była moja sprawa. Ja byłam dzieckiem, córką…

– Ale teraz masz stać się dorosła, przechodząc przez wszystkie sześć drzwi. – Tym razem ja wszedłem jej w słowo. – Twój ojciec naprawdę uważa, że tak wygląda normalność?

– Jesteśmy dobrą rodziną – odparła. – Brzydką, ale dobrą. Nikomu nie szkodzimy. Mimo to Truszczyński próbuje nas zniszczyć.

– W jaki sposób?

– Na przykład zabijając mojego brata.

Przybrała Dziwny Wyraz Twarzy, więc wiedziałem, że nie zdołam wyciągnąć nic więcej. Może to dobrze? Oswajałem się powoli: najpierw z Martwą, potem z jej rodziną; w końcu za normalne uznałem czary, inne światy i pana Truszczyńskiego.

Wyszliśmy z tunelu, by poobserwować miasto. Potwierdziły się wcześniejsze wnioski: świat zamierał na naszych oczach, lecz wystarczało opuścić powieki, by ożywał.

Zaczęliśmy opracowywać plan powrotu. Na pierwszy ogień poszło pytanie: czy musimy (chcemy?) udowodnić swoją dojrzałość, czy raczej rozstać się z dzieciństwem? Martwa wiedziała co nieco o założeniach sprawy korytarza z sześcioma drzwiami, jednak okazało się, że brakujący element układanki posiadam ja.

Wędrowaliśmy przez porcelanowy las, kiedy przypomniałem sobie nocną wizytę pluszowego słonia, a przede wszystkim jego słowa: żeby wyjść, musisz najpierw wejść. Powtórzyłem je przyjaciółce.

– Najpierw wejść w dorosłość, a potem wyjść z dzieciństwa? – nie zrozumiała Martwa.

– Nie. Mówisz o dwóch rzeczach.

Zamilkłem, spodziewając się, że swoim zwyczajem przerwie logiczny wywód. Nie przerwała.

– Wyobraź sobie, że masz pudełko – ciągnąłem. – Bo to o pudełko chodzi. Chcesz do niego włożyć skarb, ale masz w nim śmieci. Nie możesz najpierw włożyć skarbu, a potem wyjąć śmieci. Musisz zrobić na odwrót. Wyjąć śmieci, włożyć skarb.

– Że niby jestem pudełkiem? – Uśmiechnęła się. – Ze mnie takie pudełko, jak z ciebie pisarz.

Chwilę się sprzeczaliśmy, ale w końcu opowiedziałem o gadającym słoniu, a Martwa przyznała, że jej rodzice musieli w tym maczać palce. Podjęliśmy wspólną decyzję: najpierw przestaniemy być dziećmi, a potem pomyślimy, jak stać się dorosłymi.

Teraz, kiedy tkwię w tym zapętlonym sierpniu, próbuję odpowiedzieć na pytanie, co my w ogóle mieliśmy w głowach? Skarb czy śmieci?

W ramach rozliczenia z tym, co miało odejść do przeszłości, postanowiliśmy nadrobić braki z dzieciństwa. Na marzenia nie było czasu, padło więc na zwyczajne rzeczy, które zawsze chcieliśmy zrobić. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie Truszczyński.

A właściwie dwaj Truszczyńscy.

 

***

 

Pierwsza zasada przetrwania w horrorze: nie rozdzielać się. Jednak moje życie horrorem nie jest. Nie mam nawet pewności, czy nadaje się ono na jakąkolwiek historię, pomimo wszystkich niesamowitych rzeczy, które przeszedłem od chwili poznania Martwej. To, co piszę, stanowi jedynie mapę. Jeśli przypomina opowieść, przepraszam. To się więcej nie powtórzy; wyjdę, jak tylko skończę.

Na pomysł rozdzielenia się wpadła Martwa. Nie zdradziła swojej dziecięcej zachcianki. Powiedziała tylko, żebym w razie czego szukał jej nad Średnim.

– A jak nie, to jutro w południe pod moim domem – dodała.

Białe chmury zniknęły; błękit nieba z jednej strony ciemniał, z drugiej przechodził w pomarańcz. Porcelanowy świat wyglądał wtedy piękniej niż którykolwiek z tych czekających za następnymi drzwiami. Tamten widok stawiam na równi z kapadockim wschodem słońca oglądanym z balonu czy też z nadciagającym od oceanu sztormem, który obserwowałem z portugalskiego klifu.

Uznałem, że ktokolwiek zaprojektował to miejsce, był zdolnym architektem. I dobrym. Gdy patrzyliśmy na przejeżdżające obwodnicą samochody, pojazdy stawały, lecz nigdy nie dochodziło do kolizji. Ptaki zawisały w powietrzu, choć podrzucone przez nas kamienie spadały. Jakby ktoś zabezpieczył ten świat przed zniszczeniem.

Kiedy usiadłem pod wiaduktem, by czekać na pociąg, przyszło mi do głowy coś jeszcze: może to nie tylko porcelanowe Opole, plansza do naszej gry, inicjacyjny tor przeszkód? Może to nie tylko scena dla jednej przygody dwojga przyjaciół? Może to inny, lecz normalny świat, który rządzi się niezrozumiałymi dla nas prawami? A jeśli tak, to czy nasza obecność zakłóca tutejszy porządek?

Dlaczego mielibyśmy spieszyć się z opuszczaniem tego miejsca?

Usłyszałem nadjeżdżający pociąg. Zamknąłem oczy i otworzyłem je, gdy maszyna się ze mną zrównała. Nieruchome wagony, w oknach zdziwione nagłym postojem twarze. Zmierzając do lokomotywy, zastanawiałem się nad względnością ruchu. Co się stanie, kiedy wsiądę i zamknę oczy? Przypomniałem sobie słowa Martwej: jak będziesz tak myślał, to nigdy się nie wydostaniemy.

Maszynista znieruchomiał pod wpływem mojego wzroku. Czuł coś? A może dekoracje nic nie czują? Może potem zapomni, może zraniona rzeczywistość sama się wyleczy, może po naszym odejściu ten świat zatrze ślady? Z każdym krokiem rodziły się kolejne pytania. Jak dziecko chłonąłem odmienność – i jak dziecko odmienność akceptowałem. Kilkulatek nie zastanawia się, dlaczego twarz jego rodzica jest taka, a nie inna; nie pyta, czemu czas płynie, zamiast stać.

Myślę, że Jedynka była dla nas powrotem do korzeni.

Otworzyłem drzwi i wspiąłem się do kabiny, nie spuszczając maszynisty z oczu. Jednocześnie rozglądałem się za tym, co miało pozwolić na realizację jednego z dziecięcych marzeń.

Była tam. Szara, metalowa linka.

Chwilę później rozległo się donośne trąbienie, sygnał spełnionej zachcianki. Uciekłem, zanim wstyd rozpełznął się na całe ciało. Policzki paliły, ręce drżały. Biegłem samotnie przez porcelanową łąkę. Ale gorzkie uczucie mnie nie opuszczało. Kiedy pociągnąłem za linkę, ciszę przeciął charakterystyczny jazgot, a ja zamiast dziecięcej radości doświadczyłem nagłej, przerażającej pustki. Coś się zmieniło.

Teraz wiem, że chodziło o korytarz z sześcioma drzwiami. Mogłem wrócić.

Gdybym wtedy zdał sobie z tego sprawę, i tak poszedłbym do Martwej. Liczyłem, że ona też poczuła to, co ja, a nasze dwie przerażające pustki w cudowny sposób się połączą i wypełnią.

Po zmroku w drodze nad Średnie napotkałem Truszczyńskiego. Stał między ceramicznymi drzewami, ruchomy kształt na tle martwych cieni. Zacząłem uciekać, jednak on za sprawą czarnej magii pojawił się kilka kroków przede mną. Odłamałem porcelanową gałąź i czekałem.  

– Dzień dobry – przemówił.

Tym razem dostrzegłem jego twarz. Była sucha, kanciasta; w półmroku przypominała origami. Brązowe włosy kojarzyły się z ukwiałem. Miałem wrażenie, że wystarczy iskra, by patykowaty mężczyzna zapłonął – a przecież stał przede mną człowiek z krwi i kości.

– Nie mieliśmy okazji się poznać. Damian Truszczyński.

Kiedy wyciągnął dłoń, usłyszałem charakterystyczny odgłos towarzyszący jego ruchom. Brzmiał jak szelest papieru.

Nawet nie drgnąłem.

– Nie wychowali cię, chłopcze? Czy może masz się za lepszego? – Przekrzywił głowę, a szczelina będąca jego ustami poruszyła się, symulując uśmiech. – A może to zły wpływ twojej towarzyszki i jej rodziców? O wszystkim będziesz mógł opowiedzieć w sądzie.

Milczałem, ściskając w dłoniach odłamaną gałąź.

– Ach, ty się nie masz za lepszego. – Pan Truszczyński pacnął się w czoło. – Ty masz się za mądrego. – Pstryknął, a między jego owadzimi palcami pojawiła się kartka papieru. Przemknął wzrokiem po kilku linijkach. – Tak, piękny umysł młodego artysty. Pisarza. Niestety w formularzu nie jest podane, kim chcesz być, jak już dorośniesz.

Ciekawość zwyciężyła nad strachem i rozsądkiem.

– Kim pan właściwie jest? – zapytałem.

– Ja? Jestem zwykłym, szarym urzędnikiem, pracownikiem opieki społecznej. Od lat zajmuję się sprawą tej nieszczęsnej rodziny.

– I co chce pan osiągnąć?

– Ich dobro. A ty, Dawidzie?

– Ja tylko… – zająknąłem się.

– …chcesz wrócić do domu – dokończył za mnie pan Truszczyński. – Biedne dziecko. Chodź, odprowadzę cię do drzwi.

Wyciągnął rękę i ruszył w moją stronę.

– Nie jestem dzieckiem.

Uderzyłem. Chyba właśnie dlatego, że byłem dzieckiem. Dorośli nie atakują innych bez konkretnych pobudek, ale dzieci zdają się na instynkt. Niezależnie od tego, czy Truszczyński mówił prawdę, czy kłamał, jedno nie ulegało wątpliwości – jego słowa aż ociekały jadem.

Cios porcelanową gałęzią rozbił chudą postać na setki białych, drobnych kawałków. Nie potrafiłem zrozumieć, co się stało. Przecież miałem przed sobą prawdziwego człowieka, nie ceramiczną figurę.

Sprawa wyjaśniła się następnego dnia.

Nie znalazłem Martwej ani nad jeziorem Średnim, ani nad Małym czy Dużym, więc późną nocą wróciłem do miasta. Emocje opadły na tyle, że do głosu doszły zmęczenie i głód. Przynajmniej woda nie była z porcelany i nie usychałem z pragnienia. Próbowałem przespać się w tunelu pod obwodnicą, ale twarde podłoże nie pozwoliło porządnie wypocząć.

O świcie ruszyłem do domu Brzydkiej Rodziny. Słońce wschodziło gdzieś za chmurami, krajobraz odstręczał szarością i bielą. Furtka bez klamki była otwarta. Wszedłem do porcelanowego ogrodu i ukryłem się między drzewami, by poczekać do południa.

Kiedy bezbarwność otaczającego mnie świata zaczęła ciemnieć, uznałem, że dwunasta dawno minęła. Może Martwa na mnie nie zaczekała? Do tej pory nie okazywała czułości, więc skąd mogłem wiedzieć, że nasza przyjaźń nie była tylko dla zysku? Opuściłem kryjówkę i skierowałem się do dziwacznego budynku.  

Tam ją zastałem. Stała w długim korytarzu, w połowie drogi między mną a schodami. Biała, lśniąca, nieruchoma. Drzwi do sąsiednich pomieszczeń były pozamykane.

Odwróciłem wzrok. Cisza. Spojrzałem. Porcelanowa Martwa nie zmieniła pozycji. Ruszyłem w jej stronę, a zarazem w stronę schodów, którymi docierało się do korytarza z sześcioma drzwiami.

Przystanąłem przed figurą. Zamknięte oczy, ręce skrzyżowane na piersi, twarz, jakby Martwa spała – ale śniąc koszmar. Dostrzegłem, że stoi inaczej niż wcześniej. Jak tygrys szykujący się do skoku.

Za moimi plecami rozbrzmiały metaliczne odgłosy. Zerknąłem w tamtą stronę, przezornie zachowując Martwą w polu widzenia. W korytarzu pojawiła się jednoręka pani Karolina, zastygnięta w dynamicznej pozie. Sekundę później kolejne charakterystyczne dźwięki kazały mi się odwrócić, by ujrzeć zatrzymanego w pół schodów pana Teodora. 

Pojąłem sens pułapki (której powinienem się domyślić już po otwartej furtce), kiedy pani Karolina była dwa kroki ode mnie. Spanikowany, spróbowałem uciec do jednego z pomieszczeń. Poczułem zimny uchwyt na przegubie. Spojrzałem na porcelanową Martwą i na białej twarzy dostrzegłem ten sam zły grymas, co u porcelanowej matki.  

Pchnąłem ją w stronę pani Karoliny i rzuciłem się do schodów. Nie wiem, czy pan Teodor widział, jak go mijam. Gdy tylko zniknął mi z oczu, znowu rozbrzmiały odgłosy. Coraz głośniejsze, jakby porcelana się tłukła.

Hałasy ścigały mnie aż do korytarza z sześcioma drzwiami, w którym panowała ciemność. Wymacałem klamkę – metaliczne dźwięki były coraz bliżej – nacisnąłem i pchnąłem. Drzwi ustąpiły. Runąłem do środka.

Przez krótką chwilę słyszałem szelest papieru.  

Zatrzasnąłem drzwi do Jedynki. Pół oddechu później pan Truszczyński, który prześlizgnął się za mną do naszego świata, zniknął w Dwójce.

Zapadła cisza. Przerwało ją dopiero skrzypienie drewnianych schodów.

– To on! – zawołał pan Teodor. – Dawid też dał radę!

 

***

 

Okazało się, że Martwą spotkały przygody podobne do moich, choć odwrotne.

Kiedy już wróciła z wyspy na jeziorze, na którą zawsze chciała popłynąć, natknęła się na pana Truszczyńskiego – jak ja. I tak, jak ja, zdrowo mu przywaliła. Tyle że jej Truszczyński początkowo był z porcelany, a po uderzeniu ceramiczna powłoka rozpadła się, odsłaniając człowieka z krwi i kości.

– Ty spotkałaś tego prawdziwego, córko – tłumaczył później pan Teodor. – Tego, który jest z naszego świata. Natomiast Dawidowi przypadł ten porcelanowy.

– Przecież Truszczyński z naszego świata leżał martwy, z twarzą w błocie – zaoponowałem.

– Tak, tak. – Mężczyzna zbył mnie machnięciem ręki, jakby nie miał cierpliwości do tłumaczenia oczywistych rzeczy.

Zastanawiałem się, na ile mogę wierzyć Martwej. Twierdziła, że musiała bezzwłocznie opuścić Jedynkę, by uciec przed Truszczyńskim, który chciał ją zabić.

– To dlaczego nie zabił mnie? – zapytałem.

I znów ona i jej rodzice wymigiwali się od odpowiedzi.

Wróciłem do domu. Przez kilka lipcowych dni odpoczywałem, tak jak chciałem przed poznaniem Martwej. Nic nie zakłócało mojego spokoju. Ani ludzie, ani czary, ani pluszowe słonie.

Do ponownej wizyty u Brzydkiej Rodziny skłoniło mnie wspomnienie własnych słów o pudełku. Pamiętałem też dziwny wstyd, który pojawił się po spełnieniu dawnego marzenia. A pustka wciąż pozostała niewypełniona.

W drodze natknąłem się na pana Teodora, który dziwnym trafem właśnie wracał z zakupów.

– Gotów do Dwójki? – zagadnął, po czym otworzył furtkę i zaprosił do środka.

– Najpierw chciałbym porozmawiać.

– Jak mężczyzna z mężczyzną? Nie ma sprawy.

Dziesięć minut później siedzieliśmy z gorącą herbatą w gabinecie pełnym antyków. Ogromny globus, stare księgi, plakaty czarno-białych filmów, szable, miotła, kocioł, maszyna do pisania, modele samolotów czy w końcu magiczne lustro (nazywane też oldskulowym tabletem) – to wszystko tworzyło osobliwą mieszankę, jednak moją uwagę przyciągał przede wszystkim kościotrup. Nie wisiał, jak przystało na preparat anatomiczny, lecz siedział w fotelu z prawą nogą założoną na lewą i paliczkami obejmującymi brodę w myślicielskiej pozie.

– To niedoszły zięć – oznajmił pan Teodor.

Musiał dostrzec przerażenie w moich oczach, bo szybko zaczął wycofywać się z żartu. Jednak niepokój pozostał.

– Co cię trapi, Dawidzie?

– Gubię się w tym wszystkim.

– „To wszystko” obejmuje bardzo dużo rzeczy.

Użyłem tych samych słów, kiedy Martwa stwierdziła, że ona i jej rodzina chcą być obok, żyć po swojemu, z dala od tego wszystkiego. Czyżby pan Teodor czytał w mojej pamięci, czy może córka składała mu precyzyjne raporty? Obie wersje mi się nie podobały.

– Rozumiem, że posiadacie jakieś moce i chcecie trzymać się na dystans od społeczeństwa – wyjaśniłem. – Rozumiem, że to czas, by Mart… Magda dorosła i dlatego, zgodnie z waszą tradycją…

– Rozumiesz? – przerwał (to chyba u nich rodzinne). – Jak możesz rozumieć coś, czego nawet my nie rozumiemy? Myślisz, że rozumiem to, że potrafię zrobić tak?

Zaklekotało – kościotrup z fotela zmienił ułożenie nóg tak, że teraz lewa była na prawej. Natomiast pan Teodor nawet nie drgnął.

– To nie jest kwestia rozumienia, chłopie. Pewne rzeczy po prostu się dzieją, a ty nie musisz rozumieć, by się z ich powodu cieszyć lub złościć. Na przykład wiatr. W ciepłe dni przyjemnie chłodzi, ale jesienią potrafi dać się człowiekowi we znaki. Tego też nie rozumiemy, ale tak jest.

Chciałem powiedzieć, że wiatr powstaje w wyniku łatwej do zrozumienia różnicy ciśnień, ale rozmówca osiągnął taką biegłość w sztuce przerywania, o jakiej Martwa mogła na razie pomarzyć – zamknął mi usta, nim jeszcze się odezwałem.

– Podobnie z czarami – kontynuował. – I nie patrz tak. Nie lubimy tego słowa, co nie znaczy, że ono nie istnieje.

– Pan też przeszedł przez sześć drzwi?

– Masz na myśli korytarz z sześcioma drzwiami?

– A to jakaś różnica?

– Tak. Przeszedłeś w życiu przez wiele drzwi, ale przez ile korytarzy z sześcioma drzwiami? Poza tym sam korytarz też jest ważny. Gdyby nie on, jak miałbyś wrócić do domu, by nabrać sił? Nijak. Przechodziłbyś ciągle przez kolejne drzwi.

– To był pan tam? – dopytywałem. – W innych światach?

– Byłem. Przecież sam je montowałem. Musiałem sprawdzić, czy działają, nie?

Czułem się jak dziennikarz, który bez odpowiedniego przygotowania przeprowadza wywiad. (Czyli jak każdy dziennikarz).

– A w dzieciństwie? Przechodził pan takie… próby?

– Przechodziłem. Ale za moich czasów inaczej to wyglądało.

– Jak?

– Jeszcze się nie nauczyłeś, Dawidzie, że kolejne pytania powodują coraz większe zagubienie? – Pan Teodor pokręcił głową; na jego szpiegowskiej twarzy dostrzegłem rozczarowanie. – Pomyśl o pytaniach w ten sposób. Wchodzisz do Jedynki. Tam widzisz korytarz i znajomy układ drzwi. Zadajesz sobie pytanie: co jest za tymi z numerem dwa? Wchodzisz. I to nie jest powrót do naszego świata. Tylko inny korytarz, w innej rzeczywistości. I tam znowu zastanawiasz się: co jest za trójką? Wchodzisz. I tak dalej, coraz głębiej. Tego się nawet nie da policzyć.

Byłem pewny, że znalazłby się na to wzór.

– Czemu więc te sześć światów, a nie inne?

– A czemu masz oczy tylko z przodu głowy?

– To się da… – spróbowałem.

– Nie możesz… – wciął się pan Teodor.

– Niech mi pan nie przerywa! – nie wytrzymałem. – Cały czas wchodzicie mi w słowo! A to wszystko się da wytłumaczyć. Tak samo z wiatrem. I wodą, i węglem. Nauka potrafi to wszystko…

– I co ci ta cała nauka dała? – Nie stracił zimnej krwi, jak na rasowego przerywacza przystało. – Dalej nie wiesz, co ze sobą zrobić. Jak dla mnie, do bani taka nauka. Na twoim miejscu olałbym to i poszedł narwać czereśni, póki jeszcze są. Sam tak robię! A ty gadasz jak mądry człowiek. Masz się za mądrego?

– Truszczyński zapytał mnie o to samo.

– Pan Truszczyński – poprawił pan Teodor. – Jesteś jeszcze dzieckiem, więc mów o dorosłych z szacunkiem.

– Dobrze. W takim razie co pan Truszczyński wam zrobił?

Czułem, że rozdrapuję rany, które nie zdążyły się zasklepić. Jednak chęć zrozumienia była silniejsza. Pragnąłem być mądry – nie widziałem w tym nic złego. Nie pomyślałem, że najpierw trzeba być głupim, by zmądrzeć. Wywalić śmieci, włożyć skarb.

– Spróbował nas zniszczyć i prawie mu się udało.

– Magda mówiła, że zabił jej brata.

Pierwszy raz wytrąciłem pana Teodora z równowagi. Jego wzrok zaczął błądzić po ścianach, palce bębniły o blat biurka.

– Ją też prawie zabił – szepnął w końcu mężczyzna. Zebrał się w sobie i spojrzał mi w oczy. – Ludzie dzielą się na silnych, mądrych i pięknych, a my jesteśmy słabi, głupi i brzydcy. My, czyli nasza rodzina… i Truszczyński. Ale się różnimy. My się cieszymy tym co mamy. A mamy to, czym jesteśmy. Nie chcemy sięgać po więcej. On tak nie potrafi. Nienawidzi nas, bo widzi, czym sam mógłby być. I wie, że jak zabije naszą córkę, to osiągnie swój cel. Bez naszego dziecka znikniemy. Już nas w połowie nie ma, od kiedy odszedł syn…

Do dzisiaj mam wrażenie, że użył swoich tajemniczych zdolności, by lepiej do mnie dotrzeć. A potem – mężczyzna, który muchy by nie skrzywdził – wyznał:

– Zabijałem Truszczyńskiego setki razy, ale on zawsze wracał.

To by wyjaśniało mnogość postaci chudego urzędnika.

– Czyli nie ma na niego sposobu?

Widziałem, jak poczciwą twarzą targają emocje. Pan Teodor wyglądał, jakby miał wybuchnąć, ale ostatecznie odezwał się tak cicho, że niemal nie dosłyszałem:

– Skąd mam wiedzieć? Jestem tylko słabym, głupim i brzydkim człowiekiem.

 

 

INNI LUDZIE

 

W Dwójce było przyjemnie, dopóki nie spotkaliśmy brata Martwej.

Początkowo jaskrawość i dynamika kolejnego świata drażniły – po przekroczeniu progu zakręciło mi się w głowie od nadmiaru bodźców. Oparłem się o ścianę i poczułem, że jest szklana. Trafiliśmy w miejsce, w którym każda powierzchnia stanowiła ekran.

– Czemu twój dom wyświetla coś, co wygląda jak obrazy Jasona Pollocka? – zapytałem.

– To nie mój dom. A kim jest Pollock?

Wyszliśmy na dwór. Szklany ogród wyglądał jak wyrzeźbiony w lodzie; po niebieskozielonych pniach od czasu do czasu przebiegały pomarańczowe iskierki. Przy takim widoku nasze oczy mogły odpocząć.

– Myślisz, że tutaj twoja rodzina…

– Tu nie ma mojej rodziny – przerwała Martwa. – Nie wiem, kto mieszka w tym domu. Ale wiemy, że gdzieś czai się pan Truszczyński.

– Albo dwóch.

Zza budynku dobiegł dźwięk tłuczonego kieliszka. Przekradliśmy się na tyły i z ukrycia obserwowaliśmy panią Karolinę. Zrywała szklane czereśnie, nucąc spokojną melodię. Ona także wyglądała jak wyrzeźbiona w lodzie, jednak jej energiczne ruchy przeczyły prawom fizyki – ani lód, ani szkło nie są tak elastyczne. Po nagim ciele płynęły łagodne, szare smugi. Przypominały dym.  

Odwróciłem się.

– Co robimy?

– Wyrzucamy śmieci.

– Czyli?

– Polujemy na Truszczyńskiego.

– To nie brzmi jak sensowny plan.

– Czyli do nas pasuje.

Poszliśmy do miasta. Szklani ludzie nie zwracali na nas uwagi, ponieważ sami wyświetlali ubrania, skórę i włosy na powierzchniach swoich ciał. Starali się wyróżnić, dobierając jaskrawe barwy lub dostosowując wygląd do otoczenia.

Widziałem, jak zgrabna brunetka powiększyła dekolt, gdy mijała atrakcyjnego chłopaka, a on odpowiedział naniesieniem na swoje ramiona takich cieni, by sprawiać wrażenie bardziej umięśnionego. Chwilę później ta sama dziewczyna w mgnieniu oka się oszpeciła, ponieważ z naprzeciwka nadszedł natrętny pijak. Chwiejnym krokiem minął brunetkę, nie zaszczyciwszy jej nawet spojrzeniem. To wyjaśniało, dlaczego traktują nas tutaj jak niewidzialnych.  

– Jesteśmy brzydcy – stwierdziłem, kiedy dotarliśmy do centrum.

W przypadku Dwójki trudno mi uwierzyć, że nie została ona zaprojektowana w celu odwzorowania poglądów Brzydkiej Rodziny. Przechodnie rzeczywiście wyglądali na silnych i pięknych. A mądrość? I pan Teodor, i pan Truszczyński pytali, czy mam się za takiego. Dopiero w szklanym świecie dotarło do mnie, że nie mogę tych pojęć odbierać dosłownie.

Mądry miałem być, gdy siadałem przed klawiaturą i pisałem coś rzekomo sensownego.

Tak samo mądrzy wydawali się ludzie-ekrany. Siedząc w galerii handlowej, przysłuchiwaliśmy się ich dyskusjom na poważne tematy. Polityka, filozofia, miłość. Wyświetlali miny inteligentów, artystów, pożeraczy rozumów.

W tym czasie, kilka tysięcy kroków dalej, pani Karolina zrywała owoce, nucąc spokojną melodię. Była naga, a dym, który przepływał po jej ciele, brał się sam z siebie, nie z pragnienia, by jakoś wyglądać.

Co ja – zwyczajny, choć piszący; głupi, mimo zarzutów o mądrość; brzydki, bo niepasujący – tam robiłem?

Są dwie odpowiedzi. Jedna wyjaśni się w dalszej części mapy, a druga jest prosta: siedziałem, patrzyłem, rozmawiałem. Z Martwą. Zafascynowani odmiennością, nie zamierzaliśmy się spieszyć. Piliśmy wodę z kranu, a głód zaspokajaliśmy kradzionymi lodami – akurat one nie były ze szkła (choć coś chrzęściło między zębami). Tak samo moglibyśmy spędzać czas w naszym świecie. Miło, przyjemnie, beztrosko.

Potem nastał wieczór i pojawił się Bartek. Nie wiedziałem jeszcze, że jest bratem Martwej. Wyglądał jak my – zwykłe ubranie, z twarzy podobny do mojej przyjaciółki – ale kiedy podszedł nonszalanckim krokiem, dostrzegłem, że jest ze szkła. 

Dziewczyna chwyciła mnie za rękę.

– Nie wierz w to, co powie – syknęła.

– Cześć – powiedział. – Jestem Bartek. Martwą już znam, ale ciebie nie.

Miałem z nim ten sam problem, co z siostrą: nie potrafiłem ocenić, czy bliżej mu do jedenastolatka czy dziewiętnastolatka.

– Jestem jej kolegą – odparłem.

– Tak myślisz? Chodźcie, przejdziemy się.

Zerknąłem na Martwą. Nie spojrzała na mnie, ale ruszyła za Bartkiem. Wyszliśmy z galerii handlowej. Szklany chłopak prowadził między budynkami, wyświetlającymi setki liter, ku Małemu Rynkowi, po którego obrzeżach sunęły złote i srebrne fale. Chciałem się uwolnić od uścisku Martwej, jednak jej ręka postanowiła zmiażdżyć moją. Dziewczyna zacisnęła usta, zbladła, choć u niej trudno to stwierdzić, i utkwiła wzrok w pustce. Podejrzewałem, że Bartek to jej stary (poprzedni?) przyjaciel, z którym kontakt się urwał.

– Dlaczego zaczęła się spotykać właśnie z tobą? – mówił chłopak. – Nie odbierz tego złośliwie, po prostu cię nie znam. Ale Martwą, jak już mówiłem, znam. Dziwne, nie? Niewielu ludzi ją zna. Dlaczego więc ty, bezimienny kolego?

– Jestem Dawid. – Nie widziałem powodu, by to ukrywać.

– A jak się nazywasz? – zapytał.

– A ty jak siebie nazywasz? – odparowałem.

– Na pewno nazywam siebie inaczej, niż nazywała mnie Martwa.

– Kto to jest? – zwróciłem się do dziewczyny.

– Mówiła ci o mnie – stwierdził Bartek. – Tylko nie nazwała mnie po imieniu. Bo nigdy tak się do mnie nie zwracała. No, nie czerwień się, siostrzyczko. „Bratek” to nie takie złe przezwisko. Znakomicie oddawało, kim dla ciebie byłem. Brat, bratek.

Poczułem, że moja ręka w końcu zostaje oswobodzona. Pięść Martwej tylko mignęła. Bartek z łatwością się uchylił.

– Jak za starych dobrych czasów – powiedział.

Wyszczerzył zęby, jednak zapomniał upodobnić je do tych zwykłych, białych, ludzkich – ujrzałem coś przypominającego rząd kostek lodu.

– Nie jesteś moim bratem – warknęła Martwa. – On nie żyje.

– Wstydzisz się przy koledze? Wstydzisz się nazywać mnie tak jak dawniej? – szydził dalej szklany chłopak, unikając kolejnego ciosu.  

– Martwa, on cię prowokuje – próbowałem załagodzić sytuację. – To tylko iluzja, część…

– Zamknij się.

Te dwa słowa wypowiedziała z takim zapałem, że moje usta rzeczywiście zaczęły się zarastać. Niemiłe uczucie, nie polecam.

– Skąd się tu wziąłeś? – Martwa napierała na brata.

Wycofał się do zaułka. Z jego twarzy nie znikał kpiący uśmieszek.

– Poczułem się zazdrosny. Pomyślałem, że może się za mną stęskniłaś, jak ja za tobą. Czy ten cały Dawid może mnie zastąpić? Co w ogóle jesteś w stanie o nim powiedzieć? Do której kategorii ludzi należy? Silnych? Nie sądzę. Kiedy przyszedłem, tylko patrzył na ciebie, czekając, co zrobisz. To może mądry? Albo piękny? Za kogo się masz, przydupasie mojej siostry? Mowę odebrało?

Udało mu się sprowokować Martwą. Dziewczyna przestała młócić pięściami i przyparła Bartka do muru za pomocą jakiegoś czaru. Wokół chłopaka wyświetliły się cierniste pędy.

– Znam Dawida lepiej niż on sam – wysyczała. – Wiem, że próbował być różny, wyjątkowy. Ale mu nie wychodziło. W dzieciństwie marzył, by zostać podróżnikiem-odkrywcą, którego wszyscy podziwialiby tak, jak on podziwiał postaci z książek. Chodził po działce dziadków i udawał, że krzaki jeżyn to amazońska dżungla, do której nie dotarł żaden człowiek. A potem ojciec powiedział mu, że nie ma już białych plam na mapie, chyba że śmietana skapnie.

Nie wiem, skąd znała tę historię. Nigdy tego nie opowiadałem.

– Chciał ratować zwierzęta. – Martwa mówiła z taką siłą, że szklany brat nie próbował przerywać. – Przez dwa tygodnie oszczędzał każdy grosz na schronisko, a potem strajkiem głodowym wymusił na rodzicach, by pozwolili mu przygarnąć pieska. Efekt? Pani w schronisku się uśmiechnęła, on popatrzył, jak kundle pałaszują karmę, a potem wybrał sobie jednego i znudził się nim po dwóch miesiącach, a po pół roku go znienawidził, choć to niemożliwe, przecież nikt nie słyszał o takim przypadku, żeby znielubić zwierzę, które się przygarnęło. Czuł, że jest z nim coś nie tak, że nie jest…

Usta miałem zrośnięte, ale dłonie wolne. Zaszedłem Martwą od tyłu i siłą zmusiłem do milczenia. Próbowała się wyrwać. Bartek w końcu wyzwolił się spod czaru, ale nie podchodził. Śmiał się. Czułem zapach potu, a w nim: stres, strach, wściekłość. Trzymałem dziewczynę tak mocno, że właściwie mógłbym to potraktować jako pierwsze przytulenie (ale na to miał przyjść jeszcze czas). Wrzeszczała i szamotała się jak zwierzę w pułapce, które wyczuło myśliwego. Ja także walczyłem – z zaklęciem, które nie pozwalało mi mówić. Nie wiem, czy to ja wygrałem, czy urok osłabł.

– Wracajmy – szepnąłem jej do ucha. – Wracajmy, drzwi będą już otwarte. Zabierz nas stąd.

Słyszałem szelest papieru; kątem oka widziałem, jak nadciąga. Szklani przechodnie też zmierzali w naszą stronę. Znowu czułem wstyd. Wstyd za siebie, wstyd za Martwą. Wstyd za swojego ojca, który zniweczył dziecięce marzenie, wplatając w to głupi żart o śmietanie.

Wstyd przed ludźmi z Dwójki. Może wydawali się inni, surrealistyczni, obcy, ale byli także silni, mądrzy, a przede wszystkim piękni.

– Proszę, Magda, wracajmy – powtórzyłem, obejmując ją mocno ramionami, jakby dziewczyna mogła mnie ochronić przed tym wstydem. – Zabierz nas do domu. Teraz. Musimy stąd uciekać.

Ostatnie słowo wypowiedziałem, kiedy już staliśmy w korytarzu z sześcioma drzwiami. Był tam też pan Teodor. Martwa nawet na niego nie spojrzała, ale ja patrzyłem jak urzeczony na bańki mydlane, które wyświetlały się na ciele nagiego mężczyzny. Dziewczyna nacisnęła klamkę pod numerem dwa. Otwarte.

– Dawid, zaczekaj! – zawołał szklany pan Teodor, wyciągając do mnie rękę. – Zostań z nami jeszcze trochę. Tylu rzeczy mógłbyś się tutaj dowiedzieć…

Jak zahipnotyzowany, sięgnąłem w jego stronę, ale moją dłoń przechwyciła Martwa. Pociągnęła do naszego świata; tam runęliśmy na podłogę. Drzwi wciąż były otwarte, a szklany ojciec przestąpił przez próg. Zerwałem się na nogi, przepchnąłem go z powrotem i chciałem się wycofać, ale on złapał mnie za przegub.

W przeciwieństwie do wersji z porcelanowego świata w szklanej twarzy nie dostrzegłem niczego złego. Zielone oczy gorączkowo szukały mojego wzroku. Spojrzałem w nie.

– Dawid, zastanów się – powiedział cicho mężczyzna.

Wepchnął mi do ręki złożoną kartkę. Uścisk zelżał, mogłem się wyrwać. Zrobiłem dwa kroki w tył, ale nie potrafiłem odwrócić wzroku od hipnotyzujących oczy szklanego ojca Martwej.

Potem drzwi się zatrzasnęły. Dziewczyna usiadła pod nimi, by nic z tamtego świata się do nas nie przedostało. Ale ja wiedziałem, że ta zapora nie wystarczy. Coś, co powinno zostać po drugiej stronie, było z nami. Dostrzegałem to w oczach Martwej, w jej milczeniu i unikaniu odpowiedzi. Czułem w dłoni, pod postacią złożonej kartki.

Klapnąłem na podłogę.

– O czym mówił twój… ten Bartek?

– To on miał być ze mną zamiast ciebie. Byłby, gdyby nie Truszczyński. – Milczała chwilę. – Chłopak, którego spotkaliśmy, to też sprawka tego skurwysyna. A ja dałam się nabrać. Sprowokować.

– Skąd wiedziałaś te rzeczy o mnie?

– Myślisz, że jesteś tu przypadkowo? – Martwa uśmiechnęła się krzywo. – Nie. Szukałam i wybrałam.

– Dlaczego?

– A chciałbyś być tam sam? – Wskazała na rząd drzwi.

– Nie.

– No właśnie. Ja też nie. Chodź, powiemy rodzicom, że wróciliśmy.

Poszliśmy, ale rodziców nie było.

 

***

 

Świat za trzecimi drzwiami okazał się tak samo pusty jak dom Martwej. Brakowało ludzi, ale wszystko inne – drzewa, budynki, ulice – zostało na swoich miejscach, choć w innej postaci.

– Piaskownica – zażartowałem.

Właściwie to Trójka nie składała się tylko z piasku, ale też ze żwiru, soli, cukru i tym podobnych. Tajemniczy klej spajał ziarenka, choć niezbyt mocno – wystarczyło, że uderzysz w ścianę, by twoja pięść przeszła na wylot.

Martwej nie było do śmiechu. Coś ją gnębiło, choć próbowała to ukryć. Przed wejściem do Trójki, gdy przeszukaliśmy dom Brzydkiej Rodziny i nie zastaliśmy nikogo, zaczęła się nie tylko wymigiwać od odpowiedzi, ale też mieszać w lakonicznych zeznaniach. Najpierw stwierdziła, że rodzice wrócą, po czym kazała mi przyjść za trzy dni. Czas minął, zaginieni się nie odnaleźli. Dziewczyna uznała zniknięcie za element próby i zapytała, czy pójdę z nią do kolejnego świata. Zgodziłem się bez wahania.

Te trzy dni bez Martwej – kiedy przedostatni raz byłem we własnym domu – uświadomiły mi, że granice między światami są płynne. Patrzyłem na rodziców, spotykałem się ze znajomymi, których nie widziałem od matury, obserwowałem przechodniów, telewizyjne osobowości, ludzi w Internecie. Na moich oczach wszyscy przybierali pozy, niczym ceramiczne figury, i udawali silnych, mądrych, pięknych. Trwałych.

Wystarczyłoby wpuścić słonia w ten skład porcelany. Choćby pluszowego. Zostałyby tylko odłamki.

A potem patrzyłem w lustro i docierało do mnie, że się mylę, choć nie wiedziałem, w czym dokładnie. Różniłem się od nich, tak jak różniłem się od szklanych ludzi. Byłem głupi – musiałem się mylić.

Dlatego wciąż towarzyszyłem Martwej.

Po Trójce błądziliśmy najdłużej. Głód zmusił nas do jedzenia piaskowej żywności, która po włożeniu do ust rozpadała się w mączysty pył. Nie miała smaku (chyba że mieliśmy cierpliwość, by wyszukiwać ziarenka soli lub cukru), lecz syciła. Krany rozsypywały się, kiedy próbowaliśmy je odkręcić, więc wodę piliśmy ze strumienia płynącego na skraju lasu.

– U nas to ściek, a tutaj czystsza niż z butelki – powiedziałem. – Myślisz, że to przez brak ludzi czy po prostu piasek tak filtruje brud?

Martwa nie miała nastroju na podobne dywagacje. Przetrząsnęła cały dom w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby być wskazówką dotyczącą zniknięcia rodziców lub wydostania się z tego świata. Ostatecznie nic nie znalazła. Musiałem ją siłą powstrzymywać, by ze złości nie zniszczyła żółto-pomarańczowego budynku. A od siły niedaleko do fizyczności, która niezdarnie wkracza w każdą porządną przyjaźń. Przytuliłem Martwą po raz pierwszy. Popłakała się. Chciałem zrobić to samo – wobec jej łez czułem się bezradny, a jednocześnie zazdrosny. Pragnąłem zamienić się rolami i nie być tym, w którego koszulkę wsiąkają słone krople. Zdławiłem to w sobie i próbowałem pocieszać, mówiąc, że będzie dobrze, wszystko się ułoży, niech się nie przejmuje, ale ona jak zwykle przerwała:

– Przestań. To tylko formułki.

Bałem się uszkodzić dom Brzydkiej Rodziny, by nie zamknąć drogi powrotu, więc zaproponowałem pójście do mnie.

Wizyta Martwej w moim (alternatywnym) pokoju była kolejnym pierwszym razem. Dziewczyna patrzyła na relikty po moich pasjach: gitara elektryczna w kącie pokoju, surrealistyczny obraz na ścianie – brązowe, żółte i pomarańczowe ziarenka piasku ułożone tak, by dało się rozpoznać człowieka z klatką zamiast głowy – a na półce zdjęcie z wiaduktu kolejowego, na którego szczyt się wdrapałem. Potem spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi, jakby nie potrafiła połączyć osoby z przedmiotami.

– Co? – zapytałem.

– Nic. – Wzruszyła ramionami i przysiadła na łóżku; kilka kamyczków upadło na skrzącą się od soli podłogę.  

Kiedyś napisałem opowiadanie o niewidzialnych kosmitach, którzy rozpylają w powietrzu nienawiść lub miłość, by manipulować ludźmi. Wspominając tamten moment w piaskowym pokoju, dochodzę od wniosku, że ktoś zagazował nas niezręcznością.

– Ja… – zaczęła Martwa. Uciekający wzrok, niespokojne palce, jak u ojca. – Ja…

Chciała, bym jej przerwał, mówiąc, że rozumiem. Ale nie rozumiałem.

– Trochę mi wstyd – wydusiła w końcu. – Przez to, co Bartek, ten szklany, nieprawdziwy, powiedział. Przez to, co ja powiedziałam o tobie…

– Skąd to wiedziałaś? – dociekałem, ponieważ wcześniejsze odpowiedzi mnie nie satysfakcjonowały.

Pokręciła głową.

– Skąd wiedziałaś? – napierałem.

– Musiałam wybrać. Musiałam cię jakoś poznać. Nie mam umiejętności szpiega, formularzy jak pan Truszczyński, nie mam Facebooka. Tylko jedno.

– Słowo na „cz”?

– Tak. Czary-kurwa-mary.

Stężenie niezręczności było zbyt duże, by się roześmiać, więc tylko się uśmiechnęliśmy. Niepewnie, z niepokojem.

– Czytałaś mi w myślach? – zapytałem łagodnie.

– Tylko trochę – przyznała.

– Nie fair. Ty mi nie dajesz czytać w swoich.

– Przepraszam. Kiedyś dam.

Tym razem wymienione uśmiechy były odważniejsze, cieplejsze. Od początku wiedziałem, że Martwa zna mnie lepiej, niż ja znam ją. Pogodziłem się z tym.

– To wszystko przez Truszczyńskiego – oznajmiła. – I rodziców. I mojego brata. I mnie.

– Przynajmniej ja jestem niewinny…

– Jeszcze. – Kąciki ust unosiły się coraz śmielej. – To wszystko przez Truszczyńskiego, bo zabił. Przez rodziców, bo go nie powstrzymali. Przez Bratka, bo zniknął. A przeze mnie, bo cię wplątałam.

– Chciałaś, żebym zastąpił ci brata?

– Nie zastąpił. Żebyś był.

Ona patrzyła na skrzącą się podłogę, ja utkwiłem wzrok w łóżku, zadając sobie pytanie: czy piaskowy mebel wytrzyma, gdy usiądę obok Martwej?

– Pamiętasz, co ci powiedziałam przy pierwszym spotkaniu?

– O ludziach i o was.

– Rodzice mówili mi o tym od małego. W inny sposób. Bajką. – Odchrząknęła, a jej głos stał się niższy, jak pani Karoliny. – Zanim się urodziliśmy, dzielono nas tak, jak dzieli się ludzi. Siedzieliśmy w ogromnym pomieszczeniu, wielka chmara tych, którzy dopiero mieli stać się dziećmi. Były tam trzy pary drzwi.

Jak po jednej stronie korytarza, pomyślałem. Martwa opowiadała dalej:

– Między nami krążyły niewidzialne istoty, rozdając nasze przydziały. W końcu otworzyły się pierwsze drzwi i rozległ się pierwszy komunikat: silni ludzie proszeni są do wyjścia, powtarzam, silni ludzie muszą wyjść. Siła nie była moim przydziałem, więc zostałam. Jedna trzecia z nas wyszła.

Mówiła to w taki sposób, jakby rzeczywiście tam była. Więcej: w jej głosie przebrzmiewało coś, co przypominało mi o rzeczach, których nie miałem prawa pamiętać.

– Potem otworzyły się drugie drzwi i ogłoszono drugi komunikat: mądrzy ludzie proszeni są do wyjścia, powtarzam, mądrzy ludzie muszą wyjść. Mądrości też nie dostałam. Połowa pozostałych wyszła. Siedziałam i czekałam. W końcu trzecie drzwi i trzeci komunikat. Nie miałam serca, które mogłoby zabić szybciej. Ani uszu, które mogłyby słyszeć, mimo to usłyszałam: piękni ludzie proszeni są do wyjścia, powtarzam, piękni ludzie muszą wyjść.

Zacisnęła pięści, zęby, powieki. Teraz z pewnością miała serce, które mogło zaboleć.

– Piękno też nie było moim przydziałem – wyrzuciła z siebie. – Wszyscy zaczęli wychodzić, a komunikat wciąż powtarzał te same słowa. Patrzyłam z nadzieją, że ktoś zostanie. Czekałam ze strachem, jakiego nie doświadczyłam nigdy później. A potem pomieszczenie opustoszało, trzy pary drzwi się zamknęły.

Zamilkła na tak długo, że w końcu zapytałem, co zrobiła.

– Znalazłam wyjście i wyszłam. Bajka mówi jeszcze, że jedna z niewidzialnych istot zaczęła mnie ścigać, ale zszedłszy na Ziemię, musiała przybrać ludzką postać.

Wiedziałem, o kogo chodziło.

– A potem – podjęła Martwa – pojawił się mój brat, żeby uwolnić mnie od koszmaru tamtej chwili. Chwili, gdy ogromne pomieszczenie pustoszało, komunikat powtarzał te same słowa, a ja czułam się pominięta, jakbym nie była człowiekiem.

– Twój brat też miał czwarty przydział? – zapytałem.

– My nie mieliśmy przydziału. Dostaliśmy tylko zmyłkę, iluzję, bańkę mydlaną, która pękła. Wszystko musieliśmy zdobyć sami.

– Stąd czary.

– Stąd czary.

Pokiwałem głową.

– Powoli się w tym jakoś odnajduję.

– Odnajdujesz się? – prychnęła. – W tym nie da się odnaleźć. Znalazłam wyjście i wyszłam, ale nie trafiłam tam, dokąd trafiają inni ludzie. Tu, gdzie jestem, można się tylko błąkać. Ale nam to nie przeszkadza. Błądząc, możesz przy okazji zerwać owoce. A owoce są smaczne. W ogrodzie niedługo będą jabłka…

Z emocjonalnego uniesienia powracała stara, dobra, szurnięta Martwa.

– Jeszcze jedno pytanie – powiedziałem. – Czy ta bajka dotyczy też mnie? Czy ja także nie dostałem przydziału, jestem inny i błąkam się nie wiadomo gdzie?

– To tylko bajka. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Jeśli się z nią utożsamiasz, to cię dotyczy. – Wstała. – Chodźmy na strych. Mam pomysł, jak się stąd wydostać.

 

***

 

Chrzest odbył się na podwórku. Posypaliśmy piaskowego słonia cukrem i solą, po czym nazwaliśmy go Eustachy.

– W sumie trochę głupie imię – stwierdziłem po uroczystości, odkładając delikatną maskotkę na ziemię.

– Sam mu takie wybrałeś.

– Wymieniłem jakieś trzysta imion w dziesięciu językach, zanim się na któreś zgodziłaś.

– Eustachy pasuje do pluszowego słonia.

– Tak jak imię Martwa pasuje do dziewczynki. Na pewno kiedyś nazwę tak córkę.

Krótki grymas przyjaciółki nie umknął mojej uwadze.

– Dobra, wytłumaczysz, po co to było? – zapytałem, wskazując na Eustachego. – Bawimy się w dorosłych, a to nasze dziecko?

– Nie. To twoje dzieciństwo.

– Mojemu dzieciństwu właśnie odpadła trąba.

– Efekt uboczny chrztu – skwitowała Martwa.

Zielony słoń był moją ulubioną maskotką. Wolałem go niż dziesiątki innych zabawek, przez pierwsze lata życia niemal się nie rozdzielaliśmy, ale nigdy nie traktowałem przyszłego Eustachego po ludzku. Zawsze był przedmiotem, rzeczą bez imienia i duszy. Normalne dzieci gadają do swoich pluszaków – ja nie zamieniłem z nim ani słowa.

– Co teraz?

– Zniszcz go.

– Tylko tyle?

– Nie. To ma być aż tyle. Ale wyobraź sobie, że to jedynie część twojego dzieciństwa. Jesteśmy w połowie drogi, zachowaj coś na później.

– A co z tobą?

– Nic. Wystarczy, że jedna osoba otworzy drzwi, prawda? Tak jak w Dwójce. Poza tym część mojego dzieciństwa zniszczył Truszczyński.

Przypomniałem sobie o nim, o słowach szklanych ludzi i o ukrytej w kieszeni kartce, z której przeczytaniem zwlekałem.

– Skup się – powiedziała Martwa.

Spróbowałem myśleć o złych rzeczach z dzieciństwa, jednak wspomnienia postanowiły zagrać ze mną w chowanego. Szukałem po kątach umysłu. Łapanie żab z dziadkiem. Chodzenie z babcią na lody. Matka ucząca rozpoznawania kwiatów. Ojciec tłumaczący, na czym polega spalony. Pierwsza dziewczyna, ostatni przyjaciel. Nic szczególnego.

Potem między myśli wepchnął się wstyd. Pytał, czy mam się czego pozbyć? Czy mam śmieci, które mógłbym z siebie wyrzucić, czy może jestem dziurawym pudełkiem, nie będącym w stanie nic przechować? Czego tak się wstydziłem, spełniwszy w porcelanowym pociągu dawne marzenie?

Kopnąłem. Słoń rozprysnął się na tysiące kawałków. Patrzyłem na pozostały po nim kopczyk piasku, czując, jak ogarnia mnie złość. Miałem dość tych wygłupów. Dorastanie nie polega na przechodzeniu przez magiczne drzwi i odprawianiu rytuałów w innych światach.

– No, szybko poszło – powiedziała Martwa lekkim tonem.

Bez słowa ruszyłem w kierunku jej domu. Dogoniła mnie; resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu. Furtkę bez klamki zniszczyłem kilkoma kopniakami.

– O co chodzi?

– Wysługujesz się mną. – Pędziłem przez ogród, a Martwa ledwo dotrzymywała mi kroku. – I coś ukrywasz.

Weszliśmy do domu. Po drodze strącałem obrazy ze ścian. Poręcz rozsypała się, gdy nią szarpnąłem. Dotarliśmy do korytarza z sześcioma drzwiami.

– Dawid…

Chwyciłem za klamkę pod numerem trzy, nacisnąłem. W mojej dłoni została tylko garść żwiru.

– Kurwa. – Cisnąłem kamyczkami o podłogę.

– Dawid!

Uderzyłem w piaskowe drzwi. Pięść przeszła na wylot. Uniosłem ją do kolejnego ciosu, a wtedy dom zasklepił swoją ranę. Biłem raz po raz. Setki ziaren piasku toczyły się po ścianach, by załatać dziurę. Nie ustępowałem. Martwa próbowała mnie powstrzymać, ale jej czary nie działały. Podłoga pod naszymi stopami zaczęła się osuwać; do uszu dotarł dziwny szum. Przerwałem.

– Świat się wali – oznajmiła Martwa.

– Może pomożesz swoimi sztuczkami, zamiast przeszkadzać?

Obok runął strop. Przeciwległa ściana zniknęła, ukazując rozsypujący się ogród i upadające w oddali budynki. Pustynna apokalipsa, plażowy zamek obracający się w ruinę. Naparłem na drzwi całym ciałem, a Martwa naparła na mnie. Przez chwilę tkwiliśmy pomiędzy, pogrzebani w ścianie, otoczeni piaskiem, żwirem i solą. Potem poczułem, że tracę grunt pod nogami. Zaczęliśmy spadać.

I spadlibyśmy. Zginęlibyśmy wraz z całą opustoszałą Trójką, gdyby nie pewny, bezpieczny próg naszego świata. Złapałem go oburącz, jednak drobne ręce Martwej ześlizgnęły się po moim ubraniu. Po niej, pomyślałem. Byłem przekonany, że podzielę los przyjaciółki. Nie miałem siły, by podciągnąć się pod prąd piaskowego strumienia.

Uratowały mnie te drobne ręce, w które zwątpiłem, ręce niezbyt ładne, za to potrafiące czarować. Martwa pomogła wgramolić się do korytarza. Zanim zatrzasnęliśmy drzwi, ujrzałem jeszcze tony piasku, huczące i kotłujące jak wodospad Niagara.

– Ups – mruknąłem.

– Ups – zgodziła się Martwa.

 

***

 

Kartka, którą dostałem od szklanego pana Teodora, dotyczyła mojej przyjaciółki.

Magdalena cierpi na syndrom wiecznego dziecka. Ucieka od problemów, uchyla się przed odpowiedzialnością, odrzuca tradycyjne wartości. Jest zaślepiona doczesnością. Woli zabawę, jedzenie, przyjemności, niż szeroko rozumiany rozwój, pracę, ofiarowanie się innym ludziom.

Poprawie, do której od lat dążę, nie sprzyjają niezwykłe zdolności dziewczynki. Nie dość, że dają jej poczucie specyficznie pojmowanej wyjątkowości, to jeszcze skłaniają do prostych wyborów i rozwiązań. Rodzi to obawy, iż w przyszłości Magdalena nie znajdzie uczciwego zawodu, a jej egzystencja w społeczeństwie będzie nie symbiozą, lecz pasożytnictwem.

Co więcej, pasożytnictwo łatwo może stać się zarazą, która zainfekuje podatne, rozchwiane, zagubione jednostki, takie jak niejaki D.…

Było tego więcej, ale nie chcę sobie przypominać. Na samym dole widniał zamaszysty, niepokojący podpis: pan Damian Truszczyński. Przypomniałem sobie, że urzędnik posiadał też podobny formularz dotyczący mnie. Piękny umysł młodego artysty – ponoć tak w nim napisał.

On także obserwował.

Przez chwilę miałem wrażenie, że słyszę szelest papieru, ale to mogła być tylko wyobraźnia. Pan Truszczyński przekradł się za mną z Jedynki, by zniknąć w Dwójce. Tam go ostatnio widzieliśmy. Czy mógł bez naszej pomocy wędrować między światami? Czy może potrafił tylko wejść, ale już nie wyjść? A może potrafił wyczarować swoją postać, kiedy tylko zechciał? Nie wiedziałem i dowiadywać się nie zamierzałem.

W drugiej połowie lipca wegetowałem przed komputerem, gdy mama krzyknęła z dołu:

– Jakaś dziewczyna do ciebie!

– Powiedz jej, że mnie nie ma.

– Chyba sama usłyszała.

Zszedłem, wręczyłem Martwej formularz i zamknąłem drzwi przed nosem. Nie chciałem, by „wieczne dziecko” mnie zainfekowało. Poza tym po zniszczeniu piaskowej wersji Eustachego coś się zmieniło.  

A skoro już o zielonym słoniu mowa, schodził ze strychu przez kilka następnych nocy.

– Już prawie sierpień – przypominał. – Wiesz, że to już blisko. Niewiele ci zostało, a październik za pasem. Wejście, wyjście, nie ma co się zastanawiać.

Wabił mnie zagadkami, dopóki nie spakowałem go do wielkiego worka i nie wyrzuciłem przez płot do ogrodu Brzydkiej Rodziny.

Miałem spokój.

Przynajmniej ze strony Martwej, bo rodzice – których nie obchodziło, że przez pół wakacji znikałem na długo z domu – niespodziewanie przypuścili kontratak. Pytali o rekrutację na studia, o dokumenty, o mieszkanie. Zagubiony w kłamstwach, zatęskniłem za gubieniem się w innych światach.

Aż przyszedł sierpień. Jechałem rowerem wzdłuż torów, kiedy maszynista pociągnął za linkę (a może w prawdziwych pociągach nie ma linek, tylko są przyciski?), powiadamiając o zbliżającym się składzie. Wspomnienie wstydu wróciło nagle, intensywnie, a wraz z nim dotarło do mnie, dlaczego tak się wtedy poczułem.

Poronione marzenia, szare dzieciństwo, brak celu – to nie był piękny umysł młodego artysty. To była tylko podatna, rozchwiana, zagubiona jednostka. To byłem ja.

Tym razem zaczarowany sad nie przeszkadzał. Drzwi do domu także były otwarte; pozostawało wspiąć się po wąskich, drewnianych schodkach do pewnego korytarza, a potem nacisnąć klamkę pod numerem cztery.

Wejście, wyjście, nie ma co się zastanawiać.

 

***

 

Nie wiem, czy zdołam opisać to, co wydarzyło się w Czwórce. Ale jestem tylko przyszłym eksgrafomanem, a ten opowieściopodobny twór stanowi przede wszystkim mapę, która ma pomóc w wybraniu właściwiej drogi. Niezależnie od tego, gdzie się znajdę, planuję przepchnąć zapisane kartki na drugą stronę, przez tę wąską szczelinę pod drzwiami.

Głęboki wdech, ostatnie rozprostowanie palców, oto brama Mordoru, wchodzę.

 

***

 

Dom Brzydkiej rodziny był cały tkany, od góry do dołu (dosłownie), podobnie jak reszta czwartego świata. Po moim wejściu drzwi zeszyły się z framugą, a ja stanąłem na czymś w rodzaju płóciennej trampoliny. Dotknąłem ściany. Bawełniana, lniana bądź jedwabna – nie znam się na tym.

Miałem wrażenie, że cała Czwórka została zabarwiona techniką sepii. Biel i brąz w różnych odcieniach, w różnych proporcjach. Zszedłem na parter, wodząc dłonią po ścianach i poręczach. Każda powierzchnia miała inną fakturę, inną miękkość. Pachniało proszkiem do prania, farbami i czymś jeszcze.

Na zewnątrz okazało się, że wszystko – trawa, drzewa, owoce – zostało utkane brązowymi i białymi nićmi. (A może tkanie i nić to dwie różne sprawy? Uwięziony w sierpniu, nie mam jak sprawdzić). Co dziwne – lecz nie najdziwniejsze – niebo też było z materiału, koloru kawy z mlekiem. Mimo upływu czasu nie zmieniało barwy.

Z czubków drzew i z kominów na domach biegły ku niemu tysiące włókien, przywodzące na myśl sznurki do sterowania marionetkami. Albo linki dźwigające namiot. Albo kable. Cała gęstwina przewodów łączących niebo z ziemią nieustannie była w ruchu. Powietrze wypełniały wibrujące dźwięki, jakby ktoś wygrywał akord na gitarze o nieskończonej liczbie strun.

No to najdziwniejsze (Góra Przeznaczenia?).

Pośrodku płóciennego nieboskłonu ziała ogromna dziura. Armia niewidzialnych tkaczy próbowała ją załatać. Zakrywała pustkę – ni to czarną jak próżnia kosmiczna, ni to białą jak pusty edytor tekstu, co najwyżej szarą.

W tej pustce unosił się gigantyczny kłębek włóczki.

Wyszedłem na ulicę. Tam, z twarzą w jedwabnym asfalcie, leżało ciało pana Truszczyńskiego. Ciało z krwi i kości. Znowu było bose – choć buty widziałem, odrzucone na kilkanaście kroków – ale nie łyse. Brakowało mu tylko kilku kępek włosów, jakby ktoś usiłował je wyrwać i szybko się zniechęcił.

Potem moją uwagę przykuły trzy ukrzyżowane na latarniach kukły. Przyjrzałem się uszytym męczennikom. Pan Teodor, pani Karolina, Bartek.

Na czwartym słupie znajdowała się poprzeczna belka. Pusta, czekająca.

– Martwa? – zapytałem. – Martwa!

Czekałem. Po chwili z jednego z domów wynurzyła się postać. Choć „wynurzyła” to złe słowo. (Jakby wszystkie słowa nie były złe…) Wypadałoby raczej napisać: wyszyła się. Szła wolniej niż człowiek w naszym świecie, ponieważ w czasie kroku musiała najpierw spruć „tylną” nogę, a potem uszyć ją jako „przednią”. Stanęła kilka metrów przede mną, po czym spruła także usta, by z uzyskanej nitki ułożyć słowa. Nad dziurą, która powstała w twarzy, przeplotła sześć włókien. Wygrywała na nich akordy i w ten sposób do suchych wyrazów dodawała emocje.

„Może ty nas ocalisz?” – pytała, przy akompaniamencie niepokojących dźwięków.

– Szukam dziewczyny – odparłem. – Takiej jak ja, to znaczy…

„Zabiła go”. Ręka spruła się i wyszyła tak, by celować w ciało Truszczyńskiego. „Zdjęła mu buty, przeszukała kieszenie, wyrwała kilka garści włosów. Potem pobiegła do domu tych nieszczęśników”. Dłoń ponownie zniknęła i odtworzyła się w innej pozycji. „A kiedy wróciła, zaczęła niszczyć nasz świat”.

Ręka nie musiała wskazywać dziury na niebie, bym wiedział, o co chodzi.  

– Gdzie poszła?

„Nie poszła. Wspięła się”.

Zadarłem głowę i zmrużyłem oczy. Po zszywających rozdarte niebo niciach przemieszczał się drobny punkt.  

 

***

 

Nie sądziłem, że parkour kiedykolwiek mi się do czegoś przyda. Ale jeśli życie Forresta Gumpa było jak pudełko czekoladek, to moje przypominało fasolki wszystkich smaków.

I w sumie obaj byliśmy w kosmosie.

Wyobrażałem sobie, że biegnące do nieba nitki stanowią przęsła mostu. Najwyżej spadnę do wody, myślałem, a od tego chyba nie umierasz. Chyba. Zresztą, może w Czwórce płócienna ziemia zadziałałaby jak trampolina?

Skakałem po włóknach. Robiły się coraz grubsze i z każdym krokiem naprzód (i wzwyż) czułem się pewniej. Od czasu do czasu wołałem Martwą.

Teraz wydaje mi się to nierealne, nawet jak na standardy innych światów. Droga musiała trwać cały dzień, bo zrównawszy się z dziewczyną, spojrzałem w dół i odniosłem wrażenie, że patrzę na ziemię z samolotowego okna, na które ktoś nałożył brązowy filtr.

– Syn marnotrawny wrócił – obwieściłem.

Martwa czekała na pajęczynie podtrzymujących świat włókien.

– Co tu robisz? – zapytała nieufnym głosem.

– Chcę ci pomóc.

– Teraz to…

– Oj, nie pierdol już – przerwałem. – Lepiej wytłumacz, co się dzieje.

– Udusiłam Truszczyńskiego. Nie spodobało mi się powitanie, z jakim czekał na mnie na ulicy.

– Widziałem kukły.

– Kukły? – zdziwiła się Martwa.

– No a co? – Wzruszyłem ramionami, choć w aktualnym położeniu było to ryzykowne. – Przecież to nie ludzie.

– No może…

– Wiesz, Martwa, fajnie się gada, ale jesteśmy jakiś milion kilometrów nad ziemią. Poproszę konkrety. Co mamy zrobić, żeby się wydostać?

Po chwili wahania wskazała na unoszący się w pustce kłębek włóczki.

– Tobie wspinaczka idzie lepiej. Potrzebuję stamtąd materiału.

– Przecież wszystkie włókna stamtąd wychodzą.

– Potrzebuję świeżego, spod powierzchni.

– Po co?

– Muszę utkać Truszczyńskiego.

– A. Wszystko jasne. Bo to przecież zabawa lalkami w wersji XXL.

– Jesteśmy źródłem własnych problemów – palnęła.

– Co?

– Jesteśmy źródłem własnych problemów – powtórzyła, jakby moje niezrozumienie mogło wynikać tylko z niedosłyszenia. – Ale po to mamy innych ludzi, by…

Nici pod nią się zarwały i runęła w dół. Tyle, jeśli chodzi o zrozumienie.

Natomiast jeśli chodzi o zaufanie – wspiąłem się do kłębka włóczki, tak jak chciała Martwa. Dla niej wszedłem do pustki i przypomniałem sobie ogromne pomieszczenie z czasów przed narodzinami. Tkane miasto zostało w dole, pomieszczenie opustoszało, a w powstającej ciszy rozbrzmiewał powtarzany w kółko komunikat.

Przez wzgląd na tamtą chwilę wciąż jestem w sierpniu i boję się ruszyć.

Dotarłem do światodajnego źródła. Kłębek przypominał planetę Małego Księcia, tylko że przerośniętą i odwróconą na drugą stronę: korzenie baobabów rosły na zewnątrz, a grube pnie kryły się pod powierzchnią. Wpełzłem w gęstwinę. Nici zaciskały się na klatce piersiowej; odór zgnilizny przyprawiał o mdłości. Próbowałem chwycić jedno z włókien, ale wyślizgnęło mi się z ręki.

Myślałem, że stamtąd nie wyjdę. Przez chwilę nawet tego pragnąłem. Po co wracać do świata, w którym nie możesz zostać tym, kim chcesz? Do świata, który nie pozwala ci się nigdzie – a raczej: nigdy – zadomowić, tylko skazuje na los wiecznego koczownika? Wygodnie w brzuszku mamy? Wyjazd. Fajna kołyska? Wypad. Dobrze ci w dzieciństwie? Won. Potem dorosłość, ledwo się urządzisz, a twój dom obraca się w ruinę, wypierdalaj, zdychaj.

Może w gigantycznym kłębku włóczki mógłbym pozostać wiecznie sierpniowym Dawidem?

Może. Ale byłem za słaby, za głupi, za brzydki na samodzielną decyzję. Poza tym musiałem (chciałem?) pomóc Martwej.

Chwyciłem jedno z włókien, po czym ruszyłem ku powierzchni. Światodajne źródło próbowało mnie zatrzymać, wystarczyła jednak odrobina determinacji, by wyrwać się niciom. Wróciłem do szarej pustki i tym razem nie słyszałem komunikatu, tylko jeden wspólny akord, którym rozbrzmiewała Czwórka.

Droga na dół była długa, ale nie czułem głodu ani pragnienia. Żyłem myślą o tym, jak będzie, kiedy dotrzemy do końca naszej próby. Ironia losu: niektórzy tą myślą umierają.

 

***

 

Utkana przez Martwą kukła zawisła na latarnianym krzyżu, a my – jak zwykle po rytuale otwierającym drogę powrotu – poczuliśmy to dziwne uczucie niepewności: czy to już? Może tak przebiega dorastanie: nie widzisz i nie czujesz momentu przejścia, tylko nagle pytasz sam siebie, czy już po wszystkim? Koniec dzieciństwa? Tak bezceremonialnie, bez pożegnania?

– No – powiedziała Martwa. – Elegancko.

Odwróciliśmy się od latarni.

Za nami stał tłum tkanych ludzi. Usta mieli sprute, nitki układały się w morze słów, których nie mogliśmy odczytać, rozumieliśmy natomiast dźwięki rezonujące z dziur w twarzach. Brzmiały jak gniew, który czujesz do Boga za to, że na Jego oczach dzieci umierają z głodu, pijani przyszli mordercy wsiadają za kierownicę, młode matki chorują na raka, i że pomimo stworzenia komarów, huraganów i schizofrenii, On wciąż nie powołał do życia sprawiedliwości. Brzmiały jak ja, kiedy denerwowałem się na Martwą.

I brzmiały jak Martwa, kiedy denerwowała się na brata.

Tłum zaczął nas otaczać. Dziewczyna złapała mnie za rękę i spróbowała się przenieść, jednak tym razem wełniane ręce przeszkodziły czarom. Widziałem, jak tkani ludzie rozplatają się, by owinąć nas nićmi, szczelnie, zewsząd, byśmy stali się jednym wielkim kłębkiem włóczki, na podobieństwo tego zawieszonego w pustce.

„Jakim prawem nas wykorzystujecie?” – mignęło mi przed oczami.

„Za kogo wy się uważacie?”

„Dlaczego tu jesteście, skoro nikt was nie chciał?”

Martwa zniknęła z pola widzenia. Nie widziałem nic poza setkami brązowawych włókien, które próbowały owinąć się wokół mojej głowy. Byłem sam. Sam w obcym świecie, a co gorsza – sam w naszym świecie. Sam, jak nieudacznik z czwartym przydziałem, z pękniętą bańką mydlaną, z dźwięczącym w uszach „piękni ludzie muszą wyjść”, ze świadomością, że nie ma dla mnie żadnej drogi, bo jest tylko nieustanne błąkanie się po tych ścieżkach, które przetrę. Sam, jak pudełko – choć dziurawe, to wiecznie napełniające się strachem, niepewnością i poczuciem zagubienia. Sam, jak Dawid przeciwko Goliatowi uosabiającemu świat i światy, tyle że Dawid związany, Dawid bezradny, Dawid przegrany.

Dawid, pomyślałem. Kurwa, Dawid. Jak ty się właściwie nazywasz?

Dawid nie-król, Dawid nikt, Dawid, który kiedyś uprawiał parkour, udawał Dalego i Beksińskiego, grał na gitarze, jak miliony innych nastolatków, których marzenia o staniu się drugim Hendrixem, Pagem czy choćby Frusciante już na starcie były stracone.

Gitara.

Król Dawid miał harfę. Dawid nikt – gitarę.

A wokół same struny i dziura w niebie, jak otwór rezonansowy.

Ramiona miałem unieruchomione, ale palce wolne. Poruszyłem nimi parę razy i wytężyłem słuch, by z niekończącego się akordu gniewu wyłowić własną melodię. Szarpnąłem mocniej – przez morze dźwięków przebił się jeden fałszywy. Wymacywałem włókna, oceniałem ich grubość, porównywałem brzmienie.

Co miałem zagrać, jeśli nie żałosne „Master of Puppets”?

A kukły, chcąc nie chcąc, musiały mnie posłuchać. Kaleczyłem, fałszowałem, ale z takim zapałem i skupieniem, że melodia stała się czymś więcej. Rzeczą na „cz”. Po głowie chodziły mi słowa metalowego utworu. Wierzyłem w nie całym sobą. Przez chwilę byłem panem tych marionetek. Ja, Dawid, Król Czwórki, Frajer Innych Światów.

Tkani ludzie odsuwali sprute części swoich ciał, wycofywali się. Dostrzegłem skuloną, zakrwawioną Martwą. Przez chwilę sądziłem, że triumf będzie gorzki, jednak dziewczyna tylko się skaleczyła, próbując zerwać więzy.

– Jak ty to zrobiłeś? – zapytała.

– Myślisz, że po kim David Copperfield dostał imię?

– Kto?

– Nieważne. Wracajmy do domu.

Skierowaliśmy się do furtki bez klamki. Gdzieś nad naszymi głowami rozdarty świat leczył rany.

 

 

SŁOŃ EUSTACHY MUSI ZOSTAĆ

 

Za piątymi drzwiami nie było korytarza jak w czterech poprzednich przypadkach, lecz schody. Zwykłe, drewniane, skrzypiące. Po kilkunastu stopniach skręcały w prawo i prowadziły do zakurzonego pomieszczenia, w którym znajdowały się tylko nudne śmieci. I drzwi. Za nimi zastaliśmy dom Martwej.

Tą drogą mogliśmy chodzić w kółko. Wąskie schody, korytarz z sześcioma drzwiami, Piątka, schody, skręt, schody, pomieszczenie, reszta domu, znowu wąskie schody i korytarz z sześcioma drzwiami.

Nic się nie zmieniło. Był sierpień, nasz świat. Tylko do Szóstki nie mogliśmy się dostać. Nie wiedziałem, jaki jest dzień, ale wiedziałem, że nie chcę wracać do domu. Spacerowałem z Martwą po ogrodzie. Mieliśmy wymyślić, jak otworzyć ostatnie drzwi, ale wyszło tak, że skupiliśmy się na zrywaniu jabłek – już dojrzałych – i rozmawianiu w taki sposób, jak rozmawiają przyjaciele (przynajmniej tak mi się wydaje; jak mogę być pewny?). 

Pod płotem natknęliśmy się na plastikowy worek z Eustachym w środku.

– Nie dawał mi spokoju – powiedziałem. – A raczej: ty nie dawałaś.

Wyjąłem go i otrzepałem, choć był czysty. Potem mój wzrok trafił na ulicę, na latarnie.

Pomysł na rytuał był taki, jak wszystkie poprzednie. Absurdalny, nielogiczny, nasz. Ale skoro jesteśmy ludźmi bez przydziału, musimy przecierać sobie własne ścieżki. Nawet jeśli błądzimy, to idziemy. Jeśli nie na tym polega magia, to na czym?

– Muszę go powiesić – oznajmiłem.

– Co takiego?

– Powiesić. Jak na szubienicy. Tylko że na latarni.

– Czemu akurat tam?

Wzruszyłem ramionami, choć wyjaśnienie kryło się gdzieś w przeszłości i podświadomości.

– Nie wiesz, że kolejne pytania powodują jeszcze większe zagubienie? – sparafrazowałem pana Teodora. Potem jednak dodałem: – Myślę, że to będzie moja odpowiedź na to, co zrobił Truszczyński. Rozliczenie z dzieciństwem. No i latarnia jest taka narnijska. A ja lubiłem Narnię.

– Nie wiem, co to Narnia, ale wiem, że nie wspominałeś.  

– Kiedyś lubiłem. Teraz już nie. Nieważne.

Za stryczek miał posłużyć sznur do suszenia prania. Zdjąłem go, zawiązałem pętlę na szyi zielonego słonia i ruszyłem na ulicę. Czułem, że zaraz będzie po wszystkim, zostaniemy z głupią niepewnością – czy to już? – a następnie przejdziemy przez szóste drzwi, by poddać się ostatniej próbie.

Wyszedłem na ulicę. Wtedy Martwa powiedziała:

– Zostańmy jeden dzień dłużej. Zrobisz to jutro.

Sierpień się zatrzymał.

Dni są tak samo długie. Jest ciepło, słonecznie. Lodówka zawsze pełna, z kranu leci krystalicznie czysta woda, a owoce na drzewach odrastają każdej nocy. Zwiedzamy dom, rozmawiamy, odpoczywamy. Cieszymy się najdłuższymi wakacjami życia. Rodziców nam nie brakuje. Jesteśmy wiecznymi dziećmi.

Mimo to patrzę na jabłoń, której owoce odradzają się jak feniks z popiołów, i zastanawiam się, czy nie opuścić tego miejsca. Mam przed sobą mapę, przeglądam ją raz po raz, lecz wciąż nie wiem, co będzie najlepszym wyborem. Dlatego tkwię w sierpniu. Sierpień to wolność od wszelkich wyborów. Wystarczy odłożyć powieszenie Eustachego na później, a szóste drzwi nie kuszą.

To samo robię z piórem: odkładam je na później, dopóki nie odkryję innych miejsc, które są godne naniesienia na mapę.  

 

***

 

Strych.

Strych w moim domu. Tam był schowany pluszowy słoń. Po tym, jak Martwa zwierzyła mi się w piaskowym pokoju, powiedziała, byśmy po niego poszli, bo ma pomysł. A przecież wcześniej nie wspominałem, że moja ulubiona maskotka z dzieciństwa znajduje się właśnie tam. Opowiedziałem tylko, że do mnie przyszedł, nie zaznaczyłem skąd.  

A co jeśli to nie rodzice Martwej go zaczarowali, jak początkowo sądziłem? Co jeśli przyjaciółka przysłała maskotkę?

To bez znaczenia. Ważne, że dzięki strychowi zwróciłem uwagę na inny element mapy, który cały czas był przed moimi oczami: Martwa mnie znała. Szpiegowała. Wiedziała o zielonym słoniu, ponieważ czytała w moich myślach. A w piaskowym pokoju powiedziała, że kiedyś pozwoli mi zajrzeć do swoich.

Może w jej głowie kryje się wskazówka, czy wyjść stąd, wchodząc do Szóstki, czy zostać?

 

***

 

Żałuję, że to zrobiłem.  

Długo się wzbraniała. Sto dni? Może dwieście? Tutaj nie ma to znaczenia. W końcu zagroziłem, że powieszę Eustachego i odejdę. W Czwórce pokazałem, co potrafię; Martwa nie chciała ryzykować.

Wytłumaczyła mi, jak to zrobić.

Udało się za pierwszym razem. Im dłużej czytałem, tym większy smutek pojawiał się na jej twarzy. Ale nie potrafiłem przestać. Potem tylko spuściła wzrok, wymamrotała przeprosiny i poszła się gdzieś ukryć. Ja wróciłem do pisania, by mapa była skończona, gdy przecisnę ją przez szczelinę pod drzwiami.

Prawda jest taka, że zniknięcie rodziców Martwej nie stanowiło części próby.

Pan Teodor i pani Karolina zginęli sześć lat temu, wraz z synem Bartkiem. Zabił ich Damian Truszczyński, pół czarownik, pół urzędnik, człowiek zbudowany z nienawiści, zazdrości i samotności, czyli nie człowiek. Silni ludzie muszą wyjść, mądrzy ludzie muszą wyjść, a w końcu piękni ludzie muszą wyjść – jedenastoletnia Magda została sama. Truszczyński chciał jej namieszać w głowie, zmanipulować, przygarnąć, ale dziewczynka się nie dała.

Z nienawiści, zazdrości i samotności stworzyła to wszystko, co zamieściłem na mapie. Wyczarowała rodziców, jednak Bartka nie zdołała w żaden sposób przywrócić do życia. Skonstruowała przejścia do innych światów i wymyśliła, że droga przez korytarz z sześcioma drzwiami uczyni ją dorosłą, gotową do dalszego życia, a może nawet zdolną do pokonania nieśmiertelnego pana Truszczyńskiego.

Nienawiść dała siłę, by Martwa wytyczyła sobie ścieżki, po których mogła błądzić. Zazdrość zmieniła się w ideę, historyjkę o dzieleniu ludzi przed narodzinami – dzięki temu dziewczyna pogodziła się z własną odmiennością, czyniąc atutem to, co inny mogliby poczytać za słabość, i na odwrót: czyniąc słabością to, co inni uznaliby za atut.

Z samotnością nie potrafiła sobie poradzić.

Dlatego znalazła mnie, przeszliśmy razem co nieco, jednak na krok przed ostatnim etapem kazała się zatrzymać: nie wieszaj Eustachego, Dawid, zostań. Nie wychodź z naszego sierpnia.

Wybacz, Martwa – bo pewnie tylko ty to przeczytasz – ale nie będę tkwił w więzieniu dzieciństwa jak lalka, marionetka, kukła. Chyba nie jestem taki, jakim chciałaś mnie stworzyć. Może jednak powinienem się nazwać silnym, mądrym albo pięknym.

W każdym razie przeszedłem przez szóste drzwi. Z tej strony nie ma klamki, tak jak przy twojej furtce. Nie da się wrócić. Nie wiem, co to za świat. Widzę tylko wąskie, drewniane schody. Jeśli to czytasz, udało się przepchnąć kartki przez szczelinę pod jedynymi drzwiami.

Po tamtej stronie ja błąkałem się z tobą. Jeśli ty chcesz pobłąkać się ze mną, oto mapa, wiesz, gdzie mnie szukać. 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Dziwny tekst.

Na pewno ciekawie skonstruowałeś świat. Powrót do porcelany? ;-)

Sama historia też dobrze skomponowana – utrzymujesz czytelnika w niepewności, co będzie dalej. Zabieg się udał, czytałam z zainteresowaniem.

Zapewne jest tu mnóstwo metafor dorastania, ale na razie nie chce mi się w nie wnikać.

Kilka dni wcześniej miałem ostatnią maturę,

To zdawał ich kilka? Nie lepiej byłoby “egzamin maturalny”?

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo :)

Mam nadzieję, że “dziwny” w taki pozytywny sposób. 

Co do matury, pozostanę przy swoim → https://sjp.pwn.pl/sjp/matura;2481873.html Poza tym nie przypominam sobie, żeby mówiło się w tym kontekście “egzamin”, tylko właśnie “matura”. 

Tak, pozytywnie dziwny.

OK, Tyś Autor, rób jak chcesz.

Za moich czasów matura to był całokształt egzaminów kończących liceum. Części składowe nazywaliśmy przedmiotami: pisemna matma, ustny angielski… W domyśle, że egzamin.

Babska logika rządzi!

Długie to. Przeczytałem do porcelanowego świata, później skanowałem, zatrzymując się czasem na dłużej. Nie dlatego, że mi się nie podobało, tylko nie jestem w grupie docelowej takich opowiadań czy powieści. To solidna fantastyka dla młodzieży (gdzieś w Hyde Parku nawet był wątek na temat takiej literatury, ale nie mogłem teraz znaleźć), przynajmniej tak mi się wydaje. Sam widzę miejsce na takie utwory, ale to już nie moja bajka. Dałbym ci klika do biblioteki, ale skoro nie przeczytałem całości, to mam pewne wątpliwości, czy mogę. Dobra robota. Pozdrawiam.

– Ludzie dzielą się na silnych, mądrych i pięknych, ale moja rodzina jest słaba, głupia i brzydka.

Jak dla mnie ta wypowiedź jest bez sensu. Bohaterka dzieli ludzi na trzy kategorie (o skończonej liczbie informuje “i”), po czym kwalifikuje swoją rodzinę do trzech zupełnie innych. Przyznam, że nie bardzo rozumiem, o co Ci tutaj chodzi – że ludzie mogą być silni, mądrzy lub piękni, być może nigdy nie posiadać wszystkich z tych cech, lecz zawsze jakąś – a wspomniana rodzina nie ma żadnej?

 

Właściwie to Trójka nie składała się tylko z piasku, ale też z żwiru, soli, cukru i tym podobnych.

Dałbym “ze” jeśli zaczynasz wymienianie od żwiru, bo zwyczajniej prościej to wymówić. :p

 

Przeczytałem całość. Lekki styl, barwny język, ciekawe metafory – wszystko to Cię ratuje w tym opowiadaniu, sprawiając, że ma się ochotę czytać dalej. Tylko ta ochota jakoś maleje w miarę czytania, bo nie czynisz zbyt atrakcyjnym wchodzenia bohaterów do kolejnych światów. Nie różnią się od siebie za bardzo, a poświęcasz opisowi otoczenia za każdym razem sporo miejsca. Do tego pomysł nie jest świeży – wszak porcelanową (chyba) planetę pokazywałeś już w Krótkiej instrukcji obsługi pana.

Dialogi, moim zdaniem, położyłeś. Zwłaszcza między Martwą a Dawidem. Silą się na błyskotliwość, zamiast błyskotliwymi po prostu być. Coś mi w tych ich wymianach docinków nie zagrało i nie wypadło naturalnie.

Początkowe zdanie jest super, bo intryguje i obiecuje wiele. Ale potem przesadziłeś z tym obiecywaniem. Tyle dziwnych rzeczy pojawia się w tych dwóch premierowych akapitach, które sensu nabierają dopiero po lekturze całości, że z początkowego zachwytu pierwszym zdaniem niewiele mi zostało i do ciągu dalszego podchodziłem bardziej nieufnie.

Finałowy fragment nie wiem czy jest potrzebny. Jeśli już musi być, to myślę, że w okrojonej o wiele wersji, ograniczającej się do konkluzji z 2-3 ostatnich akapitów. Cała reszta jest, moim zdaniem, powtórzeniem tego, co dojść jasno przedziera się spomiędzy wierszy całej reszty opowiadania.

Czytając, nie mogłem się pozbyć porównań z “Metodami badania abominacji” Gravel. Tamten tekst uważam za jeden z lepszych jakie czytałem na portalu, głównie za paranoiczny, mroczny skrzywiony i dość nierealny świat. Odniosłem wrażenie, że próbowałeś wywołać podobny efekt, ale nie byłeś w tym konsekwentny. Raz budujesz niepokojący klimat inności, by za chwilę skręcić na bezpieczne wody realizmu. I wyszło takie byle co – ani to, ani tamto.

Podsumowując, lektura ciekawa i całkiem mi się podobała, ale nie powiedziałbym, że to jeden z Twoich lepszych tekstów. ;)

 

Darconie, dziękuję, że się podjąłeś :) Zastanawiałem się nad tagiem “young adult”, ale to mogłoby  niektórych odstraszyć, poza tym miejscami jest chyba zbyt ciężko jak na czytadło dla młodzieży. Zdaję sobie sprawę, że to nie tekst dla wszystkich. 

Jeszcze raz dzięki za opinię. 

 

MrB, dzięki, że wpadłeś i znów dałeś mi szansę, choć nie zawsze trzymam poziom ;)

Co do nielogicznego zdania, wydaje mi się, że ciąg dalszy to wyjaśnia. Ze żwirem masz oczywiście rację. 

Nie zgodzę się z tym nieświeżym pomysłem. Porcelanowy świat to tylko jeden z kilku opisanych. Poza tym to, że jeden motyw już był, w dodatku w moim własnym tekście, nie znaczy, że jest nieświeżo. No chyba że cała fantastyka gnije i cuchnie stęchlizną na kilometr…? 

Przyjmuję do wiadomości, że dialogi nie zagrały. 

Początkowe zdanie jest super, bo intryguje i obiecuje wiele. Ale potem przesadziłeś z tym obiecywaniem. Tyle dziwnych rzeczy pojawia się w tych dwóch premierowych akapitach, które sensu nabierają dopiero po lekturze całości, że z początkowego zachwytu pierwszym zdaniem niewiele mi zostało i do ciągu dalszego podchodziłem bardziej nieufnie.

Cieszę się, że zwróciłeś na to uwagę. Zastanawiałem się, jak zatrzymać Czytelnika na 90k, zachowując przy tym chronologię wydarzeń. Wydaje mi się uczciwym przedstawienie już na początku, o czym będzie tekst. Chyba wolę nieufność niż ziewanie. 

Finałowy fragment nie wiem czy jest potrzebny. Jeśli już musi być, to myślę, że w okrojonej o wiele wersji, ograniczającej się do konkluzji z 2-3 ostatnich akapitów. Cała reszta jest, moim zdaniem, powtórzeniem tego, co dojść jasno przedziera się spomiędzy wierszy całej reszty opowiadania.

Moim zdaniem jest potrzebny. W kilku ostatnich tekstach miałem problem z dotarciem do wszystkich czytelników, by zrozumieli. Przy “Dziewięciu martwych zwierzętach” też padał zarzut powtarzania pewnych informacji, ale przynajmniej wszyscy załapali. 

Co do “Metod badania abominacji” – sam lubię ten tekst, ale nie widzę zbyt wielu podobieństw, poza tym, że oba opowiadania są “dziwne”. Jeśli już kimś się inspirowałem, to Gaimanem. No ale jak wyszło byle co, to trudno. 

Dzięki za obszerny i wartościowy komentarz :)

Początkowo czytałam z niejakim zaciekawieniem, potem z coraz większym trudem, cały czas mając wrażenie, że kręcę się w kółko. Światy kolejno odkrywane za sześciorgiem drzwi, choć zbudowane z różnych tworzyw, wydawały mi się dość podobne, równie ograniczające, natomiast wydarzenia i przeżycia będące udziałem bohaterów, w pewnej chwili zaczęły mocno nużyć.

Obawiam się, że nie zrozumiałam światów opisanych w opowiadaniu.

 

ale przed tra­fie­niem do ko­ry­ta­rza z sze­ścio­ma drzwia­mi… –> …ale przed tra­fie­niem do ko­ry­ta­rza z sze­ściorgiem drzwi

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Kilka dni wcze­śniej mia­łem ostat­nią ma­tu­rę… – Absolwent szkoły średniej zdaje jedną maturę. By zdać maturę, należy przystąpić do kilku egzaminów, nie kilku matur.

 

-Jak się na­zy­wasz? –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

do­bu­dów­ki z bla­chy i ce­gieł przy­po­mi­na­ły hubę… –> Czy kilka dobudówek przypominało jedną hubę?

 

na twa­rzy garść zmarsz­czek. –> Czy zmarszczki na twarzy na pewno występują garściami?

 

że wy­sła­łem po­da­nia od wszyst­kich uni­wer­sy­te­tów me­dycz­nych w kraju. –> Chyba: …po­da­nia do wszyst­kich

 

Po ma­tu­rach czu­łem się bar­dzo zmę­czo­ny… –> Po ma­tu­rze czu­łem się bar­dzo zmę­czo­ny

 

Kolce dziu­ra­wi­ły ubra­nia, ko­ma­ry ata­ko­wa­ły skórę. –> Kolce dziu­ra­wi­ły ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mam na sobie, to ubranie.

 

– … chcesz wró­cić do domu… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Pod­par­łem się o ścia­nę i po­czu­łem, że jest szkla­na. –> Opar­łem się o ścia­nę i po­czu­łem, że jest szkla­na.

Podpieramy się czymś, np. laską. O coś, tu o ścianę, możemy się oprzeć.

 

Wy­co­fał się do za­uł­ku. –> Wy­co­fał się do za­uł­ka.

 

skła­da­ła się tylko z pia­sku, ale też z żwiru… –> …skła­da­ła się tylko z pia­sku, ale też ze żwiru

 

Od­chrząk­nę­ła, a jej głos stał się niż­szy, jak pani Ka­ro­li­ny. –> …jak pani Ka­ro­li­ny.

Każdy ma jakiś głos, ale czy głos może być u kogoś?

 

za­gu­bio­ne jed­nost­ki, takie jak nie­ja­ki D.… – Wielokropek z kropką po inicjale nie jest błędem, ale sprawia wrażenie czterech kropek i wygląda dość niezręcznie. Sugeruję, abyś w przyszłości starał się unikać podobnych połączeń.

 

Albo linki dźwi­ga­ją­ce na­miot. –> Czy linki aby na pewno dźwigają namiot? Byłam przekonana, że raczej konstrukcja z rurek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za poprawki, Reg, trochę się tego nazbierało ;) Z większością masz rację, już poprawione. “Matury” tłumaczyłem  Finkli, zajrzyj wyżej. Tutaj znaczenia słowa “garść” – https://sjp.pwn.pl/sjp/garsc;2460909.html

Szkoda, że Cię znużyłem. Może następnym razem będzie lepiej. 

Zajrzałam, Funie, oczywiście, że zajrzałam i obawiam się, że źle interpretujesz definicję w SJP; ona nie mówi o wielu maturach, mówi o jednej. Dlatego, choć zrobiła to już Finkla, ja także umieściłam w łapance zdania z maturami.

Znam też wymienione definicje słowa garść i wiem, że garść to niewiele, tyle ile zmieści się w stulonej dłoni. Tylko że nijak nie umiem sobie wyobrazić zmarszczek na twarzy pomieszczonych w garści.

Proponuję kilka synonimów słowa garść: trochę, niewiele, niedużo, kilka, parę, nieco.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezależnie od tego, jak interpretować słownikowe definicje, w mowie potocznej używa się liczby mnogiej. Robią tak i uczniowie, i poloniści. Gdybym narrator pisał inaczej, nie byłoby to realistyczne. Miej na uwadze, że ślepa poprawność nie zawsze służy prozie.

Tak samo z przypadkiem “garści”. Co trudnego w wyobrażeniu sobie niewielu zmarszczek na twarzy? Mieszasz różne znaczenia słowa. Jest różnica między stawem i stawem, zamkiem i zamkiem, tak samo garścią i garścią. Poza tym – to jest opowiadanie, nie matematyka. Czepiałabyś się, gdyby ktoś napisał o “tańczącym uśmiechu” albo “odpłynięciu w ciemności”?

Reg, Finklo – zdaje się, że fun korzysta z potocznego znaczenia słowa “matura”, np. słyszy się “Miałem wczoraj maturę z biologii” albo “Po maturze z matematyki zaczynam wakacje”. Zważając, że tekst nie jest ultrapoprawny pod względem używanego słownictwa, co wynika z przyjętej konwencji narracji pierwszoosobowej, uważam, że takie użycie słowa “matura” ma sens, a nawet rację bytu. ;)

 

Funie, Reg lepiej ujęła w słowa to, o co mi chodziło – to, co intryguje w tekście na początku, z czasem nuży, bo różnice między kolejnymi światami są zbyt dyskretne, a wątek, że tak powiem, obyczajowy (relacja głównych bohaterów) nie nadąża tego nadrabiać. Opowiadanie jest jednak solidnie napisane i ustawicznie, w swoim stylu prowadzisz historię, że już o technicznej 5+ nie wspomnę. Jesteś akurat jednym z forumowych autorów, który swoimi tekstami niemal zawsze trzyma poziom – niech moje słowa potwierdzą Twoje opowiadania w bibliotece. Zwyczajnie czytelnicy mają różne gusta, a Piękni ludzie po prostu do mnie nie przemówili i nijak nie jestem w tym momencie merytoryczny, za to do bólu subiektywny. ;)

Podejrzewam to samo co Ty, MrBrightside, ale nic nie poradzę, że zdawanie kilku matur przez jednego ucznia brzmi, delikatnie mówiąc, nie najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

MrB, dokładnie o to chodzi z maturami ;) 

Muszę się jednak nie zgodzić. Jesteś merytoryczny, tak samo jak Reg. Oboje wskazaliście na problem ze światami, a to dla mnie cenna wskazówka. Ludzie mają różne gusta, ale po to tu publikuję, żeby różne gusta poznać. Bywa, że w czasie pisania zastanawiam się, komu z Was się spodoba, a komu nie. A jeśli tekst spodoba się wielu czytelnikom z portalu, mogę przypuszczać, że to dobry kierunek i że jeszcze większa publiczność też byłaby zadowolona. 

 

Reg, nie najlepiej to by brzmiało, gdyby nastolatek posługiwał się językiem niepasującym do nastolatka ;)

Funie, dopiero teraz zauważyłam Twój post z godz. 20:25 i cóż mogę rzec – to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy jakich słów użyjesz, aby prezentowało się jak najlepiej.

Wielokrotnie już mówiłam, że moje uwagi to tylko i wyłącznie sugestie, z których nikt, także Ty, nie musi korzystać. Jeśli uważasz, że psują Twój tekst, zwyczajnie je zlekceważ i zostań przy własnych sformułowaniach. 

Dodam jeszcze, że moja znajomość języka nastolatków jest mocno ograniczona.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mówiłaś o tym już chyba przy okazji mojego debiutu, Reg, więc pamiętam ;) Wszyscy tutaj korzystamy z Twojej wiedzy (która zasługuje niewątpliwie na uznanie), ale Ty też możesz korzystać z wiedzy autorów. 

Ależ korzystam, Funie, korzystam. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co do światów. Trochę są powtarzalne, ale to da się przeżyć. Mnie by się przydało w niej więcej logiki – albo żeby składało się na jakiś komplet (tak miejscami kombinowałam – czy może jeden świat testuje mądrość, inny siłę itd.), albo jakieś odkrywanie tajemnicy rytuału przejścia.

Babska logika rządzi!

Jeśli Nitroamina daje Funowi pięć gwiazdek, to wiedz, że coś się dzieje…

“The Best of Fun” – powrót i nawiązanie do motywów z wielu wcześniejszych opowiadań. Jak “Mroczna Wieża” Kinga ;) Wyczuwam też wątki bardzo osobiste (ciekaw jestem tego parkouru). Tak, czy owak wygląda mi to na jakieś podsumowanie i przesilenie. Własny rytuał przejścia? Będzie się działo?

Światy kapitalne. Zastanawiałem się chwilę nad kolejnością, czy nie zamienić porcelanowego ze szklanym, ale tak chyba jest lepiej. Najlepszy ten włóczkowy, opis sposobu porozumiewania się mieszkańców kapitalny i niepodobny do niczego, co wcześniej czytałem.

Bo kilka skojarzeń z opowiadaniami innych autorów mam. Np. “Letnicy” Kelly Link z NF i “Lato” z “Wielkiej Księgi Horroru”. Ale to moje skojarzenia. Jak Fun pisze, że Gaiman, to mu wierzę.

Technicznie – nie rozumiem zabiegu z zastosowaniem czasu teraźniejszego w opisie rodziców Martwej. Myślałem, że później znajdzie się jakieś uzasadnienie, ale nie, więc zgrzyta. Poza tym warsztatowo jak zwykle, cóż mam pisać.

Przyznaję się też bez bicia, że nie zrozumiałem w pełni końcówki. Konkretnie słów: “Długo się wzbraniała (…) Wytłumaczyła mi, jak to zrobić (…) Im dłużej czytałem…”, bo dalej jest już jaśniej. Czekam na info na priva, bo, że to nie są “puste metafory” widać z daleka.

 

Dzięki, Coboldzie :)

Podsumowanie? Może trochę, bo chciałem napisać coś, co będzie łączyło zalety poprzednich opowiadań, ale niestety poszły też za tym wady. 

Ze światami też głowiłem się nad kolejnością i cieszę się, że włóczkowy przypadł do gustu najbardziej, celowo zostawiłem go na koniec. 

Jeśli chodzi o czas teraźniejszy w opisie rodziców – też o tym myślałem. Ale w chwili pisania Dawid uważa, że oni gdzieś tam są.  Więc może zgrzyta narracyjnie, ale widzę w tym sens. 

Wyjaśnienie już leci. 

Dziwny tekst, ale też definitywnie nietuzinkowy. Przeczytałem do końca, choć łatwo nie było – definitywnie miałem odczucia podobne do Darcona. Że to raczej opowieść fantastyczna dla młodzieży.

Dłużyzna zaczęła się gdzieś około czwartego świata. Wtedy też miałem wrażenie, że kolejne są tylko powtórzeniem samych siebie. Ich treści nie docierały do mnie. Myślę, że wchodziło w grę u mnie zmęczenie treścią. Po prostu chciałem przejść do finału albo zmienić repertuar. By miast otwierać kolejne drzwi wszystko przeszło do finału.

Używałeś jednak na tyle ciekawego języka, że doczytałem do końca. Końcówka na swój sposób zaskakująca, ale brakuje mi kompletnego domknięcia losów Martwej. Jednak główny morał o dorastaniu i szukanie swojego miejsca na ziemi przekazałeś bardzo jasno i zrozumiale.

Sami główni bohaterowie definitywnie na plus. Martwa intryguje od początku. Dawid to może i niezdecydowany człowiek, ale też nie odbierałem go negatywnie. Jednak prawdziwym “czarnym koniem” był Truszczyński. Kojarzył mi się mocno z Kingowym Randallem Flaggiem, a to jedna z tych postaci, jakie lubię. Tajemniczy, groźny, nieludzki.

Podsumowując: długa przejażdżka, z początku ciekawa, potem jednak zaczęła nużyć. Napisana jednak bardzo porządnie, stąd i lektura do końca nie stanowiła problemu.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NoWhereManie :) Cieszę się, że znalazłeś plusy. 

Co do dłużyzn, ciekaw jestem, czy czytałeś tekst na jedno posiedzenie, czy z dłuższymi przerwami? Pytanie kieruję też do innych. 

Jedno posiedzenie, ale o to prosto, kiedy czytasz w pracy :) Natomiast w domu przewidywałbym ze dwa, przy czym przerwa pojawiłaby się właśnie wtedy, kiedy zaczęło się dłużyć (czyli koło czwartego świata).

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zazdroszczę pracy i siły skupienia :D 

A co sądzisz o samym początku, który wydał się Jasnostronnemu przegięty?

Mam zdanie zgoła odmienne. Tak, zdanie o tych kategoriach ludzi jest logicznie słabe, ale dla mnie bardzo dobrze nakreśliło osobowość Martwej. Wewnętrzne monologi narratora jak i same dialogi mocno ciągną w stronę literatury młodzieżowej – stąd mi jakoś nie przeszkadzały, pasowały wręcz do stereotypowego postrzegania rozmów młodych ludzi szukających sensu życia. Kwestia gustu, czy takie dialogi podpasują.

To właśnie początkowi tekst zawdzięcza zaintrygowanie mnie i danie dostatecznego paliwa, bym dotarł bez znużenia aż do czwartego świata.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jak zwykle – zasadniczo za jednym razem, ale stosunek z tekstem przerywany zaglądaniem do najnowszych komentarzy itp.

Babska logika rządzi!

Ja chętnie przygarnąłbym pdf-a, Fun, skoro oferujesz ;)

→ primagen@vp.pl

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

O matko… jaka cegła. Przeczytam gdy będę miał trochę więcej czasu. Ale mam nadzieję, że mi się spodoba, bo jak nie, to suchej nitki na tekście nie zostawię. ;P

I’ll be back. 

Blackburnie, jak nie wciągnie, to nie ma co męczyć… ;) Ale konstruktywną krytykę przyjmę z otwartymi ramionami.

 

Hrabio, już wysyłam.

Przygnała mnie nominacja cobolda. Zaczęłam czytać z entuzjazmem, ale niestety, mój zapał siadł gdzieś w połowie. Powtarzanie “wejść” i opisy światów stały się wtedy nużące. Sądzę, że zredukowanie dobrze zrobiłoby opowiadaniu, bo nie da się zaprzeczyć, że pomysł miałeś doskonały, a i wykonanie znakomite.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Porcelanowy świat od razu przypomniał mi “Krótką instrukcję obsługi pana”. Widać fascynuje Cię ta “porcelanowa” koncepcja (i w sumie nie dziwię się). A poruszanie się porcelanowych ludzi przywiodło mi na myśl jeden z odcinków “Doktora Who” (o kamiennych aniołach).

Pierwsze zdanie od razu mnie kupiło, w ogóle początek obiecywał wiele. I chociaż przyznam, że rzeczywiście gdzieś w połowie napięcie nieco siadło – wchodzenie w kolejne światy zaczynało być nużące i obawiałam się, że to będzie tylko powtarzanie tego samego schematu w różnych wersjach – to już przy świecie z tkaniny znów czytałam z wielkim zainteresowaniem. Cieszę się, że nie poszedłeś na łatwiznę i wszystkie te światy są nie tylko bardzo oryginalne, ale też mają swój sens, a odwiedziny w nich rzeczywiście posuwają fabułę do przodu (i to wszystko w ramach metafory “wychodzenia z dzieciństwa”).

Nie wiem, jak by to można skrócić, żeby ludzie nie narzekali na dłużyzny i nie porzucali tekstu w połowie. Moim zdaniem warto było doczytać do końca, “tkany” świat był świetny i dalsza część też naprawdę warta uwagi. Trochę rozczarował mnie infodump z wyjaśnieniem zagadki rodziny Martwej, ale samo zakończenie bardzo fajne.

Jedyny zarzut, jaki mam, to że zastawiasz na czytelnika nieco nieuczciwą pułapkę. Od początku sugerujesz, że bohater tworząc mapę tkwi w sierpniu i nie umie z niego wyjść (np. “Nawet teraz, gdy utknięcie w sierpniu zaczyna mnie niepokoić, spędzamy razem całe dni, a nasze usta pracują na okrągło, czy to przez mówienie, czy przez jedzenie (o dziwo, nie tyjemy)”), tymczasem mapa jest sporządzona, jeśli dobrze zrozumiałam, po przejściu przez ostatni próg. Czyli jednak utknięcie w sierpniu to czas przeszły, nie teraźniejszy.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Bemik, dzięki za podjęcie się. Szkoda, że znużyło. 

 

Mirabell, dziękuję za obszerny komentarz.

Zacznę od końca. 

Spoilery

Dawid pisze w sierpniu właściwie wszystko, oprócz dwóch ostatnich akapitów. Aż do fragmentu zaczynającego się od słowa “strych” on sam nie wie, co zrobi z mapą. Potem dopisuje resztę, przechodzi, a ostatnie zdania dopisuje już za progiem. 

Co do dłużyzn – sam nie wiem, jak to jest. Wiem, że są długie teksty, które aż chce się czytać na jedno posiedzenie; wiem też, że są takie, które lepiej rozłożyć na raty. Tutaj, mimo schematu wejście-rytuał-wyjście, fabuła wydawała mi się całkiem urozmaicona: najpierw starcie z Truszczyńskim, potem brat, następnie zwierzenie Martwej, a w końcu poniekąd kulminacyjny świat. Może lepiej byłoby to rozegrać w mniejszej liczbie scenerii? 

Cieszę się, że dostrzegłaś sens w światach i prowadzeniu fabuły. 

Jeśli chodzi o porcelanę, to po prostu pozwoliłem sobie skorzystać z własnego pomysłu i odpowiednio go zmodyfikować. Żadna tam od razu fascynacja :D

Wziąłem głęboki wdech, by zaciągnąć się zapachem burzy, ale do moich nozdrzy dotarł zapach zalegających pod ławką śmieci. – może to celowe, ale mnie się nie podoba to powtórzenie.

 

Czasem odnosiłem wrażenie, że niektóre didaskalia są niepotrzebne, jak poniżej:

– Naprawdę ktoś mówi na ciebie Martwa? – nie dowierzałem.

 

– Dlaczego nazywasz siebie Martwa? – zapytałem.

 

Widzę, że miałem podobne wrażenie jak komentujący – w połowie coś siadło, ale przetrwałem i czytałem dalej. Mam ambiwalentne wrażenia z tego tekstu. Z jednej strony warsztat, budowa zdań i prowadzenie narracji jest taki funthesystemowy, interesujące światy – samo się czyta, a z drugiej tekst, mimo że mamy tu fabułę i dialogi i chyba przygodę, przypomina ogromy strumień świadomości. I to byłoby okej, gdyby nie przytłaczająca ilość symboliki, która jest w dużej ilości enigmatyczna. Dodatkowo ten klimat, no fajnie że jest, ale lekko przytłaczający a nawet dołujący. On w krótkich tekstach jest okej, ale pozostanie w nim dłużej, jest po prostu męczące. Wybacz za zabicie metaforyki bezpośredniością, ale takie mam wrażenia po przeczytaniu. Ogólnie, tekst nie jest w moim guście, dlatego ocena może być niesprawiedliwa.

 

Ciao!

Dzięki za przetrwanie i komentarz, Blackburnie. Trochę mnie dziwi parę rzeczy, na które zwróciłeś uwagę. Po pierwsze “strumień świadomości”. Wydawało mi się, że cały czas się coś dzieje i to w sensie dosłownym, a nie metaforycznym. Światy są inne niż te, z którymi oswoiła nas klasyczna fantastyka. Ale ja właśnie tej inności szukam w literaturze i chcę ją czytelnikom dawać. Nie sądziłem też, że jest aż tak enigmatycznie. Przykładowo, Dwójka wydaje mi się wręcz łopatologiczna, a Trójka nawiązuje min. do piasku, w którym dzieci budują zamki. Interpretacji można by się pewnie dokopać wielu, jeśli ktoś to lubi, ale główne przesłanie jest chyba klarowne. 

Najbardziej jednak zaskoczyłeś mnie “dołującym klimatem” i poniekąd zmartwiłeś, bo chciałem tego uniknąć. 

Dlatego cieszę się z Twojego komentarza, bo ukazujesz jeszcze inne odczucia i spojrzenie niż pozostali czytelnicy :)

To nie tak, że wszystko jest niezrozumiałe, ale oczywiście po stronie czytelnika też leży pewna odpowiedzialność, żeby się wysilić. To biorę na klatę.

Strumień… hmm… no bohater nieustannie coś mieli w głowie, ale to jest okej, gdy nie przykrywa fabuły i historii. A tu przykrywania odniosłem wrażenie, no co poradzę, piszę jakie mam wrażenia. W tym kontekście moim zdaniem można było ciąć tekst. Sądzę, że światy są wyjątkowo ciekawe, i rzeczywiście dużo się dzieje, ale wszystko przykryte tą aurą dołującego klimatu i strumienia świadomości bohatera. Ale, ale… to w końcu dramat, więc mogłem tego oczekiwać. Trochę to przypomina polskie filmy – ciężkie, duszne. Po prostu mam takich klimatów dosyć, stąd moja dziwaczna opinia. Ale możliwe, że istnieje ogromna rzesza czytelników, którym się to podoba, więc trzeba uważać. ;)

 

EDYTA:

A, i jeszcze ze spraw technicznych – w niektórych fragmentach zaimkoza:

Tu:

Piętnaście minut wcześniej sądziłem, że na wszystko znajdzie się wyjaśnienie. Ot, trafiłem na ekscentryczną rodzinę, która przygotowała córce tor przeszkód, inicjujący wejście w dorosłość. Może dodatkowo wpadłem Martwej – czy też raczej wołającej o uwagę Magdzie – w oko albo zostałem uznany za outsidera, z którym da się zaprzyjaźnić. A to, że śledziła mnie z precyzją amerykańskiego szpiega? To, że jej ojciec w kilka sekund przeniósł się z domu za furtkę? To, że zgubiłem się parę razy w zdziczałym ogrodzie? To, że sprawa trupa skończyła się równie szybko, jak zaczęła? Na to też musiała być jakaś odpowiedź.

 

Tu:

Zatrzymałem się przed figurą. Zamknięte oczy, ręce skrzyżowane na piersi, twarz, jakby Martwa spała – ale śniąc koszmar. Kiedy przyjrzałem się jej uważnie, dostrzegłem, że stoi inaczej niż wcześniej. Jak tygrys szykujący się do skoku.

Za moimi plecami rozbrzmiały metaliczne odgłosy. Odwróciłem się, przezornie zachowując Martwą w polu widzenia. W korytarzu pojawiła się jednoręka pani Karolina, zastygnięta w dynamicznej pozie. Tymczasem rozległy się kolejne charakterystyczne dźwięki uderzania porcelany o porcelanę. Odruchowo popatrzyłem za siebie i ujrzałem pana Teodora zatrzymanego w pół schodów.

 

Tu:

A potem patrzyłem w lustro i docierało do mnie, że się mylę, choć nie wiedziałem, w czym dokładnie. Różniłem się od nich, tak jak różniłem się od szklanych ludzi. Byłem głupi – musiałem się mylić.

Dlatego wciąż towarzyszyłem Martwej.

Po Trójce błąkaliśmy się najdłużej. Głód zmusił nas do jedzenia piaskowej żywności, która po włożeniu do ust rozpadała się w mączysty pył. Nie miała smaku (chyba że chciało nam się wyszukiwać ziarenka cukru lub soli), lecz syciła. Krany rozsypywały się, kiedy próbowaliśmy je odkręcić, więc wodę piliśmy ze strumienia płynącego na skraju lasu.

– U nas to ściek, a tutaj czystsza niż z butelki – powiedziałem. – Myślisz, że to przez brak ludzi czy po prostu piasek tak filtruje brud?

Martwa nie miała nastroju na podobne dywagacje. Przetrząsnęła cały dom w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby być wskazówką dotyczącą zniknięcia rodziców lub wydostania się z tego świata. Ostatecznie nic nie znalazła. Musiałem ją siłą powstrzymywać, by ze złości nie zniszczyła żółto-pomarańczowego budynku. A od siły niedaleko do fizyczności, która niezdarnie wkracza w każdą porządną przyjaźń. Przytuliłem Martwą po raz pierwszy. Popłakała się. Chciałem zrobić to samo – wobec jej łez czułem się bezradny, a jednocześnie zazdrosny. Pragnąłem zamienić się rolami i nie być tym, w którego koszulkę wsiąkają słone krople. Zdławiłem to w sobie i próbowałem pocieszać, mówiąc, że będzie dobrze, wszystko się ułoży, niech się nie przejmuje, ale ona jak zwykle przerwała:

 

I tu:

Uderzyłem pięścią w piaskowe drzwi. Przeszła na wylot. Przymierzyłem się do kolejnego ciosu, a wtedy dom zasklepił swoją ranę. Biłem raz po raz. Setki ziaren piasku toczyły się po ścianach, by załatać dziurę. Nie ustępowałem, choć Martwa starała się mnie powstrzymać. Czułem, że próbuje czarów – nie działały. Podłoga pod naszymi stopami zaczęła się osuwać, a do uszu dotarł dziwny szum. Przerwałem.

 

 

Rozumiem, po prostu nie sądziłem, że jest aż tak duszno i ciężko. 

Trochę tych “się” wpadło, choć gdzieniegdzie jest to nieuniknione. Zaraz zobaczę, co się da się zrobić się. Ale czemu zaznaczasz też “mnie”, które przecież nie jest w tych fragmentach powtórzone? 

 

Kto zgadnie, czy w tekście jest więcej “się” czy “nie”? ;)

Zaznaczałem różne słowa i mnie jakoś zostało. Chodzi mi o się, których jest znacząco więcej niż nie. ;-)

Co mogłem, to poprawiłem. Dzięki :)

“Ani przy furtce, ani w drodze do domu.” – A nie: na drodze?

 

„– To się da…– spróbowałem.” – brak spacji po wielokropku

 

„– Ją też prawie zabił – szepnął w końcu mężczyzna. Zebrał się w sobie i spojrzał mi w oczy.– Ludzie dzielą się na silnych…” – brak spacji po „oczy.”

 

„…nie potrafiłem odwrócić wzroku od hipnotyzujących oczy szklanego ojca Martwej.” – literówka: oczu

 

„Głęboki wdech, ostatnie rozprostowanie palców, oto brama Mordoru, wchodzę.

***”

A tu brak odstępu między tekstem a przerywnikiem ; p

 

„Page’em” → Pagem.

 

…i jeszcze jedno:

– Ludzie dzielą się na silnych, mądrych i pięknych, ale moja rodzina jest słaba, głupia i brzydka.

Tu miałam dokładnie takie same odczucia jak MrBrightside – zdanie jest moim zdaniem skonstruowane bez sensu. Dzielimy ludzi na trzy kategorie, ale rodzinę wrzucamy do trzech innych? Tak, oczywiście, potem się wyjaśnia, o co chodzi, ale nie zmienia to faktu, że zdanie pod względem logicznym jest co najmniej wątpliwe.

 

Mam zagwozdkę. Z jednej strony podobało mi się, bo po prostu dobrze się czytało. Niektóre pomysły i zdania – świetne. Konstrukcja dobra. Klimat dobry, faktycznie gaimanowski.

Co mi się nie podobało – ten tekst jest za długi. W pewnym momencie zaczyna nużyć i to poważnie. Czytałam na raty, nie tylko ze względu na dziecko, ale po prostu na to, że nie dałabym rady przy jednym posiedzeniu. Zaczynasz dobrze, zdobywasz uwagę czytelnika, a potem stopniowo ją tracisz, bo napięcie maleje, zamiast przynajmniej utrzymywać się na jednym poziomie. Na pewnym etapie przestało mnie po prostu interesować, co się dzieje w kolejnych światach i jak one wyglądają, chciałam już tylko dojść do końca i mieć to z głowy. I zakończenie w sumie też mi się nie spodobało. Liczyłam na coś mocniejszego, ale po 90.000 znaków dostałam końcówkę… poprawną. Aha, i jeszcze jedno – wydaje mi się, że Truszczyński został mocno niewykorzystany w tym wszystkim. Szkoda, by jest chyba najciekawszą postacią.

 

Widzę, że litania tego, co mi się nie podobało, jest długa w porównaniu z tym, co mi się podobało, ale zapewniam, że ogólne wrażenie mam dobre. Tylko żałuję, że nie jest jeszcze lepsze, bo mogłoby być. Wróć kiedyś do tego tekstu, może za kilka lat, bo warto ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hej! Przeczytałam tydzień temu, ale dopiero teraz udało mi się poskładać opinię.

Zacznę od tego, z czym osobiście miałam problem – gdy zaczęłam czytać ten tekst, zorientowałam się, że to typowa młodzieżówka i infantylność opowieści nieco mnie irytowała, potem się wkręciłam. Natomiast co mi nie pasuje to to, że zakończenie jest wzięte z opowiadań dla dorosłych. Jakbym była młodsza, to bym się strasznie zdenerwowała, że nie było finałowego questa. Ogólnie zakończenie fajne i oryginalne (tylko Truszczyńskiego szkoda, chciałabym więcej), ale jakby od innej historii. 

Natomiast cała historia wciągnęła mnie bez większych problemów (przeczytałam z jedną przerwą, którą musiałam zrobić, bo byłam w podróży), pierwsze zdanie to taki typowy Kingowy spojler-nie spojler i swoją funkcję spełnił. Światy co prawda podobne do siebie, ale w każdym coś się działo. Sytuacja z rodzicami Martwej zaskoczyła. Brat już nieco znużył, chyba nie zrozumiałam, czemu był tak agresywny/negatywny. Język barwny i ciekawy, jak to zwykle u ciebie.

Ogólnie świetna lektura. Nie sądzę, by problem z tym tekstem leżał w jego długości.

 

PS. Gratuluję publikacji w Silmarisie, przeczytałam Zepsute Metafory, bardzo mi się podobało :)

Jose, Ty to masz oko do tych brakujących spacji! ;D

Dzięki i za miłe słowa, i za krytykę. Jak widać nawet czytanie na raty nie pomogło. 

Fajnie, że wierzysz w potencjał tekstu. Może kiedyś, na razie pomysłów nie brakuje, a czasu i sił na realizację ;)

 

Kam, dzięki :)

Mogłabyś wskazać dokładniej, co było infantylne? Ten zarzut pojawia się po raz pierwszy, więc jestem ciekaw. 

Interesująca obserwacja z tą całością dla młodzieży i zakończeniem dla dorosłych. 

Finałowy quest jest, a może raczej jest ich kilka, i dlatego mają mniejszy wydźwięk niż to zazwyczaj bywa. 

Cieszę się, że się podobało. 

I fajnie, że zajrzałaś do Silmarisa, bardzo mi miło :)

Kam, możesz się wypowiedzieć na temat tekstów w wątku o “Silmarisie”. Niech cała redakcja się dowie… :-)

Babska logika rządzi!

fun, do tego musiałabym przeczytać pierwszą połowę tekstu jeszcze raz, więc może mi trochę zejść. Postaram się nad tym przysiąść w wolnym czasie. Ogólnie raczej chodziło mi o płytkość zdań (taką typowo nastolatkową) niż o fabułę.

A jeśli chodzi o finałowy quest – imo przez kilkadziesiąt tysięcy słów budujesz sytuację do ostatecznego starcia z Truszczyńskim, po czym ono nie nadchodzi. Narobiłeś apetytu i zabrałeś talerz. Reszta tego, co się rozwiązało w finale to były raczej side questy, też ważne, ale nie mogące zastąpić huknięcia.

 

Finklo, nie chciałam robić sekretów ;-) Po prostu przeczytałam dopiero pierwsze opowiadanie, reszta jeszcze czeka. W ogóle nie skojarzyłam nazwiska funa dopóki nie zajrzałam wczoraj do Pochwal się, jedynie dziwiłam się, że styl jakby znajomy, a autor nie ;)

Chodziło mi tak ogólnie o tę infantylność, czy w dialogach, czy w narracji itd. Ale jeśli Ci się chce przysiąść i wskazać konkretniej, będzie mi bardzo miło :)

W ogóle nie skojarzyłam nazwiska funa dopóki nie zajrzałam wczoraj do Pochwal się, jedynie dziwiłam się, że styl jakby znajomy, a autor nie ;)

:D

 

Ło raaaany, kiedy Primagród wystosował prośbę o tego pdf-a?! Prawie dwa tygodnie temu?! Co zrobić – zmarł mój poprzednik, i jako kolejny w dynastii, Primagen Kurzościerak, dopiero teraz zająłem się jego zobowiązaniami.

Przymierze między Fungornem a Primagrodem wciąż funkcjonuje, opowiadanie więc przeczytałem i, szczerze przyznaję, dobre to było. Nie dziwi wysoka ocena Cyklotrimetylenotrinitroaminy :)

 

Styl plastyczny i lekki, wstawki “popkulturowe” dobrze urozmaicały tekst. Dialogi raczej naturalne, nic mi w tej materii nie zgrzytnęło. Kreacja postaci – trudno powiedzieć. Dawid i Damian wypadli super, zaś rodzinka trochę mdło, ale w sumie… przecież taka była! ;D Ani piękna, ani mądra, ani silna… Więc chyba nie ma do czego się przyczepić.

Opowiadanie czytałem na dwa razy – początek zainteresował, ale nie chwycił jakoś mocno. Wydaje mi się, że trochę zbyt niejasno zarysowałeś fabułę. Niby wiadomo, że bohaterowie muszą przejść przez sześcioro drzwi, a Martwa ma dorosnąć, ale cholera wie, o co dokładnie chodzi. Zbytnia “mglistość” tego celu trochę osłabiła moje zainteresowanie.

Później jednak nadrobiłeś – kreacją świata i Truszczyńskim, który zdał mi się znacznie lepszym “hakiem” niż całe to gdybanie o pudełkach ze skarbami i śmieciami. W ogóle, te światy zasługują na osobną pochwałę. Ciekawe. Najpierw pomyślałem, że będzie to coś w rodzaju Brudnopisu Łukjanienki, no ale u Ciebie portale prowadziły raczej do światów równoległych, a nie jakichś tam innych planet…

Dom i rodzina Dawida słabo zarysowane, co dość mocno kontrastuje z uwagą, jaką poświęciłeś Martwej. Niby nie jest to element fabularny, nie ma sensu przedłużać tekstu, ale gdzieś przy końcu nagle wracasz do całej sprawy, wspominasz, że rodzice Dawida martwią się jego studiami itd. Trochę mi to obniżyło immersję (na moment), bo już olałem tę całą rodzinkę ;D

Co do zakończenia – dla mnie mega. Wyjaśnienie o co chodziło z całą tą “mapą”, przejście przez drzwi, zaprezentowanie świata jako swoistego sanktuarium dla Martwej nawet mnie zaskoczyło, wniosło trochę powiewu i świeżości do tekstu, który w środkowym segmencie (przechodzenie przez kolejne drzwi), wydał mi się dość jednostajny.

Jedyny mankament – trochę zbyt szybko napisane, jakbyś zmęczył się długością tekstu i zakończył “po łebkach”. Niby wszystko na miejscu, ale tak skrótowo, bez charakterystycznego dla reszty opowiadania gawędziarstwa w treści.

Reasumując – podobało się, jestem pod wrażeniem. Mimo rozmiarów nie przegadałeś, tempo akcji konsekwentne, a te wszystkie światy… piękne. Można było chyba pokusić się o więcej dramaturgii, bo całość wypada trochę “młodzieżowo”, ale skłamałbym mówiąc, że nie lubię takiej literatury. Czasem proza życia gwarantuje nam takie dramaty, że przy lekturze dobrze jest zwyczajnie odpocząć… zrelaksować się. I do tego opowiadanie jak najbardziej się nadaje – dzięki.

Od Counta nominacja.

 

Co miałem zagrać, jeśli nie żałosne „Master of Puppets”?

Aczkolwiek tym mnie wkurzyłeś ;P

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Fungorn przesyła podziękowania. A obszerniej odpowie Primagrodowi, gdy tylko dorwie kompa ;)

Spoko. Udanego spotkania w Krakowie i zadbaj proszę o drogie Sojuszniczki – Cyklotrimetylenotrinitroaminę i Nazulę, coby im niczego nie brakowało ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Przeczytałam już tydzień temu, ale miałam techniczny problem z dodaniem komentarza. Jak dla mnie świetne opowiadanie. Mimo, że długie, nawet przez chwilę się nie nudziłam. Ujęła mnie kreacja światów, chyba najbardziej spodobał mi się porcelanowy i włóczkowy :) A z postaci Martwa i Truszczyński… I do tego tekst oczywiście bardzo dobrze napisany :) Pozdrawiam serdecznie.

Ps. Nie jestem za dobra w komentowaniu :)

Przeczytałam, to wypada skomentować. Chociaż sporo po czasie i w sumie, co miało zostać zauważone już pewnie zostało, w końcu kto późno przychodzi niczego nowego do dyskusji nie wnosi. Ale będę próbować ;)

 

Zacznę od początku, czyli od tytułu i tych, swoją drogą świetnych, kilku pierwszych zdań. Tytuł zdecydowanie przykuwa uwagę, co znowu w Twoim przypadku nie jest nowością. Z drugiej strony zastanawiałam się, jak ta fraza będzie funkcjonować w tekście i w sumie szalenie spodobało mi się rozwiązanie. Cały ten fragment o komunikatach, kto musi wyjść był generalnie świetny, tylko szkoda, że tak szybko Martwa wróciła do swojej nieco irytującej bezpośredniości. Nostalgiczną, opowiadającą bajki zniosłam o wiele lepiej. Ta myśl z błądzeniem i zrywaniem jabłek też nieźle. A z pierwszego akapitu to zdanie o uginającej się pod ciężarem owoców jabłonce przywiodło mi na myśl Fern Hill Thomasa, które tematycznie wpasowuje się w Pięknych. W ogóle sporo zgrabnych wpleceń, zdaje się nie tylko z popkultury :)

 

Miało być po kolei, ale jak już o tej popkulturze, to pociągnę i klimat. Idealnie wpasowuje się w moje ostatnie preferencje. Jak widziałam zwiastun IT, to stwierdziłam, że mogłabym obejrzeć dla samego retro klimatu. A w połączeniu z miesiącami letnimi, w szczególności z sierpniem, niesamowicie wprowadza w nastrój przemijającego dzieciństwa. Dodatkowo w moim przypadku to aktualny temat, więc pewnie takie zdania jak np. to ostawaniu się dorosłym z dziecka niezauważalnie łatwiej zapadają mi w pamięć.

 

W ogóle temat wokół którego kręci się tekst jest wdzięczny. Może się to wydać dziwne, ale według mnie nie jest to tak do końca młodzieżówka. Bo i ten tekst, chociaż traktuje o młodzieży, do młodzieży raczej skierowany nie jest. To dorośli, a im starsi tym lepiej, z bagażem swoich przeżyć mogą spojrzeć na przemijające dzieciństwo widząc jednocześnie wszystkie towarzyszące temu okoliczności. Może nawet nie o to chodzi, wystarczy sam fakt powracania do przeszłości w miarę zdawania sobie sprawy z upływającego czasu. Chociaż możliwe, że obraz zaburza mi patrzenie przez perspektywę książek YA, a nie wszystkich młodzieżowych. W przypadku tych pierwszych o wiele mniej czasu poświęca się przemyśleniom, znikome są symbole itp., ale niewątpliwą zaletą jest kreacja bohaterów.

 

Znaczy, Dawida polubiłam bardzo. Może i nie jest to jeden z Twoich najprecyzyjniej skonstruowanych bohaterów (IMO byli nimi Pan Maksymilian i Pisarz z Instrukcji, chociaż niewiele brakowało tacie Marcina z Dziewięciu) , ale według lekka chaotyczność jego charakteru przydawała mu naturalności. Tym całym niezdecydowaniem, skłonnością do refleksji i ewidentnym duchem lat dziewięćdziesiątych stworzyłeś kogoś naprawdę sympatycznego. Spodobało mi się to, że na początku, kiedy zostawia ciało pana Truszczyńskiego, chociaż niby słucha Martwej, to jednak wiadomo, że tak naprawdę tchórzy. Natomiast potem, kiedy już przeszedł przez kilkoro drzwi, które zdaje się można potraktować jako symbol dorastania, stał się odważniejszy – np. w świecie z włóczki wspiął się do dziury. Taka delikatnie zaznaczona przemiana, która jak najbardziej ma rację 9albo nawet obowiązek) bytu w tekście o dorastaniu :)

 

Jeszcze co do Dawida, to tak się zastanawiałam, czy on rzeczywiście należy do mądrych.

 

Dlatego znalazła mnie, przeszliśmy razem co nieco, jednak na krok przed ostatnim etapem kazała się zatrzymać: nie wieszaj Eustachego, Dawid, zostań. Nie wychodź z naszego sierpnia.

Wybacz, Martwa – bo pewnie tylko ty to przeczytasz – ale nie będę tkwił w więzieniu dzieciństwa jak lalka, marionetka, kukła.

Ten fragment zdaje się rozwiewać hipotezy odnośnie tego, ale z drugiej strony Martwa znalazła Dawida i chciała, żeby z nią został. On mimo wszystko wyszedł, a tytuł nie brzmi: Mądrzy ludzie… tylko Piękni… i stąd moja zagwozdka :P A tak przy okazji to niezły fragment, a te marionetki i kukły skojarzył mi się z tym światem z włóczki, tak jakby Dawid zdał sobie sprawę, że właśnie wtedy nabrał na tyle odwagi, żeby stać się dorosłym. W sensie, że doszedł do wniosku, że pozostając zbyt długo dziećmi tak naprawdę się chowamy, co oczywiście jest prawdziwe i mądre i jeśli z tekstu ma płynąć między innymi takie przesłanie to tym bardziej jestem ukontentowana :)

 

Chwaliłam, chwaliłam, to teraz pozwolę sobie ponarzekać. Pan Truszczyński został według mnie przedstawiony po najmniejszej linii oporu. Taki typowy czarny charakter. Dodatkowo nie wzbudził żadnych emocji, może poza lekką irytacją. A ja lubię, kiedy ci źli albo dają się łatwo polubić, albo znienawidzić. Tutaj tego mi zabrakło.

 

Inne postacie też w sumie jakoś nie zaskarbiły sobie mojej sympatii. Martwa to już w ogóle. Nie wykluczam jednak, że specjalnie zrobiłeś z niej taką “zwykłą”. Może to mieć swoją rację bytu w krótkim opowiadaniu, może i w książce jeśli mamy do czynienia z drugo– lub trzecioplanowym bohaterem, ale to już jest 90k. Niby przeczytałam na jeden raz, ale gdyby nie to, że jestem typowym długodystansowcem musiałabym czytać na raty. Obecność Martwej równoważył też trochę Dawid. Chociaż i on tracił przy dialogach. Wydaje mi się, że do rozmów wkradło się trochę ducha Twojego gawędziarstwa, który świetnie urozmaica narracje, ale wypowiedzi już niekoniecznie. Po prostu przez to wypadają chwilami nieco sztucznie.

– Co tu robisz? – zapytała nieufnym głosem.

– Chcę ci pomóc.

– Teraz to…

– Oj, nie pierdol już – przerwałem. – Lepiej wytłumacz, co się dzieje.

O, na przykład tutaj przekleństwo wydało mi się nieco wymuszone.

 

A tak jeszcze odnośnie tego gawędziarstwa to sporo jego tutaj, ale wypada znakomicie. W Doczłowieczeniu zabrakło mi właśnie takiego zwyczajnego klepania właśnie. Może w najbliższym czasie też skomentuję, ale przynajmniej wychodzi na to, że wolę chwalić niż ganić :D

Przy końcówce rzeczywiście mniej tego było. Oprócz samego ostatniego fragmentu, w mojej opinii wypadł o wiele lepiej od reszty zakończenia, które może i nie było czymś szalenie niesamowitym, ale z pewnością przyzwoitym na poziomie samego wstępu.

 

Jeszcze tylko wspomnę o światach. Raczej bliższa byłabym opinii, że nie są niezwykle oryginalne (poza tym z włóczką). Ale trzeba im oddać ich plastyczność tkwiącą w ciekawych opisach. Jakoś tak mi się spodobał opis (chyba Drugiego, ale pewności nie mam, bo czytałam sporo czasu temu) z pomarańczowymi refleksami przemykającymi pod niebieską(taką trochę szklaną?)skórą i jaskrawymi ekranami.

 

Może jeszcze mogłabym coś powiedzieć, ale w sumie nie bardzo wiem co i po co. Może, gdyby ciężko było wywnioskować z wcześniejszej wypowiedzi,to że tak ogólnie opowiadanie misię :)

 

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

No to po kolei…

 

Count, jeszcze raz dzięki za komentarz i nominację :)

Cieszę się, że nie przedramatyzowałem, bo mając w pamięci naszą ostatnią rozmowę, chciałem napisać coś “rozrywkowego”, choć nie w duchu “Władka”. 

Z postaciami był już problem od początku, skoro miały być z jednej strony zwyczajne, a z drugiej ciekawe. Ale jeśli któreś Ci się spodobały, to fajnie. 

Co do wzmianki o rodzinie i domu Dawida, wydawała mi się konieczna do pewnego przełamania napięcia. Zastanawiałem się, czy komuś będzie przeszkadzało, że ten temat w ogóle potraktowałem po macoszemu. 

Przyznaję, że końcówka była trochę pospieszna. I tak ją rozbudowywałem, ale widocznie za mało. 

A co do tego “Master of Puppets”… Przecież Metallica skończyła się na “Kill’em all” :P Dobrze, że Dawid nie zagrał “Nothing Else Matters”. 

 

Katiu, dziękuję za wizytę :)

I nie mów, że nie jesteś dobra w komentowaniu. Jeśli komentarz wskazuje, co się podobało albo co się nie podobało, to jest to dobry komentarz. Nie trzeba wszystkiego ubierać w kwieciste zdania i metafory. 

Przykładowo: stwierdziłaś, że porcelanowy i włóczkowy świat podobały się najbardziej, więc uwzględniam to w swoich statystykach i widzę, że ten włóczkowy wyraźnie wybija się na prowadzenie. A dla mnie to sygnał, że z tym światem mi wyszło :D

 

Lenah, długością komentarzy przebijasz nawet Słowika i Cienia! Bardzo dziękuję, bo musiało to zająć chwilę, a ja z uśmiechem na twarzy przeczytałem, że ktoś odebrał zawarte tutaj rzeczy baaardzo tak, jak chciałem. 

Chyba jako pierwsza wspominasz o tytule (już zaczynałem w niego wątpić). I cieszę się, że spodobało Ci się wplecenie go w tekst. To był jeden z tych momentów, kiedy coś rzeczywiście mnie natchnęło :D

Temat. Cóż, jesteś jak na razie czytelniczką najbliższą zbliżoną wiekiem do Dawida, więc tym bardziej cieszę się, że cisię ;)

Dawida odebrałaś tak, jak go sobie wyobrażałem i jak chciałem przedstawić. (Tak na marginesie – naprawdę pamiętałaś, że główny bohater Dziewięciu miał na imię Marcin? Sam musiałbym się nad tym zastanowić ;)). 

Skojarzenie marionetek i kukiełek z włóczkowym światem też zgodne z moim zamiarem. 

 

Krytykę pokornie przyjmuję, choć Twoja krytyka jest tak przepleciona pochwałami, że miło się ją czyta :D Zgadzam się, że Truszczyński nie jest wystarczająco dobrze rozbudowany jak na antagonistę. A zwyczajność Martwej starałem się przedstawić w miarę ciekawie (trąci paradoksem, wiem), ale jak nie wyszło, to trudno. 

Wpadnij do “Doczłowieczenia” z komentarzem i gań, jak trzeba ganić ;)

 

Dzięki za komentarz i nominację :)

Bardzo ciekawe opowiadanie.

Przeczytałam na jeden raz i nie odczułam tych dziewięćdziesięciu tysięcy znaków. Aczkolwiek przyznaję, że nie wiem, czy bym się porwała na ten wyczyn, gdybym nie sprawdziła, kto jest autorem ;)

Czytało się naprawdę dobrze i nawet absurd, który zwykle mnie męczy, nie zniechęcił mnie.

Podobały mi się opisy światów – i tutaj nie będę oryginalna, zdecydowanie wygrywa ten utkany z motka, świetny pomysł na poruszanie się, porozumiewanie, pięknie.

Tytuł – fantastyczny. Pierwsze zdanie również.

Ogólnie bardzo dobre opowiadanie, przeczytałam z przyjemnością.

Podobało mi się :)

Dzięki, Anet :) 

Fajnie, że nic Cię nie zmęczyło, i cieszę się, że moje autorstwo ma u Ciebie kredyt zaufania. 

No, skądś się ten kredyt wziął ;)

Naprawdę dobre opowiadanie.

Ciesz się z pochwał, ciesz, bo Doczłowieczenie czeka ;) A ja się cieszę,  że trafiłam z tą interpretacją. Tylko podbijam pytanie, do której kategorii należał Dawid, bo w sumie nadal mam wątpliwości czy rzeczywiście należał do mądrych.

 

A z Dziewięciu pamiętałam imię Marcina, ale jego ojca już nie, stąd ojciec Marcina :D Poza tym jakość tekstu ułatwiła zapamiętywanie treści :)

 

 

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Kategorie były wymysłem Brzydkiej Rodziny. Dawid starał się być kimś ważnym, wyjątkowym, mimo to był nieoczywistym outsiderem. Nie bez powodu nie może pochwalić się żadnym szczególnym osiągnięciem. Ostatecznie opuszcza sierpień-dzieciństwo, by być taki, jak reszta ludzi, którzy przecież nie posługują się takim podziałem. Nie chcę narzucać interpretacji, ale dla mnie kluczowe do zrozumienia tytułu (i całego opowiadania) jest to, co Martwa wyznaje w piaskowym pokoju. 

Jeśli to brzmi zbyt mętnie, służę łopatą na privie :D

Chciałeś, to masz ;)

 

1. Ja zawsze będę cenił, jeśli tekst staje po stronie słabych, głupich i brzydkich. Miałem takie skojarzenie z filmem “Me, Earl & Dying Girl”, jak ktoś widział, to może potwierdzić, nie da się tego łatwo wytłumaczyć. Ten film jest dowodem na to, że da się opowiedzieć historię o nastolatkach, która będzie przekonująca i dla nastolatków i dla dorosłych.

 

2. Były kiedyś takie czasopisma, “Ja”, “Ty” i “My”, nie wiem, czy pamiętasz, bo nie wiem, ile masz lat. Myślę, że były świetne. To ostatnie dla dziesięciolatków. I tam kiedyś ni z gruchy ni z pietruchy były porady dla ludzi, którzy chcą pisać. Z jakichś powodów zapamiętałem tylko jedną, bo wydała mi się zaskakująco inna od pozostałych i niepokojąca konkretna: nie pisz o byciu pisarzem. Nie wiem, czy to dobra rada, ale się jej trzymam od kiedy mam dziesięć lat i mam poczucie, że na dobre mi to wychodzi. Rzucam ją na stół, można brać. Ale jeśli chodzi o używanie alibi, niby w żarcie – “to jest taki grafomański tekst, wink, wink” – to ja już jestem przeciw. Tekst nie stanie się grafomański, jeśli się napisze, że jest grafomański, jeśli nie był wcześniej. Ale też nie przestanie nim być, jeśli wcześniej był. Więc jestem na nie – wywaliłbym wstawki o eksgrafomaństwie, bo odczytuję je właśnie jako jakieś dziwaczne alibi autora (nie, tekst nie jest grafomański – jest stylkowo dobry, więc tym bardziej takie alibi źle wygląda).

 

3. Otwarcie:

“Sierpień zatrzymał się, kiedy Martwa zabroniła mi powiesić pluszowego słonia na latarni. Każdy dzień był ciepły, wakacje nie miały końca, a mglista Kraina Jutra wymarła. Jabłoń za domem nic sobie nie robiła z naszych porannych kradzieży i wieczorami znów uginała się pod ciężarem owoców. Patrzyłem na nią, zastanawiając się, czy uciec, czy zapuścić korzenie. Zacząłem pisać mapę”. 

To znana technika – wrzucić czytelnika w coś, co jest nie do zrozumienia, a potem stopniowo go z tego wyplątywać. O ile sam nie przepadam jako czytelnik, o tyle nie ma w niej nic złego. Natomiast trzeba pamiętać, że jest to technika trudna i pełna pułapek. Czytelnik często nie ma tyle cierpliwości, ile my tu mamy.

 

4. Jeszcze na początku:

Dawniej sądziłem, że jesteśmy rówieśnikami: była niska, wręcz kurduplowata, chuda jak kościotrup z pokoju jej ojca (oczywiście wtedy żadnego z nich nie znałem), rzekłbym nawet – bezpłciowa. Głupio tak pisać o przyjaciółce, ale jako dwunastolatek nie miałem skrupułów i myślałem wszystko o wszystkich.

Ja się gubię. Już się zgubiłem przy początku, ale ok – a w tym fragmencie znowu i jestem trochę na skraju wytrzymałości. Dawniej, teraz, ale wcześniej, nie znałem, już znam, dwunastolatek, matura. Oczywiście wraz z lekturą się z tego wyplątałem, ale tylko dlatego, że mi się chciało, to wymagało cierpliwości i trochę zaciskania zębow. Znowu: skakanie po osi czasu jest spoko, ale to sztuka wymagająca precyzji.

 

5. Sześć to umiarkowanie plastyczna literacko liczba, bo daje mało instynktownych skojarzeń symbolicznych u czytelnika (dużo lepsze jest trzy, pięć i siedem, nie wiem, jakoś lepiej się je rozumie). Ja odebrałem kolejne Drzwi jako kolejne przygody, a nie kolejne stopnie – myślę, że stąd się może brać wspominane przez przedmówców znużenie – ło, jezu, kiedy meta?

 

6. bardzo przyzwoite dialogi, masz słuch do języka mówionego, miejscami wręcz błystkotliwe. Kiedy Dawid próbuje być błyskotliwy w monologu wewnętrznym, to też trzyma poziom, ale w tym właśnie tkwi chyba kwestia pytania, czy to opowiadanie dla nastolatków, czy nie: bo on jest błyskotliwy jak nastolatek właśnie, ale mówiący do innych nastolatków. Na dorosłych osobach już nie robi to takiego wrażenia (wracjąc do filmu wspomnianego wcześniej – tam jest właśnie bohater próbuje być błyskotliwy na potrzeby rówieśników, ale szybko dostaje od fabuły gonga i wtedy to się robi film także dla dorosłych. Tutaj nie ma z tym gry).

 

7. zakończenie jest ciekawe, ale niestety, imho nie skleja się mówienie o Martwej w trzeciej osobie przez 95 procent tekstu, by na końcu zwrócić się do niej w osobie drugiej. Zakończenie sugeruje, że protagonista od początku wie, co chce osiągnąć, ale nie widać tego w konstrukcji tekstu.

8. bardzo dobra metafora z pudełkiem, precyzyjna, adekwatna i obrazowa (ja bym tylko do pudełka wsadził coś innego, niż śmieci, bo protagoniście nie chodzi chyba o to, że dzieciństwo to śmieci). Takie powinny być metafory. Ale z kolei bardzo słaba ta o wietrze – i to nawet biorąc pod uwagę apel, że “przecież nauka!”. “Tego też nie rozumiemy, ale tak jest”. Głowie nie chodzi przecież o to, że “nie rozumiemy dlaczego wieje wiatr”, tylko o to, że “nie rozumiemy, dlaczego raz jest miło, a raz niemiło”. Tylko problem polega na tym, że najczęściej, owszem, rozumiemy, nawet bez nauki i bez wiedzy o różnicy ciśnień, po prostu instynktownie dla nas nie jest to zjawisko tajemnicze. Zapytaj siedmiolatka. Można by z niego zrobić zjawisko tajemnicze, ale to oznacza dalszą pracę nad tą metaforą (bo z udanymi metaforami to czasem jest przebłysk geniuszu, ale najczęściej żmudna zegarmistrzowska robota).

 

Kurde, bałem się, że jak zacznę oceniać opowiadania, to będę się wymądrzał. No i proszę :(

 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Z jakichś powodów zapamiętałem tylko jedną, bo wydała mi się zaskakująco inna od pozostałych i niepokojąca konkretna: nie pisz o byciu pisarzem.

Niech ktoś szybko zadzwoni do Stephena Kinga, bo facet robi to źle :P A tak na serio – czy było podane jakieś uzasadnienie tej rady?

 

Żeby nie offtopować – ja uznałam porzucenie pisania za część procesu dojrzewania i akceptowania swojej przeciętności.

@kam_mod

Są na to dwie uzupełniające się odpowiedzi. Pierwsza: w książce “Jak pisać scenariusze” jest mój ulubiony przykład dotyczący rad i zasad. Na każdym kursie pisania scenariuszy, po tym, jak już zostaną wyłożone jakieś generalne zasady dotyczące pisania scenariuszy, jakiś gość podnosi rękę i mówi “A scenariusz <<Zabójczej Broni>> nie spełniał żadnych z tych zasad, sprzedał się za fafnyliard  dolarów i był hitem kinowym”. I to jest zawsze dobry moment, żeby prowadzacy kurs mógł powiedzieć “Tak, scenariusz <<Zabójczej Broni>> osiągnął sukces POMIMO tego, że nie spełniał żadnych z tych zasad”.

A druga: czasopismo “My” było świetnym czasopismem dla dziesięciolatków, nie wiem, ile kosztowało, bo kupowała mi je mama, ale podejrzewam, że w przeliczeniu na dzisiejsze, jakieś dwa pięćdziesiąt. Więc każdy może zrobić z tą radą, co zechce, biorąc powyższe pod uwagę. Przy czym pełna wersja tej rady brzmiała “Nie pisz o byciu pisarzem. Nie znasz się na tym”. Więc chyba nie ma co dzwonić do Kinga i mu zawracać gitarę.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Nie pisz o byciu pisarzem. Nie znasz się na tym.

Pełna wersja faktycznie ma więcej sensu, bo znaczy tyle, co: pisz o tym, na czym się znasz, albo rób dobry research. Gdyby traktować ją dosłownie, fun mógłby pisać tylko i wyłącznie o studentach medycyny (o ile dobrze kojarzę), a ja na przykład o tłumaczach, i chyba umarłabym z nudów przy pierwszym skończonym opowiadaniu.

W Pięknych ludziach imo żaden research nie jest potrzebny, bo fun odwołuje się do uniwersalnych uczuć – chyba każdy z nas miał kiedyś nadzieję, że okaże się być genialnym człowiekiem.

@kam_mod

No niekoniecznie znaczy tyle, imho znaczy coś więcej: bo pisanie o byciu pisarzem jest nie tylko pisaniem o czymśtam, jest też przecież jednoczesnym robieniem tego, o czym się właśnie pisze. To czyni pisanie o pisaniu czymś wsobnym, a przez to trudniejszym, do tego także odróżnia pisanie o pisaniu od pisania o czymkolwiek innym.

Per analogiam – robienie filmów o robieniu filmów jest zawsze czymś więcej, niż robienie filmów o czymś innym. Zawsze to jakaś gra z historią kina. Co ciekawe – Akademia zawsze jakoś przesadnie docenia oscarami takie filmy (vide Hugo i jego wynalazek, czy Artysta).

Przy czym zgadzam się (ze Stephenem Kingiem akurat, cóż za zbieg okoliczności), że dobrze jest pisać o tym, na czym się człowiek zna. No i przecież nie znamy się tylko na tym, co robimy zawodowo, czy akademicko!

Aha, no i podejrzewam, choć dowodu nie mam, że tamta rada z czasopisma “My” – którą zresztą podpisał jakiś zagraniczny pisarz, nie pamiętam dokładnie – była podyktowana nadreprezentacją tematu “o byciu pisarzem” względem innych tematów w twórczości ludzi aspirujących do bycia pisarzami.

Ja chcę opowiadanie o tłumaczach!!!!! :)

OFFTOP ALERT! OFFTOP ALERT! OFFTOP ALERT!

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

I książek o pisarzach jest przecież też całkiem sporo, nawet na tym forum czytałam kapitalne opowiadanie (z konkursu kawkowego) o pisarzu właśnie, a w dzieciństwie moja ulubiona trylogia opowiadała o zostawaniu pisarzem (fabularyzowane, ale na podstawie doświadczenia autora i do bólu prawdziwe). I myślę, że sporo jest przykładów pokazujących, że w pisaniu o pisaniu nie ma nic złego.

 

Natomiast jeśli chodzi o tekst – zdaje się, że w tym opowiadaniu może dziwić, jak zwyczajny Dawid używa kwiecistego, błyskotliwego języka funa ;) Może jednak Dawid nie takim grafomanem był, jak nam się wydawało. A może to wina funa, że nie potrafi “schować” swojego stylu. Mi osobiście to nie przeszkadza – gdyby nie barwny język, dużo trudniej byłoby mi się przebić przez 90k znaków.

 

Inna sprawa, że większość tych złotych zasad z poradników pisarskich można spokojnie łamać po nabyciu niewielkiego nawet doświadczenia w pisaniu.

 

tamta rada z czasopisma “My” – którą zresztą podpisał jakiś zagraniczny pisarz, nie pamiętam dokładnie – była podyktowana nadreprezentacją tematu “o byciu pisarzem” względem innych tematów w twórczości ludzi aspirujących do bycia pisarzami.

Bardzo możliwe. Ale ty, jako człowiek piszący od dziesięciu lat, nie musisz już jej słuchać :)

Ja chcę opowiadanie o tłumaczach!!!!! :)

A weź, padłbyś po pierwszej stronie. Jak się nie zna języków wyjściowych, to trudno jest opowiedzieć znajomym nawet najzabawniejsze anegdotki, bo wszystko brzmi bez sensu. #problemypierwszegoświata

No, Cerlegu, można? Można.

 

1. Widziałem ten film.

 

2. Jasne, słyszałem już takie złote rady. Np. taką: nie pisz o tym, na czym się nie znasz. Więc nie pisałem o byciu pisarzem, ale o byciu nastolatkiem, który próbuje pisać. A na tym akurat się znam. 

Zauważ, że tych wstawek jest kilka i nie pełnią tutaj funkcji “wink, wink”, tylko pokazują, że Dawid sam jest znużony pisaniem i trochę nim gardzi. Może dlatego, że pisze te słowa już w trakcie przemiany?

 

3. Ok. 

 

4. Albo czytelnikom się nie chciało już tego wytykać, albo jakoś dałem radę precyzyjnie skakać po osi czasu. A nie będę rezygnował z czegoś tylko dlatego, że inna metoda jest łatwiejsza. No risk, no fun. 

 

5. Yyy… dawać siódemkę, żeby napompować w to ileś niepotrzebnych znaczeń? Ja nie Mickiewicz ani żaden taki, jeszcze się nie martwię, czy bohater chrząknie pięć czy osiem razy ;)

 

6. Ciekawe. Bo pojawiły się zarzuty, że dialogi sztuczne, na siłę itd. 

 

7. Dawid pisze mapę, by się w tym wszystkim odnaleźć i podjąć decyzję. Dopiero na sam koniec decyduje, co z tym zrobić i zwraca się do Martwej w drugiej osobie. Przecież nie redagowałby całego tekstu po tym, jak postanowił opuścić sierpień. 

 

8. Ok.

 

Bardzo dziękuję za obszerny i konstruktywny komentarz. Mam nadzieję, że się z nimi rozkręcisz, bo widać, że masz w głowie jakąś wizję sztuki pisarskiej. 

W tym wszystkim zabrakło mi tylko jednego. Rozłożyłeś tekst na czynniki pierwsze, ale nie napisałeś, jak ogólne wrażenia. Bo tak naprawdę najważniejsze w tym wszystkim jest to, czy się podobało. Zwykły czytelnik nie zawraca sobie głowy tym, czy autor złamał jakieś zasady, czy nie :)

Kam,

Natomiast jeśli chodzi o tekst – zdaje się, że w tym opowiadaniu może dziwić, jak zwyczajny Dawid używa kwiecistego, błyskotliwego języka funa ;) Może jednak Dawid nie takim grafomanem był, jak nam się wydawało. A może to wina funa, że nie potrafi “schować” swojego stylu. Mi osobiście to nie przeszkadza – gdyby nie barwny język, dużo trudniej byłoby mi się przebić przez 90k znaków.

Grafomania to pojęcie względne. Dla jednych teksty Comy są grafomanią, a dla innych prawdziwą poezją. Stylu nie staram się chować, a raczej go uzasadnić – myślę, że najlepiej to wyszło w “Krótkiej instrukcji obsługi Pana”. Nie piszę z punktu widzenia prostaka, ale z punktu widzenia Dawida, który już trochę napisał. Myślę, że on sam nie zdaje sobie sprawy z tego, czy to jego pisanie jest czegoś warte, czy nie. 

O, mnie to nie przeszkadzało. Raczej rzuciłam luźną rozkminę, szukając powodu, dla którego Cerlegowi coś w piszącym Dawidzie nie pasowało.

A co do tego “Master of Puppets”… Przecież Metallica skończyła się na “Kill’em all” :P Dobrze, że Dawid nie zagrał “Nothing Else Matters”. 

Hahaha, prawda to! Dobra, wybaczam ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

@fun

Nie ma generalnej impresji, bo to nie jest opowiadanie dla mnie, w związku z czym to, czy mi się podobało, czy nie, to w ogóle nic nie wnosi do rozmowy.

Skoro już się tak poznajemy, to jeszcze powiem, że mój stosunek do złotych rad jest dwojaki. Po pierwsze – uważam, że są super. Bierzesz taką złotą radę, wkładasz ją do swojej skrzynki z narzedziami warsztatowymi i potem albo umiesz z niej korzystać i korzystasz coraz wprawniej, albo nie i leży na dnie i rdzewieje. Z pozoru głupia rada, na którą wiele osób bardzo się oburza, czyli “nie używaj przysłówków”, konsekwentnie stosowana, zaprowadziła mnie w naprawdę ciekawe miejsca. IMHO nie o to chodzi, jaka jest taka złota rada, tylko co z nią potrafisz zrobić. Ja w każdym razie nigdy nimi nie gardziłem.

Po drugie – uważam mniej więcej to, co kam_mod, czyli zadzwońcie do McCarthy’ego i powiedzcie mu, jak się pisze dialogi.

 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Kam_mod, ja bym to rozwinął, “pisz o tym, na czym się znasz, to wyjdzie ci najlepiej”.

Cerleg, widzę, że czytaliśmy podobną teorię pisania. Zakładamy klub Przeciwników Przysłówków?

Zdecydowanie i natychmiast! ;-)

Babska logika rządzi!

Fun, sądzę, że długie dystanse wychodzą Ci naprawdę nieźle :)

To może nie jest tekst do wciągnięcia na raz – tak jak niektórzy powyżej, czytałam na raty, bo i mnie nie ominęło znużenie. Świetnie wypadają te zapowiedzi i obietnice, które serwujesz w pierwszych akapitach – zatrzymany sierpień, wieszanie słonia, krzyżowanie kukły itp – to zahacza i zatrzymuje przy czytaniu. Gorzej wyszła zapowiedź sześciu drzwi, bo choć kolejne światy urzekają malowniczością, niesamowitością i łechtają skojarzeniami wielbicieli Koraliny, do których się zaliczam, to jednak nie opierają się pewnej monotonii. Jest naprawdę fajnie, ale gdzieś z tyłu głowy brzęczy takie “jeszcze cztery kolejne, jeszcze trzy, jeszcze tylko dwa…”. Nie wiem, czy tych światów za dużo, czy zbyt podobne, czy fabuła za wolno posuwa się do przodu. To ostatnie chyba najmniej mnie przekonuje, bo wydaje mi się, że tempo jest w sam raz – mozolne, takie jak dorastanie bohaterów. Niby robią kolejne kroki naprzód, ale wcale nie chcą dojść tam, gdzie idą. Ich relacja też zmienia się powoli i to czyni ją wiarygodną. 

Generalnie podoba mi się temat, jaki wybrałeś i to, jak dobrałeś do niego bohaterów. Chyba bliski jest mi taki sprzeciw przed odchodzącym dzieciństwem, konwenansami i imperatywami jakie niesie ze sobą dorosłość. Podoba mi się też to, jak ten temat ubrałeś w fantastyczną fabułę i fantastyczną metaforykę. I wiesz, pomimo tego znużenia, które się pojawiało, po przerwach chętnie wracałam do dalszego czytania. I okej, nie jest to dla mnie tekst do wciągnięcia na raz, ale w niczym to nie przeszkadza aby nadal był to naprawdę dobry tekst – mądry i piękny. Chciałabym zobaczyć te wszystkie światy w jakiejś dobrej animacji :)

Dziękuję, Werweno :)

Może powinienem zacząć od ostrzeżenia, by dawkować ten tekst ostrożnie? Z drugiej strony – 90k znaków to jedna piąta powieści, szacun dla tych, którzy czytają tyle za jednym zamachem. 

Miałem też w głowie Twoje “Czas zawraca w Neverville”, kiedy zastanawiałem się, jak potraktować temat, by nie wyszło infantylnie. Oba nasze teksty budzą Gaimanowskie skojarzenia, choć podejście jest w nich inne – Twój opisuje powrót do dzieciństwa, a mój wyjście z dzieciństwa (i w obu tekstach nawiązuje do tego tytuł). Ale już cała fantastyczna sfera jest inna. 

(Tak, pamiętam dobrze Twoje opowiadanie i nawet postawiłem je sobie jako pewien wzorzec takiej literatury. Niech to będzie kolejną motywacją do pisania!) 

Chciałabym zobaczyć te wszystkie światy w jakiejś dobrej animacji :)

Też bym chciał. Albo w jakiś sposób zobaczyć, jak wyobrażają to sobie inni. 

(Tak, pamiętam dobrze Twoje opowiadanie i nawet postawiłem je sobie jako pewien wzorzec takiej literatury. Niech to będzie kolejną motywacją do pisania!) 

 

Uff, dobrze, że to dodałeś, bo czytając wcześniejszy akapit zrozumiałam, że Neverville było infantylne ;P Dzięki, miło mi to czytać, a motywacja to jest teraz dla mnie coś za co oddam królestwo i nerkę :o)

 

Też bym chciał. Albo w jakiś sposób zobaczyć, jak wyobrażają to sobie inni. 

O, to by było świetne!

 

Nie, w żadnym wypadku infantylne! Opowiadanie pisałem z myślą, że wrzucę je na portal, więc automatycznie zastanawiałem się, jak odbiorą je czytelnicy. A chyba najlepszym tutejszym opowiadaniem na temat dzieciństwa jest właśnie “Czas zawraca…”. Ale ostatecznie rozegrałem to po swojemu, bez tej dorosłej perspektywy. Nie mogę powiedzieć, że było dla mnie inspiracją, bo było pewnym wzorcem. Analogicznie: Ty zrobiłaś pizzę, ja zrobiłem spaghetti, ale oboje obracaliśmy się w kuchni włoskiej :D 

 motywacja to jest teraz dla mnie coś za co oddam królestwo i nerkę

Pisz, pisz – bo jak to tak coroczny plebiscyt bez Twojego opowiadania? ;)

Nawet pogoda zrobiła się bardziej pisarska i już nie można się wymawiać upałem.

Zgadza się, niech nam wszystkim służą piękne deszczowe dni! 

No dobra, ale zabieram offtop i idę ;o)

Fun,

 

czytałem na wiele rat, ale gdybym miał możliwość, myślę, że połknąłbym w całości.

Podczas lektury miałem odczucie, jakbym oglądał jakiś film Tima Burtona. Groteskowy, zwichrowany świat i odczucie jakiejś nieracjonalnej przytulności w miejscu, w którym powinienem się bać.

Korytarz z sześcioma drzwiami i inne symboliczne miejsca umożliwiające wejście do innych światów w kontekście wyraziście zarysowanego "naszego" świata nieodparcie kojarzą mi się z cyklem Stephena Kinga "Mroczna Wieża", o której dość sporo, i moim zdaniem dość trafnie, napisano w jednym z ostatnich numerów NF (z tego co widzę, Cobold miał również takie skojarzenie).

Natomiast zachowanie bohaterów, sposób ich przedstawienia, a przede wszystkim uczucie groteskowej lekkości pomimo sytuacji śmiertelnego zagrożenia, w której nierzadko się oni znajdują, jest podobne z tym, które miałem czytając "Nigdziebądź" Neila Gaimana (zapisałem sobie tę uwagę zanim przeczytałem jeden z Twoich komentarzy, w których przyznałeś się, że inspirujesz się Gaimanem). Być może efekt ten osiąga się przez mocno przemyślane zachowanie i dialogi z postaciami oderwanymi od naszej rzeczywistości, a wiele z nich musi brzmieć komicznie, co wykorzystałeś z pełnym rozmysłem.

Do lektury zachęca mnie fakt, że piszesz z dużym polotem. Rzadko tłumaczysz coś dwa razy, a jednak ani razu nie zgubiłem się. Być może dzięki liniowości fabuły – nie skaczesz z miejsca na miejsce, nie wprowadzasz wielu bohaterów.

Najbardziej jednak ujmuje mnie w tym tekście to, że nie jest o niczym. Poszukiwanie i definiowanie piękna poprzez porównywanie się z innymi, poszukiwanie swojego miejsca w życiu, poszukiwanie mądrości, chęć bycia kimś wyjątkowym, dorastanie i rola pierwszej w nim miłości oraz wstyd niespełnionych dziecinnych marzeń, lęk przed stłoczeniem w sztywne ramy społeczne. To pragnienia i obawy młodych serc, bardzo żywe, gorące i ważne. Cieszę się i dzięki, że masz śmiałość pisać o tak ważnych rzeczach w tak przystępny sposób :)

To urok powieści podobnych "Alicji w Krainie Czarów" – książki według mnie bardziej filozoficznej i psychologicznej niż fantastycznej.

Szkoda, że w dalszych partiach tekstu nie utrzymałeś lekkości z początku opowiadania, twoje poczucie humoru bardzo mi odpowiada i mógłbyś równomiernie nasycić nim całe opowiadanie. Nie wiem na ile osobiście traktujesz to, co napisałeś, ale dla mnie tekst przybrał właśnie taki wymiar.

Miałbym jednak problem z przeczytaniem całej książki (np. 200 stron) gdybyś utrzymał ją w tym tonie. Musiałbyś chyba lepiej zbudować i utrzymać napięcie. Chyba najcelniej ujęła to Reg, pisząc, że światy "choć zbudowane z różnych tworzyw, wydawały mi się dość podobne”.

 

Intrygująco wprowadziłeś postać Martwej. Moją uwagę i zainteresowanie zdobyła poprzez jej zachowanie – wypowiadane kwestie oraz odejście od wszelkich konwenansów w kontakcie z drugim człowiekiem. Dialog "zapoznawczy" Dawida z Martwą jest bardzo udany. To samo tyczy się kolejnych postaci, np. pani Karolina ("Ja jestem pani Karolina"). Efekt uzyskałeś moim zdaniem tak samo – poprzez dialogi i nietypowe zachowanie tej osobliwości.

Postać Bartka według mnie bardzo zdynamizowała akcję. Ożywiła tempo zdarzeń i podniosła mój entuzjazm w odkrywaniu wymyślonych przez Ciebie światów. Szczególnie spodobała mi się wypowiedziana przez niego niepokojąca kwestia:

– Martwą, jak już mówiłem, znam. Dziwne, nie? Niewielu ludzi ją zna. Dlaczego więc ty, bezimienny kolego?

 

Kilka luźnych uwag:

 

Słomiany – we wszystkich znaczeniach tego słowa – kucyk zawsze sięgał do połowy pleców.

Nie przemawia do mnie takie sformułowanie, słomiany kojarzy mi się z "zapałem" i "wdowcem" ;)

 

Brzmi, jakby na kilometr biła od niej niezwykłość.

Poprzedni opis wskazuje, że Martwa z wyglądu była przeciętna: niska, chuda, bezpłciowa.

 

Miał rozmiary dworku szlacheckiego i estetykę zbitej z desek chaty.

– chodzi o to, że była to wielka rudera :)

 

Pstryknął, a między jego owadzimi palcami pojawiła się kartka papieru.

– miałem problemy ze zwizualizowaniem sobie tego fragmentu ze względu na "owadzie" palce

 

Czułem się jak dziennikarz, który bez odpowiedniego przygotowania przeprowadza wywiad. (Czyli jak każdy dziennikarz).

– śmiałe stwierdzenie, myślę, że niejeden dziennikarz mógłby czuć się urażony ;)

 

(…) wszystko inne – drzewa, budynki, ulice – zostało na swoich miejscach, choć w innej postaci.

– być może dałoby się to zgrabniej ująć

 

Te zdania i stwierdzenia wyjątkowo mi się spodobały:

 

Wnętrze domu wyglądało zaskakująco normalnie. Czas świetności mebli minął, ściany nieśmiało prosiły o remont (…)

Pan Teodor nazywa siebie Głową (w domyśle: Rodziny) i marnuje szpiegowski potencjał na bycie bezrobotnym urzędnikiem.

plan unicestwienia października

– To tylko bajka. (…) Jeśli się z nią utożsamiasz, to cię dotyczy.

Był sierpień, nasz świat

 

Władca Pierścieni, Forrest Gump, Mały Książę, Opowieści z Narnii – wszystkie odniesienia były bardzo udane. Jedynie Jasona Pollocka musiałem poszukać w grafikach Google (i od razu pojąłem o co Ci chodzi).

Wkradł się jednak do Twojego opowiadania bardzo poważny błąd merytoryczny. Otóż zasugerowałeś, że „Master of Puppets” może być żałosnym utworem. Jest utworem genialnym. Pisał o tym Count, piszę i ja. Listy od czytelników są ważne. Proszę to poprawić w swoim tekście, z góry dziękuję…

 

Gratuluję, moim zdaniem wybitny tekst.

 

Nimrodzie, bardzo dziękuję za obszerny i motywujący komentarz :) Myślę, że takie opinie chciałby czytać każdy autor i nie chodzi tu o pochlebny ton, ale o jasne wypunktowanie pozytywów i negatywów, zarówno w warstwie pojedynczych zdań, jak i ogólnego odbioru. A wymiana zalet bywa niemniej przydatna niż wskazanie wad (o czym się często zapomina). Przykładowo: nie spodziewałem się, że schematyczność planet aż tak da się we znaki, ani nie sądziłem, że dialog zapoznawczy z Martwą tak zainteresuje. 

Cieszę się, że doceniasz tematykę opowiadania. Jest o tyle osobiste, że nie tak daleko mi wiekiem do bohaterów ;) 

Co do Jasona Pollocka – sam musiałem się upewnić, że dobrze kojarzę jego obrazy.

A jeśli chodzi o dziennikarzy i “Master of Puppets” – to tylko element kreacji bohatera, a nie moje zdanie ;) Żałosność tego utworu miała zresztą oznaczać pewną kiczowatość całej sytuacji. Zresztą, słuchałem tego w trakcie pisania tej sceny :)

Cieszę się też, że wskazałeś sformułowania, które Ci się spodobały. Niewielu czytelników tak robi, bo to czasochłonne. Bez tego muszę pisać na czuja i liczyć, że się spodoba i zostanie uznane za fajne, wartościowe, a nie kiczowate, grafomańskie, niezrozumiałe. 

Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia za jakiś czas pod Twoim tekstem, który od kilku miesięcy mam w kolejce ;)

Przyjdę tu jutro, choćbym miał się przyczołgać.

 

 ~NAJLENIWSZY dyżurny świata.

No nieźle.

Komentarz obligatoryjny [komentarz faktyczny piszę, ale mógłbym się nie wyrobić z TAKiem, więc teraz tylko taki placeholder, gwoli formalności]:

Podoba mi się kreacja postaci Martwej i aura tajemniczości budowana konsekwentnie od pierwszych zdań.

I załóżmy na tę chwilę, że to jest powód dla którego przyznaję TAKa, niemniej ciąg dalszy nastąpi ;]

No nieźle.

– Tak. Czary-kurwa-mary.

Stężenie niezręczności było zbyt duże

Faktycznie było. To brzmi cholernie wymuszenie. Jeżeli to było zaplanowane w kontekście fragmentu, to winszuję.

 

Udało Ci się napisać tekst bardzo symboliczny, albo nawet zupełnie symboliczny, a przy tym jednocześnie długi i naprawdę dobry.

Końcówka wydała mi się trochę pospieszona, może przez perspektywę tempa akcji tekstu do tej pory, w każdym razie, nie jest to jakiś potężny zarzut.

Podoba mi się to, jak tekst konsekwentnie dobudowuje sobie logikę do akcji wtedy, kiedy logiczne wytłumaczenia są bohaterowi potrzebne. Kolejne światy bardzo oryginalne, postaci również, chociaż szczerze pisząc, to naprawdę ciężko mi oceniać lub opisywać którykolwiek z wykreowanych przez Ciebie elementów, dlatego że wszystkie są metaforyczne. Chyba najlepszym wyrazem pochwały w takim przypadku będzie powiedzenie, że wszystko tu jest bardzo TRAFNE.

Może jeszcze coś więcej dopiszę jak wymyślę – świetny tekst.

No nieźle.

Czyli jednak się doczołgałeś, PORZĄDNY dyżurny ;)

Cóż, nie ukrywam, że taki komentarz mnie cieszy i motywuje. Dzięki, że się spiąłeś, przeczytałeś i dołożyłeś swój głos. 

Przede wszystkim stworzyłeś bardzo ciekawy i dopracowany świat. Czy tam sześć. Albo siedem. Mniejsza o szczegóły. Na ogół oryginalne (ale porcelana już była, już była ;-) ). Mają jakiś urok te twoje monomaterialne kreacje.

Spodobał mi się również podział ludzi. Ta myśl wydaje mi się głęboka i świeża. Bo, jakby się tak zastanowić, to większość ludzi aspiruje do jednej grupy. To uważam za największą wartość dodaną tekstu.

Można się również doszukiwać metafor na temat dorastania. No trudno, jakoś je przełknęłam. Chociaż, czasu nie da się tak po prostu zatrzymać, nie robiąc krzywdy zabawce. Acz coraz więcej ludzi próbuje.

Fajna postać Truszczyńskiego, ale mogłeś z niego wycisnąć więcej, mocniej poeksploatować w końcówce.

Wszystko napisane tak, że mucha nie siada. Robisz z Czytelnikiem, co chcesz. Wodzisz wszystkich na pasku. Zwroty akcji, niespodziewane informacje, przełomy. Warsztatowo: level expert. Ech, spróbuję podpatrywać, jak Ty to robisz. Obserwuję Cię, gościu. ;-)

Sama nominowałam, więc nie wypada teraz głosować na nie. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo :)

Ech, spróbuję podpatrywać, jak Ty to robisz. Obserwuję Cię, gościu. ;-)

Teraz w czasie pisania będę odczuwał lekki niepokój, że w jakiś sposób zerkasz mi przez ramię ;)

Odrobina stresu Ci nie zaszkodzi. ;-)

Babska logika rządzi!

Spośród opowiadania nominowanych w sierpniu ten jest dla mnie chyba najtrudniejszy do oceny. Skłaniałem się ku pozytywnej, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że byłaby ona rezultatem głównie długości utworu – bo tu i tam pojawiła się fajna scena, ciekawy pomysł, ładny opis. Piękni są przy tym na tyle piękni, że zostawiają po sobie dobre wrażenie :P. Napisane tekstu na 90 tysięcy znaków jest większym wyzwaniem niż napisanie tekstu na 20 tysięcy znaków, ale jeśli ktoś potrafi pisać, to łatwiej zrobić na czytelniku dobre wrażenie tekstem dłuższym niż krótszym.

Piękni ludzie powinni być szczuplejsi ;)). Jako autor miałeś prawo wybrać, czy drzwi jest sześć, cztery czy dwadzieścia, ale w moim odczuciu powinno być ich mniej. Na przykład po jednych drzwiach na każdy miesiąc długich wakacji. Ja też uważam, że tkany świat był najciekawszy, ale inne z nich nie były aż tak oryginalne jak mogło by się na pierwszy rzut oka wydawać. W tekście dominuje kontrast pomiędzy zastosowaniem licznych metafor a oczywistością tematu wychodzenia z dzieciństwa. Niedawno byłem zauroczony “Demonem” Skonecznego, gdzie również pojawiał się wątek osób powoływanych do życia siłą woli innych osób – czy mógłbyś podpowiedzieć, czy tekst zawierał jakieś wskazówki, że rodzice Martwej zostali przez nią wyczarowani?

 

Krótka instrukcja obsługi Pana podobała mi się bardziej :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hm, nie wiem, no nie wiem. Przyznaję, że długość tekstu wymusiła czytanie na raty, chociaż wciągało na tyle, że odrywałam się od niego z żalem, ciekawa kolejnych drzwi i światów. A te wymyśliłeś fantastycznie. Główni bohaterowie, czyli Dawid i Martwa z jednej strony bardzo fajnie wykreowani. Dawid wydał mi się taki swojski. Jednak z drugiej strony nie mogłam się oprzeć dziwnemu wrażeniu, że nie do końca wiem, o kim piszesz. O młodym mężczyźnie, który sto na progu dorosłości, czy o dzieciaku, który ledwie skończył dziesięć lat. 

I tak dochodzimy do kwestii dorosłości. I tu mój największy zarzut – jak dla mnie zbyt nachalnie porównujesz korytarz i próby sześciu drzwi do wchodzenia w dorosłość. Powtarzasz to kilkukrotnie i już przy drugim razie zgrzytałam zębami. To dla mnie taka fałszywa nutka w świetnie skomponowanym utworze. Wolałabym, żeby ta metafora była bardziej metaforowata, czyli nie podawana tak bardzo wprost. 

Muszę się więc jeszcze zastanowić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O, Loża się zbiera ;)

 

Nevazie, dziękuję za komentarz, choć dostrzegam w nim sprzeczność. Najpierw piszesz, że byłbyś na tak głównie z powodu długości tekstu, a potem zarzucasz, że był za długi. I nie do końca rozumiem, co (oprócz jednego ze światów) Ci się podobało, a co nie. 

Wskazówki, że rodzice Martwej są wyczarowani? Trudno mówić tu o konkretach, bo nie było sytuacji, gdy czar się zacinał itd. Ale chyba widać, że są dosyć dziwnymi rodzicami. W momencie pisaniach o nich Dawid nawet nie podejrzewał czegoś takiego. Kluczowe jest to, że orientuje się on, że Martwa skądś wiedziała o maskotce. 

(Więcej grzechów nie pamiętam, bo napisałem to już jakiś czas temu, a trochę się po drodze działo). 

 

Śniąca, dzięki.

Wolałabym, żeby ta metafora była bardziej metaforowata, czyli nie podawana tak bardzo wprost. 

A to akurat owoc tego, że przy poprzednich tekstach dostałem sporo zarzutów o nadmetaforowatość. Chciałem, żeby był i wilk syty, i owca cała. 

Wybacz, jeśli nie wyraziłem się jasno, rzeczywiście mogłeś to tak odczytać. Chodziło mi o to, że dłuższe teksty napisane przyzwoicie nieraz wydają się lepsze niż krótkie teksty napisane przyzwoicie. Może to tylko moje odczucie, ale uważam, że w pewnym momencie długość zaczyna działać pozytywnie na oceniającego ;). Odbiorca, czasem mimowolnie, zaczyna nawiązywać relacje z bohaterami. Przy krótkiej formie musisz naprawdę skoncentrować się na przesłaniu utworu, przy długiej wiele rzeczy rozmywa się w formie i w opisach. Zarzuciłem tekstowi, że jest za długi, bo uważam, że mogłeś opowiedzieć tę samą historię zwięźlej. Jest pełna rozmaitych metafor, ale co chwila powtarza się podobnie brzmiące pytanie o sposób i sens dorastania.  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No wiadomo, że tak jest – nie bez powodu powieści są popularniejsze niż krótkie formy. 

Ale dalej Twój zarzut jest dla mnie absurdalny. Co to znaczy, że tekst “wydaje się lepszy”? Całe ocenianie jest przecież oparte na “wydaje się”. Skoro napisałem to tak, że długość zaczyna działać pozytywnie na czytelnika, to chyba punkt dla mnie…? Czy może chodzi o to, by napisać historię zwięźle, mimo że będzie “wydawała się” wtedy gorsza? ;)

To tak jak z alkoholem: można się szybko nawalić wódą, ale czy nie lepiej powoli smakować piwo lub wino? :D

A to akurat owoc tego, że przy poprzednich tekstach dostałem sporo zarzutów o nadmetaforowatość. Chciałem, żeby był i wilk syty, i owca cała. 

Nie czytałam innych komentarzy, ale zakładam, że części czytelnikom (albo może nawet większości?) to odpowiadało. Dla mnie jednak minąłeś się odrobinę ze złotym środkiem ;) A czym innym niż indywidualne odczucia jest odbiór literatury? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wiem, wiem, tylko tak sobie wzdycham ;)

Większość czytelników zrozumiała (choć nie wszyscy, więc i tak dla niektórych było zbyt metaforowato) i raczej nikt nie twierdził, że coś jest zbyt łopata, kawa na ławę (chyba że wyjaśnienie pod koniec). Niemniej odnotowuję, że Tobie zazgrzytało. 

Chyba logiczna argumentacja nie jest moją mocną stroną w niedzielne wieczory ;). Mam na myśli wyższe wymagania, które stawiam dłuższemu tekstowi przy ocenie oraz dopasowanie opowiadanej historii do objętości utworu. Zwykle budzi we mnie uznanie, gdy autorowi udaje się za pomocą niewielu słów oddać wiele treści. U Ciebie miałem wrażenie, że treść się powtarza, a słów jest w nadmiarze. Tak, jak napisałem na początku – czytało się nieźle, więc w pierwszej chwili czułem się nieswojo głosując na “Nie”, myślałem sobie – “przecież Fun napisał kawał opowieści, a inne teksty są cztery razy krótsze – wiadomo, że to utwory innego kalibru”. Staram się jednak mierzyć jedną miarą szorty i minipowieści, stąd taka a nie inna opinia. Szczerze mówiąc, ocenianie utworów literackich w ogóle nie jest taką prostą sprawą, jak mogłoby się nieraz wydawać ;)).

 

Wytłumaczenie z dziwnymi rodzicami mnie nie przekonało, bo wiele rzeczy w świecie przedstawionym jest dziwne, skoro Martwa była dziwna, to bardzo prawdopodobne, że mogła mieć dziwnych rodziców.

Nie wspomniałem o tym, że bardzo mi się spodobały nawiązania do Władcy Pierścieni – nie ukrywam, że pomagały Dawidowi zyskać moją sympatię. Natomiast wątkiem mapy czułem się trochę rozczarowany – liczyłem, że przed końcem tekstu pojawi się bardziej zaskakujące wyjaśnienie, dlaczego Dawid tworzy mapę a nie np. symfonię : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No to ja mam trochę inaczej: co wybaczę w długim opowiadaniu, tego w szorcie nie daruję ;) Ale każdy jakoś ocenia.

Nie wspomniałem o tym, że bardzo mi się spodobały nawiązania do Władcy Pierścieni – nie ukrywam, że pomagały Dawidowi zyskać moją sympatię.

To dobrze, że to zostawiłem, bo myślałem nad usunięciem :D

Natomiast wątkiem mapy czułem się trochę rozczarowany – liczyłem, że przed końcem tekstu pojawi się bardziej zaskakujące wyjaśnienie, dlaczego Dawid tworzy mapę a nie np. symfonię : ).

Mapa jest po to, żeby się odnaleźć (albo coś znaleźć), a na tym zależało Dawidowi. Ostatecznie przekazuje ją Martwej, by pokazać  drogę, którą przeszedł. Dzięki temu dziewczyna będzie mogła zrozumieć/odszukać przyjaciela. 

Zrozumiałem, o co chodziło, to było napisane w dość oczywisty sposób. Po prostu liczyłem na coś bardziej zaskakującego ;D.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

To Ty mnie zaskoczyłeś tą symfonią :D

Spoko. Po prostu lubię mapy i żywiłem nadzieję, że będzie jakaś prawdziwa mapa : >. Jeszcze jak wspomniałeś o morzu Rhûn, to porządnie rozbudziłeś moją wyobraźnię!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Też lubię mapy, a jeszcze bardziej korzystanie z nich. 

A Rhun zawsze mnie intrygował – spore miejsce na mapie, a tak mało o nim było. 

Czytałam ten tekst na raty przez trzy dni (jak sam wiesz, sto tysięcy znaków samo się nie napisze…). Gapiłam się na niektóre akapity, myśląc sobie: co prawda to nie filozofia, ale jakiś eteryczno-zbyt-dosłowny pośrednik, taki jeden wielki kontrast, jak stan między dzieciństwem a dorosłością, jak miotanie się motyla w kokonie. Miałeś pomysł i ja ten pomysł kupiłam – na rodzinę, na teorię narodzin, na bunt i na chaos dorastania. Opakowałeś to jak chciałeś, bez błędów, z ładną stylistyką, z niezrozumiałą dla mnie koncepcją światów (bo zbyt zwyczajną i powtarzalną, dopiero “włóczkowy” mnie przekonał) i nie czepiam się tego. Narrator wydaje się być zbyt skupionym na sobie podglądaczem (znowu kontrast), dlatego czasem niezwykłość pomysłu nieco się rozmywa i zamiast opowieści, to wygląda jak terapia. Ale ogólnie, z tą sporo ilością błyskotliwych pomysłów i smętnymi, depresyjnymi wizjami, galą emocjonalnych problemów i sensownym, zamierzonym lub nie, miotaniem się w tym wszystkim, biorę i daję tak. Poradziłeś sobie z długą formą i fajnie wyhamowałeś ją w punkt. Jesteś jednym z lepiej zapowiadających się piszących. A teraz idź i nie grzesz więcej, czy jakoś tak. Albo dorośnij :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki, Naz :) Cieszę się, że coś kupiłaś i że dajesz tak. Uwagi o terapii i niezrozumiałości światów odnotowuję. 

A teraz idź i nie grzesz więcej, czy jakoś tak. Albo dorośnij :P

Wybacz, ale nie przestanę pisać ;)

Przeczytawszy, ale komentarz napiszę po ogłoszeniu wyników piórek ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Przyjąwszy, czekam cierpliwie :)

Gratuluję piórka. :)

Jeszcze nie czytałem, ale pogratulować nie zaszkodzi smiley

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Mnie to opowiadanie w ostatecznym rozrachunku nie kupiło. Początek był świetny, ale im dalej, tym gorzej (choć czy źle? Nie, tego bym nie powiedział). Ale może po kolei:

Początek, dla mnie miazga. Serio. Aż mam ochotę, niemal potrzebę, doprawić tę część mojej wypowiedzi kilkoma solidnymi “okurwami!”, tak mi się podobała scena na przystanku. A może po prostu to, jak ją napisałeś. Oczu nie szło i nie chciało się oderwać od tego piękna. I żem sobie myślał: cholera, jeśli całość będzie tek wyglądać…

Tyle że nie wyglądała.

Owszem, tekst po całości literacko trzyma wysoki poziom, a od czasu do czasu trafiają się zdania-perełki, że proszę wstać, ale są i pewne mielizny. Osobiście, dla przykładu, bardzo mnie irytowały te wszystkie wstawki o “przyszłym exgrafomanie”. Zdecydowanie zbyt to częste i nachalne, i w sumie nie wiem, czemu miała ta nachalność służyć. Ktoś kiedyś – nie wiem nawet, czy nie Ty – przy okazji jakiegoś opowiadania ganił autora za wstęp, w którym ten mocno demonizował swoje dzieło, bo aż odechciewa się w ogóle po nie sięgać (zresztą to nie był odosobniony przypadek, więc mniejsza o to, kto i kogo). Tutaj mamy ten sam efekt – nie tylko psuje to skądinąd świetną narrację i ciekawy klimat, a przy tym jest dosyć sztuczne, to jeszcze faktycznie sprawia, że zapał czytelniczy gaśnie. Nie zagrały mi też pewne rozwiązania fabularne, jak na przykład to z rodzicami Martwej. Znaczy fakt, że dziewczyna stworzyła sobie utraconą rodzinę, bo mogła, nie budzi moich zastrzeżeń, (aha – UWAGA, SPOILER!;) ale już to, że oni tak nagle zniknęli i wyjaśnienie tego – wzięło się to tak trochę… znikąd, jak dla mnie, co było i dziwne, i jakoś tak niefajne. Co więcej, zupełnie przestawiło całą koncepcję opowiadania, i to w sposób, który – i tak oto dochodzimy do największego mojego zarzutu pod tym opowiadaniem – z tekstu mocno przekombinowanego uczynił tekst zupełnie dla mnie pozbawiony logiki.

Korytarz z sześcioma pokojami i cały pomysł na metaforę dorastania całkiem fajny, obiecujący, jednak w najmniejszym nawet stopniu nie podeszło mi to, jak temat rozegrałeś. Takie zupełnie, ale to zupełnie z – wybacz – tyłka te misje, w dodatku nie mam pojęcia, jak oni doszli wniosków, że muszą akurat zrobić akurat to i to, i to jeszcze tak, a nie inaczej. Symbolika poszczególnych zadań też mnie nie kupiła. A na koniec okazuje się, że to sama Martwa skonstruowała sobie te światy, co czyni wszystkie podjęte przez nią w tych światach próby zupełnie bezsensownymi. To trochę tak, jakby szukało się wyjścia z labiryntu, który samemu narysowało się na kartce.

Ergo, wszystko to sprowadza się do wciąż tego samego pod adresem Twoich opowiadań zarzutu: są zdecydowanie przekombinowane. Chcesz, odnoszę wrażenie, upchać zbyt wiele na raz i w zbyt małym worze (nawet 90k pojemności nie starczyło), w rezultacie czego wychodzi mieszanka może i ładna – zazwyczaj, o ile nie zawsze, jest u Cię ładnie – ale niezrozumiała, przez co nieprzyswajalna. Wplecione w tekst rozkminy Dawida, jak ta o harfie i gitarze, wkomponowana w dziwne miejsce, czas i sytuację, jeszcze całe wrażenie pogłębiały, bo, generalnie, też zazwyczaj nie trzymały się kupy (ani niczego innego) i tylko utrudniały mi ogarnięcie, o co zasadniczo chodzi i gościowi, i w opowiadaniu w ogóle.

 

Niemniej, choć “za mały”^^ ten tekst na piórko (którego i tak gratuluję), całościowo jest to porządny kawał dobrej pisaniny (nie tylko gabarytowo), którą w sumie czytało mi się naprawdę przyjemnie. I za to dziękuję.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu. Widzę, że nie tylko przy moim tekście nasunęło Ci się “nieważne, jak pisarz zaczyna…” ;) Biorę na klatę to, że po początku coś się popsuło, te wstawki eksgrafomańskie, zniknięcie rodziców itd.

Nie wiem natomiast, co zrobić z tą “niezrozumiałością” i “nieprzyswajalnością”. W przypadku tego tekstu to był mniej częsty zarzut niż znużenie światami, ich pewna monotematyczność, czy pospieszne i kawo-na-ławowe zakończenie. 

Takie zupełnie, ale to zupełnie z – wybacz – tyłka te misje, w dodatku nie mam pojęcia, jak oni doszli wniosków, że muszą akurat zrobić akurat to i to, i to jeszcze tak, a nie inaczej.

To trochę tak, jakby szukało się wyjścia z labiryntu, który samemu narysowało się na kartce.

Ale tak generalnie to łapiesz, że o to chodziło? Cel był w każdym świecie jasny: otworzyć drzwi i wrócić. I każda droga do tego celu była dobra. Chodziło (Martwej) o to, żeby była (ta droga), jakakolwiek. I o to, żeby na tej drodze ktoś dziewczynie towarzyszył. Jak mówi klasyk (czy tam któryś bohater “Symetrii”): życie nie ma sensu, dopóki mu go nie nadasz. Pozwolę sobie zaczerpnąć kawałek komentarza Skonecznego (który oczywiście jest tylko jego opinią, ale współgra z tym, co chciałem osiągnąć):

Podoba mi się to, jak tekst konsekwentnie dobudowuje sobie logikę do akcji wtedy, kiedy logiczne wytłumaczenia są bohaterowi potrzebne

Oczywiście rozumiem, że to wszystko mogło Cię nie kupić, że nie lubisz takiej pokrętnej logiki. Po prostu na wszelki wypadek tłumaczę. Ja się uczę czegoś od Ciebie, Ty naucz się ode mnie (autor tłumaczy, co autor miał na myśli ;)), to może następnym razem łatwiej rozgryziesz trudniejszy tekst :)

I jeszcze zapytam z ciekawości, licząc, że znajdziesz chwilkę, by chociaż krótko odpowiedzieć: co Twoim zdaniem jest głównym przesłaniem tego opowiadania? 

Oczywiście rozumiem, że to wszystko mogło Cię nie kupić, że nie lubisz takiej pokrętnej logiki. Po prostu na wszelki wypadek tłumaczę. Ja się uczę czegoś od Ciebie, Ty naucz się ode mnie (autor tłumaczy, co autor miał na myśli ;)), to może następnym razem łatwiej rozgryziesz trudniejszy tekst :)

Problem polega na tym, że osobiście mam pewne trudności z nazwaniem czegoś takiego logiką w ogóle, więc i tekstu nie ująłbym jako “trudniejszy” (generalnie szczycę się tym – może na wyrost – że nie jestem najgłupszą małpą w swoim stadzie i z tymi trudniejszymi tekstami też sobie jakoś radzę.), tylko – i znowu – “przekombinowany”. Ale to kwestia gustu. Nasuwa mi się za to wniosek, że jeśli lubisz kreować świat w taki sposób, by logika pojawiała się wszędzie tam, gdzie nie koniecznie jest, ale gdzie pasowałoby, żeby była, to powinieneś pomyśleć o karierze w polityce. Przy Twoim talencie i reformatorskim zapale na pewno daleko zajdziesz.

Ale tak, w odpowiednim momencie mniej więcej załapałem, że tak to sobie Martwa wymyśliła wszystko (jak sam rzekłeś – końcówka jest dosyć łopatologiczna). Nadal uważam jednak, że to za mało, by się ogarnąć z tym tekstem na czysto. Bo o ile w przypadku Magdy wiadomo, po co była jej ta wyprawa – po części może faktycznie chciała dorosnąć, ale głównym jej celem było wciągnąć Dawida w swoją pokrętną grę, dzięki której zyskałaby przyjaciela i rozwiązała problem swojej samotności – to jednak wypadek samego narratora jest o wiele trudniejszy. Z jednej strony jego rola tak naprawdę sprowadza się wyłącznie do tego, że relacjonuje całą historię i próbuje ją interpretować na swój sposób, ale z drugiej, jako czynny uczestnik, angażuje się i naprawdę próbuje znaleźć to swoje miejsce – albo raczej: samego siebie – i znaleźć sposób, by naprawdę dorosnąć. Zonk w tym, że właśnie te jego interpretacje i rozkminy, które mają do tego prowadzić, a które są dla mnie coraz dziwniejsze i dziwniejsze, a przy tym zupełnie do mnie nieprzemawiające, wprowadzają taki chaos w to opowiadanie, że kiedy wreszcie wszystko się wyjaśnia, było – przynajmniej dla mnie – już zwyczajnie za późno, żeby powiedzieć sobie: “Aha, spoko.” Słowem jednym lub kilkoma, za bardzo skomplikowałeś to opowiadanie tymi niedorzecznymi misjami w różnych światach (które i mnie przywiodły na myśl Mroczną Wieżę, ale w sposób zdecydowanie negatywny), oraz samym Dawidem, a potem zbyt nachalnie je uprościłeś Magdą, by mogło satysfakcjonować. Trzecią już stroną całej sytuacji jest fakt, że Dawidowi faktycznie dzięki tej wyprawie w końcu udało się dorosnąć; dojrzeć do decyzji, że trzeba wracać i zmierzyć się ze swoim życiem, co w sumie pokazane jest fajnie, ale, prawdę mówiąc, też nie do końca mnie przekonuje. Bo te dziwne światy (ale o nich jeszcze za chwilę, skoro dajesz do zrozumienia, że chcesz poznać moją o nich opinię), i równie dziwne w nich misje, jak powieszenie słonia – czy miało jakieś faktyczne znaczenie, czy nie – plus oczywiście ten myślowy flow, to jak dla mnie trochę za mało, by kupić przemianę i rozwój bohatera. Może Truszczyński by tu pomógł, ale jest on ledwie – no tak – cieniem pełnokrwistej postaci, więc jego wpływ na Dawida też nie wydaje się dostateczny.

A teraz wykoncypuj sobie z tego taką odpowiedź na ostatnie pytanie, jaka Ci się podoba.^^

 

Co do przedstawionych światów, to żaden nie zrobił na mnie większego wrażenia, ani dosłownie, ani jako symbolika. Nieco wyróżnia się tylko czwarty – żadna nowość, się mi zdaje – ale gównie przez to “wyszywanie się” postaci i, już ciut mniej, sposób ich komunikacji. Tutaj jednak nie zagrała mi ta scenka z wchodzeniem do motki. Skoro Martwa wlazła pod sam sufit, to dlaczego tylko pruła, zamiast wleźć wyżej? No i reakcja Dawida na jej upadek… Tak wybitnie żadna (nie tylko dosłownie;), że trochę aż śmieszna. Na dobitkę jeszcze maindfuck z tym wyszywaniem Truszczyńskiego (po co, cholera?) i fajne wrażenie rozpływa się w kompilacji innych, bardziej absorbujących, a mniej przy tym przyjemnych kwestii, przez co przechodzi niemal niezauważenie.

 

Dobra, starczy tego dobrego. Do zo przy kolejnym tekście.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję za odpowiedź. Teraz lepiej zrozumiałem Twój odbiór tekstu, odpowiedzi na pytanie też się doszukałem.

No, to z Bogiem i do zobaczenia pod “Diabłem”. 

Cóż, przybywam. Miesiąc później, ale zważywszy, że na twój komentarz pod #Eudajmonią wciąż czekam, nie jest tak źle :P Poza tym “po ogłoszeniu wyników” jak najbardziej jest.

Miałam problem z tym tekstem – jak większości twoich opowiadań i temu przydałaby się porządna redakcja. Nie wiadomo, do czego zmierzasz z fabułą, niczego właściwie nie wyjaśniasz i o ile ma to swój klimat, o tyle przy tej długości opowiadania naprawdę zaczyna nużyć. Jesteś dla mnie ciekawym przypadkiem, funie, ponieważ uważam cię za jednego z bardziej obiecujących autorów z portalu, ale jednocześnie często przy twoich opowiadaniach jestem na NIE, a waham się praktycznie zawsze. Masz świetny warsztat, ale twoje opowiadania zawsze zostawiają z niedosytem, często też wydaje się, że tajemnicą zakrywasz braki w pomyśle ;) Stąd w przypadku “Pięknych ludzi” oddałam taki głos, a nie inny.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

A ja wciąż pamiętam! A do kolejki trafiają nowe teksty i jakoś to wychodzi… Wybacz i uzbrój się w jeszcze trochę cierpliwości :D

Dzięki za miłe słowa. Porządna redakcja? Mam nadzieję, że kiedyś zobaczę, jak to wygląda, kiedy uderzę z opkiem do “Smoko” ;)

Zapraszamy :D

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Nowa Fantastyka