- Opowiadanie: Yldreth - Pasterze

Pasterze

Dziwne przypadki, zbiegi okoliczności, niewyjaśnione zniknięcia... wszyscy słyszeliśmy o tego rodzaju sprawach. Są miejsca, gdzie takie rzeczy się po prostu nie zdarzają, lecz są też takie, gdzie dziwadła czyhają w każdym cieniu na niewinnego przechodnia. Do takich miejsc należy miasto Redwater, w którym detektyw James Flynn spotyka się z sprawą doprawdy niezwykłą...

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pasterze

Trzeciego w tym miesiącu skoczka znaleziono przy St. Barnaby`s, po tym jak rzucił się z okna w zamkniętego pokoju na siódmym piętrze hotelu La Luna. Trzymał w rękach czteromiesięczne dziecko młodej pary mieszkającej akurat obok. Rodziców zaszlachtował kawałkami rozbitego lustra.

 

I wszystko to w momencie, kiedy pomiędzy gliniarzami zaczął krążyć dowcip, że samobójcy nikogo już nie zeskoczą.

 

Pusta rama spoglądała na scenę, zdając się być niezbyt przejętą całą sytuacją. Przez otwarte okno do pomieszczenia wpadał wiatr, delikatnie poruszający aksamitnymi zasłonami. Nikt nie miał nawet tyle przyzwoitości, żeby zamknąć stare okiennice.

 

– Piździ tu.

 

– To wyjdź, jak ci nie pasuje, Flynn. Próbuję tu pracować – odpowiedział technik policyjny, wysoki, żylasty facet o niezwykle krzaczastych brwiach, zabezpieczający miejsce zbrodni. Z tego, co detektyw pamiętał, miał na nazwisko Alba… albo jakoś tak. Flynn przesunął w ustach papierosa z jednego kącika do drugiego. Pokój wyglądał… jak zwyczajny hotelowy pokój. Bez rzeźnickich haków pod sufitem, bez krwawych napisów na ścianach, ani odwróconych krzyży. Nie było w nim niczego, co mogłoby zainspirować człowieka do czegoś takiego, nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby, wskazywałoby chociaż, że mieszkaniec jest niestabilny umysłowo, że kogoś zabije.

 

Cóż. Nic nigdy nie wskazuje – pomyślał Flynn.

 

Detektyw jeszcze kilka chwil porozglądał się po pokoju, po czym doszedł do wniosku, że nie ma tu już nic więcej do roboty. Widział i słyszał od innych wystarczająco wiele, żeby spisać raport. Zresztą, im dłużej na to patrzył, tym bardziej jego żołądek buntował się przeciw wszelkim rozkazom.

 

Przeczesał palcami rude włosy, udając przez chwilę, że coś jeszcze robi, po czym odpuścił, pożegnał się z technikiem i wyszedł z apartamentu. Po drodze zaczepił go któryś z młodszych stażem funkcjonariuszy. Chciał, żeby obejrzał jeszcze pokój i zwłoki pary, której zabrano dziecko, zaznaczył jednak, że równie dobrze sam może to zrobić. Flynn zbył go machnięciem ręki i jakimś niewyraźnym pomrukiem i przyspieszył.

 

Gdy wyszedł na zimną ulicę i ciepły od fabrycznych wyziewów deszcz, postawił kołnierz płaszcza i ruszył prosto na komisariat. Nie miał daleko, kilka przecznic, nie brał więc taksówki. W tych czasach, a tym bardziej w tym mieście, nie wiadomo czy kierowca dowiezie cię tam gdzie chciałeś. I czy żywego.

 

Idąc ulicą, wciąż miał przed oczami to otwarte okno, powiewające czerwone zasłony i poruszające się ospale okiennice.

 

 

 

Komisariat był ponurym, przysadzistym molochem z betonu, który nie starał się udawać architektury nawet od frontu.  Schody, na krańcach stopni wytarte się do tego na tyle, że stały się gładkie i owalne, prowadziły do głównych drzwi, skąd wchodziło się do holu. Stamtąd rozbiegały się liczne korytarze i kolejne schody, prowadzące do poszczególnych wydziałów, aresztu, laboratoriów i innych miejsc, w których James Flynn nawet nie był.

 

Jego własne biuro, maleńka klitka na drugim piętrze, obok piętnastu jej podobnych, zapełniona była wszelkiego rodzaju zdjęciami i gazetami. Zdjęcia dla spraw przeszłych, gazety dla spraw przyszłych, jak sam lubił sobie mówić. Czasem zdarzało mu się rozmawiać samemu ze sobą. Pierwsze drzwi po prawej, gdy weszło się do tego właśnie korytarza, były zawsze otwarte. Tam właśnie urzędowała Bellamy, chluba całego piętra. Kobieta pod sześćdziesiątkę była sekretarką dla wszystkich pracujących tu facetów i sprawdzała się w swojej pracy świetnie, każdemu załatwiając to, o co prosił. I nikt nie robił lepszej kawy niż ona.

 

Kobieta jadła pączka i popijała go kawą, przeglądając jakieś papiery, gdy wparował do niej Flynn.

 

– Bellamy, wyglądasz dziś niezwykle apetycznie…

 

– Mogłabym być twoją matką Flynn, ale pies wolał tę blondynkę.

 

– …aczkolwiek wolę coś mniej tłustego – Z pudełka stojącego na biurku Ami złapał ostatniego pączka, z niepokojąco zielonym lukrem i wiórkami czekolady na wierzchu.

 

– Hej! Kupiłam je tylko dla siebie! – krzyknęła zbulwersowana kobieta.

 

– Reszta jest twoja, kochana – odpowiedział detektyw, uśmiechając się rozbrajająco.

Sekretarka wywróciła oczami i wyrzuciła puste opakowanie do śmietnika.

 

– Smacznego. Chcesz do tego kawy?

 

– Tak, poproszę.

 

Kawa była mocna i przesłodzona, czyli dokładnie taka, jaką lubił. Przez chwilę rozkoszował się gorącym kubkiem szczęścia, wdychając parujący znad niego zapach.

 

– Masz dziś tak dobry humor ot tak, czy przed chwilą miałaś telefon, że zmarła mi matka?

 

– Twoja matka nie żyje od trzech lat – odparła Bellamy, nie odwracając wzroku od papierów.

 

– Nigdy nie wiadomo – skwitował detektyw tonem sugerującym tajemnicę, po czym wyszczerzył się najbardziej jak tylko mógł. – A więc?

 

Kobieta spojrzała mu prosto w oczy, ze złośliwym uśmiechem.

 

– Burnhut dzwonił, że będziesz mu potrzebny dziś przy jeszcze jednej robocie.

 

Jeśli Bellamy była najstarszą kobietą zatrudnioną w komisariacie, to Burnhut był najstarszym facetem. Dostawał w zasadzie już tylko te najgłupsze i najprostsze sprawy, bo nadal upierał się pracować w terenie. Za każdym razem brał sobie jakiegoś młodszego rangą funkcjonariusza, który po prostu odwalał za niego całą robotę. Oczywiście w raporcie było potem napisane inaczej…

 

– Jesteś tego pewna?

 

W odpowiedzi podała mu tylko drobną, żółtą karteczkę z adresem, po czym wróciła do swoich zadań.

 

– Na twoim miejscu bym się pospieszyła – rzuciła na pożegnanie.

 

 

 

Burnhut był na miejscu już od dłuższego czasu, a gdy dotarł tam Flynn, stary dawno stracił dobry humor. Na powitanie mruknął tylko kilka wyzwisk, po czym zaprowadził go wprost na miejsce zbrodni, potrącając po drodze kilku funkcjonariuszy. Burnhut miał wiecznie zmierzwione, siwe włosy, kilkudniowy zarost i chyba najbardziej kanciastą szczękę, jaką detektyw się kiedykolwiek widział.

 

Stary charknął z przekonaniem, dekorując ścianę.

 

– Kiedyś to były przestępstwa, a nie taka chujnia jak teraz. Kiedyś to trza było mózgi z asfaltu zbierać, jak się chopki od Angelique pobiły z irlandcami. Albo z meksami. Albo z sobą, jak się pobili. Że też się Angelique uspokoiła…

 

Zaprowadził Flynna do pokoju na tyłach sklepu z zabawkami. Sklep był stary i obskurny, a witryna popękana i brudna. Znajdowało się na niej kilka lalek, rozrzucone klocki i plecak szkolny. W środku było to niewiele lepiej, a może wręcz gorzej. Całość wyglądała jakby nikt nie odwiedzał tego miejsca od dłuższego czasu. Może tak zresztą było.

 

W samym pokoju jednak ściany wyłożono nową tapetą, a podłogę utrzymano w kontrastującej z resztą budynku czystości. W powietrzu unosił się dziwny, słodkawy zapach. Pod ścianą ustawione były długie stoły, na których piętrzyły się różnorakie narzędzia, a nad nimi poprzypinano zdjęcia. Przedstawiały one, co do jednego, małą dziewczynkę, blondynkę, mniej niż dwunastoletnią, w setkach zwyrodniałych pozycji, na każdym zdjęciu nagą.

 

Jednak najciekawszym elementem wystroju był siedzący na podłodze mężczyzna, przypięty kajdankami do biegnącej wzdłuż ściany rury. Zaniedbany łysiejący grubas spał, opierając głowę o własne ramię. Przed nim leżała niewielka karteczka papieru listowego z niezwykle ozdobnym napisem.

 

 

 

“Arnold Dawkins, lat 47, oskarżony o gwałt na dziewięcioletniej dziewczynce i nieludzkie czyny innego rodzaju, które miały się dokonać za dwie godziny i czternaście minut, od momentu znalezienia go przez policję. Z poważaniem, Pasterze.”

 

 

 

Flynn uniósł brwi.

 

– Tego jeszcze nie było.

 

Stary uśmiechnął się koślawo, podwinął trochę spodnie i przykucnął.

 

– No to i mówię. Dziewczynkę już zabraliśmy, teraz ktoś się nią zajął. Zwyrol trzymał ją gołą w budzie na podwórku z tyłu sklepu, gorzej niż kundla. Mała nie odpowiadała na pytania, ani nawet jak się jej machało ręką przed nosem. Spaślak śpi, odkąd dostaliśmy cynk i znaleźliśmy go półtorej godziny temu. Od razu zabraliśmy dziewczynę do centrali, żeby ktoś się nią zajął. Nijak go wybudzić, a z nią się dogadać. A najśmiszniejsze jest to, że ten kawał psiego chuja siedzi w ratuszu. I to dosyć wysoko.

 

Flynn zaciągnął się głęboko powietrzem. Ten zapach nie dawał mu spokoju…

 

– U niej to zapewne trauma, albo coś w tym stylu. Co do niego… Halotan. Ktokolwiek to był, wpuścił tu halotan, gaz usypiający, ma charakterystyczny zapach, a potem zadzwonił, wiedząc, że zanim dojedziecie, stężenie w powietrzu opadnie.

 

Stary patrzył na niego przez chwilę, nie wydając się do końca przekonanym do teorii kolegi po fachu.

 

– Alibo i nie wiedząc.

 

Flynn wzruszył ramionami.

 

– Albo i nie wiedząc – zgodził się niechętnie. – Jest tu coś jeszcze wartego obejrzenia?

 

Stary pokręcił głową.

 

– No to chyba pozostaje poczekać aż, grubas się obudzi i sprawdzić, co on będzie miał do powiedzenia.

 

– Ano.

 

– Mogę już iść?

 

Burnhut machnął na niego ręką i kazał mu sprowadzić technicznych, kiedy będzie wychodził.

 

Detektyw znalazł jednego z techników, powiedział mu, że mogą już wejść, po czym poprosił, żeby ktoś dostarczył mu potem kopie wszystkich zdjęć ze ściany i powiadomił go, gdy rzekomy Dawkins się obudzi. Będzie chciał z nim pogadać.

 

Na pobliskim zakręcie złapał taksówkę.

 

 

 

Nieludzkie czyny innego rodzaju, które miały się dokonać za dwie godziny i czternaście minut… Słowa te wciąż i wciąż chodziły mu po głowie, gdy jechał do swojego mieszkania z nosem przyklejonym do zimnej szyby. Ni stąd, ni zowąd zaczęło padać, jednak Flynn nie był tym zaskoczony. Takie było Redwater. To miasto miało swoje wady, zalety i dziwactwa, ale zdecydowanie to właśnie dziwactw miało najwięcej. Deszcz, który zaczynał padać w środku słonecznego dnia; ludzie znikający bez jakichkolwiek przyczyn lub poszlak; szaleńczy śmiech rozlegający się nagle w środku nocy; gdzieś wysoko nad twoją głową; ciała znajdowane w stanie tak opłakanym, że nikt nie chciał ich nawet pakować do czarnego worka; dziwacy z Wiecznego Balu; psy i ich bezdomni z Old Nation Park i samotne kobiety, włóczące się czasem nocami po ulicach w wieczorowych strojach, pytające, czy mogą cię pocałować. Zdecydowanie najwięcej dziwactw. Miejscowi musieli się do takich rzeczy po prostu przyzwyczaić.

 

Z czymś takim jednak, Flynn się jeszcze nie spotkał.

 

“Które miały się dokonać.”

 

Zupełnie jakby ktoś przewidział przyszłość.

 

Pasterze. Ha. To dopiero pseudonim, pomyślał James.

 

 

 

W ramionach trzymał dziecko. Słodkie, niewinne. Drobną rączką sięgnęło do jego twarzy. Uśmiechnął się i zaczął je powoli kołysać. Otworzył okno.

 

Obudził się, krzycząc.

 

 

 

– Jak myślisz, Ami, co, jeśli oni naprawdę potrafią przewidzieć, kiedy ktoś popełni przestępstwo?

 

– Głupota – skwitowała kobieta, nie odrywając się jak zwykle od pracy.

 

– No, ale co, jeśli? Luźne założenie – nie odpuszczał detektyw.

 

– Wtedy wszyscy mielibyśmy przesrane, mój drogi. Za czasów prohibicji, pomagałam w bimbrowni przy Lute Street, jestem pewna, że byś mnie za to zamknął.

 

– Ami, przy Lute Street nie było nigdy bimbrowni.

 

– Ty wiesz lepiej.

 

Flynn wyszedł z biura Bellamy, kręcąc głową i skierował się do swojego, kiedy kobieta zawołała za nim.

 

– Co się stało? – zapytał detektyw, odwracając się na pięcie.

 

– Burnhut znowu dzwonił. Mówił, że nie uwierzysz, co się stało.

 

Flynn miał przeczucie, że jednak uwierzy.

 

– Gdzie? – rzucił tylko, a gdy Ami podała mu karteczkę z adresem, taką samą jak ostatnio, wybiegł nie odwracając się nawet.

 

 

 

Podły motel na obrzeżach miasta nie wyróżniał się niczym, nawet spośród szarego krajobrazu przedmieść. Gdzieś w oddali majaczyły moczary i pobliskie jezioro, nad którym pierwsi osadnicy budowali swoje domy.

 

W środku motel był brudny, ale nie obskurny, tapeta z kwiatowym wzorem  i dające ciepłe światło, przerdzewiałe kandelabry, z żarówkami w kształcie świec, nadawały miejscu nawet pewnej przytulności.

 

Pokój sto dwanaście był obstawiony przez dwóch funkcjonariuszy, stojących po obydwu stronach drzwi. Obok nich, opierając się o framugę, Burnhut wypalał kolejnego papierosa, jak można się było domyślić, dzięki walającym się dookoła petom.

 

– Znowu ta sama śpiewka, Flynn. Ci, co pasą owce. Tylko tym razem im owiecki uciekły z zagrody.

 

Obaj weszli do pokoju, który ze względu na skąpe umeblowanie niewiele różnił się od korytarza.

 

W powietrzu znowu unosił się niezwykle słodki zapach halotanu.

 

Niczym w erotycznej scence, do ramy łóżka przykuty był młody mężczyzna w czarnym garniturze. Jak można się było domyślić, spał jak zabity. Obok jego głowy leżała karteczka, dokładnie taka sama jak ostatnio.

 

 

 

“Cecil Bouquet, lat 27, oskarżony o morderstwo z użyciem karabinu snajperskiego, które miałoby miejsce w ciągu ośmiu godzin i pięćdziesięciu dwóch minut od momentu znalezienia go przez policję. Z poważaniem, Pasterze.”

 

 

 

– No i o co chodzi? – zapytał poirytowany Flynn.

 

– Więc właśnie o to, że nie mamy podstawy go aresztować. Przy ostatnim były jasne powody i dowody przeciwko nimu. A tu? Nic! Powinniśmy właściwie wsadzić tych, co mu to zrobili.

 

Flynn zastanowił się przez chwilę, ale jakkolwiek próbował do tego podejść, stary po prostu miał rację. Ostatnim razem dowody przeciwko grubasowi były oczywiste i wyraźne, nawet jeśli mała nie zezna przeciwko niemu, to tak czy inaczej można go zamknąć za jej nieludzkie traktowanie albo za dziecięcą pornografię. W tym wypadku jednak…

 

Zaznaczyć też trzeba, że działalność Pasterzy, nawet jeśli można mówić o czymś takim w ich przypadku, była wątpliwie legalna, co również nie umknęło Flynnowi. Nawet biorąc pod uwagę to, że jasnowidzenia nie sankcjonowała żadna znana detektywowi ustawa.

 

– Nic? W sąsiednich pokojach? Żadnej broni? Podejrzanych notatek? Zdjęć? Może wykonywał jakieś połączenia z hotelowego telefonu? Ma własny?

 

Stary pokręcił głową.

 

– Ni chuja. – Wyraźnie zdenerwował się tym, że musiał przyjechać tu po nic, bez najmniejszego powodu. Inni, którzy byli tu z nim, również nie wyglądali na zachwyconych.

 

– Może chociaż zatrzymamy go na kilka godzin, o których…

 

– Ta… coś z nim trza zrobić. – powiedział, jakby bardziej do siebie niż kogokolwiek innego.

 

– Czyli to tyle?

 

– Nawet nie fatygowałem technicznych.

 

Może i nawet lepiej – pomyślał James. Wyszedł z hotelu ze spuszczoną głową, z jakiegoś powodu czując się winny.

 

Gdy taksówka wlokła się przez centrum miasta, on patrzył za okno, obserwując przechodniów. Znów zaczął padać deszcz, ale nie wyglądało na to, żeby ludziom na zewnątrz to przeszkadzało. Przeciwnie, gromadzili się z uśmiechami na twarzach w coraz większe grupki, zmierzając ku rynkowi, gdzie zapewne miała odbyć się jakaś uroczystość. Flynn nie dbał o to, jedynie z niecierpliwością czekał, aż taksówka wyjedzie z tłumu i dowiezie go do domu.

 

 

 

Obudził go telefon. Nie miał w mieszkaniu radia, ani tym bardziej telewizora, tylko telefon. Prawie cały czas spędzał gdzieś w mieście albo w pracy, nie opłacało mu się więc nawet kupować takiego sprzętu. Poza tym, większość panienek, które sprowadzał do domu, okradało go nawet z wody do golenia, elektronika byłaby więc zakupem tymczasowym.

 

– Flynn.

 

– Nie uwierzysz. – Głos Ami. Detektyw przejechał ręką po twarzy, spojrzał na stary zegar stojący w rogu pokoju, potem wyjrzał za okno. Nadal była noc.

 

– Nie wierzę, że obudziłaś mnie o trzeciej.

 

Mógł niemal poczuć przez słuchawkę jak wywraca oczami.

 

– Burmistrz nie żyje. – wypaliła kobieta.

 

Mrugnął raz. Drugi.

 

– Co.

 

– Burmistrz nie żyje.

 

– Pierdolisz – stwierdził, zakładając spodnie i szukając koszuli wśród sterty ubrań.

 

– Od dwunastu lat ani razu.

 

– Bellamy Jarves, w piekle jest specjalne miejsce dla sarkastycznych staruszek.

 

– A myślisz, że gdzie takie stare torby jak ja bawią się po pracy? Został zastrzelony podczas inauguracji nowego budynku ratusza. – wróciła do sedna Ami.

 

Uroczystość. No tak. Nagle wszystko nabrało sensu, wszystko zaczęło pasować.

 

– Ten z dzisiaj, ten… – Przez chwilę nie potrafił sobie przypomnieć nazwiska. – Bouquet. Siedzi w areszcie, tak? I nadal śpi?

 

– Nikogo dziś nie dołożyli, rozmawiałam z Bethany od aresztu jak wychodziłam, wiesz, tą kolorową. O nikim nie mówiła, a i wszystkie cele były puste, no to najwyraźniej tak musiało być. Wolałam ją sprawdzić, bo… James, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Eh, mógłbyś się chociaż rozłączyć jak człowiek.

 

 

 

– Mówiłeś, że zabierzesz go do aresztu!

 

– No i nie zabrałem, wielkie mi korale mecyje. Nawet nie wiesz, czy to on strzelił.

 

Flynn znalazł starego z samego rana, w barze naprzeciwko komisariatu. Niektórzy śmiali się, że policjanci stanowią dziewięćdziesiąt procent klienteli, a kryminaliści dziewięćdziesiąt procent zatrudnionych, ale trzeba przyznać, że równie często jak funkcjonariusze, pojawiali się tam i inni ludzie. Była to przy okazji ulubiona knajpa Burnhuta, zapewne ze względu na niezbyt wygórowane ceny.

 

– Cecil Bouquet. Szwajcar, lat dwadzieścia siedem – czytał James z akt, które odebrał przed chwilą z komisariatu – Zabójca na zlecenie, specjalizujący się w karabinach  wyborowych. Jego skuteczność, jak do tej pory niepotwierdzona, zdaje się być stuprocentowa…

 

– Dobra, już dobra! Łeb mi pęka od twojego gadania. Nie sprawdziłem w aktach, co to za menda, no dobra, ale że jest profesjonałem to jeszcze nie znaczy, że zastrzelił gościa, co nie?

 

Flynn spojrzał na niego tak jak patrzy się na akwizytora oferującego laudanum na wszelkie problemy.

 

– Burmistrz dostał kulkę z odległości trzech przecznic. Naprawdę sądzisz, że zrobiłby to amator?

 

Milczenie.

 

– Gafferty przydzielił cię do sprawy Tych, Którzy Widzą. – Jerome Gafferty był naczelnym komisarzem Redwater.

 

– No raczej. Już dawno.

 

– Nie. Teraz ja ją prowadzę. Przydzielił cię do tej sprawy pod moim nadzorem.

 

Burnhut wychylił do końca drinka. Spojrzał na Flynna, a przyznać mu trzeba, że spojrzenie miał intensywne.

 

– Gówno prawda –  odrzekł, po czym kazał barmanowi nalać sobie kolejnego.

 

Flynn odwrócił się i wyszedł, nie powiedziawszy już ani słowa.

 

 

 

Telefon.

 

– James Flynn, słucham.

 

Chwila ciszy, potem rozległ się szum, coś jakby skrobanie o szorstki kamień.

 

– Gratulujemy, panie Flynn. Objęcie prowadzenia w tej sprawie na pewno przysporzy panu wiele dobrego, jeśli tylko zajmie się tym pan właściwie.

 

Głos był całkowicie bezpłciowy, ledwo odróżnialny od szumu, który skończył się wraz z pierwszym słowem.

 

– Z kim rozmawiam?

 

– Doskonale pan wie. Chcieliśmy jedynie zawiadomić, że obecność policji będzie potrzebna przy Lois Boulevard 47, w mieszkaniu numer 3 na parterze.

 

– Hej! Chwila! Kim wy jesteście?! Halo!

 

Szelest, szum, a potem już tylko sygnał zerwanego połączenia.

 

 

 

Tym razem była to kobieta, znaleziona śpiąca w łóżku z bronią pod ręką i karteczką twierdzącą, że planowała zabić swojego męża. Jej twarz pokrywały słone ślady łez.

 

Zamknięto ją za to, że pistolet nie był zarejestrowany. Flynn nie planował jej trzymać w areszcie ani chwili dłużej niż to konieczne. Z jakiegoś powodu, spotkanie tej kobiety uwolniło całe zmęczenie i gorycz, jaka w nim wezbrała do tej pory.

 

Chciał wyjść z jej mieszkania najprędzej jak tylko mógł. Nie potrafił znieść tego słodkiego zapachu.

 

 

 

Tej nocy nie potrafił zasnąć. Gdy tylko zamykał oczy, widział otwarte okiennice i zasłony, leniwie poruszające się zgodnie z kaprysami wiatru. Przeciąg targający firanami jego własnego okna, nie pomagał.

 

Wstał z łóżka i zaczął niespokojnie krążyć po pokoju, instynktownie unikając formacji geologicznych, jakie powstawały z rzucanych na podłogę ubrań i śmieci. Zegar na ścianie tykał w rytm jego kroków, a może to on chodził podług wskazówek urządzenia, jakkolwiek by jednak nie było, trwało to dobrą godzinę. Flynn myślał, wyszukując wszystkie fakty, ustalając, co widział i słyszał i porządkując każdą informację w swojej głowie. Wciąż jednak niewiele rozumiał w całej tej sytuacji.

 

Ktoś, zapewne jakaś grupa, zapobiegała przestępstwom. Kim byli? Dlaczego to robili? Dlaczego zdawali się zajmować tylko morderstwami? Czy naprawdę potrafili przewidzieć to co ma się stać? A jeśli tak… skoro usypiali potencjalnych morderców, tuż przed popełnieniem zbrodni, czy nie zmieniało to przyszłości wystarczająco? I dlaczego sprowadzali policję, zamiast zrobić to samemu, na przykład pozbywając się przestępców?

 

Odpowiedź na ostatnie pytanie zdawała się być prosta: sami nie chcieli stać się przestępcami, których unieszkodliwiali. Ale jaki to miało sens? Wdzieranie się na teren czyjejś posiadłości, faszerowanie kogoś halotanem… to przecież też niezgodne z prawem.

 

Nagle Flynn przystanął w miejscu. Coś jeszcze było nie tak.

 

 

 

– Mooles, sprawdź dla mnie proszę wszystkie morderstwa popełnione w ciągu ostatniego miesiąca.

 

Mooles był cichy. To zapewne jego najbardziej charakterystyczna cecha. Flynn nigdy chyba nie usłyszał, od niego choć jednego słowa. Wychudzony, nadzwyczajnie wysoki dżentelmen, niewiele młodszy od Burnhuta, świętował swoją ciszę i utrzymywał ją w całym archiwum – jego niemym królestwie.

 

Mooles skinął głową i bezszelestnie odsunął się od biurka, by zniknąć między setkami półek, wypełnionych mroczną historią miasta.

 

Zimne świetlówki mrugały niepokojąco, gdy detektyw siedział na podłodze, w oczekiwaniu na powrót archiwisty. James obudził się tego dnia bardzo wcześnie, wcześniej nawet niż z reguły, wiedząc, że Mooles zaczyna pracę na kilka godzin przed wszystkimi. Ciekawość okazała się na tyle silna, że nie potrafił już tej nocy zasnąć. Monotonne miganie lampy przypominało tykanie zegara, które towarzyszyło mu całą noc w jego rozmyślaniu. Był niezwykle zaspany, a nie miał ani chwili dla siebie, by chociaż wypić kawę…

 

Nie zauważył nawet, kiedy obudził go dźwięk maszyny do pisania. Mooles siedział przy biurku, niestrudzenie wstukując w maszynę kolejne linijki tekstu. Zdawał się nie zaprzątać sobie głowy obecnością Flynna.

 

– Eeeem… Mooles? – Archiwista nie podniósł nawet wzroku. – Znalazłeś to, o co cię prosiłem?

 

Mężczyzna skinął głową, wskazując na schludny folder na brzegu biurka.

 

– Oh… dzięki. To ja już… nie przeszkadzam.

 

Flynn wyszedł stamtąd czym prędzej.

 

 

 

Dwanaście. Dokładnie dwanaście spraw dotyczących morderstw został zamkniętych i odesłanych do archiwum w tym miesiącu. Co znaczy, że dwanaście spraw zakończono, a aż dwie również i rozpoczęto w tym okresie.

 

Sposób, w jaki zmarł pierwszy denat, wskazywał na udział zorganizowanej grupy przestępczej, prawdopodobnie kartelu “Les Nuits”, który przejął ostatnio kontrolę nad miejskim handlem narkotykami. Ofiarą padł pomniejszy diler, został znaleziony martwy w porcie, przywiązany do boi.

 

Drugi morderca był jednocześnie samobójcą. Tę teczkę Flynn od razu odrzucił, był przecież na miejscu i sam spisywał raport.

 

Trzeci folder mówił o sprawie młodej kobiety, ofiary gwałciciela, którego prasa lokalna ochrzciła “Sammy Slasher”. Flynn pamiętał jak na komisariacie świętowano jego złapanie – to była najgrubsza sprawa od dłuższego czasu. Choć zapewne śmierć burmistrza ją przyćmiła…

 

Cała reszta dotyczyła głównie nieumyślnych spowodowań zgonu, lub sytuacji, w których znajdowano ludzi z poderżniętym gardłem i bez portfela w jakiejś ciemnej uliczce.

 

Dochodzenie w kwestii śmierci dilera zaczęło się i skończyło w przeciągu ostatniego tygodnia, zgon ustalono na poniedziałek, trzy dni temu. Swoją drogą to niezwykłe, że zamknięto je tak szybko. Chociaż, jak już wspomniano, sprawa miała posmak mafijny, zapewne więc wyciszono ją na zamówienie.

 

Więc działali od co najmniej czterech dni. Wtedy to, dokonali pierwszego zgłoszenia, o którym detektyw wiedział… przydałoby się sprawdzić, czy nie było niczego podobnego nigdy przedtem. Przecież w tej kwestii nie można mieć pewności. A może działali jednak… po cichu? Bez listów?

 

Inną kwestią było, dlaczego pozwolili zabić dilera, skoro miało to miejsce już po pierwszym zgłoszeniu?

 

Zmagając się z tymi przemyśleniami, wyszedł ze swojego biura i poszedł odwiedzić Bellamy.

 

– Ami, jak ci mija dzień?

 

– Trzecia kawa, nadal nie przynieśli mi moich pączków i perspektywa najbliższych siedmiu godzin zmarnowanych w miejscu pełnym niewdzięcznych podrostków. Jak na razie mogło być gorzej. A tobie, młody człowieku?

 

– Dyskusyjna sprawa. Mam coś zaplanowane w najbliższym czasie?

 

– Za pół godziny jest przesłuchanie tej mężatki z nielegalną bronią.

 

Flynn nagle poczuł się o wiele bardziej przytłoczony tym wszystkim. Całkowicie zapomniał o tej biednej kobiecie.

 

– To tyle?

 

– Jak na razie chyba tak. Burnhut nie daje znaku życia, możesz spać spokojnie.

 

– Cóż. Mogłabyś coś dla mnie zrobić, Ami?

 

– Wiedziałam. Co jest?

 

– Dopytaj się kogoś z centrali o wszystkie prowadzone aktualnie morderstwa. I sprawdź dla mnie też, czy w ciągu ostatnich, powiedzmy… trzech lat miały miejsce przypadki zgłaszane przez kogoś, kto nazwał się “Pasterze”. Dziękuję?

 

– Tak, tak… Bo przecież stara Ami nie ma nic innego do roboty…

 

 

 

Sala przesłuchań była niewielkim pokojem o ścianach pomalowanych na biało, z tym że sporą część jednej z nich zastąpionej gładką taflą szkła weneckiego. W pokoju za nią nie było akurat nikogo, ale nagrywarka i tak była włączona. Prosty, czarny stół, dwa czarne krzesła i lampa, zapewne najtańsza, jaką znaleziono w sklepie. Po stronie przesłuchiwanego w podłodze umieszczono uchwyt, do którego można było przymocować łańcuch krępujący więźnia. W tym wypadku jednak, nie było potrzeby przykuwać oskarżonej.

 

Kobieta siedziała w tym samym ubraniu, w którym ją przyprowadzono. Zdawała się być całkowicie pozbawiona życia, oczy wciąż miała opuchnięte od łez.

 

– Dzień dobry. – przywitał się Flynn.

 

Skinęła głową. Jej kark wydał z siebie delikatne trzaśnięcia, jakby był nieużywany od dłuższego czasu – trzask, trzask.

 

– Wie pani, że rozmowa jest nagrywana?

 

Trzask, trzask.

 

– No dobrze… Pani imię i nazwisko?

 

Otworzyła usta i wychrypiała coś, jednak nawet ona sama zorientowała się, że było to całkowicie niezrozumiałe. Odchrząknęła i nadal zachrypniętym głosem powiedziała bardzo cicho:

 

– Lindsay Vahn.

 

Flynn skinął głową. Oczywiście miał to zapisane na kartce, którą dostał przed wejściem, ale cóż, taka procedura.

 

– Czy była pani uprzednio notowana?

 

– Nie.

 

– Zatrzymaliśmy panią za posiadanie niezarejestro…

 

– Wie pan co jest najgorsze? – przerwała mu niespodziewanie. Pokręcił głową z zaciekawieniem. – Ja naprawdę chciałam go zabić.

 

Flynn zgrzytnął zębami.

 

– Muszę niestety nalegać, żeby odpowiadała Pani…

 

– Ja wiem, że nie po broń tam byliście. Ja to wiem. Ja siedziałam tam i czekałam, aż on wróci. Ja naprawdę chciałam go zabić.

 

Przerwała na chwilę. Jej oddech przyspieszył, detektyw zauważył, że po jej twarzy znów spływają łzy.

 

– Wróćmy może…

 

– On mnie zdradził. Ale wie pan, nie raz. Za każdym razem, kiedy wracał z pracy, on był inny. Pachniał inaczej. Innymi. On nawet się nie przyznał. Ale ja to wiedziałam. Jedną przyprowadził nawet do domu, kiedy myślał, że mnie nie ma. O Boże, o mój Boże… ja naprawdę chciałam to zrobić…

 

– Spokojnie, nie ma potrzeby…

 

– Za każdym razem, kiedy wracał z urzędu, myślałam, że to zrobię…

 

Potem kobieta w ogóle przestała się odzywać i tylko jej ramiona trzęsły się od konwulsyjnego płaczu.

 

– Myślę… Myślę, że to chyba… tyle, pani Vahn. Skończymy innym razem. Do widzenia.

 

 

 

– I? Masz coś?

 

– Siedemnaście przypadków, wszystkie leżą już na twoim biurku. O morderstwach na razie nic. Podrzuciłam ci też małą niespodziankę. Coś nie tak z tą babką? Wyglądasz na roztrzęsionego.

 

Flynn przyjrzał się jej nieobecnym wzrokiem.

 

– Nie, nic poważnego. Tylko… ta kobieta naprawdę chciała popełnić morderstwo. Tak jak było napisane na kartce. Rzeczywiście to przewidzieli.

 

– Och, daj spokój. Nikt nie potrafi przewidzieć przyszłości!

 

– Ale… Sama pomyśl – w przypadku Dawkinsa dowody były oczywiste. Bouquet zwiał. Tylko u niej wszystko się zgadza. Sama się przyznała.

 

– Do jasnej cholery, James, przecież jesteś detektywem, tak czy nie?! Pomyśl logicznie choć przez chwilę: mąż ją zdradza, babka płacze po nocach, kupuje broń. Co do diabła może chcieć z nią niby zrobić? Strzelać do gołębi?!

 

Flynn wyprostował się gwałtownie. Jeśli tak na to spojrzeć…

 

Nagle rozdzwonił się telefon. Bellamy odebrała i znudzonym tonem rozpoczęła rozmowę.

 

– To chyba do ciebie, James.

 

Podała mu słuchawkę. Musiał się pochylić, żeby nie zerwać przewodu.

 

Odezwał się gładki, bezpłciowy głos.

 

– Chyba zgubił pan kolegę, panie Flynn.

 

 

 

“Mannuel Burnhut, lat 78. Oskarżony o uprowadzenie i zabójstwo za pomocą łomu, mające się dokonać pół godziny po odnalezieniu go przez policję.”

 

 

 

Garaż znajdował się w dzielnicy Redwater, którą tubylcy określali jako Spalarnia. Niegdyś zjeżdżała tu cała czarna ludność z okolicy, jednak gdy Ku Klux Klan przeprowadził swoje porządki, slumsy wyludniły się i zajęli je wyłącznie biali.

 

Był to jeden z wielu podobnych, ustawionych w długich rzędach, niewielkich garaży, udostępnionych dla mieszkańców pobliskiego osiedla, gdzie pewnie mieszkał Burnhut.

 

Leżał w kącie. Słodki zapach ulotnił się z niewielkiej przestrzeni niedługo po otwarciu drzwi, co Flynn przyjął z pewną ulgą. W przeciwległym rogu znajdowała się związana postać, z płóciennym workiem na głowie. Wzdłuż ścian poustawiano kilka metalowych półek z różnorakimi częściami mechanicznymi i narzędziami.

 

Gdzieś wśród nich schował się też zapewne i łom, pomyślał Flynn.

 

– Dobra. Niech ktoś go stąd zabierze, wsadzi do celi, czy cokolwiek… A co do niego… – Flynn podszedł do drugiej postaci.

 

Odwiązał i ściągnął worek.

 

– O żesz ty…

 

Posiniaczona i obita twarz Jeroma Gafferty`ego, naczelnika policji w mieście, na pewno nie była tym czego detektyw się spodziewał.

 

 

 

– Boże, Burnhut… Dlaczego?

 

– Myślisz, że byś zrozumiał, kurwi chujku? Myślisz, że potrafisz sobie wyobrazić, jak to jest, po czterdziestu ośmiu latach pracy w tym wypizdowie, nagle zostać zniesionym do czyjegoś przydupasa? Jakby ktoś opluł cię swoim gównem. I zwyzywał ci matkę. W zasadzie to, czekałem nawet pod twoim mieszkaniem, ale nie wychodziłeś, więc jak tak siedziałem, to se myśle, “to w zasadzie nie młodego wina”. No winc wziąłem się za Gafferty`ego. Z nim poszło łatwo, stary jest gruby i łatwowierny, od lat ulicy nie widział na oczy.

 

– Ale dlaczego?!

 

Burnhut długo wpatrywał się przez kraty we Flynna. Kipiał nienawiścią i z każdym oddechem czuć było cały alkohol, który przedtem wypił. Jego przekrwione oczy sprawiały wrażenie, jakby mógł z pierwszej ręki zdać relację z pobytu w piekle. Może i mógł.

 

– Ty też byś tak zrobił, młody. Po czterdziestu ośmiu latach.

 

 

 

Sprawa uprowadzenia naczelnika, była na tyle poważna, że przekazano ją do głównej komendy hrabstwa. Flynn miał wystarczająco własnej pracy i zmartwień, by z przyjemnością pozbyć się tego dodatkowego zadania.

 

Gdy wszedł do swojego gabinetu, zignorował akta podrzucone przez Ami i, pochłonięty myślami, ledwie zerknął na butelkę z ciemnoczerwonym płynem i domową etykietą na gumce recepturce, zapewne niespodzianką, o której wspominała kobieta.

 

Pomyślmy o Pasterzach, jako o przestępcy, mówił bezgłośnie sam do siebie.

 

Zaczął się zastanawiać, co łączyło wszystkie ofiary Pasterzy, jakie było ich modus operandi. Wśród niedoszłych kryminalistów znajdowali się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Biedni i bogaci. Zwyrodnialcy i tacy, którzy dotychczas nie byli karani…

 

Nie, to wszystko nie miało sensu.

 

A może jednak…?

 

Flynn potrzebował pomocy, nowych informacji, to oczywiste. Wybiegł z ciasnego pomieszczenia, przewracając krzesło i po drodze zgarniając płaszcz i kapelusz. Gdy przebiegał koło biura Bellamy krzyknął tylko:

 

– Wychodzę, Ami! Będę za jakiś czas!

 

– Jakby ktoś miał za tobą tęsknić…

 

Na zewnątrz powoli zapadał zmierzch, a miasto, które było bestią, budziło się do życia.

 

 

 

O Miss Angelique mówiono, że jest burmistrzem tego Redwater, którego nie widać z poziomu ulicy, niewiele jednak miało to związku z oficjalnymi tytułami. Była figurą tajemniczą, lecz kojarzoną przez prawie każdego, gdyż niemal każdy słyszał o niej plotki. Jedynie nieliczni wiedzieli, kim była, lub chociaż gdzie można jej szukać.

 

Klub “Sunshade” był istną gwiazdą na mapie nocnych rozrywek miasta, pomimo iż znajdował się w miejscu, przed którym przestrzegano dzieci, by nigdy tam nie chodziły, a z kolei turystów do tego zachęcano. Jedną z tych gwiazd, które już dawno przekroczyły masę krytyczną i zaraz eksplodują, pochłaniając wszystko dookoła, ale mimo wszystko gwiazdą. Znany był nawet tym, którzy na co dzień nie korzystali z takich rozrywek, choćby i z wiadomości – “Kolejna bójka barowa w Sunshade Club przerodziła się w zamieszki uliczne”.

 

 

 

W środku muzyka zagłuszała ludzi, a ludzie muzykę. Jaskrawe stroboskopowe światła dawały akurat tyle, żeby w półmroku ogromnej sali rozróżnić ludzkie sylwetki. Flynn skierował się do baru upstrzonego neonowymi listwami, za którym prezentował się szereg butelek z całego świata. Za barem stał jak zwykle ten sam człowiek – jednooki murzyn w cylindrze, na którego wszyscy wołali Bayou.

 

– Kogóż to moje piękne yeux widzą?! To co zwykle? – zapytał ochrypniętym basem, zaciągając francuskim akcentem.

 

– Nie, dziś mam do niej sprawę.

 

Bayou gwizdnął pod nosem i poprawił cylinder. Łypnął na detektywa okiem i oczodołem, opierając się o szklany blat.

 

– Coś poważnego, ami?

 

– Mam nadzieję, że nie.

 

Murzyn skinął głową.

 

– Elle est en haut. Tylko jej nie denerwuj. Dziś ma ze sobą Baszę.

 

Flynn podziękował i odszedł od baru. Skierował się do korytarza, odchodzącego od sali, gdzie mieściły się łazienki. Była tam też winda, na samym końcu korytarza, strzeżona przez karła całego pokrytego tatuażami. Opierał się o ścianę i podrzucał w dłoni coś co wyglądało jak paliczki, z wyrytymi na nich różnymi symbolami. Detektyw nie chciał nawet wiedzieć, skąd ten karzeł wziął paliczki. Gdy Flynn podszedł, strażnik skinął mu na powitanie, rozpoznawszy go i wpuścił do windy.

 

 

 

Naliczył dwa piętra, choć zapewne było ich więcej. Z zewnątrz budynek wydawał się jednak znacznie niższy.

 

Gdy w końcu winda się zatrzymała, Flynn wyszedł z niej do przestronnej sali pokrytej szkarłatnymi tkaninami i poduszkami, ociekającej wręcz złotymi ozdobami. Z podwieszonego na środku sali żyrandola zwisały wstęgi zwiewnego jedwabiu, które odbijały się w jego kryształowych elementach. Wszystkie poduszki, ułożone na centralnym podwyższeniu, które zapewne było łóżkiem, były przeszywane złotymi nićmi, przez co błyszczały delikatnie. W powietrzu unosił się korzenny dym kadzideł, a gdzieś na ścianach powieszone były krzyże, poświęcone poszczególnym bóstwom voodoo, każdy z nich z innym veve, rytualnym symbolem, wymalowanym popiołem z wiciokrzewu zmieszanym z whiskey.

 

Gdzieś w pobliżu rozległ się niski pomruk, przechodzący w ostrzegawcze warczenie.

 

Z jednego z niewidocznych od wejścia pokojów, poukrywanych w alkowach głównej sali, wyszła kobieta, a za nią potężny tygrys, w kłębie sięgający jej do piersi.

 

Oczy zwierzęcia błyszczały całym złotem orientu.

 

Kobieta miała najczarniejszą skórę, jaką Flynn kiedykolwiek widział, tak czarną, że nie odbijało się od niej światło. Jej długie włosy splątane były w setki cienkich warkoczyków i związane w spory kok z tyłu głowy. Jedyną biżuterię jaką miała na sobie stanowiły dwa kolczyki w dolnej wardze i jeden na brodzie, przez które przewlekła złoty łańcuszek z nawleczonymi na niego koralowymi paciorkami, w taki sposób, że formował trójkąt.

 

– Flynn. – powiedziała na powitanie, po czym odwróciła się i usiadła na łóżku. Jej tygrys, Basza, podszedł do mężczyzny i zaczął kroczyć dookoła niego, raz po raz potrącając go masywnym cielskiem, wydając z siebie coraz to głębsze i bardziej złowrogie warknięcia.

 

Flynn starał się jak tylko mógł nie okazywać zaniepokojenia, a tym bardziej strachu. Nie żywił jednak złudzeń wobec wytrzymałości swoich nerwów. Tygrys, to mimo wszystko cholerny tygrys.

 

Kobieta klasnęła w dłonie, suchy dźwięk zdawał się niemal poruszyć kryształkami w żyrandolach, a Basza odstąpił od niego.

 

Pomimo ograniczonych możliwości do wyrażania swojego zdania, tygrys był na pewno niezwykle zawiedziony takim obrotem spraw.

 

Miss Angelique siedziała i wpatrywała się w detektywa błyszczącymi, bursztynowymi oczami, przechylając dziecinnie głowę i opierając ją na ramieniu. Założyła nogę na nogę i czekała, aż powie o co mu chodzi. Dobrze wiedziała, że ludzie nie przychodzą do niej bez powodu. Nikt nie przychodzi do niej bez powodu.

 

W końcu przełamał się, podniósł delikatnie pochyloną do tej pory głowę i przemówił:

 

– Przyszedłem do pani, bo… czy wie pani może coś o grupie nazywającej się Pasterzami?

 

Basza drgnął, jego sierść najeżyła się ledwo dostrzegalnie. Jego pani odchyliła głowę do tyłu, jakby w ekstatycznym uniesieniu, złoty wisiorek na jej brodzie zadźwięczał delikatnie. Pochyliła głowę w jedną i w drugą stronę, a towarzyszący temu dźwięk kościanego trzaskania, przyprawił Flynna o gęsią skórkę. Kobieta uśmiechnęła się, ukazując raczej szare, niż białe zęby.

 

Westchnęła głęboko i zaczęła drapać tygrysa po karku. Zamruczał i również obnażył zęby, brudne jeszcze po ostatnim posiłku, po czym przejechał po nich wielkim różowoszarym językiem.

 

Swoją drogą, czym ona go karmi, przemknęło Flynnowi przez myśl.

 

Cisza trwała tak długo, że detektyw był niemal zaskoczony, gdy Miss Angelique w końcu przemówiła.

 

– Jakikolwiek masz związek z tą grupą. Jakiekolwiek masz dotyczące jej pytania. Wróć do domu. I nie pytaj już nigdy więcej.

 

Flynn wypuścił kapelusz, męczony do tej pory w dłoniach. Podniósł głowę, spojrzał Miss Angelique prosto w oczy.

 

Basza napiął się.

 

– Ale… co?! Jak to?! Kim oni są, że nawet ty się ich boisz?

 

Tygrysy są szybsze, niż można by sądzić po ich rozmiarach, znacznie szybsze. Basza stał już nad powalonym Flynnem w zasadzie w tym samym momencie, w którym ten skończył zdanie. Cienka strużka gęstej śliny z pyska zwierzęcia kapała na twarz detektywa. Czuł na własnej skórze wibracje jakie powodował tygrys swoim warkotem.

 

– Musisz pamiętać. Że są rzeczy i osoby. Których nie przewidziano w waszym prawie. Jesteście zbyt mali i zbyt mało wiecie.

 

– Więc mi wytłumacz! – wysyczał detektyw, nadal przytłoczony ciężarem zwierzęcia.

 

– Nie wszystko może być tak proste. Jakbyś chciał, żeby było. Czasem trzeba nie widzieć. By móc zobaczyć kiedy indziej.

 

–  O czym w ogóle mówisz!? – krzyknął detektyw, na ile było to możliwe, pod groźbą pożarcia – Posłuchaj sama siebie! Kim oni są, że mają taką władzę!?

 

Flynn usłyszał jak kobieta wstaje i podchodzi do niego, stukot obcasów rozległ się echem w obszernym pokoju.

 

– Flynn, nie chcę o nich ci mówić. To nie znaczy, że się ich boję. To ludzie, którzy stoją ponad waszym prawem. Nie obchodzi ich wasze życie, tylko ich korzyść. Byli tu dłużej niż możesz sobie wyobrazić. Kontrolują każdą akcję, każdy rząd, każdy ruch. Odpuść –  powiedziała, po czym odwróciła się i zniknęła gdzieś w zakamarkach pokoju. Flynn usłyszał jeszcze jak kobieta klaszcze w dłonie, tak samo jak przedtem, a Basza zszedł z mężczyzny i również gdzieś odszedł.

 

Detektyw podniósł się powoli, zabrał z ziemi kapelusz. Nerwowo przeczesał włosy. W końcu jednak obrócił się na pięcie i wyszedł. Był pewien, że mimo wszystko miał już to czego potrzebował.

 

 

 

Zdążył na komisariat na kilka chwil przed zamknięciem, zgarnął z biurka akta od Ami, butelkę i resztę papierów. Gdy przechodził koło gabinetu starszej kobiety już jej tam nie było.

 

Złapał taksówkę i przerzucając się z taksówkarzem uwagami na temat ostatnich wydarzeń, głównie zamachu na burmistrza, myślał nad tym, co powiedziała mu Miss Angelique.

 

Gdy wysiadł pod swoim mieszkaniem i pożegnał się serdecznie z kierowcą, księżyc zasnuł się chmurami. Niemrawe światło lamp ulicznych nadawało ulicy niemal sennej atmosfery.

 

Smród mieszkania przywitał go, gdy tylko przekroczył próg. Musiał kiedyś w końcu tu przewietrzyć. Rzucił rzeczy, wszystkie poza butelką, na stół.  Z nią od razu ruszył do kuchni, gdzie jego wierny otwieracz już leżał na blacie.

 

Ciepło alkoholu rozeszło się po jego ciele, wstrząsając nim delikatnie – był gotowy do pracy.

 

A więc, czego dowiedział się od Angelique? Pasterze mieli wyraźnie coś wspólnego z polityką. Teraz trzeba tylko sprawdzić co.

 

Dawkins. To powiedział mu już Burnhut, spaślak siedział wysoko w ratuszu.

 

Przy sprawie Bouqueta odpowiedź zdawała się wyprzedzać pytanie: nie chodziło o najemnika, ale o ofiarę – burmistrza.

 

Zapewne tak samo było w przypadku Burnhuta, ważniejszy był komisarz.

 

Ale pani Vahn? O co mogło chodzić tutaj? Nagle jednak, może z racji błogosławieństwa wiśniówki, fakty wskoczyły na swoje miejsce – kobieta mówiła mu przecież podczas przesłuchania, że jej mąż pracował w jakimś urzędzie.

 

– Myśl o Pasterzach jak o przestępcy, w tym jesteś przecież najlepszy – mówił Flynn sam do siebie  – Masz już modus operandi – politycy, których kontrolują. Teraz znajdź motyw.

 

To wydawało się oczywiste. Władza. Przecież zawsze chodziło o władzę, taką czy inną. Pasterze byli po prostu sektą, gangiem… czymkolwiek by nie byli, stanowili zagrożenie dla społeczeństwa, nawet jeśli nie usypiając je i rozrzucając wszędzie dziwaczne karteczki, to swymi zakulisowymi machinacjami.

 

A pasterz, który stanowi zagrożenie dla stada, jest złym pasterzem. Był królem, którego trzeba obalić.

 

Flynn zerknął na akta dostarczone mu przez Ami, te o innych sprawach zgłaszanych przez Pasterzy, łącznie siedemnaście dokumentów. Otworzył pierwszy z wierzchu, potem kolejny i następne.

 

Sprawy były składane do archiwum przez różnych funkcjonariuszy: siedem przez niejakiego Lavittiego, na sześciu nazwisko było zamazane, a na czterech ostatnich widniało nazwisko Gafferty, dzisiejszego komisarza. To akurat było niezwykle ciekawe.

 

Wszystkie dochodzenia skończyły się niedługo po tym jak się zaczęły, najdłuższe, to od Lavittiego trwało z przerwami cztery miesiące, ale Flynn podejrzewał, że prowadził je raczej hobbystycznie. Śledztwo zaczęto niespełna… rok temu. To dziwne, pomyślał detektyw. Nigdy nie słyszałem o kimś takim jak Lavitti. Oczywiście, to mogło się przydarzyć, to była duża, bardzo wręcz duża komenda.

 

Detektyw rozłożył wszystkie dokumenty na stole i w miarę jak zegar odcinał przerdzewiałą wskazówką kolejne godziny, budował sobie coraz dokładniejszy obraz fenomenu Pasterzy. Wstawał kilka razy, gdy już skończył mu się podarunek od Ami, po kolejne butelki.

 

Gdy zegar wybił czwartą nad ranem, mógł już z grubsza przedstawić swoją teorię.

 

Najwcześniejsza wzmianka o Pasterzach, stała w raporcie bezimiennego detektywa, gdzie wspominał, że znalazł w archiwum sprawę, którą zgłosili właśnie oni, sprzed dwunastu lat. Jako, że to dochodzenie było najstarsze z trzech, które miał na biurku Flynn, mógł zakładać, że Pasterze działali od przynajmniej piętnastu lat, a sugerując się słowami Miss Angelique, znacznie dłużej.

 

Chronili niektórych polityków i urzędników miejskich, innych doprowadzali przed oblicze sprawiedliwości, z czego można było się nietrudno domyślić, że jedni działali dla Pasterzy, a inni im przeszkadzali. Dobierali więc skład na najważniejszych siedzeniach w mieście wedle własnego uznania.

 

Zdobywali w ten sposób niemalże absolutną władzę w mieście, pozostając za kurtyną, nie ujawniając nawet swojego istnienia. Byli cichymi marionetkarzami, prowadzącymi w swoich spektaklach całe zastępy aktorów… swoje stada.

 

Pasterze, czyż nie?

 

W miarę jak noc zbliżała się ku końcowi, z coraz to bardziej sennych majaków Flynn wyłaniał obraz spisku na szeroką skalę, takiego, o jakim jeszcze nie słyszał. Z każdą chwilą sen morzył go jednak coraz bardziej, aż nie mógł mu się już opierać. Zasnął na rozrzuconych po stole papierach.

 

 

 

Śniło mu się, że spotkał się z kimś nieznajomym na ulicy. Przynajmniej wydawało mu się, że był to ktoś nieznajomy, gdyż miał niepokojące wrażenie, że gdzieś, kiedyś już spotkał tą osobę. Trudno było określić jej płeć czy wiek. Na twarzy miała białą, pozbawioną jakichkolwiek cech charakterystycznych maskę, a w dłoni trzymała pasterską laskę.

 

– Witaj, James. Jak idzie twoje dochodzenie?

 

– Dobrze. Świetnie. Myślę, że wiem więcej, niż którykolwiek z moich poprzedników. Myślę, że jestem na dobrym tropie.

 

– To świetnie, James. – głos postaci nie wybrzmiewał żadnymi emocjami, był pustym echem słów odbitych od maski.

 

– Tak. Tak mi się wydaje. Kim jesteś?

 

– Nikim ważnym. Jak myślisz, czy to wszystko skończy się dla ciebie dobrze? Może nie powinieneś zadawać tylu pytań?

 

– Ale bez pytań… Muszę zadawać pytania!

 

– Oczywiście, James. Ostatnio jednak napotkaliśmy pewien problem, przy którym mógłbyś nam pomóc. Musisz tylko się zgodzić.

 

– No dobrze… Czy to będzie bolało?

 

– Nie mogę ci powiedzieć.

 

 

 

Gdy obudził się, był już spóźniony do pracy. Szybko pozbierał najczystsze ubrania i ruszył do łazienki. Wszędzie na podłodze walały się puste butelki, detektyw był więc pewien, że musiał się wczorajszej nocy świetnie bawić. Upewniał go w tym dodatkowo intensywny ból głowy. Gdy zbierał się do pracy podniósł tylko pliki kartek dotyczące jego najnowszej sprawy: zaginięcia tej dziewczynki z Bankstride. Gdy szukał swoich butów położył papiery na pustym stole, by mu nie przeszkadzały. Pomimo bólu głowy i ogólnie rzecz biorąc, obolałego ciała, z chęcią zebrał się do pracy. Nie mógł się doczekać zwyczajowych przekomarzanek z Ami.

 

I gdy wychodził, jedynie intensywny, duszący wręcz, słodki zapach roztaczający się w całym mieszkaniu nie dawał mu spokoju.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm… Widzę, że dodałeś opowiadanie, zanim skończyłam betować. Nie warto było poczekać? 

Czytałam z niejakim zainteresowaniem, bo zaczęło się dość ciekawie, jednak im bardziej zagłębiałam się w opowieść, tym większe miałam wrażenie, że drepczę w kółko i nie ruszam się z miejsca. Przypuszczam, że wszystkie wątki tej historii zostały wprowadzone nie bez powodu, ale też muszę powiedzieć, że ów powód umknął mi, a cała sprawa zdała się tyleż zagadkowa, co zagmatwana i skończywszy lekturę pozostałam z pytaniem: – O co tu chodzi?

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Część usterek wypisałam, ponadto źle zapisujesz dialogi, a interpunkcja kuleje. Lektury nie ułatwia fatalne wyedytowanie tekstu.

 

rzu­cił się z okna w za­mknię­te­go po­ko­ju… –> Literówka.

 

Scho­dy, na krań­cach stop­ni wy­tar­te się do tego na tyle, że stały się gład­kie i owal­ne… –> Scho­dy, na krawędziach stop­ni wy­tar­te na tyle, że stały się gład­kie i zaoblone

 

– …aczkolwiek wolę coś mniej tłustego – Z pudełka stojącego na biurku Ami… –> Brak kropki po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

do tego wła­śnie ko­ry­ta­rza, były za­wsze otwar­te. Tam wła­śnie urzę­do­wa­ła… –> Powtórzenie.

 

naj­bar­dziej kan­cia­stą szczę­kę, jaką de­tek­tyw się kie­dy­kol­wiek wi­dział. –> Zbędny zaimek.

 

Jed­nak naj­cie­kaw­szym ele­men­tem wy­stro­ju był sie­dzą­cy na pod­ło­dze męż­czy­zna… –> Ludzie nie są elementem wystroju pomieszczeń.

 

Z po­wa­ża­niem, Pa­ste­rze.” –> Kropkę należy postawić po zamknięciu cudzysłowu.

 

Stary uśmiech­nął się ko­śla­wo, pod­wi­nął tro­chę spodnie i przy­kuc­nął. –> Dlaczego podwinął spodnie?

Pewnie miało być: Stary uśmiech­nął się ko­śla­wo, pod­ciągnął tro­chę nogawki i przy­kuc­nął.

 

De­tek­tyw zna­lazł jed­ne­go z tech­ni­ków, po­wie­dział mu, że mogą już wejść, po czym po­pro­sił, żeby ktoś do­star­czył mu potem kopie wszyst­kich zdjęć ze ścia­ny i po­wia­do­mił go, gdy rze­ko­my Daw­kins się obu­dzi. –> Czy dobrze rozumiem, że to technik miał dostać kopie zdjęć i dostać powiadomienie o Dawkinsie?

 

Pokój sto dwa­na­ście był ob­sta­wio­ny przez dwóch funk­cjo­na­riu­szy, sto­ją­cych… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Przy ostat­nim były jasne po­wo­dy i do­wo­dy prze­ciw­ko nimu. –> Literówka.

 

potem wyj­rzał za okno. –> Detektyw leży w łóżku, więc: …potem spojrzał przez okno.

By wyjrzeć za okno, należy je otworzyć i wychylić się zeń.

 

– Co. –> Zamiast kropki powinien być pytajnik.

 

Zo­stał za­strze­lo­ny pod­czas in­au­gu­ra­cji no­we­go bu­dyn­ku ra­tu­sza. –> Można dokonać otwarcia nowego budynku, ale nie można go inaugurować.

 

Ob­ję­cie pro­wa­dze­nia w tej spra­wie na pewno przy­spo­rzy panu wiele do­bre­go… –> Raczej: Przydzielenie pro­wa­dze­nia tej spra­wy na pewno przy­spo­rzy panu wiele do­bre­go

 

Chcie­li­śmy je­dy­nie za­wia­do­mić, że obec­ność po­li­cji bę­dzie po­trzeb­na przy Lois Bo­ule­vard 47, w miesz­ka­niu numer 3 na par­te­rze. –> Chcie­li­śmy je­dy­nie za­wia­do­mić, że obec­ność po­li­cji bę­dzie po­trzeb­na przy Lois Bo­ule­vard czterdzieści siedem, w miesz­ka­niu numer trzy, na par­te­rze.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

i kar­tecz­ką twier­dzą­cą, że pla­no­wa­ła zabić swo­je­go męża. –> Czy karteczka może coś twierdzić?

 

in­stynk­tow­nie uni­ka­jąc for­ma­cji geo­lo­gicz­nych, jakie po­wsta­wa­ły z rzu­ca­nych na pod­ło­gę ubrań i śmie­ci. –> Obawiam się, że z ubrań i śmieci nie powstaną formacje geologiczne.

 

Oh… dzię­ki. –> Och… dzię­ki.

 

Sala prze­słu­chań była nie­wiel­kim po­ko­jem o ścia­nach po­ma­lo­wa­nych na biało, z tym że sporą część jed­nej z nich za­stą­pio­nej gład­ką taflą szkła we­nec­kie­go. –> …część jed­nej z nich za­stą­pio­no gład­ką taflą szkła we­nec­kie­go.

 

Jej kark wydał z sie­bie de­li­kat­ne trza­śnię­cia… –> Trzaśnięcia może wydać kręgosłup, ale chyba nie kark.

 

– Muszę nie­ste­ty na­le­gać, żeby od­po­wia­da­ła Pani –> – Muszę nie­ste­ty na­le­gać, żeby od­po­wia­da­ła pani

Formy grzecznościowe zapisujemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

nie­wiel­kich ga­ra­ży, udo­stęp­nio­nych dla miesz­kań­ców po­bli­skie­go osie­dla… –> …nie­wiel­kich ga­ra­ży, udo­stęp­nio­nych miesz­kań­com po­bli­skie­go osie­dla

Udostępnia się coś komuś, nie dla kogoś.

 

– O żesz ty… –> – O żeż ty…

 

jed­no­oki mu­rzyn w cy­lin­drze… –> …jed­no­oki Mu­rzyn w cy­lin­drze

 

od­szedł od baru. Skie­ro­wał się do ko­ry­ta­rza, od­cho­dzą­ce­go od sali… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Jej dłu­gie włosy splą­ta­ne były w setki cien­kich war­ko­czy­ków i zwią­za­ne w spory kok z tyłu głowy. –> Jej dłu­gie włosy splecione  były w setki cien­kich war­ko­czy­ków i upięte w spory kok z tyłu głowy.

Warkocze się splata, a koki upina.

 

przez które prze­wle­kła złoty łań­cu­szek z na­wle­czo­ny­mi na niego… –> Powtórzenie.

Proponuję: …przez które prze­wle­kła złoty łań­cu­szek z nanizanymi na niego

 

Więc mi wy­tłu­macz! – wy­sy­czał de­tek­tyw… –> Skoro wysyczał, to po co wykrzyknik?

 

De­tek­tyw pod­niósł się po­wo­li, za­brał z ziemi ka­pe­lusz. –> De­tek­tyw pod­niósł się po­wo­li, za­brał z podłogi ka­pe­lusz.

W pokoju chyba nie było klepiska.

 

Gdy wy­siadł pod swoim miesz­ka­niem… –> Gdy wy­siadł pod swoim domem

 

Nie­mra­we świa­tło lamp ulicz­nych nada­wa­ło ulicy nie­mal sen­nej at­mos­fe­ry. –> Powtórzenie.

 

kie­dyś już spo­tkał osobę. –> …kie­dyś już spo­tkał osobę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawa koncepcja, spodobała mi się.

Szkoda, że przedwcześnie zakończyłeś betowanie. Przez to pomysł ucierpiał na wykonaniu.

Po co Ci odstępy między akapitami? Szatkują tekst i gorzej się czyta. Zapis dialogów do remontu, interpunkcja kuleje. Mam wrażenie, że prawie wszystkie postacie (oprócz dwóch czy trzech najważniejszych) mają wyłącznie płeć i nazwisko – żadnych cech szczególnych. Mylili mi się.

Schody, na krańcach stopni wytarte się do tego na tyle, że stały się gładkie i owalne,

Coś się posypawszy. Czy schody mogą być owalne?

– Doskonale pan wie. Chcieliśmy jedynie zawiadomić, że obecność policji będzie potrzebna przy Lois Boulevard 47, w mieszkaniu numer 3 na parterze.

Liczby w beletrystyce raczej zapisujemy słownie. A już w dialogach – obowiązkowo.

Babska logika rządzi!

Podpisuję się pod komentarzem Finkli. Jest tu pomysł, który odpowiednio rozwinięty mógłby powalczyć o bibliotekę. Niestety wykonanie go mocno skrzywdziło. Powtórzenia, literówki, do tego te odstępy czyniące tekst mocno nieczytelnym.

Podsumowując: interesujący, nawet jeśli nie nowy pomysł, ale zarżnięty przez wykonanie. Brak fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ach ta gorąca krew… No szkoda, że cierpliwości nie starczyło. Dobrze, że udało mi się napisać co myślę, nim tekst zniknął ;)

Przyznam się bez bicia, że zapisu dialogów w ogóle nie ruszałam, bo sama mam z tym problem i za każdym razem przy pisaniu muszę sobie przypominać, o co chodzi ;)

I “O żesz” to moje dzieło, nie wiem czemu, ale żyłam w błogiej nieświadomości i byłam święcie przekonana, że to poprawny zapis. Tak święcie, że nawet nie sprawdziłam. Ale cóż – człowiek uczy się przez całe życie, a Reg jest jak zawsze niezastąpiona :)

Blacktom – toć przecie nie zniknął… A nawet odwrotnie – pojawił się bardziej :P

 

Iluzjo, chodzi o to, żeby każde zdanie kończyło się kropką (lub odpowiednikiem), a następne zaczynało dużą literą. Trzeba tylko ustalić granicę między nimi. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo – laugh

 

Nie zdążyłam wypisać swoich wrażeń w becie, więc zrobię to teraz.

 

Tak – w tekście było i nadal jest sporo błędów.

Tak – są pewne luki fabularne, pojawiają się scenki, które mają służyć nie wiem, czemu.

 

Ale i tak mi się podobało :)

Stworzyłeś całkiem ciekawy świat i mimo usterek czytało mi się przyjemnie. Historia mnie wciągnęła, ale mam wrażenie, że troszkę nierówno rozłożyłeś balans. Chodzi o to, że akcja się rozwija i rozwija (nudno nie jest, ciągle coś się dzieje, ale trochę to trwa), a potem następuje “szast-prast” i pozamiatane. 

Nie za bardzo wiem, po co była początkowa scena, mocna, ale poza tym tak naprawdę bez znaczenia dla fabuły. Podobnie sen Flynna o tym, że trzyma dziecko i wyskakuje przez okno. Chciałeś ukazać wrażliwość głównego bohatera? Jeśli tak, to jakoś słabo wyszło według mnie. 

Zastanawia mnie też, jaka tak naprawdę jest rola detektywa. Bo opisałeś to w taki sposób, że pojawia się na miejscu zdarzenia (morderstwa lub potencjalnej zbrodni) i w sumie zadaje jedno, góra parę pytań i się zmywa. Niby ogląda miejsce zbrodni, ale też nie jakoś dokładnie – w końcu nie jest technikiem… Nie prowadzi tych spraw (dopiero później zostaje przydzielony do Pasterzy), w związku z tym jest wzywany jako niezależny konsultant? Jakieś dziwne to.

Podobała mi się wizyta u Miss Angelique – niby sztampowa, ale ciekawie ją przedstawiłeś.

Świetny pomysł miałeś też na Bellamy i relację łączącą ją z Flynnem. Dodało to historii nieco humoru i lekkiego pazurka.

Według mnie mógłbyś usunąć początkową scenę, a trochę mocniej zarysować głównego bohatera, wyszłoby mu to na dobre. 

Pomysł ma spory potencjał, musisz go jednak jeszcze poszlifować :)

A jak poszlifujesz, to kto wie, może i uda Ci się zaliczyć Bibliotekę?

Iluzjo, ale pisałam na pół serio. Przeanalizuj przykład:

 

– Musimy im pokazać, kto tu rządzi – powiedział wojowniczo.

– Żadnych pochopnych działań. – Michał wyjął paczkę marlboro, poczęstował Artura, sam zapalił.

 

Czy “powiedział wojowniczo” ma sens jako samodzielne zdanie? Nie bardzo, to opis wcześniejszej wypowiedzi. A czy “Michał wyjął paczkę…” jest rozsądnym zdaniem? Absolutnie. Ot i cała tajemnica. :-)

Babska logika rządzi!

Hmmm… Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Postaram się zapamiętać i wykorzystać przy najbliższej okazji :) Dzięki za sprytny myk!

(Chociaż znając mój “megamózg”, to i tak będę musiała sprawdzać zapis dialogów :P)

Też byłem zaskoczony gdy chciałem wejść w betę zobaczyć, co się dzieje, a tu dup, zniknęło ;D Najgorsze było jednak to, że poprawione, czy napisane na nowo fragmenty, generowały kolejne błędy, więc ile osób by się przez tekst nie przewaliło, to wciąż byłoby coś nie tak ;D

Mimo uważam, że warto było przeczytać to te 2-3 razy :)

Verman

 Schody, na krańcach stopni wytarte się do tego na tyle, że stały się gładkie i owalne, prowadziły do głównych drzwi, skąd wchodziło się do holu. Stamtąd rozbiegały się liczne korytarze i kolejne schody, prowadzące do poszczególnych wydziałów, aresztu, laboratoriów i innych miejsc, w których James Flynn nawet nie był.

– Alibo i nie wiedząc.

Coś chyba poszło nie tak.

W zasadzie mi się podobało.

 

Nowa Fantastyka