- Opowiadanie: Dark Dante - Zielony Strażnik

Zielony Strażnik

Kraina stworzona przez Przedwiecznych przez spory czas cieszyła się spokojem, szczęśliwością i dobrobytem. Lecz jeden z Przedwiecznych stał się zazdrosny. Sądził, że pozostali bogowie bardziej kochali ową krainę, niż jego samego, ich własnego syna. 
Zbuntował się, zstąpił do krainy i zaczął siać spustoszenie. 
Elfy, krasnoludy i ludzie próbowały się przeciwstawić, jednak wewnętrzne spory okazały się dla nich ważniejsze, niż wielkie zagrożenie ze strony królestwa upadłego Przedwiecznego. 
Kto w tych czasach okaże się prawdziwym zwycięzcą? Kto jest tym dobrym, a kto tym złym?

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zielony Strażnik

 

 

 

Rozdział I – A miało być tak pięknie…

 

Ashthron powstał z woli Meriona i Gelviony, pary Przedwiecznych. Zbudowali go wedle własnego upodobania. Utworzyli nieprzebyte oceany, wielkie morza, góry o wierzchołkach skrytych w śniegu, doliny tak głębokie, że nie dochodziło do nich światło ze słońca, Arloksy. Stworzyli także rzeki długie i kręte, wielkie równiny oraz zieleniące się rośliny.

Gelviona przechadzała się po wszystkich tych ziemiach i przebywała wszystkie oceany, zaznając przy tym spokoju oraz szczęśliwości.

Jednak Merion, jej małżonek, widział, że czegoś tu brakuje. Więc w swej nieskończonej mądrości stworzył zwierzęta i nadał im instynkty, by mogły sobie same poradzić, bez jego boskiej pomocy.

Gdy Przedwieczna to ujrzała, jej serce napełniło się wielką szczęśliwością i natychmiast umiłowała wszystkie stworzenia chodzące, pływające i latające.

Merion stworzył także wspaniały i pyszny pałac, w którym mogli żyć w dostatku. Był on otwarty i każde zwierze mogło tam wejść. A czuły one respekt przed parą bogów i przebywały tam w zgodzie ze sobą, myśliwy nie atakował swoim ofiar, a one nie drażniły go.

W tych oto czasach, Erze Światłości, życie na Ashthronie rozwijało się samo, we własnym tempie i z własnymi udoskonaleniami. A para bogów przyglądała się temu z ciekawością i zainteresowaniem, ciesząc się, że to, co stworzyli, jest obdarzone taką inteligencją, by chcieć dążyć do ciągłego samodoskonalenia.

Razem zdecydowali, że nie będą ingerować w owy rozwój.

Merion, potężnie zbudowany i niebywale silny Przedwieczny, z długą brodą sięgającą klatki piersiowej, miał zamiłowanie do tworzenia rzeczy wielkich, doskonałych. Ubrany zwykle w togę, budował coraz to wspanialsze konstrukcje swym młotem, by co jakiś czas potężnym toporem odgonić zagrożenie.

Tak oto obsypał niebo gwiazdami i księżycem, Kumselionem, by noc nie była tak ciemna.

Gelviona za to, delikatna i wspaniałej urody bogini, ukochała rzeczy małe i urocze, a szczególnie wszystko co żywe, podarowane jej przez swego męża. W swoich bezkresnych wędrówkach tworzyła nowe kwiaty, upiększała bardziej surowe regiony, malowała pióra pięknym ptakom i kolorowała sierść zwierzętom. Ona również ubrana w togę, dzierżyła harfę a na głowie, na długich i jasnych włosach, nosiła zawsze wianek ze świeżych kwiatów. Zwierzęta się do niej garnęły, zawsze można było ją spotkać w ich otoczeniu.

W tym pięknym czasie narodził się syn Przedwiecznych, Salmidrion. Ukochał Ashthron oraz jego stworzenia, podobnie jak matka, jednak twardy charakter oraz moc oddziedziczył po swoim ojcu. Często przechadzał się z nimi, raz pomagając Merionowi w tworzeniu nowych ciał niebieskich, innym razem wraz z matką opiekował się zwierzętami.

Widząc, jak Gelviona mocno kocha swego syna, Merion wpadł na wspaniały pomysł. Stworzył osobę samoświadomą, mądrą, z mocą tworzenia, na własny obraz i podobieństwo, a imię im nadał Hobrinowie.

Ci jednak nie byli gotowi na przyjęcie mocy, sprawiła ona, że zapałali nienawiścią do siebie nawzajem. Zaczęli toczyć wielkie wojny, zabijać siebie oraz wszystko co żywe. Przepełniło to Gelvionę wielkim smutkiem. A Merion, mocno kochający swoją żonę, w swej wielkiej nienawiści odebrał Hobrinom moc, strącił w ciemne doli i oddzielił pałac od reszty lądów wielkim oceanem, by już nikt nie mógł go splugawić swą nienawiścią.

Hobrinowie zdegenerowali się, utracili rozum i moc, lecz żądza mordu nadal pozostała w nich silna. Przeklęci przez bóstwa, zeszli głęboko do wąwozów oraz w roty podziemne, by już nigdy więcej nie ujrzeć światła dziennego. Jednak nie zostali ostatecznie zniszczeni, Przedwieczni mimo wszystko czuli z nimi więź, jako ich pierwszy taki konstrukt.

Przeklęci cofnęli się mocno w rozwoju, korzystali już tylko z najprostszych narzędzi z drewna i kamienia, odżywiali się korzonkami, robakami oraz padliną, która nieopatrznie dostała się w pobliże ich siedzib. Zapominając języka porozumiewali się już tylko jego najprostszą odmianą, a nazwę zmienili na „gobliny”. Ich widok napawał smutkiem, tak potężna rasa skończyła w tak marny sposób.

Gelviona starała się unikać ich siedzib, smutek do nich wciąż był zbyt silny. Tym razem Salmidrion postanowił stworzyć dla matki nową osobę, a o pomoc poprosił swego ojca. I tak oto powstali ludzie. To właśnie dzięki Salmidrionowi, który wolę i moc ojca połączył z delikatnością matki, którą w sobie miał.

Ludzie rozeszli się po krainach, miłując je bardzo, a Przedwiecznym składali różne ofiary, czy to całopalne, czy to pod postacią malowideł i chwalebnych pism, czy też zostawiając pożywienie oraz ozdoby w specjalnie do tego wyznaczonych miejscach.

Trójka Przedwiecznych bardzo się z tego cieszyła, im także pozostawili wolną wolę i możliwość kształtowania się wedle własnego uznania. A ludzie z tego skorzystali, i w zależności od regionu, w którym ostatecznie się osiedlili, przyjmowali inną kulturę, swoją własną. I ta różnorodność cieszyła oczy boskiej rodziny.

Były to czasy, gdy Przedwieczni nadal swobodnie przechadzali się po Ashthronie, a każdy człowiek mógł przystąpić łaski spojrzenia na bogów oraz pochwalenia ich.

Ludzie zaczęli wykopywać żelazo i czynić z niego bardzo mocną stal. Tworzyli dzięki temu wspaniałe świątynie i posągi na cześć swoich stwórców. Lecz ktoś odkrył, że materiał tak mocny, może również posłużyć do zbrojnego wyjaśnienia waśni ze swym sąsiadem.

I tak oto nastały dwa dziesięciolecia wojen. Jednak były one krótkie i niezbyt krwawe, ponieważ bardziej niż wrogości sąsiada, obawiali się kary bogów oraz podzielenia losów goblinów.

A Przedwieczni zezwalali im na te waśnie, chcąc ludziom nadać przede wszystkim wolność oraz swobodę.

Jednak „synowie nieba” nie zawładnęli całą krainą. Wiele terenów okazało się dla nich zbyt niegościnnych. Tak więc Merion wziął człowieka i nadał mu odporność goblina, jego przystosowanie do życia pod ziemią oraz wytrzymałość na ciężki los. I tak oto powstała rasa krasnoludów.

Krasnoludy owe zajęły Góry Słone na północy, ciągnące się ze wschodu na zachód, całkowicie odcinając drogę do dalszej krainy, Pustyni Hidigalusa, który to jako pierwszy krasnolud ją przemierzył i dotarł do wielkiego archipelagu wysp na północnym biegunie planety.

Zajęły dla siebie także Góry Niebieskie, ciągnące się od zachodniego krańca Gór Słonych i idące na południe, aż do połowy kontynentu. Tam wydobywały żelazo, miedź, nikiel, złoto, srebro oraz kamienie drogocenne.

Objęły w posiadanie także Szczyt Salmidriona, który właśnie tam złożył w ofierze swemu ojcu najpotężniejszego wodza goblinów, by te już nigdy nie odważyły się sprzeciwić Przedwiecznym. Syn boga wypiętrzył go na samym środku kontynentu Gelizmne, gdzie to znajdowały się wszystkie rozumne konstrukty bóstw.

Jednak gobliny walczyły wytrwale o swe tereny. Ich nieliczne enklawy nadal można znaleźć w górach, jednak większość postanowiła ukryć się w sieci głębokich wąwozów i mrocznych dolin, ciągnących się od połowy długości Gór Słonych w stronę południową, docierając do południowego krańca Gór Niebieskich. Mając takie położenie, stale walczyły z krasnoludami, czyniąc z Wąwozów Cienia łupieżcze wypady na fortece krasnoludów.

Wtedy do walki przystąpili ludzie z królestwa Elminter na północy, słynący ze wspaniałej kawalerii wzgórzysty kraj, oraz Helsfiag, wyśmienici łucznicy, którzy graniczyli z Wąwozami Cienia, rozciągającego się w kształcie „L”, od strony podstawy, do połowy długości, gdzie swoje panowanie sprawowali elminterzy.

Tak oto ludzie zawiązali pierwsze przymierze między rasami, krasnoludy zaopatrywały ludzi w stalowe narzędzia i misterne ozdoby, oraz kamienie i metale szlachetne, a ludzie zapewniali im spokój, sami co jakiś czas polując na ukrywające się od tej pory gobliny.

Wschodnich ziem nikt nie chciał obrać dla siebie, przez napływające piaski Pustyni Hidigaliusa oraz liczne kamienie w podłożu, nienadające się do uprawy roli.

Południowe ziemie jednak były wspaniałe, toteż powstało tam wiele niezależnych enklaw ludzkich. Od Szczytu Salmidriona na środku kontynentu, w stronę południową między siebie równo podzieliły tereny cztery królestwa, zwane często Królestwami Południa.

A były to od zachodu Kumsyk, znany z uprawy zbóż wszelakich. To oni często zaopatrywali w pożywienie krasnoludy oraz królestwa Elmintar i Helsfiag. Wymieniali je za narzędzia oraz drogocenności, stając się wytrawnymi kupcami. Przekazywali je potem pozostałym Królestwom Południa.

Graniczący bezpośrednio z nimi to Związek Niezależnych Miast Ulgarda, którzy do perfekcji opanowali wytwarzanie win. Przy tym także wiele rodzajów innego alkoholu, którzy był bardzo ceniony na całym kontynencie Gelizme.

Dalej na wschód leżało Królestwo Lykania, której magowie, osoby rzadko się rodzące, posiadające drobną cząstkę mocy Przedwiecznych, udoskonalili możliwość przemiany w różne zwierzęta. Wprawili się w szkoleniu doborowej piechoty. Mieszkańcy zajęli się przede wszystkim hodowlą bydła.

A najdalej na wschodzie leżało królestwo Olmandsu, mieszczące się pośród gęstych lasów. Zajęli się sprzedażą doskonałego drewna, które nadawało się na wszystko, od narzędzi, przez wspaniałe budynki, po wytrzymałe statki i okręty, mogące przebyć drogę od lodów bieguna południowego, Oceanu Trwogi, oddzielającego Pałac Przedwiecznych od kontynentu Gelizme, do Mórz Spokojnych, wód oblewających Archipelag Półksiężyca, na północ od Pustyni Hidigaliusa.

Krainy na wschód od Wąwozów Cienia, niezajęte przez nikogo, były jednak bogate w rzeki, mimo swoich kamienistych i piaskowych podłoży. Największą była Rzeka Matka, mająca tak dużo odnóg, że nawet nie zostały nazwane. Źródła zaczynały się w Górach Słonych, ciągnęły daleko na południe, naturalną fosą otaczając Szczyt Salmidriona, i kończąc się u początków Królestw Południa, gdzie potem nurt nagle uciekał na zachód, do Oceanu Trwogi.

Drugą wielką rzeką była Smuga, chociaż nazwa może zmylić, jest to wartka i często zdradliwa woda. Jej nurt, w przeciwieństwie do Rzeki Matki, zaczyna się u końca kontynentu, przy biegunie południowym, i zmierza w stronę Gór Słonych, dopiero przed nimi samymi ucieka na wschód, by wpaść do Wód Głębokich, morskich głębin, które oblewają Gelizme od wschodu. Tym to właśnie nurtem olmandsudzi spławiają drewno ze swego królestwa na północ, gdzie potem, jednym z dopływów Rzeki Matki, spławiają je dalej na wschód, w kierunku Gór Niebieskich.

Przedwieczni cieszyli się z tak owocnego rozwijania się dwóch współpracujących ras, starając się zapomnieć o gnieżdżących się w ciemności goblinach. W tym czasie Gelviona powiła córkę, Pulsintę, która urodą dorównywała matce. Nie ingerowała w rozwój ludzi i krasnoludów, zgodnie z ustaleniami rodziców, lecz co jakiś czas obierała sobie kogoś z obu ras i obdarowywała go swoją łaską, czyniąc z niego maga lub wspaniałego architekta.

A magowie, jak już wcześniej było wspomniane, pojawiali się nieczęsto, lecz dzięki mocy, mogli dokonywać rzeczy niesamowitych. Wnosili ciężkie głazy na szczyty budowli, by pomóc w ukończeniu prac, uzdrawiali nieuleczalnie chorych, dokonywali cudownych odkryć i zajmowali się czasami rozmnażaniem zwierząt z udziałem mocy, by stawały się coraz bardziej wspaniałe.

Gelviona, dość skromna bogini, uznała wtedy, że i ona pragnie stworzyć osobę. Z pomocą męża i syna utworzyła kolejną istotę rozumną, na wzór ludzi, lecz włożyła w to całą miłość do wszystkich istot, której nawet Salmindrion nie posiadał. I w ten sposób uczyniła elfy, kochając je tak mocno, że nawet dała im więcej lat życia, niż ludziom i krasnoludom.

A elfy ukochały Gelvionę z wzajemnością i poddały się jej, tworząc wspaniałe świątynie, miasta, malowidła i pisma, jeszcze piękniejsze, niż te ludzkie. Jednak Gelizme było już zajęte. Tak o to, błagając męża, Gelviona podarowała im drugi kontynent, Rozmist.

Kontynent ten był trzy razy mniejszy od Gelizme, jednak w całości ich. Pokryty siecią wzgórz, dolin i niewielkich gór, z lasami i rzekami. Od swojej wschodniej strony miał Ocean Trwogi i Pałac, lecz aby dostać się do Gelizme trzeba było płynąć północnymi lub południowymi rejonami, gdyż wody zazdrośnie strzegły Pałac, nie pozwalając żadnym istotom na ponowne zhańbienie go. Od zachodu zaś były Wody Głębokie, którymi bez problemu można było się dostać do nieprzystępnych rejonów wschodnich na Gelizme.

Ziemie zostały podzielane dokładnie w połowie podłużnego kontynentu, między Elfy Śniade na północy, odznaczające się wysokim wzrostem, ciemną cerą i doskonałymi zbrojnymi, oraz Elfy Nizinne, o jasnej karnacji zajmujące południowe rejony, szkolące najlepszą lekką piechotę w całym Ashthronie.

Jednak elfy pragnęły kontaktu z ludźmi i krasnoludami, w swej miłości do sztuki zapragnęły poznać ich kulturę i wyroby. Tak oto kamieniste tereny pomiędzy podstawą „L” Wąwozów Cienia a północną granicą Kumsyku znalazły się pod panowaniem elfów, które to zbudowały Gelvionstan, dla sławy imienia swej stworzycielki. Swa granicę utrzymywały do wschodnich stoków Szczytu Salmidriona, jednak nie śmiały go zdobywać, gdyż był to syn ich ukochanej bogini, tak też zostawiły go spokoju, pod panowaniem krasnoludów, z którymi mocno się zżyły.

Objęły pod panowanie także Archipelag Półksiężyca, gdzie doskonaliły budowę wspaniałych wież, przez brak miejsca na wyspach na bardziej rozległe budowle. Trudnili się rybołówstwem i ciężkie to było życie, chociaż klimat łagodny a drzewa owocowe rodziły przez cały rok. Swoje wyspiarskie królestwo nazwały Felgon. Ich okręty oraz załogi słynęły w całym świecie.

Lecz wtedy oto Gelviona powiła drugiego syna, Bolotesa. Ten jednak czuł się zazdrosny o stworzenia z Ashthron. Postanowił wypaczyć człowieka, tak ukochanego przez rodziców oraz rodzeństwo. Wziął go, zmieszał z goblinem, elfem i krasnoludem. Kreatura wysoka, wytrzymała, nawykła do ciężkiego życia ale też dobrze rozwinięta, została nazwana orkiem.

Rodzina Bolotesa zganiła go za ten wybryk, lecz on coraz bardziej nienawidził ich, jak i Ashthronu. Zesłał swe kreatury na Gelizme, w ostatnie wolne rejony. Orkowie utworzyli państwo Ilitran, na kamieniach i piaskach ze wschodu Gelizme. Wiele osiągnęły, przez swoje pokrewieństwo z pozostałymi rasami. Potrafili równie wiele co i pozostałe rasy, szybko odkryli, że łupieżcze wypady na tereny Południowych Królestw oraz plądrowanie flisaków z Olmandsu może przynieść spore korzyści.

Bolotes radował się z tego, że szerzy chaos w tak idealnym świecie Pradawnych. Został przez nich przeklęty. Lecz to był największy błąd jego rodziny, wtedy oto utracił wszelkie panowanie nad sobą, zstąpił na Gelizme, do Ilitranu, objął przywództwo nad orkami i poddał sobie gobliny. Te chętnie na to przystały, widząc w nim zbawcę, dzięki któremu będą mogły wrócić na światło słoneczne, do łask Pradawnych.

Tak oto zakończyła się Era Światłości a rozpoczęła się Era Krwawa. Ciągłe boje szarpały Gelizme, zdesperowane królestwa prosiły elfy z Rozmistu o pomoc, lecz te zbyt były zajęte własnymi wojnami między sobą, by obchodziły je sprawy na odległym kontynencie.

Bolotes wtedy przybrał imię Upadły, by całkowicie odciąć się od Pradawnych, i utworzył swój tron na Szczycie Salmidriona, jako ostateczna hańba i bluźnierstwo przeciw bogom. Krasnoludy zeszły głębiej pod ziemię i zaczęły toczyć ciężkie boje ze sługami Upadłego, lecz ten nie potrafił wedrzeć się do ich fortec.

W złości wziął orka i skrzyżował go ze zwierzętami, słoniem z Archipelagu Półksiężyca, bykiem z Lykanii, koniem z Elmintaru i lwem z Pustyni Hidigaliusa. Tak oto powstał troll. Stwór odrażający, wysoki na trzy metry i niewyobrażalnie silny. Jednak przez zbyt mocnie instynkty zwierzęce utracił swój rozum, i stał w rozwoju jeszcze niżej od potępionych goblinów. Jednak były one lojalne Bolotesowi, widząc w nim swojego najjaśniejszego pana.

Te zdołały zniszczyć kilka siedlisk krasnoludów, lecz wytrwali górnicy znaleźli i na nie sposób. Swoją obronę umocnili potężnymi machinami wojennymi, które wcześniej nadawały się tylko do oblegania zamków. Teraz służyły do ich obrony.

Upadły więc znów wziął orka i skrzyżował go z krasnoludem oraz goblinem na powrót, lecz tym razem tchnął w niego swą boskość. Stworzył ogra, który znał się na magii, był mądry i waleczny, lecz utrzymanie ich przy życiu i rozmnażanie stało się problematyczne.

Chcąc utworzyć nową rasę, nadał bykowi oraz lwu cechy ludzkie, tworząc odpowiednio minotaura i chimerę. Lecz i one były równie problematyczne co ogry, chociaż wyjątkowo potężne.

Ostatecznie skrzyżował człowieka z koniem, tworząc centaura. Lecz ten się zbuntował, widząc rozumem ludzkim te wszystkie okropności. Uciekł na zachód, zatrzymany dopiero przez Wąwozy Cienia, i na jego granicy z Ilitranem, wytworzył sieć własnych osiedli. Wciąż nękane, lecz przez waleczność ceuntautrów, wciąż niepokonane.

Te wszystkie plugastwa zamieszkały w Ilitranie, chociaż centaury wiele razy dostawały zaproszenie od elmintarów, by zamieszkały na ich ziemiach i wstąpiły do ich kawalerii.

Przedwieczni widzieli to wszystko, i bardzo im się to nie podobało. Nie chcieli zabijać Bolotesa, członka swojej rodziny, jednak dali rasom „czystym” kolejne narzędzia, do ukrócenia władzy Upadłego.

Merion skrzyżował krasnoluda z elfem, by ten nadal był pracowity, ale już bardziej wrażliwy na piękno. Stworzył gnoma, który osiedlał się przy krasnoludach, by ich ozdoby czynić jeszcze piękniejszymi i czerpać większe zyski z ich sprzedaży.

Magowie, widząc starania Pradawnych o utrzymanie kruchej równowagi, sami zaczęli tworzyć. Tak oto tchnęli życie w stertę kamieni i stworzyli golema, całkowicie oddaną istotę, która nie myśli, tylko wykonuje rozkazy, przy tym uważając na życie i zdrowie pana oraz jego otoczenia.

Później golemom z lżejszych skał, jak pumeks czy piaskowiec, dodali skrzydła i nakazali im lot. Ten zaczął latać, i tak oto powstał gargulec. Było to niewyobrażalne zwycięstwo dla „czystych królestw”. Tak oto nikt nie musiał ginąć, by utrzymać spokój na granicy, plugawe istoty niszczyły ożywione skały. A gdy zostały zniszczone, wystarczyło tchnąć życie w nowe.

Bolotes poczuł się oszukany. Stworzył więc szereg bestii, które rozmnażają się szybko, osobno są słabe, ale w stadzie bywają bardzo groźne. Człowiekowi doprawił skrzydła ptaka i wmieszał w to krew orka, tworząc harpie. Następnie podniósł z grobów szkielety dawnych wojowników oraz rozkładające się ciała martwych osób, tworząc tak szkielety oraz zombie, które były równie bezmyślne, wytrzymałe i groźne, jak golemy i gargulce.

Lecz było mu to za mało, Bolotes zafascynował się śmiercią. Na Ashthron wtedy padł cień grozy, gdyż Upadły zaczął w straszny sposób eksperymentować z trupami. Trupom elfów nakazał pić krew i dodał mu skrzydła nietoperza, tworząc tak wampiry, które żyły długo zachowując swój umysł, lecz światło słoneczne osłabiało ich moce i tworzyły bolesne rany.

Nawet ci, których kości całkiem spróchniały, nie mogli cieszyć się wiecznym spoczynkiem. Okrutny władca zaczął przyzywać ich duchy i im nakazywał służbę. Te przybierały bardziej materialne formy i mogły szkodzić „czystym rasom”.

Wtedy trollowi odebrał oko, by zrobić behemoty, niedźwiedzie z potężnymi szponami, trójką oczu i wielkością dorównującą trollowi. A te trolle, które zostały pozbawione jednego oka, stały się cyklopami, które gorszy wzrok nadrabiały siłą mięśni.

Potem węże wodne wyciągnął na ląd, splótł po kilka ze sobą i stworzył hydry o siedmiu głowach. Nadał im wielką siłę i zdolność szybkiej regeneracji. Wielkie cielsko było powolne ale bardzo silne i niebezpieczne.

Tak oto Upadły pustoszył krainy przylegające do Ilitranu, jego plugawego królestwa.

Wtedy Gelvioną uniósł gniew, nie mogła już patrzeć, jak jej potępiony syn niszczy tak piękne miejsca. Dała koniom skrzydła, by te mogły się unieść, i uciec od tych okropieństw. Wtedy elfy, jako jedyne, zdołały poskromić część z nich, i dosiadać jak wierzchowców. Tak oto elfy z Felgonu zdobyły potężną broń, bardzo im potrzebną, przy wyspiarskim państwie.

Gelviona jednak nie ustawała w swoich wysiłkach, tchnęła rozum w drzewa i obudziła rasę entów, które miały strzec lasów, przed nadmierną wycinka, tak przez Ilitran, jak i królestwa ludzi, elfów i krasnoludów.

Później znów wzięła konia, i tym razem dała mu róg, by zamiast tylko uciekać, mógł walczyć. Jednocześnie nadała mu pewną płochliwość, by rasy rozumne nie zdołały go dosiąść. I tak oto Rozmist oraz Gelizme zapełniły się jednorożcami.

Na koniec połączyła zdolność lotu orła z walecznością lwa, i uczyniła z niego istne mordercze stworzenie, jako odpowiedź na chimerę, nazywając je gryfem. Zasiedlały one, przede wszystkim, całe pogranicze z Ilitranem i odżywiały się mięsem upolowanych plugastw z najciemniejszych otchłani Bolotesa.

Na sam koniec jaszczurce nadała rozmiary trolla, ofiarowała jej skrzydła i zdolność plucia ogniem. Tę straszną, chociaż rzadką, kreaturę nazwała smokiem. Tylko najpotężniejsi magowie zdołali je poskromić. Smoki wolały się ukrywać, lecz gdy już zaatakowały, ich złość i siła były przeogromne.

Bolotes zafascynował się nowymi stworzeniami matki. Nadal bał się stanąć do bezpośredniej walki ze swoją rodziną, więc brał jedynie ich konstrukty, i plugawił je swoją mocą, by uprzykrzyć Przedwiecznym spoglądanie na Ashthron.

Tak też zabił kilka smoków, próbując zdobyć choć jednego. Kiedy mu się to w końcu udało, nadał mu zdolności skorpiona i pająka. Nowe stworzenie posiadło zdolność plucia kwasem i gryźć jadem, lecz o wiele zmalało. Nazwał je tedy wiwerną.

Następnie wiwernie dał moc zamiany spojrzeniem w kamień, jednak odebrał jej skrzydła. Ta bezlitosna i potworna kreatura zdobyła miano bazyliszka.

Jednak Upadły nie poprzestał na tym. Wciąż eksperymentował, chcąc stworzyć broń własną i idealną.

Wtedy ponownie skorzystał z mocy swego smoka i, ku ostatecznemu splugawieniu, podał mu swoją krew. Istota zdobyła niesamowicie potężną moc Przedwiecznych. Podobnie jak i Bolotes, lubowała się w wypaczaniu wszystkiego. Istota ta nazwana została Potępionym. Smok ten otrzymał także dar rozumu, stał się niesamowicie przebiegły i mądry. Będąc jedynym w swoim rodzaju, zasiadł po prawicy Bolotesa, i od teraz razem knuli przeciw Przedwiecznym i Ashthronie.

Potępiony doradził, by Bolotes skorzystał ze swej boskiej mocy, i swą krew podał łosiowi. Ten nabrał siły, stał się trzykrotnie większy i zaczął pustoszyć wsie Królestw Południa, które sobie szczególnie upodobał.

Na koniec, wciąż fascynując się śmiercią, uwięził duchy poległych z jego ręki smoków, i nakazał im powstanie. Tak oto kości smoków wróciły do życia i stały się potężnymi wodzami w armii Upadłego.

Wszystkie splugawione istoty, nawet jeśli uciekły z klatek, i tak były podległe Bolotesowi, które wykorzystywał je do siania cierpienia i mordu.

Wszystkie poza centaurami, które szczerze go znienawidziły za te niecne występki, i poprzysięgły zemstę.

Matka Bolotesa, Gelviona, widząc to plugawienie kolejnych jej stworzeń, zaczęła rzewnie płakać nad losem ich i ras rozumnych. A każda łza, która spadła na człowieka, uczyniła go boskim. Wokół niego pojawiała się niebiańska aura, wyrosły wielkie, orle skrzydła, posiedli moc potężniejszą od największego maga, a w ich sercach zagościł spokój i miłość do wszystkiego, co żywe i czyste.

Tak oto pojawiły się anioły, które zrzuciły okowy ludzkiego życia, i w pełni poddała się woli Przedwiecznych. A ci rozesłali anioły po całym Ashthronie, by czyniły dobro i pomagały mieszkańcom. Jednocześnie nakazały zważanie na swój los, gdyż byli jedynymi a następni pojawić się już nie mogli.

I wojny wciąż trwały, Upadły stale knuł przeciw swej rodzinie, i starał się ją poniżyć. A swej armii kazał gnębić wszystkie królestwa, które wdały się w długą i krwawą wojnę.

W tych niespokojnych czasach nikt nie zauważył, że część ludzi, chcąc uciec od tych okrutnych czasów, skryła się na dnie mórz i oceanów. Sama poddała się przystosowaniu do nowych warunków życia, i niezauważona nawet przez Przedwiecznych, powstała rasa kobiet-syren i mężczyzn-trytonów. Żyli w spokoju i rozwijali się sami.

Później blady strach spadł na Ashthron, gdy Retidorum, miasto w całości wzniesione dzięki magii, zostało obłożone potężną i nieznaną klątwą. Nawet sam Upadły nie był w stanie jej okiełznać i poddać swej woli. Wielkie miasto leżało w północnej części Lykanii, tuż u styku z granicą Olmandsu.

Zaczęły się tam panoszyć najróżniejsze kreatury, które nie wiedzieć czemu, ściągały tam z najodleglejszych rejonów Ilitranu, i zamieszkiwały. Potem bardzo szybko się mnożyły, i zalewały swą obecnością Południowe Królestwa.

Władcy się na to nie godzili, bardzo szybko powołali Zieloną Straż, jednostkę zbrojnych ze wszystkich czterech królestw, która miała stacjonować w okolicy Retidorum, i dbać, by żadna kreatura nie zaatakowała wiosek i miast. Dodatkowo oferowała godziwą nagrodę każdemu ochotnikowi z innych królestw oraz najemnikom.

Tak oto Zielona Straż, ciężkozbrojni wyposażeni w najlepsze pancerze i broń krasnoludów z Gór Niebieskich, strzegli porządku. W odległości trzydziestu kilometrów od miasta zaorali pas ziemi, by nic nie mogło wyrosnąć i splugawić pól okolicznych wieśniaków. Ustawili także palisadę i ostrokół. Do tego co pewien czas, przy posterunkach, ustawiono machiny oblężnicze. Z trzech miejsc Retidorum było odcięte od reszty Gelizme. Jedynie od północy, z rejonów plugawych ziem, był wolny wstęp. A Bolotes skrzętnie z tego korzystał.

Po upadku Retidorum nastał nowy czas, Era Mroku.

Czasy pełne niepokojów, gdyż każdy czół, iż ostateczna konfrontacja Upadłego z Przedwiecznymi nastąpi już niedługo.

 

Rozdział II – Strażnicy zieloni jak trawa

 

Nad Retidorum wisiała świetlna łuna, mimo czarnej, bezksiężycowej nocy, samo miasto idealnie odcinało się na tle ciemnego nieba. Blask bił z głównej warowni, gdzie magowie odprawiali swe rytuały. To właśnie tam mnożą się plugastwa.

Nieliczni się tam zapuszczają, a jeszcze mniej z nich wraca. Jedynie Zielona Straż co jakiś czas robiła wypady w głąb miasta, by przetrzebić narastającą liczbę potworów, i zdobyć próbki do badań magów.

Jednak magowie nie ograniczali się jedynie do eksperymentowania nad truchłami plugastw. Przeprowadzali swoje magiczne zabiegi także na członkach Zielonej Straży. I tak oto, nie posiadając mocy, niektórzy byli w stanie zmieniać się w zwierzęta, jak rodowici magowie z Lykanii.

– Będzie dzisiaj kolejny gon, mówię wam – Ciężko westchnął Kulawy, stary już facet, niegdyś oficer potężnego oddziału ochraniającego karawany z Kumsyku. Teraz, przez okulawienie lewej nogi podczas jednej z walk, został wysłany tutaj.

– Oby nie, mam dość po ostatnim patrolu – Splunął w ognisko Ztran, strzelec wyborowy ich Drużyny 85, oddziału tuż przy granicy między palisadą Retidorum, Lykanii i Ilitranu, liczącego sobie na dzień dzisiejszy dwudziestu wojowników różnego przeszkolenia. Drużyna 85 składała się z Sekcji 1 i 2, oni byli w „dwójce”, pozostali pilnowali murów kawałek dalej na południe. Był bardzo wysoki i barczysty, włosy miał wygolone po bokach i na środku głowy zostawiony pasek. On z kolei pochodził z jednego z miast w Związku Niezależnych Miast Ulgardy.

– Bo lepiej siedzieć na wieży strażniczej, i strzelać do wszystkiego, co się rusza, zamiast samemu trochę pochodzić, co? – Złośliwie docięła X’iana, elfia najemniczka z Rozmistu, północnego rejonu Elfów Śniadych. Jej skóra miała kolor lekko brązowawy, była bardzo wysoka i urodziwa, jak to elfka. Wzrostem dorównywała Ztranowi. Jednak jej piękną buźkę szpeciła paskudna blizna idąca od prawego kącika ust, przez policzek i półkolem otaczała oko, kończąc się zaraz przy czole. Pamiątka po jednej z kolejnych wojenek zjednoczonych królestw Gelizme i Ilitranu.

– Nie każdy ma takie długie i piękne nogi, co by chodzić na nich bez przerwy tam i z powrotem – Opryskliwie rzucił jej Ztran. Nie przepadali za sobą, co i raz wyzłośliwiając się na siebie nawzajem.

– Proooooszęęęę was… – Jęknął Kulawy – Dajcie sobie chociaż dzisiaj spokój. Łeb mi pęka. I mnie też się nie podobał ten patrol.

X’iana powstrzymała się od komentarza, szanowała go, w końcu był dowódcą tego oddziału.

– Junak, co sądzisz? – Oficer zwrócił się do tropiciela, chłopaka nadzwyczaj młodego. Nie wiadomo skąd pochodził, ani czemu tak bardzo chciał się zaciągnąć do Zielonej Straży. Jednak szybko doceniono jego zdolności. Nie należał do gadatliwych. Niski ale zwinny, oczy rybie, jasna cera i rude włosy raczej nie czyniły go wybitnie przystojnym.

– Wyczuwam biesa. Gdzieś się tu kręci, próbuje nas podejść, ale wciąż trzyma się poza zasięgiem – Odpowiedź zdawkowa i dokładna, jak zwykle.

– Nie chce podejść, to nie. Jesteśmy bezpieczni, nie ma co zaciskać zwieraczy – Wzgardliwie wzruszył ramionami Velocirept, rodowity lykanin. O nim z kolei można było powiedzieć, że był urodziwy. Wzrostu przeciętnego, przyzwoitej budowy ciała. Oczy czerwone i włosy niebieskie, krótko ostrzyżone, wynik eksperymentów magów. Potrafił jednak przemieniać się w wielkiego niedźwiedzia. Dlatego zwykle chodził w lekkim pancerzu, podczas nagłej przemiany pełna zbroja płytowa się rozrywała, a była ona niezwykle droga, dowództwo już raz odmówiło zakupu nowej, po kolejnym takim wybryku.

– A ty, helsfiagu, co sądzisz? – Zapytał dowódca kolejnego najemnika, jakiegoś faceta z Helsfiagu. Nikt nie zwracał się do niego po imieniu, bo i ono było jakieś dziwne, ciężkie do wymówienia, a sam facet był nowy w zespole, nie zaakceptowano go jeszcze jako pełnoprawnego brata broni. Kiedyś tylko wspomniał, że walczył w Wąwozach.  

– Głupie bydle – Warknął tylko, sam nie czuł się pewnie, i wolał nigdy się nie odzywać więcej, niż to potrzebne. Miał duży brzuch przy niskim wzroście, twarz noszącą ślady ospy, oczy prawie białe. Do tego był kompletnie łysy.

A wśród tych wszystkich rozmów siedział Folang. Mężczyzna z Elminteru, ochotnik. Był średniego wzrostu, o dużej tężyźnie fizycznej, chociaż o słabo zarysowanych mięśniach. Doskonale jeździł konno, często robił za gońca. I nawet to lubił.

Brązowe włosy mocno wygolił po bokach głowy i z tyłu, na górze zostawił nieco dłuższe. Oczy miał kolory fioletowego. Tatuaż na prawym oku z różnymi esami-floresami, w stylu krasnoludzkim, dochodziły też do policzka i czoła. Był lubiany przez oddział, chociaż sam wolał trzymać się na uboczu.

Przyszedł tu, by zmienić los. Zbyt wiele razy musiał odpierać najazdy goblinów, wychodzących z Wąwozów Cienia. Zbyt wiele razy widział śmierć towarzyszy broni. Zbyt wiele ran nosił w sobie, w swoim sercu.

Postanowił zniszczyć Ilitran, z pomocą Pradawnych, lub bez. Obojętnie. Jednak wiedział, że kluczem do sukcesu jest właśnie Retidorum. Skoro sam Upadły nie dał rady się przeciwstawić mocy wewnątrz murów, to znaczy, że można ją wykorzystać, by go zniszczyć.

– Hej, Folang! A ty coś taki zamyślony? – Zapytał Quadrilion, krasnolud z ludów żyjących pod Szczytem Salmidriona. Brązową brodę nosił prawie do kolan, zaplatał ją w dwa gęste warkocze.

– Tak sobie… – Mruknął Folang, podniósł się z trawy, na której leżał niemal przy samym ognisku, i udał się na przechadzkę.

– Co go ugryzło? – Ymin, pikinier z Olmandsu już chciał się podnieść, jednak Kulawy zatrzymał go ruchem dłoni. Dobrze znał swojego najlepszego kawalerzystę, wiedział, że ten czasami po prostu lubi pobyć sam.

Kawalerzysta odszedł kilka metrów, wciąż słyszał rozmowy i widział siedzących przy ognisku, jednak sam pozostawał poza ich zasięgiem wzroku.

Miał dobrych trzydzieści osiem lat, ostatnie chwile na bohaterstwo. I skusił się, przybrał ciężką zbroję, pełny pancerz płytowy. Na piersi wymalowana na zielono zaciśnięta i uniesiona pieść, na ramionach paski biegnące do dłoni. Typowy znak charakterystyczny Zielonej Straży.

 

 

Jednak nikt z obecnych, poza Kulawym, nie wiedział, czemu tak naprawdę zabawia się w herosa.

Orkowie ponad piętnaście lat temu napadli na jego wioskę. Zabili większość mieszkańców, rannych zostawili na pewną śmierć, chałupy spalili. On sam uratował się tylko dlatego, że wtedy był na rutynowym wojskowym patrolu wzdłuż Wąwozów Cienia. Orkowie i gobliny obeszli ich pozycje od północy, wyszli ze swoich nor bardzo blisko granicy Elmiteru, przeszli przy grani Gór Słonych i zaatakowali. Niespodziewanie, brutalnie i bezlitośnie.

Zwiad ośmiu kawalerzystów zastał już pobojowisko. Rannych dobili, trupy pogrzebali, resztki dobytku zniszczyli. A następnie rozeszli się we wszystkie strony świata, obiecując sobie na honor i życie, że zrobią wszystko, by się zemścić.

Żona, syn i dwie córki Folanga spoczęły we wspólnej mogile za jego, tlącą się już, chałupą.

Odetchnął zimnych, wieczornym powietrzem. Nie miał ochoty na wspominki. Wrócił do żołnierzy i znowu położył się blisko ogniska. Wpatrzył się w płomienie. Jednak nie dane było mu odpocząć w spokoju, od strony ich pleców, z krzaków przy lesie, doszło głuche warczenie.

– Nareszcie… – Wyszczerzył zęby Velocirept, zerwał się z miejsca, przeskoczył płomienie, i już w locie zaczął się przemieniać.

– Ani mi się waż…! – Krzyknął za nim Kulawy, lecz lykanin wylądował już na czterech łapach, i gnał wprost do lasu. Warkot się powtórzył.

– Siedzieć na dupach, broń pod ręką! I niech nikt nie waży się iść za nim, bo z miejsca zastrzelę! – Uspokoił swoich ludzi Kulawy i sam złapał w dłonie swój łuk refleksyjny.

Z krzaków dobiegały odgłosy szamotaniny. Ryki, warkoty, pomrukiwania. Co jakiś czas charkot i wizg. Dobrych dziesięć minut zajęło Velocireptowi rozprawienie się z bestią. Potem zapadła cisza.

– Może pójdę sprawdzić? – Zaproponował Quadrilion.

Kulawy długo myślał, rozważał opcje.

– Junak? – Zagadnął tropiciela.

– Krew – Mocno zaciągnął się powietrzem – Dużo krwi. Plugawa. Na pewno załatwił biesa.

– To czemu nie wraca? – Zaczepnie warknęła X’iana.

– Znacie Velocirepta, pewnie szykuje sobie trofeum – Spokojnie odparł dowódca, Junak jeszcze nigdy się nie pomylił, a oficer mu ufał – Możecie wracać do swoich spraw.

Wszyscy jednak nadal byli podenerwowani. Wszyscy poza Folangiem. On widział. Nie był pewien jak, ale widział. Mimo mroku, mimo zasłony z liści krzewu. Widział całą tą szamotaninę. Jak lykanin uderza biesa niedźwiedzią łapą po pysku, jak staje wyprostowany i uderza w pozycji bokserskiej.  

Nie poddawał się żadnym eksperymentom, czarodziejów też do siebie nie dopuszczał. A jednak w jakiś sposób mógł to zaobserwować.

Może ciągłe przesiadywanie w pobliżu ruin Retidorum odcisnęło na nim swój ślad?

Może.

To już nie na jego głowę.

Jednak od samego początku był spokojny o losy Velocirepta. Właśnie dlatego ani na chwilę nie zmienił swojej pozycji.

X’iana spojrzała na Folanga zazdrośnie. Była od niego starsza dobre sto pięćdziesiąt lat, walczyła w roli najemnika na długo przed jego narodzinami. Jednak do tej pory nie potrafiła wyrobić sobie tak stalowych nerwów, jakie miał ex-kawalerzysta.

A on udawał, że nie zauważył tego spojrzenia. Może i traktował wszystkich z dystansem i rezerwą, ale na pewno nie miał ochoty na kłótnie czy spory.

Lykanin wrócił, nadal pod postacią niedźwiedzia, na futrze ledwo opinał się pancerza, szwy mało nie puściły, blachy mocno napęczniały. W pysku trzymał truchło biesa, wyjątkowo dużego nawet jak na standardy Retidorum. Ledwo go dociągnął do ogniska. Potem zrobił dwa kroki w tył i wrócił do normy, poprawił na sobie zbroję, i popatrzył z satysfakcją na potwora.

– I co? Wielkie bydle, nie?

Kulawy, nadzwyczaj szybko jak na swoje przezwiskom, dobiegł do niego i kilka razy zdzielił po głowie otwartą dłonią.

– Co ja ci mówiłem?! Ile razy powtarzałem?! To, że jesteś zmienny, nie oznacza, że możesz tak ryzykować! Życiem swoim ani naszym!

– Dowódco, spokojnie, przecież wszyscy są cali… – Skulił się i próbował zasłonić, jeszcze przed chwilą groźna bestia, teraz wyglądał jak niesforny uczniak karany przez swego nauczyciela.

– I ile tak jeszcze?! Dwa razy, trzy, pięć, dziesięć?! A jak się w końcu nie uda?! Bestia tylko się wścieknie, i ze zdwojoną mocą rzuci na nas!

– No ale przecież…! – Próbował wtrącić się Velocirept.

– Żadne „ale”! Dostajesz trzy patrole ekstra! I to – Zawiesił głos – Bez „kudłatego”!

Lykanin się poddał, wiedział dobrze, że nie ma sensu się kłócić z Kulawym. Usiadł tylko taki zmarnowany i spuścił głowę.

– Szefie… – Ledwo słyszalnie szepnął Ztran.

– Hm?

– Patrz na najwyższą wieżę Retidorum…

Folang również się odwrócił. W oknie pojawiło się światło i jakaś postać. Jak, do licha, Ztran to zauważył?! Przecież siedział tyłem do zamku!

– Co do…? – Oficer chciał wstać, ale strzelec wyborowy syknął ostrzegawczo.

– Patrzy tak na nas, odkąd Velocirept się przemienił i pognał w krzaki – Ztran wciąż wlepiał wzrok w ognisko, udawał, że wszystko jest w porządku.

– Junak…?

– Nie wiem, kiepsko go widzę – Bezsilnie westchnął chłopak.

– To mag – Odezwał się Folang. Wszystkich to zmroziło.

– A ty sąd możesz o tym wiedzieć? – Parsknęła X’iana.

– Widzę.

– Nawet Junak go z tej odległości nie widzi.

– Nie jestem Junakiem.

Wszyscy spojrzeli na niego pytająco. Jeszcze nikomu się nie zwierzył z tej przypadłości.

– Nie wiem, to chyba przez te resztki magii w murach. Po prostu widzę, jasne? I lepiej złóżmy mu wizytę, bo żaden mag nie jest w stanie się tutaj nawet zbliżyć. Zaraz krew z nosa, drgawki, omamy. Sami dobrze wiecie, widzieliśmy to już kilka razy – Folang wstał i otrzepał pancerz.

– Po ciemnicy nie ma co tam iść – Kulawy w zamyśleniu potarł brodę.

– A za dnia już go nie będzie. Jak chcemy go dopaść, to teraz.

– Nie wiem, Folang. To tylko twoje przypuszczenia.

– Widzę go, do cholery! Jak wy się boicie, to pójdę sam! – Poprawił swój pas z mieczem i gwizdnął na konia pasącego się nieopodal. Nie był uwiązany, więc zaraz do niego podszedł. Reszta oddziału siedziała w miejscu, może i nie zawsze zgadzali się z Kulawym, jednak łańcuch dowodzenia był dla nich ważny. Bez rozkazu nigdzie nie pójdą.

Cholerne tłumoki.

Spojrzał na nich po raz ostatni z wysokości konia, ponownie gwizdnął i od razu popędził wierzchowca do cwału.

Pędził w ciemności wprost na zachodnią bramę. Jednak wiedział, kiedy spiąć konia. Widział wszystkie przeszkody. Sam nie rozumiał swego daru, czy też przekleństwa. Raz widział mimo ścian, innym razem w zupełnych ciemnościach mógłby czytać, to znowu z wielkich odległości dostrzegał każdy szczegół.

Dobił do bramy i tam już zwolnił konia do stepu, odgłos podkutych końskich kopyt na bruku mógł za bardzo się nieść, a ostatnie czego chciał, to kolejnej wizyty lokatorów ruin.

Już sobie wyobrażał, jak Kulawy wyklina na niego, te ruiny i cały świat. Ciekawe, co teraz zrobi…

Mag wciąż tam był. Światło zniknęło, ale Folang wiedział, że tam jest. Nawet, jeśli dar teraz nie działał, to i tak czuł to. Po prostu coś mu mówiło, że ten facet wciąż tam jest.

Prowadził konia powoli, ostrożnie. Poddał się swojemu instynktowi, odkąd zaczął „widzieć”, nauczył się bezgranicznie mu ufać.

Wszystko wydawało się spokojne, chociaż w nocy nie powinien nawet ujść stu metrów od resztek mostu zwodzonego. Coś już dawno powinno go dopaść i zeżreć.

Z sykiem wyciągnął ostrze z pochwy u pasa. Łowił każdy dźwięk, ale wśród murów odbijał się jedynie stukot podków jego wierzchowca. Patrzył wciąż w okno najwyższej wieży, chociaż już nic tam nie widział.

Dłuższą chwilę zajęło mu dotarcie do zamku wysokiego. Tam zostawił konia samopas, jak zwykle nawet go nie wiązał. Cicho i ostrożnie stąpając, szedł wzdłuż ściany. Wejście do tej wieży było od strony pomieszczeń mieszkalnych i wewnętrznego dziedzińca.

A Folang jednak wolał dziedziniec.

Szybko przebył otwartą przestrzeń, pchnął drzwi i zaczął się wspinać po krętych schodach. Zmachał się, zanim doszedł na ostatnie piętro. Tam delikatnie uchylił drzwi, które zachowały się w nadzwyczaj dobrym stanie, chociaż już pięćdziesiąt lat minęło od upadku miasta magów.

W środku było ciemno, a zdolność nie chciała wyjawić mu tajemnicy wnętrza. Otworzył więc drzwi do końca i wszedł do pomieszczenia z mieczem przed sobą, w paradzie.

Wtedy coś go oślepiło, potężny blask, który musiał się dosłownie wylewać przez drzwi i okno.

– A więc jesteś… – Głos władczy, donośny, jakby ze wszystkich stron i jednocześnie znikąd.

– Ktoś ty? – Folang próbował zasłonić oczy dłonią.

– Mam wiele imion, jednak nie są one ważne. Ważny jesteś ty.

– Czego ode mnie chcesz? Ty napuściłeś na nas biesa? Ty wyczyściłeś Retidorum?

– Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.

Światło zaczęło szybko topnieć, został tylko miły blask płonących polan w kominku. Wieża wyglądała tak, jak w chwili opuszczenia jej przez lokatora. Nawet kurzu nie było.

Niemożliwe…

– Gdzie jesteś? – Zawołał elminterczyk do pustego pokoju.

– Wszędzie. I nigdzie. Byłem, jestem i będę.

– Dlaczego mówisz tak zagadkowo?

Przed Folangiem pojawiła się nagle jakaś postać. Najpierw delikatny cień, potem zaczęła robić się czarna łuna, aż w końcu nabrał kolorów. Stał przed nim stary mężczyzna, całkiem siwy, z brodą do podłogi. Długie włosy spadały na ramiona, nie można było rozpoznać jego twarzy. Ubrany był w szatę magów.

– Mam do spełnienia pewną misję. Ale do tego będziesz mi potrzebny ty – Rzekł mężczyzna, jakby to była zwykła prośba o kromkę chleba.

– Ja?

– Ty. Pomogłem ci już, czas się odwdzięczyć.

– Pomogłeś? Niby w jaki sposób?

– A czyż nie dotarłeś tu cało? Czy nie widziałeś, jak ten zmienny walczył z biesem? Czy moja obecność w oknie była dla ciebie zagadką? – Odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Więc… To ty? Przez ciebie mam… To coś? To „widzenie”?

– Przeze mnie – Przyznał mag – Ale chyba nie powiesz mi, że ci się nie podoba?

Folang zmilczał.

– Podejdź. Przyjmij ode mnie ten oto znak.

Wziął dłoń elmintera w swoją. Pojawił się niebieski dym, chociaż nie było czuć ciepła ognia. Po chwili na grzbiecie lewej dłoni niebieski linie zaczęły układać się w znak. Była to dwójka, gdzie przez podstawę przechodziła prostopadle kreska, przypominając teraz czwórkę. Wyszło jak złączenie tych dwóch cyfr, do tego były wpisane w romb.

– Co… Co to?

– To znak ode mnie. Twoja nagroda. I zabezpieczenie.

– Jak to?

Mag zamiast odpowiedzieć, szybko uniósł dłoń nad głowę, pojawiło się wokół niej mnóstwo dymu. Z rozmachu uderzył Folanga w skroń i przytrzymał go, ten nawet nie zdarzył zasłonić się mieczem. A po chwili krzyknął, tym razem dotyk był gorący, czuł ten żar. Ich obu spowił dym, ślad dłoni odciskał się na boku głowy kawalerzysty. Mag nic sobie nie robił z krzyków ani chaotycznych prób uderzenia go.

– Puść chłopaka! – Ktoś krzyknął. Mag się zdekoncentrował, uniósł wzrok i spojrzał ponad ramieniem Folanga. Ten skorzystał z okazji, przesunął ostrzem zaraz przed swoją twarzą, zrobił zamach na całą długość ramienia i uderzył prostopadle w korpus maga.

Ostrze przeszło na wylot bez oporu, jakby przeciął powietrze. Cień zaczął się rozpływać. Ztran strzelił z kuszy, bełt powędrował o centymetry od uszkodzonego boku głowy Folanga, i wbił się w cień.

Cień zniknął. Bełt także. Strzelec wyborowy trafił.

Elminterczyk padł na kolana, znowu krzyknął, ślad mocno go zabolał w momencie, gdy mag całkowicie zniknął. Cała Drużyna 85 wpakowała się do ciasnego pomieszczenia i stanęła wokół niego.

– Folang, co ci jest?! – Kulawy złapał go za ramiona – Hej, nie odlatuj mi tu!

Mężczyzna już zaczynał tracić przytomność, a dowódca bez ceregieli dał mu mocno po twarzy. Potem drugi raz. Za trzecim razem uderzył w odcisk dłoni maga.

To ocuciło Folanga.

– Kto to był? – Wycharczał przez ściśnięte bólem zęby.

– Chcieliśmy cię zapytać o to samo.

– Wybacz, nie przedstawił się – Kawalerzysta spróbował wstać, ale rana zabolała jeszcze gorzej, znowu wylądował na klęczkach.

– Nie szarżuj, siedź jeszcze. Czemuś się tu sam wpakował?

– Musiałem zrozumieć – Wychrypiał Folang.

-Zrozumieć co?

– Dar.

– Dar? – Kulawy w zdziwieniu podniósł brwi.

– Mówiłem, że go widzę.

– I ten dar chciałeś zrozumieć? Magowie ostrzegali, że bliskość Retidorum może nam namieszać – Kumsykańczyk starał się uspokoić Folanga.

– Nie. Ja to musiałem wiedzieć. Kim on był? Przecież magowie nie dają rady tu wejść.

– I właśnie tego musimy się dowiedzieć – Dowódca kiwnął głową na resztę, która przyglądała się im w ponurym milczeniu. Ztran i Quadrilion wzięli elminerczyka po ramiona, i pomogli mu zejść po schodach, reszta ubezpieczała ich.

– Czyli gdzie teraz? – Zapytał Folang.

– Główny obóz na południu, mają tam jakiegoś maga bitewnego, jednego z nielicznych, którzy ocaleli z tej katastrofy.

 

Rozdział III – Naznaczony

 

– Ile nam to zajmie? – Zapytał Folang, nadal podtrzymywany. Ledwo powłóczył nogami, ten mag musiał mu jakoś odebrać siły.

– Noc ma się ku północy, ze świtaniem powinniśmy być u celu – Kulawy spojrzał w niebo.

– Tak długo?

– A coś ty się spodziewał? Jako były kawalerzysta i nasz goniec masz konia, ale my musimy za tobą gnać piechotą.

Elminterczyk mruknął pod nosem. Zielona Straż powinna zainwestować w konie, zdecydowanie. Dobrze, że on swojego zabrał z sobą, po odejściu ze służby.

Pomogli mu wsiąść, a on złapał Quadriliona za przedramię i wciągnął go przed siebie, prawie na kark konia.

– Czuję się… Dość niekomfortowo – Krasnolud z ukosa spojrzał na swojego przewodnika.

– Prędzej zacząłbym dobierać się do Ztrana, niż do ciebie.

– Hej! – Z obrzydzeniem wstrząsnął ramionami Ztran.

– Hej! – Z ubolewaniem mruknął Quadrilion.

– Hej! – Z goryczą warknęła X’iana.

– Koniec tego migdalenia się, ruszamy – Wszystkich uspokoił Kulawy.

Udali się wzdłuż miasta, z lewej mając resztki murów, z prawej pas zaoranej ziemi. Marsz był nudny, Folang musiał w pewnym momencie przysnąć, bo poczuł w pewnym momencie na brodzie uderzenie ramienia Quadriliona.

– Jesteśmy na miejscu, koniec spania, cwaniaczku.

Kawalerzysta przeciągnął się w siodle, na ile mógł, i spojrzał przed siebie. Rzeczywiście, spore obozowisko, wiele dogasających ognisk, mnóstwo namiotów najróżniejszych rozmiarów. Na samym środku dwa małe budynki z drewna, postawione już przez samą Zieloną Straż.

– Dzięki za podwózkę – Krasnolud zeskoczył na ziemię.

– Nie ma sprawy.

– Spotkamy się jeszcze? – Quadrilion zatrzepotał rzęsami jak dzierlatka.

– Tak, przy kolejnym rąbaniu zombie.

– I to mi się podoba.

Przez twarze całej Drużyny 85 przemknął uśmiech. Rozeszli się po obozie, licząc na złapanie chociaż dwóch godzin snu. Kulawy poszedł do budynków dowództwa, a Folanga posłał do namiotu medyka.

Dyżurny sanitariusz obejrzał go całego, a na końcu stwierdził.

– Ja nic na to nie poradzę, mag cię pokaleczył, inny mag musi cię poskładać.

– A macie tu jakiegoś?

– Mamy. Ale to mag bitewny.

Folang gwizdnął z uznaniem.

– Czyli jednak. Niewielu ich zostało.

– Ano niewielu – Pokiwał głową medyk –Większość zginęła podczas katastrofy, nieliczni ocaleni zaraz potem, gdy próbowali opanować skutki swoich eksperymentów. Tylko garstka ostatecznie wydostała się z miasta wraz z cywilami.

Mag bitewny. No proszę…

Spośród nielicznej grupy osób ze zdolnościami magicznymi, magowie bitewni byli najrzadszymi nosicielami mocy Przedwiecznych. By takim zostać, trzeba było przejść długotrwały i uporczywy trening. Mogli oni rzucać potężne zaklęcia, zdolne unicestwić całe armie w ciągu chwili. Jednak wymagało to uwolnienia w sobie pokładów negatywnych emocji, a potem zapanowania nad nimi, niedopuszczenia, żeby tobą zawładnęły i zaślepiły w czasie walki.

A gdy to się już udało… Królestwa z Gelizme i Rozmistu podpisały międzygatunkowy Pakt Magów. Zobowiązywał wszystkich władców do niekorzystania z usług magów bitewnych podczas wojen. A każdy, kto ten traktat łamał, był wspólnymi siłami detronizowany, majątek dzielony a winni magowie traceni.

Jednak Ilitran nie podpisał zobowiązania. Orkowie także posiadali cząstki mocy. A wyszkolenie ich do roli magów bitewnych nie było tak trudne, z uwagi na ich zamiłowanie do siania chaosu. Jednak miewali problem z utrzymaniem w ryzach emocji. Często się zdarzało, że orkowy mag, już po rzuceniu potężnego zaklęcia, staczał się na samo dno, i w krwawym szale atakował każdego wokół siebie.

– Gdzie go znajdę?

– Pewnie w budynku dowództwa, facet chyba nigdy nie sypia.

Folang wyszedł z namiotu, i udał się do wskazanego miejsca. Tam Kulawy, w obstawie Ztrana, X’iany, Quadriliona, Junaka, Velocirepta, Ymina i helsfiaga rozmawiali z jakimś elfem, z wyglądu przypominał gelvionstanczyka. Reszta Drużyny zapewne próbowała odespać.

– O pokaleczonym mowa – Oficer wskazał Folanga.

– Tak, taaak… – Elf w zamyśleniu spojrzał na bok głowy kawalerzysty.

– I jak doktorku, będę żył? – Wydął wargi elminterczyk

– Potężne zaklęcie… Hmmm… – Opuszkiem palca dotknął środka odcisku dłoni – Sądzę, że to jest Odcisk Władzy.

Na te słowa helsfiag, szybkim ruchem, wyrwał nóż zza pasa i przystawił go do szyi Folanga. Najszybciej zareagowała X’iana, która już miała się zamachnąć mieczem, ale helsfiag wyciągnął swój i przytknął jego czubek do brzucha elfki.

Dwóch strażników maga podniosło swoje kusze, jeden celował w helsfiaga, drugi w elminterczyka. Na to Ztran chwycił swoją kuszę, i wycelował w tego, który mierzył do Folanga. Mag odskoczył jak oparzony i podniósł ręce, między nimi zaczęła formować się kula ognia. Quadrilion jednak był szybszy, swój topór ustawił między nogami elfa, ostrzem do góry.

Junak tylko uważnie obserwował wszystko, jednak jego włócznia była wycelowana w drugiego strzelca. A Velocirept przemienił swoje ręce w łapy, z pełną transformacją jeszcze czekał. Tylko Ymin nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Jego włócznia była dłuższa, niż ta Junaka, pomieszczenie było stanowczo zbyt ciasne, żeby dobrze się nią posługiwać. Złapał więc za sztylet i wyciągnął dłoń, jakby chciał nim rzucić.

– Wszyscy, kuuuuurwaaaaaaaa, stać! – Wydarł się na całe gardło Kulawy – Czy wyście ochujeli?! Co tu się odpierdala?!

– Znak – Warknął helsfiag, złowrogo patrząc w oczy Folanga – Ma znak. Sami słyszeliście, Odcisk Władzy. Wcześniej nie byłem pewien, ale teraz już się wszystko wyjaśniło.

– Chłopie, dajże spokój, o co i chodzi? – Kawalerzysta poczuł, że zaczyna się pocić. Sytuacja w pomieszczeniu była patowa, jeden nieostrożny ruch kogokolwiek, i wszyscy się pozabijają.

– Znak! – Krzyknął wojownik – Wiem, co to za znak! Każdy, kto go nosi, prędzej czy później podda się woli maga! Obserwowałem to już zbyt wiele razy. Upadły nakazywał orczym magom nakładać znak na każdego jeńca. A potem go puszczano wolno. Ten wracał do swojej wioski, myśląc, że mu się udało. A potem tracił panowanie nad sobą, Upadły nakazywał mu niszczyć, plądrować, mordować. A jak kogoś takiego osądzić? Jak skazać? Nie robił tego z własnej woli, nawet nic nie pamiętał. Trzeba go zabić, póki jeszcze nie został do końca opanowany przez znak!

– Jeśli ktokolwiek ma tu kogoś zabijać, to zrobię to ja. I egzekucji dokonam na Velocirepcie – Starał się uspokoić go Kulawy.

– Szefie… – Błagalnie jęknął Velocirept.

– Można to wszystko jeszcze odkręcić, prawda? – Oficer skierował pytanie do elfa.

– No cóż, może dam radę, chociaż szanse są niewielkie. Jednak zdecydowanie łatwiej mi będzie, kiedy ten krasnolud przestanie celować w moje jaja – Karcąco spojrzał z góry na swojego oponenta.

– Quadrilion, mógłbyś sprawdzić, czy nie ma cię na zewnątrz, proszę? – Kumsykańczyk wskazał krasnoludowi drzwi głową.

– A Folang i helsfiag?

– Ja się nimi zajmę.

Quadrilion zatknął sobie topór za pas, charknął i wypluł z ust gęstą ślinę, wprost między nogi maga. A potem, zgodnie z rozkazem, wyszedł przed budynek.

– Więc. Możemy teraz wszyscy schować broń, udawać, że nic się nie stało i spróbować uratować Folanga? – Kulawy uniósł ręce na wysokość klatki piersiowej, w geście uspokojenia.

Niepewnie, jedno po drugim, wszyscy chowali broń. Nawet X’iana, chociaż nóż nadal tkwił na gardle elminterczyka.

– Helsfiagu, proszę. W razie czego Ztran go zastrzeli, zanim Folang zdąży nabroić. Prawda, Ztran?

– No… Tego… -Zakłopotał się Ztran, lubili się z Folangiem.

– Praw-da, Ztran? – Twardo wycedził przez zęby Kulawy, posłał strzelcowi złowrogie spojrzenie.

– Yyyym… Oczywiście, dowódco! – Po krótkim zawahaniu zrozumiał kontekst, podniósł kuszę, i tym razem wziął na cel elminterczyka.

– Wszyscy już się uspokoili? Dobra – Elf znowu zbliżył się do Folanga – Jak już mówiłem, to zaklęcie nazywa się „Odcisk Władzy”. I będzie problem ze ściąganiem.

– Dobra, dobra – Wtrącił się kawalerzysta – A to coś na dłoni?

– Ach, to – Mag bitewny spojrzał na piętno w kształcie złączonej dwójki i czwórki – To jest „smycz”. Mag wie, gdzie jesteś, i może czerpać z twoich sił. Czułeś się ostatnio osłabiony?

 

 

– Zaraz po tym, jak mi to nałożył, i zniknął.

– No tak, piętnowanie i teleportacja bardzo męczy. Wyssał z ciebie trochę siły.

– Trochę?! – Prawie krzyknął krasnolud, który wsunął głowę przez wąski otwór między drzwiami a framugą – Musiałem go taszczyć na swoich plecach! Ja! On taki wielki, a ja taki mały!

– Quadrilion, proszę cię, wracaj na zewnątrz – Powiedział Kulawy zmęczonym głosem, czasem już nie miał siły do tej barwnej zbieraniny.

– Ściągniesz to ze mnie? – Z nadzieją zapytał Folang.

– Jeśli nie ma kontrzaklęcia… – Gelvionstanczyk pstryknął palcami, raczej dla pokazu, niż do rzeczywistego ściągania piętna – To tak, piętna się pozbyliśmy, został Odcisk.

– I to tylko tyle? – Podejrzliwie zapytała X’iana – Kilka sekund, i nagle jest wolny?

– Ten wasz mag pewnie nie miał czasu na formuły zabezpieczające – Wzruszył ramionami elf – A skoro wasz chłoptaś nadal żyje, to znaczy, że piętno zostało ściągnięte prawidłowo.

– Czekaj, chwila, jak to „nadal żyje”? Czy to znaczy, że jak zaczniesz gmerać w tym Odcisku, to mogę…? – Pytanie Folanga urwało się w połowie, elf przyłożył swoją dłoń do odcisku, coś szeptał, wokół pojawiły się czerwone płomienie.

Elminterczyk padł na kolana, ból był okropny, jeszcze większy, niż gdy zaatakował go ten mag z wieży. Przed oczami pojawiły mu się przeróżne obrazy. Wąwozy Cienia, Ilitran, Rzeka Matka pełna statków z orkami, Smuga zanieczyszczana brudami miast pomiotów Upadłego. Wypalane, karczowane lasy, wielkie kopalnie odkrywkowe, stosy śmieci. Do tego także atak goblinów na wschodnie rejony Gór Słonych, gdzie krasnoludy z trudem utrzymują swoje podziemne fortece.

Wszyscy w pomieszczeniu patrzyli ze zgrozą, nikt jednak nie odważył się ruszyć. Pokładali ufność w maga Zielonej Straży.

Folang wił się po podłodze, wrzeszczał, błagał, żeby go zabić. Sam nawet nie był świadomy tego, co robi. Trwało to dziesięć minut. Dziesięć pełnych napięcia minut, nawet Ztranowi zaczęły się trząść ręce.

Potem płomienie zmieniły kolor na zielony, objęły całą głowę Folanga. Zniknęła z niej skóra, włosy, oczy. Wszystko. Została tylko czaszka z czarnymi oczodołami. Wydała z siebie przeraźliwy chichot. Potem zaczęła się śmiać. Ta sesja trwała kolejne pięć minut. Elf był już cały spocony, kropelki spadały z jego nosa. Jednak się nie poddawał, mamrotał coraz głośniej, coraz mocniej przyciskał dłoń do głowy Folanga.

Potem czaszka się odezwała głuchym, grobowym głosem.

– Co robisz, elfie? Sądzisz, że jesteś w stanie mnie powstrzymać?

– Zdradź. Mi. Swe… Imię! – Mag bitewny mówił z trudem.

Czaszka znowu się zaśmiała.

– Doprawdy? Chcesz, abym poddał się twej woli? – śmiała się niemal do rozpuku.

Elf przyłożył drugą dłoń, ta żarzyła się na niebiesko. Wtedy i sama czaszka zawyła.

– Nigdy mnie nie pokonacie! Jestem potężny, niezwyciężony! Odepchnięty, wrócę ze zdwojoną siłą!

– Odejdź, demonie! – Wrzasnął gelvionstanczyk. Powoli czaszka zaczęła się przemieniać na powrót w głowę Folanga. Ten coś mruknął niewyraźnie i zemdlał.

– I jak? – Zapytał mocno zaniepokojony Kulawy.

– Wyjątkowo potężne zaklęcie… Zadziałało, chociaż niewielu magów potrafi jeszcze rzucić coś takiego.

– Więc co sądzisz?

– Sam nie wiem. W dzisiejszych czasach już chyba tylko Bolotes potrafi zrobić coś takiego.

– No chyba nie chcesz mi powiedzieć, że staliśmy oko w oko z Upadłym, i wyszliśmy z tego cało? – Ztran wreszcie opuścił broń.

– Ja nic nie mówię, ja tylko spekuluję – Wzruszył ramionami elf.

– Co będzie teraz z Folangiem? – Zapytał Velocirept.

– Obudzi się i będzie jak nowy.

– Kulawy, co sądzisz? Dlaczego Upadły wybrał sobie akurat naszego ex-kawalerzystę na swój cel? – Rozważał Ymin.

– Mnie bardziej interesuje, czemu nas nie zabił, i nie dokończył swego dzieła – Rzucił Junak.

– Retidorum ma potężne tło magiczne, pewnie wolał się nie wdawać w walkę – Wyjaśnił im mag bitewny.

– Zdam raport dowództwu, wy zabierzcie Folanga i odpocznijcie trochę. Potem zobaczymy, co robić dalej – Podsumował kumsykańczyk.

Jak powiedział, tak też zrobił. Sam poszedł do budynku obok, a Velocirept zarzucił sobie nieprzytomnego elminterczyka na plecy, i wraz z resztą poszedł do namiotów mieszkalnych. Wszyscy chcieli się już tylko wyspać. Folang miał na tyle szczęścia, że już odleciał.

Kiedy się tak ułożyli na wolnych pryczach, Ztran nie mógł usnąć. Chyba jednak celowanie do przyjaciela to było zbyt wiele. Nawet jeśli mógłby go zabić, bo został opętany. Usłyszał, jak helsfiag wstaje ze swojego miejsca i wolnym krokiem wychodzi na zewnątrz.

Strzelec już się podnosił, żeby pójść za nim i go wybadać, ale X’iana syknęła ostrzegawczo.

– Zostaw go, niech pobędzie sam. Złe wspomnienia mogą zniszczyć od środka.

– A ty jak sądzisz, zrobiłby to? Zarżnąłby nam chłopaka? – Z niedowierzaniem zapytał Ztran.

– Myślę, że tak. Słyszałeś, co mówił. Widziałeś, jak wtedy patrzył na Folanga. Helsfiag dużo przeżył, pewnie nie chciał dopuścić do kolejnej masakry, tym razem w obrębie naszej drużyny.

– No ale jednak! Przecież to nasz druh! – Szeptem krzyczał Ztran.

– Ekstremalne sytuacje wymagają radykalnych rozwiązań – Westchnęła X’iana. Zapewne przez ten długi żywot tajemniczki coś o tym wiedziała.

Kusznik stracił chęć na dalszą rozmowę. Tego poranka nie przespał ani chwili, wciąż leżał w tej samej pozycji i rozmyślał.

Folang obudził się długo po porannym apelu lokalnego garnizonu. Kulawy wciąż nie wracał, obrady musiały się przeciągać.

– No proszę, któż to zawitał do żywych! – Quadrilion poklepał go po plecach.

– Co się stało? – Folanga nadal bolała głowy, rozmasował jej tył. Nie pamiętał nic po tym, gdy helsfiag odsunął nóż od jego gardła. Jedynie z mgły przedzierały się pewne obrazy. Wąwozy Cienia i Ilitran. Ale sam nie był pewien, czy to widział, czy jednak sobie wymyślił.

– O chłopie, co tam się działo!

I wszyscy, poza helsfiagiem, który do tej pory nie wrócił do namiotu, na przemian opowiadali mu o ściąganiu z niego smyczy i Odcisku Władzy.

– Naprawę? Nic nie pamiętam… – Zmieszał się Folang.

– No ba, nie dziwię się. Sam bym po takiej ostrej imprezie odleciał – Zaśmiał się w głos Velocirept.

I to na tyle byłoby tej wesołości, właśnie wszedł Kulawy.

– Mamy wytyczne, na wszelki wypadek trzeba odseparować Folanga a potem zbadać ślady wokół naszego obozowiska.

– Jak to „odseparować”? Że niby co? – Groźnie warknęła X’iana.

– Zabieramy go do obozu i trzymamy pod kluczem – Smętnie kiwnął głową kumsykańczyk.

– Szefie, bez przesady. Chyba nie zrobimy tego naszemu druhowi? – Podejrzliwie zapytał Velocirept.

– To się już zobaczy na miejscu. Pakować manatki, ruszamy w drogę powrotną. Sekcja 1 wyszła już przed godziną, ma nam zabezpieczyć przejście.

Nastała grobowa atmosfera, elminterczyk już nawet nie chciał się odzywać. W paskudnych humorach wyszli z głównego obozu, i ruszyli na północ, do swojego rewiru.

Podróż zajęła im krócej niż wcześniej, za dnia trudniej się potknąć o korzeń. Kiedy dotarli na miejsce, zastali już tylko trupy Sekcji 1.

– O w dupę trolla… – Quadrilionowi aż opadła szczęka.

– Orkowie – Junak nawet nie zbliżył się do trupów, ocenił już z daleka.

– Jesteś pewien? – Kulawy jakoś nie mógł się przekonać do tego wyroku.

– Czy ja się kiedykolwiek pomyliłem w odczytywaniu tropów? – W jego głosie było słychać nutkę urazy.

– No to pięknie… Skoro ich rozwalili, to musiało przyjść co najmniej czterdziestu. A co nasza dziewiątka może zrobić? Sami nie damy im rady. Pewnie czają się tu gdzieś w okolicy i… – Velocirept już coraz bardziej zagłębiał się w swoje terowi spiskowe.

– Dwudziestu, zaskoczyli naszych. Ale orkowie stracili sześciu swoich, trupy musieli gdzieś schować – Wystarczyło, że Junak przez chwilę pochodził wokół miejsca potyczki.

– Co proponujesz? – Dopytywał Kulawy.

– Poszli w stronę Retidorum, możemy zaczaić się przy bramie, którą weszli, i ich złapać, a potem przesłuchać.

– Dobrze Junak, prowadź nas.

Tropiciel bezbłędnie zaprowadził Sekcję 2 do bramy, którą w nocy wjechał Folang. Tam schowali się i czekali, aż orkowie wyjdą z ruin miasta.

– Po cholerę te maszkary pchają się do Retidorum? – Na głos zastanawiał się Ztran.

– Słyszałeś, co mówił ten nasz elf. To mógł być Upadły. Może czasowo oczyścił miasto i nakazał im czegoś szukać – Spekulował Ymin.

– A niby co? Skoro Upadły dał radę tu wejść, i poturbować nam gońca, to i sam mógłby pohasać po kamieniach – Warknęła X’iana.

– Idą – Syknął ostrzegawczo Junak.

Nie mylił się, już po chwili dało się słyszeć odgłos pancernych butów orków, którzy szybkim tempem wracali do bramy. Tak jak mówił tropiciel, było ich czternastu. Nie zwracali uwagi na otoczenie, zapewne czuli się pewnie, sądząc, że zabili strażników, którzy mieli zajmować się tym odcinkiem.

Ztran błyskawicznie wysunął się zza muru i posłał bełt prosto w łeb orka na przedzie, zapewne dowódcy. Drewno weszło prawie do samej lotki. Na chwilę zaprowadziło to zamieszanie w szeregach wroga.

Folang skorzystał z okazji, rzucił się galopem w sam środek oddziału, i ciął zamaszyście na wszystkie strony, musiał trafić co najmniej czterech. Zaraz za nim biegła X’iana, która również wywijała mieczem na wszystkie strony. Helsfiag w zapamiętaniu siekał mieczem trzymanym w jednej dłoni, i nożem w drugiej. Chyba odreagowywał scysję z Folangiem.

Kiedy elminterczyk zawrócił konia i popędził go z powrotem, Kulawy właśnie nabijał na swój miecz dwuręczny dwóch orków. Swoje też zrobili Ymin i Junak z włóczniami.

Nie minęła chwila, a mury pochłonęły odgłosy walki, i znów zapanował spokój.

– Nie wyrywaj się, bo cię posiekam na drobno! – Quadrilion tarmosił się z jakimś orkiem, próbował go zaciągnąć do Kulawego. Dość zabawny widok, taki mikrus niemal wlecze po ziemi orka, który wielkością dorównywał Ztranowi.

– A co to za paskudztwo! – Ymin wzdrygnął się ze wstrętem.

– Chyba mieszaniec. Goblin i ork, prawda? – Junak przyjrzał się dokładnie pochwyconemu przeciwnikowi. Ten tylko warknął na niego złowrogo.

– Czego tu szukaliście? – Kulawy pochylił się do orka, który był na klęczkach. Nic nie odpowiedział, więc Quadrilion szybkim ruchem odciął mu ucho. Ork zaskomlał żałośnie, buchnęła krew.

– Więc? Co tu robiliście? – Powtórzył oficer.

– Potępiony! – Wycharczał jeniec – Nakazał nam tu przyjść! Przeszukać najwyższą wieżę!

– Czemu?

– Upadły posłał tu swoje wcielenie! – Warknął ork.

– Po co?

Brak odpowiedzi.

– Gadaj, plugawy mieszańcu! – Kolejny świst topora i ork stracił palce u lewej stopy. Pomiot Bolotesa zawył, język znowu mu się rozwiązał.

– Chce przejąć energię Retidorum! Zrobi to już niedługo. A wtedy zniszczy was wszystkich – Jak mówił, to aż pluł, tak był podekscytowany wizją zwycięstwa sił chaosu.

– Quadrilion? – Kumsykańczyk skinął głową, a krasnolud jednym, płynnym i szybkim cięciem pozbawił mieszańca głowy.

– Rany, to już nawet tak zaczęły się krzyżować? To ohydne! – Kobiece poczucie estetyki jednak wzięło górę u X’iany.

– Krzyżowanie zwykle uwypukla najlepsze cechy obu gatunków… – Mruknął pod nosem Junak – Czyżby szykowała nam się nowa, doskonale przystosowane rasa?

– Weź tak nawet nie mów… – Wzdrygnął się Velocirept.

– Folang, jedź do dowództwa, powiedz im o wszystkim. Coś mi tu śmierdzi… – W zamyśleniu podrapał się po brodzie oficer.

Kawalerzysta już spinał konia, gdy jakiś goniec popędzał wierzchowca do ciągłego cwału, ledwo ich dopadł, i ciężko łapiąc oddech, wykrzykiwał.

– Wszyscy Strażnicy są wzywani! Spora grupa orków zaatakowała Olmandsu i teraz ciągną na zachód, chcą otoczyć Retidorum!

Junak i Kulawy wymienili się spojrzeniami.

– Czyżby to miała być akcja dywersyjna?

– Że co? Nie stójcie tak, trzeba bronić sztabu! – Gorączkował się posłaniec, nawet nie schodził z konia.

– Słuchaj, właśnie jakaś grupa orków rozwaliła nam Sekcję 1, chcieli coś znaleźć w wieży, dowództwo będzie wiedziało, o co mi chodzi. Powiedz, że ich dopadliśmy, Upadły próbuje przejąć moc ruin. Zostaniemy tutaj i w razie czego odeprzemy grupę, która miałaby brać sztab w kleszcze. A teraz jedź!

Jeździec już się dłużej nie spierał, był zwykłym szeregowcem, a rozkaz wydaje mu oficer. Popędził już i tak spienionego konia, pognał w drogę powrotną.

– Folang, myślisz o tym samym, co ja? – Zagadnął Kulawy.

– Że Quadrilion paskudnie wyglądałby w kalesonach? – Uniósł brwi kawalerzysta.

– To też. Chodzi mi o to, że ta kilkunastowieczna wojna może się rozstrzygnąć właśnie teraz…

– Gdy Upadły zdobędzie moc Retidorum i niesamowitą przewagę – Weszła mu w słowo X’iana – Czeka nas kres tych wiecznych utarczek z plugastwami?

– Z jednej strony najwyższy czas… Ale z drugiej, mam nadzieję, że nie… – Westchnął Kulawy, jak stary człowiek, który widział już wszystko, i teraz chce już tylko odpocząć.

– Czyli co, rozkładamy się obozem tam, gdzie wcześniej? – Zapytał Ztran.

– Nie, musimy się pochować w krzakach gdzieś tutaj, pilnujemy bramy najbliższej granicy z Ilitranem.

Na szczęście od trony Lykanii Retidorum było otoczone lasem. Nie musieli przejść daleko, żeby znaleźć sobie idealne kryjówki. Junak i Ztran weszli na spore drzewo, żeby obserwować okolicę.

– Aż chciałoby się rozpalić ognisko… – Smętnie westchnął Velocirept.

– I wpaść prosto w łapska zbliżającego sie frontu – Pesymistycznie podsumował Ymin.

– Dobra, już dobra… – Machnął ręką Velocirept.

Folang siedział blisko konia, co jakiś czas wstawał i gładził go po szyi. Starał się go uspokajać, na wypadek, gdyby mieli zaatakować z zaskoczenia. Lepiej żeby rżenie konia ich nie zdradziło. Spoglądał przy tym co jakiś czas na drzewa dookoła.

X’iana leżała blisko polany i skupiona patrzyła na północ, między ścianą lasu a rozpadającym się murem miasta magów. Velocirept przekomarzał się z Yminem. Kulawy wyglądał, jakby spał, ale Folang znał go na tyle, żeby wiedzieć, że doskonale zdaje sobie sprawcze ze wszystkiego, co go właśnie otacza. Helsfiag chyba dalej był znerwicowany, poszedł najdalej na północ, zniknął im z oczu w gęstwinie. Junak i Ztran obserwowali z koron drzew całą okolicę, chociaż strzelec co jakiś czas zerkał na elfkę.

Ta musiała to wyczuć, bo w pewnym momencie gwałtownie się odwróciła i złapała kontakt wzrokowy z kusznikiem. Ten tylko zrobił złośliwą minę, pokazał jej język i odwrócił się do niej plecami, przejmując inna część rewiru. Najemniczka pogroziła mu pięścią ale nie krzyknęła, potrafiła zapanować nad emocjami, gdy wymagało tego zadanie.

Folang skupił się i spróbował przyjrzeć się okolicy swoim zmysłem. Długo tak trwał w medytacji, próbował odciąć się od zewnętrznych bodźców. Jednak nic się nie pokazało. Czyżby ściągnięcie piętna i Odcisku Władzy odebrało mu także to wejrzenie?

Szkoda, to bardzo ułatwiało życie…

– Północ, co najmniej pięćdziesiąt orków, do tego garść goblinów i… Tak, to troll – Junak już z daleko zobaczył grupę Ilitranczyków, nawet Ztran wysilał tęgo wzrok we wskazanym kierunku, ale nie dał rady dostrzec przeciwnika.

– Nareszcie porządna batalia… – Wyszczerzył zęby w uśmiechu lykanin i zaczął się rozbierać.  

– Na Gelvionę, Velocirept! Zostaw sobie chociaż gacie! Nie mam ochoty oglądać twojego dyndającego i…

– Cisza! – Kulawy nie dał dokończyć X’ianie wywodu, nie wiedzieć nawet kiedy, już leżał obok elfki i spoglądał na drogę.

Velocirept coś tam burknął pod nosem, kierując jakąś obelgę pod adresem X’iany, wspomniał coś o „wielkich ambicjach i nie tylko” ale posłusznie zostawił sobie bieliznę. Czekał jednak z przemianą do ostatniej chwili, nie chcąc zdradzić pozycji reszty Sekcji 2.

Czekali tylko chwilę, oddział poruszał się szybko, chyba chciał zaskoczyć Zieloną Straż, która była w trakcie walk na wschodzie.

– Folang, jak tylko będą na twojej wysokości, to zaatakuj sam środek ich kolumny – Szepnął oficer.

Kawalerzysta posłusznie poczekał, a gdy tylko pierwszy ork zrównał się z linią wzroku konia, elminterczyk spiął wierzchowca, i w pełnym pędzie wypadł z krzaków, przejeżdżając przez sam środek oddziału. Zdążył kogoś zahaczyć mieczem, chociaż nie miał pewności, czy rana była poważna. Ktoś też wpadł pod kopyta konia.

W tym czasie Ztran wystrzelił pięć razy, Kulawy raptem dwa. Junak i Ymin wyskoczyli zaraz za Folangiem, i nadziali na swoje włócznie dwóch orków. Velocirept nie bawił się w ceregiele, wyskoczył jako ogromny niedźwiedź i zaczął szamotać się z trójką goblinów naraz. X’iana za to, ambitnie, sama rzuciła się na trolla. Tańczyła wokół niego jak bosy chłop na gorących węglach, nie można było za nią nadążyć wzrokiem. Helsfiag za to wściekle wskoczył w sam środek batalii, biegł tuż za Folangiem, i nawet utrzymywał tempo. Robił pełne piruety i ciął młynkiem każdego orka, który tylko znalazł się w jego zasięgu. Za to Quadriliona nie było widać, można było się tylko domyślać gdzie jest, po głośnych okrzykach bólu. Mały, ale wariat.

Elminterczyk zawrócił konia i z rozpędu znowu uderzył na orków. Ty razem mocno wychylił się w siodle i z zamachem odciął jednemu z plugawców głowę. Nawet nie zdążył dobrze ręki unieść, a tu drugi mu się nawinął pod ostrze. Musiał ciąć niemal pionowo w dół, ale trafił w obojczyk. Jednak ostrze zaklinowało się na kości i szarpnęło jeźdźcem. Zdążył tylko zobaczyć, jak kawałek dalej przeleciała X’iana. Troll uderzył tak mocno, że wyleciała w powietrze na kilka metrów, po drodze gubiąc dół zbroi.

Folang spadł z siodła, na całe szczęście, wyuczonym ruchem, zawsze trzymał pięty nisko w strzemionach. Jedynie przetoczył się kilka razy, wystraszony koń pomknął w zarośla. Mężczyzna szybko wstał, wyrwał nóż z cholewy wysokiego buta i rozglądnął się za zranionym orkiem.

Ten uklęknął na jedno kolano cztery metry od niego, starał się wyrwać miecz z rany. Kawalerzysta z dzikim rykiem rzucił się na niego, uzbrojony jedynego w kilkucentymetrowe ostrze.

Aż tu nagle podbiegł Quadrilion, krótkim zamachem rozpłatał niemilcowi brzuch, i pognał dalej.

– Hej, kradniesz mi punkty! – Folang pogroził krasnoludowi pięścią, ale ten tylko pokazał zaśmiał się szyderczo, i skoczył do dalszej młócki.

Starą tradycją Zielonej Straży było comiesięczne podsumowywanie ubitych plugastw. Kto miał najwięcej, ten wygrywał intratne nagrody. Dwudniowe zwolnienie z patroli, lepsze żarcie przez tydzień czy inne tego typu wojskowe przyjemności. Raz nawet trafił się porządny miecz, ten miesiąc obfitował w wyjątkowo szalone akcje. Wygrał jakiś kumsykańczyk, który sztyletem ubił wiwerę w locie.

Chociaż dużo punktów było za orki, ostatnio rzadko się pokazywały w okolicach Retidorum.

Folang tylko mruknął gniewnie, położył stopę na klatce trupa i mocnym szarpnięciem wyrwał miecz. Z rozpędu od razu uderzył jakiegoś goblina i odrąbał mu tym samym wątłą rękę. Zrobił półobrót ostrzem, i nie tracąc pędu, odciął mu głowę, zanim ten jeszcze się zorientował, że stracił prawicę.

Sekcja 2 Drużyny 85 była bardzo zgrana, toteż szybko uporali się z pozostałymi wrogami, ostatni padł z ręki Junaka. Został już tylko troll, który co kilka kroków padał na kolana, X’iana musiała porządnie poharatać mu nogi. Jednak jej samej nigdzie nie było.  

– No kurwa nie, zostanę mistrzem w tym miesiącu…! – Podekscytowany Quadrilion splunął w dłonie, mocniej złapał trzonek topora, wziął krótki rozpęd i ruszył biegiem na trolla. Odbił się od jego stopy, potem kolana i wskoczył mu na barki. Gigant chciał go zrzucić dłonią, ale nie trafił. A krasnolud kilka razy uderzył go ostrzem w kark i bestia padła martwa.

– Mam nadzieję, że wszyscy widzieli, bo powtórki nie będzie – Topornik zgrabnie zeskoczył na ziemię – Zapiszcie mi to, mam zamiar zgarnąć główną nagrodę.

Ztran machnął ręką.

– I tak wpadnie to w połowie na konto X’iany. A tak właściwie, to gdzie ona jest?

Wszyscy nerwowo spojrzeli po sobie. Rzeczywiście, nie było jej już od jakiegoś czasu. Zaczęły się krzyki, nawoływania. Znaleziono ją dopiero w krzakach, blisko ściany lasu. Musiała sama się tu doczołgać.

– X’iana! Nic ci nie jest? Czemu tak nagle zniknęłaś? – Ztran uklęknął przy niej.

– Dziabnął mnie skurwiel…! Jakiś mały skurczybyk, pewnie goblin. Miałeś się nimi zająć! – Oskarżycielsko spojrzała na Velocirepta.

– No przepraszam bardzo, ja niczego nie obiecywałem. Było się samemu pchać na tego trolla? – Wzruszył ramionami lykanin.

– Spokój! Jak rany… Nigdy nie można z wami dojść do porozumienia – Kulawy pokręcił głową z dezaprobatą – Gdzie oberwałaś?

Elfka nie odpowiedziała, dotknęła tylko swoich obcisłych, skórzanych spodni w kolorze brązu, od strony wewnętrznej uda, i pokazała wszystkim krew na palcach. Rana musiała być dość poważna, spodnie z każdą chwilą robiły się coraz ciemniejsze, plama dobiegała do kolana. Na chwilę wszystkich zmroziło, nie bardzo wiedzieli, co robić.

– Trzeba opatrzyć – Pierwszy doszedł do siebie Junak, jak zwykle z zimnym profesjonalizmem.

– Racja. Ymin, przynieś mi szybko opatrunki, zostały gdzieś w krzakach – Polecił Kulawy, a pikinier szybko pobiegł do nich niedawnego obozowiska.

– Dobra, chłopaki. Dzięki za troskę, i w ogóle, ale teraz już sobie poradzę sama – Próbowała się podnieść chociaż do pozycji siedzącej, jednak zaraz znowu osunęła się na plecy.

– X’iana, nie wygłupiaj się! Ręce ci latają jak po miesiącu ciągłego picia, nawet torby nie otworzysz, a co dopiero szycie i wiązanie bandaży! – Od razu zaprotestował Ztran.

– I co, może jeszcze sam będziesz chciał to zrobić? – Prychnęła.

– A choćby.

– Ani mi się waż! Jak on ma mnie tknąć, to od razu lepiej mnie dobijcie! – Zaprotestowała z krzykiem.

– Zamknijcie się! Normalnie jak stare małżeństwo! – Kulawy wydarł się na wiecznie sprzeczającą się dwójkę i odebrał torbę z opatrunkami od Ymina – Sam to zrobię, ściągaj te portki. A wy, panowie, przeszukajcie trupy.

Elfka się skrzywiła ale jednak zaczęła posłusznie rozsznurowywać rzemyki spodni. Kulawy uklęknął między jej nogami i wyszukał w torbie butelkę z alkoholem do przemycia rany. Nagle odwrócił się jak rażony piorunem i ryknął na zebranych.

– Wszyscy woooooooon!!!

Mężczyźni odeszli na pole niedawnej walki zostawiając Kulawego i X’ianę samych. Zajęli się przeglądaniem trupów, zbieraniem wątpliwej jakoś łupów i ogólnemu lenistwu po walce. Folang miał jakieś przeczucie i podszedł do Ztrana.

– Coś ty tak zerkał na X’ianę? Wtedy, jak byłeś na drzewie.

– Ach, to… – Strzelec uśmiechnął się pod nosem – Leżała na brzuchu, widziałeś. Musiały jej się wtedy odpiąć sprzączki od dołu zbroi i osłon na nogi. Chłopie, mówię ci! Z mojego miejsca idealnie było widać jej tyłeczek! Te dwie idealne krągłości w obcisłych, brązowych spodniach strzelające prosto w niebo…

– Tobie to nic, tylko dupy w głowie, na nic innego byś nie patrzył – Elminterczyk skarcił go wzrokiem – I jakoś umknęła ci spora kolumna okrów.

– Co poradzę, że korzystam z takich okazji, ile tylko mogę? – Uśmiechnął się rozmarzony na wspominki ostatnich widoków.  

Kawalerzyście już nie chciało się dalej moralizować, Ztran był jednak typowym facetem.

Nudzili się tak z pół godziny, w końcu wrócił Kulawy podtrzymujący elfkę. Musiała mieć opatrunek bezpośrednio na ranę, i drugi na rozerwane spodnie, bo oficer owinął bandażem również nogawkę.

– I jak, będzie żyć? – Kpiąco zapytał Ztran.

– Na pewno dłużej niż ty, jeśli nie skończysz z tymi durnymi docinkami! – Odwarknęła X’iana.

Kumsykańczyk coś szepnął, zapewne, że pokarało go takim oddziałem, a zaraz odezwał się głośniej.

– Folang, bądź tak dobry, i skocz do obozu.

– Tak jest – Gwizdnął na konia, ten posłusznie wybiegł z lasu, i po chwili już pędzili na południe. Tym razem jechał sam, wiec droga minęła mu bardzo szybko. A tam już trwała walka, nawet ostrokół nie bardzo pomagał w obronie.

Goniec dopadł jednego z obrońców.

– Jak sytuacja?

Kusznik nawet na niego nie spojrzał,  ciągle szył do nadbiegających orków.

– Chyba jeszcze się utrzymamy, zaraz mają przyjść z pomocą pobliskie garnizony Lykanii. Chyba właśnie zaczęła się wojna…

– Jestem z Drużyny 85, co przekazać oficerowi?

– Czekajcie na naszego gońca. A u was jak?

– Odparliśmy dwie spore drużyny orków, ale straciliśmy Sekcję 1 – Folang nie wdawał się w szczegóły.

– Jeszcze spokój u was? – Zdziwił się wartownik Zielonej Straży.

– Dokładnie.

– Dobra, utrzymujcie pozycję, i…

Niebo rozerwała wielka błyskawica. Potem kolejna. Na ziemię zaczęły bić pioruny, pomiotu Ilitranu smażyły się żywcem. Zaraz potem spadł wielki grad, jak pięść starego drwala. Bił miarowo, tylko w szeregi wroga. To zapewne mag bitewny wreszcie wziął sprawy w swoje ręce.

– Dobra, uspokoiło się trochę, wejdź do dowództwa.

Folang szybko wbiegł do budynku i wszedł na piętro. Wpadł do pokoju narad, pomijając protokół, i szybko zdał relację.

– Dobrze synu, czekajcie na nasze wzmocnienie, zobaczymy co da się zrobić dalej…

W tym momencie wbiegł kolejny goniec.

– Garnizon Lykanii, zaraz nadejdą główne siły, królestwo wezwało całość armii. Pozostałe królestwa również, oficjalnie jesteśmy w stanie wojny!

– Jak to? – Głównodowodzący Zieloną Strażą mocno się zdziwił.

– Niedługo przed walką o Retidorum, gobliny poprowadziły Wąwozami Cienia wszelkie tałatajstwo. Ilitran uderzył na Elminter i Helsfiag. Do tego ich zwiadowcy byli widziani w rejonach Gór Słonych. Magowie z ich strony połączyli się z naszymi, przekazali im raport przez hololist.

– Upadły oszalał… – Westchnął ze zgrozą generał.

– Generale, jakie rozkazy? – Wtrącił się wreszcie Folang.

– Przydzielę ci część sił Zielonej Straży i Południowych Królestw. Utrzymajcie swoje rewiry na północy.

 

Rozdział IV – Powstanie Upadłego

 

Folang nie czekał długo, Zielona Straż bardzo sprawnie radziła sobie z roszadami wśród oddziałów. Już przeszło pięćdziesiąt lat strzegli Retidorum, szybkie luzowanie przemęczonych oddziałów i dosyłanie świeżych było ważną częścią tego zadania. Dlatego logistycy Straży byli bardzo cenieni wśród pozostałych armii, zarówno Gelizme, jak i Rozmistu.

Bardzo szybko pchnięto mu ludzi z kadrą oficerską, on jedynie robił za przewodnika. Velocirept spojrzał na armię i pokręcił głową.

– Oj Folang, Folang… Zawsze wszystko robisz na odwrót. Wysłać cię do zdania raportu i szybkiego powrotu, to pojawiasz się półtorej godziny później z wielką armią.

– To nie był mój pomysł – Wzruszył ramionami kawalerzysta.

Od razu wrócił do swoich kompanów, rozmowy z oficerami zostawił Kulawemu, on sam nigdy za tym nie przepadał.

Ale przyprowadził ze sobą pokaźne oddziały. Na przedzie kawalerzyści w liczbie około dwustu chłopa z różnym wyposażeniem. Zaraz za nimi doborowa piechota Lykanii w sile pięciuset wojowników. Do tego garść żołnierzy z pozostałych trzech królestw. Podesłano także setkę Strażników. Ogólnie było ich około tysiąca, włącznie z Drużyną 85.

– Kogo nam przydzielili? – Zagadnął Ztran, patrząc krytycznie na strzelców.

– Każdego, kogo mieli pod ręką – Skinął Folang na zebranych.

– Świetnie, zero zgrania, zero doświadczenia… To będzie wyjątkowo krótka wojna – Ztran wzniósł oczu ku niebu.

Podszedł do nich Kulawy.

– Sytuacja jest dość dziwna i napięta. Zgodnie z zeznaniami orka, musimy się spodziewać kolejnego ataku na miasto. Krasnoludy nie chcą dołączyć do walk, żadne. Tym bardziej gnomy. Elfy z Gelvionstanu jakoś nie są skore do pomocy, a te z Rozmistu w ogóle mają nas gdzieś.

– A te z Felgonu? – Z nadzieja w głosie zapytał Ymin.

– Niby obiecali kilka okrętów i trochę piechoty, ale jakoś bym im nie ufał.

– Świetnie… – Westchnęli jednocześnie wszyscy zebrani.

– Hej, czy ja mówiłem, że służba w Zielonej Straży będzie prosta?

– Nie… – Wymamrotali członkowie Sekcji 2.

– Więc skończyć gadać i przygotować się do wymarszu, przeprowadzimy kontruderzenie na północ – Postawił wszystkich do pionu Kulawy.

– Oooooooork! – Jeden z wartowników wskazał ręką na północ, gdzie rzeczywiście biegł jakiś plugawiec.

– Tylko jeden? Dajcie mi chwilę… – Ztran ściągnął z ramienia kuszę i przymierzył się do strzału.

Czarnego mieszkańca Ilitranu było widać na razie tylko do kolan, wbiegał jeszcze na wzgórze. Chwilę potem stanął na szczycie i stoczył się z niego w stronę zebranych sił połączonych.

– Mam nadzieję, że liczycie mi punkty? – Nonszalancko powiedział strzelec wyborowy.

– Mam nadzieję, że masz więcej bełtów… – Junak wbił wzrok w szczyt wzgórza.

– A co, macie dla mnie coś jeszcze?

– I to niejedno.

Ten ork musiał być strażą przednią, ze wzgórza zaczęła zlewać się niemalże fala okropieństw Ilitranu. Trwoga została zasiana w sercach wielu wojaków, prosto na nich szła nieprzebrana liczba zombie, szkieletów, wiwern, trolli, minotaurów, goblinów, orków, ogrów, harpii, duchów, behemotów, hydr, cyklopów i bazyliszków. A im wszystkim przewodził szkielet smoka.

Upadły zapragnął objąć Retidorum w swoje posiadanie. Czyżby udało mu się odnaleźć drogę, która sprawi, że poskromi to pole magiczne?

Plugawa armia biegła w nieładzie, jednak z rządzą krwi malującą się na ich obliczach. Połączone armie Królestw Południa nie były pewne, co mają zrobić, jak przygotować się na przyjęcie tak zapalczywego wroga.

Odrętwienie przerwało pojawienie się niedźwiedzia, który wybiegł wrogowi naprzeciw.

– Velocirept, niech cię cholera! – Krzyknął za nim Kulawy.

Folang spojrzał w bok, jeszcze chwilę temu chłopak stał tuż przy nim. No tak, lykanin znowu pcha się na pierwszy ogień.

Jednak poskutkowało. Kawaleria, w nieładzie, ruszyła szarżą. Strzelcy zdążyli jeszcze puścić niemrawą salwę, zanim pierwsze konie spotkały się z mieczami orków i goblinów. Pierwszy szereg wroga trochę się przerzedził, jednak kawaleria i tak nie odniosła żądanego skutku.

Kopie rycerstwa się połamały, konie upadły, Velocirept zniknął gdzieś w tej zawierusze. Strzelcy musieli celować wyżej, dopiero w nadchodzących, żeby nie zranić sprzymierzeńców. W końcu do walki ruszyła piechota, tym razem zorganizowana, na czele z Zieloną Strażą.

Folang nie ruszył z rycerstwem, wolał trzymać się blisko swoich. I przede wszystkim Kulawego, w końcu był jego bezpośrednim przełożonym.

Wyżsi rangą oficerowie Straży chcieli wykorzystać swoją przewagę. Część ludzi z najlżejszym wyposażeniem posłali do lasu, żeby uderzyli od flanki. Pozostałych rozstawili w długiej linii, żeby utworzyć pancerną ścianę między lasem a murami twierdzy. Szli powoli, ramię w ramię, osłaniając się wzajemnie tarczami, jeśli ktoś akurat miał.

– Folang, spróbuj lasem! Sprawdź ich liczebność! – Kulawy starał się przekrzyczeć gwar bitwy.

Kawalerzysta jednak usłyszał, skierował konia między drzewa. Starał się utrzymać dobre tempo, ale koń szedł powoli, co raz się potykał o korzenie. Jednak krzyki i szczęk metalu zanikały, kawalerzysta przemieszczał się coraz dalej. Odważył się wychynąć ze ściany lasu dopiero, gdy te dźwięki były już na granicy słyszalności.

Zostawił konia przy drzewie, a sam wychylił się zza krzaków. Ujrzał tyły armii, gobliny ciągnęły katapulty. Było to niemal przy samej granicy z Ilitranem, kawałek dalej las zmieniał się w wysuszone kikuty drzew.  Ta kolumna musiała mieć z pięćset metrów. A ponad wszystkimi górował kościany smok.

Elminterczyk wrócił do kryjówki i rozważył opcje. Przecież nie zaatakuje sam, to szaleństwo. Jednak szybki atak mógłby znacząco zwiększyć ich przewagę.

Mimo wszystko zwyciężyły w nim wojskowe nawyki. Wrócił na czoło kolumny, w rejon walk. Tym razem nie oszczędzał konia, ani nie krył się ze swoją obecnością. Nie mógł odróżnić Kulawego w tej masie zbrojnych, które walczyło z plugastwami. Wiwerny latały nad polem, i opluwały kwasem i jadem wszystko niżej, nawet orków. Tylko co jakiś czas upadały na ziemię rażone przez strzelca.

Folang udał się na tyły swoich oddziałów, szybko zdał raport jednemu z dowódców, i od razu ruszył do walk. Zeskoczył z konia blisko głównej linii walk, ustawił go przodem do lasu i uderzył w zad. Wierzchowiec zarżał żałośnie i biegiem wpadł w gęstwinę leśną.

Elminterczyk wyjął miecz i ruszył do boju. Zielona Straż na razie się trzymała, często nawet mocno wgryzała się w szeregi wroga. Garnizony Królestw Południa jednak nie dawały sobie rady, co i raz szeregi były przełamywane, i tylko błyskawiczne reakcje lżejszych zastępów Straży ratowały przed odwrotem.

Kawalerzysta wcisnął się między dwóch wielkich chłopów i zrobił młynek mieczem. Był to raczej straszak, ale trafił w jakiegoś biegnącego goblina. Uderzył go w szyje, ostrze weszło do połowy a krew siknęła prosto na nich. Folang starł ją z twarzy i kopnięciem wyrwał ostrze z dogorywającego przeciwnika.

Strażnik po jego lewej upadł plecami na ziemię, obsiadły go trzy harpie. Tego z prawej skrócił o głowę minotaur. A wprost na elminterczyka biegł ogr. Nie bardzo wiedząc co robić, nadal stał w miejscu, jedynie ugiął trochę kolana. W ostatniej chwili chciał odturlać się w bok, żeby ogr swoją maczugą uderzył minotaura.

Jednak Velocirept, wciąż pod postacią niedźwiedzia, skoczył wprost na plecy ogra i wgryzł mu się w szyję. Folang skorzystał z okazji i rozpłatał brzuch wielkoluda.

Jednak to na niewiele się zdało, obrona robiła się coraz bardziej desperacka. Ku walczącym poszybowały pierwsze kamienie z katapult i rzucane przez silne cyklopy, pojawiły się behemoty a duchy siały spustoszenie na tyłach, wśród łuczników i bezpośredniej ochrony kadry dowódczej.

Tuż przed twarzą Folanga pojawiła się przerażająca maszkara, wyszczerzyła ostre kły i złapała go za gardło. Uniosła jak szmacianą lalkę i zaczęła dusić. Elminterczyk miotał się, ciał mieczem, ale nie robiło to wrażenia na duchu. Mimo, że trzymał go za gardło, to ostrze miecza przechodziło na wylot bez żadnych przeszkód.

Wybawieniem, o ironio, był jeden z behemotów. Wielką łapą zmiótł kilku Strażników, w tym Folanga, i odrzucił dwa metry do tyłu. Duch zniknął, jednak behemot nie odpuszczał. Zmiótł kolejny szereg wojaków, i szedł do przodu.

Kawalerzysta rzucił wzrokiem na boki. Z prawej dwa trolle wprost deptały piechotę z Lykanii, po prawej hydra siekała swoimi siedmioma głowami resztki lekkiej piechoty. A gdzieś z tyłu, pomiędzy szeregami wroga, stały kamienne posągi walczących.

Bazyliszek.

Wtem ponad krzykami bólu, zgrzytem metalu trącego o metal, i rykami bestii, wzbił się ostry dźwięk trąbki.

Odwrót.

Folang rozejrzał się bezsilnie. Z tysiąca wojaków niewielu było już widać. A obecni i tak rzucali się do ucieczki. Wszyscy, poza Zieloną Strażą. Oni zostali jako jedyni, osłaniali odwrót armii sprzymierzonych. Było ich niewielu, jednak pozostali, by inni mogli przeżyć. Ze stu Strażników stało jeszcze może trzydziestu.

Plugawa armia spychała siły sprzymierzone, jej pochód teraz znaczyły już tylko ciała w srebrnych pancerzach z zielonymi wstawkami i pięściami na piersi. Krew gęsto się lała, wojownicy brodzili w niej już po kostki.

Elminterczyk podniósł się, szerokim zamachem zmiótł harpie z trupa swojego towarzysza broni, potem uniósł ostrze nad głowę i z góry ciął zombie. Gnijące zwłoki rozpłatał prawie na pół.

Chciał uderzyć kolejnego wroga najbliżej siebie, poczuł jednak silne szarpnięcie za kołnierz.

– Odwrót, nie słyszałeś? – Krzyknął mu do ucha Kulawy. Nie dał mu czasu na jakiekolwiek protesty, jeszcze pogonił go kopniakiem, i sam pognał do przodu z dzikim rykiem.

Folang chwilę obserwował, jak oficera odbija zardzewiałe ostrze szkieleta, jak goblin rzuca się na niego z nożem, jak Kulawy pada na kolana, jednak robi młynki wokół siebie i nawet zawadza ostrzem owego szkieleta.

Kawalerzysta jednak nie chciał, by poświęcenie oficera poszło na marne. Odbiegł kawałek do tyłu i zagwizdał na konia, który już po chwili do niego podszedł, szkolenie koni Elminteru było bezcenne. Usiadł w siodle i pognał przed siebie, na południe. Do kwatery głównej Zielonej Straży.

 

Rozdział V – Chwała poległym

 

Kiedy dotarł, pozostało kilku Strażników i jeden oficer, którzy zajmowali się pakowaniem ostatniego transportu z bronią, mapami i innymi ważny rzeczami garnizonu.

– Trąbili na odwrót, gdzie wszyscy? – Zapytał z konia Folang. Oficer wskazał południe.

– Przenieśli się do Novel, to wieś pół dnia drogi na południe. Część Straży została i dała im czas, żeby odeszli. My jesteśmy ostatni. Przyprowadzisz ze sobą kogoś jeszcze?

Elminterczyk pomyślał o swoich towarzyszach z Sekcji 2, ale tylko zacisnął zęby.

– Nie, jestem ostatni. Reszta pewnie już nie żyje, a orkowie będą tu już za chwilę.

Oficer kiwnął głową.

– Dołącz do reszty, my też już kończymy pakowanie wozu.

Kawalerzysta na początek spiął konia, żeby się szybko oddalić. Ale jak tylko dachy budynków garnizonu znikły mu za trzecim wzgórzem, to zwolnił tempa do stepu, nie chciał już męczyć konia. Poruszał się niewiele szybkiej od  piechura, więc rzeczywiście dotarł do wioski dopiero pod wieczór.

A tam zastał go okropny widok. Wokół małej wsi pełno wojskowych namiotów, mnóstwo straży, wojacy z najróżniejszymi oznaczeniami na pancerzach. Wyglądało to raczej jak zbieranina odjezdnych aktorów, niż siły sprzymierzone.

I do tego ranni. Mnóstwo rannych. Na początku jeszcze udawało się ich odsyłać na tyły, kto mógł, ten o własnych siłach uciekał z pola walki. Ale potem już się tym nie przejmowano, starano się już tylko utrzymać linię frontu. Stąd też paskudne rany.

Folang zostawił swojego konia w najbliższej stajni, którą wojskowi przejęli na swoje potrzeby. Koni także było tam niewiele, większość kawalerii zginęła już przy pierwszym uderzeniu.

Kawalerzysta chodził po obozie i przyglądał się wszystkiemu ze zgrozą. Nie mógł się tu odnaleźć, swoich przyjaciół także. Zawędrował w końcu do kantyny. Usiadł przy stole, poza nim były jeszcze trzy osoby, każdy z bandażami.

Kiedy adrenalina opadła, to dopadł go głód. Dostał garnizonową rację, trochę ziemniaków i kawałek kurczaka. To już nawet na dalekich patrolach w Zielonej Straży lepiej jadał. Ale wyboru nie miał, posilił się skromnym posiłkiem i zaczął zastanawiać, co zrobić dalej.

Wieś jest teraz czterokrotnie większa, mnóstwo przestrzeni zajęli dla siebie wojacy, których znowu nie było aż tak wielu. Tylko garść maruderów i ranni. Gdyby orkowie poszli w pogoń, to zmietliby ich w ciągu chwili.

– Piwo! – Krzyknął ktoś z progu.

Folangowi ten głos wydawał się znajomy, szybko się obrócił. No tak, Quadrilion. Bo kto inny żłopałby piwsko w takim momencie?

– Quadrilion! – Kawalerzysta zerwał się ze swojego miejsca i podszedł do niego.

– Folang, bracie! – Odruchowo chciał go złapać za ramiona, krasnoludzki obyczaj. Jednak głową sięgał mu do klatki piersiowej, toteż szybko się opamiętał – Myśleliśmy, że nie żyjesz! Gdzieś ty był?!

– Zostałem do końca.

– Do końca, huh? – Uniósł brew krasnolud – A Kulawy?

– On też… – Elminterczyk uciekł wzrokiem w bok.

– Jasne… Chodź, Folang, nie ma co tu tak stać po próżnicy – Quadrilion chwycił swój kufel i dziarsko pomaszerował przez sam środek obozu.

– Kto przeżył z naszej sekcji?

– Prawie wszyscy. Zadekowaliśmy się za wioską.

Rzeczywiście, Quadrilion wyprowadził go z obozu i weszli do pobliskiego zagajnika. Ledwie marny spłachetek, w porównaniu do lasu na zachód od Retidorum. Na powalonym pniu i ziemi, dookoła małego ogniska, siedzieli członkowie Sekcji 2 Drużyny 85. Popatrzyli na przybyłych, pokiwali głowami w powitaniu, i dalej w milczeniu zerkali na ogień. Dzisiaj już nikt nie miał ochoty na rozmowy.

X’iana miała ostatnio sporego pecha. Nabawiła się kolejnej rany, ta przechodziła prawie prostopadle do starej blizny na prawym policzku. Od połowy policzka, do nosa. Pewnie zostanie ślad. Do tego lewą dłoń owinęła sobie bandażem.

Nie lepszy widok przedstawiał Ztran, on to w ogóle nie miał góry pancerza. Jedynie szarą już koszulę, czyżby zgubił część zbroi? Prawa ręka od nadgarstka aż do ramienia była owinięta bandażem, niemal na całej długości już ciemnoczerwonym. Twarz podrapana, pewnie od ataku ducha, chociaż rany były płytkie.

Helsfiag siedział z dala od reszty, jak gdyby o coś naburmuszony.

Tylko Quadrilion jakoś nic sobie z tego wszystkiego nie robił, i wesoło popijał piwo. Głośno przy tym mlaskał i co jakiś czas pluł pianą w ogień.

– A Junak gdzie? I Ymin, też go tu nie widzę – Folang usiadł obok krasnoluda.

– Tropiciel próbuje wyniuchać trochę informacji. A Ymin leży w lazarecie, złamał włócznię na jakimś trollu i kawałek wszedł mu w brzuch.

Elminterczyk westchnął ciężko. Rzucił jeszcze raz spojrzeniem na wszystkich.

– Velocirept?

– Zabili go – Powiedziała X’iana, można było wyczuć w niej… Smutek? A Folang sądził, że raczej go nie lubiła.

– Nasz stary, dobry Velociret… – Skrzywił się Ztran.

– Na moich oczach. Szarpał się z behemotem, ale co on mógł? Bestia była od niego dobre trzy razy większa. Upadłam na plecy, próbowałam skontrować cios swoim mieczem, ale noga nie wytrzymała. To był zombie. Nachylił się nade mną, chciał dobić. Wtedy zmiótł go behemot, pewnie sam chciał mnie ubić. A Velocirept bez namysłu skoczył na niego z pazurami. Gryzł, szarpał, rozrywał… Ale behemot nic sobie z tego nie zrobił. Rzucił go na ziemię a potem rozdeptał. Tak po prostu. Zdążyłam wstać, cofnąć się za czyjeś plecy i chwilę odpocząć – Elfka nie wyglądała, jakby miała się rozpłakać. Nie była tego typu kobietą. Dominowała w niej złość, chęć samodzielnego wyrżnięcia całego Ilitranu nie szczędząc nikogo.

– Jakie były jego ostatnie słowa? – Zapytał Folang.

– Wrrrr, grrrr, hryym, ik…!

– Quadrilion, to nie jest śmieszne! – Skarciła wygłupiającego się krasnoluda. On tylko wzruszył ramionami.

– Velocirept nie żyje, to tyle. Nie ma się co zamartwiać, jest wojna, towarzysze umierają. Sądzisz, że Velocirept chciałby, żeby go opłakiwać? Albo że płakałby rzewnymi łzami po tobie? Wszyscy dobrze wiemy, że Velocirept był narwańcem, jakich mało. Ryzykował. I wreszcie się doigrał.

Quadrilion miał rację. Zresztą, nic dziwnego. Sam naoglądał się śmierci, w końcu pochodził ze Szczytu Salmidriona. Tam codziennie walczy się o przeżycie z przeważającymi siłami wroga, służba w Zielonej Straży to dla niego wakacje. Jednak ludzie nie chcieli się z tym pogodzić.

– A gdzie Kulawy? – X’iana wbiła w Folanga twarde spojrzenie.

– Kazał mi uciekać. Patrzyłem jeszcze na jego śmierć. Potem dojechałem do sztabu, tam garść naszych pakowała ostatnie rzeczy. Gdyby nie to, pewnie miałbym problemy z trafieniem tutaj.

Znowu zapadła ciężka cisza. Kulawy spajał ten oddział. Dobrze znał każdego z nich, wiedział o nich wszystko. I umiejętnie dowodził. Sam często brał na siebie odpowiedzialność za przewiny podwładnych, opiekował się nimi jak własnymi dziećmi i dzielił z nimi tak radości, jak i smutki.

A teraz umarł. Nie ma go. W każdym z obecnych także coś umarło.

– No to rozpierducha na całego – Niewiadomo skąd pojawił się Junak i przysiadł do ogniska.

– To znaczy? – Quadrilion aż odstawił piwo.

– Tak na dobrą sprawę, to nie mamy nad sobą dowództwa, wiec jeśli ktoś chce wracać do domu… – Junak powiódł wzrokiem po zebranych, jednak nikt nie wyglądał na skorego do porzucenia reszty – Garść oficerów przeżyła, nie ma żadnych papierów co do naszej służby. Cała Zielona Straż została przetrzebiona, spod Retidorum ewakuowało się może z dwudziestu chłopa.

– A plany co do walki? – Krasnolud aż się nachylił do niego.

– Jeszcze gorzej. Lykania pcha do nas wszystko, co tylko ma u siebie. Jutro dojdą pierwsze oddziały z Olmandsu – Jak nigdy rozgadał się Junak – A Gelvionstan, nie uwierzycie… Zaatakował Kumsyk! No rozumiecie to?! U nas burdel na całego, oficjalna wojna z Ilitranem, a ci wzięli się za podboje!

– Co na to Południowe Królestwa? – Wtrącił się Ztran.

– Ano nic. Tylko Ulgarda posłała część swoich ludzi na granicę, pozostałymi chce wzmocnić Lykanię. Ogólnie Kumsyk został z tym sam, i raczej mu się nie uda, zdążyli już pchnąć do nas część armii, i nie zdążą jej zawrócić na czas.

– Cholerni idioci… – Warknął Quadrilion. 

– A Helsfiag? – Zapytał mieszkaniec owej krainy.

– Dalej walczy, chociaż nie chce się połączyć z Elminterem i wspólnie odepchnąć gobliny. O co te wasze spory, ta cała nienawiść?

Helsfiag wrogim spojrzeniem zmierzył Folanga, ten nie zareagował na to. Elminter został daleko, gdzieś tam, na północy, przy grobach jego rodziny. Teraz był Zielonym Strażnikiem.

– Dużo by opowiadać… – Wydusił z siebie niechętnie.

– Jak zwykle. Ziemia, pieniądze, towary, własne racje i przekonania – Podsumowała X’iana.

– A ty co możesz o tym wiedzieć?! – Wydarł się na nią Helsfiag.

– Chociażby to, że właśnie teraz Rozmist pogrążą siew kolejnej wojnie, zamiast nam pomóc. Myślisz, że nie skorzystali z tej okazji? Nie mają nad sobą bata potęg z Gelizme, nikt nie przybędzie nikomu z pomocą. Będą więc walczyć do upadłego, o każdy bezsens, jaki im przyjdzie do głowy. Elfy Śniade i Nizinne… Takiej nienawiści dawno nie widziałam. Chociaż nie wiem, skąd się wzięła. I właśnie gdzieś tam został mój dom.

– Ma rację – Przytaknął Junak – Pojawiły się już pierwsze utarczki graniczne. Nikt nie deklaruje pomocy. Ani my im, ani oni nam.

– No a Felgon? – Zapytał Ztran.

– Te rzekome okręty podobno jeszcze są w drodze.

– To w takim razie co z krasnoludami? I niziołkami? – Wtrącił się Folang.

– Weszli jeszcze głębiej pod ziemie, nie chcą podejmować się walki z samym Upadłym.

– Typowe… – Westchnął Quadrilion kręcąc głową.

Zapadła niezręczna cisza. Junak chyba też już wracał do normy, zdał relację i znowu odechciało mu się rozmawiać.

– Więc… – Odezwał się wreszcie elminterczyk – Co robimy dalej?

Wszyscy spojrzeli po sobie ponuro, kolejno kiwali głowami.

– Czyli wracamy na łono armii? – Upewnił się kawalerzysta – Jak chcą przeprowadzić kampanię?

– Jutro rano pierwsze oddziały mają podejść pod Retidorum –Rzucił Junak.

Zapanowało ciężkie milczenie. Wszyscy wiedzieli, że kolejne walki to będzie już istne samobójstwo. Jednak czuli się w obowiązku, w końcu to oni mieli pilnować magicznych ruin.

– Pójdę do Ymina – W końcu wydusił z siebie Folang.

Zostawił swoich przyjaciół i ruszył do obozu. Lazaret nietrudno było znaleźć, jak zwykle miał sporo miejsca dookoła siebie. I jeszcze ten specyficzny zapach… Krwi, lekarstw i śmierci.

Wszedł do owego namiotu, rzucił okiem i aż zagubił się w tej liczbie rannych. Zrobił obchód i nie znalazł włócznika, jednak Ymina nie sposób nie poznać. Podszedł do lekarza.

– Gdzie jest włócznik z Zielonej Straży? Miał ranę brzucha.

Lekarz, zapewne także mag, popatrzył na niego przeciągle.

– Na zewnątrz, po zachodniej stronie wioski.

Folang poszedł tak, jak mu wskazano. Już w połowie drogi miał przeczucia. W powietrzu unosił się zapach dymu i czegoś słodkiego, jakby…

Płonące ciała.

Po zachodniej stronie palono trupy na wielkich stosach drewna. Obdzierano je z broni i pancerza, zostawiano tylko odzież pod spodem. Folang od razu się domyślił. Ymin zmarł. Kolejna ofiara tej wojny. A wojna dopiero się zaczęła…

Nie miał nic do roboty, niedługo zapadnie zmierzch. Ale nie było mu do spania. Kręcił się jeszcze długo po obozie. I coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że była to zbieranina losowych pododdziałów.

Dosiadł się do jakiegoś ogniska i pogrążył w swoich rozmyśleniach, nie chciał jeszcze wracać do Sekcji 2. Przesiedział tak do zupełnego zmroku.

I wtedy coś grzmotnęło, jakby się burza zbliżała. Potem niebo rozcięła błyskawica, gdzieś na północy. Folang wstał, miał złe przeczucia. Szczególnie po zeznaniach orka.

Przetoczył się kolejny grom, kilka następnych błyskawic rozcięło niebo. Nad Retidorum pojawiła się jakaś poświata. Teraz już grzmiało cały czas, raz ciszej, raz głośniej, jednak bez ustanku. Zerwał się mocny wiatr, pioruny wciąż biły. Zaczęło się robić coraz jaśniej, niektórzy musieli odwracać wzrok.

Nagle wszystko ustało, zapanowała wręcz ogłuszająca cisza. Nikt z obecnych się nie odzywał, w ciszy spoglądali na północ, jedynie drwa w ogniskach trzaskały.

 Niebo wprost wybuchło. Przez okolicę przetoczyły się gromy, żałosne jęki potępionych i odgłosy bitwy. Z Retidorum powoli wypełzał ku górze fioletowy promień. A gdy tylko dotknął pierwszych chmur, cała okolica została zalany oślepiającym blaskiem. Kilka osób padło na kolana i wyło z bólu, zapewne już tracąc wzrok.

Folang nie czekał dużej, na oślep zaczął się przedzierać do ogniska swoich przyjaciół. Musieli podjąć jakieś działanie, Upadły właśnie zdobywał moc. Blask powoli opadał, coraz łatwiej było orientować się w terenie. Co raz potykając się o sznury podtrzymujące namioty, elminterczyk wciąż parł naprzód.

Kiedy blask opadł na tyle, by można było spoglądać na okolicę jak za dnia, kawalerzysta już dotarł do ogniska. Jednak nikogo ze Strażników przy nim nie było. Obszedł okolicę i nalazł ich dopiero na polanie.

– Widzieliście wszystko? – Zapytał.

– Ni cholery mi się to nie podoba… – Mruknął Quadrilion.

– Sądzicie, że Upadły już zdobył moc? Że Retidorum jest teraz stertą gruzów? I wojna kończy się już w tym momencie? – Z trwogą w głosie zapytał Ztran.

– Zbyt długo już żyję, żeby sądzić inaczej – Nie odrywając oczu od blasku na północy, pokiwała głową X’iana.

– Więc nie mamy szans, jutrzejszy atak załamie się już na samym początku – Podsumował Helsfiag.

– Chcesz wracać do domu? – Zaczepnie prychnęła na niego X’iana.

– Nie, chcę Bolotesowi nakopać w tą plugawą rzyć.

– Wystawili jakąś wartę w okolicach miasta? – Zapytał Folang.

– Zapewne tak, chociaż nie pytałem – Wzruszył ramionami Junak.

– Więc jeśli tak… Myślicie, że ktoś to przeżył? – Zagadnął Quadrilion.

– Nie, ludzie obok mnie momentalnie ślepli. Tam pewnie umierali w męczarniach – Westchnął elminterczyk, chociaż miał nadzieję, że się myli.

– Co teraz robimy? – Zdrowy rozsądek wykazał dopiero Ztran.

– Nic, idziemy spać. Po nocy nic nie zdziałamy, a armia ruszy dopiero w południe – Podsumowała X’iana, i wróciła do ogniska.

Inni nie mieli nic lepszego do roboty, więc poszli w jej ślady. Po chwili już wszyscy leżeli w swoim kącie i próbowali usnąć.

– I co z Yminem? – Przypomniał sobie krasnolud.

– Widziałem już tylko, jak palili jego trupa – Zaciął się kawalerzysta.

Nikt już więcej nie rozmawiał, po jakimś czasie już usnęli. Tylko Folang zasnąć nie mógł. Wciąż dręczyły go różne myśli. Fakt, że przyjaciele nie żyją, że Upadły zdobył niesamowitą moc. I że objawił się właśnie jemu, chciał z niego uczynić swojego sługę. Lecz dlaczego?

 

Rozdział VI – Bitwa ostatniej szansy

 

Z samego rana już grały trąbki na pobudkę, psie wachty były w trakcie przygotowywania się do wymarszu. Folang, wraz z resztą Strażników, poszedł do dowództwa. Zastał tam porucznika Zielonej Straży, zapewne ostatniego wysokiego rangą oficera. Był także elfi mag bitewny.

– Żyjecie? Świetnie, chociaż wy – Przywitał ich oficer, młody facet, zapewne półkrwi elf z Gelvionstanu – To razem będzie nas trzydzieści siedem osób, ze mną i magiem włącznie. Weźmiemy na siebie pierwszy szturm, trzeba uderzyć na Retidorum.

– Retidorum? Teraz? Przecież to szaleństwo! – Krzyknęła X’iana.  

– Jeśli Upadły rzeczywiście przejął jego moc, ruiny są już bezpieczne. I będą stanowić doskonałą bazę wypadową do dalszych operacji.

– Bez wsparcia Gelvionstanu, Helsfiagu i Elminteru to nie może się udać. Że nie wspominam o krasnoludach ze Szczytu Salmidriona, Gór Słonych i Niebieskich – Wtrącił się Junak -

Poza tym Kumsyk podobno jest w stanie wojny z Gelvionstanem.

– Owszem – Porucznik popatrzył podejrzliwie na tropiciela – Ale jest to nasza jedyna szansa. Jeśli teraz nie przystąpimy do ataku, to potem będziemy się już tylko cofać.

– A jeśli się nie powiedzie, to także będziemy się już tylko cofać – Warknęła X’iana.

– No właśnie. Więc sami widzicie, że wyboru nie mamy.

– Ilu nas jest? – Folang nie miał zamiaru się kłócić. Przyjął rozkaz i chciał tylko znać szczegóły.

– Siły sprzymierzone maja być przekierowane już bezpośrednio do Retidorum, nasi madzy wciąż ślą hololisty – Po raz pierwszy odezwał się mag bitewny – Jak na razie, to do walki ruszy około siedemset osób, włącznie z oddziałami podesłanymi na ostatnią chwilę, lokalną milicją i rannymi zdolnymi do walki.

Cała Sekcja 2 pokręciła głowami. To nie mogło się udać.

– A wraz ze ściągniętymi oddziałami? – Zapytał Quadrilion.

– Jeśli dotrą do początkowych faz bitwy, to według moich szacunków, do piętnastu tysięcy piechoty, w tym sześć tysięcy doborowej, dwa tysiące jazdy oraz trzy tysiące strzelców.

To już przedstawiało jakaś wartość. Jednak czy zdążą na czas?

– Nie mamy dowódcy – Zameldował Ztran.

– Ach, tak… Kto jest najstarszy stopniem? – Zapytał porucznik.

Nikt się nie zgłaszał. Mimo długoletnich służb, jakoś nikt nie wybił się ponad zwykłego szeregowca.

– A kto jest najstarszy służbą?

– Ja – Westchnęła ciężko X’iana.

– Świetnie. Od tej pory bierzesz pod siebie swoich koleżków.

– No bez jaj… Przecież ona nas wszystkich pozabija! To wariatka! – Jęknął Ztran.

– Nie odzywaj się, bo wyślę cię na daleki patrol pod Retidorum – Warknęła elfka, wczuwała już się w swoją rolę.

– Przygotujcie się do wymarszu, ruszycie z oddziałami schodzącymi z psiej wachty – Rozkazał porucznik.

Wszyscy zasalutowali posłusznie i wyszli z budynku. Jakoś nikt nie mógł się przyzywać do tego, że to teraz X’iana będzie dowodzić. Zgłosili się do kolumny na północy obozu i przygotowali do dalszej drogi. Folang odebrał konia ze stajni i zgłosił się do awangardy. Był jako jedyny.

Ruszył jeszcze przed tym, jak główne siły narzuciły krok marszowy, i bacznie rozglądał się po okolicy.

Nic nie wskazywało na to, by oddziały Ilitranu przejęły okolicę pod swoje panowanie. Jednak Upadły musiał się spodziewać, że Południowe Królestwa zorganizują odwet.

Usłyszał odgłos kroków za sobą, więc przyspieszył konia, wysforował się jeszcze dalej. Na razie wszystko wyglądało dobrze. Dopiero kiedy wjechał na kolejne wzgórze i spojrzał na Retidorum, pojął, dlaczego panował taki spokój.

Całe Retidorum przejęte zostało przez sługusów Upadłego. Było ich tak wielu, że obozowiska musiały być rozbijane wokół murów. A na murach i wieżach łopotał sztandar Ilitranu, biały proporzec z czarną koroną przebitą czarnym mieczem. Symbol upadku Bolotesa i swego rodzaju groźba, że jeszcze sięgnie po władzę.

Na murach ustawiono także katapulty i balisty, w kilku miejscach wyrwy w murze zostały naprędce zakryte balami drewna. Warownia przygotowywała się do długiego oblężenia.

Folang natychmiast zawrócił i pognał konia, nie zważając na pianę. Byleby tylko zdążyć, zanim orkowie się zorientują, że zbliża się połączona armia.

Dopadł przodu kolumny, która była bliżej, niż sądził. Od razu skierował się do swojego porucznika.

– Przygotowują się do oblężenia, nie damy rady. Musimy zawrócić i przygotować machiny oblężnicze.

– Nie – Odparł porucznik po chwili zastanowienia – Zatrzymamy się tutaj i zbudujemy coś. Potem od razu zaatakujemy.

– Ale…

– To rozkaz – Nie dał powiedzieć Folangowi. Potem sam skierował się do generałów i przekazał im informacje.

Kolumna została zatrzymana, jednak żołnierzom nie dano chwili wytchnienia. Od razu skierowano ich do wyrębu drzew i budowania drabin oraz wież oblężniczych. Ktoś także zaczął składać jedną katapultę, chociaż w okolicy nie było odpowiednich kamieni.

Zajęło im to wszystko do południa, wspólna praca zaowocowała dość dobrymi wynikami. W tym czasie dołączyły pozostałe oddziały z Novel, dotarła także spora awangarda z Olmandsu. Czekają już tylko na zachodnie królestwa.

Generałowie jednak zdecydowali, że należy wykorzystać element zaskoczenia. Rozkazali natychmiastowy atak. I zaczęło się, oddziały ustawiły się w pozycjach bojowych, podniesiono drabiny, zaczęto toczyć katapultę i dwie wieże.

Folang odnalazł oddziały Zielonej Straży, oczywiście szły na samym przedzie. Zsiadł z konia i znowu posłał go w las.

– Przecież to nie może się udać. A ta wieża? No poroniony pomysł! Kto normalny będzie tam wchodził i ganiał się po murach z orkami?! – Narzekał Quadrilion.

– Jak się nie stulisz, to sam poprowadzisz ten atak – Warknęła na niego X’iana – Idziemy szykiem, nie wyłamywać się, atakować równo. Jak się uda, to może zbliżymy się pod mury, zanim jeszcze się połapią w mieście.

– I ty w to wierzysz? – Parsknął helsfiag.

– Nie. Ale taki był rozkaz, więc trzeba go wykonać.

Skończyli rozmowy, gdy tylko weszli na wzgórze. Nad miasto uniosło się całe stado wiwern i harpii, kolumna została od razu zauważona. Orkowie z obozu wokół murów stanęły na przedpolu w nieładzie, krzyczały, nawoływały się i groźnie wymachiwały mieczami.

Piechota ustawiła się w połowie wysokości wzgórza, na szczycie stanęli strzelcy i zaczęli zasypywać przedpole i blanki pociskami. Do tego z katapulty wystrzeliwano spore bale, ze względu na brak dużych kamieni.

Ostrzał trwał krótko, zaraz latające plugastwa rzuciły się na wzgórze. Część ustrzelono jeszcze w locie, jednak kiedy chciały uchwycić ludzi w swoje szpony, piechota wyciągnęła włócznie, cięła mieczami, zapanował rozgardiasz, wróg uderzył w środek armii. W tym małym chaosie, niewiadomo skąd, na niebie pokazał się szkielet smoka.

Wiwerny opluwały jadem i kwasem wszystko dookoła, wiele osób z krzykiem kładło się na ziemię i łapało za palące rany. Harpie szybko odstąpiły, budowa ciała podobna do ptaków sprawiała, że były podatne na ataki. Wiele z nich padło u stóp atakujących. A ci wznowili ostrzał murów.

Orkowie się rozeźlili, zaczęli biec do obrońców. Na początku jeszcze wolno, spokojnie, pojedynczo. Potem coraz większymi grupami, z rykiem. Pojawiła się cała gromada, otworzyły bramę i wysypywały się na przedpole. Folang ugiął nogi w kolanach, już przygotowywał się na starcie z motłochem rządnym krwi.

I wtedy od zachodu przybyła kawaleria. Szybko, pancernym walcem, wbiła się od boku w gromadę, gobliny wyleciały w powietrze, orkowie byli tratowani. Szpic pogoni dotarł już na drugą stronę gromady, siły sprzymierzone wiwatowały.

Jednak przed mury wyszły trolle i behemoty, zaczęła się krwawa walka. Kawaleria sobie nie radziła, oddziały zbiegły z pomocą. Jednak wtedy wylądował kościany smok, jeden z generałów Potępionego. Kawalerzyści z Ulgardy byli już w rozsypce, gdy Zielona Straż dotarła do pola walki. Siłą rozpędu tratowali orków, gobliny, zombie i szkielety. Zakuci w zbroje od stóp do głów gnali przed siebie, byleby tylko ocalić chociaż kilka istnień, i wedrzeć się na mury miasta.

Folang nawet nie patrzył, czy kogoś trafia, siekł mieczem na prawo i lewo, biegł do najbliższego sobie kawalerzysty, byleby mu tylko pomóc, postawić go na nogi i wskazać kierunek natarcia.

Jednak co mógł zrobić konny z mieczem, gdy przyszło mu walczyć z behemotem i trollem? Ginęli po dwóch, trzech naraz. Na blankach pojawiły się ogry, zaczęły rzucać plugawymi czarami. Nad głowami walczących przetaczały się strzały, kule ognia, pioruny i grady kamieni.

Mag bitewny przywołał trzęsienie ziemi, wszyscy walczący padli na kolana, a najwyższa wieża się posypała w drobny mak. Kolejne dwie dość wysokie baszty także się zapadły, przysypały gruzem ulice w mieście.

Po chwili wszystko się uspokoiło, jeźdźcy skorzystali z okazji i wycofali się na tyły. Im wyższy potwór, tym głośniejszy jego upadek, i tym trudniej mu wstać. Zieloni Strażnicy skorzystali z tego i jako pierwsi zaczęli siekać leżące potwory.

Jednak wiwerny nie chciały na to zezwolić, co i raz obniżały lot, i łapały w swe szpony ludzi. Potem rozgryzały szyję nieszczęśnika lub zrzucały go z wysokości. Zza murów wyleciały chimery, również dołączyły do polowania z góry. Ilitran panował na niebie, oddziały na ziemi wciąż były przetrzebiane. I mimo, że połączone armie były coraz bliżej murów, ubywało ich w zastraszającym tempie.

I wtedy na niebie zawrzało. Pojawiły się cienie, które przemieszczały się bardzo szybko. Chimery i wiwerny zaczęły ryczeć żałośnie, przestały polować na ludzi i kotłowały się na niebie.

– Gryfy! – Ponad odgłosami walki wzbił się czyjś pełen nadziei krzyk – Gelviona jest z nami! Dalej chłopy, ku zwycięstwu!

W walczących wstąpił nowy duch. Gryfy pałały nienawiścią do wszystkiego, co było w posiadaniu Ilitranu. Skutecznie walczyły z latającymi plugastwami Upadłego. Trupy potworów co chwilę spadały z nieba, w szeregach wroga wrzało.

Sprzymierzone armie dopadły murów, wtoczono wieże, postawiono drabiny. Zaczęło się gorączkowe wspinanie. Orkowie i gobliny rzucali w nadchodzących czym popadnie, ogry wciąż wykrzykiwały zaklęcia. Jednak ludzie byli pełni zapału, hartu ducha i chęci do walki.

Mag bitewny nawet zesłał na miasto gradobicie. Mało spektakularne, jednak takie trafienie musiało boleć. Szkielety i zombie zaczęły zeskakiwać z murów wprost na drabiny, które łamały się od tego. Duchy pojawiły się u podstaw wież, i mimo wciąż rzucanych zaklęć ochronnych przez elfiego maga, konstrukcje zaczęły się przechylać, i kolejno upadać.

Nieliczni, którzy wdarli się na mury, szybko zginęli. Atak się załamał. Folang miał tyle szczęścia, że stał u samej podstawy drabiny, gdy ta się złamała od kolejnego skoku zombie. Zatrąbiono na odwrót, nawet gryfy zaczęły wracać do siebie, skrzecząc zwycięsko.

Szybko powrócono za wzgórze, kto tylko mógł, ten pomógł iść rannemu. Pobojowisko wyglądało strasznie, ciężko było ocenić, kto jeszcze żyje. Elminterczyk znalazł jakiegoś kawalerzystę przygniecionego przez trupa własnego konia, i z trudem pomógł mu się wydostać. Zaraz potem razem uciekli na tyły.

Folang dotarł do swojego oddziału. O dziwo, wszyscy jeszcze żyli, i nawet nie wyglądali tak źle. Ztran nawet znalazł jakiś pancerz, co prawda mocno powyginany, i tak zachlapany krwią, że nie można było odróżnić oznaczeń, jednak miał się czym zasłonić. X’iana za to nadal była w samych spodniach, rana pewnie mocno by ją drażniła pod blachą.

– Nie przebijemy się, jakem kurwa krasnolud z brodą po same jajca… – Z trudem powiedział Quadrilion, padł ciężko na ziemię i łapczywie łapał powietrze.

– On ma rację – Poprał go Ztran – Musimy dostać porządne wzmocnienia. Dawno nie widziałem takiej jatki.

– Nie wasza w tym głowa – Odparła niechętnie X’iana.

Wrócił do nich Junak, swój ciężki pancerz zastąpił czymś lekkim, pewnie niedawno zdarł go z jakiegoś trupa.

– Mamy wejść do lasów dookoła i narąbać tyle drewna, ile się tylko da. Chcą to powtórzyć.

– Toż to szaleństwo… – Jęknął Ztran.

– Potrzebujemy magów – Odezwał się helsfiag – Muszą zrównać miasto z ziemia, a potem przeć naprzód, i masakrować wszystko, co tylko odważy się wystąpić przeciw nim.

– To dobry plan.

– X’iana! – Oburzył się Ztran.

– Co?! Helsfiag ma rację! Tylko tak możemy pokonać Upadłego! – Gorączkowała się nowa pani oficer.

– Przy okazji zniżając się do jego poziomu?!

Folang zagwizdał przez palce.

– Mamy rąbać drewno, pamiętacie? – Nigdy nie był służbistą, ale nie cierpiał słuchać tych wiecznych kłótni Ztrana i X’iany – Więc chodźmy ściąć parę drzew, bo dostanie nam się za ignorowanie rozkazów.

Oficer i strzelec spojrzeli na siebie niechętnie, ale za radą elminterczyka weszli w gąszcz i zaczęli ścinać, co popadnie. Najwięcej oczywiście narzekał Quadrilion.

– Tak, jasne. Bo jako krasnolud, mogę machać toporem i się nie męczę. Pewnie, przyzwyczajony do pracy w kopalni, to poślijcie go w roli drwala! – Jednak karczowanie okolicy jemu szło najlepiej.

Potem wszystko zebrano i zaczęto klecić drabiny, odpuszczono sobie wreszcie pomysł z wieżami oblężniczymi. Z półtora tysiąca jeźdźców, którzy się zjawili, do dalszej walki nadawało się ich raptem ośmiuset. Wciąż przybywały kolejne oddziały, jednak straty poniesione od początku oblężenia nie napawały optymizmem. Z dwudziestu tysięcy obiecanych wojowników, dotarło już trzynaście tysięcy, chociaż przeżyło sześć.

Folang wziął w ręce kolejną porcję drewna, gdy nagle drzewa się poruszyły.

– Trolle! – Krzyknął ostrzegawczo, wypuścił pnie i zapał za miecz.

Sekcja 2 i kilku okolicznych wojaków zrobiło to samo. Drzewa wciąż się poruszały, słychać było ciężki tupot. Jakże ogromne było zdziwienie, gdy zamiast spodziewanych trolli, pokazały się chodzące drzewa.

– Jak śmiecie niszczyć dzieło Gelviony? Jak śmiecie tak barbarzyńsko wycinać wszystko i tworzyć z nich narzędzia mordu? – Jeden z nich przemówił niskim głosem, było to drzewo klonu.

– Ent? – Niepewnie zapytał Folang opuszczając miecz.

– Czyż nie słyszycie krzyku mordowanych drew? Czy nie dopuszczacie do siebie płaczu ptaków, którym odbieracie dom? – Kontynuował klon.

Nadbiegło kilku kolejnych wojaków, którzy zostali zaalarmowani krzykami, sądząc, że Ilitran przypuszcza kolejny atak.

– Ach, to tak? Przychodzimy do was w pokoju, a wy chcecie zabić i nas, by wykorzystać do waszych niecnych budowli?

– Spokojnie, nikt nikogo nie będzie zabijał – W geście pojednania podniósł ręce Ztran i mówił uspokajającym głosem – To drewno jest nam potrzebne, by wypędzić sługusów Upadłego z owych ziem.

– Jesteście wrogami Ilitranu? – Zapytał ent – Więc Upadły zapuścił swe plugawe ręce również i tu?

Na koniu przyjechało kilku oficerów, zapewne poinformowanych przez kogoś, kto przed chwilą dotarł.

– Co tu się dzieje? Czemu nie pracujecie? – Zmarszczył brwi generał, noszący insygnia Lykanii.

Klon uklęknął na swoich drzewich nogach. Wyprostowany miał dobre osiem metrów wzrostu, jednak nie widział z tej wysokości oficera. Przyjrzał mu się dobrze i rzekł.

– Ilitran wycina lasy, niszczy wszystko co żywe, pali nami w piecach i ryje w ziemi. My także nie jesteśmy przyjaciółmi Upadłego.

– Jesteś entem? – Oficer spojrzał na przybyłego – Sądziłem, że wszystkie wyginęły podczas walk z Ilitranem o zachowanie czystości ziem.

– Niewielu nas zostało – Przyznał smutno klon – Jednak ci, którzy się ocalili, chętnie dołączą do krucjaty przeciw plugawemu królestwu.

– W takim razie nie ma na co czekać. Ty jesteś… Przewodniczącym wszystkich? – Lykanin przez chwilę szukał odpowiedniego słowa.

– Jam jest – Przyznał ent.

– Panowie, zacznijcie robić drabiny. My musimy porozmawiać – Rozkazał generał.

Zebrani nie mieli wyboru. Folag zabrał naręcze drewna i wrócił do głównego obozu. Inni żołnierze już wiązali drabiny, pozostali odpoczywali, jak tylko mogli. Co poniektórzy łapali trochę snu. Jednak inni nie mieli tyle szczęścia. Lekarze opatrywali rannych gdzie tylko mogli, w namiotach medycznych już nie było miejsca. A generałowie nie znali litości, każdy lekko ranny musiał natychmiast wrócić do walki.

Lykański oficer musiał się dogadać z entem, bo już po chwili osiem wielkich drzew wychynęło na polanę, gdzie odpoczywali żołnierze. Każde z nich uklęknęło i nieco pochyliło się do przodu. Generał wydał jakiś rozkaz, i już po chwili na ramiona drzew wbiegali jacyś żołnierze.

– Lykańskie oddziały specjalne – mruknął Ztran, patrząc na oznaczenia wojaków.

– Co za jedni? – Zdziwił się Quadrillion.

– Wszyscy zmiennokształtni lub magowie, do tego kilku wyjątkowo dobrych szermierzy. Jest ich niewielu, jednak nie chciałbym stanąć przeciwko chociaż jednemu. Nawet mając za plecami całą Zieloną Straż – Strzelec z podziwem obserwował wojaków, którzy już kończyli swój „załadunek”.

– A ci? – Folang wskazał na kolejnych żołnierzy, którzy mieli inne oznaczenia, jednak także wbiegali na drzewa.

– Włócznicy z Olmandsu. Widzisz te dziryty w kołczanach na plecach? Świetnie rzucają. To jednostki regularne, chociaż przechodzą sporą selekcję i ciężkie ćwiczenia.

– Mówię wam panowie, że to pierdolnie… Z wieżami już się nie udało, ma wyjść z drzewami? – Pesymistycznie spoglądał na to wszystko krasnolud.

– Entami – Poprawił go Folang.

– Co?

– To są enty.

– Jeden pies – Machnął ręką Quadrilion – I tak nic z tego nie wyjdzie.

– Całość wymarsz! – Padł rozkaz gdzieś z przodu.

Wyćwiczonymi ruchami cała Sekcja 2 była już na nogach i pobiegł na przód drugiej kolumny.

Szli między nogami nowych sprzymierzeńców, którzy choć dość wolno, to wciąż parli naprzód. Mimo strzał, które już szybowały w kierunku sił sprzymierzonych.

Folang pożałował, że nie miał ze sobą tarczy. Ale jakoś nigdy się do niej nie przekonał, niewygodnie mu było z nią walczyć. Chował się za plecami jednego ze Strażników, który dźwigał sporą pawęż.

Strzelcy armii ludzi szybko odpowiedzieli, niebo było całe zasłane pociskami obu walczących stron. Jednak nikt się nie cofał, wszyscy wierzyli, że teraz to już ostatni szturm. Że już za chwilę będą ucztować na trupach orków.

Wielki klon, przywódca pozostałych entów, jako pierwszy dotarł do muru. Oparł o niego ręce z gałęzi, i czekał, aż wojacy zeskoczą na mury. Gdy tylko ostatni zeskoczył, klon zaczął uderzać o mury. Rozłupywał ścianę, zrzucał z niej plugawych, niszczył machiny. Potem to samo robiły pozostałe enty. Lykanie zmienili się w najróżniejsze bestie, które siały popłoch i ferment w szeregach wroga.

Folang dobiegł z drabiną do muru, przystawił ją wraz ze swoimi towarzyszami, i zaczął się wspinać. Tym razem zamieszanie na murach było tak duże, że udało mu się wdrapać. Stanął na szeroko rozstawionych nogach i rozejrzał się.

Miał cztery metry luzu w każdą stronę, lykanie odwalili kawał porządnej roboty. Wszyscy zaczęli wierzyć, że tym razem się uda. Już miał podbiec  i ciąć z zamachu, gdy coś się stało. Nagle wszędzie zapadła ciemność, słońce zostało przysłonięte przez niskie, burzowe chmury.

Wszyscy walczący podnieśli głowy, zaczęli się przyglądać dziwnemu zjawisku. Chmury przeszyła błyskawica, która uderzyła w nich poziomo. Potem kolejna. I następna. Pioruny biły coraz częściej. Potem pojawiła się ogniska kula, która zaczęła się zbliżać ku ziemi.

W wielkiej kuli ognia wychynął z chmur jakiś kształt. Człowiek ,zakuty w wielką zbroję płytową, w dłoniach dzierżył dwuręczny miecz. Zszedł tak na dach dawnej zbrojowni i przemówił do wszystkich zebranych niskim głosem.

– Jam jest Upadły, jedyny prawdziwy Przedwieczny. Oddajcie mi pokłon, a was oszczędzę.

Ludzie spojrzeli po sobie, nie bardzo wiedzieli co robić i myśleć. W końcu objawił im się sam Upadły we własnej osobie. Wszelkie plugastwa Ilitranu natychmiast padły na kolana i nawet nie śmiały podnieść wzroku na Bolotesa.

– A kimże ty jesteś, by ci się kłaniać? – Odpowiedział pogardliwie jeden z lykanów – Oddać cześć mogę jedynie prawdziwym Przedwiecznym!

W momencie, gdy skończył mówić, Upadły wskazał na żołnierza a ten wybuchł od środka.

– Każde nieposłuszeństwo zostanie ukarane. Powtarzam po raz ostatni, oddajcie mi cześć!

Na mury przeteleportował sie mag bitewny i wystrzelił z palców językami ognia. Bolotes nic sobie tym nie robił, machnął jedynie swoim mieczem, przecinając płomienie w locie, i machnięciem dłoni zrzucił elfa z murów, nawet go nie dotykając.

Jego moc była przeogromna.

Potem Upadły wykrzyczał jakieś zaklęcie w nieznanym języku i przez mury oraz przedpole przetoczyła się ściana płomieni. Ludzie dosłownie smażyli się we własnych zbrojach. Folang uratował się tylko dzięki temu, że w porę złapał orka za szyję i się nim zasłonił.

Cała okolica śmierdziała spalenizną, ryki poparzonych były ogłuszające, enty już dogasały leżąc bez życia na ziemi.

Lecz wtedy chmury się rozjaśniły, w niewielkim otworze pojawił się bardzo silny blask słońca. Ciemna okolica rozświetliła się nieco. Zleciał z nich mężczyzny z wielkimi skrzydłami orła na plecach, w dłoni trzymał płonący miecz. Podleciał na sam środek przedpola i zawisł w powietrzu. Oskarżycielsko wskazał palcem na Upadłego i przemówił głosem równie mocnym, co sam Przedwieczny.

– Bolotesie! Twe zbrodnie są już zbyt wielkie! W imieniu Gelviony nakazuję ci poprzestać na tym!

Upadły tylko się roześmiał i pstryknięciem palców posłał ku aniołowi kulę ognia. Ten zasłonił się swym mieczem, a kula została wchłonięta w ostrze.

– Gelviona nie ma nade mną władzy. To J A jestem jedynym! To do mnie należy Ashthron!

– Ashthron nie należy do nikogo, wszyscy na ziemi są jedynie jego gośćmi.

I z tymi słowami anioł zleciał z góry na Upadłego, uderzając go mieczem. Jednak moc Bolotesa była teraz tak duża, że mógł latać bez skrzydeł. Kotłowali się w powietrzu, ranili swoimi ostrzami i krzyczeli we wściekłości. Obrzucali się nawzajem czarami, które potem spadały na ziemię i dobijały rannych.

W pewnym momencie Upadły zdołał uderzeniem pieści wytrącić anioła z równowagi. Ten spadł na ziemię boleśnie, miecz wypadł mu z dłoni. Podniósł się do pozycji siedzącej z jękiem i otarł krew na ustach. Przedwieczny zstąpił i stanął przy jego nogach.

– Nie uda ci się, Bolotesie. Takich jak ja jest więcej, wszyscy aniołowie poprzysięgli cię zgładzić.

– Nie uda wam się – Zaśmiał się i zdjął hełm, ukazując rysy bardzo przystojnego mężczyzny o brązowych włosach i złotych oczach – Moc Przedwiecznych, zaklęta w Retidorum, teraz należy do mnie. Stałem się potężny.

– To wiara w ludzi czyni potężnym. Przyjaźń, miłość, dobroć. Nienawiść może jedynie zgubić – Nienawistnie szepnął anioł.

– Doprawdy? To ciekawe… Bo jak widać, to ja tu stoję z mieczem w dłoni – Upadły podniósł ostrze – A ty leżysz u mych stóp.

– Gelviono, wybacz mi, bom zawiódł… – Zdążył wyszeptać ledwo słyszalnie anioł, nim miecz dotknął jego szyi. A w momencie zetknięcia, okolicę ponownie przykrył blask. Oślepił ostatnich przy życiu ludzi i za chwilę zniknął. Anioł stracił głowę a siły sprzymierzone zniknęły.

 

Rozdział VI – Początek końca

 

Folang otworzył oczy. Leżał na jakiejś pryczy, wokół niego było wielu innych wojaków, każdy w bandażach. Sam również je miał, na prawej dłoni i na klatce, resztki jego pancerza walały przy łóżku. Jęknął, nagle odezwał się ból głowy. Spróbował wstać.

– Spokojnie, jesteś jeszcze słaby – Pojawił się jakiś facet w płaszczu lekarskim i delikatnie zmusił go do ponownego położenia się.

– Gdzie jestem?

– W Sulfianie, daleko na południu Olmandsu.

– Co? – Folang aż złapał się za głowę – Jakim cudem się tu znalazłem?

– Ten anioł. Gdy umarł, ostatnim tchnieniem mocy przeniósł was tu – Lekarz kiwnął głową na pozostałe łóżka.

– Ile już tu jestem?

– Przez tydzień byłeś nieprzytomny.

Elminterczyk aż podniósł się, jednak ból głowy tak go sparaliżował, że znowu upadł. Zapytał tylko.

– Co z Retidorum?

– Ilitran przesunął granicę aż za Novel.

– A co z pozostałymi państwami? – Folang westchnął. Czyli przegrali wojnę. Czy mieli jeszcze jakąś szansę?

– Północne rejony Ulgardy wpadły w łapy orków, zachodnie przejął Gelvionstan. A Kumsyk już nie istnieje, elfy podbiły wszystko.

– Elminter, Helsfiag? – Z nadzieją w głosie zapytał kawalerzysta.

– Podbite większość ziem na wschodnie i ponad połowa Gór Słonych. Helsfiag ma jeszcze gorzej, trzymają się fortece już pod samymi Górami Niebieskimi. Felgon obiecał pomoc, ale jak do tej pory nic nie zrobił. Sądzą, że izolacja w postaci gór, pustyni i mórz ich ocali.

– Rozmist? – Folang miał jeszcze w pamięci słowa X’iany o wzajemnej nienawiści elfów.

– Elfy Śniade mocno przesunęły granicę na południe, w jednym miejscu jest spory wyłom.

– A wojna? Czy siły sprzymierzone walczą jeszcze z Ilitranem?

– Są jeszcze jakieś małe oddziały – Przytaknął lekarz – Jednak wojna już się praktycznie zakończyła. Przynajmniej do czasu, gdy Upadły nie wypuści kolejnej fali swoich plugastw.

– Zaprzepaściliśmy… – Westchnął Folang – Wszystko zaprzepaściliśmy…

– Hej, gdzie idziesz?! – Lekarz złapał elminterczyka za ramię, który wstał i skierował się do wyjścia z pomieszczenia.

– Jak to gdzie? Posłać Upadłego w najgorsze czeluści piekieł.

– Wracaj, musisz odpocząć, nabrać sił. To nie sztuka zginąć zaraz po powrocie do przytomności – Oponował lekarz.

– A czy chwałą jest leżeć tu, gdy Ilitran pustoszy Ashthron?

 

 

 

Koniec

Komentarze

Uwaaaah, od czego by tu zacząć?

Dobra, od początku. Nie dałem rady zmęczyć całości – przeczytałem pierwszy, drugi i ponad połowę trzeciego i już nie dałem rady. Zbyt wielka kumulacja zgrzytów. Czułem się jak Amerykanin na plaży Omaha.

Po pierwsze, poczęstowałeś mnie ostrzałem artyleryjskim infodumpa, który stanowi pierwszy rozdział. Nie czytało mi się go źle, ale sztampowość pomysłów razi. Do tego nic w kolejnych dwóch nie uzasadniało podania go w tak rozbudowanej wersji. Jednak jeden fajny pomysł zwrócił moja uwagę – fakt pierwszego stworzenia przez bogów goblinów i pozbawienia ich mocy jako kary za czyny, wobec których te same bóstwa pozostają pobłażliwe w przypadku ludzi. Można na tym zbudować kapitalną historię o bogach-hipokrytach, odwrócić tradycyjne role fantasy. Stworzyć uniwersum gdzie to dobre gobliny są tępione i gnojone, a wręcz faszystowskie królestwa ludzi, elfów, krasnoludów chcą dokonać ordynarnego ludobójstwa. Tak tylko mówię ;)

Po infodumpie dostaję rozdział z jakąś akcją. Niczym ogień karabinów maszynowych, razi przedstawienie od razu wszystkich członków drużyny niczym w dwugodzinnym filmie akcji. Z reguły robi się to powoli, stopniowo – ponieważ czytelnik i tak nie zapamięta wszystkich szczegółów. Razi też bardzo współczesny język. Pomijając fakt, że liczby w beletrystyce zapisujemy słownie, “Drużyna 85”, “Sekcja 1 i 2”, “bo was zastrzelę”, “sanitariusz” brzmią jak wyjęte wprost z dwudziestego wieku. Łamie to imersję, roznosi wszelki realizm i zadaje pytanie, czy w tym kierunku był robiony jakikolwiek risercz. Sama akcja taka typowa “weszli, bili, zabili”. Parę interesujących fragmentów się jednak trafiło: ten o samej Zielonej Straży, czy polowaniu na potwory dla magów.

Trzeci rozdział był podobny do drugiego, minus opisy bohaterów. Gdzieś po przekroczeniu połowy dałem sobie już spokój. Nie zdobędę tego szańca.

Technicznie jest słabo. Sporo powtórzeń, często zły zapis dialogów. Pomyśl zwłaszcza nad autokorektą, odleżeniem tekstu i spojrzeniu na niego krytycznym okiem oraz betowaniu. Chwytaj poradniki:

Mini poradnik Nazgula o dialogach: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Klasyczny poradnik Mortycjana – też o dialogach: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Poradnik dla początkującego od Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Zalety i sposób betowania na tutejszej stronie autorstwa PsychoFisha: http://www.fantastyka.pl/loza/17 

Podsumowując: widzę tutaj parę ciekawych pomysłów. Niestety, zostały albo zignorowane, albo zarżnięte wykonaniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mapa mnie trochę odstrasza. Wprawdzie lubię sztampę (gdybym jej nie lubił, nie czytałbym fantasy), ale “Ocean Trwogi” brzmi zdecydowanie zbyt sztampowo.

Pierwszy rozdział przypomina mi – niestety – “Imperium/Smoki Haldoru” Jacka Piekary. Głównym mankamentem tej skądinąd fajnej, acz lekko niedopracowanej powieści jest prolog stanowiący kilkunastostronicowe strzeszczenie historii panującego rodu. Ciężko mi było przez to przebrnąć, choć bardzo się starałem.

Pewne wątki rozwinę, opowiadanie dzieliłem na dwie części, bo mi za dużo tego wyszło w Wordzie, a pisałem właśnie pod niego, żeby wrzucić gdzie indziej, już jakiś czas temu. Ale ostatnio nie mam czasu kończyć drugiej części, więc sam nie wiem, jak i kiedy owe akcje zostaną pokazane. 

"I stałem się Śmiercią, niszczycielem światów."

Próbowałam, ale, przykro mi to pisać, poległam.

Przedstawiasz swój świat od zarania, ale opisujesz wszystko w sposób tak mało ciekawy, że nie poczułam się zachęcona do przeczytania całego opowiadania.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Szkoda, że nie robisz nic, aby Twoje opowiadania były przynajmniej porządnie napisane. :(

Dlaczego dodałeś dwie mapy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mapa wygląda raczej zabawnie. Owszem, dwie rzeki mogą płynąć mniej więcej równolegle, choćby i przez cały kontynent, ale żeby jedna brała początek w morzu? To się raczej nie zdarza. Pustynia nad morzem? Też nie bardzo – tam jest za dużo wilgoci w powietrzu na porządną pustynię. Nawet Sahara nie zaczyna się na plaży.

 

Infodump w pierwszym rozdziale jest morderczy. Wynudził mnie straszliwie, ale przeczytałam jeszcze drugi rozdział. Uważam, że gdyby tekst zaczynał się od niego, sporo by zyskał. Informacji w takim stężeniu i tak nikt nie zapamięta. Jeśli sądzisz, że są niezbędne, to podawaj je po kawałku, w różnych formach. Ale nie jako coś, co czyta się gorzej niż słaby podręcznik historii.

Technicznie nie jest dobrze. Przykłady błędów:

Był on otwarty i każde zwierze mogło tam wejść. A czuły one respekt przed parą bogów i przebywały tam w zgodzie ze sobą, myśliwy nie atakował swoim ofiar, a one nie drażniły go.

Zaimkoza. Może to część stylizacji, ale słabo wygląda. I dwie literówki. Jeśli myśliwy nie atakował, to i ofiar nie mogło być. A normalnie to zwierzęta drażnią myśliwych?

Razem zdecydowali, że nie będą ingerować w owy rozwój.

Ów rozwój.

Stworzył osobę samoświadomą, mądrą, z mocą tworzenia, na własny obraz i podobieństwo, a imię im nadał Hobrinowie.

To stworzył osobę czy całą rasę?

oraz Helsfiag, wyśmienici łucznicy, którzy graniczyli z Wąwozami Cienia, rozciągającego się w kształcie „L”,

Czy w Twoim świecie używają alfabetu łacińskiego?

Graniczący bezpośrednio z nimi to Związek Niezależnych Miast Ulgarda, którzy do perfekcji opanowali wytwarzanie win.

Coś się w tym zdaniu mocno posypało.

Tatuaż na prawym oku z różnymi esami-floresami, w stylu krasnoludzkim, dochodziły też do policzka i czoła.

Aua! Naprawdę miał tatuaż na oku? Na gałce, na tęczówce?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka
Patronujemy