- Opowiadanie: funthesystem - Dziewięć martwych zwierząt

Dziewięć martwych zwierząt

Tym razem długi tekst, więc należy się mowa przed bitwą. 

Opowiadanie jest dużo poważniejsze niż wszystkie poprzednie. Można by je zaklasyfikować jako połączenie obyczajówki z realizmem magicznym. Ale tak naprawdę to po prostu historia, której bez fantastyki nie dałoby się opowiedzieć. Dla niektórych może brzmieć to z definicji odpychająco, bo nie czytają obyczajówek. Ale dajcie tekstowi szansę. Jeśli ktoś odpadnie w trakcie lektury, zrozumiem, ale proszę o komentarz wyjaśniający, co nie pozwoliło dotrzeć do końca.

Tyle z mojej strony, czekam na krytykę. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Dziewięć martwych zwierząt

NARODZENIE

 

Miałem cztery lata, kiedy urodził się mój brat, a ja znalazłem psa. Był pierwszy. Owczarek niemiecki o pięknej, długiej sierści. Tkwił w ciemnym kącie strychu. Głowa oparta na przednich łapach. Oczy otwarte. Wpatrywał się we mnie, gdy wszedłem.  

Zlałem się w gacie i uciekłem.

Mniej więcej w tym samym czasie jakiś lekarz uszczypnął mojego brata i Piotr Wiśniewski zaczął ryczeć.  

Byłem wtedy u dziadków, którzy mieszkali w wielkim domu na wsi. Lubiłem zwiedzać jego zakątki i grzebać w starociach. Budynek stoi do dziś, ale na tamten strych już nie zaglądam.  

Powiedziałem dziadkowi o psie. Wziął mnie za rękę i weszliśmy po skrzypiących, drewnianych schodach. Owczarek dalej tam był. W kącie naprzeciwko wejścia. Głowa oparta, oczy wpatrzone we mnie. Nie wiedziałem, że jest martwy. Wskazałem w jego stronę, a dziadek powiedział, że nic tam nie ma. I pociągnął mnie w głąb poddasza, żebyśmy przyjrzeli się z bliska. Beczałem równie głośno i żałośnie, co mój nowo narodzony brat. Dziadek warknął coś w stylu „mazgaisz się jak baba”. Zapalił wiszącą pod sufitem żarówkę i dopiero wtedy zorientowałem się, że widzę zwłoki zwierzęcia.

Długa sierść była czerwona od krwi, która wyciekła z poderżniętego gardła. Łeb owczarka spoczywał na łapach, więc większości rozcięcia nie widziałem. Tylko początek i koniec przy uszach. Skóra rozchylała się tam na pół centymetra.

– Same graty – powiedział dziadek. – Widzisz?

– Ale tu jest pies…

Trzepnął mnie w głowę.

– Nie zmyślaj. Wiem, co kombinujesz.

Ja sam nie wiedziałem, co kombinuję. Dziadek mnie uświadomił, kiedy zeszliśmy na dół. Jego zdaniem chciałem zwrócić na siebie uwagę, bo wyczułem, że tego dnia przestanę być oczkiem w głowie rodziców. Po ponad trzydziestu latach nie pamiętam, co o tym wszystkim myślałem. Pamiętam tylko fakt narodzin Piotrka, martwego psa na strychu i to, że dziadek go nie zobaczył.

Zresztą, to nie w dziadku tkwił problem. W ciągu następnych lat sprawdzałem innych ludzi, ale nikt nie widział owczarka z poderżniętym gardłem. A zwierzę wciąż tam było.

Potem pojawiły się kolejne. W innych miejscach. Ostatnie, dziewiąte, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Tylko ja mogłem je zobaczyć. Myślałem, że będą mi utrudniać życie, ale one jedynie tkwiły tam, gdzie zobaczyłem je po raz pierwszy. Nie zmieniały się. Nie gniły.

Miałem dwadzieścia cztery lata, kiedy zaczęły znikać.

 

 

WYMIERANIE

 

Jakiś czas temu zniknęło przedostatnie. Tamtego dnia czekało mnie spotkanie ze sponsorami. W nocy źle spałem, a rano odkryłem, że skończyła się moja ulubiona herbata. Nie mogłem też znaleźć najlepszego krawata. Jeśli to Marcin go dorwał, pomyślałem, to stracę cierpliwość. Zniknie on i zniknie ta głupia sarna.

Krawat się znalazł. Założyłem go, po czym poszedłem do łazienki wepchnąć do oczu znienawidzone soczewki. Wystrojony, pokazałem się Paulinie. Poprawiła krawat, a następnie uderzyła mnie w pierś.

– Prostuj się.

Wyprostowałem się.

– I uśmiech – dodała.

Uśmiechnąłem się.

– Grzeczny piesek – powiedziała i wspięła się na palce, żeby dać mi buziaka. – Bez tych okularów wyglądasz bardzo przystojnie.

Wiedziałem, że to nieprawda. Po prostu nie wyglądałem tak źle jak zawsze. Płaciłem za to cenę: dwa kawałki plastiku wrzynały mi się w spojówki.

– Wierzę, że ich przekonasz – stwierdziła Paulina.

Kolejne kłamstwo. Oboje byliśmy pełni wątpliwości. Pocałowałem ją i poszedłem do salonu, gdzie Marcin oglądał kreskówkę. Stanąłem obok. Nie zwrócił na mnie uwagi. Przez chwilę razem wpatrywaliśmy się telewizor. Kaczor Donald właśnie został wylany przez wujka Sknerusa i postanowił szukać pomocy u jakiejś wiedźmy.

– Hej – powiedziałem. – Dzisiaj ważny dzień, wiesz?

Mój jedyny syn odwrócił wzrok od ekranu. Jeszcze parę lat temu widziałem zrozumienie w jego oczach. Potem przestałem je tam na siłę wciskać. Z każdym kolejnym rokiem Marcin coraz bardziej przypominał mi zwierzęta, na których eksperymentowałem.

– Będziesz trzymał za mnie kciuki? – zapytałem. – Żeby tacie się udało?

Patrzył na mnie bez słowa i bez zrozumienia w oczach. Gdybym przystawił mu lufę do czoła, patrzyłby tak samo.

– Jeśli się uda, dostaniesz prezent – dodałem.

Uśmiechnął się. Jasne. Piesek też zamerdałby ogonkiem, gdyby poczuł kiełbasę. Nie oznaczałoby to jednak zrozumienia. Obejrzałem się. Na szczęście Paulina była w kuchni, więc nie zobaczyła wyrazu mojej twarzy. W takie dni nerwy puszczają. Nie trzeba nic mówić ani robić. Ciało samo wyjawia to, co zazwyczaj jest tłamszone w środku. Moja twarz zdradzała zbyt wiele rzeczy, których nie chciałem dopuścić do świadomości, a tym bardziej pokazać żonie.

Kiedy szedłem na uniwersytet, sarna była na swoim miejscu.

Prezentacja przebiegła całkiem dobrze. Byłem wyprostowany, uśmiechnięty; nie pozwalałem, by soczewki mnie dekoncentrowały. Jeśli chodzi o formę przedstawiania projektu – nic do zarzucenia. Sponsorzy przyczepili się jednak zwierząt, na których ja i zespół badawczy mielibyśmy eksperymentować.

– Panie Wiśniewski – powiedział jeden z nich. – Gryzonie dość mocno różnią się od ludzi. A cały projekt miałby przynieść pożytek właśnie ludziom. Wyniki pańskich badań tak naprawdę nic by nikomu nie dały.

Próbowałem wyjaśnić, że się mylą. Równie dobrze mógłbym tłumaczyć to Marcinowi. 

Cóż, nie pierwszy raz nie udało się pchnąć kariery na kolejny etap. Wyglądało na to, że dalej będę uczył studentów i dorabiał pisaniem artykułów do popularnonaukowych czasopism. Co nie byłoby takie złe…

…gdyby pozostało mi coś jeszcze.

Normalni ludzie zapytani o początek swojej pasji mówią, że rozwijała się latami. I choć były przełomowe momenty, zauroczenie od pierwszego wejrzenia, pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwszy seks – pełna miłość potrzebowała czasu. Wiem, że u mnie musiało wyglądać to podobnie. Najpierw ziarno, które później by wykiełkowało, żeby wzrastać, a w końcu rozkwitnąć. Ale kiedy ktoś pyta, czemu wybrałem akurat naukę o roślinkach i zwierzątkach, mam przed oczami tylko jedno wydarzenie.

Licealna wycieczka do muzeum przyrodniczego. Chodzimy wzdłuż szklanych gablot i oglądamy martwe zwierzęta. Inni się wygłupiają, żeby zabić czas. Ja jestem zafascynowany. Nie wiem, na czym zawiesić oko. Bogactwo świata przyrody zachwyca. A przecież to wszystko nie żyje. O ile ciekawsze byłyby ruchome eksponaty.  

Staję przed motylami. Jest ich co najmniej pięćdziesiąt. Każdy inny. Każdy zachwycający, wyjątkowy. Przypominam sobie wszystko, co wiem o tych owadach. O ich cyklu życiowym. O tym jak z niezgrabnych larw przepoczwarzają się w stworzenia, które potrafią latać. Cudowna złożoność przyrody. Wodzę oczami po barwnych skrzydłach. I wtedy zauważam coś, co nie pasuje do gabloty. Leży na samym dnie.

To wij. Parecznik. Długie, podzielone ciało z czerwoną głową zakończoną zakrzywionymi czułkami. Segmenty czarne. Na każdy przypada para pomarańczowych odnóży.

Parecznik się nie rusza, jest martwy.  

Nie myśląc, odwracam się do stojącego obok kolegi i mówię:

– Chyba im się coś pomyliło.  

Chłopak patrzy tam, gdzie wskazuję palcem.

– Co?

– Dali parecznika do motyli.

– Gdzie?

Dopiero wtedy do mnie dociera. Mam już szesnaście lat i to nie jest pierwsze martwe zwierzę, które pojawia się w dobrym momencie mojego życia. Czuję radość, czuję powołanie, czuję, że wszystko ma sens, choć nie wiem, skąd się to wszystko bierze.

Nic dziwnego, że kolega nie widzi. Schyla się i przysuwa twarz do gabloty tak, że od parecznika dzieli go piętnaście centymetrów.

– Gdzie? – pyta ponownie.

– W piździe – mówię i odchodzę. Lepiej mieć słabe żarty, niż być uznanym za świra.

Później kilkukrotnie odwiedziłem muzeum, by przekonać się, że parecznik nie zniknął. Sprawdziłem, jaki to dokładnie gatunek: skolopendra olbrzymia. Usiłowałem znaleźć w tym jakiś sens.  

Równie dobrze zwycięzca totka mógłby doszukiwać się ukrytego znaczenia w numerach, które wybrał. A przecież w tych liczbach nie ma żadnej symboliki. Nie są zaszyfrowaną sygnaturą biblijnego cytatu ani tajemnym kodem. Stanowią tylko znak wygranej. I to właśnie ona się liczy.

Kiedy martwe zwierzęta zaczęły znikać, ponownie odwiedziłem muzeum. Skolopendra pozostawała na swoim miejscu w gablocie z motylami. Tak jak pies ze strychu wiązał się z moim bratem, tak ona była przypisana do mojej największej pasji. Kiedy pierwszy raz w swojej karierze biologa dostałem kopa w dupę i pewien obiecujący instytut badawczy odprawił mnie z kwitkiem, poszedłem sprawdzić, jak się trzyma mój wij. Bez zmian. Przy następnych porażkach też odwiedzałem muzeum. Stało się to rytuałem i utwierdzało mnie w przekonaniu, że świat się nie kończy – a przede wszystkim nie kończą się moje możliwości. Wciąż miałem szanse. Parecznik był moją szóstką, a ja musiałem tylko śledzić wyniki losowania i czekać, aż wypadnie. Już sam jego widok dawał nadzieję, że stać mnie na coś więcej niż uczenie studentów i pisanie artykułów do kiepskich magazynów.

Tego dnia po spotkaniu ze sponsorami pojechałem odbyć rytuał. Tradycyjnie ogarnęła mnie obawa, że może tym razem skolopendry nie będzie. Wtedy z dziewięciu martwych zwierząt zostałaby mi tylko sarna. A jej nienawidziłem.

Przed wejściem zadzwoniłem do Pauliny. Streściłem przebieg spotkania.

– Następnym razem ci się uda – powiedziała.

Mógłbym to sobie nagrać, pomyślałem. I resztę pocieszającej gadki. Za każdym razem jest taka sama. Puszczałbym ją sobie, patrząc na pieprzonego parecznika.

– Wiesz przecież, że ta praca nie poszła na marne – mówiła Paulina. – Poświęciłeś na nią dużo czasu, ale doświadczenie, które przy tym zdobyłeś, jest bezcenne.

Słuchałem. Niezależnie, jakie bzdury ktoś opowiada, staram się uważać. Wtedy jednak dostrzegłem osobę, której nie widziałem od lat. Ona mnie nie poznała.

Martwy kot, który zniknął, pomyślałem.

– Muszę kończyć – przerwałem Paulinie, po czym się rozłączyłem.

W muzeum były dwie szkolne wycieczki, ale moją uwagę przyciągnęła kobieta w luźnych spodniach, obcisłej bluzce i chuście na szyi – wszystko w szarawych odcieniach z domieszką zieleni i granatu. Jej oczy zasłaniały duże przeciwsłoneczne okulary. Stała przy gablocie zatytułowanej: „ZWIERZĘTA WYMARŁE I GINĄCE”.

Podszedłem.

– Wymarłe czy ginące?

Maja Zielińska nie byłaby bardziej zaskoczona, gdyby wiszący za nami szkielet płetwala błękitnego ożył.

– Marek? Marek Wiśniewski?

Kiedy nie ma się gadanego, warto znać pewien trik: nie wiesz co powiedzieć – uśmiechaj się. Tak też zrobiłem.

– Świetnie wyglądasz – stwierdziła Maja Zielińska.

Wyglądałem „świetnie”, ale tylko jak na swoje standardy. Natomiast Maja nie prezentowała się tak dobrze, jak ostatnim razem (kiedy kot zniknął). Cera podniszczona, w dodatku nie przykryta makijażem. Usta – dawniej intensywnie czerwone i proszące, by je całować – teraz blade i spierzchnięte. Kręcone włosy zafarbowała na blond; nie sięgały nawet do ramion. Poszerzone biodra, brzuch zaokrąglony, piersi obwisłe. Oczy zasłonięte okularami.

Mój organizm przypomniał, że wciąż jestem zainteresowany: serce zabiło szybciej, krew napłynęła do twarzy i genitaliów. To chyba fizjologiczna reakcja na spotkanie miłości życia po dziesięciu latach.

– Miałem dzisiaj ważną prezentację – powiedziałem, jakbym chciał usprawiedliwić swój „świetny” wygląd.

– I jak poszło?

– Tak jak im. – Wskazałem na gablotę z wymarłymi gatunkami.

Przynajmniej śmiech Mai był taki jak dawniej.

– Wybacz – powiedziała. – Ciebie to pewnie nie bawi.

To zależy od pewnego parecznika, pomyślałem.

– A co u ciebie? – zapytałem. – Nie widzieliśmy się od dawna…

– W porządku. Nawet myślałam o tobie ostatnio. Bo tak naprawdę… to nie w porządku.

– Bije cię? – wypaliłem.

– Co? A, chodzi ci o okulary! – Znowu się roześmiała, choć tym razem w jej głosie nie było nic wesołego. – Kac.

Zsunęła je na sekundę, bym mógł zobaczyć zaczerwienione oczy. Bardziej zwróciłem uwagę na to, że tęczówki wciąż mają tę samą niebieską barwę. Bo czemu miałyby się zmienić? Bo dziesięć lat temu wyszła za innego? Bo przestałem widzieć jakiegoś martwego kota?

– Skoro nie w porządku, to kac raczej nie po świętowaniu – powiedziałem.

– Kac po zapijaniu. Żeby nie płakać. – Uśmiechnęła się, znów zero radości. – Taki paradoks: tak czy inaczej będę miała czerwone oczy.

– Mam pytać o przyczyny?

– Nie wiem, Marek. Wpadliśmy na siebie przypadkiem i to po takim czasie… Ty masz swoje sprawy, ja swoje.

– Ale możemy pogadać. Dzisiaj nie mam już nic do roboty. A ty? Co tu w ogóle robisz?

– Przyszłam poszukać inspiracji – powiedziała Maja. – Skoro życie rodzinne mi się posypało, chyba w końcu mogę się skupić na czymś, co mi wychodzi.

Obeszliśmy muzeum. Każde z nas wzrokiem szukało czegoś innego, ale sercem – tego samego.

 

***

 

Było już późno, kiedy wracałem ze spotkania z Mają. Nadłożyłem drogi, by przejść bulwarem nad Odrą. Zatrzymałem się pod mostem kolejowym. Dwieście metrów dalej na ławce siedziała para. Byli zbyt zajęci bawiącym się terierem, by zwrócić na mnie uwagę. Z drugiej strony zbliżał się biegacz. Poczekałem.

Potem wspiąłem się po betonie i złapałem żelaznej konstrukcji. Dawniej nie miałbym problemów z podciągnięciem. Ledwo udało mi się wgramolić na przęsło. Przez chwilę leżałem w ptasim gównie. Gdy złapałem oddech, mogłem kontynuować wspinaczkę. Pamiętałem, w którym miejscu najlepiej wyjść na tory.

Ponad dwadzieścia lat temu stałem w tym samym miejscu.

W czystszej Odrze odbija się zachodzące słońce. Nie ma bulwaru. Pod most dociera się wąską, błotnistą ścieżką. Zero zmartwień, że ktoś zauważy wspinających się gówniarzy.

Idziemy na drugi brzeg: ja i Bartek Stasiak, który mnie tu przyprowadził. Pod nami rzeka. Błoto odpada od podeszew. Bartek o czymś opowiada, a ja w pewnym momencie zauważam węża.

 Krzyczę, tracę równowagę i spadam. W najlepszym przypadku wpadnę do wody; w najgorszym –  porozbijam się o żelazne przęsła. Jednak przyjaciel mnie łapie. Próbuję opanować strach i dopiero wtedy dostrzegam, że wąż ma zmiażdżoną głowę.

Wskazuję go Bartkowi. Jako dwunastolatek nie do końca łapię sprawę z martwymi zwierzętami. Chłopak wychyla się i między przęsłami mostu próbuje dostrzec to, co widzę tylko ja.  

– Co? Co tam jest?

Kłamię, że chodzi o mewę z rybą w pysku. (Na martwą mewę dopiero przyjdzie czas).

To było jedno z naszych pierwszych spotkań. Bartek Stasiak chodził do klasy rok wyżej. Rzadko bawił się z innymi dzieciakami. Miał swoje miejsca. Z reguły niebezpieczne. Zaczął mnie ze sobą zabierać i po pewnym czasie zrozumiałem, że w końcu mam prawdziwego kumpla. Wcześniej zastępował mi go mój młodszy brat.

Tego dnia – po nieudanym spotkaniu ze sponsorami i udanym popołudniu z Mają – chciałem zobaczyć miejsce obok torów, gdzie dawniej leżał wąż ze zmiażdżoną głową. Zniknął, kiedy Bartek wyjechał z żoną do Australii. Przyjaciel zawsze chodził własnymi drogami. Jak kot. Nie wiadomo dlaczego jakaś siła przypisała mu akurat zdradzieckiego gada. Bartek nigdy mnie nie zawiódł. Chyba że powinienem go winić za podjęcie decyzji o zostawieniu wszystkiego i wszystkich w Polsce na rzecz życia po drugiej stronie globu.

Niby mógłbym zadzwonić. Ale dzielił nas ocean. Nie tylko dosłowny.

Wpatrywałem się w puste miejsce obok torów. Lata temu zidentyfikowałem gatunek: kobra królewska. Ale czy miało jakieś znaczenie, że to nie zaskroniec zwyczajny albo anakonda olbrzymia? Czy nie mógł to być lis? Albo kuna? Liczył się przecież moment pojawienia i moment zniknięcia – w czasie pomiędzy nic się nie zmieniało. Ja też nie próbowałem nic zmienić. Przez te wszystkie lata nie próbowałem dotknąć żadnego z dziewięciu martwych zwierząt.

Z lewej strony nadjeżdżał pociąg. Zszedłem po przęsłach. Garnitur ubrudził się rdzą i ptasim gównem. Nade mną z hukiem przetaczały się wagony, ale i tak miałem wrażenie, że słyszę, jak puszczają szwy marynarki. W opłakanym stanie skierowałem się do domu. Paulina otworzyła drzwi. Przez sekundę widziałem w jej oczach złość. A może tylko ją sobie wyobraziłem. Może w spojrzeniu żony, mojej grubej, pięć lat starszej żony, była tylko litość.

– Parecznik zniknął – powiedziałem.

 

***

 

Następnego dnia poinformowałem Paulinę, że idę do pracy. Nie zapytała, dlaczego znowu włożyłem soczewki, których nie cierpię, ani dlaczego ubrałem się w ulubioną koszulę (lubiłem ją, bo to jedyna część mojej garderoby, którą skomplementowały studentki). Marcin oglądał telewizję. Lecieli „Tom i Jerry”. Kot właśnie złapał myszkę, obwiązał ją czerwoną kokardką i ułożył na talerzu.

– Cześć – powiedziałem. – Co nowego, młody?

Młody miał dobry dzień. Spojrzał na mnie i wydobył z siebie słowo:

– Oglądam.

– Fajnie. Trzymaj się. Ja lecę.

Uśmiechnął się. Wiele bym dał, żeby miał dodatkowy chromosom albo coś w tym rodzaju. Niestety, geny mojego syna są w odpowiednich miejscach. To w mózgu coś nie styka, zdarza się. Tak o tym myślę, choć lekarze – byliśmy u kilkunastu, każdy wysuwał własną teorię – ubierają to w poważne, naukowe słowa.

To jest właśnie najgorsze: Marcin wygląda jak normalny osiemnastolatek, ale ma umysł trzylatka. Czasem wydaje mi się, że wolałbym mieć syna z zespołem Downa i patrzyć na płaską, mongoidalną twarz. Zamiast tego widzę swoje lustrzane odbicie. Odbicie, które nie radzi sobie z samodzielnym jedzeniem, w gorsze dni robi w majtki, a w lepsze artykułuje dźwięki, które nauczyłem się odbierać jako słowa.

Tego dnia sarna była na swoim miejscu, ale nie szedłem na uniwersytet.

Umówiłem się z Mają w parku. Celowo wybrałem ten obok zoo i ustaliłem, przy której ławce się spotkamy. Miałem dwa powody. Po pierwsze: chciałem sprawdzić, czy Maja pamięta. Po drugie: kot mógł powrócić.

Dotarłem jako pierwszy. Kota nie było. Usiadłem i czekałem.

Maję Zielińską poznałem w liceum. Wiele lat później, gdy wszystko potoczyło się inaczej, niż zaplanowałem, poszedłem do mojego brata, żeby pomógł mi się pozbierać. Nazwał wtedy Maję pierwszą i jedyną prawdziwą miłością mojego życia. Mnie to określenie wydawało się nadęte, ale tak było.

Choć teraz zwierzęta poznikały i stanowię przykład żałosnego człowieka, kiedyś prezentowałem sobą dużo więcej. Grałem w siatkówkę, ubierałem się zgodnie z panującymi trendami, a jeśli chodzi o takie dowody męskości jak picie piwa czy palenie papierosów, nie odstawałem od reszty rówieśników. Kiedy w nowej klasie wypatrzyłem ładną blondynkę, nie zwlekałem i na następnej przerwie się do niej dosiadłem. Szkicowała w zeszycie panterę. To był punkt zaczepienia. Ładny rysunek, dzięki, rysujesz też ludzi, głównie zwierzęta, też lubię zwierzęta, jakie najbardziej, te najrzadsze, pandy, na przykład, mogę ci narysować pandę, wolę tygrysa, może być tygrys, a może byśmy poszli do zoo.

Zgodziła się. Włożyłem koszulę, matka nawaliła mi żelu na włosy, a ojciec dał pieniądze i powiedział, że mam być hojny. Randka poszła dobrze. Po zwiedzeniu zoo i zjedzeniu ogromnej porcji lodów nie mieliśmy siebie dość, więc usiedliśmy na ławce w pobliskim parku.

W pewnym momencie Maja każe mi nie patrzeć. Myślę, że chce mnie pocałować. Ona tylko wyjmuje coś z plecaka. Kiedy otwieram oczy, widzę dwie rzeczy. Po pierwsze: na moich kolanach znajduje się kartka A4 z rysunkiem dwóch leżących obok siebie tygrysów.

Po drugie: obok Mai pojawił się martwy kot. Jest cały biały, jeśli nie liczyć kilku czarnych plam. Leży na boku, a z jego rozprutego brzucha wylewają się wnętrzności.

– Nie podoba ci się? – pyta dziewczyna.

Opanowuję się, by nie spieprzyć sprawy.  

– Podoba – odpowiadam. – Jest zajebisty.

Czy coś w tym stylu. Nie pamiętam dokładnie. Byłem podniecony i zesrany jednocześnie. Oczywiście Maja nie widziała kota. A ja wiem, że pojawił się w ciągu kilku sekund. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk ani uczucie chłodu. Może był tylko przywidzeniem. Najdziwniejszym przywidzeniem mojego osobistego świata, jak reszta martwych zwierząt. Kot zawsze leżał w tym samym miejscu, zawsze w ten sam sposób. Wylewające się wnętrzności nie zmieniały położenia. Krew nie krzepła. W czasie deszczu sierść mokła, a zimą futerko pokrywało się szronem, jednak śnieg nigdy nie przysypywał całego ciała.

Maja Zielińska spóźniła się pięć minut. Miała na sobie sukienkę w ciemne wzory, czarne rajstopy i buty na obcasach. Przeciwsłoneczne okulary znowu coś ukrywały.

– Jak samopoczucie? – zapytała.

– Bez zmian. A twoje?

– Jak to mówią młodzi: chujowo, ale stabilnie.

– My też jesteśmy młodzi – stwierdziłem.

– Nie, Marek. Już nie.

– Nie mamy nawet czterdziestki. Niektórzy w tym wieku dopiero zakładają rodziny.

– Cóż. – Zdjęła okulary. Oczy zaczerwienione. – Niektórym w tym wieku rodzina się sypie.

W liceum chodziliśmy ze sobą przez półtora roku. Dziś wstyd wspominać o powodach, dla których zerwaliśmy. Chcieliśmy to potem naprawić. Ale raz ona kogoś miała, raz ja. I jakoś nie mogliśmy się dograć. Na pierwszym roku studiów prawie się zsynchronizowaliśmy. Prawie. Maja się spóźniła – może nie pięć minut, ale parę dni. W obliczu trzydziestu kilku lat życia wydaje się to chwilą.

Przypadek sprawił, że prowadzący ćwiczenia z chemii asystent zachorował, a na zastępstwo przydzielono nam świeżo upieczoną doktorantkę. Paulinę. Moją Paulinę. Była atrakcyjną, kształtną brunetką. A potem kolejny przypadek: zauważyłem ją w klubie. Byłem pijany, ona też. Podszedłem, zagadałem, zatańczyliśmy. Choć wolałbym tego nie przyznawać, alkohol w dużej mierze już z nas wyparował, kiedy zaczęliśmy przerzucać się aluzjami. Ostatecznie wylądowaliśmy w jej mieszkaniu. Trzykrotnie się pieprzyliśmy. Za każdym razem było super – i mnie, i jej, pięć lat starszej kobiecie. Żadne z nas nie wie, czemu się nie zabezpieczyliśmy ani czemu nie przerwałem.

Kiedy rano wracam do siebie, na jednej z latarni dostrzegam sarnę. Wisi kilka metrów nad ziemią. Stoję na chodniku i jak głupi zadzieram głowę. Sarna ma więcej ran niż pozostała ósemka razem wzięta. Jest ostatnia, ale wtedy jeszcze nic nie rozumiem.

Tydzień później odezwała się do mnie Maja. W końcu każde z nas było wolne. Mieliśmy zacząć od nowa.

A potem przyszła Paulina. Miała w brzuchu coś, co kilkanaście lat później będzie spędzało poranki na oglądaniu starych kreskówek.

Niby nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale znów siedziałem z Mają w parku i niezdarnie próbowaliśmy zawrzeć pakt.

– Tobie posypała się rodzina, mnie praca – powiedziałem.

– Nie posypała się – odparła. – Dostałeś odmowę, ale wciąż masz etat.

– W dupie mam etat. Rozmawialiśmy o tym wczoraj.

– Wiem. Mieliśmy się przespać z naszym pomysłem.  

– Całe życie spałem, Maja – wypaliłem. – Kolejne szansy przechodziły mi koło nosa. I gdzie robiłem błąd? Przecież za każdym razem się starałem. Ale to wszystko zawsze wynika z jakiegoś pecha. Grałem w siatkówkę przez dziesięć lat, a potem zaczęły się kontuzje. Teraz pracuję nad własnymi odkryciami i zderzam się z murem sponsorów, którzy nie wyłożą pieniędzy.

– Ja mam pieniądze – przypomniała.

– Głupio mi będzie je od ciebie brać.

– Nie będziesz ich brał. To będzie nasz budżet. Ty masz w dupie etat, ja mam w dupie pieniądze.

Żałowałem, że w mojej dupie nie ma na tyle miejsca, by pomieścić parę innych spraw.

– Pamiętasz, o czym marzyliśmy? – zapytała Maja.

– Pamiętam.

– Czy chcieliśmy uczyć innych wiedzy, której sami nie zdobyliśmy? Chcieliśmy wyczytywać coś z książek, a potem przetwarzać to i po prostu przekazywać innym ludziom?

Nie. Chcieliśmy czerpać z tego zachwytu, który pojawił się we mnie wtedy w muzeum. Nie zależało nam na przełomowych odkryciach czy nagrodach. Pragnęliśmy tylko badać coś, czego nikt przed nami nie zbadał, a potem dać wyniki naszej pracy światu. Dorzucić swoją cegiełkę do ogromu wiedzy. Pomimo tej skromności i braku zachłanności – spotkała nas kara. Żadnemu z nas nie wyszło. Maja uczyła w szkole, z czego przez lata nie zdołała się wyrwać, bo po studiach założyła rodzinę (zniknięcie kota) i musiała ją utrzymać. A ja? Od początku dźwigałem ciężar upośledzonego syna. I może byłem o krok bliżej niż Zielińska. Ale i tak po latach mogłem się pochwalić zaledwie kilkoma hipotezami.

– Naprawdę to zrobimy? – zapytałem.

– Nie mam nic do stracenia. Tadek wziął dzieci, ja odłożyłam pieniądze na alimenty.

– Dobrze się wycwaniłaś z tym rozwodem.

– Ten chuj i tak wydałby pieniądze na nowy samochód albo motocykl.

Ten chuj, przez którego zniknął mój kot z rozprutym brzuchem, pomyślałem. Moja biała, puszysta nadzieja, że miłość do Mai ma jeszcze jakąś przyszłość. Była tam, na ławce, dopóki nie dowiedziałem się, że Zielińska nie jest już Zielińską, tylko Borowiak, i spodziewa się dziecka. A może kot zniknął wcześniej? Nie wiem. W tamtym okresie byłem zajęty wożeniem Marcina na niezliczone terapie.

– Więc jaki mamy budżet?

– Powiedzmy: sto tysięcy.

Zatkało mnie, choć dzień wcześniej Maja wszystko opowiedziała. Przez pierwsze parę lat ten chuj (jej mąż) robił specjalizację, a kiedy skończył jego kariera ruszyła. Pieniądze zaczęły płynąć strumieniem. Pytałem Maję, dlaczego wtedy nie rzuciła pracy nauczyciela i nie zajęła się realizacją marzeń. Odpowiedziała: „wiesz, jak to jest”. Wiedziałem.

– I naprawdę to zrobimy? – powtórzyłem.

– Już wczoraj o tym mówiliśmy. Dzisiaj mieliśmy już myśleć nad konkretami. Mieliśmy planować.

Nasz własny projekt badawczy, pomyślałem. Taki, o jakim zawsze marzyłem. Pierdolić skolopendrę, pierdolić wszystkie martwe zwierzęta. Te przewidzenia były symbolami loterii, a przecież ludzie zazwyczaj nie wygrywają, lecz ciężko pracują. Mogę w końcu wykorzystać szansę i zbudować życie tak, jak rozkażę ja sam, a nie przypadek. A przynajmniej – mogę spróbować.

Co miałem do stracenia?

 

***

 

Był dobry dzień i Marcin próbował jeść samodzielnie. Ziarenka ryżu, które nie trafiały do buzi, oblepiały podbródek i pokrywały bluzę z Królikiem Bugsem. Wśród nich wypatrzyłem też kawałki marchewki i brokułów.

– Marek?

Odwróciłem się do Pauliny.

– Co?

– Czemu nie jesz?

– Patrzę na naszego syna.

Zaniepokojenie w jej oczach. Nie chciała, żebym się denerwował. A tym bardziej nie chciała, żebym zepsuł dobry humor Marcina.

– Możemy pomówić potem? – zapytała.

– Przecież nic nie mówiłem.

Marcin wyczuł, że coś jest nie tak. Popatrzył na nas. Tego dnia miał i ambicję, i apetyt: spróbował jednocześnie obserwować rodziców i jeść. To przerosło jego zdolności koordynacyjne i łyżka pełna risotto uderzyła w nos. Ziarenka prysnęły na wszystkie strony; sztuciec wysunął się z ręki i upadł na podłogę.

Czekałem, aż syn wybuchnie płaczem, ale on wydobył z siebie zestaw dźwięków:

– Przepraszam.

Muszę przyznać, że ten bełkot nawet przypominał słowo. Obcy jeszcze by nie zrozumiał, ale lekarz mający do czynienia z podobnymi pacjentami – już tak.

Marcin podniósł łyżkę i chciał nią jeść.

– Czekaj, kochanie – powiedziała Paulina. – Przyniosę ci nową, czystą.

Kiedy wyszła, popatrzyłem synowi w oczy.

– Powiedz to jeszcze raz. Powiedz: przepraszam.

Chyba się speszył. Paulina szybko wróciła, więc odpuściłem. Po obiedzie Marcin wybełkotał „dziękuję”. Oboje byliśmy pod wrażeniem. Zostawiliśmy syna w salonie wraz z kolekcją zabawek z McDonalda, a sami zamknęliśmy się w sypialni.

– O co ci chodziło? – zapytała Paulina.

Skrzyżowała ręce na obwisłych piersiach. Patrzyłem na jej zaniedbaną twarz. Mogłaby się malować, przynajmniej dla mnie.  

– Nie, o co tobie chodzi? – odparowałem.

– Patrzyłeś na niego tak jak wtedy.

– Kiedy?

– Dobrze wiesz kiedy!

Wiedziałem. Przez blisko siedem lat staraliśmy się wyleczyć Marcina. Siedem lat. Tyle starczyło, by wyczerpać większość sensownych możliwości terapii. W tym czasie skończyłem studia i zacząłem pracę. Wolne chwile poświęcałem synowi. Był wpadką, był niewypałem – ale miał moją krew i zamierzałem wziąć za to odpowiedzialność. Próbowaliśmy wszystkiego, a Marcinowi się nie poprawiało. Zatrzymał się na etapie chodzenia, gaworzenia (które teraz traktuję jak mówienie) i wykonywania niektórych podstawowych czynności. Lekarze powtarzali, że trzeba czasu.

Nie wiem, skąd miałem tyle cierpliwości. Może dzięki sarnie. Wszystkie inne martwe zwierzęta zwiastowały jakieś szczęście w moim życiu.

Siedem lat walki. Potem… Potem się obraziłem. Patrzyłem na tępe stworzenie z moim zestawem genów i nie kryłem pogardy.

O to chodziło Paulinie.

– Już tak nie patrzę – powiedziałem.

– Chodzi o to, że tylko on ci został? Skoro ten robal zniknął…

– Parecznik – poprawiłem, bo najczęściej tak myślałem o skolopendrze.

– No niech będzie, parecznik. W każdym bądź razie wiesz, że to tylko jakieś twoje teorie. Może po prostu Bóg cię sprawdza.

– Proszę cię, nie o Bogu.

– No to o co ci chodzi, Marek?

– Postanowiłem rzucić pracę – oznajmiłem.

Ręce jej opadły.

– Ale… nie zrobiłeś tego jeszcze, prawda?

– Jeszcze nie.

Nie miałem jaj, by działać tak szybko.

– Skąd wzięlibyśmy pieniądze, gdybyś to zrobił?

– Chcę zacząć własny projekt.

W jej oczach błysnęła nadzieja.

– Sponsorzy zmienili zdanie?

– Nie. To coś całkiem nowego.

– Tak nagle? – zdziwiła się Paulina.

– To szansa, której nie zmarnuję.

– To… się cieszę. Ale będą z tego pieniądze?

Jakaś część mnie chciała wyrzucić wszystko. Powiedzieć Paulinie, że zostawię ją z jej upośledzonym synem. Byłoby mnie stać na dobrego prawnika, rozwód przebiegłby szybko. Uwolniłbym się od ciężaru żony i syna. Sarna mogłaby sobie dalej wisieć na pierdolonej latarni. Nie chodziłbym już tamtą ulicą. Sprawa martwych zwierząt zostałaby zamknięta. Skupiłbym się na projekcie. Skupiłbym się na Mai. Zaczęlibyśmy na nowo. Bez jebanej skolopendry, bez rozprutego kota. Mielibyśmy dziecko. A nawet gdyby urodziło się z trisomią dwudziestego pierwszego chromosomu, kochałbym je, bo rozumiałbym, dlaczego jest z nim coś nie tak. I nie wyglądałoby jak ja. Wszystko byłoby dobrze.

Chciałem to powiedzieć Paulinie. Ale nie potrafiłem.

Na początku była tylko laską do przelecenia. Później, kiedy powiedziała o ciąży, starałem się zachować dojrzale. Nie wiedziałem, co zrobić, więc poradziłem się dwóch najbliższych mi osób. Bartek Stasiak mówił, że powinienem przekonać Paulinę do aborcji za granicą. Ewentualnie ją zostawić. Dałaby sobie radę. Znalazłaby faceta, który chciałby wychowywać cudze dziecko. Albo oddałaby bachora do adopcji.

Piotrek był ode mnie cztery lata młodszy, a i tak miałem wrażenie, że poziomem mądrości nie dorastałem mu do pięt. Chodziło o coś innego niż inteligencja. Od razu powiedział, że muszę zachować się jak mężczyzna. Na początek: wesprzeć Paulinę uśmiechem, rozmową, spotkaniem, prezentem. Potem ją poznać i samemu się pokazać – bez żadnego udawania. Musiała zobaczyć, kim naprawdę jestem, by potem świadomie zdecydować, kiedy zaproponuję jej rozwiązanie. Rozwiązanie, które zaskoczyło wiele osób – głównie przez różnicę wieku: ona po studiach, ja na początku.  

Zgodziła się. Pod koniec ciąży zamieszkaliśmy razem. Kiedy urodziła nam syna, dalej studiowałem, a w wolnych chwilach pomagałem opiekować się małym. Mieliśmy wsparcie naszych rodziców. Po roku wzięliśmy ślub. Kontynuowałem naukę, ona pracowała. Przestała dopiero, kiedy okazało się, że Marcin nie nadaje się do normalnego przedszkola. I wtedy wsparcie się skończyło. Jej rodziców dopadły końcowe stadia nowotworów; umarli w odstępie kilku dni. Paulina zniosła to dzielnie. Moi żyją do dzisiaj, ale trzymam ich na dystans – inaczej byliby ciężarem, nie podporą. Zmienili się po śmierci Piotrka.

– Marek? Będą z tego pieniądze? Wiesz, że ich potrzebujemy.

Popatrzyłem na Paulinę. Może to jej powinienem przypisać sarnę. Ale z jakiegoś powodu zawsze łączyłem pojawienie się dziewiątego zwierzęcia z poczęciem syna.

– Nie wiem, co z tego będzie.

 

***

 

Tego samego dnia pojechałem na cmentarz, na którym był pochowany Piotrek. Nie wiem, dlaczego zamierzałem zrobić to właśnie tam. Wziąłem ze sobą co trzeba. Usiadłem na ławce przy grobie brata. Dookoła cicho i pusto. Nieliczne znicze płonęły w ciemności.

Zanim zniszczyłem to, co teraz nieudolnie odtwarzam, chciałem jeszcze ostatni raz wszystko sobie przypomnieć. Potem miałem już do tego nie wracać.

Do siódmego roku życia moim jedynym przywidzeniem był pies z poderżniętym gardłem. Próbowałem go pokazać rodzicom. Na szczęście potraktowali to jako wytwór dziecięcej wyobraźni. Mogło się skończyć na wizytach u psychiatry. Przez parę miesięcy nie zaglądałem na strych. Potem uznałem, że nie będę się bał. Zrobiłem z martwego owczarka towarzysza. Odwiedzałem go i szeptałem różne rzeczy, a on patrzył tymi ciemnymi ślepiami.

W pierwszej klasie podstawówki spędzałem więcej czasu z innymi dziećmi. Wtedy pokochałem sport. Któregoś popołudnia, wracając z boiska, dostrzegłem coś, co mnie zafascynowało.

Biały królik przybity do drewnianego krzyża. Krzyż stał tam, od kiedy pamiętam. Królik pojawił się pewnego dnia. Przez jego ciało – na wysokości serca – przechodził metalowy kołek. Na nim zwisało uszate stworzenie.

Wraz ze mną szła cała gromadka chłopaków. Było jasno i mijaliśmy krzyż w odległości dwóch metrów (żeby podejść bliżej, trzeba by zdeptać grządkę kwiatów). Nikt niczego nie zauważył. W następnych dniach trzymałem gębę na kłódkę i obserwowałem kolegów. Ich wzrok nawet na sekundę nie zatrzymywał się na krzyżu. Musiałem jednak mieć pewność.  Test przeprowadziłem na Tomku, który nie grał z nami w piłkę, ale i tak przychodził na boisko, bo matka wyganiała go z domu. Przed takim dziwakiem się nie wstydziłem. Odparł, że nic nie widzi. I kto tak naprawdę był odmieńcem?

Pies i królik – to była moja tajemnica. Kupiłem w sklepie duży, porządny zeszyt w twardej okładce. Na pierwszej stronie nabazgrałem: 2 MARTWE ZWIEŻĘTA. Na kolejnych pisałem o tym, czym nie chciałem dzielić się z nikim – o moich przywidzeniach. Zeszyt chowałem w głębi szafy. Niedługo później w piwnicy znalazłem szczura. Był wykręcony tak bardzo, że nie ulegało wątpliwości: to kolejny trup. Leżał na środku korytarza. Przez tydzień rodzice nic z nim nie zrobili, więc uznałem, że jego też nie widzą. Sam nie dotykałem truchła; po prostu je omijałem.

Szczura przypisałem tajemnicy. Każdy powinien jakąś mieć. Moją był zeszyt, w którym opisywałem to, czego nikt inny nie widział. Zmieniłem tytuł na: 3 MARTWE ZWIEŻĘTA. Błąd poprawiłem po jakimś czasie.

Potem poznałem Bartka i pojawił się wąż. Ich też opisałem w zeszycie.

Kolejne zwierzę uznaję za najbardziej zadziwiające. Zauważyłem je w czasie szkolnej wycieczki nad morze. Dzień w dzień spacerowaliśmy tą samą plażą. I dopiero kiedy poszliśmy obejrzeć ostatni zachód słońca, zobaczyłem wyrzuconego na brzeg wieloryba. Ludzie z jakiegoś powodu chodzili tak, by go ominąć: albo przy wodzie, albo pod wydmą. W nocy, kiedy inni smarowali się pastą do zębów, ja przyszedłem na plażę i podziwiałem morskiego ssaka. Później dowiedziałem się, że to płetwal błękitny.

Nie wiem, do czego powinienem go przypisać. Wiele lat później Paulina zasugerowała: ogień. Zacząłeś wtedy żyć naprawdę, powiedziała, doceniłeś piękno świata. Mnie ta propozycja nie przekonała. Nie nazwałbym tego ogniem. Ale miało to związek z jakimś rodzajem zachwytu. No i jedno trzeba przyznać: ogień, nie ogień – w pewnym momencie życia coś zgasło, a wieloryb zniknął.

Ale zanim to nastąpiło, pojawił się ptak. Była to mewa modrodzioba z odciętą w połowie głową. Zaczął się wtedy okres największego buntu. Fascynacja muzyką. Zainteresowanie dziewczynami. No i zabawa z alkoholem. Mieliśmy swoją miejscówkę: opuszczoną budowę za miastem. Chodziliśmy tam na wagary i piliśmy tanie wina. Na tyłach budynku było miejsce, gdzie szczaliśmy.

Tam właśnie pojawiła się mewa. Szóste martwe zwierzę.

Potem – parecznik, kot i sarna. Siódme, ósme, dziewiąte. O wszystkim pisałem w zeszycie. Może nie tak rozwlekle jak teraz. Skupiałem się na faktach i najintensywniejszych myślach.

Po sarnie nie było już niczego. Zresztą, miałem inne sprawy, którymi musiałem się zająć.

Miałem dwadzieścia lat, kiedy urodził mi się syn. Mój brat miał dwadzieścia lat, kiedy umarł. Wypadł przez okno w czasie jakiejś domówki. Potem mówili, że nie wyglądał na pijanego. Siedział na parapecie, kiedy ktoś opowiedział żart. Piotrek zaśmiał się i odchylił. Okno było otwarte, a on stracił równowagę. Dwie sekundy później jego głowa uderzyła w chodnik.

Nie zasługiwał na tak głupią śmierć.

Jakiś czas po pogrzebie pomyślałem o psie. Pojechałem do dziadków i sprawdziłem strych. Ciemny kąt w końcu był taki, jakim widzieli go inni. Zakurzony, pełen gratów. Po psie nie został nawet kłak sierści. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.

Kolejne też znikały. Grałem w siatkówkę w lidze amatorskiej (gdybym miał czas, zaszedłbym o wiele dalej). Na jednym treningu skoczyłem, źle wylądowałem i po sprawie. Kontuzja okazała się poważna. Jakiś czas później Bartek Stasiak wyjechał do Australii. Uświadomiłem sobie, że praca i opieka nad Marcinem są jedynymi rzeczami, którymi się zajmuję. Zacząłem regularnie sprawdzać miejsca, w których tkwiły moje zwierzęta.  

Królik przybity do krzyża. Wąż ze zmiażdżonym łbem. Mewa z głową wiszącą na skrawku skóry. Znikały w odstępach kilkunastu miesięcy. Wieloryb ostał się dość długo: jeszcze trzy lata temu był, ale zeszłego roku – nie.

W czasie tego całego rozpadu dowiedziałem się o Mai. Wcześniej trwałem w nadziei, że kiedyś do niej wrócę. Wiadomość o tym, że ułożyła sobie życie beze mnie, zabolała. Krótko mówiąc, zdarza się. Kot zniknął.

Zostały: szczur, parecznik i sarna.

Na szczura przyszedł czas dwa lata temu. Choć martwych zwierząt ubywało, nie poprawiałem bazgrołów w zeszycie. Trzymałem go gdzieś z resztą staroci zabranych z rodzinnego domu. Jednego dnia Paulina zaczęła się dziwnie zachowywać, ale nie zwróciłem na to większej uwagi – moje myśli pochłaniał kolejny projekt, który później sponsorzy i tak odrzucili.

 Zrozumiałem, kiedy odwiedziłem rodziców. Robię to od czasu do czasu. Ojciec poprosił, żebym przyniósł coś z piwnicy, więc poszedłem. Przeszedłem korytarzem w jedną stronę, przeszedłem w drugą, i dopiero na schodach uświadomiłem sobie, że coś nie gra.

Szczura nie było.

W domu natychmiast zaatakowałem Paulinę:

– Kto pozwolił ci czytać?!

Prawie ją uderzyłem. Kuliła się na podłodze i płakała, a ja stałem nad nią. Miałem uniesioną rękę. Ona tłumaczyła się i przepraszała. Myślała, że to jakieś pozbawione znaczenia bazgroły z mojego dzieciństwa.

Cóż. Kobieta, której nie kochałem, wydarła najintymniejszy skrawek mojej duszy. Zdarza się.

Skoro już wiedziała, rozmawiałem z nią o mojej tajemnicy. Z jednej strony było mi lżej, z drugiej ciężej. Czułem się brudny.

W trakcie tych kilku przełomowych dni, które powyżej opisałem, zniknął parecznik.

Została tylko sarna. Wisząca na latarni. Najbardziej idiotyczne miejsce dla ostatniego z moich zwierząt.

Działo się to jakiś czas temu. Zbiór zdarzeń doprowadził mnie na cmentarz, gdzie siedziałem z zeszytem, na którego pierwszej stronie widniał napis: 9 MARTWYCH ZWIERZĄT. Chciałem go spalić i zerwać z przeszłością. Zacząć od nowa. Z Mają. Spełnić choć jedno, dwa marzenia. W końcu pojawiła się szansa. A to o nie chodzi. O szanse, które pojawiają się i znikają. Nie o zwierzęta.

Nie wiem, czemu wybrałem grób Piotrka. Podpaliłem zeszyt i położyłem go między starymi zniczami. Obserwowałem, jak płonie.

Niestety, nie był to ostatni most.

 

 

UNIESIENIE

 

– Idę na pielgrzymkę – powiedziała Paulina.

Kiedy nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, zaczynam krzyczeć. Tak też wtedy zrobiłem. Po chwili Paulina także krzyczała i to takie rzeczy, że mnie zatkało. Nigdy bym nie pomyślał, że moja gruba, zaniedbana żona zajmuje się czymś poza domem i Marcinem. A tymczasem ona wszystko sobie obmyśliła. Przeczytała kilkanaście książek, setki internetowych poradników i chyba tysiące świadectw pielgrzymów, którzy wymodlili swoje intencje. Znalazła tani lot, kupiła plecak i inne rzeczy. W trekkingowych butach od miesiąca chodziła na zakupy. Latami odkładała grosze, by mieć własne oszczędności – „na wszelki wypadek”.

Na samolot nie starczyło. Miałem zapłacić te kilkaset złotych. Nie biedowaliśmy, więc nie była to wielka suma. Ale poczułem się żałośnie. Kłóciłem się z żoną o pieniądze. Jak Maja ze swoim mężem w czasie rozwodu.

Paulina twierdziła, że przez wszystkie lata nie spróbowaliśmy tej jednej rzeczy. Przekonywałem, by na początek poszła do Częstochowy. Nie. Uparła się na drogę świętego Jakuba. Nie wyobrażałem jej sobie w trzydziestostopniowym upale z dwudziestoma kilogramami na plecach i pęcherzami na stopach.

– Od początku wiedziałam, że będziesz temu przeciwny – mówiła głosem ochrypłym od krzyczenia. – Najlepiej gdybyśmy poszli wszyscy. Razem z Marcinem.

– Z Marcinem?

– Czemu nie? Ciało ma zdrowe. Dobrze go karmimy.

To prawda. Jakimś cudem nasz syn nie był ani cherlakiem, ani grubasem, choć całe dnie siedział w domu. Mimo to nie wyobrażałem go sobie w podróży. A cała nasza trójka? Rodzinna wycieczka przez hiszpańskie góry? Powstrzymałem się od rzucenia kolejnej uwagi w stylu „w głowie ci się poprzewracało”. Paulina i tak już wystarczająco długo wrzeszczała.

Żadne z nas nie zwróciło uwagi na brak reakcji Marcina. Zostawiliśmy go na dole, gdzie oglądał kreskówki, a sami poszliśmy do sypialni. Nasze krzyki zazwyczaj wyprowadzały go z równowagi: zaczynał histeryzować, bełkotać, strącać przedmioty z półek. Jednak tym razem w domu panowała cisza. Film z płyty DVD się skończył i nawet telewizor umilkł.

– Zrobię to – oznajmiła Paulina. – Możesz we mnie nie wierzyć. Bóg zrozumie, że pójdę sama. Uzdrawiał już kaleków i ślepych. Jego cuda zaprzeczały medycynie…

Przestałem słuchać. Nie wierzyłem w cuda. Jeśli działy się jakieś rzeczy, których nauka nie potrafiła wyjaśnić – jak choćby moje zwierzęta – wolałem uznać je za anomalie, artefakty, znaki pozbawione znaczenia, błędy w rzeczywistości.

– Dobra, a co ja mam z nim w tym czasie zrobić? – zapytałem, kiedy skończyła wywód. – Zaczynam projekt badawczy. Nie mogę siedzieć w domu.

– Mówiłeś, że to będzie projekt na luźnych zasadach.

– No i co z tego? Chyba nie myślisz, że będę go zabierał ze sobą?

– Czemu nie? Jest grzeczny.

– Grzeczny w domu, bo się nauczył. Paulina, pamiętasz, jak źle znosił towarzystwo innych dzieci. Jak go denerwowały te wszystkie terapie…

– Nie lubi zostawać bez nas. A jak będzie z tobą…

– Czy ty nie masz żadnego wyobrażenia o mojej pracy? – przerwałem. – Nie mogę go wziąć i usadzić gdzieś w kącie z telefonem, żeby grał. To mały projekt i Marcin plątałby się pod nogami.

– No to trudno. Damy go do zakładu na parę tygodni. Tylko wiesz, ile to kosztuje.

Trochę więcej niż kosztowałaby aborcja osiemnaście lat temu, pomyślałem. Dzięki, braciszku, za radę. Teraz mam honor i żałosne życie.

– Ty naprawdę wierzysz, że to się uda – stwierdziłem.

– Czemu miałabym iść, gdybym nie wierzyła?

– Żeby się stąd wyrwać. – Wskazałem na ściany naszego domu. – Mogłabyś posiedzieć parę tygodni w Barcelonie i nacieszyć się życiem.

– I co bym z tego miała? – zapytała.

– Nie wiem. W ogóle to co cię tak nagle naszło? Myślałem, że parę lat temu się poddaliśmy.

Zauważyłem, jak zacisnęła pięści, przygryzła wargi i wyprostowała plecy. Robiła tak zawsze, gdy broniła syna.

– On jest już dorosły. Ma osiemnaście lat. To znaczy, że my się starzejemy. Co zrobi, kiedy nas zabraknie?

– Państwo się nim zaopiekuje.

– Państwo? – prychnęła. – On tego nie wytrzyma.

Zaczęło się od krzyku, a skończyło na płaczu. Poddałem się. Pieprzyć te parę tysięcy oszczędności. Perspektywa tygodni bez żony i syna dawała pewne możliwości. Nie musiałbym siedzieć w Barcelonie, by cieszyć się życiem (choć mewa i wieloryb zniknęły).

Zgodziłem się. Paulina ze łzami w oczach podziękowała, po czym zeszła do Marcina.

Chwilę później z dołu dobiegł wrzask. Zbiegłem.

– Nie ma go – szepnęła. – Zniknął.

Jak jedno z martwych zwierząt, pomyślałem.

Drzwi były otwarte, więc Marcin prawdopodobnie wyszedł. Ubraliśmy się (Paulina włożyła trekkingowe buty), po czym ruszyliśmy na poszukiwania. Każde osobno: Paulina pytała sąsiadów, ja pobiegłem ulicą. Po kilkunastu metrach kontuzjowane kolano zaczęło boleć.

Nie musiałem biec daleko. Marcin był w pierwszym miejscu, które przyszło mi do głowy. Stał spokojnie pod latarnią, na której wisiała sarna. Podszedłem powoli, by go nie przestraszyć.

– Tu jesteś – powiedziałem.

Zadzierał głowę, jakby też widział martwe zwierzę. Na dźwięk mojego głosu drgnął. Potem zobaczył, że to ja, uśmiechnął się i wskazał do góry.

– Konik – powiedział.

Stałem i patrzyłem na syna. Miał prawie tyle lat, co ja, kiedy go począłem. Z twarzy tak bardzo mnie przypominał.

– Konik – powtórzył.

– To nie konik – wychrypiałem przez zaciśnięte gardło. – To sarna. Sarenka.

Marcin zmarszczył brwi. Potem zapytał:

– Czemu?

– Czemu sarenka, a nie konik?

Znów myślał chwilę.

– Tam. – Wskazał.

– Czemu tam?

Pokiwał głową. Kiedyś Paulina zapytała mnie o to samo. Nie umiałem odpowiedzieć. Miejsca nie zastanawiały mnie tak bardzo, jak dobór zwierząt. Bo dlaczego Bartek Stasiak dostał węża, skoro nigdy mnie nie zawiódł? Nie mogę go winić za to, że poszedł własną drogą. Albo dlaczego Mai przypadł kot, choć nie przypominała go ani upartością, ani lenistwem, ani przesadną skłonnością do pieszczot? Już prędzej czworonóg pasowałby do Bartka, który zawsze sam decydował o swoim losie i przeżył tyle przygód, że przydałoby mu się dziewięć żyć. Pies mógł wiązać się z braterską wiernością, ale z kolei wieloryb był całkowicie niezrozumiały. Ptak kojarzy się z wolnością, jednak jego pojawienie się towarzyszyło raczej buntowi i młodzieńczej głupocie. Jeśli w tych szczegółach krył się sens, nie potrafiłem go dostrzec. Tym bardziej nie umiałem rozgryźć kwestii miejsc.

– Czemu? – powtórzył głośniej Marcin.

Każdy rodzic musi się zmierzyć z trudnymi pytaniami. Inne dzieci pytają o skąpo ubrane panie przy drodze albo o to, skąd wziął się braciszek. Ja dostałem pytanie o sarnę. Pytanie, na które sam nie znałem odpowiedzi.

– Czemu? – Marcin był już wyraźnie zniecierpliwiony.

– W nagrodę – odparłem. – Sarenka jest tam w nagrodę.

– Czemu?

– To tajemnica. Opowiem ci kiedy indziej, ale nie możesz powiedzieć mamie.

Skinął głową na znak, że rozumie. Wziąłem go za rękę i wróciliśmy do domu.

 

***

 

Nadeszły tygodnie bez Pauliny i Marcina.

Nie chciałem opisywać tutaj tego czasu. To tak jakby wpuścić kilka owiec między watahę wilków. Zostałyby tylko ogryzione kości.

Boję się, że z tych wspomnień pozostaną suche fakty ogołocone z radości, która towarzyszyła tamtym wydarzeniom. Piotrek twierdził, że przeszłość już się nie zmieni i to, co kiedyś było dobre, zawsze takie pozostanie. Oby się nie mylił. Muszę zmieszać ten dobry okres ze wszystkim złymi rzeczami, które opisuję.

Odwieźliśmy Marcina do specjalnego zakładu. Byliśmy przy nim, kiedy podali mu pierwszą porcję „pacyfikujących” środków. Po chwili spotulniał. Nie płakał przy pożegnaniu. Zostawiliśmy go. W nocy Paulina chciała się ze mną kochać. Odmówiłem.

Następnego dnia pojechałem z nią na lotnisko i podziękowałem za to, że ma wiarę za nas oboje.

Stamtąd udałem się prosto do magazynu, który wynajęła Maja Zielińska. Zaczęliśmy nasz projekt. Na początku było sporo pracy fizycznej. Noszenie worków z ziemią, sadzenie roślin, konstrukcja systemu nawadniającego, montaż lamp. Poszłoby szybciej, gdybyśmy mieli do pomocy paru ludzi. Woleliśmy oszczędzać. Budżet wydawał się duży, ale samo wynajęcie magazynu na pierwszy miesiąc uszczupliło go o kilka procent.

Projekt oficjalnie ruszył, kiedy do przygotowanego mikrośrodowiska wpuściliśmy zwierzęta. Były szampan i wstążka, którą Maja przecięła. Wiwatowałem jak głupi.  Po toaście powiedzieliśmy sobie kilka rzeczy – niekoniecznie związanych z naszą pracą. Zachowam je dla siebie, bo nie wiadomo, w czyje ręce trafi ten tekst.

A potem było jeszcze milej. Pojechaliśmy do mnie. Na dworze dopiero się ściemniało, więc dałem radę trzy razy, zanim poszliśmy spać. Rano powiedziałem, by ze mną zamieszkała. Nie dodałem „dopóki nie wróci Paulina”, a ona nie pytała o rzeczy po innych domownikach.

Miniaturowy świat w magazynie funkcjonował. System lamp imitował dzień i noc. Dbaliśmy o nawodnienie i napowietrzenie. Szczury – najbardziej rozwinięty gatunek w projekcie – kopały nory, konkurowały, szykowały się do rozmnażania. Oprócz gryzoni obserwowaliśmy stawonogi, płazy i kilka gadów.  

Najpiękniejszy w projekcie był brak hipotezy. Mogliśmy bez ograniczeń kombinować. A gdyby tak przyspieszyć rytm dnia i nocy? A gdyby utrzymywać stałą temperaturę? A gdyby tak faworyzować zwierzęta z jednej strony? A gdyby tu naruszyć równowagę? Albo tam? Spędzaliśmy przy tym całe dni, snując kolejne plany. Bez wielkich ambicji. Bez narzuconych celów. Chcieliśmy metodą prób i błędów odkryć coś, czego jeszcze ludzkość nie wiedziała.

Byliśmy świadomi, że to dopiero początek. Projekt wymagał miesięcy albo lat, by dać efekty. Ale mieliśmy asa w rękawie na ewentualne spotkanie ze sponsorami. Zresztą, Maja na pewno zdobyłaby ich sympatię.

Właśnie, Maja. Rozpisuję się o naszej pracy, a sedno sprawy tkwi w tym, że miałem idealną towarzyszkę. Specjalnie dla mnie zadbała o siebie: ubranie, fryzura, makijaż. Czasem myślałem, że zbyt łatwo zgodziła się być moją kochanką. Jednak wątpliwości nie przeszkadzały w korzystaniu z okazji.

Którejś nocy zaczęliśmy rozmawiać o wspólnej przyszłości. Jeśli chcieliśmy, by reszta życia wyglądała tak, jak te tygodnie, musiałbym załatwić kilka spraw. Przede wszystkim: dogadać się z Pauliną. Po rozwodzie zostawiłbym jej dom i Marcina, a potem w miarę możliwości wspierałbym ich finansowo. Od czasu do czasu odwiedzałbym syna. Mieszkałbym z Mają, może wzięlibyśmy ślub. Realizowalibyśmy marzenia, a kiedy przyniosłyby one zysk, pomyślelibyśmy o dziecku. Istniałoby ryzyko wady genetycznej u małego. Moglibyśmy temu zapobiec, adoptując jakiegoś niechcianego, zdrowego noworodka. Może przy okazji uratowałbym dwoje ludzi, którzy przedwcześnie wpadli? Mnie nikt nie ocalił.

Mieliśmy wspólne plany i marzenia. Maja była gotowa na ich spełnienie. Ja musiałem dokończyć sprawę z Pauliną i naszym synem.

Nie wiedziałem, jak się za to zabrać. Z Mają ustaliłem, „co” powinienem zrobić, ale nie „jak”. W tej kwestii nie mogłem liczyć na jej pomoc. Żałowałem, że nie ma przy mnie Bartka i Piotrka.

Dzień przed powrotem Pauliny odwiedziłem rodziców. Powiedziałem tacie, że jestem nieszczęśliwy i chcę to zmienić. Wysłuchał mojego pomysłu na „nowe życie”. Kiedy zamilkłem, mierzył mnie wzrokiem. Jego twarz nie dawała nadziei na nic lepszego od „trzeba było myśleć dwadzieścia lat temu” czy „każdy człowiek musi żyć ze swoimi błędami”. Ojciec lubił się wymądrzać. Nie miał jednak porządnego wykształcenia, więc był po prostu oczytanym prostakiem. Tego dnia też nie oszczędził mi pseudointeligenckiego tekstu.

Siedzieliśmy na stołkach w kuchni i odcinaliśmy szypułki z truskawek. Same owoce i dżem uwielbiałem, ale pracy przy nich nienawidziłem z całego serca. Kiedy obrobiłem jeden koszyk, mama zawsze dostawiała kolejny, a gotowe truskawki zabierała. Przez to nigdy nie wiedziałem, ile już zrobiłem, a ile jeszcze mnie czekało. Miałem wrażenie, że stoję w miejscu.

Tamtego dnia tata też musiał o tym pomyśleć.

– Co czułby Syzyf na urlopie?

Przez chwilę sądziłem, że tata bełkocze od rzeczy. Z mitologią nie stykałem się od lat, ale tryby w mojej głowie zaskoczyły.

– Że niby ja jestem Syzyfem?

– A nie czujesz się jak Syzyf? – zapytał. Mówił powoli, bo uważał, że przez to brzmi jak mędrzec. Z każdym rokiem miał się za coraz mądrzejszego. – Przez lata się męczyłeś i wierzyłeś, że to coś da. Ja od początku wiedziałem, że z tego chłopca nic nie będzie.

– Tato, nie chodzi tylko o Marcina.

– Ależ chodzi przede wszystkim o niego!

Wrzucił truskawkę do garnka i umilkł. Przyszła matka z nową porcją owoców do obrobienia. Gotowe zabrała. Wróciliśmy do punktu wyjścia.

– Jak to o niego? – zapytałem, kiedy zostaliśmy sami.

– Już tylko on ci pozostał.

– Teraz mam też Maję.

– Masz Maję? – powtórzył. – Masz tylko parę obietnic. Skąd wiesz, że ona się nie rozmyśli za parę miesięcy?

– Znam…

– Żona też może cię zostawić. Albo umrzeć. A syn zawsze będzie twój. Będzie twój, nawet jak stracisz wszystkie pieniądze, a cała wiedza wyparuje z głowy.

Ze złością odłożyłem nożyk i wstałem od truskawek.

– Myślałem, że mi pomożesz.

– Siadaj – powiedział ojciec. – Staram się pomóc. Uświadamiam ci, że jesteś jak Syzyf. Od lat toczysz ten sam kamień i nigdy nie udaje ci się dotrzeć do celu. Teraz miałeś wolne, więc pragniesz czegoś innego niż powrót do głazu i góry.

– I mogę to osiągnąć. Nie jestem Syzyfem, tylko sobą.

– Skoro tak uważasz.

– Czyli nie dostanę żadnej konkretnej rady? Jedynie jakiś pokrętny wywód?

– Chcesz rady? – Ojciec wycelował we mnie nożem. – Dam ci ją: wtocz kamień.

Wrócił do obrabiania truskawek. Wydawało się, że są ich jeszcze tysiące. Usiadłem.

 

***

 

Kiedy Paulina wróciła z pielgrzymki, Marcin był tak samo upośledzony jak zawsze. Trzymały go jeszcze leki, które dostawał w zakładzie. Z bólem zapłaciłem czterocyfrową sumę, po czym pojechaliśmy do domu (wysprzątałem cały, by nie został żaden ślad po Mai). Zadbałem, by czekała na nich niespodzianka: spaghetti a’la carbonara. Ulubione danie i Pauliny, i Marcina. Nie wiem, czemu tak za nim przepadali. Może dlatego, że rzadko coś gotowałem. Może dlatego, że nauczyłem się je robić w lepszych czasach, kiedy jeszcze dziewięć martwych zwierząt tkwiło na swoich miejscach.

Po raz ostatni zasiedliśmy wspólnie do stołu. Paulina opowiadała o pielgrzymce. Jej twarz była opalona od słońca i osmagana od wiatru. Schudła parę kilo. Odrobinę przypominała atrakcyjną doktorantkę, do której zagadałem w klubie.

– I wiesz co na koniec zrozumiałam? – mówiła. – Że nie liczy się uzdrowienie ciała czy umysłu. Liczy się uzdrowienie duszy.

Pogładziła syna po policzku. On uśmiechnął się lekko, po czym dodał keczupu do spaghetti. Tylko wtedy carbonara naprawdę mu smakowała. Kiedy się zajadał, widok jego oczu pozwalał zrozumieć, skąd Paulina czerpała siłę.

– Prosiłam Boga, by pozwolił mu dobrze odejść – powiedziała.

– Nie mów o tym przy nim – mruknąłem, choć zamierzałem powiedzieć zaraz coś dużo bardziej nieprzyjemnego. Coś, co Marcin zrozumie, w przeciwieństwie do pojęcia śmierci.

– Nie ma się czego bać – odparła Paulina. – Jego dusza jest dobra i trafi do Nieba.

Pokiwałem głową. Niech ta biedna kobieta w coś wierzy. Może to pozwoli jej przetrwać.

Powiedziałem parę zdań o projekcie. Nie wspomniałem o Mai. Marcin się nie odzywał, jeśli nie liczyć dźwięków, które interpretowałem jako zachwyt. Przypominały mruczenie kota.

Kiedy skończyliśmy, Paulina poszła odnieść talerze, a Marcin chciał iść do salonu. Kazałem mu usiąść przy stole. Nie chciał posłuchać, więc podniosłem głos.

– O co chodzi? – Wróciła.

– Ty też siadaj – powiedziałem.

Usiedli.

– Zacząłem nowy projekt – oznajmiłem. – Coś, co zawsze chciałem robić.  

– Cieszymy się razem z tobą. – Paulina chwyciła mnie za rękę. – Cokolwiek będzie, damy sobie radę.

– Mam nadzieję. – Cofnąłem dłoń. – Bo czeka nas pewne „cokolwiek”. Postanowiłem trochę zmienić w życiu.

W rzeczywistości ująłem to jeszcze bardziej nieporadnie, ale teraz już nie pamiętam. Paulina wpatrywała się we mnie, jakbym był prorokiem, który zaraz wygłosi wiadomość od Boga, a Marcin tylko bawił się obrusem.

– Popatrz na mnie, Marcin.

Dalej się bawił.

– Popatrz na mnie!

Uniósł wzrok. Jego oczy – moje oczy, oczy Wiśniewskich – były zamglone.

– I słuchaj – warknąłem. – Mówię ważne rzeczy. Rozumiesz?

Rozumiał.

– To dobrze – powiedziałem już łagodniejszym tonem. – Twoja mama o tym wie, ale znałem kiedyś dziewczynę. Nazywała się Maja. Byłem mniej więcej w twoim wieku. Rozumiesz?

– Jak go będziesz ciągle pytał, czy rozumie, to mu nie pomoże – upomniała mnie Paulina.

Zignorowałem ją.

– Kochałem tą dziewczynę – mówiłem dalej do syna. Do niego było łatwiej. – Wiesz, co to znaczy kochać. Być dla kogoś dobrym. Miłym. Uśmiechać się. I to działa w obie strony.

– Wy – wyrzucił z siebie Marcin.

– Ja i mama też się trochę kochaliśmy – przyznałem. – Głównie ze względu na ciebie. Nieważne. Chcę wrócić do tej Mai. Rozumiesz? Nie będę już z wami mieszkał. Będziesz tu z mamą, a ja będę czasem przyjeżdżał. Będę robił spaghetti. Lubisz spaghetti, prawda?

Nie zareagował. Może do niego nie dotarło.

– Nie będzie mnie tutaj – powtórzyłem. – Będziesz tylko ty i mama. A ja czasem będę przyjeżdżał. Może poznasz Maję, o której ci mówiłem. Jest miła. Polubi cię. Okej?

Nie wiem, czy przytaknął, czy pokręcił głową. Odwróciłem się do Pauliny. Jej oczy były pełne łez. Nic dziwnego. Nie zrobiłem tego zbyt dobrze. Takich spraw nie da się załatwić tak, jak trzeba.

– Od kiedy? – szepnęła.

– Od ostatniej odmowy – odparłem. – Kiedy zniknął parecznik. Wtedy ją spotkałem.

– Myślałam, że z nią skończyłeś. Przecież wyszła za mąż, a ten kot… ten kot zniknął!

– Jej też się nie ułożyło.

– Przecież było dobrze! – wrzasnęła Paulina i huknęła pięścią w stół. – Było dobrze!

Marcin rozpłakał się i uciekł do salonu.

– Uspokój się – poprosiłem.

– Nigdy nie narzekałeś! – krzyknęła Paulina, ale odrobinę ciszej. – Czemu nigdy nie powiedziałeś, że jest źle?

– A co miałabyś zrobić?

– Nie dałeś mi nawet szansy.

– Ostatnie osiemnaście lat było twoją szansą, by uczynić mnie szczęśliwym.

– A ty? Co zrobiłeś dla mnie?

Spuściłem głowę. Paulina umilkła.

– Nic – wydusiłem z siebie po chwili. – Myślałem tylko o sobie. Naprawdę. Nie umiałem inaczej.

– Jeszcze nie jest…

– Za późno? – przerwałem. W moim spojrzeniu musiało być coś strasznego, bo Paulina aż się wzdrygnęła, kiedy na nią popatrzyłem. – Nie jest za późno? Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy? Dlatego robię to, co robię. Zostawiam cię z nim, bo mam dość takiego życia. Dla kogo miałbym się męczyć? Dla syna, który nie umie sklecić zdania? Dla ciebie? Byłem pijany, jak cię poznałem!

Nie wiem, dlaczego ta kobieta nigdy mnie nie spoliczkowała. Może była z niej prawdziwa chrześcijanka. Może przyjmowała te cierpienia i wierzyła, że kiedyś zostanie za to wynagrodzona.

– Myślisz, że nie chciałbym, żeby wam było dobrze? – mówiłem. – Przecież wytrzymałem tyle lat. Poświęciłem wam połowę życia. Wszystko inne traciłem, ale was nigdy nie zaniedbałem.

 Rozpłakałem się jak dziecko. Tego nie dało się dobrze załatwić. Lata tłumionego żalu w jednej chwili wylały się na zewnątrz i uderzyły w Paulinę. Przyjęła to z pokorą męczennika. Wysłuchała wszystkich okropnych rzeczy, których nie chcę już sobie przypominać. A potem… A potem mnie zrozumiała. Dotarło do niej, że nie zmienię decyzji.

Kiedy emocje opadły, przedstawiłem jej plan. Kiwała głową. Na koniec powiedziała:

– Muszę to przetrawić. Kto wychodzi? Ja czy ty?

Pierdolony honor. Byłem cipą bez serca, a on i tak się odezwał. Nie wygonię kobiety z jej własnego domu, pomyślałem.

– Ty będziesz tu mieszkać. – Wstałem i zasunąłem za sobą krzesło. – Więc możesz zostać. Wrócę jutro.

Skinęła głową. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

 

***

 

Po moim wyjściu Paulina spakowała walizki. Wybrała najcenniejsze rzeczy i wygrzebała z moich dokumentów parę haseł. Zanim rano zdążyłem zablokować konta bankowe, zniknęły z nich trzy tysiące złotych.

Sąsiedzi – niezawodni strażnicy okolicy – powiedzieli, że skierowała się w stronę przystanku. Stamtąd mogła pojechać do centrum. A z centrum – wszędzie. Kiedy ja próbowałem ogarnąć zasmarkanego Marcina, ona pewnie jechała pociągiem do Szczecina albo Przemyśla. Może dałoby się ją namierzyć po telefonie komórkowym lub zgłosić zaginięcie policji. W końcu by się znalazła. I co wtedy?

Nie miałem sił, by ją ścigać. Po uspokojeniu Marcina, który źle zniósł pierwszą samotną noc, poszedłem do najbliższego sklepu i kupiłem flaszkę. Wódka jednak nie jest dla mnie, więc większość wylałem do zlewu. Położyłem się na podłodze i długo myślałem. W końcu zadzwoniłem do Mai.

– Może wróci – powiedziała Zielińska, kiedy zrelacjonowałem zniknięcie żony. – Nie ma jej dopiero od kilku godzin. Kiedy przyjedziesz do magazynu?

Odparłem, że na razie nie mogę, bo ktoś musi się zająć Marcinem, a na jego dalszy pobyt w zakładzie mnie nie stać.

– Ile? – zapytała Maja.

– Nie będziesz płacić za mojego…

– Będę płacić za ciebie, żebyś był tu ze mną. Tak na początek. Zobaczymy, może Paulina wróci.

Odstawiłem syna do zakładu i przez następne tygodnie znów żyłem z Mają. Nie byłem tak szczęśliwy jak wcześniej. Gryzło mnie sumienie – głównie z powodu Marcina. O żonie też myślałem.

Po miesiącu wciąż się nie pokazała. Od swoich rodziców, którzy wiedzieli od jej krewnych, dowiedziałem się tyle: Paulina jest daleko stąd i nie zamierza wrócić. Czyli zrobiła dokładnie to, co ja planowałem – zaczynała od nowa. Wyobrażałem sobie, jak zabiera się do pracy nad sobą, by schudnąć i wyładnieć. Znajdzie jakiegoś faceta. Wygrzebie dyplom magistra i znajdzie pracę. Odżyje. Może będzie wysyłać przez rodziców paczki z prezentami dla syna. A może całkowicie się od nas odetnie.

Mniej więcej tak się stało. Czasem myślałem o jej chrześcijańskim sumieniu. Jak dała sobie z tym radę? Doszedłem do wniosku, że wszystko, w co się wierzy, ma granice. Coś, co było przez całe życie, może pewnego dnia przestać istnieć. Zniknąć jak moje zwierzęta.

Minął kolejny miesiąc. Pewnego dnia Maja Zielińska ubrała się w najlepszą sukienkę i poszła na rozmowę ze sponsorami. Wyrazili duże zainteresowanie. Tydzień później pokazaliśmy nasz mikroświatek. Prezentacja przebiegła idealnie. Zauważyłem, że Maja wdzięczy się do jednego z mężczyzn, który decydował o przydzieleniu nam funduszy. Tego dnia miała na sobie obcisłą bluzkę i krótką spódniczkę.

Sponsorami byli ludzie z przemysłu pestycydowego. Pomysł badań w mikroskali bardzo im się spodobał. Eliminował ryzyko wydostania się szkodliwych środków poza obszar testów. Udostępnili nam wielkie hale za miastem, w których rozszerzyliśmy i wzbogaciliśmy sztuczne środowisko. Zespół badawczy powiększył się o kilkanaście wykształconych osób. Dostaliśmy też do dyspozycji pracowników fizycznych. Maja została kierownikiem całego projektu, a ja miałem skupić się na obserwacji obecnych w mikroświecie ssaków.

Scenariusz marzeń? Prawie. Minęły tygodnie, nim poznałem cenę.

Maja zaczęła sypiać z tym facetem, do którego wdzięczyła się w czasie prezentacji. Kłamała, że musi to robić od czasu do czasu, by projekt był kontynuowany. Wiedziałem, że to nieprawda. Nie chce mi się nawet pisać o tym, jak nasze wspólne plany się rozpadły.

Jedną z najżałośniejszych rzeczy jest to, że wciąż z nią pracuję. Patrzę, jak odwiedza ją tamten mężczyzna. Całuje ją, przytula, maca po tyłku. Mogłem przewidzieć taki koniec, kiedy się schodziliśmy.  

Mam przynajmniej tę satysfakcję, że oddałem jej już pieniądze, które mi pożyczyła. Co do grosza.

Po tym wszystkim został mi tylko Marcin.

 

 

OCALENIE

 

Mógłbym wypełnić wannę lodem. Marcinowi rozpuściłbym tabletki w coli, którą popiłby swoje ostatnie spaghetti carbonara. Zdążyłby dojść do kanapy. Usnąłby, oglądając swoje ukochane kreskówki. Nie wyłączyłbym ich, dopóki jego serce nie przestałoby bić. Potem wziąłbym go na ręce – waży prawie siedemdziesiąt kilo, ale dałbym radę – i zaniósłbym chłopaka do łazienki. Rozebrałbym go tak, jak to robię przed każdym myciem. Ułożyłbym jego ciało w wannie z lodem. Chłopak nie czułby chłodu.

Walizki byłyby już spakowane. Poszedłbym z nimi na przystanek, z przystanku pojechałbym do centrum, a z centrum – jak najdalej. Wziąłbym przykład z mojej żony. Przed opuszczeniem kraju zadzwoniłbym na pogotowie i powiedział, że w moim domu jest martwy, młody chłopak. Ciało zdrowe. Świetnie nada się na organy. (Podobny numer widziałem w jakimś filmie). Rozłączyłbym się i pojechał dalej. Choćby do Afryki, gdzie sporo gatunków zwierząt wciąż czeka na odkrycie i opisanie. A po latach ukąsiłby mnie komar, nie wziąłbym leków i pozwolił, by malaria wyniszczyła mój organizm. Czułbym chłód, którego nie czuł mój syn.

Nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy. No, może z wyjątkiem spaghetti, po tym, jak odebrałem Marcina z zakładu. Przez kilka następnych dni zaczepiał mnie i mówił „mama” lub „czemu”.

Musiał przyzwyczaić się do samotnego przebywania w domu. Tylko raz zwolniłem się z pracy, ponieważ chłopak wybił okno i uciekł. Dałem mu karę. Czasem niszczył coś w środku – talerze, szklanki, pilota – ale podejrzewam, że nie robił tego umyślnie. Od zawsze miał problemy z koordynacją wzrokowo-ruchową, a leki, które zacząłem mu podawać, mogły dodatkowo zaburzać reakcje.

Żyliśmy w stanie równowagi, jak zwierzęta w naszym mikroświecie.

Jakiś czas temu uznałem, że wystarczy. Muszę raz na zawsze wtoczyć kamień, jeśli mam być szczęśliwy.

Przygotowałem się zawczasu. Kiedy Marcin usnął, wziąłem co trzeba i poszedłem. Ulice były ciemne i puste. Opadłe liście przesuwały się powoli po chodniku. Na głowie miałem grubą czapkę, której nigdy nie noszę; dolną część twarzy zasłoniłem chustą. Nie chodziło nawet o konsekwencje tego, że ktoś mnie rozpozna. Skończyłoby się co najwyżej na pogadance z policją. Ewentualnie areszcie. Marcin wpadłby szał, miałbym sporo do sprzątania.

Chodziło o to, że się wstydziłem. Z zasłoniętą twarzą było łatwiej.

Dotarłem pod latarnię i wyjąłem z plecaka linę. Na jej końcu znajdowała się metalowa kotwiczka. Oglądałem w Internecie filmiki, jak się nią posługiwać. W lewej dłoni trzymałem zbuchtowaną linę, w prawej jej koniec z kotwiczką. Zakręciłem i rzuciłem.

Kotwiczka minęła sarnę o kilka dobrych metrów i uderzyła o ogrodzenie. Rozległ się metaliczny dźwięk. Bałem się, że zaraz ktoś wyjdzie i mnie wyśmieje. Ale w taką zimną listopadową noc wszyscy tkwili w domach.  

Zakręciłem i rzuciłem. Tym razem kotwiczka dotarła wyżej, zawisła na ułamek sekundy w powietrzu, po czym runęła na mnie. Odskoczyłem w ostatniej chwili. Spróbowałem ponownie. Tym razem jeden z haków musnął sierść sarny, ale się nie zaczepił.

Udało się za czwartym razem. Kotwiczka zahaczyła o jedną z ran zwierzęcia. Bałem się, że jak pociągnę, to rana tylko się poszerzy, a ze środka wylecą flaki. Stałem tak przez chwilę. Nie wiem, co zobaczyłby przypadkowy przechodzień. Kotwiczkę zawieszoną w powietrzu?

Szarpnąłem. Sarna przesunęła się po wygięciu latarni, po czym spadła. Słyszałem gruchot kości, kiedy uderzyła o ziemię. Stałem nad nią, cały spocony, z przyspieszonym oddechem. Pierwszy raz odważyłem się ruszyć zwierzę. Po chwili się otrząsnąłem. To nie było odpowiednie miejsce na rozmyślania. Włożyłem rękawiczki, w których dotykam szczurów, i dźwignąłem sarnę. Ważyła ze trzydzieści kilo.

Zaniosłem ją do mojego domu. Na rękach. Jak ukochaną.

Chciałem ukryć zwierzę w piwnicy, ale kiedy wszedłem do domu, czekał na mnie Marcin. Miał na sobie piżamę z Kaczorem Daffym. Stanąłem w progu z sarną w rękach.

– Czemu? – zapytał Marcin.

– Bo… bo już jej wystarczy.

– Kara?

– Nie, to nie kara.

Wszedłem do środka, zamknąłem drzwi nogą, po czym ułożyłem sarnę między kanapą a telewizorem. Marcin usiadł na swoim miejscu.

– Opowiedz.

Mogłem nakrzyczeć na syna i wysłać go z powrotem do łóżka. Zamiast tego usiadłem obok. Zdjąłem rękawiczki, chustę i czapkę.

– O czym tu opowiadać – mruknąłem. – To nie jest miła historia. A ty takie wolisz. Prawda? Historie z kreskówek? Zawsze je lubiłeś. Żadnych filmów z aktorami, żadnej komputerowej animacji. Tolerowałeś tylko tradycyjne kreskówki.

– Konik! – zawołał zniecierpliwiony Marcin. – Sarna!

O tym chciał usłyszeć.

– Miałem ci powiedzieć, dlaczego tam wisiała, tak?

– W nagrodę – przypomniał Marcin.

– Tak, tak. W nagrodę. Ciągle to pamiętasz?

Pokiwał głową.

– Ona była tam w nagrodę za to, że ty jesteś tutaj – powiedziałem. – Nie rozumiesz? No dobrze. Wiesz, skąd się wziąłeś? Też nie? No bo w sumie, skąd miałbyś wiedzieć… Ale rozumiesz to, że żyjesz?

– E-e. – To jego „nie”.

– My żyjemy. Ruszamy się, oddychamy, nasze serca biją. Ona – wskazałem na sarnę – nie. Ona nie żyje. Jest martwa.

– Czemu?

– Widzisz te rany? Krew przez nie wyleciała. Wiesz, co to krew. Leci jak się skaleczysz. Jest potrzebna. No, ale wróćmy do opowieści. Nikt nie żyje cały czas. Tak, jak kończą się kreskówki, tak kończy się życie. Rozumiesz? Dlatego trzeba tworzyć dzieci. Ty jesteś moim dzieckiem.

– Mama!

– I mamy też, zgadza się. Pewnego dnia cię stworzyliśmy. Nie byłeś od początku taki jak teraz. Na samym początku byłeś o wiele, wiele mniejszy. Nie dałoby się cię nawet zobaczyć gołym okiem. I wtedy pojawiła się sarna. W nagrodę za to, że jesteś.

Pokiwał głową tak ochoczo, że pomyślałem: oho, pierwszy raz coś naprawdę zrozumiał. A potem zmarszczył brwi. Marszczył je dosyć długo. Jego niedomagający umysł podjął tytaniczny wysiłek. Zwieńczeniem pracy było wskazanie na sarnę i kolejne pytanie:

– Tylko?

– Były jeszcze inne zwierzęta.

– W nagrodę?

– Tak.

– Opowiedz.

– Nie wiem, czy zrozumiesz.

– Opowiedz.

Opowiedziałem. Znalazłem słowa, które pozwoliły dotrzeć do jego głupiutkiej głowy. Marcin przytakiwał i czasem zadawał jednosłowne pytania. Zwierzyłem się synowi ze swojego życia i z tajemnicy martwych zwierząt. Potem powiedziałem, że czas spać. Oczy mu się już kleiły, więc mnie posłuchał.

Sam też się położyłem. Tej nocy miałem pozbyć się sarny, ale byłem zbyt zmęczony. Zostawiłem ją w salonie.

Rano nie było ani jej, ani Marcina. Ubrałem się i pobiegłem pod latarnię. Wyglądała jak wszystkie inne latarnie świata. Nie było w niej nic wyjątkowego. Wróciłem i popytałem sąsiadów. Wskazali mi kierunek, który obrał mój syn.

Poszedł w przeciwną stronę niż Paulina. Za miasto. Ubrałem się cieplej, wziąłem parę rzeczy do plecaka, a potem pomaszerowałem we wskazanym kierunku.

W lesie wypatrzyłem ślady. Pasowały do butów Marcina, choć nie miałem pewności. Zauważyłem też, że były głębsze niż moje. Chłopak niósł sarnę. Potruchtałem za nim. Każdy krok wywoływał w kolanie eksplozję bólu.

Ślady doprowadziły na polankę, na której siedział Marcin. Obok niego leżało martwe zwierzę. Chłopak głaskał je, omijając zranione miejsca. Podszedłem do niego spokojnie. Poznał mnie i się uśmiechnął.

– Co ci odbiło? – zapytałem.

– Inne – powiedział i poklepał ziemię obok sarny.

– Co inne?

Słowo, które wypowiedział, zabrzmiało wyjątkowo niewyraźnie, ale chyba chodziło o „zwierzęta”.  

– Skąd wiesz?

– Konik. Sarna.

Kilka godzin później przyszliśmy tam z łopatami. Pokazałem Marcinowi, jak się kopie. O dziwo, załapał. Więc kopaliśmy. Po jakimś czasie łopata uderzyła w coś twardego. Sięgnąłem ręką, odgarnąłem błoto. Biel kości. Kopaliśmy dalej, aż odsłoniliśmy czaszkę.

– Dzik – powiedziałem.

Po chwili odsłoniliśmy resztę szkieletu. Wyjąłem go na plandekę i spróbowałem ułożyć. W tym czasie Marcin stanął w innym miejscu na polance.

– Tu!

– Jest ich więcej?

Kopaliśmy dalej. Kolejna była wiewiórka. Po niej kruk. Zacząłem podejrzewać, że jakiś kłusownik zakopywał tutaj oskórowane zwierzęta, ale potem wybiłem to sobie z głowy: wykopaliśmy skorupę żółwia: pełną błota i kości. Następny był zając. Wytłumaczyłem Marcinowi, czym różni się od królika. Chyba nie zrozumiał. Trudno.

Potem wykopaliśmy jeszcze łasicę lub młodą kunę (ich już nie umiałem rozróżnić) oraz rybę, której w ogóle nie rozpoznałem.

W sumie odsłoniliśmy osiem szkieletów.

Później dyskretnie sprawdziłem, czy inni ludzie są w stanie je zobaczyć. Nie byli. Cóż. Nic dziwnego. Ten dziwaczny dar jest w mojej krwi, którą ma też Marcin.

 

***

 

Nie udało mi się dowiedzieć, w jaki sposób mój syn namierzył szkielety. Znalazł je i tyle. Jeśli sarnę liczyć jako wspólną, to Marcin też ma swoje dziewięć martwych zwierząt. Nie wiem, na co mu one. Oczyściliśmy je i ukryliśmy w piwnicy. Marcin bawił się kośćmi przez kilka dni; potem wrócił do kreskówek.

Dla mnie są nadzieją. Skoro one były ukryte pod ziemią, to łudzę się, że w Marcinie też tkwi coś, co jeszcze zostanie wydobyte na powierzchnię.  

Ostatnio znalazłem mu zajęcie przy naszym projekcie. Pomaga pracującej fizycznie części zespołu. Czasem się nim wysługują, ale trudno. Kopanie jest jedną z niewielu rzeczy, która dobrze mu idzie. To i tak duży krok do przodu.

Jak powiedziała Paulina: cokolwiek będzie, damy sobie radę. Nie jest najlepiej, ale też nie narzekam.

Może przyjdzie dzień, kiedy zrozumiem, o co chodzi z tymi zwierzętami, które widzimy tylko ja i mój syn. A może tego kamienia nigdy nie wtoczę. Mimo to obaj pracujemy. Ja odkrywam, Marcin kopie.

Chyba nie tylko z twarzy jesteśmy podobni. 

Koniec

Komentarze

Bartek o czymś opowiada, a ja w pewnym momencie zauważam męża.

 

Wrócę dokończyć, bo zaciekawiło.

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytam, ale w trakcie muszę ci koniecznie zasygnalizować pewną rozbrajającą literówkę:

 

a ja w pewnym momencie zauważam męża. ← :D:D:D

 

Edit: Haha, widzę że ze śniącą mamy podobny czas reakcji.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Literówka poprawiona. Oczywiście to taka z rodzaju tych, której wcześniej nie było i która powstaje w czasie poprawiania opowiadania :(

Cieszę się, że zaciekawiło i czekam na powrót ;)

 

EDIT: Podwójne upokorzenie :D sam wcześniej trafiłem na taką perełkę jak “pijące serce”. Zupełnie nie wiem, jak to się dzieje, przecież te klawisze nawet nie są blisko na klawiaturze. 

Powiedzieć Paulinie, że zostawię ją z jej upośledzonym synem. ← no jak to? Trochę to niekonsekwentne, jeszcze przed chwilą mówi, że to jego krew, jego syn, a teraz nagle “z jej synem”. Dziwnie to brzmi, lepiej brzmiałoby: “z naszym”.

 

Na początku była tylko laską do przelecenia. ← jakże zawsze mnie to smuci, że istnieje mnóstwo kobiet i mężczyzn, którzy tak myślą o drugim człowieku, a on ma przecież duszę i rozum, i atuty wnętrza… Ech, te smutne realia.

 

Niby mało akcji, a strasznie dużo analiz. Ale to, co mnie trzyma, to twój sposób opowiadania i fantastyczny motyw, który jest fantastyczny w każdym tego słowa znaczeniu. Koniecznie muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi. Obyczajówki to nie moja bajka, ale mimo to z przyjemnością patrzę, jak opowiadasz o przyziemnościach, jak tworzysz bardzo autentycznego bohatera – chociaż przy tak obszernym opowiadaniu, ta przyziemność troszeczkę, tyci-tyci mnie nudzi. Ale na pewno wrócę dokończyć, zatrzymałam się w połowie :) Niemal widzę te martwe zwierzęta, bardzo przyciągający motyw. I jeśli sam pieściłeś ten tekst, bez cudzego spojrzenia, to nieźle ci wyszło, nie mam się czego czepiać (choć sądzę, że Reg… ;).

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Celowo forma “jej syn”, bo to jest fragment, w którym narratora kusi odrzucenie odpowiedzialności, co wiąże się z przypisaniem winy żonie. 

Smutne realia mnie także smucą. 

Mówiłem, że będzie poważnie. Tekst pieściłem sam, choć wcześniej zaszczyciły go dwa cudze spojrzenia (ale skończyło się tylko na krótkich opiniach, bez wyłapywania błędów i zgrzytów). 

Przeczytałem na komórce jednym tchem. A na komórce czyta mi się słabo.

Ostatnio mam problem z przeczytaniem czegokolwiek, nawet dobrych pozycji, muszę się zmuszać. Tym razem nie miałem problemu.

Było ekstra, bardzo dojrzały tekst. Cholernie wiarygodny psychologicznie.

Akurat niuanse typu “mój syn” i “jej syn” są bardzo na miejscu i dodają tekstowi wiarygodności.

“Mąż” mnie rozbawił :)

Prawdę mówiąc pod koniec byłem niemal pewny, że młody się powiesi w lesie. To by zamknęło klamrę z tą wiszącą na latarni sarną.

Rafillu, dzięki za opinię. Jeśli jesteś zainteresowany moim betowaniem, przypomnij się, kiedy przyjdzie czas :) 

Bardzo ciekawy tekst. Owszem, widzę tu fantastykę. Wprawdzie jej nie wyjaśniasz, ale coś jest i to intryguje. Bohaterowie ciekawi, rozbudowani. Nawet Marcin. Trochę mnie zaskoczyło, że żona jest taka religijna – podobno biologowie to jedna z najbardziej ateistycznych kast. ;-)

O tym jak z niezgrabnych larwy przepoczwarzają się w stworzenia,

Literówka.

wygląda jak normalny osiemnastolatek, ale ma umysł trzy latka.

Skoro osiemnastolatek łącznie, to i trzylatek też.

Mogliśmy bez ograniczać kombinować.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Chwila, chwila, czy to nie niejaka Finkla mówiła, że obyczajówki są nudne? ;) Cieszę się, że przeczytałaś i że zaciekawiło. Literówki oczywiście poprawione.

A gwoli ścisłości, żona była z wykształcenia chemikiem. Nie wiem, jak w ich kaście wygląda sprawa z religijnością. 

Bo są nudne. Ale tu masz intrygujące martwe zwierzątka. Btw – oryginalny motyw, nie spotkałam się z czymś takim.

Aaaa, chemik. Oni pewnie są bardziej zbliżeni do przeciętnej. Może być.

Babska logika rządzi!

 

Przez blisko siedem staraliśmy się wyleczyć Marcina. – czy tu czegoś nie brakło?

 

Mocne. Mocne i przytłaczające. Zaintrygował mnie już tytuł, a tekst wciągnął od samego początku. Świetny motyw z tymi zwierzakami. I nawet nie przeszkadzało mi, że nie wyjaśniło się ich znaczenie, nad którym zastanawiał się i sam bohater.

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

I teraz jestem w rozterce – czy jeśli pójdę spać i przeczytam jutro, to zdążę ewentualnie kliknąć? ;P

Tytuł zaintrygował ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Zabrakło. Poprawione. 

Dzięki za opinię i kolejny punkt do biblioteki :)

Count, czytaj! Nie czekaj! Nawet nie zauważysz kiedy skończysz ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Luki, nie wiadomo. Dwa kliki jeszcze nie majątek, ale gdzieś tam czai się Heroina, a i Reg lubi grasować po nocach.

Babska logika rządzi!

A może mu się nie spodoba? I nie dość, że straci czas, to jeszcze niewyspany będzie? A kto to widział z worami pod oczami chodzić w Wigilię? 

 

EDIT: Ja idę spać, wy też idźcie, bo rano zastanę kolejne komentarze z moimi głupimi literówkami :( 

I właśnie stąd mój strach! A że w nowościach posucha, zaś wigilia za pasem, to ludzie rzucają się na świeże mięsko… Szczególnie, że z dziewięciu zwierząt, czyli wyżerka musi być zacna ;D

 

Dobra, jeszcze chwilę pouczę się japońskiego i zasiadam ;)

 

Edit: Fun, ja i tak wyglądam posępnie, wory pod oczami niewiele już zmienią ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Przez blisko siedem staraliśmy się wyleczyć Marcina

To zdanie jest kalekie. To nic, że w kolejnym powtarza się fraza “siedem lat”. ;)

 

– Czemu?

– To tajemnica. Opowiem ci kiedy indziej, ale nie możesz powiedzieć mamie.

Skinął głową na znak, że rozumie.

Może to detal, ale wydaje mi się, że osoba z tak dużym stopniem niepełnosprawności intelektualnej nie jest w stanie pojąć znaczenia abstrakcyjnych rzeczowników, takich jak “tajemnica”.

 

Od swoich rodziców, którzy wiedzieli od jej rodziców, dowiedziałem się tyle: Paulina jest daleko stąd i nie zamierza wrócić.

Ale… ale przecież jej rodzice zmarli na raka w odstępie paru dni. :o

 

Bardzo mi się podobało. Chociaż mam wrażenie, że podobałoby się jeszcze bardziej, gdyby wywalić tak z 20k znaków. Przegadanych fragmentów nie ma wiele, ale niepotrzebnie rozwadniają jedynie soczyście realistyczne i dobitne fragmenty, prawdziwe mięcho tego opowiadania. Ciekawi bohaterowie, a zwłaszcza syn mi się spodobał. Niepełnosprawne dzieci mają w sobie coś tajemniczego, co może wzbudzić dreszcz.

Mimo, że tekst jest bardzo długi, zabrakło mi wyjaśnienia na przykład, dlaczego Bartek skumał się z Markiem, chociaż narrator wspomina, że ten pierwszy stronił od ludzi. Albo dlaczego Marek założył, że kot powróci, skoro nie zdarzało się, aby zwierzęta powracały?

Na koniec jeszcze trochę prywaty. :p Przeczytałem to opowiadanie w przerwie od oglądania pierwszego odcinka serialu “Fargo” i główni bohaterowie obu tych dzieł wydali mi się bardzo podobni w takiej swojej pierdołowatości. Natomiast istnieje taki krótki francuski serial, pt. “Les Revenants”, gdzie ludzie powracają do małego miasteczka z zaświatów, nie mając kompletnie świadomości tego, że są martwi. Aura mistyczności, tajemniczości, nawet przytłoczenia to coś niesamowitego, co ten serial potrafi wywołać i nie spotkałem się nigdy, aby cokolwiek wywołało u mnie podobne wrażenia. Aż do dzisiaj. Chapeau bas, funthesystem. ;)

 

 

Trochę mnie zaskoczyło, że żona jest taka religijna – podobno biologowie to jedna z najbardziej ateistycznych kast. ;-)

Z tego co zrozumiałem, Finklo, żona była chemikiem. ;)

 

A w wigilię wypada pościć. Szybciutko czytaj! ;-)

Babska logika rządzi!

Mnie najbardziej urzekła mnogość możliwych interpretacji. Co, jak zdążyłem zauważyć, nie zawsze jest tu dobrze odbierane.

Przykładowo – skoro niepełnosprawny syn jako jedyny widzi “prywatne” zwierzęta ojca, to może wcale nie istnieć. Być nieświadomą stroną bohatera. Ojciec też widzi jako jedyny jego zwierzęta. Czyli to może być ta sama osoba.

Dla mnie “Marcin” to może być symbol. To główny bohater w wersji naiwnej. Symbol dziecięcych nadziei, być może jest to alegoria nieudanego związku z kobietą. Ułomnego związku, zbudowanego z idealistycznych oczekiwań.

Równie dobrze – nadinterpretacja. Ale to jest fajne w tego typu tekstach. Ja tam lubię się pozastanawiać.

Wypraszam sobie religijność u chemików ;) Ale dobrze, że żona była religijna bo jeszcze bym pomyślała, że piszesz o mnie (to samo imię, te same studia, praktyki ze studentami, na szczęście mąż poznany w inny sposób :P). Bardzo wciągający tekst i motyw ze zwierzętami – znakomity. Obyczajówki mi nie przeszkadzają. Nie bardzo tylko zrozumiałam, na czym polegał projekt bohatera. Bo wpuścili sobie zwierzątka i ‘coś’ obserwowali – nie dziwię się, że nikt mu nie chciał kasy na to dać. Projekt powinien być ciut bardziej przemyślany ;)

A, no i nie bardzo widzę jak biolog na uczelnianym etacie utrzymuje rodzinę z niepełnosprawnym dzieckiem z jednej pensji i jeszcze im zostają jakieś zaskórniaki na wojaże. To chyba większa fantastyka niż te zwierzaki.

Uff, zdążyłem ;P Po północy wszamałem tylko płetwala. W sumie, jest to mięso, jednak skoro Kościół robi wyjątki dla morskich stworzeń, to… ;)

Bardzo komfortowo czyta mi się Twoje teksty, funthesystem, dlatego i przez Dziewięć martwych zwierząt przebrnąłem z przyjemnością, choć mój stosunek do opowiadania jest, cóż… dość krytyczny.

Zresztą, chciałeś krytyki ;P

Przede wszystkim tempo. Jest powolne (taka już natura tekstu) jednak czasem aż zbyt wolne. Jak wspomniał MrBrightside – można to było napisać w bardziej zwięzły sposób. Szczególnie, że skupiasz się wyłącznie na głównym wątku, pomijając właściwie pracę zawodową Marka. A dowiedziałbym się więcej o jego badaniach – pierwszy projekt, o którego odrzuceniu wspomniałeś, był związany z testami na myszach… A tak się składa, że chociażby badania nowych leków wiążą się z oceną ich wpływu WŁAŚNIE na organizmy myszy! Dlatego, tym bardziej ciekawiło mnie, cóż takiego analizował Marek, że gremium go wyśmiało.

Mam również zastrzeżenia co do kobiecych postaci, choć są to uwagi ściśle subiektywne, nie zaniechania, tudzież uproszczenia, które mógłbyś popełnić.

Marek, podczas rozmowy pożegnalnej z Pauliną, zachował się dość podle… Sam o tym słusznie wspominałeś – takich spraw raczej nie da się załatwić “elegancko”. Ale później ta scena z jej “ucieczką”…. Zaskoczyła mnie. Matki są BARDZO przywiązane do dzieci, które urodziły. Znam nawet jeden przypadek kobiety, która została sama z upośledzonym synem. Ale nigdy by go nie porzuciła. Wypruwała sobie żyły, by chronić to dziecko. Dlatego zachowanie Pauliny mi zgrzytnęło, choć oczywiście mogło takie być.

Maja już  w ogóle zawiodła… Tak budowałeś relację z Markiem, przywoływałeś wspomnienia, a następnie ona tak po prostu go olała i odeszła… Nie mam podobnych doświadczeń, ale takie zachowanie wydaje się straszne, nienaturalne ;(

Ostatnie żale odnośnie zakończenia – nie wyjaśniłeś, o co chodziło z tymi zwierzętami. Spodziewałem się tajemnicy, szczególnie, że początek to zapowiadał, a zostałem z niczym. To jest spory zawód, szczególnie dla człeka takiego jak ja, który lubi wyjaśnienia wszelakie ;P

Największy minus tekstu moim zdaniem ;(

 

Znak jakości stawiam, bo czytało mi się niezmiernie przyjemnie, bohaterowie są żywi i zajmujący, a warsztat urzekający. Pomysł frapujący, muszę przyznać, że czegoś w tym stylu nie czytałem.  Będę też z uwagą śledził losy ewentualnego piórka ;)

 

Tyle ode mnie, druhu, na koniec kilka uwag. Możesz uznać, że bywają bezczelnie drobiazgowe i niekoniecznie wskazują Twój jawny błąd, jednak… to wszystko dlatego, że tekst jest naprawdę świetnie napisany i wolę zawrzeć również własne, subiektywne, sugestie :)

Kłamię, że chodzi o mewę z rybą w pysku[-.] ([N+n]a martwą mewę dopiero przyjdzie czas).

Mam wątpliwości odnośnie Twojego zapisu tego nawiasu… Zajrzyj TU. Przykład z bankomatem.

Mogę się mylić, ale przemyśl to.

Nie zapytała, dlaczego znowu włożyłem soczewki, których nie cierpię, ani dlaczego włożyłem ulubioną koszulę

Powtórzenie

W nocy, kiedy inni smarowali się pastą do zębów, ja przyszedłem na plażę i podziwiałem morskiego ssaka. Później dowiedziałem się, że to płetwal błękitny.

Brzmi to, jakby ciała swoje smarowali XD

A poza tym…

Zapewne masz świadomość tego, co napisałeś, ale wiesz, jaki skurczybyk jest OGROMNY? ;D

Cóż to za plaża musiała być, skoro pomimo takiego truchła, ludzie obchodzili je od strony morza oraz wydm…

Ale zanim to nastąpiło, pojawił się ptak. Była to mewa modrodzioba z odcięta w połowie głową.

Literówka

Płyta DVD się skończyła i nawet telewizor umilkł.

Uuu, zbyt kolokwialnie… Film mógł się skończyć ;(

Chcieliśmy metodą prób i błędów odkryć coś, czego jeszcze ludzkość nie wiedziała.

Wiedzieliśmy, że to dopiero początek.

Powtórzenie

Próbowała wmówić, że musi to robić od czasu do czasu, by projekt był kontynuowany.

“Próbowała mi wmówić”. Chyba brak tu tego odniesienia…

Czułbym chłód, którego nie czuł mój syn.

Powtórzenie

Oglądałem w internecie filmiki, jak się nią posługiwać.

“Internet” raczej wielką literą ;/ Poczytaj sobie o tym, tak czy inaczej, ciekawa kwestia ;)

Włożyłem rękawiczki, w których dotykam szczurów, i dźwignąłem sarnę.

“którymi dotykałem”, tak myślę. W końcu on dotykała za pośrednictwem tych rękawiczek ;D

Czasem się nim wysługują, ale [+-] trudno.

Tutaj dorzuciłbym myślnik, bo czytając to jednym ciągiem nie oddajesz znaczenia zdania. Albo zmodyfikował to…

 

 

 

Finklo, Śniąca – macie na sumieniach moją jutrzejszą dzisiejszą wigilijną formę! ;P Obym tylko zdążył ten glogg przyrządzić przed siedemnastą… ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Mai przypadł kot, choć nie przypominała go ani upartością, ani lenistwem, ani przesadną skłonnością do pieszczot? ← hola, kto powiedział, że kot jest leniwy? Kot musi spać większość doby, ale gdy nie śpi, jest bardzo pracowity! Kto zdemoluje dom, pobrudzi czysty zlew, zadusi ptaszka i przywlecze na próg, a wątrobę po myszce zostawi tak, żeby w nią wdepnąć?

 

Bohater jest jednak tak beznadziejny, jak sądziłam. A, "przelecę ładną laskę", nie zabezpieczę się, potem utknę z nią na całe życie, chociaż jej nie kocham, to życie z nią nie stworzy dla niej krzty uczucia, zdradzę ją przy pierwszej lepszej okazji z dziewczyną, którą co prawda kochałem, ale byłem zbyt wielkim leszczem i ciapą, by z nią być. Zero idei, zero moralności. A w ogóle, to przecież dobrze, że z Mają, bo Maja pomalowała dla mnie oczy, a moja żona tego nie robiła. To jej się należała zdrada.

Ten koleś jest nijaki, bezmyślny i odpychający. Ojciec mądrze mówi, ale przecież synalek niedojrzały, co go będzie słuchał.

 

Postanowiłem trochę zmienić w życiu. ← to faktycznie mocno nieporadne, ale skoro tak ma brzmieć, ok.

 

– Ja i mama też się trochę kochaliśmy – przyznałem. – Głównie ze względu na ciebie. Nieważne. Chcę wrócić do tej Mai. Rozumiesz? ← no kretyn.

Ta Paulinka też rarytasek, nie mniej beznadziejna od męża, dobrali się. A bohaterek znalazł sobie sponsorkę, żeby płaciła pieniążki na jego problemy i na to, że nic w życiu nie potrafi. I wyobrażał sobie, że będą razem żyli z tą idiotką. Naprawdę, ten bohater, im bliżej końca, jest coraz bardziej beznadziejny.

 

Świetnie nada by się na organy. ← wiadomo, co tu jest nie tak

 

Maja była gotowa na ich spełnienie.  Ja musiałem dokończyć sprawę z Pauliną i naszym synem. ← dwie spacje

 

Nie wyjaśniłeś, o co chodzi z tymi superanckimi zwierzętami, nie wyjaśniłeś projektu, a z bohatera zrobiłeś kogoś, kogo nie da się polubić. Nie klikam! :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ale jest bardzo ludzki. To nie zawsze brzmi dumnie. Identyfikuję się z wieloma emocjami głównego bohatera.

Rafill, zgoda, ale jestem etykiem, jestem bardzo surowa w kwestii postawy kogoś, w kogo mam się wczuć jako odbiorca. Wczoraj pochwaliłam, jak ładnie jest to napisane, dziś wyraziłam swoje zdanie o tak beznadziejnych (w mojej opinii) postaciach. Nie podważam, że to autentyczne – podważam, że są warci mojej uwagi. Chciałam się wczuć w fajnego bohatera, nie dostałam tego, więc musiałam pod chwalącym komentarzem dać trochę ochrzanu ;) No i fantastyczny motyw pozostał tylko dodatkiem, który moim zdaniem można z łatwością odciąć brzytwą Lema.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Luki, ale na klika się załapałeś. :-)

Babska logika rządzi!

Bohater jest beznadziejny, ale dostał prztyczka w nos. Żona go zostawiła z ‘problemem’, kochanka olała. Lubić się go raczej nie da, ale historia ciekawa ;)

MrBrightside, dziękuję za głos! :) W przyjaźń Bartka i Marka się nie zagłębiałem, bo pewne rzeczy są dla człowieka tak oczywiste, że o nich nie myśli. A pamiętajmy, że tekst jest w pewnym sensie rozliczeniem bohatera z samym sobą. A co do powrotu kota – nigdy wcześniej się nie zdarzyło, ale kiedyś zdarzyć się mogło. Marek żył nadzieją. 

 

Rafill, to dla mnie ogromna radość, że kogoś tekst skłonił do zastanowienia się nad interpretacją. Twoja jest bardzo ciekawa. 

 

Bellatrix, przyznaję, że projekt to kulawa strona tekstu. Przy poprawkach zastanawiałem się, czy nie wyciąć sporych fragmentów, ale uznałem, że dziura po nich byłaby jeszcze gorsza. A co do pieniędzy, wspomniałem też o publikowaniu przez Marka artykułów. Myślisz, że na pisaniu do “Focusa” itp. nie da się zarobić? Bohater, pomimo swojej ułomności emocjonalno-uczuciowej, ma coś we łbie od strony naukowej. Czuje, że może osiągnąć więcej. Przynoszące dochód publikacje czy praca na uczelni go nie zadowalają, więc nie są godne, by o nich wspominać. 

 

Count, na taką krytykę czekałem i biorę ją na klatę. Tekst jest długi, ale to dlatego, że mam problemy z usuwaniem zdań napisanych podczas pierwszego pisania. Mam wrażenie, że wszystko coś wnosi i że każdy szczegół ma jakiś sens. Poza tym po prostu chciałem tekst, w którym nie będę pędził do przodu z akcją, a na dodatek gdzieniegdzie wplotę jakieś “analizy”. Tej pracy nie doszlifowałem, bo nie miałem pomysłu, jak mogłaby współgrać z resztą. Mea culpa. 

Co do zachowań bohatera… Są ludzie, którzy mordują, gwałcą, kradną i o tym możemy oglądać filmy czy czytać książki? A ludzie, którzy po prostu nie dają rady, to już zbyt nierealistyczne? ;) Wiem, że zachowania Marka i reszty są podłe. W przypadku głównego bohatera trochę to wyjaśniłem, a jeśli chodzi o Paulinę i Maję – nie. Przecież Marek nie siedział w ich głowach. Historia dotyczy ludzi zagubionych. Ciężko ich polubić, to prawda. I może ciężko się utożsamić, bo sami nie chcielibyśmy tacy być. A czasem trochę jesteśmy. 

A jeśli chodzi o wyjaśnienie motywu – od początku nie było go w planie, to nie tak, że zabrakło na koniec pomysłu. Jak dla mnie nie wszystko musi być wyjaśnione, a czasem wyjaśnienie wręcz psuje efekt i przesłania główne idee. To chyba zalatuje realizmem magicznym, ale nie znam się na tym za dobrze. Dlatego cenna jest dla mnie uwaga, że Ciebie najbardziej rozczarował ten brak wyjaśnienia. Wrzuciłem tu tekst właśnie po to, żeby sprawdzić, z jakim odbiorem się spotka. Kto kupi, a kto będzie miał ogromny niedosyt. 

 

Naz, niestety etyka zbyt często odbiega od życia. Nie wszyscy ludzie potrafią sobie powiedzieć “ej, przecież to, co robię, jest niemoralne, więc od dzisiaj będę postępował dobrze i logicznie”. A ci, którzy potrafią tak sobie powiedzieć, niekoniecznie potrafią wprowadzić to w życie. Jak już pisałem Hrabiemu: są filmy i książki, które mówią o zbrodniach. Bo zło fascynuje. Chciałem napisać właśnie o takich zbrodniach, którymi nie zajmuje się żadna policja. O z pozoru skrajnych jednostkach. Ale nie jestem ślepy i widzę dookoła siebie podobne postawy: odrzucenie odpowiedzialności, życie w kłamstwie, zdrady, niespełnienie. Bohater jest bezmyślny i odpychający? Zgoda. Ale na pewno nie “nijaki”. Na pewno utrudniło to przeprawę przez opowiadanie. Chciałem, żeby czytelnik mógł się z nim utożsamić, ale potem mnie poniosło. Ochrzan przyjmuję, bez klika przeżyję. 

I nie zgodzę się, że można by “z łatwością” odciąć fantastykę brzytwą Lema. 

 

Zło fascynuje i o złu dobrze się czyta, zwłaszcza o przebiegłych, złych, inteligentnych osobnikach, wyrachowanych w okrucieństwie. Natomiast o zwykłej, codziennej głupocie i naiwnych decyzjach czyta mi się średnio, zwłaszcza jeśli to one zaczynają dominować w tekście. Ostrzegałeś, że to obyczajówka, więc jesteś usprawiedliwiony. Świetnie opowiadasz swoje historie, ale ta nie jest dla mnie.

 

A jednak! Wydaje mi się, że niejasna i w żaden sposób niewyjaśniona kwestia fantastyczna, która mnie w tym tekście uwiodła, jest tu taką sztuczną osią, i gdyby jej zabrakło, nic by się nie stało. Zabrakło mi finału, który spiąłby rzeczywistość z tym elementem w stopniu kompletnie nierozerwalnym, jakiejś głębokiej tajemnicy – może nawet takiej, która wyjaśniłaby postawę rodziców, chorobę dzieciaka, wszystko? Realizm magiczny mi umknął. Chyba właśnie przez to niezadowolenie z braku walącego w czerep końca jestem zawiedziona.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Moim zdaniem zakończenie jest na tyle mocne, na ile pozwala ten tekst i właśnie to mi się w nim bardzo podoba. Imo zakończenie walące w czerep pasowałoby tu jak nalot kosmitów w finale “Zbrodni i kary”. No bo przecież końcówka stawia syna w kompletnie innym świetle, niż był kreowany przez większość tekstu, budzi pytania – przynajmniej we mnie – może syn nie był tak bardzo upośledzony, jakim widział go ojciec? Może, jak wspomniał Rafill, Marcin w ogóle nie istniał, co sugerować mogą na przykład słowa ojca Marka, że wszystko może zniknąć, ale syn zawsze pozostanie?

Jedynym sporym minusem jest dla mnie brak wyjaśnienia, o co chodzi z tymi zwierzętami. Bo gdy ujawniły się szkielety widm nawiedzających Marcina, to moja ciekawość narosła i to bardzo. Lecz gdy nie dostałem ani słowa wyjaśnienia, pozostał lekki niesmak.

Rozumiem taką argumentację. To po prostu obyczajówka ;< Żadnych nalotów nie będzie. Smutek :(

 

Ciekawie jest z funthesystemem, ciągle dyskusje pod jego tekstami :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz, trafna uwaga z tymi inteligentnymi mordercami. Orbitowski w “Innej duszy” pisał o takim raczej nieinteligentnym, ale w sumie wybronił się tworząc postać narratora, z którym czytelnik mógł się utożsamić. Ja tutaj, podobnie jak w “Pozwól mi zostać”, wszedłem w rolę tego złego, co budzi kontrowersje. 

Realizm magiczny chyba opiera się między innymi na braku wyjaśnienia elementów fantastycznych. W “Stu latach samotności” znane są okoliczności deszczu żółtych kwiatów, ale nie jest wyjaśnione, dlaczego to akurat takie zjawisko. Narrator próbuje to odgadnąć i ma kilka pomysłów:

 

Nie wierzyłem w cuda. Jeśli działy się jakieś rzeczy, których nauka nie potrafiła wyjaśnić – jak choćby moje zwierzęta – wolałem uznać je za anomalie, artefakty, znaki pozbawione znaczenia, błędy w rzeczywistości.

Parecznik był moją szóstką, a ja musiałem tylko śledzić wyniki losowania i czekać, aż wypadnie.

Równie dobrze zwycięzca totka mógłby doszukiwać się ukrytego znaczenia w numerach, które wybrał. A przecież w tych liczbach nie ma żadnej symboliki. Nie są zaszyfrowaną sygnaturą biblijnego cytatu ani tajemnym kodem. Stanowią tylko znak wygranej. I to właśnie ona się liczy.

Czy w końcu:

 

W końcu pojawiła się szansa. A to o nie chodzi. O szanse, które pojawiają się i znikają. Nie o zwierzęta.

Chciałem właśnie napisać o próbie zrozumienia znaków dawanych przez świat. I o tym, że tak naprawdę zrozumienie nie jest potrzebne. Marek uznał zwierzęta za symbole ważnych aspektów swojego życia, a ich zniknięcia – za swoje porażki. Toczył przy tym wewnętrzną walkę. Z jednej strony zniknięcia pozwalały mu się usprawiedliwiać, zrzucać na coś winę. Z drugiej stanowiły dla niego wyzwanie, że może powinien stać się panem własnego losu. Bez tych wyraźnie zaznaczonych elementów, opowiadanie traktowałoby o podłym ojcu, który ponosi konsekwencje wpadki. Tytuł, czyli często klucz do zrozumienia/interpretacji utworu, nie brzmi “Granice odpowiedzialności” czy “Jak próbowałem wytrzymać z upośledzonym synem”. Może w warstwie fabularnej brzytwa Lema nic by nie zmieniła. Ale to tylko przy obserwacji całej historii z zewnątrz, okiem sąsiada, który tak naprawdę nie wie, co jest grane: o, tego biologa spod szóstki zostawia żona, więc sam musi męczyć się z synem. Natomiast jeśli chodzi o główną ideę tekstu? Jak wyobrażasz sobie historię o swojej osobistej fantastycznej sytuacji bez umieszczenia tejże sytuacji? ;)

Jestem tego o tyle pewien, że piszę dużo tekstów bez fantastyki, a jak przychodzi ten pomysł z fantastyką to właśnie staram się go oddzielić. Teraz wiem, że to się nazywa brzytwa Lema :D No ale właśnie traktuję tą brzytwą moje historie. Tej się nie dało. 

A jeśli chodzi o brak zakończenia walącego w czerep – zanotowałem sobie w głowie tę celną uwagę ;)

 

MrBrightside, jak wyżej. Może nie wyjaśniłem, dlaczego bohater widzi te zwierzęta, ale starałem się wyjaśnić, dlaczego o tym widzeniu piszę w ogóle opowiadanie :) Jestem zdania, że niekiedy rozwiązanie takiej zagadki przynosi wyłącznie rozczarowanie, zabija możliwości interpretacji. Bo co, miałaby to być choroba psychiczna? Albo kara od Boga? Czy może dar od Boga, który pozwolił wyselekcjonować to, co dla Marka najważniejsze, i pomógł zaakceptować syna? Mnie najbardziej podoba się wyjaśnienie, że to coś w rodzaju anomalii rzeczywistości. Nie kwestionujemy przecież magii we Władcy Pierścieni czy Harrym Potterze. Tutaj ta magia, ta niezwykłość jest po prostu dla bohatera czymś osobistym. Rozumiem, że nie wszystkim coś takiego pasuje, dlatego właśnie prosiłem Was o krytykę i jestem za nią wdzięczny :)

 

Naz po raz drugi :D To moja ulubiona linia obrony: “Tak miało być”. “To tylko film akcji, nie ma być logiczny”. “To tylko dramat psychologiczny, może być nudny jak flaki z olejem”. Albo: “To tylko opowiadanie funthesystema, taka konwencja, może być tak i tak” ;) Gówniane tłumaczenie się. A autor musi być świadomy, że większość czytelników ma prawo mieć w poważaniu wyjaśnienia. Jedna z osób, które czasem czytają moje opowiadania poza portalem, daje mi takie opinie: “chujowe”, “niezłe” albo “zajebiste”. A kiedy pytam: dlaczego? Odpowiada: “nie wiem”. I radź tu sobie początkujący autorze; nie wytłumaczysz, że tak miało być, że owa “chujowość” była zamierzona. Nie podobało się? Nie podobało się. Koniec, kropka, płacz i zgrzytanie zębów. 

 

A dyskusje faktycznie się rodzą. Ale ta znowu jest dość dobra! Właśnie tego oczekiwałem od portalu i uważam, że użytkownicy piszący teksty na poziomie biblioteki i piórek (czyli takie warsztatowo poprawne) powinni się wdawać właśnie w podobne dysputy, bo to może pomóc w pójściu do przodu. Komentarze w rodzaju “podoba się” są cenne, bo pokazują, że zmierza się w dobrym kierunku i pokrzepiają, ale niestety nie bardzo popychają w dalszą drogę ku celowi, który jest dla większości z nas wspólny. 

 

No dobra! Kliknęłam! Nie tylko zwierzęta, ale i łajzy (to oczywiście o mnie) mówią dziś ludzkim głosem.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Coś mi mówiło, że się złamiesz z okazji Świąt ;) Dzięki!

Naz po prostu chciała kliknąć jako ostatnia :D

Btw – to opowiadanie wciąż jest fabularnie otwarte. Jest nieźle zbudowany świat i tajemnica do odkrycia. Nosisz się z zamiarem przegrupowania tych 70k znaków w 700k? ;) Niektóre wątki pojawiły się naskórkowo, rozbudowanie narzuca się samo. Prawdziwa tożsamość Marcina, motyw węża, natura zwierząt. Czy naukowiec by nie próbował jakoś zbadać z czego są zrobione, czy aparatura je rejestruje. To niby metafora, ALE… Tym opowiadaniem postawiłeś mnóstwo pytań, na które możesz, lecz nie musisz odpowiedzieć. Według mnie szkoda to tak zostawić.

Nawet gdybym miał czas, to nie wiem, czy porywałbym się na coś takiego, biorąc pod uwagę powyższe zarzuty. 

Proszę pożytkować swój piękny warsztat na nowe historie! :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

W każdym bądź razie wiesz, że to tylko jakieś twoje teorie. Może po prostu Bóg cię sprawdza.

W każdym razie lub bądź co bądź ;)

Wiem, wiem, ale umieszczenie błędu w ustach Pauliny miało właśnie na celu dorzucić drobną cegiełkę do budowania jej postaci ;)

Zręczny z ciebie architekt w takim razie :)

Fun – rzeczywiście, ze skróceniem tekstu miałbyś problem… Po prostu napisałeś go w taki niespieszny sposób, który jednak uwidacznia inne zalety opowieści. Nie bez znaczenia jest też fakt, że czytanie na komputerze bywa męczące ;) Ja zwykle unikam tekstów tej objętości… Ale dla Ciebie zrobiłem wyjątek i, mimo narzekania, nie żałuję.

Jeszcze odnośnie zakończenia – w sumie, to już na początku wspomniałeś, że ze zwierzętami nie wiąże się głębsza historia:

Liczył się przecież moment pojawienia i moment zniknięcia – w czasie pomiędzy nic się nie zmieniało.

Również w przedmowie zaznaczyłeś, że jest to historia obyczajowa, zaś fantastyka stanowi element, bez którego nie mogłaby się ona odbyć… I to prawda.

Tylko że w jej trakcie Marek zadał sporo pytań – odnośnie przyporządkowania zwierząt do ludzi, okoliczności pojawienia się i zniknięcia, usytuowania zwłok (sarna na latarni). I to brak rozwiązania tych dylematów mnie zawiódł ;P

Być może akurat w tej formie wykrystalizował się przed Tobą ten tekst, stąd rozumiem, dlaczego nie kombinowałeś – to mogłoby równie dobrze zaszkodzić… Mnie akurat to zawiodło, ale innym, równie dobrze, mogło się podobać :)

 

Jeszcze jedno – brawa za postać Marcina i jego relację z rodzicami. To jest przerażające, ale wypadło bardzo wiarygodnie…

 

Trzym się!

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Co do pojawiania zwierząt, to mam hipotezę, że wyskakują tam, gdzie akurat znajduje się bohater w momencie powstania więzi.

Babska logika rządzi!

Kot, mewa i wąż rzeczywiście pasują, ale wieloryb czy pies wydają mi się zbyt mętne… ;(

Albo czegoś nie pamiętam, w sumie, czytając to byłem zmęczony ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Pies pojawił się, kiedy rodził się brat. Fakt, z wielorybem jest pewien problem…

Babska logika rządzi!

Ech, no tak… Tylko widzisz. Dekoncentruje mnie fakt, że część zwierząt wydaje się pojawiać w wyniku incydentu – pies czy kot, zaś inne, jak mewa i wieloryb, w wyniku aktualnego stanu umysłu Marka…

Podejrzewam, że wszystkie są zależne od incydentu, tylko funthesystem, w przypadkach mniejszego związku z główną fabułą opowiadania, decydował się na uproszczenie ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Hmmm. Może dlatego, że więź z bratem rodzi się, gdy młodszy przychodzi na świat. A z dziewczyną lub zamiłowaniem – to już kwestia przypadku.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z ogromną przyjemnością. 

Nie wiem jak tekst odebrali inni, bo nie czytałem komentarzy (jest dosyć późno), ale chętnie podzielę się swoimi wrażeniami. Świetny, intrygujący pomysł, opowiadanie w całości utrzymuje napięcie, przeczytałem jednym tchem. Jeśli ktoś zalecił ci skrócić tekst (a zakładam, że tak, każdy tekst dłuższy niż standardowy szort spotyka się z, przynajmniej jednym, takim komentarzem) nie słuchaj. Postacie naprawdę żywe i ciekawe, sam nie wiem, którą polubiłem najbardziej. Rozważam między Marcinem, ojcem i Piotrkiem (zasmuciła mnie jego śmierć). Klimat jest ponury, ale przede wszystkim oryginalny. Czuję ogromną satysfakcję z lektury Dziewięciu martwych zwierząt

Wstaję teraz od komputera i idę umyć zęby, przed snem. Mam tylko nadzieję, że nie znajdę tam martwego zwierzęcia.

Finkla, Count, może was rozczaruję, ale w rozmieszczeniu zwierząt też nie ma żadnej prawidłowości. Zastanawiam się, z czego wynika takie szukanie we wszystkim sensu, rozwiązań, wyjaśnień. Czy to wynika z naszej natury? Czy po prostu literatura i filmy przyzwyczaiły nas do tego, że wszystko, a szczególnie coś tak wybijającego się na pierwszy plan, powinno być wytłumaczone? Nie potrafię sobie przypomnieć czegoś, co jaka fabuła tak unikałaby rozwiązania, więc jestem ciekaw, jak sam bym na coś podobnego zareagował.

To, o czym mówię, najlepiej obrazuje przykład horrorów, w których rzecz, która straszy, z reguły musi być uzasadniono. Jak dla mnie to uzasadnienie, kulminacja, często przynosi rozczarowanie, bo wiążę się ze zdemaskowaniem strachu. Metaforycznie: przez całą historię boimy się zajrzeć pod łóżko, a kiedy zaglądamy – jesteśmy zawiedzeni, bo wcześniej mogło tam czaić się wszystko. Przypomina to też grę w karty: można wygrywać, blefując. Odsłonięcie kart oznacza przegraną. Oczywiście takie “oszukiwanie” i “unikanie” nie sprawdza się przy każdej historii. Ale przyznajcie – kogo z was nie rozczarowało któreś z zakończeń tekstów Stephena Kinga (o ile czytacie)? 

 

Łukasz, dziękuję za budujący komentarz :) Mam nadzieję, że nie znalazłeś w łazience niczego martwego. 

Funthesystem, mysle ze bylbym w stanie zaproponowac rozwiazanie w horrorze, ktore byloby przerazajace po wyjasnieniu. Moze mi sie tyko zdaje. Nie chce o tym mowic glosno, bo to moj "pomysl do szuflady" na opowiadanie. Jak chcesz moge na prv i powiesz czy straszne ;)

Kiedy pod opowiadaniem jest już mnóstwo komentarzy i wiele opinii, niełatwo dodać coś nowego. Dołączę przeto do grupy bardzo usatysfakcjonowanych czytelników i wyznam, że niczego mi w opowiadaniu nie brakowało, w żadnym fragmencie nie wydało mi się ono zbyt długie czy mało wiarygodne. Moim zdaniem, jest tu wszystko, co miało być, w kształcie takim, jaki sobie zaplanowałeś. Rodzinę Wiśniewskich akceptuję z całym zasobem ich wad i niedoskonałości, bo nie przypuszczam by stanowili jakiś ewenement – tacy ludzie prawdopodobnie żyją obok nas, tylko nie zawsze o nich wiemy, nie mamy możliwości śledzenia ich losów.

Nie oczekiwałam żadnych wyjaśnień, ani uzasadnienia obecności martwych zwierząt, bo gdybyś to napisał, całą historię pozbawiłbyś tajemniczości, a czytelnika możliwości snucia własnych domysłów.

Nie mogę już kliknąć Biblioteki, ale z ogromną przyjemnością oddam głos za przyznaniem opowiadaniu piórka. ;-)

 

Błoto od­pa­da od po­de­szw.Błoto od­pa­da od po­de­szew.

 

Wie­lo­ryb ostał się dość długo: jesz­cze trzy lata temu był, ale ze­szłe­go lata – nie. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: …ale ze­szłe­go roku – nie.

 

i prze­żył tyle przy­gód, że przy­da­ło­by mu się dzie­więć żyć. – …i prze­żył tyle przy­gód, że przy­da­ło­by mu się dzie­więć żywotów.

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Tego dnia też nie oszczę­dził mi pseu­do-in­te­li­genc­kie­go tek­stu.Tego dnia też nie oszczę­dził mi pseu­doin­te­li­genc­kie­go tek­stu.

 

Sie­dzie­li­śmy na stoł­kach w kuch­ni i od­ci­na­li­śmy ogon­ki z tru­ska­wek. – Raczej: Sie­dzie­li­śmy na stoł­kach w kuch­ni i usuwaliśmy szypułki z tru­ska­wek.

 

My­śla­łem, że z nią skoń­czy­łeś. – To mówi Paulina, więc: My­śla­łam, że z nią skoń­czy­łeś.

 

Oglą­da­łem w in­ter­ne­cie fil­mi­ki, jak się nią po­słu­gi­wać.Oglą­da­łem w In­ter­ne­cie fil­mi­ki, jak się nią po­słu­gi­wać.

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/b-b-Internet-b-b-czy-b-b-internet-b-b;228.html

 

Mar­cin przy­ta­ki­wał i cza­sem za­da­wał jed­no­sło­wo­we py­ta­nia.Mar­cin przy­ta­ki­wał i cza­sem za­da­wał jed­no­sło­wne/ jednowyrazowe py­ta­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobry tekst. Bez łatwych wyjaśnień, prostych rozwiązań, efekciarskiej końcówki. Taki, który ma szansę zostać w głowie czytelnika na dłużej. Dojrzały i zarazem ryzykowny, w sposób na który może sobie pozwolić autor mający pięć opowiadań w bibliotece i szukający dalej pomysłu na siebie. W przypadku debiutanta przedstawiającego tekst z pozostawionymi otwartymi wątkami, nigdy nie mamy pewności, czy był to zabieg zamierzony czy wynik niepanowania nad fabułą. Tymczasem takie rozwiązanie (choć w fantastyce nie może być regułą) czyni tekst bardziej realistycznym. Z drugiej strony opowiadanie zawiera fantastykę pierwszej wody, w moim odczuciu dla tekstu niezbędną. Zgadzam się z Finklą i MrBrightsidem, że opowiadanie zasługuje na piórko.

Zazgrzytał mi tylko akapit, w którym bohater (jakby nie było biolog kształcony) opisuje mechanizm choroby syna jak całkowity laik. Poza tym wyłapałem 2 literówki:

wżynać – w tym znaczeniu raczej: wrzynać

podeszw – podeszew

Dzięki, Reg :) Cieszę się, że odebrałaś tekst tak, jak chciałem, żeby go odebrano. 

Błędy poprawione, tylko z tymi “życiami” mam mieszane uczucia. “Żywoty” w ogóle mi nie brzmią, a po głowie mi chodzą przypadki użytej liczby mnogiej. Wikisłownik także uwzględnia liczbę mnogą, ale nie wiem, na ile jest to miarodajne źródło. 

A po tych “ogonkach” widać, że nie jestem biologiem ;)

 

EDIT: 

Coboldzie, nie chciałem przypisywać Marcinowi żadnej konkretnej choroby, by jego ułomność miała raczej uniwersalny wymiar. Poza tym chciałem zaznaczyć, że narrator nie potrafi się pogodzić z tą chorobą i nawet jako umysł ścisły nie przyjmuje do wiadomości bardziej profesjonalnych wyjaśnień. 

Cieszę się, że się spodobało.

A co do “autora szukającego pomysłu na siebie”, wypraszam sobie! Przecież ten pomysł jest już dawno znaleziony i zawarty w moim nicku ;D

Funthesystemie – Szukaj, Burz, Buduj!

Funthesystemie, wiele żyć, o ile wiem, można mieć chyba tylko w grach komputerowych.

 

Skoro żywoty nie chcą brzmieć, proponuję jeszcze inaczej:

i przeżył tyle przygód, że przydałoby mu się dziewięć żyć. – i przeżył tyle przygód, że przydałoby mu się żyć dziewięciokrotnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba sprawdzaliśmy na tej samej stronie, bo też przeczytałem o tych grach :D

Mimo wszystko zostanę przy “życiach”, bo odnosi się to do kocich dziewięciu żyć. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś formułował ten mit “koty żyją dziewięciokrotnie” albo “koty mają dziewięć żywotów”.

Nie zmieni to jednak faktu, że w SJP PWN nie znajdziemy życia w liczbie mnogiej. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Będę pamiętał. Ale tutaj pozwolę sobie zrobić wyjątek :)

To Twoje opowiadanie, Funthesystemie, Ty tu rządzisz. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst do krótkich nie należy, ale przeleciałam przez niego bardzo szybko. Ogólnie wrażenia na plus, choć mogłabym się przyczepić do kilku dłużyzn, ale pomysł był tak oryginalny, że przeczytałam z przyjemnością. Choć zawiodłam się, bo oczekiwałam jakiegoś wyjaśnienia. Mimo wszystko tekst dobry i zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Morgiano :) W komentarzach już wyjaśniłem brak wyjaśnienia. Cieszę się, że ogólnie na plus. 

Jak na obyczajówkę, to całkiem wciągająca lektura :P.

Faktycznie praca (eksperymenty) bohatera zostały potraktowane trochę po macoszemu, zastanawiałem się też, dlaczego nie próbował szukać jakichś racjonalnych wyjaśnień dla swoich widzeń, skoro zanegował istnienie cudów. Może jest w tym nieco szukania dziury w całym, ale takie miałem odczucia.

A poza tym, spodobało mi się. Z wprawą neurochirurga wszedłeś Markowi do głowy i obnażyłeś bardzo ludzkie słabości, które łatwo wytykać palcem, a trudniej się z nimi zmierzyć. Odczuwałem satysfakcję, że Marek dostał w kość za porzucenie rodziny i jeszcze większą, gdy pozwoliłeś mu na powrót odnaleźć syna.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz, dzięki za wizytę i to porównanie do neurochirurga :D

Czemu Marek nie szukał racjonalnych wyjaśnień? Wydaje mi się, że uznał to za coś w rodzaju tabu. Taka przesądność nie jest niczym dziwnym wśród wykształconych ludzi, o ile dany “przesąd” został im wpojony w młodym wieku. Czasem coś po prostu jest i nie poddaje się tego próbom racjonalizacji. 

Piszesz wciągającym stylem i tylko dzięki temu doczytałem do końca. Ogromniasty plus za styl. A reszta to chyba kwestia gustu. Mnie motyw fantastyczny wystarczy – sam popełniłem podobny. ;) Niestety, czytając, odniosłem wrażenie jakbym stał się psychoterapeutą, siedział niedaleko leżącego na kozetce pacjenta i słuchał jak to w życiu mu nie wyszło, jak wiele szans stracił, jak to wszystko wina wszystkich dookoła niego. Po prostu nie przepadam za takimi tekstami. Ale widać, że dużo pracy włożyłeś w opowiadanie, a styl, jak pisałem, wymiata. Czytało się świetnie.

Blackburnie, miło, że chociaż styl Ci się spodobał. Na treść już nic nie poradzę; jak sam stwierdziłeś – kwestia gustu. 

Również uważam, że opowiadanie jest wciągające. Stworzyłeś interesujące postacie, a poważna tematyka skłania do refleksji i sprawia, że czytaniu towarzyszą różne emocje (raczej niezbyt przyjemne, dominuje smutek i współczucie). Tyle, jeśli chodzi o plusy. Niestety należę do osób niezadowolonych z zakończenia. Martwe zwierzęta są najważniejszym elementem opowiadania – budują nastrój i stanowią haczyk, na który łapie się zaciekawiony czytelnik. W dużej mierze to chęć rozwiązania zagadki pchała mnie przez trudną historię Marka. Na koniec, zamiast wyjaśnienia dostałem kolejną tajemnicę w postaci zakopanych szkieletów. Zgadzam się, że wyjaśnienie mogłoby być rozczarowujące, ale mimo wszystko wolałbym, żeby pojawiła się chociaż jakaś sugestia.

Biohazard, dzięki za przeczytanie :) 

Sugestie są obecne, ale widocznie zbyt zakamuflowane lub niewystarczające. Jeśli Cię to interesuje, zapraszam do zerknięcia na mój długi komentarz adresowany do Naz, w którym przytaczam konkretne przykłady z tekstu. 

Widziałem przykłady, ale dla mnie są niewystarczające. Marek stwierdza, że to znaki bez znaczenia i liczą się dla niego jedynie związane z nimi wydarzenia. Nie docieka, dlaczego to zwierzęta i przede wszystkim, dlaczego są martwe. Równie dobrze mogłyby to być maskotki, ale wtedy nie byłoby tak przygnębiająco ;) Oczywiście, to rzecz gustu, takie niedopowiedzenie może się podobać.

Dzień dobry. Przyszedłem skrobnąć komentarz, chociaż opowiadanie czytałem dwa dni temu. Wciąż pamiętam ze szczegółami (ewentualnie mój mózg zapełnił luki – ta pokraka nie ma względem tego żadnej moralności), co oznacza, że musiało mi się podobać.

No ale właśnie – nie jako opowiadanie fantastyczne. Idea zwierząt jest tutaj dla mnie zrozumiała (zerknąłem na Twoją odpowiedź względem komentarza Naz żeby się upewnić) i chyba właśnie przez to ucina dużo fantastyki. Samo ich znaczenie jest tak mocno obyczajowe, jak to tylko możliwe, a jest to właściwie jedyny aspirujący do fantastycznego element opowiadania. Nie jest to złe, ale chyba preferuję inne mieszanki (chyba najbliżej zaserwowanego tutaj przez Ciebie połączenia jest dla mnie King – wystarczy rzucić okiem na jego opowiadanie z przedostatniego numeru NF, czy tonę starszych, ze zbiorów opowiadań, które mi się jeszcze szalenie podobały. Przy czym tam kwestia obyczajowa jest raczej znakomitym tłem dla elementów fantastycznych, ich ewentualnym dopełnieniem. U Ciebie jest odwrotnie – to fantastyka dopełnia kwestię obyczajową, bądź nawet stanowi jakieś tam dalekie tło, które fantastycznie wcale nie musi być potraktowane).

To nie jest źle, ba, to kwestia gustu. Ale ośmielę się zapytać, czy nie próbowałeś swoich sił w kryminałach? Dla mnie właśnie tam jest najdoskonalszy grunt pod takie “związki”. To właśnie w “obyczaju” zaklina się zwykle kryminał, jakąś zagadkę. Jeśli kiedykolwiek weźmiesz się za coś spod tego znaku, prosiłbym o szturchnięcie jakimś privem, a masz zapewnionego czytelnika :).

 

Właściwie wiele więcej nie miałbym chyba do dodania. Podoba mi się słodkogorzkość całości, podoba mi się rytm. Wreszcie podoba mi się kwestia obyczajowa. Ba, jako czytelnik, chyba nawet nie potrzebowałbym zwierzęcego haka, żeby mi się podobało – co nie zmienia faktu, że hak ten dla niektórych czytelników z pewnością dodaje smaku (moje ptasie podniebienie lubi, jak żyłka boli tak przyjemnie). Mogę nawet powiedzieć, że to fragmenty co mocniej zwierzęce (zwierzętom w pełni poświęcone) mnie nużyły. Chociażby fragment z przyjacielem bohatera z czasów dzieciństwa. Nawet nie pamiętam jak miał na imię, tak bardzo niepotrzebny mi się wydawał. No nie poradzisz na czytelnika mojego pokroju, co to przyłazi na forum fantastyczne i domaga się mniej fantastyki w obyczaju ;). Tragedia antyczna nie mniej niż najstarsi autorzy.

O, właśnie, albo na równi kryminał, co horror psychologiczny! Na horror też mnie wołaj ;).

 

Powodzenia przy pisaniu następnych tekstów!

Tak się składa, że piszę nie tylko fantastykę :) W kryminałach też próbowałem sił, ale z naciskiem na “próbowałem”. Musiałbym jeszcze poćwiczyć, żeby być zadowolonym ze swoich opowiadań z tego gatunku. I może też więcej poczytać i klasyki, i współczesnych mistrzów. 

Dzięki za przylecenie, Słowiku, naprawdę bardzo mnie cieszy to, że ktoś tak docenia “obyczajowość”! 

Funthesystemie, klikałabym, gdyby jeszcze było w co klikać.

Może to zabrzmi dziwnie, ale Twój tekst sprawił, że poczułam się jak kawałek rozdeptanego gówna. I tak, wbrew pozorom to komplement.

Właśnie takie opowiadania chciałabym czytać na papierze.

 

Z technikaliów tylko jedna rzecz mi się rzuciła w oczy:

“– Kochałem tą dziewczynę – mówiłem dalej do syna.“ – Tę

 

Pozdrawiam przytłoczona.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, Ty to potrafisz prawić komplementy. ;-)

Babska logika rządzi!

Ach, przestań, bo się zawstydzę ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Może to zabrzmi dziwnie, ale Twój tekst sprawił, że poczułam się jak kawałek rozdeptanego gówna. I tak, wbrew pozorom to komplement.

Teraz to ja się zawstydziłem. 

A powinieneś być z siebie zadowolony ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No raczej jestem. Zawstydziłem się z grzeczności ;)

Przeczytałam z zainteresowaniem, chyba nawet jednym tchem. Niestety jak dla mnie trochę zbyt smętne :(

Zaintrygowało mnie od początku, właściwie już od samego tytułu. Świetny, niebanalny pomysł, solidny warsztat. Naprawdę kawał dobrego pisania :)

W pewnym momencie miałam wrażenie, że można by wywalić kilka zdań o pojawianiu się i znikaniu zwierzaków, bo bywało, że pomiędzy nowymi informacjami sporo powtarzałeś tego, co już było powiedziane. Był też moment w którym obawiałam się, że opowieść całkiem skręca już w stronę obyczajówki i zwierzaki okażą się tylko pretekstem na początek, ale na szczęście się pomyliłam i bohater wrócił do swojej sarny, domykając fabułę i ładnie składając realne z magicznym :)

Podoba mi się zakończenie. Zostałam po lekturze z takim dobrym uczuciem. Chyba nadziei :)

Werweno, jako jedna z niewielu osób zwróciłaś uwagę na to, że zakończenie jest na przekór całej reszcie tekstu pozytywne. Dzięki za przeczytanie i nominację :)

Bardzo mi się spodobał pomysł z martwymi zwierzętami symbolizującymi różne więzi. Wprawdzie chętnie poczytałabym o tym więcej (dlaczego w takim miejscu, dlaczego to zwierzę, dlaczego zawsze martwe, dlaczego te syna wszystkie zgromadzone w jednym miejscu?), ale widać nie można mieć wszystkiego. Bohaterowie dobrze zbudowani, ładnie pokazane związki między nimi. Dużo się dzieje w opowiadaniu i jedno sensownie wynika z drugiego.

Jestem na TAK.

Babska logika rządzi!

Finklo, czy przypadkiem nie pomyliłaś wątków? ;) Aczkolwiek miło przeczytać pozytywną opinię po raz drugi :D

 

EDIT: Czy może od grudnia głosowanie Loży wygląda jakoś inaczej?

Nie bardzo rozumiem pytanie. Uważam, że nie pomyliłam wątków. Niedawno były wybory do Loży i teraz działa ona w nieco zmienionym składzie.

Babska logika rządzi!

Wydawało mi się, że głosowanie odbywa się w Waszym specjalnym wątku, a nie pod opowiadaniami. Chyba że w ten sposób wyjaśniasz autorom, dlaczego zasługują/nie zasługują na Twój głos. Jeśli tak, to bardzo fajne zagranie z Twojej strony. A chyba jeszcze nie dziękowałem, więc teraz podziękuję: i za nominację i za głos :)

Aaaa, w ten deseń. Tak, masz rację – głosujemy w tajnym wątku. Ale uważam, że jakieś wyjaśnienie się Autorom należy. Może zauważyłeś, że nie przepadam za niedopowiedzeniami. ;-) No i po kiego grzyba Loży moje zdanie na temat bohaterów czy wykreowanego świata?

Nie za ma co. That’s my job.

Babska logika rządzi!

Ale tak naprawdę to po prostu historia, której bez fantastyki nie dałoby się opowiedzieć.

Nie zgodzę się z tym. Miałem chwilę czasu, żeby nad tym podumać i dochodzę do wniosku, że gdyby ciachnąć tutaj brzytwą Lema, opowiadanie nie straciłoby praktycznie nic, prócz sporej części objętości. I nie ucierpiałoby na tym, bynajmniej.

Według mnie te martwe zwierzęta nie miały żadnego faktycznego wpływu na życie – a ściślej: los – bohatera ani otaczających go osób (nawet wspólne wykopywanie niewidzialnych trupów i jego implikacje niewiele tu zmieniają, bo raz, że można by to zastąpić czymkolwiek innym, by osiągnąć ten sam efekt, a dwa, że jednak w sumie czytelnik niczego się dzięki tej scenie nie dowiaduje ani o samych zwierzętach, ani o Marcinie, którego choroba wydaje się w jakiś sposób powiązana z sarną i innymi truchłami). Równie dobrze te wszystkie zwierzęta mogły być po prostu urojeniem. I, z tej perspektywy patrząc na tekst, ciężko nie uznać, że jest on po prostu przegadany i nadmiernie rozciągnięty; dłużył mi się, niestety, w sposób niemal dokuczliwy. A i bez tego historia mnie po prostu nie porwała, nie znalazłem w niej nic “dla siebie”; żadnego motywu, którego mógłbym się uchwycić i trzymać do końca, ciekaw, jak się rozwinie.

Niemniej z całą pewnością pisać potrafisz, i to lepiej niż dobrze. Masz i warsztat, i umiejętność kreowania postaci, i wyraźny dryg do pióra.

Jak dla mnie wyszła Ci obyczajówka z pretekstowym fantasy, w dodatku dosyć dla mnie nieciekawa (i to nie tak, że gatunek określa tu stopień zassania, bo czytałem tak… z kilka obyczajówek i robiły robotę), ale za to niesamowicie autentyczna i przekonująca. Bohater, niezależnie od tego, jak czytelnik się z nim “dogaduje”, wypada cholernie prawdziwie, a jago życie w jakiś sposób… przerażająco. Każdy pewnie znajdzie się kiedyś albo znalazł już w takim momencie, kiedy dochodzi do wniosku, że wszystko spieprzył i musi coś ze sobą zrobić, bo jego życie to dno.

Podobało mi się też, kiedy Paulina “przytomnie spie… uciekła z miejsca wypadku”, to był chyba najciekawszy moment całej tej historii, jedyne, co mnie naprawdę zaskoczyło i, poniekąd, poruszyło.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Miałem chwilę czasu, żeby nad tym podumać i dochodzę do wniosku, że gdyby ciachnąć tutaj brzytwą Lema, opowiadanie nie straciłoby praktycznie nic, prócz sporej części objętości. I nie ucierpiałoby na tym, bynajmniej.

Też nad tym podumałem. I przed napisaniem, i po. W komentarzach toczyła się już na ten temat dyskusja.

Rozumiem Twoje zdanie, ale widocznie napisałem “Dziewięć martwych zwierząt” na tyle źle, że Ty nie zrozumiałeś, co – oprócz obyczajowej historii – chciałem przekazać. Jeśli Cię to interesuje, przytoczę moją próbę wyjaśnienia Naz, co autor miał na myśli:

 

“Chciałem właśnie napisać o próbie zrozumienia znaków dawanych przez świat. I o tym, że tak naprawdę zrozumienie nie jest potrzebne. Marek uznał zwierzęta za symbole ważnych aspektów swojego życia, a ich zniknięcia – za swoje porażki. Toczył przy tym wewnętrzną walkę. Z jednej strony zniknięcia pozwalały mu się usprawiedliwiać, zrzucać na coś winę. Z drugiej stanowiły dla niego wyzwanie, że może powinien stać się panem własnego losu. Bez tych wyraźnie zaznaczonych elementów, opowiadanie traktowałoby o podłym ojcu, który ponosi konsekwencje wpadki. Tytuł, czyli często klucz do zrozumienia/interpretacji utworu, nie brzmi “Granice odpowiedzialności” czy “Jak próbowałem wytrzymać z upośledzonym synem”. Może w warstwie fabularnej brzytwa Lema nic by nie zmieniła. Ale to tylko przy obserwacji całej historii z zewnątrz, okiem sąsiada, który tak naprawdę nie wie, co jest grane: o, tego biologa spod szóstki zostawia żona, więc sam musi męczyć się z synem. Natomiast jeśli chodzi o główną ideę tekstu? Jak wyobrażasz sobie historię o swojej osobistej fantastycznej sytuacji bez umieszczenia tejże sytuacji? ;)”

 

Dlatego ostaję przy tym, że brzytwa Lema jednak zmieniłaby wydźwięk tekstu. Ale tekst powinien bronić się sam i na klatę biorę to, że motyw martwych zwierząt Ci się nie spodobał (jesteś chyba pierwszą osobą, której nie przypadł on do gustu). Cieszę się, że znalazłeś w tekście inne pozytywne rzeczy.

Dzięki za przeczytanie i długą opinię (takie lubię). 

Wiesz, same zwierzęta… nie mogę powiedzieć, że mi się “nie podobały”. Pomysł był ciekawy, w jakiś sposób fascynował i przyciągał uwagę. Jednak im więcej było o nich w tekście – czasem wtórnie – i im bardziej stawało się jasne, że są tutaj tylko, niech będzie, że symbolem, tym bardziej traciłem do nich serce.

Co do roli martwych pupili jako “znaków” i ich znaczenia w życiu Marka, wciąż pozostanę, pozwolisz, sceptyczny, ponieważ z powodzeniem można by je zamienić chyba niemal dowolnie wybranym czymkolwiek innym, nawet niekoniecznie nadprzyrodzonym, albo Marek mógłby dojść w pewnym momencie do wniosku, że wszystko było urojeniami, które znikały po kolei wraz z tym, jak on się zmieniał i dorastał do pewnych kwestii (efekt Mikołaja – dzieci wierzą w niego tak długo, jak długo go potrzebują), a wymowa tekstu i tak by się nie zmieniła.

Ale może się mylę, nie wiem. I pewnie już się nie dowiemy.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

z powodzeniem można by je zamienić chyba niemal dowolnie wybranym czymkolwiek innym, nawet niekoniecznie nadprzyrodzonym

Gdyby to nie było nadprzyrodzone, zmieniłby się sens historii. Więc może mogły to być równie dobrze martwe roślinki albo zepsute zabawki… Tylko co wtedy miałoby posłużyć za szkielety Marcina? ;) Ja nie potrafię tutaj wcisnąć “czegokolwiek innego”, by wymowa tekstu się nie zmieniła. 

 

Marek mógłby dojść w pewnym momencie do wniosku, że wszystko było urojeniami, które znikały po kolei wraz z tym, jak on się zmieniał i dorastał do pewnych kwestii (efekt Mikołaja – dzieci wierzą w niego tak długo, jak długo go potrzebują)

Większość horrorów też można by uznać za urojenia. A idąc krok dalej – całą fantastykę. Wystarczyłoby po każdej historii dodać zdanie w stylu “A potem narkotyki przestały działać” albo “I wtedy obudził się z długiego, dziwnego snu” ;) 

Ale chyba szkoda sobie psuć zabawę i przysuwać do wszystkiego brzytwę Lema (choć tutaj jest to uzasadnione). Nie ma co ukrywać, że w wielu przypadkach fantastyka stanowi głównie uatrakcyjnienie. 

Ale zwierzęta wpływają na fabułę. Gdyby bohater nie poszedł do muzeum sprawdzić robaczka, nie spotkałby swojej byłej dziewczyny. Zniknięcie zwierzątko to znak, jakich w realu nie dostajemy.

Babska logika rządzi!

Błoto odpada od podeszw. – Błoto odpada od podeszew. – przeczytałem ten błąd 15 razy w komentarzu Reg. z czego 5 razy na głos i dalej nie wiedziałem o co chodzi. Komentarz niżej patrzę a cobold pisze "podeszw – podeszew" i zauważyłem to e. Chwała Ci coboldzie bo już myślałem, że ze mną jest coś nie tak. / Funthesystem (mój słownik w telefonie podpowiada twój nick po wpisaniu "fun", podobnie mam z Finklą :D ) komentarza z telefonu skrobać nie będę bo by to była katorga. Jednakoż przeczytałem opko i jak zasiądę przy lapku to coś tam od siebie skrobnę ;) Mój synek właśnie zdjął dwoe bombki z choinki i roztłukł je o podłogę, tak więc rozumiesz ;)

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Dobrze że całej choinki nie przewrócił ;)

Przeczytałam jakiś czas temu i nie jestem chyba w stanie wyrazić w słowach, jak bardzo się zawiodłam. Co więcej, w sprawie piórka głosowałam na zdecydowane TAK i uważam to za jeden z najlepszych tekstów roku. Więc jak widzisz, fun, sprawa jest skomplikowana.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tekst z portalu aż tak mnie wciągnął. Miałam zamiar czytać po kawałku, bo tekst długi i czasu mało. Ale przeczytałam całe, bo nie chciało puścić. Dobiło mnie kilka razy, przenicowało, rozweseliło, ciekawiło. No, bomba. A potem dotarłam do finału. I choć uważam, że jest świetny pod wieloma względami (chociażby nie poszedłeś w takie kliszowe rozwiązanie – czyli śmierć syna), wywołuje w człowieku takie ciepłe coś, co każe mu doceniać życie, to jednocześnie… nic nie rozwiązuje. Koniec końców wiele znaków zapytania w tekście to tylko klimatyczne ozdobniki, z dziewięcioma martwymi zwierzętami na czele (swoją drogą genialny tytuł). Mimo to piórko należy się jak psu buda, a ja pozostaję z dziurą w sercu czy tam wątrobie ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Cóż, Tenszo, przykro mi, że Cię zawiodłem. Na swoją obronę mam to, że – może zabrzmi to jak babcina mądrość – takie jest życie. Nie ma jednoznacznych zakończeń i rozwiązań. To, co dla jednych jest klimatycznymi ozdobnikami, dla innych stanowi życiowe drogowskazy lub wręcz sens życia. 

No i uprzejmie dziękuję za TAK-a :)

Bez przesady, nie powinno ci być przykro :) To kawał świetnego tekstu. I wiem, że nie ujawnienie wszystkiego to żaden błąd.  Mnie po prostu męczy, jak nie wiem :P 

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

No dobra, tak naprawdę ucieszyłem się z Twojego komentarza ;) Po prostu wolałym, żeby czytelnicy byli w stu procentach zadowoleni, ale wiem, że nigdy się wszystkim nie dogodzi. 

Ale możemy dzięki temu rozczarowaniu tekst lepiej zapadnie w pamięć? :D

Nie dane mi było przy komputerze zasiąść, więc spróbuję z telefonu (ciekawe czy formatowanie wyjdzie ;P

 

Wydaje mi się, że będę w opozycji do pozostałych. To znaczy zgadzam się z tym, że styl masz bardzo fajny i wyraźnie swój. Potwierdzasz to konsekwentnie każdym kolejnym tekstem. Ale jeżeli pominę ten zadowalający styl (bo jeszcze nie powala na kolana ale jest coraz bliżej, oczywiście mówię za siebie) to opowiadanie jest mocnym.

Mocnym średniakiem.

Mocnym średniakiem z plusem. Z wieloma plusami. Ale nie więcej (dla mnie, dobra już nie będę tego podkreślał, wiadomo, że ocena jest subiektywna)

Zaczęło się swietnie. I zaraz po pierwszym fragmencie się wynudziłem. I tak już pozostało, dawkowałeś mi na przemian rozrywkę i nudę. Tę znikomość akcji i mnogość opisów i przemyśleń bohatera rozumiem. Chciałeś stworzyć specyficzny klimat, ale jak dla mnie aż za bardzo. Melancholia i posępność w nadmiarze zaczynały mnie nużyć. Na szczęście ratowałeś to co jakiś czas czymś ciekawym co pchało akcję do przodu.

Motyw martwych zwierząt. Co ciekawe (dla mnie) po tytule byłem niemal pewny, że dodałeś jakąś czarną komedię. Pomyliłem się mocno, nie pierwszy zresztą raz. Sam motyw naprawdę zacny. Nigdy nic takiego nie czytałem i masz ogromny plus za ten powiew świeżości… Świerzego truchła, które się nie rozkłada?

Tekst czytałem na trzy podejścia, raz przerwałem bo musiałem, drugim razem zrobiłem się śpiący (bo nie spałem już ok. 24godziny)a psychologiczny klimat nie pomógł :)

Na psychologii się nie znam. Jednak zauważyłem, że ludzie są na tyle różni, że nie podejmę się oceny autentyczności bohaterów. Choć zbudowani są na przyzwoitym poziomie.

Wrócę jeszcze do tych martwych zwierząt. Fajnie, że nie domknąłeś t3matu i pozostawiłeś go niewiadomą, ale na końcu dodałeś jeszcze więcej pytań, martwymi zwierzętami syna. No i jedno mają wspólne. Nie mówię, że to było złe posunięcie ale strasznie dla mnie, czytelnika, irytujące.

Na koniec dodam, że prawdopodobnie zasłużyłeś na piórko (choć ja bym dał max. brązowe) ale na szczęście nie muszę tego rozstrzygać. Inne Twoje teksty podobały mi sie bardziej i miałem więcej frajdy z ich czytania. Niemiej i z tego opka jestem kontent, bo jest dużo lepiej niż średnia portalowa. Jesteś jednak na tyle świadom tego co robisz, że nie trzeba cię głaskać po głowie.A co do twoich tekstów (jak i paru innych autorów na portalu, choć do wszystkich to pewnie nigdy nie dotrę) mam wygórowane wymagania. Gdy widzę funthesystem oczekuję dobrej rozrywki/refleksji bez potknięć ;) Dziewięciu martwym zwierzętom, na 6, dam 5 z minusem :)

Pozdrawiam!!

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Mytrixie, dziękuję za opinię :) Jest dla mnie cenna, jak zresztą każda. Cieszę się też bardzo z tych wygórowanych wymagań względem mnie i “niegłaskania” po głowie.

 

Gdy widzę funthesystem oczekuję dobrej rozrywki/refleksji bez potknięć

W końcu nick zobowiązuje, nie? 

Do usług :)

Ano trochę tak :)

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Widzę, że jednak sporo mnie tu omija, odkąd zaglądam dużo rzadziej niż kiedyś. Nie lubię obyczajówek, ale ta, fantastyczna, spodobała mi się bardzo. Stworzyłeś całą plejadę wiarygodnych, nieszczęśliwych bohaterów, z odpychającym, niedojrzałym – głównym – na czele.

 

Zaglądaj częściej, Ocho! Bardzo się cieszę z każdego czytelnika i myślę, że inni autorzy także :)

Ponieważ cierpię ostatnio na brak czasu to krótko: soczyste postaci; fabuła (gdyby nie zwierzęta nie byłaby zbyt oryginalna – ale ciekawa, bo prawdziwa) nieśpieszna, co ostatnio podoba mi się, o dziwo; to co dla niektórych jest okrutne, mnie wydaje się normalne – może nie mam w sobie tyle empatii – i rozumiem nieco inaczej motywacje bohaterów (choć mimo wszystko budzą swego rodzaju smutek, może nawet tęsknotę). Tekst wielowymiarowy i świetnie napisany.

F.S

Dzięki za przeczytanie i komentarz, Foloinie :)

Jak to powiedziała mi kiedyś pewna osoba – dobre opowiadanie powinno złapać za mordę i trzymać tak do końca. I tutaj zamiast pościgów i wybuchów jest intrygująca, niebanalna historia z wątkiem znikających zwierząt, która niemal każe czytać dalej.

Kupiłeś mnie tym. Jestem zachwycona ;)

Dzięki za przeczytanie i komentarz, Nerisso. Fajnie, że piórko przyciąga nowych czytelników :)

Bardzo interesujące opowiadanie. Wciągające.

Przeczytałam z przyjemnością.

Cieszę się, że Ci się podobało, Anet. Dziękuję za wizytę :)

Pamiętam tylko fakt narodzin Piotrka, martwego psa na strychu

Domyśliłem się z kontekstu, o co chodzi, ale mimo to mam nieodparte wrażenie, że zdanie to mówi o martwym Piotrku, który był psem.

 

Żałowałem, że w mojej dupie nie ma na tyle miejsca, by pomieścić parę innych spraw. – Wybitne.

 

Zaintrygowało, wciągnęło, przeczytałem prawie jednym tchem. Odczuwam lekki niedosyt – ciekawi mnie, co symbolizowały martwe zwierzęta Marcina? Chłopak nie ma dziewczyny, rodzeństwa ani przyjaciół, więc to trochę podejrzane, że jego zwierząt też jest dziewięć. Nie wiem, czy ktoś wcześniej o tym wspominał, dyskusja jest stanowczo za długa :P

Ale poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń. Szkoda, że Twojego opowiadania nie ma w plebiscycie, bo z chęcią bym je kliknął.

Pozdrawiam :)

Precz z sygnaturkami.

Tak, dyskusja była długa :D Dla mnie dość wartościowa. 

Więc odpowiem Ci w skrócie, jeśliś naprawdę ciekaw :D Zwierzęta Marcina symbolizowały między innymi podobieństwo między ojcem a synem, a także:

Dla mnie są nadzieją. Skoro one były ukryte pod ziemią, to łudzę się, że w Marcinie też tkwi coś, co jeszcze zostanie wydobyte na powierzchnię.  

I ostatni akapit też jest dość kluczowy, szczególnie w zestawieniu z ważną sceną rozmowy głównego bohatera z ojcem.

Może przyjdzie dzień, kiedy zrozumiem, o co chodzi z tymi zwierzętami, które widzimy tylko ja i mój syn. A może tego kamienia nigdy nie wtoczę. Mimo to obaj pracujemy. Ja odkrywam, Marcin kopie.

Chyba nie tylko z twarzy jesteśmy podobni. 

A czemu dziewięć? Ja zakończyłem opowieść, ale życie bohaterów trwa dalej i może po latach więcej się wyjaśni. Może kiedyś, jak zabraknie weny, napiszę dla samego siebie ciąg dalszy. 

 

No, ale dzięki za wizytę, Kosmito! Opowiadania w plebiscycie nie ma, jednak sam fakt, że byś kliknął, bardzo mnie cieszy :)

Przeczytałam tydzień temu, ale zapomniało mi się zostawić komentarz. Nie czytam komentarzy, więc pewnie powtórzę za wszystkimi :) Bardzo mi się podobało. Historia wolna, leniwa, niby mało się działo, ale jak mnie zassała to nie mogłam się oderwać, dopóki nie skończyłam. Pozostawia niedosyt – chciałabym, by rodzaj zwierząt miał jakieś wyjaśnienie. Chętnie dowiedziałabym się, co było dalej. 

O, wydawało mi się, że Ci odpisywałem, a tu komentarza brak.

W każdym razie dzięki za wizytę, Kam :) Tego braku wyjaśnienia zwierząt broniłem zaciekle, bo moim zdaniem brak wyjaśnienia jest wyjaśniony :D Kontynuacja – może na emeryturze?

No, Funthe… Sam nie wiem, czy Cię pochwalić, czy dokumentnie opieprzyć ;)

Przez 70 tyś. znaków mamiłeś mnie niesamowitością, kazałeś mi zachłannie łykać zdanie za zdaniem w oczekiwaniu wyjaśnienia, które nigdy nie nastąpiło. Dzięki za pozostawienie olbrzymiego niedosytu…

Z drugiej strony umiejętność tworzenia klimatu niesamowitości i zabawa czytelnikiem to już pierwsza klasa. To moc tego opowiadania :)

 

Znasz Jonattana Carolla? Realizm magiczny. Nawet jemu tak to nie wychodziło ;)

 

Pozdrawiam.

 

Jonattana Carolla jeszcze nie znam, ale chętnie to zmienię. 

 

Fajnie, że wpadłeś, Blacktomie, dzięki za przeczytanie i naganopochwałę ;)

Też pozdrawiam. 

Miałem ten tekst dodany do kolejki i wreszcie do niego przysiadłem 

 

Masz ponad stówkę komentarzy, więc wszystko już zostało powiedziane – a ja nie lubię i nie umiem pisać komentarzy na pół strony – także krótko i bez zbędnego pitolenia.

Opowiadanie jest znakomite, a postacie są po prostu niesamowicie autentyczne. Nie czytałem wszystkich komentarzy, ale gdzieś widziałem jakieś smęty, że główny bohater jest chyba za mało bohaterski – bzdura, nie słuchaj tego! Dziewięć martwych zwierząt, mimo swojego fantastycznego charakteru, jest opowiadaniem o prawdziwych ludziach z prawdziwymi problemami. Cóż za rzadkość w fantastyce! Może minimalnie – ale tak naprawdę tyci, tyci – motyw fantastyczny mógłby być bardziej podkręcony. Ale lepiej niech jest jak jest niż miałby być ten nalot kosmitów… Brak tego opowiadania w niedawnym plebiscycie na najlepszy tekst to po prostu granda. To dowodzi, że Loża to jakiś zespół kolesi. ;) To powinno pojawić się w druku! Howgh!

 

PS: Jezu, ale Ci nasłodziłem. 

 

PS2: A jednak nie wyszło aż tak krótko.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Cieszę się, że wpadłeś. Każdy komentarz się liczy, i nawet jeśli mówi mniej więcej to samo – utwierdza mnie w przekonaniu, żeby wierzyć poprzednim czytelnikom ;) I jeśli taki rodzaj opowieści to rzeczywiście rzadkość w fantastyce, to fajnie dowiedzieć się, że kolejnej osobie też on odpowiada. Dzięki temu wiem, że mogę próbować iść w takim kierunku. 

Brak tego opowiadania w niedawnym plebiscycie na najlepszy tekst to po prostu granda. To dowodzi, że Loża to jakiś zespół kolesi. ;) To powinno pojawić się w druku! Howh!

E tam, Loża raczej jest w porządku, choć czasem na niektórych ponarzekam. A za pół roku wybory, nadejdzie czas rozliczenia :D

Już parę osób mówiło o tym plebiscycie, a mi pozostaje wzruszyć ramionami. Fajnie, że pomimo mojej nieobecności w wybranej dziesiątce wciąż ktoś tu zagląda i czyta :)

Wszystko, co bym Ci tutaj napisał zostało już powiedziane ;)

Powiem tylko, że moja niegodna osoba jest pod olbrzymim wrażeniem Twoich umiejętności. Życzę Ci, abyś się rozwijał i cały czas podbijał poziom!

 

Trzymaj się!

Jai guru de va!

Chłopie, zaszalałeś z tym rajdem po moich opowiadaniach! 

Dzięki za miłe słowa i życzenia. Wciąż się uczę, eksperymentuję, szlifuję, więc mam nadzieję, że poziom będzie rósł. 

“Jak powiedział, tak zrobił!”, że się tak wyrażę ;D

Jai guru de va!

W końcu tutaj trafiłem… Zapewne w komentarzach zostało powiedziane wszystko, co można było powiedzieć. Dodam tylko od siebie, że to jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałem na tym portalu. Moje gratulacje.

Dziękuję, Darconie. Nie wiem czemu myślałem, że kiedyś je już czytałeś, tylko nie zostawiłeś komentarza. Ale bardzo mi miło, że dotarłeś i skrobnąłeś dobre słowo. 

chcesz rzetelnej oceny?

 

edit 1 ok, tekst długi , więc będę wrzucał uwagi w kolejnych edit’ach.

 

Początek chaotyczny. Niepotrzebnie wprowadzasz zamieszanie, przeplatając co raz narodziny brata z pojawieniem się psa. Rozumiem zamysł, podkreślenie hierarchii w kształtowaniu się późniejszych relacji. Pies nr 1. Można ująć bardziej tajemniczo, zjawiskowo, aby zainteresować i zaintrygować czytelnika, bo jak wiemy pierwszy akapit decyduje o ewentualnym ciągu dalszym. Bohaterska narracja (narrator=bohater) wymusza na autorze olbrzymia dyscyplinę twórczą. Bohater jest specyficzny, wyraża poglądy w taki a nie inny sposób, dokonuje reminiscencji schematycznie, tzn. tak jak na początku sięga pamięcią wstecz, chyba że w trakcie opowiadania o swoich przeżyciach dochodzi do traumatycznych zdarzeń, zmieniających jego postrzeganie świata, np. sytuacje zagrożenia życiem? W twoim przypadku bohater jest bezczasowy, nie wiemy ile ma lat, bo od razu przeprowadza pamięciową wiwisekcję. Błąd. Jest zamieszanie. Czytelnik jest skonsternowany. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Jeszcze kilka uwag do początku oraz zawiązania opowieści. Od razu na wstępie wprowadzasz kilku bohaterów i jeden rekwizyt fabularny, jakim jest martwy pies, bez posadowienia ich w wykreowanym świecie. Nie wiemy dlaczego wogóle bohater rozpoczyna historię, co skłoniło go do powrotu do przeszłości? Nie ma płynności. Nie ma też klimatu. Ciekawe też dlaczego chłopiec poszedł na strych w dniu urodzin swojego brata? Takie drobiazgi obniżają wiarygodność postaci, a wystarczyło nienachalnie przemycić w formie metafor lub bezpośrednio np. strach przed ewentualnym pojawieniem się nowego faworyta rodziców, namalować emocje jak machnięciem pędzlem, jedno zdanie, lub kontekst budowany klimatem strychu (groźne otoczenie, gra świateł, cokolwiek, np. coś co wypacza obraz rzeczywistości przeżywanymi emocjami. Jedyne emocje jakie tam są ledwo zasygnalizowane są wyrażone oddaniem moczu przez dziecko. To jest ten moment w opowiadaniu, w którym mógłbyś pokusić się o zbudowanie atmosfery zagrożenia, jakieś tajemnicy. 

 

Lecimy dalej. Opis wizyty dziadka na strychu z 4-letnim chłopcem jest nierówny. Bohater = narrator oznajmia, że jest tam martwy pies, ale co jest niepoprawne, przed weryfikacją tego faktu przez dziadka- autorytet dziecka (bo został wybrany on, a nie jego rodzice). Potem następuje opis zwłok. W sumie informacja o martwym psie zamyka drogę do opisywania ciągu dalszego, tzn że weszli na strych, wchodzili po schodach i nic dziadek nie zauważył itd. W czym tkwi błąd?

Nie powinno się prowadzić narracji w sposób, w którym na początku akapitu piszesz: pies jest martwy, apotem prowadzisz czytelnika za rękę, tłumacząc się przez kilka kolejnych zdań, by ponownie oznajmić: pies jest martwy.

Gdyby postać była w transie psychodelicznym , albo miała problemy natury psychicznej, to obraz malowany przez narratora jest do pewnego stopnia akceptowalny. Na koniec pytanie, czy 4 latek jest w stanie ocenić, czy pies był martwy? Nie jest. Mały człowiek inaczej postrzega świat, jest pełen magii, wszystko brane jest na wiarę. Jeśli dziadek powiedziałby o śmierci, to wtedy tak. Wszelkie wypady do własnej pamięci są skażone emocjami, które wtedy się nagromadziły w tym małym serduszku. 

Co z tego wynika? Zmiana konstrukcji opowiadania zapewni większą czytelność. 

Wg mnie opowiadanie powinno zacząć sie tym zdaniem, które sam napisałeś później:

Po ponad trzydziestu latach nie pamiętam, co o tym wszystkim myślałem. Pamiętam tylko fakt narodzin Piotrka, martwego psa na strychu i to, że dziadek go nie zobaczył.

Jak masz wątpliwości pytaj na bieżąco, może coś jest niezrozumiałe? A po zmianie:

Po ponad trzydziestu latach nie pamiętam, co o tym wszystkim myślałem. W pamięci utkwiły mi fakty narodzin Piotrka i martwego psa na strychu, którego dziadek wtedy nie widział.

edit: wtedy czytelnik może przyjąć na wiarę ten chaotyczny wstęp. Próbę odtworzenia z pamięci tamtych zdarzeń. 

To na tyle, a dopiero jestem we wstepie, ło matko.

 

 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Proponuję jednak najpierw przeczytać cały tekst – oczywiście jeśli masz ochotę, bo bez sensu się męczyć – a potem komentować :)

faktycznie jak mam się bawić akapit po akapicie…to stracę zainteresowanie :))

Wydaje mi się, że całe opowiadanie jest zbyt rozwlekłe, wypadałoby się zastanowić, co usunąć, co zostawić lub poprawić, aby nie uszkodzić historii. 

Niestety z pisaniem opowiadań jest jak z tworzeniem oprogramowania, każda linia kodu powinna być napisana optymalnie, zbędne rzeczy powodują gorsze funkcjonowanie aplikacji. Podobnie jest z fabułą, sygnalizujesz w treści tylko to co jest ważne, resztę wyrzucasz. 

przykład:

Zresztą, to nie w dziadku tkwił problem. W ciągu następnych lat sprawdzałem innych ludzi, ale nikt nie widział owczarka z poderżniętym gardłem. A zwierzę wciąż tam było.

Potem pojawiły się kolejne. W innych miejscach. Ostatnie, dziewiąte, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Tylko ja mogłem je zobaczyć. Myślałem, że będą mi utrudniać życie, ale one jedynie tkwiły tam, gdzie zobaczyłem je po raz pierwszy. Nie zmieniały się. Nie gniły.

Miałem dwadzieścia cztery lata, kiedy zaczęły znikać.

 

Zwróć uwagę na konstrukcję:

 Jak bohater próbuje rozwiązać problem? Tylko jaki problem? Tutaj, ani wcześniej nie jest jasno powiedziane, o co chodzi? Jak sprawdzano innych ludzi? Szczególnie, że owczarki (?) pojawiały się w innych miejscach? W jakich? W tym samym domu, czy szkole też były? A w parku? Dlaczego miały utrudniać życie, skoro się nie ruszały? Nie zmieniały się , były zakonserwowane? Przyznasz, że czytelnik może mieć mętlik w głowie. 

Dlaczego tak męczę ten kawałek? Bo on odsłania jakąś kluczową mechanikę tego świata, która ma kolosalny wpływ na bohatera. Chłopiec dorastał, wygląda na to, że oswoił się z widokiem owczarków z poderżniętymi gardłami? Nie wykonywał żadnych prób, aby sprawdzić o co chodzi? Chodził do szkoły, uczył się też nauk ścisłych, lepiej rozumiał świat i nie wykonywał żądnych eksperymentów? Czy zwierzęta były materialne? Ezoteryczne? Halucynacje? Czy nie powinien się komuś zwierzyć z tego odkrycia?

Co wynika z tych zarzutów? Brak logiki. Wiem dlaczego tak się dzieje. Autor ma w głowie wszelkie możliwe warianty historii, ale ich nie przelewa na papier, co powoduje przeskoki w treści utworu. Opowiadanie przestaje być logiczne i spójne. Co innego jest na papierze , a co innego w głowie. Praktycznie większość adeptów sztuki pisania ma z tym problem. Dlatego tak ważne jest zrobienie jakiegoś, nawet skromnego konspektu, który pomaga nam uniknąć takich pułapek. 

 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Ech… Liczyłem na jakiś wartościowy komentarz.

Nie wierzę, że nie wiesz, że często niezrozumiałe rzeczy wyjaśniają się w dalszej części utworu. Tak się buduje suspens: nie można wyłożyć wszystkich kart na wstępie. Więc nie rozumiem, po co te pytania:

Jak bohater próbuje rozwiązać problem? Tylko jaki problem? Tutaj, ani wcześniej nie jest jasno powiedziane, o co chodzi? Jak sprawdzano innych ludzi? Szczególnie, że owczarki (?) pojawiały się w innych miejscach? W jakich? W tym samym domu, czy szkole też były? A w parku? Dlaczego miały utrudniać życie, skoro się nie ruszały? Nie zmieniały się , były zakonserwowane? Przyznasz, że czytelnik może mieć mętlik w głowie.

Chłopiec dorastał, wygląda na to, że oswoił się z widokiem owczarków z poderżniętymi gardłami? Nie wykonywał żadnych prób, aby sprawdzić o co chodzi? Chodził do szkoły, uczył się też nauk ścisłych, lepiej rozumiał świat i nie wykonywał żądnych eksperymentów? Czy zwierzęta były materialne? Ezoteryczne? Halucynacje? Czy nie powinien się komuś zwierzyć z tego odkrycia?

Jeśli jesteś ciekaw odpowiedzi na te pytania, czytaj dalej. Bo odpowiedzi są. Jest też wyjaśnione, w jaki sposób “powstaje” ta historia. A jeśli chcesz coś komuś udowodnić, się popisać i na siłę zjechać, to odpuść, szkoda Twojego czasu, naprawdę. 

Dobra przeczytałem. Jestem trochę rozczarowany, bo z opowiadania nic nie wynikało, prosta historyjka obyczajowa. Mocną stroną są monologi bohatera, które prawidłowo mocują w realiach codzienności. Elementy fantastyczne istnieją, ale są statyczne. Jak na samym początku , owczarek sobie tam leżał nieruchomo. Potem, inne …zwierzęta. 

Wcześniej podniosłem zarzut o braku identyfikacji problemu bohatera, nadal nie rozumiem przeskoku: widzenie owczarków, apotem innych zwierząt i dlaczego dokładnie takich, anie np słonia, czy papugi? 

Wydaje się mocno prawdopodobne, że początek i koniec nadpisałeś później. Bo jest sztucznie wkomponowany w “środek”. Warsztatowo przemawia do mnie część obyczajowa, ma się wrażenie, że opisane sceny są żywcem ściągnięte z własnych doświadczeń. 

Tak się dzieje, jak wchodzimy poza naszą wiedzę i doświadczenia, teksty stają się słabsze, bo czujemy się mniej pewnie, dlatego zawodowi pisarze przygotowują sobie materiały, sporo czytają o różnych zjawiskach itd, aby ich opowieści były wiarygodne dla odbiorców, którzy znają się na rzeczy. 

Koniec, dzięki za zaufanie, powodzenia. 

 

 

edit:

często niezrozumiałe rzeczy wyjaśniają się w dalszej części utworu.

 

To nie o to chodzi, ten fragment wogóle nie powinien się pojawić w opowiadaniu na wstępie, abstrahując, że jest niepoprawnie skonstruowany.

 

A jeśli chcesz coś komuś udowodnić, się popisać i na siłę zjechać, to odpuść, szkoda Twojego czasu, naprawdę. 

Jestem tutaj anonimowo, nie muszę się popisywać. 

 

Ech… Liczyłem na jakiś wartościowy komentarz.

 

Przeczytaj sobie na spokojnie, co napisałem. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Dzięki za całościową ocenę :)

Jest inaczej niż mówisz – wszystko pisałem po kolei i nie ściągałem żywcem z własnych doświadczeń. 

Dlaczego takie zwierzęta, a nie inne? Część czytelników też zadawała to pytanie, bo samo się nasuwa, ale w opowiadaniu jest zawarte wyjaśnienie, że tej symboliki nie można postrzegać w oczywisty sposób. 

Cieszę się, że znalazłeś też jakieś mocne strony. A zarzuty przyjmuję do wiadomości i postaram się wyciągnąć z nich wnioski. 

Jest inaczej niż mówisz – wszystko pisałem po kolei i nie ściągałem żywcem z własnych doświadczeń. 

To raczej był komplement.

 

 

Dlaczego takie zwierzęta, a nie inne? Część czytelników też zadawała to pytanie, bo samo się nasuwa, ale w opowiadaniu jest zawarte wyjaśnienie, że tej symboliki nie można postrzegać w oczywisty sposób. 

 

Próbowałem ci wytłumaczyć w dwóch osobnych postach, że tak nie jest. To jest problem, co mam w głowie, a nie na papierze. Uwierz mi na słowo, przeczytaj cały wstęp od początku, pewnie sam zauważysz mocne zgrzytanie….zębów. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Komplement czy nie, chciałem sprostować. 

Na pewno widzę tu rzeczy, które teraz napisałbym inaczej. Tekst ma już prawie dwa lata. 

Jeśli masz ochotę, to zapraszam do moich innych opowiadań ;)

luz, mam co robić przez eony, tutaj na portalu jestem cokolwiek przypadkowo, długo nie zabawię. 

S.Lem: „Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”.

Nowa Fantastyka