- Opowiadanie: Zalth - Czas spać, bracie

Czas spać, bracie

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Czas spać, bracie

 

Skrzywiłem się niezadowolony. Znów to zrobiłem. Zbyt szybko zdjąłem moc ze sterów wysokości i „Wilczyca” z impetem przywaliła w powierzchnię lądowiska. Głuchy, wibrujący huk uderzenia oznaczał pomyślne zakończenie „udanego” dokowania. Nie cierpię pilotować.

– Całkiem zgrabny manewr SCF 12 – zaskrzeczała słuchawka w uchu. W głosie kontrolera lotów można było wyczuć nutkę złośliwej wesołości. – Witamy na stacji Celeste.

– Dzięki – mruknąłem bez entuzjazmu. – Jeśli nie sprawi to problemu, to dajcie mi tu jakiegoś technika.

– Potwierdzam. Po takim lądowaniu zdecydowanie trzeba sprawdzić poszycie.

Żartowniś mi się trafił.

– Kadłub jest w porządku, potrzeba mi kogoś od ogniw.

– Zobaczę, co się da zrobić. Mamy mały niedobór personelu na zmianie.

Wygramoliłem się ze sterówki i jeszcze raz przejrzałem odczyty z diagnostyki. W oczy rzucała się migająca czerwienią ikona zasilania. Transfer na Benelux był dłuższy niż przypuszczałem i paliwa w reaktorach starczyło na styk. Na stację doleciałem na mocno uszczuplonych rezerwach. Lepsze to niż dryf bez możliwości jakiegokolwiek manewru. Mimo względnego opanowania technologii silników skokowych, problem szybkiej komunikacji międzysystemowej nadal pozostawiał wiele do życzenia. Poza wyznaczonymi szlakami i w niezaludnionych systemach szanse na uzyskanie pomocy były znikome.

Rozsiadałem się na fotelu w mesie i przywołałem ekran z listą zadań. Na pierwszym miejscu była poczta dla Miu. Miałem odebrać jakieś pliki od miejscowego rezydenta. Potem zakupy. Paliwo do reaktora, rezerwa gazów technicznych, alkohol i papierosy. Fajki przede wszystkim. Moje zapasy wyczerpały się kilka dni temu, a na Andaluzji, skąd wracałem, tytoń traktowano jako rozrywkę dla znudzonych ekscentryków. Ekscentryczne były też ceny, które skutecznie odstraszyły mnie od prób zakupu. Więc tytoń przede wszystkim.

W polu widzenia kamer sterówki pojawił się technik na wózku wyładowanym ogniwami energetycznymi. Otworzyłem osłony silnika i zerknąłem na czas. Zanim wymienią zużyte ogniwa, zdążę zrobić zakupy. Zapisałem plik na tablet i ruszyłem do wyjścia.

Każda planeta, statek i stacja pachnie inaczej. Można nawet powiedzieć, że śmierdzi. Mniej lub bardziej, ale śmierdzi. Pomimo aktywnych filtrów w systemach podtrzymywania życia, zawsze znajdą się cząsteczki zapachów, które stworzą specyficzny „mikroklimat”. Przebywając przez kilka dni w zamkniętym środowisku statku, mimowolnie zaczynasz kisić się we własnym smrodku. Zupełnie ci to nie przeszkadza, do momentu, kiedy po wylądowaniu otwierasz właz. Znałem kiedyś faceta, nawigatora frachtowców, który twierdził, że po węchu jest w stanie rozpoznać, gdzie wylądował.

Benelux śmierdział umiarkowanie. Prawie wcale. Suche, zatęchłe powietrze pachniało kurzem i kręciło w nosie. Chudy jak szczapa technik stał z otwartą buzią pod kadłubem „Wilczycy” i gapił się w komputer diagnostyczny. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.

– Wszystko w porządku? – zagadnąłem po angielsku.

– Słuchaj no pan, to klasa Ghost? – facet zapytał ze zdumieniem, wlepiając wzrok w ekran. Przebierał placami po konsolecie, przeglądając losowe schematy.

Uroki posiadania wysoko zawansowanej technologii.

– Tylko silnik – skłamałem.

– Cholera. Panie, ja tu nie rozumiem nawet połowy tego skryptu – był wyraźnie podekscytowany – to przedupadkowa technologia!

– No możliwe, ja się tam nie znam. – Nie chciałem się wdawać w dyskusję. Zaraz zaczną się pytania, skąd wytrzasnąłem to cudo. – To jak? Da radę wymienić te ogniwa?

– No tak, ale to trochę potrwa – powiedział jakby nieobecny. Odsunąłem go delikatnie od panelu i odłączyłem diagnostykę. Popatrzył na mnie jak zbity pies.

– Ile konkretnie? – spytałem, blokując dane na panelu w opcji „Tylko do odczytu”. Z plecami usłyszałem cichy jęk zawodu.

– Kilka godzin… – mruknął.

Nie wnikałem dalej i ruszyłem do najbliższej śluzy. W połowie drogi poczułem emanację. Zaskoczony odkryłem, jak przez pasywną blokadę sączy się fala chaotycznych emocji. Głód, gwałtowna agresja, strach…

Każdy świadomy swoich zdolności przebudzony potrafi wyczuć podobnych sobie. Można powiedzieć, że to pewien rodzaj umysłowego sonaru, wysyłającego subtelne sygnały, identyfikujące innych, przebywających w pobliżu psioników.

To nie było subtelne. Projekcja rwała jak łeb po ostrym chlaniu i aż za bardzo śmierdziała psioniczną psychozą. To powszechne schorzenie wśród obudzonych o słabej woli. Matka natura wpuściła nas na nową, krętą ścieżkę ewolucji, ale jak zwykle zachowała się dość perfidnie i zrobiła to w czasie najciemniejszej nocy, nie dając nawet żadnej latarki do poświecenia. Ciężko jest zachować kontakt z rzeczywistością, kiedy nagle w twojej głowie zaczają się kłębić myśli innych ludzi. Nasz mózg nie był przygotowany do przetwarzania takich ilości danych. Silne umysły potrafią się odizolować, natomiast te słabsze muszą liczyć na szczęście i pomoc bardziej doświadczonych psioników. W najgorszych przypadkach kończy się to w zakładzie dla psychicznie chorych, albo na cmentarzu.

Drugą stronę medalu stanowiły dojrzałe i ćwiczone umysły. W ich przypadku nic nie było pewne. Psonik całe życie uczy się filtrować swoje lub cudze emanacje, ale od czasu do czasu coś przeniknie przez blokady. Ten nadprogramowy bagaż gromadzi się gdzieś głęboko w podświadomości i cicho tykając, czeka, by wybuchnąć w akcie bezprecedensowego szaleństwa.

To, co szalało w mojej głowie, wyglądało na emanację ćwiczonego umysłu. Zupełnie jakby puściły wszystkie blokady i obudzony swobodnie zalewał okolicę mentalnym szambem. Mówi się, że jak odwala zwykłemu człowiekowi, to zakładają mu kaftan i wsadzają do przyjemnego pokoju bez klamek. Jak odwala psionikowi, to do psychiatryka idzie cała okolica.

Stałem bez ruchu przez kilka chwil i czułem, jak w okolicy skroni narasta tępe pulsowanie bólu. Wzmocniłem blokadę, odcinając emanację i wróciłem na statek.

Szara siedziała tuż za pierwszą grodzią i merdała ogonem. Relikt taktyki sztucznych inteligencji, który przygarnąłem lata temu. Ślepa uliczka programowania, w którą zabrnął umysł jednego z wojskowych taktyków, właśnie przekrzywiła wielki łeb i patrzyła z zainteresowaniem.

– Tak, tak, już wróciłem. – powiedziałem omijając projekcję. – Sprawdź bazę zarejestrowanych psioników w tym systemie.

Popatrzyła się na mnie spode łba, po czym poczłapała do sterowni, skrobiąc pazurami o metalową podłogę. Mimo że to tylko holograficzna wizualizacja SI statku, to wyglądało jakbym trzymał tu autentycznego, ziemskiego wilka. W dodatku mającego swoje humory. Nie potwierdzała przyjęcia poleceń, niektóre wręcz olewała i mimo iż potrafiła mówić, rzadko odzywała się inaczej niż wilczym zestawem dźwięków. To nawet lepiej. Nie ma nic gorszego niż wygadana SI.

Czekałem w mesie aż zawieszony w powietrzu ekran zaczną wypełniać dane. Szara zawzięcie drapała się w ucho tylną łapą. Baza była pusta. Nikt nie przeprowadził rejestru. Nie zdziwiłem się zbytnio. Benelux leży za daleko od strefy zainteresowań Dominium. Na ten układ przypadał tylko jeden cesarski rezydent i był to bardziej opłacany przedstawiciel handlowy niż pełnoprawny członek wywiadu. Nie był też psionikiem, a tym bardziej enbiotem. To właśnie z nim miałem się spotkać. Więc skąd ta emanacja? Pozostawała opcja, że to może któryś z renegatów albo przebudzony człowiek.

– Czy możesz połączyć się z siecią miejscowych sił porządkowych? – zapytałem. Wilczyca ziewnęła głośno i rozpłynęła się w powietrzu. Mimowolnie przetrząsnąłem kieszenie w nadziei, że znajdzie się tam jakiś zabłąkany papieros.

Szara przeszła przez zabezpieczenia jak nóż przez masło i dane zaczęły spływać po kilkunastu sekundach. W ciągu ostatnich dni zanotowano zwiększoną liczbę interwencji, głównie bójki z siłami porządkowymi, rozboje, awantury domowe, klika prób nielegalnego wejścia na pokład cumujących statków, podpalenie i jeden gwałt. Żadnych przypadków śmiertelnych.

Na razie.

Poziom natężenia emanacji trochę mnie niepokoił. Aby osiągnąć taką siłę, umysł musi ewoluować latami. Jeżeli naprawdę odwaliło jakiemuś arcypsionikowi, to miejscowi mogą sobie z tym nie poradzić. Widywałem już efekty szaleństwa przebudzonych i nie było to nic przyjemnego…Chyba muszę czym prędzej pogadać z tym rezydentem.

Zabrałem podręczny sprzęt z arsenału. Pistolet, magazynki, nóż, kontaktowe wyświetlacze i przylegający do ciała baliflex. Z troską obejrzałem wyprodukowany w technologii mikorurek węglowych kombinezon. Teraz już takich nie robią, a mój był lekko znoszony. Chociaż to chyba eufemizm, biorąc pod uwagę ślady po kulach, wiązkach energetycznych, nożach, pazurach i cholera wie, czym jeszcze. Z żalem wspominając stare czasy technologicznego dobrobytu, upchnąłem sprzęt po kieszeniach płaszcza i ruszyłem do wyjścia.

Projekcja wilka stała przy wewnętrznej śluzie statku.

– Pilnuj. – Wskazałem na Szarą placem. Warknęła krótko. Nie lubiła tego, ale wiedziałem, że usmaży każdego, kto dobierze się do statku.

Lądowiska na stacjach stanowią zamknięte strefy o specyficznych prawach. Możesz zadokować maszynę, dokonać niezbędnych napraw, uzupełnić zapasy i odlecieć. Nikt nie będzie przeszkadzał i zadawał pytań pod warunkiem, że płacisz i grzecznie się zachowujesz. Obsługa i skład towarowy zapewniają każde rozsądne zaopatrzenie, oczywiście zdzierając zbójnickie przebitki na cenach. Wejście na teren właściwej stacji to już inna sprawa.

Niski korytarz za śluzą hangaru prowadził do hali odpraw. Obszerne pomieszczenie dzieliła poprzecinana otworami bramek kontrolnych ściana z przeźroczystego presuglasu. Po przeciwnej stronie zapory kołysał się tłum podenerwowanych ludzi. Obarczeni podręcznym bagażem podróżni oblegali nieliczne otwarte biura przewoźników i podejścia do odpraw. Efekt uboczny oddziaływania psioniki. Projekcje wyzwalały w ludziach podświadomą chęć ucieczki ze stacji. A raczej gigantycznej metalowej pułapki wiszącej nad bezpieczną powierzchnią planety.

Oddział sił porządkowych złożony z policjantów uzbrojonych elektryczne pałki i broń osobistą obserwował tłum. Byłem jedynym, który stał przy stanowiskach dla przyjezdnych. Celnik zauważył mnie po dłuższej chwili. Cała jego uwaga była skupiona na ludziach za przeźroczystą przegrodą. I dobrze, może ominie mnie bardziej szczegółowa kontrola. Mimo solidnych papierów, moje rzeczy mogą nie wzbudzić ich entuzjazmu.

– Dzień dobry. Kartę ID poproszę.

Włożyłem plastikowy identyfikator do czytnika. Celnik obejrzał dane i odwrócił się do kolegi. Szepnął mu coś do ucha i obydwaj ze zdumieniem przez jakiś czas spoglądali raz na mnie, raz na monitor. Zakląłem w duchu.

– P-pan pozwoli z nami – wymamrotał celnik.

 

*

Przedobrzyłem z tymi papierami od Miu. Chciałem uniknąć pytań przy odprawie, zasłaniając się immunitetem dyplomatycznym, a wyszło zupełnie odwrotnie i wylądowałem na niewygodnym krzesełku w gabinecie szefa miejscowej policji.

Komisarz Andreas Zimmer – wygrawerowano złotymi literami na staroświeckiej drewnianej tabliczce. Za biurkiem siedział szczupły facet koło czterdziestki, wystrzyżony na żołnierza. W bladym świetle zawieszonych na ścianach gabinetu ekranów monitoringu wyglądał jak trup. W odróżnieniu od szeregowych gliniarzy, którzy prowadzili mnie na komisariat, ten wydawał się opanowany.

– Pan Felix Motoya. Obywatel Dominium. Attache do spraw dyplomatycznych – wyczytał z cienkiego cyfrowego notatnika zachrypniętym głosem i rzucił go niedbale na stół. Nazwisko było fałszywe, ale pokręcone poczucie humoru Miu zdecydowało się zostawić w dowodzie moje prawdziwe imię. – Co pana sprowadza na Benelux?

– Czy jestem zatrzymany? – Wiedziałem, do czego będzie prowadziła ta rozmowa. Dominium miało specyficzną reputację wśród mieszkańców Unii i mimo rozejmu, jaki trwał już od dobrych kilku lat, każdorazowe pojawienie się kogoś z papierami rodu pociągało za sobą setki pytań.

– Ależ nie! Skąd to podejrzenie? – Przybrał minę dobrego wujka. – Czy wydaje się panu, że miałbym jakieś podstawy, aby pana zatrzymywać?

– Nie sądzę.

– No właśnie. To po prostu rutynowa kontrola.

– Naprawdę? – Uniosłem brwi w udawanym zdziwieniu. – Każdy przybywający na stację jest rutynowo zatrzymywany przy odprawie, a następnie ucina sobie rutynową pogawędkę z szefem miejscowej policji? Musi Pan mieć mnóstwo rutynowej roboty.

– Powinien pan to traktować jako swoiste wyróżnienie – powiedział, cały czas się uśmiechając. – Rzadko gościmy na Beneluxie kogoś z Dominium, a tym bardziej członka rodu.

– I to jest powód mojego zatrzymania? Jak pan chce zobaczyć szlachcica z Dominium, to wystarczy zajrzeć do sieci. Na serwisach plotkarskich jest ich całe mnóstwo.

– To nie to samo –odparł, jakby trochę zdegustowany. – Ja preferuję rozmowę w cztery oczy. W moim zawodzie najgorszy grzech to oceniać książkę po okładce.

– I co pan wyczytał w mojej?

– Że nie jest pan dyplomatą.

– Chyba jednak jestem – opowiedziałem uśmiechając się sztucznie. – I takim to z immunitetem. Wszystko jest w papierach. – Wskazałem na plastykową kartę leżącą na biurku. – Wystarczy włożyć trochę wysiłku i poczytać, skoro już mowa o książkach.

– Nie wygląda pan na dyplomatę.

– Jak pan wspomniał, pozory mylą.

– Jaki jest cel pana wizyty?

– Spotkanie dyplomatyczne.

– Jest pan psionikiem?

– Nie muszę odpowiadać na to pytanie.

– Nalegam.

– Proszę bardzo, ale to nic nie da. Mam immunitet. To, że siedzę tutaj, to tylko i wyłącznie wyraz mojej dobrej woli. W każdej chwili mogę się rozmyślić.

– Och, czyżby? I co pan zrobi? – Jedna z brwi policjanta uniosła się do góry.

– Wyjdę – odpowiedziałem, obojętnie wzruszając ramionami.

– Może pan próbować – szepnął jakby konspiracyjnie, nachylając się nad burkiem. – Przypominam że to posterunek. Takie miejsce, gdzie przetrzymuje się ludzi. Wie pan, kamery, zamki, cele zabezpieczone hasłem windy.

– Mam swoje sposoby – odszeptałem.

– Tak, oczywiście. Dyplomatyczne sposoby Dominium. – Wyprostował się. – Na początek będzie psioniczne pranie mózgu czy zawoalowane groźby? A może Cesarska Flota da jakiś mały pokaz siły? – Zimmer wbił we mnie wzrok stalowych oczu. – Do granic waszego terytorium jest cholernie daleko, kolego.

Poprzez blokadę przedarło się słabe echo emanacji. Gdzieś w głębi stacji szalał umysł przebudzonego. Po jaką cholerę się w to wplątałem? Rzadko kiedy dopadają mnie chwile altruizmu i zawsze później żałuję. Sprawowanie kontroli nad psionikiem to problem władz systemu, w którym zamieszkiwał do momentu przebudzenia. Mogę po prostu zgłosić, co wykryłem i będzie po kłopocie. Gliniarze zwiną wariata, przetrzymają w cieplutkiej celi aż do przybycia specjalistów, a ja odwalę spotkanie z rezydentem i odlecę spokojnie w swoją stronę.

Jeśli sobie poradzą…

To nad wyraz wątpliwe, żeby prowincjonalna policja coś wskórała przeciwko świrowi z tak silną aurą. Jeśli coś pójdzie nie tak, a zapewne już poszło, to później jakiś dociekliwy sukinsyn zacznie zadawać pytania, co tu robił cesarski attache. A wtedy Miu urwie mi łeb za kolejny incydent.

Cholera.

– Panie komisarzu, z racji tego, że między Cesarstwem a Unią panuje obecnie pokój, puszczę mimo uszu te obraźliwe insynuacje. – Wstałem z niewygodnego krzesełka. – Jednakże nie muszę tego dłużej wysłuchiwać. Pan wybaczy, mam obowiązki.

– Jak każdy – powiedział twardo. – A moim obowiązkiem jest niedopuszczenie do zagrożenia życia sześciu tysięcy ludzi. Zostało mi dwa tygodnie do końca kontaktu i nie dopuszczę, żeby jakiś ważniak z Dominium nabruździł mi w papierach. Jako zwierzchnik sił porządkowanych mam prawo wydać zakaz opuszczania portu i to właśnie robię.

– O ile pamiętam, to samo prawo zabrania władzom stacji robienia problemów załogom statków w uzupełnieniu zapasów niezbędnych do konturowania dalszej podróży – „Nawet jeśli chodzi fajki i wódę” – dodałem w myślach.– Nie mówiąc już o utrudnianiu kontaktu z legalnie przebywającym w systemie rezydentem.

– Obawiam się, że w tej drugiej kwestii będzie miał pan o wiele większy problem niż mój zakaz. – Zimmer odchylił się na fotelu.

– Nie bardzie wiem, o co panu chodzi, komisarzu. – W mojej głowie zapaliła się lampka podejrzliwości.

– Rezydent Dominium, Norman Bisel, zginął podczas pożaru, jaki wybuchł w jego kwaterze wczoraj wieczorem. Moi ludzie prowadzą dochodzenie w tej sprawie.

Zapadła cisza. Zimmer uważnie obserwował moją reakcję.

Cała ta sprawa zaczynała śmierdzieć coraz bardziej. Miałem tylko odebrać korespondencję i przewieść ją na Nox, a trafiłem w środek jakiejś kryminalnej afery z pierdolniętym psionikiem w tle. Pożar. Dobre sobie. Na stacjach orbitalnych istnieje kilka równolegle działających systemów mających na celu zapobieganie takim przypadkom, nie mówiąc już o szeregu czujników.

– W takim wypadku proszę o dopuszczenie do śledztwa – wypaliłem po chwili wahania.

– Nie ma mowy. – Zimmer pokręcił głową. – Pańska obecność może zaważyć na jego przebiegu. Nie wyrażam zgody na jakiekolwiek dalsze kontakty z obsadą Celeste.

– Ulega pan stereotypom, komisarzu. – Patrzyłem na niego kpiąco. – Nie przyleciałem tu, żeby zamiatać sprawy pod dywan. Za dużo się pan filmów naoglądał. Zwłaszcza tych Made in Holy Orthdox. Miałem tu odebrać pocztę dyplomatyczną i tyle. To, że śmierć rezydenta zbiegła się z moją wizytą, jest zupełnym przypadkiem.

Zimmer milczał i mielił coś w sobie. Wydawał się spokojny. Spokojny jak napięta sprężyna. Prawą rękę włożył pod blat biurka. Ciekawe, czy to broń, czy jakaś inna niespodzianka.

– Pierdolenie – stwierdził w końcu. – Taki z ciebie dyplomata, jak ze mnie tancerka. Po pierwsze: przyleciałeś tu przerobionym patrolowcem klasy Ghost. Byle komu takich nie dają. Po drugie: machasz mi przed nosem papierami Dominium, które śmierdzą na kilometr podróbką i myślisz, że nie widać szturmowego baliflexu i spluwy wystającej spod tandetnego płaszcza.

Tandetnego? Co on chce od moich ciuchów? A dokumenty były prawdziwe.

Gliniarz coraz bardziej się nakręcał. Spokojnie słuchałem jego tyrady.

– Po trzecie: „zaskakującym” zbiegiem okoliczności z twoją wizytą zbiega się nagła epidemia niespotykanych wcześniej na tym sennym zadupiu przypadków. Na początek zaginięcie kilku osób. To jest stacja kosmiczna. Tu naprawdę trudno zniknąć bez śladu.

Tych informacji nie było raportach znalezionych przez Szarą. Kolejna lampka alarmowa zapaliła się gdzieś w mojej głowie. Zimmer przerwał na chwilę, robiąc teatralną pauzę. Wyjął rękę spod biurka i położył na blacie magnetycznego glocka. Wyciągnięty palec wskazujący lekko stukał o odbudowę pistoletu.

– Potem ludzi ogarnia jakaś niewytłumaczalna histeria i okazuje się, że mam do opanowania największe od dziesięciu lat zamieszki. I wreszcie po czwarte: na Benelux, niczym gwóźdź programu, przybywa zalatujący psionikiem tajniak z Dominium i to tuż po tym, jak cesarski rezydent dokonuje samozapłonu w własnej kwaterze.

Stukający palec przeskoczył i odbezpieczył glocka

– Za długo siedzę w tej robocie, żeby wierzyć w przypadki – wycedził przez zęby. – Więc kolego, nie pierdol mi tu o dyplomacji, tylko mów, o co kurwa chodzi?

 

*

Nie miałem czasu na dalszą dyskusję. To, co powiedział komisarz, spowodowało, że postanowiłem użyć mniej „dyplomatycznych” środków i przeleciałem mu po głowie lekkim impulsem, pobudzając ośrodek snu. Jak dojdzie do siebie, to będzie po wszystkim. Nie byłem za dobry w telepatii, ale na obecną chwilę powinno wystarczyć.

Nie licząc gliniarza w recepcji, posterunek świecił pustkami. Potraktowałem go tak samo, jak komisarza i „pożyczyłem” kartę, by zjechać windą na poziom promenady.

Dobre dni stacja miała już dawno za sobą. Handlowe promenady zastąpiły mizerne stargany. Ze względu na oszczędności energii oświetlenie ograniczono do minimum. Garstka mieszkańców i personelu technicznego przemykała pod ścianami osłoniętych półmrokiem korytarzy. O okresie dobrobytu świadczyła tylko zapierająca dech w piersiach linia architektoniczna. Wnętrza nie miały za wiele wspólnego z funkcjonalnością, widać było w nich rękę konstruktorów sprzed upadku, kiedy bardziej stawiano na ekspresję budowli niż na jej praktyczność. Mijałem więc korytarze wypełnione kolumnadami, sufity sklepione lukami gotyckich katedr, okolone misternymi balustradami galeryjki widokowe. Za pancernym szkłem rozciągał się widok na brązowy glob Beneluxu otoczony lśniącymi pierścieniami lodu.

Pełzająca pod czaszką emanacja sprawiała, że sprawę śmierci rezydenta uznałem za mniej pilną. Zdjąłem blokadę i ruszyłem przez labirynty stacji. Błądziłem po opustoszałych korytarzach, powoli zbliżając się do celu. Emocje płynęły nierównym strumieniem. Czułem złość połączoną z bólem i ogromnym niezaspokojonym głodem. Cała okolica była opustoszała, ludzie już dawno stąd pouciekali. Nie zastanawiali się dlaczego, prowadził ich wzmacniany psioniką zwierzęcy strach.

Impulsy doprowadziły mnie przed drzwi jakieś kwatery mieszkalnej. Korytarz był cichy i pusty. Znalazłem przełącznik i wyłączyłem światło. Wzrok automatycznie dostosował się do panujących ciemności. Wyciągnąłem z kabury i przeładowałem staroświeckiego Desert Eagle. Uznawany za piękny, ale całkowicie nieprzydatny dla regularnych formacji pistolet, dla mnie był wprost idealny, zwłaszcza ze względu na cudowny kaliber, jaki to cacko miało do zaoferowania.

– Nie ruszaj się! – usłyszałem za plecami. Ktoś z tyłu zapalił latarkę. – Na ziemię! Ręce szeroko! – Rozpoznałem zachrypnięty głos Zimmera.

Co on tu do cholery robi? Powinien spać w gabinecie.

Oczy przystosowane do trybu nocnego powoli dochodziły do siebie. Widziałem swój cień na drzwiach. Poniosłem ręce i odwróciłem się wolno.

– Powiedziałem na ziemię! – Głos lekko mu się łamał, ale facet panował nad sobą. Albo był bardzo odważny, albo bardzo głupi. Stanąłem bokiem. Blask latarki zamontowanej pod bronią lekko oślepiał. Nie szkodzi, mogę być za jego plecami zanim zdąży pomyśleć o naciśnięciu spustu.

Drzwi do kwatery otworzyły się z szurnięciem mechanizmu. Emocje uderzyły ze zwiększoną siłą. W powietrzu pojawił się intensywny zapach krwi. Poczułem dopływ adrenaliny, kiedy mój organizm podświadomie wskoczył w tryb bojowy.

Cicho niczym kot zza drzwi wyszedł młody, chudy chłopak w szarej koszulce i nieśmiertelnych dżinsowych spodniach. Płakał.

Płakał jak dziecko, pociągając głośno nosem, z trudem powstrzymując spazmy. Drżał, a opuszczone wzdłuż ciała ramiona od palców po łokcie umazane były we krwi. Chłopak podniósł głowę i spojrzał tępo w światło latarki. Przekręcił lekko głowę jakby chciał dostrzec, kto stoi za oślepiającym blaskiem. Zesztywniał niczym zwierzę szykujące się do skoku, a jego źrenice zwęziły się do wielkości łebka od szpilki.

To był młody enbiot. A raczej jego mroczna parodia. Stał w progu i węszył, chude ramiona drżały. Powoli pochylał się coraz niżej, wydając głuchy warkot gdzieś z wnętrzna wąskiej klatki piersiowej.

Nie czekając, rzuciłem się w bok, popychając Zimmera na ziemię i wywaliłem w dzieciaka pół magazynka. Naciskałem spust tak szybko, że strzały zlały się w pojedynczy huk. Rzuciło nim o futrynę jak szmacianą laleczką. Chłopiec oparty plecami o ścianę zdziwiony patrzył na dziury w klatce piersiowej.

Kurwa mać, stoi dalej. Trzeba było strzelać w głowę.

Zdezorientowany Zimmer kurczowo trzymał w rękach szturmowy FNFAL. Promień latarki zakreślił łuk na ścianie, kiedy policjant powoli obracał karabin w stronę enbiota, ale zanim zdążył nacisnąć spust, dzieciak zawył i rzucił się do przodu. Szybkość, z jaką to zrobił, była nieludzka, zupełnie jak dźwięk wychodzący z jego gardła. Kiedy przelatywał obok, kopnąłem go z całą siłą w brzuch. Chude ciało poleciało bezwładnie w tył, wyłamując drzwi do pomieszczenia.

Enbiot, który go stworzył, musiał dysponować jakimś starym i wrednym szczepem, skoro po takim ostrzale dzieciak potrafił bez problemów wstać i skoczyć. Nie czekając, rzuciłem się za nim do mieszkania. Już wstał. Nie zwracał na mnie uwagi. Ze wzrokiem głodnego zwierzęcia uporczywie wpatrywał się w Zimmera.

Znów skoczył. Tym razem spróbował górą. Złapałem go za nogę i wykorzystując siłę rozpędu, z rozmachem rzuciłem o ścianę. Ciało uderzyło o powierzchnię, lekko wgniatając metal. Spadł na ziemię i momentalnie był już na nogach. Tym razem chyba zwróciłem na siebie jego uwagę. Jego oczy płonęły w ciemności, a z gardła wyrwał się głuchy warkot, kiedy pochylił się do skoku, obnażając kilkucentymetrowe kły.

Kły? Skąd u niego kły?

Zwolniłem mechanizm w rękawie i monoostrze miękko wylądowało w lewej dłoni.

Jak zwykle ocaliło mnie przeczucie. Kątem oka zauważyłem ruch i zrobiłem unik. Poczułem na łopatce ostre jak brzytwy pazury wyrywające kawałki skóry i baliflexu. Wykorzystując impet uderzenia, zakręciłem się w piruecie i wycelowałem Desert Eagle w nowe zagrożenie. Pociągałem za spust do końca amunicji, a seria strzałów odrzuciła kolejnego napastnika w głąb pomieszczenia. Chłopak też nie próżnował, skoczył wyciągając łapy w kierunku mojego gardła. Ciąłem go ostrzem po palcach, robiąc kolejny unik w kierunki ściany. To go raczej nie zatrzyma, ale przynajmniej osłabi. Zwinął się w powietrzu i zawył. Odcięte palce spadły na podłogę.

Stałem oparty o metalową ścianę i kombinowałem, jak zmienić magazynek, bo gówniarz znów nawracał. W głębi pomieszczenia zauważyłem dziewczynę. Podobieństwo do chłopka było wyraźne. Rodzeństwo? Wygramoliła się z rozwalonych mebli, sycząc ze złości.

Super, teraz jest ich dwoje.

Promień latarki oświetlił dziewczynę i ułamek sekundy później pierwszy pocisk udekorował jej czaszkę czerwonym kwiatem. Kolejne zrobiły miazgę z szyi i wbiły się w korpus. Zimmer z karabinem stał w progu i sypał krótki seriami. Suka zakręciła się jak fryga i rzuciła w tył, unikając reszty serii. Ruchem zbyt szybkim, aby można to było zarejestrować ludzkim okiem, skoczyła na ścianę i zaczęła po niej biec, używając wszystkich czterech kończyn. Karabin policjanta wypluwał kolejne kule, lufa ledwo co nadążała za celem.

Tymczasem chłopczyk zwalił się na mnie całym ciężarem wątłego ciała. Wbiłem nóż pod mostek, i pociągnąłem unosząc ciało w powietrze. Zawisł na moim ramieniu niczym motyl na szpilce. Jego usta wypełniały ostre jak igły kły. Twarz zaczęła się zmieniać. Mięśnie i skóra zafalowały i zastygły w rysach, które oglądałem codziennie rano w lusterku.

Zamarłem.

Wpatrywałem się w swoją twarz niczym skamieniały. Sporo czasu minęło, kiedy ostatni raz widziałem taką polimorfię. Oficjalnie ta linia szczepu enbiota już nie istniała, a jej ostatni żyjący przedstawiciele mieli spędzić resztę swoich dni w wirtualnych celach Cytadeli Snów. Przynamniej tak mi się wydawało…

Chłopak na ostrzu noża lekko zwiotczał. Spojrzenie gasło. Przywaliłem mu kolbą pistoletu, czując, jak pękają kości czaszki i zrzuciłem na podłogę. Na drugim końcu mieszkania dziewczyna była już przy gliniarzu. Jego karabin oznajmił, że zabrakło amunicji charakterystycznym klik, klik, a dziewczęce pazurki sięgały do policyjnego gardła. Nie zdążę.

Skoncentrowałem się i powietrze zafalowało wzdłuż telekinetycznej fali, jaką jej przyłożyłem. To nie był szczyt moich możliwości, ale nic więcej nie mogłem zrobić w tak krótkim czasie. Gliniarz i tak będzie miał szramy na szyi.

Dziewczyna huknęła o ścianę i spadła na podłogę. Z braku czasu ładunek wyszedł bardzo rozproszony i Zimmerowi też się oberwało. Upadłna podłogę korytarza, co skwitował krótką serią soczystych bluzgów. Panienka zerwała się z krzykiem i śmignęła do drzwi w głębi pomieszczenia zanim zdarzyłem zareagować.

Z łazienki wydobył się jakieś metaliczny zgrzyt. Chłopak jęknął. Leżał na plecach i oddychał szybko. Ktoś zrobił mu, delikatnie to ujmując, niezłe świństwo. Stworzenie potomka zanim jego ciało przejdzie okres dojrzewania to największa zbrodnia, jaką może popełnić dorosły enbiot. Zwykle karana ostateczną śmiercią. Zmieniłem magazynek na eksplodujące pociski i wycelowałem w głowę dzieciaka. Jego twarz powoli przybierała oryginalny wygląd, mięśnie poruszały się niczym podskórne robaki. Rany próbowały się zabliźniać, ale stracił za dużo krwi. Enbiot pracował z całej siły i brzegi ran zdołały połączyć się cieniutkimi pasemkami tkanek. Gdyby miał kilka godzin spokoju i jakieś pożywienie, pewnie by się z tego wylizał. Nie zamierzałem dawać mu tyle czasu. Poza tym, miałem w łazience drugiego enbiota.

Pocisk trafił w oko i eksplodował głęboko w czaszce, tworząc krwisty wachlarz na podłodze. Ostanie, żałosne szczątki psionicznej emanacji szarpnęły gwałtownie moją blokadą, po czym znikły. Co to było? Żal? Strach?

– Co ty kurwa robisz?! Nie ruszaj się! – Zimmer przypomniał sobie po co tu przyszedł i mierzył do mnie z FNFAL’a. – Jesteś aresztowany!

– Za co? – Ruszyłem do łazienki, ignorując wycelowany karabin.

– Za zabójstwo, nielegalne posiadanie broni, użycie broni na terenie stacji orbitalnej i włamanie – wyliczał.

W łazience śmierdziało zgnilizną. Wąskie i ciasne pomieszczenie było opustoszałe. Klapa pionu sanitarnego prowadzącego tuż obok prysznica była wyłamana. Obejrzałem wejście do kanału. Nie zamierzałem się tam pchać. Za wąsko dla mnie.

– Gdzie to prowadzi?

– Nie mam pojęcia. To pierdolony labirynt. Rzuć broń i połóż się na ziemi! – Zimmer nie dawał za wygraną.

– Szara! – Uruchomiłem komunikator za uchem i poczekałem na sygnał oznaczający połączenie. – Szara, odszukaj w bazach stacji plany sytemu kanałów technicznych. Sprawdź, czy są tam jakieś aktywne czujniki i daj mi odczyt.

– To hacking Motoya, też karalne. Dwa do czterech lat – odezwał się komisarz.

– Dobrze. W takim wypadku niech ktoś od was poda mi te dane.

– To może potrwać – wycedził. Minę miał nie tęgą. – Powiedziałem, że jesteś aresztowany!

– Pierdol się, panie komisarzu! – Zaczynał mnie irytować. – Masz na stacji nielegalnego odrodzonego, który może narobić niezłego bałaganu.

– Poradzę sobie.

– Aha, właśnie widziałem. Świetnie ci poszło z tą dziewczyną.

Policjant stał z uniesioną bronią i zaciętym wyrazem twarzy. Jak ma strzelić, zrobi to teraz albo wcale. Nie zwracając na niego uwagi, schowałem pistolet do kabury. Zimmer dokończył wewnętrzną walkę i opuścił lufę. Zajrzał do łazienki, omiatając wzrokiem ciasne pomieszczenie.

–To były enbioty? – zmienił ton, zaglądając do kanału.

Spojrzałem na niego uważnie. Nie każdy potrafi odróżnić enbiota od zwykłych modyfikacji bojowych.

– Pomioty – sprostowałem.

Przyszła transmisja od Szarej. Szkła kontaktowe pokazały plan stacji ze błękitną ikoną mojej pozycji. Kilka segmentów dalej szkarałatne kropki migały w miejscach, gdzie czujniki w kanałach rejestrowały ruch. Zdjąłem blokadę i sięgnąłem w tym kierunku. Wyczułem nieregularne fale strachu bijące od dziewczyny i coś jeszcze. Zanim zdążyłem się temu przyjrzeć, na wszystko spadła ciemna zasłona.

– A co za różnica? Hej! Słuchasz mnie? – powtórzył pytanie Zimmer. Musiałem na chwilę się wyłączyć.

– Istotna. – Odwróciłem się do drzwi, przechodząc obok gliniarza. – Pomiot powstaje, kiedy enbiot spartaczy sprawę i źle dobierze potomka. Kiedy nie ma odpowiedniej zgodności genowej albo organizm jest zbyt młody, zachodzi częściowe odrodzenie. Niestety, potomek jest za słaby, żeby się kontrolować i mu odwala.

– Da się to jakoś zatrzymać?

– Tak. Kula sporego kalibru. Dobrze wymierzona w łeb.

– Zaraz, zaraz… – Spojrzał na mnie spode łba. – Motoya, chcesz mi powiedzieć, że jeden z waszych złamał warunki traktatu i na terenie Unii próbował dokonać rekrutacji?

– To jakiś renegat działający na własną rękę. – Przeszedłem przez pokój i zapaliłem światło.

– Chuj mnie to obchodzi! – Wściekł się. – Legalny czy nielegalny. Co to ma za znaczenie. Jakiś psychol biega po stacji i przemienia ludzi w pierdolone potwory. W tym tygodniu, oprócz tej dwójki, miałem cztery zaginięcia. Rozumiesz!? Same nastolatki. Wiesz, co będzie, jak sprawa wyjdzie na jaw? Kto opanuję tę panikę? Razem z celnikami mam dwudziestu ludzi. Większość z nich narobi w gacie na sam widok pomiota.

– Dlatego ja się tym zajmę.

Wyszedłem z ciasnej łazienki. W salonie unosił się intensywny zapach spalenizny. Zapach martwego enbiota. Chude ciało chłopka skurczyło się jeszcze bardziej, promieniując wyczuwalnym gorącem. Skórę pokrywał czarny nalot martwych komórek. Po definitywnej śmierci nosiciela nanobiotyczne komórki rozkładały ciało do konsystencji kupki czarnego popiołu.

– No to po dowodach – mruknął niezbyt przejęty Zimmer.

Do salonu przylegało jeszcze jedno pomieszczenie, zapewne sypialnia. Drzwi były lekko uchylone. Powoli zajrzałem do środka. Zapaliłem światło.

– Komisarzu.

Zimmer zerknął do zza mojego ramienia i zbladł wyraźnie. W szeroko otwartych oczach policjanta pojawił się szok, który znikł po chwili zastąpiony twardym spojrzeniem profesjonalisty.

Na zbryzganym krwią łóżku, w oparach krwi i nieczystości leżały zmasakrowane zwłoki kobiety i mężczyzny. Rodzice, pierwsze ofiary głodnych pomiotów.

Rozejrzałem się wokół. Wbudowana w ścianę szafa, mały stolik, fotel, kilka szafek z bibelotami, jakieś zdjęcia.

– Możesz stąd wyjść? – warknął Zimmer. – Zacierasz ślady na miejscu zbrodni.

– Masz jakieś wątpliwości co do sprawcy?

Nie odpowiedział. Przez komunikator wydawał jakieś polecenia.

Przeglądałem ułożone z chronologiczną starannością zdjęcia. Rodzice z maluchami, urodziny, zakończenie szkoły. Chwyciłem drukowaną fotografię, na której roześmiana dziewczyna stała na ulicy jakiegoś miasta. Tej rodziny już nie ma. Jej funkcjonowanie zostało zakończone bezwzględnym aktem przemiany, bez oglądania się na konsekwencje jakie ze sobą niesie.

Zgniotłem trzymane w ręku zdjęcie. Nie miałem tu nic więcej do roboty. Wyszedłem na korytarz. Zimmer przewiesił karabin przez ramię i wyszedł za mną. Obmacałem kieszenie w poszukiwaniu nieistniejących papierosów i wrzuciłem pomięta kulkę miękkiego plastiku do kieszeni.

– Moi ludzie zaraz tu będą. Zamkniemy ten poziom. – Policjant schował komunikator do kabury przy pasie

– Jak chcesz. Pomiota już nie ma w tej sekcji.

– To co teraz?

– Teraz to idę po większy kaliber.

 

*

Orbitalna stacja tranzytowa „Celeste” została zaprojektowana przez biura bliżej nieznanej francuskiej spółki. Była też pierwszym i ostatnim ich projektem, jaki wyszedł do produkcji. Ze względu na konstrukcję o dużym stopniu skomplikowania i olbrzymie koszty eksploatacji na zakup planów zdecydowały się tylko trzy planety. Zakończona kulistymi aparaturami generatorów i anten oś stacji połączona była z pierścieniem mieszkalnym sześcioma wygiętymi na zewnątrz, gotyckimi pylonami. Do ich budowy zastosowano jakieś śnieżnobiałe kompozyty, co wraz ze specyficznym rozmieszczeniem paneli energetycznych sprawiało, że słonecznych promieniach stacja lśniła jak diament.

Z upływem czasu metal wyblakł niczym kości na pustyni, część ekranów została rozbita, a szósty dok w pierścieniu czerniał gigantyczną dziurą po eksplozji. A mogło być znacznie gorzej.

W założeniach konstrukcyjnych stacja była zasilana dwoma reaktorami osadzonymi na masywnej iglicy stanowiącej oś obrotu pierścienia. Miały one stanowić główne źródło energii dla systemów obronnych i sztucznej grawitacji, a ekrany solarne stanowiły alternatywę dla potrzeb bieżących. Cały system działał aż zabrakło techników starej daty, części zamienne doczekały się statusu białych kruków, a procedury bezpieczeństwa pokryły się kurzem zapomnienia. Wówczas jeden z reaktorów przegrzał się, powodując skażenie całej sekcji i w dość dramatycznych okolicznościach został wyrzucony w próżnię.

Na przestrzeni lat radiacja spadła, a kilku przedsiębiorczych panów, mając ciche poparcie rządowych oficjeli, zaadoptowało skażone pomieszczenia na prowizoryczne składy. Chronieni przez skorumpowanych polityków znaleźli idealne miejsce do prowadzenia niezbyt legalnych interesów.

Kiedy podzieliłem się z się Zimmerem danymi z czujników i swoimi przemyśleniami, humor popsuł mu się jeszcze bardziej, o ile to możliwe. Opowiedział o tajemniczych magazynach, których obecność miał ignorować ze względu na „pierdolone układziki”, a w których kilku cwaniaków dorabiało się fortuny na ludzkim nieszczęściu. Nie wiem, co do końca miał na myśli, ale dogadaliśmy się, że zamknie tymczasowo wszystkie przejścia na te poziomy, a ja pójdę się rozejrzeć.

Wyszedłem z windy, trzymając w ręku sześciostrzałowy granatnik Milkora. Znajomy ciężar monomiecza wsiał na plecach, a w kaburze pod pachą spał sobie Desert Eagle.

Zastanawiałem się, ile czasu zajmie przeszukanie całej sekcji, kiedy impuls znajomej osobowości nieśmiało zapukał o blokadę.

„O kurwa mać…” – Tylko tyle przyszło mi do głowy.

Liczyłem, że mogę spotkać kogoś silnego, ale jego się tu nie spodziewałem.

Opuściłem osłonę i ostrożnie zbadałem teren. Gdzieś w głębi pomieszczeń wyczułem kilka słabych obecności przesłoniętych psioniczną kurtyną. To może być on. Albo ktoś bardzo dobrze się pod niego podszywa.

Ruszyłem wzdłuż namalowanych na podłodze ciągów komunikacyjnych i bezbłędnie trafiłem na odpowiednie drzwi. Wszedłem do magazynu. W sporym przestrzeniu w kształcie wycinka koła upchnięto setki skrzyń i pojemników. Pod wysoko zawieszonym sufitem biegły pomosty techniczne i grube żyły okablowania. Nieliczne lampy, rozsiane po całym pomieszczaniu, dawały słabe, blade światło.

Siedział z założonymi nogami na stercie skrzyń. Za nim, falując lekko w półmroku, kołysały się rozłożyste czarne skrzydła. Ich lśniąca powierzchnia wychwytywała nieliczne refleksy światła. Był znacznie chudszy niż kiedy widziałem go ostatni raz. Długie przetłuszczone włosy okalały bladą twarz siwymi lokami. Albo to jedna z jego licznych iluzji, albo naprawdę się postarzał. Tylko głęboko osadzone oczy błyszczały tak samo, jak kiedyś.

– Cześć, braciszku – mruknął.

– Hej, Alex. Nieźle się trzymasz jak na trupa.

– Staram się dobrze odżywiać – zacytował puentę ze starego enbiockiego dowcipu. – I dużo ćwiczę.

– I tego wyrosły ci te skrzydła?

– Fajne, prawda? – Uśmiechnął się, rozkładając ma całą szerokość polimorficzny wytwór jego enbiota. Może to złudzenie, ale cień wokół jakby zgęstniał. – Nauczyłem się tego niedawno, ale do latania słabo się nadają.

Dawno już wyszliśmy poza ramy, w jakich można umieścić normalnych ludzi. Prawie dwieście lat temu zdarzenie zwane „Upadkiem” zmieniło cywilizację ludzi w dymiące cmentarzysko. Z pozostałych ruin wypełzła na świat garstka obdarzonych niezwykłymi zdolnościami psioników. Każdy z nas dostał od losu nową szansę, płacąc za to wysoką cenę części swojego człowieczeństwa. Nikt z nas nie był i nie mógł być przygotowany na to, co zafundował nam los. Pozostało tylko żyć z tym tak, jak można najlepiej. Niestety, sposób, w jaki robił to mój brat, absolutnie mi nie odpowiadał.

– Jak dla mnie, za bardzo melodramatyczne. – Wypuściłem szybki impuls w głąb pomieszczenia, wyczuwając poprzez ekran Alexa cztery inne obecności. – No i wyglądają na niewygodne. Będziesz robił dziury na plecach we wszystkich ubraniach?

– Masz rację, są mało praktyczne. Cały czas o coś zaczepiam – powiedział zmartwiony i zamachał, jakby na próbę, skrzydłami – ale innym się podobają. Prawda, Mira? Zakładam, że poznałeś już Mirę?

Z cienia skrzydeł Alexa wyłoniła się dziewczyna z mieszkania. Jej ramiona i palce wydłużyły się znacznie, zamieniając się w długie szpony. Twarz szpeciła szeroko otwarta paszcza z dwoma rzędami zębów, niczym u rekina. Wlepiła we mnie ziejące nienawiścią oczy. Z zakamarków magazynu wychodziły inne poprzekształcane nastolatki. Zimmer się ucieszy, znalazłam jego zaginionych.

Polimorf rozrastał się szybko, odciskając na ciałach swoje szalone piętno. Pazury, kły, zakończone kolcami macki. Cała gama naturalnych broni, które w swoim założeniu miały pomagać tylko w jednym. W zdobywaniu pożywienia. Kształtując ciała pomiotów, szczep działał według tego, co znalazł w ich niedojrzałych umysłach, czerpiąc przy okazji całymi garściami z dziecięcych lęków.

– Podejrzewałem cię o rożne zboczenia, Alex, ale skąd u ciebie te nagłe skłonności od dzieci? – Musiał być bardzo osłabiony po stworzeniu tylu potomków. Każdy z nich wymagał poświecenia przez niego części swojej krwi. – A konkretnie do pierdolenia im życia. Znasz takie określenie jak „zły dotyk”?

– Przynamniej ich nie morduję – powiedział spokojnie, głaszcząc dziewczynę po kasztanowych włosach.

– A ty dalej o tym?– zarzuciłem granatnik na ramię. Znów dopadła mnie ochota na papierosa. – Nie było innego wyjścia.

– To byli moi potomkowie.

– To gówniarze – stwierdziłem spokojnie – dla własnej przyjemności wyrżnęli trzecią część populacji miasta. Ktoś musiał poustawiać ich do pionu.

– Hipokryta… Nie pamiętasz, jak zabawiałeś się na Saksonii?

– Była wojna, jakbyś nie zauważył. – Mgliste i niezbyt przyjemne wspomnienia zalały obrazami moją głowę. Coś w środku przeciągnęło się leniwe wywołując nieprzyjemny dreszcz.

– Przyznaj, że ci się podobało – powiedział, jakby czytając w moich myślach. Na jego bladej twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. – Pamiętam, jak cię znalazłem, wyglądałeś na szczęśliwego.

– Spierdalaj. – Nie miałem ochoty rozmawiać o przykrych doświadczeniach mojego życia.

– Jesteś żałosny, braciszku. – Moja złość go rozbawiła. – Ja przynamniej akceptuję to, kim jestem, a ty dalej miotasz się bez sensu. Słyszałem, co robisz. Polujesz na naszych braci i potomków w nadziei na odkupienie winy. Jesteśmy drapieżnikami, bracie. Pogódź się z tym i ze swoim sumieniem, bo nikt inny nie da ci wybaczenia.

– Przynudzasz – odpowiedziałem z wykrzywiając w grymasie niesmaku twarz. – Znów wymyślasz sobie jakieś ideologie, a ty po prostu jesteś psycholem. Pierdolonym psycholem z manią wielkości. Spójrz na te dzieciaki, Alex. Mylisz, że dałeś im dar? Że jesteś ich zbawcą, jakimś mesjaszem nowego gatunku? Nie, ty po prostu spierdoliłeś im życie, redukując ich rozum do poziomu głodnego zwierzaka. I to ma być lepsze życie? Kierujesz się kaprysem, bierzesz, co ci się podoba i masz w dupie konsekwencje.

Zastanawiałem się, po co mu te nastoletnie aberracje. Mimo chaotycznej natury, mój brat nie był głupi i nie marnował okazji do powielenia swojego szczepu. Dzieciaki przeżyły transformację, więc były kompatybilne ze enbiotem. Dobry materiał na potomka spotykało się bardzo rzadko, a on zmarnował ten potencjał, dokonując zbyt szybkiej przemiany.

– Nie robię tego dla kaprysu. – Wstał ze skrzyni. – To cena, jaką płacę, aby iść do przodu. Nie jestem z niej dumny, ale nie mam wyboru. Ty, braciszku, stoisz w miejscu, grając rycerza w lśniącej zbroi, a ja walczę o życie. Taka jest między nami różnica. Ja jestem wilkiem, a ty psem pasterskim. A raczej pieskiem na posyłki. Miu dalej płaci twoje rachunki?

– Jakby nie Miu, gryzłbyś już ziemię.

– Albo byłbym zupełnie gdzie indziej – odpowiedział. – Zresztą nieważne. Dość tych pompatycznych gadek. Nie wiem, jak mnie znalazłeś, ale twoja obecność może skomplikować niektóre sprawy. Niestety, nie mogę na to pozwolić.

Ruszyli na mnie wszyscy razem.

Zbliżeniowy granat wystrzelony z Milikora rozerwał czterorękiego chłopaka o pajęczym wyglądzie, który miał pecha i wysunął się przed szereg. Alex uniósł się lekko w powietrze na szeroko rozpostartych skrzydłach, a w jego dłoniach zabłysły dwa plujące ogniem pistolety.

Pierwszy pocisk trafił w czoło i trąc o czaszkę, zdarł wielki kawał tkanki. Drugi wyszarpał kawał skóry z policzka. Kilka następnych zadudniło o baliflex, nie wyrządzając większej szkody poza niewielką irytacją z mojej strony. Dlatego właśnie do enbiotów się nie strzela z byle czego. Quasiinteligentny szczep nanoorganizmów, z jakim zostałem związany do końca życia, stanowił szczytowe osiągniecie przedupadkowej medycyny. Przez lata symbiozy wytrwale przekształcał ciało gospodarza tak, aby jak najlepiej chroniło obydwie formy życia. Kości wzmocnione opartymi na polimerowych związkach węgla włóknami, szybki jak błyskawica układ nerwowy bardziej podobny do organicznego komputera niż zwykłych tkanek, twarde jak skała półsyntetyczne mięśnie, wydajne organy wewnętrzne i wreszcie wytrzymałe, jak materiał balistyczny sploty skórne.

I coś jeszcze, z czym trzeba się urodzić, a co przyciąga enbioty jak ćmy do ognia.

Psionika.

Zanim doleciała reszta pocisków, zdążyłem postawić telekinetyczną barierę. Kule odbiły się od pola, rykoszetując z wizgiem. Uzbrojony we wyrastające z pleców macki chłopak uderzył w falującą niczym rozgrzane powietrze osłonę i rąbnął o podłogę. Reszta pomiotów, nie wyciągając żadnych wniosków z poczynań kolegi, uderzyła za poprzednikiem i podobijała się jak gumowe piłeczki. Pole nie stanowi twardej niczym ściana osłony absorbującej energię, tylko raczej odchyla wektor siły w innym kierunku.

Wyciągnąłem miecz. Alex uśmiechnął się krzywo, odrzucając bezużyteczne pistolety.

Uff. Rzeczywiście ćwiczył.

Wyzwolona przez niego siła psionicznego ciosu zmiotła osłonę jednym uderzeniem, kiedy na mój układ nerwowy spadła gęsta sieć mikroskopijnych wyładowań elektrycznych, wbijając bolesną igłę w każdą możliwą końcówkę neuralną. Pociemniało mi przed oczami i tylko siłą woli utrzymałem się na nogach.

Zanim się pozbierałem, wokół zaroiło się szarpiących i gryzących pomiotów. Wspomagany telekinezą odbiłem się od podłoża i wyskoczyłem w górę. Wykonując pół śruby w powietrzu, wypaliłem granat pod siebie. Pocisk z mokrym klaśnięciem wbił się w ciało jakiejś nastolatki i eksplodował, rozrzucając wokół krwawe szczątki. Siła wybuchu wprasowała pomioty w okoliczne sterty skrzyń. Piętrowe stosy pojemników przechyliły się i runęły z przeraźliwym zgrzytem.

Niesiony falą uderzeniową eksplozji i drobnymi impulsami telekinezy obróciłem się i wycelowałem w Alexa. Zanim zdarzyłem pociągnąć za spust, zrobił błyskawiczny unik i pokrył iluzją, rozpływając się w powietrzu. Wylądowałem na podłodze i wystrzeliłem na ślepo dwa pociski w skrzynię. Fruwające plastikowe drzazgi i odłamki metalu powbijały się w niewidzialne ciało, uwypuklając zarys sylwetki.

Mam cię.

Kolczasta macka owinęła się wokół lufy, zmieniając tor lotu pocisku przeznaczonego dla Alexa. Granat eksplodował, uderzając w sufit pomieszczenia. Ciąłem mieczem w mackę, uwalniając lufę, kiedy coś zwaliło mi się na plecy. Mira, jak sądzę. Stanąłem na szeroko rozstawionych nogach, z trudem utrzymując równowagę. Ostre jak brzytwa zęby wbiły się w biceps, przebijając skórę i blokując w ramię z mieczem.

Ulubione noże Alexa błysnęły, pojawiając się razem z ich właścicielem. Jeden zablokowałem uwolnionym granatnikiem, drugi, zgrzytając o kość, przebił na wylot lewe udo. Mimo buzującej w żyłach bojowej chemii, poczułem palący ból. Broń biała jest o wiele bardziej skuteczna w starciach z enbiotami niż kule, ze względu na mniejszą powierzchnię cięcia, do której przykłada się siła. To zupełnie tak samo, jak z kewlarową kamizelką. Łatwiej przebijesz ją, zadając cios nożem niż wstrzelonym pociskiem.

Braciszek przywarł do mnie, próbując uwolnić zablokowany nóż, a drugi przekręcił w ranie, powodując kolejną falę bólu. Spojrzałem mu w oczy, odchyliłem głowę i uderzyłem z całej siły.

Zadziałało. Oszołomiony ciosem cofnął się kilka kroków, wyrywając ostrze z rany. Z satysfakcją odnotowałem, jak gwałtowny strumień krwi zalewa dolną część jego twarzy.

Krzyżówka krakena z chłopcem nie dawała za wygraną i następna macka chwyciła mnie za kostkę, mocno pociągając. Tracąc równowagę, upadłem na plecy, przygniatając dziewczynę. Alex doszedł do siebie i rzucił się do przodu, celując nożami w mój korpus. Podkuliłem nogi, wyprowadzając z obydwu nóg potężne kopnięcie. Poczułem pod stopami chrupnięcie w jego wątłej klatce i poleciał parę metrów do tyłu. Najszybciej jak mogłem, wystrzeliłem granat.

Osłonił się szerokim, czarnym skrzydłem.

Sprytne. Wyhodował sobie wzmocnione włóknami węglowymi osłony. Filigranowe i kruche na pierwszy rzut oka skrzydło, zwinęło się jak przypalony liść, przejmując impet eksplozji. Obłok dymu rozwiał się po chwili, ukazując połamany kikut.

– Auuuuć… – jęknął ruszając nadwyrężonym barkiem. – To teraz ja.

Zanim zdarzyłem cokolwiek zrobić, drugie uderzenie psioniczne wysłało mnie w podróż na przeciwną stronę pomieszczenia. Tym razem do telepatycznej masakry nerwów dorzucił kinetyczne pchnięcie. Całe szczęście gwałtowne szarpnięcie uwolniło mojej kostkę od macki i uciążliwej szczeki wgryzającej się w ramię. Poprzez wycie przeciążanych nerwów poczułem jak uderzam plecami w stertę skrzyń. Jakiś ostry odłamek przebił się przez baliflex zgrzytając nieprzyjemnie o kręgosłup. Skąd u niego ta siła? Po stworzeniu tylu pomiotów powinien być osłabiony przez wiele dni.

Wbiłem miecz w podłogę, oparłem na nim rękę i podniosłem się ciężko, walcząc z latającymi przed oczami czerwonymi plamami. Na pojemniki po lewej wskoczyła Mira, po drugiej stronie pojawił się mackowaty. Alex szedł do mnie niespiesznie korytarzem między skrzyniami, trzymając srebrzyste kukri w dłoniach. Te ciężkie, zakrzywione noże Ghurków to jego ulubiona broń odkąd pamiętam. Wycelowałem granatnik.

Klik.

Koniec amunicji. Co ze mnie za amator. Alex policzył pociski, a ja nie. Stąd jego spokój. Uśmiechnął się tryumfalnie, jakby czytając w moich myślach.

Tym razem ja mu przywaliłem. Miałem czas na koncentrację i przywaliłem mu ile fabryka dała. Wirująca kula telekinetycznej energii dopadła go w połowie uniku, poderwała do góry i wyrżnęła o zawieszone pod sufitem pomosty techniczne. Zrywając okablowanie, zawisł na splątanych przewodach niczym zaplątany w sieciach ptak.

– Ja też ćwiczyłem, palancie.

Pomioty spojrzały ze zdumnieniem na swojego tatusia. Dziewczyna zadziałała pierwsza. Wbiła we mnie piekący od nienawiści wzrok i wrzasnęła ogłuszająco.

Coś tym wrzaskiem było nie tak.

Kawałki skrzyń uniosły się i zawirowały, a powietrze zaczęło drgać z jakąś dziwną amplitudą, powodując nieprzyjemne uczucie w błędniku. Imponujące. Połączyła soniczną falę z telekinetycznym atakiem. To byłby niezły potomek.

Nie czekałam, jak to się rozwinie i rzuciłem jakimś metalowym śmieciem z rozbitej skrzyni. Odłamek uderzył gówniarę w twarz, strącając ze sterty pojemników.

Jedna z zakończonych kolcem macek wystrzeliła z szybkością pocisku, przebijając baliflex w okolicach brzucha. Dwie pozostałe chwyciły za rękę z mieczem. Chłopak wrzasnął dziko i pociągnął. Bez skutku.

– Nie tym razem, koleś.

Zebrałem macki w dłoń i szarpnąłem z całych sił. Ciało nastolatka przeleciało szerokim lukiem i spadło na podłogę tuż obok moich stóp. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, uderzyłem w szyję ostrzonym molekularnie mieczem, oddzielając z chirurgiczną precyzją głowę od ciała.

Rozejrzałem się wokół. Żadnego śladu dziewczyny. Alex wygramolił się z kabli i zeskoczył miękko na ziemię. Kikut skrzydła jeszcze dymił po ostrzale z granatnika, z drugiego sterczały kawałki drutów i metalowe drzazgi z pomostu. Poruszył głową i coś mu strzeliło karku. Wykrzywił twarz wściekłym grymasie i poczułem nacisk na blokadę. Wokół niego pojawiało się kilku nowych Alexów o równie paskudnych mordach. Wszyscy oni identycznym ruchem zakręcili nożami młynka i ruszyli do przodu.

Prawą ręką uniosłem poziomo miecz i uwolniłem mononoż z lewego rękawa.

Druga runda.

 

*

Właz do kapsuły ratunkowej zamknął się o sekundę za szybko. Z impetem wpadłem na zimne, metalowe drzwi. Przez małe okienko zajrzałem do wnętrza. Alex stał skulony, opierając się o konsolę sterowniczą. Z pleców wystawały połamane i napalone kikuty skrzydeł, wokół bosych stóp zbierała się kałuża kapiącej krwi. Rąbnąłem rękojeścią miecza w szybkę. Równie dobrze mógłbym walić głową mur, na powierzchni pojawiało się mikroskopijnie zarysowanie. Pancerne, kompozytowe szkło wytrzymywało przeciążenia, jakie towarzyszą wejściu kapsuł w atmosferę.

Alex wyszczerzył w uśmiechu umazane we krwi zęby, uniósł rękę i pokazał mi środkowy palec. Drugą ręką coś przełączył.

Sukinsyn.

Ruszyłem do najbliższej grodzi. Zawyła syrena, a wokół zamigały światła alarmowe. Kapsuła odpaliła w momencie, kiedy mijałem linię futryny. Potworny huk i gazy startowe wypełniły korytarz, a sekundę potem potężna implozja wyssała całe powietrze w próżnię. Strzeliłem ręką w przełącznik zamka, odcinając rozszczelnioną sekcję od reszty stacji.

Ciężko opadłem na kolana, mroczki przed oczami ściągnęły mnie w bok i położyłem się na podłodze. Czułem, jak życie ze mnie ucieka na zimne blachy korytarza. Dziesiątki pulsujących szram i blizn swędziało nieznośnie od procesu regeneracji. Enbiot pracował na najwyższych obrotach, używając czego się da do załatania dziur po spotkaniu z atakującymi ze śmiertelną precyzją nożami mojego brata. Z drugiej strony, to on też nieźle dostał. Do pewnego momentu nawet dobrze sobie radził, ale to mój szczep miał etykietkę bojową. Jego udoskonalenia mają pomagać w infiltracji, a to, co ja noszę w sobie, to maszyna do zabijania. Skutek tego starcia był łatwy do przewidzenia.

„No i co z tego, jak ci uciekł, cwaniaczku.”

Kapsuła z Alexem na pokładzie leciała teraz ku powierzchni planety.

Z jękiem bólu przekręciłem się na plecy. Krew wylewała się ze mnie zgodnie z rytmem tętna i gęstniała błyskawicznie do konsystencji kleju zalewającego uszkodzone tkanki. Poczułem głód. Enbiot zużył już wszelkie dostępne zasoby do regeneracji uszkodzeń. Domagał się więcej. Gdzieś głęboko w środku enbiotyczna bestia podniosła łeb i zawyła z niepokojem. Ona nie chce umierać.

A ja chcę papierosa. I gorzały. Dużo gorzały.

Drzwi windy syknęły. Z wnętrza wyszło dwóch ludzi uzbrojonych w pistolety. Emblematy na rękawach wskazywały na gliniarzy od Zimmera.

Kurwa mać, nie teraz.

Bestia oblizała się i zamruczała z dziką przyjemnością.

 

*

Posprzątanie bałaganu po bijatyce w magazynach zajęło mi cały dzień. Komisarz Zimmer nie robił zbytnich problemów, ale widziałem jego krytyczne spojrzenia podczas oględzin kilku charakterystycznych kupek popiołu na podłodze magazynu. Wydarzenie sklasyfikowano w raporcie jako wybuch łatwopalnych substancji, nielegalnie przetrzymywanych, w nielegalnym magazynie, przez nielegalnie działającą firmę transportową (w domyśle czytaj „Przemytnicy”). Nieznani sprawcy po spowodowaniu eksplozji samowolnie odpalili jedną z kapsuł ratunkowych, uciekając na powierzchnię planety.

Wyliczenie trajektorii przelotu kapsuły nie stanowiło dla Szarej najmniejszego problemu. Problemem było lądownie w tym rejonie. To nie było dokowanie w próżni pod czujnym okiem automatyki stacji. Wejście w atmosferę, nawet w tak cienką jak Beneluxu, to nie był manewr na moje siły, a nie chciałem polegać na Szarej. W wyniku pewnej potyczki jej system decyzyjny doznał jakiś niediagnozowalnych usterek i od tamtej pory miała tendencję do szarżowania. Po kilku karkołomnych przejażdżkach, które mi zafundowała, nie ufałem jej zdolnościom pilotażu bardziej niż swoim, ale teraz nie miałem wyjścia. Klnąc w myślach, wydałem jej polecenie.

Kląłem też podczas ostrego wchodzenia w atmosferę i jeszcze głośniej podczas zbyt szybkiego, jak na moje standardy, opadania ku powierzchni planety zakończonego twardym lądowaniem w tumanach kurzu.

Obły, poprzepalany miejscami przejściem przez atmosferę, lądownik leżał zaryty w wielkiej wydmie. Czarna, wypełniona płatami stopionego piasku bruzda po uderzeniu ciągnęła się przez kilkaset metrów, wyczuwalnie promieniując ciepłem. Wspiąłem się na pancerz z mieczem w dłoni i przez wyrwany właz zajrzałem do środka. Po obecności Alexa została tylko zakrwawiona tapicerka fotela akceleracyjnego i ślady stóp biegnące gdzieś między wydmy.

Nic tu po mnie.

Nie wyglądało to dobrze. Zabrał ze sobą zestaw ratunkowy z kapsuły i miał dzień przewagi. Jeśli dotrze do zamieszkanej okolicy, mogę już go nigdy nie znaleźć. W terenie też nic nie zdziałam. Jak tylko zauważy „Wilczycę”, ukryje się korzystając z mimikry enbiota, a ja nie dam rady go wykryć za pomocą psioniki. Mój talent zorientowany był na telekinezę, jego na telepatię. Nie przebiję się przez blokady.

Wróciłem na statek po kilka granatów fosforowych. Lepiej, żeby nikt nie badał śladów biologicznych po Alexie. W szybko zapadających ciemnościach wskoczyłem na pancerz i wrzuciłem do środka ładunek.

Wchodząc po trapie do wnętrza tylnej ładowni „Wilczycy”, słyszałem huk odpalanych czasowo zapalników.

– Szara! – Projekcja wilka pojawiała się tuż obok. – Zabierz statek na niską orbitę i przeskakuj okolicę. Potem prześlij mi dane.

Zaskamlała z zachwytu, po czym znikła wraz z dźwiękiem podnoszącego się trapu i wizgiem odpalanych silników. Wyobraziłem sobie widok z zewnątrz. Smukły, pokryty ciemnym, pochłaniającym sygnały materiałem kadłub podrywa się z gracją i zataczając karkołomne pętle wzlatuje w chmury. Zgrzytnąłem zębami prawie powalony przez przeciążenia, które ledwo co kompensowały systemu statku. Trzymając się ściany, dotarłem do kanapy w mesie i opadłem na miękkie poduszki. Nie mam po co iść do kokpitu, szkoda moich nerwów. Rozsiadałem się wygodnie i włączyłem wbudowany w stolik projektor 3D.

Kilka minut po osiągnięciu odpowiedniego pułapu Szara skończyła skany. Szlak wyznaczony przez ślady stóp urywał się w miejscu, gdzie piaszczysta pustynia przeszła w bardziej skalisty teren i w prostej linii biegł w kierunku jednego z osiedli-habitatów rozsianych po powierzchni planety. Sprawdziłem dane z mapami i oparłem się głębiej na poduszkach.

Z kieszeni płaszcza wyciągnąłem pomięte zdjęcie ,które przez przypadek zabrałem z mieszkania na stacji. Odwróciłem i przeczytałem odręczny podpis. Słaby to trop, ale nie miałem nic lepszego

 

*

Ogień w zapaliczce zafurkotał szaleńczo i zgasł. Co mnie podkusiło, żeby zabierać ze sobą ten gazowy antyk. Odwróciłem się tyłem do podmuchów zimnego, porywistego wiatru i spróbowałem ponownie, osłaniając płomyk połą płaszcza. Odpaliłem papierosa. Zaciągnąłem się głęboko zawiesistym dymem, czując w ustach smak nieznanej mi mieszanki. Mimo iż wypaliłem już pół paczki, to dalej nie mogłem przyzwyczaić się do tego dziwnego smaku. Nie było w tym ani śladu klasycznego ziemskiego tytoniu. Coś z miejscowego asortymentu, jakieś egzotyczne porosty, może grzyby. Cholera wie.

Fajki były pierwszym asortymentem, jaki zwrócił moją uwagę w składzie celnym portu kosmicznego Dimburg. Sprzedawca zapewniał, że to towar pierwsza klasa i po kilku minutach wali w łeb jak kafar. Gówno mnie to obchodziło. Jestem odporny na takie syfy i cholernie chciało mi się palić. Taki mały nałóg, z którym zaprzyjaźniłem się wieki temu. I dobrze. Na raka płuc i tak nie umrę.

Ciemność wokół gęstniała coraz bardziej. Czujniki zmierzchu uruchomiły oświetlenie nielicznych latarni. Światło sodowych lamp wydobyło z mroku ściany gigantycznych kopuł mieszkalnych. Pompowane z presuglasu, półkuliste habitaty wyrastały w równych rzędach z dna kotliny. Położony na dnie wielkiego krateru Dimburg był największą aglomeracją na Beneluxie i wszystko wskazywało, że to właśnie cel wędrówki Alexa. Na okolicznych pustkowiach nie miałem czego szukać. Ściągnąłem „Wilczycę” z niskiej orbity i zaparkowałem statek w porcie.

Fajek, tak jak i te poprzednie, irytująco nie chciał się palić. Zbyt mała ilość tlenu w powietrzu. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Piasek i kamyki chrzęściły pod butami, kiedy mijałem sterty zużytych pojemników, hałdy starych kontenerów transportowych i pordzewiałe elementy niezidentyfikowanych urządzeń. Leżały porozrzucane wokół niczym nadtrawione kawały żarcia, wyrzygane przez ciasnotę wnętrza górniczych habitatów.

Szedłem niespiesznie w kierunku wejścia do sekcji „5C”, jak głosił znak na poboczu ubitej drogi. Przy wrotach transportowych zauważyłem otulone białym światłem samotnej lampy ludzkie sylwetki. Dopaliłem papierosa i włożyłem rurki oddycharki do nosa. Podczas pierwszego lądowania nie zwróciłem na to uwagi, bo enbiot samodzielnie przestawił organizm i skorygował zapotrzebowanie na tlen. W rzeczywistości jego zawartość w atmosferze była tak niska, że „normalni” ludzie, aby poruszać się poza zamkniętymi kopułami, potrzebowali dodatkowego wspomagania.

Przed szeroką śluzą stało dwóch strażników. Popatrzyli na mnie podejrzliwie. Może ten spacer to nie był jednak dobry pomysł, ale chcąc uniknąć powtórnej wizyty na komisariacie z powodu cesarskich papierów, nie miałem innego wyjścia. Na Benelux dotarły informacje o lądowaniu skradzionej ze stacji kapsuły ratunkowej z „przemytnikami” na pokładzie i władze zarządziły dodatkowe kontrole przy newralgicznych punktach. Dotyczyło to również środków masowego transportu. Miejscowi używają podziemnej sieci kolejek magnetycznych, a nie szwędają się po nocy na otwartym terenie. Nikt normalny nie decydował się na spacery po powierzchni bez wyraźnej potrzeby.

Niedokończony proces terraformacji stworzył środowisko, które nie rozpieszczało. Jeszcze przed „Upadkiem” korporacje postanowiły, aby ten bogaty w złoża kolorowych metali kawał skały otulić cieniutką kołderką atmosfery. Za czasów Ligi mało kto liczył się z kosztami, więc jakiś prezes wymyślił sobie, że tlenowa atmosfera zagwarantuje większe bezpieczeństwo i tempo wydobycia.

W naturalnej, silnie zapylonej atmosferze planety rozsiano megatony genetycznie modyfikowanych porostów, które w błyskawicznym tempie zaczęły pożerać dwutlenek węgla, przerabiając go na związki tlenu. Na orbitę ściągnięto bryły kosmicznego lodu, niekiedy wielkości ziemskich gór, które miały wejść pod odpowiednim kątem w atmosferę i wyparować, wzbogacając olbrzymimi ilościami wody skromne zasoby planety. Wszytko szło świetnie do momentu, kiedy zabrakło pieniędzy.

Lodowe skały zostały na orbicie, tworząc szeroki, malowniczy pas w okolicach równika nazywany przez miejscowych pilotów „kolczatką”. Poruszające się w trudnym do przewidzenia kierunku kawały zamrożonej wody nie wzbudzały sympatii wśród nawigatorów i właścicieli pompowanych z presuglasu kopuł mieszkalnych, na które od czasu do czasu spadał lodowy gruz. Wyjątkowo szczęśliwie, mały kąty nachylenia osi planety oraz tor obiegu gwiazdy w odpowiedniej dla ludzi sferze habitacji sprawiał, że temperatura i grawitacja były znośne, a zimny klimat boleśnie wręcz nudny, jeśli nie liczyć trwających po kilka dni burz piaskowych.

Strażnik ze znudzonym wyrazem twarzy zaszwargotał coś w miejscowym dialekcie. Rozłożyłem bezradnie ręce. Drugi, mimo pozornego braku zainteresowania, przypatrywał się uważnie. Całe szczęście, obszerny płaszcz dostatecznie maskował kabury, chociaż z tego, co zauważyłem, broń w tych okolicach nie była czymś niespotykanym.

Ten gadatliwy podszedł bliżej. Przez filtry oddycharki poczułem jego dawno nie prane ciuchy. Jak będzie chciał mnie przeszukać, to przysięgam, że dam w pysk. Wyciągnąłem z kieszeni plik banknotów wymienionych jeszcze na stacji i odliczyłem sto czegoś-tam miejscowej waluty.

Na widok gotówki na zakazaną gębę wskoczył uśmiech, który każde dziecko zmusiłby do płaczu. Łapówka zniknęła w kieszeni, a wrota mruknęły odgłosem siłowników, odsłaniając prowadzącą w dół rampę dla ciężarówek.

Informacje, które wyszperała Szara z lokalnej Sieci, dawały dość mglisty obraz tego miejsca. W oficjalnych rejestrach kolonii habitat spełniał funkcje: „tymczasowego osiedla dla nowych kolonistów” mającego w przewodniku status „podwyższonego ryzyka”, czyli wchodzisz na własną odpowiedzialność.

Pod presuglasową kopułą o powierzchni dwóch kilometrów kwadratowych stały upchnięte bloki mieszkalne. Upływający czas i rozrastającą się populacja spowodowały naturalną ewolucję tych szarych, betonowych budynków w wielkie kolorowe grzyby z nieforemnymi czapami nadbudówek. Najwyższe konstrukcje prawie dotykały sufitu. Między grzybami rozpięta była misterna sieć kładek, lin i przewodów, lśniąc światłami w na tle nocnego nieba.

W odróżnieniu od innych osiedli zamieszkiwanych przez porządnych i uczciwie pracujących obywateli, tworzących Republikę Beneluxu, „cepiątkę” zamieszkiwały elementy nieprzystosowane społecznie lub po prostu niewygodne dla władzy. Szumowiny, krótko mówiąc. Tutejszy rząd wyszedł z założenia, że jeżeli ktoś ma sprawiać problemy, już lepiej trzymać wszystkich w jednym miejscu i co jakiś czas wzbogacał mieszankę nową dostawą indywiduów.

Poruszałem się ulica pełną śmierdzących spelun i równie brudnych dziwek. Czuć było, że woda to towar deficytowy. Klientelę stanowili mniej zamożni pracownicy hut i kopalni. Miejscowi nie byli wybredni, butelka samogonu i duże, ciepłe cycki, do których można się przytulić, to w tych stronach naprawdę wysoki standard. Mijałem stargany pełne podejrzanych kulinarnie przekąsek i równie podejrzanych towarów. Wśród potraw dominowały wariacje na temat glonowej papki białkowej z racji swojego wyglądu zwanej „kupą”, a w wśród towarów „luksusowych” – narkotykowa kontrabanda.

Stosowane na tutejszej ulicy techniki marketingowe ograniczały się do mało wyrafinowanych formułek wykrzykiwanych przez miejscowych handlarzy. Tłum odpowiadał jazgotem pijackich przyśpiewek i głośnych rozmów. Rzeka ludzi toczyła się ulicą w poszukiwaniu alkoholu i jedzenia, wlewając się do okolicznych barów.

Każde miasto ma swój rytm i to nie było wyjątkiem. Po pierwszej fali ulice lekko opustoszały, a masy ludzi zastąpiły podchmielone grupki spragnionych wrażeń amatorów nocnego życia, sztuczny entuzjazm handlarzy też wyraźnie zmalał. Na panelach informacyjnych pojawiły się komunikaty o ograniczeniach w dostawie energii. Uliczne światła przygasły, a na przeźroczystym presuglasowym suficie pojawiły się gwiazdy przyciemnione wcześniej uliczną iluminacją.

Stałem przed knajpą oznaczona neonem z chińskimi znakami. Nad wejściem wisiał, wyszczerzając kły i pazury, wielki, tandetny, plastikowy smok. Skąd oni wytrzasnęli tę maszkarę? Z wnętrza baru dudniły elektroniczne rytmy, wypełniając ulicę przytłumionym łoskotem.

Z kieszeni wyciągnąłem zmięte zdjęcie. To tutaj.

Lokal zapełniony był do połowy. Kilku naćpanych małolatów kiwało się lunatycznie na parkiecie razem z holograficznymi tancerkami go-go. Bar okupowała grupa prostytutek przyczepiona do ponurych azjatów w tandetnych garniturach. Jaka planeta, taka triada. Banda Chińczyków jak na komendę odwróciła głowy i wlepiła we mnie mętny wzrok. Mogłem dosłownie usłyszeć, jak ich zapijaczone mózgi przesuwają tryby, analizując sytuację. Chyba doszli do wniosku, że samotny białas nie jest wart zachodu i wrócili do obmacywania dziwek. I dobrze. Nie miałem ochoty na rozróbę, chciałem się po prostu napić.

Zdecydowałem się na stolik, wolne miejsce z niezłym widokiem na salę i siedzeniami ze śliskiej imitacji skórzanej tapicerki. Opuściłem osłonę i wysondowałem salę.

Żadnych psioników. Byłem ciekaw, jaki będzie jego następny krok. Pozbawiałem go potomków, okaleczyłem, a teraz wiedziałem, czego szuka.

Twój ruch, bracie.

Do stolika podeszła kelnerka, młoda dziewczyna o ślicznym uśmiechu i kasztanowych włosach spiętych w kucyk. Krytycznym wzorkiem obrzuciła moje znoszone ubranie i ogorzałą glebę z dwutygodniowym zarostem. Obrazu podejrzanego włóczęgi dopełniały potargane włosy, których nie obcinałem od kilku miesięcy.

– Co podać? – zapytała po angielsku dźwięcznym głosem. Zamówiłem butelkę miejscowego odpowiednika wódki.

 

*

– Wolne?

Miałem już trochę w czubie, jak ktoś stanął przy stoliku. Było trochę przed świtem. Lokal wyraźnie się wyludnił, muzyka przycichła, a rozmowy Azjatów przy barze stały się mniej głośnie, za to bardziej bełkotliwe. Spojrzałem do góry, przez zasłonę z dymu papierosowego na zmęczoną twarz Zimmera. Chyba znów go nie doceniłem.

Komisarz zamiast policyjnego munduru miał wojskową kurtkę. Pod nią rysowały się obłe kształty pancerza szturmowego. Takiego z lekkich polimerów, model Falkirk. Z kabury na udzie wystawała kolba Glocka, a w ręku trzymał pusty kieliszek.

– Ta… – Nogą odsunąłem krzesełko. – Proszę.

Siadł i polał sobie samogonu aż po brzegi kieliszka. Wypił na jeden strzał. Skrzywił się i odkaszlnął.

– Obrzydliwe.

– Wiem. Zaczyna dobrze smakować dopiero po trzeciej kolejce.

Siedzieliśmy przez jakiś czas w milczeniu, gapiąc się na otępiałe alkoholem i narkotykami grupki ubranych w pstrokate stroje tancerzy kołyszących się w tylko sobie znanym rytmie na zalewanym światłem kolorofonów parkiecie. Jedna z naćpanych klientek lokalu w przypływie artystycznej weny wgramoliła się na podest, zwykle zarezerwowany dla roznegliżowanych tancerek, i zaprezentowała próbki swoich możliwości. Nie dane nam było obejrzeć całego występu, bo po niecałej minucie ponury ochroniarz z beznamiętnym wyrazem twarzy ściągnął ją ze sceny, wyrzucając z lokalu.

– Byłem tam – stwierdził w końcu Zimmer.

– Gdzie? Na scenie?

– Nie. Byłem na Sachsen – powiedział z dziwnym akcentem.

Sachsen? Niemiecki? Dawno nie słyszałem tego języka.

– Pamiętam cię z Saksonii. – Nalał sobie następny kieliszek.

Wytrzeźwiałem w dość szybkim tempie. Tak naprawdę to nie mógłbym się upić. Enbiot by mi nie pozwolił. Miałem jednak takie małe podejrzenie, że to bydlę chyba lubi stan lekkiego rauszu, zupełnie tak samo jak ja. Zauważyłem, że czasem zwlekał z oczyszczeniem krwiobiegu z tej podstępnej „trucizny” o wiele dłużej niż powinien, ale w tej chwili stwierdził, że chyba już wystarczy.

– Nie bardzo wiem, o co panu chodzi, komisarzu… – odparłem.

– Och, daruj sobie, Motoya – przerwał mi w połowie zdania. – Czy jak tam się teraz nazywasz.

– Nie wiem, o co ci chodzi, człowieku – odpowiedziałem spokojnie.

– O to, że wiem, kim jesteś. Enbiocie.

– Chyba mnie z kimś pomyliłeś, komisarzu.

– Nie sadzę. Nie zapomniałem twarzy, przez którą pół roku leżałem w szpitalu.

O.K. Wystarczy.

Kolejny cień z tej niezbyt chlubnej części mojej przeszłości. Pogadałeś sobie trochę Zimmer, ale ja mam ważniejsze sprawy niż twoje wojenne wspomnienia. Sięgnąłem do umysłu upierdliwego gliniarza z postanowieniem, że zafunduję mu potężnego kaca na jutro rano. Będzie tylko pamiętał, że schlał się niemiłosiernie.

– Masz ochotę się napić? – Rozpocząłem dominację, delikatnie podsycając jego bieżące pragnienia.

– Tak, mam ochotę się napić.

– Masz ochotę napić się do nieprzytomności?

– No tak, mam ochotę napić się do nieprzytomności.

– Nachlać się i zapomnieć o wszystkim?

– Tak… To znaczy… nie bardzo.

Co?

Dominacja prysła jak mydlana bańka. Zdecydowanie zbyt przytomny niż powinien, Zimmer patrzył na mnie politowaniem.

– Motoya… – ustawił obydwa kieliszki obok siebie i nalał wprawnym ruchem. – Mam NPS.

No tak, to by wiele tłumaczyło.

Neural Protection System albo „opona”, chyba to jedyny jak dotąd opracowany sposób na oparcie się psionicznej ingerencji przez nieprzebudzonego człowieka. Neuralny wszczep siedział sobie spokojnie w głowie nosiciela, oplatając układ nerwowy filigranową siateczką czujników i monitorując pracę mózgu. Kiedy coś go zaniepokoiło, dajmy na to jakieś niestandardowe odczyty w ośrodku decyzyjnym, dublował na moment obraz umysłu, przejmując na siebie cały impet uderzenia.

– Udawałeś tam na stacji – stwierdziłem, przypominając sobie poprzednią próbę grzebania Zimmerowi w głowie.

– Tak, zaryzykowałem. – Podsunął mi kieliszek. – Trzy dni temu, jak tylko NPS zaczął świrować, poszedłem do cesarskiego rezydenta. W końcu kto może coś wiedzieć o psionkach, jak nie wasz człowiek. Ale Bisel nie chciał gadać. Udawał, że nie wie, o co mi chodzi. Posłał mnie do wszystkich diabłów, nawet nie otwierając drzwi. Szukałem wsparcia, ale na Beneluxie nikt z rządu nie przejmuje się psionikami, nie ma nawet namiastki organizacji, która by cokolwiek robiła w tym kierunku. Po krótkim waleniu głową w mur biurokracji stwierdziłem, że jednak przycisnę Bisela, ale zanim zdążyłem go zwinąć, mieszkanie spłonęło, a on razem z nim. Przy okazji, wiesz, że wstępne wyniki sekcji wykazały pęknięcie kręgów szyjnych? Tak jakby skręcił sobie kark tuż przed samozapłonem. Ciekawe co? W każdym razie siła emanacji ciągle wzrastała, burdel na stacji robił się coraz większy, a ja straciłem jedyny punkt zaczepienia. Aż tu nagle niespodzianka! Kontrola lotów przesyła informacje, że w pocie wylądował statek z Dominium.

Podniósł kieliszek w krótkim toaście i wypił. Dotrzymałem mu towarzystwa.

– Spodziewałem się cesarskich, ale nie tak szybko. – Rozsiadł się wygodniej na krzesełku. – A na pewno nie tego, że odwiedzi nas sam Upiór.

– A ja nie spodziewałem się, że żyje jeszcze ktoś, kto pamięta. – Skrzywiłem się na użyte przez niego określenie. Zimmer jakby udał, że nie zważył mojego grymasu. – To było wieki temu

– Dwie dekady to nie tak dawno. – Wzruszył ramionami. – Poza tym, masz pecha, kolego, bo ja nie zapominam twarzy, zwłaszcza ściganych przez prawo zbrodniarzy.

– Do puenty, Zimmer – powiedziałem chłodno.

– Jak chcesz. – Nachylił się nad stolikiem i splótł dłonie w koszyczek.– Tak więc, w porcie mam tajniaka z Dominium o znanej powszechnie reputacji, a na stacji cesarskiego trupa i psionika, który robi ludziom wodę z mózgu. Miałem zamiar zablokować cię w porcie tak długo jak to możliwe, ale pomyślałem: a co mi szkodzi? Jak jesteś związany tym psionikiem, to i tak mnie do niego doprowadzisz, a jak nie, to może przynajmniej namówię do współpracy kogoś, kto się zna na tym gównie.

– Ciekawe metody perswazji. Groziłeś mi pistoletem.

– Ale przynamniej nie grzebałem nikomu w głowie.

– Nie dramatyzuj, masz NPS.

– I całe szczęście, bo teraz śliniłbym się do ściany.

– Trochę snu nikomu jeszcze nie zaszkodziło.

– Próba psionicznej manipulacji umysłowej to wykroczenie z kodeksu karnego, od trzech do sześciu lat pozbawienia wolności w specjalnym ośrodku o podwyższonym rygorze. – zacytował mechanicznie Zimmer. – Drugi raz to już recydywa karana dożywociem lub przymusową dezaktywacją wzgórza.

– Podobno na Beneluxie nikt nie przejmuje się psionikami.

– To jest prawo z Saksonii.

Zapadło niezręczne milczenie. Jaskrawe świtała kolorofonów biegały stadami po ciemnych ścianach lokalu w rytmie muzyki techno. Chińczycy przy barze kłócili się chrapliwymi głosami, zapamiętale gestykulując. Sięgnąłem po butelkę. Zimmer podsunął swój kieliszek.

– Po której stronie byłeś? – zapytałem, nalewając kolejne porcje złotawego płynu o wybitnie drożdżowym posmaku.

– Po tej drugiej.

– Rebeliant?

– Tak. W siłach Borna.

– Tam dostałeś NPS.

– Można powiedzieć, że miałem szczęście. Opona nie za bardzo sprawdza się na psionkach, a ja w teście Awdjenki nie wskoczyłem nawet do skali. Jak dowództwo zaczęło szukać ochotników, zgłosiłem się jako pierwszy. Ale wtedy było już za późno, cześć naszych przeszła na waszą stronę i rozpętało się piekło. Zanim Born się obejrzał, ktoś sypnął i trafiłeś nas razem ze swoimi upiorami.

– Nie pamiętam.

– A co tu pamiętać? – wzruszył ramionami. – Dla ciebie to pewnie jedna z wielu potyczek. Wyrżnęliście nas w niecałe trzy minuty. Pamiętam, jak dostałem od ciebie mieczem w plecy i game over. Resztę walki oglądałem z poziomu podłogi zanim urwał mi się film. Oczy otworzyłem dopiero na statku ewakuacyjnym.

Zastanawiałem się, co mam odpowiedzieć. Finał wydarzeń na Saksonii to dla mnie jakieś psychodeliczne pasmo twarzy przewijających się przez mniej lub bardziej krwawe jatki. A potem senny koszmar o powolnym umieraniu z głodu i samotności.

Podniosłem kieliszek i przechyliłem zawartość.

– Po co mi to opowiadasz, Zimmer? – zapytałem, ocierając usta o wierzch dłoni. – Mam cię przeprosić? Okazać żal? Przylazłeś tu za mną i ucinasz sobie jakieś wojenne wspominki, a ja nadal nie wiem, o co ci chodzi. Chcesz mnie aresztować? Proszę bardzo. Możesz próbować. Jest kilka osób, które z chęcią wypłacą spore gratyfikacje za moją głowę, ale ostrzegam, że to nie będzie łatwa kasa.

– Mam w dupie twoje przeprosiny – powiedział głosem przytkanym przez moc przełkniętego właśnie alkoholu – tak samo jak nagrodę za twoją głowę. Chcę twojej pomocy.

– Po co?

– Żeby znaleźć tego skurwysyna ze stacji.

– Zapomnij – parsknąłem i odpaliłem papierosa. – To nie twoja liga.

– Ale twoja tak. – Rozparł się wygodnie na krzesełku i rozpiął kurtkę. Zza poły nieśmiałe wyjrzała kolba jakiegoś wielkokalibrowego pistoletu. – I do tego, panie Motoya, jak tam się nazywasz, to mam przed sobą jednego z najlepszych fachowców od pozbywania się niewygodnych dla Dominium enbiotów.

– Po co ci to, komisarzu?

– Powiedzmy, że to sprawa osobista – podrapał się po policzku

– Zastanów się dobrze, Zimmer, czy warto – powiedziałem spokojnie. – Jak już kiedyś mówiłeś, masz dwa tygodnie do końca kontraktu. Radzę ci wynająć jakiś pokój w hotelu, zabrać ze sobą parę skrzynkę wódy, kilka kurew i zapomnieć na te dwa tygodnie o tym, co się zdarzyło. A później wyjechać i nigdy, ale to nigdy więcej o tym nikomu nie wspominać. Dla swojego dobra. Żeby później nie spotkać ludzi takich, jak ja. Albo ludzi, którzy interesują się takimi, jak ja.

– Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz. – Gliniarz bezceremonialnie olał moją radę. Jego oczy błyszczały od wypitego alkoholu. – Nie zapominaj, że jestem z Saksonii, koleś. Wiem, co z was dupki i jak was zabić.

– Chyba powoli zaczynam żałować, że spierdoliłem robotę i nie trafiłem trochę lepiej – rzuciłem wściekle, a Zimmer zrobił obrażaną minę. – Zrozum, tępy sukinsynu, że nie mam zamiaru cię straszyć, tylko dobrze ci radzę. Oszczędź sobie rozczarowań i idź do diabła, Zimmer.

– Jak szlachetnie. Nie chcę twoich rad, tylko twojej pomocy.

– Odpieprz się.

Siedzieliśmy jak dwa psy, które za chwilę rzucą się sobie do gardeł. Komisarz powoli odwrócił wzrok i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurki, wyjmując cienki jak tektura tablet. Przebiegł palcami po lśniącej powierzchni ekranu.

– Nie masz wyjścia – powiedział, kładąc komputer na stoliku.

– Co to jest?

– Sam sobie obejrzyj. – Popchnął czytnik w moją stronę.

Otworzyłem zaznaczony plik. Na ekraniku pojawiał się materiał nagany przez kamerę przemysłową. Ustawiony pod dziwnym katem obraz korytarza na stacji, drzwi do windy, moje ciało leżące na metalowej podłodze w powiększającej się kałuży krwi. Winda otwiera się, wychodzi dwóch ludzi z pistoletami dłoniach. Gliniarze ze stacji. Jeden z nich ostrożnie pochodzi do ciała na podłodze. Sprawdza puls, kładąc rękę na mojej szyi…

Odrzuciłem tablet.

– Natura wygrała, co? – Zimne spojrzenie Zimmera czaiło się po drugiej stornie stolika.

– Skąd to masz?

– Chodzi ci o to, jakim cudem udało mi się zgrać ten film zanim twój sieciowiec zdążył wykasować połowę danych z komputera stacji? – zapytał. – Po prostu znam was. Jesteście jak te skorpiony ze starej ziemskiej bajki. Ukłujesz żabę nawet, kiedy oznacza to dla ciebie śmierć. Ale ja nie zamierzam zdychać pośrodku rzeki z pokłutą żądłem dupą. Pomożesz mi, Motoya, czy chcesz, czy nie, bo cię załatwię.

Miałem ochotę urwać mu łeb.

Odetchnąłem głęboko, tłumiąc w sobie wzbierającą falę chemii bojowej, którą enbiot zaczął tłoczyć w krwiobieg zaalarmowany podwyższonym poziomem stresu. Zimmer musiał coś wyczuć, bo odchylił się do tyłu na krzesełku, lekko przesuwając rękę w stronę Glocka na udzie. Nie miałby szans. Tylko, że jego śmierć nic mi nie da. Na pewno się zabezpieczył i kopię nagrania trzyma w gdzieś w ukryciu. Jeżeli dane z tabletu trafią do jakiegoś oszołoma z Unii albo co gorzej z Ortodoksji, to Miu powiesi mnie za jaja.

Nachyliłem się na stolikiem i zgasiłem papierosa.

– Wiesz, Zimmer, że właśnie wykopałeś sobie grób?

– Możliwe – wzruszył ramionami – ale zamierzam zabrać ze sobą przynajmniej jednego enbiota.

– Może się powtarzam, ale po cholerę co ci to? Ta sprawa została zamknięta. Już to wyjaśniliśmy. Przemytnicy, wyciek z nieszczelnego pojemnika halucynogennych gazów bojowych, rozruchy i tak dalej. Jesteś czysty jak łza.

– Powiedzmy, że nie tylko ciebie zapamiętałem z Saksonii. – Jego ręka dalej spoczywała blisko pistoletu. – W kapsule też była kamera. I wiesz co? Ten koleś, z którym się pobiłeś, bardzo przypomina pewnego oficera naszej służby wywiadowczej. To właśnie ten dupek na odprawie przed ewakuacją oddziału zapewniał, że w nowej bazie, cytuję: „Nic oprócz przypadkowego patrolu nie ma prawa się zdarzyć”. Pamiętam jak dziś. Skurwiel. Wystawił nas jak towar na ladę.

To było podobne do Alexa. Powtarzał ten sam numer setki razy. Używając polimorfii, podszywał się pod różne osoby i podawał przeciwnikom fałszywe informacje. Czasami był tak bezczelny, że robił to nie zamieniając swojej tożsamości.

– I tak chcesz zginąć, komisarzu? – zapytałem. – Goniąc za jakimś duchem?

– Może się mylę – Zimmer zdjął rękę z pistoletu – ale chyba robisz to samo. Więc może ty mi powiesz, czy warto?

Ten były rebeliant miał nierozwiązaną sprawę z przeszłości i tak, jak w moim przypadku, ta sprawa miała na imię Alex. Przez długi czas sądziłem, że on nie żyje. Miu powiedziała, że zginął podczas bombardowania, ale gdzieś w głębi czułem, że to byłoby zbyt proste. Nie w jego przypadku. Uświadomiłem sobie, że poczułem pewnego rodzaju spokój. Ucieszyłem się z odnalezienia czegoś, co miało odejść bezpowrotnie. Nieważne, jak bardzo patologiczna była ta moja rodzina, ale to dobrze, że Alex przeżył.

I że w końcu mogę mu przypieprzyć w ten jego zakłamany ryj.

Spojrzałem na Zimmera.

– No dobra, pomogę ci – westchnąłem cicho. Na twarz gliniarza wskoczył wyjątkowo irytujący uśmiech tryumfu. – Czego się kurwa szczerzysz? – warknąłem.

– Nie sądzisz, Motoya, to trochę ironiczne? – nachylił się nad stolikiem, sięgając do paczki papierosów. – Przez dwadzieścia lat unikałem Dominium. Podejmowałem się bardziej lub mniej parszywych zajęć aż w końcu wylądowałem w tym dupowatym systemie. Może to nie jest jakiś szczyt kariery, ale odłożyłem trochę kasy na spokojną emeryturę i powiem ci nawet, że dwa dni temu kupiłem sobie całkiem przytulną działeczkę w układzie Chile. No wiesz, morze, plaża, las. I wiesz co? – Obmacał kieszenie, jakby szukając zapalniczki. – Nic się nie nauczyłem. Piję tani bimber z facetem, który wycinał mi połowę pleców i znów pakuję się w to enbiockie gówno. Masz ogień?

Może to przez wypity alkohol, ale poczułem jakiś niewytłumaczalny przypływ sympatii do tego upartego sukinsyna.

– Nie radzę tego palić – wskazałem na przyklejony do wargi fajek. – Chyba, że masz ochotę na mały odlot.

– Tfu… – Gliniarz wytarł usta ręką i zgniótł papierosa w popielniczce. – Wiedziałem. Jakoś dziwnie z niego zalatywało. To przynajmniej polej. – Wskazał na butelkę.

Rozlałem alkohol w kieliszki, obserwując krytycznie niski poziom płynu. Zimmer zauważył moje spojrzenie.

– Wezmę następną.

– Dobry pomysł. – Coś sobie przypomniałem. – Nie jesteś przypadkiem na służbie?

– Ach. No więc jakby to ująć… Kilku dupkom z zarządu nie spodobała się samodzielna akcja policji w „prywatnej” strefie magazynowej i wyjebali mnie z roboty.

– Tak mi przykro.

– Nie wątpię.

Kelnerka z kucykiem przyniosła trunek, z hukiem stawiając butle na blacie. Nie wyglądała na zachwyconą.

– Ostania kolejka. Więcej nie sprzedajemy. I zamykamy – zakomunikowała dobitnie.

– Oczywiście – powiedzieliśmy równocześnie i zupełnie nieszczerze.

Na zewnątrz już świtało i pewnie chciała iść do domu. Otworzyła usta, żeby cos dodać, ale popatrzała na nas ze zrezygnowaniem, machnęła ręką i obróciła się na pięcie.

Zła jak osa poszła z powrotem do baru. Zimmer odprowadził ją wzrokiem wbitym w chude pośladki.

– To ona – mruknął.

– Kto?

– Dziewczyna, której szuka ten koleś.

 

 

 

*

Zimmer usiadł przy ukrytym w cieniu plastikowego daszka stoliku. Z westchnieniem wytarł kawałkiem chustki pot z czoła. Atmosferę można było kroić nożem. Na wystawionej na promienie słoneczne ulicy panował piekielny upał spotęgowany słabą cyrkulacją powietrza w kopule i intensywnymi zapachami z pobliskiej kuchni. Siedzieliśmy na wąskich ławeczkach ustawionych w ogródku taniej jadłodajni, obserwując budynek po drugiej stronie ulicy. Saksończyk pogrzebał w plastikowej torbie i rzucił w moją stronę butelkę wody i jakiś zawinięty w srebrną folię pakunek.

– Smacznego.

Smakowało tak, jak wyglądało. Nijak.

– Jesteś pewien, że się pojawi? – zapytał Saksończyk, przeżuwając kęs jedzenia.

– Pewnie już się pojawił.

– To dlaczego tu siedzimy?

– Czekamy na jego ruch.

– To idźmy po tę dziewczynę. Zanim on ją dopadnie.

– Nie. Jak tam pójdziemy, to się nie ujawni.

– Może już tam jest? – Zimmer ruchem głowy wskazał na okno na drugim piętrze.

– Nie. Nikogo tam nie ma. A ona śpi.

– Skąd wiesz?

– Czary mary.

– Zajebisty plan – warknął. – Żremy kebaby i czekamy.

– Masz lepszy?

– Nie.

– To się zamknij.

Obrażony Saksończyk zajął się jedzeniem. Popił butelką wody, a potem otworzył następną. Kac. Enbiot usunął alkohol z moich żył w ciągu kilku minut, natomiast Zimmer męczył się strasznie. Prowadzanie obserwacji na nagrzanej jak patelnia ulicy wyraźnie mu nie pomagało.

Dziewczyna z fotografii wynajmowała małe mieszkanie w zaniedbanym bloku mieszkalnym kilka ulic od knajpy. Poszliśmy za nią po tym, jak zamknięto lokal. Okazało się, że obskurny, sześciopiętrowy blok ma tylko jedno wejście, naprzeciwko taniej jadłodajni.

Blady z przepicia gliniarz beznamiętnie gapił się na drzwi klatki schodowej. „Cepiątka” powoli budziła się do życia, pompując z okolicznych knajp i burdeli w uliczny krwiobieg kolejne grupki skacowanych wódą i prochami ludzi. Po ulicy przesuwał się poranny korowód niemrawych grup zmęczonych całonocną balangą, szukających miejsca, gdzie można coś zjeść i wypić.

– Mówiłeś, że jako ona się nazywa? – spytałem.

– Dalia Carson – mruknął. – Dlaczego tak mu zależy na tej dziewczynie?

– Psionika. – Z kieszeni wyciągnąłem zmiętą paczkę.

– Ona jest psionikiem?

– Możliwe. Jej brat emanował dość silnie. – Odpaliłem papierosa, przypominając sobie agresywne przekazy pomiota. – W knajpie nic nie wyczułem, ale to o niczym nie świadczy. Jak dotąd poznaliśmy zaledwie kilka najczęściej występujących talentów, a wciąż pojawiają się nowe i nawet cesarscy naukowcy nie zawsze potrafią je zidentyfikować. Więc albo ma jakieś nieznane mi zdolności, albo zależy mu na niej z innego powodu. Może ma idealny genotyp potomka?

– Myślisz, że chce ją odrodzić?

– Wychodzi na to, że tak. Ale jest dużo, że tak to ujmę, niechlujności w jego działaniach. Na przykład te pomioty. Enbiot nawet bez dodatkowych testów potrafi wyczuć odpowiednią osobę, tymczasem przemiana jej rodzeństwa skoczyła się fatalnie i jest duże ryzyko, że z dziewczyną będzie tak samo. A te dzieciaki ze stacji, były ogóle spokrewnione z Carsonami?

– Chyba nie, nic mi o tym nie wiadomo. – Gliniarz pokręcił głową.– Przynamniej nic takiego nie znalazłem w archiwach. Ich rodziny mieszkają na Beneluxie od czasów Upadku, chociaż Carson nie brzmi jak miejscowe nazwisko. Skoro te dzieciaki miały nieodpowiedni genotyp, to czemu je przemienił?

– Może strzelał w ciemno. Nastolatki były w podobnym wieku, ale nie wiedział dokładnie, o kogo chodzi.

– Czyli ogólnie wiemy dużo i nic – Zimmer westchnął z rezygnacją i potarł rękami nieogolone policzki, opierając łokcie o stolik. – Myślisz że to on zabił Bisela?

– Pewnie tak.

– Dlaczego?

– Rezydent miał przekazać jakieś informacje kanałem dyplomatycznym. Może dotyczyły zaginionego w akcji enbiota-renegata? Może Bisel zbyt dużo wiedział i musiał zginąć?

– No dobrze, to w jaki sposób ten enbiot tu trafił? Nie było go w rejestrach celnych.

– To polimorf, zmienia twarze jak rękawiczki. Enbiot Alexa… – ugryzłem się w język.

– Kogo? – Zimmer zesztywniał, patrząc się badawczo.

– Alex… Tak ma na imię. – Po co ja mu mówię takie rzeczy?

– Dobrze się znacie?

– Dosyć… Ale to nieważne. – Zmieniłem temat. – To polimorf i telepata. Może podrobić umysł i ciało dowolnej osoby, jeśli tylko posiada jej kod DNA. Przejście przez kontrolę celną to dla niego żadne wyzwanie.

– Dla niego może tak, ale skoro już dostanie dziewczynę, to co wtedy? Ona też będzie miała takie zdolności?

Przypomniałem sobie niezwykle tempo, w jakim rozwijały się pomioty Alexa. Nie sadziłem, że szczep jego enbiota jest tak silny, jednak on też miał pewne ograniczenia.

– Nie sądzę. Jeżeli dziewczyna przeżyje przemianę, minie sporo czasu zanim nauczy się kontroli nad swoim ciałem.

– A co jeśli jej się to nie spodoba? I zwróci się przeciwko niemu?

– Nie może. Każdy potomek jest bezwarunkowo podporządkowany swojemu twórcy. Przynajmniej do czasu, kiedy poczuje się na tyle silny, żeby zerwać więź, ale na to trzeba lat.

Zimmer pociągał kolejny potężny łyk wody z plastikowej butelki.

– To trochę bez sensu – powiedział kiedy przełknął zgromadzony w ustach płyn. – Przypuśćmy, że rzeczywiście chce podać jej enbiota. Gdzie ją ukryje? Nie będzie miała jego zdolności, a Benelux to naprawdę niewielka kolonia, raptem cztery miliony ludzi rozsianych w kilkunastu habitatach. Pustynia odpada. Nawet jeśli jakiś czas przeżyją bez wody i jedzenia, to bez osłon wcześniej lub później znajdą ich skanerami. Tu się nie ma gdzie ukryć.

– Potrzebuje transportu, żeby wydostać się z planety…

– No właśnie. – Wyciągnął tablet i przebiel palcami po płytce. – Za dwa dni odlatuje frachtowiec z urobkiem. To jedyny statek z napędem skokowym, który będzie opuszczał planetę w najbliższym czasie. Promów nie liczę, za słaby napęd. Reszta jednostek stacjonuje na Celeste. Tak czy inaczej, ma dwa wyjścia: dogadać się z przewoźnikiem na frachtowcu albo dostać się na stację i tam szukać statku. Chyba, że jest jakąś trzecia opcja, o której nie wiemy.

– Jest policja.

– Co?

– Właśnie jedzie tu policja.

Terenowy pojazd z policyjnymi oznaczeniami wolno wytoczył się zza zakrętu. Zimmer zastygł na chwilę, po czym sięgnął po komunikator i wykonał jakieś połączenie.

Samochód zatrzymał się, a gliniarz na siedzeniu pasażera uchylił okno i zagadał do ulicznej handlarki, pokazując jakieś kolorowe zdjęcie. Kobieta zignorowała pytanie, a sądząc po jej minie, nie była zachwycona z uwagi, jaką przyciągnęła. Gliniarz wysiadł z wozu i wskazał na rozłożony na starganie towar. Kobieta odpowiedziała piskliwym tonem, gestykulując wymownie. W tej okolicy nie lubią stróżów prawa.

– Zimmer, szukają kogoś – powiedziałem cicho.

Saksończyk pokiwał głową, nie przerywając rozmowy prowadzonej w miejscowym dialekcie. Komisarz zaśmiał się sztucznie i zakończył połączenie.

– Dzwoniłem do mojego znajomego w gruntowych. – Użył pogardliwego określania, jakim kosmiczne służby nazywają swoich stacjonujących na planetach kolegów.

– No i?

– Dostali polecenie, żeby naszą dziewczynkę odstawić na Celeste. Po tym, jak mnie wywalili, ktoś zaczął zadawać pytania. Chcą ją przesłuchać w sprawie rodziny… – Zimmer zamarł w połowie zdania, a mój enbiot automatycznie wskoczył na wyższy poziom obrotów w przypłynie nagłego podniecenia.

– Policja. – Wpadliśmy na to w tej samej chwili.

– Cwane. Pod latarnią najciemniej. – Rzuciłem niedopałek na ziemię i dogasiłem go czubkiem buta. – To w jego stylu. Może bez problemów poruszać się po wszystkich kopułach, ma nieograniczony dostęp do informacji. A kiedy eskortowany przez policję dostanie się na Celeste, z jego zdolnościami rozpłynie się w tłumie jak gotówka po wypłacie.

– No dobrze… – Saksończyk i poprawił szelki z bronią, obserwując toczący się radiowóz. – Pozostanie tylko jedno pytanie: kim teraz jest?

Gliniarz w końcu zmusił handlarkę, by spojrzała na zdjęcie. Kobieta, jakby odganiała natrętnego owada, machnęła ręką w kierunku budynku, w którym mieszkała Dalia Carson.

Policyjny radiowóz ruszył do przodu i zatrzymał się przed wejściem do „naszego” bloku. Skupiłem się i wypuściłem mój najsilniejszy sygnał skanujący, wywieszając tym samym dla wszystkich psioników w okolicy pulsujący baner z napisem: „jestem tutaj”. W mojej głowie zaroiło się od rozbłysków obecności innych umysłów. Ich aury w postaci splątanych kłębków sieci neuralnych promieniowały słabym blaskiem, tak różnym od misternych sieci przebudzonych. Bez zaskoczenia okazało się, że gliniarzy pokrywa silna mentalna blokada, a ich obecność można tylko wyczuć tylko proforma. W sumie było ich czterech. Dwóch siedziało w szoferce, dwóch w pancernej klatce z tyłu pojazdu. Więc albo to jeden z nich, albo jest gdzieś obok. Na zatłoczonej ulicy nie byłem w stanie tego stwierdzić, a przecież nie rzucę się na oczach tłumu na czterech gliniarzy. Już widziałem minę Miu.

Z tyłu wozu otworzyły się pancerne drzwi i po chwili dwóch mundurowych weszła do klatki schodowej. Zimmer z zaciętym wyrazem twarzy obserwował sytuację. W końcu nie wytrzymał.

– No i?

– I co?

– To jeden z nich?

– Nie wiem – odpowiedziałem spokojnie.

– Kurwa mać! – przeklął, zgniatając plastikową butelkę po wodzie. – Odkąd tu jesteśmy, to mam nieodparte wrażenie że ty, kurwa, nic nie wiesz! Dupa z ciebie, nie psionik! Siedzisz i czekasz aż cię pierdolnie jakieś olśnienie, a tymczasem ten twój pojebany kolega może właśnie dobiera się do dziewczyny.

– Nie zrobi tego. Przynajmniej nie teraz. – Rozparłem się na wąskim krzesełku, wyciągając papierosa z paczki.– Nie będzie ryzykował utraty kamuflażu.

– Dasz sobie za to uciąć rękę?

– Bez różnicy i tak odrośnie. – Wyszczerzyłem zęby.

Mina wściekłego Zimmera była bezcenna. Po chwili z wyraźnym westchnieniem zeszło z niego powietrze.

– To co robimy, panie cwaniak? – zapytał zrezygnowany.

– Myślę.

– To myśl szybciej. Z każdą chwilą może być coraz gorzej.

– Albo lepiej.

– To znaczy?

– W tłumie ma przewagę. Muszę pozbawić go tego atutu.

– Jak usuniesz ludzi z ulicy? To slumsy, Motoya. Tutaj nawet batalion wojska niewiele by pomógł.

– Gdzie ją teraz zabierają?

– Gruntowy powiedział, że maja ją odstawić do małego portu.

– A jak bardzo lubi cię ten znajomy?

 

*

–Wybierasz się gdzieś? – spytałem postać w policyjnym mundurze.

Wyszedłem z wnętrza patrolowca na opuszczony trap. Stanął jak wryty u jego podnóża. Dziewczyna obok spojrzała zaskoczona.

– Co tak późno? – Alex błyskawicznie chwycił ją przedramieniem za szyję.

– Co do kur… – wrzasnęła, zanim drugą ręką zakneblował jej usta.

– Lepiej późno niż wcale – odpowiedziałem. Stare ziemskie teksty są niezawodne.

– Wolałbym wcale.

– A ja wolałbym, żebyś ją wypuścił.

– A ja, żebyś się nie wpierdalał.

– To raczej nierealne. Jeszcze jakieś życzenia?

– Tak, jedno. – Wykonał głową ruch w bok. – Złaź z trapu, bo mam zarezerwowane bilety na ten lot.

Dziewczyna bezskutecznie próbowała się szarpać. Jej oczy wypełniała pełna strachu determinacja. Alex wzmocnił chwyt, wywołując stłumiony jęk bólu. Posłała mi pełne błagania o pomoc spojrzenie.

Odpaliłem papierosa, zerkając do paczki. Niedobrze. Kończą się.

– Puść ją, Alex.

Zaryzykowałem i się opłacało. Czasu było niewiele, ale wszystko zadziałało tak, jak przewidziałem. Zanim policjanci wyciągnęli dziewczynę z mieszkania i załadowali ją do wozu, zdążyłem dotrzeć za pomocą podziemnej kolejki do małego portu kosmicznego. Dimburg miał dwa lądowiska. Duży port umiejscowiony był bezpośrednio w pobliżu sektora przemysłowego i składał się z trzech potężnych płyt wyrównanej skały, na których siadały frachtowce ładowne później metalem wytapianym w pobliskiej hucie.

Mały port zbudowano wokół Kapitolu, czyli największej kopuły koloni. Kapitol mieścił budynki rządowe, centrum biznesowo-handlowe i terminal pasażerski. W otaczającej habitat skale wydrążono kilkanaście okrągłych doków. Dla osłony przed piaskowymi burzami połączone siecią korytarzy z terminalem i poziemnymi magazynami doki przykryto osłonami ciśnieniowymi. Tam właśnie parkowano mniejsze jednostki, takie jak na przykład moja „Wilczyca”.

Zimmer, jako były dowódca sil policyjnych ze stacji Celeste, pewnie po raz ostatni na tej planecie użył swoich kontaktów. Saksończyk wcisnął swojemu wysoko postawionemu koledze gładką bajkę o tajnej operacji przeciwko „przemytnikom”, którzy sprawili tyle problemów. Kumpel zgodził się i powiedział, że drogą wyjątku oczyści port z przypadkowych cywili, ale będzie to kosztowało Saksończyka, jak to ujął: „kurewsko wielką przysługę”. Rozdzieliliśmy się. Znajomy komisarza miał monitorować lokalizację dziewczyny i gliniarzy, a ja ruszyłem na lądowisko.

Załoga promu, który miał zabrać dziewczynę i eskortę, została odwołana w ostatniej chwili przed moim przybyciem. Zanim zająłem pozycję, dostałem informację od Zimmera, że w hali odlotów jeden z gliniarzy urwał się konwojentom i samotnie prowadzi świadka do doku.

– Puść ją – powtórzyłem spokojnie.

– Bo co? – zapytał zaczepnie.

– Bo to już koniec, nie masz gdzie uciec.

Kopuła ciśnieniowa lądowiska była zamknięta. Przez półprzeźroczyste segmenty z presuglasu przebijało się mleczne, rozproszone światło dnia.

– Zawsze jest jakieś wyjście. Lepsze lub gorsze ale jest. – powiedział cicho – A tak właściwie, jak do niej trafiłeś przede mną?

– Zdjęcie ze stacji – wyciągnąłem zwitek plastiku z kieszeni – a nim ta chińska mordownia i podpis: „Mamo, tato, znalazłam pracę!”

Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze strachu. Chyba docierało do niej, że jej bliskim stało się coś złego.

– Zaskakujesz mnie, Felix – zakpił Alex. – Logiczne myślenie nigdy nie było twoją mocną stroną. A tu proszę.

– Miałem dwie dekady wolnego czasu na myślenie, Alex. Dzięki tobie.

– Tylko wyszło ci na dobre – powiedział ze złośliwym uśmieszkiem. – A teraz spierdalaj z łaski swojej, bo mogę ją uszkodzić.

Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę. Dziewczyna płakała cicho ze strachu. Dopaliłem papierosa i pstryknąłem nim wyuczonym gdzieś gestem na płytę lądowiska.

– Blefujesz. Tyle się z nią cackasz, żeby ją teraz załatwić? Nie sądzę. Chyba bardzo ci na niej zależy.

– Ciekawe komu bardziej… – Twarz policjanta znikała powoli coraz bardziej przypominając rysy mojego brata. – Chcesz ją ocalić, prawda? Dać wybór, jak to ty mówisz.

– Gówno mnie to obchodzi – odparłem spokojnie. – To tylko przeszkoda na drodze do ciebie.

– Prawie się posrałem ze strachu. – Chyba się jednak nie będzie rozsądny. – Blefujesz jeszcze gorzej niż ja. Jakoś nie wierzę w ten twój ton twardziela. I w to, że chcesz poświęcić jej życie. To nie w twoim stylu.

– Alex – westchnąłem – nie masz szans, żeby się stąd wyrwać. Chcesz się bić? Już raz dostałeś łomot. Śpieszy ci się do drugiego? A jak zrobisz jej krzywdę, to tym razem mogę nie być aż tak łagodny. – Zrobiłem krok do przodu, wyciągając rękę.

– Rusz się jeszcze kawałek, to ją przemienię – powiedział.

Roześmiałem się.

– Nie żartuj. Niby jak chcesz to zrobić tutaj? – Rozejrzałem się po opustoszałej płycie lądowiska. – Bądź realistą, jak zamierzasz przeżyć po przemianie w tej norze?

W wylocie korytarza transportowego zauważyłem jakiś ruch. Przytulony do ściany Zimmer przykląkł na jedno kolano i oparł szturmowy karabinek o framugę drzwi. Ustawienie lufy wskazywało na to, że mierzy w głowę Alexa.

Kurtka na boku mojego brata poruszyła się. Materiał napiął się widocznie, a zza jego pleców wychyliła się płynnym ruchem czarna jak węgiel macka. W chwytnej, elastycznej końcówce lśnił obły, kryształowy cylinder wielkości cygara wypełniony fioletowym płynem.

– Wiesz co to jest? – spytał.

Zamarłem. Niewyraźne, zatarte przez czas wspomnienia błyskawicznie wypłynęły na wierzch, powodując nieprzyjemny dreszcz. Enbiot w środku zawył i wpompował w krwioobieg potężną dawkę adrenaliny.

Kurwa mać, skąd on to wytrzasnął.

– Zaskoczony? – Alex triumfował.

Chwila dekoncentracji osłabiła moją pasywną blokadę i usłyszałem w głowie jego drwiący śmiech.

– Skąd to masz? – wychrypiałem. Czarna macka, nie grubsza niż kciuk powoli zbliżyła lśniący pojemnik do szyjki dziewczyny. Na końcu cylindra lśniła srebrzyście metalowa igła.

– A jak myślisz? – Rysy policjanta całkowicie zniknęły z twarzy Alexa. – Z domu, bracie.

W tym momencie zrozumiałem, dlaczego stworzenie tylu pomiotów go nie osłabiło. On nie używał swojej surowicy, tylko podawał im zupełnie nowy szczep. Enbiot był tak skonstruowany, że poza ciałem gospodarza ginął w ciągu kilku sekund. Jedyny sposób, by przenieść go na inną osobę, to bezpośrednia transfuzja nano komórek rodzica, znacznie osłabiająca obydwa organizmy. Paradoksalnie proces adaptacji przebiegał szybciej, jeżeli obiekt przemiany był… umierający. Wiązało się to z silnym instynktem przetrawiania, jakim charakteryzował się symbiont. Cywilizowany proces „odrodzenia” przeprowadzano podczas specjalnej ceremonii na sali chirurgicznej. Z potomka spuszczono odpowiednią ilość krwi, doprowadzając go do stanu śmierci klinicznej, po czym podawano krew rodzica. Jeśli przeżył, stawał się enbiotem.

Był jeszcze jeden sposób preferowany przez linię mojego brata. Trzeba rozerwać jakąś tętnicę w ciele potomka i poczekać, aż zacznie umierać. Wtedy otwierasz swoje tętnice i dajesz mu posmakować krwi. Komórki enbiota natychmiast przenikają do organizmu i próbując przeżyć, pobudzają pragnienie nowego nosiciela, aż do momentu, kiedy wchłonie od rodzica ilość krwi i tym samym nanokomórek, dającą szanse przeżycia. Skutek jest ten sam.

Nie dotyczyło to pierwszych ze szczepu. Prawie sto lat temu, w zaciszu wojskowego laboratorium, szczupłe kobiece ręce przeniosły nam dwa krystaliczne cylindry. I przyjęliśmy z tych rąk swój los.

– Nie rób tego – szepnąłem.

Macka z pojemnikiem wisiała tuż przy szyi dziewczyny, a igła delikatnie napinała skórę.

– Muszę, nie mam innego wyjścia – powiedział poważnie. – Zresztą to ostatnia dawka, resztę zmarnowałem. Jeśli ta się nie przyjmie, to będzie koniec.

– Koniec czego?

– Koniec szansy na to, żeby odwrócić obecny układ sił. – Skóra Alexa przybrała ciemniejszy odcień, co oznaczało, że jego enbiot porywał ciało pancerzem z węglowych włókien. – Utkwiliśmy w martwym punkcie, bracie, siedzimy w więzieniu zbudowanym przez ludzi, którzy nie żyją od setek lat. Ich strach stworzył Miu i sieć posłuszeństwa, przez którą toniemy coraz szybciej. Żałuję tylko, że nie miałem okazji, by wcześniej się jej przeciwstawić, może kilka spraw potoczyłoby się inaczej…

– Alex, wiesz, że możesz wrócić…

– Już za późno. – Uśmiechnął się smutno. – Wiesz, co ona ze mną zrobi… A tak może jeszcze coś uda się zmienić…

Wbił igłę w szyję dziewczyny. Cylinder syknął. Pełna dawka surowego szczepu enbiota zniknęła w z pojemnika. Dziewczyna złapała się za gardło i osunęła na kolana.

Klnąc w myślach, rzuciłem się do przodu.

Z głębi transportowego korytarza huknął strzał.

 

*

Alex leżał we wnętrzu mini kapsuły ratunkowej „Wilczycy”. Sam go tam włożyłem kilka minut wcześniej. Lewą cześć jego twarzy pokrywała zaschnięta skorupa krwi i kawałków kości. Wysoko kalibrowy pocisk bez trudu przebił się przez enbiocką skórę i eksplodował we wnętrzu jamy ustnej.

Boli…

– Wiem. – Pamiętam, jak sam dostałem takim ładunkiem.

Blokady enbiota niewiele pomagały przeciwko zawartej w pocisku mieszance silnie żrących chemikaliów. Aktywne substancje niwelowały regeneracyjne zdolności, spopielając dopiero co odbudowane tkanki.

Czarna i wąska kapsuła wyglądała jak trumna. Moduł ratunkowy dla załogi pomocniczej statków klasy Ghost zaprojektowano tak, aby zajmował jak najmniej miejsca i przypomniał ustawiony pionowo przedział torpedowy większych jednostek. W ciasnym, okrągłym pomieszczeniu wbudowane w ściany stały lekko pochylone wyrzutnie.

Groteskowo wygięte ciało mojego brata spoczywało w jednej z nich. W białą wyściółkę wsiąkały kolejne litry krwi z kilkunastu otworów po kulach. Trzeba powiedzieć, że Zimmer ma dobre oko i zrobił użytek ze amunicji, którą mu udostępniłem.

Otworzyłem pojemnik z wysokoenergetycznymi racjami wojskowymi i wrzuciłem kilka z nich do wnętrza kapsuły.

Co… robisz…

Ocalałe oko Alexa łypało na mnie podejrzliwie. Wielkie jak groch łzy cierpienia spływały po poranionej twarzy.

– Daję ci szansę, jaką dostałem od ciebie – odpowiedziałem na pytanie, które zabrzmiało w mojej głowie. Z jego gardła zostały wypalone strzępy, więc używał telepatii. – Szansę na to, żeby przemyśleć sobie parę rzeczy w samotności. A to – machnąłem mu przez okiem racją żywnościową – żebyś za szybko nie zdechł.

Nie…

– O tak. – Mam nadzieję, że uśmiechałem się wystarczająco wrednie. – Co prawda nie dysponuję obecnie bunkrem przeciwatomowym, ale specjalnie dla ciebie zaimprowizowałem coś innego.

Wyczułem jego przerażenie. I dobrze.

Skończyłem ładować jedzenie do kapsuły. Wyprostowałem się i odpaliłem ostatniego papierosa z paczki.

– Przez twoją chorą ambicję, Alex, siedziałem zamknięty w tym pierdolonym bunkrze prawie dwadzieścia lat – powiedziałem spokojnie. – A dokładnie dziewiętnaście lat, osiem miesięcy i dwadzieścia dwa dni, uwięziony kilometry pod powierzchnią Saksonii, w piekle tak czarnym, że nawet enbiocki wzrok był ślepy. Nawet nie wiem, jak ci opisać, co przeżyłem, jak krzyczałem, wyłem, płakałem, a nawet próbowałem się zabić. Ale wiesz, że to niemożliwie. Bydle, które w nas siedzi, zrobi wszystko, aby przetrwać. Tak zostało skonstruowane, aby chronić siebie za wszelką cenę. Nawet, kiedy jego gospodarz nie chce już żyć. Więc trwałem tam, bo nie można powiedzieć, że żyłem, świadomy, ale niczym w letargu, karmiony przez enbiota resztkami organicznych materii… Wiesz, co mam na myśli. Wiesz, kto był w schronie…

Dlaczego…to… robisz…

– Nie mam pojęcia. Powinienem cię zabić. Przynajmniej tak mi doradzał pewien znajomy. – Zerknąłem w głąb korytarza, do mesy, gdzie siedział wściekły jak osa Zimmer. – Ale przekonałem go, że to, co dla ciebie zaplanowałem, będzie o wiele lepsze. Poza tym głupio by było stuknąć własnego brata. Nie sądzisz?

Tak…

– No to super, że się zgadzamy, bo wciąż jesteś moim jedynym bratem, a ja nie mam ochoty oddawać cię Miu. Wiesz, jak długo baby potrafią nosić urazę.

Chwyciłem za klapę kapsuły.

– Zanim się pożegnamy, interesuje mnie jeszcze jedna rzecz. Po co ci ta dziewczyna?

Nic. Cisza w eterze.

– Co jej podałeś?

Cisza.

– Co to za enbiot?

Cisza.

– No cóż. Nie chcesz gadać, trudno. – Wzruszyłem ramionami. – Jak przeżyje narodziny, oddam ją Miu. Niech ona ją wychowuje.

Oko spojrzało na mnie z wściekłością. Ręka lekko poruszyła się jakby chciał mnie chwycić.

Nie… Chroń ją…

– Dlaczego? Dlaczego mam ją chronić?

Ona… to…wolność…

Blask oka powoli gasł. Próbował jeszcze coś mi przekazać, ale poczułem, jak jego umysł odpływa. To cud, że ogóle był w stanie się skoncentrować przy takim bólu.

Zamknąłem klapę, uruchomiłem procedurę ewakuacyjną i ruszyłem do kokpitu „Wilczycy”. Przechodząc przez mesę, minąłem Zimmera. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale odgłos odpalanej kapsuły przerwał jego zamiar. Nie bardzo podobał mu się mój pomysł i już wcześniej dał temu dowód kilkuminutową tyradą, w której była mowa o jakiś enbiockich ciotach bez jaj.

Ekrany w ciasnej sterówce statku pokazywały rozległy obraz wnętrza lodowego pierścienia Beneluxu. Olbrzymie bloki zamarzniętej wody, niektóre wielkości sporych gór, wirowały leniwie, poruszając się po sobie tylko znanych wektorach. Szara po mistrzowsku unikała kolizji wśród tego tańca gigantów, ignorując jednocześnie mniejsze odłamki, które odbijały się od pola ochronnego statku. Jeżeli SI mają coś na kształt emocji, to zapewne odczuwała teraz radość.

Zasiadłem na stanowisku pilota i sprawdziłem odczyty taktyczne. Zdalnie sterowana kapsuła znajdowała się dokładnie pod kadłubem „Wilczycy”. Rozejrzałem się i wybrałem największy kawał lodu.

Uruchomiłem pokładowe działka energetyczne i ustawiłem moc na minimum. Zaznaczyłem cel i zataczając promieniem minimalne okręgi, posłałem w powierzchnię kilkunastosekundowy impuls. Masy wody parowały podgrzewane przez laser, po czym momentalnie zamarzły, tworząc chmury latających okruchów. Sprawdziłem efekt. Poprawiłem jeszcze raz. Do wnętrza skały prowadził teraz szeroki, wypalony przez promień tunel.

– Szara, przejmij sterowanie kapsuły i wprowadź ja do tego tunelu – wydałem polecenie.

– Zmieniłem zdanie. – Usłyszałem głos stojącego za fotelem Zimmera. – To jednak skurwysyństwo.

Zignorowałem go i obserwowałem, jak filigranowa kapsuła z Alexem znika we wnętrzu lodowego grobowca. Chwilę później Szara zakomunikowała zakończenie podejścia. Uruchomiłem ponownie laser i ostrożnie operując promieniem, zaczopowałem wylot tunelu tonami błyskawicznie zamarzającej wody.

Opadłem na fotel.

– Dobranoc, braciszku – szepnąłem po polsku.

 

*

Dziewczyna na łóżku kabiny medycznej „Wilczycy” jęknęła cicho i otworzyła oczy. Sprawdziłem diagnostykę. Temperatura ciała wyraźnie spadła. Ustępująca gorączka oznaczała, że enbiot pomyślnie zakończył asymilację.

– Gdzie ja jestem? Kim ty jesteś? – wyszeptała słabym głosem i podniosła rękę do poranionego gardła.

– To trochę skomplikowane – powiedziałem po chwili wahania i uśmiechnąłem się do tego, co właśnie przyszło mi do głowy – ale możesz do mnie mówić wujek Feliks.

Koniec

Komentarze

No! Pierwsze zdanie na głównej zachęciło, zacząłem czytać (załamany w pierwszej chwili długością) i nie żałuję.

Świetne opowiadanie, gratulacje!

dj

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Fabuła i pomysł całkiem, całkiem. Natomiast zapis dialogów, a przede wszystkim przecinki leżą i kwiczą. A szkoda.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Dziękuję za opinie i z góry przepraszam za ewentualne byki. To tak naprawdę to mój debiut i pisałem tak jak czułem. No nic, pozostaje tylko zagłabeic się w tajnikach pisania dialogów i zawiłościach przecinków.

Pozdrawiam

Sith Happens!

No to jeśli pisałeś tak jak czułeś i nie wypaliłeś się na tym jednym tekście to moje gratulacje i powodzenia!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Więcej niż dobre. Pełne energii opowiadanie akcji, bardzo dobry ogólny styl pisania -- rytm i tempo utrzymują się, a jednocześnie dostajemy odpowiednio bogate opisy. Z fabuły wyłania się ciekawy obraz świata i głównego bohatera.

 

Liczne drobne błędy -- wspomniane przez Bohdana przecinki, dialogi; poza tym czasem gubisz całe słowa, co chyba łatwo mógłbyś poprawić. Nieliczne błędy ortograficzne: w szczególności kilkakrotnie źle piszesz "poczym" i "przed upadkowy" zamiast "po czym" i "przedupadkowy". Czasem dobór słów wydawał mi się lekko niezręczny, ale to wyjątkowo. W paru miejscach zamiast "tą" powinieneś napisać "tę", żeby było poprawnie. "Kanji" to nie litery.

 

Podsumowując, Zalth, robisz czasem drugorzędne błędy, nad którymi warto się pochylić. Tym niemniej ich obecność -- moim zdaniem -- nie powinna wpływać na ogólną ocenę tak dobrego opowiadania.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Naprawde bardzo dobre opowiadanie - czekam na kolejne

Matko jedyna!

 

I nie, to nie był okrzyk zachwytu.

 

Prawdziwe popadanie ze skrajności w skrajność tu mamy. Z jednej strony od razu przyznam, że - tak jak nie lubię SF - ten tekst całkiem przypadł mi do gustu. Prowadzisz akcję nieźle, nieźle zarysowałeś bohaterów, w kilku miejscach wystąpiło może troszkę "przegadania", ale w ogólnym rozrachunku tekst jest ciekawy.

 

Natomiast jeszcze chodzi o zasady pisowni oraz lenistwo Autora - nóż sam się w kieszeni otwiera. Bo ja rozumiem, że to debiut i można nie wiedzieć, jak zapisać dialog (choć powinno się, jeśli kiedykolwiek czytało się jakąkolwiek polską książkę). Rozumiem, że tajniki interpunkcji dla niektórych po prostu pozostają niezgłębione.

Ale tego niechlujstwa, które wyskakuje na czytelnika z tekstu że aż oślepia, takiej mnogości literówek i brakujących słów (?!), tego wybaczyć nie mogę. Bo to nie świadczy o tym, że Autor nie zna jakichś zasad pisowni, których zawsze przecież można się nauczyć, tylko świadczy o tym, że w ogóle nie zadał sobie trudu, by ten tekst sprawdzić przed dodaniem. I proszę nie zasłaniać się dys-schorzeniami, bo gubienie calych wyrazów raz po raz wykracza poza zjadanie pojedynczych literek. Niechlujstwo zaś jest okazaniem czytelnikowi braku szacunku. To nie jest kwestia kilku zaniedbanych zdan, tylko zaniedbanych trzydziestu stron tekstu (i to z interlinią jeden).

 

Co do zapisu dialogów - zasady są przepięknie opisane tu. Oraz parę innych rzeczy też.

 

Co do inerpunkcji - na to ni ma sposobu. Podręcznik w rękę oraz czytanie jak najwięcej książek. To nie jest takie trudne.

 

Co do pisania pewnych wyrazów łącznie (nieobecny, a nie nie obecny; przedupadkowa, a nie przed upadkowa; odróżnieniu, a nie od różnieniu) bądź rozdzielnie (po czym, a nie poczym) - tego też niestety trzeba się samemu nauczyć. Powtórzę: dużo czytać. To niesamowite ile człowiek uczy się intuicyjnie, a potem powtarza zaobserwowane zabiegi, konstrukcje, także wyrazy.

 

Literówki i pozjadane słowa... cóż, tekst po napisaniu trzeba przeczytać. Pozwolić mu poleżeć, by odpoczął. Przeczytać jeszcze raz po miesiącu. Dać komuś znajomemu do przeczytania. To niesamowite, ile Autor przegapi, a postronny obserwator znajdzie. Jeszcze raz sprawdzić samemu po poprawkach. I dopiero wtedy opublikować. Nie ma się co spieszyć. Brak cierpliwości = nienajlepszy autor.

 

Dalej - powtórzenia. Na nie też trzeba uważać. Czają się za każdym rogiem. Skreślać, szukać synonimów.

 

"...lampka alarmowa zapiła się..." - zabawny akcent ; P

 

"Jaki" to nie to samo, co "który". True story.

 

Właściwym związkiem wyrazowym jest "zakręciła się jak fryga", a nie jak strzyga...

 

"Przytruchtał mojej blokadzie" - co to znaczy?

 

"W sporym przestrzeniu..." - ten przestrzeń? A później jeszcze wystepuje "ten fajek".

 

Ogólnie czasem posługujesz się językiem polskim tak, jakby nie był Twoim ojczystym. Jeśli nie jest - pogratulować opanowania go. Jeśli jest - niestety, jeszcze wiele nauki przed Tobą.

 

"Ogorzała gleba z dwutygodniowym zarostem" również ma swój urok ; )

 

"Mocniej wzmocnił" - Och...

 

Tak na wyrywki.

 

Proszę, popraw warsztat i napisz coś nowego. Potencjał jest, ale bez właściwego opakowania tylko na nim daleko nie zajedziesz.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@joseheim

Przyznaję się bez bicia do wszytkich popełnionych błędów. Nie bedę zasłaniał się dysfunkcjami, ponieważ takowych u mnie nie stwierdzono. Tak, język polski jest mym ojczystm językiem, ale czytając tę moją "publikację" sam mam poważne wątpliowści. :)

Moim jedynym usprawiedliwieniem niech bedzie fakt, że tekst ten wrzucilem na portal pod wpływem chwili zwątpienia w sens pisania kolejnych linijek, bez konsulatcji z jakąkolwiek osobą, która sie na tym zna. Jeśli ktoś został urażony moim niechlujstwem, to jeszce raz bardzo przepraszam i obiecuję, iz następnym razem postaram się to zmienić.

Dziękuję za wszystkie komentarze, to dla mnie cenna wskazówka co dalej mam robić.

 

 

Sith Happens!

Znajdź sobie tak zwanego "beta czytacza", to naprawdę pomaga jak cholera. Brat, mama, kolega, ciocia, dziewczyna, nauczyciel, ktokolwiek. Ja sama mam trzech wdzięcznych beta-czytaczy i nie wiem, co bym bez nich zrobiła.

 

Nie wątp w sens pisania kolejnych linijek. ; ) Powyższe opowiadanie może być dobre, gdyby tylko ten warsztat uczesać i wyrwać z jego sierści rzepy (głupia metafora). Pokaż nam następnym razem coś doszlifowanego.

 

Powodzenia. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

(...)  tekst ten wrzucilem na portal pod wpływem chwili zwątpienia w sens pisania kolejnych linijek, bez konsulatcji z jakąkolwiek osobą, która sie na tym zna.   

Z jednej strony chwalebny postępek, gdyż brak kogokolwiek, z kim mógłbyś, jak napisałeś, skonsultować, kto mógłby podtrzymać Ciebie w zamiarze dalszego pisania, sugeruje, że pisać chcesz --- a to samo w sobie jest czymś godnym pochwał. Z drugiej natomiast strony --- wierzyć się nie chce, że ani razu nie "tknęło" Cię, by zerknąć do słownika, upewnić się...  

Ale rozumiem, że postępowanie, jakie Tobie wytknąłem, da się na tym etapie usprawiedliwić. Powtarzam: na tym etapie. Czyli na samym początku, gdy pospiesznie, w lekkim uniesieniu, spisuje się wizję... Ale nie powtarzaj raz popełnionego błędu i następny tekst odłóż na tydzień do miesiąca, przeczytaj i sprawdź, czy lekturze nie towarzyszy jakiś dyskomfort o treści: zaraz, zaraz, co ja tu napisałem, o co mi chodziło? zaraz, jak ja to napisałem? Skutki sam poczujesz i zobaczysz --- skutki na plus.  

Na stronie PWN-u jest ogólnodostępny słownik ortograficzny, słownik języka polskiego też. Korzystaj z nich.  

Samo opowiadanie: zakładam, że to Twój "oficjalny" debiut, więc nie tylko nie jest źle, ale jest dobrze. Piszę o pomyśle, treści i ogólnym sposobie realizacji. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę miał przyjemność poczytać coś nowego spod Twojego pióra, coś już wolnego od usterek, o których tyle było wyżej.   

Pozdrawiam i powodzenia.

Drogi autorze. Jedynym usprawiedliwieniem dla tej ilości błędów interpunkcyjnych, logicznych, składniowych, gramatycznych i jakich tam chcesz jeszcze, jest tylko i wyłącznie doskonale napisana od a do zet historia.

Dodge this, wykrywacze błędów :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Weźmiemy na klatę ; P

 

Drogi DJ-u, żeby nie polecenie w wątku Beryla, po kilkunastu zdaniach rzuciłabym ten tekst w cholerę, ze względu na wyżej wymienione błędy (i to całe ich morze, a nie stawik). Ja lubię czerpać przyjemność nie tylko z dobrej historii, ale i z podania jej w należyty sposób.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

tak, jestem świadomy, że mam nieco mniej korektorskie/redaktorskie podejście, bo jestem w stanie cieszyć się tekstem jeśli historia jest dobra i dobrze napisana. Nie zwracam wtedy uwagi na błędy.

 

A ta historia jest dobra i dobrze napisana

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Szczęściarz ; D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam pytanie natury technicznej.

Czy jest sens zamieszczać jeszcze raz ten tekst, tylko że poprawiony?

Sith Happens!

Oczywiście, w ramach ćwiczeń to moim zdaniem bardzo dobry pomysł. Masz wersję beta, w której można poprawić to, to i to. Jak to zrobisz będziemy wiedzieć, czy i czego się nauczyłeś, a z czym ewentualnie potrzebujesz pomocy, i ktoś uprzejmy na pewno podpowie Ci co i jak jeszcze zrobić, żeby było lepiej. Bo zwykle jest tak, że poprawiasz, poprawiasz, poprawiasz... a zawsze ktoś jeszcze do czegoś się przyczepi ; ( Pisanie to suka ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A nie lepiej podmienić? W obu przypadkach ciężko, bo komu się będzie chciało czytać po raz drugi (poczekalnia!!!!!)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Jak to, komu? Myślałam, DJ-u, że opowiadanie bardzo Ci się podobało, nie miałbyś ochoty zajrzeć do oszlifowanej wersji? ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Rozumiem że w kwesti podmiany mam się zgłosić do szanownego administratora? Chyba gdzieś widziałem taki topik...

Sith Happens!

Do szanownego DJ-a ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

tak, robię tu też za administratora.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

To najlepsza historia, jaką przeczytałem w tym miesiącu. To również najbardziej naszprycowany bezmyślnymi błędami tekst, jaki czytałem w tym miesiącu. Mam ochotę spuścić ci łomot, autorze. Solidny łomot. Pod względem opowiedzianej historii, wykreowanego świata i stworzonych postaci ten tekst pretendowałby do comiesięcznego wyróżnienia - sam bym go nominował i - choćby siłą - przekonał pozostałych członków loży do opowiedzenia się za nim. Ale nie, to by przecież było zbyt proste. Jak już trafia się vyzartowi fantastyczna historia to oczywiście musi być pełna niechlujstwa, niedociągnięć i błędnych odmian. Pozostaje mi tylko westchnąć.

Obiecuje ci, autorze, że jeśli twój następny tekst będzie tak samo niedoczytany i niedopracowany, przyjdę do ciebie w nocy i zjem. Masz talent, a to niestety zobowiązuje. 

Ehh... Ile ja się już nasłuchałem o tych błędach... I to poza forum. No cóż, mea culpa. Za bardzo się pospieszyłem wrzucając niedopracowny tekst i teraz zbieram tego plony. Tym bardziej jednak dziękuję za przeczytanie i opnię, dała mi naprawdę pozytywnego kopa.

Co do tekstu, to jest w korekcie. Jak ją skończę, to zamieszczę już poprawną (mam nadzieję) wersję na forum.

Sith Happens!

Poprawiłem w końcu tekst... Chyba. :)

@ Dj Jajko: Dziękuję za podmiankę!

 

Sith Happens!

Postaram się wrócić do tekstu, przeczytać bez "skoków". Ale za dwa, trzy dni. OK?

Super. Dziękuję :) To ja do tego czasu jeszcze raz go na wszelki wypadek go przejrzę.

Sith Happens!

Drukuje się już. Napiszę wieczorem. Pozdr!

Podziękować! :)

Sith Happens!

1) Bardzo, ale to bardzo dobry, wykreowany świat. Czuję, że wszystko ma ręce i nogi, nie hybocze się, nie zaprzecza samemu sobie w żadnym razie.

2) Przeszłość Motoya, prowadzenie postaci i ich charaktery.

3) Klimat

4) Wartka akcja - wszystko pisane jest w jakimś celu, nie ma tzw. przegadania i lania wody.

Jedyne co mi się mniej podobało, to takie za filmowe i miejscami nie naturalne dialogi - nie wiem, może to tylko moje spostrzeżenie.

Tak czy siak, opowiadanie świetne.

Pozdrawiam!

*chybocze, wybacz. Jeszcze się uczę.

Maju, bardzo Ci dziekuję za przeczytanie (zwłaszcza, że tekst do krótkich nie należy) i za pozytwną opinię. Bardzo się cieszę że ci się spodobało. Co do dialogów, to jeszcze się im przyjrzę, może rzeczywiscie trochę Hollywoodem zalatują (takim z filmów akcji lat 80-tych. Hy, Hy!).

Pozdrawiam!

Sith Happens!

Zalth, oby tak dalej. Nie porzucaj pisania.

Wampir w wersji SF? Ciekawe… Nie wiem, czy w końcu podmieniłeś tekst, ale wciąż zostało mnóstwo drobiazgów językowych, zwłaszcza literówek. Teraz już możesz poprawiać bez ograniczeń.

Ale sama historia bardzo fajna.

Babska logika rządzi!

OMG! Nowy komentarz! :P

Finklo, bardzo dziękuję za przeczytanie, szczególnie, że to długi jak na portalowe standardy tekst, co może nie zachęcać. Jeśli chodzi o te drobne usterki, to szkoda (albo może dobrze), że nie widziałaś wersji pierwotnej. Do tej pory mi wstyd.

Bardzo się cieszę, że historia się spodobała, a co do analogii enbiotów do wampirow… No cóż, rzeczywiście pewna jest, nie da się tego ukryć. Ale to tylko analogie. Pracuje nad kilkoma dłuższymi opowiadaniami z tym samym bohaterem w których postaram się żeby było bardziej "sajence". :)

Pozdrawiam.

Sith Happens!

Ponieważ okazało się, że Czas spać, bracie jest jedynym nieznanym mi opowiadaniem Twojego autorstwa, czym prędzej nadrobiłam tę zaległość i muszę przyznać, że zaiste, debiut miałeś udany! Choć w tekście pozostało jeszcze wiele błędów i usterek, opowieść czytało się znakomicie.

Niniejszym dołączam do grona usatysfakcjonowanych czytelników. ;-)

 

Zna­łem kie­dyś fa­ce­ta, na­wi­ga­to­ra frach­tow­ców, który twier­dził, że po węchu jest w sta­nie roz­po­znać, gdzie wy­lą­do­wał. – Węch jest zmysłem, którym można coś rozpoznać, ale nie można niczego rozpoznać po zmyśle.

Proponuję: …że węchem jest w sta­nie roz­po­znać, gdzie wy­lą­do­wał. Lub: …że po zapachu jest w sta­nie roz­po­znać, gdzie wy­lą­do­wał.

 

Chudy jak szcza­pa tech­nik stał z otwar­tą buzią pod ka­dłu­bem „Wil­czy­cy” i gapił się w kom­pu­ter dia­gno­stycz­ny. – Ponieważ buzie maja dzieci, o dorosłym techniku napisałabym: Chudy jak szcza­pa tech­nik stał z otwar­tą gębą/ otwartymi ustami

 

Z ple­ca­mi usły­sza­łem cichy jęk za­wo­du. – Literówka.

 

Cięż­ko jest za­cho­wać kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią… – Trudno jest za­cho­wać kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią

 

Pso­nik całe życie uczy się fil­tro­wać swoje lub cudze ema­na­cje… – Literówka

 

– Tak, tak, już wró­ci­łem. – po­wie­dzia­łem omi­ja­jąc pro­jek­cję. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Po­pa­trzy­ła się na mnie spode łba… – Po­pa­trzy­ła na mnie spode łba

 

nie było to nic przy­jem­ne­go…Chyba… – Brak spacji po wielokropku…

 

Od­dział sił po­rząd­ko­wych zło­żo­ny z po­li­cjan­tów uzbro­jo­nych elek­trycz­ne pałki… – …po­li­cjan­tów uzbro­jo­nych w elek­trycz­ne pałki

 

i mimo ro­zej­mu, jaki trwał już od do­brych kilku lat… – …i mimo ro­zej­mu, który trwał już od do­brych kilku lat

 

Musi Pan mieć mnó­stwo ru­ty­no­wej ro­bo­ty.Musi pan mieć mnó­stwo ru­ty­no­wej ro­bo­ty.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– To nie to samo –od­parł… – Brak spacji po półpauzie.

 

I takim to z im­mu­ni­te­tem.I to takim z im­mu­ni­te­tem.

 

w uzu­peł­nie­niu za­pa­sów nie­zbęd­nych do kon­tu­ro­wa­nia dal­szej po­dró­ży… – Co to jest konturowanie podróży?

 

Nor­man Bisel, zgi­nął pod­czas po­ża­ru, jaki wy­buchł… – …Nor­man Bisel zgi­nął pod­czas po­ża­ru, który wy­buchł

 

Tych in­for­ma­cji nie było ra­por­tach zna­le­zio­nych przez Szarą.Tych in­for­ma­cji nie było w ra­por­tach zna­le­zio­nych przez Szarą.

 

Nie li­cząc gli­nia­rza w re­cep­cji, po­ste­ru­nek świe­cił pust­ka­mi. Po­trak­to­wa­łem go tak samo, jak ko­mi­sa­rza… – Czy na pewno chciałeś napisać, że bohater potraktował posterunek tak, jak komisarza. ;-)

 

su­fi­ty skle­pio­ne lu­ka­mi go­tyc­kich ka­tedr… – Raczej: …su­fi­ty skle­pio­ne łu­ka­mi, jak w go­tyc­kich ka­tedrach

 

wy­da­jąc głu­chy war­kot gdzieś z wnętrz­na wą­skiej klat­ki pier­sio­wej. – Literówka.

 

Skon­cen­tro­wa­łem się i po­wie­trze za­fa­lo­wa­ło wzdłuż te­le­ki­ne­tycz­nej fali… – Powtórzenie.

 

zanim zda­rzy­łem za­re­ago­wać. – Literówka.

 

Gdzie to pro­wa­dzi? – – Dokąd to pro­wa­dzi?

 

Minę miał nie tęgą.Minę miał nietęgą.

 

–To były en­bio­ty? – Brak spacji po półpauzie.

 

Szkła kon­tak­to­we po­ka­za­ły plan sta­cji ze błę­kit­ną ikoną mojej po­zy­cji. – Literówka.

 

„Ce­le­ste” zo­sta­ła za­pro­jek­to­wa­na przez biura bli­żej nie­zna­nej fran­cu­skiej spół­ki. Była też pierw­szym i ostat­nim ich pro­jek­tem, jaki wy­szedł do pro­duk­cji. – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Była też pierw­szym i ostat­nim ich pomysłem, który wy­szedł do pro­duk­cji.

 

że sło­necz­nych pro­mie­niach sta­cja lśni­ła jak dia­ment. – …że w sło­necz­nych pro­mie­niach…

 

a kilku przed­się­bior­czych panów, mając ciche po­par­cie rzą­do­wych ofi­cje­li, za­adop­to­wa­ło ska­żo­ne po­miesz­cze­nia… – Czyżby przedsiębiorczy panowie usynowili pomieszczenia? ;-)

Powinno być: …za­adap­to­wa­ło ska­żo­ne po­miesz­cze­nia

 

W spo­rym prze­strze­niu w kształ­cie wy­cin­ka koła upchnię­to setki skrzyń i po­jem­ni­ków. – Kiedy przestrzeń przestała być rodzajem żeńskim?

W spo­rej prze­strze­ni w kształ­cie wy­cin­ka koła, upchnię­to setki skrzyń i po­jem­ni­ków.

 

Sie­dział z za­ło­żo­ny­mi no­ga­mi na ster­cie skrzyń. – Siedząc, można założyć nogę na nogę, ale jak zakłada się obie nogi?

 

– I tego wy­ro­sły ci te skrzy­dła? – Pewnie miało być: – I od tego wy­ro­sły ci te skrzy­dła?

 

Uśmiech­nął się, roz­kła­da­jąc ma całą sze­ro­kość… – Literówka.

 

Pra­wie dwie­ście lat temu zda­rze­nie zwane „Upad­kiem” zmie­ni­ło cy­wi­li­za­cję ludzi w dy­mią­ce cmen­ta­rzy­sko. Z po­zo­sta­łych ruin wy­peł­zła na świat… – Raczej: Z po­w­sta­łych ruin wy­peł­zła na świat

 

Każdy z nas do­stał od losu nową szan­sę, pła­cąc za to wy­so­ką cenę czę­ści swo­je­go czło­wie­czeń­stwa. – Raczej: …czę­ścią swo­je­go czło­wie­czeń­stwa.

 

Zim­mer się ucie­szy, zna­la­złam jego za­gi­nio­nych. – Literówka.

 

– Po­dej­rze­wa­łem cię o rożne zbo­cze­nia… – Literówka.

 

Każdy z nich wy­ma­gał po­świe­ce­nia przez niego czę­ści swo­jej krwi. – Literówka.

Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

– A ty dalej o tym?– za­rzu­ci­łem gra­nat­nik na ramię. – Brak spacji po pytajniku.

 

bo nikt inny nie da ci wy­ba­cze­nia. – Raczej: …bo nikt inny ci nie wy­ba­czy.

Nie wydaje mi się, by wybaczenie można było dać.

 

od­po­wie­dzia­łem wy­krzy­wia­jąc w gry­ma­sie nie­sma­ku twarz. – Literówka.

 

ude­rzy­ła za po­przed­ni­kiem i po­do­bi­ja­ła się jak gu­mo­we pi­łecz­ki. – Pewnie miało być: …ude­rzy­ła za po­przed­ni­kiem i po­od­bi­ja­ła się jak gu­mo­we pi­łecz­ki.

 

prze­bi­ja­jąc skórę i blo­ku­jąc w ramię z mie­czem. – Literówka.

 

Zanim zda­rzy­łem co­kol­wiek zro­bić… – Literówka.

 

uwol­ni­ło mojej kost­kę od macki i uciąż­li­wej szcze­ki wgry­za­ją­cej się w ramię. – Literówki.

 

Po­przez wycie prze­cią­ża­nych ner­wów po­czu­łem jak ude­rzam ple­ca­mi w ster­tę skrzyń. – W jaki sposób można poczuć coś przez wycie? Jak wyją nerwy?

 

Coś tym wrza­skiem było nie tak.Coś z tym wrza­skiem było nie tak.

 

Wy­krzy­wił twarz wście­kłym gry­ma­sie… – Wy­krzy­wił twarz we wście­kłym gry­ma­sie

 

i uwol­ni­łem mo­no­noż z le­we­go rę­ka­wa. – Co to jest mononoż?

 

– Za­bierz sta­tek na niską or­bi­tę i prze­ska­kuj oko­li­cę. – Czy nie powinno być: – Za­bierz sta­tek na niską or­bi­tę i prze­ska­nuj oko­li­cę.

 

które ledwo co kom­pen­so­wa­ły sys­te­mu stat­ku. – Literówka.

 

Roz­sia­da­łem się wy­god­nie… – Literówka.

 

roz­sia­nych po po­wierzch­ni pla­ne­ty. – …roz­sia­nych na po­wierzch­ni pla­ne­ty.

 

Z kie­sze­ni płasz­cza wy­cią­gną­łem po­mię­te zdję­cie ,które… – Zbędna spacja przed przecinkiem i brak spacji po nim.

 

Od­pa­li­łem pa­pie­ro­sa.Za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa.

Można odpalić papierosa od innego, palącego się. Jeśli zapałką/ zapalniczką, to zapalamy papierosa.

 

Fajki były pierw­szym asor­ty­men­tem, jaki zwró­cił moją uwagę… – Fajki były pierw­szym asor­ty­men­tem, który zwró­cił moją uwagę

 

pół­ku­li­ste ha­bi­ta­ty wy­ra­sta­ły w rów­nych rzę­dach z dna ko­tli­ny. Po­ło­żo­ny na dnie wiel­kie­go kra­te­ru… – Powtórzenie.

 

a nie szwę­da­ją się po nocy na otwar­tym te­re­nie. – …a nie szwen­da­ją się po nocy na otwar­tym te­re­nie.

 

grupa pro­sty­tu­tek przy­cze­pio­na do po­nu­rych azja­tów… – …grupa pro­sty­tu­tek przy­cze­pio­nych do po­nu­rych Azja­tów

Przyczepione były prostytutki, nie grupa.

 

Kry­tycz­nym wzor­kiem ob­rzu­ci­ła moje zno­szo­ne ubra­nie i ogo­rza­łą glebę z dwu­ty­go­dnio­wym za­ro­stem. – Pewnie miało być: Kry­tycz­nym wzro­kiem ob­rzu­ci­ła moje zno­szo­ne ubra­nie i ogo­rza­łą gębę z dwu­ty­go­dnio­wym za­ro­stem.

Krytyczny wzorek jest moja ulubioną literówką. ;-)

 

Mia­łem już tro­chę w czu­bie, jak ktoś sta­nął przy sto­li­ku.Mia­łem już tro­chę w czu­bie, gdy/ kiedy ktoś sta­nął przy sto­li­ku.

 

Siadł i polał sobie sa­mo­go­nu aż po brze­gi kie­lisz­ka.Siadł i nalał sobie sa­mo­go­nu, aż po brze­gi kie­lisz­ka.

 

Kon­tro­la lotów prze­sy­ła in­for­ma­cje, że w pocie wy­lą­do­wał sta­tek z Do­mi­nium. – Literówka.

 

Zza poły nie­śmia­łe wyj­rza­ła kolba ja­kie­goś wiel­ko­ka­li­bro­we­go pi­sto­le­tu. – Literówka.

 

I do tego, panie Mo­toya, jak tam się na­zy­wasz… – I do tego, panie Mo­toya, czy jak tam się na­zy­wasz

 

za­brać ze sobą parę skrzyn­kę wódy… – …za­brać ze sobą parę skrzyn­ek wódy

 

Wiem, co z was dupki i jak was zabić.Wiem, co z was za dupki i jak was zabić.

 

Usta­wio­ny pod dziw­nym katem obraz ko­ry­ta­rza na sta­cji… – Literówka.

 

kopię na­gra­nia trzy­ma gdzieś w ukry­ciu. – Literówka.

 

Na­chy­li­łem się na sto­li­kiem i zga­si­łem pa­pie­ro­sa. – Literówka.

 

No więc jakby to ująć… – No więc jak by to ująć

 

– Mó­wi­łeś, że jako ona się na­zy­wa? – Literówka.

 

tym­cza­sem prze­mia­na jej ro­dzeń­stwa sko­czy­ła się fa­tal­nie… – Literówka.

 

Gli­niarz po­krę­cił głową.– Przy­nam­niej… – brak spacji po kropce.

 

Nie sa­dzi­łem, że szczep jego en­bio­ta jest tak silny… – Literówka.

 

po chwi­li dwóch mun­du­ro­wych we­szła do klat­ki scho­do­wej. – Literówka.

 

Po chwi­li z wy­raź­nym wes­tchnie­niem ze­szło z niego po­wie­trze. – Czy mam rozumieć, że powietrze, schodząc, wzdychało? ;-)

 

Gdzie ją teraz za­bie­ra­ją? – – Dokąd ją teraz za­bie­ra­ją?

 

–Wy­bie­rasz się gdzieś? – Brak spacji po półpauzie.

 

Od­pa­li­łem pa­pie­ro­sa, zer­ka­jąc do pacz­ki.Zapa­li­łem pa­pie­ro­sa, zer­ka­jąc do pacz­ki.

 

Mały port zbu­do­wa­no wokół Ka­pi­to­lu, czyli naj­więk­szej ko­pu­ły ko­lo­ni. – …czyli naj­więk­szej ko­pu­ły ko­lo­nii.

 

po raz ostat­ni na tej pla­ne­cie użył swo­ich kon­tak­tów. Sak­soń­czyk wci­snął swo­je­mu wy­so­ko po­sta­wio­ne­mu ko­le­dze… – Powtórzenie.

 

– Bo to już ko­niec, nie masz gdzie uciec.– Bo to już ko­niec, nie masz dokąd uciec.

 

– Zdję­cie ze sta­cji – wy­cią­gną­łem zwi­tek pla­sti­ku z kie­sze­ni – a nim ta chiń­ska mor­dow­nia… – – …a na nim ta chiń­ska mor­dow­nia

 

– Mia­łem dwie de­ka­dy wol­ne­go czasu na my­śle­nie, Alex. – Masło maślane. Dwie dekady, to czas.

Wystarczy: – Mia­łem dwie de­ka­dy na my­śle­nie, Alex.

 

– Pra­wie się po­sra­łem ze stra­chu. – Chyba się jed­nak nie bę­dzie roz­sąd­ny. – Ble­fu­jesz jesz­cze go­rzej niż ja. – Zastanawiam się, co chciałeś powiedzieć.

 

Czar­na macka, nie grub­sza niż kciuk po­wo­li zbli­ży­ła lśnią­cy po­jem­nik do szyj­ki dziew­czy­ny. – Jeśli masz na myśli część ciała łączącą głowę z tułowiem, to zdanie winno brzmieć: …zbli­ży­ła lśnią­cy po­jem­nik do szyi dziew­czy­ny.

Szyjkę może mieć dziecko, dorośli maja szyję.

 

Skóra Alexa przy­bra­ła ciem­niej­szy od­cień, co ozna­cza­ło, że jego en­biot po­ry­wał ciało pan­ce­rzem z wę­glo­wych włó­kien. – Literówka.

 

Utkwi­li­śmy w mar­twym punk­cie, bra­cie… – Raczej: Utknę­li­śmy w mar­twym punk­cie, bra­cie

 

Pełna dawka su­ro­we­go szcze­pu en­bio­ta znik­nę­ła w z po­jem­ni­ka. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Wysoko ka­li­bro­wy po­cisk bez trudu prze­bił się przez en­bioc­ką skórę… – Wielkoka­li­bro­wy po­cisk bez trudu prze­bił się przez en­bioc­ką skórę

 

Wy­pro­sto­wa­łem się i od­pa­li­łem ostat­nie­go pa­pie­ro­sa z pacz­ki.Wy­pro­sto­wa­łem się i za­pa­li­łem ostat­nie­go pa­pie­ro­sa z pacz­ki.

 

Ona… to…wol­ność… – Brak spacji po drugim wielokropku.

 

usta­wi­łem moc na mi­ni­mum. Za­zna­czy­łem cel i za­ta­cza­jąc pro­mie­niem mi­ni­mal­ne okrę­gi… – Powtórzenie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niech nam gwiaaaastka pomśnośi nihdy nieeeee…

Tak sobie zanuciłem, jak żem zobaczył  te złote cudo. :)

 

A poważnie Regulatorko, to serdecznie dziękuję za przeczytanie, tym bardziej, że ta moja cegła ma ponad 100k znaków i nie każdemu się chce. Cieszę się też niezmiernie, że nie nudziło, bo zważywszy na wykonanie, to chyba jedyna pozytywna cecha mojego debitu. :)

Noszę się z postanowieniem, że kiedyś, jak znajdę czas, dosiądę się na poważnie i poprawie te wszystkie technikalia, ale jak na razie, to zaglądam czasem do fragmentów i uśmiecham się z politowaniem, co ja tu te trzy lata temu nawypisywałem.

Taki sentymencik. :)

Jeszcze raz wielkie dzięki. :)

 

Sith Happens!

Och, jakże to miło, móc o poranku sprawić radość innym. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No proszę, ciągle pracujemy nad tekstem :)

Podziwiać!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Tak, wycięcie z jednej sceny trzech odmian słowa “impet”, a z całego tekstu – ośmiu, można zaliczyć jako pracę na tekstem.

Pięć zostało. :P

Sith Happens!

Tak dla pewności, że tu byłam. I coby się znalazło w ostatnio komentowanych. Coś Ci się należy za prowadzenie akcji. :-)

Babska logika rządzi!

A dzięki! Zaraz się dobiorę do innych portalowiczów. :)

 

Sith Happens!

Dobierz im się do d… debiutów.

I pamiętaj o klikaniu, jeśli się spodoba. Teksty sprzed powstania Biblioteki mają baaaardzo pod górkę.

Babska logika rządzi!

Hmm… Debiut. Dobry pomysł. :)

Sith Happens!

Nowa Fantastyka
Patronujemy