- Opowiadanie: piotr - Dialogi z bestią

Dialogi z bestią

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Dialogi z bestią

Dom był duży acz całkiem przeciętny. Na pierwszym piętrze, w pokoju, za biurkiem, na którym stał ekran siedział mężczyzna. Komputer było wewnątrz wnęki obok jego nóg, z prawej. Twarz mężczyzny ciężko było ocenić, nie można było powiedzieć czy jest dojrzały czy dopiero dojrzewa. Ludzie często widzieli ją w różne sposoby. Włączył komputer a następnie uruchomił program Microsoft Word z chęcią pisania. Pisał codziennie. Tym razem jednak siedział tylko gapiąc się w białą, cyfrową kartkę. Czuł się źle. Zdawało mu się, że już nigdy nic nie napisze. Nie lubił zresztą słowa „nigdy". Ono zawsze zwiastowało dla niego kłopoty. Był jednym z tych co to ciężko dojrzewają pośród nerwicowych spazmów. Nie lubił też pytania „dlaczego", którego to ponoć stawianie znakomicie oddziela nas od małp. Może nie był w pełni człowiekiem?

Kopnął maszynę i wyłączył ją wyrywając wtyczkę z kontaktu. Ułożył się na kanapie i zmrużył oczy. Śniło mu się ostatnie spotkanie z menagerem. Człowiek ten, jak uważał miły, nazywał się Dave i nie lubił kiedy inni dyktują mu co ma robić. Dlatego się pokłócili. Wszyscy dobrze wiemy, że o pieniądze. Następnie pojechał do sklepu monopolowego i kupił litr wódki. Rankiem dnia następnego, a więc właśnie tego ranka obudził się z bólem głowy i uczuciem, że ma w niej kompletną pustkę. Z początku nie chciał wierzyć w to, że nie potrafi z siebie wydusić choć słowa ale w końcu jednak przyznał przed samym sobą, że chyba jednak zostanie mechanikiem samochodowym. Zarobek niezły, miał przecież w tym kierunku wykształcenie. A jego ostatnia powieść? Porażka. A do tego menager chciał zedrzeć z niego pieniądze, których i tak zarobił tyle co nic.

– Kurwa mać! – Zawołał stare i dobre, może dlatego, że polskie przekleństwo choć mieszkał w USA i zasnął. Jego debiut był sukcesem, druga zaś powieść klęską. Pożałował, że tak właśnie było. Wolałby od razu wiedzieć, że nie potrafi pisać.

Klnąc spiął się odreagowując stres, dlatego przez niemal cztery godziny ani drgnął chyba, że z zima słabo przykryty. Nie wiedział jak skończy się ta historia.

– Jak? No jak? – Powtarzał sobie w myślach. – Wiesz, Stan, zawsze spadałeś na cztery łapy, jak kot. A teraz? Wyrżnąłeś głową o betonową podłogę. Kurwa mać! – Po wewnętrznym monologu przekleństwo zakończyło ten rozdział, pierwszy lecz nie ostatni, lamentów na temat siebie samego.

Kiedy usłyszał stukanie w okno zerwał się na równe nogi. Nie chciał widzieć nikogo. Stukanie trwało. – Kurwa mać! – Wycedził przez niemal całkiem zaciśnięte szczęki i pobiegł przed siebie, na oślep jak paralityk usiłujący oddać mocz na stojąco, głową waląc w lampę, kopiąc przy tym krzesło i wpadając pod stół. – Kurwa mać! – Tym razem podniósł się uważając na głowę i ujrzał, że nawet stojąc o trzy centymetry od okna nie jest w stanie stwierdzić, kto w nie puka. Mrugnął i skierował wzrok w dolny, lewy róg szyby. Siedział na niej, po drugiej stronie, jelonek rogacz i uderzał w nią wielkim porożem. – Mały skurwielu, już ja cię złapię! – Pomyślał i w pierwszej chwili miał ochotę rozgnieść owada razem z szybą ale opanował się. – Doctor! I need a doctor! – Zawołał i zaśmiał się w stylu końskim po czym powędrował do łazienki. Włączył wodę i się rozebrał. Kiedy strumień z prysznicowego węża był satysfakcjonująco ciepły wszedł do kabiny i uśmiechnął szeroko. Był to dokładnie ten moment, w którym nie ma się ochoty wychodzić spod strumienia gorącej wody aż do jej wyczerpania. Tak się składało, że dwa tygodnie wcześniej zamontował gargantuicznych rozmiarów bojler; tym większy był jego uśmiech.

Przeszedł energicznie do porannej masturbacji wyobrażając sobie przy tym uroczą listonoszkę, którą miał okazję widzieć dwa dni wcześniej i zamienić z nią kilka zdań na tematy błahe. Potem kiedy już mył swój instrument zawstydził się wiedząc, że za jakiś czas będzie musiał spojrzeć jej w oczy ze świadomością, że wyobrażał ją sobie „waląc konia" pod prysznicem. Nie było tego widać lecz z jego oczu zaczęły płynąć łzy. Kiedy woda po czasie odpowiadającym polarnej zimie zaczęła robić się chłodna przekręcił kurki, poczekał aż ocieknie i stanął na dywaniku. Wytarł się dobrze i włożył okulary. Zdziwił się potwornie i przestraszył. – Kurwa! – Zaklął po cichu. – Ale… ja nie noszę okularów. – Pomyślał. – Kobieta. Tak. To na pewno jakaś kobieta, która śpi w sypialni u góry, której zwyczajnie nie pamiętam bo byłem pijany. Toż to jasne jak słońce!

Wyszedł z łazienki i skierował się na piętro by tam nakryć piękność o wielkim biuście. Nakrył jedynie brudną bieliznę leżącą na podłodze. – Szlag. – Zaklął zdezorientowany. Zdjął prędko okulary i zmrużył oczy z bólu. Odłożył je jak coś toksycznego trzymając najmniejszą powierzchnią palców jaką tylko się dało na blat stołu. Ponownie chrabąszcz zastukał o szybę. Stanley zszedł na dół do kuchni i wziął nóż. Obszedł z nim cały dom i nie znalazł nikogo. Przyszedł czas na zwiedzanie go z zewnątrz.

– Co pan tam, do cholery robi?! – Zawołał widząc mężczyznę na dachu.

– Zadzwonił pan do mnie pan wczoraj proszę pana. Po co panu nóż? Widziałem, że pan śpi więc nie chciałem budzić… pana.

– Ile razy powiesz jeszcze to słowo, panie…?! Zapomniałeś o OKULARACH! – Ostatnie zdanie Stanley wycedził czerwony jak burak. Ostygł jednak tak szybko jak nabrał koloru.

– Co za ludzie. – Wyszeptał zostawiając za sobą trzaśnięcie drzwi.

W końcu przypomniał sobie, że rzeczywiście zamówił jak go nazwał „gościa od dachu". Podczas ostatniej wiosennej ulewy woda zniszczyła dywan w pokoju dla gości, w którym właśnie spoczywał na kanapie. Był to jego ulubiony pokój. Pracownia na piętrze tego ranka straciła status ulubionego miejsca. Zastanawiał się tylko o ilu jeszcze rzeczach zapomniał. Spojrzał na kalendarz upewniając się, że jego matka nie zmarła a on sam nie ma wizyty u onkologa.

Pożegnał Boba kiedy ten skończył pracę i pojechał do znajomego, Richarda, żeby omówić ważną sprawę. Richard mieszkał ponad pięćdziesiąt kilometrów dalej, w gigantycznej metropolii – DogCity – i Stanley chciał mu powiedzieć osobiście, że jednak nie będzie następnej książki. Bał się, że żadnej. Po powrocie, a było już całkiem ciemno wskoczył do łóżka i zasypiał słysząc rozmowy z całego dnia. Jednego głosu nie rozpoznawał. Pożałował, że go słyszy.

– A więc dobranoc kotku. – Tymi słowami obcy głos skończył monolog, który był też bramą do niespokojnego snu.

 

– Jesteś diabłem? – Powiedział Stanley siedząc w łóżku. Dopiero co podniósł głowę z poduszki. Rolety były zasłonięte. Widział przez szczeliny pod nimi, że noc jeszcze całkiem się nie skończyła a dzień nie zdążył rozpocząć na dobre. Na krześle obok łóżka siedział mężczyzna.

– Tak. – Odparł. Widać nie lubił elokwencji.

– Czego chcesz?

– Pisarz powinien być obdarzony wyobraźnią, intuicją… gdzie się one podziały?

– Dusza… tak? O nią ci chodzi? Mam coś podpisać?

– Tak.

– Nie jesteś oryginalny.

– Bo nie ma takiej potrzeby.

– Wiem, że jesteś diabłem, wiem, że chcesz abym coś podpisał… nie ma mowy. Życie jest mi jeszcze miłe!

– Nalegam. To całkiem niezła oferta.

– Ty przekupko! Ty handlarzu dywanami… garnkami Zeptera! Won! Sabaka, won!

– Daj mi jeszcze chwilę, dlaczego się złościsz? Czyżbyś… zaplątał się w kołderkę? – Powiedział diabeł i dobył niewiadomo skąd paczkę Marlboro. Stanleyowi wydawało się, że z rękawa. W drugiej ręce diabeł miał już zapalniczkę. Zapalił papieros zaciągając się.

– Bycie nie-człowiekiem ma pewne zalety tak samo jak bycie martwym, rak mi nie grozi… – Rzekł gość chowając papierosy i zapalniczkę niewiadomo gdzie. – Dzisiaj… lada moment, dostaniesz list, zaproszenie… – dodał.

– Wynocha! – Wrzasnął Stanley, wyskoczył z pieleszy i chciał go kopnąć ale nie kopnął. Noga jego nie natrafiła na opór. Diabeł zachowywał się jak kłąb dymu. Zaczął się rozpływać i stawać zupełnie szary. Stanley się zakrztusił i otworzył oko. – Cholera. – Zaklął.

Ding-dong. Stanley na dźwięk dzwonka podskoczył. Pobiegł po szlafrok, nałożył go i popędził ku drzwiom. Na wycieraczce stała blondynka w uniformie listonoszki. Podała mu list.

– Co… to? – Zająknął się mężczyzna. W odpowiedzi tylko się zaśmiała i sobie poszła. – Do widzenia, panie Stanley. – Dodała na odchodnym. Poczuł wściekłość w stylu „jakim prawem się ze mnie naśmiewasz, dziwko" i trzasnął drzwiami. – List – pomyślał – to tylko zwykły list. Nic więcej.

Wciąż stojąc otworzył kopertę i wyjął białą kartkę, rozprostował ją i zamarł.

 

„ZAPROSZENIE

 

Elsa i Luis McStaff zapraszają pana Stanleya Kot na przyjęcie urodzinowe".

 

– Do stu piorunów! – Zaklął Stanley. Podrapał się w czoło. Poczuł apokaliptyczne parcie w dupie i pobiegł do klopa.

– Jezu Chryste – pomyślał siedząc na sedesie mimo, że w kościele nie był już od dobrych pięciu lat. Przypomniał sobie, że nim wyemigrował zrezygnował z religijnej praktyki. Kiedy niecały kilogram stolca emigrował z jelita grubego opuszczając jego ciało przez niewielką umięśnioną bramę zwaną odbytem zachodził w głowę o to, co wziął przed snem. Wniosek był prosty: nie wziął niczego. – Szlag by to i do diaska. Przecież ten cholerny diabeł istnieje tylko i wyłącznie w mojej głowie. Tylko skąd ta głowa wiedziała, że za trzy minuty listonoszka dostarczy do mojego domu zaproszenie?

Myśli te opuściły jego ciało razem ze stolcem i przez resztę dnia cieszył się z zaproszenia.

Elsa i Louise McStaff byli ważnymi figurami na szachownicy DogCity. Stanley pragnął przyjść na przyjęcie mimo, że wiedział iż dostał zaproszenie jako pisarz. A pisać już nie zamierzał. Dnia następnego, w środę zadzwonił do managera. – To koniec Dave. Już nigdy więcej nic nie napiszę. – Nie rozumiem. – Zdziwił się mężczyzna. – To koniec. Teraz zajmę się naprawianiem dachów, nie mówię do widzenia, żegnaj Dave, poczciwy z ciebie kawał skurwysyna… – Powiedział Stanley i trzasnął słuchawką bez złości.

Wyprostował się, przeciągnął aż mu strzeliło w kręgosłupie i uśmiechnął. Dał nura na kanapę i wydobył z odmętów poduszek i narzuty pilota by zatracić się w telewizyjnej toni. Włączył ulubiony program, National Geographic. Emitowali program o kobietach z egzotycznych plemion. Oglądając wielkie biusty murzynek zasnął śliniąc się z lekka.

– Biust… – Myśl ta drążyła jego umysł jak sentencja o wszechrzeczy. Jego brwi zaczęły drgać. Przyśnił mu się diabeł. I listonoszka. Ujrzał jak kopulują ze sobą i poczuł palenie w piersi. Diabeł miał tedy twarz jego kolegi z liceum ona była po prostu sobą. Uśmiechała się czując, że niezły z diabła szatan. Ten zaśmiał się opętańczo niczym ogier arabskiej krwi i zaczęła jęczeć. Stanley poczuł niepokój nie mogąc się poruszyć. Diabeł zaczął wtedy na niego spoglądać przez pionowe źrenice jak u kota.

– Miau… – dało się słyszeć miauczenie. Stanley obudził się i zobaczył, że jego własny kto liże mu palec.

– Gdzieś ty był… jak ci tam… – wypowiedział i się zaśmiał – Jonesy?

 

– …Czas rzeźbi skały. Czas rzeźbi nasze ciała i umysły. – Powiedział diabeł i się zaciągnął. Snopy gęste od fotonów, które wpełzły przez niskie szczeliny pod roletami obudziły Stanleya. Nie musiał nawet patrzeć w prawo. Widział gościa kątem oka.

– Przeszedłem by złożyć ci propozycję. Tym razem chociaż jej wysłuchaj. – Powiedział przybysz. Dookoła rozległy się dziwne szmery.

– Wal śmiało. – Rzekł Stanley. Chciał go wysłuchać a potem spławić raz na zawsze.

– Napiszesz książkę. Kolejną. I będziesz szczęśliwy tak długo jak będziesz pisał. A jeśli przestaniesz to wrócę odebrać to, co moje.

– Czyli co?

– Twój rozum.

– A nie duszę?

– W tych czasach trzeba być bardziej elastycznym, już dawno nie byłeś w kościółku.

– Fakt. To wszystko?

– Tak. To wszystko. Kiedy wstukasz na twardy dysk pierwsze zdanie nie będzie odwrotu. Pamiętaj, będzie ci się dobrze żyło ale kiedy skończysz, będziesz mój. – Rzekł diabeł i potarł wnętrze lewej dłoni. – Lewa śmiewa. – Dorzucił. Rozpłynął się jak kłąb dymu, który tak kochał. Stanley się zakrztusił i otworzył okna. Kiedy dym się rozrzedził na jego twarz wypłynął uśmiech. Tego wieczora rozpoczynało się przyjęcie. O słowach diabła zapomniał całkowicie.

O godzinie dziewiętnastej odpalił silnik Lamborghini słonecznego koloru i opuścił żwirowy podjazd by trzymać się drogi jadąc o wiele za szybko. Wiatr rozwiewał mu półdługie włosy. Ubrany w smoking potupywał lewą nogą, w rytm piosenki Bee Gees a może i nerwowo.

Minęły niecałe dwie godziny gdy zaparkował samochód choć planował jechać trzy.

Na salę wpuścił go odźwierny po tym jak mu się przedstawił. Dwójka bogatych organizatorów mogła sobie pozwolić na „prawdziwą" imprezę. Sala była wielka a gości jak przypuszczał kilkuset chociaż ku jego zadowoleniu, miejsca było na tyle, że nie robili tłumu. Kelner podał mu lampkę szampana i Stanley zaczął obchód. Przyglądał się twarzom mężczyzn i kobiet, a niektóre kreacje wprost prosiły się by wodzić po nich wzrokiem z góry do dołu. Do gustu przypadła mu pani w czerwonej suknie, rozciętej na udzie, o może nieco – jak uznał – zbyt pełnych piersiach. Trafił też na panią McStaff. – Dobry wieczór, Stan! – Zawołała i nawet się przytulili.

– Co słychać? – Pytała.

– Nienajgorzej, dziękuję.

– Piszesz coś nowego? Twoja „Żona wampira" bardzo mi się spodobała. Słyszałam, że druga powieść nie była takim sukcesem. Jest całkiem niezła ale chyba zbyt… trudna. Życzę powodzenia. A więc… co teraz piszesz?

– Piszę… – Stanley się zająknął – o pisarzu, który cierpi na brak natchnienia i zaczyna popadać w psychozę.

– Niezwykłe! Muszę powiedzieć mojemu mężowi, żeby z tobą porozmawiał! Zawsze cię lubiłam! No, ale obowiązki wzywają, muszę lecieć. Później jeszcze porozmawiamy, prawda? – Powiedziała.

– Oczywiście. – Odparł i kiedy odeszła odetchnął z ulgą. Pisarz, który cierpi na brak weny twórczej? A do tego wariuje? Toż to szaleństwo!

Pomysł, który wymyślił naprędce wyparował mu z głowy szybciej niż słaby szampan, którym się raczył.

– Pan Stanley Kot? – Usłyszał uroczy głos. Odwrócił się.

– W czym mogę pomóc?

– Proszę, – powiedziała pani w czerwonej sukni, dokładnie ta, która wpadła mu wcześniej w oko wyciągając z torebki egzemplarze dwóch książek, które napisał. Podała mu długopis. – Proszę. – Tym razem była to prośba o autograf, który złożył z największą ochotą.

– Ach, dziękuję! – Powiedziała chowając tomiska. – Uwielbiam pana myśl, świetny styl i postacie! Wie pan co? Dziwi mnie fakt, że nie sprzedała się pańska druga powieść, proszę pana. Ona jest przecież fantastyczna! Choć trudna.

– Dziękuję. Nie wiem co mam powiedzieć.

– Pan? Człowiek tak elokwentny? To ja panu pomogę. Jeśli to nie kłopot… nad czym pan teraz pracuje? – Zapytała nieznajoma a on wygrzebał z pamięci to, co powiedział pani McStaff i jej powtórzył.

– A więc pisarz bez natchnienia? I do tego trafia do szpitala dla obłąkanych? – Powtórzyła.

– Tego nie powiedziałem. – Był nieco zakłopotany.

– To fantastyczne! – Powiedziała, objęła go i pocałowała w policzek zostawiając na nim czerwony odcisk pełnych ust. Uśmiechnął się a ona zniknęła. Podążył za nią ale nie mógł dostrzec nigdzie jej czerwonej sukni. Jak na złość w tamtym miejscu goście opletli go ciasnym kordonem. Przez ponad godzinę krążył po sali, najpierw nachalnie jej wypatrując, później mniej ostentacyjnie ale tak naprawdę płomień, który w nim wznieciła zapłonął jeszcze mocniej. – Gdzie diabeł nie może tam babę pośle. – Pomyślał i wiedział, że to nie koniec jego opowieści jako pisarza. To był dopiero początek. Trzeba było przecież napisać książkę. Zaczął wypytywać o tajemniczą fankę. – Czy nie widział pan, nie widziała pani może damy w czerwonej sukni, takiej długiej, do ziemi… miała torebkę. – Mówił. W międzyczasie zdążył przywitać się z prezydentem, premierem i połową rządu. Pomyślał, że państwo McStaff to ważne figury, organizowali bale dobroczynne, koncerty. Wtedy wpadł mu do głowy pomysł. Ruszył by spotkać któreś z pary organizatorów. Trafił na Luisa i spytał go o tamtą zjawę. Ten jednak odesłał go do żony. Kiedy okazało się, że i ona nie może sobie przypomnieć nazwiska damy, której szuka skierowała go do pana w liberii. Odźwierny jednak też nic nie wiedział. Zarzekał się nawet, że nikt w czerwonej sukni nie przyszedł na bal. Stanley stwierdził, że gdy tylko nieznajoma zabrała autografy opuściła przyjęcie. Wyszedł przed budynek i czekał na schodach. Czekał i zdawało mu się, że się doczekał. Wrócił do środka na widok czerwonej sukni. Kiedy ujrzał twarz kobiety zrozumiał swoją pomyłkę. To nie była ona. Wszedł głębiej i usiadł na białej kanapie. Czas zwolnił i zaczynało działać mu to na nerwy. Tamta kobieta nawet mu się nie przedstawiła! Mimo tego faktu nie uznał jej za osobę niekulturalną. Wręcz przeciwnie. Pomyślał, że jest cudowna. Mógł zresztą pomyśleć na temat ich krótkiego ale jakże treściwego spotkania więcej: ona mu się podobała. Tak, wpadła mu w oko! – Że też nie wiem jak się nazywa! – Pomyślał. Jak na pocieszenie usłyszał delikatny i uroczy głos. A więc się znalazła! Odwrócił się. Stała przy nim pani w pociągłej, oliwkowej sukni.

– Dobry wieczór. Jestem Ann Hopkins. Czy to pan jest tym pisarzem?

– Chyba nie.

– Proszę się nie wykręcać. Wiem, że to pan.

– Dlaczego więc pytać?

– Niech pan mnie nie rozśmiesza.

– Nie chce pani autografu? – Powiedział bez zdziwienia.

– Mam. Mam pańskie autografy. Kiedy rozdawał je pan w Nowym Jorku ustawiłam się grzecznie w kolejne długiej jak autostrada między Kanadą a Meksykiem. A ona bezczelnie przyszła do pana! – Oznajmiła.

– Zna ją pani? – Powiedział z nadzieją Stanley.

– Oczywiście, że znam. To zołza i co najgorsze… wpadła panu w oko.

– Jest niezamężna, w przeciwieństwie do pani. – Oświadczył Stanley.

– Ma męża, jak ja. Tylko, że ona się z tym ukrywa. Mi zaś obrączka nigdy nie przeszkadzała w zawieraniu nowych znajomości. Mieszkam niedaleko, zrobię panu drinka. Pewnie ma pan już dość tych sików.

– Dobrze to pani ujęła. – Powiedział, wstał i podążył za nią. Pojechali do jej mieszkania, zrzucili łachy i wskoczyli do łóżka. Rano Stanley zastanawiał się dlaczego to zrobił. Ona wciąż spała. Pod oknem, plecami do niego opierając ręce na parapecie stał diabeł. Mężczyzna miał krótko przystrzyżone brodę i wąsy. Jego kremowy smoking dopiero wtedy przywołał mu na myśl przyjęcie.

– Podobała ci się, no nie? Znam jej imię. I nazwisko. Zabieraj się do pracy to może zobaczysz ją jeszcze kiedyś. Jest piękna, czyż nie? – Pytał diabeł.

– Tak… jest piękna. – Powiedział Stanley.

– Dziękuję, Stan. – Wyrzekła zaspana pani Hopkins. Zarówno pisarz jak i diabeł spojrzeli na nią z rozbawieniem.

Nadnaturalny gość zmienił się w szary dym. Stanley się podniósł i otworzył okno.

– Stan… nie wiedziałam, że palisz. – Wyjęczała, obróciła się na bok i otworzyła jedno oko.

– Jeszcze wiele musisz się o mnie dowiedzieć. A teraz… masz tu gdzieś komputer, laptop?

– Rozumiem. Niestety, tylko papier i długopisy, zresztą wyłącznie niebieskie…

Stanley dopiero w owej chwili ujrzał leżące na blacie obok mini-wieży czasopismo. Wśród nazwisko felietonistów znajdowało się jej nazwisko. Tamtej nocy był zbyt nią zajęty by móc widzieć cokolwiek więcej. Kiedy tylko dała mu papier i pęk długopisów zabrał się do pracy.

„Kiedy ujrzałem ją pierwszy raz miała na sobie czerwoną suknię".

Zaraz, to nie tak, pomyślał. Albo nie… to jednak tak.

„Cierpiałem, chciałem tworzyć a sam widok jej twarzy pomógł mi się pozbierać i wrócić do dawnego, dobrego stanu".

– Widzę, że praca wre. – Wtrącił diabeł. – To dobrze… miło znów widzieć cię w formie. Zobaczymy się później… dużo później. – Powiedział kiedy Ann Hopkins brała prysznic. Stanley nawet nie oderwał wzroku od kartki, nie przerywał pisać. Diabeł bowiem istniał tylko jako głos w jego głowie. Nie pozostał po nim też dym.

 

– Pół roku minęło. Dziś premiera. Będziesz rozdawał autografy. Brawo! Ciekawi mnie tylko jedna rzecz: czy to już koniec twojej kariery? Czy oddasz mi swoją… duszę? Czy będziesz pisał nadal? – Mówił diabeł a jego głos przeplatał syk.

Stanley obrócił się i udało mu się otworzyć sklejone snem oczy. Ujrzał łuskowatą postać i tak się przestraszył, że spadł z łóżka. Kiedy wychynął zza niego był sam.

Po południu wyruszył w trasę do miejskiej księgarni.

Przestrzegał ograniczeń prędkości więc dotarł na miejsce dwie godziny później. Podczas jazdy dużo rozmyślał między innymi o postaci, którą ujrzał tego ranka. Zastanawiał się czy traci zmysły. Już kiedyś przecież chodził na spotkania z terapeutą i pomogły mu. Czyżby wariactwo wracało? Zresztą wtedy nie był klasycznym wariatem, nie słyszał głosów i nie wydawało mu się, że jest napoleonem czy Jezusem. Miał nerwowe załamanie i to wszystko, myślał. Ale teraz? Teraz widzę tego… diabła, myślał.

Wcisnął hamulec, potem sprzęgło i zatrzymał się na skrzyżowaniu. Kiedy światło zmieniło się na żółte wrzucił pierwszy bieg i ruszył. Uciszył kierunkowskaz i zaczął zastanawiać się gdzie jest „ta cholerna księgarnia". W końcu ją znalazł. Miał piętnaście minut. Onieśmielił go nieco tłumek przed budynkiem. Wszedł od zaplecza.

Maszyna ruszyła: siedział za biurkiem i miał przed sobą kolejkę, której koniec znajdował się zapewne gdzieś w okolicach granicy układu słonecznego. Tym razem napisał coś może nie dla każdego, na pewno nie dla małych dzieci ale było tam wielu młodych ludzi, wielu starszych. Składał podpis raz za razem a jego nastrój z każdym stawał się lepszy. W pewnym momencie, a był na tyle zmęczony by nie podnieść wzroku na tego, kto pod nos podsuwa mu książkę wypadła z niej kartka. Widniał na niej numer telefonu komórkowego. Spojrzał w górę. To była ona. Ta, która wtedy miała na sobie czerwoną suknię. – Dzień dobry. – Powiedziała a on się podpisał. Schował kartkę do kieszeni. Wieczorem kiedy zamknęli bibliotekę był zmęczony, może nie tak jak ktoś, kto pół dnia rąbał drewno ale bolał go tyłek. Pocałowali sobie policzki, on i kierowniczka sklepu i ruszył do samochodu. Przekręcił kluczyk i odjechał w rytmie melodii tłoków. Był szczęśliwy z dwóch powodów: po pierwsze książka była sukcesem, a po drugie zjawiła się „ona". Uznał, że zadzwoni do niej dnia następnego. Drogi opustoszały a on czuł się bardzo senny, opierał z wysiłkiem wzrok na kawałku jezdni, który odsłaniały mu światła mijania. Opuścił miasto, był zupełnie sam ale nim zdążył włączyć długie światła ujrzał stojącą na jezdni postać. Wcisnął do podłogi pedał hamulca i samochód stanął w poprzek drogi. Rozejrzał się ale nie ujrzał nikogo. Wyszedł by sprawdzić czy ktoś nie leży na czarnym asfalcie.

Wsiadł z powrotem do samochodu i ruszył.

 

– Dzień dobry. Tu Stanley Kot. – Powiedział do słuchawki i podrapał się po głowie. Włosy miał zmierzwione. Obok na biurku stał półlitrowy, biały kubek dymiącej, czystej wody.

– Dzień dobry, panie Kot. Wiem, że nieco z tym zwlekałam ale… jestem Lydia Sanderson.

– Miło mi cię poznać, Lydia. – Powiedział i się zaśmiali.

– Chciałabym się z tobą spotkać. – Powiedziała.

– Lubię konkretność. Mówiąc szczerze, ja też chciałbym się z tobą spotkać. Dlaczego… nie odezwałaś się wcześniej? Wiedziałaś… – Nie dała mu dokończyć.

– Przepraszam. Miałam… osobiste sprawy. Proces sądowy… właśnie się rozwiodłam, chciałam nieco ochłonąć. Kiedy usłyszałam o twojej nowej premierze postanowiłam, że to będzie najlepszy ze sposobów.

– Rozumiem. Znam pewną jak myślę fajną restaurację, nazywa się „Nefretete". Może zechciałabyś zjeść ze mną kolacją?

– Z przyjemnością, Stanley. Oczywiście. A więc kiedy to będzie?

– Może dziś wieczorem? Ja mam bardzo dużo czasu.

– Ja też, ale… praca. W tygodniu po prostu nie mam siły. Może w sobotę?

– To świetny pomysł. Dobra, więc… no właśnie… przyjechać po ciebie?

– Nie musisz. Wiem gdzie to jest. Mieszkam niedaleko… ja też lubię tą knajpę. – Powiedziała i znów zaśmiali się razem.

– Do zobaczenia Stanley.

– Do widzenia. Będę o siódmej.

– Okay, pa.

– Cześć. – Powiedział.

– No to pa. – Dodał ona. W końcu Lydia odłożyła słuchawkę. Stanley długo siedział nieruchomo wpatrzony w samego siebie. Kiedy wrócił do świata żywych włączył telewizor. Poczuł, że nareszcie coś zacznie dziać się w jego życiu. Odniósł już sukces w życiu zawodowym ale zawsze chciał odnieść ten w życiu osobistym. Sądził, że mu się uda. Rozmowę tą odbył w poniedziałek. W środę otrzymał telefon. Dzwoniła Anna Hopkins ta, z którą odbył kilka stosunków seksualnych. Chciał się z nią delikatnie pożegnać. Nie kochał się z nią dlatego, że tego chciał a dlatego, że nie chciał niczego innego i nie wiedział do końca co robić. Na dokładkę nie wiedział też co robi. To, że umówił się z kobietą, która na dodatek mu się podobała, na kolację zdefiniowało jego pogląd na sprawy miłości.

Wbrew jego obawom kochanka zrozumiała go wcale dobrze i się pożegnali. W owej chwili nie pracował nad nową historią i zastanawiał się co mógłby napisać. Zostawił jednak te myśli. Wiedział, że jeśli coś będzie mu miało przyjść do głowy to wpadnie do niej jak zabłąkany pocisk do izby.

Pomyślał o Ann, myślał, że raz ostatni i o Lydii. Później pomyślał też o diable. Uznał, że jeśli nie obudzi się w piekle nie ma czym się przejmować.

 

Cechą życia jest aktywność. Każdy, kto ją traci zaczyna staczać się aż wreszcie wpadnie w otchłań śmierci. Tylko ona jest niezmienna i stała. W życiu wszystko może się zmienić. Jest jeszcze sen, który jest wyjątkiem od reguły życia. Przesypiamy jego jedną trzecią. Podczas snu część mózgu odpowiedzialna za logiczne myślenie nie działa, a pozostałe części działają dużo szybciej. Półtora kilograma szarej materii przechodzi wtedy generalny remont. Gdy śpi świadomość umysł szarżuje i działa jak prywatne kino.

Stanley zastanawiał się czy jest z nim coś nie tak. Myślał też, że może po prostu miewa sny na jawie, sny w których widzi diabła.

Kiedy spotkali się w restauracji za oknem było ciemno.

– A więc czym się zajmujesz? – Podjął Stanley.

– Jestem psychiatrą. – Powiedziała a jego na chwilę zamurowała.

– Zawsze jest jakiś haczyk. – Powiedział uśmiechając się.

– Przeszkadza ci to?

– Nie, skądże. Jesteś pielęgniarką?

– Nie. Pracuję w klinice psychiatrycznej dzieci i młodzieży. Jestem dyżurną oddziału.

– To bardzo… intrygujące. Słyszałem, że psychiatrowanie jest strasznie męczące, że to… wypalająca praca.

– To prawda ale nie w moim przypadku. Moje stanowisko jest całkiem miłe.

– I kto by pomyślał?

– Straciłam przez to w twoich oczach?

– Ani trochę. Powiem więcej: zyskałaś. – Powiedział i pociągnęli napoje przez rurki, on coca-colę, ona sok pomarańczowy. Rozmawiali dalej aż uznał, że czas najwyższy zrobić przerwę. Udał się do toalety. Kiedy sterczał nad pisuarem koszula na brzuchu mu się podwinęła. Zauważył coś na skórze i podniósł ją jeszcze bardziej. Na brzuchu miał dwie łuski. Uniósł brwi i patrzył na nie wielkimi, okrągłymi oczyma. Były szare jak u ryby albo… węża. Od razu przypomniał sobie ostatnią odsłonę diabła.

– Nad czym teraz pracujesz? – Zapytała gdy usiadł do stołu.

– Mówiąc szczerze na razie nie miałem pomysłu dobrego na tyle… by zacząć pisać coś nowego. – Powiedział Stanley i widać było, że zbiera się by powiedzieć coś jeszcze. – Nie wiedziałem, że masz… miałaś męża. Jeszcze mi powiesz, że masz dzieci.

– Nie, nie mam dzieci. A ty? Zawsze byłeś sam?

– Nie. Ale nigdy też nie wziąłem z nikim ślubu.

 

Po przyszpitalnym parku snuły się zjawy. Niektóre się materializowały gdy przyszedł do nich gość, inne pozostawały w świecie duchów już na zawsze.

Lydia Sanderson, wielkooka blondynka, dla niektórych uosobienie głupoty i kiczu a dla innych bezpretensjonalnego piękna zmarszczyła brwi. Spoglądała właśnie na akta chłopca. Był pacjentem.

– Był pacjentem i nadal nim jest mimo… że znikł. – Pomyślała Lydia.

– Dlaczego nie napiszesz historii związanej z kliniką? – Spytała kiedy przynieśli im kolację.

– Mógłbym, to całkiem ciekawe. Ale ja nie wiem zbyt wiele o klinice, ani o jej pacjentach.

– Wprowadziłabym cię tam. Zobaczyłbyś jak pracujemy.

– Powiedz mi, dlaczego postanowiłaś pomagać ludziom?

– Od zawsze interesowałam się psychologią. – Powiedziała ale nie takiej odpowiedzi oczekiwał.

– Czy ktoś w twojej rodzinie cierpiał na psychiczną chorobę? – Zapytał.

– Moja starsza siostra. Kiedy miałam jedenaście lat ona miała szesnaście, dostała skierowanie do ambulatorium gdzie zakwalifikowali ją do pobytu. Kręciło jej się w głowie, miała wymioty. Kiedy neurologiczne badania niczego nie pokazały odesłali ją właśnie tam, do psychiatryka.

– Rozumiem.

Poza tym intymnym wyznaniem było jeszcze kilka tej samej rangi włączając wyznanie miłości na końcu. Wydawało się, że są dla siebie stworzeni.

 

– Rak. – Pomyślał Stanley leżąc w domu na kanapie. Nawet nie chciał myśleć, że to ma coś wspólnego z osobą, którą widywał jakiś czas temu. Ale serce nie sługa, podobnie jak umysł. Myśli pchały się do głowy z siłą nacierającego byka.

Spojrzał raz jeszcze, diagnoza: łuski. – Pójdę z tym do lekarza. – Postanowił i na następny dzień dzwonił do miejskiego ośrodka aby wyciągnąć kartotekę. Dostał ósme miejsce w kolejce, miał zjawić się na miejscu o czternastej. Gdy dzwonił dochodziła dziesiąta.

Włączył telewizor ale nie był w stanie skupić się na arcyciekawym programie o „morderczych rybach z Teksasu". – Niszczuka krokodyla – mówił lektor – jest starsza niż dinozaury.

– Szlag by to! – Zaklął Stanley. Wstał, wyłączył telewizor i cały sprzęt niezbędny do oglądania programu z satelity i nie tylko i jął chodzić po salonie. Zrobił kilka rund dookoła kanapy i do głowy przyszedł mu pomysł. Rzucił się pędem po schodach i usiadł za komputerem, w pracowni. Uruchomił wszystkomogący sprzęt, odpalił program tekstowy i zaczął stukać w klawisze. Po godzinie pracy poczuł się świeży jak dopiero co zerwana z grządki nać pietruszki. Wyłączył maszynę, wstał, przeciągnął się, donośnie ziewnął i udał do łazienki. Podciągnął koszulę i z przerażeniem stwierdził, że łuski zniknęły. Wolałby, żeby tam były choć ostatecznie nie mógł zdecydować co woli: raka czy schizofrenię. Taki stan rzeczy oznaczał przecież tylko jedno: psychiczną chorobę. Stanley nie dopuszczał do siebie myśli, że diabeł nawiedza go naprawdę. Uznał, że jest tak przez wadliwe działanie labiryntu dla szczurów ukrytego w mózgoczaszce. Podrapał się po czole i wyszedł przed dom. Dochodziło ciepłe południe. Wiał lekki wiatr. Dom znajdował się w pobliżu jeziora i pisarz uznał, że pójdzie w kierunku brzegu. Wziął z kuchennego blatu klucze i telefon komórkowy, zamknął drzwi i ruszył ścieżką przed siebie. Dzięcioł dudnił w górze. Ze ścieżki czmychnęła sarna. Kiedy stanął na plaży odetchnął z ulgą. Ten widok zawsze dobrze mu robił. Na tle rozległego jeziora o srebrzystej tafli, tamtego dnia nieco pomarszczonej wznosiły się trzy skalne szczyty. Na czubkach miały niebieskawą pokrywę śniegu. Rzucały wielki cień na wodę. Przykucnął nad jej krawędzią i zanurzył dłoń. Była lodowata.

– Dzień dobry. Czy spodziewał się mnie pan, Stanley? – Od strony lasu doszedł go głos diabła. Na ten dźwięk nawet nie drgnął.

– Nie. – Odparł spokojnie. – Czego chcesz, czego tak naprawdę? Bo zaczynam myśleć, że przychodzisz ponieważ doskwiera ci samotność.

– To też. Ale nadal chodzi mi o to, o co powiedziałem, że mi chodzi. Widzisz cień gór? Mimo, że siedzisz w słońcu, jesteś cały w moim władaniu, w takim właśnie…

– Chciałbyś.

– Cieniu.

Stanley się podniósł i ruszył w prawo, wzdłuż krawędzi wody. W oddali o jej powierzchnię mlasnęła ryba. Kruki krakały w górze. Stanley uniósł wzrok ale nie zobaczył ptaków. Cały dzień spacerował w towarzystwie diabła. Rozmawiali też o Lydii.

– Jestem częścią ciebie, nie istnieję. – Powiedział diabeł.

Stanley nie zwrócił na niego uwagi. Przystanął i skierował się jak myślał na swój dom. Był jednak w miejscu daleko od ścieżki i zamierzał przejść przez gęstwinę na wyczucie. Ściemniało się. Wiedział już, że jest szalony. Nie było potrzeby iść do lekarza. Ku zdziwieniu nie trafił wcale na swój dom ale na coś zupełnie innego.

 

Tamten dzień można śmiało powiedzieć był dniem sądnym. Na brzuchu Stanleya pojawiły się trzy łuski. Były zielone i suche jak skóra węża albo jaszczurki. W lustrze też zauważył, że coś dzieje się z jego językiem. Nie potrafił ująć tych zmian ale wiedział, że narząd jest „jakiś inny".

Wieczorem zaczął się niecierpliwić; ustawił mnóstwo małych świeczek i je zapalił. W końcu rozległ się dzwonek do drzwi. Pospieszył ku nim i przywitał Lydię. Ucałowali się w policzek i weszła do środka. Zjedli kolację.

– Wiesz co, Stan? Zastanawia mnie dlaczego nie piszesz wierszy. „Sprawa Johna K." jest tak liryczna, że sądzę, że byś się do tego nadawał.

– Może masz rację, kochanie ale – powiedział i przetarł usta chusteczką – prozę rozumie każdy, a poezji nie. Ja piszę dla ludzi, ale przede wszystkim dla siebie. Poezji nigdy nie kochałem. Książkę – zawsze.

– Zabrakło prądu, czy co?

– Uznajmy, że tak. – Powiedział i się uśmiechnął. Złapała go za rękę.

– Jesteś słodki. – Powiedziała. Wtedy poczuł, że wzbiera w nim coś mrocznego. To była śmierć. Pozostawało tylko pytanie czyja. W jego głowie rozległ się hałas jak od śnieżnej lawiny i zakrył oczy dłońmi.

– Co ci jest? – Zdziwiła się Lydia.

– To chyba… mm… migrena.

– Kotku, zadzwonię do szpitala.

– Nie trzeba. Zaraz przejdzie… – Powiedział dusząc w sobie dalsze słowa. Chciał nazwać ją dziwką. Lecz kiedy ból ustąpił mężczyzna siedzący przed Lydią nie mógł ukryć tonu głosu, który uległ zmianie. Zmiana ta była nieznaczna ale jeśli znało się kogoś dobrze, a ona poznawała go coraz lepiej, można było ją wyczuć.

– Chciałem zabrać cię na spacer. – Powiedział. Wahała się ale odparła „zgoda". Nie powiedziała, że jest późno i ciemno – to musiała być miłość. Jest ślepa? Co z tego?

Rzeczywiście, panowały egipskie ciemności. Zabrał latarkę i szli przez las trzymając się za rękę. Prowadził ją do miejsca, które odkrył ostatnio dzięki pewnej osobie.

Wkrótce ujrzeli wejście wyżłobione w skale. Chyba tylko on nie dziwił się z jaką łatwością odnalazł to miejsce po ciemku. Był tam przecież jeden raz!

– To kopalnia, stara, opuszczona… nieczynna. – Oznajmił.

– Interesujące. Ciekawe… kto i co chciał tutaj wydobywać.

– Nie tyle chciał, co wydobywał. – Jego zmieniony głos znów zamarł. Na końcu w myśli mówiącego pojawiło się słowo „dziwko". Ale zostało zduszone.

– Nie wiem dlaczego chciałeś mi to pokazać, Stan.

– Wiesz… ja też jeszcze nie wiem ale sądzę, że dowiemy się kiedy wejdziemy głębiej.

– Za nic tam nie wejdę. Jest stara… pewnie grozi zawaleniem.

– Ja, jeśli zechcę, powstrzymam nawet lecący na ciebie strop. – Rzekł i weszli do środka.

Stanley się zdziwił. Przed nim stał mały chłopiec. Wskazywał na kilof, później na nią.

– Czas… zmian. – Jego głos był już głosem nie Stanleya, a obcego mężczyzny.

 

Stanley obudził się na kanapie. Telewizor był włączony, tylko dźwięk nie wybrzmiewał z głośników.

– Chryste… – wyszeptał – ja po tym będę się musiał poddać jakiejś terapii.

Usiadł i spojrzał w dół: obok lewej stopy była krew. Ruszył do łazienki i zobaczył, że jego policzek ma trzy głębokie rany, jak po przejechaniu paznokciami. – Chryste! – Powtórzył.

Po drodze nie zauważył butelek. W koszu też nie znalazł ani jednej. W jego oczach tylko alkohol tłumaczył to, że urwał mu się film. Był pewny, że tak właśnie było. Nagle coś sobie przypomniał, był to obraz miłości jego życia. Siadł znów na kanapie, podniósł słuchawkę i wybrał numer do jej mieszkania. Odezwała się automatyczna sekretarka. Odłożył słuchawkę. W ciągu następnej godziny zadzwonił jeszcze dwa razy i zaczął się nielicho martwić.

Rzadko mu się zdarzało, że nie kontrolował swojej pracy. Poszedł więc do pracowni i odpalił komputer. Szybko się przekonał, że na dysku twardym znajduje się kolejna porcja tekstu. Pomyślał, że jest świetny tylko nie pamiętał, żeby go pisał. Do głowy przyszedł mu pewien pomysł. Wrócił do aparatu i wykręcił numer przychodni, w której pracowała Lydia. Mimo, że była niedziela część pracowników zawsze była na terenie placówki. Niestety: nie zastał Lydii.

Kiedy zobaczył, że lodówka jest prawie pusta a w chlebaku nie ma chleba wsiadł do samochodu i ruszył do pobliskiej miejscowości. Słońce grzało diablo.

– Upał jak w piekle. – Powiedział i nie wiedział dlaczego zachciało mu się śmiać. Nie zaśmiał się jednak. Zachodził w głowę, co stało się jego ukochanej. Przyglądał się szeregom jodeł, które jego zdaniem były dosyć majestatyczne. Chyliły się nad drogę niczym starcy, strażnicy-demony. Ujrzał czarnego, rasowego psa jak idzie wzdłuż pobocza. Nie umiał nazwać tej rasy. Pojechał dalej aż dotarło do niego co zobaczył. Delikatnie zahamował i zawrócił. Droga była szeroka więc migiem jechał z powrotem. Szosa była pusta. Odkąd wyruszył był na niej sam.

Pies biegł już w głąb ostępów. Stanley wystrzelił z auta jak z procy.

– Hej! – Zawołał ale pies nie zamierzał z nikim dzielić się zdobyczą. Stanley wiedział, że nie ma sensu go ścigać. Wrócił do samochodu i zlany potem dojechał do miasteczka. Zaparkował samochód na parkingu komisariatu. Zamknął pojazd, rozejrzał się – tylko staruszka wyprowadzała na spacer pieska – i znikł w chłodzie klatki schodowej. Kobiecie siedzącej za okienkiem powiedział, że chciał coś zgłosić.

– Co takiego?

– Coś zobaczyłem. Tu może chodzić o morderstwo.

– Dobrze. Niech pan weźmie identyfikator i przyłoży do czujnika.

Stanley wszedł dalej i powiedział policjantowi, że chciał coś zgłosić a ten kazał mu udać się do pokoju numer dziesięć. Pot obsychał na jego twarzy.

– Dzień dobry – powiedział do mężczyzny siedzącego za biurkiem – jestem Stanley Kot. Chciałem coś zgłosić.

– Dzień dobry, słucham?

– Widziałem coś, nie wiem… może powiem po prostu: jadąc z nad jeziora ujrzałem psa, biegł wzdłuż drogi… niósł ludzką dłoń. – Powiedział. Policjant tylko uniósł brwi. Wstał i założył płaszcz mimo, że było gorąco. Później jednak wrócił go odwiesić. Zaprosił Stanleya do radiowozu i pojechali. – Nic pan nie mówi. Dlaczego? – Powiedział Stanley.

– Matka ziemia wydała różnych szajbusów, nigdy nic nie wiadomo. Mogło się panu zdawać ale wiem, że nie ma pan wątpliwości. Dlatego jedziemy to zbadać. To tutaj?

– Nie. Dalej.

Przejechali jakieś sto metrów i kierowca zjechał na pobocze u wlotu leśnej drogi.

– To było tu… ten pies chyba wybiegł z tej drogi.

– Rozumiem.

– Zawróciłem i wysiadłem z auta, pobiegł do lasu, o tam… – Stanley wskazał palcem.

– Zapraszam na spacer. – Powiedział funkcjonariusz policji.

– Panie władzo, czy naprawdę coś takiego mogło się zdarzyć w naszej okolicy?

– Mogło. – Ta odpowiedź tylko utwierdziła pisarza w przekonaniu, że towarzysz spaceru rzeczywiście jest milczkiem.

– Przyślijcie radiowóz, zjazd z drogi numer dziewięć na południe od nas. – Policjant wycedził do krótkofalówki. Wrócili do samochodu i spod komisariatu Stanley pojechał na zakupy. Wrócił do domu i oczekiwał na odpowiedź: czy to Lydii czy policji. Kiedy telefon zadzwonił aż podskoczył. Podniósł słuchawkę.

– Tak, słucham?

– Pan Stanley Kot?

– Przy telefonie.

– Tu komisarz Palm. Jednak miał pan rację. Nasi chłopcy znaleźli ciało. Musi pan do nas przyjechać, żeby złożyć oficjalne oświadczenie co pan widział.

– Rozumiem, oczywiście.

– Może być pan dzisiaj? Nie… dzisiaj nie mam czasu. Jutro, o czternastej?

– Tak.

– A więc niech pan będzie. Do widzenia.

– Do widzenia.

Czas się dłużył. Do wyznaczonej godziny nie dodzwonił się do Lydii i zmartwił na dobre.

 

Stanley głaskał kota. Zawsze lubił je i je głaskać. Wielkie krople dudniły o szybę. Zegar w salonie głośno tykał.

Od przeszło godziny siedział na krześle patrząc tu i tam ale w zasadzie nie robiąc nic konkretnego.

Czas szarpał jego nerwy jak nóż z ząbkami.

Mimo, że wokół panował chaos czuł się bardzo dobrze.

Ponownie zadzwonił do kliniki i dowiedział się, że Lydii nie było na kilku dyżurach.

Zegar przestał tykać. Deszcz przestał padać. Wszystko umilkło. Tylko jego własne myśli było ostre jak dopiero co naostrzony nóż.

Zadzwonił telefon. Stanley przeskoczył na kanapę i podniósł słuchawkę.

– Tak, słucham?

– Pan Kot?

– Tak. Z kim mam przyjemność?

– Komendant Palm. Czy mógłby pan do nas dzisiaj przyjechać?

– Sądzę, że tak. O której mam być?

– Może być nawet teraz.

– Chodzi o… sprawę?

– Tak.

Stanley jechał przepisowo. Droga była śliska. Było jak ostatnio. Usiadł naprzeciw policjanta.

– Chciałem zadać panu jedno, a może więcej pytań w sprawie. Udało nam się zidentyfikować ciało. Wezwałem pana, ponieważ chcę mieć pana od razu z głowy jako, że można powiedzieć iż pan ciało odnalazł.

– Jestem podejrzany?

– Skądże! Ciało należy do kobiety. Nazywała się Lydia Sanderson. – Kiedy policjant powiedział te słowa Stanley zbladł.

– Czy znał ją pan?

– Tak.

Nastało milczenie. Krople deszczu były teraz mniejsze. Wkrótce przestało padać. W pomieszczeniu również tykał zegar choć nie tak głośno jak w salonie domu Stanleya. Odpowiedź Stanleya Kota zburzyła ład funkcjonariusza. Wiedział, że nie powinien tak myśleć ale najzwyczajniej w świecie słowa uwięzły mu w gardle.

– A więc znał pan ofiarę. Kiedy widział ją pan ostatni raz?

– Było to dwudziestego szóstego sierpnia.

– Tego roku?

– Tak. – Znowu rzeczowa i zimna odpowiedź. – Łączyło was uczucie?

– Jak najbardziej.

– Rozumiem. Czy jest coś o czym chciałby mi pan powiedzieć?

Stanley zastanawiał się przez chwilę.

– Jest – rzekł w końcu – kiedy mieliśmy się spotkać zwyczajnie się nie zjawiła.

– Gdzie mieliście się spotkać?

– W moim domu.

– Kiedy miała przybyć?

– Było to… trzy dni temu. W sobotę wieczorem.

– I nie było jej?

– To znaczy nie mogę mieć pewności. Sądzę, że tak. Obudziłem się bowiem około południa, dnia następnego. Chyba dlatego, że się upiłem. To zaś zapewne dlatego, że nie przyjechała.

– Rozumiem. – Policjant się uśmiechnął.

Stanley przypomniał sobie zadrapania na twarzy. Zagoiły się całkiem nieźle.

Wtedy funkcjonariusz o nie zapytał.

– Nie wiem. Może upadłem. – Taka była odpowiedź.

– Do czasu zebrania dowodów, a mam nadzieję, że i na zawsze może pan wrócić do siebie. – Wyrzekł funkcjonariusz. Kiedy Stanley opuścił pomieszczenie komisarz Palm wlepił wzrok w tarczę zegara. Dochodziło w pół do trzeciej. Zwykł nie wyciągać pochopnych wniosków i tylko raz prowadził dochodzenie w sprawie morderstwa ale coś mu wyraźnie cuchnęło. Najbardziej zdziwił go fakt, że Kot znał ofiarę. Ważne mogły się też okazać rany na policzku. Do tego wiedział iż osoba, która widziała ofiarę jako ostatnia najczęściej jest sprawcą.

 

Rankiem komisarz był niewyspany, nawet się nie obudził. Przeleżał całą noc obok żony rozmyślając.

Kiedy przyjechał do komisariatu na biurku spoczywał plik dokumentów o denatce. Zaczął od miejsca pracy.

Okazało się, że Lydia od dłuższego czasu nie pojawiała się w pracy co go nie zdziwiło. Zdziwił go natomiast fakt, że w piątek przed wizytą, jaką miała złożyć Kotowi była cała i zdrowa. Kot twierdził, że jej nie widział od dwudziestego szóstego sierpnia. Wychodziło na to, że ostatnią osobą, która ją widziała był niejaki Adam Smith. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Jeśli okazałoby się, że jednak w sobotę była w domku nad jeziorem Kot byłby osobą jaka widziała ją ostatnia.

Komisarz udał się w stronę jeziora. Odnalazł zjazd do domu Kota i zaparkował pojazd przed nim. Lamborghini było nieobecne podobnie jak jego właściciel. Palm zadzwonił do drzwi i nie zdziwił się na brak odpowiedzi. Poszedł nad jezioro. Nie było jeszcze jedenastej i panował tam przejmujący chłód acz pierwsze snopy światła przeciskały się już nad szczytami. Policjant nie miał nic innego do roboty jak czekać na Kota. Nie uśmiechało mu się zresztą rozpoczynać od razu tak długiej trasy. Miał przeczucie, że Kot przepadł na dobre. Zaczął rozglądać się po okolicy i natrafił na coś co uznał za wejście do kopalni. Postąpił do środka na tyle na ile pozwoliło mu światło. Przystanął nad plamą krwi. Usłyszał za sobą kroki i ciężki oddech. Odwrócił się. Na tle jasnego wejścia ujrzał czarną sylwetkę z uniesionym kilofem.

 

Hank posiadał wysoki poziom agresji, zaś George poczucia humoru. W życiu osobistym nie zwróciliby na siebie uwagi gdyż dzieliła ich ewolucyjna przepaść lecz na służbie byli gotowi współpracować. Udowodnił to też wypadek podczas napadu na sklep gdy to jeden był gotów zasłonić drugiego piersią.

Tym razem pojawił się kłopot następujący: komisarz gdzieś zniknął.

– Pojechał do domu tego pisarza… Kota. – Powiedział Bob.

– Ile go nie ma? – Zapytał George.

Lecz nim tamten zdążył odpowiedzieć rozległ się dzwonek telefonu.

– Komisariat, słucham? – Bob powiedział do słuchawki.

Konwersacja była krótka.

– Dzwonił kot. – Powiedział później. – Zgłosił kradzież samochodu. Ktoś zwinął mu to lamborghini.

Na te słowa George zatarł ręce.

– Gadaj lepiej co z komisarzem? – W głosie Hanka pobrzmiewała coraz większa irytacja.

– Powiedział, że go tam nie było.

– Kurwa! – Zaklął Hank.

 

Stanley siedział na progu swojego domu. Czuł, że coś jest nie tak. Już od dłuższego czasu tak przypuszczał. Ogromne lipy stanowiące naturalny wiatrołom szumiały. Znajdujące się dalej wysokie świerki poskrzypywały. Zapach żywicy był intensywny gdyż powiewy były ciepłe.

Stanley podświadomie zwiększył swoją czujność. Czuł, że coś się święci. To irracjonalne uczucie nie dawało mu spokoju. Zresztą uczucia zawsze są irracjonalne. Pomyślał, że już nie przestanie się tak czuć kiedy z głębokiej kontemplacji wyrwał go odgłos silnika. Policyjny wóz stoczył się po stromej drodze pokrytej czarnym żwirem unosząc chmurę kurzu. Zaparkował na placu przed domem. Wysiadło z niego dwóch policjantów.

– Dzień dobry. – Powiedział Kot. Odpowiedzieli tym samym.

– Jestem Hank Black. Chciałem zamienić z panem słówko.

– Proszę.

– Co robił pan dzisiaj?

– Czy to… oficjalna rozmowa?

– To po prostu rozmowa.

– A więc nie muszę odpowiadać?

– To wkrótce zacznie być rozmowa oficjalna i wtedy już będzie pan musiał. Więc proszę mówić.

– Jak zwykle rano pisałem, piszę codziennie… później… no cóż, pewnie oglądałem telewizor.

– Co znaczy pewnie? Nie pamięta pan co robił dziś aż do teraz? Proszę mi tego nie mówić, minęło południe…

– Oglądałem telewizor, spałem, zjadłem obiad…

– W takiej kolejności?

– O co panu chodzi? – Kot powiedział niemal drukowanymi literami. Dopiero wtedy zauważył, że drugi policjant urządza sobie leniwy spacer po okolicy.

– Gdzie pana kolega?

– Pewnie poszedł pod krzaczek.

– Ciekawe czego tam szuka.

– Nie przejmowałbym się tym. Oto on.

Zza domu wyszedł George.

– Wyrazy współczucia z powodu Lamborghini. – Powiedział George i powiedziawszy „do widzenia" odjechali. Stanley widział jak wzbijając tumany kurzu rozmawiają. Samochód znikł ale jeszcze przez chwilę można było słyszeć warkot silnika.

Stanley skierował swe kroki w stronę domu i przystanął. Warkot silnika się urwał.

– Wyłączyli. – Pomyślał. – Ciekawe, o co im chodzi.

Był zaniepokojony na dobre, już nie zdawało mu się, że coś śmierdzi. Wiedział to. Coś cuchnęło jak dwieście skunksów ale nie wiedział co dokładnie. Poszedł za dom i połaził w zaroślach ale niczego nie odnalazł.

Ruszył nad jezioro. Zawsze tam chodził kiedy było mu źle. Zrobił kilka kaczek i rzucił się pędem wzdłuż brzegu. Wiedział, że musi czymś zając umysł. Samotność zaczynała mu szkodzić. Zresztą nigdy nie był jej zwolennikiem, on po prostu nie przyciągał ludzi. Po śmierci Lydii czuł się tak jakby sam miał lada chwila skonać. Ale śmierć nie nadchodziła.

 

– O co chodzi, Hank? – George spytał kierowcy kiedy ten zatrzymał wóz i zgasił silnik.

– Widzisz te krzewy? Coś się przez nie przetoczyło.

– To na pewno dzik.

– Wiesz jak mówi mój ojciec? Na pewno to chłop w szpitalu umarł. Tutaj nic nie jest na pewno.

Wysiedli z auta.

– Odciski opon. – Wymamrotał George. – Pewnie nasz pan pisarz urządzał sobie terenowe rajdy.

– Lamborghini? Coś tu nie pasuje. Chodź.

– A samochód?

Hank ruszył sam i spełniły się jego najgorsze obawy. Ślad prowadził wprost do wody. Wystraszył się gdy z zarośli wystartowała kaczka. Wrócił do samochodu.

– Hej, George! Gdzie jesteś? Nie rób sobie ze mnie… – Urwał kiedy ujrzał leżącą na żwirze krótkofalówkę. Kiedy szedł nad jezioro usłyszał coś na kształt ludzkich głosów ale uznał, że tyko mu się wydawało, że to coś innego. Dobył broni. Wyskoczył na skarpę po drugiej stronie drogi i kiedy nie zauważył towarzysza wezwał posiłki.

Padł strzał i Hank rzucił się na ziemię. Zaczął pełznąć w stronę radiowozu. Poznał dźwięk policyjnej broni.

– A więc Kot. – Pomyślał. Wszystko zrobiło się jasne. Nie lubił czekać a sprawy często wiązały się właśnie z oczekiwaniem, nawet miesiącami a bywało, że i latami. Wolałby jednak czekać gdyby mógł ocalić towarzysza. Wciąż miał nadzieję ale z kolejnym pociskiem jak sądził wystrzelonym na oślep stracił nawet jej resztkę.

Ruszył w stronę jeziora. Wiedział, że pozostanie pod skarpą robi z niego łatwy cel dla kogoś kto strzela z góry. Dotarł do wody a później pobiegł brzegiem. Chciał odbić w stronę domu pisarza ale tak się złożyło, że trafił na wejście do kopalni. W środku ujrzał zakrzepniętą krew. Kiedy stanął u wylotu szybu zdał sobie sprawę, że ptaki zamilkły. Widział stąd drewnianą ścianę domu i słyszał wycie syreny na granicy możliwości jego ucha. Kiedy wycie stało się donośne znalazł w sobie dość odwagi by ruszyć w stronę domostwa szaleńca.

Przywitał się z ośmioma funkcjonariuszami.

– Gdzie George?

– Nie wiem. – Odparł i pomyślał, że drugi strzał wcale nie był wycelowany na oślep a prosto w głowę współpracownika.

Wparowali do domu niczym wściekłe byki i na biurku w pracowni znaleźli list. Jeden z funkcjonariuszy złożył go i wsadził do foliowej torby na dowody.

Kiedy upewnili się, że dom jest pusty zostawili dwóch ludzi przy drzwiach, siedmiu zaś zaczęło przeszukiwać las.

Młody policjant, na służbie dopiero od dwóch lat imieniem Charles odnalazł Georgea. Starszy funkcjonariusz był śmiertelnie przerażony ale co najważniejsze żywy. Obok spoczywało ciało bez głowy. W pobliżu niego leżał służbowy pistolet.

– To…? – Zapytał Charles.

– Tak. A teraz mnie rozwiąż.

 

Dwa dni później przybrzeżne wody jeziora przeszukała grupa nurków i odnalazła żółte lamborghini oraz radiowóz.

Nowym komendantem został Hank i to jemu przypadła wątpliwa przyjemność przeczytania listu denata.

 

„Jeśli to czytasz to znaczy, że Kot nie żyje. Zostałem tylko ja, wiecznie pragnący życia i krwi.

Pamiętaj, że i ty umrzesz a kiedy będziesz konał zobaczysz moją łuskowatą twarz.

Kot był tylko pierwszą z ofiar, ty będziesz następną chyba… że wyświadczysz mi pewną przysługę.

Udaj się na cmentarz Hank… – w tym miejscu policjant przestał czytać. Zdziwił się niepomiernie widząc w liście swoje imię.

– Skąd, jak… Kot mógł wiedzieć? Ach tak, to nie Kot… autor tego tekstu twierdzi, że Kot nie żyje. Pisze o nim jak o… innej osobie. Ach, drogi panie Kot. Nie wiedziałem, że kryjesz w sobie więcej niż tylko jeden umysł. Gdyby tylko można było to wiedzieć wcześniej, dużo wcześniej ocalilibyśmy Lydię i komendanta. Ale skąd do cholerny znałeś moje imię? Pewnie usłyszałeś je przypadkiem na komendzie… – Myślał Hank i wrócił do listu.

„Udaj się na cmentarz Hank i odnajdź tam grób Lydii. Zleć ekshumację, zleć lekarzowi zwrócić szczególną uwagę na… brzuch. Ja bowiem potrafię nie tylko odbierać życie ale też je dawać. Zrób jak mówię, Hank. Nie daj się prosić. Odnajdź to dziecko i zapewnij mu miłość abym mógł powrócić.

Lydia znakomicie ukrywała swoją ciążę i kiedy zjawiła się u mnie po raz ostatni, brzuch znikł. Odnajdź to dziecko bo ono ciebie potrzebuje, Hank…

Z poszanowaniem,

D."

 

Policjant poczuł jak żółć się w nim kotłuje i zacisnął mocno pięści. – A więc sprawa jednak jeszcze nie jest skończona, a przynajmniej dla mnie?

Nakazał ekshumację zwłok denatki i kazał lekarzowi szukać świadectwa ciąży. Temu wystarczył rzut oka, żeby wiedzieć iż miała cesarskie cięcie.

Hank odnalazł szpital, w którym urodziła i zapytał tam czy Lydia odebrała dziecko. Okazało się, że tak. Jednak żaden z jej przyjaciół nie wiedział o ciąży i dziecku. Hank zaczął więc szukać po sierocińcach. Trop prowadził do nikąd. Mógł poznać dziecko jedynie przez test DNA ale nie zamierzał go zlecić. Zdziwił go fakt, że w ogóle się tym zainteresował.

– Przecież to w ogóle nie miało sensu, stary. Gdzie twoja dedukcja i racjonalne myślenie? Szlag by to,… chyba się starzejesz, Hank.

Kiedy pewnej nocy, dwa tygodnie po zamknięciu śledztwa jak co wieczór kładł się spać obok żony usłyszał głos na granicy słyszalności.

– Hank.

Podniósł się gwałtownie do pozycji siedzącej.

– Hank.

Tym razem ułożył się na boku i zasnął. Nie mógł wiedzieć czy to ktoś go woła czy mu się zdaje wiatr bowiem wył donoście i gałęzie postukiwały o szyby okien, parapety i ściany. Gdy zasnął krople wody zaczęły bić o dach. Gdzieś w oddali wył policyjny kogut.

 

Dwadzieścia lat później, gdy Hank miał lat czterdzieści pięć, na raka zmarła jego żona. Kiedy wrócił z pogrzebu odczuwał coś co było mieszaniną smutku i radości. Z jednej strony się cieszył ponieważ przed śmiercią bardzo cierpiała a z drugiej strony czuł żal, bo odeszła osoba, którą kochał.

Nie mieli dzieci. Właśnie tego dnia komisarz przypomniał sobie o dziecku, które mógł adoptować ale tego nie zrobił. Tłumaczył się prze sobą, że nie mógł, że było to nierealne. Wiedział jednak też, że śmierć jego żony zmieniła go na zawsze.

Tamtej nocy nie mógł zasnąć i leżał bardzo długo wpatrując się w światła tańczące na suficie. Obserwował też jak pająk zaczyna spacerować po białej ścianie.

Gdy obudził się rano bardzo się przestraszył. Obok niego na krześle siedziała postać. Mężczyzna miał na sobie czarny garnitur, który przywiódł Hankowi na myśl tylko wczorajszy pogrzeb.

– Czy… ja nie żyję? Gdzie jesteśmy?

– Żyjesz. Jesteśmy w twojej własnej sypialni, Hank. Wyrazy współczucia z powodu śmierci żony. Wiem, że ją kochałeś.

– Pamiętam cię, byłeś wczoraj na pogrzebie. Kim jesteś i czego chcesz? Nie pamiętam bym cię zaprosił. Byłeś znajomym Sue? Jak śmiesz włamywać się do mojego domu?

– Nie zamknąłeś drzwi, nie włamałem się.

– Czego chcesz?

– Tego co i ty.

Hank nie odpowiedział. Wiedział, że ma do czynienie z szaleńcem. Nie wiedział jak się to skończy. Pomyślał, że będzie pasowało umrzeć zaraz po swojej żonie. Broń była daleko. Zbyt daleko.

– Jestem dzieckiem Lydii Sanderson i… pewnego pisarza. Ty nie odnalazłeś mnie ale ja odnalazłem ciebie.

– To niemożliwe. Sprawdziłem to. Lydia znała go zbyt krótko by móc tak szybko urodzić. Jesteś synem człowieka, z którym się rozwiodła.

– Biedny Harry… zmarł w zeszłym miesiącu.

– Czego chcesz? – Hank nie wytrzymał i zapytał.

– Chcę, żebyś podpisał pewną umowę, diablo korzystną. A co do mojego ojca… nie doceniasz tamtego pisarza, nawet Lydia myślała, że ojcem jest Harry. Grubo się myliła.

– A ty, skąd możesz wiedzieć?

– Przeprowadziłem własne dochodzenie i zdaje się, że jestem w tym lepszy niż ty, profesjonalny tropicielu. No cóż, miałem silniejszą motywację. Teraz trafiłem na ciebie.

– To nie ma sensu.

– Ma, najwyższy.

Kościelne dzwony zaczęły bić a serca Hanka stanęło.

Kiedy policja wywarzył drzwi do jego domu oprócz nieprzyjemnego zapachu ciała leżącego w łóżku blisko miesiąc ich nozdrza ukłuł mocny zapach tytoniu. Zdawało się, że wszystko jest nim nasiąknięte.

Koniec

Komentarze

Komputer było wewnątrz wnęki obok jego nóg, z prawej.
Ta niesłychanie ważna informacja ścięła mnie z nóg. Napisz jeszcze, jakiego koloru bieliznę miał bohater.

Wycedził przez niemal całkiem zaciśnięte szczęki i pobiegł przed siebie, na oślep jak paralityk usiłujący oddać mocz na stojąco głową waląc w lampę, kopiąc przy tym krzesło i wpadając pod stół.
Paralityk oddający mocz głową tak mnie przeraził, że boję się czytać dalej. Przecinki chyba też się boją, bo uciekły z tego zdania w nieznenym kierunku.

Wiem, wiem... przecinki.

Dzięki za komentarz. Przecinek jest już obecny.

Cała masa nieporadności jęzkowych niestety odbiera jakąkolwiek przyjemność z czytania tekstu.

No, niestety. Jestem pisarzem i redaktorem w jednym więc raczej to wszystko, na co mnie stać. Tak, wciąż piszę ale wątpię bym stał sie o wiele lepszy w tym co robię. Może o trochę ale nie za dużo. Tak czy inaczej dzięki za komentarz.

Ogólnie nie jest źle, wystarczy poprawić stronę techniczną. ( leży przecinkologia i wkradło się parę literówek ) 

A imię jego pięćdziesiąt i pięć.

Nowa Fantastyka
Patronujemy