- Opowiadanie: Arnubis - Farsa

Farsa

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Farsa

Młodzieniec popatrzył niepewnie na pokryte zieloną, łuszczącą się farbą drzwi. Naraz dopadły go wątpliwości. Czy to wszystko w ogóle miało sens? Rano, gdy tylko się obudził, był pewny i gotowy do działania, teraz jednak zaczął dochodzić do niego absurd całej sytuacji. Istniał tylko jeden sposób, aby się przekonać. Odetchnął głęboko, zebrał całą odwagę i cicho zastukał.

– Sir? – Sklął się w duchu, słysząc wahanie we własnym głosie. – Jest pan tam?

Odpowiedziała mu cisza. Zapukał ponownie, tym razem mocniej, ale wciąż z tym samym skutkiem.

No i tyle, jeśli chodzi o twoją wyprawę, John – odezwał się w jego głowie ironiczny głosik. – Zbieraj się lepiej do domu, zanim ktoś cię zobaczy w tej okolicy.

Chłopak już się odwracał, by wprowadzić myśl w czyn, gdy usłyszał przytłumiony dźwięk zza drzwi. Ktoś był w mieszkaniu? Zastukał jeszcze raz, jednak ponownie nie usłyszał żadnej odpowiedzi. W nagłym przypływie niespotykanej dla niego arogancji złapał za klamkę i nacisnął. Okazało się, że zamek nie był zamknięty i drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie.

– Sir? – powiedział John, wchodząc do środka. – Przepraszam za najście, ale…

Coś ze świstem przecięło powietrze. Chłopak instynktownie skulił się, gdy butelka roztrzaskała się o ścianę tuż obok jego głowy.

– Nie wiem kim jesteś, i mam to w dupie – odezwał się nieco chrapliwy głos z wnętrza mieszkania. – Masz dwie sekundy, żeby wynieść się z mojego domu, zanim poszczuję cię psem.

Na potwierdzenie słów mężczyzny rozległo się głośne szczeknięcie, chociaż jak na gust Johna brzmiało zdecydowanie bardziej przyjaźnie niż groźnie. W pomieszczeniu panował półmrok – światła były zgaszone, a okna zasłonięte roletami, chłopak widział więc tylko sylwetkę swojego rozmówcy, jednak był pewien, że trzyma on w dłoni coś niepokojąco podobnego do kija bejsbolowego.

– Przepraszam, sir! – zawołał pospiesznie, unosząc puste dłonie. – Przysyła mnie Merlin!

– Ciebie? – Mężczyzna parsknął śmiechem, lecz wyraźnie wyczuwalna była w nim sztuczność. – I czego niby chce ten stary zgred?

–  Kazał mi powiedzieć: „Królestwo cię potrzebuje! Wypełnij słowa przysięgi i przybądź na me wezwanie”.

– Kurwa jego mać! – zaklął mężczyzna i opuścił kij. – Właź i opowiedz wszystko, tylko się streszczaj.

 

***

 

– Więc wszystko to ci się przyśniło, tak?

Mężczyzna siedział za biurkiem popijając whisky ze szklanki. Sprawiał niepozorne wrażenie – był szczupły, niewysoki, a rozwichrzone włosy koloru siana i kilkudniowy zarost nadawały mu niechlujny wygląd. Coś jednak w jego oczach, błękitnych, pełnych goryczy i ironii, powodowało, że nie wyglądał na zwykłego pijaka.

– To nie był zwykły sen – zaprzeczył. – To była wizja. Widziałem Merlina równie wyraźnie jak ciebie teraz, sir. Kiedy się odezwał, wiedziałem, że mówi prawdę. Kazał mi przybyć pod ten adres i zapewnił, że znajdę tu ostatniego rycerza Okrągłego Stołu. Nie mylił się, prawda?

– Niestety. – Mężczyzna skrzywił się. – A miałem nadzieję, że nigdy nie znajdzie mnie w tej norze. Trudno, teraz już nic nie poradzę. Cholerna przysięga! Na co mi było to pasowanie?

Chłopak wiercił się na krześle, nie wiedząc co odpowiedzieć.

– No już, przekazałeś swoją wiadomość, znikaj stąd. Gratuluję, misja wykonana.

– Wybacz, sir, ale nie mogę. – John pokręcił głową. – Merlin powiedział, że mam ci towarzyszyć w drodze do niego.

– Tego mi tylko brakowało. – Rycerz westchnął. Upił łyk whisky i spojrzał krytycznie na chłopaka. – Ile ty masz w ogóle lat?

– Osiemnaście, sir – odpowiedział szybko John, siląc się na to, by głos mu nie zadrżał.

Mężczyzna zaśmiał się głucho. Chudy podrostek z wargą pokrytą cieniem pierwszego zarostu nie mógł mieć więcej niż czternaście, piętnaście lat.

– Zresztą, co mnie to obchodzi. Skoro Merlin tego chciał i tak nie mam nic do gadania. Tylko żebyś mi problemów nie robił.

– Matka myśli, że jestem na szkolnej wycieczce, nie będzie żadnych problemów – zapewnił gorliwie chłopak.

– A myślałem, że masz osiemnaście lat. – Rycerz parsknął z drwiną.

– Sir – odezwał się John. – Wybacz mi moją śmiałość, ale mogę zapytać o twe imię?

– Tego już ci staruch nie powiedział? – Mężczyzna zarechotał. – Mam nadzieję, że lubisz niespodzianki. Niegdyś nazywano mnie sir Dagonet, skoro musisz to wiedzieć. Teraz… teraz już nie. Starzy znajomi mówią na mnie Dougie, ale ty najlepiej nie odzywaj się do mnie wcale.

– Sir Dagonet? Bł… – John zawahał się i spróbował nieudolnie ukryć to kaszlnięciem. – Błędny rycerz króla Artura?

Mężczyzna roześmiał się głośno.

– Błazen. Chciałeś powiedzieć błazen. – Rycerz, widząc przerażenie na twarzy Johna, zarechotał jeszcze raz. – Liczyłeś pewnie na Lancelota albo innego Percivala, co? Galahada? Ha, nawet ten tępy osiłek Gawain by się nadał! Przykro mi chłopcze, wszyscy dawno gryzą piach. Pozostał ci tylko stary błazen w cudzych szatach.

John odwrócił wzrok, czując jak czerwienią mu się uszy. Miał nadzieję, że rycerz nie dostrzeże tego w panującym półmroku. Nie mógł jednak ukryć zawodu na swojej twarzy. Słowa rycerza były dużo bliższe prawdy niż chłopak był gotów przyznać.

– No już, nie bój się, chłopcze, dobrze wiem kim byłem i nie wstydzę się błazeńskiej czapki. No, w każdym razie nie bardziej niż rycerskich ostróg. Nie ma co siedzieć i gadać, szkoda czasu. Im szybciej ruszymy do Merlina, tym prędzej będę miał całą tę sprawę z głowy. – Dagonet dopił whisky jednym łykiem, wstał z krzesła i ruszył do drzwi. – Tristan! Ruszamy!

John rozejrzał się z nadzieją po mieszkaniu, jakby licząc, że na słowa Dagoneta zaraz otworzą się drzwi prowadzące do kuchni czy łazienki i wejdzie przez nie kolejny rycerz. Ku jego konsternacji jedyną odpowiedzią było radosne szczekanie kudłatego kundla, który podniósł się ze swego legowiska w kącie i podbiegł do właściciela.

– Pies? – zapytał zdumiony chłopak. – Nazwałeś psa Tristan?

– Nigdy nie lubiłem tego bufona. – Dagonet zachichotał złośliwie. – No już, ruszaj się, smarkaczu. Czeka na nas Avalon!

Serce Johna niemal wyskoczyło z piersi.

 

***

 

Wierzchołek wzgórza Glastonbury z tkwiącą w jego centrum jasną wieżą zdawał się być jedynym elementem prawdziwego świata, otoczony kłębami gęstej mgły niczym wodami jeziora. Promienie wschodzącego na horyzoncie słońca rozświetlały opary, tańcząc na ich powierzchni mieszaniną złota i czerwieni, na podobieństwo języków ognia. W tej jednej mistycznej chwili John poczuł, że poprzez wieki spogląda na cień dawnego, zapomnianego już świata. Dopiero ten widok, bardziej niż wizja Merlina i spotkanie z rycerzem, sprawił, że chłopak uwierzył w prawdziwość ostatnich wydarzeń.

Spojrzał na towarzyszącego mu mężczyznę. Dagonet ubrany był w niedorzeczny płaszcz uszyty z wielu różnobarwnych skrawków rozmaitych tkanin, oblamowany grubą krajką z przymocowanymi do niej miedzianymi dzwonkami różnej wielkości. Gdy John pierwszy raz zobaczył odzienie rycerza wybuchnął śmiechem, ten jednak tylko wzruszył ramionami.

– Myślisz, że po piętnastu wiekach obchodzi mnie czyjakolwiek opinia? – spytał. Chłopak nie potrafił na to odpowiedzieć.

Mimo wiatru łopoczącego połami płaszcza, żaden z dzwonków nie wydawał dźwięku. Zagadnięty o to Dagonet uśmiechnął się smutno, niemal nostalgicznie.

– Ani one, ani ja, nie mamy już serc – powiedział pełnym zadumy, nieco patetycznym głosem. – Trudno bez niego o prawdziwą melodię.

John nie znalazł odpowiedzi także na to stwierdzenie, ale Dagonet chyba tego nie oczekiwał. Rycerz nie był zbyt rozmowny i okazał się znacznie nudniejszym towarzyszem podróży, niż spodziewał się chłopak. Odmawiał wszelkim prośbom o opowieści, a większość pytań zbywał ironicznym parsknięciem albo pełnym szyderstwa komentarzem. Przez większość drogi z Londynu milczał i chłopak nie był pewien, czy zasnął kołysany miarowym stukotem pociągu, czy też tylko udawał, zmęczony jego towarzystwem.

Dagonet, wyraźnie zirytowany, parsknął głośno.

– Napatrzyłeś się już? Nie przyjechaliśmy tu zwiedzać. – Nie oglądając się na chłopaka, ruszył drogą i zanurzył się w mgłę.

W jednej chwili cały barwny spektakl zniknął, jakby przepędzony słowami rycerza. Poranne słońce schowało się za zasłoną stalowoszarych chmur, pojawiła się za to delikatna mżawka. Krajobraz momentalnie stracił swój czar, na jego miejsce zaś pojawiła się przygnębiająca atmosfera. John nagle uświadomił sobie, jak samotnie wygląda opuszczona wieża Świętego Michała. Poczuł lodowaty dreszcz ślizgający się po jego grzbiecie.

– Sir, poczekaj na mnie! – zawołał i rzucił się pędem w ślad za rycerzem.

 

***

 

Wzgórze Glastonbury nie należało do najwyższych i szczególnie trudnych do pokonania, jednak najwyraźniej obaj byli nienawykli do wysiłku, ponieważ ciężko dyszeli już w połowie drogi. Gdy w końcu stanęli na szczycie, spływali potem. Jedynie Tristan szczekał wesoło i merdał ogonem. Dawno nie miał okazji do takiego spaceru.

Przed nimi ku niebu pięła się wzniesiona z wyblakłego kamienia wieża. U jej podnóża, tuż przed ostro sklepionym łukiem wejścia, na plastikowym, składanym krzesełku siedziała kobieta. Ubrana na jasno, w eleganckim kapeluszu, zdecydowanie była już niemłoda, trudno jednak było dokładnie określić jej wiek. Głębokie zmarszczki w kącikach oczu sugerowały, że lubi się uśmiechać. Jej twarz pełna była ciepła, lecz jednocześnie coś w rysach sugerowało ukrytą stanowczość i władczość. Johnowi przywodziła na myśl matkę, kochającą, ale surową i wymagającą. Wstała na ich widok, ale pozostała na miejscu. To oni do niej podeszli.

– Viviano. – Dagonet przywitał ją lekkim kiwnięciem głowy. – Dobrze się trzymasz.

– Witaj, Dougie. – Twarz kobiety rozjaśnił serdeczny uśmiech, jednocześnie jednak omiotła taksującym spojrzeniem jego podkrążone oczy, nieogoloną szczękę i nie pierwszej świeżości koszulę. – Chciałabym powiedzieć to samo. Nie dbasz o siebie, chłopcze.

– Och, wiesz jak to jest. – Rycerz, jakby zażenowany, podrapał się po policzku. – Tyle ostatnio miałem na głowie…

– Z pewnością – sarknęła Viviana. – Potrzebujesz kobiety, która się o ciebie zatroszczy. Znam pewną uroczą młodą pannę, która byłaby wprost zachwycona…

– Nie przyszedłem tu po porady sercowe. – Dagonet spochmurniał. – Wezwał nas Merlin.

– Oczywiście, oczywiście. Przecież na was czekałam. Myślisz że siedzę na tym wietrze dla zabawy? – Kobieta uśmiechnęła się. – Nie przedstawisz mi swojego towarzysza?

Rycerz odwrócił się i spojrzał na chłopaka, o którym niemal zdążył już zapomnieć. Ten zresztą mocno w tym pomagał, nie odzywając się ani słowem i wpatrując się z nabożnym lękiem w kobietę.

– Tak, tak, jasne – powiedział Dagonet. – To jest… James? Jack? John? Któreś z tych. Jest… Szczerze, to nie mam pojęcia co tu robi. Ale Merlin go tu chciał. Młody, poznaj szlachetną Vivianę, Panią Jeziora i opiekunkę wyspy Avalon.

– Podejdź, chłopcze – powiedziała ciepło Viviana.

– T-to zaszczyt móc cię poznać, o pani – odezwał się John, gdy stanął przed kobietą i złożył jej nieporadny ukłon.

– Och, taka szarmanckość zasługuje na nagrodę. – Kobieta zachichotała.

Ujęła głowę chłopca w dłonie, a następnie nachyliła się nad nim i musnęła miękkimi wargami jego czoło. John poczuł nagły zawrót głowy. Zacisnął powieki, a gdy je ponownie otworzył, świat wyglądał inaczej.

Tuż przed nim stała Viviana, chociaż nie poznał jej w pierwszej chwili. Smukłe ciało kobiety okrywała suknia ze złotogłowiu. Włosy barwy miodu opadały lokami aż do pasa, a piękna, nieskalana żadną niedoskonałością twarz jaśniała trudnym do opisania blaskiem. U jej boku stał równie odmieniony sir Dagonet, w lśniącej zbroi i tęczowym płaszczu z dzwoneczkami narzuconym na ramiona. I chociaż jego twarz nabrała szlachetniejszych rysów i ozdobiona była schludnie przyciętą w szpic bródką, to jednak jej pełen drwiny wyraz nie zmienił się ani odrobinę.

Inne było też otoczenie. Stali teraz na trawiastym brzegu, zaledwie kilka metrów od nich lśniła już tafla ciągnącego się po horyzont spokojnego jeziora. Parę kroków w głąb lądu zaczynał się sad pełen starych jabłoni pyszniących się dorodnymi, czerwonymi owocami. Wysypana białym żwirem droga prowadziła przez zagajnik do położonego dalej opactwa otoczonego potężnymi murami.

John zamrugał gwałtownie i nagle wizja zniknęła. Znów znajdował się na szczycie wzgórza Glastonbury. Gdy jednak spojrzał na Vivianę wciąż widział  delikatny blask bijący z jej twarzy. Zdawało mu się także, że kątem oka dostrzega promienie słońca odbijające się na falach jeziora. Tak jakby widziadło nie zniknęło, a jedynie ukryło się niedbale pod obrazem realnego świata.

– C-co? – wykrztusił chłopak. – Co to było?

– Świat, mój chłopcze. Od zawsze otaczający cię świat. – Viviana uśmiechnęła się. – Ja tylko otworzyłam ci oczy. A teraz chodźmy, Merlin na was czeka.

Odwróciła się i nie czekając na niczyją reakcję weszła do wnętrza wieży Świętego Michała.

– Tristan, waruj! – rzucił Dagonet i razem z chłopcem ruszyli za panią Avalonu.

 

***

 

Viviana uniosła dłoń i nagle na środku posadzki pojawiły się schody prowadzące w głąb wzgórza. W miarę jak schodzili coraz niżej ściany stawały się coraz mniej regularne, wydrążony ludzką ręką tunel z wolna zastępowany był przez dzieło natury. W końcu stanęli w obszernej, wysoko wysklepionej jaskini pełnej stalaktytów, wolno kapiącej wody i pasm mgły niewiadomego pochodzenia snujących się przy samej ziemi.

W centrum groty rósł ogromny, prastary dąb. John nawet nie próbował dziwić się temu, skąd drzewo wzięło się tak głęboko pod ziemią. Starał nie dziwić się już niczemu. Pień dębu, niczym ropiejąca rana, szpeciła szeroka szczelina wypełniona zastygłą, emanującą bursztynową poświatą żywicą. W środku tego osobliwego klejnotu John dostrzegł jakby smugę cienia, przywodzącą na myśl ludzki kształt.

– Mam przyjemność przedstawić ci Merlina, który wysłał cię na twoją wielką wyprawę, młody – powiedział Dagonet, wskazując teatralnym gestem dziuplę. – Niestety, jak widzisz, nie jest w najlepszym stanie, zamknięty w tym drzewie setki lat temu przez obecną tu szlachetną Vivianę.

– Czego żaden z was nigdy nie przestanie mi wypominać. – Kobieta westchnęła głęboko.

– Dziwisz się? – Rycerz parsknął. – Zapewniłaś staruszkowi los nie do pozazdroszczenia. Spędzić wieczność w bursztynie jak jakiś wielki komar? Brrr!

– To były inne czasy… – Viviana machnęła ręką.

– Jasne. Zresztą staruch miał swoje na sumieniu. – Dagonet wzruszył ramionami i spojrzał na Johna. – W każdym razie uwięziony między życiem a śmiercią Merlin trwa teraz zagubiony w świecie snów i za ich pomocą komunikuje się ze światem. A jako że mam już dość paskudne koszmary nawet bez jego wizyt, tym razem to my wkroczymy do jego snu.

Rycerz położył dłoń na powierzchni żywicy. Ta rozbłysnęła jaśniej. Jej blask narastał, aż po chwili całą jaskinię wypełniało jednorodne, bursztynowe światło. Nigdzie nie było śladu po dębie, w jego miejscu stał za to stary mężczyzna w burej szacie przewiązanej szarfą, z siwymi włosami i takąż brodą sięgającą pasa.

– Nie spieszyłeś się, Dagonecie – powiedział, marszcząc krzaczaste brwi.

– Skoro zależało ci na czasie, mogłeś wysłać esemesa zamiast jakiegoś gówniarza – warknął w odpowiedzi rycerz. – Wezwałeś mnie pierwszy raz od ilu? Dwustu? Trzystu lat? Co się dzieje, Merlinie?

– Pelles zniknął – odparł poważnie Merlin.

– Cóż, zbyt daleko na swoich kulasach raczej nie zaszedł. – Dagonet zarechotał.

– To nie jest temat do żartów. – Czarodziej nastroszył się. – Dobrze wiesz, że sam nie był w stanie nigdzie odejść.

– I myślisz że co, ktoś go porwał? Niby kto? Morgana? Mordred? Mab? – Rycerz wybuchnął szyderczym śmiechem. – Wszyscy nasi wrogowie wyzdychali przed wiekami, tak jak Artur, Lancelot i cała reszta zgrai. Została tylko garstka niedobitków żyjąca ochłapami przeszłości, zbyt zajęta użalaniem się nad własnym losem, by knuć intrygi przeciw jakiemuś staremu kalece.

– Zamilcz wreszcie, przeklęty głupcze! – ryknął Merlin. – Że też akurat ty musiałeś ostać się jako jedyny! Nie udawaj, że nie rozumiesz powagi sytuacji. Nie dbam o los Pellesa bardziej niż o twój, ale tak się składa, że jest on strażnikiem ostatniego z ochłapów przeszłości, którymi tak pogardzasz. Ostatniego, który trzyma nas przy życiu. Jeśli stracimy Pellesa, przepadnie Graal, a to oznacza nasz ostateczny koniec.

– Może to i lepiej – rzucił gorzko Dagonet. – Powinniśmy odejść dawno temu, razem ze zmierzchem naszego świata.

– Jeśli naprawdę tak sądzisz, weź pistolet i rozwal sobie ten pusty łeb – warknął czarodziej. – Może i świat się zawali, ale w ostatnich chwilach będzie mu lżej bez takiego bęcwała.

Rycerz nic nie odpowiedział, jedynie wbił nienawistne spojrzenie w postać czarnoksiężnika.

– Tak myślałem. To by wymagało zbyt wiele odwagi, a z niej nigdy nie słynąłeś. Zawsze lepiej szło ci użalanie się nad sobą. – Merlin wydął pogardliwie wargi. – Skoro już to ustaliliśmy, to bierz się do roboty. Zabieraj chłopaka i ruszaj znaleźć Pellesa.

– A niby na co mi ten gówniarz? Będzie mnie tylko spowalniał.

– Każdy rycerz potrzebuje giermka – odpowiedział spokojnie czarodziej.

– Chyba sobie ze mnie żartujesz! – wykrzyknął z oburzeniem Dagonet.

Merlin nic nie odrzekł, jedynie zmiażdżył błazna spojrzeniem nie znoszącym sprzeciwu. Rycerz jęknął z rozpaczą.

 

***

 

Grimsby obrzydzało Johna od chwili, gdy tylko wysiedli z pociągu. Odpychała go ponura atmosfera, szare budynki, brudne ulice i pochmurne oblicza przechodniów, a wiejący od morza wiatr niosący intensywną, rybią woń pozbawiał go tchu. Zestawiał otaczające go widoki z niedawno opuszczonymi zielonymi polami okalającymi Glastonbury i rajskim obrazem wyspy Avalon, i czuł przejmujący smutek. Znienawidził miasto w ciągu chwili.

Dagonet czuł się jak w domu. Otaczająca go szpetota cudownie współgrała ze stanem jego ducha. Nawet strugi zimnego deszczu zdawały się być po prostu dopełnieniem całości. Nawet nie próbował się przed nimi kryć, tak samo zresztą jak większość przechodniów. Gdyby nie pstrokaty strój, rycerz z łatwością wmieszałby się w tłum mieszkańców Grimsby o pustych twarzach.

Szli prosto w stronę portu. Nie mogli pomylić drogi, smród ryb kierował ich jak drogowskaz. Prowadził Dagonet, zanurzony w niewesołych myślach i wciąż roztrząsający konfrontację z Merlinem. Kilka kroków za nim podążał John, rozglądając się nieco trwożliwie na boki i wyraźnie pragnący być teraz gdzie indziej. I jedynie Tristan, wyraźnie zachwycony wyprawą, raźno dreptał przed siebie, merdając wesoło ogonem i obwąchując wszystkie krawężniki i kosze na śmieci.

 Zatrzymali się przed monumentalnym budynkiem położonym niemal nad samym morzem. Wzniesiona z czerwonej cegły budowla przytłaczała swoim ogromem całą okolicę, przypominając raczej twierdzę, niż fabrykę czy przetwórnię. Wrażenie potęgowały wysokie i grube kominy, wyglądające jak strzegące murów baszty oraz szeregi wąskich okien przywodzących na myśl otwory strzelnicze. Efekt dopełniał krenelaż wieńczący mury budynku, który mógł go ozdabiać tylko w wyobraźni kiepskiego architekta.

W samym centrum, nad głównym wejściem, przymocowana była wielka tablica z wypisanymi nieco łuszczącą się farbą literami „Corbe INC.” oraz znajdującym się pod nimi logiem przedstawiającym krwistoczerwoną kopię.

John, porażony nagłą grozą, rozdziawiwszy usta, wpatrywał się w budynek szeroko otwartymi oczami.

– Robi wrażenie, co? – spytał Dagonet.

Chłopak tylko pokiwał głową, niezdolny do wypowiedzenia choćby słowa.

– Trzeba przyznać, że staruch miał rozmach. Witam w głównej siedzibie Corbe INC., największego w Królestwie producenta przetworów rybnych. Oczywiście mają też eleganckie, bardziej reprezentatywne biurowce w ładniejszych okolicach. Ale to właśnie tutaj bije zdegenerowane serce imperium Pellesa. – Rycerz splunął z odrazą.

– Pellesa? – zdziwił się John. – To wszystko jego?

– Jasne. – Błazen parsknął. – Nie na darmo nosi imię Króla Rybaka, nie? Kiedy jedyne co robisz przez tysiąc pięćset lat to łowienie ryb, to masz całkiem spore szanse stać się w tym niezły. Dobra, koniec gadania, wchodzimy!

Ruszył do wnętrza. Machnął wyciągniętą z kieszeni przepustką wąsatemu mężczyźnie siedzącemu w stróżówce i skierował się do windy. Stróż chciał coś jeszcze dodać na widok psa, ale Dagonet zmiażdżył go wzrokiem i bez słowa poszedł dalej. Dopiero później, widząc zdziwione spojrzenie chłopaka uśmiechnął się, tylko odrobinę ironicznie.

– Praca dla Merlina ma parę plusów – wyjaśnił, chowając kartę.

Winda zawiozła ich na ostatnie piętro, gdzie mieścić się miał gabinet prezesa. Na miejscu nie zastali nikogo. Nigdzie nie kręciły się sprzątaczki, biurka sekretarek świeciły pustkami, we wszystkich pomieszczeniach pogaszono światła. Dagonet zmarszczył brwi i skierował się wprost do największego biura.

Drzwi nie były zamknięte. Po raz pierwszy przez umysł rycerza przemknęła myśl, że być może Merlin nie zwariował do reszty i tym razem miał rację. Zaklął cicho, wszedł do gabinetu i włączył światło.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku. Nie było widać żadnych, porozrzucanych papierów, przewróconych krzeseł, potłuczonego szkła, niczego co przypominałoby ślady walki. Wnętrze sprawiało wręcz nadzwyczaj schludne wrażenie, chociaż z pewnością nie było urządzone z wyczuciem smaku. Centralne miejsce na ścianie, dokładnie za masywnym biurkiem prezesa, zajmował ogromny, wypchany dorsz. Równie niepasujący do reszty był rzeźbiony, drewniany kredens wypełniony dziesiątkami pucharów i kieliszków, każdy z innego zestawu. Poza tym jednak gabinet wyglądał zupełnie normalnie, tak jakby jego właściciel przed chwilą z niego wyszedł.

Tyle tylko, że z chodzeniem to on niezbyt sobie radzi – pomyślał rycerz i zarechotał w duszy, dumny z niezbyt ambitnego żartu.

Omiótł jeszcze raz gabinet spojrzeniem i westchnął.

– Do roboty! Szukać jakichkolwiek śladów, które mogą nam pomóc – rzucił do Johna i Tristana.

Poszukiwania zajęły im jakieś pięć minut. Dagonet przeglądał właśnie papiery na biurku, a jego giermek z zainteresowaniem oglądał kolekcję w kredensie, gdy podbiegł do nich merdający radośnie ogonem Tristan i zaczął trącać nogę swojego pana.

– Co tam masz? – spytał błazen.

Kucnął przy zwierzęciu i wyciągnął z jego pyska gałązkę o ciemnozielonych, ostro zakończonych liściach, pomiędzy którymi ukrywały się czerwone korale owoców. Rycerz w milczeniu wpatrywał się w kawałek rośliny, obracając go w dłoniach.

– Co to jest, sir? – spytał wyraźnie zainteresowany John.

– Ostrokrzew – odparł Dagonet, wstając. – To zbyt proste…

– Co jest takie proste, sir? – zdziwił się chłopak.

– Zobaczysz. Nic więcej tu nie znajdziemy, czas na nas.

Ruszył do drzwi. Po dwóch krokach zatrzymał się jednak, odwrócił i spojrzał na psa.

– Może jednak nie jesteś taki głupi – powiedział i podrapał go za uchem.

Tristan zaszczekał radośnie.

 

***

 

– Sir, jesteś pewien, że to właściwe miejsce? – spytał z wahaniem John.

Okolica sprawiała niemalże sielskie wrażenie. Stali oparci o balustradę kamiennego mostu przebiegającego nad szemrzącą wesoło rzeką Manifold, płynącą dnem doliny. Dookoła wznosiły się niezbyt wysokie wzgórza porośnięte zielonymi lasami, znad których czasem wyłaniały się świecące bielą wapienne skały. Kilkanaście metrów od nich, tuż przy samym korycie, przycupnął rząd niskich, wzniesionych z szarego kamienia budynków o spiczastych dachach, niegdyś mieszczących młyn, dziś kawiarnię i sklepik dla turystów. Za nimi, na szczycie niewysokiego wzniesienia, tkwiła wapienna skalica poznaczona czarnymi otworami jaskiń. Gdyby tylko pogoda była przyjemniejsza i szare chmury odsłoniły nieco słońca okolica wydawałaby się idealna na popołudniowy piknik. John nie był pewien czego oczekiwać, mimo wszystko po wizycie w Grimsby spodziewał się czegoś bardziej ponurego i groźnego.

– Jasne, że tak. – Dagonet prychnął z irytacją. – Mogę uchodzić za idiotę, ale jeszcze wiem, gdzie idę. Oto Nan Tor, Zielona Kaplica.

– I myślisz, że tutaj przetrzymują króla Pellesa? – spytał z powątpiewaniem chłopak.

– Ja tu nie jestem od myślenia, młody – odparł rycerz. – No, w drogę. Zaraz wszystko się wyjaśni.

Dotarli do głównego wejścia do jaskini w ciągu kilku chwil. Dagonet wszedł pierwszy, John zaraz za nim, pochód zamykał Tristan. Po przejściu krótkiego korytarza znaleźli się w głównej pieczarze. Było w niej zdumiewająco jasno. Chłopak spojrzał w górę i dostrzegł, że gęsto porośnięte dzikim bluszczem ściany wznosiły się na kilka metrów, po czym nagle kończyły się, pozostawiając duży, niemal okrągły otwór w sklepieniu. Jego krawędź porastały drzewa, których korony tworzyły zielony baldachim nad wnętrzem jaskini.

W centrum groty znajdował się wapienny piedestał. Leżała na nim wykonana ze szczerego złota taca, na niej zaś odcięta, ludzka głowa. I to głowa dość niezwykła. Należała do mężczyzny, jednak nie przypominał on żadnego znanego Johnowi człowieka. Jego skóra miała barwę złota, a gęsta, skłębiona broda i długie włosy były ciemnozielone niczym mech. Skronie ozdabiał mu misternie wykonany diadem udekorowany liśćmi ostrokrzewu i zwieńczony jelenim porożem. Gdy zbliżyli się na kilka kroków złote powieki nagle uniosły się.

– Ach, goście! – odezwała się raźno głowa z wyraźnym szkockim akcentem. – Witam, witam!

John z wrażenia potknął się i upadł na twarz. Tristan, jak zwykle, zaszczekał wesoło. Dagonet tylko spojrzał na nich zdegustowany.

– Bertilak. – Rycerz pozdrowił głowę. – Zdarzało ci się wyglądać lepiej.

– O czym ty mówisz? – oburzył się jego rozmówca. – Czuję się wyśmienicie!

– I zapewne z tego powodu tak się spieszyłeś na spacer, że zapomniałeś własnej głowy?  

– Och, o to ci chodzi. To nic takiego, chwilowa niedogodność, nie przejmuj się tym. – Gdyby Bertilak mógł, z pewnością wzruszyłby ramionami, jednak z braku lepszych opcji jedynie przewrócił oczami. – Powiedz lepiej, co cię sprowadza, Błaźnie?

– Z pewnością nie tęsknota za twym szlachetnym obliczem – odparł rycerz. – Gdzie jest Pelles?

– Pewnie łowi gdzieś ryby – odpowiedziała głowa i wybuchnęła gromkim śmiechem, jakby właśnie opowiedziała przedni żart.

Dagonet nic nie odpowiedział, jedynie sięgnął do kieszeni swego pstrokatego płaszcza, wyciągnął z niej gałązkę ostrokrzewu i cisnął ją na złotą tacę. Bertilak spojrzał na nią i zmarszczył krzaczastą brew.

– Co za niezguła! – powiedział. – Nie powinien tak zostawiać ich wszędzie.

– Kto? – zapytał John, który zdołał już nieco dojść do siebie.

– Ja, mój drogi chłopcze! – Bertilak ponownie wybuchnął jowialnym śmiechem. – A w każdym razie moja mniej rozgarnięta część. Jak widzisz, pozbawiona kontroli jest dość niezdarna.

– Nie powinieneś wysyłać samego ciała, aby porwać Pellesa – powiedział spokojnie Dagonet. – Gdybyś udał się tam w całości, może nie zostawiłbyś śladów.

– Porwać? Pellesa? JA?! Też coś! – oburzył się Bertalik. – Przez myśl by mi to nie przeszło! Po cóż zresztą miałbym porywać mego serdecznego przyjaciela? Nie, było zupełnie inaczej, wszystko ci się pomieszało. To Pelles poprosił, abym użyczył mu na kilka dni mojego ciała. Sam wiesz, że biedak ma problemy z samodzielną podróżą. Oczywiście się zgodziłem. Dobry Pelles co roku na święta przysyła mi parę dorodnych dorszy, ucieszyłem się więc, że mogę mu się jakoś odwdzięczyć i…

– Gdzie? – przerwał mu błazen. – Gdzie pojechali?

– Och, nie mogę ci powiedzieć – odparła głowa. – Nie tak po prostu. Dałem rycerskie słowo, sam wiesz jak poważna to sprawa. Przykro mi, ale ci nie pomogę.

– Wraz z Pellesem zniknął Graal – warknął Dagonet. – Jeśli w twojej porosłej zielskiem łepetynie zostało jeszcze coś poza zamiłowaniem do dorszy, to powinieneś wiedzieć, co to oznacza.

– Tak. Cóż. W istocie, to dość niefortunna sytuacja. – Bertalik zacmokał. – Ha! Mam wspaniałe rozwiązanie! Urządzimy grę! Czy też może lepiej – wyzwanie. Zostaniesz poddany trzem rycerskim próbom, które sprawdzą, czyś godnym mężem o czystym sercu. Jeśli im podołasz…

– Nie mam na to czasu! – uciął rycerz.

Ponownie sięgnął do kieszeni. Tym razem wyciągnął z niej kunsztownie wykonany pierścień z białego złota zdobiony akwamarynem w kształcie łzy. Zbliżył klejnot do twarzy Bertalika, by ten mógł go dokładnie obejrzeć.

– Wiesz, co to jest? – spytał jadowicie.

– Pierścień Rozproszenia – wyszeptała głowa, pobladła mimo swej złotej karnacji. – Skąd go masz? Przecież należał do…

– Do Lancelota, tak wiem. – Dagonet wzruszył ramionami. – Martwemu i tak nie był potrzebny. Ważniejsze jest to, co on potrafi. Pamiętasz to, prawda? W ciągu chwili rozwieje każde zaklęcie. Każde, mój złotawy przyjacielu. Jak sądzisz, co się stanie, gdy przywrócę ci ludzką postać w momencie, gdy twa głowa i ciało nie stanowią jedności?

– Nie ośmielisz się – wyjąkał Bertalik.

– Chcesz mnie sprawdzić? – Błazen uśmiechnął się złośliwie. – Gdzie pojechał Pelles?

– Do Lyonesse – odpowiedziała głucho głowa.

– Widzisz, nie było tak trudno!

Dagonet wrzucił pierścień z powrotem do kieszeni. Potem jednym, pewnym ruchem oderwał ze swego płaszcza łatę żółtego koloru. Podszedł do Bertalika i wepchnął mu do ust szmatę, skutecznie go kneblując.

– Zachowaj, mój panie, tę wstążkę na pamiątkę swej hańby i złamanego słowa – powiedział i mrugnął do niego wesoło.

Potem odwrócił się na pięcie i wyszedł z jaskini. Zdążył przejść kilka kroków, nim dogonił go zdyszany John z Tristanem przy nodze. Szli chwilę w milczeniu, gdy w końcu chłopak zebrał się na odwagę i przemówił.

– Sir. To co zrobiłeś przed chwilą… – Giermek umilkł, szukając odpowiednich słów. – To nie było zbyt szlachetne, sir.

– Wszyscy szlachetni gryzą piach, młody. Zostali tylko tacy jak ja.

Dagonet chciał jak zwykle parsknąć ironicznym śmiechem, lecz coś w wyrazie twarzy chłopca sprawiło, że zmienił zdanie. Zamiast tego sięgnął do kieszeni i ponownie wyciągnął z niej pierścień.

– Widzisz go? – spytał. John ponuro skinął głową. – To podróbka.

– Podróbka? – zdziwił się chłopak, przyglądając się uważnie klejnotowi.

– Fałszywy pierścień fałszywego rycerza. – Dagonet parsknął.

– Mówisz o sobie, czy o Lancelocie, sir?

Rycerz wybuchnął serdecznym śmiechem. Zza chmur nieśmiało wyłoniło się słońce.

 

***

 

– Spójrz uważnie, chłopcze – powiedział dziwnie poważnym jak na siebie głosem Dagonet. – Oto masz przed sobą ponure pola Camlann, miejsce Ostatniej Bitwy.

John rozejrzał się dookoła. Widział ciągnące się niemal po horyzont pola pełne powoli nabierającego złotej barwy zboża. Uprawy przecinała kręta, wąska rzeka o brzegu porośniętym wierzbami. Nieco dalej wznosiły się zielone wzgórza, na zboczach których pasły się stada krów. Chłopak spostrzegł, że najwyższe ze wzniesień ma dziwnie regularny, płaski szczyt. Z drugiej strony dojrzał wieżę kościelną i niskie budynki pobliskiego miasteczka. Chociaż się starał, nie dostrzegał niczego ponurego.

– Minęły wieki, sir – powiedział John. – Dziś nie widzę tu nic ponurego.

– Tak ogromna tragedia na zawsze odciska swe piętno na ziemi – odparł rycerz. – Skup się. Viviana ofiarowała ci wielki dar, naucz się z niego korzystać.

John zamknął oczy i poczuł zawroty głowy, tak jak w Glastonbury. A potem świat ponownie zmienił swoje oblicze, tym razem jednak zamiast cudów ukazał mu koszmar. Chłopak ujrzał równinę aż po horyzont usłaną mrowiem ludzkich ciał. Nigdzie nie było śladu zieleni – każdy cal trawy został stratowany końskimi kopytami i buciorami piechoty. Gęste, ciemne chmury wisiały nisko na niebie. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem olbrzymich, czarnych kruków. Co chwilę którychś z nich odłączał się od reszty i pędził ku ziemi, by ucztować na truchłach.

Chłopak potrząsnął energicznie głową, by przepędzić przerażającą wizję. Po chwili znów widział błękitne niebo, zieloną trawę i złote zboża. Popędził w ślad za Dagonetem, który zdążył w tym czasie ruszyć już w stronę rzeki.

– Więc to naprawdę tu… – zaczął, gdy się z nim zrównał.

– Tak – powiedział gorzko rycerz. – To tutaj miała miejsca decydująca bitwa. To tutaj przez konflikt ojca i syna zginęli najlepsi, jakich kiedykolwiek nosiła ziemia Brytanii. To tutaj skończyła się najwspanialsza epoka tego świata. To tutaj zginął Artur.

– Opowiedz mi o nim, sir – poprosił John. – Opowiedz mi jak umarł.

– Nie – uciął twardo Dagonet. – Nie tutaj. Nie teraz. Może… może kiedyś. Nie wiem.

Dalej szli w milczeniu. Przez chwilę chłopak mimo wszystko chciał nalegać, ale zacięty wyraz twarzy rycerza sprawił, że szybko się rozmyślił. Zatrzymali się na brzegu rzeki, w cieniu rosochatych wierzb. Dagonet stanął pod największą z nich, rzucił na ziemię dużą torbę, którą targał ze sobą z pobliskiego miasteczka, i przeciągnął się.

– Co tu robimy, sir? – spytał John.

– Nie pójdę do Lyonesse nieuzbrojony – odpowiedział rycerz. – Nie teraz, gdy wiem, że Pelles poszedł tam z własnej woli.

– Lękasz się kalekiego króla, sir? – zdziwił chłopak.

– Lękam się tego, co dla nas przygotował – wyjaśnił Dagonet. – Pelles nie jest głupi. Wie, że ktoś ruszy jego tropem, więc muszę być gotowy. No, bierz się więc do kopania!

– Kopania?

Rycerz pochylił się nad torbą, rozpiął ją i wyciągnął z niej szpadel. Rzucił go zdziwionemu chłopcu. Widząc, że ten nic nie rozumie, westchnął głęboko i zaczął opowiadać.

– Dawno temu, gdy zostałem całkiem sam, zakopałem tu swoją tarczę i miecz. Cóż… uznałem, że tak będzie lepiej. Na tej równinie, razem z całą resztą, umarł też sir Dagonet. Pomyślałem, że należy mu się symboliczny pogrzeb. Potem pozostał już tylko Dougie. – Prychnął z pogardą. – Idiotyczny, pusty gest! Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał tu wrócić i grzebać w ziemi. Całe szczęście, teraz mam ciebie. Trzy kroki na wschód. Zaczynaj!

John, poruszony historią rycerza, z zapałem wziął się do pracy. Dagonet tymczasem położył się pod wierzbą ze źdźbłem trawy w zębach. Ochota do działania wystarczyła chłopcu na jakieś pięć minut. Wtedy, gdy mięśnie rąk zaczęły palić, a grzbiet spłynął potem, spojrzał z urazą na rycerza. Ten jednak zdawał się podziwiać chmury leniwie płynące po niebie i zupełnie nie zwracając uwagi na giermka.

Minęły pełne trzy kwadranse, nim w końcu szpadel zazgrzytał o wieko drewnianego kufra. John do tego czasu niemal mdlał już z wysiłku i z zazdrością patrzył na Tristana, który już na początku postanowił dołączyć do kopania i wciąż grzebał w ziemi z niestrudzoną werwą. Po kilku kolejnych minutach, tym razem z pomocą rycerza, udało się wydobyć skrzynię na powierzchnię. Chłopak nawet nie dziwił się, że kufer przetrwał tyle lat w niemal nienaruszonym stanie. Nie miał na to sił. Po prostu zwalił się na trawę i leżał, dysząc ciężko.

Dagonet z zapałem, który zdziwił jego samego, przypadł do skrzyni. Oczyścił z ziemi zamek żeliwnej kłódki i przekręcił w nim wyciągnięty z kieszeni klucz. Podniósł wieko i z tkliwością spojrzał na zawartość. Leżał tam prosty, pozbawiony jakichkolwiek ornamentów miecz w skórzanej pochwie oraz sfatygowana, poznaczona licznymi wgnieceniami tarcza ozdobiona niemal zatartym wizerunkiem piejącego koguta. Rycerz delikatnie dotknął swojego rynsztunku i uśmiechnął się czule.

– Tęskniłem – wyszeptał cicho i zdał sobie sprawę, że mówi zupełnie szczerze.

Tristan podszedł do Dagoneta, wsadził łeb do skrzyni i obwąchał zawartość. Zaraz potem zaszczekał wesoło i zaczął energicznie merdać ogonem. Rycerz pogłaskał go po kudłatym łbie. Następnie z namaszczeniem przeniósł znaleziska do swojej torby i spojrzał na leżącego chłopaka.

– No, koniec tego próżniactwa! – zawołał z werwą. – Lyonesse na nas czeka! Łap za torbę i ruszamy.

– Co? – wychrypiał John, podnosząc się. – Jak to za torbę?

– A co żeś myślał? Jesteś w końcu moim giermkiem, będziesz nosił za mną tarczę! To jedno z twoich najważniejszych zadań! – Rycerz roześmiał się. – No, nie bocz się tak, zawsze mogło być gorzej. Mogłem kazać ci galopować za mną z łupinami kokosa w rękach.

Chłopak popatrzył na niego nic nie rozumiejąc. Dagonet prychnął z oburzeniem.

– Ta dzisiejsza młodzież, zero szacunku do klasyki. – Pokręcił głową zdegustowany. – No nic, nie mam czasu nadrabiać twoich braków w edukacji kulturalnej, potem się tym zajmiesz. Ruszamy!

 

***

 

Stali na wąskim pasie kamienistej plaży przylądka Lands End. Zaledwie dwa kroki za nimi piętrzyły się skaliste klify, na szczycie których ku niebu celował maszt z dumnie powiewającą brytyjską flagą. Przed sobą mieli ciągnące się po horyzont niespokojne morze. Jedynym punktem wyróżniającym się na tle jednorodnego ogromu wody były widoczne w oddali kłęby białej piany wzniecane przez fale rozbijające się o szare skały Longships oraz wzniesiona wśród nich latarnia.

John rozglądał się nieco niepewnie po okolicy. Serce wciąż biło mu jak szalone po niebezpiecznej drodze wąską ścieżynką wiodącą w dół urwiska, którą przed chwilą tu zeszli. Ekscytowała go myśl o wyprawie do Lyonesse, lecz nigdzie nie mógł dojrzeć czegoś, co mogło być wejściem. Spodziewał się, że znajdą tu jakąś ukrytą wśród klifów jaskinię, nic takiego jednak nie miało miejsca. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami nie zniechęcał się łatwo, nie poddawał też już w wątpliwość znajomości drogi przez Dagoneta. Skupił się i spróbował tak jak wcześniej spojrzeć przy pomocy uzyskanego od Pani Jeziora daru, ale chociaż przez chwilę zdawało mu się, że w huku fal słyszy coś przypominającego bicie dzwonu, nie dostrzegł nic nowego. Zrezygnowany spojrzał na rycerza.

Ten rozglądał się dookoła zafrasowany, jakby szukał konkretnego miejsca czy też może jakiegoś charakterystycznego punktu. Dokładnie oglądał skaliste wybrzeże, śledząc wzrokiem wszystkie spękania i nierówności klifu. Po paru minutach takich poszukiwań wydał triumfalny okrzyk i ruszył przed siebie wzdłuż plaży. John, pełen nadziei, rzucił się biegiem za nim. Ku jego zdumieniu przeszli jednak ledwie kilkadziesiąt metrów, on zaś nie dostrzegał w otoczeniu żadnej różnicy.

– Sir, jak pójdziemy dalej? – zapytał rycerza. – Gdzie jest wejście do Lyonesse?

– Właśnie na nie patrzysz – odparł pogodnie Dagonet.

Mężczyzna roześmiał się, widząc pełen zdumienia wyraz twarzy chłopca. Wesołym szczekaniem zawtórował mu od razu Tristan.

– Widzisz, młody, nie wystarczy wiedzieć, gdzie znajduje się wejście do Lyonesse. – Zaczął wyjaśniać giermkowi. – Trzeba jeszcze być w stanie to wejście znaleźć.

– Co to znaczy? – spytał John, czując się jeszcze bardziej skonfundowany.

– Lyonesse nie leży w naszym świecie. Jest ukryte między jawą, a snem, między przyszłością, a przeszłością, między bytem, a nicością. No, tak przynajmniej kiedyś o tym mówiono. Faktem jest, że cała kraina jest oddzielona i zabezpieczona potężnym zaklęciem. Wejście do Lyonesse może znaleźć tylko najlepszy spośród ludzi, o nieskazitelnie czystym sercu zdolnym do najwyższych poświęceń, którego nigdy nie skalał choćby cień wątpliwości.

– No to mamy problem – skomentował chłopak. – Żaden z nas chyba się nie nada, co?

Rycerz ponownie wybuchnął śmiechem.

– Tak, kiedyś faktycznie byłby to nie lada problem. Ale widzisz, zaklęcia z czasem tracą swą moc, jeśli się ich nie podtrzymuje. I chociaż magia, która skrywa Lyonesse przed światem wciąż jeszcze nieźle działa, to czar strzegący wejścia… cóż, powiedzmy, że nie jest już tak restrykcyjny jak niegdyś.

Chłopak spojrzał na rycerza ciekawy jego dalszych poczynań. Ten wszedł na sporych rozmiarów kamień, rozejrzał się dookoła i westchnął głęboko.

– Och! Konam z głodu! – zawołał teatralnym głosem. – Jeśli czegoś zaraz nie zjem, to zwariuję! John, jako mój giermek powinieneś dbać o zapasy. Masz coś do jedzenia?

Chłopak pokręcił przecząco głową.

– Co za okrutny los! – skomentował Dagonet. – Całe szczęście, że to przewidziałem i zabrałem ze sobą kanapkę.

Po tych słowach sięgnął do jednej z licznych kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej owiniętą w folię bułkę z szynką. Rozpakował kanapkę i już szykował się do ugryzienia jej, gdy nagle się zawahał. Spojrzał na Johna i ponownie westchnął.

– Nie mogę – powiedział. – Nie mogę śniadać w spokoju wiedząc, że mój serdeczny druh i kompan będzie w tym czasie głodował! Weź tę kanapkę i posil się przyjacielu, z Bogiem!

John wyciągnął rękę w stronę mężczyzny. Ten popatrzył na niego ze złośliwym, przewrotnym uśmieszkiem, po czym nagle rzucił kanapkę Tristanowi. Pies z radością i apetytem zabrał się za posiłek. Chłopak spoglądał na to wszystko z niedowierzaniem. Rycerz zachichotał.

– Cóż, mogłem to przewidzieć – powiedział po chwili John. – I co, to już wszystko? Twoje „poświęcenie” wystarczyło?

– Och, daruj sobie, sarkazm ci nie pasuje. Poza tym, poważnie jestem głodny, inaczej by to nie zadziałało. No, ale to już prawie wszystko. Jeszcze tylko… – Rycerz nagle się odwrócił. – O!

W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się tylko kilka głazów, teraz z kamienistej plaży wyrastał stalowy słup. Na jego szczycie znajdowała się pozłacana rama, na której wisiał długi, zakręcony róg. Dagonet złapał go w dłonie i zadął z całych sił.

John nie miał prawa być przygotowany na huk, jaki nagle się rozległ. Padł na kolana pewien, że to ziemia zaczęła się trząść. Po chwili zdał sobie sprawę, że się nie mylił. Rycerz z zadowoleniem odwiesił już instrument na miejsce, dźwięk jednak wciąż narastał. Morze przed nimi zaczęło uderzać wściekle o brzeg, chłoszcząc ich słonymi falami.

W końcu, gdy grzmot zdawał się osiągać apogeum, powierzchnia Atlantyku przed nimi nagle pękła. Wśród kotłujących się obłoków pary dno oceanu zaczęło się wypiętrzać, formując przed nimi szeroki na dwa metry skalny cypel.

Po kilku kolejnych chwilach wszystko w końcu ustało. John z trudem podniósł się z kolan. Wpatrywał się w drogę przed nimi z szeroko otwartymi ustami. Równy, chociaż śliski i porośnięty wodorostami most wiódł prosto, ale po kilku metrach niknął w gęstej, białej mgle, która przesłaniała teraz widok w każdym kierunku.

– No, młody, mimo twego braku wiary, oto jest – powiedział wesoło Dagonet. – Wejście do Lyonesse. Niestety czeka nas jeszcze kawał wędrówki, lepiej więc już chodźmy.

Chłopak kiwnął głową, wciąż niezdolny do jasnego sformułowania myśli. Ruszyli przed siebie, ostrożnie stąpając po śliskich skałach.

 

***

 

Trudno było określić, ile naprawdę zajęła im droga do Lyonesse. Przez otaczającą mgłę, skrywającą cały świat, szybko stracili rachubę czasu. Zdawało im się, że spędzili już całe dnie na kamiennym szlaku, ostrożnie stawiając stopę za stopą na zdradliwym, porośniętym glonami podłożu.

Gdy zaczęli już z wolna tracić nadzieję, że kiedyś dotrą do celu, mgła dookoła nich zaczęła rzednąć. Z wolna wyłaniały się z niej kształty, początkowo niewyraźne, z każdym krokiem jednak nabierające szczegółów. W końcu okazały się być bliźniaczymi wieżami wzniesionymi po obu stronach drogi. Niegdyś musiały śmiało sięgać na wiele pięter, górując nad okolicą, teraz jednak pozostały po nich tylko sterty gruzu, ociekające wodą i porośnięte pąklami.

Za tym posterunkiem droga zaczęła gwałtownie się rozszerzać, na odległości ledwie kilku metrów przechodząc w rozległą równinę. Nagły powiew świeżego wiatru przegnał snujące się wciąż strzępy mgły i oczom wędrowców ukazał się widok Lyonesse.

Wspaniałe Lyonesse, dumne Miasto Lwów, o białych murach i złotych dachach, w którym Bożą Chwałę wygrywają nieustannie dzwony na stu czterdziestu kościelnych wieżach. Ojczyzna szlachetnych rycerzy, nadobnych niewiast i dostojnych mędrców. Niedościgniony wzór dla reszty Brytanii. Widok żałosnej ruiny, w jaką obróciła się stolica legendarnego królestwa poruszył nawet przesiąkniętą ironią duszę Dagoneta.

Katastrofa, która posłała miasto na dno oceanu, nie miała dla niego żadnej litości. Z trudem byli w stanie zidentyfikować kształty poszczególnych budowli. Równina usiana była ogromnymi blokami kamienia, nieforemnymi kupami gruzu i bezładnymi rumowiskami, wśród których gdzieniegdzie tylko wyżynał się otwór okna lub drzwi. Wszystkie powierzchnie porośnięte były lepką warstwą wodorostów, między którymi połyskiwały muszle ostryg i buszowały małe kraby.

Obrazu klęski dopełniały wraki. Ruiny miasta były prawdziwym cmentarzyskiem statków, które od stuleci rozbijały się u wybrzeży Kornwalii. Widzieli zarówno drewniane szkielety dumnych niegdyś fregat, jak i szczątki niemal współczesnych jednostek. Centralne miejsce na równinie, górując nad cała okolicą niczym warowny zamek, zajmował stalowy kadłub ogromnego tankowca. Na jego dziobie wciąż można było odczytać wypisane białą farbą litery składające się w nazwę „Torrey Canyon”.

Tuż przed wrakiem statku ujrzeli dwie postacie. Pierwszą z nich był siedzący na wózku inwalidzkim, elegancko ubrany starzec z siwym, sumiastym wąsem. Wpatrywał się z uwagą w przybyszów, mrużąc lekko oczy. Obok stał jego towarzysz, którego trudno było określić jako istotę ludzką. Przede wszystkim nie miał głowy. Wyrastająca z jego karku szyja kończyła się równym cięciem na wysokości jakichś pięciu centymetrów. Wyglądało jednak, że fakt ten w niczym mu nie przeszkadza. Nie był to zresztą jedyny wyjątkowy element wyglądu tego osobnika. Nawet bez głowy ogromna postać liczyła ponad dwa metry wzrostu. Jego skóra miała barwę złota, czego nie można było przeoczyć, jako że stał z obnażoną piersią, od pasa w górę odziany jedynie w oplatające jego ramiona łodygi bluszczu. W potężnej dłoni trzymał złowieszczo wyglądający katowski topór, pasujący rozmiarami do właściciela. Mieli przed sobą brakujące ciało Bertalika, słynnego Zielonego Rycerza.

Dagonet przełknął głośno ślinę.

– Moja tarcza i miecz – powiedział, nie spoglądając na giermka.

Chłopiec natychmiast otworzył torbę i podał rycerzowi rynsztunek. Mężczyzna zapiął na biodrach pas z bronią, chwycił pewnie lewą ręką wysłużoną tarczę i westchnął.

– Zostań tutaj, cokolwiek by się nie działo – rzucił do Johna. – Jeśli polegnę, uciekaj.

– Nie możesz znów nastraszyć go pierścieniem? – zasugerował chłopak.

– To się nie uda – zaprzeczył Dagonet. – Rozmawiać można tylko z jego głową. Ciało jest teraz bezmyślnym golemem wykonującym polecenia.

Rycerz ruszył przed siebie. Przebył połowę dystansu, jaki dzielił go od wraku tankowca i zatrzymał się.

– To koniec, Pellesie! – zawołał donośnym, pewnym głosem, w którym o dziwo nie dało się wyczuć strachu. – Złóż broń i udaj się ze mną do Avalonu.

Starzec na wózku uśmiechnął się szyderczo. Przez chwilę stukał palcami o podłokietnik, jakby udając, że się namyśla, po czym odwrócił się w stronę towarzysza.

– Zatrzymaj go – powiedział ochrypłym szeptem.

Zielony Rycerz uniósł topór i ruszył powoli na spotkanie rywala. Dagonet patrzył na zbliżającego się przeciwnika i czuł, jak w piersi zaczyna rosnąć mu ciężka gruda. Z każdym krokiem olbrzyma powoli budowana pewność siebie błazna pękała na kawałki. Nagle przypomniał sobie pierwsze spotkanie z Bertalikiem, gdy ten podczas wigilii Bożego Narodzenia wtargnął konno do sali tronowej Camelotu, w jednej dłoni dzierżąc swój przerażający topór, a w drugiej gałązkę ostrokrzewu. Śmiejąc się jak obłąkaniec stanął przed obliczem Artura i rzucił mu w twarz obelgę, wzywając wszystkich rycerzy do udziału w szalonej grze. Żaden z nich nie miał odwagi nawet pisnąć. Działo się to na kilka lat przed pasowaniem Dagoneta i w tamtej chwili dziękował on Niebiosom za to, że jest tylko błaznem i nikt niczego od niego nie oczekuje. I chociaż ostatecznie zakładu podjął się ten biedny głupiec Gawain, to mężczyzna nie potrafił zapomnieć grozy, jaką czuł tamtej nocy.

Rycerz wiedział, że powinien wyciągnąć miecz z pochwy, unieść tarczę i przygotować się do walki. Wiedział o tym, ale nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Sparaliżowany strachem wpatrywał się nadchodzącą bliższą postać Bertalika, oczyma wyobraźni widząc już swą śmierć.

Nagle, gdy od przeznaczenia dzieliło go już tylko kilka kroków, tuż obok Dagoneta przemknął niewielki, ciemny kształt. Błazen patrzył na to, nie wierząc własnym oczom. Oto Tristan, biorąc chlubny przykład ze swego imiennika, rzucił się do szaleńczej szarży, z głuchym warkotem niczym rycerską pieśnią na ustach. Paroma susami pokonał dystans dzielący go od olbrzyma i wiedziony odziedziczonym po wilczych przodkach instynktem zrobił najgłupszą rzecz, którą mógł w tej sytuacji. Rzucił mu się do gardła. Nie miał jednak okazji przekonać się o bezcelowości swojego ataku, bowiem Zielony Rycerz, jakby od niechcenia, jednym ruchem ręki uderzył go w locie i cisnął nim o ziemię. Następnie zatrzymał się, stanął nad psem i uniósł topór, by zakończyć jego waleczny żywot.

Dagonet nawet nie był świadom tego, że nie stoi już bezczynnie. Jego ciało zareagowało bez udziału woli i nim rycerz w pełni zrozumiał co robi, biegł już przed siebie z krzykiem. Używając wzniesionej tarczy niczym tarana uderzył z impetem w Zielonego Rycerza. Siła ciosu nie zrobiła może na nim wielkiego wrażenia, była jednak wystarczająca, aby zachwiać olbrzymem, przez co topór chybił celu.

– Zmiataj stąd! – warknął błazen do Tristana.

Pies, który po fiasku swej szarży najwyraźniej stracił wiarę we własne możliwości, posłusznie pomknął w stronę Johna. Dagonet cofnął się i wyciągnął miecz. Po paraliżującym go strachu nie pozostał ani ślad. Serce waliło mu jak młot, pompując adrenalinę, która pobudzała go do działania. Od wieków nie czuł się tak żywy.

Bertilak uniósł broń i natarł na Dagoneta. Ten jednak był na to gotowy. Uchylił się, pozwalając przemknąć ostrzu topora nad swą głową, a następnie wyprowadził błyskawiczne cięcie i odskoczył w tył, poza zasięg przeciwnika. Jego miecz pozostawił długą, krwawą ranę wzdłuż piersi olbrzyma. Cios z pewnością wystarczyłby, aby powalić zwykłego rywala, na Zielonym Rycerzu nie zrobił jednak żadnego wrażenia. Nie minęły dwie sekundy, a cięcie zaczęło się zasklepiać. Błazen jednak nie miał czasu podziwiać tego widowiska, musiał bowiem uskoczyć przed kolejnym atakiem.

Olbrzym machnął toporem z morderczą siłą. Na spotkanie jego broni natychmiast wyskoczył miecz Dagoneta. O tym, jak słaby był to pomysł, rycerz uświadomił sobie odrobinę za późno. Potężny cios Bertilaka wyrwał mu oręż z ręki i cisnął nim kilka metrów. Błazen patrzył z rozpaczą, jak znika on w jednej ze skalnych szczelin. W ostatniej chwili zauważył ponownie opadający topór. Zdążył zasłonić się tarczą, lecz uderzenie niemal rozłupało ją na połowę, całe ramię zaś zdrętwiało mu z bólu.

Brawura i wola walki zniknęły w mgnieniu oka. Dagonet cofał się, rozpaczliwie walcząc o życie, uchylając się przed atakami olbrzyma i z trudem blokując te, których uniknąć nie zdołał. Z każdym kolejnym krokiem czuł, jak opuszczają go resztki sił, z przerażeniem  obserwując coraz gorszy stan swej tarczy.

Cały czas gorączkowo myślał, szukając jakiejkolwiek, najmniejszej nawet szansy na wygraną. Nie mógł jednak wymyśleć żadnego sposobu, który pozwoliłby mu pokonać w walce niestrudzonego olbrzyma. Niemal fizycznie czuł wbijające się w niego z uwagą spojrzenia Johna oraz Pellesa.

Ty kretynie! – pomyślał nagle.

Padł na ziemię, unikając ostrza przecinającego ze świstem powietrze. Przetoczył się, a następnie poderwał na nogi i rzucił się do szaleńczego biegu, ciskając za siebie tarczę. Bynajmniej nie zamierzał jednak uciekać. Pędził prosto w stronę Pellesa. Starzec rozszerzył oczy ze zdziwienia, nim jednak zdążył cokolwiek zrobić, Dagonet wpadł na niego, kopniakiem przewracając wózek inwalidzki i rzucając Króla Rybaka na kamienie. Błazen siadł na jego piersi i przycisnął mu do gardła wyszarpnięty z kieszeni nóż.

– Zatrzymaj go! – wycharczał.

Starzec milczał. Zielony Rycerz znajdował się już tuż za Dagonetem. Olbrzym wzniósł ku niebu swój topór i opuścił go z impetem.

– Stój! – wyszeptał Pelles.

Ciało Bertilaka natychmiast znieruchomiało. Dopiero po kilku uderzeniach serca Dagonet uświadomił sobie, że jeszcze żyje. Ostrze zatrzymało się w ostatniej chwili, jedynie nieznacznie nacinając skórę na jego karku. Błazen skrzywił się z odrazą i wstał. Otrzepał się, postawił leżący wózek inwalidzki, a następnie bezceremonialnie złapał Pellesa za fraki i rzucił go na siedzenie.

– Gadaj! – warknął. – Gdzie jest Graal?

Starzec uśmiechnął się smutno.

– Nie mam pojęcia – wyznał ze zdumiewającą bezpośredniością.

– Co? –sapnął rycerz.

Dagonet z wrażenia siadł prosto na kamieniach. Świat, w którym żył, nigdy mu się nie podobał, teraz jednak roztrzaskał się na milion kawałków i błazen nie miał pojęcia jak zareagować. Czuł jedynie pustkę. Obecność Graala, nawet odległa, nawet gdy o niej nie myślał, stanowiła jedyny pewnik w jego życiu, jedyny stabilny punkt od śmierci Artura. Pelles przyglądał mu się z wyraźną troską w oczach.

– Jak? – wykrztusił Dagonet.

– Naprawdę nie wiem. – Starzec pokręcił głową. – Pewnego dnia po prostu zauważyłem, że go nie ma. I wtedy uświadomiłem sobie, że nie wiem nawet kiedy zniknął. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz go widziałem. Rok temu? Sto? Dwieście? Czy to jakakolwiek różnica?

– Ogromna! – wykrzyknął rycerz, podrywając się na nogi. – Graal jest jedynym pozostałym źródłem Opowieści. Niech cię zaraza! Bez niego my wszyscy…

– Wiem, chłopcze. – Pelles pokiwał smutno głową. – Dlatego też, gdy rozmawiałem o tym z Merlinem…

– Z Merlinem?! – ryknął Dagonet. – To on o tym wszystkim wiedział?

– Oczywiście, że tak – odparł Król Rybak. – Coś takiego nie może ukryć się przed strażnikiem Brytanii. Dlatego też wspólnie wpadliśmy na ten pomysł. Merlin, ja…

– Pewnie też Viviana i Bertilak? – spytał gorzko błazen.

– Naturalnie.

– I tylko ja o niczym nie wiedziałem. – Słowa rycerza ociekały jadem. – Po co wtajemniczać w to starego, głupiego błazna? Lepiej zabawić się jego kosztem, jak za starych dobrych czasów! O to w tym wszystkim chodziło? Cała ta wyprawa to jedna, pieprzona farsa! Pękaliście ze śmiechu, gdy ja uganiałem się po całym kraju myśląc, że ratuję świat, a teraz, gdy wszystko dobiegło końca, położymy się i umrzemy?

– Skończyłeś? – zapytał cicho Pelles, przeczekawszy wybuch błazna. – Nie bądź głupi, chłopcze. Możemy być bandą zgryźliwych starców, ale wyobraź sobie, że znaleźlibyśmy lepszy sposób na spożytkowanie ostatnich chwil. Ale tak się składa, że ja nie zamierzam umierać. Zabawne, co? Zdawać by się mogło, że ktoś kto kona od piętnastu stuleci powinien z ulgą witać taką perspektywę. Cóż, prawda jest taka, że śmierć mnie przeraża i zamierzam uciekać przed nią tak szybko, jak tylko zdołam na tym wózku.

– Więc dlaczego? Dlaczego nikt mi nic nie powiedział? Po co to wszystko?

– Nie wtajemniczyliśmy cię w plan, ponieważ potrzebowaliśmy kogoś, kto uwierzy w cel misji – odpowiedział Pelles. – Potrzebowaliśmy ciebie.

– Potrzebowaliście błazna – warknął Dagonet.

– Potrzebowaliśmy rycerza – poprawił go starzec. – Rycerza Okrągłego Stołu. Naprawdę niczego nie rozumiesz? Nie dostrzegasz, o co chodziło w twojej wyprawie? Bo przecież była to najprawdziwsza rycerska wyprawa, jak za starych czasów.

– Raczej jej parodia. – Błazen parsknął z goryczą.

– A przecież Bertilak powiedział ci to wprost – kontynuował Król Rybak. – Zostałeś poddany trzem próbom. Sprytu, gdy okpiłeś naszego zielonego przyjaciela. Dowiodłeś prawości serca, odnajdując drogę do Lyonesse.

– Też mi wyczyn. Tanie sztuczki.

– Być może. Ale odwagę udowodniłeś naprawdę, stając do walki z Zielonym Rycerzem w obronie swego przyjaciela.

– Dobrze, dobrze – powiedział rycerz. – Nawet jeśli uznam to za prawdę, wciąż nie widzę w tym celu. Odbyłem rycerską przygodę. Fantastycznie! Chcieliście sprawić mi przyjemność po latach zapomnianych urodzin, czy co?

– Ależ tu nie chodziło o ciebie – zaprzeczył Pelles.

– A o kogo?

– Pomyśl, chłopcze, pomyśl – odpowiedział starzec. – Kogo Merlin wysłał razem z tobą?

Dagonet odwrócił się od rozmówcy i spojrzał na pole walki. Zbliżał się przez nie rozpromieniony chłopak z Tristanem u boku i resztką tarczy rycerza w rękach. Wciąż był jeszcze dość daleko, już teraz jednak widać było zachwyt wymalowany na jego twarzy.

– John? – zdziwił się błazen. – A co on ma z tym wspólnego?

– Wszystko! – wykrzyknął Pelles. – Tylko on się tu liczy. Jest kluczem do naszego przetrwania. Nie rozumiesz? Przepadł Graal. Znikają resztki starej Opowieści. Jeśli chcemy przetrwać, musimy dać początek nowej, która będzie jej kontynuacją.

– I jak niby on nam to zapewni?

– Nie mam pojęcia. – Król Rybak uśmiechnął się. – Napisze książkę? Nakręci film? Otworzy firmę produkującą zabawki? A może tylko opowie o tym na dobranoc swoim dzieciom? To nieważne. Liczy się tylko fakt, że Opowieść przetrwa.

Rycerz nic nie odpowiedział. W milczeniu przetwarzał słowa starca, obserwując zbliżającego się Johna. Chłopak zatrzymał się właśnie, by podnieść z ziemi resztkę tarczy Dagoneta.

– Chyba nie zaszkodzi spróbować – powiedział po chwili rycerz.

– Otóż to – ucieszył się Pelles. – Poza tym, na złe ci to nie wyszło, prawda? Wolałbyś dalej gnić w londyńskiej norze i żłopać tanią whisky? Nie było miło znów chwycić miecz w dłoń?

– Jak cholera – przyznał błazen.

– Tak myślałem. A teraz chodźmy do twojego giermka. Czas do domu, Dougie.

– Sir Dagonecie – poprawił go rycerz.

Wiejący od morza wiatr poruszył połami pstrokatego płaszcza. Miedziane dzwonki zagrały czystą melodię.

Koniec

Komentarze

Chyba najbardziej "legendarne" opowiadanie w konkursie. Porządie napisane i zredagowane. A co najważniejsze, dynamicznei interesujące, a przede wszystkom z własnm nastrojem. A tu i ówdzie nawet dowcipne. Kliknę jutro, dziś nie mam jak. Szczerze gratuluję pomysł. Drobiazg: Żar zachwyt, czy raczej żar zachwytu? Pozdr.

 

Dzięki za opinię, cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu. Sam pomysł obracałem sobie w głowie już dość długo, a konkurs wpasował mi się do niego wręcz idealnie. A jeśli chodzi o sam drobiazg: ani żar zachwyt, ani żar zachwytu, miał być sam zachwyt :D Tak to jest z małymi poprawkami wrzucanymi w ostatniej chwili, że coś tam umknie.

Fantasy napisana poprawnym językiem i z trzymającą się kupy fabułą – świat się kończy ;) Może dlatego, że nie traktowana śmiertelnie poważnie i oparta solidnie na dobrych opowieściach. Cały czas gdzieś w tle przewijały mi się powidoki z Monty Pythona oraz Pratchetta, ale jako takie bardzo dalekie echo, zresztą to komplement. Połączenie powagi i elementu lekkości i zabawy konwencją – bardzo udane.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciężko nie mieć w głowie Monty Pythona, gdy pisze się o poszukiwaniu Graala :) Do tego ważnym źródłem inspiracji, oczywiście poza samymi mitami arturiańskimi, były ich stare, filmowe wersje, zwłaszcza “Miech bohaterów” z fenomenalnym Seanem Connerym w roli Zielonego Rycerza (skąd też wziął się akcent mojego Bertilaka :D). Cieszę się, że wszystko to razem dobrze zagrało i tekst się spodobał, dzięki za komentarz.

Znowu fantasy? Nuda, panie! W tym się nie da nic nowego napisać. Pewnie znowu jakiś rycerz ratujący świat. Oklepane, panie!

Właściwie to prawda, co napisałem powyżej (za wyjątkiem nudy). Ale po tym poznaje się dobre opowieści, że ze znanych i zgranych elementów potrafią stworzyć coś nowego. I to ci się, Arnubisie, doskonale udało. Świetna opowieść, mnie przypominająca trochę klimatem Amber Zelazny’ego. Prawdziwy majstersztyk!

Także pod względem językowym. Gdzieś tam chyba mignął zbędny przecinek, ale długo wydawało mi się, że nie będę się miał do czego doczepić. Ale jakieś drobiażdżki się znalazły :):

– “Za nimi, na szczycie niewysokiego wzniesienia, tkwił wielki blok wapienia poznaczony czarnymi otworami jaskiń” – może to i nie błąd, ale żeby jaskiń mogło być więcej, to jakiś masyw wapienny by się zdał, a nie jakiś mikry blok;

– “Stali na wąskim pasie kamienistej plaży przylądku Lands End.” – przylądka;

– “naszczycie których” – brak spacji;

– “No, ale już prawie wszystko” – brakuje “to”;

– “Rzucił mu się od gardła” – do.

 

Podsumowując – czapki z głów!

Miejsce na Twoją reklamę!

Wielkie dzięki za opinię i poprawki. Oczywiście wszystkie literówki już wprowadzone. Jeśli chodzi o ten masyw – nie wiem czy sprawdzałeś jak w rzeczywistości wygląda Nan Tor. http://snapthepeaks.co.uk/snapwp/wp-content/uploads/2015/03/nan-tor-cave.jpg Moim zdaniem ciężko zaliczyć to do masywów – trochę się nad tym zastanawiałem, zdecydowałem się na wielki blok :D No i faktycznie jest on “poznaczony czarnymi otworami jaskiń”, ale większość z tych jaskiń zbyt imponujących rozmiarów nie ma, poza głównym otworem wcisnąć można się chyba do jakichś dwóch z nich.

A po prostu skała? Bo blok kojarzy się raczej z przynajmniej wstępnie obrobionym albo choćby wydobytym z kamieniołomu kawałkiem kamienia, a nie z naturalną formacją.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm, faktycznie powinienem trochę bardziej przyłożyć się do researchu geologicznego. Ale szybko postarałem się to nieco nadrobić. Blok nie jest tu zupełnie błędnym określeniem, a w każdym razie blok czysto geologicznie nie oznacza obrobionego kamienia, ale faktycznie w potocznym rozumieniu często jest tak interpretowany. Za to taka struktura, jaką jest Nan Tor nazywa się… “tor” :D Albo bardziej spolszczona wersja: “skalnica”, którą to wersję za chwilę umieszczę w opowiadaniu.

Z wikipedii – Jaskinia – naturalna pusta przestrzeń w skale o rozmiarach umożliwiających jej penetrację przez człowieka.

Stąd wyobraziłem sobie raczej wielką ścianę skalną pokrytą otworami wielkości drzwi.

A w tym Nan Tor jaskinie rzeczywiście są chyba dwie, reszta to zwykłe – otwory w skale. 

Miejsce na Twoją reklamę!

Tak, ale skała to określenie materiału, a nie samej formacji, wcale nie określa rozmiarów opisywanej struktury. Dlatego zasadniczo napisałem pierwotnie o bloku, żeby uniknąć wizji wielkiej ściany. Faktycznie, od “frontu” Nan Tor są dwa główne wejścia do jaskiń, którymi spokojnie można wejść, przynajmniej jedno jeszcze znajduje się z innej strony. Reszta to nie są zwykłe otwory, bo z tego co się orientuję to wciąż są połączone tunelami z pozostałymi jaskiniami. W każdym razie tyle udało mi się zorientować z materiałów dostępnych w sieci, na wycieczkę w ramach researchu do opowiadania mnie nie stać :D Chociaż, jako że wszystkie miejsca w opowiadaniu realnie znajdują się w Wielkiej Brytanii (poza oczywiście budynkiem Corbe INC.) to można by zorganizować sobie kawał wycieczki śladami Dougiego i Johna :D

SJP PWN skała

1. «wysoka góra kamienna o stromych zboczach i ostrych występach lub olbrzymi głaz»

2. «zespół minerałów tworzący w skorupie ziemskiej większe masy»

 

Czyli jest tu jednak najneutralniejszym możliwym określeniem. Skalnica to przede wszystkim roślina (tylko takie znaczenie notuje wyżwym słownik). Z blokiem chyba jest tak (tylko na podstawie korpusu), że w naturze jest to blok skalny, takie zestawienie, a blok granitu/wapienia/marmuru to już taki oddzielony sztucznie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sprawnie napisane, niezły styl, więc czyta się lekko, czemu pomagają jeszcze elementy humorystyczne. Mam tylko jeden problem. Otóż legenda, którą wziąłeś na warsztat, jest już tak wyeksploatowana, że nie mam ochoty pochylać się nad nią po raz kolejny, nawet jeśli przekształciłeś ją w oryginalne dzieło. Po prostu ja, osobiście, mam już dość Graala, Merlina i Okrągłego Stołu. Ale, abstrahując od moich upodobań, uważam, że to przyzwoity tekst i zasługuje na głos do biblioteki.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

drakaina

Biję się w pierś, oczywiście chodziło mi o “skalicę” a nie “skalnicę”, która to faktycznie jest rośliną. I chociaż “skała” może być tu najbardziej neutralnym zwrotem, to jednak “skalica” jest tu nie tylko określeniem bardziej precyzyjnym, to jeszcze bardzo podoba mi się jego brzmienie, cieszę się że odkryłem to słowo :D Nie mniej dziękuję zarówno tobie jak i Staruchowi za niezwykle ciekawą rozmowę na temat geologii :D

 

fleurdelacour

Oczywiście, że jest to legenda (czy wręcz cały zbiór legend) mocno wyeksploatowana. Moim zdaniem należy do ważniejszych podstaw kultury europejskiej, więc różne jej wariacje i przedstawienia pojawiały się i pojawiać będą się dalej. Rozumiem, że niektórzy mogą mieć jej dość. Tym bardziej jestem więc wdzięczny, że mimo wszystko przeczytałaś moje opowiadanie i potrafisz docenić pozostałe jego elementy. Dzięki za głos!

Skalica jest super, też miło mi ją poznać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuję je z zastrzeżeniem, żebyś do końca dnia naprawił usterki.

 

Uwagi:

 

Ogarnij wtrącenia/wołacze, dialogi i zapis myśli. Wypisałam tylko przykłady, jest tego więcej.

 

Przepraszam(+,) sir

Wybacz(+,) sir,

Chciałeś powiedzieć błazen(+.)rRycerz, widząc

No już, nie bój się(+,) chłopcze,

No już, ruszaj się(+,) smarkaczu.

– Och, wiesz jak to jest.

– Nie przyszedłem tu po porady sercowe(+.) – Dagonet spochmurniał Dagonet.

taka szarmanckość zasługujeę na nagrodę

Od zawsze otaczający cię świat – uśmiechnęła się Viviana. <– z dużej, uśmiechanie to nie mówienie, a w ogóle szyk można odwrócić

– Czego żaden z was nigdy nie przestanie mi wypominać(+.)westchnęła Kobieta głęboko kobieta westchnęła.

– To były inne czasy… – mMachnęła ręką Viviana. ← lepiej byłoby i tu odwrócić szyk

– Pellesa? – Zzdziwił się John.

– Praca dla Merlina ma parę plusów. – Wwyjaśnił, chowając kartę.

Tyle tylko, że z chodzeniem to on niezbyt sobie radzi – pomyślał rycerz i zarechotał w duszy, dumny z niezbyt ambitnego żartu. ← prawie dobrze, tylko bez pierwszej półpauzy. Tak zapisuj myśl ;)

Ty kretynie! – pomyślał nagle. ← j.w.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Całkiem niezła opowieść, zgrabnie wykorzystująca motywy znanej legendy, dodatkowo okraszone sytuacjami, które jako żywo odświeżają pamięć o Monty Pythonie. Pomysłowo połączyłeś czasy dawne z obecnymi, dzięki czemu udział współczesnego chłopca w wyprawie rycerzy wypadł naturalnie. Nie mogą nie wspomnieć, że szczególnie spodobał się Tristan. ;)

Czytało się nieźle, jednak nie da się ukryć, że wykonanie pozostawia sporo do życzenia, a interpunkcja mogłaby być lepsza. Żałuję, ale dopóki w tekście są usterki, nie mogę kliknąć Biblioteki.

 

– Sir? – po­wie­dział się John, wcho­dząc do środ­ka. –> – Sir? – po­wie­dział John, wcho­dząc do środ­ka.

 

płaszcz zło­żo­ny z luźno po­zszy­wa­nych ze sobą wie­lo­barw­nych skraw­ków róż­nych tka­nin… –> Raczej: …płaszcz uszyty z wielu różno­barw­nych skraw­ków rozmaitych tka­nin

 

Ubra­na na jasno, ele­ganc­kim ka­pe­lu­szem na gło­wie… –> Ubra­na na jasno, ele­ganc­kim ka­pe­lu­szu

Zbędne dopowiedzenie – miejsce kapelusza jest z reguły nosi się na głowie.

 

cięż­ko jed­nak było do­kład­nie okre­ślić jej wiek. –> …trudno jed­nak było do­kład­nie okre­ślić jej wiek.

 

Wsta­ła na ich widok, ale nie wy­szła im na spo­tka­nie. To oni do niej po­de­szli. –> Nadmiar zaimków. Prawie powtórzenie.

Proponuję: Wsta­ła na ich widok, ale pozostała na miejscu. To oni do niej po­de­szli.

 

Oh, wiesz jak to jest. –> Och, wiesz jak to jest.

 

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się. – Nie przed­sta­wisz mnie swo­je­mu to­wa­rzy­szo­wi? –> Powinna zapytać: – Nie przed­sta­wisz mi swo­jego to­wa­rzy­sza?

To kobiecie przedstawia się mężczyznę, nie odwrotnie.

 

– T-to za­szczyt móc cię po­znać, o Pani… –> – T-to za­szczyt móc cię po­znać, o pani

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Och, taka szar­manc­kość za­słu­gu­ję na na­gro­dę… –> Literówka

 

Smu­kłe ciało ko­bie­ty okry­wa­ła de­li­kat­na suk­nia ze zło­to­gło­wiu. –> Złotogłów to tkanina bogata i ciężka. Suknia uszyta ze złotogłowiu jest bardzo strojna i sztywna, żadną miarą nie można o niej powiedzieć, że jest lekka.

 

jej pełen drwi­ny wyraz nie zmie­nił się oni o odro­bi­nę. –> …jej pełen drwi­ny wyraz nie zmie­nił się oni odro­bi­nę.

 

Parę kro­ków w głąb lądu za­czy­nał się sad pełen dum­nych ja­bło­ni… –> Mam wrażenie, że dumne jabłonie to lekka przesada.

 

po­wie­dział Da­go­net, wska­zu­jąc te­atral­nym ge­stem na dziu­plę. –> …po­wie­dział Da­go­net, wska­zu­jąc te­atral­nym ge­stem dziu­plę.

Gestem wskazujemy coś, nie na coś.

 

– Do­brze wiesz, że nie był w sta­nie sa­me­mu ni­g­dzie odejść. –> – Do­brze wiesz, że sam nie był w sta­nie ni­g­dzie odejść.

 

John wpa­try­wał się w bu­dy­nek z sze­ro­ko roz­sze­rzo­ny­mi ocza­mi i otwar­ty­mi usta­mi, po­ra­żo­ny nagłą grozą. –> Brzmi to fatalnie. Zrozumiałam, że John wpatrywał się w budynek, który miał rozszerzone oczy i otwarte usta.

Może: John, porażony nagłą grozą, rozdziawiwszy usta, wpatrywał się w budynek szeroko otwartymi oczami.

 

Skro­nie ozda­biał mu mi­ster­nie wy­ko­na­ny dia­dem ude­ko­ro­wa­ny kształ­ta­mi liści ostro­krze­wu… –> W jaki sposób można coś, tu diadem, ozdobić kształtami?

 

– Mar­twe­mu i tak nie był mu po­trzeb­ny. –> – Mar­twe­mu i tak nie był po­trzeb­ny.

 

Chło­pak spo­strzegł, że naj­wyż­sze z wznie­sień… –> Chło­pak spo­strzegł, że naj­wyż­sze ze wznie­sień

 

stra­to­wa­ny koń­ski­mi ko­py­ta­mi i cięż­ki­mi bu­cio­ra­mi pie­cho­ty. Cięż­kie, ciem­ne chmu­ry wi­sia­ły nisko na nie­bie. Ga­łę­zie drzew ugi­na­ły się pod cię­ża­rem ol­brzy­mich, czar­nych kru­ków. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Wpa­try­wał się w drogę przed nimi z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. Równy, cho­ciaż śli­ski i po­ro­śnię­ty wo­do­ro­sta­mi most wiódł pro­sto przed nich, po kilku me­trach nik­nąc w gę­stej, bia­łej mgle… –> Nie brzmi to najlepiej. A skoro po kilku metrach most niknął we mgle, to wcale nie wiadomo, czy wiódł prosto i jak daleko.

Proponuję w drugim zdaniu: Równy, cho­ciaż śli­ski i po­ro­śnię­ty wo­do­ro­sta­mi most wiódł pro­sto, ale po kilku me­trach nik­nął w gę­stej, bia­łej mgle

 

Cięż­ko było okre­ślić, ile na­praw­dę za­ję­ła im droga do Lyones­se. –> Trudno okre­ślić, ile na­praw­dę za­ję­ła im droga do Lyones­se.

 

mgła do­oko­ła nich za­czę­ła rzed­nąć. Z wolna za­czę­ły wy­ła­niać się… –> Powtórzenie.

 

W końcu oka­za­ły się być bliź­nia­czy­mi wie­ża­mi wznie­sio­ny­mi po obu stro­nach drogi. Nie­gdyś mu­sia­ły śmia­ło wzno­sić się na wiele pię­ter… –> Powtórzenie.

 

ru­mo­wi­ska­mi, wśród któ­rych gdzie­nie­gdzie tylko wy­ży­nał się otwór okna lub drzwi. Wszyst­kie po­wierzch­nie po­ro­śnię­te były lepką war­stwą wo­do­ro­stów, wśród któ­rych po­ły­ski­wa­ły… –> Powtórzenie.

 

Obok stał jego to­wa­rzysz, któ­re­go cięż­ko było okre­ślić jako isto­tę ludz­ką. –> Obok stał jego to­wa­rzysz, któ­re­go trudno było okre­ślić jako isto­tę ludz­ką.

 

Jego skóra miała barwę złota, co cięż­ko było prze­oczyć… –> Jego skóra miała barwę złota, co trudno było prze­oczyć… Lub: Jego skóra miała barwę złota, czego nie można było przeoczyć

 

rzu­cił mu w twarz wy­zwa­nie, wzy­wa­jąc wszyst­kich ry­ce­rzy… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem wpa­try­wał się w coraz bliż­szą po­stać Ber­ta­li­ka, oczy­ma wy­obraź­ni już wi­dząc jak topór prze­rą­bu­je go na po­ło­wę. –> Ze zdania wynika, że topór przerąbie Bertalika.

 

Nie mi­nę­ły dwie se­kun­dy nim rana za­czę­ła się za­skle­piać. –> Nie mi­nę­ły dwie se­kun­dy, a rana za­czę­ła się za­skle­piać.

 

wy­rwał mu oręż z ręki i ci­snął nim na kilka me­trów. –> …wy­rwał mu oręż z ręki i ci­snął nim kilka me­trów.

 

całe ramie zaś zdrę­twia­ło mu z bólu. –> Literówka.

 

po­de­rwał na nogi i rzu­cił się do sza­leń­cze­go biegu, rzu­ca­jąc za sie­bie tar­czę. –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawa historia wykorzystująca motywy legend arturiańskich. Spodobało mi się zwłaszcza wykorzystanie postaci Dagoneta. Dorzucenie odrobiny humoru dodatkowo podkręciło klimat tekstu na plus.

Podsumowując: przyzwoite opowiadanie z pomysłem. Fajnie się oglądało ten koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Naz

Eh, a już się cieszyłem, że udało mi się ogarnąć jakoś te dialogi. No trudno, trzeba brać się do roboty. Dzięki za warunkową kwalifikację :D

 

regulatorzy

Nie ma to jak kubeł zimnej wody po bardzo optymistycznych pierwszych opiniach :) W każdym razie widzę, że zdecydowanie za bardzo spieszyłem się z korektą i powinienem jeszcze nad nią posiedzieć. Te straszne terminy konkursów! Mam też nadzieję, że następnym razem uda mi się też skorzystać z betowania na forum. Cieszę się jednak, że pomimo uwag odnośnie formy, sama treść opowiadania się spodobała. Też bardzo lubię Tristana :) Aż sam się zaskoczyłem jak ważną postacią został, biorąc pod uwagę że wymyśliłem go dość spontanicznie. W każdym razie – czeka mnie najwyraźniej pracowity wieczór, ale uroczyście obiecuję że dziś wszystkie poprawki zostaną wprowadzone! Wielkie dzięki za pomoc.

 

NoWhereMan

Jestem wielkim fanem postaci Dagoneta odkąd pierwszy raz o nim przeczytałem. Królewski błazen, który został pasowany w ramach niesmacznego żartu i mimo rycerskich ostróg ciągle jest pośmiewiskiem całego dworu zdecydowanie wyróżnia się na tle całej rzeszy szlachetnych rycerzy króla Artura. Ma ogromny potencjał, który, mam nadzieję, odrobinę chociaż wykorzystałem. Bo do tego opowiadania żaden inny rycerz nie pasowałby tak wspaniale.

 

– Witaj[+,] Dougie.

Potrzebujesz kobiety[+,] która się o ciebie zatroszczy.

Otwórz oczy. Viviana ofiarowała ci wielki dar, naucz się z niego korzystać.

John zamknął oczy i poczuł zawroty głowy, tak jak w Glastonbury.

Jakoś rozbawił mnie ten fragment ;) 

– Wiem[+,] chłopcze

Podoba mi się pomysł na połączenie znanej legendy z teraźniejszością. Rzeczywiście mamy nową wyprawę po Graala ;)

Jest lekko, zabawnie i przyjemnie. Podobało mi się :)

Fabuła interesująca, ciekawiło mnie, jak się ta awantura skończy. Prezentacja świata też na plus.

Bohaterowie nie rzucają na kolana, ale pracowałeś z tym, co było w opowieściach. Fajnie, że przynajmniej wybrałeś błazna.

Legenda bardzo mocno zarysowana. Odbiór nieco psuje fakt, że to nie jest pierwsze konkursowe opowiadanie odwołujące się do legend arturiańskich. Oklepana tematyka, czy.

Z usterek językowych został Ci jeszcze zgubiony podmiot, gdzieś na początku.

Jego miecz pozostawił długą, krwawą szramę wzdłuż piersi olbrzyma.

Szrama to blizna, a chyba rycerz nie zdążył się zagoić.

Babska logika rządzi!

Poprawki do ostatniej chwili. Mam nadzieję, że udało mi się doprowadzić tekst do porządku.

 

Anet

Fragment z zamykaniem oczu faktycznie brzmi dość komicznie, niestety niezamierzenie. Dzięki za zauważenie tego, już poprawione. Bardzo miło mi, że ci się podobało.

 

Finkla

Tak to już jest z tego typu tekstami, że robienie zbyt drastycznych zmian w materiale źródłowym jest dość niebezpieczne, dlatego też bohaterowie powinni wykazywać zgodność z pierwowzorami. Można oczywiście trochę niektóre rzeczy ponaginać, ale wszystko musi jednak zawierać się w ramach konkretnej postaci. Dlatego też Dagonet dawał mi dość sporą swobodę jak na rycerza Okrągłego Stołu, bo nie tylko wyróżnia się jako błazen, ale jeszcze nie jest jakoś nadzwyczaj popularną postacią, więc niewiele historii krępuje jego kreację. Zasadniczo jedyną postacią, którą mogłem sobie stworzyć dowolnie jest tu John, ale akurat nie ma co ukrywać że nie jest wybitnie skomplikowany, za to doskonale spełnia swoją rolę w historii.

Jeśli chodzi o tematykę, tak jak już wspominałem wcześniej, legendy arturiańskie stanowią na tyle popularny motyw, że ciężko uniknąć porównań do innych tekstów. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że podczas pisania nie miałem pojęcia, że ktoś wybierze podobnie (chociaż faktycznie było to dość prawdopodobne). W dodatku, patrząc po tytułach, widzę, że autor wybrał nie tylko mity arturiańskie, ale i konkretną postać Króla Rybaka. No cóż, takie szczęście :) Ważne, żeby każdy z tekstów bronił się sam.

Trochę kwestia szczęścia, a trochę tego, że jeśli już człowiek postawił na najbardziej narzucający się pomysł, to powinien się spieszyć z publikacją. ;-)

Babska logika rządzi!

Czy najbardziej narzucający się? Nie no, znalazłbym może banalniejsze pomysły na legendę, a pomysł na opowiadanie arturiańskie, a zwłaszcza z postacią Króla Rybaka, chodził mi po głowie już jakiś czas, tylko musiał dojrzeć. Konkurs był do tego dobrym pretekstem. Zresztą, z tego co właśnie zauważyłem, w przypadku cobolda było dokładnie tak samo :D Ale fakt, termin publikacji wyrzucam sobie mocno, planowałem wstępnie wrzucić tekst sporo wcześniej (chociaż i tak nie zdążyłbym przed coboldem).

No dobrze, przepraszam, może nie najbardziej narzucający się. Ale przyznasz chyba, że ferajna króla Artura jest w europejskiej czołówce? :-)

Babska logika rządzi!

Jasne, że tak. Zresztą wcześniej już wspominałem, że zaliczam legendy arturiańskie do ważniejszych podstaw europejskiej kultury. I nawet jeśli kulturoznawcy mi udowodnią, że niezbyt wiem o czym mówię, to na bank zostaną jedną z ważniejszych podstaw dla mnie :) No ale cóż, nie da się uciec przed dziecięcymi rycerskimi fascynacjami, dlatego wiedziałem, że prędzej czy później sam spróbuję jakiś kamyczek do tego dorzucić. No i fakt, że dzieł na ten temat jest masa daje tylko możliwości fantastycznych odkryć podczas researchu :D Przygotowując się do tego tekstu obejrzałem sobie masę świetnych filmów, to dodatkowy plus.

Sir, to, co zrobiłeś było szalenie…

Wciągające, zabawne, klimatyczne, naprawdę bardzo fajnie wymyślone!

Moim zdaniem, wymyślanie nowych historii w oparciu o znane i mocno wyeksploatowane (wydawałoby się) wątki kulturowe jest co najmniej tak samo interesujące i ciekawe jak tworzenie od podstaw. I ja z ciekawością do nich podchodzę jako czytelnik. Jestem zachwycony lekturą!

Bardzo podobał mi się język opowieści, dialogi– miodzio, mam wrażenie, że pisanie przychodzi Ci lekko i swobodnie się w tym czujesz, czego zupełnie szczerze zazdroszczę.

Dzięki za przyjemnie spędzony czas, trzymam kciuki za konkurs! :)

Pozdrawiam!

Dzięki za bardzo pozytywny komentarz! Tak, pisanie historii na takich bazach faktycznie jest interesujące, ale też oczywiście wymagające. Jest sporo rzeczy które cię ogranicza, a jednocześnie ciężko dodać coś nowego i zadowolić czytelnika czymś innym niż odgrzewanym kotletem. Cieszę się, że póki co wygląda na to, że w jakiś sposób udało mi się temu podołać.

Jeśli chodzi o dialogi, to mam z nimi inny problem. Kiedy uda mi się już nakreślić sobie dość dobrze bohaterów, to zdarza się, że dialogi między nimi pisze mi się aż za dobrze i szybko zaczynają gadać o zupełnych pierdołach. Co trzeba trzymać w ryzach, żeby opowiadanie zachowywało swój kształt. Za to sam akt pisania wcale nie przychodzi mi niezwykle lekko, zazwyczaj to ciężka praca :) Ale to głównie wina tego, że ciężko przychodzi mi się porządnie nad tym skupić.

I ja pozdrawiam!

 W sumie, wszystko już zostało powiedziane o tym opowiadaniu. Jak dla mnie jedno z lepszych w tym konkursie. Pozostaje tylko ukłonić się przed autorem, pogratulować pomysłu i wykonania. I trzymać kciuki przy podliczaniu głosów ;)

Dzięki za komentarz. Dla mnie, jako portalowego debiutanta, takie słowa uznania bardzo wiele znaczą : ) I chociaż sam jeszcze nie przeczytałem zdecydowanej większości tekstów konkursowych, to bardzo schlebia mi twoja ocena mojego opowiadania.

Przejrzałam opowiadanie. No, naszlifowałeś się, gratulacje! Ale nie myśl, że nic nie znajdę! :P

 

– Nigdy nie lubiłem tego bufona(+.) – Dagonet zachichotał złośliwie. – No już, ruszaj się, smarkaczu. 

Drzwi nie były zamknięte. Po raz pierwszy przez umysł rycerza przemknęła myśl, że być może Merlin nie zwariował do reszty i tym razem miał rację. Zaklął cicho, wszedł do gabinetu i włączył światło.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku. Nie było widać żadnych, porozrzucanych papierów, przewróconych krzeseł, potłuczonego szkła, niczego co przypominałoby ślady walki. Wnętrze sprawiało wręcz nadzwyczaj schludne wrażenie, chociaż z pewnością nie było urządzone z wyczuciem smaku. Centralne miejsce na ścianie, dokładnie za masywnym biurkiem prezesa, zajmował ogromny, wypchany dorsz. Równie niepasujący do reszty był rzeźbiony

Stali oparci o balustradę kamiennego mostu przebiegającego nad szemrzącą wesoło rzeką Manifold płynącą dnem doliny. ← tutaj się aż prosi o przecinek, a nie wiem, czy nie o dwa. Musisz sprawdzić. Generalnie wydaje mi się, że brakuje trochę przecinków, ale nie na tyle (przy tej liczbie znaków), żeby się ostro czepiać (wykraczają też czasem poza moją pewność, bo korekty wciąż się uczę, a czasu na zerknięcie do słownika brak – nadal listy nie postawiłam ;<).

Skronie ozdabiał mu misternie wykonany diadem udekorowany liśćmi ostrokrzewu i zwieńczony jelenim porożem. ← poprawiałeś to zdanie, wskazane przez Reg, ale i tak mi nie brzmi. No bo wygląda na to, że diadem – dość delikatna rzecz – ozdobiony jest prawdziwymi liśćmi i prawdziwym porożem.

– Gdzie? – Pprzerwał mu błazen. – Gdzie pojechali?

powiedział dziwnie poważnym jak na siebie głosem Dagonet. ← wiadomo, że nie jak na nikogo innego

– Widzisz(+,) młody, nie wystarczy wiedzieć

Z trudem byli w stanie zidentyfikować kształty poszczególnych budowli. Równina usiana była ogromnymi blokami kamienia, nieforemnymi kupami gruzu i bezładnymi rumowiskami, wśród których gdzieniegdzie tylko wyżynał się otwór okna lub drzwi. Wszystkie powierzchnie porośnięte były lepką warstwą wodorostów, między którymi połyskiwały muszle ostryg i buszowały małe kraby.

Obrazu klęski dopełniały wraki. Ruiny miasta były prawdziwym cmentarzyskiem ← co jakiś czas masz jeszcze troszkę “byłozy”.

– Co? – Rycerz sapnął. ← właściwie nie widzę nic złego w zapisaniu: sapnął rycerz :P Ale obie wersje będą ok.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ok, może jeszcze trochę szlifów by się przydało, ale widzę, że nie jest już źle :D Dzięki za ponowne, dokładne rzucenie okiem na tekst – roboty masz jeszcze masę, a tu znajdujesz czas na wytknięcie jeszcze kilku błędów. Tak, wiem, że sprawdzałaś czy spełniłem warunki do kwalifikacji, ale i tak doceniam :D Jeśli chodzi o sapiących rycerzy, to podczas ogarniania dialogów byłem już w takim stanie, że nie miałem już pojęcia co mogę uznać za czasownik wystarczająco gębowy, więc wolałem nie ryzykować i pisać bezpieczniejszą wersję, niż ryzykować dalsze błędy :D W każdym razie od terminu oddania minęło już parę dni, więc domyślam się, że z wprowadzeniem tych ostatnich poprawek powinienem poczekać do końca czasu na oceny, co?

Sporadyczną byłozę już zostaw, drobnicę (kropki, przecinki, mała/duża litera) możesz ruszać.

Naprawdę doceniam, że się namęczyłeś. Zwłaszcza że niektórzy nie podjęli rękawicy, nawet jak mieli więcej czasu, bo dodali teksty wcześniej, dzięki czemu mogłam też wypisać im dużo wpadek. Duch walki jest :D

(borze iglasty, edytowałam ten kom trzy razy, żeby sobie popoprawiać zdania, jestem chorą pedantką)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Biorąc pod uwagę ogrom pracy, jaką ktoś włożył w dokładne sprawdzenie mojego opowiadania i pokazanie mi wszystkich błędów, brak jakiejkolwiek reakcji byłby szczytem chamstwa. Tu zwykła przyzwoitość każe podziękować i poprawić co jest do poprawienia :D 

Lubię legendy arturiańskie, więc mogę je przyjmować cały czas, mimo eksploatacji. Monty Python także zagościł w moich skojarzeniach. Były momenty zabawne i refleksyjne, do tego wszystko okraszone lekkim piórem. 

Czego mi brakowało – John, chociaż powód do działania, jakoś mało jest obecny. Trochę mi też uwierało tło. Czasy współczesnej, ale jakby mi brakowało jakiegoś dodatkowego rysu, ale to już moje subiektywne odczucie.

Dzięki za twoją opinię. Jeśli chodzi o twoje zastrzeżenia, czy też braki: zdaję sobie sprawę, że nie do końca może się to podobać, ale w gruncie rzeczy były to decyzje świadome. John, chociaż ważny i obecny przez całe opowiadanie, nie jest jakoś mocno eksponowany głównie dlatego, że wszystko sprowadza się faktu, że cała podróż jest historią o Dagonecie, której odbiorcą jest John. Nie chciałem za dużo pisać o Johnie, żeby nie zabierał zbyt wiele uwagi Dagonetowi, który jest tu trzonem opowieści. Dlatego też o samym Johnie nie wiadomo zasadniczo zbyt wiele poza tym, że jest nastolatkiem i nawiedził go Merlin. Jako odbiorca historii, John jest jednocześnie nie tylko bohaterem opowiadania, ale też nieco odzwierciedleniem czytelnika. Ale zgodzę się, że faktycznie mogłem wyraźniej zbudować mu którąś z tych funkcji, zamiast stawać tak jakby pomiędzy.

Jeśli chodzi o sam świat, czy też tło jak to napisałaś: tutaj też specjalnie nie chciałem dokładnie określać realiów. Mamy współczesność, ale współczesność bliżej nieokreśloną. Jedynym pewnym punktem, który możemy powiedzieć o czasie opowiadania to to, że akcja dzieje się po 1967 roku (zatonięcie SS Torrey Canyon, którego wrak leży w Lyonesse). Nie chciałem dokładnie określać czasu akcji, żeby zachować delikatną otoczkę opowieści rycerskiej, która działa się “kiedyś”.

Rzeczywiście jest w tym nastrój. Być może odrobina więcej nostalgii, melancholii i nieco bardziej dramatyczne przygody dodałyby opowiadaniu powabu, ale nie mogę narzekać. Jestem wielkim miłośnikiem i amatorem wszystkiego, co związane z legendą o Królu Arturze, a Ty, Arnubisie, sprawiłeś mi swoją opowieścią prawdziwą radość i satysfakcję. Ja również dostrzegam tutaj echa Amberu Zelaznego, ale także opowiadania „Ostatni obrońca Camelotu” tegoż autora. Ale to są komplementy.

Naprawdę zacna opowieść, od początku do końca przemyślana, nawet lekko wzruszająca i bardzo dobrze opowiedziana. Ma swój klimat, przyprawiony szczyptą humoru i przesłanie, bliskie sercu każdego romantyka. Domyśliłem się puenty nieco przed finałem, ale gdy odkryłem, że właśnie tak zaplanowałeś swoją historię, jak się spodziewałem, jeszcze większe było moje zadowolenie z lektury. Doceniam bardzo dobry warsztat, doceniam masę detali, geograficznych wstawek, odniesień do mniej znanych stron legend o Okrągłym Stole, nawiązanie do Monty Pythona i żart o Tristanie. Doceniam opisy lokacji i wybór akurat tego rycerza na towarzysza podróży Johna. Fajnie nakreśliłeś te postacie, budzą prawdziwą sympatię. Może i są sztampowe, ale takie muszą być. Do pełni satysfakcji brakuje mi redaktorskiego szlifu. Czepiam się głównie powtórzeń, a lista moich uwag poniżej. Po dobrej redakcji, tekst będzie prawdziwą ozdobą pokonkursowej antologii. Niby prosta historia, niby nic nowego, niby legenda już wałkowana na milion sposobów, ale ja jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej pracy. „Farsa” na pewno znajdzie się wśród piątki, na którą zagłosuję w konkursie. I wiem to jeszcze przed lekturą pozostałych do przeczytania opowiadań.

 

Okazało się, że zamek nie był zamknięty i drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie.

 

W miarę jak schodzili coraz niżej ściany stawały się coraz mniej regularne, wydrążony ludzką ręką tunel z wolna zastępowany był przez dzieło natury.

 

Szczerze, to nie mam pojęcia co tu robi. Ale Merlin go tu chciał.

 

Gdy jednak spojrzał na Vivianę wciąż widział delikatny blask bijący z jej twarzy. Zdawało mu się także, że kątem oka dostrzega promienie słońca odbijające się na falach jeziora.

 

Nawet strugi zimnego deszczu zdawały się być po prostu dopełnieniem całości. Nawet nie próbował się przed nimi kryć (…) Kilka kroków za nim podążał John, rozglądając się nieco trwożliwie na boki i wyraźnie pragnący być teraz gdzie indziej. I jedynie Tristan, wyraźnie zachwycony wyprawą,

 

Po raz pierwszy przez umysł rycerza przemknęła myśl, że być może Merlin nie zwariował do reszty i tym razem miał rację. Zaklął cicho, wszedł do gabinetu i włączył światło.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku.

 

Co chwilę którychś z nich odłączał się od reszty i pędził ku ziemi, by ucztować na truchłach.

Chłopak potrząsnął energicznie głową, by przepędzić przerażającą wizję. Po chwili znów widział błękitne niebo, zieloną trawę i złote zboża. Popędził w ślad za Dagonetem, który zdążył w tym czasie ruszyć już w stronę rzeki.

 

W końcu, gdy grzmot zdawał się osiągać apogeum, powierzchnia Atlantyku przed nimi nagle pękła. Wśród kotłujących się obłoków pary dno oceanu zaczęło się wypiętrzać, formując przed nimi szeroki na dwa metry skalny cypel.

 

Sparaliżowany strachem wpatrywał się nadchodzącą bliższą (???) postać Bertalika, oczyma wyobraźni widząc już swą śmierć.

 

Zdążył zasłonić się tarczą, lecz uderzenie niemal rozłupało ją na połowę (na pół?), całe ramię zaś zdrętwiało mu z bólu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wielkie dzięki za tak pozytywny odbiór. Dobrze wiedzieć, że poza ludźmi mającymi dość legend arturiańskich ciągle są ich oddani fani, a jeszcze lepiej wiedzieć, że udało mi się ich zadowolić :) Widzę też, że zdecydowanie muszę wziąć się za lekturę Zelaznego, bo czytałem tylko odrobinkę lata temu. A skoro parę osób dostrzega pewne podobieństwo do mojego opowiadania, to znaczy, że powinno mi się spodobać.

Muszę przyznać, że samo robienie dokładniejszego researchu do tego opowiadania, przeszukiwanie masy mniej i bardziej znanych mitów czy czytanie teorii na temat lokalizacji legendarnych miejsc sprawiło mi ogromną przyjemność. Dlatego też w tekście jest sporo mniej lub bardziej oczywistych nawiązań i pomysłów zaczerpniętych nie tylko z oryginalnych mitów, ale też dotykających ich filmów czy książek. I w ogóle nie przeszkadza mi fakt, że sporej ich części pewnie nawet nikt nie zauważy :D Faktycznie sporo czasu zajęło mi ładne opracowanie trasy przygód, jeśli chodzi o faktyczne, poprawne geograficznie miejsca. Jedynym punktem, w którym tutaj nieco oszukałem, to przeniesienie siedziby Pellesa do Grimsby, ale to miasto jest wprost idealne na krainę Króla Rybaka :D

W pełni zgadzam się z potrzebą pracy redaktora. Wrzucenie opowiadania na portal szybko nauczyło mnie pod tym względem pokory. Dzięki za podrzucenie konkretnych uwag i błędów, ale teraz już nie będę nic zmieniał, nie wypada w trakcie konkursu. Jak wszystko dobrze pójdzie, to po jego zakończeniu opowiadanie trafi w ręce redaktora :)

Jeszcze raz dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że tak przypadło ci do gustu.

Podobało mi się, Arnubisie! Widać, że pisałeś o tym, co lubisz. Poza samymi postaciami i motywami z legend arturiańskich bardzo fajnie wypada umocowanie ich w konkretnej geografii i splecenie całości w podróż sentymentalną. Choć skojarzenie z Monty Pythonem jest rzeczywiście najsilniejsze, to w tej opowieści snutej dla Johna pobrzmiewają w rezultacie też echa “Puka z Pukowej Górki” Kiplinga.

Technicznie jest jeszcze trochę do poprawy – powtórzenia, niezgrabności. Zwróciłem uwagę na brak konsekwencji w perspektywie narratora – przez dwa pierwsze rozdziały widzimy świat oczami Johna, a potem znienacka, w połowie epizodu w Grimsby dowiadujemy się co “przemyka przez głowę rycerza”. Później jeszcze kilkakrotnie przeskakujemy do jego głowy. Myślę, że lepiej, również z punktu widzenia sensu historii, byłoby trzymać się jednego POV.

Pozdrawiam!

Kolejna książka do wpisania na listę oczekujących? Chociaż widzę, że to literatura dziecięca, to może uda się znaleźć czas i na to zerknąć : ) Dzięki za opinię i cieszę się, że opowiadanie się podoba, to jest najważniejsze. W kwestii technicznych zawsze do poprawy coś jest i pewnie zawsze będzie, więc nie ma innej rady jak pisać i szlifować warsztat. Cenne uwagi z perspektywą narratora – faktycznie, momentami mi się gubiła i nie traktowałem jej konsekwentnie. Postaram się bardziej na tym skupić w przyszłości i trzymać narrację w ryzach.

I ja pozdrawiam!

Nowa Fantastyka