- Opowiadanie: alicja158 - Babel z moich snów

Babel z moich snów

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Babel z moich snów

Gorący wiatr targał ubrania, sypał w twarz rozgrzanym piaskiem, ale i niósł ze sobą zapach mułu i krzyki flisaków znad Eufratu. Wrzaski wodnego ptactwa mieszały się z dziesiątkami języków, brzmiącymi w rozedrganym powietrzu. Ze wzgórza widać było Babilon, „bramę bogów”. Jakże był inny od miast, które znałam. Wzniesiony z szaro-żółtej cegły, wybudowany jak od linijki, drący niebo dziesiątkami wież. Wiodło do niego wiele dróg, zwieńczonych zdobionymi bramami, do których ciągnęły niezliczone karawany.

Nie samo miasto było moim celem, a budowla w jego sercu, gdzie stykały się woda, pustynny piach i miejskie cegły. Jej szczyt dotykał nieba, przebijał się prze chmury, jakby przecząc prawom natury. Bez boskiej pomocy ludzka ręka nigdy nie wzniosłaby niczego równie doskonałego. W dziesiątkach komnat schronienie znajdowali śmiertelnicy z wielu zakątków świata, wyznawcy każdej religii i podwładni każdego państwa. Tam nie było podziałów, wojen ani plag. Legendy głosiły, że nie istniał tam też czas.

Wieża Babel. Świętość wszystkich religii.

Widok dziesiątków tarasów, każdego wyrwanego z innej rzeczywistości, zapierał dech w piersiach. Wystarczyłaby jednak chwila nieuwagi, by majestat i piękno prysły, zmieniając się w rezonujący w kościach pomruk oud. Lecz o tym wiedziałam tylko ja.

 

*

 

Wracałam do domu w znakomitym nastroju. Rozkapryszona córka kupca, Kunegunda, którą czasem uczyłam w zastępstwie za Mistrza, co prawda postępów w grze na lutni nie zrobiła, ale przynajmniej oduczyłam ją pyskować. Chociaż o sposobie, w jaki tego dokonałam, wolałam nikomu nie wspominać. Pogwizdując wesoło, weszłam do kamienicy, w której mieszkał mój mentor. Położyłam lutnię na swoim łóżku i ruszyłam pochwalić się sukcesem wychowawczym.

Drzwi do gabinetu były uchylone. Zastukałam we framugę i nie czekając na odpowiedź, weszłam do środka.

Mistrz zdawał się mnie nie zauważyć, pogrążony we własnych myślach. Siedział przy oknie, wpatrując się w złocone zachodzącym słońcem dachy wiedeńskich kamieniczek. Maestro przycupnął na kolanach swojego właściciela nieruchomy jak chimera. Na mój widok jedynie poruszył wąsami, sprawdzając, czy aby nie niosę niczego, co można by mi odebrać i zjeść.

– I co tam, babo? – zapytał mój mentor, nie odwracając wzroku.

– Chyba odkryłam w sobie talent nauczycielski – przysunęłam stołek i usiadłam obok. Kocur zmierzył mnie wzrokiem, przeciągnął się leniwie i przeszedł na moje kolana.

– Wyrobiłaś sobie autorytet czy wygłuszyłaś przestrzeń i wmówiłaś temu biednemu dziewczęciu, że straciła mowę za pyskowanie?

– To drugie – przyznałam niechętnie.

– Czasem trzeba – stwierdził Mistrz. Mrugnął do mnie porozumiewawczo. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Widziałam jednak, że uśmiech ten nie sięgał jego oczu. Musiało stać się coś złego.

Nie myliłam się, bo chwilę później mój mentor znów odwrócił się do okna i powiedział ponuro:

– Goedekoop umiera.

To była przykra wiadomość. Lubiłam starego kupca, przezywanego przez miejscowych panem Goedekoop, od słowa, którym usiłował przekonać klienta do zakupu towarów. Mistrz wyjaśnił mi, że w jednym z germańskich dialektów oznacza ono ni mniej ni więcej jak po prostu tanio. Handlarz przyprawami przybył do Wiednia przed laty z Amsterdamu, chociaż śniada cera wskazywała na jeszcze odleglejsze korzenie. Doprawdy, szkoda mi było pomarszczonego staruszka.

– Wiek? – zapytałam.

– Klątwa – odparł bard.

Zamrugałam, zaskoczona.

– Kto, na Minstrela, rzucałby klątwę na starego kupca?! Konkurencja?

– Gorzej. Mam podejrzenie, że urok rzucił babiloński kapłan.

Zrozumienie tego, co powiedział, zajęło mi chwilę na tyle długą, że zniecierpliwiony brakiem głaskania Maestro zatopił zęby w mojej dłoni.

– Pewien jesteś, Mistrzu? Przecież to dosyć rzadka religia w tych stronach… – strząsnęłam z kolan obrażonego kocura. Rzucił mi pogardliwe spojrzenie i majestatycznym krokiem opuścił gabinet.

– Więc tym bardziej umiem rozpoznać działania jej kapłanów. Spędziłem trochę czasu w Babilonie. 

– Umiesz ją odwrócić?

Pokręcił głową.

– Rozpoznać klątwę, a potrafić ją zdjąć to dwie różne sprawy.

Zagryzłam wargi.

– Co gorsza sam Goedekoop niewiele jest w stanie powiedzieć, więc nie mam pojęcia, ani kiedy, ani dlaczego kapłan zechciał go przekląć. A bez tego niewiele możemy zrobić.

Przez moment siedzieliśmy w milczeniu.

– Co teraz będzie? – zapytałam.

– Trzeba spróbować jednak coś ze starego wydobyć. W przeciwnym razie lada dzień czeka nas rozprawa z biegającym po Wiedniu upiorem.

 

*

 

Wieczorem poszłam do Goedekoopa razem z Mistrzem. Kupiec mieszkał w samym sercu Wiednia, w bogatej dzielnicy handlowej, pełnej strzelistych kamieniczek pokrytych fantazyjnymi płaskorzeźbami. Słyszało się tu dziesiątki języków i widywało modę z całego cywilizowanego świata. Handlarze powoli składali już swoje kramy, pokrzykując na pachołków. Co poniektórzy jeszcze próbowali skusić potencjalnych klientów zwiezionymi z dalekich krain curiosami. Na nasz widok milkli jednak, gnąc karki w głębokim ukłonie. Obawiano się bardów i na wszelki wypadek wolano okazywać im szacunek. Powiązana z muzyką magia przerażała ludzi bodaj najbardziej ze wszystkich. W końcu muzyka była wszędzie. Na ruchliwych ulicach zarabiali na życie grajkowie, w karczmach towarzystwo zdzierało gardła do wtóru dźwięku gęśli, a w pałacach możni płacili wybornym muzykom za wypełnienie słodkimi melodiami wyłożonych marmurem komnat. Ludzie, którzy ze swojskich melodii mogli uwolnić moc i zmusić słuchaczy do bezwzględnego posłuszeństwa, budzili więc nabożny lęk. Nawet jeśli twarde zasady zabraniały im używać daru do wyrządzenia komuś krzywdy.

Nie przeszkadzało nam to, wręcz przeciwnie. Bardowie rzadko kiedy utrzymywali bliższe kontakty z pospólstwem, częściej obracając się w towarzystwie uczonych, magów i innych ludzi mocy. Dla mnie, oddanej przed laty na wychowanie Mistrzowi, mieszczańskie sprawy wydawały się równie odległe, co magia i demony dla przeciętnego człowieka. Zawsze widywaliśmy się przez pryzmat muzyki, załatwiając wspólne interesy, a potem rozchodząc się każde w swoją stronę. Tak jak teraz.

Kamienica Goedekoopa była niezbyt wielka, za to pysznie zdobiona. Sama w sobie stanowiła zapewne doskonałą reklamę. Kiedy patrzyło się na wielobarwne malunki, pokrywające fasadę, można było sobie bez trudu wyobrazić, jakie skarby kryły się w skrzyniach wiekowego kupca. I ile musiały być warte. W końcu strzegło ich zawsze kilku dobrze uzbrojonych celtyckich najemników, na których usługi mogli pozwolić sobie tylko najbogatsi. Goedekoop, jak wielu majętnych, był niezwykle skąpy, mimo że fortuny nie miał kto odziedziczyć. Jego żona zmarła bezdzietnie kilka lat temu, a o dalszych krewnych nic nie było wiadomo. Nawet teraz po doktorów posłał zaufany sługa. Chociaż obstawiałabym, że nie tyle niepokoił się stanem zdrowia swojego pana, co martwił się, że po jego śmierci straciłby źródło utrzymania. Na koszt kupca sprowadził więc medyka, a ten z kolei posłał po ludzi mocy. I słusznie.

Gdy tylko przekroczyłam próg domu, mój srebrny medalion z wyrytym nań triskelionem rozgrzał się niemiłosiernie. Działo się tak zawsze w miejscach ogarniętych wyjątkowo paskudną aurą, czy to na skutek klątwy, czy działania siły nieczystej. Odruchowo potarłam amulet, pnąc się po wąskich schodach, prowadzących do pokojów chorego.

W krwawym blasku zachodzącego słońca Goedekoop wyglądał upiornie. Skołtuniona broda zakrywała wykrzywioną od cierpienia, zapadniętą twarz. Na pomarszczonym czole perlił się pot. Oczy poruszały się pod zaciśniętymi powiekami, jak gdyby chory widział w gorączce przerażające obrazy.

Czuwający przy łóżku mag z uniwersytetu, pan Fridrich, skinął nam głową na powitanie.

– Klątwa go coraz mocniej dusi – powiedział. – Nic prawie nie mówi, czasem tylko jęczy z bólu. Talizmany nie działają, widać komuś bardzo mocno na odcisk nastąpił, bo urok jest mocno z duszą spleciony.

– Nie odzyskał trzeźwości umysłu ani na moment? – zapytał Mistrz, biorąc chorego za puls.

 – Nie bardzo – pokręcił głową mag. – Na chwilę go tylko puściło, ale zaczął krzyczeć, że zmieni się w demona. I tyle.

– Klątwa go w niego zmieni? – zaciekawiłam się. Znane mi były takie przypadki. W moich stronach opowiadano, że Weles przemienił w wilka bluźniącego mężczyznę. Jeszcze tego samego dnia zabiła go własna rodzina, nie rozpoznawszy krewniaka w dzikim zwierzu.

– Właśnie nie. Klątwa pcha go tylko w stronę śmierci – wyjaśnił pan Fridrich.

– Czyli nie ma pewności, że zmieni się w biesa?

– Obawiam się, że jest – Mistrz westchnął ciężko. – On jest święcie przekonany, że po śmierci stanie się upiorem.

Zaklęłam pod nosem. To istotnie komplikowało sprawę. Uparty, przekonany o czymś człowiek był idealnym materiałem na demona. Najczęściej biesy brały się z osób, które umarły przepełnione goryczą czy żądzą zemsty. Nie potrafiąc przebaczyć swoim krzywdzicielom, szukały sprawiedliwości po śmierci. Tyle że tutaj kto inny nie mógł wybaczyć Goedekoopowi. I to mogło przynieść jeszcze gorszy skutek. Jakby na potwierdzenie tych słów kupiec jęknął w malignie:

– Ja nie chciałem nic złego! – po czym zakwilił jak dziecko.

Mistrz tylko pokręcił głową.

– Chyba niewiele możemy dla niego zrobić. Co najwyżej zagrać tarantelę na osłabienie klątwy, ale to tylko opóźni jej działanie – ocenił.

– Podobnie jak i my – odparł mag. – Czasem aż mi się zdaje, że miłosierniej byłoby od razu przebić mu serce srebrnym sztyletem…

– Robił pan to już kiedyś? – zapytał mój mentor.

– No nie – czarownik pokręcił głową.

– To gwarantuję, że jeśli pan tak uczyni, twarz tego człowieka będzie pan widział w koszmarach do końca życia – powiedział stanowczo Mistrz, a coś w jego oczach mówiło, że lepiej się z nim nie spierać. Pan Fridrich tylko spuścił wzrok.

– Wyjmuj lutnię, Audrey – polecił starszy bard. – Niech dar Minstrela przynajmniej ukoi jego ból.

 

*

 

Następnego dnia, kiedy słoneczny blask igrał już na szybach, znowu zawitaliśmy do kamienicy Goedekoopa, bo czuwający nad nim w nocy żak – zapewne oddelegowany przez swojego mentora do tego mało fascynującego zajęcia – przesłał nam wiadomość, że kupiec chwilami odzyskuje świadomość. Znałam jednak dobrze fantazję wiedeńskich żaków. Miałam w związku z tym podejrzenia, że nagła poprawa zdrowia kupca mogła być efektem zaaplikowania „cudownego lekarstwa”, składającego się w dużej mierze z alkoholu. Pozostawało pytanie, czy medykament został wlany w chorego, czy też raczej w młodego maga.

– Jak bogów kocham, trzeźwy jestem! – zapierał się jednak żak, kiedy podejrzliwie pociągnęłam nosem.

– On zaczął gadać!

– A co mówił? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi.

– No, że już jej więcej nie zobaczy i wstanie jako upiór. Cokolwiek miałoby to znaczyć – wzruszył ramionami młodzik.

– Własna żona go przeklęła, czy jak? – zdziwiłam się.

– Nie sądzę. Urok zadziałałby dużo wcześniej – stwierdził Mistrz. – Kogo lub co ten biedak mógł tak bardzo chcieć zobaczyć…? – pochylił się nad jęczącym cicho chorym.

– Młodzieńcze, czy mógłbyś opuścić to pomieszczenie? Masz dosyć silną aurę, trudno się przy takiej śledzi klątwę…

– A co ja potem panu doktorowi powiem? – zasępił się młodzian.

– Że cię odprawiłem. Bo gdzie kucharek sześć…

– Tam cycków dwanaście! – rozpromienił się żak, po czym spąsowiał i czmychnął za drzwi.

Mój mentor tylko pokręcił głową, podczas gdy ja z trudem hamowałam chichot. Otworzył futerał i wyciągnął zeń lutnię. Musnął palcami struny i wprawnym ruchem dokręcił poluzowane kołeczki.

Wiedziałam, co nastąpi, jeszcze zanim triskelion zadrżał od wzbierającej w pokoju mocy. Dobrze, że żak wyszedł. Obca magia mogłaby zakłócić działanie daru Minstrela, który musiał w całości skupić się na majaczącym chorym.

Dar Mistrza, jak większości bardów, nie leżał w głosie, ale po latach praktyki i przy oparciu w postaci lutni mógł na moment wpłynąć na człowieka słowami.

– Co lub kogo musisz zobaczyć?

Zadrżałam. Mimo że na mnie bardowskie czary nie działały tak mocno jak na większość ludzi, czułam przymus odpowiedzenia na każde pytanie. Goedekoop również musiał poczuć wpływ Mistrza. Przez moment nic się nie stało. Jak wcześniej na bladej twarzy kupca perlił się pot, oczy poruszały się niespokojnie pod powiekami, ale poza tym nie było żadnej reakcji. Już zaczynałam się niepokoić, wiedząc, że drugiej szansy zmuszenia go do mówienia raczej nie będzie. Wtedy jednak gwałtownie otworzył oczy.

Wzdrygnęłam się. Źrenice miał jakby zasnute mgłą, wzrok szalony. Zdawało się, że wcale nas nie widzi, a patrzy gdzieś poza nasz świat.

– Babel – wychrypiał. – Muszę ujrzeć Babel.

 

*

 

Wlekliśmy się do kamienicy Mistrza z poczuciem porażki, ponownie zostawiwszy kupca pod opieką młodego maga. Bo cóż jeszcze można było zrobić? Ktokolwiek obłożył biedaka klątwą, doskonale wiedział, co robi. Wieża Babel leżała oddalona o miesiące wędrówki stąd, a droga była trudna nawet dla doświadczonego podróżnika. Co dopiero dla zmożonego chorobą starca! Owszem, istniały metody stawiania specjalnych portali, przez które można było dostać się choćby i na koniec świata, działały jednak one wyłącznie na ludzi mocy, a i wtedy nie było gwarancji, że wyjdzie się z nich tam, gdzie trzeba, do tego w jednym kawałku. Goedekoop nie miał w sobie nawet krztyny mocy. Więc tego rozwiązania nie mogliśmy wypróbować.

Ludzie chyba instynktownie wyczuwali nasz zły nastrój, bo schodzili nam natychmiast z drogi. Nikt nie zagadywał, ograniczali się tylko do szybkich acz pełnych szacunku ukłonów.

Spojrzałam na słońce, odbijające się w dziesiątkach szklanych okien i ze smutkiem przypomniałam sobie, jak bardzo stary kupiec cieszył się, gdy dotarły do niego tafle prosto z Wenecji. Wspominał, że sam kiedyś chciałby odwiedzić wzniesione na skrawkach ziemi miasto. Teraz mógł co najwyżej o nim śnić.

Ta myśl sprawiła, że zatrzymałam się jak wryta. Mistrz przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym również przystanął i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

– Mistrzu, Goedekoop ma tylko ujrzeć Babel, prawda? – zapytałam.

Mój mentor wzruszył ramionami.

– To już żadna różnica, Audrey.

– A gdyby mu ją tylko pokazać?

– Co, namalujesz mu na kartce? – prychnął bard.

Pokręciłam głową.

Zrozumiał. Przez chwilę wpatrywał się we mnie z mieszanką niedowierzania i niepokoju.

– Wykluczone. To zbyt niebezpieczne.

– Mistrzu, jeśli nie spróbujemy, w dowolnym miejscu i czasie pojawi się upiór. Wtedy życie mogą stracić dziesiątki osób.

– Jak niby chcesz to zrobić? Nigdy nie byłaś w Babilonie.

– Nie. Ale ty tam byłeś, Mistrzu.

 

*

 

Nie dotarliśmy do kamienicy Mistrza. Zamiast tego przepychaliśmy się przez gwarne uliczki Wiednia w kierunku słynnego uniwersytetu, założonego zaraz po tym Krakowskim. Tyle że tu nie patrzono aż tak przychylnie na niewiasty. A już w szczególności na mnie, ale na to – muszę przyznać – sama sobie zapracowałam. Przemierzając wyłożone marmurem korytarze spotykałam się z ciekawskimi spojrzeniami. Choć niektórzy przypatrywali mi się z otwartą wrogością. Już miałam odpowiedzieć im znakiem bynajmniej nie magicznym, za to mocno obraźliwym, gdy Mistrz obejrzał się przez ramię.  

– Zostaw prostaków – powiedział teatralnym szeptem.

Wzruszyłam ramionami, walcząc z pokusą, by jednak spłatać jakiegoś figla krytycznym wykładowcom. Zdecydowałam się jednak zostawić zemstę na potem. Teraz były ważniejsze sprawy.

Mistrz poprowadził mnie do biblioteki. Byłam z nim tu kilka razy, niezmiennie jednak olbrzymi księgozbiór budził we mnie taki sam zachwyt. Ja w starym bibliotekarzu chyba trochę mniejszy. Łysy, pomarszczony starzec, który nieodmiennie kojarzył mi się z tworem nekromancji, poprawił na nasz widok okulary na haczykowatym nosie i zaczął tyradę na temat wpuszczania do swojego królestwa dzikusów z zewnątrz. Mistrz uciszył go gestem dłoni, o którym wiedziałam, że w każdej chwili może wygłuszyć dowolny dźwięk, w tym głos rozmówcy.

– Znam Audrey od dziecka i ręczę za to, że jest dzikuską tylko, kiedy ktoś wyjątkowo ją zirytuje – stwierdził. – A z całą pewnością się tak stanie, jeśli nie pomożecie nam znaleźć potrzebnych ksiąg dotyczących najświętszej Wieży Babel i samego Babilonu.

Bibliotekarz mruknął coś pod nosem i chwyciwszy maleńką, zasilaną eterem lampkę, ruszył między regały.

– Po kiego grzyba znowu tu z tobą przyszłam, Mistrzu? – prychnęłam. – Wiesz, że ani uniwersytet nie lubi mnie, ani ja jego.

– Może jakbyś nie spoliczkowała ich najhojniejszego darczyńcy na oczach grona profesorskiego i żaków, to lubiliby cię bardziej – wzruszył ramionami.

No tak, wiedziałam, ze nie darują mi tego, że Thomas von Pauken – ten obrzydliwy grzyb, sypiający na złocie – przeze mnie zrezygnował z przekazania datku na uczelnię.

– Ale on mnie złapał za tyłek! – oburzyłam się.

– To czy ja mówię, że źle zrobiłaś? Po prostu stwierdzam fakt.

Rozmowę przerwał nam bibliotekarz, ostrożnie kładąc stertę opasłych tomiszczy na jednym ze stołów. Spojrzał na mnie spode łba i burknął:

– Ma nie poniszczyć!

Już miałam mu się odciąć, gdy Mistrz położył mi rękę na ramieniu i delikatnie popchnął w kierunku książek.

– Jeśli chcesz stworzyć dla Goedekoopa wizję Babel, będziesz musiała znać każdy szczegół zarówno miasta jak i samej Wieży, a i tak nie wiem, czy Minstrel ci na to pozwoli.

Pokiwałam głową. Opiekun wszystkich bardów, który przy narodzinach dziecka zmieniał na swój obraz trzecią część jego duszy, nie tolerował kłamstwa. Stworzył jednak swoje sługi po to, żeby chronili ludzkie dusze. Powinien więc być wyrozumiały. Zdawałam sobie jednak sprawę, czym może skończyć się pomyłka.

Byłoby rzecz jasna o wiele łatwiej, gdyby to Mistrz przygotowywał wizję. Problem polegał na tym, że – jak większość bardów – potrafił zsyłać obrazy tylko na ludzi mocy. Mnie zaczęto szkolić w tym o wiele za późno, co oznaczało, że nie posiadałam w pełni wykształconych osłon umysłu. Nie zawsze potrafiłam przez to należycie go bronić, ale z drugiej strony mogłam w transie komunikować się z ludźmi pozbawionymi magicznego daru. Mój mentor musiał więc przygotować mnie do tego zadania najlepiej, jak potrafił. Co oznaczało dla mnie lekturę możliwie jak największej ilości książek i przeglądanie dziesiątek rycin. Na widok sterty materiałów do przestudiowania, z którą to zostawił mnie Mistrz, robiło mi się słabo. Czekał mnie ciężki dzień.

 

*

 

Wieczorem nie wiedziałam już, jak się nazywam. Za to potrafiłam z pamięci wymienić wszystkie grupy etniczne, zamieszkujące Babilon, znałam na pamięć plan miasta i mogłam wskazać bez pudła, co znajduje się na każdym piętrze Wieży. Oczy piekły mnie od miodowego, jedynie imitującego słońce, blasku zasilanej eterem lampki. Kark miałam zesztywniały, palce pokryte warstwą kurzu, a na domiar złego kiszki grały mi marsza i to takiego, że śmiało mógłby zagłuszyć teatralną orkiestrę. Z hukiem zamknęłam więc leżącą na stole księgę, traktującą o faunie i florze Babilonu, skinęłam głową zniecierpliwionemu już bibliotekarzowi i opuściłam pusty o tej porze uniwersytet. Z tawerny obok Szkockiej Bramy, znajdującej się tuż przy zacnej uczelni, dochodziły wesołe śpiewy żaków. Rozpoznałam pieśń o tym, że najmilsza ich sercom jest dama w czerwonej spódniczce, imieniem Muskatella, mieszkająca w piwniczce winiarza. Stwierdziłam, że jakkolwiek ciągnęło mnie wyłącznie do płci przeciwnej, tak dzisiaj też chętnie bym się zaznajomiła z tą damą. Nie było mi to jednak dane. Przy masywie bramy czekał na mnie jasnowłosy podrostek, służący Mistrza.

– Janos, zostaw mnie – jęknęłam.

– Kiedy panienko, ja muszę was sprowadzić do domu!

Westchnęłam ciężko i powlokłam się w kierunku dzielnicy rzemieślniczej, gdzie swoją kamienicę miał mój mentor. Jakikolwiek protest byłby skazany na niepowodzenie. Mistrz po prostu znalazłby mnie, gdziekolwiek bym się ukryła, i przywlókł za frak do siebie. Taki parszywy los barda. Aż zaczynałam żałować mojego pomysłu i powoli dochodziłam do wniosku, że chyba wolałabym walczyć z upiorem. Przynajmniej roboty mniej – wysyłało się na niego jakiegoś zakutego łba, żeby go potraktował osinowym kołkiem serce albo czymś ciężkim w łeb i po sprawie. A bard tylko stał sobie w bezpiecznym miejscu i grając pilnował, żeby potwora nie przelazła gdzieś dalej. Mój pomysł z wizją był dużo bardziej ryzykowny, jednak minimalizował ryzyko przypadkowych ofiar. Pomijając fakt, że przypadkową ofiarą mogłam paść ja. O tym jednak starałam się póki co nie myśleć. Głowę zaśmiecały mi wywody na temat tego, czy cegły w Babilonie miały kolor bursztynowy czy też może raczej złoty. Po obejrzeniu obrazów pędzla znakomitych artystów mi ów kolor skojarzył się raczej z tym, co Maestro potrafił zostawić w kącie, kiedy ktoś zapomniał go wypuścić na czas na dwór.

Mistrz czekał na mnie w swoim gabinecie. Ku mojej nieskrywanej uldze kolacja czekała razem z nim. Natychmiast ułamałam kawał chleba.

– Po twoim apetycie widzę, że nie wpadłaś na głupi pomysł jedzenia w bibliotece – skomentował mój mentor. – I słusznie. W takim razie zjedz i szykuj się do dalszej pracy.

– Ale jak to? Ja ledwie żyję! – zaprotestowałam.

– I dobrze, zacznij się przyzwyczajać. Z tej kabały możesz nie wyjść żywa – wzruszył ramionami.

– A Mistrz mi ciągle o tym musi przypominać!

– No nie bocz się już, babo! – powiedział pojednawczo. – Mamy mało czasu, a musisz poćwiczyć tworzenie wizji. Poczekaj tu na mnie, pójdę po lutnię oud.

Lutnia oud… Jakiż instrument lepiej nadawał się do uwolnienia daru Minstrela, potrzebnego do stworzenia iluzji Babilonu? W końcu Mistrz właśnie stamtąd przywiózł ją na Stary Kontynent, budząc niedowierzanie i zdziwienie innych bardów. W naszych stronach nie słyszano o żadnym innym dziecku Minstrela, skłonnym posługiwać się właśnie oud. Dźwięk egzotycznej lutni budził w ludziach skrajne emocje. Osobiście kochałam ten tak obcy, a jednocześnie jakby znajomy pomruk, rezonujący w kościach. Zafascynowana patrzyłam, jak Mistrz klinuje plektron między palcami. Chwilę później powietrze przeciął niski dźwięk.

Poczułam, jak po moim ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, gdy melodia weszła w rezonans z bardowską mocą. Zamknęłam oczy i pozwoliłam myślom płynąć razem z muzyką. Trzy uderzenia serca później stałam w najdziwaczniejszym pomieszczeniu, jakie dane mi było widywać.

Na pierwszy rzut oka przypominało wnętrze katedry lub klasztoru. Nigdzie jednak nie widać było powiązanych z jakąkolwiek religią zdobień. Spod łuków sklepienia sączyło się delikatne, przyjemne dla oczu światło. A w jego blasku dało się dostrzec setki regałów z książkami, ciągnących się w nieskończoność. Biblioteka wspomnień. Najbardziej prywatne miejsce w umyśle każdego człowieka. Mistrz zabierał mnie tu już kilka razy. I wiedziałam doskonale, że było to oznaką olbrzymiego zaufania. Nawet nie próbowałam dotykać żadnej z książek bez jego zgody, czekając aż przywoła mnie do siebie. Mój mentor tymczasem bez wahania podszedł do jednego z regałów i wyciągnął zeń księgę. Starą, oprawioną w barwioną na zielono skórę. Na okładce widniały znaki nieznanego mi alfabetu, Mistrzowi jednak zdawało się to nie przeszkadzać. Rozłożył tomiszcze na pulpicie i skinął, bym podeszła bliżej. W milczeniu patrzyłam, jak przerzuca pożółkłe stronice, bez lęku, że zaraz rozsypią się w proch.

Wreszcie stuknął palcem w odpowiednią kartę. Spojrzałam na nią z ciekawością. Widniał tam czarno-biały szkic Wieży, który na moich oczach nabierał żywych, intensywnych barw. Rysunek zdawał się rozrastać z każdą chwilą tak, że zanim się obejrzałam, staliśmy na zatłoczonej ulicy między wysokimi, pozbawionymi ozdób budynkami z dziwacznej szaro-żółtej cegły. Wzniesiono je tak blisko siebie, że niemalże stykały się dachami. Między nimi prześwitywało intensywnie niebieskie, pozbawione chmur niebo. Upał panował niemiłosierny, większy, niż podczas najstraszliwszej suszy na Starym Kontynencie. W przeciwieństwie do niej zdawał się być jednak w pełni naturalny, jak gdyby na stałe połączony z tym miastem, wyrastającym wprost z pustynnego piachu.

– To właśnie jest Babilon, Audrey – powiedział Mistrz. – Taki, jakim ja go zapamiętałem.

– Niesamowite – szepnęłam, przyglądając się kłótni dwóch handlarzy. Nie rozumiałam ich języka, taki był dziwaczny i gardłowy.

– To dlatego kazałeś mi spędzić dzień w bibliotece, Mistrzu? Żebyś mógł mnie zabrać do swoich wspomnień?

– Nie. Mógłbym i bez tego. Po prostu nie lubię, jak mi się bezczynnie pałętasz po domu. Ale jak już musisz, to powiedz: co jest za rogiem? – wskazał na łączenie dwóch niskich budyneczków z dziwnej, jasnej cegły.

Przywołałam w pamięci plany Babilonu, które przeglądałam w bibliotece.

– Droga prowadząca do świątyni Isztar.

Mistrz wyprowadził mnie wprost na szeroką, zatłoczoną ulicę. Na jej brzegach rosły dziwaczne rośliny z rozłożystymi, pierzastymi liśćmi – palmy – przypomniałam sobie. W nocy drogę oświetlały sięgające mi do ramion zasilane eterem latarnie. Na końcu ulicy zaś widniała olbrzymia, przypominająca stożek budowla.

Bravissimo. Ile ich jest w Babilonie?

– Trzy?

– Pudło, dwie. Pomyliło ci się ze świątynią Iszhary. Ta tutaj to „dom ofiar zwierzęcych”.

Rozmowę przerwała nam hałaśliwa grupka ludzi w pstrokatych szatach, spływających po ciele istnymi kaskadami. Mój mentor zamknął oczy, przysłuchując się dziwacznemu, chrapliwemu dialektowi.

– Język jest bardzo ważny – wyjaśnił. – Tworzy atmosferę miejsca, dodaje realizmu twojej wizji. Niewykluczone, że Goedekoop go zna. Musisz opanować podstawowe zwroty, ale tym zajmiemy się jutro. Dzisiaj musimy opracować trasę, którą przejdziecie do Babel.

 

*

 

Mistrz tylko dworował sobie ze mnie, mówiąc, że lekturę zadał mi wyłącznie by uchronić mnie przed nudą. Prace nad stworzeniem doskonałej iluzji Babilonu wymagały znacznie więcej pracy i zaangażowania, niż mogłabym się spodziewać. I zapamiętanie ze szczegółami planu miasta było tu zdecydowanie najmniejszym problemem. Każdy  zaułek i plac miały swoją własną, niepowtarzalną atmosferę. Musiałam być w stanie ze szczegółami odtworzyć misterną grę cieni na fasadach budynków. Wykreować zamieszkujących je ludzi, a nawet odtworzyć właściwe dla każdego miejsca temperaturę i zapach. Starałam się, by podczas przemarszu przez Babilon mieszkańcy nie zwracali na mnie szczególnej uwagi, traktując po prostu jak jeszcze jednego pielgrzyma, pragnącego ujrzeć świętą Wieżę. Z nią samą najwięcej miałam zachodu. Zapamiętywałam drobiazgi z każdej ryciny, w każdym transie obserwowałam ją we wspomnieniach Mistrza. Ze szczegółami wznosiłam kolejne porośnięte roślinnością tarasy. Omiatałam gorącym, pustynnym wiatrem zwieszające się z nich kosmate, soczyście zielone gałęzie. Pieniłam wody Eufratu u jej stóp, zmieniałam warty kolejnych strzegących otaczającego ją placu strażników. Mistrz jednak ciągle dostrzegał jakiś drobiazg, który mógłby zrujnować wizję. Powtarzał co i rusz, że nie tyle muszę wykreować Babilon z jego słynną Wieżą – ja muszę dosłownie się nimi stać. I szybko przekonałam się, dlaczego.

Dosyć szybko Mistrz kazał mi stworzyć samodzielną wizję, bez oparcia w postaci jego wspomnień. Patrzyłam, jak przesuwa plektronem po barwionych strunach oud, powoli odpływając w trans. Ledwie znajome ciepło rozbudzonego daru Minstrela zmieniło się w pustynny wiatr, zaczęłam wznosić ściany budynków. Śmiało ruszyłam między nimi, odtwarzając w pamięci plątaninę uliczek. Bez lęku zagłębiałam się między niższe i wyższe domy, kramy i wysypiska śmieci. Nieomal sprawiało mi to radość. Skręciłam za róg i stanęłam jak wryta. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć, co też powinno się tam znajdować. Postanowiłam więc po prostu stworzyć tam pierwszy-lepszy zaułek, jakich pełno było w pustynnym mieście. Jeszcze nawet nie zdążyłam dobrze wyobrazić sobie pozbawionych ozdób, kanciastych budynków, gdy na miasto padł ponury cień. Potem wizja zaczęła błyskawicznie walić się jak domek z kart. Z ogłuszającym rykiem tuman burzy piaskowej uderzył w mój Babilon. Chwilę później zapadała wypełniona bólem ciemność. Po tym wybudziłam się z transu obolała, czując, że ciągle krztuszę się nieistniejącym przecież piaskiem. Srebrny triskelion palił skórę żywym ogniem, a Mistrz tylko kręcił głową.

– Próbowałaś oszukać i mnie, i Minstrela. Potraktuj to jak dobrotliwe ostrzeżenie od niego – wyjaśnił. Dotarło do mnie, że jeśli coś takiego zdarzyłoby się, gdy będę tworzyć Babilon dla Goedekoopa, zapewne opiekun wszystkich bardów nie byłby tak wyrozumiały i za oszustwo zapłaciłabym własną głową. Tym bardziej przykładałam więc się do pracy, nie dając sobie chwili wytchnienia. Uczyłam się tego dziwnego języka, rozbrzmiewającego między wypalonymi słońcem ścianami. Przeglądałam dziesiątki planów miasta i obrazów pędzli wszelakich artystów. Ze zmęczenia piekły mnie oczy i łupało w skroniach. Na skutki tego nie trzeba było długo czekać.

Mistrz szukał wtedy następnej księgi w swoich całkiem licznych zbiorach, odpytując mnie jednocześnie z najpopularniejszych religii wyznawanych w Babilonie. Zmusiłam się do wysiłku wymienienia imion mniej i bardziej popularnych bogów. Nawet nie zauważyłam, że w moim głosie pojawił się słowiański zaśpiew, uśpiony przez lata życia w Wiedniu. Mój mentor odwrócił się gwałtownie i spojrzał na mnie z namysłem. Nie skomentował jednak. A ja pod wieczór nie wiedziałam, w jakim właściwie języku mówię. Miałam za to przemożną chęć nakazać w nim światu zamknąć jadaczkę. Następnego dnia pokracznego bękarta lingwistycznego, w niczym nie przypominającego świętego wspólnego języka, rozumiał już tylko mój nauczyciel, choć i jemu służenie za tłumacza przychodziło z wyraźnym trudem. Nie chcąc patrzeć na nasze podkrążone z braku snu oczy, poprzewracałam wszystkie lustra w domu. Poprawiło mi to nieco humor, ale nie na długo. Mistrz wrócił od Goedekoopa wyraźnie przygnębiony.

– Może nie dożyć jutra – powiedział ponuro. – Zostaw książki i wyśpij się porządnie. Zaczynamy o zachodzie słońca, kiedy zacierają się granice między snem a jawą. I niech nas Minstrel ma w swej opiece.

 

*

 

Słońce zachodziło krwawo, co stanowiło zły omen. Instrumenty w pracowni Mistrza zdawały się być skąpane w posoce. Wzdrygnęłam się na ten widok, ale mój mentor po prostu zatrzasnął okiennice i przekręcił kurek w zasilanej eterem lampce. Pomieszczenie natychmiast wypełnił ciepły, miodowy blask. Nawet to jednak nie było w stanie uspokoić skołatanych nerwów. Spałam krótko, dręczona koszmarami. Śniło mi się, że fale Eufratu przemieniły się w posokę i zalały Babilon szkarłatną falą. Ludzie uciekali przed nimi w popłochu. Tylko jakaś dziewczyna bez lęku rzuciła się w krwawą toń. Obudziłam się przerażona, z poczuciem, że nad tym snem nie miałam nawet cienia kontroli. Natychmiast siadłam z lutnią i grając modliłam się do Minstrela, by czuwał dziś nade mną. Nie wiedziałam, czy mnie wysłuchał. Jeśli nie, to sama mogłam go dzisiaj zapytać o powód tej decyzji.

Przyglądałam się Mistrzowi, dokręcającemu kołki oud wyuczonym ruchem. Maestro usadowił się na oparciu jego fotela, patrząc na nas z wyższością. Zwykle kocur wchodził w trans razem z nami, ale tylko wtedy, kiedy miał na to ochotę. Dzisiaj nie przejawiał specjalnego zainteresowania. Nie wróżyło to nic dobrego.

– Możemy zaczynać? – zapytał Mistrz, krzyżując dłonie na pudle lutni. – Pamiętaj, że niezależnie, co by się działo, nie wolno wam wejść do Wieży – przestrzegł mnie. – Jej wnętrze to już boska domena. Możesz je sobie wyobrażać, możesz sama po nim chodzić. Ale wprowadzić tam kogoś nie leży już w naszej mocy.

Skinęłam głową, biorąc jednocześnie głęboki oddech.

Mój mentor spojrzał na mnie z troską i uśmiechnął się pocieszająco. Starałam się odwzajemnić uśmiech, chociaż dotarło do mnie, że równie dobrze mogło to być nasze ostatnie pożegnanie.

Zaklinował plektron stabilnie między palcami i obrócił nadgarstek, muskając zaostrzonym piórem struny. Powietrze przeciął cichy pomruk oud. Zamknęłam oczy.

Ogarnęło mnie znajome ciepło, gdy dar Minstrela obudził się pod wpływem muzyki. Czułam, jak dźwięk rezonuje w pogrążającym się w transie ciele, przenosząc moją świadomość do astralu. Kiedy inny bard pomagał przy wejściu w trans, dostawało się dostęp do jego własnej mocy. Mistrz rozwijał swoją przez lata, nieomal mnie teraz przytłaczała. Musiałam korzystać z niej z rozwagą.

Świat pokrył się astralną pajęczyną. Spokojnie popłynęłam w jej stronę, naginając białą plątaninę do mojej woli. Patrzyłam, jak wokół mnie ciemnieją kulisy dworskiego teatru. Z podłogi pączkowały wieszaki z kostiumami i rzędy luster. Na skinienie dłoni granatowa suknia, w jakie stroiły się kobiety w Babilonie, spłynęła kaskadami na moje ciało. Wokół talii owinął się skromny, pozbawiony zdobień pas. Ciemne włosy chwilę później skryła dobrana do stroju chusta, zasłaniając też część mojej twarz. Choć nie było to konieczne, wolałam, by kupiec mnie nie rozpoznał. Przejrzałam się w kryształowej tafli. Tylko jasne oczy zdradzały, że nie pochodzę z pustynnego miasta. Czyli efekt był zadowalający.

Skierowałam swoje kroki na scenę. Oślepił mnie eteryczny blask odbity w dziesiątkach luster. Skłoniłam się nisko i powiedziałam w kierunku niewidocznej publiczności:

– Panie i panowie, przedstawienie czas zacząć.

Formułka ta chroniła mnie przed ewentualnym gniewem bogów, skłonnych pomyśleć, że roszczę sobie prawa do tworzenia świata. Zwłaszcza obawiałam się Minstrela, surowo karzącego jakiekolwiek kłamstwo. Jego domeną była jednak muzyka i sztuka, a teatr stanowił w końcu nieodłączną część życia większości bardów.

Ściany teatru rozpadły się jak domek z kart, posłuszne mojej woli. Znowu widziałam tylko astralną pajęczynę, pokrywającą realny świat. Ostrożnie badałam każdą linię, szukając aury klątwy i choroby. Była tam! Wyraźna, czarna, nieomal gorzka od nagromadzonego bólu. Istotnie, ktoś musiał wyjątkowo źle życzyć staremu kupcowi. Przekleństwo było potwornie silne. Duszę kupca oplatały ciasno ciemne pasma mgły, w których nauczona doświadczeniem dopatrzyłam się demonów.

A nie, nie demonów – poprawiłam się. To musiały być devy, ich wschodni krewniacy.

 Z chwilą, gdy zbliżyłam się do nich chroniona dźwiękiem oud, zadrżały na podobieństwo wrzącej smoły. Niemal natychmiast zaczęły przybierać na wpół ludzkie, na wpół zwierzęce kształty. Przypatrywały mi się zwężonymi, płonącymi oczyma. 

– Czego chcesz? – syknęły.

– Duszy tego człowieka – odpowiedziałam.

Podpełzły bliżej, wiedziałam jednak, że nie odważą się mnie zaatakować. Muzyka stanowiła dla nich barierę nie do przekroczenia.

– Nie. Dano nam ją w imieniu Zairika, pana choroby. Nie możesz nam jej odebrać!

– Założymy się? – tym razem to ja podeszłam bliżej, wyciągając w ich kierunku dłoń, jak do przybicia. Z wściekłym rykiem odskoczyły na boki, na tyle tylko, by nie poraziła je bardowska magia. Mi to wystarczyło. Goedekoop znalazł się w zasięgu naszej mocy.

Kupiec niemalże natychmiast otworzył oczy. Na jego twarzy odmalowało się przerażenie.

– Więc ty jesteś śmiercią? – zapytał. – Przyszłaś po mnie, pani.

– Przyszłam, ale zakończenie twojego życia nie ode mnie zależy – odparłam. – Mój bóg dał mi moc, by pokazać ci Babel.

Cieszyłam się, że zasłoniłam twarz chustą. Był to moment, którego się obawiałam. Gdyby okazało się, że Minstrel wcale nie chce mi na to pozwolić, kłamstwo zapewne wypaliłoby mi gardło. I to nie tylko astralne. Nic takiego jednak się nie stało. Tylko devy z wściekłym sykiem rzuciły się w naszą stronę, odskoczyły jednak natychmiast, gdy tylko zetknęły się z tworzoną przez dźwięk oud barierą. Podałam dłoń kupcowi, pomagając mu wstać. Ledwie ujęłam jego zniszczone wiekiem i pracą palce, na zgarbionym ciele chorego pojawił się prosty lniany strój, jaki często nosili pielgrzymi.

– Trzymaj się mnie – poleciłam. – Jeśli oddalisz się choćby na łokieć lub nie usłuchasz mojego polecenia, znajdziesz się znowu w ich szponach – wskazałam na przyczajone demony. Byłam niemalże pewna, że ruszą za nami do wizji Babilonu. Mogłam mieć tylko nadzieję, że bardowska magia osłabi je na tyle, że nie zdołają nam przeszkodzić.

Teraz albo nigdy – pomyślałam, sięgając po dar Minstrela, zaklęty w dźwięku oud. Tak, jak ćwiczyłam przez ostatnie dni, wyobraziłam sobie rosnące mury miasta wraz z dziewięcioma oficjalnymi bramami i całą garścią tych, o których większość osób nie miała pojęcia. Mistrz szczęśliwie przez dwa lata mieszkał w Babilonie, ucząc się gry na swojej egzotycznej lutni. Zdążył więc poznać wiele tajemnic miasta. Nie miałam jednak zamiaru z nich korzystać. Wystarczyła mi świadomość, że istnieją. Chciałam wejść przez bramę bogini Urasz, pani ziemi. Wyłożono ją kamieniami, których barwa przywodziła na myśl soczystą zieleń roślinności. Między nimi wiły się złote wzory, układające się w kształty zwierząt i roślin. Do bramy wiódł przerzucony przez kanał most, na którym tłoczyli się podróżni. Wyciągnęłam spod szaty swój medalion z triskelionem i uniosłam do góry tak, by ludzie mogli go zobaczyć. Fakt, byli tylko wytworem mojej wyobraźni, musiałam jednak zachować pozory podróży do prawdziwego miasta.

Obrzucili mnie pełnymi szacunku spojrzeniami i przepuścili bez mruknięcia. Goedekoop dreptał za mną. Obejrzałam się przez ramię. Niestety, jego devy również podążały naszym śladem. Osłabione, zredukowane do ledwie widocznych cieni, ale wcale nie mniej niebezpieczne. Nie miałam ochoty wdawać się z nimi w pojedynek, zwłaszcza, że miały przewagę liczebną i – jeśli mnie nie okłamały – przysłał ich demon Zairik. Z nim zapewne nie wygrałbym pojedynku. Ograniczyłam się więc do tego, że strażnicy zatrzasnęli bramy miasta tuż po naszym przejściu. Teraz czekała nas wędrówka ulicą poświęconą bogini Urasz. Czułam, jak serce tłucze mi się w piersi. Gdybym nie wiedziała, że otacza mnie dopracowana iluzja, sama dałabym się nabrać. Po wybrukowanej drodze przemieszczały się całe tłumy. Tubylcy, pielgrzymi, kupcy i ambasadorzy odległych krain. Z czystego lenistwa ubrałam część postaci w stroje modne na Starym Kontynencie.

– Nikogo nie zaczepiaj – syknęłam do Goedekoopa, patrzącego na to wszystko z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia. – Nie zatrzymuj się i na nic nie gap – wskazałam dyskretnie na krążących w tłumie uzbrojonych strażników. Pokiwał głową, po czym dla pewności chwycił mnie za rąbek szaty.

– Jesteście aniołem, pani? – zapytał.

– Nie. Ale jeśli chcesz ujrzeć Babel, nie pytaj mnie o moje pochodzenie.

Bo jeszcze tego mi brakuje, żebyś się poznał na bardowskich sztuczkach – dodałam w myśli.

Goedekoop pokiwał głową, przypatrując się szczerbatemu sprzedawcy piwa, machającemu w naszą stronę. Uśmiechnął się do nas pod haczykowatym nosem i wskazał na gliniany dzban. Na wszelki wypadek rzuciłam ostrzegawcze spojrzenie mojemu towarzyszowi. Babilońskie piwo słynęło w całym cywilizowanym świecie. Krążyły pogłoski, że potrafiono uwarzyć je dosłownie ze wszystkiego. Mistrz zgadzał się z tym, że jego smak jest absolutnie wyjątkowy, acz wspominał, że po degustacji niektórych rodzajów miał podejrzenie, że tajnym składnikiem części z nich są stare onuce. Obawiałam się, że tego wrażenia nie będę w stanie odtworzyć, przyspieszyłam więc kroku. Kupiec posłusznie dreptał za mną, wodząc oczyma po murach świątyń. Przechodziliśmy właśnie przez kompleks Szuana, zwany Dłonią Nieba. Tutaj gromadzili się wierni, chcąc oddać cześć Guli, Nergalowi i Ninutrze. Niektórzy zatrzymywali się przy wróżbitach, przepowiadających przyszłość z wątroby zwierząt ofiarnych. Smród parujących trzewi mieszał się z zapachem mułu, który wiatr gnał znad płynącego leniwie Eufratu. Po jego falach sunęły mniejsze i większe łodzie. Kątem oka złowiłam dziwną grę cieni na pokładzie jednej z nich. Z całą pewnością nie była ona moim dziełem. Devy znowu deptały nam po piętach.

Skupiłam się na dźwięku oud, podporze wizji. Pozwoliłam, żeby muzyka przesączyła się do Babilonu. Goedekoop rozejrzał się podejrzliwie. Wskazałam na przeciskającego się między ludźmi lutnistę. Kilka osób przystanęło, wsłuchując się w basowy pomruk strun. Ludzie stopniowo milkli, przysłuchując się melodii. Wiedziałam, że utrzyma to demony na dystans, przynajmniej przez jakiś czas. Nie mogłam jednak wyobrażać sobie grajków na każdym rogu, to by się w końcu zrobiło podejrzane. Został nam już jednak tylko kawałek drogi. Wystarczyło minąć E-sagil, „dom, którego szczyt jest najwyższy”, ze Świątynią Marduka, której mury graniczyły przecież z leżącym w samym sercu miasta placem. A na nim górował cel naszej podróży. Dało się go dostrzec już kiedy wyszliśmy spomiędzy przysłaniających widok mniejszych świątyń i domów ofiarnych. Wieża Babel, której szczyt dotykał nieba. Zadarliśmy głowy, osłaniając oczy przed rażącym słońcem. Widok setek tarasów, każdego porośniętego soczystą roślinnością, zapierał dech w piersiach. Na każdym poziomie Wieży tętniło życiem jego własne maleńkie miasteczko. Niejeden pielgrzym, ujrzawszy to święte miejsce, postanawiał zostać tu na zawsze. Mówiono, że bywali tacy, którzy urodzili się i odeszli właśnie tutaj. Inni opowiadali, że we wnętrzu Babel nie istniał czas, choć trudno było oddzielić bajki od prawdy. Z całą pewnością miejsce to było przesiąknięte pradawną boską mocą, nawet jeśli spierano się, jacy bogowie bywali tu najczęściej. Od reszty miasta, które powstało wokół Wieży, odgradzał ją wysoki mur z żółto-szarej cegły. Bramy strzegli wartownicy w ceremonialnych, wypolerowanych pancerzach. Wystarczyło jednak na nich spojrzeć, by wiedzieć, że nie stoją tu tylko po to, by ładnie wyglądać. Dokładnie sprawdzali wszystkich pielgrzymów. Mistrz opowiadał mi, że nie każdy miał prawo postawić bluźnierczą stopę na otaczającym Wieżę placu. Dla uwiarygodnienia wizji postanowiłam nawet wywołać małą awanturę między nimi a aroganckimi podróżnymi.

– Bacz, co robisz, bo skończysz jak oni – przestrzegłam kupca. Moich słów wysłuchało jednak tylko rozedrgane od żaru powietrze. Zaklęłam szpetnie, rozglądając się na wszystkie strony. Przeklęty głupiec! Już pchał się w stronę bramy, korzystając z tego, że strażnicy kłócą się z iluzją grupki ludzi. Jeden z awanturników odwrócił się w moją stronę, szczerząc zwierzęce kły. Cholerne devy! Zajęły się strażnikami i Goedekoop po prostu koło nich przeszedł, niepomny moich ostrzeżeń! Ruszyłam biegiem w jego stronę. Przechodnie, którzy stanęli przypadkowo na mojej drodze, rozwiewali się jak dym, ale to już nie miało znaczenia. Jeśli kupcowi udałoby się dostać do środka Babel, będziemy martwi. Już czułam, że dar Minstrela zaczyna stawiać opór, wizję kształtowało się coraz trudniej. Bóg bardów nie był zadowolony z obrotu spraw. Dopadłam do kupca i chwyciłam go za ramię.

– Co ty wyprawiasz, durniu! – syknęłam.

– Nie rozumiecie, pani! Ja muszę wejść od środka! Muszę dowiedzieć się, czy mi przebaczył! – odepchnął mnie z taką siłą, że zatoczyłam się i klapnęłam na upiaszczoną ziemię. Wizja była idealna. Podłoże wykazywało odpowiednią twardość. Moje siedzenie mogło to potwierdzić.

Poczułam, jak ogarnia mnie gniew. Niebo pociemniało, ciężkie chmury zakryły słońce. Między nimi błysnął piorun. Goedekoop zatrzymał się, patrząc w górę. Ta chwila wystarczyła, by z cieni uformował się olbrzymi kształt, zagradzając drogę do Wieży. Lwie cielsko sięgało nieomal do pierwszego tarasu. Orle skrzydła zamłóciły powietrze, sypiąc na przerażonego kupca piachem. Wpatrywał się w pokrytą łuską baranią głowę potwora. Próbował się cofnąć, z ziemi jednak wygrzebywały się jadowite węże, które rzekomo miały strzec wejścia do Babel. Cieszyłam się, że wszystkie babilońskie legendy miałam w małym paluszku. Teraz wpatrywałam się w struchlałego mężczyznę oczami olbrzymiego sfinksa. Goedekoop na szczęście uwierzył we wszystko bez oporów.

– Czemu naruszyłeś to święte miejsce? – zapytałam grzmiącym głosem potwora. Poczułam nieprzyjemne ciepło, ostrzeżenie, że znalazłam się na krawędzi kłamstwa.

To tylko przedstawienie – pomyślałam, mając nadzieję, że Minstrel przyjmie taką wymówkę.

– Odpowiedz! – nie spuszczałam Goedekoopa z oczu, walcząc z ogarniającym mnie niepokojem. Sfinks był bardzo dobrym posunięciem. Jeśli ktoś nie odpowiadał na jego pytanie, zamieniał się w kamień. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego sposobu, by zatrzymać kogoś w miejscu. Kupiec widział już tylko płonące oczy potwora. Za moment znieruchomieje, a ja będę mogła rozwiać iluzję i wepchnąć jego duszę z powrotem do ciała.

Nie odpowiedział na pytanie. Zrobił coś znacznie gorszego. Zaczął myśleć. A ja widziałam jego myśli oczyma bestii.

Najpierw ujrzałam młodego mężczyznę. Ubrany był nieco podobnie do mieszkańców Babilonu, dostrzegałam jednak subtelne różnice w zdobieniach szaty. Nie mogłam widzieć jego twarzy, ukrytej w dłoniach. Płakał. Czułam wyrzuty sumienia Goedekoopa. To on był winien rozpaczy młodzieńca. Kiedyś jednak to doceni. Kiedyś, kiedy będzie już wpływowym kupcem, podziękuje ojcu za to, że usunął z jego życia tę żałosną dziewuchę, bez majątku ani wpływów. Zrozumie, że to była tylko młodzieńcza igraszka, nic więcej. Pomyśli, że pewnie już dawno wyszła za mąż za kogoś z jej nizin społecznych. Nie musi wiedzieć, że w istocie tańcuje już z duszami przodków.

Potem wspomnienie wyparło inne, bardziej złowrogie. Ten sam młody mężczyzna stał w świątynnych szatach, ściskając złocony kapłański kostur w pokrytych świętymi tatuażami dłoniach. 

– Przeklinam cię, ojcze – powiedział. – Przeklinam za śmierć Niggary, za twoje serce z kamienia i monety przykrywające oczy. Przeklinam w imieniu wszystkich bogów i im oddaję twoją duszę we władanie, niech upomną się o nią, kiedy zechcą. Możesz paść przed nimi na kolana w Wieży Babel i błagać o zmiłowanie.

– Miej litość! – krzyknął Goedekoop. – Wiesz, że ciąży na mnie wyrok banicji! Nigdy nie wpuszczą mnie do środka! Ubiją jak psa przy samej bramie!

– Niech i tak będzie.

Nie musiałam widzieć więcej. Rozwiałam wizję, wracając do ludzkiej postaci. Teraz mnie i kupca otaczały pasma szarej mgły, wirujące w pustce. Nie starałam się nawet zakryć twarzy, poznał więc mnie natychmiast.

– Panienko Audrey! – chwycił rąbek mojej sukienki. Wyrwałam go, patrząc na klęczącego mężczyznę z obrzydzeniem. Skamlał jak parszywy pies, błagał o litość, nie słuchałam jednak. Spojrzałam ponad jego siwą głową na ciemne kształty, pełznące do nas we mgle.

– Wasza wola – powiedziałam, wskazując na wyjącego kupca. – Nie jest już pod moją ochroną – odwróciłam się i ruszyłam za dźwiękiem oud do domu, żegnana pełnym bólu wrzaskiem kupca.

Wyrwałam się z wizji dużo gwałtowniej, niż miałam to w zwyczaju, wracając do zmysłów między jednym taktem a drugim. Mistrz spojrzał na mnie zaskoczony i czym prędzej stłumił struny. Przez publiczność nie było to nigdy dobrze przyjęte, mogło jednak uratować życie bardowi, który uciekał z astralu ścigany przez demony.

– Niech mi Minstrel wybaczy. Właśnie zabiłam człowieka – powiedziałam, chowając twarz w dłoniach.

 

*

 

Mistrz wcisnął mi w dłonie gliniany kubek. Ostrożnie powąchałam jego zawartość. Z całą pewnością nie był to sam rumianek. Janos musiał doprawić go jakimś wyjątkowo mocnym alkoholem, traktowanym przez bardów jako lekarstwo na absolutnie wszystko. Wliczając w to brak przygotowania do koncertu, z tym że wtedy medykament należało wlać nie tylko w grającego, ale również w publiczność, najlepiej w równych proporcjach.

– Czyli miałem rację, babiloński kapłan – stwierdził mój mentor, siadając naprzeciwko mnie. Maestro łaskawie umościł się na jego kolanach, obserwując mnie bursztynowymi oczyma z pogardą. Z całą pewnością nie oceniał jednak mojego postępowania. On zawsze tak patrzył.

Pokiwałam głową, obracając w palcach triskelion. Spodziewałam się, że w każdej chwili srebro zacznie palić skórę.

– Nie bój się – powiedział Mistrz, jakby odgadując moje myśli. – Minstrel nie należy do bogów, którzy z karą zwlekają całą wieczność. Gdyby potępił to, co zrobiłaś, nie wyszłabyś żywa z astralu.

– Przecież Minstrel nie pozwala na krzywdzenie ludzi.

– Owszem. Ale to sprawiedliwy, choć bezlitosny bóg. Okrutnicy nie znajdują się już pod jego ochroną. A i nikt inny jakoś nie chciał bronić Goedekoopa.

– To może jednak lepiej było posłużyć się rytualnym sztyletem? – prychnęłam.

– Wcale nie byłoby lepiej, Audrey. Byłoby jeszcze gorzej, ale to jest właśnie druga strona medalu bycia człowiekiem mocy. To, że postąpiłaś słusznie, nie znaczy wcale, że tobie będzie teraz łatwo z tym żyć. 

 

*

 

Kunegunda była dziś słodka, że aż mdliło. Odrobiła pracę domową, przygotowana była ze wszystkiego i nawet od czasu do czasu zadawała jakieś pytania. Normalnie może i by mnie to cieszyło. Dziś jednak musiała zadowolić się oszczędnymi pochwałami z mojej strony. Zwłaszcza, że przez otwarte okno dobiegały nas dźwięki żałobnej procesji.

Dziewuszka nie ustawała jednak w wysiłkach, żeby zasłużyć sobie na moją aprobatę. Miałam podejrzenia, że nie wiązało się to ani z sympatią do mnie, ani tym bardziej do muzyki – do której przecież zmusili ją rodzice – tylko ze zwyczajną obawą, że znowu mogę obrócić dar Minstrela przeciwko niej.

– Panienko Audrey, czy to prawda, że muzycy potrafią podróżować we śnie? – zapytała, patrząc na mnie cielęcymi oczyma.

– Nie. Tylko bardowie.

– A da się tego nauczyć? – dopytywała dalej. – Bo ja to bym tak chciała chodzić sama na wszystkie bale i po pałacach…

– Nie da się i zaufaj, że byś nie chciała – odpowiedziałam, myśląc o snach, które nawiedzały mnie co noc. O Wieży Babel, której mury już zawsze będą dla mnie zbryzgane krwią.

Koniec

Komentarze

Ładnie napisane, nastrojowe, z pomysłem, z ciekawymi postaciami i twistem. Mam tylko problem z czasoprzestrzenią, bo dla mnie ten świat jest trochę kayowski, więc realistyczne nazwy nowożytnych miast jakoś mi nie pasują (ale to może być tylko moja idiosynkrazja). Przemieszanie językowe imion też mnie mało przekonuje, mimo deklarowanego kosmopolityzmu Wiednia, a już zwłaszcza imię Audrey, bardzo ładne, ale zyskujące popularność dopiero w XIX w., no i w tym brzmieniu bardzo anglosaskie, a nic nie wskazuje na takie pochodzenie bohaterki (chyba że coś przeoczyłam). Niezupełnie też lokuję to czasowo, bo jakkolwiek świat fantastyczny i alternatywny, to jednak jakaś chronologia w nim istnieje, a tu ją trudno rozpoznać, bo wyróżniki też dość przemieszane. Już chociażby Wiedeń taką pozycję, jaka tu jest sugerowana, uzyskuje dopiero w XVIII w., więc to może być dla mnie głównym powodem zamętu poznawczego ;)

Długaśny opis Babilonu w edukacyjnej wizji, że się tak wyrażę, nieco bym przycięła, zdynamizowała.

 

Drobiazgi:

 

“flisaków znad Eufratu” – jakoś mi ci flisacy nie pasują, bo to słowo bardzo mocno związane z kulturą (staro)polską i nie stosuje się go raczej nawet do analogicznych zawodów gdzie indziej (nawet pisząc po polsku), na dodatek flisacy zajmowali się w zasadzie jedynie spławem drewna, a to raczej nie główny towar na Eufracie?

 

“wybudowany jak od linijki” – drobny zgrzyt, a jeśli ten Babilon wygląda jak historyczny starożytny, to średnio pasuje

 

“śniada cera wskazywała na jeszcze odleglejsze korzenie” – po prostu odleglejsze, ew. znacznie odleglejsze? Amsterdam nie jest aż tak daleko od Wiednia

 

Mistrz i Maestro – pomysł ogólnie dobry, ale coś mi nie zagrało w pierwszym wprowadzeniu Maestra w sensie językowym, ma się wrażenie, że mowa o Mistrzu (podejrzewam, że to pewnie celowe, ale tylko mówię, że zgrzytnęło w lekturze)

 

“– Obawiam się, że jest – Mistrz westchnął ciężko.” → kropka po “jest”

 

“na Starym Kontynencie” – takie określenie dopiero po odkryciu Ameryki i w odniesieniu do niej, a tu żadnej o tym wzmianki (nie żeby była konieczna), ale w kontekście tego, że mowa jest o Europie i Azji, trochę średnio brzmi

 

“oczami olbrzymiego sfinksa” – jakoś mi sfinks w tej Mezopotamii zgrzyta, tam są te wszystkie lamassu, ale sfinks to jednak element typowy dla kultury egipskiej i greckiej

 

“Sfinks był bardzo dobrym posunięciem. Jeśli ktoś nie odpowiadał na jego pytanie, zamieniał się w kamień.” – Sfinks się zamieniał? (Niejasne składniowo.) Tu już rozumiem, po co ten sfinks, ale może jego pochodzenie z innej kultury warto podkreślić? Masz też triskelion, który jest też z innych kontekstów, i oud, więc to chyba nie problem?

 

“– Panienko Audrey!” – to już brzmi całkowicie wiktoriańsko…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Alicjo, rozumiem że lutnia na awatarze nieprzypadkowa? ;)

Fantasy, ale nie całkiem sztampowe. Pomysł dobry, wykonanie tudzież – się czyta. Może tylko wywaliłbym wstęp z Babilonem, bo (jak dla mnie), nic nie wnosi. Też przeszkadzało mi jakże słowiańskie imię Audrey, to, że Mistrz zwraca się do uczennicy per babo (strasznie antyfeministyczne są te kobiety na forum ;)). No i Minstrel, brzydzący się kłamstwa, a opiekujący się sztuką, która na tymże kłamstwie bazuje (iluzje, aktorskie “udawanie” itp). No i znowu się tym wiedźminem odbija – medalion wykrywacz magii, srebrny sztylet.

I jeszcze odrobina czepialstwa:

– “ żółto-szarej cegły” – zdaje mi się, że to się pisze bez łącznika;

– “przebijał się prze chmury” – przez;

– “w zastępstwie za Mistrza”;

– “Mistrz zdawał się mnie nie zauważyć” – zauważać;

– “magia przerażała ludzi bodaj najbardziej ze wszystkich” – ze wszystkiego;

– “przywlókł za frak do siebie” – to sformułowanie (błędnie zapisane) w ogóle tu nie pasuje;

– “żeby go potraktował osinowym kołkiem serce” – albo czegoś za dużo, albo za mało;

– “pierwszy-lepszy zaułek” – pierwszy lepszy;

– “część mojej twarz” – twarzy;

– “przysłał ich demon Zairik” – przysłał je;

– “nie wygrałbym pojedynku” – wygrałabym;

– “za kogoś z jej nizin społecznych” – nieładnie to brzmi. 

 

W sumie – dość ciekawe, dobrze napisane opko (acz – bez fajerwerków).

Miejsce na Twoją reklamę!

Nie można zaczynać zdania od "mi", to błąd, na początku zawsze "mnie". I to właściwie mój jedyny zarzut. Bo czytało się cudnie. Efektowny, pobudzający wyobraźnię początek z cliffhangerem. Dobra proporcja opisu i akcji. Intrygujące, niebanalne realia – choć więcej konsekwencji, jak zauważyła Drakaina w przypadku imion, nie zaszkodziłoby. Wyjątkowo przyjemna lektura :) Zgłaszam do biblioteki.

​​edytka: Z tym imieniem, to jednak Staruch :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Cobold – to jest akurat grafika z okładki mojego zbiorku opowiadań i przedstawia Audrey. A sama jestem lutnistką, więc zaczęłam pisać o bardach :)

Tak właśnie myślałem. Witam fantazmatyczną koleżankę na portalu!

Świetnie napisane, stylem przebogatym, ale jednocześnie lekkim i niewymuszonym. Znać kawał talentu! 

Sama historia dość prosta, ale świat i bohaterowie – znakomici. Myślę nawet, że większa złożoność fabuły utrudniłaby tak gładkie wsiąknięcie czytelnika w rzeczywistość i cieszenie się jej bogactwem. Okej, opisy Babilonu trochę się dłużyły. Ale tylko trochę, bo jak najbardziej pasowały do rytmu opowieści.

Bardzo dobry tekst! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ogromnie podoba mi się pomysł na magię, na jej związek z muzyką z jednej, a z religią z drugiej strony. Jest twórczy i daje duże możliwości rozwijania – chętnie bym przeczytała więcej w tym świecie. Opowiadanie generalnie jest u mnie osobiście w czołówce tu przeczytanych, mimo drobnych zastrzeżeń (miszmasz językowo-nazewniczy to główne z nich).

Pytanie, które mam, nie ma bynajmniej podważać wartości tekstu, w ogóle nie jest postulatem pt. “zmień to, autorko”, raczej zachętą do dyskusji, ale mnie dręczy od momentu przeczytania. Czy Audrey nie za łatwo przychodzi decyzja o porzuceniu Goedekoopa i nie za mało potem ma kłopotów sama ze sobą? Znała go długo, lubiła, było jej przykro, że choruje, zaryzykowała dla niego wszystko. Dowiedziała się – jeśli dobrze rozumiem – że nakazał pozbycie się (w efekcie – zabicie) nieodpowiedniej, swoim zdaniem, ukochanej swego syna tylko za to, że była z niższych sfer. W tym momencie z podopiecznego i osoby obdarzonej sympatią zamienia się w sekundzie w odczłowieczoną istotę (”Skamlał jak parszywy pies”). Rozumiem, że bohaterka podjęła taką decyzję, nawet mogę zgadywać jej motywy – ale miałam trochę, jako czytelniczka, wrażenie, że chyba troszeńkę za bardzo, jak dla mnie, to po niej spłynęło.

Nie chciałabym jednak, żeby moje wątpliwości były odebrane jako sensu stricto krytyka czy wytykanie błędu – decyzja o takim rozwiązaniu sprawy nie jest przecież żadnym błędem w konstrukcji tekstu czy omyłką, tylko autorską decyzją. W sumie bardzo się cieszę, że tekst przeczytany na forum “uczepił się” mnie na tyle, że myślę od jego treści i problemie od paru godzin. Gratuluję autorce z całego serca. 

Bardzo dobry tekst.

Pomysł oryginalny – i na świat, i na misję bohaterki.

Czytałam z zainteresowaniem, naprawdę zaciekawiło mnie, czy uda im się zwalczyć klątwę.

Postacie ciekawe, zróżnicowane, mają swoje historie (ta scenka na uniwerku bardzo smakowita).

Legenda wyrazista, pomysł, żeby wykorzystać tę wieżę również świetny. Chociaż elementu “jestem” mi zabrakło.

Plus za egzotykę.

Wykonanie też niczego sobie, tylko gdzieś mi mignęła jakaś literówka.

Powodzenia w konkursie.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z dużą przyjemnością i cóż chyba pozostaje mi się jedynie podpisać pod innymi komentarzami – ​świetny pomysł, dobrze nakreśleni bohaterowie, plastyczny język… Trudno mi się doszukiwać w Twoim tekście jakichkolwiek minusów. Masz lekkie pióro i silny warsztat, potrafisz zainteresować czytelnika. Poza tym bardzo mi się spodobał motyw wieży Babel. 

Klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

Przepraszam, że odpowiadam dopiero teraz, do tego zbiorczo :) Bardzo dziękuję za Wasze uwagi! Cieszę się, że tekst się podobał. Znalezione przez Was potknięcia zapisuję sobie w oddzielnym pliku, bo teraz tekst już poszedł na konkurs i chyba nie powinnam go edytować. Będę na to uważać w kolejnych opowiadaniach.

Co do Audrey i pewnych niewyjaśnionych w tekście spraw… Po raz kolejny łapię się na tym, że w swoich samodzielnych opowiadaniach wspominam o czymś, co wyjaśniłam w książce o bardach, zapominając, że jednak nie każdy czytelnik opowiadania ją czytał. Mam nadzieję, że bardzo nie zakłóciło to lektury, postaram się na przyszłość bardziej pilnować ;)

Alicja, z tego, co się orientuję to możesz tekst spokojnie poprawiać do pierwszego maja :)

O, i nie naruszam wtedy regulaminu? No to fajnie, w weekend pewnie złapię chwilę, to poprawię :)

Tak, możesz poprawiać i prawie wszyscy startujący to robią, więc się nie krępuj. Dopiero pierwszego maja o północy odkładamy długopisy.

Babska logika rządzi!

Nawiązując do wypowiedzi ninedin – mam troszkę podobnie, choć z opóźnionym zapłonem, ale za pierwszą lekturą muzyka mnie urzekła na tyle, że napisałam tylko o tych bardziej “zewnętrznych” cechach opowieści. Po namyśle i powtórnej lekturze mam podobne odczucia – że Audrey trochę za łatwo przychodzi ocena i decyzja, zwłaszcza skoro lubiła kupca i znała go jako dobrego człowieka. Scena, w której dowiadujemy się o przyczynie klątwy, jest bardzo na dodatek Audrey wysłuchuje tylko jednej strony, a podejmuje decyzję natychmiast, bez wahania. To efektowne, przyznaję, bo i mnie uwiodła narracja, ale w czytelniczym powidoku trochę tak się nieswojo robi, że ona nie ma po tym wszystkim żadnych wątpliwości poza taką, że zrobiła coś, co może nie przypaść do gustu bóstwu. “nikt inny jakoś nie chciał bronić Goedekoopa“ – trochę nikt nie miał w tej sytuacji szansy…

Opowiadanie nadal jest bardzo ładne, ale jeśli to ma być powracająca pozytywna bohaterka, to może ta kwestia jej motywacji i reakcji jest warta przemyślenia?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Miałam taki zamysł, że skoro żaden inny bóg nie stanął w jego obronie, to dla Audrey sytuacja jest jasna. Poza tym dziewczyna jest przemęczona i zdenerwowana, więc impulsywna reakcja wydawała mi się na miejscu, a przemyślenia przychodzą dopiero na jawie, jak zdaje sobie sprawę, co zrobiła…

Ale właśnie tych przemyśleń na jawie jest za mało – ona nie ma żadnych rozterek w związku z tym, że pod wpływem kilku zdań zadziałała impulsywnie wobec człowieka, którego uważała za przyjaciela.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przecież co noc śnią jej się koszmary na ten temat, więc przeżywa.

Babska logika rządzi!

Hmm. Jak dla mnie to trochę zbyt ogólne na to, że jest to wrażliwa dziewczyna, pozytywna bohaterka, która wedle wcześniejszych informacji naprawdę lubiła człowieka, którego zabiła. Ona ma problem, bo zabiła w sensie ogólnym (oraz że to wbrew nakazom jej bóstwa), a nie z powodu tego, że dotyczy to konkretnej osoby, niegdyś jej bliskiej. Nie jestem oczywiście psychologiem, ale mam wrażenie, że to powinno dokładać się do traumy. Także ta kwestia jego winy itd. Czy naprawdę po kilkunastu latach znajomości z kimś, kogo uważa się za dobrego człowieka, jedna informacja o jego uczynku z przeszłości jest w stanie tak całkowicie zmienić zdanie o nim, że przestaje być postrzegany jako człowiek i zapomina się o nim? Na dodatek w świecie, gdzie historie o wpływowych ojcach usuwających niewygodne ukochane synów raczej nie były niczym bardzo wyjątkowym (bo nic na to nie wskazuje), ona zbyt “nowocześnie” uznaje to za zbrodnię nie do wybaczenia i skreśla Goedekoopa, bo w jego kwestii nie ma żadnych rozterek.

Klątwa może być nie do zdjęcia bez przebaczenia tego, kto ją rzucił (w sumie ten syn też jest niezbyt miłym kolesiem…), bez przebaczenia bogów itd., to kwestia magii i świata i tu się absolutnie nie czepiam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A sama jestem lutnistką, więc zaczęłam pisać o bardach :)

O rany, a można Cię gdzieś posłuchać? Count uwielbia lutnie – to prawdziwie hrabiowski instrument ;D

 

Skoro już wpadłem, to i przeczytałem opowiadanie. Generalnie – fajne. Na pewno plus za opisy, bohaterów, immersję, no i śliczny warsztat, dzięki któremu przez tekst się mknie.

Wady? Z pewnością fabuła. No, nie postarałaś się zaskoczyć jakimś nietuzinkowym pomysłem, po prostu osadziłaś opętanie w egzotycznej scenerii. Kwestia tworzenia wizji też nowatorska nie jest.

Początek, ten o wieży Babel, trochę przekombinowany, za jaja nie chwyta. Przydałoby się trochę prostszego języka i, no cóż, jakiś hak.

Trochę nie pasowało mi, jak wiele wiedzy dziewczyna pochłonęła w stosunkowo krótkim czasie – kilku dni? A nauczyła się faktury każdej cegły w Babilonie? Rozumiem, że kujonka, ale to już level unhuman :D

Nieco brakuje mi też dramaturgii w końcówce. Lubiła tego kupca, a w ostatnich akapitach stwierdza po prostu fakt, że zabiła i tyle. Nie czuć emocjonalności tego zajścia.

No i wisienka – zwrot “babo”. Okropne, dlaczego on jest dla niej taki niemiły, a jej to wisi? :(

 

Aha, jeszcze słowo odnośnie tytułu… super.

 

Dobra – wyszło, że narzekam na wiele elementów, jednak nastrojowość tego opowiadania, muzyka i piach całkiem skutecznie wynagrodziły mi wspomniane słabostki. Stawiam hrabiowski stempel jakości.

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag extra:

– Nie odzyskał trzeźwości umysłu ani na moment? – zapytał Mistrz, biorąc chorego za puls.

Pewnie byś się wybroniła korzystając ze słownika PWN, niemniej to “branie za puls” brzmi moim zdaniem strasznie kolokwialnie. I w ogóle nieprawidłowo :/

Ja w starym bibliotekarzu chyba trochę mniejszy.

Eee…

Ona w starym bibliotekarzu?

A nie na odwrót? XD

I co było mniejsze? XD

Czegoś w tym zdaniu najwyraźniej nie rozumiem…

Mistrz po prostu znalazłby mnie, gdziekolwiek bym się ukryła, i przywlókł za frak do siebie

“za fraki”? A może Audrey rzeczywiście chodziła we fraku? Hmm…

żeby go potraktował osinowym kołkiem serce albo czymś ciężkim w łeb i po sprawie.

“W” się zapodziało :)

I szybko przekonałam się, dlaczego.

Dosyć szybko Mistrz kazał mi stworzyć samodzielną wizję

Powtórzenie

Z nim zapewne nie wygrałbym pojedynku.

Oho, coś ją zmaskulinizowało ni stąd, ni zowąd :D

Owszem. Ale to sprawiedliwy, choć bezlitosny bóg.

Chyba bez “ale” to zdanie lepiej by się prezentowało…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Podoba mi się niebanalny pomysł i porządne opisanie całej historii, miejscami może nieco przegadanej, jednakowoż zajmującej i nietuzinkowej. W zasadzie niewiele mam do dodania ponad to, co już napisali wcześniej komentujący – dołączam więc do grona chwalących, ale też podzielam zastrzeżenia wyrażone w uwagach odnoszących się do zakończenia opowiadania.

 

– Chyba od­kry­łam w sobie ta­lent na­uczy­ciel­ski – przy­su­nę­łam sto­łek i usia­dłam obok. –>

– Chyba od­kry­łam w sobie ta­lent na­uczy­ciel­ski. – Przy­su­nę­łam sto­łek i usia­dłam obok.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Skoł­tu­nio­na broda za­kry­wa­ła wy­krzy­wio­ną od cier­pie­nia, za­pad­nię­tą twarz. –> Skoro broda zakrywała twarz, to skąd wiadomo, że była wykrzywiona i zapadnięta?

 

Mistrz po pro­stu zna­la­zł­by mnie, gdzie­kol­wiek bym się ukry­ła, i przy­wlókł za frak do sie­bie. –> Można kogoś złapać za fraki i np. wyrzucić z jakiegoś pomieszczenia, ale nie można nikogo przywlec za frak do siebie.

 

Po obej­rze­niu ob­ra­zów pędz­la zna­ko­mi­tych ar­ty­stów mi ów kolor sko­ja­rzył się… –> Po obej­rze­niu ob­ra­zów pędz­la zna­ko­mi­tych ar­ty­stów, mnie ów kolor sko­ja­rzył się

 

Spod łuków skle­pie­nia są­czy­ło się de­li­kat­ne, przy­jem­ne dla oczu świa­tło. A w jego bla­sku dało się do­strzec setki re­ga­łów z książ­ka­mi… –> Skoro światło było delikatne, raczej nie można mówić o blasku.

Za SJP PWN: blask  1. «jaskrawe, mocne światło; też: połysk, światło odbite»

 

Prace nad stwo­rze­niem do­sko­na­łej ilu­zji Ba­bi­lo­nu wy­ma­ga­ły znacz­nie wię­cej pracy i za­an­ga­żo­wa­nia… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

I szyb­ko prze­ko­na­łam się, dla­cze­go.

Dosyć szyb­ko Mistrz kazał mi stwo­rzyć sa­mo­dziel­ną wizję… –> Powtórzenie.

 

Chwi­lę póź­niej za­pa­da­ła wy­peł­nio­na bólem ciem­ność. Po tym wy­bu­dzi­łam się z transu obo­la­ła… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­grą­ża­ją­cym się w tran­sie ciele, prze­no­sząc moją świa­do­mość do astra­lu. Kiedy inny bard po­ma­gał przy wej­ściu w trans… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Ob­rzu­ci­li mnie peł­ny­mi sza­cun­ku spoj­rze­nia­mi i prze­pu­ści­li bez mruk­nię­cia. –> A dlaczego mieliby mruczeć?

Podejrzewam, że miało być: …i prze­pu­ści­li bez mrug­nię­cia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawa sceneria – taki nasz świat z mocnymi elementami magicznymi. Jednak pewne jego elementy mocno grają na moim zawieszeniu niewiary. Choćby sam Wiedeń – czy jest tym samym miastem, co u nas, czy innym (tu wyraźnie czuję, że to zaledwie fragment jakiegoś większego wymyślonego świata)? Myślenie bohaterki raczej XX wieczne niż przywodzące na myśl czasy przeszłe (dobrze to wypunktowała Draikana), także łatwe rzucenie kupca na pożarcie wizji. Zawieszenie niewiary wytrzymało w każdym z przypadków, ale niekiedy było o włos.

Historia prosta, ale ma swój urok.

Język tekstu jednak jest przyjemny, toteż wsiąkłem w wizję łatwo i gdyby nie wymienione wyżej elementy, przeszedłbym gładko przez całość.

Podsumowując: bardzo fajny pomysł na zarys uniwersum, choć dla mnie nie zaszkodziłoby go jeszcze czymś uszczegółowić. Trochę też mi chrzęści charakter bohaterki. Jednak koniec końców uznaję ten koncert fajerwerków za satysfakcjonujący.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A ja nie jestem zachwycona. Dla mnie to jest niespójne: dziewczyna w bardzo krótkim czasie poznaje obce jej miasto i język, żeby uratować przyjaciela, narażając przy tym własne życie, a kiedy słyszy jeden (!) powód, przez który został obrzucony klątwą, porzuca go na pewną śmierć. Naprawdę?

Ale czytało mi się całkiem nieźle :)

Anet – w punkt. Streściłaś wszystko, co usiłowałam napisać znacznie bardziej rozwlekle.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Marudzicie. Odniosłam wrażenie, że to nie przyjaciel, tylko znajomy. No i najpierw facet polazł do wieży, mimo wyraźnego zakazu przewodniczki, tym samym ryzykując jej życie. Każdy by się wkurzył.

Babska logika rządzi!

 Tak, w streszczeniach jestem niezła ;)

Finkla – przewodniczka sama tam polazła i ryzykowała życiem od samego początku. Zrobiła to dla zwykłego znajomego? Ok, ale wiemy też, że go lubiła, przejęła się tym, że umiera. Ale to też ok. Miała inny powód: chciała uniknąć walki z upiorem. A, nie, przecież ostatecznie okazuje się, że walczyłby z nim ktoś inny. Hmmm… No nie, to się po prostu nie klei.

I pozostaje druga zupełnie już niewiarygodna dla mnie kwestia poznania miasta i nauki obcego języka w bardzo krótkim (ile? dwa dni?) czasie. Nie i nie.

Ludziom zdarza się ryzykować życiem nawet dla nieznajomych. Fajnie jest zostać bohaterem. Strażacy robią to codziennie. Ale nawet oni wycofują się, kiedy zagrożenie jest zbyt duże. Dziewczyna wyruszyła, ale wiedziała, że do samej wieży nie wolno im wchodzić. A kupiec właśnie tam się pchał. Sam był sobie winien. Można próbować kogoś ratować, ale jeśli to poważnie zagraża mojemu życiu i właśnie dowiaduję się, że facet jedną kobietę już zabił… To wydaje mi się poważnym argumentem w tych okolicznościach.

Poznanie miasta – owszem, to jest niewiarygodne.

Babska logika rządzi!

Ja nawet nie mam (wielkiego) problemu z tą jej impulsywną reakcją. Ale z tym, że potem jej to, co tak w punkt ujęła Anet, nie gryzie, to już tak. Bo jej nie gryzie to, tylko ogólniki.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

Rozważ trzy gwiazdki zamiast jednej, jak w Fantazmatach (Alicjo J.?;>).

przebijał się prze chmury, jakby

Przecież to dosyć rzadka religia w tych stronach… – sStrząsnęłam z kolan obrażonego kocura.

że lekturę zadał mi wyłącznie(+,) by uchronić mnie przed nudą.

przekręcił kurek w zasilanej eterem lampce. ← wydaje mi się, że za dużo podkreślasz to zasilanie eterem, a imo już tutaj, gdy kolejny raz mówisz o tej lampie, na pewno nie trzeba określać, czym jest zasilana

– Założymy się? – tTym razem to ja podeszłam bliżej

– Odpowiedz! – nNie spuszczałam Goedekoopa

Nie jest już pod moją ochroną(+.) – oOdwróciłam się i ruszyłam

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Piękna sceneria, barwne opisy Babilonu i wieży pobudzają wyobraźnię.

Podobnie jak Finkla, nie dostrzegam zbyt wyraźnie elementu “jestem” z hasła konkursowego. Gdyby tak na koniec wieżę Babel i okolicznych mieszkańców spotkała zagłada za sprawą pewnego upiora, wówczas jedynym sposobem, aby ujrzeć Babel w pełni chwały, byłaby podróż w wyobraźni Audrey.

Powodzenia w konkursie. :)

Taka baśniowa Incepecja. ;)

Rozumiem nominację Finkli, w sumie trafiłem tutaj właśnie dzięki niej, dużo tych opowiadań.

Najbardziej podobał mi się początek, rozpoczęcie opowieści, opisy Babilonu, zawiązanie tajemnicy i klątwy. Mnie także urzekły barwne opisy, poczułem się, jak w baśni.

Niestety im dalej, tym słabsze wrażenia. Szybka nauka dziewczyny, naraża swoje życie tak z marszu praktycznie, a porzucenie ratowanego zupełnie wygasiło mój zapał. Brzmi prawie jak foch, dobrze, niech będzie nieprzemyślane. ;)

Ciekawe opowiadanie, ma swój klimat, powiedziałbym oryginalny. Szkoda, że fabuła z upływem czasu traci impet.

W serii Petera W. Bretta bardowie walczą z otchłańcami, był jeszcze Jaskier oczywiście, ale jeżeli grasz na lutni to jesteś jak najbardziej u siebie ;)

Pomysł niebanalny (ile to można czytać o magicznych mieczach). Fajnie napisane, bez większych błędów (a na mniejsze nie zwracam uwagi – ​to Ci Naz wytknie). Całkiem wciągające opowiadanie. Mnie początkowo bardziej ten Babel przeszkadzał, ale w wersji alternatywnej jak najbardziej ok. Audrey jako magiczny minstrel mogła wiedzę wchłaniać szybciej. A jako pozytywny bohater z czarno/białym podejściem do życia z czystym sumieniem mogła zostawić przeklętego na pewną śmierć, wiedząc za co został przeklęty. Interesujące opowiadanie ;)

 

Alicjo, jak będziesz, wprowadź poprawki Reg i moje ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Co oznaczało dla mnie lekturę możliwie jak największej ilości książek

Liczby książek.

 

Bardzo ciekawy motyw fantastyczny wybrałaś z tymi bardami i magią Minstrela. Uczynienie z muzyków architektów całych światów to pomysł, który powinien przeistoczyć się w znakomity tekst, wszak warsztat na poziomie już jest. Nie wydaje mi się jednak, aby wszystko poszło zgodnie z planem. Opowiadanie błyszczy koncepcją, ale niedomaga na paru innych polach.

Jak dla mnie, przede wszystkim jest zbyt statycznie. Klimat upalnego, majestatycznego Babilonu został oddany fajnie, ale owe wrażenia zostały dozowane – nie chcę powiedzieć, że nierozsądnie – ale w dość niestrawnej proporcji. Szczegółowość detali w opisie miasta z końcówki wprowadzała znużenie, a przecież to moment, kiedy historia zmierza ku finałowi i powinno dziać się więcej i intensywniej. Bardziej podobała mi się pierwsza część, taka trochę dochodzeniowa, gdy postaci dociekały, co i dlaczego zaszło. Ich argumentacja sprawiała wrażenie logicznej, jakby kierowali się faktycznymi prawidłami, jak tacy magiczni lekarze podczas diagnozowania. Podobał mi się ten motyw. O ile jednak klimat Babilonu oddano świetnie, tak klimatu Wiednia w ogóle nie poczułem. Odnoszę wrażenie, że gdyby zmienić miejsce akcji na dowolnie inne, żadna szkoda dla tekstu by nie zaszła.

Mistrz wypadł wiarygodnie, wraz ze swoim kocurem wzbudzili moją sympatię. Nie udało się tego dokonać głównej bohaterce, która, jak dla mnie, wypadła zbyt idealnie; ta jej buńczuczność też wygląda na przerysowaną. Jedyna pociecha, że nie nazywa się Mary. ;)

Nie rozumiem, dlaczego Audrey tak bardzo zależało na ocaleniu kupca. Nie wyłapałem, aby byli jakkolwiek powiązani, natomiast podkreślaną motywacją było, że jeśli dziadek umrze, to zamieni się w demona i zamorduje kilka osób. Co to Audrey obchodzi? Chyba że to znów przejaw idealizmu, tym razem jej charakteru. Abstrahując jednak od jej pobudek, nie zrozumiałem zakończenia. Celem całego tego misternego przedsięwzięcia było ocalenie kupca od klątwy, by się nie przemienił i nie mordował. A bohaterka wesoło pozwoliła go zamordować po tym, jak dowiedziała się, kto i za co nieszczęśnika przeklął. Czyż nie doprowadziła tym do tego, czemu chciała zapobiec?

Z drobiazgów technicznych uwierało mi nadużywanie słowa “jednak”. Policzyłem, że w tekście pojawia się aż 41 razy.

Pozdrawiam!

Podobało mi się bardziej niż opowiadanie z “Fantazmatów”, choć to w tamtym pierwszy raz zetknąłem się z Twoim, jakże ciekawym, pomysłem na magię bardów. Teraz już wiedziałem czego się spodziewać, ale za to sam quest jest bardziej oryginalny i spójny, choć nadal nie mogę się pozbyć wrażenia wprowadzania przez Ciebie pewnych zasad rządzących światem ad hoc, bez głębszego uzasadnienia i umocowania w tekście. Przykładowo: nieprzekonywująco brzmi dla mnie tłumaczenie, uzasadniające konieczność wykreowania Babilonu przez samą Audrey – poszczególne zdania tego akapitu są logiczne, ale ich efekt sprowadza się do tego, że nowicjuszka ma większą moc niż Mistrz. Podobnie niespójny wydaje mi się pomysł z zakazem wejścia do wieży – pojawia się nagle w ustach Mistrza, a szczegółowe reguły nie są do końca jasne. Mamy po kolei: nie możecie wejść, to znaczy ty możesz, tylko nie wolno ci wprowadzić kupca, ale w sumie to on sam też nie może wejść. No i kuleje koncept upiora, którego powstania za wszelką cenę trzeba uniknąć, choć ostatecznie bohaterka (a może autorka?) o nim zapomina.

Technicznie: całkiem przyjemnie i bogato, choć zdarzają się powtórzenia i pomylone podmioty domyślne. Razi kilka anachronizmów np. ta “linijka” (”liniał” kupiłbym bez mrugnięcia okiem) i błędów w rodzaju “poddani państw” (obywatele państw lub poddani władców).

Podsumowując: ładne opowiadanie, w bardzo ciekawym świecie, z dobrym pomysłem, ale niedogranymi szczegółami. Na piórko za mało, ale chętnie przeczytam kolejne Twoje teksty z tej serii.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Światotwórstwo i uniwersum, choć nie są mocno tutaj zarysowane, są najmocniejszą stroną tekstu. Magia bardów i bohaterowie przedstawieni są interesująco, podobnie jak ich motywacje. Z lekka szwankują motywy, pokroju nauczenia się całego miasta w kilka dni przez uczennicę czy XX wieczne zachowanie tejże w świecie mocno renesansowym.

Najmocniej chrzęści końcówka, która przeczy tylu poświęceniom postaci i ich motywacjom. Szkoda, bo do tego momentu historia szła w miarę dobrze.

Dlatego koniec końców jestem na NIE. Tekst definitywnie biblioteczny, ale na piórko jeszcze nie. Idzie jednak w dobrą stronę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

„Babel z moich snów” czytało mi się niezwykle przyjemnie, przede wszystkim dzięki Twoim umiejętnościom malowania słowem i ciekawej wizji poprowadzonej z pomysłem. Zrobiłaś mi apetyt na kolejną historię w tym magiczno-muzycznym świecie.

Sama fabuła niestety do końca mnie nie przekonała. Ogólnie wszystko wydaje się ok, ale chyba zabrakło jakiegoś większego zaskoczenia, zwrotu akcji czy wyjątkowego pomysłu na zakończenie.

Ale wiesz co? Z jakiegoś powodu nie przeszkodziło mi to w czerpaniu czystej przyjemności z lektury. Sam opis Babilonu, przedstawienie bohaterki wznoszącej wizję (razem z jej emocjami) i wiarygodne pokazanie samego procesu kreacji… tak, to jest to, czym mnie kupiłaś. Pisz dalej w ten sposób, bo naprawdę widać tu potencjał.

 

Duszę kupca oplatały ciasno ciemne pasma mgły…

Dla mnie – przez „ciasno ciemne” ustawione obok siebie – zdanie brzmi niezręcznie. Może lepiej byłoby np. pozbyć się „ciasno”.

 

Jeszcze mała uwaga warsztatowa: mam wrażenie, że nadużywasz „mnie” – tekst jest wypełniony tym zaimkiem, przez co czasem zdarzają się niepotrzebne nagromadzenia. Na przykład:

 

Mnie zaczęto szkolić w tym o wiele za późno, co oznaczało, że nie posiadałam w pełni wykształconych osłon umysłu. Nie zawsze potrafiłam przez to należycie go bronić, ale z drugiej strony mogłam w transie komunikować się z ludźmi pozbawionymi magicznego daru. Mój mentor musiał więc przygotować mnie do tego zadania najlepiej, jak potrafił. Co oznaczało dla mnie lekturę możliwie jak największej ilości książek i przeglądanie dziesiątek rycin. Na widok sterty materiałów do przestudiowania, z którą to zostawił mnie Mistrz, robiło mi się słabo. Czekał mnie ciężki dzień.

Wzniesiony z szaro-żółtej cegły, wybudowany jak od linijki, drący niebo dziesiątkami wież

Biorąc kontekst Twojego opowiadania, a wieża Babel wciąż stoi, więc w mieście nie stoją wieże. Jak już, to zigguraty. A jeżeli iść chronologią z Wiedniem, no to mogłoby stać sporo minaretów. Ale czy na pewno? Nie łapię trochę Twojego światotwórstwa, ponieważ na przestrzeni tego opowiadania jest trochę okresów historycznych pomieszanych równo. Drakaina zwróciła uwagę na Wiedeń, a ja na Bliski Wschód – ciut taki groch z kapustą ;) No i devy. Devy są bardziej związane z kręgiem środkowowschodnim – Indie i Iran. Podejrzewam, że chodziło Ci o irańską wersję, bo są złe, ale i tak mi jakoś nie pasuje. Pojawia się sfinks, a mogłoby być bardziej lokalnie – np. lammasu ;)

Pomysł z magią – świetny, bardzo mi się podoba. Ujęłaś mnie szalenie tym wątkiem. Coś pięknego i z przyjemnością poczytałabym coś więcej :)

Mnie nie przekonało. 

Dla mnie to jest niespójne: dziewczyna w bardzo krótkim czasie poznaje obce jej miasto i język, żeby uratować przyjaciela, narażając przy tym własne życie, a kiedy słyszy jeden (!) powód, przez który został obrzucony klątwą, porzuca go na pewną śmierć. Naprawdę?

W sumie mógłbym się po tym podpisać. Zupełnie nie kupuję nauczenia się na pamięć całego miasta. 

Brakuje mi w tym tekście napięcia. Niezbyt obchodziły mnie losy bohaterki, wszystko jakoś przeszło bokiem. 

Mam wrażenie, że to opowiadanie z jakiejś serii (co potwierdzają komentarze). Znana bohaterka dostaje zadanie do wykonania. Zadanie niezbyt oryginalne i w sumie też niezbyt dla mnie zrozumiałe. Możliwe, że za dużo tu magii i demonów, a za mało psychologii. Po prostu nie wierzę w tę historię, widzę, że to wszystko fikcja – a sztuka pisania polega między innymi na tym, by czytelnik na chwilę uwierzył, że bohaterowie żyją. 

Napisane przyzwoicie. 

Hej.

Podsunęłaś mi ciężki orzech do zgryzienia, a Władza nie lubi, kiedy bolą ją zęby.^^

 

Opowiadanie jest dobre – to na pewno. Nawet więcej niż dobre. Ale czy AŻ TAK dobre? Hmmm…

Znalazłby się kilka błędów stylistycznych, powtórzeń i innych baboli (z “łapaniem za puls” na czele), ale przy tym nie były owe cudeńka na tyle uciążliwe, by jakoś znacząco wpłynąć na odbiór tekstu.

Do czego jeszcze mógłbym się przyczepić – a do czego się nie przyczepię, bo to zupełnie nie moja sprawa – to wręcz życzeniowe nawiązanie do tematu przewodniego konkursu, w ramach którego zamieściłaś opowiadanie. Ale poza tym – no cóż; chyba nic, co by mi faktycznie przeszkadzało.

Na początku przestraszyłem się, że uciekniesz z czasem i miejscem akcji z malowniczego Babilonu wieków przebogatych w historie, których chce się słuchać, do unijnej Austrii, co byłoby przykre, nudne i oszukańcze – osobiście zdecydowanie wolę, kiedy autor zabiera mnie do świata, którego nie mam możliwości poznać w realu. Na szczęście Ty zatrzymałaś się gdzieś w połowie drogi; w Wiedniu niedopowiedzianym, magicznym, innym. Jeśli chodzi o czas, to stawiałbym na XIX, może koniec XVIII wieku, więc jakby bliżej niż dalej, ale w ostatecznym rozrachunku opowieść dzieje się w świecie równie fascynującym, a przy tym nie mniej mi obcym niż starożytny Babilon. I to jest naprawdę fajne. Szczególnie, że wykreowane zręcznie i przekonująco.

Sama historia – choć będąca w gruncie rzeczy tylko kolejną wariacją dosyć zgranego już motywu “Ucznia czarnoksiężnika” – również wypada sympatycznie. Chyba głównie za sprawą bohaterki i jej typowo młodzieńczej… filuterności. Co prawda nie zawsze wychodzi to tak śmiesznie, lekko i interesująco, jak by się chciało – choć to może kwestia grania na kolejnym zgranym motywie, co samo w sobie wymaga wirtuozerii z wyższej półki – ale z pewnością przydaje opowieści nieco smaku, a przy tym ożywia i ładnie ubarwia narrację, co z kolei ma niebagatelny wpływ na to, jak opowiadanie zasysa czytelnika.

Z tym kotem jednak trochę przedobrzyłaś – kolejny rasowy wręcz motyw, który nie wprowadza nic oryginalnego do opowieści i nie wyróżnia jej na tle innych historii z sierściuchem w tle, a przy tym w którymś momencie zaczyna powoli nużyć. A może i wręcz rozczarowywać, bo kot czarodzieja już sam w sobie ma znacznie większy potencjał niż rola figuranta, do dzieł którego można przyrównać kolor cegieł.

Nie do końca przekonuje też relacja bardów (i w ogóle ludzi) z bogami. Fajne – przynajmniej na papierze – są takie niemal bezpośrednie kontakty z wyższymi bytami, ale sami bogowie wypadają trochę naiwnie, skoro za pomocą prostej formułki i dobrze dobranych słów można ich właściwie okłamać, i to po części za ich przyzwoleniem. Niby ma to wszystko uzasadnienie, ale szyte zbyt grubymi nićmi, by jednak nie budzić dysonansu.

Finał, moim zdaniem, zdecydowanie na plus. Co prawda wolałbym, żeby gość miał na sumieniu coś cięższego niż bycie zwykłym kutasiarzem, tak, by decyzja “baby” (dlaczego “baba”, tak swoją drogą? Nie ma to tu wydźwięku humorystycznego, a w każdej innej koncepcji brzmi raczej ordynarnie) była jakoś mocniej umotywowana, bardziej wiarygodna. Z drugiej strony czego chcieć więcej niż zabójstwo niedoszłej synowej? Tak czy inaczej podobało mi się, że nie poszłaś i tutaj w ckliwą sztampę.

Plusy jeszcze za – przynajmniej moim, laickim okiem – znajomość tematów, z którymi postanowiłaś się zmierzyć (Babilon, Wieża, aspekty muzyczne) i ogólnie przyjemny styl.

Generalnie, jest po prostu fajnie. Miałem naprawdę sporo przyjemności z czytania, za co dziękuję. Nie mogę jednak powiedzieć, że tekst wyrwał mnie z kapciów. A to jest efekt, koniec końców, niezbędny, bym mógł uczciwie klepnąć piórko.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ujął mnie świat – tajemniczy bardowie z czarodziejską mocą. Szkoda, że nie wyjaśniasz więcej.

Przeniosłaś mnie pod wieżę Babel. Duża imersja, nietypowe, egzotyczne otoczenie. Być może po części dlatego, że mam słabość do tego mitu. Co by było, gdyby nikt języków nie pomieszał, a budowa została ukończona?

Byłam na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Spodobało mi się, lubię motywy kreowania sztucznych światów. Przyjemne fantasy z bohaterami, których da się polubić. Jakiś czas temu czytałem tekst fantazmatowy, więc trochę wiedziałem już, jakiego rodzaju magii się spodziewać. Nie do końca ogarnąłem tylko tego motywu z zamianą w demona i w jaki sposób zabicie kupca zdjęło klątwę.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nowa Fantastyka