- Opowiadanie: drakaina - Kroki komandora

Kroki komandora

Opowiadanie oparte na prawdziwej historii.

Należy do uniwersum, w którym napisałam już kilka krótszych i dłuższych tekstów i zamierzam pisać ich znacznie więcej, rozrzuconych po sporym okresie od końca XVIII w. po drugą połowę wieku XIX; część z nich będę wrzucać do poczekalni lub na betalistę.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kroki komandora

Plac Vendôme nagle skurczył się do rozmiarów celi w tulońskim bagne. Hrabia de Sainte-Hélène – jakiegoż dodatkowego znaczenia nabrał dwa lata temu jego tytuł! – nie słyszał już doboszy ani równego kroku maszerujących za nim żołnierzy. Nie widział gapiów zgromadzonych wzdłuż ulicy, jak zawsze podczas wojskowych rewii. Nie myślał o tym, że wieczorem miał jeść kolację z ministrami w Tuileries, a może nawet uciąć krótką pogawędkę z Jego Królewską Mością. Na całym świecie istniała teraz tylko jedna twarz, jeden człowiek, którego miał nadzieję już nigdy w życiu nie oglądać.

Gdyby chciał być ze sobą całkiem uczciwy, powinien powiedzieć, że nawet zapomniał o jego istnieniu. A teraz nagle znalazł się znów w Tulonie, jak dwadzieścia lat temu.

Usiłował na niego nie patrzeć, ale tamten stał nieruchomo w tłumie niczym upiorny posąg, domagający się piekielnej kolacji. Widział tę scenę, która nie przestawała go prześladować, w gandawskiej operze dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy pojawił się w otoczeniu wygnanego króla. Potworny kamienny kolos, przyjmujący zaproszenie po to tylko, by zaciągnąć swą ofiarę do piekła. Uniósł wzrok i wydało mu się, że na kolumnie stoi znów figura przeklętego uzurpatora, naigrawając się z niego.

Głucha cisza, która go otoczyła, kiedy jego wzrok padł na twarz tamtego, wybuchła na powrót kanonadą dźwięków, ale świat nie wrócił do normy. Tylko że teraz hrabia nie był ani w Paryżu, ani w Tulonie. Palące słońce należało do jeszcze innej rzeczywistości.

 

***

 

– Pierre? – zapytał jakiś głos i André Pontis zamarł. Dawno nie słyszał tego imienia i nie chciał go słyszeć. Otrząsnął się, uznając, że to pewnie jakiś żołnierz woła innego żołnierza. Lepiej jednak mieć się na baczności.

Zapalił fajkę i przeklął samego siebie, słysząc zbliżające się kroki. W słabej poświacie od ogniska był ledwie widoczny, a teraz oświetlił swoją twarz, jakby chciał, żeby wszyscy go oglądali.

– Pierre, niech mnie kule biją – tym razem głos rozległ się znacznie bliżej, właściwie tuż obok niego. – A niech cię, kiedy się dorobiłeś dowódcy batalionu?

Jakie były szanse, że w tak dużej armii trafi na kogoś znajomego? Przyjrzał się twarzy żołnierza, ale nie potrafił ocenić, czy to ktoś, kto pamięta go jeszcze z rodzinnego miasteczka, z armii republikańskiej, z czterech lat spędzonych w tulońskiej celi czy też jakichś późniejszych przygód.

Wyprostował się, zgasił fajkę i przybrał najbardziej wyniosły ton, na jaki było go stać.

– Obawiam się, że z kimś mnie mylicie, sierżancie.

– Kapralu – mruknął tamten.

– To chyba jakieś niedopatrzenie?

Miał nadzieję, że stara sztuczka zadziała, ale żołnierz wymamrotał coś niezrozumiałego i ruszył w kierunku namiotów. Pontis zaklął pod nosem: że też nie przyjrzał się dobrze jego mundurowi! Dobrze byłoby w razie czego wiedzieć, który oddział posłać do jakiegoś beznadziejnego ataku. Był tu nowy, nie rozpoznawał francuskich barw i dystynkcji na pierwszy rzut oka – coś, co trzeba będzie szybko zmienić. Tego wymagało jego zadanie.

 

***

 

Zadanie znalazło go pół roku wcześniej w Saragossie, na cmentarzu, gdzie przyszedł ukryć kosztowności wyniesione z domu starego Jorge, który zginął czy zaginął podczas niedawnych walk. Kto go tam wie. Zaraz po przybyciu do miasta Pontis wynajął u niego nędzny pokoik na poddaszu, bo na więcej nie było go na razie stać.

Po tygodniu obietnic, że zapłaci za pokój i żywienia się tym, co podkradł z kuchni albo wyłudził w pobliskiej tawernie, siedział na twardym sienniku i usiłował się ogolić. Przyglądał się swojemu odbiciu w brudnej szybie: orli nos i szlachetne rysy nie zdradzały dawnego galernika. W kieszeni miał zrabowany w Bordeaux pierścień – zachował go mimo braku pieniędzy, licząc, że na coś się przyda. Tylko to mu zostało z kradzieży, po której omal znów nie wylądował w więzieniu i dlatego zdecydował się w końcu przekroczyć Pireneje, żeby poszukać szczęścia w ogarniętym chaosem wojny kraju.

Wypolerował złoto skrajem kamizelki, która widziała lepsze czasy, podobnie jak wyszarzany surdut i niepasujący do tego wszystkiego stary trójgraniasty kapelusz, pamiętający wielką rewolucję. Założył pierścień na palec – był minimalnie za duży, ale kawałek urwanej z koszuli nitki owinięty wokół obrączki załatwił sprawę. Należało tylko mieć nadzieję, że nikt nie zwróci na to uwagi, a zresztą – zawsze może powiedzieć, że schudł w wyniku nieszczęść, jakie go spotkały.

Wychodząc z domu skorzystał z nieuwagi żony właściciela i ukradł z leżącego na stole prania ozdobny fular, po czym zatrzymał się przed lustrem na wystawie zakładu golibrody i szybko go zawiązał w coś przypominającego cravate, udając, że tylko poprawia szczegóły ubrania. Spodnie i frak kupione za parę sou u szmaciarza nie robiły może dobrego wrażenia, ale jedwab i złoty pierścień miały za zadanie stanowić wymowne świadectwo dawnej pozycji.

Generał książę Palafox oczywiście nie przyjął go osobiście, ale jeden z adiutantów był wielce pomocny i tak rzekomy uciekinier przed terrorem, jaki uzurpator zaprowadził we Francji, został przydzielony do tworzonych właśnie na potrzeby obrony podczas oblężenia oddziałów saperów. Krótkotrwała kariera grenadiera w armii republikańskiej dała mu niezbędne minimum wiedzy wojskowej, a i cztery lata więzienia w forcie mogły się przydać. Teraz pozostawało tylko szybko awansować. W sytuacji, w jakiej znalazła się Saragossa, nie powinno to być trudne.

 

***

 

To, co przyszło do niego na cmentarzu wraz z zadaniem, było przy nim obecne już wcześniej. Na pewno szeptało do niego w tulońskim bagne, podpowiedziało drogę ucieczki. Kiedy wydostał się na wolność, wiedział, że nie ma czego szukać w mającym właśnie odpływać do Egiptu wojsku. Dowodził nim człowiek, o którym słuchał bez przerwy przez większość swojego pobytu w Tulonie. Człowiek, który wygonił stąd Anglików, odzyskał miasto dla Republiki. Człowiek, który był na ustach wszystkich, niezależnie od tego, czy go kochali, czy nienawidzili.

Pierre nienawidził Republiki, która wtrąciła go do więzienia prosto z własnej armii, i nienawidził tego człowieka, który pochodził z rodziny niewiele lepszej od jego własnej, a zbiegiem okoliczności zaszedł w tak krótkim czasie tak dużo wyżej.

To, co szeptało do niego z murów tulońskiej twierdzy, utwierdzało go w tym przekonaniu. Wolność i równość, mówiło, zobacz, dokąd cię to zaprowadziło. Gnijesz w więzieniu, podczas gdy równi tobie dochodzą do najwyższych zaszczytów. Oto i twoja droga: musisz osiągnąć to, co oni. Nie jesteś od nich gorszy.

Uciekł, korzystając z zamieszania, jakie wywołało pojawienie się w mieście sztabu generalnego, a w porcie wojennych fregat. Po czterech latach dobrego sprawowania złagodzono mu karę i pracował przy załadunku okrętów. Kiedy tylko zamienił galernicze ubranie na suszące się na słońcu stare portki i koszulę, przysiadł pod murem podrzędnej tawerny i przyglądał się portowi, w którym kręcili się ludzie w barwnych, ozdobnych mundurach. Mógłby zaciągnąć się do tej armii, może nawet awansować, ale nie potrafił znieść myśli o tym, że ten człowiek, o którym z podziwem mówili nawet galernicy, chodziłby w swojej generalskiej glorii, podczas gdy on musiałby piąć się znów po szczeblach kariery poczynając od zwykłego grenadiera.

Głos przemawiający do niego ze szczelin w murze twierdzy zapewniał, że jest prostsza droga do osiągnięcia tego wszystkiego. Trzeba tylko zaczekać. Pierre wiedział, że w odpowiednim momencie otrzyma znak.

Znaków było wiele. Najważniejszy przyszedł w 1804 roku, kiedy człowiek z Tulonu ogłosił się cesarzem. To było wezwanie do działania. Nie mogło tak być, że on wciąż imał się różnych zajęć i żadne z nich nie uczyniło jeszcze z niego ważnej osobistości, a Francją rządzili ludzie, których sześć raptem lat temu obserwował w porcie z wzrastającą niechęcią, puszących się w paradnych mundurach jak panowie świata.

Drugi znak był bardziej przyziemny, ale za to decydujący. Zatrudniwszy się chwilowo jako pomocnik handlarza koni, Pierre przemierzał Francję z targu na targ i podczas wędrówki przez Pikardię zobaczył w okolicy Arras człowieka, który przyprawił go o dreszcz strachu. Nie mógł nie zapamiętać go z bagne, mimo że tamten przybył w konwoju niedługo przed jego ucieczką. Wysoki, postawny, o przenikliwym wzroku szarych oczu. Otoczony sławą wiecznego uciekiniera. Więzień, którego nawet strażnicy traktowali z szacunkiem, gdy tylko się pojawił. Teraz i ten człowiek najwyraźniej się ukrywał, nic dziwnego, zapewne znów wydostał się z galer, ale też nie było wątpliwości, że poznał dawnego współtowarzysza. A w jego wzroku było coś, co niepokoiło Pierre’a. Rozpoznanie.

Nawet nie zadawał sobie pytania, czy sam wydałby innego zbiega, żeby wywinąć się od więzienia. Zrobił tak nieco ponad rok temu, kiedy przyłapano go na kradzieży w Rouen. Nie wątpił, że ten drugi człowiek z Tulonu, który przyglądał mu się wczoraj z ciemnego kąta tawerny, uczyniłby to samo. Nie zastanawiał się długo. Nocą zabrał handlarzowi koni swoją wypłatę za kilka miesięcy do przodu i ruszył na zachód, licząc na znajomości z czasów rewolty wandejskiej.

 

***

 

Głos mówiący do niego w Tulonie miewał czasem bardziej realną postać byłego zakonnika wtrąconego do bagne za podejrzenie szpiegostwa na rzecz rojalistycznego powstania. On również przekonywał Pierre’a, że czeka go wielka przyszłość. To on dał mu lekarstwo, kiedy Pierre zapadł na więzienną gorączkę. Wprawdzie po tym lekarstwie Coignard omal nie umarł i miał wrażenie, że coś pożera go od środka, ale kiedy wyzdrowiał, poczuł w sobie nową siłę. I usłyszał głos ze ściany. Wpatrywał się w szczeliny w murze, dotykał ich, aż współwięźniowie zaczęli szydzić z niego, że zwariował od gorączki, on jednak wiedział, że po prostu nie doznali łaski.

Mur popękał, jak twierdził najstarszy ze strażników, kiedy w 1755 roku wielkie trzęsienie ziemi spustoszyło daleką Portugalię, a i tu, i w Marsylii, i ponoć nawet aż w Wenecji czuć było, jak stary kontynent drży w posadach. A wydarzyło się to w dzień wszystkich świętych, ciągnął stary Mathieu zniżając głos, więc ludzie powiadali, że to kara za szerzącą się bezbożność, ale mówili też, że w ten szczególny dzień otwierająca się ziemia wypuściła na świat duchy i demony.

Pierre miał na ten temat własne zdanie. Ziemia pozwoliła głosowi przemówić. I popłynął z jej wnętrza przez szpary i szczeliny, aż do uszu tych, którzy potrafili i chcieli go usłyszeć.

 

***

 

Zadanie miało postać niewielkiej skrzyneczki, którą André Pontis powinien doręczyć komuś, kogo spotka we francuskiej armii. Nie powiedziano mu nazwiska tego człowieka, ale wiedział, jak go rozpoznać.

Na początku lutego, po ponad miesiącu oblężenia, które okazało się znacznie gorsze od poprzedniego, Pontis postanowił porzucić karierę hiszpańskiego sapera i wykraść się z miasta, może dołączyć do któregoś z oddziałów guerillas, jak u początków swojego pobytu w Hiszpanii. Albo po prostu zgromadzić bandę do rabowania zamożnych powozów, co wychodziło mu najlepiej.

Za służbę w armii dostał wprawdzie jakieś marne pieniądze, a ze względu na doświadczenie – w porównaniu z ochotnikami ogromne – wkrótce awansował, co pozwoliło mu przenieść się o piętro niżej u opryskliwego Jorge. Gospodarz zresztą pewnego zimowego dnia zniknął wraz z całą rodziną. Pontis nie zamierzał sprawdzać, czy nie pojawi się za kilka dni – coraz więcej ludzi chorowało i jak ktoś znikał, to z reguły na dobre – ale zaopiekował się pozostawionymi pieniędzmi i nielicznymi kosztownościami.

Od dłuższego już czasu podkradane tu i ówdzie dobra gromadził w starym grobowcu na cmentarzu przy Santa Engracia. I tym razem więc przekradł się tam wieczorem i zamarł, kiedy w pobliżu swojej kryjówki usłyszał jakiś szelest. Przez moment miał wrażenie, że z muru otaczającego klasztorny dziedziniec dochodzi do niego kojący szept, taki sam jak w Tulonie. Nie słyszał go już dawno, ale czekał cierpliwie, aż ziszczą się jego obietnice.

– Podporucznik Pontis – rozległ się cichy głos i Pontis omal nie upuścił swojego skarbu. Przed nim stała ciemna postać o niewidocznej pod głębokim kapturem twarzy.

Rozważał rzucenie wszystkiego na ziemię i natychmiastową ucieczkę, ale szmer dochodzący ze szczelin muru uspokajał go, że w tym niespodziewanym spotkaniu nie czai się dla niego niebezpieczeństwo. Raczej okazja.

– Jest pan człowiekiem zapobiegliwym – ciągnął tymczasem nieznajomy. – To doskonała cecha. Ma pan też inne zalety, jak rozumiem.

Czy tylko mu się wydawało, czy też zakapturzona postać jakby nachyliła się ku niemu, węsząc albo przyglądając mu się bardzo dokładnie?

– Pańscy przełożeni jednakowoż – szepnął nieznajomy – nie byliby zadowoleni z pańskich postępków, prawda? Komendant to człowiek wysoce czuły na punkcie żołnierskiego honoru.

Pontis poczuł dreszcz. Czyżby się jednak pomylił, czyżby ten kojący szept oszukał go? Przymknął oczy i przywołał wspomnienie celi w Tulonie. Tego dnia, kiedy po wyzdrowieniu z gorączki położył dłoń na szczelinie w ścianie, a ona mu odpowiedziała.

Czuł na sobie świdrujący wzrok zakapturzonego, jakby fałdy materiału nie przeszkadzały mu przenikać w głąb duszy.

– Widzę, że znalazłem odpowiedniego człowieka – mruknął tamten. – Pan jest Francuzem, prawda?

– Tak – odparł Pontis.

– Mam dla pana zadanie. Bardzo zyskowne.

– Co mam zrobić?

– Niech pan tu przyjdzie jutro o tej samej porze.

– Co mam zrobić?

Tamten nie odpowiedział. Kiedy Pontis otworzył z powrotem oczy, miał przed sobą ciemność.

 

***

 

Pakunek leżał teraz przed nim na stole na kwaterze. Niewielka, lekka skrzyneczka, zamknięta na prosty zamek. Nieznajomy z Saragossy wspomniał chyba, żeby jej nie otwierać, ale poza tym instrukcje, jakie od niego dostał, były bardzo ogólne – i dziwaczne. Niemniej dawały nadzieję i to pod wieloma względami. „Wypełniając tę misję, pomożesz sprzysiężeniu, które obali uzurpatora”, powiedział nieznajomy, „oddasz przysługę Francji, królowi, Kościołowi, Europie”. I dodał jeszcze jedno, najważniejsze: „Nie minie cię nagroda”.

Wtedy, prawie pół roku temu, poczuł, że oto ziszcza się przepowiednia z Tulonu. Oto przed nim otwierała się droga do wielkości. Ale od pół roku nie mógł znaleźć człowieka, któremu mógłby przekazać zadanie.

Zważył skrzyneczkę w ręce, zastanawiając się, jaki to sekretny ładunek mogła zawierać. Może jakieś ważne papiery – w takim przypadku, powiedział sobie, lepiej byłoby, żeby je zobaczył, przeczytał, zapamiętał. Nie mógł przecież mieć pewności, że w wojennej zawierusze skarb nie przepadnie…

Nie. Tajemniczy człowiek z Saragossy mówił, że nie powinien do tego zaglądać.

Ale nocami, kiedy stała tuż przy głowie Pontisa, skrzyneczka jakby do niego szeptała. Śnił wtedy o tulońskim bagne, o lekarstwie, które go zabiło i dało mu narodzić się na nowo, o głosie, który przepowiedział mu wielkość.

Na dodatek do Hiszpanii dotarły straszne wieści: uzurpator zdobył Wiedeń, w Europie zapanował pokój, pojawiły się nawet, o zgrozo, pogłoski o planowanym małżeństwie z którąś z księżniczek z najznakomitszych rodów.

Gdyby André Pontis chciał być ze sobą całkiem szczery, przyznałby, że nie obchodziły go stare dynastie i ich pretensje. W roku 1793 stał w tłumie na placu Rewolucji, czekając aż kat podniesie królewską głowę. À bas la tyrannie! – krzyczał, jak wszyscy wokół. Nie lubił króla, ponieważ król żył w luksusie i zajmował się polowaniami, podczas gdy lud nie miał co włożyć do ust. Gdyby był ze sobą szczery, przyznałby jednak, że lud też mało go obchodzi. Ojciec dzierżawił winnicę, on sam wyuczył się zawodu, po czym wstąpił do armii. Wojsko obiecywało szybkie kariery i nawet widział takich, którzy je robili. Zwłaszcza teraz, wokół siebie: wszyscy ci marszałkowie i generałowie w wymyślnych mundurach – tacy sami jak on.

Republika go zawiodła, wyrzucając go z armii i wtrącając do więzienia za coś, co przecież robili wszyscy. André Pontis nie lubił być ze sobą szczery, więc nie przyznawał, że jako Coignard kradł więcej i częściej niż inni. A mur tulońskiej twierdzy powiedział mu jasno, że miał rację, nienawidząc Republiki, i że tylko wierność starym tradycjom może go ocalić i wynieść wysoko.

Ten głos kazał mu się przyczaić, czekać na właściwy moment, nawet nauczył go cierpliwości, choć nie do końca. W Saragossie znalazł się, kiedy guerillas zaczęli podejrzewać, że jego grupa zajmuje się chętniej rabunkiem niż walką z Francuzami. W Saragossie wysłannik głosu kazał mu zaciągnąć się do francuskiej armii i czekać na znak.

Szept dobiegający od strony skrzynki kusił coraz bardziej. Co złego mogło się stać, jeśli ją otworzy? Tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Kiedy wykradał się z miasta, trwała już bitwa na ulicach, musiał kryć się przed wszystkimi walczącymi, a worek, w którym unosił swój dobytek: zrabowane kosztowności, patent oficerski i tę skrzyneczkę, wyślizgnął mu się raz z rąk i uderzył o ziemię. Może powinien był od razu sprawdzić, czy nic się nie potłukło albo nie zniszczyło?

 

***

 

Po bitwie pod Ocañą czuł się szczególnie źle. Wiedział, że tego wymaga zadanie, ale poczucie, że przyczynił się do kolejnego zwycięstwa człowieka z Tulonu, nie było przyjemne. Hiszpania stanowiła ostatni bastion, który mógł obalić jego władzę. Cesarz austriacki ugiął się i dawał mu córkę za żonę. A Pierre, to znaczy André Pontis musiał zadowalać się podszczypywaniem niechętnych markietanek czy wdziękami jakiejś karczmarzówny, jeśli połasiła się na parę zaoferowanych jej miedziaków.

Dlatego po bitwie, kiedy w uszach dźwięczało mu jeszcze jego własne nazwisko wymienione w rozkazie dziennym za odwagę, kiedy w izbie na dole ordynans przyszywał do munduru epolety, postanowił nie opierać się więcej pokusie. Skoro nie mógł znaleźć właściwego człowieka, skoro znak wciąż nie nadchodził, a kariera Pontisa zaczynała nabierać blasku, może to właśnie on powinien podjąć się dalszego zadania. Może w środku znajdzie wskazówki, dokąd ostatecznie miała trafić skrzyneczka i jej tajemnicza zawartość.

Zamek był nieco bardziej skomplikowany niż się spodziewał, ale dzięki długim latom praktyki poradził sobie z nim, nie uszkadzając mechanizmu. Kiedy unosił wieko, miał wrażenie, że cienie w pokoju, który dostał na kwaterę, pochylają się nad nim, jakby i one były ciekawe tego, co jest w środku.

To, co zobaczył, zaskoczyło go. Spodziewał się listów, kosztowności, może jakichś flakoników z trucizną. Przed nim leżała zaś zwinięta ciasno czarna koronka, taka, jakie zamożne kobiety w Hiszpanii noszą w niedzielę do kościoła. Poczuł rozczarowanie, ale wtedy jego palce przypadkiem dotknęły mantyli. W głowie rozległy się szepty, jak tamte w Tulonie, ale znacznie mocniejsze. Mrok panujący w izbie pogłębił się, a jednocześnie Pontis znalazł się na progu wielkiej komnaty, pełnej gwaru nieznanych mu głosów i przebijających z ciemności świateł. Wiedział, że to przyszłość go wzywa, więc ruszył ku niej, ale światła wciąż były daleko. A kiedy już wydawało mu się, że zaraz przekroczy próg, usłyszał kroki.

Nie wiedział, skąd dobiegały: z przodu czy z tyłu, czy ze wszystkich stron naraz. Pomiędzy rozświetloną salą a Pontisem stał cień inny od tych wszystkich, które go tu przyprowadziły. Niczym ogromny posąg blokował przejście i zasłaniał światło. Pontis ruszył do przodu i natrafił na zimny kamień. Uniósł wzrok: statua tonęła w mroku, ale miał wrażenie, że widzi oczy posągu, przenikające go na wylot. Dwa razy widział taki wzrok. Dwa razy widział go w Tulonie.

 

***

 

Nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd otwarł skrzynkę. Koronka była teraz owinięta wokół jego dłoni; przez moment przestraszył się nawet, że nie zdoła jej od nich oderwać, bo nici sprawiały wrażenie, jakby wrosły w skórę, ale podniósł ręce bez trudu. Gra wyobraźni, pomyślał, wzruszając ramionami.

Ułożył starannie mantylę, gładząc pieszczotliwie jej pulsujące życiem nici i zamknął skrzyneczkę.

Nadal nie wiedział, co zrobić z tym powierzonym mu przedmiotem, czuł jednak, że jest na dobrej drodze. Widział obietnicę wielkości, głosy go nie okłamały. Wystarczy tylko usunąć przeszkodę, ale nad tym przecież pracował. Nieznajomy z Saragossy mu to obiecał: on, André Pontis, odegra ważną rolę w obaleniu tyranii, w przywróceniu właściwego ładu na świecie.

Następnego dnia, kiedy tylko znalazł się sam na kwaterze, zajrzał znów do skrzynki. Chciał się przekonać, czy czegoś nie przegapił – wczoraj przecież od przejrzenia całej zawartości powstrzymał go głos, który pokazał mu wizję przyszłości. Ale w pudełku była tylko koronkowa mantyla. Trzymał ją przez chwilę w ręce, wsłuchując się w dobiegający tym razem jakby z bardzo daleka szept. Jak wtedy w Tulonie, kiedy lekarstwo przepaliło jego ciało i pozwoliło mu usłyszeć głos. Wpatrywał się w swoją rękę, jakby odbił się na niej wzór, kiedy wczoraj nici przykleiły się do skóry.

To był znak. Głos potwierdzał, że André Pontis jest nadal jego wybranym. Koronka żyła tym samym życiem co mur w bagne i rozpoznała go. Dała mu siłę, dzięki której obali posąg blokujący mu drogę ku najwyższym zaszczytom. Głos obali tyrana, a on, Pontis, zostanie nagrodzony.

 

***

 

Tamten człowiek pojawił się niespodziewanie. Pontis z niechęcią myślał o rozstaniu się ze skrzyneczką – choć było to nieracjonalne, przywykł traktować ją jako talizman i doradcę – toteż może bezwiednie nie szukał go aż tak gorliwie jak zaraz po dołączeniu do francuskiej armii.

Ale tego dnia, było to w styczniu następnego roku, kiedy odpoczywał na leżach zimowych pod Madrytem, w tawernie przysiadł się do niego młodszy szarżą oficer piechoty i położył na stole lewą dłoń. Pontis z początku nie zwrócił na to uwagi, ale kiedy tamten tylko siedział i milczał, przesuwając palce na blacie, zauważył. Układ, którego nauczył go nieznajomy z Saragossy. Odpowiedział tak, jak mu nakazano, łącząc odpowiednio palce prawej ręki w podobny, ale nie identyczny wzór. Tamten najwyraźniej na to czekał, ponieważ nachylił się ku Pontisowi i szepnął:

– Chętnie spotkałbym się z panem podpułkownikiem w mniej rzucających się w oczy okolicznościach.

Serce Pontisa waliło jak młotem. Czekał na tę chwilę prawie dwa lata – dwa lata spędzone w służbie człowieka z Tulonu. A teraz myśl, że będzie musiał przekazać temu młodzikowi tajemniczy skarb, do którego obecności zdążył się przyzwyczaić, a nawet przywiązać, przyprawiała go o niepokój.

Może powinien jeszcze jakoś się upewnić, że ma do czynienia z właściwym człowiekiem. Kod, który tamten wystukał na stole, nie pozostawiał wątpliwości. Ale mógł go podpatrzeć u innych. Mało prawdopodobne, podsumował głos rozsądku.

A poza tym nieznajomy z Saragossy dał Pontisowi wyraźnie do zrozumienia, że jego przyszłość zależy od powodzenia tej misji. Musi przekazać skrzyneczkę temu oficerowi.

– Niech pan porucznik zjawi się u mnie na kwaterze dziś wieczorem – podał mu adres.

Tamten uśmiechnął się ledwie widocznie.

– Oczywiście, panie podpułkowniku.

I znikł, nie zamawiając nawet wina, które mieli tu całkiem przyzwoite.

W tej chwili Pontis zauważył, że przygląda mu się jeszcze jeden człowiek. Jego twarz nie była całkowicie obca, co go zaniepokoiło. Nie lubił spotykać dawnych znajomych. Ten oficer miał na sobie mundur kawalerii… Pontis przeklinał swoją marną umiejętność zapamiętywania tych wszystkich szczegółów, które pozwoliłyby mu rozpoznawać w mig regimenty i wiedzieć, z kim może mieć do czynienia.

Na wszelki wypadek ułożył palce w ten sam wzór, którym wcześniej powitał go porucznik, ale ten drugi nie patrzył mu na dłonie. Wpatrywał się za to w jego twarz, co nie było dobrym znakiem. Zanim Pontis zdążył uprzedzić atak uwagą w rodzaju, że nie wypada traktować starszego oficera z taką impertynencją, tamten wstał od stołu i podszedł do niego.

– Pan podpułkownik wybaczy – odezwał się po francusku z wyraźnym, niedającym się z niczym pomylić akcentem. Kawaleria, oczywiście, Polak. Diabli nadali, to najwierniejsze sługusy uzurpatora, pomyślał. – Mam wrażenie, że już się spotkaliśmy – podał jakieś niewymawialne nazwisko.

– Z pewnością bierze mnie pan za kogoś innego – odparł Pontis, siląc się znów na wyniosły ton, którym z reguły udawało mu się zbyć podobne zaczepki.

Tamten spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Byłbym przysiągł – rzekł niepewnie – że widziałem pana w Saragossie, na ulicy niedaleko Santa Engracia… Wie pan, byłem w oddziale, który zdobywał ten klasztor.

Pontis poczuł dreszcz. Kiedy zabierał z cmentarza resztę swoich skarbów, natknął się na francuski patrol. Udał wtedy hiszpańskiego żebraka, udał, że nie mówi po francusku. Ktoś się nad nim nachylił, ale on wcisnął się w zagłębienie muru, czując, że tylko głos może go ocalić. I ocalił, wciągając w lepką ciemność, w której André był bezpieczny. Kiedy się obudził, zmierzchało, napastnicy zniknęli, a on mógł spokojnie ujść z miasta.

Zacisnął dłoń i zobaczył, że żyłki na skórze układają się we wzór czarnej koronki.

– Nie byłem nigdy w Saragossie – odpowiedział chłodno, ale z naciskiem, patrząc tamtemu prosto w oczy.

Młody kapitan szwoleżerów był wyraźnie zmieszany.

– Proszę wybaczyć – wymamrotał – najwyraźniej rzeczywiście z kimś pana pomyliłem.

Zasalutował i wrócił na swoje dawne miejsce, ale Pontis miał wrażenie, że wciąż przygląda mu się uważnie, jakby nie był do końca przekonany.

Trzeba się zwolnić z tej służby – pomyślał. Czas najwyższy znaleźć swoje właściwe miejsce na świecie. Przez głowę przemknęła mu myśl, że mógłby zaprosić kawalerzystę na przechadzkę, poderżnąć mu gardło i zostawić w rynsztoku – poszłoby to zapewne na karb guerillas. Zbyt wiele zachodu i za duże ryzyko, uznał w końcu.

 

***

 

– Sądzę, że będzie pan chciał, żebym się dodatkowo uwiarygodnił – powiedział porucznik, kiedy Pontis wskazał mu krzesło w swojej kwaterze. – Powiedzmy więc tak: cóż za piękny zbieg okoliczności, że Hiszpanie wygrali kilka dni temu pod Barceloną potyczkę akurat w rocznicę męczeńskiej śmierci Jego Królewskiej Mości. Jakby Bóg zsyłał nam znak, że nie wszystko stracone.

Pontis nie miał pojęcia ani o wygranej przez Hiszpanów potyczce, ani kiedy dokładnie ścięto Ludwika XVI. Pamiętał mętnie, że była to zima i niezbyt długo po nowym roku.

– Zaiste, to doskonały znak – potaknął. – Pan do mnie z jakąś konkretną sprawą?

Porucznik zerknął wymownie w kierunku stojącej w kącie obok łóżka skrzyneczki.

– Myślę, że ma pan mi do przekazania coś, co wywiózł pan z Saragossy.

Pontis omal odruchowo nie powtórzył, że nigdy nie był w Saragossie, ale teraz przecież nie było takiej potrzeby. Gdyby tylko nie ta niechęć do rozstawania się ze skrzynką i jej zawartością.

À bas la tyrannie – wymamrotał, poniewczasie uzmysławiając sobie, że nie jest to może najbardziej trafiony bon mot.

Porucznik jednak roześmiał się.

– Cóż za esprit! Doprawdy, wyborny żart! Wypijemy za upadek uzurpatora? – zapytał, stawiając na stole butelkę.

– Któremu obaj służymy – zauważył Pontis.

– Mój drogi towarzyszu – odparł tamten, nalewając im obu po szklaneczce – droga do chwały bywa ciernista, a wyrzeczenia są chlebem powszednim prawdziwego rycerza.

Spojrzał na Pontisa wymownie, jakby spodziewał się jakiejś konkretnej reakcji. Pontis uniósł szklankę w toaście. Chyba nie jest zatrute – pomyślał, ale jego towarzysz też pił, co ukoiło nerwy.

– Rozumiem, że mam panu powierzyć – skinął głową w kierunku skrzyneczki – to.

Nie chciał, żeby wyszło na jaw, jak bardzo mało wie o sprawie, w którą jego rozmówca najwyraźniej był mocno zaangażowany. Oczywiście on też pragnął pognębienia człowieka z Tulonu, ale o szczegółach intryg tego czy innego członka rodziny królewskiej nie miał większego pojęcia. Poczuł nagły przypływ niechęci również do tego oficerka, który najwyraźniej był doskonale zorientowany w zadaniu.

 – Och, nie – odparł porucznik, a Pontis poczuł na moment ulgę. Może to jednak on dostarczy skrzynkę w miejsce jej ostatecznego przeznaczenia, będzie miał ją dłużej pod opieką, jako towarzyszkę zsyłającą mu pełne obietnic sny o przyszłej wielkości. – Ja mam inne zadanie, no i jako oficer ordynansowy pułkownika jestem nieco zanadto na widoku. Ale przyślę sierżanta z mojego oddziału, to zaufany człowiek, choć niezbyt lotny. Został niedawno ranny i lada moment ma wracać do Francji. Nie będzie wiedział – zniżył głos – co takiego powierzono jego pieczy, będzie przekonany, że to prezent dla jakiejś damy, cenny, to prawda, ale… wie pan, na wypadek, gdyby mu to zabrano…

Pontis miał ogromną ochotę zapytać, czym jest to coś, co sprawia, że koronka wydaje się żywa, i w jaki sposób głos ma pomóc królewskiej sprawie, ale porucznik traktował go jak wtajemniczonego. To na pewno był znak, ale i wyzwanie. Pontis poczuł, że od tego spotkania jest kimś innym, ważniejszym. Kimś, z kim liczą się ludzie organizujący spiski. Zyskał też jeszcze jedną pewność: głos nie przemawia do każdego. I nie każdy wyczuje życie w czarnych niciach koronki. Spojrzał znów na swoją dłoń, w której nosił pamięć dotyku głosu.

Porucznik sączył wino, lustrując go spod zmrużonych powiek. Pontis chciał jeszcze napomknąć o podejrzliwym szwoleżerze, ale w tej samej chwili gość poderwał się.

– Mój sierżant przyniesie panu jutro drugą butelkę tego wyśmienitego trunku, to będzie znak rozpoznawczy – powiedział, odstawiając szklankę. – Ale będzie ją pan musiał wypić w samotności za powodzenie sprawy, bo lepiej, żeby nas razem nie widywano.

 

***

 

Coś mu podpowiedziało, żeby wracać do Francji przez Saragossę. Zwolnienie uzyskał dość łatwo: wystarczył sfałszowany list, że jego matka jest ciężko chora. Dostał nie tylko urlop, ale i pochwałę w papierach, choć wolałby, żeby nikt w pułku go zbyt dobrze nie zapamiętał.

Miasto powoli odbudowywało się po zniszczeniach, a po zarazie, która pustoszyła je pod koniec oblężenia, nie było już śladu. Pontis z lekkim obrzydzeniem wspominał ostatnie dni spędzone w Saragossie, kiedy drwiąc sobie niemalże z choroby, jakby nie miała do niego dostępu, zabrał z jednego czy drugiego opuszczonego domu nieco kosztowności, omijając ciała, których powykrzywiane twarze nie mogły powstrzymać rabusiów. Jeśli nie on, to kto inny wszedłby i zabrał biżuterię, pieniądze, ubrania, powtarzał sobie wtedy i teraz. Ot, choćby i francuscy żołnierze, może i ten szwoleżerek, który omal go niedawno nie zdemaskował.

Wynajął pokój w jednym z porządniejszych zajazdów w mieście i kupił na dalszą podróż dość eleganckie, choć używane cywilne ubranie. Będzie lepsze na terenach opanowanych przez guerillas, a gdyby napotkał kogoś, kto rozpozna podpułkownika Pontisa, którym zamierzał przestać być zaraz po opuszczeniu Saragossy, zawsze może powiedzieć, że został obrabowany.

Coś go ciągnęło do Santa Engracia, może ciekawość, czy pojawi się tam znów zakapturzona postać, czy mur klasztoru będzie szeptał do niego jak kiedyś.

Wracając wieczorem z tawerny nadłożył nieco drogi, by przejść tamtą okolicą – wśród na pół zburzonych murów, które wciąż zdawały się cuchnąć spalenizną i odorem rozkładających się ciał ofiar zarazy. Wypite do kolacji wino musiało być mocniejsze niż zwykle, oparł się więc o kikut bramy cmentarnej, żeby opanować zawroty głowy. W uliczce słyszał jakiś gwar, czyjeś pospieszne kroki, ale tu panowała cisza. Jak dwa lata temu, pomyślał.

Mur znów otulił go mrokiem, szepcząc kojąco. Przyłożył do niego dłoń i poczuł, jak ze szczelin podpełza do niego coś, co go rozpoznaje. Co rozpoznaje ślad pozostawiony na jego rękach przez koronkę. Słyszał z ulicy zbliżające się głosy – ale on stał już na progu jasno oświetlonej, pełnej ludzi komnaty. Ruszył w kierunku świateł zdecydowanym krokiem i tym razem, kiedy na jego drodze pojawił się nieruchomy posąg, nie cofnął się, ale natarł na niego z całej siły, tnąc na oślep szablą, aż kamień runął z upiornym hukiem i rozpadł się w pył.

 

***

 

Obudził się w swoim pokoju, nie mając pojęcia, ile minęło czasu. Uniósł ręce do twarzy, żeby przetrzeć zaspane oczy i poczuł, że są lepkie, ale inaczej niż wtedy, kiedy dotknął czarnej koronki. Patrzył z przerażeniem na krew zakrzepłą na palcach; pomacał bok i pościel wokół siebie, ale znalazł tylko brunatne smugi, które musiały zostawić jego dłonie. Był cały, jeśli nie liczyć niewielkiego zadraśnięcia na ramieniu. I był nadal w mundurze. Pokrytym zaschniętą krwią.

Zdarł go z siebie i rzucił na krzesło, i wtedy to zobaczył. Leżącą na podłodze czerwoną od posoki szablę, jakby właśnie wydostał się z pola bitwy. A przecież wczoraj nie było bitwy, to tylko posąg stanął znów na jego drodze… Posąg, który musiał usunąć, roztrzaskać, żeby móc wejść do wspaniałej sali i odebrać nagrodę.

Wyciągnął z kufra kupione wcześniej ubranie i zbiegł na dół, ale właściciel zajazdu powitał go jakby nigdy nic, nie dziwiąc się nawet zmianie stroju. Może mi się to wszystko przyśniło – pomyślał Pontis – krew, szabla. Wiedział jednak, że jeśli wróci na górę, nic się nie zmieni. Zażądał cebra z wodą pod swoje drzwi i przez następną godzinę szorował klingę, która wciąż nie wydawało mu się dość czysta. Po tej godzinie woda była czerwona, jakby cała zamieniła się w krew, toteż cofnął się z obrzydzeniem, ale chwilę później to była znów tylko zabrudzona woda. Wylał ją przez okno na wewnętrzny dziedziniec i długo patrzył, jak wsiąka w ziemię.

Wsunął szablę pod łóżko, zwinął poplamiony krwią mundur – i tak zamierzał się go pozbyć zaraz po wyjeździe – i ruszył przed siebie. Tym razem nie zamierzał dojść pod mur klasztoru, ale nogi same go tam zaniosły. W panice rozglądał się po ulicy i omal nie krzyknął, kiedy tuż za rozbitą bramą cmentarza zobaczył jakiś ciemny kształt leżący na ziemi. Podszedł bliżej, ale to była tylko prosta trumna, zapewne czekająca na pogrzeb jakiegoś biedaka. Nigdzie nie widział śladów krwi, aż odwinął ściskany w rękach tobołek, żeby się przekonać, że mundur jest nadal zakrwawiony. Odnalazł swoją dawną kryjówkę i wcisnął pakunek do środka grobowca.

Po raz pierwszy był tu za dnia i uświadomił sobie nagle, że nigdy nie przeczytał, jaki zmarły pilnował jego dobytku. Południowe słońce oślepiło go, kiedy uniósł wzrok ku napisowi, i w tej samej chwili usłyszał za sobą kroki.

Odwrócił się. Przed nim stała nie bardzo młoda, ale zdecydowanie atrakcyjna kobieta w stroju służącej z zamożnego domu.

– Hrabia de Sainte-Hélène zginął pod tą bramą dwa lata temu – powiedziała po hiszpańsku.

Pontis podniósł wzrok ku pomnikowi. Na nagrobku zobaczył to nazwisko i jeszcze coś nieczytelnego. Spojrzał w dziwnie puste oczy stojącej przed nim kobiety.

– Nie – odpowiedział głosem, który wydawał się nie należeć do niego. – Dwa lata temu zginął tu Pierre Coignard.

 

***

 

– Mam na imię Rosa, zaprosi mnie pan do siebie? – zapytała kobieta. – Byłam jego kochanką.

Pontis patrzył na nią niewidzącymi oczami. Był pewny, że pod nazwiskiem hrabiego widniał jeszcze jakiś napis, ale nie był w stanie go odczytać.

– Oczywiście, señorita.

W zajeździe pokazała mu papiery. Hrabia był emigrantem, nie miał rodziny.

Pierre Coignard miał za sobą kilka lat walk z Republiką w szeregach bretońskiej armii hrabiego d’Artois, a potem rabunków, kiedy po reformach przeklętego człowieka z Tulonu ludzie przestali dobrowolnie wspierać rojalistyczne powstanie. Przez te kilka lat poznał albo przynajmniej oglądał z daleka dość ważnych osobistości, żeby po latach…

– Pani hrabino – zwrócił się do Rosy, której krągłe kształty obiecywały wiele przyjemności – wróci pani ze mną do Francji?

Żałował, że nie może jej podarować w ślubnym prezencie wspaniałej koronki, otrzymanej na tym samym cmentarzu, na którym się spotkali. Tęsknił za dotykiem delikatnych czarnych nici, za tym, jak zdawały się przenikać jego ciało, jego myśli, jego wolę… Ale kiedy dotykał nagiego ciała Rosy, miał wrażenie, że spowija je ta sama delikatna materia, która wtedy oplotła jego dłonie, dając mu siłę i ukazując wizję przyszłości. Pomagało mu to nie myśleć o jej pustych oczach i powolnych ruchach, o tych chwilach, kiedy zdawała się zapominać, kim jest. Ta kobieta była narzędziem spełnienia tej wizji, to pewne. Nieznajomy powiedział przecież, że czeka go wielka nagroda i oto w tym samym miejscu, w którym otrzymał od niego zadanie, przyszła do niego w tak pełnej powabu postaci.

 

***

 

– Coignard?

Odwrócił się gwałtownie, gotów zaatakować.

– Coignard nie żyje – syknął, a stojący naprzeciwko niego mężczyźni cofnęli się o krok, jakby zobaczyli potwora. Jeden mruknął nawet coś o pomyłce.

Uspokoił się nieco, kiedy przypomniał sobie, że tych dwóch zna z lat spędzonych wśród niedobitków szuanów: razem okradali swoich niedawnych dobroczyńców. Nagle jakiś szelest odwrócił jego uwagę i wtedy go zobaczył: w bramie stał przyczajony nieruchomo człowiek i jakkolwiek noc była ciemna, Pontis mógłby przysiąc, że widzi jego oczy. Oczy posągu. Oczy człowieka z Tulonu.

Rzucił się na tamtych i w tym samym momencie padł strzał. Uskoczył; czuł, że noga mu krwawi, ale był w stanie biec. Nie patrzył za siebie, skupiony jedynie na tym, żeby uciec przed odgłosem kamiennych kroków.

I wtedy uświadomił sobie, że jest sam, a odgłosy szamotaniny, które słyszał, kiedy rzucił się do ucieczki, ucichły. Był na nieznanej sobie ulicy, pamiętał, że dwa tygodnie wcześniej przyjechali z Rosą do Tuluzy, otrzymawszy w Barcelonie wiadomość, że po bitwie przegranej w dalekiej Saksonii dni uzurpatora są policzone. To był ostateczny znak, więc hrabia de Sainte-Hélène wraz z dopiero co poślubioną małżonką, wdową po wiernym don Fernandowi hiszpańskim oficerze, ruszył do Francji. Zmierzali do Paryża, ale najpierw musiał zaopatrzyć się w przedmioty, które dodadzą im nieco splendoru. Okradał głównie ludzi, którzy ich zapraszali do siebie, jak wtedy w Bretanii z tymi dwoma obwiesiami, niespodzianie spotkanymi tu przed chwilą.

Pochylił się, żeby obwiązać krwawiącą nogę, ale rana musiała być bardzo powierzchowna, skoro już się zasklepiła i nie czuł bólu. Uzmysłowił sobie, że od kiedy w Tulonie usłyszał głos, nie imały się go rany ani choroby, ale nawet jeśli w tej myśli było coś niepokojącego, szybko jego myśli powędrowały ku czekającej na niego w domu Rosie i zapomnieniu, jakie znajdował w jej ramionach. Kiedy leżał u jej boku, dotykając chłodnego ciała pulsującego ciepłem głosu, widział światła, których nie zasłaniał już żaden posąg.

 

***

 

Na progu wielkiej, jasno oświetlonej sali nie stał nikt, kto mógłby zatrzymać go na krok przed osiągnięciem celu. Wręcz przeciwnie: lokaj skłonił się usłużnie i wskazał otwarte drzwi.

Powrót do Francji okazał się trudną próbą, ale Pontis wyszedł z niej zwycięsko. Wśród papierów, które przywieźli z Hiszpanii, tych samych, które dostał od Rosy zaraz po tym, jak się poznali, nie było aktu urodzenia hrabiego. Poszukiwania w Wandei, która wydała mu się naturalną kolebką zbiegłego do Hiszpanii emigranta, omal go nie zdemaskowały, ale na szczęście zdążył już na tyle pokazać się na salonach, że obiekcje jakiegoś prefekta nie mogły zachwiać jego pozycją. Co więcej, pan de Montausier, u którego Pierre Coignard pracował krótko jako intendent po zakończeniu szuańskiej przygody, i z którego domu wywiózł sporo cennych przedmiotów, napisał w obronie znakomitego emigranta płomienny list do ministra spraw wewnętrznych. Pierre Coignard nie żył, a przyszłość malowała się w pięknych barwach, zwłaszcza od kiedy André de Pontis de Sainte-Hélène wymyślił, że najlepiej będzie urodzić się w mieście, którego archiwa spłonęły podczas wojny 1814. Zaczął opowiadać o bogatej pani, która urodziła dziecko w podróży, w gospodzie pod Soissons, a wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem i współczuciem.

Triumfalny powrót uzurpatora do Paryża zachwiał na moment pewnością siebie hrabiego, ale szybko ujrzał nowe możliwości, pospieszył więc do Gandawy, żeby zaoferować służbę Jego Królewskiej Mości.

Dawny Pierre Coignard, a także André Pontis, zobaczyliby w Ludwiku XVIII leniwego sybarytę, godnego głównie ich niechęci, ale hrabia de Sainte-Hélène widział w nim swoją szansę, dlatego płaszczył się przed tym ubranym w atłasy i jedwabie grubasem i wylewnie opowiadał o zasługach odniesionych podczas oblężenia Saragossy i orderach, które wówczas otrzymał. Rósł od pochwał, jakich nie szczędzili mu poklepujący go po plecach arystokraci, szybko uczył się naśladować zachowania ludzi, którzy go teraz otaczali, na balach, przejażdżkach, polowaniach i w operze.

Właśnie w operze omal nie stracił wszystkiego, co osiągnął i to w chwili, kiedy wspiął się na szczyt. Wcześniej tego dnia został u pewnego wysoko postawionego pisarzyny przedstawiony królewskiemu bratu, hrabiemu d’Artois, któremu nie omieszkał napomknąć o służbie w jego armii piętnaście lat wcześniej, co zyskało mu natychmiastowy poklask i zaproszenie na audiencję u samego monarchy.

Teraz dzięki wstawiennictwu innego z nowych znajomych siedział w eleganckiej loży, napawając się swoim triumfem, chwytając co rusz spojrzenia innych émigrés, lustrujące nowego faworyta, ledwie słysząc muzykę i nieuważnie śledząc akcję. I kiedy przedstawienie zbliżało się do końca, kiedy wyobrażał już sobie, jak zamawia u najlepszego gandawskiego krawca nowy frak na wizytę na dworze i rozważał, skąd weźmie na ten wydatek pieniądze, gmach zadrżał od dudniących kroków i André de Pontis de Sainte-Hélène zamarł z palcami wbitymi w wyściełaną aksamitem barierkę. Z trudem stłumił krzyk i poczuł na ramieniu powstrzymującą go dłoń Rosy.

Na scenę wkroczył posąg, którego zrzucenie z kolumny oglądał rok temu w Paryżu, i wyciągnął ku niemu oskarżycielsko rękę. Pierre Coignard skurczył się w sobie, niezdolny podać mu dłoń, nie chcąc dać się wciągnąć do piekła, z którego wyglądały ku niemu wykrzywione upiornym śmiechem twarze Kozaków.

Wcześniej ledwie zwracał uwagę na to, co działo się na scenie, ale teraz wszystko stanęło mu przed oczami przerażająco wyraźnie. Komiczny służący, który chce zostać szlachcicem, zabójstwo komandora, maski i zamiany ról, upiorne spotkanie na cmentarzu, zuchwałe zaproszenie widma na ucztę. Rozejrzał się po sali, spodziewając się, że ujrzy wszystkie oczy zwrócone na siebie i twarze powykrzywiane szyderczymi uśmiechami.

Na scenie figura rycerza sprzed kilku stuleci wyciągała rękę do fircyka. Normalnie Pierre Coignard uznałby, że temu głupkowi należała się kara, ale teraz czuł na własnym ramieniu dotyk kamiennej ręki. Odwrócił się, żeby ją strząsnąć, wyzwolić się z koszmaru i napotkał kojąco pusty wzrok Rosy. Dotknął lekko jej dłoni i wyczuł uspokajającą obecność głosu.

 

***

 

Był pewny, że nikt nie zauważył tego ataku paniki w teatrze, ale nie dawało mu to spokoju. Kiedy uzurpator został ostatecznie pokonany i jego cień przestał unosić się nad Paryżem, tytuł André de Pontisa stał się obiektem żartobliwych uwag w towarzystwie, co on skwapliwie podchwytywał, chętnie opowiadając o swojej roli w obaleniu tyranii. Przyjmował kolejne zaszczyty: ordery, stopnie wojskowe, zaproszenia na rauty do ambasad i bogatych domów, niemniej za tym wszystkim nie szły pieniądze, które pozwoliłyby jemu i hrabinie prowadzić wystawne życie, jakiego wymagała ich pozycja.

Hrabia de Sainte-Hélène nie chciał mieć nic do czynienia z Pierrem Coignardem, ale nie posiadając realnego majątku, coraz częściej zmuszony był wymykać się nocą i zakradać do domów, w których za dnia składał kurtuazyjne wizyty. Pod pozorem zwiedzania wspaniałych pałaców zdejmował odciski zamków, by następnie ponowić wizytę pod nieobecność właścicieli. Coraz częściej też w przebraniu łachmaniarza albo drobnego złodziejaszka odwiedzał obskurne domy paserów i lichwiarzy lub oddawał kosztowności w zastaw, by nigdy ich nie odebrać.

Za dnia przyjmował zaś gości w eleganckim hôtel particulier w samym centrum Paryża, objeżdżał miasto budzącym powszechny zachwyt powozem, paradował na czele paryskiego legionu gwardii narodowej i budził zazdrość ożenkiem z hiszpańską pięknością, przedstawianą jako córka wicekróla Malagi i wdowa po hiszpańskim oficerze, którą uratował z płonącej Saragossy. Leniwe, spowolnione ruchy Rosy i nieobecne spojrzenie dodawały jej aury tajemniczości, jakże pożądanej w oczach wielbicieli.

Pontis wspiął się, zgodnie z obietnicą daną mu przez głos przemawiający z muru tulońskiej twierdzy, do najwyższych zaszczytów. I tylko jedno spędzało mu sen z powiek. Człowiek z Tulonu osiągnął więcej, a na dodatek, jakkolwiek obalony i wygnany na najdalszy kraniec świata, był ciągle słynniejszy od niego. Męczennik ze Świętej Heleny, jak nazwała go jakaś angielska – myślałby kto! – gazeta, naigrawał się z hrabiego de Sainte-Hélène już nie z posągu na szczycie kolumny, ale z niezliczonych ulotek, broszurek, rycin, tabakier, które na próżno konfiskowała królewska policja.

 

***

 

Był piękny jesienny dzień. Hrabia de Sainte-Hélène założył paradny mundur, powiedział jakiś banalny komplement Rosie, i udał się na plac Ludwika XV, skąd miały wyruszyć oddziały, biorące udział w dzisiejszej revue. To tam, w miejscu zwanym wówczas placem Rewolucji, prawie ćwierć wieku temu Pierre Coignard krzyczał wraz z tłumem À bas la tyrannie!, ale hrabia zdołał o tym zapomnieć.

Dobosz wybijał rytm, dziesiątki żołnierskich nóg uderzały w ziemię do tego rytmu, a André de Pontis jechał na wspaniałym koniu na czele oddziału wśród wiwatów ludzi zgromadzonych na Rue de Rivoli, wzdłuż pałacowych ogrodów i pod arkadami. Skręcili w Rue de Castiglione i hrabia przez moment pomyślał, że warto by zwrócić uwagę prefekta na niestosowność tych nazw, przypominających o człowieku, którego imię starano się wymazać ze świadomości ludzi, ale oto przed nim pojawiła się kolumna, na której szczycie powiewał biały sztandar ze złotą królewską lilią, znak świata przywróconego do odwiecznego porządku.

Okrążając plac, pozwolił koniowi popisać się wytrenowanymi manewrami, co jak zawsze wywołało entuzjazm zgromadzonych.

Podczas jednego z tych zwrotów poczuł, że świat zamyka się wokół niego w przeraźliwej ciszy. Na samym skraju placu, w podcieniu, ale doskonale widoczny stał posąg, który ponad trzy lata temu widział strącony z kolumny. Nie miał prawa tam być, nie miał prawa wpatrywać się w niego tymi szarymi oczami człowieka z Tulonu.

Hrabia spiął konia i uniósł wzrok. Wiatr poruszał leniwie białą flagą, dobosz wybijał rytm, ale równomierny marsz wojska brzmiał teraz jak kroki kamiennych stóp zamykających wokół niego upiorny krąg.

Spojrzał jeszcze raz w to samo miejsce pod arkadami, ale dostrzegł tam tylko mężczyznę w szarym płaszczu i wysokim kapeluszu rzucającym cień na twarz. Coś podpowiadało mu, że i jego zna z Tulonu, a ta świadomość nie przynosiła mu ulgi.

 

***

 

Po skończonej paradzie wymówił się od obiadu u ministra wojny bólem głowy. Wracał do domu na piechotę, mając nieodparte wrażenie, że wszyscy mijani ludzie przyglądają mu się, jakby nagle dostrzegli galernika w eleganckim pułkowniku gwardii.

Tamten stanął na jego drodze w niewielkim zaułku niedaleko domu. Potężna postać blokowała przejście. Ostre południowe słońce oświetlało twarz o grubo ciosanych rysach i niedających się zapomnieć przenikliwych szarych oczach.

– Pierre Coignard – powiedział. – Daleko zaszedłeś z bagne.

– Bierze mnie pan za kogoś innego. – Sztuczka z pewnym siebie, pogardliwym tonem, którego nauczył go głos, zawsze działała, więc Pontis ruszył przed siebie, usiłując odepchnąć stojącego na środku ulicy mężczyznę.

– Nie nabierzesz mnie, Coignard – odparł tamten – tak jak nie nabrałeś mnie w Tuluzie, choć przyznam, zaskoczyłeś mnie tym atakiem i ucieczką.

– Jeśli mnie pan nie przepuści – powiedział wyniosłym tonem hrabia de Sainte-Hélène – będę zmuszony wezwać policję.

Śmiech, który poniósł się zaułkiem, niemal go ogłuszył.

– Wiesz dobrze, że nie musisz daleko szukać, Coignard – odrzekł człowiek z Tulonu, wymawiając z naciskiem to nienawistne, zapomniane nazwisko i nie ruszając się z miejsca.

Pierre-André-Coignard-de Pontis zacisnął palce na rękojeści szabli. Pamięć podsunęła mu obraz zakrwawionej klingi, z której nigdy nie zdołał do końca zmyć posoki. Jakiś głos w jego myślach podpowiadał, żeby zaatakować, raz na zawsze pozbyć się tego człowieka, roztrzaskać znów w proch przeklęty posąg, który nie przestaje stawać mu na drodze.

Ale hrabia de Sainte-Hélène nie mógł sobie pozwolić na morderstwo. Nie tu, nie w samym centrum Paryża.

– Może zechce pan wpaść do mnie dziś wieczorem na kolację? – powiedział, żeby zyskać na czasie, obmyślić jakiś plan na wywabienie tego człowieka na wieś. Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, on nie zostawi go w spokoju. – Mieszkam…

– Doskonale wiem, gdzie mieszkasz, Coignard. A zatem do zobaczenia.

De Pontis rozważał ucieczkę jeszcze tego samego dnia. Ale przecież nie po to wspiął się na szczyt, żeby teraz zostać z niego strąconym przez jakąś kanalię, byłego galernika, który zrobił karierę, tropiąc takich samych jak on.

Nie, przyjmie tego psa w swoim eleganckim salonie, wybaczy mu jego impertynencję, zaprosi do jakiejś podparyskiej posiadłości, której właściciel przebywa obecnie w mieście, a po drodze… Cóż, wypadki zdarzają się nawet najbardziej ostrożnym i zapobiegliwym.

 

***

 

Stukanie do drzwi wyrwało go z zadumy. Chwilę później nieco wystraszony służący wprowadził gościa do jadalni.

– A gdzież to zachwycająca hrabina? – zapytał szef Surêté, omiatając pokój spojrzeniem.

– Żona nie najlepiej się czuje – odparł de Pontis. – Proszę, zechce pan usiąść? Nicolas, nalej wina i podawaj kolację.

– Doskonale pan wie, że nie będziemy niczego jeść – gość nie ruszył się od drzwi. – Wyjdź, Nicolas, muszę porozmawiać z twoim panem.

Sytuacja przybierała niedobry obrót, de Pontis najwyraźniej nie docenił przeciwnika. Człowiek z Tulonu, pomyślał ponuro, drugi człowiek z Tulonu.

– Widzę, że pańska sława impertynenta nie jest przesadzona. – Hrabia starał się, żeby zabrzmiało to lekko żartobliwie, ale i protekcjonalnie. Przez ostatnie lata przywykł do tego, że bez trudu urzekał ludzi konwersacją i owijał sobie wokół palca wytrawne lwy salonowe.

– Siadaj, Coignard. Nie mam czasu na certolenie się z tobą.

– Jestem hrabią de Sainte-Hélène, mogę panu pokazać papiery…

Tamten machnął ręką

– Ostatni hrabia de Sainte-Hélène został zamordowany wraz z kochanką w Saragossie, zimą roku 1811, i tam zostali pochowani. – De Pontis poczuł zimny dreszcz. – Sprawcy nie wykryto, za to na cmentarzu, niedaleko którego to się wydarzyło, znaleziono zakrwawiony mundur francuskiego oficera. Mógłbym ci podać szczegóły szarży i regimentu, ale chyba je znasz.

De Pontis doznał uczucia, o którym niemal zdołał zapomnieć przez ostatnie lata: strachu. Zwykłego, przyziemnego strachu, nie tego niemal metafizycznego lęku, który ogarnął go zimą roku 1811 w Saragossie na widok zakrwawionej szabli. Którą wciąż nosił, choć miał nieodparte wrażenie, że nie zdołał zmyć z niej całej krwi, jakkolwiek się starał.

Poczuł ukłucie w piersi. Gdyby miał teraz tamtą szkatułkę, gdyby nie oddał koronki, gdyby to on wykonał zadanie do końca, a nie powierzył go jakiemuś podoficerkowi, moc nie opuściłaby go. Pożałował, że nie chciał, by Rosa uczestniczyła w tej kolacji. Powinien ją tu wezwać: jej dotyk ukoi nerwy, podpowie rozwiązanie…

– Ale nie wiedziałbym tego wszystkiego – ciągnął tymczasem człowiek z Tulonu – gdybyś nie popełnił jednego drobnego błędu. Przyznaję, jesteś mistrzem. Ale tego nie wiedziałeś: pan de Sainte-Hélène nigdy nie został odznaczony orderem Alcantary, którym tak się chełpisz, ponieważ nie zasłużył się niczym dla korony hiszpańskiej… ta zresztą, jak wiesz, przez większość jego pobytu w tym kraju znajdowała się w rękach cesarskiego brata. De Sainte-Hélène wiódł w miarę wygodne życie, przyjmowany przez sprzyjających infantowi Ferdynandowi arystokratów i na swoje nieszczęście w 1811 wybrał się do Saragossy, gdzie nigdy wcześniej nie był.

– Hrabia de Sainte-Hélène zginął pod tą bramą dwa lata temu – powiedział po hiszpańsku de Pontis. Jego głos brzmiał głucho, jakby dochodził z grobu.

Człowiek z Tulonu rzucił mu spojrzenie spode łba.

– Kilka dni temu dostałem potwierdzenie tych wszystkich faktów od ambasadora Hiszpanii – powiedział od niechcenia. – Dokument czeka w moim biurze na przekazanie ministrowi sprawiedliwości.

– Czego chcesz? – wycedził przez zęby de Pontis.

– Odesłać cię tam, gdzie twoje miejsce.

– To również twoje miejsce, Vidocq.

Tamten tylko zmrużył oczy.

– Nie, Coignard – odpowiedział. – Ja zmieniłem miejsce. Ty nigdy stamtąd nie wyszedłeś.

Uświadomienie sobie, że człowiek z Tulonu miał rację, tylko przez chwilę było przerażające. Szybko zmieniło się w nadzieję, jedyną, jaka mu pozostała.

Szef Surêté wyciągnął do niego rękę.

– Pójdziesz ze mną po dobroci, monsieur de Sainte-Hélène, czy mam cię zaciągnąć siłą? – zapytał z udaną galanterią.

– Pójdę – odpowiedział Pierre Coignard.

Wychodząc z domu, rzucił okiem w górę. Rosa stała w oknie sypialni, patrząc za nim swoim dziwacznie pustym wzrokiem.

 

***

 

Świat skurczył się do rozmiarów celi, ale hrabia de Sainte-Hélène nie czuł się więźniem. Znalazł się w miejscu, skąd zaczęła się jego wędrówka. Wyjdzie stąd znowu, choćby miał przecisnąć się przez te szczeliny. Głos go poprowadzi. Głos był teraz również w nim, to on był głosem.

W korytarzu rozległy się kroki. André Pontis skulił się na ich kamienny dźwięk. Jego przenikający ciemność wzrok dostrzegł nieruchomą postać za kratami. Świdrujące spojrzenie szarych oczu zrzuconego z kolumny posągu. To niemożliwe – pomyślał – człowiek z Tulonu jest daleko, bardzo daleko.

Wtedy Pierre Coignard przypomniał sobie, jak dwadzieścia lat temu stał w wielkiej sali, przyglądając się nowym skazańcom. Wśród nich był człowiek o szarych oczach i przenikliwym spojrzeniu. Człowiek, który był blisko, bardzo blisko, to on go tu przecież przywiózł.

Przyłożył dłoń do ściany, lecz ściana milczała. Rozejrzał się wokół siebie, czując narastającą panikę. Nie znał tej celi, a tuloński bagne nie miał przecież przed nim tajemnic!

Posąg poruszył się, jakby mówił coś do stojącego obok człowieka. Skinął głową, wskazując prosto na Pierre’a. Ten drugi potaknął, po czym otwarł kratę i podszedł do niego. Nie rozpoznawał tego strażnika, ale minęło dwadzieścia lat, powiedział sobie. Przyłożył jeszcze raz rękę do ściany – jeśli głos odpowie, da mu siłę, żeby wydostać się stąd już teraz. Wystarczy tylko powalić tego człowieka i powrotna droga do wielkości stanie przed hrabią de Sainte-Hélène otworem. Kamień jednak był zimny, gładki i milczący. Palce na próżno szukały choćby najdrobniejszej szczeliny.

– Gdzie ja jestem? – zapytał pochylającego się nad nim strażnika.

Tamten spojrzał na niego, jakby był niespełna rozumu, pytając o rzeczy oczywiste.

– W château d’If – odparł. – Pan komisarz osobiście wybrał celę.

Wspomnienie ostatnich dni wróciło mdlącą falą. Nieruchoma postać Rosy, próba ucieczki, cios, który go zamroczył, kołysanie powozu, kołysanie łodzi… Zgrzyt bramy, stłumione głosy, schody w dół, wreszcie dotyk zimnej skały. Skały, przez którą głos nie był w stanie się przebić. Skały, która nie odpowiadała na pulsowanie pozostawionych przez koronkę śladów na jego dłoni.

Z jego gardła dobył się nieludzki krzyk. Odpowiedział mu głuchy odgłos oddalających się kamiennych kroków.

Koniec

Komentarze

Nareszcie kawał porządnej historyczno-fantastycznej literatury! Kapelutki z głów! Jedna mała wątpliwość, bo Tulonu akurat nie znam – tam też jest plac Zgody?pozdr.

A te smaczki z powieści szkatułkowych i tzw. fndamentu kulturowego!Mniam! No i ogromny plus za trzymanie się i realiów, i leksykaliów epoki! Mało kto dziś wie, jak rojaliści nazywali Napoleona! A ta legenda! Musiałem dopisać się drugi raz, bo nominować nie mogę (choć chciałbym!), a stan głębokiego ukontentowania się urrwala!:D Ukłony i gratulaje! (A ten Vidocq znienacka!)

 

Efektowne, nastrojowe, z ciekawym retellingiem opowieści o Don Juanie, wplecionym w inne historyczne realia. Czytałam ten tekst już wcześniej, jako nieoficjalna beta-readerka pierwszej wersji, i już wtedy miałam o nim wysoką opinię, teraz – moim zdaniem – jeszcze zyskał.

@rybak – wielkie dzięki!!! Co do “placu Zgody” – być może moje niedopatrzenie (dotychczasowi betareaderzy nie wychwycili), bo w Tulonie dzieją się tylko te sceny więzienne (tam były najważniejsze “galery”, dokąd zwożono więźniów z całej Francji, bohater pochodził oryginalnie z okolic Tours), a przemianowywany kolejno plac to nieustająco Paryż. Przejrzę tekst, żeby w razie czego to doprecyzować.

 

W kwestii Vidocqa – może dodam, że to opowiadanie jest jednym z prequeli powieści (drugi, napisany, był za długi na konkurs i niezbyt pod jego temat, ale za to znacząco ku bardzo konkretnej powieści szkatułkowej), która jest w zasadzie prawie skończona (do fizycznego napisania brakuje jej już niewiele, a szczegółowy plan jest, zakończenie napisane). Jedno i drugie chętnie udostępniam do betareadingu.

 

@ninedin :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A nie, z tym placem wszystko ok. Za szybko czytałem puerwsze akaputy;)

Brawo!

Opowiadanie zakotwiczone w historii jak od Cornwella czy Pereza-Reverte. Opowiedziane wyjątkowo sprawnie, z czuciem, duchem i fabułą, do tego oparte na ciekawej, prawdziwej historii. Zdziwię się, jeśli nie trafi do ścisłej czołówki konkursu.

W temacie czepialstwa:

– “wyszarzany surdut” – wyszarzały;

– “Jak o tym dobrze myślał” – tego nie rozumiem;

– “dzień wszystkich świętych” – dzień Wszystkich Świętych;

– “raz za czas” – raz na jakiś czas;

– “Dwa razy widział go po raz pierwszy w Tulonie” – nie można czegoś zrobić dwa razy po raz pierwszy :).

 

Prawie miałem nadzieję, że Pierre Coignard okaże się księdzem Farią. To dopiero byłoby zakończenie :). 

Gdyby to opowiadanie umiejętnie rozwodnić i co nieco podopisywać, powstałaby całkiem zacna książka. 

Miejsce na Twoją reklamę!

@Staruch – dziękuję za czepialstwo, choć nie odpisywałabym od razu (notując sobie uwagi do poprawienia tekstu), gdyby nie kwestia “wyszarzanego”, który wg cytatów znalezionych w necie występuje w takim jak tu znaczeniu, w kontekście ubrań, u Żeromskiego (i to np. akurat w “Popiołach”…), i u Prusa, więc jednak pozwolę sobie przy tym słowie obstawać.

PS. Coignard raczej nie pomógłby Dantèsowi ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ależ obstawaj obstawaj, choć “wyszarzany” spotkać można w użyciu po raz ostatni w XIX wieku zdaje się. Wszak z mojej strony to takie – fidrygałki :P. 

Jeszcze raz gratuluję świetnego tekstu!

Miejsce na Twoją reklamę!

Obawiam się, Drakaino,że moje zachwyty stały się dla Twego utworu pocałunkiem śmierci. On JUŻ powinien być w Bibliotece:(.

 

Francja i Hiszpania. OK, niech będzie.

Ta historia mogła być ciekawa, tylko – jak na mój gust – za dużo zostawiłaś niedopowiedzeń. Ale może nie skumałam wszystkiego, bo ledwie kojarzę Don Juana od Komandora. Hrabiego Monte Christo znam o wiele lepiej. ;-)

Co z tą koronką ze szkatułki? Jak się kończy ten wątek? Kim właściwie jest Rosa? Czy bohater został skazany za morderstwo popełnione dużo przed tym, jak pojawił się na miejscu zbrodni? Ja to zrozumiałam, że korzystał z grobu tego hrabiego, a potem – na skutek zbiegu okoliczności – przejął jego tożsamość. OK, udawanie szlachectwa to też było przestępstwo.

Protagonista dobrze zarysowany, z pewnością ma bogatą biografię i część z niej pokazujesz.

Fantastyki trochę mi brakuje. Znaczy, są dziwaczne koronki, szepczące szpary w murach, ruchome posągi, ale to tylko dekoracje, IMO. Nie oparłyby się brzytwie Lema. Opowieść jest tak głęboko osadzona w realiach, że historia wyparła fantastykę. Może bohater po prostu miał zwidy.

Legendy też mogłoby być więcej. Owszem, Don Juan był legendarnym podrywaczem. Ale jak to się wiąże z opowiadaniem? Posąg też jest legendarny? Może i tak…

Szacun za research, dbałość o realia i szczegóły. Za to plus. Chociaż nie znam się na tyle, żeby wszystko docenić. Jednak wrażenie zrobiłaś.

Warsztat bardzo dobry, prawie nic mi się nie rzuciło w oczy.

ale doskonale widoczny stał posąg, który ponad trzy lata temu widział strącony z kolumny. Nie miał prawa tam być, nie miał prawa wpatrywać się w niego tymi szarymi oczami człowieka z Tulonu.

Spiął konia i uniósł wzrok.

Kto jest podmiotem w ostatnim zdaniu i dlaczego posąg?

 

Rybaku, masz już wystarczający staż, żeby móc nominować do Biblioteki, a nawet do piórka. Korzystaj z tych możliwości, zamiast marudzić w SB, że inni tego nie robią.

Babska logika rządzi!

Bardzo ladnie napisne opowiadanie z bardzo porzadnym researchem. Przeczytalam z duzym zainteresowaniem. Wyranie nakreslony glowny bohater, dbalosc o szczegoly, troche mroczny klimat. A do tego warszatat, do ktorego nie mam najmniejszych zarzutow.

Od siebie zmienilabym tylko ta jedna gwiazdke, oddzielajaca poszczegolne czesci na trzy …

Tak czy inaczej tekst z pewnoscia zasluguje na klika. I zycze powodzenia w konkursie :)

Jest tu gdzieś instrukcja obsługi? Skoro mogę kliknąć… Finklo, please;)

 

Tutaj możesz dodać komentarz z loginem autora i linkiem do opowiadania, jeśli chcesz oddać klika na bibliotekę:

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17812

 

a tutaj, jeśli chcesz nominować do piórka:

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/20351

Re: fantastyczność w opowiadaniu.

OK, disclaimer: czytałam opowiadanie przed publikacją, więc miałam z nim sporo do czynienia, co może z kolei rzutować na moją interpretację.

Dla mnie tutaj fantastyczność ma taki, wybaczcie mało precyzyjne sformułowanie, “spiskowy” charakter: bierzemy realną, acz dziwaczną i nieprawdopodobną, i dodajemy do niej dość ukryte fantastyczne wyjaśnienie tego, co się działo. Tu, o ile dobrze odczytuję, mamy historię wrażliwego na pewien typ magii oszusta i przestępcy (”hrabia de Sainte-Helene”), który wkręcił się na szczyty ówczesnego światka towarzyskiego i publicznego, ponieważ miał do pomocy magiczny, a raczej demoniczny, artefakt (koronkę) oraz demoniczną pomocnicę-upiorzycę (Rosa), by w końcu zostać zdemaskowanym przez innego człowieka o podobnej magicznej wrażliwości, ale będącego w służbie prawa (Vidocq). Ta magia ma, w fikcyjnym świecie, wyjaśniać to, co wydaje się fantastyczne i nieprawdopodobne w realnej historii pana “hrabiego”.

Jako porównania, nieadekwatnego literacko (bo gatunek radykalnie inny) ale – mam wrażenie – podobnego w założeniu, użyłabym wyjaśnień historii w systemie RPG “Wampir: Maskarada”, gdzie [z góry przepraszam wszystkich znających ten system za oczywistości] mnóstwo wydarzeń historycznych (jak wojny Rzymu z Kartagina, wyjaśnione wewnętrznymi konfliktami między dwoma wampirzymi klanami) objaśnia się istnieniem w świecie magicznego pierwiastka: ukrytej społeczności wampirów.

Takie rozwiązanie jak u Ninedin przyszło mi do głowy.

Ale cały czas w trakcie lektury zastanawiałem się nad innym tropem – czy Pierre Coignard nie jest zwyczajnie obłąkany, szalony. Słyszy głosy, widzi coś, czego inni nie widzą, ma napady manii prześladowczej i zaniki pamięci. Typowy przykład szaleńca z jakiejś opowieści (coś jak Harry Angel z “Angel Heart”). 

I wtedy – jest to opowieść przygodowo-historyczna w czystej postaci.

Miejsce na Twoją reklamę!

Hmmm. Widzisz, NInedin, ja tego wszystkiego nie wyczytałam. Głos ze szpary hrabiemu podpowiadał, co robić, ale równie dobrze to mogły być halucynacje. Wpływu koronki na akcję w ogóle nie rozumiem. Owszem, kobieta mu pomaga, ale długo nie wiadomo, że coś z nią nie tak. No i to są bardzo zwyczajne rzeczy – przedstawienie znajomym, uspokojenie w teatrze… Każda arystokratka mogłaby zrobić to samo. Że Vidocq czerpie z tego samego źródełka mocy też nie rzuca się w oczy.

Może po prostu – jak dla mnie – ingerencja sił nadprzyrodzonych jest zbyt mało spektakularna. Hrabiemu Monte Christo też ktoś pomaga uciec z więzienia i udawać szlachcica, ale obywa się to bez fantastyki, a podobnymi środkami.

Babska logika rządzi!

Hi, hi… A skaczący czas zauważyliście?:)

 

Taaa, przeszkadzał mi, łobuz jeden, zorientować się, o co chodzi. ;-)

Babska logika rządzi!

@Staruch: masz rację, taka interpretacja też jest prawdopodobna :)

To jeśli zauważyliście, macie i fantastyczność: Historia zatacza krąg zamknięty?;)

@Staruch – tak, można, jak najbardziej. To opowiadanie jest wyrwane z kontekstu, bo należy do szerszego uniwersum, gdzie te paskudztwa naprawdę istnieją (tu jest tylko sugestia, że wypełzły w określonym momencie), niemniej oczywiście, potraktowane jako odrębny byt podpada pod taką interpretację, bardzo zresztą tradycyjną dla powieści grozy i gotyckiej.

 

@Finkla – Vidocq nie czerpie z tego samego źródełka mocy, a Ninedin tego nie sugeruje – pisze, słusznie, jedynie, że ma wrażliwość magiczną. To dwie różne rzeczy, magię można czerpać z różnych źródełek.

Na kwestię brzytwy Lema pozwolę sobie odpowiedzieć głównie pod Twoim opowiadaniem.

Don Giovanni (bo raczej Mozart niż Molier) jest tu ważny z powodu Komandora czyli posągu, a bohater jeśli kimś jest, to spsiałym Leporellem (co sam zauważa), a nie Don Juanem/podrywaczem – ta postać nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia. Jeśli jest jakiś inny motyw literacki, to prędzej Faust, ale bohater jest zbyt niewykształcony, żeby o tym wiedzieć, a świat obserwujemy jego oczami. Hrabia Monte Christo jest tylko mrugnięciem oka do fanów tej powieści, do których sama należę – przywołaniem archetypowego więzienia, z którego (hm, hm) nie da się uciec.

Chronologia. Nie lubię łopatologii w opowiadaniach, lubię, żeby mnie prowokowały do poszukiwań, więc staram się jej nie stosować. Mogłabym np. zamiast “Kiedy wydostał się na wolność, wiedział, że nie ma czego szukać w mającym właśnie odpływać do Egiptu wojsku.“ napisać “Kiedy w 1798 roku wydostał się na wolność, wiedział … do Egiptu wojsku pod dowództwem niespełna trzydziestoletniego generała Bonapartego”. Ale byłoby to przegadane, a poza tym bohater konsekwentnie nigdy nie nazywa swojego arcywroga (którego legendzie nigdy nie zdoła dorównać) jego własnym imieniem, więc zniweczyłoby to zamysł narracyjny. W skrócie: bohater jest w więzieniu w latach 1794-98, a następnie zostaje do niego wtrącony z powrotem w 1817, po drodze chronologia jest trochę wymieszana. Realny Coignard miał proces i do końca życia utrzymywał, że jest hrabią de Sainte-Helene.

 

@rybak – dziękuję :)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Boję się, że trochę przeceniasz czytelnika. A na pewno dużo wymagasz. Bonapartego zajarzyłam, ale z wyprawą do Egiptu kojarzy mi się tylko nadpsucie Sfinksa i hasło “osły i uczeni do środka”. Daty nie potrafiłabym podać. W ogóle w datach jestem cienka, a wojen w historii nie cierpię, może z tego powodu było mi trudniej złapać dobry kontakt z tekstem.

Babska logika rządzi!

To rzeczywiście może być problem u czytelnika, który historią wojen interesuje się mało lub w ogóle. Ale Finklo, czasy napoleońskie są tak fascynujące i i inspirujące, że każdy (chyba?) mniej więcej kojarzy czasy.

“Czterdzieści wieków patrzy na was”, “łajno w jedwabnych pończochach”, “dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych”, “Merde!” Cambronne’a – to znają chyba wszyscy. 

A Ty, jako osoba niewątpliwie dużo czytająca, zapewne zetknęłaś się z tymi czasami, bo wybór jest ogromny. “Wojna i pokój”, Sharpe Cornwella, nasz Gąsiorowski, a z poletka fantastycznego choćby Alvin Stwórca Carda czy Temaraire Novik. I od groma innych.

Toteż myślę, że Drakaina nie postawiła tu poprzeczki absurdalnie wysoko :). Ja na przykład nie znam opowieści o Don Juanie i te nawiązania mi uciekły.

@Drakaina – a książka kiedy się ukaże? Bo jestem zainteresowany.

Miejsce na Twoją reklamę!

Sfinks stracił nos znacznie wcześniej, potwierdzają to źródła, w tym ikonograficzne, wcześniejsze od wyprawy francuskiej, w tym piętnastowieczne wink I nie wierzę, że nie słyszałaś o czterdziestu tysiącach lat spoglądających na was czy o kamieniu z Rosetty. Co ciekawe zresztą, wyprawa egipska z perspektywy (już początków XIX w., to tak na marginesie dyskusji gdzie indziej o propagandzie) należy do historii nauki w stopniu znacznie większym niż wojen. Z militarnego i politycznego punktu widzenia znaczenie miała nikłe, ale z punktu widzenia egiptologii – kolosalne. Zresztą ten Egipt podałam jako przykład, zaraz potem jest już trop łopatologiczny: w 1804 ogłosił się cesarzem (co prawda w tym samym roku cesarz Cesarstwa Niemieckiego, Franciszek II, ogłosił się na wszelki wypadek również cesarzem Austrii jako Franciszek I, ale można się domyślić, że nie o nim tu mowa devil).

A co do czytelnika – możesz mieć rację, choć rybak wychwycił nawet te bardziej zakamuflowane tropy bezbłędnie, więc jakaś nadzieja jest…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Staruch – nie wiem, na razie 4/5 książki są w czytaniu w jednym wydawnictwie, a lada moment będzie pełna wersja beta i zacznę wtedy ewentualne rozmowy z innymi, mogę też dać do betowania. Po kilku latach nieobecności w fandomie zwiększam obecnie aktywność właśnie m.in. w celu wydawniczym (i małymi kroczkami usiłuję zagarnąć dziewiętnastowieczną tematykę na konwentach, na razie głównie lokalnych, choć Polcon w Bielsku też był, ale to prawie lokalnie). Na początku przyszłego roku powinno się natomiast ukazać coś innego, co napisałam z współautorką, ale niestety nie mogę podawać szczegółów ze względu na umowę z wydawcą.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To jak już wydasz, zareklamuj się. Choćby w wątku “Pochwal się”. Będę czekał, bo fajnie się czytało!

Miejsce na Twoją reklamę!

Drakaino, wychwyciłem, bo w dobie napoleońskiej już miałem pińcet;)

 

Czasy napoleońskie kojarzę. Mogą być ciekawe, choć nie wydaje mi się, że bardziej niż inne. Krwawe dosyć. Ale nie wojny i nie daty. Tego w historii nigdy nie lubiłam. W tym temacie jestem w stanie wydusić z siebie tylko Somosierrę 1808, bo kiedyś dostałam książeczkę pod takim tytułem i ją przeczytałam.

Większość podanych haseł rozpoznaję – oprócz tego łajna w pończochach. Widocznie grzecznym dziewczynkom nauczyciele takich rzeczy nie opowiadali. ;-)

Czytałam “Wojnę i pokój”, “Lalkę” też. Nie podobały mi się. A już Tołstoj wkurzył mnie strasznie swoim konserwatyzmem i przekonaniem o niższości intelektualnej kobiet. Ja przy tej książce cierpiałam na ostry brak inteligentnego, dającego się lubić bohatera. Jeden książę Bołkoński prawie by się nadał, ale dał się zabić. Widziałam w tym dziele budowanie podwalin dla socjalizmu. Nie ideologicznie, ale ustrojowo. Ta uparta pańszczyzna nie mogła się dobrze skończyć.

Kamień z Rosetty znam, nawet oglądałam go w British Museum (nieźle, łachudry, nakradli po całym świecie) i mi się podobał, ale nie łączyłam go z Napoleonem. Chociaż, może powinnam, w końcu to chyba Francuz odczytał hieroglify, nie?

Babska logika rządzi!

Ja tam w pełni tożsamiałem się zawsze z Piotrem Biezzuchowem. Nawet podobny był do mnie kiedyś;)

 

Kawał dobrego rzemiosła w moich klimatach. Determinacja bohatera przypomina “Czerwone i czarne”, a rwana narracja i szarpanie czasu kojarzy się z “Pamiętnikiem znalezionym w Saragossie”. Do tego mniejsze nawiązania do pół tuzina innych klasyków.

Technicznie bardzo sprawnie, choć miałem problemy na początku – zmienna tożsamość głównego bohatera i anonimowość jego przeciwników, w połączeniu z tym rozgardiaszem czasowym i zdaniami nie zawsze dbającymi o jednoznaczność podmiotu domyślnego powodowały, że musiałem wracać o kilka fraz, żeby zrozumieć o co chodzi. Podwójność “człowieka z Tulonu” też nie ułatwiała sprawy. O ile zabiegi takie sprzyjają ogólnemu klimatowi opowiadania, to jednak, moim zdaniem, lepiej byłoby je wprowadzać z czasem, a nie na samym początku tekstu, bo utrudniają immersję.

“Wojnę i pokój” czytałem tak dawno, że pamiętam tylko to, że kompletnie się z Tołstojem nie zgadzałem? Ale na jaki temat? Kto wie…

Dalej – “łajno w pończochach” to Talleyrand. Zawsze wiedział, skąd wiatr wieje :). Kamień z Rosetty – odnaleziony właśnie podczas wyprawy Napoleona do Egiptu. A notatki i rysunki wówczas sporządzone przez francuskich uczonych, rozpowszechnione w Europie, spowodowały wybuch swoistej “egiptomanii” i powstanie egiptologii. “Lalka” – właśnie pamiętniki starego subiekta były super. A co do literatury – Łysiak jeszcze mi się przypomniał, znany apologeta Napoleona.

A czasy napoleońskie dały nam więcej, niż myślisz. Na przykład ruch prawostronny (dlatego Anglicy wybrali odwrotnie). I, jak mi się zdaje, pewną unifikację miar. A także wywołały powszechne poczucie, że nisko urodzeni też mogą. Bo skoro Napoleon, Ney, Murat mogli, to my jesteśmy gorsi?

Czyli – nie tylko wojny, bitwy, armaty, muszkiety i trupy…

Miejsce na Twoją reklamę!

Dały ruch prawostronny, reszta Europy nadal miała lewostronny, i to długo. Ale dały kodeks cywilny i prawo administracyjne przede wszystkim. A z tym ruchem lewostronnym, to tak samo jak ze schodami w zamkach na wieże. Ktoś wie, dlaczego w zamkach, idąc w górę, schody są bez wyjątku prawoskrętne? No, czekam… To jeszcze z czasów starożytnego Rzymu zasada…

 

Sorry, Rybaku, ale Bezzuchowa uważałam za wyjątkowego idiotę. Bez wysiłku własnego odziedziczył wielki majątek, stając się najlepszą partią w mieście. Potem nie bardzo wiedział, jak odrzucić oświadczyny teścia. A jeszcze później nie bardzo przeszkadzał żonie w przyprawianiu mu poroża potężniejszego niż ma cokolwiek łażącego po lesie… Nie…

Dla mnie pamiętniki subiekta w”Lalce” były najnudniejsze. Acz romantyczny mezalians stanowił ostrą konkurencję. ;-)

A układ SI to nie w wyniku rewolucji francuskiej? Tudzież inne “wolności, równości i braterstwa”?

No dobra, nie tylko wojny. Napoleon kojarzy mi się jeszcze z jakimś kodeksem.

Babska logika rządzi!

Dały również np. równouprawnienie religijne (jedną z grup, które na Kongres Wiedeński z przerażeniem przyjechały bronić – dość bezskutecznie – swoich uzyskanych dopiero co praw byli niemieccy Żydzi) i mnóstwo innych liberalnych praw. Prawo napoleońskie np. jako pierwsze nie penalizowało homoseksualizmu i dopuszczało przerwanie ciąży w przypadku zagrożenia życia i zdrowia matki. System metryczny też na dobre przyjął się wtedy.

Mnie osobiście okropnie wkurza postrzeganie tych czasów wyłącznie przez pryzmat wojen, które w dodatku wywoływały głównie Anglia, Austria i Prusy, a nie Francja. I jakkolwiek akurat historią wojskowości się zdecydowanie interesuję, to walczę jak mogę o zmianę stereotypu…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, ale Napoleon najpierw był żołnierzem? Bez tego nie byłoby jego czasów.

Acz zapewne masz rację ze stereotypem.

Babska logika rządzi!

Drakaino, właśnie tak :).

Ale ponieważ historię piszą zwycięzcy, to Drake, Wellington, Clive, Rhodes to przecież wspaniałe przykłady do naśladowania.

Do postawy Anglików odnosi się doskonale powiedzenie Księcia ze “Shreka”: “wielu z was będzie musiało zginąć, ale to poświęcenie, na które jestem gotów”. Angielskie złoto kupowało ludzi i armie.

Już nie wspominając o tym, że za myśliwce, którymi uratowaliśmy Anglię w 1940 roku, musieliśmy zapłacić polskim złotem. Wyjątkowo perfidny i obłudny naród (przynajmniej – patrząc z punktu widzenia historii).

 

EDIT: Rybaku, a z tymi schodami to ciekawe :). Na szczęście jestem leworęczny.

Miejsce na Twoją reklamę!

Finklo. Jeśli nawet był idiotą, to w rozumieniu " dostojewskim" wyłącznie. A koniec końców i na swoje wyszedł, i kobietę marzeń zdobył, iszacunek ludzi… A jego pierwsza żona? A pies….. komara, jak mawiał Gajos w "Pełni":).

 

Rybaku, jakoś mi umknęło Twoje pytanie o schody. Coś mi się obiło o uszy, że w ten sposób praworęcznej na ogół obronie, cofającej się w górę, łatwiej było walczyć z napastnikami.

No, wyszedł na swoje, ale dla mnie raczej to było ziarno dla ślepej kury (że on te swoje chore plany podczas zdobywania Moskwy przeżył, to cud) niż wypracowany sukces. No, nie ujął mnie jako bohater.

Babska logika rządzi!

Niezwykle ciekawy tekst, wymagający dla czytelnika, ale dający wielka satysfakcję z lektury. Pierwszy raz czytałem tego rodzaju opowiadanie na portalu, co tylko rozbudziło ciekawość, mimo, że zamotałem się początkowo w postaciach i czasie. Warto było poświęcić więcej czasu i uwagi.

Podobał mi się język – warsztat świetny, gratuluję, ale najmocniejsza jest cała koncepcja, która podsuwa wyobraźni myśl o ilości włożonej pracy Autorki i wielopłaszczyznowej, godnej pozazdroszczenia, przestrzeni jej umysłu. :)

Kapitalne rozeznanie w realiach, przygotowanie czuć wyraźnie. Dla kogoś, kto lubi klimat epoki – obrazy takie jak: “Vidocq”, opisy budujące klimat okazują się zbędne, zwłaszcza, że w tym tekście, mimo ich braku, klimat sączy się ciurkiem przez całą aktywność postaci i to, czego dotykają.

Dla mnie lektura okazała się bardzo ciekawym i przyjemnym doświadczeniem, klikam zatem.

Jeżeli jest to faktycznie fragment szerszego planu, to nie ukrywam, że czekam na całą resztę.

Dzięki za lekturę i powodzenia w konkursie, jak i całej, obiecującej pracy pisarskiej! :)

Pozdrawiam!

 

 

Finklo– bohaterem niekiedy się bywa. Człowiekiem się jest. To pierwsze przychodzi zazwyczaj mimo woli. Na to drugie niekiedy trzeba pracować całe życie. Dlatego lubię postać Biezuchowa. A schody powodowały że nie tylko obronie był łatwiej dziurawić zza zakrętu napastników, ale i napastnikom trudniej dziuraeić obrońców. Co do dróg lewostronnych: Dwaj mijający się konni mogli od razu się powitać, albo skrzyżować miecze:). Zniknęli konni – zniknął ruch lewostronny. Prawie wszędzie.

Kliknąłem. Dzieki, Katiu za podpowiedź:)

Nie ma za co :)

No, ale Napoleon najpierw był żołnierzem? Bez tego nie byłoby jego czasów.

Był. Może nie zaszedłby tak wysoko, gdyby miał inny zawód, choć jego młodszy brat Lucjan robił niezłą rewolucyjną karierę w zasadzie wiecznie sprzeciwiając się bratu (aczkolwiek w decydujących momentach bywał lojalny). Jak jest napisane w jednej książce (brytyjskiego historyka) o rewolucjach, w warunkach postępującego rozkładu rządów za Dyrektoriatu było oczywiste, że prędzej czy później do władzy dojdzie ktoś ze sfer wojskowych, i Francja miała szczęście, że był to ten konkretny generał. Warto jednak pamiętać, że wbrew temu, co lubią powtarzać publicyści, to nie był odpowiednik dwudziestowiecznych “puczów wojskowych”, a następnie rządy wojskowej junty, bo i realia (np. odsetek elit społecznych mających związek z wojskiem, we wszystkich krajach zresztą) inny, i następnie charakter rządów.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Majkubar

Wielkie dzięki za opinię! Rozmyślam właśnie nad zarzuceniem do opowiadań i na betalistę jeszcze dwóch tekstów z tego samego uniwersum.

Dla kogoś, kto lubi klimat epoki – obrazy takie jak: “Vidocq”, opisy budujące klimat okazują się zbędne,

Vidocq jest niezbędny, ponieważ będzie się pojawiał devil No i wg większości źródeł to on wytropił i doprowadził do aresztowania rzekomego hrabiego, aczkolwiek okoliczności były nieco bardziej rozwlekłe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wrzucaj, wrzucaj.

Nie miałem na myśli, że Vidocq jest niezbędny. Kiedy mam w głowie filmowy klimat epoki, np. “Vidocq”, stwierdzam, że opisy budujące klimat w tekście dotyczącym epoki nie są niezbędne (a osobiście uwielbiam obrazowe pisanie), zwłaszcza, że tu – u Ciebie jest smak epoki, klimat mocno wypływający z postaci i tego co ona robi, gdzie jest i czego dotyka. Pięknie to zrobiłaś…

Dobre opowiadanie, mocno osadzone w historii. Widać Twoją szeroką wiedzę i że szeroko implementujesz ją w tekście. Ma to też złą stronę, bo czułem się trochę, jak przy czytaniu opisów technicznych Toma Clency’ego – akcja nie zwalnia, leci fakt za faktem i po jakimś czasie muszę przystanąć i pomyśleć, czy aby na pewno wszystko zrozumiałem. Satysfakcja po przeczytaniu wielka, ale znam takich, co by odpadli, choć głupi nie są. Po prostu historia to nie ich konik, a przedstawione informacje potraktują niczym technobełkot w hard s-f. Tak bywa.

Językowo czytało mi się nieźle, ale bywały zdania, że czułem nadmiar informacji. Jakbyś próbowała za jednym zamachem wtłoczyć jak największą ilość faktów.

Sama fabuła okej, choć wielkich emocji we mnie nie wzbudziła. Co innego bohater: wyraźny, zmotywowany, o bogatym życiorysie. Jego losy śledziłem z uwagą. Szkoda, że sprawa z koronką urywa się z lekka tak nagle, ale podejrzewam, wnioskując z przedmowy, że pewnie rozwiniesz je w powieści.

Podsumowując: bardzo fajny koncert fajerwerków, trudny dla osób nieznających historii, ale satysfakcjonujący dla tych, co się skuszą.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki. Z tymi faktami to jest tak, że jak w wersji beta (nie tutaj, prywatnie wśród krewnych i znajomych), było ich znacznie mniej, to czytelnicy chcieli wyraźniejszego osadzenia w średnio sobie znanej historii, żeby było wiadomo, co i jak, więc musiałam znaleźć coś w okolicach złotego środka ;) Sama wolałabym mniej technobełkotu, bo jak wiemy skądinąd, nie jestem jego fanatyczką, choć uznaję czasem konieczność.

Koronka, tak, wystąpi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmmm, bo target fantastyczny nakierowany jest odruchowo w tzw. przód. Dopiero długo, długo potem zaczyna rozumieć, że aby iść w ten jego przód , trzeba najpierw poznać świat od tej drugiej strony…;)

 

więc musiałam znaleźć coś w okolicach złotego środka

Myślę, że wszyło w porządku. Z początku miałem spory problem z wstawkami, bo wydawało się, że narracja już ma dojść do sceny na cmentarzu, a tu co chwila wyskakuje jakiś motyw z przeszłości bohatera, który ukazać ma realia epoki. Potem jest znacznie lepiej.

Bardziej raziło nagłe zniknięcie koronki. Przedmowa przygotowała mnie na ten aspekt, ale bez niej na pewno czułbym się zaskoczony in minus. Dosyć ważny element, budowana jest wokół niego treść sporej części tekstu, a tu – nic. Góra rodzi mysz. Gdyby to była ledwo wstawka, potraktowałbym to jako urozmaicający detal do arcyciekawej historii Pierre’a i jego upadku.

Hmmmm, bo target fantastyczny nakierowany jest odruchowo w tzw. przód. Dopiero długo, długo potem zaczyna rozumieć, że aby iść w ten jego przód , trzeba najpierw poznać świat od tej drugiej strony…;)

Raczej na romantyczne wizje onego “przodu”. Jeśli czegoś uczy nas tył, to tego, że nie będzie raczej “pozytywistycznie” ;) A prawa fizyki często i gęsto pokazują, że pewne technologie uznawane w kanonie za pewniki mogą mieć nieoczekiwane konsekwencje (najczęściej negatywne). I tak jak nieznajomość historii może zaburzyć odbiór tekstu Drakainy, tak zbytnie “uromantycznienie” technologii i jej aspektów zaburza widok na przyszłe losy ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardziej raziło nagłe zniknięcie koronki.

OK. Jednego z betareaderów (mojego ojca) też. Od tamtego czasu nieco pozmieniałam, ale widać nie dość. Druga betareaderka, z którą obgadałam sprawę, podsunęła ideę, żeby przypomnieć tę koronkę i zrobić z niej rodzaj kolejnej ułudy bohatera – że gdyby jej nie oddał, gdyby ją zawłaszczył, to by nie przegrał. Mnie się to wydaje niezłym pomysłem, takim trochę jedynopierścieniowym, a zarazem podkreślającym ten wątek faustowski, który wyszedł mi dość bezwiednie. Spróbuję to dopisać, dzięki za zwrócenie uwagi, że to nadal może być problem. Ja na to patrzę nieco inaczej, bo z perspektywy innego tekstu, podobnie zresztą jak betareaderka, która powieść zna, więc nie mam tu dobrego wyczucia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dopisałam w rozdzialiku przedostatnim (”kolacja”) fragmencik, który, mam nadzieję, wystarczy (ale jeśli nie albo jest do niczego, proszę walić prosto z mostu):

 

“Poczuł ukłucie w piersi. Gdyby miał teraz tamtą szkatułkę, gdyby nie oddał szepczącej kojąco koronki, gdyby to on wykonał zadanie do końca, a nie powierzył go jakiemuś podoficerkowi, moc nie opuściłaby go. Pożałował, że nie chciał, żeby Rosa uczestniczyła w tej kolacji.”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cóż, przykro mi, ale nie dołączę do grupy czytelników zadowolonych z lektury Kroków komandora, jako że historia zbiegłego więźnia, dotkniętego umiejętnością słyszenia szeptów dobiegających ze ścian i szczelin, w dodatku co jakiś czas doznającego omamów, niespecjalnie przypadła mi do gustu. Choć opowieść została umieszczona w niewątpliwie ciekawych czasach, to już samo pięcie się bohatera na szczyty drabiny społecznej, przy jednoczesnym uprawianiu złodziejskiego procederu, nie wydaje mi się ani zbyt odkrywcze, ani szczególnie zajmujące.

Przeczytałam bez większej przykrości, ale i bez szczególnej satysfakcji.

Wykonanie, w tym interpunkcja, mogłyby być lepsze.

 

– Pier­re, niech mnie kule biją – tym razem głos roz­legł znacz­nie bli­żej… –> …tym razem głos roz­legł się znacz­nie bli­żej

 

Spodnie i frak ku­pio­ne za parę sou u szma­cia­rza nie ro­bi­ły może do­bre­go wra­że­nia, ale je­dwab­ny kra­wat i złoty pier­ścień… –> Wcześniej napisałaś: …ukradł z le­żą­ce­go na stole pra­nia ozdob­ny fular… – Krawatfular to nie to samo.

 

Za­da­nie miało po­stać nie­wiel­kiej skrzy­necz­ki, którą André Pon­tis miał do­rę­czyć komuś… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

„Od­dasz przy­słu­gę Fran­cji, kró­lo­wi, ko­ścio­ło­wi, Eu­ro­pie.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. 

 

„Nie minie cię na­gro­da.” –> Jak wyżej.

 

jaki to se­kret­ny ła­du­nek mogła w sobie za­wie­rać. Może ja­kieś ważne pa­pie­ry – w takim przy­pad­ku, po­wie­dział sobie… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

po­gło­ski o mał­żeń­stwie z któ­rąś z księż­ni­czek z wiel­kich rodów. –> Czy są też księżniczki poślednich rodów?

 

nie było przy­jem­ne. Hisz­pa­nia była ostat­nim ba­stio­nem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a on piął się w za­szczy­tach… –> Można osiągać po coraz to nowe zaszczyty, można pławić się w zaszczytach, ale chyba nie można się w nich piąć. Piąć można się po szczeblach kariery.

 

czy ze wszyst­kich stron na raz. –> …czy ze wszyst­kich stron naraz.

 

przy­siadł się do niego młod­szy od niego szar­żą ofi­cer pie­cho­ty… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

on stał na progu jasno oświe­tlo­nej kom­na­ty, peł­nej ludzi i świa­teł. –> Skoro komnata była jasno oświetlona, to chyba zrozumiałe, że było w niej pełno świateł.

 

Za­żą­dał balii z wodą pod swoje drzwi i przez na­stęp­ną go­dzi­nę szo­ro­wał klin­gę, która wciąż nie wy­da­wa­ło mu się dość czy­sta. Po tej go­dzi­nie woda była czer­wo­na, jakby cała za­mie­ni­ła się w krew, toteż cof­nął się z obrzy­dze­niem, ale chwi­lę póź­niej to była znów tylko za­bru­dzo­na woda. Wylał ją przez okno na we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec i długo pa­trzył, jak wsią­ka w zie­mię. –> Czy szorowanie klingi odbywało się na korytarzu? Bo nie wydaje mi się, aby balię z wodą można wnieść do pokoju, przez, jak rozumiem normalne drzwi. W jaki sposób bohater wylewał wodę przez okno?

Dodam, że balia to drewniane naczynie, dawniej służące do prania, na tyle duże, że mógł się w niej kąpać dorosły człowiek.

A może zamiast balii wystarczyłby ceber?

 

Od­wró­cił się szyb­kim ru­chem, gotów za­ata­ko­wać. –> Masło maślane. Odwracanie się jest ruchem.

Proponuję: Od­wró­cił się gwałtownie, gotów za­ata­ko­wać.

 

I wtedy uświa­do­mił sobie, że jest sam, a od­gło­sy sza­mo­ta­ni­ny, które z po­cząt­ku sły­szał, ucie­ka­jąc, uci­chły. –> Czy dobrze rozumiem, że odgłosy szamotaniny uciekły i ucichły?

 

za­chwiał na mo­ment pew­no­ścią sie­bie hra­bie­go, ale szyb­ko uj­rzał przed sobą nowe moż­li­wo­ści, po­spie­szył więc do Gan­da­wy, żeby za­ofe­ro­wać swoją służ­bę… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Po skoń­czo­nej pa­ra­dzie wy­mó­wił się bólem głowy od obia­du u mi­ni­stra wojny. –> Czy dobrze rozumiem, że ból głowy został spowodowany obiadem u ministra?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba nie zrozumiałam, o co chodzi, ale czytało mi się dość dobrze.

@regulatorzy – dziękuję za konkrety (do części zaraz się ustosunkuję) oraz za ogół, bo zwrócił mi uwagę, że być może dla części czytelników nie jest do końca jasne to, że bohater/punkt widzenia, który jest małostkowym dupkiem o rozdętym ego, przegrywa, a ukrytym bohaterem, który go pokonuje, jest Vidocq. Przemyślę, czy tego nie wzmocnić, aczkolwiek niestety trochę chyba za bardzo lubię niedopowiedzenia, zarówno w tekstach innych, jak i w tym, co sama piszę.

 

Do konkretów dwie uwagi:

 

– w nadziei, że odpowiesz, a jak nie, to zapytam “mojej” redaktorki od przekładów: czy naprawdę obecna norma dotycząca kropek po cudzysłowach jest taka, że nawet jeśli całe zdanie jest w cudzysłowie, bo jest przytoczeniem wypowiedzi, bez didaskaliów i przed, i po, to też kropka ma być za cudzysłowem? Dla mnie to jest wbrew logice (i wbrew analogii, bo pytajnik ma być w środku cudzysłowu, jeśli należy do wypowiedzi…), bo to, że mnie uczono inaczej, może być po prostu kwestią zmian, jakie zaszły. Chodzi konkretnie o zdanie od “Oddasz przysługę…”

 

– fular vs. krawat – teraz to są istotnie dwie całkowicie różne rzeczy, ale w opisywanych czasach fular to albo rodzaj materiału, albo, przez przeniesienie znaczenia, krawat z fularu (sprawdziłam nawet w polskiej książce o historii mody, że tak się tych terminów używa, bo na co dzień korzystam głównie ze źródeł francuskich, co mogło być przyczyną nieporozumienia). Tyle że ówczesne krawaty nie mają nic wspólnego na wygląd z dzisiejszymi, to dość duży kawałek materiału wiązany na najróżniejsze sposoby. Ale zmienię, choć w obrębie świata przedstawionego jest ok, żeby nie prowokować takich właśnie nieporozumień

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

…czy naprawdę obecna norma dotycząca kropek po cudzysłowach jest taka, że nawet jeśli całe zdanie jest w cudzysłowie, bo jest przytoczeniem wypowiedzi, bez didaskaliów i przed, i po, to też kropka ma być za cudzysłowem?

Drakaino, korzystam z mądrości SJP PWN. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/b-kropka-b-po-cudzyslowie;11581.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, ja też tam wcześniej zajrzałam i to właśnie oczy me napotkały, ale miałam nadzieję, że może jednak istnieją jakieś tajne wytyczne ;) Aż mnie korci, żeby do SJP napisać, czy jednak zgodnie z logiką i per analogiam nie należałoby ujednolicić dla wszystkich znaków interpunkcyjnych należących do wypowiedzi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, skoro nie czujesz się przekonana, to postąp tak jak Cię korci i zasięgnij wiedzy u źródła. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiedzy, bo wiedzę już mam – jest norma w słowniku, póki co, muszę się podporządkować, co do tego niestety jestem przekonana (jako tłumaczka wyznaję zasadę, że w kwestiach językowych dobry redaktor ma zawsze rację, więc nie będę jej łamała dla własnego tekstu). Raczej, ponieważ w ich poradni udziela się chyba nadal mój znajomy z czasów polonistycznych, myślałam, żeby do niego napisać, czy nie warto się zastanowić nad tym, że dla części znaków interpunkcyjnych (pytajnik, wykrzyknik) jest inna reguła niż dla pozostałych. Skądinąd zdaję sobie sprawę, że w przypadku kropki to byłoby po części uznaniowe, jak w przypadku wypowiedzi i didaskaliów, ale skoro dla dialogów tak jest, to czemu nie dla cytatów?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy są też księżniczki poślednich rodów?

Ponieważ to ciekawy problem, dorzucam jeszcze odpowiedź. W realiach dziewiętnastowiecznej Europy – tak, tzn. relatywnie pośledniejszych od “najznakomitszych” (skądinąd zamieniam wielkie na najznakomitsze, bo “rody panujące” brzmią zbyt technicznie). Habsburgowie czy Romanowowie (pomijając dość wątpliwe już wtedy formalne prawa do posługiwania się przez oba rody tymi konkretnymi nazwiskami) uważali się i byli uważani za znacznie ważniejszych i znakomitszych od właściwie całej reszty, włącznie z Burbonami, którzy i tak byli wysoko w hierarchii. A np. cała rzesza niemieckich książątek też miała córki, które w tej hierarchii stały znacznie niżej i stanowiły małżeński narybek dla większej liczby kandydatów niż austriackie arcyksiężniczki. To się oczywiście czasem zmieniało, bo np. dość “poślednia” dynastia hanowerska skoczyła wyżej dzięki objęciu tronu brytyjskiego, a Wittelsbachowie czy Wettynowie zyskali nieco dzięki tytułom królewskim, ale i tak na samym szczycie siedzieli Habsburgowie, potem car, a dalej reszta w zmieniających się układach.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję, Drakaino, Twoje wyjaśnienia sprawiły, że pozbyłam się wątpliwości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wzorem kapitana Białe Mszy ze wspomnień Borchardta mogę napisać “przeczytałem, ale nie zrozumiałem”. Fabułę wyjaśniły dopiero komentarze. Mimo to bardzo mi się podobało (a to rzadko mi się zdarza przy tekstach, których nie rozumiem). Na pewno u mnie ogromny plus za czasy napoleońskie i rewolucyjne, dzięki ruchliwości bohatera możemy oglądać szeroką panoramę tej epoki. Udało Ci się świetnie wytworzyć atmosferę tajemnicy, co częściowo rekompensowało niejasność opowiadania. Podsumowując chcę więcej i zabieram się za “Gdy rozum śpi” :)

 

PS: Czy da się po polsku albo ewentualnie angielsku poczytać coś historycznym Coignardzie? Po pobieżnym researchu w internecie znalazłem tylko teksty francuskie, a ja z czasów jeszcze podstawówki niezbyt się z tym językiem lubię.

 

A w kwestii pozamilitarnych osiągnięć Napoleona, nie zapominajcie o masowej uprawie buraków cukrowych! ;D

Czy da się po polsku albo ewentualnie angielsku poczytać coś historycznym Coignardzie?

O ile wiem, nie, ale też nie szukałam jakoś bardzo szczegółowo. Jedyna znana mi (i zapewne jedyna w ogóle) biografia jest francuska, akta procesu też francuskie… Ale po prawdzie, jeśli mój projekt związany z tym uniwersum literackim, wypali, to planuję napisać jakiś “true crime” o słynnych w swoim czasie dziewiętnastowiecznych francuskich sprawach kryminalnych, ze zdecydowanym naciskiem na pierwszą połowę (no dobra, do wojny francusko-pruskiej, tuż przed nią jest arcyciekawa sprawa), bo fin de siecle to już nie bardzo moja bajka.

 

nie zapominajcie o masowej uprawie buraków cukrowych

A jakże! Była nawet w 1812 karykatura pokazująca Napoleona wyciskającego buraka do kawy, jego małego syna ssącego buraka i niańkę przekonującą, że tatuś mówi, że to cukier ;)

 

Dzięki za miłe słowa!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale po prawdzie, jeśli mój projekt związany z tym uniwersum literackim, wypali, to planuję napisać jakiś “true crime” o słynnych w swoim czasie dziewiętnastowiecznych francuskich sprawach kryminalnych, ze zdecydowanym naciskiem na pierwszą połowę (no dobra, do wojny francusko-pruskiej, tuż przed nią jest arcyciekawa sprawa), bo fin de siecle to już nie bardzo moja bajka.

W takim razie pozostaje mi czekać i trzymać kciuki za wypalenie wspomnianego projektu ;)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Kilka uwag technicznych:

Co do dyskusyjnej fantastyki w utworze – akceptuję taką jej formę, choć gdyby np. opowiadanie miało trafić do antologii i byłabym jedną z osób pracujących przy tekście, pewnie zasugerowałabym odrobinę więcej magii (albo większe rzucanie się w oczy elementów fantastycznych, w tym upiora).

Rozważ wycentrowane trzy gwiazdki, oddzielone od tekstu. O ile pamiętam, nie masz teraz konsekwentnego zapisu gwiazdek – raz jest wycentrowana, raz nie.

oddasz przysługę Francji, królowi, kościołowi, Europie ← czy tutaj nie powinien być Kościół z dużej?

Trzeba się zwolnić z tej służby, pomyślał. ← formatka fantazmatowa widziałaby to tak: Trzeba się zwolnić z tej służby – pomyślał; ale nie jest to rozkaz, zaznaczam tylko w wypadku dostania się do antologii ;) I wymienię, gdzie masz jeszcze myśli:

Chyba nie jest zatrute, pomyślał, ale jego towarzysz też pił, co ukoiło jego nerwy.

Może mi się to wszystko przyśniło, pomyślał Pontis, ta krew, ta szabla.

To niemożliwe, pomyślał, człowiek z Tulonu jest daleko, bardzo daleko.

 

powiedział(+,) odstawiając szklankę.

nie zasłużył się niczym dla korony hiszpańskiej – ta zresztą, jak wiesz, ← w fantazmatowej formatce wywalamy zbędne półpauzy z wypowiedzi 

jak dwadzieścia lat temu stał w wielkiej sali(+,) przyglądając się nowym skazańcom.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dziękuję za rady. Rolę upiora (upioressy) mogę spróbować rozwinąć nawet teraz, ale nie wiem, czy to konkursowo dozwolone?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dozwolone. Do pierwszego maja możesz robić z tekstem, co chcesz. Niektórzy już bardzo duże zmiany wprowadzali.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobre opowiadanie od strony warsztatowej, szybko się to czyta, jak powieść. :) Domyślam się, że pod tym względem sama powieść jest tak samo dobra. Co do treści, pobieżnie znam historię Francji, więc zdawałem sobie sprawę, że wszystkie nazwiska coś powinny mi mówić i rozjaśniać fabułę, ale cóż, bardzo mgliście je kojarzę. Więc satysfakcji z lektury nie miałem. Irytował mnie też wszędobylski posąg, na który Pontis ciągle właził. Rozumiem też otoczkę tajemnicy, ale było jej dla mnie zbyt dużo. 

To, co przyszło do niego na cmentarzu wraz z zadaniem, było przy nim obecne już wcześniej.

Sporo zdań tego typu bardziej mnie, finalnie, zmęczyło, niż wciągnęło w tajemnicę, ale sprawności pisania można Ci pozazdrościć. :)

Pozdrawiam.

Dzięki. Kwestię zdań wezmę pod uwagę przy ostatniej korekcie przed konkursowym zamknięciem tekstów :)

pobieżnie znam historię Francji…

Coming out: wszechobecność Anglii, a konkretnie kilku memów z nią związanych w “dziewiętnastowiecznej” fantastyce znużyła mnie do tego stopnia, że postanowiłam dać temu odpór, choćby i za cenę mniejszej zrozumiałości realiów…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajnie, historia Francji jest bardzo ciekawa, nie bez kozery powstało tyle filmów kostiumowych. W powieściach lubię jak coś wynika z fabuły, toczącej się opowieści, niż pośrednio z historii.

Pod koniec utworu pojawia się taki dialog.

– Czego chcesz? – wycedził przez zęby de Pontis.

– Odesłać cię tam, gdzie twoje miejsce.

– To również twoje miejsce, Vidocq.

I domyślam się, że powinienem wiedzieć, kim jest Vidocq, ale nie wiem. Trochę łatwiej jest u Cherezińskiej, ona piszę historyczną beletrystykę, ale jednak o Polsce. Łatwiej mi rozeznać się w królach, pretendentach i takie tam. :)

Vidocq jest nawet w polskiej wiki ;) Pierwszy detektyw w historii. Oraz był film fantastyczny z 2001 (oprócz wielu innych, ale raczej zapomnianych i realistycznych), ale wiem, że to już powoli wchodzi w sferę prehistorii ;)

Powieść, o której wspominam w przedmiowie, jest o Vidocqu, ufantastycznionym, oczywiście.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ponieważ zbliża się deadline poprawek, dziękuję wszystkim komentatorom za wszelkie uwagi krytyczne (za pochwały oczywiście też!). Techniczne poprawki uzupełniałam na bieżąco, natomiast dziś dokonałam jeszcze redakcji całego tekstu, wprowadzając głównie nieco więcej upioressy, zgodnie z sugestiami. Raz jeszcze wielkie dzięki!

(Oczywiście dalsze komentarze mile widziane, nie zamykam dyskusji smiley)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawe opowiadanie z motywami płaszcza i szpady, widać że fragment większej całości, ale cóż, mnie aż tak bardzo nie zachwyciło. Brakuje mi w tym fantastyki. Bardziej książka historyczna, co nie jest wadą bo też czasem sięgam po tego typu historie (kto nie czytał Dumasa). Pewne nawiązania umykają, bo trzeba by zgłębić temat (pewnie lepiej rozwijasz to w książce po którą chętnie sięgnę), ale…

No właśnie, bierzesz udział w konkursie “Jestem legendą”​, z ograniczonym limitem znaków i nie możesz wymagać żeby oceniać to opowiadanie razem z innymi twoimi nawiązującymi tekstami. Legenda oczywiście jest, ale wydaje mi się, że nie do końca o to w tym konkursie chodzi. Przy końcu terminu rozstrzygania miejsc nie bardzo jest czas na googlowanie otoczki historycznej.

Podsumowując, dobre opowiadanie, ale w niewłaściwym miejscu. 

@enderek

Dziękuję ci za zwrócenie uwagi, że przedmowa w obecnym kształcie może być myląca. Opowiadanie jest całkowicie autonomiczne, opowiada zamkniętą historię, i jako takie startuje w Jestem legendą (nie jest jedynym w konkursie, które należy do tego rodzaju autorskich cykli). Nie jest częścią większej całości, ale należy do uniwersum, w którym napisałam już kilka tekstów, w tym powieść. W sumie z nich wszystkich jest nawet najbardziej fabularnie niezależne od reszty, “prequelem” powieści jest bardzo luźnym i odległym – powieść jest zrozumiała bez niego, ono jest zrozumiałe bez powieści. Drugie opowiadanie wrzuciłam w związku z jakimś tam wyrażonym w komentarzach zainteresowaniem tym uniwersum (trzecie chyba pójdzie na betalistę), ale ono fabularnie nie ma z tym nic wspólnego, jedynie świat i jego element fantastyczny. Zaraz wyedytuję przedmowę, żeby nie było w tym względzie nieporozumień, mimo że jesteś jedyną osobą, która tak to odebrała.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Chyba źle się wyraziłem. Nie zabraniam Ci oczywiście promowania innych Twoich opowiadań przy okazji wstawienia tego do konkursu. Tekst jest jak najbardziej zamkniętą całością i oczywiście chętni mogą poszerzyć temat. Ale jestem jednym z tych co chcą przeczytać najlepiej wszystko konkursowe, żeby w zgodzie z własnym sumieniem zagłosować, a jak przez tydzień byłem zawalony robotą i zajrzałem tu wczoraj to się załamałem bo mi może dni zabraknąć na analizę. A jeszcze przez pół godziny pewnie następne wpadną – masakra ;)

 

Rozumiem, też tak mam. W ostatnim dniu doszła 1/3 stawki. Ale na głosowanie chyba trwa na tyle długo, żeby w maju dokończyć lekturę? A przedmowa jest w sumie teraz sensowniejsza.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciężki tekst. Rozpoczyna się z grubej rury – obszernym, ale mam wrażenie zbyt pobieżnym opisem różnych zależności, układzików, wydarzeń i tak dalej. Wydaje mi się, Drakaino, że założyłaś, że czytelnik ma zbyt dużą wiedzę na temat wycinka historii, na którym operujesz. Jako osoba niemająca z historią zbyt wiele wspólnego, nie mogę powiedzieć, bym poczuł się przez to opowiadanie dostatecznie wprowadzony w realia. Pisząc taki tekst, czasem trzeba pokusić się o parę zdań więcej wyjaśnień – nawet jeśli to banały i oczywistości w Twoich oczach, bo w przeciwnym wypadku grono w pełni zadowolonych odbiorców zwyczajnie Ci się zawęzi. Po tym szalenie ciężkim wstępie, gdy już jakaś akcja się zawiązała, czytało mi się lepiej, bo i napisane porządnie, i podzieliłaś tekst na krótkie fragmenty, co świetnie go zdynamizowało. Cały czas jednak miałem wrażenie, że zbyt wiele mi z tej historii ucieka, bo momentami zwyczajnie nie ogarniałem o czym narrator bądź bohaterowie mówią.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Wahałem się, ale nie tak długo. Bo dobrze prowadzisz historię, bohater jest ciekawy, a ukazanie historycznych realiów – fajne, nawet jeśli z lekka trudnych do odnalezienia się bez ich znajomości.

Podstawowa trudność to uczucie, że część to jednak część większej całości. Stąd, pomimo poprawek, historia koronki z nadal z lekka zaskakuje swoim zakończeniem. A po zakończeniu czytania miałem nadal przeczucie, że to ledwo wstęp – że bohater to taki Eddard Stark, “umierający” jeszcze przed początkiem właściwiej historii.

Stąd to lekkie wahanie. Jednak ostatecznie przyjemność z przeczytania była na tyle duża, że zagłuszyła i te elementy. Koniec końców – jestem na TAK.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Właściwie mógłbym się podpisać pod komentarzem MrBrightside’a. Ale napiszę po swojemu.

“Kroki komandora” mnie zmęczyły. Przede wszystkim pokonała mnie pokręcona chronologia. Pomieszane są nie tylko fragmenty – gubiłem się nawet w poszczególnych scenach, które w większości składały się z retrospekcji. A jeśli autor chce zaserwować mi chaos, to ja wolę chaos kontrolowany. 

Sposób prowadzenia narracji też nie ułatwiał lektury. Technicznie nie mam się do czego przyczepić, wydaje mi się, że dobrze operujesz słowem. Ale nie tak dobrze już operujesz wyobraźnią czytelnika. Moim zdaniem komplikujesz, rozwadniasz, piszesz na około i po przeczytaniu akapitu zostawałem z myślą “a o co właściwie autorce chodziło?”. Mam na myśli takie sformułowania, o jakich wspomniał Darcon. 

Element fantastyczny wydaje mi się raczej umowny. Słyszenie głosu równie dobrze mogłoby być metaforą; często się spotyka zdania w rodzaju “Coś podpowiadało mu, żeby tego nie robił”. Nie zrozumiałem, o co chodziło z tą koronką… 

Właściwie to mało zrozumiałem. Ktoś wspiął się na szczyt i z tego szczytu spadł. Bohaterowie mi się mylili, bo zamiast operować imionami, pisałaś coś w stylu “człowiek, którego ktośtam spotkał gdzieśtam”. Mam wrażenie, że Rosa pojawiła się nagle, trochę znikąd. Na historii się nie znam, więc miejsca niewiele mi mówiły. Nie poczułem się też zachęcony, by bliżej zapoznać się z tamtą epoką. 

Przykro mi, ale tekst zupełnie do mnie nie trafił :(

Kurcze, no.

 

Skuszony obiecującą, bo niezmiernie dla mnie interesującą epoką, w której osadziłaś swoją historię, specjalnie zostawiłem sobie Twój tekst na sam koniec, licząc, że będzie mi on niejako wisienką na torcie, ale, niestety – z przysłowiowa wisienką powyższe opowiadanie, przynajmniej w moich oczach, łączy tylko to, że nie jestem entuzjastą wisienek, bynajmniej.

 

Zasadniczo zabiłaś mnie już pierwszym fragmentem – niemal zupełnie nieczytelnym i pozbawionym jakiegokolwiek sensu bełkotem, w którym brak podmiotów wymieszany z zdecydowanie zbyt pokaźną liczbą zaimków sprawia, iż zupełnie odechciewa się dalszej lektury, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, jak obszerna owa lektura jest.

Po zakończeniu opowiadania ten dziwny wstęp nabiera trochę – ale tylko trochę, bo zbyt wiele w tekście zostaje niedopowiedzeń – sensu, ale sam w sobie bynajmniej nie zachęca, by kontynuować czytanie; tak, wiem, powtarzam się.

 

Dalej jest już nieco lepiej, ale wciąż – moim zdaniem – zbyt ciężko i mgliście.

Po pierwsze, nie podobał mi się język; suchy, relacyjny ton, dzięki któremu opowiadanie jest zupełnie wyprane z emocji, a przez to nie angażuje czytelnika niemal zupełnie. Osobiście pozostałem na losy bohatera doskonale obojętny. No, może z lekkimi odchyłami w stronę w pełni zasłużonej antypatii.

Po drugie, chaos. Nie mam pojęcia, dlaczego tak usilnie starałaś się utrudnić odbiorcy zrozumienie czegokolwiek z tego, o czym opowiadasz, ale udało Ci się to wręcz wzorowo.^^ Bez przerwy gubiłem się w bohaterach, wydarzeniach i chronologii, przez co czytanie było po prostu żmudne i coraz bardziej zniechęcające.

Po trzecie, dziury w fabule, vel umowna fantastyka.

Mamy głos, mamy magiczną mantylę i jakichś ludzi, którzy chcą jej do czegoś użyć, wreszcie mamy Rosę, która też jest w jakiś sposób… hmmm… nagłośniona. Tylko co z tego wszystkiego wynika? Moim zdaniem – nic. Nie wiemy, co to za głos, nie wiemy, kim byli ludzie od mantyli i jak chcieli ją wykorzystać, nie wiemy czym ten fatałaszek był i jaką miał moc, nie wiem nic o Rosie i jej nieobecnym spojrzeniu… Tak naprawdę wszytko równie dobrze mogło być schizofrenicznym urojeniem Pierra czy jak on tam naprawdę miał na imię, bo tego w sumie też nie jestem pewien.

Faktu, że tekst wkomponowuje się w tematykę konkursu równie umownie, jak jest fantastyczny, już się nie czepiam, bo to nie moja działka.

 

Co jednak istotne, mimo wszystko udało Ci się – przynajmniej do pewnego stopnia – przykuć moją uwagę do tego opowiadania. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż z pewnym zainteresowaniem śledziłem tułaczkę bohatera – przynajmniej do chwili, kiedy faktycznie była ona tułaczką; od momentu, gdy gość dostał się na salony, zasadniczo wyłącznie się już nudziłem.

 

Generalnie rzecz ujmując – co przykro mi mówić – opowiadanie mi się nie podobało, i to w chyba każdym możliwym aspekcie.

A nie – warsztat masz zupełnie przyzwoity (choć też jeszcze nie doskonały. Ale niech pierwszy rzuci przecinkiem…)

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, dziękuję za recenzję. Zawsze oczywiście jest przykro, jak komuś się nie podoba, zwłaszcza w każdym aspekcie, ale przejrzawszy recenzje konkursowe mam wrażenie, że nasze gusta literackie po prostu dość znacząco się rozmijają (niektóre z opowiadań przez ciebie wysoko ocenionych są najniżej na mojej liście), z czego może wynikać m.in. to, że w historii prawdziwego Coignarda znacznie bardziej zafascynowało mnie to, co się działo po tym, jak dostał się na salony i to, jak upadł, w sumie głównie dlatego napisałam to opowiadanie, a opisanie tułaczki i kawałka tego świata było wartością dodaną…

Ale pewnie nie pisałabym tego, gdyby nie pierwsze zdanie komentarza, bo akurat ludzie uważający epokę za interesującą i mający o niej jakiejś pojęcie nie mieli dotychczas kłopotów z fabułą, chronologią itd., więc to mnie zaintrygowało – ale może “w epoce” też różne rzeczy nas interesują w różnym natężeniu. Byłabym bardzo ciekawa twojej opinii o drugim zamieszczonym tu opowiadaniu z epoki i tego samego uniwersum (Gdy rozum śpi), które jest napisane “po bożemu”, z linearną akcją, ale nie śmiem namawiać do lektury, bo długie :/

Choć może powinnam zasugerować przynajmniej lekturę komentarzy, zwłaszcza pierwszego ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, to nie jest tak, że nie zrozumiałem tego tekstu, jeśli o to chodzi. Powoli wszystko złożyło się w całość, która – pomijając fantastykę – złożyła się w jako tako składną całość. Tyle, że napisane jest to tak chaotycznie, iż w trakcie lektury czasami (a czasami i częściej, niż czasami) po prostu nie idzie się połapać w… no we wszystkim właściwie.

Do drugiego opowiadania – choć ta linearna fabuła brzmi obiecująco – nie mogę obiecać, że zajrzę. Chyba że na mocy zobowiązań. Ale czy do tego dojdzie – nie wiem.

Mam więc inną propozycję: wkrótce startuję z konkursem, w którym, być może, będziesz miała szansę się odnaleźć, więc zgłoś się, machnij opko i zobaczmy, czy i tym razem nasze gusta rozjadą się jak obietnice przedwyborcze i powyborcza rzeczywistość.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jak już wspominałam, szacun za realia. Tym mnie przekonałaś do tekstu.

Do dopracowania utrzymywanie uwagi czytelnika, podsuwanie mu tylu informacji, żeby z zaciekawieniem czytał dalej. Może więcej wyjaśnień dla maluczkich nie będących historykami.

I więcej fantastyki. ;-)

No, ale póki co nie jest źle.

Byłam na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka