- Opowiadanie: Mytrix - Zwykły Szary Henio i Korpoprzyjaciel

Zwykły Szary Henio i Korpoprzyjaciel

"Bo opko, w którym główny bohater ma na imię Henio musi być lekkie, prawda? :D" - funthesystem

Moja odpowiedź brzmi: niekoniecznie :-)

Nie umiem tego opowiadania jednoznacznie otagować, ale znajdzie się i zagadka w tle, czekająca na czytelnika i kryminał i elementy cyberpunku i inne mankamenty. Zalecam wszak czytać na spokojnie i w miarę uważnie. Choć starałem się sprawy wyłożyć dość jasno, to jednak wykładałem je z punktu widzenia głównego bohatera.

Życzę przyjemnej i satysfakcjonującej lektury.

Za betę dziękuję żonie i funthesystemowi.

 

Uwaga na spojlery w komentarzach :-)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zwykły Szary Henio i Korpoprzyjaciel

Detektyw

 

– Przykro mi, Henryku, ale czas zakończyć naszą współpracę. – Mężczyzna wychylił kieliszek wódki i nie czekając na jakąkolwiek reakcję rozmówcy, kontynuował: – Minęło sześć lat, sam wiesz. Nie ma już nowych tropów. Te poszlaki, które mamy, to zbyt mało, by rzucić choćby cień podejrzenia na korporację. Tylko szaleniec próbowałby walki z takim gigantem.

– Muszę poznać prawdę – nie ustępował Henryk.

Detektyw westchnął.

– Ciąża przebiegała prawidłowo, sam wiesz. Dokumentacja była bez zarzutu. Wyeliminowaliśmy wszystkich podejrzanych. Jeżeli ktoś maczał w tym palce, to jest to zawodnik spoza mojej i twojej ligi. Lubię pieniądze, cenię sobie twój upór, ale aż tyle mi nie płacisz. Nie za takie ryzyko… Zresztą, ciążę nie zawsze udaje się donosić. Może lepiej tak to zostawić?

– Może. – Henryk wyjął kopertę i położył na barze. – Przez telefon mówiłeś, że masz coś dla mnie.

– Schowaj te pieniądze, jesteśmy kwita. A to uznaj za prezent pożegnalny. – Detektyw położył przed nim małą płytkę danych. – Tu masz wszystko, co udało mi się zebrać o tym twoim przyjacielu Stanisławie. Gdyby nie to, że twierdzisz, że się z nim regularnie spotykasz, to uznałbym, że ten facet nie istnieje. Zrób z tym, co zechcesz. Najlepiej nic. – Wstał, skinął staromodnym kapeluszem na pożegnanie i opuścił lokal.

Henio odszedł od baru, by znaleźć zaciszny stolik, przy którym mógłby rozpakować swój prezent.

 

Syfon

 

Dwóch chłopaków w bluzach nie pasowało do klubu jazzowego. Ale Henryk ich nie oceniał. Był tuż przed pięćdziesiątką, a wyglądał na sześćdziesiąt kilka i nie znał się na modzie. Mogli nawet być Mozartami jazzu. Miał to w dupie. Popełnili błąd, przysiadając się do jego stolika. Bez pytania.

Celowo usiadł w kącie sali, z dala od spojrzeń, śmiechów i natrętnych kelnerek. Nie lubił jazzu, ale tego dnia i tak nigdzie nie czułby się lepiej. Nie w rocznicę śmierci Pawełka. Poza tym nikt ze znajomych nie słuchał tego badziewia, więc Zaśniedziały Saksofon idealnie nadał się na spotkanie z detektywem.

Dwa pajace, nie zwracając uwagi na oazę spokoju starego Henia, głośno komentowały poczynania rzępolącego bandu. Jeden z nich położył na stole SIphone, którego ekran chwilę później się rozświetlił – dzwoniła jakaś Veera.

– Czy mogliby się panowie przesiąść? – zagaił grzecznie Henryk.

Nie zwrócili na niego uwagi.

– Bo to nie jest dobry dzień na przysiadanie się! – spróbował podniesionym głosem.

Ale szkopuł nie tkwił w tym, że chłopaki nie usłyszeli za pierwszym razem, tylko nie chcieli usłyszeć.

Henryk dopił wódkę i otarł usta rękawem wyświechtanej marynarki. Nalał sobie następną, ale pozostawił ją nietkniętą – zamiast tego pociągnął solidny łyk z butelki. Zagasił peta na wciąż wibrującym SIphonie, wyświetlacz zgasł i raczej nie miał się już włączyć. Chłopaki nie zauważyli. Lekko podpity Henio wstał, opierając się ręką o stolik. Odchodząc, rzucił tylko w przestrzeń:

– Mam dzisiaj humor nieprzysiadalny.

Może jeszcze pięć, dziesięć lat temu, Henryk załatwiłby ich inaczej, bardziej koncertowo, ale teraz oszczędzał siły na prawdziwą pracę.

 

Wytrzeźwiałki

 

W zaistniałej sytuacji, przy spieprzonym – a w gruncie rzeczy od początku kiepskim – wieczorze, pomóc mogło tylko jedno. Henryk musiał wziąć się w garść i trochę popracować.

Stojąc na chodniku przed Zaśniedziałym Saksofonem, wyciągnął swojego własnego syfona, jak zwykł to tałatajstwo nazywać, i spróbował zalogować się do apki dla bileciarzy. Aplikacja poprosiła o zeskanowanie siatkówki oka, po czym odmówiła dostępu.

– Szlag… – zaklął pod nosem.

Ustrojstwo rozpoznało stan pod wpływem procentów.

Bileciarz splunął. Przetrzepawszy kieszenie, z trudem wydobył wytrzeźwiałki i wkropił sobie po trzy krople do każdego oka. Ponowił próbę logowania, tym razem z sukcesem.

Dwoma kliknięciami zażądał kontroli w najbliższym autonomibusie. Pojazd zmienił trasę tak, by zgarnąć kontrolera po drodze. Czas oczekiwania około dziewięćdziesięciu pięciu sekund.

Mężczyzna odpalił papierosa od złącza termicznego w syfonie. Jako osoba wiecznie gubiąca zapalniczki, uważał to za jego największą zaletę, tuż obok wbudowanego paralizatora – tylko w modelach dedykowanych bileciarzom.

Oczekując na przyjazd swojego miejsca pracy, przyglądał się odbiciom wszędobylskich neonów w kałuży na jezdni. Zapatrzony w kolorowy taniec na tafli brudnej wody, nie zauważył sunącego cichutko pojazdu. Jeden z nowszych modeli.

Błotnista ciecz, w której tak pięknie odbijały się pstrokate neony, nie była już taka kolorowa, kiedy ochlapała spodnie Henryka.

Wściekły staruch w mokrych pantalonach wkroczył do pojazdu, charcząc:

– Kontrola biletów, śmiecie!

Kobieta na przednim siedzeniu mocniej przytuliła swoją małą córeczkę.

– O, najmocniej panienki przepraszam. – Henryk wysilił się na uśmiech, ale wyszedł  mu tylko koślawy grymas.

Z apki na syfonie aktywował swoje bileciarskie tatuaże. Na obu policzkach mężczyzny, na pomarańczowo zajarzyły się litery ANB wpisane w trójkąt – logo autonomibusów.

 

Obcinaczka

 

Odpuścił sobie przednią połowę pojazdu i bez słowa minął pasażerów: w większości ludzi starszej daty, kobiety i dzieci.

Nigdy nie mógł pojąć, dlaczego cwaniaki i kanciarze myślą, że jak usiądą z tyłu, to się przed nim ukryją. Jedno spojrzenie na dziewczynę z wielkim brzuchem, ubraną w jaskrawożółtą kurtkę, wystarczyło.

Dla niepoznaki, najpierw skontrolował trzech czarnoskórych młodzieńców. Wszyscy po kolei kładli mały palec lewej ręki na jego syfonie. Czipy tych trzech były w porządku. Ekran dwa razy rozświetlił się na zielono, a raz na żółto, co oznaczało konieczność przedłużenia subskrypcji w ciągu siedmiu dni.

Żółta Kurtka zdradzała oznaki zdenerwowania. Kobieta pociła się, pomimo niskiej temperatury panującej w pojeździe. Spojrzał podejrzanej w oczy, a ona uciekła wzrokiem.

– Bilecik do kontroli.

Niechętnie przyłożyła palec do urządzenia. Sprawdzenie czipu trwało o kilkanaście sekund dłużej niż zwykle. W końcu syfon rozbłysnął na zielono, ale Henryk chwycił dłoń dziewczyny w żelazny uścisk.

– Jeszcze raz. – Docisnął jej palec do syfona. Pociągnięta za rękę kobieta straciła równowagę i oparła się brzuchem o bileciarza.

– Ale o co panu cho…

Tym razem ekran rozświetlił się na czerwono.

– Ładnie tak oszukiwać? – Mężczyzna szybkim ruchem wyciągnął obcinaczkę do cygar, nałożył na mały palec kobiety i uciął w połowie. Miał wprawę: nielegalne oprogramowanie było łatwo dostępne, ale też tak samo łatwo wykrywalne.

W momencie, w którym krew obryzgała mu marynarkę, poczuł kopnięcie w brzuchu dziewczyny.

Kobieta krzyczała i płakała. Jakaś starsza pani przytuliła ją i rzuciła gniewne spojrzenie Heniowi.

– Bezduszni bileciarze, nawet ciężarnej nie odpuszczą, diabły!

Trzęsącą się ręką podał kobietom puszkę syntetycznego opatrunku w spreju i zatrzymał pojazd przyciskiem awaryjnego stopu.

Wyskoczył w pośpiechu, żegnany gwizdami pasażerów.

 

Mantra

 

Pierwszym, co uderzyło go w tę mroźną noc, był ból głowy. Efekt uboczny użycia wytrzeźwiałek łupał w czaszkę na spółkę z kacem moralnym.

Kontroler ruszył w mrok, rozcierając pulsujące skronie. Rozejrzał się i rozpoznał ulicę. Dwie przecznice od domu. Podłużne niebieskie neony pobliskiego budynku, odbite w kałużach wzdłuż całego chodnika, przypominały mu niebieskiego węża. Henio był pewien, że gad odprowadza go do mieszkania.

Może trzeba było tej kobiecie odpuścić? Gdy był młodszy, takie rzeczy jak brzuch ciążowy nie umykały jego uwadze. Z drugiej strony, na początku swojej działalności, szczególnie tuż po szkoleniu, nie popuszczał nikomu.

Kontrolować szybciej, dokładniej, więcej, bezlitośniej, przypomniał sobie korporacyjną mantrę. Żył według niej przeszło trzydzieści lat.

Chyba stał się zbyt miękki do tej roboty. Dezaktywował tatuaże na policzkach. Niebezpiecznie tak świecić po nocy jak latarnia. Mściwych ludzi nie brakowało, powodów do mszczenia też nie. Podobnie jak innym bileciarzom, praca nie przysparzała Heniowi zbyt wielu przyjaciół. W autobusie był półbogiem, kroczącym pośród pospólstwa i oddzielającym chwasty od plonów. Ale na ulicy? Ulica rządziła się swoimi prawami. Lepiej było być zwykłym szarym Heniem.

 

Danse Vehiculum Urbanus

 

Henryk śnił.

Korowodowi tańczącego, ludzkiego motłochu przewodził autonomibus, sunąc ulicami miasta. Henio bardzo starał się wyprzedzić innych, by być jak najbliżej ukochanego pojazdu. Przewrócił staruszkę, popchnął młodzieńca, odtrącił kobietę w ciąży.

W tylnej szybie pojawił się dopingujący go Stanisław:

„Dasz radę!”

„Awans!”

„Jesteś legendą!”

Pozostał już tylko jeden oponent.

Młody wysportowany mężczyzna poruszał się perfekcyjnie jak maszyna. Jarzące się na policzkach tatuaże zdradzały bileciarza.

Spaliny autonomibusu zgęstniały w czarny dym, przesłaniały widok, gryzły w płuca. Henio nie mógł złapać oddechu, potknął się i przewrócił.

Śnił różne wariacje tego samego snu, codziennie od ośmiu lat, ale nigdy nie wyprzedził tamtego bileciarza.

 

Przyjaciel

 

Nie lubił nowinek technicznych, co doskonale odzwierciedlał wystrój jego mieszkania. Na niecałych czterdziestu metrach kwadratowych Henryk upchnął całe swoje życie, czyli niewiele.

Główny mebel w salonie stanowił wygodny fotel do oglądania telewizji i drzemek. Druga w hierarchii ważności była wysłużona kanapa do spania, pamiętająca jego awans na pełnoprawnego kontrolera, w piątym roku pracy. Po podłodze walały się mniej ważne dyplomy z korpo. Dla pracownika miesiąca i im podobne. Te ważniejsze zdobiły ściany i półki.

Obok kanapy, na małej szafeczce stało zdjęcie USG wykonane w technologii 3D, podpisane "Pawełek, piąty miesiąc". Fotografię byłej żony Henio trzymał w szufladzie, w tej samej szafeczce. Odeszła od niego prawie sześć lat temu, tuż po tym, jak poroniła. Kobieta załamała się i winą obarczyła Henia.

Zresztą ześwirowała już dawno temu – wmawiała mu, że to on zwariował po operacji guza mózgu. Operacji przeprowadzonej i ufundowanej dwa lata przed poronieniem, przez ten jego wspaniały Autonomicorp. Mawiała, że odkąd wszczepili mu implant, widział rzeczy, których nie było, i popadł w pracoholizm na rzecz korpo i awansu.

Zdaniem żony niezdrową obsesję podsycał ten nowy przyjaciel – Stanisław, którego nigdy nie dane było jej spotkać. Poddawała nawet w wątpliwość jego istnienie, podejrzewając zdradę.

W kuchni znajdowały się dwa krzesła i stół. To tu kontroler przyjmował gości.

Na jednym z krzeseł usiadł Stanisław Biernacki, także pracujący dla korporacji. Ponoć zajmował się zaopatrzeniem, ale nigdy nie mówił o szczegółach swojej roboty, wymijając wszelkie pytania stwierdzeniem, że to strasznie nudne i byłby skłonny o tym opowiedzieć tylko komuś, kogo chciałby zanudzić na śmierć.

– Dobrze spałeś? – spytał Staszek znad parującej szklanki herbaty.

Henryk zignorował sarkastyczne pytanie kolegi, wciąż zły o to, że obudził go o szóstej trzydzieści rano. Szczególnie po tak ciężkiej nocy. Ile to razy prosił, by nie przychodził tak wcześnie? Pięćdziesiąt? Sto?

– To co tam wczoraj nawywijałeś, żeś taki markotny jak kupa złomu?

Henio opowiedział o minionej nocy. Zawsze opowiadał, a przyjaciel za każdym razem doradzał mu to samo.

– No trochę bajzel, ale wiesz co robić. Idź do swojego doradcy pracownika. Ani chybi, dostaniesz kilka dni urlopu. Tylko nie wspominaj o wytrzeźwiałkach, a będzie dobrze. Jesteś żywą legendą naszej korporacji. Jestem pewien, że niedługo awansują cię na inspektora!

Henryk wiedział, że przyjaciel nigdy się nie mylił w takich kwestiach. No prawie, nie licząc tego awansu, który wróżył mu już prawie osiem lat… Praktycznie od kiedy poznali się w klinice Autonomicorpu, tuż po operacji Henryka. Wtedy też, za namową Stanisława, zaczął uczęszczać do doradcy pracownika – Jacka.

– Tak zrobię. Jutro.

– Nie, nie, nie! – Stasiek palnął prawą pięścią w stół, ze szklanki rozlało się trochę gorącej herbaty, oparzył sobie rękę, ale nie przejął się zaczerwienieniem. – Ogarnij się i idź jeszcze dziś. Jutro o czternastej gramy w szachy w klubie, zapomniałeś?

Oczywiście, że zapomniał.

– Nie, nie zapomniałem, bardzo się cieszę na myśl o partyjce – skłamał. Jeszcze nigdy nie wygrał z inteligentniejszym od siebie przyjacielem.

Henio poruszył się niespokojnie na krześle i dopytał:

– Może zagramy u ciebie w domu? Jeszcze u ciebie nie byłem, a to dobra okazja. – Stanisław był jedynym, ostatnim tropem w prywatnym śledztwie Henia, gdyby tak udało się poszperać u niego w domu? – Właściwie to nie widzieliśmy się poza klubem szachowym, szpitalem i moim domem. Ciekawe, czemu na siebie nie wpadamy?

– Rzadko wychodzę, dużo pracuję, przecież wiesz. U mnie nie ma miejsca. Spotkamy się w klubie.

Henryk nie widział sensu się spierać, Stanisław był nieprzekonywalny. Najgorsze, że według danych od detektywa, Stasiek w ogóle nie istniał. Żadnych śladów zatrudnienia, ubezpieczenia, adresu…

 

Autonomicorp

 

Dziś nie przejechał się jeszcze autonomibusem, a miał iść dziesięć minut pieszo? Takie rozwiązanie zasugerowała aplikacja, by zjawił się na miejscu, nim wybije godzina szesnasta.

Technologia próbowała z niego zadrwić. A przecież był korporacyjnym pracownikiem legendą, z widokami na awans. Na Inspektora, ha!

Zażądał w apce kontroli najbliższego autonomibusa ze wskazaniem miejsca wysiadki. I po kłopocie. Dwie minuty później wpadł do autobusu, błyskając pomarańczowymi tatuażami. Rutynowo sprawdził kilka osób – nic ciekawego – i po chwili znalazł się u celu.

Miejscowa siedziba korporacji napawała Henia dumą. Dziwiło go, że nigdzie nie dało się kupić tego budynku jako modelu do sklejania. W przeciwieństwie do autonomibusów, których kolekcja wypełniała gablotę w przedpokoju bileciarza (najnowszy nabytek sechł aktualnie w łazience). Stanisław często chwalił jego zbiory, a nawet podarował jeden z modeli.

Nim Henryk wszedł do budynku, założył czarne, skórzane rękawiczki – w takim miejscu nie wypadało niczego dotykać brudnymi łapami. Poczuł pieczenie na wierzchu lewej dłoni, zajrzał pod rękawiczkę i dostrzegł oparzenie. Sam już nie był pewien, czy Stasiek jego też ochlapał gorącą herbatą, czy nie.

– Witam w siedzibie Autonomicorpu, jaki jest cel pana wizyty? – Dziewczyna o pięknych niebieskich oczach uśmiechała się promiennie.

Odwzajemnił uśmiech, po czym zganił się w myślach, za szczerzenie gęby do gadającego popiersia.

– Sesja z doradcą pracownika.

– Proszę użyć czipu.

Henryk przyłożył mały palec do czytnika.

– Autoryzacja się powiodła. Panie Henryku, wszystkie terminale są aktualnie w użyciu, proszę zająć miejsce w holu. Ktoś z obsługi po pana przyjdzie. Teraz przez bramkę i niech pan podąża za niebieską linią.

Bramka zaświeciła się na zielono, przepuszczając kontrolera. Gdy tylko przeszedł, wędrówkę razem z nim rozpoczęła snująca się po podłodze niebieska linia. Dostosowała prędkość do jego chodu i wskazując drogę, pilnowała, by pozostawać dwa kroki przed Henrykiem. 

Niebieski wężu, prowadź.

 

Glitch

 

Po podpięciu do terminala Henryk poczuł rozluźnienie we wszystkich członkach. Zamknął oczy i odpłynął w cyfrową rzeczywistość.

Jego świadomość ocknęła się na jednym z przednich siedzeń autonomibusu. W skroniach pulsował tępy ból. Spróbował je rozetrzeć, po czym uświadomił sobie, że w wirtualu na nic się to nie zda, a takiego bólu w ogóle nie powinien doświadczać.

Rozejrzał się za doradcą pracownika.

Drań imieniem Jacek siedział z tyłu pojazdu w jaskrawożółtej kurtce i przypatrywał mu się badawczo. Upewniwszy się, że Henryk dostrzegł kolor kurtki, gwałtownie zmienił otoczenie.

Nie było słów, by opisać, jak bardzo nienawykły do cybertechnologii Henio nienawidził nagłych zmian środowiska w wirtualu. Na szczęście trafili do dobrze mu znanego gabinetu Jacka. Nigdy nie widział tego miejsca w realu, ale sądząc po mnogości szczegółów, a nawet śladach użytkowania sprzętów, musiało ono istnieć naprawdę. Zresztą przy każdej wizycie zachodziły drobne zmiany – nadpita parująca kawa na parapecie, usychająca roślinka w doniczce, nowa lampka. Zupełnie jakby ktoś wkładał wiele trudu w codzienne trójwymiarowe skanowanie i aktualizowanie wyglądu pomieszczenia.

Cały ten trud Henryk miał właściwie w dupie. Drań celowo zmienił otoczenie bez ostrzeżenia i kontroler byłby mu to wygarnął, gdyby nie implikacje wynikające z koloru kurtki. Doradca wiedział. Pytanie brzmiało: ile wiedział?

– Henryku, bardzo dobrze zrobiłeś, że do mnie przyszedłeś. – Jacek zdjął i odwiesił jaskrawożółtą kurtkę. Wyjął papierosa z papierośnicy, usiadł za biurkiem, zapalił i dopiero wtedy poczęstował także Henryka.

– Nie palę na niby.

Doradca uśmiechnął się i odrzucił papierośnicę na bok.

– Proponuję urlop. Dobrze ci zrobi. Niestety podanie o awans będę musiał przełożyć do przyszłorocznej… – zawiesił głos. – Do szuflady z datą odległą o dwa lata. No, ale im legenda starsza, tym potężniejsza, nieprawdaż?

Stanisław przewidział urlop, ale odłożenie awansu…

– Sytuacja nie może być aż tak zła, prawda?

– Całe szczęście nie zabrałeś tego odciętego palca ze sobą, Henryku. Przyszyją go z powrotem. Wiesz, firma dba o wizerunek i w drodze wyjątku, na ciężarne kobiety nakładamy tylko kary pieniężne. Martwi mnie coś innego. Czy przypadkiem nie użyłeś czegoś, by oszukać system wykrywania używek?

Stanisław kazał nie wspominać o wytrzeźwiałkach. Ale doradca wiedział. Tylko skąd? Bileciarz zakropił oczy, zanim kamery zamontowane w pojeździe mogły to nagrać. Powiedział tylko Staśkowi. Chyba że…

– To w tobie lubię, Henryku, nie udzielasz pochopnych odpowiedzi, nie strzępisz języka. Więc jak będzie? Legenda odchodzi na emeryturę?

Doradca dawał Heniowi ostatnią szansę na powiedzenie prawdy. Wiedział czy blefował?

Wie, choć nie powinien tego wiedzieć.

– Użyłem wytrzeźwiałek.

– A więc wybrałeś szczerość, a szczerość popłaca. Żeby nie być gołosłownym, masz miesiąc na poprawę, w przeciwnym wypadku lądujesz na przymusowym urlopie. A, i jeszcze jedno. Całkowity zakaz używania wytrzeźwiałek. Powinieneś o tym wiedzieć. Pamiętaj, że musisz dbać o implant. – Doradca pracownika postukał się palcem w głowę. – Niecałe osiem lat temu korporacja opłaciła wycięcie guza mózgu i wszczepiła ci implant, przejmujący funkcje uszkodzonych obszarów. Implant, który, nie zapominaj, pozostaje własnością Autonomicorpu. Ciebie nie było na taki stać, a teraz o tę własność korporacyjną nie dbasz.

– To, to… to się nie powtórzy.

– Cieszę się, że się rozumiemy. Oczekuję doskonałych, wróć, legendarnych wyników twojej pracy w ciągu najbliższych trzydziestu dni. – Jacek podał Henrykowi dłoń.

Dłoń, na której bileciarz dostrzegł takie samo czerwone oparzenie po herbacie, jak u Stanisława. Czemu wszyscy trzej mamy poparzenia na rękach? 

Gabinet zafalował, oświetlenie zadrżało. Doradca rozdziawił usta, wyraźnie zdezorientowany, i zniknął. Henryk zamrugał, nie rozumiejąc, co się dzieje. Po chwili poczuł silne szarpnięcie w tył.

 

Prywatnie

 

Upadł na posadzkę.

– Przepraszam pana najmocniej, ale musiałam awaryjnie pana odłączyć. Mamy drobne usterki techniczne, mikroprzerwy w dostawie prądu i skoki napięcia. – Dziewczyna pomogła Heniowi wstać. – Proszę się nie martwić, dezorientacja zaraz minie. Jeżeli widział lub słyszał pan coś dziwnego pod koniec sesji, proszę to zignorować. To tylko glitch, drobny błąd w systemie. Pana mózg w odruchu obronnym mógł wytworzyć różne projekcje.

– Dz-dziękuję, pójdę już – wybąkał nieco otumaniony mężczyzna.

– Proszę udać się do domu i odpocząć. Gdyby nasiliły się bóle głowy, proszę zwrócić się do kliniki Autonomicorpu, pana implant jest wrażliwy na zmiany w przepływie prądu elektrycznego.

Niebieski wąż nie odprowadził go do drzwi. Bramka nie zaświeciła się na zielono. Gadające popiersie nie powiedziało „do widzenia”. Bolała go głowa i to w ten dziwny sposób, tak jak osiem lat temu, po implantacji.

W pierwszej chwili chciał zadzwonić do Staśka, wyjaśnić to wszystko, ale nie znalazł jego numeru telefonu w syfonie. Szlag, numer nie może tak sobie wziąć i zniknąć!

Ból głowy się nasilił. Henryk nie mógł ryzykować uszkodzenia implantu. Do korporacji nie chciał się z tym zwracać, nie gdy ważyły się losy jego awansu. Nie zwlekał. Wybrał numer Maksa, swojego lekarza i zadzwonił.

 

***

 

– Dawno nie korzystałeś z moich usług.

– Od operacji zajmował się mną…

– Autonomicorp. Właśnie czytam twoją dokumentację medyczną, a przynajmniej tę jej część, którą udostępnili ze swojego serwera. W czym problem? Z tych papierów wynika, że jesteś w naprawdę dobrych rękach. – Lekarz nie mógł zrozumieć, po co zwracać się do ośrodka publicznego, mając dostęp do najlepszej, prywatnej kliniki w mieście.

– Sprawa jest delikatna. Martwię się o implant, potrzebuję tomografii i całej tej reszty badań, żeby sprawdzić, czy wszystko jest ok.

– Umówimy termin. Zajrzę do kalendarza.

– Potrzebuję pilnie.

– Najwcześniej za pół roku.

– Prywatnie.

– Miesiąc.

– Ile miesięcznie zarabiasz?

Lekarz nie odpowiedział od razu. Cisza się przeciągała.

– Coś wymyślę, przyjdź rano o szóstej. Ale na opis do wyników trzeba będzie poczekać kilka godzin.

– W takim razie do jutra. – Henryk rozłączył się i sprawdził stan konta oszczędnościowego. Okrągła sumka miała się wkrótce znacznie uszczuplić. Spłacenie implantu musiało poczekać, zresztą i tak wciąż sporo brakowało.

 

Roszada

 

Rano Henryk obudził się całkiem rześki. Pierwszy raz od lat nie śnił tańca autonomibusu. W zasadzie nic mu się nie przyśniło, z czego był więcej niż zadowolony. Zastanawiał się czy miało to jakiś związek z wczorajszą awarią w siedzibie korporacji. Co jeśli implant rzeczywiście uległ uszkodzeniu?

W drodze do lekarza przeprowadził kontrolę, skutkującą dwoma mandatami, a więc nader udaną. Samo skanowanie mózgu i inne badania, na których się nie znał, zajęły kilka dłużących się godzin. Ustalił, że doktor telefonicznie poinformuje go o wynikach, kiedy tylko wpadną mu w ręce.

Pozostało udać się do klubu na partyjkę. Bileciarz miał głęboką nadzieję, że Stanisław się zjawi i wszystko wyjaśni. Sam za cholerę nie mógł poskładać układanki w logiczną całość.

Wysiadł w starej części miasta. Powitany przez rząd dobrze mu znanych kamieniczek, pewnie wkroczył w bramę jednej z nich. To tam w podwórku znajdowało się wejście do klubu szachowego. Chyba ostatniego takiego miejsca w mieście, gdzie można było fizycznie dotknąć drewnianych pionków. Poczuć satysfakcję ze zbicia laufra przeciwnika i samodzielnego zdjęcia go z szachownicy.

Tylko że Henia, zamiast wejścia do klubu, powitał pustostan. Opuszczony budynek z brudnymi, częściowo powybijanymi szybami w oknach. Drzwi stały otworem, obok leżały powyrywane deski.

Henio w pierwszym momencie pomyślał, że pomylił bramę lub uliczkę. Wszystkie w tej części miasta były do siebie podobne, ale z drugiej strony – bileciarze znali zakamarki plugawej metropolii jak własną kieszeń.

Pchany ciekawością zajrzał do środka. Wnętrze nie zdradzało niczego poza dewastacją. Tuż przy drzwiach w oczy rzucił mu się niebieski wieszak na płaszcze – brakowało jednego haka. Skądś taki kojarzył. Potarł skronie i usłyszał kroki ludzi wbiegających przez bramę na podwórko.

– Panie Henryku! – krzyknęła jakaś kobieta.

Odwrócił się zdziwiony. W trzech rosłych chłopach rozpoznał kolegów po fachu. Przewodziła im drobna niewiasta o twarzy anioła.

– Dobrze, że pana znaleźliśmy. Musi pan pójść z nami.

Nie bardzo miał pozycję do negocjacji.

– Zabieramy pana do kliniki Autonomicorpu. – Dała znak, by poszedł za nią, i ruszyła do bramy. – Pański implant wykazuje dysfunkcje, co może źle wpływać na otrzymywane przez pana bodźce. Ale proszę się nie martwić, wszystkim zajmiemy się w trybie natychmiastowym.

Na ulicy czekał na nich autonomibus, ale nie taki zwykły. Edycja Limitowana z zeszłego roku. Cudeńko. Nie trzeba było brać goryli, wystarczyło pokazać Heniowi ten epicki pojazd, a sam wskoczyłby do środka, co zresztą pośpiesznie uczynił.

Tylko vipy jeździły tym królem dróg. Henryk na chwilę zapomniał o problemach i cieszył się, że dołączył do elity. W końcu po byle kogo taki transport nie podjeżdżał.

 

Tuńczyk

 

Leczenie, a właściwie aktualizacja oprogramowania implantu, trwało dobę. Dwugodzinnego zabiegu dokonano pod narkozą. Resztę czasu bileciarz przespał. Znów śnił o tańcu autonomibusu.

Numer Stanisława na powrót znalazł się w jego syfonie.

Wszystko wracało do normy.

 

***

 

Wziąwszy chłodny prysznic i zjadłszy tuńczyka w oleju z pajdą chleba, Henryk gotował się chwycić życie za zderzak.

Zatelefonował do Staśka i zaproponował partię szachów, nazajutrz w klubie. O dziwo tamten przystał na ofertę, pomimo że nie było to ich rutynowe, środowe spotkanie. Nie żeby Henio tak po prostu pogodził się z tym, co zaszło przez ostatnie dni. Postanowił dać przyjacielowi szansę wytłumaczenia się, a może nawet wybaczyć pomniejsze kłamstwa.

Przynajmniej takie stwarzał pozory. W rzeczywistości miał już serdecznie dosyć tego, co odpierniczało się w jego życiu. Desperacko potrzebował odpowiedzi i zamierzał je zdobyć. Jak trzeba będzie to przesłucha Stanisława siłowo.

Wyjął z zamykanej na klucz szuflady pistolet, który zakupił na czarnym rynku, gdy jeszcze spodziewał się dziecka. Rozłożył resztę przyborów, zajął się czyszczeniem i smarowaniem, ładowaniem nabojów… 

Przygotowania przerwał telefon.

– Mam wyniki twoich badań – oznajmił Maks.

– Już nie będą potrzebne, byłem wczoraj w klinice Autonomicorpu i wszystko naprawione. Zresztą miałeś odezwać się wcześniej. Do widzenia.

– Poczekaj! To ważne!

– Tak? Byle szybko.

– Twoje wyniki nie pasują do dokumentacji medycznej korporacji. Mózg jest cały i zdrowy. – Lekarz odetchnął. – Nigdy nie miałeś guza.

– Co to za brednie?!

– A ten implant… Konsultowałem to ze wszystkimi kolegami. Nikt nigdy czegoś podobnego nie widział. Nie wiem, co oni ci włożyli do głowy, i nie chcę się w to mieszać. Więcej do mnie nie przychodź, ale na twoim miejscu, pozbyłbym się tego.

– Maks, o czym bredzisz?

– Nieważne. Za dużo powiedziałem. Tej rozmowy nie było.

Lekarz rozłączył się, a Henryk odłożywszy syfon na ładowarkę, pozostał sam ze swoimi myślami. Lista pytań do Stanisława wyraźnie się wydłużyła. Bileciarz postanowił, że wymieni także ostrze w obcinaczce do cygar.

Zakończywszy przygotowania, rozsiadł się w fotelu i czekał.

Zasnął około pierwszej.

– Jesteś legendą. Rodzina przeszkadza w pracy. Jesteś legendą. Nie potrzebowałeś dziecka. Jesteś legendą. Potrzebujesz mnie…

Głos przyjaciela tuż nad uchem wyrwał go ze snu. Złapał leżący na stoliku pistolet i wymierzył w postać stojącą za fotelem.

– Mnie tu nie ma… jeszcze śnisz… – powiedział Stanisław i zniknął.

Henryk zamrugał, odłożył broń na stolik i przetarł oczy. Półmrok pomieszczenia zalewał go ze wszystkich stron.

 

Pat

 

Stojąc na wąskiej brukowanej uliczce, zastanawiał się, czy i tym razem nie pomylił adresu… Nie zawierzał już własnemu osądowi w stu procentach.

Przeszedł przez bramę. Klub był na swoim miejscu. Jak na porządny lokal przystało, powitał go na wpół niedziałającym neonem.

Wewnątrz Henryk ukłonił się maszynie do drinków. Mechaniczny barman odpowiedział zapaleniem szeregu zielonych diod. Stanisław czekał, bujając się na krześle. Szachownica była gotowa. Nic tylko siadać i grać.

– Witaj, przyjacielu. Zaczynamy? – Stanisław wpatrywał się w stojącego nieruchomo mężczyznę.

– Zdejmę płaszcz… – Henryk odwrócił się i zamarł. Przed sobą miał…

Niebieski wieszak. Jeden haczyk wyłamany. To ten sam co w pustostanie. To to samo miejsce, ale jak? 

Kontroler obrócił się na pięcie, dopadł do stolika, złapał przyjaciela za prawą rękę i nałożył mu obcinaczkę na palec. Stasiek spokojnie przyglądał się jego poczynaniom.

– Gdzie oparzenie, czemu zniknęło? – spytał kontroler.

– Śmiało, tnij.

Henio uciął palec w połowie. W tym samym momencie przeszył go ból. Niedowierzając, spojrzał na swoją lewą rękę. Kikut małego palca obficie krwawił.

– Co jest, psiajucha!? – Sięgnął do płaszcza z zamiarem wydobycia opatrunku w spreju, lecz ostatecznie wyciągnął pistolet. – Moja żona nie zwariowała… To… Ty. A Pawełek… – Henio wycelował mężczyźnie w pierś. – Poronienie to też sprawka korpo, to twoja sprawka. Pozbyłeś się mojego dziecka?

– O! – Stanisław udał zdziwienie. – I co teraz, zastrzelisz mnie?

Zastrzelił.

Patrzył, jak przyjaciel osuwa się na posadzkę. Po czym wstaje i z powrotem siada na krześle.

– No nieźle. Właśnie dlatego nigdy nie wygrałeś ze mną w szachy. Już dawno powinieneś poskładać wszystkie puzzle do kupy.

– Ty… ty… abominacjo! Gadaj, co wiesz.

– Najpierw strzelasz, a potem zadajesz pytania? Ja zabiłem twoje nienarodzone dziecko? Ja? Ja tylko dbam o interesy korporacji. O to byś miał motywację i o twoje wyniki w pracy. Ja nie mam nawet fizycznego ciała, durniu!

Zastrzelił go ponownie.

Tym razem z dziurą w czaszce Stanisław pacnął głową w szachownicę, rozsypując figury. Ocknął się po kilku sekundach. Dla odmiany jako doradca pracownika, Jacek.

– Tak mi się odpłacasz? Za przyjaźń? To ja cię stworzyłem, twoją legendę…

– To jak było z Pawełkiem, mów!

– Ty tylko o jednym. Chcesz wiedzieć? Proszę bardzo. – Stanisław-Jacek uśmiechnął się szyderczo. – Korporacja nie potrzebuje legend, za którymi biegają małe smarki z pieluchami, zmniejszając ich wydajność. Doskonale o tym wiedziałeś. Kto podał twojej ciężarnej żonie herbatkę ziołową? No przecież nie ja. – Wskazał palcem na Henryka. – Twoje ręce tego dokonały. Ty sam!

– Mieszasz mi w głowie. Po co Autonomicorp miałby mi to robić?

– Ech, tobie? Nie jesteś taki wyjątkowy, wy kontrolerzy, wszyscy jesteście zaimplantowani.

Henryk strzelił po raz trzeci i nie czekając na zmartwychwstanie przyjaciela, wybiegł z klubu. Schronił się w cieniu bramy, przywarł plecami do zimnej ściany. Zrobiło mu się słabo. No tak, przecież krwawił. Opatrunek w spreju załatwił sprawę.

Wyjrzał z bramy w stronę klubu, spodziewając się, że lada moment wybiegnie stamtąd Stanisław, ale… Szachowego przybytku już nie było. Po drugiej stronie znajdował się jedynie pustostan, ten sam, sprzed którego ostatnio zabrali go ludzie korporacji.

 

Pod prąd

 

Ruszył przed siebie. Byle oddalić się od tego miejsca, pomyśleć.

To ten cholerny implant. To siedzi w mojej głowie. Musiał się uspokoić. Dobył papierosa i odpalił od termozłącza w syfonie. Zaciągnął się dymem, ale palenie przerwał mu dźwięk dzwonka. Na ekranie wyskoczyła kłamliwa morda Staśka. Odrzucił połączenie.

Maks. Mówił, że na moim miejscu pozbyłby się tego ustrojstwa. Henryk nie potrzebował zbyt wiele czasu na rozważenie dostępnych opcji. Wybrał numer lekarza, ale tamten nie odbierał. Zasrany konował.

Ruszył w kierunku przydomowej prywatnej praktyki Maksa. Na piechotę to jakieś pół godziny drogi. Przyśpieszył. Syfon zadzwonił – znów Stanisław. Henryk wyłączył urządzenie i wyjął baterię. Omal nie zakrztusił się dymem, gdy „przyjaciel” zadzwonił do niego pomimo tego. Co więcej, rozmowa odebrała się sama. Upuścił papieros.

– Heńku, nie wygłupiaj się. Potrzebujemy siebie nawzajem.

Bileciarz nie odpowiedział. Włożył baterię na powrót do syfona, przyłożył go sobie do szyi.

Implant jest wrażliwy na prąd elektryczny, pomyślał.

Kciukiem aktywował paralizator. Trzepnęło go konkretnie, zwalając z nóg.

Gdy zamroczenie wywołane porażeniem przeszło, z ulgą sięgnął po telefon leżący metr dalej i wstał.

Pomogło.

Henryk liczył nie tyle, że uszkodzi implant, co chociaż kupi sobie trochę czasu. Szyja okropnie bolała, ale nie mógł zwlekać. Ruszył chwiejnie, nie poświęcając nawet spojrzenia przyglądającym się tej niecodziennej scenie gapiom.

 

Elektrody

 

Pistolet przystawiony do skroni to mocny argument. Natomiast groźba przystawienia tego przedmiotu do małych główek znajdujących się w domu, za ścianą gabinetu, tak jak Henryk zakładał, okazała się nad wyraz skuteczna.

Skoro udało im się rozwiać wszelkie wątpliwości i braki motywacji lekarza, pozostawało przystąpić do działania.

– Tylko, błagam, nie tutaj… – Maksowi trzęsły się ręce.

– Zdołasz spakować i unieść wszystko co potrzebne?

– T-tak.

– To jazda, dwie minuty i już nas tu nie ma.

Henryk znał melinę pewnego narkomana, położoną naprzeciwko Zaśniedziałego Saksofonu. Za kilka groszy gospodarz nawet nie zauważy ich obecności.

– Czas minął, masz wszystko?

Doktorek skinął głową i przełknął głośno ślinę.

 

***

 

Henryk poprowadził tak, aby zminimalizować szanse wpadnięcia na jakiś autonomibus.

Drzwi były otwarte. Gospodarza nie zastali, a jakąś przyćpaną nastolatkę o różowych włosach bileciarz przepędził w diabły. Zamknął drzwi od środka, na zasuwę. Maks stał w milczeniu, rozmyślając, czy ten wariat – człowiek z czymś w głowie, siniakami na szyi, krwawiącym kikutem małego palca – przypadkiem go nie zastrzeli.

Henryk obrócił się niespokojnie w kierunku drzwi. Najpierw usłyszał łomot. Następnie krzyk:

– Wpuść mnie! Pozwól sobie pomóc! Otwieraj, skurczysynu!

– Takiego wała, draniu! – zripostował kontroler.

Doktorek zmarszczył czoło, nie wiedząc, do kogo krzyczy jego… pacjent.

– On tu jest. Szybko, zaczynajmy. Tylko żadnych sztuczek, bo… – Heniek przeciągnął lufą pistoletu po swoim gardle.

Zwalił na ziemię wszystko z pobliskiego stolika. Przepełniona popielniczka pękła w tumanie popiołu. Dokoła posypały się strzykawki, butelki i cała masa innych ćpuńskich śmieci.

Maks przyciągnął do stolika jedyne w pokoju krzesło, usiadł i rozłożył sprzęt.

– Lepiej się połóż. – Wskazał barłóg obok stolika. – I podłóż coś miękkiego pod głowę.

Bileciarz postąpił wedle instrukcji, odkładając syfona na stolik, a pistolet obok posłania, choć i tak wątpił, że rażony prądem, mógłby z niego skorzystać.

Lekarz umocował elektrody na skroniach bileciarza.

– Elektrowstrząsy wysmażą implant. Niewiadomą pozostaje jak dobrze zniesie to twój mózg i umysł… – Maks przerwał, widząc, że pacjent szarpnął się jeszcze przed włączeniem urządzenia.

– On tu jest, wyłamał drzwi, wszedł… Ugotuj tego drania, zabij go, zabij ten implant, już nie chcę być legendą…

Maks odruchowo obejrzał się na zaryglowane drzwi.

– No to zaczynamy. Będzie boleć.

Pstryk i głowę Henryka przeszył prąd elektryczny.

– Cooo rooobisz!? – wrzasnął Stasiek, kuląc się w kącie pomieszczenia. – Chcesz nas zabić?

– Mocniej! Wciąż tu jest! – warknął kontroler.

– No to druga seria. – Doktorek przekręcił pokrętło. Po chwili namysłu dał na maksa. – To za grożenie mojej rodzinie.

– Niee! – krzyczał Stasiek. Z jego oczu, uszu i nosa kapała krew. – Masz tylko mnie, nędzniku. Zginę, a wraz ze mną zginie twoja legenda! Bez korporacji jesteś tylko zwykłym szarym He…

Pstryk.

Henryk dostał spazmów. Zatelepał wszystkimi kończynami, po czym znieruchomiał. Stasiek krzyczał i toczył pianę z pyska, a ostatecznie zniknął.

 

Pajacyk

 

Już jakiś czas był przytomny, ale zogniskowanie wzroku sprawiało mu trudność. Ciało zdawało się obce, członki wiotkie, głowa bolała niemiłosiernie.

Wewnętrzny głos pojawił się znikąd i nakazał zadzwonić do przyjaciela. W końcu zawsze, gdy miał problem, telefonował do… Staszka, Staśka?

Resztkami sił zwlókł się z barłogu i zabrał syfona ze stolika. Potrzebował powietrza, rozjaśnienia myśli.

Zataczając się, wypadł przed dom… Klapnął ciężko na krawężniku, wypuszczając nogi na ulicę. Ciemność nocy rozświetlały tylko niemrawe latarnie i neony budynku naprzeciwko.

Z ust ciekła ślina. Próbował odblokować urządzenie, ale zdrętwiałe palce odmawiały narysowania odpowiedniego symbolu na ekranie.

Cholerne ustrojstwo. Muszę zadzwonić…

– Ty, patrz na tego żula! Jaki ma telefon!

– Powaliło cię, to ćpun zwykły.

– Ty, ale serio, patrz…

Dwóch chłopaków w bluzach, palących papierosy przed wejściem do klubu, ruszyło w kierunku Henryka. Jeden zatrzymał się w połowie ulicy i pokazał palcem.

– Stary, to ten dziad, co ci ostatnio zrobił zgachę na komórze.

– Ty, faktycznie.

Podbiegli do skulonego mężczyzny.

– Patrz jaki porobiony. Pewnie w żyłę przygrzmocił. – Napastnik wyrwał ofierze telefon z rąk.

Pierwszy kopniak w plecy pozbawił Henia tchu.

Zadzwonić do Staśka…

Drugi trafił w głowę i neony Zaśniedziałego Saksofonu zgasły.

Koniec

Komentarze

No proszę. Po “Falloucie”, “WH 40000”, “Wielkiej drace w chińskiej dzielnicy” mamy “Kontrolerów” :).

Kanar – legendą? Wyjątkowo niebanalnie i oryginalnie. Aczkolwiek już sama akcja – lekko sztampowy cyberpunk. Demony widoczne tylko dla bohatera (coś a la “Szósty zmysł”). Oraz przestroga na przyszłość – do czego jeszcze można się posunąć, by zwiększyć wydajność.

Z uwag: jedna literówka – “następą” – następną. Niezgrabne dla mnie jest “doskonale odzwierciedlało jego mieszkanie” – raczej wystrój mieszkania. bo chyba nie jego wielkość?

I nie gra mi logicznie fakt, że gość (w końcu zwykły kanar) ma dostęp do “najlepszej kliniki w mieście”. Taka to fucha? Chyba, że to w związku z implantem, ale w takim razie – dlaczego na pierwszy ogień poszli kontrolerzy? Gościowi ma się dziecko rodzić, a on w pierwszym odruchu – pistolet kupuje? Dlaczego, kiedy Henio zabija implantowanego Stasia, zmienia się scenografia klubu? Taki to był ważny element softu (zaatakowany zresztą tylko mentalnie), że system się sypie? Także obcinanie palca za jazdę bez biletu coś zgrzyta, nawet biorąc pod uwagę fakt, że Heniek był sterowany.

Fajnie się czytało w każdym razie :)!

Miejsce na Twoją reklamę!

Staruchu, dzięki za tak szybką wizytę!

 

Literówkę zaraz poprawię, a i temu wystrojowi mieszkania się przyjrzę.

 

Spojlery!

 

Kanar legendą? Tak :D Pod którymś z opowiadań wspomniałem luźno w komentarzu, coś w stylu, że przyjmuję wyzwanie na napisanie opka o kontrolerach biletów. A może to na ShoutBox było, nie pomnę.

Akcją lekko sztampowy? – nie wiem :D, skoro tak to odbierasz to tak :), nie jestem oczytany w cyberpunku. W każdym razie, czy to źle? ;>

 

Widzisz, wcale nie zwykły kanar, bo Autonomicorp to mega korporacja, autonomibusy to jedyny środek transportu w miastach (może poza służbami policja, etc.). Nie zaakcentowałem tego, ale zdawało mi się dość widoczne :)

Tak więc w tym świecie / mieście to dość elitarny rodzaj pracy.

Pistolet – do ochrony rodziny. Facet nie jest zbyt lubiany przez ludzi ze względu na wykonywany zawód.

Z tym implantem, to jest tak, że on się już wcześniej sypie, a aktualizacja softu niewiele pomogła.

Obcinanie palca – nie za jazdę bez biletu, tylko za hakowanie czipu i używanie nielegalnego oprogramowania. Za jazdę bez biletu – mandat.

 

W tekście starałem się nie podawać odpowiedzi na tacy stąd trochę niedopowiedzeń, ale tak jest ciekawiej, ma być zagadkowo i poczucie, że cos się dzieje niedobrego. Starałem się też trzymać perspektywy Henryka i nie pisać o rzeczach oczywistych dla bohatera. A przynajmniej unikac infodumpu, który był zbędny dla historii.

 

Dzięki raz jeszcze za wizytę i opinię, w każdym razie, cieszę się, że fajnie się czytało!

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Nie, w żadnym przypadku nie jest źle :). Infodumpów (z mojego punktu widzenia) zbyt wiele nie było. I mimo, że na tacy niczego nie było, dość klarownie jedno wynika z drugiego. Może tylko to, że kanar to taki elitarny rodzaj pracy, niespecjalnie ;).

yes

 

Miejsce na Twoją reklamę!

I wszystko jasne :)

Tę klarowność musiałem dokładać, bo w pierwszej wersji tekstu wychodziło bardziej na chorobę psychiczną niż właściwości implantu :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Muszę przyznać, że się strasznie wciągnąłem. Jest tu kilka naprawdę fajnych pomysłów, jak choćby wytrzeźwiałki. Sama historia może nie nalezy do najoryginalniejszych, ale realia, w jakich się ona rozgrywa, skutecznie to zakrywają. Za sam motyw kanara-legendy należą Ci się ogromne gratulacje. No i za to, że z tym konceptem potrafiłeś zrobić coś więcej :) Zakończenie jak dla mnie okej. Lubię tak ponure i rzeczywiste puenty. 

Patrzył, jak przyjaciel osuwa się na posadzkę. Po czym wstaje i z powrotem siada na krześle.

Ten fragment szczególnie mi się podobał. W tak oszczędnych środkach udało Ci się opisać, jakby nie patrzeć, istotną dla fabuły scenę. A zrobić coś takiego umiejętnie to sztuka godna podziwu. Chociaż ja bym połączył te zdania przecinkiem :)

Podsumowując, to naprawdę dobre opowiadanie, z całkiem niezłą historią, ale przede wszystkim z przemyślanym światem i świetnym klimatem. Mógłbym Ci zrobić żart (jako że dzisiaj można to robić bez oporów), ale tego nie uczynię i nominuję Twoje opko do opek miesiąca :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Soku, odpiszę później, teraz tylko szybkie dziękuję! Cieszę się, że się spodobało.

 

Edit:

 

Muszę przyznać, że się strasznie wciągnąłem.

To jedne z tych słów, których autor nigdy nie ma dość.

 

Zakończenie – taka karma :) Od początku nie widziałem możliwości happy endu.

Patrzył, jak przyjaciel osuwa się na posadzkę. Po czym wstaje i z powrotem siada na krześle.

A ja będę bronić kropki. Wtedy to drugie zdanie jest większym zaskoczeniem. Tak to widzę. Mówisz, że to istotne dla fabuły zdania. Czy to tutaj połapałeś się o co chodzi, czy wcześniej/dalej? ;>

 

1 kwietnia a Ty już z nominacjami zaczynasz :D

 

Dzięki za komentarz,

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Widzę, że ciągle flirtujesz z motywem ciąży. Jeszcze Ci mało? ;-)

Stworzyłeś fajny świat. Spodobały mi się detale; wytrzeźwiałki, obcinaczka, wypasiony telefon…

Bohater już bez szału, ale w porządku. Znaczy, jak bohater, bo jako człowiek, to nie, dziękuję.

Motyw wrednej korporacji oryginalnością nie świeci.

Za to plus za pożenienie legendy i kanara. To już bardzo niestandardowy związek. :-) No i legenda jest w Twoim tekście akcentem mocnym i wyrazistym. Jeszcze nie kluczowym, ale ważnym.

Fabuła mnie wciągnęła i z ciekawością czytałam, co będzie dalej.

Wykonanie – rzadko i cicho, ale jednak momentami coś tam zgrzytało: literówki, powtórzenie, zgubiony przecinek…

Powodzenia w konkursie.

Babska logika rządzi!

Finklo, dzięki za wizytę :-)

 

Fabuła mnie wciągnęła i z ciekawością czytałam, co będzie dalej.

Miód na me autorskie uszy.

 

No co, węże fajne są. Ja tam lubiałem grywać w węża na Nokii 3310.

Cieszy mnie udane światotwórstwo, a za te ograne motywy, no cóż przepraszać nie będę :D Potrzebowałem czegoś sprawdzonego by jakoś zaczepić fabułę, uwiarygodnić świat i wrzucić kilka innych pomysłów do worka :-)

Wesoło, że połączenie legendy i kanara tak przypada do gustu :) A co niech sobie taki zwykły Henio też pobędzie legendą.

Ciche zgrzyty będę dalej eliminować, smarować podzespoły tego autobusu, żeby jechał dalej :-)

Dzieki, powodzenie się przyda!

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Czy to tutaj połapałeś się o co chodzi, czy wcześniej/dalej? ;>

Zacząłem coś tam podejrzewać przy poparzeniach, ale to w tym momencie w Twojej historii zaczyna się wyjaśnianie, dlatego uważam, że ten fragment jest istotny. A z kwestią kropki zrób, jak uważasz :)

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

O ile motyw kontrolowanego pracownika nie jest jakoś wyjątkowy, to zastosowanie “legendy” wyszło nadzwyczaj ciekawie. Początek lekko rozstrzelony – najpierw detektyw, potem zwykły dzień w pracy, aż zastanawiałem się, co się dzieje. Potem na szczęście się to ułożyło w jedną całość, choć motyw fabularny odkryłem dosyć szybko ;)

Bohater przedstawiony w interesujący sposób, fajnie klarujesz też postać Staszka. Zakończenie, chciałoby się rzec, typowo cyberpunkowe. Czyli gorzkie ;)

Podsumowując: ciekawy koncert fajerwerków, nawet jeśli używa zgranych motywów. Daję klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan,

 

dzięki za wizytę i miły komentarz. I za klika i za ciekawy koncert fajerwerków.

Zgrane motywy, doskonale przysłużyły się klarownemu ukazaniu motywu legendy. No i więcej zabawy w odgadywanie o co chodzi będą pewnie mieli ci mniej z cyberpunkiem zaznajomieni.

Choć nie wiedziałem, czy mogę pełnoprawnie użyć tagu cyberpunk, ake chyba tak! (Sam nie jestem oczytany w cyb-punku). Co do zakończeń to od zawsze podobają mi się te nie-happyendowe, a ru nadażyła się okazja, żal by było nie skorzystać.

To rozstrzelenie (szczególnie Detektyw) wynika z tego, że ten pierwszy fragment dołożyłem do opka później by łatwiej było się skapować o co chodzi i by nadać bohaterowi jakiś cel, już od początku. :-)

 

Dzięki i pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Nie wiem na ile to zasługa betujących, ale warsztatowo tym razem bardzo w porządku. Bo w “Bogu kosmonaucie” miałem momentami wrażenie, że metafizyką przekazu maskujesz niezgrabności stylistyczne. A teraz jest płynnie i przyjemnie. Bardzo dobry pomysł z krótkimi rozdziałami, opatrzonymi tytułami – to czyni lekturę bardzo lekką. To, że bohaterów potrafisz wymyślić oryginalnych pokazałeś już w “Zegarmistrzu”. Tym razem też opowiadanie bohaterem stoi, bo sama fabuła już trochę sztampowa. Pojawia się typowy dla Ciebie humor, “Mozartowie jazzu” mnie rozbili. I jest oczywiście cytat z dobrej piosenki ;) Efekt – zdecydowanie biblioteczny.

Logicznie nie zagrało mi to, że poparzenie i obcięcie palca awatarów przenosi się na Henryka, ale strzelać do nich można już do woli.

Coboldzie,

 

ile w warzstatowej poprawie zasługi betujących musiałbyś zapytać funthesystema, le żona przeczytawszy pierwszą wersję opka stwierdziła, że jest lepiej niż bywało wcześniej.

Te krótkie rozdziały i śródtytuły to podpatrzyłem u Cerlega i bardzo wygodnie mi się tak pisze. Łatwo wrócić do konkretnego miejsca, coś sobie przypomnieć, coś pozmieniać więc oprócz korzyści czytelniczych, korzystam też ja pisząc.

Bo to opowieść o bohaterze była, a fabuła musiała robić taki podkład, żebym się nie potknął. Ale postaram się nad fabułą w przyszłych opkach popracować, bo wiecznie sztapmpy pisać nie wypada :-)

Humor powściągałem, starając się dać go mnie ale lepszego sortu. Mozartowie jazzu mówisz :D?

Dzięki za klika :)

 

Logiczne nieścisłości – To zależy od tego jak na Henryka zadziała (nie działający poprawnie) implant. Oparzenie z kawą:

Siedzą naprzeciwko siebie Henryk i Stanisław. Oczywiście to Henryk trzymał kubek i rozlał herbatę. Ale skoro siedzieli na przeciw siebie, żeby się zgadzało trzymał go w lewej ręce (lustrzane odbice).

Z obcięciem palca – implant zadziałał tak na złość Henrykowi, żeby mu pokazać "kto tu rządzi". Z kolei pozwolił mu do siebie strzelać też żeby mu coś pokazać. Ok, analogicznie Henryk niby powinien zastrzelić siebie ale implant może i podstępem wymuszać działania Henryka na samym sobie i pokazywać mu zmienioną rzeczywistość.

Zkałdam, że implant jakieś limity też ma, generalnie gdyby nie był uszkodzony/miał prawidłowo funkcjonujące oprogramowanie większość z tego co się zdarzyło nie powinno mieć miejsca. Więc przed skłonieniem go do samobójstwa Henia pewnie wstrzymują go jakieś algorytmy bezpieczeństwa.

Zresztą, tekst musi bronić się sam, więc mogę to tłumaczyć na tysiąc sposobów, ale powinno to wynikać z opowiadania. W każdym razie mój punkt widzenia co do nielogiczności przedstawiłem powyżej.

Cieszę się, że zajrzałeś i że się podobało.

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Bardzo ładnie napisany tekst, płynnie, swobodnie, naprawdę wyjątkowo przyjemny w odbiorze. Warsztat bardzo na plus.

Jeśli chodzi o treść – ​kanar jako legenda – ​oryginalnie i zaskakująco. Sama fabuła może nie jakaś porywająca, ale opisana we wciągający i przekonywujący sposób, więc z zainteresowaniem czytałam, co będzie dalej. Bohater też porządnie skonstruowany. Poza tym udało Ci się stworzyć fajny klimat i pasujące do całości zakończenie.

Podsumowując jestem bardzo zadowolona z lektury.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Kilka uwag:

 

nie czekając na jakąkolwiek reakcję rozmówcy, kontynuował. – Minęło ← wydaje mi się, że powinno być kontynuował: – Minęło

– Może(+.) – Henryk wyjął kopertę

marynarki. Nalał ← dwie spacje

Lekko podpity Henio, wstał(+,) opierając się ręką o stolik.

tak pięknie odbijały się te pstrokate neony, nie była już taka kolorowa, kiedy ochlapała spodnie Henryka. ← można coś usunąć

ludzkiego motłochu, przewodził autonomibus

Fotografię byłej żony, Henio, trzymał w szufladzie

Niebieski wężu(+,) prowadź.

awarią w siedzibie korporacji, co jeśli implant rzeczywiście uległ uszkodzeniu? ← rozdziel kropką te człony. Według mnie to nie musi być myśl, ładnie się komponuje z narracją, ale jak ma być, to ok, tylko lepiej ją rozdziel od reszty.

pomimo, że nie było to ich rutynowe

Co jest, psia jucha! ← to chyba pytanie. No to tak: Co jest? Psia jucha! albo Co jest, psia jucha?!

co chociaż kupi sobie trochę czasu. ← czym chociaż…?

nie poświęcając nawet spojrzenia, przyglądającym się tej niecodziennej scenie gapiom.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Katiu,

 

Dzięki za taki komentarz laurkę i za nominację

Tak jak wspomniałem w odpowiedzi do cobolda, w następnych opowiadaniach postaram się ubogacić fabułę (ale nic nie obiecuję) :-)

Co do pomysłu na kanara, legendarne może być wszystko np. ten legendarny czerwony spinacz → link.

Co mogę więcej powiedzieć… bardzo się cieszę!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Naz,

 

dzięki dobra kobieto,

poprawki wprowadziłem, nie rozumiem tylko uwagi do tego zdania:

 

Henryk liczył nie tyle, że uszkodzi implant, co chociaż kupi sobie trochę czasu.

co chociaż kupi sobie trochę czasu. ← czym chociaż…?

??

 

Pozdrawiam! :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Wybacz, to moja wina :P Całe dnie spędzam na czytaniu i po prostu mój mózg czasem już widzi to, co chce. Widziałam to zdanie tak: Henryk liczył NA tyle, że uszkodzi implant, CZYM chociaż kupi sobie trochę czasu. Ale nie ma tam “na”, tylko “nie”, więc wszystko ok.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Okej, legenda jako kanar – coś nowego. Nie wiem jak na to wpadłeś, ale czuję, że brakuje stówki w Twojej kieszeni. ;)

Czytadło jak najbardziej okej, ciężki klimat cyberpunku raczej pasuje jako tło opowieści. Mam wątpliwość wobec samej korpo – taka bezkarność w działaniu, poprzez czipowanie głów i pożegnanie do zabójstwa nienarodzonego dziecka w imię "legendarnych wyników" jest zbyt daleko posunięta. Korpo pozwolić sobie może tylko na tyle, ile dozwolone jest w prawie. Każda dewiacja (tutaj wręcz gwałt na pracowniku) odbije się mu solidną czkawką – a im większa firma, tym większe kontrowersje sobą budzi. Wyobraź sobie zamieszki, które by wybuchły, jeśli mieszkańcy dowiedzieliby się o tych praktykach. A jak wielką i medialną sprawą byłby wywiad z tą okaleczoną ciężarną. Korpo to korpo, wiadomo też – cyberpunk, ale nie wiem, czy w tym opku nie okazałeś się za dużym sadystą. ;)

Jestem syty i raczej zadowolony. Pomysł z krótkimi rozdziałami sprytny i trafiony. W sumie to opko przypomina mi nieco serial z krótkimi migawki z życia Heńka. Ale jak mówiłem, nie umiem przetrawić tekstu do końca – bo zawsze po lekturze czegoś dystopijnego nie chce opuścić mnie wrażenie, że w pomyśle brakuje jednego "ale", że niedoceniana i jakby zapomniana jest siła wkurwienia tłumu. Ludzie żyją memami (w kontekście psychologii). Mem okaleczenia ciężarnej przez kanara (a tfu!) niósł by się przez świat telewizji i neta jak jakieś cholerne tsunami.

stn,

 

witaj! Fajny komentarz, rozumiem Twoje ale.

I z opowiadania nie wynika, że nie masz racji, tylko Heniek miał inne problemy na głowie (a może w głowie), a narracja pędziła z jego perspektywy.

Na pewno wezmę to pod uwagę, gdyby przyszło mi kontynuować coś w tym świecie (czego nie wykluczam) :-) Ta siła mas i socjal mediów, jeszcze może się czkawką korporacji odbić.

Co do sadyzmu, nie wiadomo co siedzi w umowie z korpo i do czego zdążyło społeczeństwo przywyknąć. A skoro przyszycie uciętego palca to pikuś… generalnie to ucięcie = odzyskanie czipu, a czip mógł pozostawać własnością korpo, a do obcinania dochodzi jedynie w przypadku wykrycia nielegalnego oprogramowania :D

Cieszę się, że pomimo mankamentów z psychologii społecznej, czujesz się syty i raczej zadowolony :-)

A te krótkie rozdziały męczę aktualnie wszędzie, gdzie coś piszę, ale do opowiedzenia absolutnie wszystkiego to się raczej nie nadadzą :D

A co do stówki, jeździłem na nieważnej karcie ale nikt mnie nie złapał :D A w polsce kiedyś pomachałem starym wymiętym biletem z piątej kieszeni i kanary łyknęły, dobrze, że daty nie sprawdzili, bo by wyszło, że z rok już tym autobusem jeżdżę ^^

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Podobnie jak i pozostałym podobał mi się motyw korpo-kanara, pracującego na swoją legendę, a także ciekawe detale (tylko te tatuaże wydają mi się odrobinę od czapy). Jednak nie kupuję Henryka jako bohatera, który wydaje mi się trochę zbyt elastyczny – z jednej strony nie ma oporów, żeby uciąć kobiecie palec, z drugiej cykorzy zaraz po wyjściu z autobusu na ulicę i chowa swoje insygnia. Ponadto Jak na mój gust nieco zbyt szybko zdradziłeś, kim jest Stanisław. Na plus zaliczam fajny, klarowny styl, dzięki któremu wszystko czyta się lekko i przyjemnie, z drugiej strony dialogi momentami zgrzytały.

Witaj michalovic,

 

Dzięki za wizytę i komentarz :-)

A czemu tatuaże od czapy? ;> Coś musi kanarów od innych ludzi odróżniać, tak samo w komunikacji kiejskiej kanar wchodzi a następnie wyciąga legitymację.

Jednak nie kupuję Henryka jako bohatera, który wydaje mi się trochę zbyt elastyczny – z jednej strony nie ma oporów, żeby uciąć kobiecie palec, z drugiej cykorzy zaraz po wyjściu z autobusu na ulicę i chowa swoje insygnia.

I tak samo kanar wychodząc z autobusu chowa legitymację pod kurtkę. U mnie w opku kontroler w autobusie jest półbogiem (chroniony przez korporację), ale na ulicy korporacja już mu gwarantu bezpieczeństwa nie daje.

Heniek może być i kozakiem ale po co ma ryzykowac na ulicy? Poza tym jest już podstarzały, brak mu tej werwy co dawniej, a może ma więcej oleju w głowie (patrz scena w jazz klubie z pajacami – zamiast załatwić ich koncertowo, tak jak zrobiłby to kiedyś – tylko skrycie niszczy im telefon).

Oczywiście masz prawo do swoich zastrzeżeń i uwag, szanuję je i biorę na klatę, możesz moich wyjaśnień nie kupować :-)

A co zgrzytało w dialogach (jesli zechciałbyś uściślić)?

 

Dzięki za wizytę, doceniam krytykę,

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

pomachałem starym wymiętym biletem z piątej kieszeni i kanary łyknęły, 

Protip: działa myk na legitymacje studenckie – kupujesz ulgowy sieciowy (na wszystkie linie) za połowę ceny i przy kontroli pokazujesz jedynie stronę z naklejkami (i datą “podbicia”). Data urodzenia (o ile nie masz 40stki) ich nie interesuje.

No co, dopiero zaczynałem pracować (w czasie studiów), jak to wymyśliłem. ¯\_(ツ)_/¯

 

I z opowiadania nie wynika, że nie masz racji, tylko Heniek miał inne problemy na głowie (a może w głowie), a narracja pędziła z jego perspektywy.

Tak, kameralność w postaci zwężenia narracji do perspektywy jednej osoby jest dobrym argumentem.

 

Na pewno wezmę to pod uwagę, gdyby przyszło mi kontynuować coś w tym świecie (czego nie wykluczam) :-) Ta siła mas i socjal mediów, jeszcze może się czkawką korporacji odbić.

Generalnie to ludzie są zwierzętami stadnymi. Z naciskiem na – stadnymi (fejsbuczki) i zwierzętami (w kontekście zachowań, kiedy już się zadyma rozkręci). 

 

a do obcinania dochodzi jedynie w przypadku wykrycia nielegalnego oprogramowania :D

To nie pytam, czym (w Twoim świecie) smyra się czytniki płacąc za usługi pod różowymi szyldami. ;)

 

Cieszę się, że pomimo mankamentów z psychologii społecznej

A co ja tam wiem, nauczyłem się mądrych terminów, to czasem nimi szpanuję. :D

Mytriksie, tak mnie wciągnęło, że wręcz wessało i mimo późnej pory musiałam doczytać do końca. I cóż, nie da się ukryć, że warto było, bo lektura okazała się szalenie satysfakcjonująca. ;)

Nie bardzo mam się do czego przyczepić, bo wcześniej komentujący wytknęli już to i owo, a ja, ponieważ kompletnie nie znam się na żadnych wszczepach, czipach i implantach, że o sterowaniu człowiekiem przy ich pomocy nie wspomnę, przyjmuję opowiadanie z całym dobrodziejstwem inwentarza, skoro tak sobie to wymyśliłeś.

Nie mogę nie dodać, że postać bohatera, kanara-legendy, nad wyraz przypadła mi do gustu.

 

– a w grun­cie rze­czy od po­cząt­ku kiep­skim –wie­czo­rze… –> Brak spacji po drugiej półpauzie.

 

Czas ocze­ki­wa­nia około dzie­więć­dzie­siąt pięć se­kund. –> Czas ocze­ki­wa­nia około dzie­więć­dzie­sięciu pięciu se­kund.

 

Jedno z krze­seł zajął Sta­ni­sław Bier­nac­ki, także pra­cu­ją­cy dla kor­po­ra­cji. Ponoć zaj­mo­wał się… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Na jednym z krze­seł usiadł Sta­ni­sław Bier­nac­ki

 

Sta­siek pal­nął prawą pię­ścią w stół, ze szklan­ki roz­la­ło się tro­chę go­rą­cej her­ba­ty… –> Kilka zdań wcześniej napisałeś, że pił z kubka: …spy­tał Sta­szek znad pa­ru­ją­ce­go kubka her­ba­ty.

 

Po­wi­ta­ny przez rząd do­brze mu zna­nych ka­mie­ni­czek, pew­nym kro­kiem wkro­czył w bramę jed­nej z nich. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję…pew­nie wkro­czył w bramę jed­nej z nich. Lub: …pew­nym kro­kiem wszedł w bramę jed­nej z nich.

 

– Co jest, psia jucha!? –> – Co jest, psiajucha!?

 

Nie je­steś taki wy­ją­ko­wy… –> Literówka.

 

Dwóch mło­dych chło­pa­ków w blu­zach… –> Masło maślane. Chłopak jest młody z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg,

 

cóż mogę powiedzieć po tak pozytywnym komentarzu. A już wiem! Uwagi uznałem za pomocne i wprowadziłem poprawki, tylko nad młodymi chłopakami jeszcze myślę, co by z nimi zrobić.

Trochę tych usterek niestety poprzednicy musieli mi wytknąć i jeszcze sporo pracy przedemną zanim uda mi się spłodzić dłuższe opowiadanie prawie wolne od błędów.

Ja także się specjalnie na sterowaniu ludźmi, czipach i implantach nie znam, ale podejrzewam, że gdybym się znał, to teraz miałbym nieetyczną i niemoralną pracę, za to bardzo dobrze płatną ;-)

Mam ponadto nadzieję, że moje opowiadanie nie przyczyniło się do niewyspania lub zaburzenia rytmu dobowego.

wessało

szalenie satysfakcjonująca

postać bohatera (…) nad wyraz przypadła (…) do gustu

Bardzo się cieszę!

Wychodzi na to, że kanarzy nie są popularnym zawodem i raczej się ich w społeczeństwie nie lubi, ale kanar-legenda w opowiadaniu fantastycznym podoba się czytelnikom.

 

Pozdrawiam!

 

 

stn,

 

Skoro się nauczyłeś to bardzo dobrze, że wykorzystujesz wiedzę w praktyce. Niektózy uczą się całe życie, a i tak nic z tym nie robią :D

Jak to mówią "ucz się ucz, nauka to do potęgi klucz, a jak zbierzesz dużo kluczy, to zostaniesz woźnym."

 

fejsbukowe zwierzęta – i tytuł (lub część tytułu) kolejnego opowiadania gotowe.

 

A czym się smyra, co i gdzie, to się jeszcze zobaczy ^^ kilka pomysłów mógłbym mieć.

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Do opowiadania o kanarze-legendzie byłem sceptycznie nastawiony, okazało się, że niepotrzebnie. :) Podobał mi się pomysł, w jaki zinterpretowałeś zadanie konkursowe. Rozchwianie bohatera, czy wręcz dwubiegunowość w zachowaniu w, i poza autobusem mogłeś bardziej zarysować. Jak czytałem w komentarzach, nie tylko mi wydaje się trochę niespójny, a można było tego uniknąć. Widać, że miałeś na niego konkretny pomysł.

Popracowałbym nad intrygą, bo Staszek (Stasiek?) jest dość oczywisty. Nietrudno było domyślić się, co się wokół bohatera dzieje. Poza tym czytało się naprawdę dobrze i bez zgrzytów.

ac,

 

witaj! Dzięki za wizytę i komentarz.

 

I dobrze, że byłeś sceptycznie nastawiony, mogłeś się (mam nadzieję) pozytywnie zaskoczyć :)

Sceptycy też są potrzebni, nie samym optymizmem człowiek żyje :D

Ponoć tak mam, że lepiej wychodzą mi bohaterowie i śmieszkowanie, niż poważna fabuła, ale pracuję nad tym.

Bohater po przejściach, zindoktrynowany przez korporację, której służył a okazało się, że go zdradziła, wydaje mi się, że ma prawo być rozchwiany. Ale skoro sprawia wrażenie niespójnego to się temu przyjrzę i postaram wyciągnąć wnioski.

 

Dzięki i pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Bardzo mnie cieszy Twoje wyznanie o uwagach. ;)

Pragnę też uspokoić Cię, że owszem, wyspałam się należycie, albowiem spać mogę kiedy chcę i tak długo, aż obudzę się wyspana. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zatem oboje jesteśmy ukontentowani Reg.

Uff, teraz będę mógł spać spokojnie :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

 

A czemu tatuaże od czapy? ;> Coś musi kanarów od innych ludzi odróżniać, tak samo w komunikacji kiejskiej kanar wchodzi a następnie wyciąga legitymację

 

Legitymacja to jednak coś innego – to dokument identyfikujący pracownika, zawiera imie, nazwisko, jakieś tam numery. A ten tatuaż to, jak dobrze pamiętam, tylko logo korporacji. Anyway – tatuaże to dobry sposób oznacza przynależności do gangu, a nie do korporacji. A już tatuaże na twarzy kojarzą się jednoznacznie – przynajmniej ja mam takie skojarzenia – z Maorysami i kolesiami pokroju Popka. Ani jedni, ani drudzy nie pasują mi do kanara o imieniu Henryk. Ale tylko się czepiam.

 

I tak samo kanar wychodząc z autobusu chowa legitymację pod kurtkę. U mnie w opku kontroler w autobusie jest półbogiem (chroniony przez korporację), ale na ulicy korporacja już mu gwarantu bezpieczeństwa nie daje.

Podejrzewam, że jakby kanarzy chodzili z legitymacjami na wierzchu cały czas, to natychmiast rzucaliby się w oczy i płoszyli gapowiczów – i to dlatego je chowają :) No właśnie to jest trochę dziwne, że korporacja inwestuje w ludzi, robi im operacje, daje ekskluzywny sprzęt, kontroluje ich życie prywatne… ale nie zapewnia im bezpieczeństwa kiedy wyjdą na ulicę? To marnowanie pieniędzy.

 

A co zgrzytało w dialogach (jesli zechciałbyś uściślić)?

Przede wszystkim słowa takie jak “abominacja”, “nędznik”, “psia jucha”. Nijak nie pasuje mi to ani do gatunku ani do wydźwięku tej historii.

 

Sorry, że się wtrącę, ale uznaję tatuaże za technikalia, o których mogę coś powiedzieć (nudzą mnie niemiłosiernie moje suche komentarze):

 

tatuaże to dobry sposób oznacza przynależności do gangu, a nie do korporacji.

 

Według mnie to akurat pasuje do firmy z tego opka i świata przedstawionego. Ponadto, ponieważ pojawiają się i znikają, kojarzą mi się z glifami.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz, :-)

 

michalovic,

 

tatuaże – rozumiem Twoje skojarzenia, jednak tatuaże są widoczne tylko po aktywacji z aplikacji i zwykli śmiertelnicy raczej nie mają do takich dostępu, a nawet jak mają, to żadne studio tatuażu nie wydziara logo korporacji nie-bileciarzowi, bo baliby się konsekwencji.

Jako że świat przedstawiony to realia około cyberpunkowe, uważam, że pasują do tego opowiadania. Masz prawo się nie zgodzić, kwestia gustu :-)

 

bezpieczeństwo – a jak mają zapewnić pracownikom nietykalność na ulicy? Henryk ma telefon z paralizatorem (dostępny jedynie jego profesji model), ale czy nie mądrzej jest unikać walki?

 

psiajucha i abominacja – padają z ust Henryka, to człowiek stary jest i nie pędzący za postępem, stąd jego słownictwo. Dodatkowo unikałem mocnych przekleństw (na pewnym etapie się namnożyły a później wyrzucałem je z opowiadania)

nędzniku – to Stasiek używa – ok jest "programem" ale stylizowanym na kolegę Henryka, w podobnym wieku, zresztą szczerze, to nie wiem czemu to nie pasuje :D

W każdym razie dziękuję, że wskazałeś to o co poprosiłem, miło z Twojej strony.

 

Pozdrawiam!

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Jestem. Kiedy przeczytałam, że Henio jest kontrolerem, to dopiero sprawdziłam tagi, czy aby przypadkiem nie ma tam: absurd. :) Choć mam pewne wątpliwości, a których pisali już wcześniej inni komentujący, to po Twoich wyjaśnieniach, jednak kupuję ten świat.

Fajny pomysł, wykonanie również zadowalające, całość ładnie się splata, więc wciągnęło. Miałam nawet skojarzenie z “Pięknym umysłem”.

Tu mi tylko zgrzytnęło:

Na pieszo to jakieś pół godziny drogi.

Sprawdź :)

 

AQQ,

 

dzięki za wizytę i komentarz :-)

 

Ciekawe skojarzenie Ci się nasunęło, chociaż z inspiracji to podczas procesu twórczego przypomniało mi się wytłumaczenie fabuly filmu "One point O".

Cieszę się, że kupujesz mój świat, smucę, że dopiero po wytłumaczeniach.

Link sprawdziłem, teraz wiem coś nowego, choć podejrzewam, że dalej będę mówić "na pieszo", ale w tekście poprawię :-)

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Moje wątpliwości wzbudzała najlepsza klinika w mieście i kanar – jako elitarny zawód. 

Myślę, że wszyscy używamy w języku potocznym różnych perełek, więc używajmy ich do woli, natomiast publikowane teksty, to już niestety inna bajka. :)

Również pozdrawiam!

 

Bardzo zgrabne opowiadanie, Mytrix. :)

Przeczytałam już ładne kilka dni temu, ale Twój tekst nie wyleciał mi z głowy, co ostatnio mi się zdarza (zwłaszcza w kwestii artykułów naukowych, buahaha).

Cóż mogę powiedzieć. Lubię takie klimaty, stworzyłeś bardzo ciekawy świat. Pomysł by kontroler wystąpił w roli bohatera na pewno jest oryginalny i według mnie udany. :) 

AQQ, aj tam się tej kliniki czepiacie, korpo ją ma, tę klinikę, to korpo korzysta, a w umowie z pracownikiem może stoi "prywatna opieka lekarska" (a pod nią kryje się implantowanie?) Kto to tam wie. :D

 

Rossa,

 

Cieszę się, że jednak zdecydowałaś się zostawić komentarz! (Czy może to taki test? Jak zostanie w głowie to komentarz, jak nie to takiego wała :D)

(Mów co chcesz/myślisz :)) Radują mnie słowa udany, ciekawy, oryginalny i udany!

A bo ci kontrolerzy tacy nielubiani, a kontroler też człowiek!

Dzięki za wizytę!

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Mnie opowiadanie całkiem wciągnęło, nie jestem zbyt obeznany z cyberpunkiem, więc ewentualna nieoryginalność fabuły mi zbytnio nie przeszkadzała.

Kanar obcinający palce to dość przerażający obraz przyszłości, choć o ile mi wiadomo, w niektórych totalitaryzmach trzeciego świata brak biletu może się wiązać z poważnymi konsekwencjami. Tak więc przedstawiona przez Ciebie wizja nie odbiega niestety daleko od rzeczywistości.

Zastanawia mnie tylko, czy Henio był legendą tylko we własnym przekonaniu (podsycanym przez implant), czy też był kimś w rodzaju kontrolerskiego Stachanowa, stawianego za wzór wyrabiania wielokrotności norm odciętych palców? :D

Światowiderze,

 

cieszę się, że cię wciągnęło! Ja też oczytany w cyberpunku nie jestem, co na sczęście nie przeszkadza mi radośnie tworzyć mej radosnej twórczości ;P

Z tego co kojarzę to w Chinach obywatel nie kupi biletu w autobusie  i nie pojedzie, jeżeli nie okaże się dowodem osobistym :D Fajnie nie?

We własnym podsycanym przekonaniu, napewno starał się tą legendą zostać po części też się za legendę uważał. Tak mi się wydaje, ale czy mogę być pewien? Nie siedzę w jego głowie (nie to co taki np. Stanisław :D)

Przypuszczam, że skoro inni bileciarze też byli zaimplantowani, to otrzymując podobną pomoc motywacyjną mogli osiągać podobne wyniki :)

 

Dzięki za wizytę i komentarz,

 

Pozdrawiam! 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dobra, jedziemy.

Podobno w fantastyce ciężko wymyślić coś oryginalnego, ale jak już ktoś wymyśli – wiadomo. Sława, pieniądze i telefony z Netflixa. Szarym klepaczom literek pozostają klisze i ograne motywy z których muszą ulepić coś, co zajmie na tyle skutecznie czytelnika aby szczęśliwie doczytał do końca.

Gratuluję, to Ci się udało! <ding!> <☆1UP☆>

 

Mnie, starego wyjadacza cyberpunku, te wszystkie techno-nowinki raczej nie zaskoczyły. Ba! Nawet się uśmiechnąwszy się lekko przy tuńczyku (tak, zajebista nowinka) w oleju. Istnieją prognozy, że przy obecnej konsumpcji rybka może nie przetrwać kolejnej dekady, a co dopiero takich implantów doczekać. Chyba, że żarł jakieś hodowane w próbówce gówno – wtedy zwracam honor. Ale pal to licho, czytam dla historii,

A historia, to nie był taki typowy cyberpunk. To coś na pograniczu starego dobrego noir z elementami technologicznej dystopii. Chwali się, bo wyjątkowo podobał mi się ten efekt. Świetnie zbudowałeś główną postać. Gorycz aż z niej się wylewa, ale nie użala się, nie stoi założonymi rękami tylko robi swoje. Nieważne w jakim gównie pływa i dokąd ono sięga. Tak lubię.

Motyw legendy bardzo dobrze zagospodarowany. Zagospodarowany, bo został użyty przez korporację do podbicia efektywności. Bardzo praktyczne podejście. Good, good…

Największe minusy? Powiem szczerze – akcja ze Staszkiem śmierdziała mi już po pierwszym fragmencie, a klarowna stała się jak zobaczył go w szybie. Ale nie przejmuj się – to tylko moja przenikliwość. ;)

I zakończenie. Naprawdę mogłeś zaserwować coś innego niż klasyczny wpierdol od małolatów. Tak, dziadka gnojki pobiły! Pfft! C’mon!

Nie mniej, dobra robota. Idziesz jak burza z pisaniem, więc marchewa Ci się należy, jak łapówa kanarowi.

Idę nominować.

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Reg. zdecydowałem i żeby nie było masła maślanego, dałem:

 

Dwóch chłopaków w bluzach 

 

◇ wyrzuciłem młodych :-) ◇

 

 

Zalth

 

Skoro tego wymaga sytuacja to hokus pokus…

 

*puf*

 

Zamienil się w sytuacyjnego osiołka. Chwilowo nie może rozwinąć komentarza, gdyż nie dysponuje przeciwstawnym kciukiem.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

I co teraz? Wystarczy, że skonsumuje marchewkę, czy też ktoś będzie musiał osiołka pocałować? ;-)

Babska logika rządzi!

Mytryksie, zrobiłeś bardzo zacne masło klarowane. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kijkiem osi(o)łka trza popukać…

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalthcie,

 

dzięki za (nominację) *LVL UP!* – wbiłem 666 poziom i teraz jestem Koziołkiem ????

 

Ograne czy nie, cieszę się, że zagrało.

Z tym tuńczykiem, to nie słyszałeś, że ryba nie ma terminu ważności? Tak nam szef mówił w jednej z fabryk. A później odświeżałem tam tuńczyka. Ze starego zamrożonego mięsa robiłem nowe, czerwoniutkie, jak świeże. I jako takie szło do sklepów. z etykietą "refresh". Wystarczy re do fresh dodać i już jest wszystko wporządku.

Później jak już tam nie pracowałem, to słyszałem, że się ludzie w Holandii potruli tymi specyfikami. Mniam.

A historia, to nie był taki typowy cyberpunk. To coś na pograniczu starego dobrego noir z elementami technologicznej dystopii. Chwali się, bo wyjątkowo podobał mi się ten efekt.

Ja się na tym nie wyznaję, ale skoro tak mówisz :D

To o rozgoryczonym, ale aktywnym bohaterze fajnie ująłeś.

Motyw legendy – tak jak mówisz.

Wybaczam Ci, Twoją przenikliwość :D

Wpiernicz od małolatów pasował mi jako powrót karmy za zniszczenie im telefonu, no i historia nie mogła się skończyć szczęśliwie, ale może jeszcze znajdzie się jakiś ruch oporu w tym świecie ;>

Zresztą i bez małolatów Henio był już trochę przez lekrza hm… porażony?

Dzięki!

 

PZDR!

 

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Podobało mi się :)

Dzięki Anet :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Cóż, choć postać kanara-legendy nie zainteresowała mnie, a cały tekst nie wciągnął tak jak komentujących przede mną, to doceniam staranne wykonanie, płynność fabuły i naturalne dialogi. 

Opowiadanie było dobre, ale tematyka zupełnie nie przypadła mi do gustu. 

Łukaszu,

 

dzięki, że podzieliłeś się wrażeniami.

Ubolewam, że nie trafiłem w Twój gust, tym bardziej dzięki za to, że przeczytałeś.

Cieszę się, że wykonanie znajdujesz starannym a dialogi naturalnymi :)

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Bardzo mi się podobało. Pomysłowe połączenie cyberpunku z elementami noir jak pierwsza scena z detektywem. Lekki, miejscami jowialny styl przypadł mi do gustu. Choć sam twist z tożsamością korpoprzyjaciela był przewidywalny, jakoś bardzo mi to nie przeszkadzało.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku,

 

Bardzo się zatem cieszę (i dzięki za nominację).

Po komentarzach chociaż wiem, że to noir i cybpunk wyszedł, bo wcześniej nie wiedziałem. :D

A z tym twistem, to tak wyszło, bo trochę rozjaśniałem o co chodzi, bo na początku za bardzo zamotałem, ale jak nie przeszkadzało to gitara :-)

Dzięki za wizytę!

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

 

Opowiadanie stoi detalami i klimatem. Wspomniany przez Szyszkowego “noir” to wyjątkowo trafne określenie. Świat ciekawy, ale cóż z tego, skoro do snucia historii wziąłeś się od strony, za którą nie przepadam, która mnie nuży. Zabrakło mi na wstępie haka, czegoś co drążyłoby moją ciekawość. Postaci, wydarzenia, nie do końca zrozumiałej sceny – elementów układanki, które dopiero z czasem zaczęłyby się składać. Zamiast tego obficie opisujesz realia i scenografię, co mnie zwyczajnie znudziło. Owszem, jest otwierająca scenka z utraconą ciążą, z nieistniejącym Stanisławem, ale to bardzo niewiele – reklamując tekst jako cyberpunk, oczekiwałbym intrygi opartej jednak o coś więcej niż czysto obyczajowy motyw, zaś samego Stanisława wytłumaczyłem sobie w najprostszy sposób jako urojenie już w tej pierwszej scenie i tutaj spotkało mnie największe rozczarowanie tego opowiadana – nie wyprowadziłeś mnie z tego wrażenia do samego końca, a wręcz je potwierdziłeś.

Mając (niestety trafne) założenie w głowie, że Henio ma urojenia, przyszło mi na myśl, że to on sam mógł stać za poronieniem i bodajże zniknięciem żony i znów się nie pomyliłem. I tak mógłbym wymieniać kolejne sceny, kiedy sprawdzało się z grubsza wszystko, co powinno się w danym miejscu historii znaleźć. Moim zdaniem postawiłeś na zbyt oczywiste i zbyt bezpieczne rozwiązania, szczędząc czytelnikowi zaskoczeń i odejmując tej historii mnóstwo kolorytu. Niestety, dla mnie średniak.

Wiesz, Mytrixie, kiedyś na tym forum napisałem coś takiego:

“Mam podobnie jeśli chodzi o polskich bohaterów, tylko ja w każdym z nich widzę naszą, polską martyrologię. Ten bohater zawsze jest doświadczony przez życie, koniecznie z piętnem i grymasem na twarzy…”

I wychodzisz właśnie z takim Heniem. Ja nawet trochę lubię takiego bohatera, ale gdy pojawia się jeszcze motyw “nie chcę, ale muszę” (tutaj bycie legendą), to już raczej nie. A tak postrzegam Henryka, piętno, przejścia i mus. Też w pierwszej wzmiance o Stanisławie kapnąłem się, że będzie wymyślony. Poza tym trochę leży mi wizja korpo. Tak się składa, że pracuję dla korpo i jakoś nie widzę tego, że “zmuszają” kogoś, by był legendą. Jest tylu “ambitnych”, zawsze i wszędzie, że raczej trzeba zamykać drzwi, niż uciekać się do ingerencji czy podstępów, by legendę zachować. To korpo kreuje legendy i szybko je zmienia, jeśli tylko chce. Ale ok, to Twoja wizja.

Klimat za to fajny i masz tutaj plusa. Obrazowy i dosłowny jest ten świat. Odpychający, a jednocześnie przyciągający. Nieźle.

Dzięki chłopaki, jutro wam na spokojnie odpiszę ;-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

No i właśnie takie niedopowiedzenia w zakończeniach lubię toleruję ;) Główna oś fabularna wyjaśniona, a czy Henio przeżył, jak dalej potoczą się jego losy – pozostawiłeś czytelnikowi.

Tematyka dość ograna (sterowane jednostki były już nieraz, ale jak tu wymyślić coś odżywczego w cyberpunku? Hmm…), ale podana bardzo przystępnie. Tempa akcji powinienem się od Ciebie uczyć – te zwarte rozdzialiki sprawiają, że czyta się to to piorunem i z dużą przyjemnością.

Humor tym razem bardziej subtelny, nienachalny – z pewnością na plus, choć nie mogę nie zauważyć, że dramaturgia tekstu cierpiała z tego powodu. Sytuacja pana Henryka była na swój sposób rozpaczliwa, a jednak ja odebrałem tekst jako NADAL rozrywkowy.

Jakby to jednak powiedziała Anet – podobało mi się. Warsztat zdecydowanie podciągnąłeś, właściwie nic mi tu nie zgrzytało.

A dobra, może nie będę deprecjonował roli żonki i Funa ;P

Tylko jedno trochę mnie zmarszczyło:

Henryk strzelił po raz trzeci i nie czekając na zmartwychwstanie przyjaciela, wybiegł z klubu.

Biorąc pod uwagę, że w tym momencie Henio nie darzył już Staśka szczególną zażyłością + Stasiu transformował się już w Jacka, to… za cholerę mi to określenie nie pasuje w tym miejscu. W końcu prowadzisz narrację z perspektywy bohatera.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki Hrabio!

Ostatnio z czasem kuleję ale postaram się wam poodpowiadać jakoś wieczorem lub jutro sensownie!

 

Oj tam z tym przyjacielem, to to… ironia! Taka humorystyczna  ;p

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Hehe :D

 

Nie przejmuj się, towarzyszu broni. Jest wiele znacznie ciekawszych sposobów na spędzenie czasu, niż odpowiadanie na przydługie komentarze pod własnym tekstem XD

Mnie w każdym razie “dzięki” w zupełności wystarczy, do następnego ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Trochę się pogubiłam, choć stylistycznie mi się nawet podoba, niektóre scenki też. Całości jakoś nie chwytam.

Ale mój największy problem – co to ma być Danse Vehiculum Urbanus, bo mi się to językowo i gramatycznie nie klei w żadną sensowną całość…

"Słyszałeś go. Rozsądna. Inteligentna. Pewnie należy do tych okropnych nowoczesnych dziewcząt, które mają własne poglądy i uważają, że kobiety powinny studiować w Oksfordzie."

Nowa Fantastyka