- Opowiadanie: Michał Pe - Clean up & Go

Clean up & Go

Zdarzają się pojedyncze wulgaryzmy.

Pozdrowienia dla fanów niskobudżetowego, co nie znaczy złego, s-f.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Clean up & Go

– To co, Felch, napijesz się kawy? – pytam, bijąc otwartą dłonią w panel dystrybutora. – Po małej czarnej dzień nabierze kolorów, zobaczysz.

Dochodzący zza moich pleców stukot klawiatury nie traci nic ze swego nerwowego impetu, po prostu dołącza do niego ponure mruknięcie. Coś jakby „wszystko jedno”, lub może bardziej „spierdalaj”. Urocze. Felch to prawdziwy talent w dziedzinie komunikacji mikro werbalnej. A może to kwestia spędzonego razem czasu? Po ponad dwustu latach wspólnego życia na nie więcej niż stu metrach kwadratowych przestrzeni, ludzie rozumieją się bez słów.

– No, masz pecha – rzucam za siebie. – To gówno padło na amen.

Dałbym wiele, żeby ostatni, wymierzony maszynie, cios zgasił szereg mieniących się czerwienią kontrolek, ale nic z tego. To już czwarte wybudzenie po awarii automatu kuchennego i dobrze wiem, że wszystko, co wykracza poza wąski krąg produktów niezbędnych do przeżycia jest nieosiągalnym luksusem. Mogę napić się wody. Ohydnej, pozbawionej smaku wody. A ja chcę kawy, do cholery. Kawy.

Z kieszeni szlafroka wyciągam papierosy. Chwała człowiekowi, który zostawił ich tu taki zapas. Odwracam się do Felcha i opierając tyłkiem o blat stołu, zapalam. Przede mną salon, tak to sobie nazwaliśmy. Dawniej, kiedy chciało nam się jeszcze rozmawiać. Niewielkie pomieszczenie o klaustrofobicznie niskim suficie, po którym z zagęszczeniem godnym lepszej sprawy snują się pęki przewodów i kabli. Całą przestrzeń zagracają tu sterty elektroniki, o której przeznaczeniu nie mam pojęcia. Zresztą i tak mało co z tego działa. Wszystko jest ukurzone, pożółkłe i brudne, nawet nie dlatego, że dawno temu odpuściliśmy sobie sprzątanie. Mam wrażenie, że ten sprzęt był już taki, gdy ktoś go tu zwalił, wieki temu. To jak rekwizyty z bondowskiego filmu ery Connerego, takie to wymyślne i uroczo niedzisiejsze.

Wyjątek stanowi konsola. Królestwo Felcha. Główny komputer i główna zmora, która zaprogramowała nam ostatnie dwieście lat życia, lecz mimo to, żaden z nas nie ma odwagi, aby wyciągnąć wtyczkę. Przerwać ten nonsens i pójść do piachu, jak reszta ludzkości. No cóż, może kiedyś…

Ćmiąc papierosa, podchodzę do Felcha. Jedną ręką śmiga po klawiaturze, drugą podpiera skołtuniony łeb, bo oczywiście na rozklekotanym krześle siedzi w pozie sugerującej stan przedzawałowy. Zerkam mu przez ramię na przelatujące po ekranie dane. Gapi się w monitor, jak sroka w gnat. Nie wiem czego szuka. To znaczy wiem, szuka odpowiedzi, ale sposób, jaki sobie to tego obrał, pozostaje dla mnie tajemnicą. Felch wierzy, że w bazie danych głównego komputera znajdzie odpowiedź na trapiące go pytanie: kto pierwszy wcisnął guzik? My, ruscy czy Chińczycy. To jego sposób na przetrwanie. Głupi, ale Felch to pierwszy haker ligi amatorów, a utknął tu ze sprzętem wartym grube miliony, więc co mu zostało? Niech się bawi, punkt dla niego. Moim zdaniem w komputerze nic nie ma, bo przecież uruchomiono go później, gdy na powierzchni wrzało już atomowe piekło i przeklęta zmora z całą pewnością nie zdążyła pobrać aktualizacji. Felcha to nie zraża i kto wie, może ma rację. Grunt to nie zwariować.

– Dobra. – Spoglądam na niego z góry. – Wygrałeś los na loterii. Bujnę się do Starbucksa. Dla ciebie late z podwójnym mlekiem?

Znów mruknięcie, tym razem już na pewno oznaczające „spierdalaj”. No miło, człowiek z sercem na dłoni, a tu plują w twarz. Barbarzyństwo.

– Dobra, wiem. Zero mleka. Pokaż no tylko pogodę.

Sięgam do jednego z uczepionych ponad głową Felcha monitorów i pstryknięciem wybudzam urządzenie z hibernacji. Ekran wyświetla obraz; naroże kilkupiętrowego budynku o zdezelowanej fasadzie, pryzma skawalonego asfaltu i tło w postaci szarego jak ołów nieba. Czyli to, co zwykle, czasem tylko mignie strzęp jakiegoś śmiecia.

– Cholera jasna, Felch, popatrz na te chmury. Będę musiał wziąć parasol!

Kolejne mruknięcie każe mi spierdalać do wszystkich diabłów. Posłusznie wycofuję się w głąb pomieszczenia.

– Idę do lodówy – rzucam na odchodne. – Może chłopcy będą mieli na coś ochotę.

Wychodząc na korytarz, zerkam w uczepione na ścianie lustro. Zarośnięta gęba wita mnie głupkowatym uśmiechem. Siedzący w ustach papieros wspaniale uzupełnia się z podkrążonymi jak u nocnego stróża oczami. Poprawiam rozchełstany szlafrok, zakrywając T-shirt z Bartem Simpsonem. Cóż, dobry look to podstawa.

Korytarz zalewa się światłem, gdy przestępuję próg. Mrużąc oczy mijam podwójne, zaspawane na głucho drzwi donikąd, dalej drzwi do maszynowni i drzwi główne, którymi wprowadzono nas tu przed laty. Interesują mnie ostatnie drzwi. Wymalowane na ciemny błękit drzwi lodówy.

– Hej, panowie, pobudka! – rzucam, napierając barkiem na zimną stal. Drzwi ustępują niechętnie, mechanizm wspomagania wysiadł tak dawno, że nawet go nie pamiętam. Przeciskam się do wnętrza przez nieludzko wąską szparę. – Pomyślałem, że z rana dobrze będzie napić się kawy. Chcecie coś? Wychodzę na miasto.

Staję pośrodku ciasnego pomieszczenia i odrzuciwszy na bok poły szlafroka, biorę się pod boki. Z ust wypuszczam chmurę siwego dymu. Tak, pięknie. Jak superbohater na wcześniejszej emeryturze.

Przede mną rząd pięciu połyskujących plekstenem komór hibernacyjnych, oczywiście zajętych, choć stan osobowy lodówy to pięć plus jeden. Podchodzę do nieszczęśnika, któremu swego czasu miejsce w komorze podebrał Corso. Skulone truchło trącam czubkiem buta. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla chemii używanej w procesie hibernacji. Po wyjęciu z hibernatora facet zamienił się w mumię dosłownie w przeciągu jednego dnia i dalej nic, jakby odlali go z plastiku. Niezwykłe. Pewnie dlatego został tak, jak leżał. Tak, jak feralnego dnia rzucił go Corso.

– No, pięknie – mruczę pod nosem, przecierając dłonią plekstenową osłonę hibernatora, gdzie przed złem tego świata schronił się nasz szanowny kolega. – Corso, ty nie dostaniesz. Słyszysz mnie? Masz szlaban na kawę. Dożywotni. Pogódź się z tym dla własnego dobra. Zero kawy. Do końca życia.

Szczurza twarz Corso, nienaturalnie blada i pozbawiona wyrazu, wygląda niczym teatralna maska. Uderzam dłonią w zimny pleksten, potem wyrywam z ust papierosa i petuję go na osłonie. Wybuch bezsilnej złości jest żałosny, ale pomaga. Odczuwam coś na kształt ulgi.

 

* * *

 

– Dobra, Felch, co mamy? – Kilka godzin później towarzysząca każdemu wybudzeniu chandra przechodzi mi i zaczynam myśleć. – Odwalę robotę i wracamy spać. Masz coś przeciwko?

Felch mruczy, tym razem z aprobatą. Sięga do bocznego panelu kontrolnego i stuknąwszy w klawisz, podaje mi wypluty przez drukarkę arkusz. Odbieram go bez słowa. Od jakiegoś czasu wszystko muszę robić sam, ale zupełnie mi to nie przeszkadza.

– Filtry – mruczę. – Może być.

W zasadzie musi. Zrzucam szlafrok, wkładam ciepłą bluzę, pod pachę biorę narzędzia i Podręczną Biblię Naprawy Wszystkiego.

– Życz mi powodzenia – stękam, człapiąc do maszynowni.

Felch najwyraźniej uznaje, że powodzenie nie będzie mi potrzebne, bo zbywa mnie milczeniem. Choć nie. Stukot klawiszy staje się jakby żywszy.

Tak naprawdę to maszynownia jest sercem stacji. Nie lodówa, nie salon z imponującą konsolą komputera, na pewno nie sypialenka, z trzema hibernatorami dla nas, obsługi technicznej. Maszynownia to niewielkie pomieszczenie, gdzie umieszczone są wszystkie wymagające regularnego serwisowania podzespoły systemów. Serwis i naprawy to clue naszego życia. Chyba właśnie po to zostaliśmy stworzeni. Wprawdzie nigdy nie byłem w tych sprawach pojętny, ale z Podręczną Biblią Naprawy Wszystkiego człowiek odkrywa w sobie ukryte talenty. Resztę załatwił geniusz człowieka, który zaprojektował system kontroli i napraw stacji. To rzecz intuicyjna do tego stopnia, że dałby sobie z tym radę nawet średnio wyszkolony pawian. No, może nie jest tak, że kleimy tu wszystko rolką taśmy i ściągamy na trytytki, ale zakrojona na szeroką skalę improwizacja pary dyletantów, jakimi z Felchem jesteśmy, sprawdza się wyśmienicie. Inaczej już by nas tu nie było. Nie pośród żywych. Nie odkąd zabrakło Corso.

Filtry powietrza to robota na pięć minut, ale nie lubię się w tym grzebać. Śmierć przez uduszenie wydaje mi się okropna, a jeśli z filtrami coś będzie nie tak, komputer nie uaktywni cyrkulacji powietrza, gdy nasze hibernatory rozpoczną proces kolejnego wybudzania. Z której strony nie patrzeć, nieciekawa perspektywa. Otwieram więc Biblię na odpowiedniej stronie i po raz setny wertuję instrukcję.

Podręczna Biblia Naprawy Wszystkiego to jedyna rzecz, która usprawiedliwia pojawienie się na świecie tej gnidy, Corso. Upakowany w formę wypchanego segregatora zestaw szczegółowych instrukcji oraz praktycznych wskazówek, dotyczących serwisu wszystkich systemów stacji, w teorii pozwala rozmontować cały ten bajzel na czynniki pierwsze. Nieraz myślę, że Corso przygotował dla nas Biblię specjalnie, że czuł, iż nadejdzie dzień, gdy najlepszym sposobem obrony przed złem tego świata będzie zamknięcie się w lodówie. I to zagranie, muszę mu przyznać, było niegłupie. Odłączenie komór hibernacyjnych lodówy nie wchodzi w grę, to ostatnia rzecz, jaką dopuszcza oprogramowanie głównego komputera. Chcąc przeżyć, musimy utrzymywać przy życiu także jego. Corso. Pierdolona gnida.

Kilka chwil później jest już po zawodach. Zużyte filtry rzucam w kąt, gdzie zalega ich niewielka pryzma. Kiedyś to posprzątam, ale teraz? Komu to przeszkadza? Stukam kluczem w obudowę dyspensera, a przyśrubowany na wiek wieków dekielek odpada z głośnym brzdękiem, ujawniając mym oczom widok zespół płytek układów scalonych, oblepionych zielonkawą, galaretowatą breją, przypominającą wymiociny samego diabła. Stawiam oczy w słup. Co to jest, do cholery? Zerkam na Podręczną Biblię, tknięty myślą, że może o czymś nie wiem, a potem wsuwam ostrożnie trzymany w dłoni klucz do wnętrza urządzenia. Stal dotyka galarety. Grzyb? Pleśń? Krzywię się z odrazą. Ki czort to tu posiał? Klnę już w myślach na czym świat stoi, gdy po płytkach układów przechodzi fluorescencyjny płomień i całość zaczyna się dymić.

– Felch! – krzyczę w przestrzeń korytarza. – Felch, do cholery, choć tu! Dyspenser się zjebał!

Niewiele myśląc, chwytam wiszącą na ścianie gaśnicę i modląc się, aby data przydatności do użycia okazała się jedynie bzdurą wymyśloną do nabijania naiwniaków w koszta, kieruję dyszę w stronę dyspensera. Ku mojej uciesze, płomień znika w ułamku chwili.

– Felch! Kurwa mać, choć tu! Palimy się, do diabła! Słyszysz mnie?! Zaraz sfajczysz się na amen!

Przestraszony, dyszę ciężko i przysiadam na kolanach. Mam nadzieję, że rozpacz w moim głosie oderwie tego idiotę od konsoli, bo nie mam pojęcia, co dalej. Odruchowo sięgam po Biblię, ale wiem, że dyspenser, pokryty teraz białym całunem piany, nie należy do podzespołów uwzględnionych do naprawy. To, co wydarzyło się przed chwilą, nie powinno mieć miejsca. To jakaś anomalia. Pieprzona aberracja, czy co tam jeszcze. Takie rzeczy nie zmieściły się w głowie geniusza, który projektował stację.

Felch staje w drzwiach, gapiąc się na mnie, jak ciele na malowane wrota. Zerkam na niego, wzruszając ramionami.

– No ładnie, suko – rzuca. – Załatwiłeś nas na cacy.

Są to pierwsze słowa, jakie wypowiada do mnie od jakichś pięćdziesięciu lat. Jestem niemal wzruszony.

 

* * *

 

Kiedy dostałem pracę w Clean up & Go, poczułem się, jakbym złapał pana Boga za nogi. Może sprzątanie cudzych brudów nie jest jakimś nadzwyczajnym zajęciem, ale pewien niuans nadaje tej zabawie zupełnie ciekawych kolorów.

Ustawił nas kontrakt z wojskiem. Ile w czasie zimnej wojny nabudowano różnego rodzaju kompleksów laboratoryjnych, schronów, czy dziwacznych, podziemnych przechowalni, to aż głowa boli, a od czasu, gdy Pakistan i Indie skoczyły sobie do gardeł, zawieszając na firmamencie wschodniego nieba atomowy grzyb, wszystko to stało się w jednej chwili potrzebne. Oczywiście zanim podobne miejsca zapełnili ludzie, zanim odpalono elektronikę i wdrożono procedury, należało tam posprzątać i to robiliśmy my. Clean up & Go. Specjaliści od przywracana do stanu używalności miejsc, które swego czasu wykluczono z użytkowania. Płacili nam za to, jak za zboże.

W naszej stacji utknęliśmy właśnie na robocie. Ja, Felch i Corso, człowiek z programu. Zawsze towarzyszył nam ktoś taki. Ktoś, kto włączy światło i powie, od której strony zaczynać. Maruda przeszkadzająca w robocie.

Z Corso nigdy nie dało się wyciągnąć za wiele, ale tych kilka strzępów, które trafiały się między słowami wystarczyło, abym złożył sobie historię w całość. Program nazywał się Goliat i przed wygaszeniem, w latach osiemdziesiątych, badał możliwości związane z hibernacją. A mówiąc wprost, koncentrował się na stworzeniu systemu wyposażonych w eksperymentalne lodówki schronów, gdzie w razie potrzeby można było przechowywać vipów. Nasza stacja, była jedynym ukończonym obiektem kompleksu, w którym przeprowadzono testy. Jak widać na naszym przykładzie, testy zakończone powodzeniem.

Oczywiście nie mieliśmy o tym pojęcia, gdy ledwie co rozpoczętą robotę przerwało nam wtargnięcie grupy żołnierzy. Przewodzący oddziałowi porucznik dał nam prosty wybór: przechodzimy pod jego komendę, albo kula w łeb. „Znajdujemy się w stanie wojny”, krótki komunikat musiał wystarczyć za wszystkie odpowiedzi. Przeszkoleni żołnierze w przeciągu pół godziny postawili systemy stacji na nogi, a w lodówkach zamknięto pięciu cywili, których blade, pozbawione wyrazu twarze, towarzyszą nam do dzisiaj. Okazało się, że Corso był na taką ewentualność przygotowany i bez mrugnięcia przejął kierownictwo nad stacją. Bo wojskowi zniknęli tak prędko, jak się pojawili, zostawiając nas zszokowanych nagłym awansem do roli pomagierów Corso. Jasne, to było dziwne, ale biorąc pod uwagę fakt, że ani ja, ani Felch nie mieliśmy na powierzchni nikogo, dla kogo warto by ryzykować zderzenie z atomową chmurą, przyjęliśmy taki obrót sprawy za dobrą monetę. Zdanie zmieniliśmy dopiero później.

Do prawidłowego funkcjonowania stacja potrzebuje trzech ludzi obsługi technicznej. Oczywiście teoretycznie, bo praktyka pokazuje, że można dać sobie radę we dwóch, a jakby się uparł, to starczy i jeden. Tak było na początku. Corso musiał nas wszystkiego nauczyć, od podstaw, od wyłożenia elementarnych zasad funkcjonowania stacji, które zresztą nie okazały się aż tak skomplikowane. Zapisany w komputerze cykl wybudzeń obsługi był stały i nie podlegał zmianie, a każdemu z nich przypisane były odpowiednie czynności sprawdzające i naprawcze. Na ich wykonanie mieliśmy określony czas, zazwyczaj dwa do czterech dni, potem następowała kolejna hibernacja, przerywana przez komputer za określony czas. I tak w kółko. Wybudzenie, kilkadziesiąt godzin czuwania, powrót do hibernatorów. Dwieście lat. Spędziliśmy w ten sposób ponad dwa stulecia, wybudzani co pięć do ośmiu lat. Oczywiście rzeczywisty upływ czasu dawno już przestał mieć dla nas znaczenie, stał się abstrakcją, w stosunku do której straciliśmy jakikolwiek punkt odniesienia.

Pierwsze wybudzenia przebiegały sprawnie. Poznawaliśmy procedury, systemy stacji, cały tej szajs, którego dziś obaj mamy powyżej uszu. Corso uczył nas z zaangażowaniem, przekonując, że jeszcze dwa, trzy cykle wybudzeń i ktoś się o nas upomni. Wtedy cieszyliśmy się, że żyjemy. Świadomość trwającej na powierzchni atomowej zimy, skutecznie uciszała klaustrofobiczne obsesje, jakie stają się udziałem każdego, komu przyjdzie żyć w zamknięciu. System podglądu wideo, obejmującego pomieszczenia nie tylko naszej stacji, ale jak się okazało, także innych, nie ukończonych nigdy stacji kompleksu, przetrwał wprawdzie w szczątkowej formie, lecz akurat ta jedna z kamer, która przesyłała fragment obrazu z zewnątrz wystarczyła, aby przekonać nas, że na powierzchni nie ma czego szukać.

Sytuacja zmieniła się, gdy po którymś z wybudzeń, zabrakło Corso.

To, że gnida wybudza się poza kolejnością, podejrzewałem już od jakiegoś czasu. Przedmioty zmieniały miejsce położenia, co nie było normalne w zamkniętej przestrzeni, do której nie ma dostępu nikt z zwenątrz. Wpierw nie widziałem w tym nic podejrzanego, ot, facet ma dodatkową robotę, w końcu on tu rządzi, my możemy się tylko cieszyć, że udało nam się załapać na tę hibernacyjną arkę. Dziwnie zrobiło się dopiero, gdy po którymś z wybudzeń znaleźliśmy Corso w komorze hibernacyjnej lodówy, z której wykolegował poprzedniego lokatora. Stało się jasne, że drań grzebał w systemie, aby zdobyć dostęp do hibernatora, który dla komputera będzie priorytetowym elementem układu. Oznaczało to jedno. Wiedział, co zaszło na powierzchni i że jest na tyle źle, iż lepiej udać się w zapewniającą komfort nieświadomości podróż w nieznane, niż mierzyć się z rzeczywistością. Chyba nie muszę mówić, jak podziałało to na nasze morale.

Od tego czasu minęło sto pięćdziesiąt sześć lat. Nie zwracam uwagi ile to wybudzeń. Niezbędne do wykonania czynności zamieniły się w rutynę, rutyna przyniosła marazm. Mechaniczna powtarzalność oraz bezcelowość tego, co robimy, musiały zaowocować wytworzeniem mechanizmów obronnych. Alienacja, wyparcie, ucieczka w cokolwiek. Felch ma swoje klawisze, ja, no cóż, coraz częściej gadam do siebie. Jakoś to jeszcze ciągniemy, ale czuć przez skórę, że to już schyłek, że lada dzień nastąpi coś, co definitywnie zakończy naszą grę z przeznaczeniem.

 

* * *

 

– Dug, spokojnie, to nie może się nie udać. Stacja numer trzy była na ukończeniu, jest więcej, niż pewne, że w tamtejszej maszynowni siedzi nowiutki, nieużywany dyspenser. Po prostu pójdziesz tam i weźmiesz to, czego nam potrzeba. Wiem, co robię. Myślisz, że siedzę przed monitorem dla zabicia czasu? Plan kompleksu mam wyryty na korze mózgowej, przebieg każdego etapu budowy znam na pamięć. Część kamer na pewno wciąż działa, będę cię prowadził, jak za rączkę. Zero obaw. – Głos Felcha sączy mi się do ucha przez irytująco małą słuchawkę. Nie mam pojęcia po jaką cholerę ten idiota jeszcze się produkuje, stoję już przecież w klaustrofobicznie ciasnym pomieszczeniu śluzy, oswajając się z dziwnym uczuciem niestosowności, które naszło mnie w chwili przekroczenia drzwi, które ostatni raz otwierano przeszło dwa stulecia temu. Drepcząc nerwowo w miejscu, przyzwyczajam się do niespecjalnie wygodnego kombinezonu, choć na niego akurat nie wypada mi narzekać. W pierwszej chwili prędzej zabiłbym, niż uwierzył, że pozwolę Felchowi włożyć na siebie to gumowane cholerstwo. A tu proszę, nie jest najgorzej. Drażni jedynie zawężający pole widzenia wizjer, wykonany z czegoś pomiędzy szkłem, plastikiem, a aluminium, ale ogólnie to całość daje radę. Wyglądam jak Dustin Hoffman w „Epidemii”, albo i lepiej. W rękach licznik Geigera i solidna latarka, na plecach pobrzękuje torba z narzędziami. Licha to wyprawka na spotkanie ze światem po atomowej zagładzie, ale nie przesądzajmy. Tak głęboko pod ziemią na pewno nie jest aż tak źle.

– Dobra, zamknij się – rzucam w słuchawkę. – Rygluj drzwi i spróbuj zrobić tę dekompresję, czy jak to się nazywa. Jak nie zadziała, to i tak wychodzę, ale ostrzegam. Jeśli licznik zawyje jak na moje ucho za mocno, to wracam. I nie obchodzi mnie, co dalej. Nie zdechnę tylko po to, żebyś ty mógł sobie walić gruchę przed swoim komputerkiem.

Coś tam jeszcze mruczy, ale puszczam to mimo uszu. Sytuacja jest nad wyraz klarowna. Nasza stacja jest elementem nieukończonego kompleksu, lecz kilka z siostrzanych obiektów dobijało już do szczęśliwego finału. Trzeba więc wyjść na zewnątrz i przespacerować się, poszukując uszkodzonych płytek dyspensera. Coś podobnego musiało się w końcu wydarzyć, nie jestem więc rozwojem sytuacji jakoś specjalnie zdziwiony. Felch ma rację, nieukończone stacje stanowią dla nas rezerwuar części zamiennych i ktoś musi po nie chodzić. A to, w domyśle, oznacza ja. Daleko mi do bohatera, ale wiem, że Felch ledwie sobie radzi z otwarciem piwa, wolę więc sprawę wziąć na siebie. On niech siedzi przy komputerze. Będzie mnie nawigował. Tak to nazwał. Dobrze, oby nie przeszkadzał.

– Gotowy? – Pyta głos w słuchawce.

– Od urodzenia – kłamię i ledwie powstrzymuje odruch splunięcia. Brakuje mi jeszcze żebym sobie narzygał do tej przyłbicy, cholera jasna.

Drzwi za plecami zamykają się z niskim tąpnięciem i przez moment nie dzieje się absolutnie nic. Wreszcie coś pod sufitem zaczyna syczeć, a po plecach przechodzi mi dreszcz. Spodziewam się jakiegoś dymu, lub sam nie wiem, czegoś co na filmach wygląda efektownie, ale nic z tych rzeczy. Syczenie urywa się i automat rozpoczyna otwieranie drzwi naprzeciw mnie. Z uznaniem przyjmuję, że system wyjścia awaryjnego działa bez zarzutu.

Za drzwiami śluzy wita mnie ciemność. Gęsta, smolista i niemal wciągająca w głąb siebie. Zapalam latarkę i punktowym snopem światła wycinam z mroku zarysy kosmicznego bałaganu, jakim panuje w pomieszczeniu do którego wkraczam. Coś z tego pamiętam. Mniej więcej tak wyglądał cały kompleks, gdy wraz z Corso przemierzaliśmy podziemne korytarze, udając się na robotę do naszej stacji. Pełno zwalonego byle jak i okrytego plandekami sprzętu, jakieś biurowe duperele, elementy konstrukcyjne, zwykłe śmiecie, wszystko z archaiku. Pokryte liszajem ściany z gołego betonu, po których w tę i na zad biegną kilometry kabli, rury z góry na dół i po skosie, schody donikąd i rzędy jednakowych drzwi z napisem „ZAKAZ WSTĘPU”. Wszystko bez sensu i choćby grama ładu. Teraz dodatkowo pokryte kilkucentymetrową warstwą jakiegoś pyłu, wolę nie sprawdzać co to, choć ostrożnie zerkam na licznik, gdy wzbity zbyt gwałtownym ruchem stopy tuman podnosi się odrobinę za wysoko. Nic, tylko się w tym bałaganie zgubić i nadziać na wystający z podłogi pręt zbrojenia. Cudowna perspektywa, sam nie wiem, czy nie przyjemniejsza niż wybudzenie się bez powietrza.

– Dug, słyszysz mnie? Śluza zamknięta. Mów do mnie. Odbiór.

Odwracam się, aby oświetlić pomalowane na czerwono drzwi śluzy. Cholera, nie zanotowałem, kiedy się zamknęły. Robi mi się niezbyt przyjemnie, teraz zdany jestem tylko i wyłącznie na łaskę Felcha. Nie otworzę tego z zewnątrz.

– Przestań pajacować, durniu – syczę. – Żaden tam odbiór. Mów, gdzie mam iść.

– Trójka jest dwa poziomy nad nami. Pokieruję cię w stronę wind, ale sam rozumiesz, w grę wchodzą schody. Omiataj latarką jak najszerszy teren, dopóki nie odnajdę cię na którejś z kamer. Na razie mam tylko ciemność.

– Świetnie. Ja mam niewiele więcej.

Muszę przyznać, że nawigowanie idzie Felchowi nie najgorzej. Mija może kwadrans, gdy doprowadza mnie do pustych szybów wind, przy których pnie się w górę goła klatka schodowa. Idę bardzo ostrożnie, lawirując pomiędzy pryzmami śmieci i wszelkiego badziewia. Pociesza mnie spokój Geigera, ale wiem, że może być on pozorny, bo albo ten gruchot nie działa jak trzeba, albo wszystko zacznie się na górze i to w chwili, gdy nie będę mógł wracać. Na półpiętrze Felch chwyta mnie okiem działającej kamery i od tej pory idzie jeszcze sprawniej. Po kolejnym kwadransie jestem na odpowiednim poziomie. Tu jest nieco trudniej, bo trójka zorientowana jest w stosunku do naszej stacji á reborus i aby dotrzeć do wejścia, muszę całość obejść, a część sufitu tego poziomu jest zarwana. Niemniej dajemy radę zupełnie nieźle. Jestem bliski stwierdzenia, że tworzymy z Felchem zespół.

Umyka mi chwila, w której wchodzę w trans. Człapanie w smolistej ciemności, gęstej od czekającego tylko, aby wzbić się w powietrze pyłu, skutecznie zawęża percepcję do wąskiej smugi światła, w której pragniesz ujrzeć tylko to, co przybliży cię do wykonania zadania. Fantazja zaczyna płatać figle jeszcze na naszym poziomie, podrzucając umysłowi makabryczne obrazy, jakie ujrzę, gdy tylko skieruję światło latarki nie tam gdzie powinienem. Zrzucone na kupę ciała nieszczęśników, którzy poginęli w konwulsjach choroby popromiennej, tknięte rozkładem jedynie na tyle, aby przemienić człowieka w przerażające monstrum. Poddane mutacji organizmy, których pochodzenia nie domyśliłby się nawet wytrawny biolog. Wyciągający do mnie szponiaste dłonie ożywieńcy, o czarnych dziurach oczodołów i pełnych ostrych zębisk paszczach. Wszystko, dosłownie wszystko to, co w czasach mojej młodości można było ujrzeć w horrorach klasy B, czy na okładkach płyt deathmetalowych zespołów. Na skraju świetlistej smugi zaczynam dostrzegać ruchy. Gwałtowne, z lekkim opóźnieniem uciekające z kręgu światła, tak jakby ktoś droczył się ze mną, grając w kotka i myszkę. Wiem kto to. To diabły. Ogoniaste cholery otaczają mnie, obłażąc ze wszystkich stron, czają się tuż za plecami i ponad baloniastą przyłbicą skafandra. Złośliwe potworki, wyjęte wprost ze średniowiecznych obrazów. Wiem, że jeśli tylko obrócę się zbyt gwałtownie, zobaczę jednego z nich, siedzącego mi na ramieniu. Dlatego nie rozglądam się, nie wykonuję zbędnych ruchów. Idę spokojnie, słuchając poleceń Felcha i opowiadając mu, co widzę. Świetlistą smugę kieruję tylko w stronę, gdzie muszę iść. Poruszam się jak robot, lub postać z gry video, kierowana przez bawiącego się dobrze chłopca. Nie jestem już nawet pewien, czy nie tak właśnie wygląda prawda. I ta niepewność bardzo mi odpowiada, bo chyba właśnie prawdy najmniej mi w tym momencie potrzeba.

Moja prawda, ta w którą wierzę i której poznanie prostuje ścieżki mego żywota, ma szczurzą twarz Corso i kpi ze mnie, skryta za plekstenową osłoną hibernatora. Dlaczego on to zrobił? Dlaczego wybrał nieświadomość? To pytanie dręczy mnie od lat i w głębi ducha wiem, że to samo tyczy się Felcha. Dlatego tak skrupulatnie czesze cyfrową czeluść komputera. Dlaczego Corso to zrobił? Co wiedział? Czy naprawdę nie ma już dla nas nadziei? To pytanie mrozi mi serce w lodowym uścisku, podchodząc do gardła ohydną gulą przerażenia, że to już koniec. Że to nasze ostatnie chwile.

Mógłbym od takich myśli oszaleć, ale dziesiątki wybudzeń nauczyły mnie radzić sobie z szajbą. To proste. Myślę o dziewczynach. Tych pierwszych, z ogólniaka i tych znacznie późniejszych. Tych, które miałem i tych, o których posiadaniu mogłem jedynie marzyć. O nastoletnich siksach w przykrótkich spódniczkach i o sekretarkach w opinających piersi bluzeczkach. O zagubionych autostopowiczkach, gotowych na naprawdę wiele w zamian za kilka mil jazdy za free i o wypindrzonych celebrytkach, które wyglądają seksownie nawet po sześćdziesiątce. W sumie to myślę o wszystkim, co jako tako wygląda i nie ma między nogami fiuta. Mam w głowie najprawdziwszy katalog wszelkiej maści wyobrażeń, bo walenie konia do jedynego numeru Playboya, który zawieruszył się w stacji, zbrzydło mi już wieki temu. Miss marca '85 była naprawdę spoko, ale uprawiałem z nią miłość już tyle razy, że Ron Jeremy i Rocco Siffredi są przy mnie po prostu amatorami.

Snując te urocze rozważania nie dostrzegam, że drobinki pyłu, tańczące w świetlistym blasku rzucanym przez latarkę, poruszają się płynnym, posuwistym ruchem, kierując się z ziejącej w suficie dziury, w stronę wnętrza kompleksu, skąd przybyłem. Uświadamiam to sobie dopiero po jakimś czasie, znudzony monotonnym nawijaniem Felcha i wyobrażeniami erotycznych podbojów, od których zesztywniałem w kroku. Przez głowę przechodzi mi myśl, aby zdjąć rękawicę, poczuć ruch powietrza na gołej skórze, ale i bez tego wiem, że jest tu cug. Ta myśl jakoś mnie uderza, wytrąca z odrętwienia, choć nie wiem dlaczego, przewody wentylacyjne kłębią się przecież wokół mnie całymi kilometrami, a jednak to nie z ich strony, a z rozpościerającej się przede mną dziury w suficie, tchnie powietrze. Delikatnie, lecz jednak. Nie ulega wątpliwości, że muszę to sprawdzić.

– Felch, poczekaj. Zajdę tylko w jedno miejsce.

– Nie ma sprawy, Dug. Tylko dla mnie tym razem podwójne espresso. Potrzebny mi prawdziwy szatan, żeby postawił mnie na nogi.

– Nie żartuję. Schodzę z kursu. Widzisz mnie? – Kiwam latarką na prawo i lewo, licząc na to, że wszystkie kamery pomieszczenia są martwe.

– No co ty, Dug? Jestem ślepy. Co zamierzasz? Nie wygłupiaj się, chłopie. Nie mamy na to czasu. Hibernatory nie będą na nas czekać w nieskończoność. – Głos Felcha zdradza ogarniającą go panikę. Pewnie myśli, że mi odbiło.

– Spokojnie, to tylko chwila. Coś tu mam. Na piętnaście minut możemy sobie jeszcze pozwolić.

Najchętniej wyłączyłbym go teraz, lecz jak na złość mikroport nie ma takiej opcji. Zmuszony jestem słuchać jego rozpaczliwych okrzyków, potrzebnych mi teraz jak biegunka akrobacie. A zresztą, niech krzyczy. Nic to nie zmieni.

Kieruję światło latarki w ziejącą z sufitu dziurę. Nie rozumiem, dlaczego tak mnie to tknęło, ale po latach zamknięcia nie muszę rozumieć wszystkiego, co się ze mną dzieje. Na szczęście zarwana płyta sufitu opiera się jednym rantem o beton podłogi, tworząc dogodne podejście na wyższy poziom. Przezornie wyciągam uzbrojoną w licznik dłoń w kierunku dziury i zerkam na wskazówkę. Nic. W ogóle nic się tu nie dzieje.

Wchodzę na górę, dziwiąc się trochę, jak łatwo mi to przychodzi. Wiem, że muszę uważać, aby się nie zgubić, bo tu jest gorzej, niż w kreteńskim labiryncie, chwila nieuwagi i miotasz się bez celu, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia, niemniej chcę się tu tylko rozejrzeć. Nie jestem na tyle głupi, aby plątać się po poziomach w poszukiwaniu straconego czasu.

Pewność tego postanowienia pryska niczym bańka, gdy w oddali dostrzegam rozszarpującą ciemność, smugę światła.

– Felch, teraz mnie słuchaj – rozkazuje do słuchawki. – Jestem na następnym poziomie. Widzę jakieś światło. Ile stąd jest do powierzchni?

– Co?! – Felch dławi się własnymi słowami i milknie na dobrą chwilę. To jednak kretyn. Gdy go potrzebuję, sra ze strachu w gacie.

– Słyszysz mnie? Widzę światło, chyba przebija z powierzchni. Idę tam.

– Nie! Dug, przestań! Promieniowanie cię zabije, nie wygłupiaj się, wracaj po dyspenser i szoruj do stacji! Cholera wie, co jest na górze! Dug, odbiło ci?! Wracaj!

Oczywiście jestem już coraz bliżej prześwitu kolejnego poziomu, przez który w ciemność wpada mętne światło poatomowego dnia i niemal cieszę się, że kontakt z Felchem nagle się urywa. Jednostajny szum zalewa słuchawkę, dając przyjemny kontrapunkt dla pełnych najszczerszej paniki okrzyków mego szanownego kolegi. Przecież nic mi się nie stanie. Sprawdzę to tylko i wracam. Nawet jeśli nie zobaczę tam nic ponad wirujące ponad głową chmury, to i tak warto. Muszę to zrobić. Dwieście lat zamknięcia. Kto by to wytrzymał?

Staję w prześwicie, zadzierając głowę. Kopulasta przyłbica przeszkadza jak cholera, poprawiam ją co chwila, uderzając się przy tym obudową licznika w czoło. Zaczepiam go wreszcie do paska, bo albo ten złom nie działa, albo nie ma tu promieniowania i tylko robię z siebie idiotę. Nie wiem wprawdzie przed kim, ale pies to trącał. Geiger zdechł i po zawodach.

Nade mną, przez zwały betonu, przebija się mętne światło dnia. Cholera, nie więcej niż dwa poziomy. Coś tu musiało porządnie pierdolnąć, żeby wyryć taką dziurę, ale to dobrze. Inaczej nigdy byśmy się stąd nie odkopali. Wiem już, że wejdę na górę. Da się. Po pryzmach skawalonego betonu, po drutach zbrojenia, to jak szczeniacka zabawa na świeżo budowanych osiedlach. Znam takie rzeczy od podszewki, wychowałem się na cholernym blokowisku.

Nie mam pojęcia ile na wspinaczce schodzi mi czasu. Za to ile razy w jej trakcie omal nie skończyłem życia, wiem doskonale. Raz na samym początku, gdy pod stopą osunął mi się betonowy blok, na którego solidność oparcia postawiłbym milion dolarów, raz, gdy omal nie nadziałem się głową na wystający wprost z mroku pręt zbrojenia i raz na samym wyjściu, gdy ekscytacja rozsadzała już mnie na tyle, aby zarżnąć resztki kotłującego się pod czaszką zdrowego rozsądku. Nie brakowało wiele, abym spadł, gdy w euforii zdobywcy wziąłem leżący luzem kamień za solidnie zamocowaną w podłożu cegłę. Ale pal to sześć. Grunt, że się udało. Wylazłem na powierzchnię i teraz stoję, rozglądając się wokół siebie w zupełnym osłupieniu. Uczucie, jakbym wylądował na Marsie, albo jeszcze lepiej. Jakby żywcem przeniesiono mnie z czasów prehistorycznych wprost na ulice Manhattanu. Tyle, że wrażenie jest odwrotne. Nie otacza mnie przesycony nadmiarem bodźców zgiełk i tumult miasta, a bezdenna, głucha cisza, w której przepadł nawet wypełniający słuchawkę szum. Tu jest po prostu pięknie.

Pamiętam, że nasz kompleks leży w którymś z miasteczek zachodniego Teksasu. Jednym z tych przylepionych do linii międzystanowej drogi, jak mucha do nitki pajęczej sieci. Dookoła widzę wszystko, co pasuje do wyobrażenia takiego miejsca. Stacja benzynowa, parterowy motel z szerokim parkingiem, niskie domy, skryte za ogrodzeniami z drucianej siatki i kilkupiętrowy budynek city hall, na którego szczycie wciąż stoi maszt ze strzępem pasiastej flagi. Wszystko wymarłe, zdezelowane i zanurzone w paraliżującym zmysły stuporze. Szare i nijakie, jak niebo, po którym bez ustanku przewalają się ołowiane chmury. Przyglądam się okolicy niczym zahipnotyzowany, trochę z przerażenia, lecz bardziej z niezrozumiałego zachwytu. Spoglądam na naroże piętrowego budynku, które chwyta oko naszej kamery, jedynej, która pokazuje obraz z zewnątrz. Nie mam pojęcia, gdzie jest zamontowana, nie wiem nawet, gdzie znajduje się wejście do kompleksu, bo przed laty przywieziono nas tu w zamkniętej furgonetce, wypuszczając dopiero na podziemny parkingu. Wylazłem z dziury w ziemi ziejącej wprost w sercu miasteczka, musi być więc ono zbudowane na tajnym wojskowym obiekcie, może zresztą cała okolica należy do wojska? Lub należała, dziś nie ma to znaczenia. To przeszłość. Tak odległa jak Fred Flintstone i dinozaury.

Robię kilka kroków przed siebie, rozglądam się, obracam, zerkając na własne ślady. Odcisnęły się w grubej warstwie pokrywającego wszystko pyłu. Nie wiem, co dalej. Chcę już wracać, gdy pomiędzy budynkami, na horyzoncie, dostrzegam ciemnofioletową poświatę. Coś, jakby palił się tam ogromny neon, wysoki na jakieś cztery piętra i długi na kilka mil. Gapię się na ten świetlisty pasek nieba, uświadamiając sobie, że to właśnie tam leży Austin. Czy to coś oznacza? Coś zmienia? Nie mam pojęcia. W tej chwili z pewnością nie, bo muszę wracać, ale jest to jakiś sygnał, że coś się tu, na powierzchni, dzieje.

Poruszony tą myślą omal nie przegapiam postaci, stojącej w przestrzale ulicy jakieś trzydzieści jardów ode mnie.

Nie wiem, czy cokolwiek może mnie wprowadzić w jeszcze większe osłupienie, ale w tej chwili stoję jak wryty. Gęba rozdziawia mi się niczym u przygłupa, który pierwszy raz widzi cycki, bo tamten, ubrany w połyskujący srebrem kombinezon, ma dobre osiem stóp wzrostu, a zza jego pleców wyłania się jakieś latające ustrojstwo, naszpikowane antenami, jak jeżozwierz kolcami. Nie wiem, co to. Nie wiem, co się tu dzieje. Po prostu się gapię.

– Dug! Odbiór! Dug, zgłoś się! Na miłość boską, słyszysz mnie! – Słuchawka odzywa się nerwowym wrzaskiem Felcha. – Gdzie jesteś, do diabła, Dug!

– Felch… – mówię niepewnie. – Jestem na powierzchni. Coś widzę…

– Dug! Wracaj natychmiast! Słuszysz mnie?! W tej chwili wracaj!

Tamten dostrzega mnie i zbliża się prędko, ni to sunąc, ni to skacząc w moim kierunku. Metalowy jeżozwierz wzbija się w powietrze i u ułamku chwili znika mi z pola widzenia. To muszą być jakieś roboty, lub droidy, może wojsko bada automatami teren podlegający skażeniu? Oby. Tylko po diabła automatowi kombinezon?

– Widzę kogoś, Felch – jęczę do słuchawki. – Rozumiesz? Widzę kogoś. Jest tu, przy mnie. Widzę go…

Felch milknie, tylko po to, aby za chwilę eksplodować w mym uchu kanonadą przekleństw. Nie robi to na mnie wrażenia, bo tamten jest już przy mnie, wysoki jak wieża i połyskujący srebrem kombinezonu. Podnoszę wzrok, gapiąc się w nieprzeźroczystą osłonę hełmu. Gładką, sferyczną powierzchnię, po której bez ustanku przechodzą rdzawo niebieskie przebarwienia. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nie rozumiem, z czym mam do czynienia. Sprawa wyjaśnia się, gdy wędrujące przez osłonę przebarwienia rozchodzą się, a jej powierzchnia rozjaśnia, ukazując mi ohydny, najeżony zębiskami pysk i parę malutkich, czarnych oczek, osadzonych w pokrytej zielonkawą skórą twarzy.

– Felch? – stękam. – Możesz już przestać stukać w klawisze. Już wiem dlaczego Corso zamknął się w hibernatorze.

Krzyk Felcha urywa się, gdy słuchawkę znów zalewa jednostajny szum. Stoję, nie wiedząc co zrobić. Uciekać, kryć się, walczyć? Najchętniej zamknąłbym teraz oczy i przeczekał to wszystko. Pieprzony Corso!

Myśl, że oto los wsadził mnie w buty Gagarina, Armstronga i całej czeredy astronautów, którzy pędzeni śmiałym przekonaniem o dorównującej bogom wielkości człowieka, przesuwali granice naszego poznania kosmosu, rozbłyskuje mi w głowie niczym wchodząca w atmosferę asteroida. Ciężar odpowiedzialności za powodzenie pierwszego kontaktu spada na barki, omal nie przygwożdżając do ziemi. Coś w żołądku łaskocze. Nie. Nie nie spieprzę tego. Choćby na złość Corso. Wszystko dookoła przemawia za tym, że moim poprzednikom nie poszło najlepiej, ale ja wciąż mam szansę na porozumienie się z obcą cywilizacją. Jest jeszcze nadzieja, przecież do cholery, w czym jestem gorszy, niż taki Neil Armstrong? O mnie też mogą się uczyć dzieci w szkołach.

Podnoszę obleczoną w gumowaną rękawicę dłoń i ze wszystkich sił staram się przypomnieć sobie pozę mężczyzny z tej idiotycznej płytki, którą NASA wysłała w kosmos na pokładzie sondy Pioneer. Tamten nie reaguje, odrywam więc palec środkowy od serdecznego, układając dłoń w znany wszystkim miłośnikom pulpowego science-fiction znak V.

Mam nadzieję, że Oni gdzieś, tam, oglądali serial Star Trek.

Koniec

Komentarze

Dobrze się czytało i wciągnęło. Przez chwilę obawiałam się, że zakończenie będzie rodem z Seksmisji, ale udało Ci się mnie zaskoczyć.

OK, jest jakiś pomysł. Połączenie postapo i pierwszego kontaktu nie jest często spotykane.

Ale poza tym, to tekst nie rzucił na kolana.

Gdzie tu jest legenda? Nawet to słowo nie pada. Wspomnienia o Gagarinie i innych to IMO za mało.

Fajnie opisujesz tego złego bohatera, Corso.

Fabuła mi słabo przypasowała, bo bardzo długo nie wiadomo, o co chodzi. Mam wrażenie, że pierwsza połowa opowiadania to wstęp.

A czy licznik Geigera (jeśli jednak był sprawny) nie powinien popiskiwać przez cały czas? Przecież zawsze jest jakieś naturalne tło.

Technikalia – masz literówki i czasem brakuje przecinka.

Babska logika rządzi!

Dzięki dziewczyny, że znalazłyście czas na przeczytanie i chęci na podzielenie się wrażeniami.

 

Bellatrix, ciesze się, że udało się zaskoczyć, jeszcze bardziej, że wciągnęło. Przy czytadle, jak powyższy tekst, to chyba najważniejsze.

 

Finkla, z tym Geigerem to mnie zastrzeliłaś. Faktycznie, jakiś sygnał powinien być. Mea culpa.

Literówki i przecinki, kufa, zawsze na kilogramy. Cóż, moje oczy to sito o rzadkim splocie. Po raz enty wziąć sobie do serca.

Ale że legendarność nie rzucona prosto w twarz? Ej, tak bawić to się nie lubię. Dajmy szansę czytelniczej interpretacji, niedopowiedzenie zamiast kawy na ławę. Czy to koniecznie musi być: “I tak właśnie stał się legendą”?

Wiesz, każdy (juror) ma własną wizję i interpretację legendarności. IMO, im trudniej wyrugować legendę z tekstu, tym lepiej tekst kwalifikuje się do konkursu. Jeśli bohater po prostu robi coś wielkiego… Cóż, połowa książek pewnie by się nadawała. Od biografii Newtona do Harry’ego Pottera.

Aha, zapomniałam wyrazić zdziwienie, że stwór nigdy nie pokazał się na kamerze Felcha. Zaskakujące, skoro kręcili się tam od dawna.

Babska logika rządzi!

Racja, jednak regulamin pozwala dowolnie interpretować hasło. Ten bohater nic wielkiego nie zrobił, ale znalazł się w sytuacji, w której zrobić to może (pal sześć, że element humorystyczny w finale daje tu raczej jednoznaczną odpowiedź). Czy opowieść o dorastaniu do legendarności nie jest bardziej “legendarna”, niż ta o jej osiąganiu?

Co do drugiej kwestii to już pospolite czepianie się. Może się kręcił, może nie. Na dwoje babka wróżyła. Pamiętaj, że znakomitą większość czasu bohaterowie spali snem hibersprawiedliwych:)

Toż nie dyskwalifikuję tekstu. Ale tak na marginesie informuję, że punktów za legendarność to specjalnie nie uzyskałeś. Obie opowieści są po jednych pieniądzach. :-)

Może i czepiactwo level Finkla, ale naprawdę mnie to zaskoczyło. A kamera przecież nie spała. Nie był ciekawy, co się dzieje na zewnątrz, nie napisał programu wyłapującego sekwencje z ruchem?

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie, to legendą jest pierwsze nawiązanie kontaktu, a że nie napisane wprost, to tym lepiej.

No, i to się nazywa potoczysty język. Jest nieźle, zaryzykuję nawet twierdzenie, że całkiem dobrze – narrator ma wyraźnie zarysowaną osobowość, ładnie widać, w jakim świecie żyje. Można mu kibicować (ja się przejęłam, czy sobie głowy nie rozbije). I pointa też niczego. Fajny kawałek, choć legendarności faktycznie trochę mało. Ale ja oceniam poza konkursem :)

 komunikacji mikro werbalnej

Co to znaczy?

 Po ponad dwustu latach wspólnego życia na nie więcej niż stu metrach kwadratowych przestrzeni, ludzie rozumieją się bez słów.

Wyrzuć przecinek – one służą do rozdzielania zdań podrzędnych i wyliczeń.

 ostatni, wymierzony maszynie, cios

Wyrzuć oba przecinki.

 opierając tyłkiem o blat stołu

Poprawne, ale lepiej brzmiałoby: opierając tyłek o krawędź stołu.

 z zagęszczeniem godnym lepszej sprawy

"Z uporem godnym lepszej sprawy" to idiom, lepiej go nie łamać. Może porównaj te kable do czegoś? Do pnączy?

ukurzone

Zakurzone.

 ery Connerego

Connery'ego.

 lecz mimo to, żaden z nas nie ma odwagi, aby wyciągnąć wtyczkę

(…) a mimo to żaden z nas nie ma odwagi, żeby wyciągnąć wtyczkę.

 sposób, jaki sobie to tego obrał

Może lepiej: metoda, jaką wybrał; albo: jego metoda.

 ruscy

Dużą literą.

 w uczepione na ścianie lustro

To brzmi tak, jakby lustro prawie spadało ze ściany – o to chodziło?

 Korytarz zalewa się światłem

Może: wypełnia się światłem? I wyrzuć jedne lub dwoje drzwi – rozumiem cel powtórzenia, ale trochę ich jednak za dużo.

 Serwis i naprawy to clue naszego życia

Francuskie clou, nie angielskie clue.

 Chcąc przeżyć, musimy

Lepiej brzmiałoby: jeśli chcemy przeżyć.

 ujawniając mym oczom

Ukazując moim oczom, albo odsłaniając.

 Stawiam oczy w słup.

Możesz to wyciąć, odwraca uwagę.

 wsuwam ostrożnie trzymany w dłoni klucz

Brzmi, jakby ostrożnie trzymał klucz. Może: ostrożnie wsuwam klucz między płytki.

 fluorescencyjny płomień

Co to jest?

 zaczyna się dymić

Wyrzuć "się".

 Felch, do cholery, choć tu!

Chodź tu. (Najlepsze szkoły, a Ty mówisz choć :))

 dyspenser, pokryty teraz białym całunem piany, nie należy do podzespołów uwzględnionych do naprawy

Nie należy do podzespołów, których naprawę przewidziano w projekcie.

 jak ciele na malowane wrota

Cielę.

 Ile w czasie zimnej wojny…

Jak pomyśleć, ile w czasie zimnej wojny nabudowano różnego rodzaju kompleksów laboratoryjnych, schronów, czy dziwacznych podziemnych przechowalni, to aż głowa boli.

 Oczywiście zanim

Tu daj przecinek.

 Płacili nam za to, jak za zboże

Ten przecinek niepotrzebny.

 przyjęliśmy taki obrót sprawy za dobrą monetę.

Idiom “brać coś za dobrą monetę” oznacza “dać się oszukać.

 Zapisany w komputerze cykl wybudzeń…

Trochę mętne: Komputer miał zapisany na stałe cykl wybudzeń obsługi ze szczegółowym grafikiem przeglądów i napraw.

 , w stosunku do której straciliśmy jakikolwiek punkt odniesienia.

To możesz wyrzucić, powtarza informację.

 Świadomość trwającej na powierzchni atomowej zimy, skutecznie uciszała

Przecinek oddziela podmiot od orzeczenia, skasuj.

ta jedna z kamer

Może: ta jedyna kamera? Bo to jedyna na zewnątrz, tak?

 Przedmioty zmieniały miejsce położenia

Zmieniały położenie, albo zmieniały miejsce.

 Wpierw nie widziałem

Z początku nie widziałem.

 Nie zwracam uwagi ile to wybudzeń

Nie zwracam uwagi, ile to wybudzeń. Lepiej: Nie obchodzi mnie, ile to wybudzeń.

 Nie mam pojęcia po jaką cholerę

Nie mam pojęcia, po jaką cholerę.

 zawyje jak na moje ucho za mocno

Wystarczy: jeśli licznik się rozklekocze, to wracam.

 przespacerować się, poszukując uszkodzonych płytek dyspensera

Przespacerować się w poszukiwaniu nieuszkodzonych płytek dyspensera. Oni chcą części zamiennych, nie popsutych.

A to, w domyśle, oznacza ja

A "ktoś" oznacza mnie.

 Dobrze, oby nie przeszkadzał.

Byle nie przeszkadzał. Chyba, że narrator uważa, że Felch będzie przeszkadzał, i ma nadzieję, że się myli, bo to sugeruje użyte słowo.

 Brakuje mi jeszcze żebym sobie narzygał do tej przyłbicy

Jeszcze tego brakuje, żebym.

 Spodziewam się jakiegoś dymu…

Spodziewam się jakiegoś dymu, albo… sam nie wiem, czegoś, co na filmie wyglądałoby efektownie, ale nic z tych rzeczy. Syczenie urywa się po prostu, automat zaczyna otwierać drzwi, przed którymi stoję. Wygląda na to, że wyjście awaryjne działa bez problemów.

 w tę i na zad

W tę i nazad.

 nie zanotowałem, kiedy się zamknęły

Nie zauważyłem. On nie robi notatek.

 ale sam rozumiesz, w grę wchodzą schody

Ale wiesz, i tak musisz iść schodami.

 gdy nie będę mógł wracać

Wrócić.

á reborus

To się chyba inaczej pisze?

 Umyka mi chwila, w której wchodzę w trans.

To po co ją zaznaczasz? Dobry ten następny akapit, klimatyczny.

 Poddane mutacji organizmy

Zmutowane organizmy.

 wiem, że to samo tyczy się Felcha

Lepiej: wiem, że Felcha też.

 poruszają się płynnym, posuwistym ruchem

Powtórzenie. Może po prostu płyną strumieniem?

 Delikatnie, lecz jednak.

Nieznacznie, ale jednak.

 niemniej chcę się tu tylko rozejrzeć

To "niemniej" nie pasuje do stylu. Nie może być "ale"?

 rozszarpującą ciemność, smugę światła

Nie oddzielaj podmiotu od określnika.

 Nie mam pojęcia ile na wspinaczce schodzi mi czasu.

Składnia: Nie mam pojęcia, ile czasu schodzi mi na wspinaczce.

 na którego solidność oparcia

Coś tu źle brzmi. Może: postawiłbym milion dolarów, że siedzi mocno?

 i u ułamku chwili

W ułamku.

 eksplodować w mym uchu kanonadą przekleństw.

Zbyt wyszukane: wybuchnąć mi w uchu kanonadą przekleństw.

 przechodzą rdzawo niebieskie przebarwienia

Rdzawo-niebieskie. Masz na myśli takie plamy, jak benzyna na kałuży?

Oni gdzieś, tam, oglądali serial

Oni, gdzieś tam, oglądali serial.

 

Live long and prosper.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

O, Fallout :)! Ładny klimacik, fajna historia. Czytałem z zaciekawieniem, zakończenie też niczego sobie. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to: po co? Czyli – jaki jest cel takiej bezcelowej hibernacji? Bo ani to nadziei na pomoc, ani na rozpoczęcie od nowa (kobiet hibernowane szychy nie przewidziały?). Nie lepiej zasnąć na zawsze?

Oprócz babolków wskazanych przez Tarninę:

– “rozkazuje do słuchawki” – rozkazuję;

– “na podziemny parkingu” – podziemnym;

– “przygwożdżając” – podobno taka forma jest nawet dopuszczalna, ale wg mnie powinno byc “przygważdżając”.

I kilka wątpliwości:

– czemu chłop do chłopa mówi “suko”?;

– “zamykają się z niskim tąpnięciem” – to niskie mi tu nie pasuje, bo mówi o dźwięku, a tąpnięcie raczej odczuwamy “w kościach”, dotykiem;

– “W tę i nazad” – tu chyba pomieszałeś dwa wyrażenia – albo “wte i wewte” albo “tam i nazad”.

W każdym razie – podobało mi się :)!

Miejsce na Twoją reklamę!

Powiedziałabym, że to kameralne opowiadanie. Sytuacja, w jakiej trwali bohaterowie raczej nie pozwala na opowiedzenie pasjonującej historii, ale i tak zdołałeś mnie zainteresować opisami życia „dziś” i prezentując wspomnienia narratora. Wędrówka Duga kazała mi spodziewać się porządnego zaskoczenia, no i chyba nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. ;)

Czytało się całkiem fajnie, ale wykonanie mogło być nieco staranniejsze.

 

To jak re­kwi­zy­ty z bon­dow­skie­go filmu ery Con­ne­re­go… –> To jak re­kwi­zy­ty z bon­dow­skie­go filmu ery Con­ne­ry’ego

 

Dla cie­bie late z po­dwój­nym mle­kiem? –> Dla cie­bie latte z po­dwój­nym mle­kiem?

 

ujaw­nia­jąc mym oczom widok ze­spół pły­tek ukła­dów sca­lo­nych… –> …ujaw­nia­jąc mym oczom widok ze­społu pły­tek ukła­dów sca­lo­nych

 

– Felch! Kurwa mać, choć tu! –> – Felch! Kurwa mać, chodź tu!

 

Prze­stra­szo­ny, dyszę cięż­ko i przy­sia­dam na ko­la­nach. –> Jestem przekonana, że na kolanach przysiąść się nie da, a jeśli już, to na cudzych.

Proponuję: Prze­stra­szo­ny, dyszę cięż­ko i przy­sia­dam na piętach.

 

kon­cen­tro­wał się na stwo­rze­niu sys­te­mu wy­po­sa­żo­nych… –> …kon­cen­tro­wał się na stwo­rze­niu sys­te­mów wy­po­sa­żo­nych

 

prze­ry­wa­na przez kom­pu­ter za okre­ślo­ny czas. –> …prze­ry­wa­na przez kom­pu­ter po okre­ślo­nym czasie.

 

cały tej szajs… –> Literówka.

 

do któ­rej nie ma do­stę­pu nikt z zwe­nątrz. –> Literówka.

 

za­ry­sy ko­smicz­ne­go ba­ła­ga­nu, jakim pa­nu­je… –> Literówka.

 

po któ­rych w tę i na zad bie­gną ki­lo­me­try kabli… –> …po któ­rych w tę i nazad bie­gną ki­lo­me­try kabli

 

po któ­rej bez ustan­ku prze­cho­dzą rdza­wo nie­bie­skie prze­bar­wie­nia. –> …po któ­rej bez ustan­ku prze­cho­dzą rdza­wo-nie­bie­skie prze­bar­wie­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki wszystkim za komentarze!

 

Bellatrix już wskazała, gdzie należy dopatrywać się legendarności, ale rozumiem Finklo twój punkt widzenia. Legendarność nie tkwi w korzeniu tej historyjki, a wyskakuje nagle, niczym królik z kapelusza, ale zawsze wolałem opowieści o bohaterach z przypadku, których los postawił w niecodziennej sytuacji, niż tych dążących z uporem maniaka do raz obranego celu. To już kwestia upodobań.

A odnośnie zewnętrznej kamery, to już jest pieśń o poszukiwaniu hiperpoprawności:) Więcej zaufania do autora, mniej redaktorskiego krytycyzmu, wszak: “Ekran wyświetla obraz; naroże kilkupiętrowego budynku o zdezelowanej fasadzie, pryzma skawalonego asfaltu i tło w postaci szarego jak ołów nieba. Czyli to, co zwykle, czasem tylko mignie strzęp jakiegoś śmiecia.” I tak można by odbijać piłeczkę, ale przecież nie o to chodzi.

Tarnino, Staruchu, regulatorzy, dzięki za babole. Jak zawsze zostało tego zbyt wiele. Mam materiał do analizy, niemniej bardzo mnie cieszy, że doceniliście potoczystość narracji. To taka historyjka rozrywkowa, bez głębszych podtekstów, dobrze więc, że po prostu dobrze się czyta.

Ale Fallout nie zamierzony:) Nigdy nie grałem, ledwie co się orientuje o co tam chodzi, także wszelkie inspiracje należy uznać za niebezpośrednie:)

A skąd ta suka? Yo bitch! Nie oglądasz filmów o czarnych braciach?:) Taki niewinny slang.

 

Dobra, jutro przysiądę nad tą żenująca ilością literówek i innych baboli. Teraz, jako że niedziela, idę odpoczywać.

Pozdrawiam!

Pomysł taki sobie, głowy nie urywa, ale całkiem fajnie opowiedziany. Klimat dobrze zbudowany, bohaterowie jacyś, zawartość lodówki zaskakuje. Ale przede wszystkim opowieść wciąga – szedłem z tym bohaterem i tak jak on myślałem sobie: jeszcze tylko zajrzę tutaj, jeszcze tylko zobaczę co jest piętro wyżej, jeszcze tylko kawałek. I wiedziałem, że to się musi skończyć na powierzchni. I miałem nadzieję, że skończy się dobrze. 

Babole rzuciły się w oczy w liczbie sztuk czterech – dziewczyny wyżej już je wypunktowały.

Miss marca ‘85 nie w moim typie.

Czytałam z zaciekawieniem, ale w końcu nie dowiedziałam się, na co oni czekali w tej hibernacji. Wychodziło mi na to, że czekają aż skończy się promieniowanie i będa mogli przeżyć na powierzchni te dwadzieścia – trzydzieści lat szukając żarcia i schronienia, zanim umrą śmiercią naturalną. Tym bardziej, że ich kompleks został ukończony jako jedyny, więc sa marne szanse, że gdzieś tam jest inna grupa. 

Z plusów, to wymieniłabym kreację bohaterów i pokazanie jak zmienia się ich psychika pod wpływem odosobnienia. Kiedy Doug wychodził na powierzchnię, spodziewałam się twistu rodem z seksmisji, gdzie okaże się, że to wszystko mistyfikacja, a oni przesiedzieli te 200 lat bez sensu pod ziemią. Kosmici zaskoczyli mnie. Albo może to coś, co wyewoluowało po ludziach? 

Świat przedstawiony plastycznie.

 

W sumie to tekst wchodził mi na tyle lekko, że nie zdążyłam połapać większej ilości błędów, jeśli jakieś były. Tylko kilka:

 

Nieraz myślę, że Corso przygotował dla nas Biblię specjalnie, że czuł, nadejdzie dzień, gdy najlepszym sposobem obrony przed złem tego świata będzie zamknięcie się w lodówie

Z pewnościa można to jakoś inaczej napisać unikając nagromadzenia że/iż.

 

Stukam kluczem w obudowę dyspensera, a przyśrubowany na wiek wieków dekielek odpada z głośnym brzdękiem, ujawniając mym oczom widok zespół płytek układów scalonych, oblepionych zielonkawą, galaretowatą breją, przypominającą wymiociny samego diabła.

Widok zespołu płytek, albo ujawniając mym oczom zespół płytek

 

Niewiele myśląc, chwytam wiszącą na ścianie gaśnicę i modląc się, aby data przydatności do użycia okazała się jedynie bzdurą wymyśloną do nabijania naiwniaków w koszta, kieruję dyszę w stronę dyspensera

Możliwe, że to jest poprawnie, tylko mi dziwnie brzmi. Słyszałam o wbijaniu w koszta albo nabijaniu frajerów w butelkę. 

 

 

Zapalam latarkę i punktowym snopem światła wycinam z mroku zarysy kosmicznego bałaganu, jakim panuje w pomieszczeniu do którego wkraczam

Wiadomo, że chodzi o pomieszczenie, do którego wszedł, więc zaproponowałam resekcję ostatniego członu zdania.

 

Powodzenia

Albo może to coś, co wyewoluowało po ludziach? 

Nieee. Przez 200 lat to mogą muszki ewoluować, ale nie duże zwierzęta.

Babska logika rządzi!

Fajne, podobało mi się :)

Nieee. Przez 200 lat to mogą muszki ewoluować, ale nie duże zwierzęta.

Niby tak i też jestem zdania, że Dug spotkał pełnoprawnego kosmitę (co rodzi sporo pytań), ale w popkulturze pod wpływem promieniowania, rzeczy nie tyle ewoluują co mutują w mgnieniu oka ^^ :D

 

Witaj!

 

Tekst mi się podobał, głównie przez to, że podobnie jak cobolda zassało mnie podczas czytania i ciekaw byłem co będzie dalej. Tym bardziej, że w pewnym momencie człowiek sobie uświadamia, aha! to się skończy, że Dug wylizie  na powierzchcnię. Byłem ciekaw jak z tego wybrniesz, co na tej powierzchni będzie… No i jest zaskoczenie w postaci kosmity.

I tu zradzają się pytania:

Czy szanowny pan kosmit jest przyjazny?

Czy zielonoskórzy maczali manipulatory w wojnie atomowej?

Kiedy na ziemię przyleciały ufoloty?

itd.

A cofając się do pierwszej części tekstu:

Ciekawi bohaterowie, mają spaczoną sytuacją psychikę, jest i ciemny charakter Corso, który dokonał ciekawego wyboru – znaczy się w jego opinii zjawienie się kosmitów nie było wcale takie różowe.

Generalnie całość na duży plus.

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Ciekawa analiza zmieniającej się pod wpływem czynników zewnętrznych psychiki bohaterów. Może źle o mnie to świadczy, ale lubię w opowiadaniach negatywnych bohaterów. Poza tym stworzyłeś dobry klimat i plastycznie zobrazowałeś poszczególne sceny. I kosmici w końcówce… też byłam zaskoczona :)

Podsumowując, jestem zadowolona z lektury i idę głosować na bibliotekę :)

Czytało się naprawdę ciekawie i tak jak przy Mikim pozostałem z uczuciem przerwania w najciekawszym momencie. Motyw postapokalipsy z lekka oklepany (do tego na zewnątrz kamery działają – rozumiem, że chłopaki też je naprawiali), ale przemyślenia bohatera w całości to nadrabiają. Ostatni moment zapada w pamięć i wtedy właśnie poczułem ten żal.

Postacie dobrze odrysowane, spodobało mi się pierwsze przedstawianie Folcha za pomocą mruknięć i Corso (nawet jeśli istnieje tylko w postaci wspomnień). Do tego bohater stosuje barwne porównania, a motyw z radzeniem sobie z szaleństwem wyszedł całkiem całkiem ;)

Ech, dlaczego znowu mi to robisz, Autorze? Klika masz za ten koncert fajerwerków, byłeś w drodze po więcej, ale znów urwałeś historię w najciekawszym momencie. Wiem, wiem, taki był plan, ale ja naprawdę chciałbym więcej :(

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hej! Dzięki raz jeszcze za czytanie i komentarze!

 

Po czasie naszła mnie myśl, że konkursowy temat jest bardzo nośny i można w jego ramach opowiedzieć naprawdę mocną historię, więc gdzie ja z taką pulpą startuję. Ale trudno, mleko się rozlało i cóż, widocznie czasem trzeba z siebie zrzucić i takie lżejsze rzeczy.

 

@ cobold Bardzo się cieszę, że wciąga. Miss marca 85 sprawdziłem dopiero teraz. Daje radę;)

 

@ Wilczyca Dzięki za babole. Zastanawia mnie jednak, skąd to zainteresowanie tym, co stanowi jedynie dekoracje. Miałem nadzieję, że lektura przyniesie pytanie, które przedstawił Mytrix, bo też nie wiemy, czy kosmici przyszli już po, czy to wszystko przez nich i w ogóle, a dokąd zmierza los bohaterów szarpany rytmem wyburzeń? Cóż, oni tego nie wiedzą, nie wiemy tego my, to po prostu spaczona egzystencja, która z daru Opaczności zmieniła się w przekleństwo. No i chyba po raz drugi pojawia się ta Seksmisja. Cholera, w ogóle o niej nie pomyślałem:)

 

@ Anet Na twój komentarz zawsze czekam z drżeniem kolan. Jeśli piszesz, że jest fajnie, to wiem że jest fajnie:)

 

@ Mytrix Nie tylko wciąga, ale i zassało. Super, bardzo się cieszę! No i zagwostki, które przedstawiłeś, to jest właśnie to, co mnie samemu chodziło po głowie, gdy skończyłem pisanie. Tyle, że chyba lepiej sobie na te pytania nie odpowiadać. Ot, taki urok tekstu:)

 

@ katia72 Dzięki, i broń Boże nie świadczy o tobie źle, że lubisz negatywnych bohaterów! Oni przeważnie są najfajniejsi:) No i cieszę się, że bohaterowie wyszli przekonywujący, bo w gruncie rzeczy mało co o nich wiemy.

 

@ NoWhereMan Kurde, przepraszam. Chyba zbyt mocno biorę sobie do serca zasadę, że lepiej pozostawić niedosyt, niż przesyt. Następnym razem postaram się poprawić i podomykać wszystko tak, żeby po ostatnim słowie nie chciało się nic więcej:) No i zgadza się, że temat oklepany. Chyba wcześniej o tym nie wspomniałem, ale sytuację wyjściową tej historii pożyczyłem z filmu “Air”.

No to możesz dopisać jeszcze jeden głos “Seksmisji”. Mnie też się kojarzyło.

Babska logika rządzi!

Bardzo wciągający etap eksploracji no i bohater, którego łatwo polubić. Najmocniejszym i zarazem najsłabszym punktem opowiadania jest relacja pomiędzy Dugiem a Felchem, która na początku jest wyśmienita. Skontrastowana zabawnymi monologami Duga z burknięciami Felcha (plus nadinterpretacje Duga) stworzyła dla mnie super duet. :) Niestety zepsuł się niemiłosiernie przez przemianę, której doświadczył Felch z typa, który nie odzywa się 50 lat w panikarza, któremu gęba się nie zamyka. Ale jak przymknąłem na to oko to dużo przyjemności z czytania.

 

– No ładnie, suko – rzuca. – Załatwiłeś nas na cacy.

Są to pierwsze słowa, jakie wypowiada do mnie od jakichś pięćdziesięciu lat. Jestem niemal wzruszony.

Przy tym się uśmiałem.

– Felch! – krzyczę w przestrzeń korytarza. – Felch, do cholery, choć tu! Dyspenser się zjebał!

Ale “choć” to babol paskudny. :)

 

A widzisz, MIchale Pe, mnie Twoje opowiadanie skłoniło do innych przemyśleń. Co sprawia, że chcemy istnieć, przetrwać? Mamy świadomość, że życie jednostki jest przerażająco krótkie, więc spora część ludzkości kompensuje sobie ten fakt np potrzebą posiadania potomstwa, żeby coś pozostawić po sobie, cos istotnego. Trudno się pogodzić z tym, że czas dobiegnie końca i… koniec, nie ma nic, nie ma nas, świat przestaje mieć znaczenie, jak również wszystko to, czego zdołaliśmy dokonać. Żyjemy dalej tylko w pamięci tych, którzy przyjda po nas. Teraz co się stanie, jeśli usunąc ten element? Nie będzie nikogo, kto poniesie dalej ogień życia w sztafecie pokoleń? Sorry, wyszło troche paptetycznie ;) Czy nadal chciałoby sie komuś pakować co cztery lata do lodówki, żeby ponownie się obudzić w rzeczywistości, gdzie wszystko co znane przestało istnieć, wiedzę skrzętnie przyswajaną przez lata nauki w szkole można wsadzić sobie w buty, a do końca życia będzie się skazanym na towarzystwo informatycznego mruka, dupka, którego zdążyło się znienawidzić do żywego przez pareset lat oglądania go za szybką zamrażarki i kilku nieznanych bliżej typów, którzy nie mają pojęcia o życiu poza luksusową willą. Nie ma szans na przedłużenie gatunku, za to istnieje spore prawdopodobieństwo, że ocaleniec zginie w ciągu pierwszych miesięcy z powodu chociażby zatrucia pokarmowego, bo nie ma zielonego pojęcia, które rośliny sa jadalne, albo złapie jakąś zmutowaną amebę pijąc wodę z pobliskiej rzeki. NIe sądzę, żeby po kilkuset latach konserwy wciąż nadawały sie do spożycia ;) Ciekawa jestem, czy taka perspektywa i brak jakiejkolwiek nadziei nie odebrałaby tym wybudzanym co chwilę technikom ochoty do kontynuowania tego eksperymentu. Czy może jednak desperacja i instynkt samozachowawczy wziąłyby górę?

 

Dlatego napisałam, że zabrakło mi w tym czegoś konkretnego, na co bohaterowie czekaliby poddani hibernacji.

Pomysł w sumie nie jest szczególnie odkrywczy, ale za to sposób, w jaki cała historia jest napisana… Mniam. Z jednej strony, pełno górnolotnych słów i zabawy językiem, z drugiej – zupełnie przyziemne wstawki (jak ten akapit, na początku którego Dug poszukuje prawdy, a kończy porównując się do Rocco). Odniosłam dzięki temu dużo więcej satysfakcji z lektury niż przy czytaniu Mikiego (uprawiasz konformizm czy ja się starzeję? ;)).

Podobało mi się, jak historia zaczęła nabierać tempa od fragmentu z diabłami, który w ogóle był malutkim, cudownym, jednoakapitowym horrorem (mnie wystraszył!) i nie potrafiłam oderwać się aż do końca.

Aha, Dug to niezły śmieszek. Fajnie było patrzeć na świat z jego perspektywy, a jego narracja bardzo urozmaiciła spokojną pierwszą część opowiadania.

 

Garść uwag:

 

Człapanie w smolistej ciemności, gęstej od czekającego tylko, aby wzbić się w powietrze pyłu, skutecznie zawęża percepcję do wąskiej smugi światła, w której pragniesz ujrzeć tylko to, co przybliży cię do wykonania zadania.

To jest niezbyt czytelne. Znacznie ułatwiłbyś czytelnikowi sprawę zamieniając “tylko, aby” (ten przecinek chyba w ogóle jest w złym miejscu) na “by” albo przestawiając pył do przodu.

 

ma dobre osiem stóp wzrostu

Szanuję dbałość o spójną narrację… ale trochę to jednak irytuje, gdy trzeba googlować miary w połowie lektury. Gdy robię tłumaczenia z angielskiego, zawsze zmieniam miary na takie, które rozumie polski czytelnik.

 

Już wiem [+,] dlaczego Corso zamknął się w hibernatorze.

brakujący przecinek

O mnie też mogą się uczyć dzieci w szkołach.

Czy tu nie powinien być tryb przypuszczający? Znaczy, dzieci mogłyby się o nim uczyć… Gdyby istniały szkoły i gdyby istniały dzieci.

Mam nadzieję, że Oni gdzieś, tam, oglądali serial Star Trek.

przecinek w złym miejscu (“gdzieś tam” nie powinno być rozdzielone)

Mam mieszane uczucia.

Z jednej strony opowiadanie bardzo przypadło mi do gustu. Jest jednym z tych, które czyta się samo. Siadasz żeby tylko zerknąć, tak z ciekawości, kwadrans później widzisz już znak KONIEC. 

Świetni bohaterowie. Naprawdę. Ciekawe dialogi. Oszczędna ale interesująca fabuła. Zaskoczenie na koniec. 

ALE.

Nie ma legendy. Przynajmniej ja jej nie dostrzegłem, dlatego też mimo, że opowiadanie kwalifikuję jako bardzo dobre, to jednak niespełniające wymagań konkursu. 

Po raz kolejny dzięki dla wszystkich komentujących!

 

@ Finklo, to chyba świadczy o tym, jak dobrym filmem jest “Seksmisja” (skoro budzi skojarzenia, to znaczy, że wyznacza pewien standard), Ja w każdym razie uwielbiam:)

 

@ac Rzeczywiście, masz rację. Nie zwróciłem na to uwagi, ale nagłe rozpeplanie się Felcha można odebrać jako zgrzyt w kreacji postaci. Wnikliwy z Ciebie czytelnik:)

 

@ Wilczyco, przede wszystkim to dla mnie zaszczyt, że opowiadanie posiało w Tobie ziarenko skłaniające do poszukiwania odpowiedzi na tak ważne pytania. Teraz rozumiem Twoje wątpliwości. Ja patrzyłem na to troszeczkę inaczej. Zobacz, bohaterowie są ludźmi przypadku. Przypadek zamknął ich w stacji, przypadek (awaria) ich (Duga) ze stacji wypchnął. W tej sytuacji Dug robi właśnie to, o czym piszesz. Zdając sobie sprawę, że życie w stacji to skazana na zagładę wegetacja (bo po zniknięciu Corso jest to już oczywiste), próbuje przetrwać. Mimo, że na zewnątrz spodziewa się jedynie uroków atomowej zimy, wykorzystuje fakt, że awaria zmusiła go do opuszczenia strefy minimalnego, lecz zapewniającego przetrwanie komfortu, aby na powierzchni poszukać odpowiedzi na mętlik kłębiących się w głowie pytań (zresztą szuka czegokolwiek, ale to przecież jakże ludzka ciekawość). Kurde, ten tekst jest chyba właśnie o tym, bo to, co Dug spotyka na powierzchni to już inna para kaloszy:)

Niemniej dzięki za podzielenie się ciekawymi spostrzeżeniami. Dla autora to zawsze jakże cenna okazja to przyjrzenia się własnemu tekstowi z innej perspektywy.

 

@ kam_mod Bardzo się cieszę, że doceniłaś kreację bohaterów i narrację! No i ten fragment z diabłami! Zastanawiałem się, czy z niego nie zrezygnować, pojawia się tam odwołanie do średniowiecznego malarstwa, a myślę, że gość pokroju Duga miałby raczej marne szanse na zetknięcie się z takowym, ale jakoś te diabły nie dawały mi spokoju. Teraz wiem, że słusznie:) Strasznie spodobało mi się to zestawienie: facet w kombinezonie przeciwchemicznym i gargulce wyjęte z rzygaczy katedry Notre Dame.

A myśląc o postaci Duga miałem przed oczami Jeffa Bridgesa z czasów “Big Lebowski”. Pewnie dlatego wyszedł taki śmieszek:)

 

Aha, a przy okazji “Mikiego”, w kwestii bohatera, pozwoliłem sobie na eksperyment. Tam bohater był przeciwieństwem Duga – pozbawiony wątpliwości i skrupułów szedł jak po sznurku do obranego celu – stąd też, jako że narracja obydwu tekstów jest pierwszoosobowa, różnica. Ale bliżej mi do postaci pokroju Duga. Ludzie-roboty mnie przerażają:)

 

@ Łukasz Kukliński Ogromne dzięki! Skoro Bohaterowie, fabuła i dialogi grają, a do tego końcówka zaskakuje, to jestem kontent:) A z tą legendarnością to już było. Przyznaje się, jest w tych zarzutach sporo racji. Być może zbyt nonszalancko podszedłem do tematu, a może “legendarność” zbyt mocno kojarzy mi się z nudnym heroizmem rodem z high fantasy? Nie wiem. Lubię jej szukać nisko. Pod stopami przeciętnych zjadaczy chleba. Odnaleziona w takich okolicznościach, daje cień nadziei na to, że i my możemy być “legendarni”:)

 

Dobra, wysmażę jeszcze posta odnoszącego się do wskazanych uchybień technicznych, bo pojawiał się tam sporo ciekawych uwag, ale to już nie dzisiaj.

Hej, niestety nic więcej odkrywczego tutaj nie dodam, ale chciałem tylko napisać, że bardzo podobał mi się klimat opowiadania :) Kilka ciekawych pomysłów, fajnie zarysowana postać głównego bohatera. Faktycznie sporo literówek i błędów interpunkcyjnych, ale nie przeszkadzały jakoś mocno w lekturze (nawet większe błędy spotykam czasami w wydrukowanych tekstach, które teoretycznie przechodziły przez zawodową redakcję).

Tak czy inaczej bardzo pozytywnie, czekam na kolejne teksty w przyszłości :)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

(boli mnie konieczność suchości moich komentarzy, naprawdę ;<)

 

Kilka uwag:

mikro werbalnej ← chyba zrobiłabym z tego jedno słowo

krąg produktów niezbędnych do przeżycia(+,) jest nieosiągalnym luksusem.

Nie wiem(+,) czego szuka.

widok zespół płytek układów scalonych ← zespołu?

Felch, do cholery, choć tu! ← stylizujesz mowę? Ale zarówno chodź jak i choć wymawiane brzmią niemal tak samo, więc zapisanie poprawnej wersji byłoby według mnie wskazane

Kurwa mać, choć tu! ← j.w.

schronów, czy dziwacznych

Nasza stacja, była jedynym ukończonym

przechodzimy pod jego komendę, albo kula w łeb.

pozbawione wyrazu twarze, towarzyszą nam do dzisiaj.

nie ukończonych ← nieukończonych 

którymś z wybudzeń, zabrakło Corso.

Zero obaw. – Głos Felcha sączy mi się ← zrobiłabym z Głos… nowy akapit; pod koniec masz kilka dość topornych bloków tekstu, które można by rozbić

które naszło mnie w chwili przekroczenia drzwi, które ostatni raz otwierano przeszło dwa stulecia temu.

plastikiem, a aluminium

w „Epidemii”, albo i lepiej.

jakiegoś dymu, lub sam nie wiem

w pomieszczeniu(+,) do którego wkraczam.

z ziejącej w suficie dziury, w stronę wnętrza kompleksu

rozszarpującą ciemność, smugę światła.

jakieś roboty, lub droidy

Mam nadzieję, że Oni(+,) gdzieś, tam, oglądali serial Star Trek.

Usunęło mi się niestety i nie mogę znaleźć, ale na sto procent gdzieś w tekście zamiast "do" masz "to"

 

Komentarz dotyczący fabuły po głosowaniu.

Życzę powodzenia! :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

W trakcie czytania kojarzyło mi się to bardziej z “Głową Kasandry” niż z “Seksmisją” bo to jednak trochę inny klimat, ale całkiem nieźle to wyszło, tak że gratuluję pomysłu i wykonania.  

Co do sensu egzystencji bez nadziei w komentarzach, to nadzieja zawsze umiera ostatnia. Nigdzie nie jest powiedziane, że gdzieś nie uchowały się jeszcze jakieś inne garstki ludzi, próbujące się pozbierać po apokalipsie (w tym kobiety;). 

To zdaje się drugi tekst w konkursie o zagładzie ludzkości (”Nie wierzę w anioły” – Bemik), a jak odmienny. 

O, każdy tekst będzie odmienny. Magia fantastyki. :-)

OK, oprócz tych paskudnie sztampowych.

Babska logika rządzi!

Niezłe. Udana, lekka narracja pierwszoosobowa. Puenta też całkiem pomysłowa, spodziewałem się, że zagłada będzie fejkiem. Ale skojarzeń z seksmisją akurat nie miałem, bo jakoś nigdy nie widziałem. ;) Z minusów, to jak dla mnie tekst ma trochę za wolne tempo zwłaszcza na początku.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszkowy! “Seksmisję” to nawet ja widziałam.

Babska logika rządzi!

Ja tam bardzo afilmowy nie jestem, ale akurat w klasyce kina staropolskiego mam straszliwe luki. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Też mam mieszane uczucia – bo skończyłeś w możliwie najciekawszym dla mnie momencie. Co jak na człowieka, który zna Rocco, jest dla mnie zaskoczeniem. ;) przyjemna narracja, bo szedłem z narratorem, ciekawy co takiego się jeszcze wydarzy i go spotka. Podbiję do narzekań na płaczącego Felcha, no nijak nie pasuje mi ta jego odmiana. Zatem jestem usatysfakcjonowany (bo czułem się jakbym czytał fanfik Fallouta – być może przez to początkowo uznałem, że bunkier jest swoistą "próbą zbadania wpływu hibernacji na człowieka"), przypomniałeś mi dzieciaka, który jarał się czytaniem o świecie po wojnie atomowej… A później czytał stare sci-fi o kontaktach z kosmitami, a Ty mi nagle odebrałeś oba. Jeszcze raz – nie wypada kończyć tak nagle! :D Nie oglądałem filmu Air, ale wydaje mi się, że zakończenie jest proste i pulpowe, Duga to coś zeżarło, co?

“Air” z Normanem Reedusem – to pierwsze skojarzenie po kilku akapitach. Jak się okazało, byłem na dobrym tropie.

Czytało się bardzo dobrze, ciekawie zakręcona fabuła pod koniec, ale zgodzę się, że zbyt gwałtownie urwana.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Jakoś nieszczególnie mi się spodobało. Po prostu nie zachwyca :( Fabuła nie jest szczególnie odkrywcza czy pasjonująca. Przeczytałem to opowiadanie bez emocji. Narracja nie zrobiła na mnie wrażenia, tak samo bohaterowie czy ich relacje. Czasem zdarzyło Ci się napisać cos ciekawszego (pomimo że nie lubię “Star Treka” to spodobało mi się zakończenie). 

Wątek legendy na koniec niby jest, ale dość słaby. Choć ja też lubię bohaterów z przypadku ;) 

Opowiadanie nie jest oczywiście słabym. Jest średnie.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Po zbyt dużej dawce polskich kryminałów ostatnio mam alergię na wulgaryzmy. Wiem, że ludzie tak mówią, mnie też się zdarza, ale coraz mniej mam ochotę tak czytać, dopóki nie jest to absolutnie uzasadnione.

 

A co do fabuły – skróciłabym pierwsze części, rozbudowała dalsze, bo trochę za dużo tu waty, mam wrażenie, a za mało akcji. Wiem, wiem, trochę by na tym poległy te filmowe nawiązania, ale jednak pozostałam z uczuciem niedosytu.

"Słyszałeś go. Rozsądna. Inteligentna. Pewnie należy do tych okropnych nowoczesnych dziewcząt, które mają własne poglądy i uważają, że kobiety powinny studiować w Oksfordzie."

Nowa Fantastyka