- Opowiadanie: Wilczyca - Louise

Louise

Moja propozycja na konkurs niech będzie odskocznią od poważnego tonu rozważań na temat potencjalnej degrengolady ludzkości, zatracenia wartości i wypaczenia relacji.

Ot, frywolna przygodówka w fantastycznym entourage'u, mam nadzieję przyjemna dla oka czytelników.

Dziękuję STN za Betę i wyprostowanie paru istotnych szczegółów :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Louise

Odległy szmer napędu, dobiegający zza ściany śniegowego schronienia, obudził Louise. Niechętnie rozchyliła powieki, porzucając przyjemne, senne otępienie. Przez szpary wydrążone w lodowych bryłach, sączyło się blade światło poranka. Dziewczyna czuła ciężar przygniatający ramię i przyjemne ciepło, grzejące plecy. Silver leżał za nią i otulał ramieniem. Zadrżała z obrzydzenia i złości, że wykorzystał moment jej nieświadomości, by się zbliżyć, nawet jeśli miał na myśli tylko zachowanie ciepła.

– Hej! – wrzasnęła i uderzyła go łokciem. Gruba warstwa ubrania wytłumiła cios, Silver nawet nie drgnął. – Obudź się, do cholery! Złaź ze mnie!

Pchnęła go i przewróciła na wznak. Nadal spał. Prychnęła z furią, nachyliła się nad bezwładnym ciałem i potrząsnęła za ramiona.

– Wstawaj, głupku! Ktoś tam jest.

Zerwała szal z jego twarzy. Spod kaptura wyzierał krótki pysk, pokryty jasnoszarą sierścią. Wzdrygnęła się na ten widok, nie mogła się przyzwyczaić do nieludzkiego wyglądu towarzysza. Jeszcze do niedawna nie miała pojęcia, że jest jakieś życie poza Ziemią, a teraz utknęła w kosmicznej dziurze z karykaturą Wielkiej Stopy. Nienawidziła go, chociaż dzięki niemu nie była zdana na siebie.

Zauważyła szron na brodzie i pod nosem Silvera. Położyła dłoń na jego piersi, wydawała się nieruchoma. Przerażenie ścisnęło żołądek dziewczyny, nachyliła się nisko nad nieprzytomnym, aż poczuła na policzku nikły podmuch oddechu. Obrzuciła spojrzeniem śpiącą postać i znalazła czerniejącą na lodzie plamę. Rozpięła kurtkę i odkryła brzuch, pokryty lepką, na wpół stężałą krwią. Zachłysnęła się własnym oddechem, a z oczu pociekły łzy.

– Nie zostawiaj mnie tu samej, słyszysz?! – załkała, szarpiąc nieprzytomnego. Bez skutku.

Szlochając ze strachu, wypchnęła kopniakami grudę lodu, która blokowała wejście i wyczołgała się spod zaspy, gdzie Silver urządził ich kryjówkę. Zmrużyła oczy, nie mogąc znieść oślepiającej bieli pokrytej śniegiem równiny. Odgłos napędu cichł, a na horyzoncie majaczył zarys pojazdu, drgający w ostrym słońcu. Nie wiedziała, z kim ma do czynienia, ale wystarczyło jej, że byli cywilizowani.

Krzyczała, podskakiwała i wymachiwała rękami nad głową, ale pojazd niknął w oddali. Przerażenie sparaliżowało tylko na moment. Nie miała zamiaru spędzić na tym pustkowiu kolejnej nocy. Wpełzła z powrotem do jamy, wzięła ostatnią flarę z osmalonej torby uratowanej z wraku, wyczołgała się na zewnątrz i odpaliła. Czekała z zapartym tchem, aż mały punkcik pojawił się z powrotem, zaczął rosnąć i coraz głośniej hałasować. 

Pojazd wielkości ciężarówki unosił się kilka centymetrów nad zamarzniętą powierzchnią śniegu, brzęcząc i bucząc cicho. Miał obłe kształty i zbudowany był z zazębiających się pierścieni, zwężających się ku tyłowi i przodowi. Przypominał kokon jakiegoś gigantycznego insekta.

Louise wstrzymała oddech z obawy, co wypełznie ze środka, jednak postacie, które zmaterializowały się znienacka, były humanoidami. Stały na dwóch nogach, miały po dwie ręce i nie różniły się wzrostem od przeciętnego mężczyzny. Grube ubranie i maski przeciwśniegowe na twarzach ukrywały szczegóły anatomiczne. 

– Mówisz wspólnym? – Padło pierwsze pytanie.

– Tak. – Kiwnęła głową. Dotknęła skroni na wspomnienie nieprzyjemnej procedury, której użył Mabun, by umożliwić komunikację i wypytać o interesujące go sprawy. 

Dwie istoty wymieniły między sobą kilka niezrozumiałych dźwięków, pokazując na wzgórze, za którym leżał zaryty w śnieg wrak wahadłowca.

– Przeżyłaś sama noc – zwrócił się do niej przybysz, którego uznała za szefa wyprawy. – Spodobasz się Sighurowi.

Położył dłoń na jej ramieniu i pociągnął w stronę pojazdu. Wyswobodziła się szarpnięciem.

– Nie mogę go tu zostawić – powiedziała, wskazując ręką zaspę.

– Ktoś jeszcze przeżył katastrofę?

Kiwnęła głową.

– Jest ranny.

Z pojazdu teleportowało się jeszcze dwóch załogantów, rozgrzebali śnieżną kryjówkę, a kiedy dotarli do Silvera, cofnęli się kilka kroków przy wtórze buczenia baterii blasterów.

– Volariański dzikus! – krzyknął jeden z ratowników. Louise podbiegła do bezwładnego ciała.

– Nie! – krzyknęła, wyciągając przed siebie ręce. – Musicie mu pomóc!

– O czym ty mówisz? To pieprzony drapieżnik, maszyna do mordowania. To cud, że cię nie zżarł! Trzeba go dobić, zanim się ocknie.

Wycelował blaster i strzelił, ale Louise zdążyła doskoczyć i podbić jego rękę. Pocisk trafił w śnieg i wypalił idealnie okrągłą, parującą dziurę, tuż obok głowy Silvera. Nieprzytomny poruszył się i warknął cicho, ale jego oczy pozostały zamknięte.

– Proszę, pomóżcie mu. – Dziewczyna zawisła na ramieniu dowódcy.

Strząsnął ją z siebie i położył ciężkie dłonie na ramionach.

– Widzieliśmy zwłoki na wahadłowcu. Z poszarpanymi gardłami i powyrywanymi członkami. Nie mam zamiaru skończyć, jak tamci – powiedział, podnosząc głos.

– Zagryzł tych, którzy próbowali nas zastrzelić – tłumaczyła. Silver był uciążliwym towarzyszem, ale zdecydowanie zwiększał szanse na przeżycie. – Próbował mnie chronić.

Rozległ się gardłowy gulgot, który zinterpretowała jako śmiech.

– Dlaczego bestia miałby się przejmować takim chuchrem, jak ty?

Jakby na potwierdzenie tych słów Silver warknął przez sen, uniósł wargi i odsłonił zdublowane kły. Widziała, jak rozrywał nimi każdego, kto wszedł mu w drogę. 

– Nigdy nie widziałeś nikogo z mojego gatunku – zmrużyła oczy i zadarła butnie głowę, choć z trudem panowała nad drżącymi kolanami. Przez swój niepozorny wzrost zwykle musiała to robić, by spojrzeć rozmówcy w twarz. Milion piegów na jej twarzy nie dodawało powagi, więc strzygła ciemne włosy na punkowską modłę i nadrabiała niewyparzoną gębą. – Nie wiesz, do czego jestem zdolna.

Mężczyzna przestał gulgotać i zamarł, mierząc ją spojrzeniem ukrytym za śniegową maską. Po chwili zastanowienia, kiwnął głową pozostałym i zabrzęczał coś, co zabrzmiało jak polecenie. Jego towarzysze poderwali głowy i odpowiedzieli, gestykulując gwałtownie. Dowódca tylko machnął ręką ponaglająco, a świat przed oczami Louise rozpadł się na miliony błyszczących drobinek i uformował na nowo. Zamiast roziskrzonego słońcem śniegu, otaczało ją wnętrze pojazdu o przejrzystych, lekko przydymionych ścianach. Chwilę później, z obłoku wielobarwnego pyłu, ukształtowały się lewitujące nad podłogą nosze z Silverem, przypiętym do nich pasami. Trzech eskortujących go załogantów stanęło w bezpiecznej odległości, trzymając broń w pogotowiu.

– Nie wiedziałem, że mogą mieć inne umaszczenie, niż rudobrązowe – zauważył jeden z nich.

– Takiego jak ten widziałem na nagraniach z nielegalnego ringu Mabuna. Robił krwawą miazgę z każdego przeciwnika – przypomniał sobie inny załogant.

– Mabun nie rozdaje swoich okazów. A już na pewno nie chudzielcom, niepodobnym do żadnej istoty ze znanych światów. – Dowódca zamilkł, wpatrując się w twarz Louise.

Dziewczyna przełknęła rosnącą w gardle gulę strachu. Zrozumiała, jak niewiele może ją dzielić od powrotu na śmierdzący statek–arenę, a cały wysiłek Silvera by ich stamtąd wyrwać pójdzie na marne. Przeklinała jego niemoc. Gdyby był przytomny, zdałaby się na niego i nie musiała brać odpowiedzialności za decyzję.

– Jednak jeśli to legendarny rzeźnik Mabuna, albo jemu podobny, to jest wart sporą sumkę – zasugerował wielbiciel nielegalnych walk.

– Sighur zadecyduje, co z nimi zrobić – uciął dyskusję dowódca.

Silver powarkiwał, kiedy sunący nad lodem pojazd drżał w silniejszych podmuchach wiatru i postukiwały luźne elementy wyposażenia. Poruszał lekko głową, ale nie odzyskał przytomności. Unosiły się nad nim brzęczące jak komary aparaty o wielu ramionach. Louise patrzyła zafascynowana, jak jeden z nich przesuwa się powoli nad ciałem i omiata je wiązką rozszczepionego niczym wachlarz bladobłękitnego światła. Pod jego wpływem ubranie znikało, pozostawiając delikatną mgiełkę, która szybko rozwiewała się bez śladu. Po krótkiej chwili Silverowi zostały tylko spodnie i buty. Jego skórę porastała gęsta, jasnoszara sierść z popielatym podbiciem. Gładka na piersi i ramionach, a nieco dłuższa i zmierzwiona na przedramionach. Tylko dłonie miał nagie i zupełnie ludzkie. Za to gęba przypominała koci pysk o wilczych uszach.

Inny aparat zaczął krążyć wokół poszarpanego brzucha i zanurzał w jego wnętrzu cienkie jak włos narzędzie. Louise poczuła zapach przypalonego mięsa, a żołądek ścisnął się w supeł i wypchnął zawartość z powrotem do gardła. Opanowała mdłości i patrzyła, jak nad leżącą postacią rozbłyskują trójwymiarowe hologramy i układają się w niezrozumiałe dla niej wykresy i opisy.

Dowódca siedział przed pulpitem diagnostycznym. Gdy uruchomił medyczne boty, wstał z fotela, żeby zdjąć kurtkę i osłonę twarzy. Louise przekonała się, że mężczyzna zawdzięczał swoje krągłe kształty nie tylko grubej, wierzchniej odzieży, a jego rysy różniły się od ludzkich. Zamiast nosa miał dwie pionowe szczeliny, wąskie blade usta i czarne, błyszczące oczy bez widocznych źrenic czy okalającego tęczówki białka. Cerę miał bladą, w odcieniu kości słoniowej z drobnymi plamkami błękitu na skroniach.

– Twoja maskotka stoczyła walkę ze śnieżnymi kuttu – odezwał się i odwzajemnił pełne ciekawości spojrzenie.

Louise skuliła się na wspomnienie hordy czworonogów wielkości niemieckiego doga, tylko znacznie bardziej zajadłych i zwinnych. Zaatakowały spod śniegu, kiedy zapadał zmrok. Widziała całą akcję dość dokładnie w gęstniejącej szarówce umierającego dnia. Silver był większy i nie ustępował w krwiożerczej pasji zabijania, a oprócz kłów miał do dyspozycji nóż. Drapieżniki szybko zrozumiały, że ona jest łatwiejszym kąskiem, więc Volarianin musiał bronić ich oboje. Przeoczył nabity kolcami ogon, który chlasnął go w brzuch. Louise wydawało się, że nie zrobiło mu to większej krzywdy tym bardziej, że miał na sobie grubą kurtkę. Ryknął wściekle, aż wcisnęła sobie pięści w uszy ze strachu i rozerwał zwierzaka na sztuki. Wzdrygnęła się na wspomnienie serpentyn flaków, lejącej się krwi i mdlącego mlaśnięcia rozrywanych stawów. Bez Silvera nie miała szans przetrwać. 

– Nie wiedziałam, że tak mocno go raniły ­– powiedziała, przełykając ślinę.

– Kolce w ogonach tych bestii są nasączone silnym jadem. Zostają w ciele i rozłupują się na fragmenty, które uszkadzają narządy wewnętrze przy każdym ruchu ofiary. Nie wiem, jakim cudem on to przeżył, zwykle Volarianie tracą swoje zdolności regeneracyjne poza Volaris. Właściwie nie udaje im się przetrwać z dala od rodzimej planety, dlatego nieczęsto się ich widuje w cywilizowanych światach. – Nachylił się nad hologramem i przyjrzał się uważnie. – Usunąłem wszystkie ciała obce i zregenerowałem tkanki. Myślę, że…

Nie dokończył, bo Silver ocknął się nagle i poruszył gwałtownie. Uniósł głowę i odkrył, że jest unieruchomiony, co skwitował donośnym rykiem. Uniósł wargi odsłaniając kły, uszy położył płasko przy głowie i szarpnął wściekle pasami.

– Widzisz, mówiłem, że to dzikie zwierzę – powiedział dowódca.

Louise wiedziała, że Silver jest czymś więcej niż zwierzęciem, chociaż zwykle jego zachowanie na to nie wskazywało.

– Uśpij go, zanim wszystko rozpieprzy! – krzyknął ktoś z przodu pojazdu.

Pasy noszy trzeszczały niepokojąco, a hologramy śnieżyły i rwały się.

– Na szczęście mamy na pokładzie prześwietną poskramiaczkę dzikich Volarian i chciałbym zobaczyć ją w akcji. – Dowódca zwrócił bladą twarz na Louise i rozciągnął wąskie wargi w uśmiechu.

Kiwnął zachęcająco ręką, a kiedy postąpiła kilka kroków w stronę noszy, za plecami wyrosła energetyczna kurtyna oddzielająca resztę załogi od niej i Volarianina. Zadrżała na myśl, że teraz ona jest na arenie i z trudem opanowała panikę. Dzikus nie powinien zrobić jej krzywdy, ale był ogłupiały od trucizny kuttu i z bólu. Nie wiedziała na ile panował nad sobą i czy w ogóle ją rozpozna.

Pasy nie wytrzymały. Silver ryknął dziko i zerwał się z rozhuśtanych noszy, ale koordynacja zawiodła i zwalił się na podłogę. Podniósł się zadziwiająco szybko i z wyskoku dosięgnął brzęczącego bota. Chwycił drona za jeden z manipulatorów i rzucił w inny unoszący się w powietrzu aparat. Oba rozprysły się fontanną iskier i odłamków tworzywa, a potem uderzyły w energetyczną barierę, wywołując jaskrawe wyładowanie.  

– Przestań! – krzyknęła Louise i ścisnęła pięściami skronie. Bała się, że za chwilę rozpęta się tu piekło, jak na wahadłowcu. Tamci zaczną strzelać, Silver wyrywać nogi, a ponieważ przeciwnik krył się za barierą, ona była łatwiejszym celem jego frustracji.

 Cofnęła się pół kroku, kiedy Silver zwrócił na nią zmrużone wściekle oczy. Wyszczerzył zęby, warknął z niezadowoleniem i zatoczył się, przyciskając rękę do brzucha. Zdrętwiała ze strachu. Miała siedemnaście lat, do cholery! Powinna chodzić na dyskoteki i robić sobie tatuaże na złość matce, zamiast tego musiała poskromić dwumetrową kudłatą furię ku uciesze bydlaków, od których zależało jej przetrwanie. Zacisnęła pięści i tupnęła nogą.

– Uspokój się, głupku! – wrzasnęła piskliwie w ziemskim języku, niezrozumiałym dla pozostałych. Zamrugała, by pozbyć się łez. – Zrobią ci dziurę we łbie, jeśli nie przestaniesz szaleć, słyszysz? Nie ciskaj się, bo bez ich pomocy już byś zdechł! Zobacz, jestem wolna, nikt nie trzyma nas tu siłą. – Pokazała mu ręce. Podeszła całkiem blisko i spojrzała w zmrużone drapieżnie oczy. – Jeśli cię zabiją, zostanę tu sama na ich łasce – zagroziła.

Silver przestał szczerzyć zęby, wodził oczami od niej do istot po drugiej stronie bariery, w końcu przymknął powieki i opuścił głowę. Oparł się barkiem o ścianę, sapnął i zmarszczył nos. Widać rana sprawiała mu ból, a jego gwałtowna aktywność zapewne pogorszyła sprawę.

Zniknął fragment przegrody oddzielającej dziób pojazdu i przez otwór zajrzał mężczyzna podobny do dowódcy, ale jego skóra miała kolor kawy z dużą ilością mleka, a plamki na skroniach były ciemnobrązowe. Wymienili kilka świergotliwych uwag, przyglądając się z ciekawością to Silverowi, to Louise.

– Co powiedział? – zapytała zaniepokojona dziewczyna. Wpatrywała się w dowódcę z obawą, gotowa reagować, gdyby jego życzliwość się skończyła. Przerażał ją fakt, że tak naprawdę niewiele mogła zrobić. Zerknęła na Silvera, który obserwował wszystko spod przymkniętych powiek i powarkiwał cicho.

– Sighur uznał, że nie wpuści Volarianina do miasta, ale nie może was też więzić bez przyczyny. Wysadzimy was na przedmurzu – odparł mężczyzna.

– Gdzie?

– W opuszczonym porcie kosmicznym.

 

Kiedy dojechali na miejsce, załoga transportera teleportowała Louise i jej towarzysza na zewnątrz pojazdu. Obok pojawiła się kurtka Volarianina w nienaruszonym stanie i niewielka torba, jedyna rzecz, jaką udało im się wynieść z rozbitego statku. Widać patrol zabrał ją z kryjówki razem z Silverem. 

Dziewczyna rozejrzała się, wdychając mroźne, kłujące w płuca powietrze. Pojazd natychmiast ruszył w kierunku rozległego kompleksu wyrastających ze śniegu półprzejrzystych kopuł, pod którymi zapewne kryło się miasto. Wokół Louise nie było niczego, co wyglądałoby na zabudowania, ale brała pod uwagę, że mogą kryć się pod grubą warstwą zmarzliny. Miejsce było zaciszne, otoczone z trzech stron wysoką, skalną ścianą, osłaniającą od podmuchów porywistego wiatru.

Skuliła się i objęła rękami. Jej przyspieszony oddech tworzył obłoki pary wokół głowy.

 – Co teraz zrobimy? – zapytała przerażona, rozglądając się po białych pagórkach.

– Spróbujemy przeżyć – powiedział mrukliwie Silver niskim i wibrującym głosem, jakby powarkiwał z każdym słowem.

Wstał i metodycznie otrzepał się ze śniegu. Podniósł grubą kurtkę i powoli wsunął ręce w rękawy. Zauważyła, że nie wyprostował się całkiem, a jego ruchy były jeszcze bardziej ostrożne i wyważone niż zwykle, ale nie tak precyzyjne. Wydmuchał nosem szybką serię niewielkich obłoczków pary. Kiedy zawiązał ostatnie rzemyki, nasunął na głowę kaptur, zarzucił na ramię torbę i powlókł się przed siebie.

– Dokąd leziesz, pokrako? – zapytała zdenerwowana Louise. – Tam są jakieś światła, może ktoś nam pomoże?

Uniósł głowę i spojrzał na jedyny w miarę cały budynek widoczny w oddali, a raczej pomieszczenia wydrążone w skale. Zewnętrzna ściana kiedyś zapewne lśniła bielą, lecz teraz straszyła brudnymi zaciekami i zasłoniętymi byle czym otworami. Przez szczeliny w osłonach sączyło się światło. Silver machnął zamaszyście długim ogonem i podjął wędrówkę w obranym wcześniej kierunku.

– Sam sobie pomogę, bez łaski – wymamrotał.

Louise przewróciła oczami, zacisnęła pięści i ruszyła za nim, ze złością wbijając nogi w śnieg, aż zapadła się po uda.

– O co ci chodzi? Odrobina cywilizacji cię nie zabije – wrzasnęła, wygrzebując się z zaspy.

Zatrzymał się, odetchnął płytko kilka razy i spojrzał na nią.

– To slumsy, nie cywilizacja ­– powiedział wreszcie. – Zwykle w takich miejscach panuje takie samo prawo jak na Volaris. Zagryź, zanim zagryzą ciebie.

– No, to będziesz się czuł jak w domu – rzuciła szyderczo.

Zmarszczył nos, ale nie pokazał kłów. Bez słowa podjął marsz. Przypominał przerośniętego kota i podobnie jak one miał wszystkich w dupie oraz uznawał tylko swój, jedyny słuszny punt widzenia. Zatrzymał się na skraju rozległego, okrągłego otworu w ziemi. Kiedy Louise poszła w jego ślady zobaczyła, że stoją na dachu z ogromną dziurą pośrodku, a pod nim ciągną się pomieszczenia pogrążonego w mroku hangaru.

Silver zeskoczył i warknął krótko. Chwilę siedział zgięty wpół po pas w śniegu, zanim ruszył na rekonesans. Zaniepokoiła ją przedłużająca się cisza, jednak wreszcie usłyszała hałas, jakby zgrzyt blachy i soczyste przekleństwa wypowiadane po angielsku.

– Co tam robisz? – wrzasnęła, ale odpowiedziało jej echo. – Żyjesz, głupku?

– Dziękuję, mam się dobrze. ­– Zabrzmiała sarkastyczna odpowiedź.

Westchnęła głośno i wyrzuciła ręce w bezradnej złości. Dziura była bardzo głęboka. Na oko jakieś dwa albo trzy piętra. Postanowiła znaleźć schody. Trochę jej to zajęło, jak również odnalezienie kudłatego półgłówka. Siedział we wraku niewielkiego statku, kiedyś zapewne latającego. Uprzątnął z grubsza bałagan z czegoś, co przypominało miejsce do spania w niewielkiej kabinie o łukowato zakrzywionym suficie.

– Co to ma być? – zapytała podejrzliwie.

– Kosmiczny jacht, jak sądzę.

Usiadł ciężko na skraju koi i oparł łokcie na kolanach. Opuścił głowę i dyszał chwilę.

– Tu chcesz spać?

Podniósł głowę i spojrzał na nią, jakby to ona była półgłówkiem.

– Pomieszczenie jest małe i dobrze izolowane. W kosmosie jest nawet zimniej niż na tym pieprzonym zlodowaciałym zadupiu. Drzwi da się zamknąć ręcznie, więc nagrzejemy trochę własnymi ciałami. Musi wystarczyć. Na razie. Dopóki nie odpocznę.

Oparł się o ścianę i przymknął oczy. Patrzyła na niego z obawą.

– Dlaczego tamci powiedzieli, że Volarianie nie żyją długo poza swoim światem? – zadała dręczące ją pytanie.

Uśmiechnął się nieznacznie i uchylił powieki.

– Boisz się, że zdechnę i będziesz musiała radzić sobie sama? – Milczała, więc kontynuował. – Nie bój się, nie pozbędziesz się mnie tak szybko. Jestem krzyżówką z domieszką ludzkiej krwi, nie muszę żyć na Volaris.

– A dlaczego inni muszą? – drążyła temat, tylko po to, by nie siedzieć w ciszy, która przypominała o przerażającym osamotnieniu w totalnie obcym miejscu.

Westchnął i zwrócił na nią lodowato błękitne oczy. Teraz już wiedziała, dlaczego wydawały się niepokojąco ludzkie. Mógł sobie udawać dzikiego prymitywa, warczeć i szczerzyć kły, ale one zdradzały inteligencję. Taksowały i analizowały, widziała w nich też całą gamę uczuć. Z reguły niechęć, gniew i rezerwę albo znużenie jak teraz.

– Nie pozwolisz mi się zdrzemnąć? – powiedział z rozdrażnieniem. Pokręciła głową. – Volaris jest anomalią. Ewoluowało na niej życie biologiczne i coś na poziomie energetycznym… Jestem zbyt zmęczony, by tłumaczyć. Jedno od drugiego jest zależne i tyle.

Zamilkł, a jego powieki opadły.

– Silver? – powiedziała zaniepokojona, ale odpowiedziało jej zniecierpliwione mruknięcie. – Co teraz będzie? Czemu nam pomogli, a teraz wyrzucili na tym śmietniku?

– Sprawdzą, jak sobie poradzimy, a potem wymyślą do czego możesz im być potrzebna ty i wytresowany przez ciebie Volarianin – odparł beznamiętnie, przeciągając ze zmęczenia głoski.

– Specjalnie zrobiłeś to całe przedstawienie? – wrzasnęła rozwścieczona do granic.

– Nie – mruknął niechętnie. – Naprawdę nie lubię budzić się skrępowany.

Prychnęła lekceważąco, dając upust złości.

– Gdybyś się nie ciskał, może zawieźliby nas w bardziej cywilizowane miejsce! – Miała ochotę rzucić czymś w Volarianina. Najlepiej czymś ciężkim, żeby porządnie zabolało.

Silver osunął się po ścianie i położył na koi zbyt małej dla kogoś jego postury. Podciągnął nogi i wykrzywił wargi w grymasie bólu.

– Im mniej się nami interesują, tym lepiej… – wymamrotał i po chwili jego oddech się wyrównał.

Usiadła na koi po przeciwnej stronie kabiny. Cisza brzęczała w uszach i wgryzała się w udręczoną strachem duszę. Tęskniła za matką. Nie zawsze się dogadywały, ale teraz, kiedy miała świadomość, że dzieli je niezmierzona przestrzeń wszechświata, wiele by dała, żeby być przy niej.

Wszystko przez tego głupka!

Pojawił się nie wiadomo skąd i wywrócił ich życie do góry nogami. Uprowadzono ją z Ziemi, a on ją odnalazł. Powinna być mu wdzięczna, ale nie potrafiła po tym, co zrobił jej matce. Nie miała pojęcia, dlaczego Silver okazał się tak cenny, że różne istoty są skłonne do siebie strzelać, by go dostać w swoje ręce. Starała się nie myśleć o przerażającym pościgu za wahadłowcem i późniejszej walce na pokładzie. Przynajmniej tutaj nikt nie wiedział kim jest Silver i nikogo nie obchodziło, co się z nim stanie, więc nie próbowali ich więzić ani zlikwidować. Jednak perspektywa powrotu do domu pozostawała mglista.

Zadrżała, podciągnęła kolana pod brodę i objęła rękami. To miejsce było brudne i przytłaczające. Wszędzie walały się zniszczone, pokryte kurzem fragmenty wyposażenia, a powietrze śmierdziało stęchlizną. Niewielki bulaj wpuszczał trochę półmroku hangaru, rozrzedzonego dziennym światłem wpadającym przez odległy otwór w stropie. Niechciane łzy napłynęły do oczu i już nie mogła powstrzymać szlochu. Nie wyobrażała sobie życia tutaj, nie wiedziała, co będą jedli, kiedy skończą się racje żywnościowe, które zabrali z wraku. Z trudem znosiła nieustające zimno wgryzające się w ciało przez warstwy ubrania, aż do kości.

 

***

 

Wbrew przewidywaniom dowódcy patrolu, ciało Silvera szybko się regenerowało, więc wystarczył dwudniowy odpoczynek, żeby wrócić do pełnej sprawności. Volarianin z rezerwą traktował wielkoduszny z pozoru gest wybawicieli. Za każdym razem, kiedy ktoś łatał w nim dziury, następnie usiłował wykorzystać go do karkołomnych zadań albo zabawiania żądnej krwi gawiedzi. Nie widział powodu, dla którego tym razem miałoby być inaczej. Wokół hangaru bez przerwy natykał się na kuliste drony, przypominające te, które powyciągały z niego kolce kuttu. Kilka udało mu się strącić kamieniami, ale pojawiły się następne, latające na wyższym pułapie. Silver nie tolerował wścibstwa i złościło go, że niewiele może poradzić na tę bezczelną inwigilację. Do wyboru miał jedynie wędrówkę przez skute lodem pustkowia, ale nawet nie próbował proponować tego Louise.  Wokół doliny, w której osiedli znajdowało się kilka gorących źródeł, które czyniły temperaturę powietrza nieco bardziej znośną.

Wstawał grubo przed świtem i wychodził polować. Musiał mieć pewność, że będzie w formie, kiedy przyjdą po niego i dziewczynę, poza tym coś musieli jeść. Drugim powodem łowieckich wypadów był uciążliwy charakter Louise. Kuttu stanowiły miłą odmianę po długich godzinach spędzonych z irytującą nastolatką. Nadmiar mięsa i skór udało mu się wymienić w slumsach na moduł zasilający, zregenerowany przez lokalnego złotą rączkę. Miał nadzieję, że Louise doceni światło i ogrzewanie, którym mogli się cieszyć dopóki moc się nie wyczerpie i rzeczywiście jej twarz rozpromienił entuzjastyczny uśmiech.

– Naprawiłeś tego grata! – Klasnęła w ręce z uciechy, kiedy panele oświetleniowe rozjarzyły się ciepłym blaskiem, a system sterujący atmosferą uruchomił nawiew ciepłego powietrza. – Możemy lecieć do domu!

Spojrzał w sufit i potarł czoło nasadą dłoni. Niechcący wzbudził w niej płonne nadzieje.

– Ziemia jest za daleko na lot byle złomem ­– powiedział cicho. – Tu potrzeba jednostki dalekiego zasięgu, której sami nie dalibyśmy rady poprowadzić. Twój dom leży poza wszelkimi szlakami handlowymi, więc musielibyśmy wynająć statek i załogę, która zgodziłaby się tam polecieć. To kosztuje sporo kasy czy czego oni tu używają, a ty nie jesteś księżniczką, która może zaoferować działającą na wyobraźnię sumę.

– Obiecałeś, że odstawisz mnie do domu – powiedziała, z trudem wydobywając słowa ze ściśniętego gniewem gardła.

– Obiecałem, że się tobą zajmę ­– poprawił. – I odstawię cię do domu, jeśli nadarzy się taka okazja.

– Czyli nigdy! – wrzasnęła, a głos załamał się piskliwie.

W jej oczach zabłysły pierwsze łzy, wyminęła go, szturchając ramieniem i poszła, tupiąc głośno. Westchnął zrezygnowany. Z jednej strony odczuwał ulgę, że pozbawiła go swojego męczącego towarzystwa, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że będzie go dręczyć obawa, dopóki nie wróci. Wyszedł przed wrak, nasłuchiwał, węszył dyskretnie i stwierdził z zadowoleniem, że nie odeszła zbyt daleko.

Kiedy wróciła, przeniosła się do sąsiedniej kabiny twierdząc, że nie będzie dłużej sypiać z kudłatym kretynem. Silver uprzątnął swoją sypialnię, a dzięki skórom kuttu wnętrze nabrało cieplejszego charakteru. Dziewczynie też zostawił kilka pod drzwiami. Nie podziękowała, ale wiedział, że zrobiła z nich dobry użytek. Właściwie nawet było mu na rękę, że postanowiła ostentacyjnie milczeć. Uważał to za miłą odmianę po szyderstwach i złośliwościach, które stale płynęły z jej ust.

W ramach relaksu pokrywał wyprawione skóry kuttu malunkami. Miał do tego talent, co czyniło go jeszcze większym dziwolągiem, ale przyzwyczaił się, że mieszanka genów, którą mu zafundowano, objawiała się niespodziewanymi cechami. Malowanie go odprężało i w niedługim czasie ściany kabiny pokryły się wizerunkami rozmaitych stworzeń, które Silver napotkał w burzliwym życiu. Mylił się sądząc, że Louise uszanuje jego prywatność.

Przyszedł z polowania wyjątkowo zmęczony. Kuttu trzymały się z dala od miasta, więc musiał ich szukać godzinami, marznąc niemal do utraty czucia. Zwalił z ramienia upolowane sztuki i wszedł do wraku. Louise czekała z zaciętą miną i gniewnie ściągniętymi brwiami. Odetchnął głęboko szykując się na kolejną próbę nerwów.

– Co ty wyprawiasz? – zapytała napastliwie.

Nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał w jej stronę, tylko zdjął rękawice i zaczął rozsupływać przymarznięte troki kurtki.

– Urządzasz ciepłe gniazdko, jakbyś miał zamiar zostać tu na zawsze! – Zrobiła krok do przodu zaciskając pięści, ale powstrzymała się przed bezpośrednim natarciem. – Malujesz obrazki zamiast myśleć, jak się stąd wydostać. Co to ma być? Galeria trofeów? – Zaprezentowała w wyciągniętej ręce kawałek skóry, na którym namalował z pamięci portret kobiety. Kosmyk włosów opadał na czoło. Nos i policzki gęsto pokrywały piegi, a pełne usta rozciągał delikatny uśmiech. – Po co ci portret mojej matki? Żeby trzymać w szpargałach pod materacem? Tak marne trofeum, że nie zasługuje na powieszenie na ścianie?

Zmarszczył nos, położył uszy i spojrzał z furią. Błyskawicznym ruchem chwycił dziewczynę za gardło.

– Kto ci pozwolił grzebać w moich rzeczach? – powiedział cicho, kipiąc od tłumionej wściekłości.

Chwyciła go za nadgarstek i otworzyła szeroko oczy. Malowało się w nich zdumienie i strach. Puścił ją i wyrwał malunek z rąk.

– Nic o mnie nie wiesz – mruknął posępnie.

Podniosła dłoń do gardła, ale nie zamierzała odpuścić. W tym byli podobni do siebie, oboje maskowali strach agresją, choć Louise – tylko słowną. 

– Rozczaruję cię, nie jesteś zbyt skomplikowany. Zabijasz i jesz, steruje tobą instynkt przetrwania – powiedziała drżącym głosem. – Nie wiem tylko, dlaczego ze mną się cackasz? Czym dla ciebie jestem? Maskotką, pamiątką z Ziemi?

– Nie moja wina, że komuś przyszło do głowy wzbogacić ciało krwiożerczego dzikusa o ludzkie uczucia ­– wypalił bez namysłu.

– Uczucia! – prychnęła z pogardą. – Ludzkie, w dodatku. Weź mnie nie rozśmieszaj!

Dlaczego się nie zamknie? – pomyślał. Drażnił go ten hałas. Zerwał z siebie kurtkę i cisnął na koję.

– Staram się je ignorować, ale czasem są silniejsze ode mnie – odgryzł się i zaraz tego pożałował.

Zabrzmiało, jakby się tłumaczył. Znowu to robił, szukał akceptacji, jednak Louise była zupełnie inna niż jej matka, nie chciała widzieć niczego poza końcem własnego nosa.

– Ależ nie, bardzo dobrze ci to wychodzi! – szydziła.

Zacisnął zęby, a potem spróbował innego podejścia. Odwrócił się i oparł o ścianę. Odezwał się spokojnym tonem:

– Rozumiem, że tęsknisz za domem…

– Niczego nie rozumiesz! – wrzasnęła z furią i wbiegła do swojej kabiny. Słyszał, jak przewraca wszystko do góry nogami, mamrocząc pod nosem przekleństwa i narzekania. – Utknęłam z prymitywem w śmierdzącej, zamrożonej dziurze, nawet głupiego ręcznika tu nie znajdę…

Wziął kilka głębszych wdechów, żeby schłodzić wzbierający wulkan złości. Kiedy próbował być miły, brała to za słabość. Przesunął palcami po sierści na głowie. To tylko nastolatka z kryzysem osobowości, nie myśli logicznie. Każdy dzieciak w jej wieku uważa się za kogoś wyjątkowego, jednak ona rzeczywiście taka była i to bardziej niż była w stanie zaakceptować.

Zdjął przemoczone buty, położył blisko wywiewu ciepłego powietrza i poszedł do kambuza zaparzyć zioła, które dostali na wymianę za skóry. Usłyszał rumor, tupot nóg i huk zasuwanych drzwi. Obserwował przez bulaj biegnącą przez hangar dziewczynę.

Po cholerę jej ręcznik, skoro nie ma tutaj niczego, co przypominałoby tradycyjną łazienkę z bieżącą wodą?

Zrozumienie przyszło gwałtownie, niczym piorun z jasnego nieba. Rzucił wszystko i w samych spodniach wybiegł za Louise. Wydostał się z hangaru i pobiegł za skały, gdzie spodziewał się znaleźć dziewczynę. Śnieg odebrał czucie w stopach już po kilku krokach, a mroźne powietrze zapierało dech w piersi. Zobaczył ją nad gorącym źródłem, rozebraną do naga, z jedną nogą zawieszoną nad taflą wody. Zdążył chwycić za włosy i szarpnąć, zanim zanurzyła stopę. Pisnęła zaskoczona i straciła równowagę. Nie pozwolił jej upaść, ujął pod ramiona i chciał postawić z powrotem do pionu, ale wyrwała się, prychając z wściekłości.

– Odsuń się od brzegu – ostrzegł stanowczym tonem.

– Bo co? – odparła, zadziornie podnosząc głowę. – Nie pozwolisz mi? Kim ty jesteś, żeby mi mówić co mogę, a czego nie? Gówno mnie obchodzi twoje zdanie! Boisz się, że utonę? Czy może nie chcesz, żeby ktoś patrzył na moje cycki? Wiesz co? Oni mają gdzieś moje cycki, bo tu nie ma żadnego normalnego faceta!

Dziewczyna niezmordowanie atakowała granice jego wytrzymałości. Nie udało mu się zachować zimnej krwi.

– Widziałaś, żeby ktoś tu się kąpał, albo cokolwiek pływało? Kaczki, ryby, żaby, pierdolone glony? – Kolejne pytania wyrzucał z siebie z rosnącą wściekłością, by ostatnie wykrzyczeć tak, że echo długo odbijało się od salnej ściany.

Zobaczył w jej spojrzeniu niepokój. Zerknęła na gładkie lustro wody, spowite delikatnym oparem. Nie musiał na nie patrzeć, doskonale pamiętał przejrzystą toń, gdzie dno wydawało się być na wyciągnięcie ręki. Czysty piasek, ciemnoszare głazy i żadnych oznak życia. Obok jego stopy leżały rękawiczki z białego futra, które sam dla niej zrobił. Podniósł je i cisnął do wody.

– Co ty… – Pretensja zamarła w jej gardle.

Rękawiczki chwilę unosiły się na powierzchni, otoczone aureolą drobnych bąbelków. Zaczęły z wolna opadać, ciągnąc za sobą smugę pęcherzyków gazu. Kiedy reakcja straciła impet, lustro wody uspokoiło się i ukazało smętne resztki białego futerka z brzydkimi wżerami na skórze, leżące na dnie.

Louise objęła się ramionami i wyraźnie zadrżała. Nad źródłem było za ciepło na to, żeby utrzymał się śnieg, ale nie dość, żeby paradować bez ubrania. Silver podniósł garderobę złożoną kawałek dalej na skale i bez słowa wręczył dziewczynie. Wyrwała ubrania z jego ręki, rzuciła na ziemię i zaczęła zakładać na siebie kolejne warstwy.

Obserwował ją bez skrępowania i po raz kolejny zadziwiło go, jak bardzo była podobna do matki. Tylko oczy miała zimne, o błękitnych tęczówkach, zamiast orzechowych ze złotymi refleksami. Na szczęście w niczym nie przypominała kudłatego Yeti. Fizycznie nie różniła się od człowieka, ale zmysły i szybkość zdradzały volariańską domieszkę krwi. Miała zadatki na doskonałą wojowniczkę, a niepozorny wygląd dawał jej przewagę w postaci zaskoczenia. Przeciwnik nie spodziewałby się wulkanu, który w niej drzemie.

– Nienawidzę cię – powiedziała cicho.

– Bo miałem rację?

– Bo przez ciebie tu jestem!

Patrzył, jak szarpie ze złością zapięcie paska od kurtki i pętelki na futrzanych nogawicach. Wyprostował się i uniósł głowę.

– Uderz mnie.

– Co? – zamarła i spojrzała okrągłymi oczami.

– Walnij z piąchy, ulżyj sobie. – Kiwał zapraszająco dłonią.

Patrzyła zdezorientowana, aż w końcu prychnęła pogardliwie i minęła go bez słowa, zmierzając do hangaru.

– No co? Tylko w gębie jesteś mocna? – drażnił ją. Nie miał pojęcia, jak sobie z nią poradzić, a to był jedyny sposób, w jakim miał praktykę. – Przecież marzysz o tym, żeby mi przywalić odkąd mnie poznałaś. Zobaczymy, z jakiej gliny jesteś ulepiona.

Nie odwróciła się. Z furią wbijała stopy w śnieg, kiedy brnęła przed siebie i energicznie machała rękami zaciskając pięści. Ruszył za nią, nie śpiesząc się, chociaż mróz dawno przedostał się pod sierść i szczypał boleśnie skórę.

– Boisz się – stwierdził. – I dobrze, bo już myślałem, że używasz głowy tylko do noszenia frymuśnie wygolonych włosów.

Zatrzymała się i poczekała, aż się z nią zrówna. Kiedy był blisko, odwróciła się i machnęła pięścią. Wystarczył lekki skręt tułowia, żeby uniknąć ciosu.

– Co to miało być? – zadrwił. – Muchy odganiasz?

W następny cios włożyła więcej wysiłku i frustracji, ale znowu spudłowała.

– Celuj w szczękę, albo żołądek. Pięść w jednej linii z przedramieniem, nie zginaj nadgarstka, bo go złamiesz – objaśniał drwiącym tonem, przechwytując każdy cios. – Wyżej ręka, osłaniaj głowę.

Odepchnął jej pięść, a drugą ręką trzepnął w ucho. Poczerwieniała na twarzy, usta zacisnęła w wąską kreskę i ściągnęła gniewnie brwi. Zastosowała się do jego sugestii i każdy następny cios coraz mniej przypominał rozpaczliwe wymachy rąk.

– Stań porządnie. – Podciął jej stopę, straciła równowagę i opadła na kolano. Szybko podniosła się i znowu zaatakowała. – Szerzej nogi, jedna z przodu, stopy w kierunku przeciwnika.

Była uparta i zdeterminowana, by przebić się przez obronę i zadać ból. Miała przy tym całkiem niezły refleks. Brakowało jej techniki, żeby coś wskórać, ale nadrabiała zaciętością. Słuchała tego, co mówił i wykorzystywała informacje. Z każdym chybieniem jej frustracja rosła, aż wybuchła rozpaczliwym okrzykiem bezsilności. W ostatni cios włożyła całą nienawiść i siłę drobnego ciała. Nie trafiła, a impet wyniósł ją daleko i obrócił tyłem. Ani się spostrzegła, jak utknęła z ręką wykręconą na plecy i palcami przeciwnika wczepionymi we włosy. Silver nachylił się nad odsłoniętym gardłem i wyszczerzył kły. Jej oddech przyspieszył gwałtownie, a oczy strzelały na boki w poszukiwaniu ratunku.

– Nigdy nie obracaj się tyłem do przeciwnika – powiedział cicho, ale dobitnie.

Złowił uchem cichy szmer nad głową. Kilka metrów nad nimi unosił się dron. Szlag by trafił cholerną kulę-szpiegulę. Właśnie potwierdził przed kamerami swoje aspołeczne zachowanie. Za chwilę komuś przyjdzie do głowy izolować go, albo jeszcze inaczej uprzyjemnić życie.

Puścił Louise i poszedł do wraku, nie oglądając się na nią.

– Silver… – zawołała, a jej głos drżał.

Nie spodziewał się tego, więc odwrócił się, ale dziewczyna wpatrywała się w połyskujące w słońcu kopuły miasta i wahadłowiec, który powoli wznosił się w niebo. Volarianin rozpoznał sylwetkę i barwy imperialnej floty. Chwycił Louise za nadgarstek.

– Musimy iść – powiedział.

Poszła posłusznie za nim, a na jej twarzy malował się strach. Najwyraźniej też domyśliła się, do kogo należał statek.

– To ci sami, co ścigali nas aż tutaj i wytłukli załogę? – zapytała łamiącym się z emocji głosem.

– Tak.

W ciepłym wnętrzu chwyciły go dreszcze, z trudem panował nad trzęsącymi się rękami. Za długo był na mrozie bez ubrania. Louise pomogła mu upychać do torby najbardziej potrzebne rzeczy, które udało im się zgromadzić. Wbiegła do swojej kabiny i po chwili wróciła z zapasową parą rękawiczek.

– Dokąd pójdziemy? – zapytała. Przynajmniej ten jeden raz nie sprzeciwiała się. Rozumiała powagę sytuacji. 

– Nie wiem, byle dalej – mruknął.

Zdawał sobie sprawę, że gdziekolwiek pójdą, najprawdopodobniej znajdą śmierć z wychłodzenia, albo w paszczy drapieżnika, jednak dopóki żyli, była jakaś nadzieja.  

Wybiegli z wraku, ale drogę zagrodził im rój dronów. Instynktownie ustawili się plecami do siebie. Silver wyciągnął zza paska nóż, Louise miała tylko pałkę z kości kuttu. Kilkanaście małych aparatów otaczało ich brzęcząc i bucząc, ale nie próbowały atakować.

– Sądziłem, że ta mała trzyma cię w garści, a tymczasem wielki dzikus okazuje się być zarówno mięśniami, jak i mózgiem tego zespołu.

Oboje odwrócili głowy w kierunku, skąd dobiegał głos. Kilka kroków od nich stał mężczyzna podobny do innych istot, które spotkali w tym świecie, chociaż ten zdawał się nie przejmować trzaskającym mrozem. Miał na sobie barwną szatę z cienkiego, lejącego materiału, opiętą na wydatnym brzuchu. Na łysej głowie, pokrytej zielonkawo niebieskimi plamkami nosił opaskę z emblematem o skomplikowanym wzorze. Przyglądał się im z ciekawością czarnymi, błyszczącymi oczami.

Louise prychnęła niczym rozdrażniona kotka, a Silver węszył w powietrzu, nie wyczuwał żadnego zapachu. Podniósł wzrok ponad głowę postaci na drona emitującego ledwie widoczne smugi światła, które splatały się w wizerunek mężczyzny w jedwabiach.

– Czego od nas chcesz? – zapytała zadziornie Louise.

– Przyszedłem naprawić swój błąd – odparł nieznajomy. – Obserwowałem was, poszperałem tu i ówdzie. Niepotrzebnie się obawiałem waszej obecności w mieście.

– Coś ty za jeden? – Silver nie ufał słodkim słówkom.

– Sighur, jeśli coś wam to mówi.

Za plecami hologramu, przez otwór lądowiska opadł pojazd podobny do tego, który zabrał ich z miejsca katastrofy, tylko znacznie mniejszy. Postać odsunęła się i wyciągnęła zapraszająco rękę w kierunku transportera.

– Zapraszam i nie przyjmuję odmowy – powiedział, kiedy wyraźnie zwlekali.

Drony poruszyły się gwałtownie, a niskie buczenie przybrało na sile. Zanim Silver zdążył zareagować, poczuł mrowienie w palcach, które szybko ogarnęło całe ciało. Rzeczywistość zwinęła się w wielobarwny fraktal i zniknęła na ułamek sekundy z cichym pyknięciem. Po chwili powróciła, ale teraz Volarianin znajdował się wewnątrz pojazdu. Opadł na kolano, oszołomiony gwałtowną zmianą stanu skupienia. W żołądku czuł lodowatą bryłę, nie cierpiał tego sposobu przemieszczania się. Zawsze miał obawy, że coś mu się poprzestawia w środku podczas rekompozycji. Otrząsnął się z nieprzyjemnego wrażenia i wstał, szukając wzrokiem Louise. Stała tuż obok.

– Co z nami będzie? – zapytała. Oddychała szybko, a przez rozchylone usta uciekały białe chmurki pary, jak spłoszone ćmy. – Zabiją nas?

– Gdyby chcieli zabić, nie bawiliby się w kurtuazję. – Nie powiedział jej o swoich obawach, że śmierć bywała łaskawsza w takich wypadkach. 

Pozwoliła sobie na głębszy oddech, a na jej twarzy odmalowała się ulga. Rozejrzał się, ale nie znalazł niczego, co przypominałoby drzwi czy jakiekolwiek wyjście. Spróbował rozbić panoramiczne okno trzonkiem noża, ale pomimo wysiłków nie zdołał zrobić nawet rysy.

Pojazd sunął bezszelestnie, zbliżając się do skupiska przejrzystych kopuł, które widywali z oddali, kiedy wychodzili z hangaru. Silver nie zbliżał się do miasta wiedząc z doświadczenia, że cywilizacja go nie toleruje i reaguje niezdrowym zainteresowaniem. Pozostawał w tak bliskim sąsiedztwie tylko ze względu na schronienie, jakie dawał im wrak jachtu i gorące źródła.

Z niezadowoleniem obserwował, jak moloch ich połyka. Pole siłowe broniące dostępu do bramy w wysokim białym murze zamigotało i rozwiało się, by zamknąć się z powrotem za rufą pojazdu. W mieście niebo miało liliowy kolor, oglądane przez opalizującą powłokę ochronną. Najwyraźniej jej głównym zadaniem było zatrzymywanie ciepła gorących źródeł, obudowanych fantazyjnymi elementami małej architektury. Wokół nich utworzono skwery i zieleńce pokryte niską roślinnością, przypominającą kwitnące porosty. Budynki mieszkalne oplatała sieć ulic w kilku poziomach, przy czym wyższe partie wyznaczone były zawieszonymi w powietrzu świetlnymi znakami.

Zerknął na dziewczynę, wpatrującą się w cuda za oknem.

– Znowu nas zamkną, pewnie rozdzielą – powiedziała ponuro, kiedy zorientowała się, że Silver ją obserwuje. – Już nigdy nie wrócę do domu, prawda? – Zwiesiła głowę.

– Przekonamy się na miejscu, co będzie – odparł wymijająco.

– W razie, gdybyśmy jednak nie mieli wyjść z tego cało… – Louise zawiesiła głos. – Chcę tylko wiedzieć, dlaczego nie zabiłeś mojej matki, tylko ją… No wiesz… Wziąłeś. – Zacisnęła zęby.

Spojrzał w jej twarz, zmrużone oczy, usta wykrzywione odrazą.

– Moja gęba nijak nie pasuje do romantycznych historii – przyznał, krzywiąc wargi w ponurym uśmiechu.

– Nie. I nie mogę sobie wyobrazić, że mama pozwoliła ci się choćby dotknąć nieprzymuszona.

Milczał chwilę. Zdawał sobie sprawę, że dziecięce fantazje o nieznanym ojcu boleśnie rozminęły się z prawdą.

– Nigdy nie byłaś łatwym dzieckiem, prawda? – stwierdził.

Zamknęła oczy i na krótką chwilę opuściła głowę.

– A co to ma do rzeczy? – odparowała ostro, butnie unosząc brodę.

– Pomyśl, tak obiektywnie, jak traktowała cię Sheila przez te siedemnaście lat? Czy kiedykolwiek dała ci odczuć, że ma cię dość, że wolałaby, żebyś nigdy się nie urodziła?

Tym razem ona milczała. Rysy jej twarzy złagodniały, kiedy zanurzyła się we wspomnienia. Pokręciła głową.

– Nigdy – powiedziała cicho. – Dziwiłam się, że nigdy nie stłukła mnie za to, co wyczyniałam. Uważałam, że była na to za słaba. Załamywała tylko ręce i popłakiwała w poduszkę, kiedy myślała, że nie słyszę.

– Sądzisz, że chciałaby donosić ciążę i kochałaby owoc gwałtu, szczególnie, gdyby sprawcą był ktoś mojego pokroju?

Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Po raz pierwszy przypominała niewinne dziecko. Niechętnie oderwała od niego wzrok. Powoli zdjęła rękawiczki, rozwiązała rzemyk kurtki i sięgnęła za pazuchę. Wyjęła kawałek wyprawionej skóry, którą Silver rozpoznał, zanim ją rozłożyła. Nie miał pojęcia, kiedy zdołała to buchnąć. Obróciła portret Sheili tak, żeby on też go widział.

– Naprawdę ją kochałeś? – zapytała cicho.

Odwrócił głowę. Nie chciał tego roztrząsać, wracać wciąż, chociaż nie było do czego.

– Nigdy nie przestałem…

 Pojazd zmierzał do ścisłego centrum, a wreszcie zadokował przy szczycie najokazalszego budynku, pnącego się aż pod sztuczne niebo. Segmenty karoserii złożyły się wsuwając jeden pod drugi i oczom Silvera ukazała się niewielka śluza. Ściana po drugiej stronie pękła gwiaździście i rozsunęła tworząc kolisty otwór, przez który weszło klika uzbrojonych i opancerzonych postaci z maskami na twarzach. W samym wejściu stanął grubas w jedwabiach. Dotknął wierzchem dłoni czoła, a potem przyłożył ją do piersi, odwracając kciukiem od siebie.

– Jak wam się podoba miasto? – zapytał.

– Nie lubię zorganizowanych wycieczek – mruknął Silver i oparł dłoń o rękojeść noża.

– Zapora przeciwteleportacyjna nie pozwoliła mi ściągnąć was tutaj bezpośrednio, ale uznałem, że chętnie obejrzycie kawałek cywilizacji.

– Czego chcesz? – zapytał Silver zirytowany pustą gadką.

– Złożyć ci pewną propozycję. Pewnie dla ciebie to nowość, ale traktuję cię jak partnera do rozmów o interesach, nie będę próbował ograniczać twojej wolności, skuwać rąk czy zamykać w bańce pola siłowego.

Silver uniósł brew, obrzucił spojrzeniem uzbrojoną obstawę i unoszące się nad ich głowami drony.

– A to zapewne dekoracja korytarza? – zapytał i zatoczył ręką łuk. Zauważył nieznaczne poruszenie ochroniarzy w reakcji na ten ruch.

– Staram się być uprzejmy i pokazać dobrą wolę, ale nie jestem samobójcą. – Sighur rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. – Chodźmy, usiądziemy wygodnie i wszystko wam wyjaśnię. Liczę, że docenisz mój gest i pójdziesz bez zbędnej jatki.

Grubas obrócił się i ruszył korytarzem. Nie używał żadnych gadżetów do bezwysiłkowego przemieszczania się, jak inne wysoko rozwinięte gatunki, z którymi Silver miał dotąd do czynienia, czym zyskał w oczach Volarianina.

– Co robimy? – wyszeptała Louise. Usiłowała patrzeć na każdego członka obstawy ustawiającego się w szyku wokół nich i obserwować drony, więc w panice wodziła oczami pomiędzy nimi.

– Nie pójdziemy po dobroci, to i tak nas zawloką na miejsce, tylko wcześniej podziurawią – mruknął Silver. Męczyła go powtarzalność tego schematu. ­

Obróciła się i spojrzała w dół przez okno pojazdu, na odległą o kilkadziesiąt pięter ziemię.

– Nie mamy szans na ucieczkę? – wyszeptała, choć i tak nikt tutaj nie rozumiał jej ojczystego języka.

– Poza miastem jest tylko pustynia – odpowiedział. 

Ruszył w ślad za grubasem, obserwując czujnie obstawę, a Louise podreptała za nim. Sighur zaprowadził ich do niewielkiego pomieszczenia bez okien, z bezosobowym wyposażeniem, składającym się ze stołu i trzech obszernych foteli przypominających ścięte po skosie jajko, unoszące się nad podłogą. Ściany zdawały się emitować ciepłe, naturalne światło, w którym nie tworzyły się cienie.

– Siadajcie – grubas wskazał im fotele, sam zajął miejsce po drugiej stronie stołu.

Jego głos brzmiał dziwnie, jakby pokój wsysał dźwięk, zamiast go odbijać.

– A gdzie przekąski? – zapytała Louise i drgnęła niepewnie pod przenikliwym spojrzeniem gospodarza.

– Pomyślimy o tym, kiedy dojdziemy do porozumienia – odparł Sighur.

Silver nie potrafił sobie wyobrazić o jakim rodzaju porozumienia była mowa. Obserwował, jak grubas mości ogromne ciało w fotelu, a wreszcie przechodzi do rzeczy.

– Dostałem od Gallorian intratną ofertę. Są gotowi zapłacić mi małą fortunę za pewnego kudłatego włóczęgę i jego córkę. Najlepiej żywych.

– Ach tak… – Silver nawet nie drgnął, świadomy broni wycelowanej w jego głowę. Uzbrojeni ludzie ustawili się pod ścianą. – Dlaczego nie leżę z rozbitym łbem na dnie zapieczętowanego kontenera, w drodze na Gallorię?

Sighur oparł rękę o stół.

– Polityka to gra. Wolałem się upewnić, czy nie mógłbyś przebić oferty, którą złożyło Imperium.

– Ja? Mam trochę zwierzęcych skór i mięsa. W czym prosty dzikus może konkurować z Imperium?

– Ty mi powiedz, modyfikowany genetycznie prosty dzikusie, za którego chcą mi zapłacić równowartość całej mojej stolicy.

Obserwował uważnie Silvera, ale nie doczekał się żadnej reakcji, więc pochylił się nad dzielącą ich płaszczyzną stołu i dotknął palcami gładkiej powierzchni, z której wytrysnęły smugi kolorowego światła, splatające się w trójwymiarowy obraz przedstawiający migawki z Volaris. Obraz drgał i zanikał, ukazując nadlatujące pojazdy, zalewające pustynię deszczem świetlistych pocisków wzbijających fontanny czerwonego piasku. Silver przyglądał się ledwie widocznym postaciom biegającym po ziemi i padającym bezładnie z rozrzuconymi rękami. Z bijącym szaleńczo sercem szukał znajomych sylwetek, ale rejestratory imperialnych dronów poświęcały niewiele uwagi dzikim Volarianom, rzucającym się z gołymi pięściami na technologię, której nawet nie byli w stanie pojąć. Nagrały eksplozję kompleksu zabudowań, a potem obraz zachwiał się gwałtownie i utonął w zakłóceniach.

– Międzygalaktyczne Centrum Transportowe na Volaris, jedynej planecie wytwarzającej niepowtarzalny rodzaj energii, którą można zaprząc do przesyłania żywych organizmów i towarów na odległość setek lat świetlnych, praktycznie w mgnieniu oka. Oczko w głowie oraz podstawa potęgi Imperium. Niestety ośrodek przestał istnieć, co poważnie zachwiało równowagą sił w intergalaktycznej polityce – streścił Sighur. – Z perspektywy Volarian pewnie wyglądało to trochę inaczej, po prostu odzyskali swoje tereny łowieckie i nikt nie zaburza ścieżek mocy, z których czerpią siłę. A tobie udało się dostać to, co chciałeś?

– Dlaczego uważasz, że mam z tym coś wspólnego? – zapytał, starając się nadać głosowi beznamiętny ton, pomimo targających nim gwałtownych uczuć. Odchylił się na oparcie fotela, krzyżując ręce na piersiach.

Sighur uniósł głowę i spojrzał badawczo, a potem zaczął manipulować palcami w obrazie hologramu. Cofnął nagranie, zatrzymał na pojedynczym ujęciu i powiększył fragment pustyni z samotną sylwetką, jedyną, która nie poruszała się w gwałtownej próbie ucieczki przed nieuniknionym. Powiększył jeszcze raz i jeszcze, za każdym razem czekając aż obraz nabierze ostrości. W końcu postać osiągnęła rozmiar dłoni. Rozmyta plama nabrała konkretnych konturów, program obliczył przybliżony kształt, wyczyścił szumy i zniekształcenia. Nie wszystkie zakłócenia dało się wyeliminować, więc postać była pocięta na fragmenty lekko przesunięte względem siebie, ale nie było wątpliwości, że przedstawia Silvera, albo kogoś do złudzenia go przypominającego. Stał w lekkim rozkroku, dłonie trzymał odwrócone wnętrzem ku dołowi. Głowę miał opuszczoną, a gęsta grzywa sterczała najeżona od czubka głowy aż do ogona. Ubrany był tylko w skrawki skór opasane wokół bioder. Świetlista aureola, która mogła być efektem ogromnego powiększenia, obrysowywała postać.

– Pytałem różnych specjalistów od ras i gatunków, przeszukałem sieć i okazuje się, że jest tylko jeden okaz Volarianina o jasnoszarym ubarwieniu, więc nie mam wątpliwości, że to ciebie nagrały imperialne drony – wyjaśnił Sighur.

– Do czego zmierzasz? – zapytał Silver.

– Ty rozpieprzyłeś centrum transportowe na Volaris i cały system biosfery Gallorian. W dodatku układ energetyczny planety zmienił się tak dramatycznie, że nie działa tam żadna technologia, więc nikt nie może przejąć kontroli nad unikatowym przedsięwzięciem Imperium.

– On? Jak mógł tego dokonać? Zębami i nożem? – zainteresowała się Louise.

Spojrzała na Silvera i zaniemówiła. Nie potrafił udawać zaskoczenia i wypierać się. Zresztą Sighur nie powiedziałby tego, gdyby nie miał rzetelnych dowodów.

– Nie doceniasz ojca, moja panno. – Grubas ponownie sięgnął do hologramu i odtworzył w zwolnionym tempie ostatnią sekwencję przed eksplozją stacji.

Piasek wokół Silvera na hologramie wzbił się w powietrze, jakby wyrzucił go w górę silny wstrząs i zawisł, skrywając od pasa w dół skupioną postać. Spod wirującej chmury prześwitywały krótkie błyski wyładowań. Halo wokół Volarianina nabierało mocy, gęstniało, rozmyło sylwetkę, a potem drgnęło i rozeszło się gwałtownie koncentrycznymi kręgami fali uderzeniowej, pchając przed sobą czerwoną kurzawę. Gdzieś poza polem widzenia rozbłysło silne światło, rzucając wyraźny, długi cień za stojącym w bezruchu Silverem i obraz rozpadł się na wielobarwne punkciki, wessane przez projektor ukryty w blacie stołu.

– Co za bzdura! – wykrzyknęła Louise, kiedy ochłonęła po pokazie. – Fotomontaż, trik filmowy.

Spojrzała na ojca oczekując poparcia, ale Silver potarł palcami brodę i uciekł wzrokiem.

– No więc co to było? – zapytała napastliwie. – Magia?

– Dla prostego umysłu magią jest to, czego nie potrafi pojąć. To, co widziałaś przed chwilą da się naukowo wyjaśnić, choć wszyscy dotąd uważali, że to tylko hipoteza ­– wyjaśnił gospodarz i zwrócił się do Silvera. – Twoja córka odziedziczyła po tobie te właściwości?

– Nie.

– Oczywiście nie powiesz mi prawdy z troski o nią. – Sighur odsunął się od stołu i utkwił spojrzenie czarnych oczu w Volarianinie. – Jednak separatyści nie szastaliby kredytami na wynajęcie Mabuna, żeby odnalazł ją na zadupiu Wszechświata, gdyby była zwykłą istotą z zapomnianego układu.

– O czym wy mówicie? ­– zapytała zdenerwowana Louise.

– Nie wytłumaczyłeś jej, kim jesteś? Może gdybyś to zrobił, miałaby dla ciebie więcej szacunku.

– Raczej nie. – Silver nawet nie spojrzał na Louise, przekonany o jej niezmiennym stosunku do niego.

– Niech zgadnę, jak to było – powiedział Sighur mrużąc czarne oczy. – Zakładam, że ktoś wykorzystał teorie opracowane przez Gallorian i na odizolowanym od wszelkich szlaków komunikacyjnych świecie stworzył ciebie, ulepszoną wersję Volarianina. Nie jesteś niewolnikiem energii Volaris, za to możesz nią dowolnie manipulować, skupiać, rozpraszać, zmieniać właściwości. Miałeś posłużyć do przejęcia kontroli nad stacją, ale twój twórca dał ci więcej rozumu, niż zamierzał. Wprowadziłeś własny plan w życie i oddałeś planetę prawowitym mieszkańcom, zamiast wypełnić zadanie i potulnie zginąć od nadmiaru przetworzonej energii. Najwyraźniej jednak nie zyskałeś sympatii tubylców, nawet dokonując tak szalonego i wielkodusznego czynu, skoro wybrałeś życie na wygnaniu. Zapewne potraktowali cię, jak każdego odmieńca, który pojawi się w ich społeczności i spróbowali wyeliminować, więc uniosłeś się honorem i odszedłeś. A przecież mogłeś podporządkować sobie dzikusów, byłbyś niczym bóg z twoimi możliwościami.

Silver zacisnął zęby. Z trudem znosił szyderstwo Sighura, nie lubił, kiedy ktoś nazywał go naiwnym idiotą, nawet w najbardziej zawoalowany sposób.

– Bogowie nie mają tego, na czym najbardziej mi zależy – mruknął z niezadowoleniem.

– Ha! A czegóż to może im brakować?

– Świętego spokoju…

Z twarzy Sighura zniknęły oznaki rozbawienia. Przyglądał się wnikliwie patrzącemu spode łba Silverowi.

– Na zawsze pozostaniesz odmieńcem, bez swojego miejsca, ścigany i zaocznie skazany na śmierć – podsumował grubas. – Ale ja potrafię docenić twoje zdolności i budzący respekt urok, nie tak jak inni, którym wydawało się, że mogą cię ujarzmić, przypiąć smycz i szczuć na kogo im wygodnie. Zatrudnię cię jako fachowca do zadań specjalnych. Nie będziesz narzekał na standard życia, zapewniam sowite wynagrodzenie. Zyskasz szacunek i oficjalny status inteligentnej formy życia.

– Jestem nielegalną hybrydą, nikt nie przyzna mi takiego statusu.

– Sam sobie tego nie zrobiłeś, nie można karać ciebie za czyjeś przestępstwo. Według prawa panującego na tym księżycu, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś starał się o obywatelstwo. 

Silver wyszczerzył zęby w ironicznym uśmiechu.

– A co zrobi Imperium, kiedy się zorientuje, że mnie zatrudniłeś, zamiast grzecznie im odsprzedać?

– Nic – odparł Sighur odwzajemniając uśmiech. – Gdyby mogli coś zrobić, przylecieliby tu i zabrali cię bez pytania o zgodę.

– Co ich powstrzymuje?

Grubas rozsiadł się wygodniej w fotelu i splótł serdelkowate palce na wydatnym brzuchu. Przechylił głowę i wpatrywał się w milczeniu w swojego rozmówcę. Wreszcie zdecydował się udzielić wyjaśnień.

– Jak zapewne się domyślasz księżyc, na którym żyjemy, nie ma wiele do zaoferowania. Żadnych cennych złóż, klimat ani gleba nie nadają się do uprawy przez większość roku, więc moja rasa uczyniła towar z informacji. Dysponujemy najlepiej przygotowaną siatką wywiadowczą obejmującą wszystkie światy, które mają jakiekolwiek znaczenie gospodarcze czy polityczne. Do tego oferujemy kompleksową usługę rozwiązywania problemów na każdym szczeblu władzy. Od mediacji, poprzez delikatną sugestię, aż po rozwiązania konieczne. Ani Imperium, ani nikt inny nie zaryzykuje wojny z nami, bo nie wiedzą, jakie informacje przy tym wypłyną i gdzie posypią się głowy. 

– Nie uważasz, że za bardzo rzucam się w oczy, jak na wywiadowcę i szpiega?

– Niektórym zadaniom sprzyja odrobina ostentacji i manifestacja siły, a o tobie krążą legendy zarówno wśród zwolenników Imperium, jak i tych, którzy mają nadzieję skorzystać na kryzysie. Zaczniemy od czegoś łatwego, polecisz na Volaris. Przefarbujesz sierść i łatwo wtopisz się w tłum, jeśli zajdzie taka potrzeba – Sighur rzucił od niechcenia i niedbale machnął ręką. ­– Uruchomisz stację transportową. Dla mnie.

Silver parsknął krótkim śmiechem i pokiwał głową z dezaprobatą.

– Zawsze jest jakiś haczyk… Sam przecież mówiłeś, że na planecie nie działa żadna technologia.

– Potrafiłeś do tego doprowadzić, więc wiesz, jak to odkręcić. Po cóż innego Imperium chciałoby zapłacić za ciebie taką kwotę, kupując moje milczenie? Oficjalnie poszukują cię za zbrodnię ludobójstwa, którą popełniłeś na załodze stacji wysadzając ją w powietrze, ale ty i ja wiemy, czego naprawdę chcą. I nie będą wchodzić z tobą w partnerskie układy, jak ja.

Silver milczał przetrawiając propozycję. Miała ona niezaprzeczalne zalety, ale nie chciał pchać palców między drzwi. Mieszanie się w politykę i dyplomację, szczególnie na tak wysokim szczeblu, nie leżało w jego naturze, zwykle rozwiązywał problemy za pomocą noża. Sądził, że stworzono go jako narzędzie lokalnej zemsty, nie przypuszczał nawet jak daleko sięgały reperkusje jego działań. Zrozumiał wreszcie dlaczego ścigano go przez całą galaktykę i wyrywano sobie z taką zaciętością.

Louise wykrzywiła wargi w ironicznym uśmiechu.

– Nie zastanawiaj się, przyjmij ofertę – drwiła po angielsku, żeby Sighur nie zrozumiał przekazu. – Nie wiadomo kiedy znowu trafi się fucha tak doskonale pasująca do twoich kwalifikacji. Najemnik, postrach siedmiu galaktyk – powiedziała patetycznie, unosząc dłoń w górę.

– Volarianie mają świat dla siebie, nie potrzebują nowego najeźdźcy ­– odparł Silver beznamiętnie, a potem obrócił głowę i spojrzał w oczy Louise. – Ale gdyby ten grubas zdołał uruchomić stację na Volaris, mógłby odesłać cię do domu, do matki.

Przestała złośliwie wykrzywiać usta, a na jej twarzy odmalowało się napięcie. Odetchnęła głęboko.

– Jeśli nie przystaniesz na jego propozycję, sprzeda cię tym Gamonianon, a oni dadzą ci do wyboru śmierć albo pranie mózgu – powiedziała powoli, ważąc słowa.

– Obeszłoby cię to? – zapytał i tym razem on uniósł wargi w ironicznym uśmiechu, odsłaniając końce kłów.

Opuściła głowę i ręce. Schowała dłonie pod blatem stołu i zdawała się bawić palcami. Słyszał ciche pyknięcia wyłamywanych stawów.

 

***

 

Serce Louise waliło szaleńczo, a krew szumiała w uszach. Stawiała nogi, jak automat, oszołomiona tym, co miało się wydarzyć. Szli długim korytarzem w asyście uzbrojonych po zęby pilotów i najemników Sighura, jednak to górująca nad wszystkimi sylwetka Silvera przyciągała zaciekawione spojrzenia obsługi portu kosmicznego. Pomimo swoich rozmiarów poruszał się lekko, swobodnie i bezszelestnie, chociaż na stopach miał ciężkie buty z cholewami do pół łydki. Mięśnie ramion grały pod gładką, błyszczącą sierścią, a pierś okrywał czarny, elastyczny pancerz, odporny na wiązki blastera i pochłaniający energię kinetyczną. Tak przynajmniej tłumaczył gość w zbrojowni. Miał niezły kłopot, żeby znaleźć coś, co pasowałoby na Volarianina i odpowiadało jego sposobom walki. W końcu wytrzasnął skądś dwa archaiczne krótkie miecze o ostrzach przypominających cienki płatek ceramiki, ale niezwykle wytrzymały i cały arsenał noży w różnych kształtach i rozmiarach. Silver poupychał je gdzie się dało w niewidocznych miejscach, tylko oba miecze zatknął sobie za szeroki pas. 

Zerkała na niego z podziwem, chociaż nigdy w życiu nie przyznałaby się do tego uczucia nawet przed sobą. Imponowało jej, że Volarianin robi takie wrażenie, a część tego respektu spływała również na nią. 

– Wiesz… Gdybyś nie był moim ojcem… To nawet bym cię polubiła – przyznała niechętnie.

Nie skomentował tego wyznania, milczał uparcie, chociaż czekała na jego odpowiedź, spoglądając ukradkiem. W końcu podniosła głowę i nie udając dłużej obojętności, walnęła go pięścią w ramię. – Wypadałoby zrewanżować się jakimś komplementem!

Uniósł brew i posłał jej długie spojrzenie.

– Gdybyś nie była moją córką, dawno przegryzłbym ci gardło i wypruł flaki, żebyś przestała wreszcie gadać.

 

Koniec

Komentarze

Ładne. Klasyczna space opera. Napisana z polotem, acz gdzieś bywają niewielkie zgrzyciki. Świat trochę sterylny, mało tła, ale to pewnie ze względu na limit znaków. Bohaterowie wiarygodni – wkurzała mnie ta Louise, tą swoją arogancją nastolatki, choć myślę, że w jej przypadku, zagrożenia życia, odłożyłaby fochy na bok. Jedyne, co mi się wydaje mało wiarygodne, to międzygatunkowa hybryda. Chyba, że oni wszyscy mieli wspólnych przodków i dzielą DNA?

Jak tu Naz trafi, zaraz ci się dostanie za męskocentryczne spojrzenie :P – “nie różniły się wzrostem od przeciętnego mężczyzny”. Tu chyba “człowieka” byłoby zdatniejsze. Toż to przedstawiciele obcego gatunku! Ci “mężczyźni” dalej też się pojawiają. A skąd wiadomo, że to samce, skoro to gatunki nieziemskie? Jakoś mało zimna ta lodowa planeta, a bohaterowie nadspodziewanie dobrze sobie radzą? Miasto bez mieszkańców, ruchu żadnego w pobliżu, a tylko z dzikimi bestiami, też jakoś specjalnie wiarygodnie nie wygląda. Ale to już moje marudzenie :).

Jest parę błądzików:

– “zwieźliby nas” – zawieźliby;

– “salnej ściany” – skalnej;

– “lokalnego złotą rączkę” – tu głowy nie dam, ale chyba powinno być lokalnej. 

W ogóle mi zresztą ta “złota rączka” nie pasuje. Mechanik nie byłby lepszy?

W każdym razie – przeczytałem z przyjemnością i chętnie spotkałbym się jeszcze z Silverem i Louise.

EDIT: I zapomniałem napisać, że bardzo podobała mi się ostatnia kwestia Silvera. Ale tak to ma czasem chyba każdy rodzic :P.

 

PS. A tak o Louise będą kiedyś grać i śpiewać – https://www.youtube.com/watch?v=cPSs_vnVpbQ 

Miejsce na Twoją reklamę!

Ano mało tego tła, bo mi sie znaki skończyły ;) Za bardzo rozbudowany pomysł przyszedł mi do głowy. Poza tym tak mnie bawiło pisanie dialogów, że może i troszeczkę pokpiłam sprawę szerszej perspektywy. 

Co do męskocentrycznego spojrzenia, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że komuś może przeszkadzać coś takiego. Generalnie irytuje mnie odwieczna wojna damsko-męska, to udowadnianie, kto lepszy, mądrzejszy, ładniejszy. ;) Ale zgodzę się, że obcy niekoniecznie musieli być mężczyznami, mogli być równie dobrze obojnakami. Może Louise tak się wydawało, że to mężczyźni? W końcu człowiek zawsze szuka analogii i lubi wkładać wszystko w znane szufladki.

Mieszkańcy miasta byli… cóż – w mieście ;) Może zimą nie bardzo chce im się wychodzić za mury, bo zimno, a jeśli muszą pojechać do sąsiedniej metropolii, po prostu tam lecą. Może mogłam pokazać więcej tych stateczków wylatujących i przylatujących do miasta. 

Mam nadzieję, że kiedyś Silver i Louise pojawią się wreszcie na półkach księgarni. Pracuję nad tym.

Co do relacji Louise i Silvera oraz jego finałowej kwestii, to rzeczywiście napisałam tę historyjkę pod wpływem rodzicielskich frustracji. Chociaż, na szczęście, moje córki nie są aż tak upierdliwe ;) Przerysowałam to troszeczkę.

 

A muza bardzo fajna :)

Fajne :)

Tekst może bez wielkich fajerwerków, ale ładny. W skali szkolnej – taka solidna czwórka.

Widać, że to dopiero początek większej historii, ale to nie wada, bo jednak opisujesz jakiś zamknięty etap w życiu bohaterów.

Typowa space opera – jakieś nowe rasy, ale bez przesady z wiarygodnością naukową. ;-)

Bardzo dobrze oddana nastoletnia bohaterka. Może trochę przejaskrawiona, ale autentycznie wkurzająca.

Opowiadanie mocno skręca w stronę obyczajówki.

Brakowało mi tu legendy. Ot, ze dwa razy użyłaś tego słowa i tyle. Mam wrażenie, że tekst powstał niezależnie od konkursu, a potem dopisałaś ze dwa zdania.

Warsztatowo całkiem przyzwoicie, tylko paru przecinków brakuje i jakaś literówka się zabłąkała.

Babska logika rządzi!

A to, że przyczynił się do zachwiania równowagi Imperium nie czyni z niego legendy? Wydawało mi się, że tu tworzy się legenda ;)

Ale on to naprawdę zrobił – czyli historia, nie legenda. ;-)

Babska logika rządzi!

Aaa, bo ja to zinterpretowałam w sensie człowiek – legenda, taki ktoś, kto dokonał czegoś niesamowitego i wszyscy o tym mówią. A to miało być legenda w sensie baśniowym? 

Zresztą chyba większość dotychczas publikowanych prac traktuje ten temat podobnie. Sa o ludziach, którzy dokonali czegos na skalę światową, lub też spijali krew własnych dzieci ;)

Myślę, że interpretacja dowolna, nie ma żadnej odgórnie narzuconej. Ale każdy juror ma swoją.

No, wampirzyca z Batorych to już bardziej legenda. Zapewne oparta na ziarnku prawdy, ale bez przesady…

Babska logika rządzi!

Całkiem przyjemna lektura. Gładkie, bezpretensjonalne zdania. Nieźle nakreśleni bohaterowie. Historia trzyma się kupy. Coś bym tu powycinała, głównie z opisówki – zdania dotyczące uczuć/przemyśleń/tonu wypowiedzi, szczególnie w didaskaliach dialogowych – wydaje mi się, że części z nich można się spokojnie domyślić. Miałam też wrażenie, że większość uśmiechów z tekstu jest ironiczna ;) Z uwag technicznych: zdania złożone z imiesłowem czasownikowym (a masz ich kilka) rozdzielamy przecinkiem np. powiedział Sighur, (+) mrużąc czarne oczy.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dziękuję za punkty Finklo i Fleurdelacour :)

 

Jeszcze nie znalazłam tego wąskiego pasa urodzajnej ziemi między przegadaniem a niedopowiedzeniem ;) Ale pracuję nad tym. Przecinków chyba nigdy nie okiełznam w stu procentach, a ironiczne uśmiech, to moja specjalność ;)

Całkiem zacna, nieźle wymyślona i takoż opowiedziana historia. Bohaterowie tworzą dość osobliwą parę, ale uznaję to za plus, bo wyłamują się ze znanych mi stereotypów. Choć niemal od początku podejrzewałam, że Louise i Silver nie są ze sobą przypadkowo, to ujawnienie łączących ich więzi nieco zaskoczyło, ale uważam, że to także plus tego opowiadania.

Jeśli to rzeczywiście początek dłuższej historii, mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane poznać dalsze losy Louise i Silvera. ;)

 

na­chy­li­ła się nad bez­włąd­nym cia­łem… –> Literówka.

 

– Pro­szę, po­móż­cie mu – dziew­czy­na za­wi­sła na ra­mie­niu do­wód­cy. –> – Pro­szę, po­móż­cie mu.Dziew­czy­na za­wi­sła na ra­mie­niu do­wód­cy.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Seg­men­ty, z któ­rych się skła­dał oka­za­ły się przej­rzy­ste, lekko przy­dy­mio­ne, uka­zy­wa­ły lo­do­wy kra­jo­braz. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

omia­ta je wiąz­ką roz­sz­cze­pio­ne­go ni­czym wa­chlarz bla­do-błę­kit­ne­go świa­tła. –> …omia­ta je wiąz­ką roz­sz­cze­pio­ne­go ni­czym wa­chlarz, bla­dobłę­kit­ne­go świa­tła.

 

– Uśpij go, zanim wszyst­ko roz­pie­przy ! –> Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

 

– Gdy­byś się nie ci­skał, może zwieź­li­by nas w bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­ne miej­sce! –> Literówka.

 

Bły­ska­wicz­nym ru­chem chwy­cił ziew­czy­nę za gar­dło. –> Literówka.

 

Szlag by tra­fił cho­ler­ną kulę – szpie­gu­lę. –> Szlag by tra­fił cho­ler­ną kulę-szpie­gu­lę.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Pole si­ło­we bro­nią­ce­go do­stę­pu do bramy… –> Pole si­ło­we bro­nią­ce­ do­stę­pu do bramy

 

Nie do­cie­ra­ło tu świa­tło dnia, cho­ciaż ścia­ny zda­wa­ły się emi­to­wać cie­płe, na­tu­ral­ne świa­tło… –> Powtórzenie.

 

Sia­daj­cie – gru­bas wska­zał im fo­te­le, sam usiadł po dru­giej stro­nie stołu. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Stał w lek­kim roz­kro­ku z opusz­czo­ny­mi ra­mio­na­mi. Dło­nie trzy­mał od­wró­co­ne wnę­trzem ku do­ło­wi i za­gi­nał palce, jakby usi­ło­wał coś utrzy­mać. Głowę miał opusz­czo­ną, a gęsta grzy­wa ster­cza­ła na­je­żo­na od czub­ka głowy aż do ogona. Ubra­ny był tylko w skraw­ki skór opa­sa­ne wokół bio­der. Wokół po­sta­ci… –> Powtórzenia.

 

mia­ła­by do cie­bie wię­cej sza­cun­ku. –> …mia­ła­by dla cie­bie wię­cej sza­cun­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam sporo skojarzeń z klasyczną space operą z lat 80. i 90. Humanoidalni obcy (”obcy z gumowym czołem”), atmosfera przygody, osobliwa para bohaterów. Czytało się też dobrze, choć świat nużył z lekka – brakowało mi czegoś, co wybiłoby mi go w tłumie uniwersów z tego gatunku. Pewnie przez limit znaków, ale jakoś brak tego mocno mi doskwierał.

Sama przygoda fajna, motyw legendy zarysowany, ale nie wybijający się. Przyjemny, choć nie jakiś szczególny koncert fajerwerków. Klika dam, bo to porządny tekst :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Regulatorzy, dziękuje za wyłapanie usterek i słowa uznania. Poprawki naniesione według Twoich sugestii. “Bladobłękitnego” miałam napisane razem, ale ktos poradził mi inaczej ;) Jednak czasem warto używac własnego mózgu 

 

NoWhereMan, dziękuję za klika, cieszę się, że trafiłam w gust :) Z reguły budowanie świata nie sprawia mi trudności, ale tym razem faktycznie zabrakło miejsca 

Cieszę się, Wilczyco, że mogłam pomóc. ;)

A skoro poprawki naniesione, mogę kliknąć Bibliotekę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :)

Miły tekst. Przyznaję, że dobrze się bawiłem podczas lektury. 

Brakuje mu natomiast tego czegoś, żeby wygrać. Gdybym oceniał tekst poza konkursem, pewnie wypadłby lepiej. 

Wszystko było takie… dobre, ale nie wyjątkowe :). 

Nie wiem, kto przyznał Louise ostatni punkt, bo mi znikł panel biblioteczny. Dziękuję bardzo, to mój debiut w bibliotece :)

Nieźle zapowiadająca się większa całość, lekko się czyta i czeka na ciąg dalszy ;) A mówiący w zrozumiałym języku Chewbacca jak najbardziej na plus bez Hana Solo i z córką. Albo owłosiony Ridick. Może to nie krwiożercza Mariolka ale fantastyka w starym dobrym stylu ;)

Czytałem z przyjemnością, opowiadanie jest na tyle lekkie, że nawet nie poczułem sporej liczby znaków. Na pewno nie wszystko przypadło mi do gustu, ale ogólnie tekst wypada dobrze.

Najbardziej spodobał mi się początek. Wstęp do historii, świata; pierwsza akcja; dynamiczny sposób przedstawienia bohaterów… To jest to, co w pierwszej części wyszło fajnie. Zimowy świat wyszedł interesująco.

Jeśli chodzi o bohaterów – udało się wykreować bardzo charakterystyczne jednostki. Na pewno Louise czasem wypadała mniej wiarygodnie, chyba zdarza Ci się przesadzić z jej… no, trudnym charakterem. W sumie chyba wolałbym już spotkać Silvera ;)

Najmniej podobała mi się końcówka. Nie chcę się czepiać samej historii, mam za to wrażenie, że opowiadanie najlepiej wypada we fragmentach prawdziwej akcji. Dialogi pod koniec zaczynają delikatnie śmierdzieć infodumpami i w niektórych miejscach może to zazgrzytać. Chociaż podsumowując całą fabułę, jest satysfakcjonująca. Zakończenie jak dla mnie też ok.

Wykonanie wydaje się trochę nierówne. Czasami wyszły naprawdę ładne zdania. Z drugiej strony niezręczności jest sporo – powtórzenia, dziwnie stawiane przecinki i niezbyt płynne zdania. Ale ogólnie jest całkiem nieźle – styl nie przeszkadzał mi w lekturze, choć wymaga jeszcze trochę pracy.

Przyznam, że podczas czytania dobrze się bawiłem. A o to chyba chodzi, nie? ;) Tekst na pewno zasługuje na bibliotekę.

Super, cieszę się, że nie przynudzam

Dodam jeszcze, że co do legendy, definicja «o osobie otoczonej niezwykłą sławą» chyba całkiem nieźle tutaj pasuje.

Bardzo lekkie i przyjemne w odbiorze czytadło. Śmiem twierdzić, że przy współpracy z odpowiednim redaktorem napisana w ten sposób (warsztatowo, językowo) opowieść mogłaby się spokojnie ukazać drukiem w jakieś serii przygodowej fantastyki dla młodzieży. Zdania tworzysz okrągłe, przez większość tekstu snujesz historię płynnie i bez zgrzytów. Tu i ówdzie zdarzają się lekkie potknięcia i wertepy, ale żadnych poważnych turbulencji technicznych nie napotkałem (dlatego nie będę wyszukiwał i wytykał takich zgrzytów).

Oczywiście głównym zarzutem może być brak zaskoczeń i większych wzruszeń podczas lektury, dosyć sztampowa i przewidywalna fabuła oraz bohaterowie wzorowani na postaciach z innych, podobnych fabuł. Dramaturgia ma letnią temperaturę, większość emocjonujących wydarzeń miała miejsce w przeszłości i tylko się o nich wspomina, ale odpowiednią dawkę emocji budzą relacje na linii ojciec-córka i otwarte pozytywne emocjonalnie zakończenie. Ogólnie pewna wtórność i średnia oryginalność historii w tym przypadku nie jest wielkim zarzutem. Para protagonistów jest odpowiednio sympatyczna, fajowa i na tyle umiejętnie skonstruowana, że w takiej formule doskonale się sprawdza. Silver jest odpowiednio czadowy i ma swoją tajemnicę, Louise na pewno przejdzie jakąś metamorfozę, jeśli tylko dać jej szansę w rozwinięciu historii. A akcja, mimo że toczy się leniwie to jednak potrafi zainteresować. Paradoks jakiś :)

Tekst broni się jako samodzielna historia (bez szczególnych kulminacji, twistów czy zaskoczeń), ale zarazem czuć wyraźnie, że to ledwo wprowadzenie. Tym bardziej doceniam zabieg ze stopniowym odkrywaniem sekretu Silvera i prawdy o wzajemnych relacjach bohaterów.

Przez chwilę miałem skojarzenia z filmem "Jupiter Ascending". Gdzieś w tle przewinął mi się Star-Lord ze "Strażników Galaktyki". Prawdopodobnie przez tę wzmiankę na początku, że Louise jeszcze niedawno nie miała pojęcia o pozaziemskich formach życia. Zaraz wyobraziłem sobie, że podobnie jak Star-Lord, porwana została (przez kosmicznego gangstera) z naszej współczesnej Ziemi i wrzucona w wir galaktycznych przygód (poniekąd także jak komiksowy Storm). Ale skoro jest ona owocem kontaktu Silvera z Ziemianką, a sam Silver ma częściowo ziemskie DNA to chyba jednak nasza Ziemia w Twoim universum jest na innym etapie. Swoją drogą, rzeczywiście mało wiarygodne te mieszanki obcych ras. Jak rozumiem, Louise wygląda zupełnie jak normalna dziewczyna, podczas gdy jej ojcem jest zarośnięty kosmita. Ale skoro to space opera przygodowa to nie będę wnikał w takie detale. Pewnie mogłabyś to jakoś uzasadnić w rozwinięciu.

Wątek legendy spokojnie mieści się moim zdaniem w granicach tolerancji konkursowej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Witaj!

 

Przyszla kolej i na Louise.

Tekst jest dobry, nawet więcej. Można do tego spokojnie dobudować dalszą historię, ale i ten jej etap prezentuje się dobrze. Lekko napisane. Uwierały mnie delikatnie powtórzenia, można by też część znaków wyciąć a wpleść trochę zdań ożywiających świat.  Albo tak mi się wydaje.

Popieram, że napisane w taki sposób, że nic tylko popracować z redaktorem (bo choć sam jeszcze z żadnym nie pracowałem, to ponoć sprawia to cuda na kiju). Ale tu cudów nie potrzeba, bo już jest solidnie a ilość znaków na liczniku nie sprawiła kłopotu.

Bardzo fajnie zbudowana postać irytującej nastolatki i jej więzi z Silverem.

Bardzo fajny klasyczny space-operowo-młodzieżowy(?) klimat.

Bardzo fajne ostatnie zdanie.

 

W moim prywatnym rankingu konkursowym, jak dotąd wysokie miejsce ;-)

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

który zinterpretowała, jako śmiech.

świat przed oczami Louise rozpadł się na miliony błyszczących drobinek i uformował na nowo. Zamiast roziskrzonego słońcem śniegu, otaczało ją wnętrze pojazdu. Segmenty, z których się składał okazały się przejrzyste, lekko przydymione, widać było przez nie lodowy krajobraz. Chwilę później pojawił się obłok wielobarwnego pyłu, który ukształtował się w lewitujące nad podłogą nosze z Silverem, przypiętym do nich pasami. Trzech eskortujących go załogantów wycofało się

na śmierdzący statek – arenę, a cały wysiłek Silvera(+,) by ich stamtąd wyrwać(+,) pójdzie na marne. ← żeby nie mylić czytelnika, pasowałoby napisać statek-arenę

nie musiała brać odpowiedzialności za decyzje. ← czy tutaj nie jest mowa o jednej decyzji (a więc decyzję)?

bez widocznych źrenic, czy okalającego tęczówki białka.

musiał bronić ich oboje. Przeoczył nabity ← podwójna spacja

powiedziała(+,) przełykając ślinę.

powiedział mrukliwie Silver, niskim

Chwilę siedział zgięty wpół po pas w śniegu, zgięty wpół zanim ruszył na rekonesans.

Z reguły niechęć, gniew i rezerwę, albo znużenie

dlaczego Silver okazał się tak cenny(+,) że różne istoty są skłonne do siebie strzelać, by go dostać w swoje ręce.

do karkołomnych zadań, albo zabawiania żądnej krwi gawiedzi.

irytującą nastolatką. Nadmiar mięsa ← podwójna spacja

statek, który zgodziłby się tam polecieć. ← rozumiem, że statki w twoim uniwersum mają własną wolę i muszą zgodzić się na lot? ;>

wyminęła go(+,) szturchając ramieniem i poszła(+,) tupiąc głośno.

dziwolągiem, ale przyzwyczaił się, że mieszanka genów, którą mu zafundowano, objawiała się najdziwniejszymi cechami.

jednak Louise była zupełnie inna, niż jej matka

Jak każdy dzieciak w jej wieku uważała się za kogoś wyjątkowego, jednak odkąd przekonała się, jak bardzo się różni, nie mogła otrząsnąć się z szoku. ← nie rozumiem tego zdania. Czy nie ma tu zgubionego słowa, np. przekonała się, jak bardzo się różni od innych, albo przeciwnie, przekonała się, jak bardzo rzeczywistość różni się od jej przekonań?

chciał postawić z powrotem do pionu, ale wyrwała się(+,) prychając z wściekłości.

odparła(+,) zadziornie podnosząc głowę.

Louise prychnęła, niczym rozdrażniona kotka

co przypominałoby drzwi, czy jakiekolwiek wyjście

W mieście niebo miało inny kolor ← byłoby fajnie podać ów kolor

Powoli zdjęła rękawiczki ← ale przecież już rękawiczek nie miała, bo Silver wrzucił je do gorącego źródła?

a potem przyłożył ją do piersi(+,) odwracając kciukiem od siebie.

skuwać rąk, czy zamykać w bańce pola siłowego.

– Staram się być uprzejmy i pokazać dobrą wolę, ale nie jestem samobójcą(+.) – Sighur rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.

Usiłowała patrzeć na każdego członka obstawy ustawiających się w szyku wokół nich ← forma czasownika nie pasuje do podmiotu

– Poza miastem jest tylko pustynia – odpowiedział. Ucieczka jedynie przedłużyłaby agonię. ← czy ostatnie zdanie to nie jest przypadkiem wypowiedź?

Polityka, to gra.

smugi kolorowego światła(+,) splatające się

zapytał(+,) starając się

Odchylił się na oparcie fotela(+,) krzyżując ręce na piersiach.

i zawisł(+,) skrywając od pasa w dół skupioną postać.

choć wszyscy uważali, że to tylko teoria ← przemyślałabym końcówkę zdania, słowo “teoria” mi zgrzytnęło

– Raczej nie(+.) – Silver nawet nie spojrzał

które mają jakiekolwiek znaczenie gospodarcze, czy polityczne.

którą popełniłeś na załodze stacji(+,) wysadzając ich w powietrze ← skoro załodze, to wysadzając ją

Silver milczał(+,) przetrawiając propozycję. Miała

powiedziała powoli(+,) ważąc słowa.

 

Opinia o fabule po głosowaniu.

Życzę powodzenia! :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Jak każdy dzieciak w jej wieku uważała się za kogoś wyjątkowego, jednak odkąd przekonała się, jak bardzo się różni, nie mogła otrząsnąć się z szoku.

Podpinam się pod opinię Naz, też miałem z tym zdaniem problem ;-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dzięki Mytrixie za entuzjastyczny komentarz :) Mnie się już zdarzało pracować z redaktorami i rzeczywiście drobiazgowo wyczesują wszelkie niedoróbki. Tutaj nie miałam dostępu do tak zaawansowanej pomocy, zrobiłam co mogłam przy pomocy bet. 

Kiedy wpadłam na pomysł tej historii, miałam nadzieję napisać ją dla dorosłych, ale nie bardzo wyszło. Cóż, jak się nie ma co się lubi, to się cieszy, że wyszło cokolwiek ;)

 

Mr.marasie, z tą wtórnością tak bywa, że często wpada się na te same pomysły niezależnie. Silver powstał w 2008 roku, ale dotąd nie miałam odwagi się nim afiszować. Dopiero teraz zapuszczam papierek lakmusowy ;)

Naz, dziękuję za wyszukanie będów, wieczorem przyjrzę się temu i naprawię :)

@Naz

 

statek, który zgodziłby się tam polecieć. ← rozumiem, że statki w twoim uniwersum mają własną wolę i muszą zgodzić się na lot? ;>

W sumie były takie statki obdarzone własną wolą, u Ann McCafrey, którą czytałam w poprzedniej epoce, kiedy jeszcze wypasało się dinozaury ;) Ale rzeczywiście, w moim świecie statki potrzebują pilotów

 

Powoli zdjęła rękawiczki ← ale przecież już rękawiczek nie miała, bo Silver wrzucił je do gorącego źródła?

MIała zapasową parę, jakby jej zamokły od śniegu. Tatuś pomyślał i o tym ;)

 

– Poza miastem jest tylko pustynia – odpowiedział. Ucieczka jedynie przedłużyłaby agonię. ← czy ostatnie zdanie to nie jest przypadkiem wypowiedź?

Uznałam, że sobie to tylko pomyśli, żeby jej nie straszyć. Ale jak się nad tym teraz zastanawiam, to chyba jest to dość oczywiste, żeby wyrzucić to stwierdzenie. Czy myślisz, że powinien jej to uświadomić?

 

Co do reszty zgadzam się i wolnej chwili poprawię :) Jeszcze raz dziękuję

 

 

Gotowe. Poprawki wprowadzone. 

W związku z tym, że jakoś nie potrafię pisać konstruktywnych komentarzy, to poprzestanę na stwierdzenie, że bardzo mi się podobało. Tekst wciągnął od samego początku i gładko płynęłam, aż do samego końca. Jak zauważyła w swoim komentarzu Finkla, opowiadanie raczej obyczajowe i pewnie dlatego wzbudziło moje zainteresowanie. 

Bohaterowie żywi, ciekawi, a momentami nawet irytujący. Początkowo myślałam, że coś będzie między Louis a Silverem, a owoc tego czegoś będzie legendą, a tu niespodzianka – tatuś. :)

Legenda… no cóż, uznajmy, że Silver jest legendą.

Louise skuliła się na wspomnienie hordy czworonogów wielkości doga angielskiego,

Myślę, że miałaś tutaj na myśli raczej doga niemieckiego, chyba że Anglicy do tego czasu wyhodowali nową rasę. :)

 

 

Dzięki, faktycznie dałam ciała z tym dogiem ;) Dog angielski, to mały, słodki buldog :D

Ech, żebym ja był trzydzieści lat młodszy…

Chociaż, tak naprawdę wcale się przez te lata nie zmieniłem.

Bardzo fajne, porządnie poprowadzone i dobrze napisane opowiadanie. Pierwsza scena, z kilkoma zaskoczeniami wciąga, potem pojawia się kolejny haczyk, gdy Louise zwraca się do Silvera w ziemskim języku i dalej odsłaniasz historię po kawałku, a gdy wydaje się, że wiemy już wszystko, masz jeszcze w zanadrzu materiał na finał.

U mnie było bardzo blisko do piórkowej nominacji, zabrakło tylko jakiegoś uszczypnięcia w duszę. Ale póki co, do konkursowej piątki się mieści.

I jeszcze jedno – uległem przekazowi podprogowemu. Tytuł (zbliżony do “Louve”), Twój nick i ta pierwsza scena ze zwierzakiem w śnieżnej jamie. Z czym to się mogło skojarzyć? Ech, ta młodość…

Ale póki co, do konkursowej piątki się mieści.

U mnie też się mieści, ale jeszcze sporo tekstów do przeczytania :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

A ja dam Ci szóstkę.

Wiesz dlaczego? Po pierwsze, bo popłynęłaś z tą historią i przeczytałem bez marudzenia jednym ciągiem. Po drugie, uwielbiam ten gatunek. Mam wrażenie, że czasem space operę traktuje się tutaj jako lekko wstydliwy gatunek, taki infantylny. Ale mam to w nosie, lubię i tyle. I sam piszę. :)

Niestety, ciężko trafić na zacne, dojrzałe i dobrze poprowadzone historie w tym stylu. Zwykle trafiają się mi nieudolne próby, od których aż bolą zęby. Nie wiem, może mam pecha. Tym bardziej się ucieszyłem, bo historia jest świetna. I nawet jak w pewnym momencie przewidziałem częściowo rozwój fabuły, czy tam zaświtało trochę infodumpów w końcówce, to mi to zupełnie nie przeszkadzało.

Najgorszym zgrzytem, aż się skrzywiłem, był ten porzucony jacht w hangarze. Tak sobie stał, nikomu niepotrzebny i ci, ze slamsów, nawet się nie pofatygowali. Ale skóry na zaawansowane części, to już wymienili. Szczegół.

Nie mniej jestem bardzo kontent z literatury i nawet nominuję.

Takiej fantastyki szukam. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Wiesz, Wilczyco, to prawie 60 tysięcy znaków, a twoje opowiadanie to faktycznie… fragment. Wrzucasz nas w sam środek akcji, a kończysz ją dosłownie chwilę po tym. :) Dwójka bohaterów ma wyruszyć na akcję i koniec. W filmie takie opowiadanie nazywa się wprowadzeniem i zajmuje jakieś pierwsze 15-20 minut całości, a dopiero później wszystko się zaczyna. Czuję więc pewien niedosyt.

Rzadko też zdarza mi się "ingerować" w tekst. Najczęściej kupuję go albo nie. U Ciebie część fabuły mi nie pasuje. Na przykład, wypuszczenie Silvera i Louise na wolność. Ja wiem, żeby ich sprawdzić, ale cienkimi nićmi to pisane. To tak naprawdę fragment po to, żebyś mogła się pobawić wzajemnym stosunkiem bohaterów do siebie, pokazać go czytelnikowi, ale same jego umiejscowienie wydaje się nie do końca trafione. I idąc za ciosem, niezrozumiałe jest dla mnie zachowanie małej. Z jednej strony bardzo się boi Silvera, że rozerwie ją, jak wstanie z noszy, a zaraz potem obrzuca go epitetami w co drugiej wypowiedzi. Nie łapałem tego, aż okazało się, że jest jej ojcem. Tylko po co czekałaś z tym tak długo? Dla lepszego efektu zapewne, ale byłby równie dobry trochę wcześniej, a przynajmniej zachowanie dziewczyny byłoby bardziej jasne. Dalej już gładko, super Silver, warty całe miasto, dostaje propozycję akcji. Cóż, czegoś mi zabrakło w finale.

Podsumowując, sprawnie napisana historia, ale to raczej wstęp do opowieści. Ciekawy świat, a nawet skrawek kosmosu. Obiecujący bohaterowie, tylko wrzuceni w nie do końca logiczne dla mnie sytuacje. Porządny materiał na coś dłuższego.

Pozdrawiam. 

Coboldzie, a w czym Ci przeszkadza wiek? Ja też młodzieńcze lata mam dawno za sobą i dusza chciałaby pobrykać, ale ciało źle znosi wysiłek fizyczny ;) Pozostaje tylko pisać przygodowe kawałki ;) No, szkoda, że nie zdołałam uszczypnąć Cię w duszę, może kiedy indziej.

 

Zalth, dziękuję za szóstkę, poprawiła mi humor i mile połechtała ego :) Cieszę się, że nie tylko ja lubię odpocząć od poważnych rozważań przy nieskomplikowanych, acz wciągających historiach. Wcale nie jest łatwo taką napisać. Zawsze jakieś zgrzyty się trafią. Zwłaszcza, kiedy w trakcie pisania opowiadania pomysł nagle rozrasta się jak ciasto drożdżowe do rozmiarów powieści, a trzeba to zmieścić w 60 tyś znaków i zaczyna się szukać dróg na skróty. Dziękuję za nominację :)

 

Darkonie, Louise nie tyle boi się Silvera, co go szczerze nienawidzi. Wyszłam od schematu, w którym nastoletnie potomstwo uważa wapniaków za największy powód do wstydu. Matka i ojciec zawsze robią “siarę” (czy jak to się teraz nazywa), bo nie tak się odezwą w ocecności kolegów ze szkoły, albo nie daj Boże dadzą buziaka pod szkołą, albo ku rozpaczy swych latorośli wezmą udział w osiedlowym konkursie tańca towarzyskiego. Rodzice bywają przedmiotem rozpaczy, a co może poczuć zbuntowana nastolatka, kiedy okazuje się, że jej stary to kudłaty dziwoląg z pazczą pełną zębów? Od tego nie da się niezwariować. MOże rzeczywiście zbyt długo ukrywałam prawdziwą naturę ich relacji, ale założeniem było rozdrażnić czytelnika jej zachowaniem, a potem pozwolić mu na refleksję i zrozumienie jej motywów ;) Taki mały eksperymencik socjologiczny, możliwe, że średnio udany ;) 

 

Spodobało mi się. Zwłaszcza to, jak bohaterowie się z sobą droczą, świetna choćby ostatnia wymiana zdań. ;) Miałem skojarzenia z Gwiezdnymi Wojnami, może przez imperium i to, że Silvera wyobrażałem sobie jako Chewbaccę. Trochę brakowało mi wcześniejszego określenia, do czego dążą bohaterowie, tego "haka". No i też zabrakło mi większej oryginalności, jakiegoś przełamania schematu.

Bibliotekę bym klikał bez dwóch zdań, nad nominacją się wahałem. Wahałem się i wahałem jak jakieś wahadło, więc niech lepiej powaha się loża. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Podstawowy grzech tego opowiadania, ale kalibru naprawdę gigantycznego, to postać głównej bohaterki. Miała wyjść buńczuczna, wygadana i zadziorna, a wyszła totalnie antypatyczna, wręcz nie do zniesienia. Nie znajduję żadnego, żadnego powodu, dla którego dałoby się lubić tę postać. I tutaj się robi problem, bo za każdym razem, gdy smarkula się odzywała, życzyłem jej śmierci. Gdy się okazało, że jest spokrewniona z Silverem, autentycznie się zmartwiłem, bo to oznaczało, że szanse na upragniony zgon drastycznie zmalały. Nie mówię, że postaci, zwłaszcza główne, należy lubić – to nawet ciekawe rozwiązanie wzbudzać do nich negatywne emocje. Tylko że zabrakło mi wyważenia; nie dajesz trochę pozytywów, trochę negatywów, tylko same negatywy. Jeśli zamierzasz kontynuować tę historię, postać Louise jest według mnie do ponownego rozważenia i remontu.

A jak historia? Satysfakcjonująca. Jak na moje gusta trochę za wolno się wszystko rozgrywa, zwłaszcza na początku. Świat i fabuła niczym się nie wyróżniają i bijąca z nich pewna wtórność sprawia, że trudno chyba będzie zapamiętać ten tekst na dłużej. Niemniej świat jest zbudowany konsekwentnie; podobało mi się, że w finale nawiązałaś do paru wspomnianych wcześniej smaczków, stosując zgrabną klamrę (np. Mabun) i że zakończenie zaskakuje, ale nie jest przesadzone. Tutaj na szczęście równowaga się znalazła. Do tego scena, gdy Silver uczy Louise walki – starcie rozsądku z młodzieńczą głupotą – bardzo mi się spodobała.

Ha ha ha, Mr.Brightside, to jest wielce trafna opinia o smarkuli. Szczególnie rozbawił mnie fragment o zgonie laugh. Byc może w rozszerzonej wersji zdoła błysnąć szlachetniejszą stroną charakteru. Myślę, że metody wychowawcze Silvera w końcu dadzą pozytywny rezultat ;)

Wracam z komentarzem piórkowym.

Dobra przygodówka. Space opera w starym stylu. Czytało mi się dobrze, ale zabrakło czegoś, co Cobold nazwał “uszczypnięciem w duszę”. Czegoś, co by zostało ze mną na dłużej. Bo po przeczytaniu powiedziałem sobie “fajnie się bawiłem”, ale już następnego dnia nie pamiętałem szczegółów. To dobre “Avengers”, ale nie “Imperium Kontratakuje”. Dobra rozrywka, jakiej wiele widziałem – gdyby jeszcze ktoś krzyknął “Luke, jestem twoim ojcem”. Stąd jestem na NIE, choć było blisko.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

To ja też wracam, bo nad tym opowiadaniem zastanawiałem się najdłużej.

To widzisz nie jest tak, że jestem miłośnikiem tadżyckiego dramatu psychologicznego. Jak się tekst dobrze i gładko czyta to sama radość. Ale zabrakło mi jednej myśli, jednego zdania, które by wywołało dreszcz. Niechby to nawet był dreszcz zazdrości, ale żebym się zatrzymał i pomyślał “skubana Wilczyca… A niech ją…”. ;)

Ale będę zaglądał do Twoich kolejnych opowiadań!

Koherentny i konsekwentny koncept jest dla mnie tym finalnym muśnięciem pędzla, o którym mówicie. Jeśli szukacie słowotrysków, to poczytajcie Cerlega, ale nie motywujcie głosu na NIE brakiem budzącego zachwyt zdania czy przemyślenia. Wcale nie jest łatwiej napisać dobre opowiadanie rozrywkowe niż dramatyczne.

Wcale nie jest łatwiej napisać dobre opowiadanie rozrywkowe niż dramatyczne.

Ależ masz całkowitą rację, MrB. Pisałem o tym przed chwilą w komentarzu do opowiadania Darcona. Sam często muszę się powstrzymywać, żeby nie pozabijać wszystkich swoich bohaterów;) Dlatego doceniam opowiadania, które są po prostu fajne i właśnie, jak zauważyłeś, konsekwentne w swojej stylistyce. Ale na piórko muszą się jeszcze czymś wyróżnić.

I powtarzam, to była dla mnie najtrudniejsza w tym miesiącu decyzja.

No trudno. Następnym razem będę się starać uszczypnąć kogoś w tyłek… to jest – w duszę oczywiście ;)

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Tekst zawiera sporo fajnych rzeczy, ale moim zdaniem to jeszcze nie jest poziom piórkowy. Pokazałaś typową space operę, z obcymi rasami, z konfliktami, zaawansowaną techniką… Rasa bohatera wydaje się być Twoim głównym wkładem w literaturę.

Opowieść koncentruje się na stosunku zbuntowanej nastolatki do świata. Nie przeczę – jest dobrze pokazany. Ale to obyczajówka, a ja bym wolała więcej fantastyki. A już na pewno w piórkowych tekstach.

Babska logika rządzi!

Kto późno przychodzi, ten nie bardzo ma coś nowego do dodania. Dlatego krótko powtórzę pewnie to, co już zostało napisane. 

Najpierw na widok długości tekstu jęknęłam, za co przepraszam i co odszczekuję, bo nawet nie zauważyłam, gdy dotarłam do końca opowieści. Dobra przygodówka, napisana przyzwoicie. Jednak nie było tu fajerwerków (że sobie pozwolę sparafrazować NWM). Opowieść wydaje się fragmentem, czy może wstępem do czegoś więcej. Świat jest ledwie słabym tłem, a główne skrzypce gra tak naprawdę historia obyczajowa (bo jak wygolić kosmiczne ozdobniki, to nie zostanie nic z fantastyki). Lubię, gdy autor puszcza czasem oczko do czytelnika nawiązując do czegoś (czegokolwiek), jednak tu momentami miałam wrażenie, że wzięłaś znane motywy, sceny, elementy i poskładałaś je w nową mozaikę. Nie na tyle jednak nową, bym mogła nazwać ją wystarczająco oryginalną. 

Podsumowując – tekst jako taki oceniam pozytywnie, lubię taką rozrywkę, ale to trochę mało na najwyższe wyróżnienie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tak samo jak poprzednicy, mam wrażenie, że przeczytałem fragment. Brakuje mi to jakiejś mocniejszej fabuły, która ma początek i koniec. Ta historia jest fajna, ale czegoś w niej brakuje. Jest tu kina ciekawych wątków i pomysłów, ale nie wykorzystałaś ich do końca. 

Postacie są interesujące. Może nie jakoś szczególnie oryginalne, ale nie są też sztampowe. Są przynajmniej w miarę autentyczne (w zachowaniach oczywiście), a to już coś. 

Co do motywu legendy, nie zamierzam czepiać się. Dla mnie jest wystarczający i nadaje się na konkurs. Rozumiem, o co Ci chodziło. Choć czy opowiadanie ma szanse man wygranę, to już pewne nie jest…

Tekst jest lekko napisany, dlatego dobrze się go czyta. Opowiadanie jest płynne i to jedna z jego zalet.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Przyzwoity tekst. Napisany nieźle, choć trochę potknięć się zdarzyło.

Całość wydaje mi się trochę za rozwlekła. Odniosłem wrażenie, że konstruujesz zbyt długie sceny. To Twoja historia, ale gdybyś mnie poprosiła o betę – i była chętna do mocnych zmian – doradziłbym rozpoczęcie historii w momencie porwania albo chociaż opis tego uprowadzenia jako prolog. No ale niektórzy tutaj krzyczą na tych, którzy “mówią, jak pisać”, więc zaznaczam tylko, że ja bym tak zrobił ;)

Bo choćby początkowa scena z pojmaniem i wypuszczeniem mogłaby być zastąpiona czymś innym. Wydarzenia są w sumie tłem dla odkrywania tajemnicy Silvera. Zresztą, dziwne jest, że dopiero teraz się tak lepiej poznają, a nie wcześniej – bo z tekstu wynika, że mieli jakieś wspólne doświadczenia, coś tam z areną, nie? 

Jest parę naiwnych momentów. Choćby to, że na początku pozwalają Silverowi zdemolować pomieszczenie, żeby zobaczyć, jak spisze się Louise. Poza tym momentami zachowanie – a przynajmniej opis zachowania – dziewczyny drażni. 

Postaci skonstruowałaś wyraziste, za to plus. 

Skojarzyło mi się trochę z najnowszym “Thorem”. 

Rozwiązanie fajne, ostatnie zdanie – miodzio. 

Tytuł – do bani. Nie chciało się wymyślić niczego lepszego? Bo trudno o coś mniej zachęcającego niż nic nie mówiące imię. Poza tym skoro to Silver jest legendą, to już prędzej jego imię by się nadawało. 

Legendy w legendzie trochę mało. A szkoda, bo bardziej wyeksponowany motyw ojca-legendy mógłby wyjść ciekawie. I ogólnie nadanie tekstowi więcej psychologicznego czy egzystencjalnego ciężaru mogłoby się przydać. Coś, co by sprawiło, że tekst mnie poruszy, zostanie w pamięci. Fajnie o tym napisał Cobold. No po prostu chciałoby się dostać coś, co wywołałoby choć trochę zachwytu. 

“Nie wiedziała, z kim ma do czynienia, ale wystarczyło jej, że byli cywilizowani.

Krzyczała, podskakiwała i wymachiwała rękami nad głową, ale pojazd niknął w oddali.”

 

“Milion piegów na jej twarzy nie dodawało powagi” – Milion nie dodawał

 

“Po chwili zastanowienia[-,] kiwnął głową pozostałym i zabrzęczał coś, co zabrzmiało jak polecenie.”

 

Uniósł głowę i odkrył, że jest unieruchomiony, co skwitował donośnym rykiem. Uniósł wargi…”

 

“Kiwnął zachęcająco ręką, a kiedy postąpiła kilka kroków w stronę noszy, za plecami wyrosła energetyczna kurtyna oddzielająca resztę załogi od niej i Volarianina.”

Wiem, że to boli, ale brakuje tu jednego zaimka – za jej plecami albo wyrosła jej

 

“– O co ci chodzi? Odrobina cywilizacji cię nie zabije[+!] – wrzasnęła, wygrzebując się z zaspy.”

 

“– Co tam robisz?[+!] – wrzasnęła, ale odpowiedziało jej echo. – Żyjesz, głupku?”

 

“– Dziękuję, mam się dobrze. – Zabrzmiała sarkastyczna odpowiedź.”

Nie do końca prawidłowy zapis dialogu. Albo bez kropki po kwestii mówionej i “zabrzmiała” małą literą, albo trzeba troszkę przeformułować, by puryści dialogowi się nie czepiali, że “zabrzmiała” nie jest dostatecznie dobrym odgłosem paszczą.

 

“– Specjalnie zrobiłeś to całe przedstawienie?[+!] – wrzasnęła rozwścieczona do granic.”

 

“…ciało Silvera szybko się regenerowało, więc wystarczył dwudniowy odpoczynek, żeby wrócić do pełnej sprawności.” – Nie do końca gramatycznie wyszło. Albo wrócił do sprawności, bo Silver, albo wróciło, bo ciało.

 

“…nawet nie próbował proponować tego Louise. [-spacja]Wokół doliny, w której osiedli znajdowało się kilka gorących źródeł…”

 

“– Widziałaś, żeby ktoś tu się kąpał[-,] albo cokolwiek pływało?”

 

“– Celuj w szczękę[-,] albo żołądek.”

 

“…najprawdopodobniej znajdą śmierć z wychłodzenia[-,] albo w paszczy drapieżnika…”

 

“Na łysej głowie, pokrytej zielonkawo niebieskimi plamkami[+,] nosił opaskę z emblematem o skomplikowanym wzorze.”

 

“Pozwoliła sobie na głębszy oddech, a na jej twarzy odmalowała się ulga. Rozejrzał się, ale nie znalazł niczego, co przypominałoby drzwi czy jakiekolwiek wyjście. Spróbował rozbić panoramiczne okno trzonkiem noża, ale pomimo wysiłków nie zdołał zrobić nawet rysy.”

 

“Ściana po drugiej stronie pękła gwiaździście i rozsunęła [+się] tworząc kolisty otwór…”

 

“– Siadajcie[+.]gGrubas wskazał im fotele, sam zajął miejsce po drugiej stronie stołu.”

 

“…nie było wątpliwości, że przedstawia Silvera[-,] albo kogoś do złudzenia go przypominającego.”

 

“Przefarbujesz sierść i łatwo wtopisz się w tłum, jeśli zajdzie taka potrzeba – Sighur rzucił [+Sighur] od niechcenia i niedbale machnął ręką. – Uruchomisz stację transportową. Dla mnie.”

 

“Stawiała nogi[-,] jak automat, oszołomiona tym, co miało się wydarzyć.”

 

“W końcu podniosła głowę i nie udając dłużej obojętności, walnęła go pięścią w ramię. – Wypadałoby zrewanżować się jakimś komplementem!”

Kwestia dialogowa powinna być zapisana od nowego wiersza.

 

Sama się sobie dziwię (:p), ale podobało mi się Twoje opowiadanie, Wilczyco. Zawiera wszystko, co space opera zawierać powinna. Trochę może średnio mnie obszedł wątek z tym, jaki to Silver niby jest specjalny, ale fajnie wyszła cała reszta – sceneria, klimat, postacie i Silvera i megawkurzająca Louise. Co do Louise, to uważam, że tytuł jest taki nijaki, mogłaś pokusić się o coś bardziej przyciągającego uwagę. Niemniej czytało mi się dobrze, udany mi się wydaje sposób przedstawienia relacji między postaciami, fajnie też, że dla odmiany w duecie on+ona mamy inną relację niż “potencjalna para”.

Generalnie gratuluję udanego opowiadania ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przyjemny w czytaniu tekst, w którym zainteresował mnie i świat, i postacie (i relacje między nimi), i sposób zrealizowania motywu legendy. Miałabym jakieś uwagi stylistyczne, ale nic, co by zakłócało przyjemność z lektury.

Nowa Fantastyka