- Opowiadanie: Cornelius - Kuchnia polska

Kuchnia polska

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

Kuchnia polska

Szare oczy doktor Imgard Wrońskiej wyrażały bezradność. Pozbawione intelektualnego błysku, zdawały się mówić: „nic nie poradzę”. A przecież kto, jeśli nie ona. Któż, jeśli nie znana terapeutka, uwielbiany coach i znawczyni ludzkiej duszy. Dla mnie, jeszcze przed tą krótką chwilą, ostatnia deska ratunku.

Na beżowych ścianach, ułożone w estetycznym nieładzie certyfikaty w antyramach przekonywały o profesjonalizmie. The Boston University of Professional Life Coaching budził nadzieję, Adler School of Professional Psychology − sugerował umiejętność rozwiązywania większości problemów. Tylko że moje problemy wymykały się uniwersyteckim programom.

Rozejrzałem się po gabinecie.

Urządzony był minimalistycznie. Bez sztukaterii, parę prostych mebli, kozetka przypominająca bardziej fotel dentystyczny niż leżankę doktora Freuda. Jedynym dysonansem był bidermajerowski fotel, na którym spoczywała starsza pani w jasnobrązowej garsonce od Hugo Bosa i wyglądzie posłanki Pawłowicz. Pomieszanie z poplątaniem, niemal identyczne jak w moim życiu.

− Czyli nic? − spytałem szeptem, którego delikatne wibrato zdawało się trwać i niepokoić. Burzyło stabilność i drwiło z certyfikatów.

Doktor Wrońska zrobiła nieokreślony ruch głową.

− Czytałam − zaczęła niepewnie − o terapeutycznym pisaniu. − Chodzi o to, żebyś opisał wszystko. Grafomańsko, tak jak umiesz. Bez odrywania ręki, bez skreśleń, bez przejmowania się gramatyką i ortografią. Rób błędy! − mówiła coraz szybciej, jakby ją samą podniecało proponowane rozwiązanie.

− Mam robić błędy? − wtrąciłem. − Moja nauczycielka powtarzała, że robienie błędów jest niemoralne. Pod wielokroć niemoralne, gdy dotyczy własnego języka.

− No tak, ale ty przecież nie potrafisz dobrze pisać, choćbyś nawet bardzo się starał i tak wyjdzie z tego grafomania. Chodzi o to, by wyrzucić z siebie trapiące problemy. Grafomania leczy. Są liczne dowody!

Wzrok utkwiłem w broszce o kształcie jeżozwierza, przypiętej tuż nad lewą piersią.

Jeżozwierz ewidentnie falował.

− Metoda ta pomogła jednej z moich studentek pokonać traumę z dzieciństwa. Pewnego dnia po przebudzeniu stwierdziła, że mówi z wyraźnym francuskim akcentem. Od tamtej chwili miała wrażenie, że jest dzieckiem adoptowanym.

 

Pani doktor nie myliła się, istotnie nie miałem doświadczenia w pisaniu. Parę brzydkich wyrazów na murze i hasło, że „Łysi żyją krucej” wysmarowane na bloku w wieku dziewięciu lat, jako zemsta na wuefiście, wyczerpywało listę moich literackich dokonań. Czułem, że powinienem skorzystać z porady. Nie odrzuca się propozycji, za którą zapłaciło się trzysta pięćdziesiąt złotych. 

 

Po powrocie do domu wygrzebałem stary zeszyt i pamiętając, żeby pisać ciągiem, bez namysłu i lekceważąc dbałość o styl, zacząłem od ogólnej prawdy, a potem już jakoś poszło.

 

„Człowiek racjonalny powinien unikać internetowych randek, kredytów bankowych i poświątecznych wyprzedaży. Do tej pory ustrzegłem się dwóch ostatnich. Nie minęły jednak dwa tygodnie nowego roku, gdy w skrzynce na listy znalazłem pojedynczą kartkę z ofertą. Pobliski sklep RTV wabił kosmicznymi obniżkami i fantastycznymi rabatami. Aż żal było nie skorzystać.

W Kętach mieszkałem od niedawna. Nie miałem tu znajomych, książek nie lubiłem, a od wpatrywania w komputer zaczynały już boleć oczy. Telewizor by się przydał. Gadająca głowa, choćby i obca, wprowadza odrobinę życia. Spojrzałem jeszcze raz na promocyjne ogłoszenie i niemal od razu przypomniałem sobie matczyne ostrzeżenie, żeby unikać małych sklepów. „Wystarczą jedne nieopatrzne odwiedziny, a sprzedawca uzna cię za stałego klienta i za swego najlepszego kumpla, i gdy następnym razem przekroczysz próg, rzuci ci się na szyję z żarliwością wziętego ze schroniska labradora” − przestrzegała.

Tylko że ja nie zamierzałem brać na poważnie takich napomnień. Mój dowód osobisty obchodził właśnie pięciolecie swojego istnienia i byłem święcie przekonany, że to ja mógłbym udzielać korepetycji z przedmiotu: „Jak żyć”. Poza tym nie musiałem niczego kupować. A obejrzeć, porównać ceny zawsze warto.

Sklep z telewizorami mieścił się zaraz za rogiem. W małych miasteczkach wszystko jest tuż za rogiem, gdy jest już trochę dalej, to mieści się przy wyjeździe z miasta.

Wszedłem. Szary pan w szarym sweterku uśmiechnął się szeroko, a widząc trzymaną przeze mnie ulotkę, uznał, że jestem idealnym kupującym. Podszedł energicznie i niemal zagarnął ku wnętrzu. Od razu zalał mnie potok słów. Że chyba jestem tu nowy. Nie widział mnie wcześniej. Od jak dawna w Kętach? A gdzie mieszkam, czy w tej samej kamienicy co pan Staszek? Jak to nie znam pana Staszka?

Mówił bez potrzeby nabierania powietrza. Chyba uczą tego na kursach dla handlowców. Szczęśliwie po pięciu minutach słowotoku udało mi się wskazać jeden z telewizorów.

− Naprawdę świetny wybór. Partia eksperymentalna. Tylko parę tych modeli trafiło do sprzedaży. − Podniecał się, mnąc w garści rękaw szarego swetra. − Ma kilka nowych funkcji. Nie sprawdzałem, dostawca prosił tylko, żeby raczej nie używać przycisków „input” i „output”. Naprawdę korzystna cena.

No nie, nie było mnie stać na tysiąc pięćset. Uśmiechnąłem się, tym typowym grymasem, którym żegnają się klienci po obejrzeniu towaru i wysłuchaniu dziesięciominutowego panegiryku.

− Dobra, niech będzie moja strata. Tysiąc trzysta. I jeszcze na kredyt. − Spocił się na samą myśl, że transakcja wyślizgnie mu się z rąk. − A zna pan ten dowcip? Przychodzi blondynka i pyta, czy są kolorowe telewizory? W takim razie poproszę żółty. Cha, cha, cha…

Z całą pewnością chciał zostać pracownikiem miesiąca.

Po półgodzinnej wizycie wychodziłem ze sklepu z telewizorem i bankowym długiem. Zaiste, nijak nie mogłem się już nazywać człowiekiem racjonalnym.

Osiemnastocalowa plazma z trudem zmieściła się w moim mikroskopijnym mieszkaniu na drugim piętrze kamienicy tuż przy kęckim rynku. Nie bez żalu zwinąłem w rulon plakat World of Tanks, zwalniając miejsce na ścianie. Każdego dnia przekonuję się, że w życiu zawsze musi być coś za coś.

Dzięki gadającym głowom zrobiło się jakoś weselej. Czułem, że nadszedł czas, bym zaczął odkrywać nużącą radość nieustannego zmieniania kanałów.

„Drrr…” – leżący na stoliku telefon zadrżał w rytm ścieżki dźwiękowej z filmu „Szczęki”.

− Cześć, mamo − powiedziałem, siląc się na wesołość. I już myślałem, że usłyszę o swojej nieroztropnej rozrzutności, gdy… zamiast pouczeń otrzymałem listę programów, które koniecznie powinienem obejrzeć.

− Tylko proszę, żadnej Korony Królów i żadnych kulinarnych, bo nie wyjdziesz z psychicznego dołka. – Nie mogła powstrzymać się od kolejnej rady.

− A co jadłeś na obiad? Zrobiłeś pranie? − liczba pytań rosła, a mi robiło się coraz bardziej duszno.

Zdawałem też sobie sprawę, że w każdej chwili gotowa przyjechać ze słoikami do Kęt, no i oczywiście sprawdzi czy krochmalę pościel i prasuję koszule. Według rodziców, ich dzieci, niezależnie od wieku, zawsze wymagają specjalnej troski. Musiałem się rozłączyć, poziom irytacji zaczynał osiągać niepokojąco wysoki poziom i to bez oglądania Korony Królów.

Zrobiłem kilka głębokich wddechów, rozsiadłem się wygodnie w fotelu z IKEI i poczułem jak wraca spokój. Sięgnąłem po kieliszek, napełniłem go winem. Trochę za słodkie, ale co tam. Jedna lampka, potem następna; zahibernowane miasto obejmowało mnie swym prowincjonalnym spokojem. Świat tracił wyrazistość, nawet malowniczo podświetlony klasztor klarysek rozpływał się w czeluściach nocy.

Nawigowałem po kanałach. Reklama banku walczyła ze spotem towarzystwa ubezpieczeniowego. Nowa wersja polopiryny z wyprzedażą citroenów. Wreszcie… O tak! Jest… Wbrew matczynym radom, zatrzymała mnie temperamentna znawczyni kuchni. Jedną ręką odgarniała długie blond loki, a drugą, upierścienioną, podsuwała zielonkawy słój wprost pod nos wystraszonym kuchcikom. Do tego muzyka jak z Mission Impossibe.

− Wpierdalajcie te ogórki. – Zachęcała z werwą sierżanta witającego rekrutów.

Kuchenna załoga spoglądała z telewizora błagalnie. Postanowiłem pogłośnić i wówczas stało się „to”. Wcisnąłem któryś z tajemniczych klawiszy „input”, „output”. Nie rozległ się grzmot błyskawicy, nie było tąpnięcia, tylko nagle w mojej dwudziestometrowej kawalerce pojawiła się energiczna starsza pani. Zarzuciła blond loki i wbiła we mnie palące spojrzenie.

− Chcę teraz zobaczyć twoją kuchnię, młody człowieku.

Miałem wrażenie, że jeśli nie posłucham, zaraz rzuci we mnie słojem.

Pokazałem wnękę z gazowym piecem i mnie samemu zrobiło się wstyd.

− To? – Wydęła z obrzydzeniem pulchne wargi. – Ty „to” nazywasz kuchnią?

Miała rację.

Dalszą część nocy spędziłem wyciągając poszczególne półprodukty z półek i lodówki. Za każdym razem, gdy próbowałem zaoponować, że przecież okres ważności minął dopiero przedwczoraj, albo że dewolaje z Biedronki są przecież smaczne, opakowanie leciało w moją stronę, ścigając się z nie dającymi się powtórzyć uwagami na temat moich kubków smakowych.

Umordowana starsza pani wyszła na papierosa na balkon, a ja wykorzystałem tę chwilę i wymknąłem się na korytarz.

− Wiesz która godzina! Pewno chcesz zapytać, ile wsypać proszku do pralki? − matczyne myśli zawsze związane są z bieżącym życiem. Ciekawe czy wszystkie kobiety mają tak samo.

Udało mi się jednak opowiedzieć, co też mi się przydarzyło.

− I chcesz powiedzieć, że masz Magdę Gessler w swoim mieszkaniu w Kętach.

Nie wiedziałem jak na imię ma starsza pani o naturze kuchennej ekstremistki.

− Przecież zawsze lubiłeś starsze koleżanki − ciągnęła swe rozumowanie matka. − Pamiętam jak byłeś zakochany w swojej pani z przedszkola. Chciałeś się nawet ożenić z panią Urszulką.

Przez moment nie byłem pewien co lepsze, eMDżi w kuchni czy matka w telefonie.

− Starsza kobieta to dla ciebie świetne rozwiązanie. Wreszcie z każdą głupotą nie będziesz do mnie dzwonił.

− Ale ja wolałbym taką trochę w moim wieku − wyszeptałem bezradnie.

− No tak, miałeś już w swoim wieku. Z tęsknoty za swoim byłym pojechała do schroniska w Morskim Oku, nałykała się tabletek z melisy i rzygała przez cały tydzień.

Istotnie, to nie był najszczęśliwszy wyjazd, w duchu przyznałem matce rację.

− Jakeś ją sprowadził, tym samym sposobem odtransportuj ją do kuchennych rewolucji.

Wreszcie rada, którą mógłbym uznać za świetną. Tylko pojęcia nie miałem, jak dokonać tej dziwacznej teleportacji.

Było już późno, nie rozmawialiśmy najciszej. Za drzwiami sąsiedniego mieszkania usłyszałem jakiś ruch, coś jak przykładanie szklanki w okolice zamka. Piętro niżej zaczął szczekać pies. Nie chciałem przedłużać rozmowy. Zgodziłem się pójść za radą matki..

W mojej mini kuchni w najlepsze urzędowała starsza pani. Jeszcze dobrze nie wszedłem, a już dowiedziałem się co mam kupić.

− Nauczę cię tak gotować, że cały Andrychów będzie się tu stołował.

− Kęty − poprawiłem cichutko. − To Kęty, nie Andrychów − przełknąłem ślinę i powtórzyłem nieśmiało, nie chcąc wywoływać zadrażnień.

− Tu masz listę zakupów.

Spojrzałem. Wyglądało, że będę musiał wziąć kolejny kredyt. Na wszelki wypadek uśmiechnąłem się, udając szczerą radość i włączyłem telewizor. Pomny matczynych ostrzeżeń omijałem Koronę Królów i gastronomiczne garnko-recepty. Pilota skierowałem na mojego oryginalnego gościa i… wdusiłem z całej siły przycisk „output”. Przytrzymałem guziczek, zaciskając przy tym zęby i zamykając oczy.

Po sekundzie delikatnie otworzyłem jedno oko, potem drugie. Na wszelki wypadek powtórzyłem procedurę i usiadłem zesłabły na fotelu.

Były lider Nowoczesnej wpatrywał się w panią od kuchennych rewolucji.

− Głodnemu sześć kucharek na myśli − poleciał przysłowiem. − Prawda? − Upewnił się jeszcze, rozglądając się na boki, jakby szukał potwierdzenia dla swej szokującej mądrości.

Nie wiem, co to znaczy mieć kłopoty z ciśnieniem, ale w tym momencie pulsowanie w głowie można byłoby porównać jedynie do wybuchu supernowej. No cóż, chciałem dobrze.

− Och, świetnie, że są dodatkowe ręce do pomocy. − Ucieszyła się starsza pani. Bo jak na razie to jesteśmy w dupie.

Zaczynałem się przyzwyczajać do jej malowniczych określeń.

− Czy już wiesz, co będzie twoim sztandarowym daniem? − Blond loki co i rusz spadały jej na oczy.

Skąd miałem wiedzieć. Raczej nie placki ziemniaczane ani naleśniki, a tylko one wychodziły mi jako tako.

− Będą to perliczki nadziewane a la markiza de Pompadour.

Nazwa spodobała się byłemu liderowi Nowoczesnej, który dał się zaprząc do czyszczenia patelni.

Wyglądali na zgraną parę. Magda Gessler pytała go na przykład, z czego robi się fokaczi. On odpowiadał, że jest to ciasto z pomidorami. Po czym pani od kuchennych rewolucji dostawała krótkotrwałego szału i rzucała w Byłego Lidera paczką biedronkowych czipsów. Dla kogoś z boku mogło to wyglądać jak bitwa na poduszki zalecana przez Michalinę Wisłocką.

Było już nad ranem, gdy położyliśmy się spać. Jedyną wersalkę zajęła Magda. Były Lider spał przy kaloryferze pod oknem, a ja umościłem sobie miejsce w kuchennej wnęce.

Zamknąłem oczy i zacząłem marzyć, że wszystko to mi się śni. Już prawie uwierzyłem, gdy poczułem, jak ktoś szarpie mnie za rękaw.

Przy moim posłaniu stała zjawa. Jej blond loki zakrywały całą twarz, a niepokój dało się wyczuć na kilometr.

− Cooo się staaałoooo? − ziewnąłem ostentacyjnie.

− Nie daje mi zasnąć. Chce mnie zabrać do Portugalii − drżenie w jej głosie było więcej niż wyczuwalne.

Przy oknie ze spuszczoną głową stał Były Lider.

„Byle do rana” − pomyślałem. Wziąłem swój śpiwór i zamieniłem się miejscem do spania ze znanym politykiem. Przecież musi być jakiś sposób na pozbycie się nieproszonych gości. W najgorszym wypadku zadzwonię po matkę. Chociaż nie. Nie daj Boże, gdyby znaleźli z sobą wspólny język, wtedy czekałaby mnie już tylko bezdomność. A może by tak odwiedzić sprzedawcę telewizora? W końcu jest w tym jakaś część jego winy. Rozważałem jeszcze zgłoszenie do administracji, że posiadam nielegalnych lokatorów. 

O wpół do siódmej obudziła mnie komórka, z kuchennej wnęki dochodził całkiem przyjemny zapach. Pani od gastronomicznych rewolucji nie spała. Ubrana w moją koszulę, w ręku trzymała patelnię ze skwierczącym boczkiem.

− Zrób coś z nim. − Ruchem głowy wskazała w kierunku Byłego Lidera zakopanego w śpiwór i koc. − Ma na imię Ryszard i kompletnie nie zna się na gotowaniu. Boję się go.

No cóż, ja akurat bałem się ich obojga.

Po raz kolejny włączyłem telewizor i mocno ścisnąłem w dłoni pilota. Najwyżej sprowadzę tu jeszcze kogoś. Może trafi się jakaś finalistka konkursu Miss World. Limit pecha uznałem za wyczerpany.

Wdusiłem przycisk. Czułem jak przez plecy przebiega zimny dreszcz. Góra, dół, góra, dół. Ręce miałem spocone, jakbym przystępował do polskiego na maturze.

Uff. Udało się. Natychmiast poczułem niezwykłą lekkość bytu. Skotłowany śpiwór i zmierzwiony koc pozbawione zostały swojej wcześniejszej zawartości. Polityk wyparował, uległ anihilacji, wytransportowałem go. Nareszcie zdarzyło się coś tak, jak chciałem. Lekkim krokiem przypominającym krakowskiego hołubca przemierzałem malutkie mieszkanie. Powstrzymałem się przed otwarciem okna, a tak bardzo chciałem krzyknąć na cały kęcki rynek: „yes, yes, yes”.

Udało się raz, udać powinno się także po raz kolejny.

Ale póki co, pachniała jajecznica, a ja musiałem lecieć do pracy. Przede mną sześć godzin siedzenia na kasie w pobliskim markecie i jeszcze kupno półproduktów. Byłem niespokojny, intrygowała mnie też ta perliczka nadziewana a la markiza Jakaśtam.

W pracy mi się cholernie dłużyło. Towary kasowałem mechanicznie, a klientów wysłałbym w jakąś międzygalaktyczną bezpowrotną podróż.

Wreszcie koniec. Podliczenie i zamknięcie kasy.

 

Do mieszkania trafiłbym nawet z zamkniętymi oczami. Intrygujące zapachy roztaczały się na pół ulicy. A im byłem bliżej, tym silniejsze było wrażenie, że kuchenne aromaty mają coś wspólnego z coraz głośniejszą rozmową.

Drzwi były uchylone. Sąsiadka kłóciła się o to, czy można wcześniej dodać czosnku do przygotowywanej potrawy. Głosy się nasilały. „Nie. Tak. Oczywiście, że nie. Oczywiście że tak” − na zmianę wybijało któreś ze sprzecznych twierdzeń.

Zamarłem. Magda Gessler trzymała w ręku rulon z moim plakatem World of Tanks i… waliła nim moją sąsiadkę.

− Od-wczes-ne-go-do-da-nia-czos-nku-po-trawy-ro-bią-się-gorz-kie − skandowała, wybijając rytm na głowie sąsiadki.

Patrzyłem bezradnie, jak lufa czołgu zakrzywia się a suma pęknięć zamienia moją dumę w bezwartościowy śmieć.

Szykowałem się do skoku. Obmyślałem plan. Wyrwać oręż, unieszkodliwić kłócące się kobiety. Przeprosić sąsiadkę. Wyprosić Magdę Gessler. Myśli kłębiły się. Nagle spojrzałem w głąb kawalerki i… przez kolejnych parę sekund otwierałem usta niby karp w reklamówce z dyskontu. Nie mogłem wypowiedzieć żadnego słowa. Oniemiały wskazywałem ręką w kierunku ściany.

− Tak. Nie ma telewizora. – Wzruszyła ramionami Magda Gessler. - Przyszedł pan z salonu RTV i zabrał. Podobno te egzemplarze wybuchały. Mieli już parę takich przypadków. Kupiłeś, o co cię prosiłam?

Ostatnie słowa doszły do mnie już na klatce schodowej. Przeskakując po parę schodów zleciałem do wyjścia. W sklepie przywitał mnie ten sam szary pan w tym samym szarym swetrze. Przeprosił za kłopot i opowiedział o specjalnej, przygotowanej tylko dla mnie, ofercie. Jeszcze większy telewizor w tej samej cenie. Podobno okazja jakich mało. Też eksperymentalna seria. Zaczynałem wierzyć, że małe sklepy służą do testowania klientów.

− Niech pan zobaczy, jaki wyraźny obraz.

Nacisnął przycisk i jednocześnie rozbłysło kilkanaście telewizorów.

Nie wierzyłem własnym oczom. Trwały właśnie Kuchenne Rewolucje. Na ekranie królował… były lider Nowoczesnej. W długiej blond peruce uwijał się przy płycie indukcyjnej, opowiadając o daniu, które ma pomóc przetrwać maoryskiej pizzerii w Pabianicach. Kulinarną specjalnością i cudowną bronią miała stać się „markiza nadziewana perliczkami”. Właściciele pizzerii z niedowierzaniem przyglądali się próbie włączenia pieca kuchennego, ja zaś czułem się wewnętrznie rozbity. Z bólem uświadamiałem sobie, że moimi spotkaniami z innymi ludźmi rządzi przypadek i że prawdopodobnie nie pozbędę się już mojego nowego gościa albo w każdej chwili zastąpi go ktoś inny”.

 

Grafomańskiego tekstu już nie czytałem. Idąc za radą terapeutki, wysłałem go w internetową przestrzeń. I rzeczywiście poczułem się lepiej. Pomogło.

Koniec

Komentarze

To jest za dobre na Grafomanię. Czytałeś teksty konkurencji? Cóż, na pewno się wyróżnia.

Sympatyczne opowiadanie. Pomysł z wykorzystaniem telewizorów może niezbyt nowy, ale na pewno jeszcze nie wyeksploatowany do cna.

rozsiadłem się wygodnie w fotelu z ikei

Ja bym to napisała dużą literą.

Babska logika rządzi!

Dobry wieczór, Finklo. Zamiast spać, napisałaś komentarz. Wielkie Dzięki!

Tak, jasne, że czytałem wcześniejsze teksty. Przy Twoim rumieniłem się nawet. Początkowo myślałem, że to 18plus to taka zmyłka. A tam rzeczywiście działo się, że ho ho. Tylko widzisz, u mnie błędy pojawiają się tak naturalnie jak pory roku. Gdybym miał je jeszcze robić celowo, to nie dałoby się czytać. Do tego jedna z moich nauczycielek rzeczywiście mówiła, że celowe robienie błędów jest niemoralne. Dlatego chcąc wziąć udział w konkursie sięgnąłem po definicję grafomanii. Dowiedziałem się, że to teksty bezwartościowe, pisane przez ludzi pozbawionych talentu. W ten sposób powstała idiotyczna historyjka, w której niechcących potknięć nie brakuje i wydaje się grafomańska. I tylko zastanawiam się, czy powinienem poprawić IKEĘ. Bo oczywiście masz rację z tą wielką literą.

Jeszcze raz nisko się kłaniam, dziękując za komentarz.:-)

No. Toś przesadził że tą grafomanią. To dobry, fajny tekst, choć może istotnie, mało odkrywczy. Ale całkiem dobrze napisany. Cóż, użycie słowa "Grafomania" w tekście, niekoniecznie kwalifikuje ów tekst do grafomańskiego konkursu, ale co tam. Powodzenia!

Edit :

A co do wspomnianych przez Ciebie, przypadkowych błędów, to rzuciło mi się w oczy jedno powtórzenie (którego teraz nie jestem w stanie odnaleźć i przytoczyć) oraz "osiemnastocalowa plazma". Znaczy, wielkości laptopa? Trzeba było taki fajny plakat dla niej zdejmować? 

Czyli – żadna grafomania. Ani w formie, ani w treści. Beznadzieja, normalnie.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Noc jeszcze młoda. A jak czytasz, to komentuj, autorom będzie miło.

No, niby z tymi błędami to racja. Ale Grafomania jest dla beki, a śmiech to zdrowie. Z dobrze popełnionego błędu można boki zrywać. ;-)

 

Babska logika rządzi!

Pierwszy raz przeczytałam autobiograficzny tekst napisany przez bohatera w ramach terapii, będącej antidotum na osobiste bolączki, i teraz zachodzę w głowę, co tam się tak naprawdę wydarzyło? Bo ja sobie doskonale zdaje sprawę, że telewizja mocno ignoruje w nasze życie na każdym kroku, wiec to i nie dziwota, że pewna starsza pani, lokami jasnymi charakterystyczna i żywiołowo usposobiona naszła bohatera przez telewizor, a po niej zjawił się jeszcze jeden pan polityk, co się był usunął w cień, przynajmniej na razie i może tymczasowo i zaczęli kucharzyć na miarę swoich sił i możliwości, dezorganizując poniekąd życie bohaterowi, przez co on nie czuł się w domu jak u siebie, i tylko mu pozostała ciekawość co do składu farszu perliczki i niepewność w sprawie zapewne bogatego wnętrza pani de Pompadour.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Thargone – bo widzisz, ja wciąż nie wiem, gdzie przebiega granica pomiędzy grafomanią a celowym przegięciem. Nie wiem, czy nagromadzenie w absurdalnym stężeniu językowych lapsusów wystarczy. Jasne, że ten tekst jest jaki jest. Fakt, nie chciałem robić celowo błędów – taka zasada. Malarze naiwni także nie odrzucają z premedytacją wiedzy o proporcjach. Po prostu malują jak umieją. Mając w głowie więcej pytań niż umiejętności znalezienia odpowiedzi, napisałem właśnie takie coś. Nie poprawiałem, nie usuwałem powtórzeń. Jest ich tam parę, nie mówiąc o przecinkach. Trochę się wstydzę. A jednocześnie dziękuję za komentarz.

Regulatorzy! Kochani Reguatorzy. Pytanie co tam się naprawdę wydarzyło towarzyszy chyba wszystkim moim trzem tekstom. Taka uroda:) I jeśli mogę przed czymś przestrzec, to przed telewizją. Wpycha się jak nie przymierzając farsz do markizy. 

A jeśli Regulatorom zrobiło się teraz trochę cieplej, to przez myśli, które do Regulatorów po przestrzeni nocnej, jako ten delfin po morzu zmierzają.

Oj, chyba jednak nie udało mi się utrzymać w regulatorskiej stylistyce) :)

Czytałam, Corneliusie, tę opowieść podobną mi w pewien sposób do bajki z nie tego świata, bo tak po prawdzie, to mnie nie jest wiadomo, co się wyprawia z ludźmi utelewizorowanymi na co dzień, bo ja, jak mi się nie przydarzy jakim nieszczęściem spoglądnąć na obraz TV, to i całkiem świadomie tam nie patrzę wcale.

No i bardzo Ci dziękuję, że mi przestrogę napisałeś w trosce o całość chyba mojej kondycji psychicznej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy nocą nie śpiący, a z troską opinie swe wyrażający, mocą jawną i skrytą najcieplejsze uczucia budzący, bo wszystko wiedzący i pomagać chcący. Aż łzy wielkie jak dynie z wdzięczności z ucz moich wyciskający.

Nie tylko przestrogę, ale i przepis jakiś podesłać jestem chętnym, boć przecie eMDżi wciąż po kuchni mej krzątająca. A zaliż markizę lub inną perliczkę podesłać radom Regulatorom, coby przysmakami niechęć telewizorową osłabić. :-)

 

Dzięki za komentarz. Naprawdę uroczy.

 

 

Och, nie miałam tego w planie

By Cię wzięło na płakanie!

Ale że to ze wdzięczności,

Też przesyłam serdeczności! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mknie po niebie moje serce

do Regulatorów w podzięce

W Łodzi będzie na śniadanie

umilając ranne danie.

 

:))

 

Kanibalizm. MG takie przepisy też proponuje?

Babska logika rządzi!

Ból dogłębny mnie przewierca

Na myśl, żeś pozbawion serca!

Niechaj w piersi Twej zostanie.

Zjem jajeczko na śniadanie.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Och, Finklo. Potrawy z ludzi to specialite de la maison MG. Stąd właśnie popularność Kuchennych rewolucji. Nic tak dobrze się nie sprzedaje jak ludzkie mięso.

 

Wspomniałaś wcześniej o komentowaniu innych. Trudne to dla mnie tym bardziej, że w popełnianiu błędów ja sam wiodę prym.

Corneliusie, zawsze możesz się podzielić wrażeniami z lektury. Wrażenia masz chyba bezbłędne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli nie chcesz serca mego

przyjmij móżdżek choć z litości

Nie zjesz sama, dasz kolegom

będziesz miała coś dla gości.

 

 

“bezbłędne wrażenia” to najpiękniejsza figura stylistyczna, jaką kiedykolwiek przeczytałem na swój temat.

Dziękuję!!!

Nobody is perfect.

By the way, I’m nobody. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie chodzi o bycie “perfect”. 

It’s hard to be fair enough, for me.

Ale jak napisała Reg – Twoje wrażenia z tekstu są prawdziwe. Co więcej, znasz je jako jedyny na świecie. Nie duś tego w sobie. Z czasem komentarze będą się robić coraz lepsze. OK, niekiedy to idzie bardzo wolno. Ja cały czas nie umiem pisać naprawdę ładnych, chociaż natrzaskałam tysiące.

Babska logika rządzi!

Dobranoc.

Wybaczcie, że po polsku, ale, jak śpiewał Mistrz Młynarski, języków obcych nie posiadam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ty, Finklo, masz przynajmniej pojęcie, co to znaczy “ładny komentarz”. A z wrażeniami, no cóż, wrażenia jak wątróbka, najczęściej są jednak duszone. 

Ale będę się starał:)

 

Noc przestała być już młoda. Dobrej nocy, fajnych snów:)

Dobranoc! Dobranoc Regulatorzy. Już czas na sen. :)

To i ja się wyloguję. Kolorowych. :-)

Babska logika rządzi!

Yyyy… Może ja się nie znam, ale co ten tekst ma wspólnego z grafomanią? Przyjemny, lekki szorcik do przeczytania i tyle.

Zgodziłem się pójść za radą matki..

 

Tekst oryginalny w kontekście konkursu. Ale przyznam, że mnie nużył i zacząłem przeskakiwać po akapitach. Nie moja (grafomańska) bajka. Mimo to odniosłem wrażenie, że piszesz lekko, a historia była (dopóki nie zacząłem skakać) spójna.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Dzień dobry Anet:) Jakoś tak mam, że najpierw coś napiszę, a potem długo, długo muszę się tłumaczyć. 

Z definicji grafomanii wynika, że jest to bezwartościowy tekst tworzony przez osoby z “ciśnieniem” na pisanie. Nie ma tam nic o błędach. I całe szczęście, bo celowo żadnych wymuszonych błędów nie chciałem robić. Taka zasada. Wiem, że tekst odstaje od reszty in minus ale jest on też pochwałą grafomanii, mówi wszak o jej terapeutycznych mocach. 

Dziękuję, Anet.

Skullu z Brzozowa! Dzięki, że napisałeś o historyjce, że jest nudna. Naprawdę dzięki, bo może w ten sposób choć trochę nadaje się do grafomanii.:)

Ja tez chcę taki telewizor. Ale mam pytanie czy on przenosi tylko z telewizora do mieszkania, czy też widzów do telewizora? Np na Majorkę.

Ten tekst nie odstaje in minus, raczej in plus.

Mnie też nie bawią błędy (poza Unfallowymi Wściekłe zombie szczały z dachu – jestem zafascynowana tym tytułem), ale przyznam się publicznie, że gdyby nie tag Grafomania, napisałabym pewnie, że fajne ;)

Anet. Jesteś bardzo wyrozumiałą osobą. Dziękuję! 

 

Myślę sobie, że jak w każdym konkursie, tak i tutaj, historyjki układają się według rozkładu normalnego. I oprócz mainstreamu są jeszcze teksty “przegięte” do granic wytrzymałości i teksty “niedogięte” do bardzo umownej grafomańskiej estetyki. Ten, który napisałem, jest taką grafomanią definicyjną, bez wielkiego polotu, ale i bez nagromadzenia językowych wpadek. Małowartościowy, ot do zapomnienia. Na tym także – tak myślę – polega pisanie grafomanii. 

 

 “Gdyby nie tag Grafomania… itd.”, a gdyby nie internetowa odległość, to ja bym Ciebie ucałował. 

Czerpanie inspiracji z internetowych past w pewnym stopniu zbliża tekst do grafomanii. (:

I'M SIGNIFICANT! SCREAMED THE DUST SPECK.

Przyjmuję także pocałunki internetowe ;)))))

:*

Ale przyznasz jednak, Anet, że to nie to samo:)

Jak się nie ma, co się lubi… ;)

Anet, było iść w stronę przelewów elektronicznych… ;-)

Babska logika rządzi!

:* :* :* :* :* …

 

nawet i milion znaczków to za mało. 

Kurcze, jest różnica.

Może kiedyś..

:))))

Finklo, w przypadku uczuć nie ma co zadawalać się przelewami elektronicznymi. Najstarsze rozwiązania wciąż bywają najlepsze;)

Finklo – ja biorę, co mi dają ;)

Corneliusie – napisz jeszcze coś fajnego, to też Ci napiszę, że fajne ;)

Przypomina mi się wierszyk wyczytany u Chmielewskiej (cytuję z pamięci, więc pewnie nie jest hiperdokładnie):

 

Mój praszczur, gdy z prababcią chciał sprawę mieć intymną,

Za łeb ją brał i ciągnął w przedpotopowy gaj.

A gdy stroiła fochy, to jeszcze kijem rymnął.

I wiedział sprytny dziadzio, że w to babuni graj!

 

Tak że tego… ;-)

Babska logika rządzi!

Hmmm… Czyli z Finklą lepiej nie chcieć mieć sprawy intymnej, bo nie wiadomo, czy po praszczurze nie odziedziczyła skłonności do brania za łeb? ;))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Anet

skoro Finkla sięgnęła do literatury i ja podeprę się Sztaudyngerem.

 

Mam Cię na sumieniu

Bom całował Cię w marzeniu

A naprawdę nie

Czy rozgrzeszysz mnie?

 

Finklo

wierszyk przeuroczy. Wart zapamiętania. No i tak trochę jak u Ciebie, jest moc;)

(I jak Cię, Finklo, nie lubić? Nie da się).

To praszczur Chmielewskiej! Albo osoby, którą ona cytowała… Ale po tylu latach, niewykluczone, że to nasz wspólny będzie. Ja tylko sugeruję, że nie zawsze najstarsze metody są najlepsze i warto brać, co dają. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, chodziło o najstarsze sposoby co do pocałunku. O “sprawach intymnych” nie śmiałbym tu pisać ;)

<zawstydzony>

Bo mogą nic nie dać następnym razem ;)

I wychodzi, że tylko ja nie znam żadnego okolicznościowego wierszyka :(

No już nie wstydź się tak, wyjdź spod tego laptopa. ;-)

Anet, to szukaj. Sam Sztaudi sporo natworzył różnych śmiesznych na tematy intymne… ;-)

Babska logika rządzi!

Wstydzę się publicznie ;)

Anet, po co wierszyk. Wystarczy, że jesteś :*

 

Cena?

Cenię

Umiar, dyskrecję, milczenie

 

(też Sztaudynger)

To się dobrze składa, bo nigdzie się nie wybieram ;)

Nie wie tylko Finkla, 

że miłość zaatakuje Ją zza winkla;) 

 

 

Wyprowadzam się do Wąchocka!

Wiecie, że tam wszystkie domy są okrągłe, bo sołtysowi Cyganka wywróżyła, że go zastrzelą zza węgła? ;-)

Babska logika rządzi!

Czy w Wąchocku, czy w Serocku

romans Finklę gdzieś dopadnie

bo choć taka jest ostrożna

Jej fortele legną na dnie. ;-)

Tak, wiem:

There is nothing pure enough

To be a cure for love.

 

Ale ja się zabezpieczam! ;-)

Babska logika rządzi!

Z języków obcych najlepiej leżą mi te w moich adidasach.

 

Nie tylko leków na miłość brak

uważaj też na zabezpieczenia, bo czasem działają wspak;)

Witaj,

 

fajny to tekst. Czy grafomański? Nie wiem, jeśli tak, to jest przejawem grafomanii dojrzałej :D

Ale żeby osiemnastocalową plazmę :D? Coś małe to to…

Tak więc sympatyczne a najbardziej to mnie cieszyly te loki ciągle niesforne i walenie po głowie plakatem WoT xD

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

…cieszyly te loki ciągle niesforne i walenie po głowie…

No co ty Mytriksie opowiadasz! Ja przeczytałam opowiadanie bardzo uważając na szczegóły, a nigdzie tam nie zobaczyłam żeby w nim występowały po głowie walenie albo inne wieloryby. A Ty jeszcze piszesz, że Cię one cieszyły z lokami , to już całkowicie nie rozumiem tego! :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bom ja czytał między wersami, zamiast tekstu właściwego :(

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

No to się pewnie naczytałeś do syta. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A i owszem :D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Toż, to cudne jest  Skęt Menie, Corneliusie. :) Jak już wyżej wspomniano, to jest za dobre na grafomanię! Świetnie się bawiłam czytając Twój tekst i na pewno zostanie na dłużej w mojej pamięci. Rozmowy z mamą, Magda G., były lider w blond peruce i opis Kęt były bezbłędne. Bardzo fajne opowiadanie. :)

 

 

Dziękuję AQQ. Bardzo dziękuję, bo ogromnie miłe słowa piszesz. Zastanawiam się tylko, skąd wiesz, jak jest w Kętach:)

Dawno temu jeździłam z Krakowa do Żywca przez Wadowice, Kęty, Andrychów i generalnie wszystko mi się po drodze zlewało w jedno. No i jeszcze Kalwaria! :) Teraz preferuje trasę przez Suchą.

Jak się domyślam, mieszkasz AQQ albo w Krakowie, albo w Żywcu. I jedna miejscowość i druga tak ładna, że tylko pozazdrościć.:)

Trzydzieści lat w Krakowie, a teraz niedaleko Żywca. Ale do mamusi śmigam czasami. :)

Niedaleko Żywca… gdziekolwiek to jest, musi być pięknie. Góry, jezioro, a teraz śnieg i pełnia zimy. :)

Śnieg jest, a dzisiaj rano -20 stopni. :)

AQQ :) Tęgi mróz, świeży śnieg, a w oddali zapewne góry i las. No i jeszcze kominek… Jasne, zapomniałbym. Z trzaskającym ogniem. Dobra książka i muzyka, choćby Levon Minassian i Armand Amar. W takim klimacie romanse same uciekają Tobie spod pióra na papier. 

Rzeczywiście opowiadanie zupełnie niegrafomańskie. Powiem nawet, że bardzo zgrabne zdania w nim wyczytałem, a także bardzo ciekawe porównania oraz spostrzeżenia. Język też miły dla ucha (oka). Zastrzeżenia mam do kompozycji. Mamy wstęp, potem doklejony (wklejony) tekst z właściwą historią, która nie ma niestety zbyt wyraźnej puenty, a na końcu trzyzdaniowe podsumowanie dopisane jakby na siłę i bez wcześniejszego polotu. Jakbyś stracił cierpliwość do swojego tekstu.

Nie wiem po co to wprowadzenie. Jest bardzo ładnie napisane, opisowe, pełne detali, ale zupełnie niepotrzebne. To jakaś forma usprawiedliwienia narratora? Twoja prawdziwa historia, to historia z telewizorem. Jest ciekawa (chociaż nie odkrywcza), potem jednak zaczyna lekko nużyć. Na końcu brakuje jej mocnego i wyraźnego morału, twista, puenty. Finału. Bo trudno za takowy uznać mocno średni żart z Ryszardem P. hasającym w peruce w “Kuchennych rewolucjach”​.

Z uwag technicznych. Dałbym tytuł serialu i programu tv w cudzysłowie lub kursywą. Masz gdzieś pogłośnił, a nie ja bym dał podgłośnił lub zgłośnił. Forma pogłośnił też jest ponoć poprawna wg. jednego słownika, ale imo nie brzmi najlepiej.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Panie Marasie, bardzo bym chciał pokręcić nosem, napisać, że to nie tak, powymyślać jakieś argumenty, posprzeczać się nawet. Tylko że jestem bezradny. Wszystko, co napisałeś, jest prawdą. Masz rację w każdym zdaniu. A wszystko wzięło się z tego, żem początkujący. Najpierw sprawdziłem, co to jest grafomania. Dowiedziałem się, że pisanie dla samego pisania działa terapeutycznie. (Pomaga oczywiście piszącym, ze szkodą dla czytających – rzecz jasna). Pozostało teraz wymyślić bzdurną historyjkę i konkursowe opowiadania gotowe. Paru rzeczy nie wziąłem pod uwagę. Tych mianowicie, że w konkursie ważne jest też przekręcanie zdań i popełniania błędów.

Dla mnie każda moja pisanina jest grafomanią. Wiele bym dał, żeby pozbyć się nużących dłużyzn, żeby były – jak Ty to nazywasz – twisty. Cieszyłbym się, gdybym potrafił ubogacić treść zwrotami akcji i umiał wmontować intelektualne fajerwerki, które czarowałyby swymi kolorami. Byłbym w siódmym niebie, potrafiąc obezwładnić wyobraźnię czytelnika i bez znużenia przykuć jego uwagę od pierwszych słów do ostatnich. Niestety, nie potrafię. Morał kulawy, puenty brak, akcja siada. Toż to niemal definicja grafomanii. Niestety nie celowej:(

 

Zastanawiam się tylko, czy powinienem wprowadzać jakiekolwiek poprawki. Z istoty pisania terapeutycznego wynikałoby, że nie bardzo. Definicja grafomanii też milczy na temat dalszej stylistycznej obróbki tekstu. W konkursie błędy liczą się chyba na plus.

Pewien za to jestem czegoś innego. Że bardzo Tobie dziękuję za przeczytanie historyjki i za to, że znalazłeś czas i siły na napisanie swojego komentarza. Naprawdę dziękuję. 

Cornelius, 

 

Ten tekst jest zdecydowanie za dobry na Grafomanię. Powinieneś go “spieprzyć”, choćby tłumacząc oczywistą oczywistość, albo w didaskaliach niech oni nie mówią tylko “jęczą”, “wyją”, “wypiskują z siebie słowa”. Jakoś tak w tę stronę bym poszła z tym “spieprzaniem”.

No, ale Autor od początku ogłosił, że nie będzie popełniał celowych błędów.

Babska logika rządzi!

Katarzyno

Dziękuję, że chciało Ci się zajrzeć w rejony polskiej kuchni.

No bo widzisz, ja nie muszę popełniać celowych błędów. Niezamierzone pomyłki przychodzą mi całkiem łatwo. Zasugerowałem się też definicją grafomanii, że to bezwartościowy tekst napisany dla samego napisania.

 

Finklo

:-) Zachęciłaś mnie w jednej ze swoich uwag do pisania komentarzy. Nie jest je łatwo pisać. Powiedziałbym nawet, że trudno, że ho-ho. Ale staram się trochę. A wszystko, żebyś mogła być ze mnie zadowolona:-)

Bardzo dobrze, Corneliusie. Tak trzymaj. :-)

Wiem, że to niełatwe. Mnie też słabo wychodzą, ale trenuję.

Babska logika rządzi!

Ech, Finklo.

Tobie? Tobie słabo wychodzą komentarze? Tobie nic słabo nie wychodzi:) Miłej niedzieli.

Porównaj sobie moje piórkowe i reszty Loży.

Dzięki i nawzajem. :-)

Babska logika rządzi!

Porównałem. Różnic nie widzę.

Na pisaniu się jednak nie znam. Wiem jednak, że brak wiary w siebie jest najbardziej typową i najczęstszą przypadłością wybitnych ludzi pióra. 

A tak w ogóle, to gdybym miał taką moc, zakazałbym Tobie umniejszania wiary w siebie. Nie daj Boże, jeszcze uwierzysz, że inni są lepsi. 

(Chyba, że lubisz się droczyć. Cięty język i kawalarska dusza toż to cała Finkla:) ).

No dobra, nie będę Cię na siłę nawracać. Wierz, w co chcesz. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmm, szkoda, że nie chcesz nawracać. A już myślałem, że będzie się coś działo. Jakieś prawdziwe emocje. Siła, patos, pioruny, groźby… I te iskry lecące wzdłuż monitora. Ale z drugiej strony, może istotnie żal zdrowia na Corneliusa.

 

Jeszcze raz uśmiechu i miłej niedzieli, Finklo:)

Kazania, miecze, stosy, hiszpańska inkwizycja… Do wyboru, do koloru.

Uświęćmy zbliżający się dzień święty czymś innym. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka