- Opowiadanie: jganko - Ostatnie złącze

Ostatnie złącze

Finałowa część cyberpunkowego cyklu “Historie o marzeniach i przyszłości”, który od blisko dwóch lat zalega mi w szufladzie. Jedyna, przy której zalecam znajomość czterech poprzednich.

Oceny

Ostatnie złącze

– A pamiętasz smartfony?

Chłopak mimowolnie poruszył szczęką wypowiedziawszy to archaiczne słowo. Po zamalowanej, ceglanej ścianie przebiegł samotny pajęczak. Dziewczyna podążała za nim wzrokiem, aż wróciła do dilera i wywróciła oczami.

– Pamiętasz, jaki był ich największy mankament? Czikuszo, no wyglądasz jakbyś się jeszcze załapała na coś takiego. Dobra nie powiedziałem tego – dodał po chwili pod wpływem jej zażenowanego spojrzenia. – No, ale BATERIA! Pamiętasz? Człowiek musiał codziennie ładować to szitowie, bo niby nie starczało energii, rozumiesz? A potem się okazało, że już nawet wtedy tamte baterie starczały spokojnie na miesiąc, tylko smartfon wszystko zużywał na nagrywanie rozmów, śledzenie użytkownika i całą tę… No wiesz, infiltrację czy coś. No i z tym jest podobnie, rozumiesz.

– Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz – spokojnie wycedziła dziewczyna, patrząc mu prosto w oczy.

– To efekt jonizacji! Robi się tak, jak siedzę za długo w wirtualu, gomenasaai. Po prostu musisz dać czas, poczujesz, mówię ci. Wszyscy czują. Jeszcze nikt się na tym nie zawiódł, a ilu zyskało, o klaczy! Przez tych wszystkich ćpunów zarabiam co miesiąc tyle, że stać mnie na wirtuale i holosy, i jeszcze na syntetyki starcza, mówię ci.

– Cudownie. To sobie zafunduj slangoplaksję. Ja w tym siedziałam trzy dni i nie poczułam nic. Nie działa na mnie.

Chłopak obrzucił swoją klientkę zdezorientowanym wzrokiem. Powoli docierało do niego, że musi mówić prawdę. Najwyraźniej brakowało mu argumentów, bo przyznał tylko:

– Cokolwiek, suczko, cokolwiek. Jak wolisz. Może masz… sercoplaksję? Albo hera wyprała ci mózg. Współczuję, tak się bawili nasi dziadkowie. My to robimy… ZE STYLEM! – ostatnie słowa wyjęczał imitując rżenie konia.

A potem odchylił głowę do tyłu najdalej jak mógł i odleciał.

Dziewczyna odgarnęła błękitną grzywkę i odeszła w stronę wiszącego nad ulicą przejścia. Zanosiło się na deszcz, a ona odczuwała, że już najwyższa pora zmienić farbę. Powoli docierało do niej, że jeśli te kolory mają jakikolwiek wpływ na jej życie, to tym razem tylko jeden ma szanse jej pomóc.

 

Gabriel leżał rozwalony na półokrągłym pufie i wpatrywał się w nocne niebo. Syntetyki, które zażył, sprawiały, że wydawało mu się, iż w dalszym ciągu jest środek dnia, a zamiast bezlitosnej purpurowej czerni ma nad sobą dający nadzieję jasny błękit.

Był zbyt zmęczony, by podążyć myślami którąkolwiek ze ścieżek, na które próbował go sprowadzić widok nieba. Zastanawiał się, ile jeszcze festiwali będzie w stanie przeżyć w taki sposób. Ale przecież wszystko to można było potem wyrzucić z organizmu, oczyścić się i znów być pełnym wigoru człowiekiem. Nie miał się czym przejmować. Cholera.

Przez to puste zamyślenie rozpoznanie grającego właśnie utworu zajęło mu więcej czasu niż zwykle. Dopiero gdy na tle dudniącego z oddali basu usłyszał niewyraźne echo wokalu, rozpoznał, że to już ten występ. Obawiał się go najbardziej i to przed nim tak bardzo chciał się zmulić. Cholera.

– Proszę pana. – Te słowa też dotarły do niego ze sporym opóźnieniem. Powoli obrócił głowę i ujrzał wysoką, szczupłą dziewczynę o czarnych włosach postawionych do góry. Skojarzyły mu się z pączkiem czarnej róży.

– Rachunek – wypowiedziała beznamiętnie, zasłaniając mu pole widzenia neonową tacką.

Gabriel podniósł ospale rękę do góry i pozwolił, by rękaw fioletowej koszuli za setki kredytów opadł i odsłonił neurotatuaż. Na przedramieniu zabłysnęły żółte litery “VIP”.

– Rachunek w dalszym ciągu obowiązuje – oznajmiła dziewczyna.

Westchnął i wystawił kciuk wysuniętej już w jej stronę ręki. Kelnerka przyłożyła do niego utrzymane w firmowej, pomarańczowej barwie szkiełko i poczekała chwilę, aż jej soczewka potwierdzi transakcję.

– Brak akceptacji. – Beznamiętny głos stawał się coraz zimniejszy.

Gabriel westchnął kolejny raz i na ślepo wystukał coś w swoim neurotatuażu. W międzyczasie jego soczewka pokazała mu informację o nieudanej transakcji – trafiła nieodczytana do kilkudziesięciu wiadomości z formalnymi, nic nie znaczącymi życzeniami. Przez chwilę dostrzegł jednak pośród nich jedną czerwoną kopertkę, wyróżniającą się spośród pozostałych.

Wystawił kciuk ponownie, a cała operacja powtórzyła się raz jeszcze. Tym razem dziewczyna skinęła głową i odeszła bez słowa.

Że też nie dadzą człowiekowi spokoju nawet w taki dzień – pomyślał.

To był kolejny powód, dla którego chciał się na tej imprezie jak najbardziej pozbawić życia. Wokalistka śpiewała właśnie o tym, czy kiedykolwiek czuł, że jego serce zostało złamane, a świat właśnie się kończył. Nie był w stanie dosłyszeć słów, ale znał je doskonale na pamięć. Wreszcie przypomniał sobie o wiadomości, która zwróciła jego uwagę chwilę wcześniej.

No tak. To było właśnie to, czego się obawiał najbardziej. Potwierdzenie od starego Joego i tylko dwa słowa: „wszystkiego najlepszego”.

Piosenka właśnie dochodziła do fragmentu, w którym jest mowa o tym, że on zabiera ją z powrotem, a tej nocy mogliby ostatecznie upaść razem.

 

Gabriel stał w deszczu pod klubem, próbując wcisnąć się pod zadaszenie. Otrzepywał z deszczu oldsterski kapelusz, kiedy zarośnięty wykidajło próbował trzeci raz zidentyfikować go po kciuku.

– Gome, nie ma cię na liście dostępu i tyle.

– Powtarzam ci, że dostałem zaproszenie!

Mężczyzna pokręcił głową i wyraźnie znudzony spytał:

– Jeszcze raz, jaka nazwa użytkownika?

– The Only Star In The Night. Pierwsze litery duże.

– Ze spacjami?

– A jak próbowałeś wcześniej?

– Chyba ze spacjami.

– To spróbuj teraz bez.

Po chwili spytał:

– Hasło?

– Nie mam hasła, powtarzam ci, że dostałem bezpośredni dostęp z moderacją djską…

– TheOnlyStarInTheNight. Dobra.

Neurotatuaż Gabriela błysnął na zielono.

– Wchodzisz.

Wykidajło klepnął go po plecach wpuszczając do klubu.

Sala była wypełniona ludźmi i ich awatarami tańczącymi do powolnych beatów i ponurych melodii. Nad ich głowami migały mroczne światła, a na ścianach wyświetlano fragmenty starych filmów zsynchronizowane z muzyką. Przez środek pomieszczenia przebijały się figury geometryczne poskładane z promieni laserów.

Przy stolikach siedzieli przedstawiciele wszystkich oldsterskich subkultur wzorujących się na minionych dekadach popkultury. Nie brakowało długowłosych mężczyzn i krótko przystrzyżonych kobiet. Jedni byli ubrani w niemodne koszule i skórzane kurtki, innym starczyły lateksowe legginsy i niewielkie nalepki na piersiach.

Gabriel powoli przesuwał się przez tłum w stronę baru i uważnie rozglądał się po imprezowiczach. Zastanawiał się, czemu pośród tych wszystkich powracających zwyczajów ciągle nie daje o sobie znać na nowo moda na rude włosy. Z drugiej strony znacznie ułatwiało mu to znalezienie tego, czego szukał.

Nagle piszczący syntezator ustąpił miejsca terkoczącemu beatowi. Na jego tle smutna dziewczyna dyszała niezrozumiale pojedyncze słowa. Kawałek śpiewał jednak mężczyzna, mimo że momentami miał zupełnie niemęski głos. Atmosfera w klubie zaczęła się rozluźniać. Ludzie przestawali tańczyć i siadali przy stolikach, a ci, którzy przebywali tam wirtualnie, przełączali się na inne imprezy.

I wtedy usłyszał, jak ktoś krzyczy mu do ucha, wtórując wokaliście:

– Weź mnie do swojej sypialni, jestem gotowa!

To mogła być tylko jedna osoba.

– Bardzo cwanie… Bardzo cwanie – przyznał Gabriel. – Wiedziałem, że tylko ty mogłaś puścić ten kawałek.

– Bum! No jasne, że tylko ja! Wszyscy poza nami nie cierpią tej piosenki!

Roześmiała się i wzięła go za rękę na parkiet. Pląsali tak, jak to było teraz modne: bez trzymania się reguł jakiegokolwiek znanego ludzkości tańca, falując bezwładnie wszystkimi kończynami. Nie było po co utrzymywać pozorów – liczyło się dla nich tylko to, że są razem obok siebie. Gabriel nawet nie wspomniał o kłopotach, jakie miał z wejściem. Podejrzewał, że to ona czegoś nie dopilnowała, ale zawsze odpuszczał jej w takich momentach. Jakie to miało znaczenie?

– Zobaczysz, co ja puszczę jako następne! – przekrzykiwał piosenkę.

– Oo, a ile jest osób w kolejce?

Sprawdził szybko na neurotatuażu.

– Pięć.

– To pewnie jeszcze chwila…

– Nie, poleci jako następna.

I rzeczywiście, chwilę po terkoczącym beacie zaczęła się jeszcze mroczniejsza melodia, wspomagana poszatkowanymi wokalami gdzieś z oddali. W klubie robiło się jeszcze puściej.

– O MÓJ BOŻE, OSZALEJĘ! – zareagowała dziewczyna.

Gabriel posłał jej cwaniacki uśmiech.

– Zawsze wiesz, jak rozłożyć mnie na łopatki, ojejku…

– Może jeszcze trochę potańczymy?

– Jasne, że potańczymy! Przy tym kawałku… – rzuciła mu się na szyję i teraz kołysali się przytuleni. – Czemu mielibyśmy nie tańczyć?

– No zanim… cię rozłożę.

Flame rzuciła mu nieprzyzwoite spojrzenie. Cały klub należał tylko do nich.

 

Gabriel odstawił kieliszek na stolik pod niewielkim okienkiem. Pozwolił, by bijąca po oczach bladość chmur przeniknęła na kilka chwil jego złotą zawartość, po czym zasłonił je niewielkim przyciskiem.

Drogie wino. Ekspresowy samolot. Ekskluzywny garnitur i najdroższe soczewki, które nikomu nie przekazywały żadnych informacji o nim i jego zainteresowaniach. Miał takie zarobki, że mógł sobie pozwolić nawet na prywatność – najcenniejsze dobro jego czasów.

A jednak nic z tych wszystkich rzeczy, na które szastał kredytami, nie przynosiło mu radości. Czuł się jak któryś z tych zalgorytmizowanych helperów, który robi wszystko tylko dlatego, że tak został zaprogramowany. Nie było ich stać na zastanowienie się nad motywami ich działań. Gabriel wiedział, że nie miałby się nad czym zastanawiać. Kiedyś wydawało mu się, że taki jest właśnie jego cel, że do tego miejsca dąży. Lecz teraz, gdy już je osiągnął, wydawało mu się niemożliwe, aby ktokolwiek pragnął zajmować jego miejsce.

Czuł, że zstępuje w głębiny, dokąd rzuca swój cień już tylko holograficzna myśl i syntetyczny byt. Pragnął zajrzeć w przepaść i zawołać: „Programisto, gdzie jesteś?”, ale bał się, że odpowie mu tylko odgłos wiecznej burzy informacyjnej, stłumiony kontrolą nad każdą najmniejszą literką, a błyszcząca tęcza z zachodu okaże się tylko holosem i spłynie zerojedynkami, stanowiącymi już w pełni naturalny element naszego świata.

Jeszcze raz poruszył gałkami ocznymi i przemrugał wiadomość z życzeniami. Zamówienie u starego Joego obejmowało tylko jedną, winylową płytę.

Tylko ona mogła zrobić coś takiego. Niech ją szlag.

 

Gabriel zszedł po znajomych schodkach wzdłuż starej ściany z czerwonej cegły. Liczył, że na jego widok uruchomi się znajomy holofon, ale urządzenie wydało tylko kilka zgrzytów, po czym przełączyło się na niebieski szum. Nie włączyła się nawet nagrana wiadomość Joego, którą zawsze witał klientów, zanim zdążył podejść do drzwi.

Te jednak, ku zdziwieniu Gabriela, stały otworem.

Wewnątrz sklepu na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło: dalej te same regały pełne rarytasów minionych epok. Gry, filmy, muzyka… Ale Gabriel wyczuł od razu, że coś jest nie tak. Podszedł bliżej do lady, na której stała tym razem wystawa z hip-hopem: The Streets, Young Fathers i Run the Jewels. Przez czerwoną okładkę tego ostatniego początkowo nie zwrócił uwagi na zaschniętą strużkę, która prowadziła do coraz większej plamy.

Tak samo jak nie zauważył, że płyta, po którą przyszedł, leżała już na ladzie. Winylowe wydanie „Rio” Duran Duran. Normalnie na jego widok od razu rozbrzmiewały mu w głowie słowa, że na imię jej było Rio i że lubiła taniec na piasku. Teraz jednak za bardzo skupił się na tym, jak wielka plama zastygłej krwi idealnie współgra z okładką Patricka Nagela.

– No to właśnie… Przed tym cię ostrzegałam.

Gabriel od razu rozpoznał, do kogo należy ten głos. Tylko jedna osoba potrafiła tak zgrabnie łączyć słodycz ze szczerym żalem.

Nie odwracał się. Wciąż patrzył na martwe ciało starego Joego. Biedak do ostatniej chwili nie wiedział, co go spotkało. Widział to w jego pustych źrenicach.

– Mówiłam ci. Ostrzegałam.

– Dlaczego Joe? Co ci zrobił ten biedny staruszek?

Gdyby ludzie wydawali jakiś odgłos przy wzruszaniu ramionami, przysiągłby, że właśnie go usłyszał.

– Chyba w tej chwili… Nie do końca nad tym panuję, wiesz?

– Musimy… – Gabriel starał się zachować spokój. – Musimy się stąd wynosić.

– A co to za różnica? Siedzę tu już trzeci dzień. Tu może być nawet bezpieczniej. Czekałam na ciebie, wiesz?

– Było ich więcej?

– Nawet sobie nie wyobrażasz!

– Musimy się zastanowić. Jeśli jesteś tu tyle czasu, to chyba jeszcze cię  nie namierzyli.

– Za to? Nie… Co ty. Może za poprzednie…

– To na tym polegało to twoje porządkowanie siebie?

Prawie zaszlochała.

– Wiesz, myślałam, że jak go zabiję… Coś się we mnie skończy. Albo dopiero zacznie. Że się obudzę i… Sama już nie wiem.

Gabriel nie rozpraszał się jej słowami. Próbował zastanowić się, jakie okablowanie mogło ich jeszcze narazić na niebezpieczeństwo.

– Próbowałam wszystkiego. Może gdybym ci powiedziała wcześniej… Pamiętasz te nasze kły rekina?

Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni wielki rybi ząb. Jego gipsowe mocowania były doszczętnie wyszczerbione.

– Widzisz? Rozwaliłam go. Nie chciałam tego… ale tak właśnie robię w życiu.

Gabriel wciąż udawał, że jej nie słucha.

– Mimo to jesteś ostatnią rzeczą, na której mi zależy. Moim ostatnim złączem… Przepraszam. Nie panuję już nad sobą. Przepraszam, że cię w to wszystko wciągnęłam. Pomożesz mi?

– Tak, jestem idealnie przygotowany na takie sytuacje! Masz jakiś plan?

– Znasz mnie. Nigdy niczego nie planuję.

 

– Mówiłam ci, że to nie tu! Musiałeś źle powiedzieć! Albo dotknąłeś złą mapę!

– Trzeba było puścić na chwilę moją wargę, to bym powiedział wyraźniej!

– Masz o to pretensje?!

Wykrzyczała z udawanym oburzeniem i ponownie zatopiła się w jego ustach, prawie się przy tym przewracając. Oboje wybuchnęli śmiechem.

– Chyba jestem trochę pijana.

– Nie wiem, jak jesteś w stanie jeszcze stać na nogach! …jak ja jestem w stanie też nie wiem.

Spróbowali zrobić krok do przodu, trzymając się pod ramię i nie przestając się śmiać.

– Wiesz, gdzie jesteśmy?

Gabriel rozejrzał się po okolicy. Skupienie wzroku zajęło mu dobrą chwilę.

– No… wiem. To jest wbrew pozorom całkiem niedaleko. Tylko z dupy strony, musimy trochę się przejść.

– To dobrze, że przynajmniej ty wiesz, gdzie jesteśmy! Będziesz myślał za nas oboje.

– A ty? Czym niby będziesz tak zajęta, że nie będziesz mogła myśleć?

– Ja… Ja jestem w tobie zakochana do szaleństwa i nie jestem w stanie trzeźwo… – Któryś z wielu spożytych tej nocy płynów dał o sobie głośno znać. – Przepraszam, myśleć.

Kompletnie pijani szli wzdłuż oświetlonej starymi latarniami uliczki, zupełnie się nie przejmując swoim stanem. Był już zresztą środek nocy, a wokół nie było widać żywej duszy.

– Aa… Ugh.

– Cooo?

– Moje soczewki nie działają.

– Po co ci soczewki?

– Chciałem skons…truować drogę, ale tatuaż wykrył, że jestem najebany i odciął mi dostęp.

– Co za chamstwo!

– TAK!

– Dlatego właśnie nie możemy ufać technice.

Gabriel przystanął i spojrzał prosto w oczy swojej partnerce. Następnie ją przytulił i pocałował.

– Mm, tak bym chciała, żebyśmy już byli w domu. Nawet nie wiesz, jak mam ochotę się z tobą pieprzyć.

– O, serio? To dziś będziemy się pieprzyć?

– No chyba w takim stanie można się tylko pieprzyć?

– Racja.

– Ale czekaj, mówiłeś przecież, że wiesz, gdzie jesteśmy?

– No wiem! Wiem… tu się idzie. Chodźmy.

Oboje zataczali się w stronę wielkiego, niskiego budynku, przypominającego opuszczony magazyn.

– Co tu jest?

– Kiedyś był sklep. Teraz już chyba tylko punkt odbioru. Ale wiesz, dalej magazynują te wszystkie… alkohole i wszystko.

– Chodźmy tam!

– Chcesz jeszcze pić?

Dziewczyna pokiwała kilkukrotnie głową z entuzjazmem dziecka.

– Też bym nie pogardził.

– To chooodź! No chodź, chodźmy tam!

Nie zastanawiając się nad tym dłużej pobiegli w stronę magazynu.

– Gdzie tu się wchodzi?

– Musimy znaleźć te… no… drzwi.

– Kocham tę twoją inteligencję.

Zaczęli obchodzić budynek dookoła, nie znaleźli jednak nic, co przypominałoby drzwi. Dziewczyna zwróciła uwagę na delikatnie unoszący się nad ziemią wózek do transportu towarów.

– Patrz! Co to… O faaaaaak! – krzyknęła na całe gardło.

– Czekaj, przyjdziemy do mnie i…

– Patrz, patrz, patrz!

– Co?

Gabriel spojrzał na wózek, ale chyba nie zrozumiał od razu, o co chodzi.

– Myślisz o tym samym, co ja?

– Wózek… i…

Dopiero wtedy go olśniło.

– Jak w Duran Duran! W naszym ulubionym teledysku! Wiesz, o czym myślę. Powiedz, że wiesz, o czym myślę!

Wiedział.

Dziewczyna niezgrabnie wpakowała się do wózka. Koszyk na chwilę opuścił się prawie do ziemi, ale zaraz z powrotem uniósł się do wcześniejszego poziomu.

– Dawaj, jedziemy!

Gabriel nawet nie próbował oponować, zresztą entuzjazm dziewczyny powoli mu się udzielał. Stanął za koszykiem i delikatnie pchnął go przed siebie.

Chwilę potem mknął ze wszystkich sił po całym osiedlu, pchając przed sobą koszyk ze swoją ukochaną, której entuzjastyczny krzyk rozdzierał najciemniejszą noc. Kilka razy prawie się oboje wywalili, ale potrafili na to zareagować tylko śmiechem.

To była jedna z najbardziej szalonych nocy jego życia.

 

Gabriel wspominał ją teraz, gdy szli w blasku księżyca przez wertepy ruin i pustostanów w najgorszej dzielnicy miasta, jeszcze dalej niż sklep Joego. Powtarzał sobie słowa piosenki, że widział już lepsze chwile, ale nie ma co uciekać i nie da się temu przytłoczyć, bo to przecież tylko jeden z tych dni…

– To tutaj.

Ocknął się, kiedy jego partnerka wystukiwała długą sekwencję liczb na starym, guzikowym panelu. Kiedy skończyła, coś zasyczało, zaterkotało i otworzyło drzwi do zatęchłego pokoju.

– Chodź.

To on miał jej pomóc, ale jak zwykle to ona przejęła ster. Zaprowadziła ich do swojej ukrytej przed całym światem, zapomnianej kryjówki. Przypominała przedwojenny schron atomowy, ale na pewno nie była aż tak stara. Choć unosząca się ze środka stęchlizna wskazywała, że może jednak jest inaczej…

– Co to za miejsce?

Dziewczyna milczała.

– Masz tu jakieś zapasy? Będziemy tu siedzieć do sądu ostatecznego? Nie możemy się tu bez końca ukrywać…

– Cicho – przerwała mu stanowczo. – To się może udać tylko wtedy, jeśli zapomnisz o tym wszystkim, co dziś widziałeś. Jeśli zaakceptujesz mnie… Taką, jaką od początku mnie akceptowałeś. Musi być jak kiedyś, rozumiesz?

Gabriel stanął w miejscu i pokręcił głową. Nie potrafił złożyć w całość żadnych słów, które do niego mówiła. Czuł, że cała ta sytuacja rzeczywiście wymknęła się spod kontroli i nie wiedział, co robić. Tym bardziej kuszący wydawał mu się pomysł, by nie zastanawiać się i wrócić do przeszłości.

Gdy pomieszczenie rozświetliło się blaskiem staromodnej żarówki, Gabriel nie mógł się już dłużej okłamywać. Nie byłoby gdzie zmieścić tutaj zapasów na kilka miesięcy, których się spodziewał. Kilka pudeł mogło pomieścić pożywienia zaledwie na kilka dni, a metalowe szafki – na niewiele dłużej. Materac w kącie wyglądał na wygodny, ale nie rozwiązywał problemu pożywienia.

Jego towarzyszka przetrząsnęła jedną z szafek i złapała za sygnet na palcu lewej ręki. Wysypała coś z niego i pokruszyła na blacie. Dopiero teraz zwrócił uwagę, że na palcu obok miała obrączkę.

– O czymś nie wiem? – spytał, jakby to był w tej chwili ich największy problem.

Dziewczyna bez zastanowienia ściągnęła obrączkę i cisnęła ją w kąt.

– Ty jeden wiesz wszystko.

Następnie podeszła do niego i podała mu łyżkę, którą wcześniej zebrała rozpuszczoną zawartość sygnetu.

– Połknij. I już nie myśl.

Gabriel przez chwilę wahał się z łyżką w dłoni, ale gdy dziewczyna połknęła jej zawartość pierwsza, uczynił to samo.

– Dobrze – zawyrokowała. – A teraz… widzisz ten materac?

Gabriel odwrócił wzrok w stronę kąta pomieszczenia. Dziewczyna w tym czasie położyła mu chłodne dłonie na policzkach i pocałowała. Z początku delikatnie, odrywając co chwilę usta. Potem coraz mocniej i czulej. W jej wielkich, zielonych oczach widział znów to samo rozmarzenie, które tak go kiedyś urzekło. Gdy na chwilę się odsunęła, dostrzegł i ten szelmowski uśmieszek, na który tak czekał.

Jednym ruchem ściągnęła bluzkę, a on czuł już, że cały świat wokół się zatrzymuje. Między jej wystającymi żebrami nie istniały żadne wstydliwe sekrety. Jeśli czegoś nie mogła mu powiedzieć, spijał to sam z obojczyków i taka wiedza w zupełności mu wystarczała. Obawy o jej życie zniknęły bez śladu, gdy starannie wycałowywał nadgarstki. Nic złego nie mogło się stać, bo całe jej istnienie było z powrotem w jego rękach, więc uniósł jej dłonie ponad głowę i trzymał tam mocnym uchwytem, tak jak lubiła najbardziej. Wiedział, że to ona cały czas kontroluje sytuację, a jemu tylko daje iluzję władzy. Ale gdy błagała go o jeszcze, uparcie tkwił nieruchomo, aż sam nie mógł dłużej wytrzymać i znów unosiła biodra wyżej, by czerpać z każdej chwili jak najwięcej.

Tej nocy, pośród tych nieziemskich rozkoszy, byli centrum całego wszechświata, który patrzył tylko z zazdrością, jak się w ogóle tak da.

 

Chrome biegła bez opamiętania przed siebie. Skręciła za budynek i przeskoczyła przez barierkę na drugą stronę. Przylgnęła do ściany i nasłuchiwała. Policjant był coraz bliżej, czuła to. Idealnie zgrała się z momentem, w którym miał skręcić w jej kierunku i wbiła mu nóż prosto w krtań. Szybka, skuteczna śmierć.

Teraz mogła cofnąć się o dwie przecznice. Za dnia miasto nie robiło takiego wrażenia jak w nocy. Reklamowe holosy płowiały w bladym świetle bezsłonecznego nieba. Neony były pogaszone i nie wzbudzały reakcji.

Dziewczyna musiała polegać na własnych zmysłach – miała poblokowany dostęp nawet do najprostszych nawigacji, więc wyrzuciła soczewki i wyłączyła tatuaże, by nie ryzykować. Dopiero teraz zdawała sobie sprawę, jak trudno jest nawigować po ulicach bez tych codziennych wspomagaczy, do których wszyscy tak przywykli i nikt się nawet nie zastanawiał nad ich obecnością.

Odbijając z głównej ulicy w jedną z mniejszych nie była pewna, czy dobrze pamięta ich rozkład. Prawie potrąciła stragan, na którym starsza kobieta sprzedawała kody dostępu do jakichś starych filmów. Gibsona – dobrze pamiętała. Nagle odkryła w sobie pokłady zapasowej energii i zdała sobie sprawę, że może biec jeszcze szybciej. Pędem wbiegła na małe podwórko, nie oglądając się za siebie.

Wbiegając do otoczonej blokami przestrzeni, wystraszyła stado gołębi, które w jednej chwili poderwały się do lotu. Przez to w pierwszej chwili go nie zauważyła. Pod starym, wyblakłym pomnikiem jelenia siedział Gabriel. Dokładnie tak, jak się umówili.

– Udało ci się? – nadzieja w jego głosie była bardziej słyszalna niż sobie tego życzył.

– Nie wiem. Nic nie wiem… Jest gorzej niż przypuszczaliśmy. Jestem spalona na większym polu niż podejrzewałam.

– Gdzie?

– Wszędzie.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że absolutnie wszędzie.

Dziewczyna złapała się za kolana i próbowała złapać oddech. Gabriel poprawił jej czerwone włosy i pocałował w czoło. Przez chwilę oboje milczeli.

– Mam jednego człowieka…

– Co? Czemu nic nie mówiłeś wcześniej?

– Za odpowiednią kwotę może sprawić, że narodzimy się na nowo. Będziemy kimś zupełnie innym: w oczach wszystkich, ale i w systemach. PeopALL nas nie wykryje, wszystko będzie stuprocentowo wiarygodne.

– Dlaczego o tym nie wspominałeś?!

Gabriel westchnął.

– Musimy uciekać. Jeśli to ma się udać, musimy to zrobić jeszcze dziś.

Złapał ją za rękę i pogładził po nadgarstku. Dziewczyna patrzyła na jelenia.

– Co to jest w ogóle za miejsce? Czemu tu stoi jeleń?

– Ludzie mówią, że przynosi szczęście.

Na jej twarzy zawitał uśmiech niedowierzania.

– Serio?

– Musimy korzystać z każdego wsparcia, jakie… UWAŻAJ!

W przejściu na podwórko stał uzbrojony gliniarz i właśnie celował w ich stronę. Gabriel w ostatniej chwili zdołał pchnąć swoją towarzyszkę, dzięki czemu uniknęła kuli. Oboje błyskawicznie rzucili się do drzwi jednego z bloków.

– Na dół! – ryknęła dziewczyna.

Trafili do ciemnego kompleksu korytarzy, które służyły mieszkańcom budynku za piwnicę. Śmierdziało w nich moczem i z pewnością roiło się od szczurów. Szare ściany miały nieprzyjemną, szorstką fakturę, na którą padały resztki światła dziennego z małych okienek.

Gabriel i jego partnerka biegli na oślep z nadzieją, że trafią do wyjścia, które poprowadzi ich do innego bloku.

– Stąd nie ma ucieczki… – wyszeptała dziewczyna.

Gabriel pociągnął ją za rękę i odbił w inny korytarz. Bał się, że biegnąc ciągle w jedną stronę, natrafią na ślepą uliczkę. Co jakiś czas szarpał za drewniane drzwi, które mijali. Prowadziły one do małych pakamer, w których mieszkańcy bloku trzymali swoje nieużywane graty. Liczył, że któraś z nich będzie niedomknięta i zdołają się w niej ukryć.

– To bez sensu…

Wreszcie jedne z drzwi ustąpiły. Gabriel błyskawicznie wepchnął ją do środka, wcisnął się obok i zamknął z powrotem. Przez szpary w deskach mogli obserwować, co dzieje się na zewnątrz. Wpadały przez nie też resztki światła, dzięki którym był w stanie dostrzec lęk na twarzy dziewczyny. Jeszcze nigdy nie widział, by naprawdę się bała.

– Nie mamy szans, wiesz o tym. Zginiemy w tej komórce.

– Nie mów tak. Nikt nie wie, że tu jesteśmy. Przeczekamy…

– Słyszę go. Słyszę, jak po nas idzie. Na pewno wyczuje nasze ciepło albo nasz ruch. Usłyszy mój szept…

– Uspokój się. Przetrwamy to, zobaczysz.

– To się nie uda… Pamiętasz kieł rekina?

– Przestań z tym rekinem!

– Zniszczyłam go. Nie chciałam, to była najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam. A mimo to…

– Ukruszyłaś tylko ten gips, który i tak nie jest do niczego potrzebny. A sam kieł jest dalej nietknięty. Wiesz, co to oznacza? Że tak, będą nam się sypać wszystkie mocowania, będzie trudno i nie będzie czego się chwycić. Ale my sami jesteśmy nie do ruszenia i przetrwamy wszystko. Rozumiesz?

Dziewczyna patrzyła teraz poważnym wzrokiem.

– Ten twój człowiek… On w ogóle istnieje?

– Jak możesz? Oczywiście, że tak! I jeszcze dziś do niego pójdziemy. Załatwi nam nowe tożsamości…

– I? Opowiedz mi, co będzie dalej. Proszę.

Gabriel mocno przytulił dziewczynę. Pocałował ją w ucho, a następnie wyszeptał:

– Uciekniemy do Stanów. Zamieszkamy gdzieś w Kalifornii, gdzie dalej mają czyste niebo i słońce, które nigdy nie zachodzi. Czas zatrzymał się w latach osiemdziesiątych. Będziemy słuchać starych nagrań Duran Duran i robić imprezy przy kiczowatych dyskotekowych kulach. Będziemy tańczyć do rana, kupimy sobie koszule hawajskie i pilotki. A tobie takie okropne, stare jeansy…

– Z wysokim stanem?

– Tak, z wysokim stanem! Wiesz, jak ich nienawidzę…

– Wszyscy mężczyźni ich nienawidzą.

Oboje się cicho zaśmiali.

– Więc uciekniemy oboje z tego miasta i nigdy tu nie wrócimy. Spalimy je do cna i nigdy już tu nie wrócimy…

Marzenia.

Kiedy nie mamy już na nic wpływu, nie pozostaje nam nic innego, jak się w nich zatopić. Jeśli mamy je z kim dzielić, to jeszcze wcale nie jest tak źle.

Czasem to wszystko z czym zostajemy.

 

6353404

Koniec

Komentarze

Przykro mi, Jganko, ale po przeczytaniu Ostatniego złącza wiem mniej więcej tyle samo, co przed jego przeczytaniem. Choć spotkałam znane mi postaci, a pewne wydarzenia też miały swój początek w poprzednich fragmentach, to nic mi się nie chciało złożyć do przysłowiowej kupy.

Nie wykluczam, że do takiego odbioru mogło przyczynić się podzielenie opowieści na części, z których każda może stanowić oddzielne opowiadanie. Mimo najlepszych chęci mój rozum nie poradził sobie z tak zaprezentowanym dziełem.

 

Chło­pak mi­mo­wol­nie po­ru­szył dolną szczę­ką… –> Czy istniała możliwość, aby poruszył górną szczęką?

 

Po za­ma­lo­wa­nej, ce­gla­nej ścia­nie prze­biegł bez­pań­ski pa­ję­czak. –> Po czy się poznaje, że pajęczak jest bezpański?

 

Ga­briel leżał roz­wa­lo­ny na pół­okrą­głej pufie… –> Puf jest rodzaju męskiego, więc: Ga­briel leżał roz­wa­lo­ny na pół­okrą­głym pufie

 

po­zwo­lił, by rękaw jego fio­le­to­wej ko­szu­li za setki kre­dy­tów opadł i od­sło­nił jego neu­ro­ta­tu­aż. –> Czy zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Po­ca­ło­wał ją w ucho, a na­stęp­nie wy­szep­tał do niego: –> Literówka.

 

Oboje wzdry­gnę­li się ci­chym śmie­chem. –> Śmiechem chyba nie można się wzdrygnąć.

Za SJP PWN: wzdrygnąć się «drgnąć gwałtownie wskutek doznania niemiłego uczucia»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Z jednej strony cieszę się, że jednak trochę zamotałem i zrekonstruowanie tej historii nie jest tak proste, jak dotąd mi się wydawało. Pamiętam, że gdy dwa lata temu pokazałem ten cykl mojej cyberpunkowej przyjaciółce, nie miała najmniejszych problemów z rozszyfrowaniem całej historii i bardzo mnie to zasmuciło. Teraz jednak też mi przykro, bo nie udało mi się nagrodzić Cię satysfakcją odbiorcy, jaką projektowałem. Tym bardziej dziękuję za wytrwałość, wiele się dzięki Twoim uwagom dowiedziałem (choćby o męskim pufie, żeby nie szukać daleko).

Więcej cykli na razie nie mam, więc jeśli skusiłabyś się jeszcze na którąś z moich kolejnych publikacji, to przynajmniej będzie (w miarę) krótka piłka ;)

I am surrendering to gravity and the unknown.

Jganko, cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. Mam też nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawe i satysfakcjonujące. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka