- Opowiadanie: vonFoch - 1. Niespisany testament

1. Niespisany testament

Witam was serdecznie.

Chciałbym was zaprosić do lektury, która istniała we mnie od dawna i w końcu postanowiłem ją napisać,

Oto pierwszy rozdział....

mam nadzieję, że się spodoba...

Oceny

1. Niespisany testament

Siedział na drewnianych schodach a przed nim roztaczała się plaża, za którą aż po sam horyzont była woda. Panowała absolutna cisza, która nawet zagłuszała szum mozolnych fal. W pewnym momencie wydało mu się, że słyszy jakieś zawodzenie. Wstał ze schodów i ruszył w kierunku z którego dochodził dźwięk. Podchodząc do linii brzegu nad falującą wodą, kilka metrów przed nim, niczym pustynny miraż, zaczął pojawiać się obraz. Kilka chwil później dostrzegł postać małego chłopczyka o miedzianej skórze i zielonkawych włosach, który bujał się na zawieszonej pod niebem huśtawce.

Dziecko, które wyglądało na trzylatka, patrzyło pod nogi. Chłopiec nie zauważył, że on się zbliża. Im bliżej się znajdował tym wyraźniej słyszał, jak dziecko nuci pod nosem melodię, której od bardzo dawna nie słyszał. Wtedy za chłopcem pojawił się dorosły mężczyzna o blond włosach i jasnej cerze, mężczyzna położył rękę na głowie chłopca. Jego wzrok był pusty a jego oczy były blade. Dorosły nagle zaczął nucić tą samą melodię.

W jednej chwili zawiał silny wiatr, który zaczął porywać maleńkie drobinki całej tej sceny. Rozglądał się z lekkim strachem patrząc jak cały krajobraz dookoła niego rozsypuje się niczym rzeźba z piasku, której ziarenka znikają odsłaniając nowe otoczenie. Rozsypywała się woda, niebo, chmury, słońce, huśtawka, a nawet dorosły. Wszystko znikało zostawiając tylko jego samego i chłopczyka, który cały czas siedział ze spuszczoną głową.

Gdy tylko wiatr się uspokoił, zabierając ze sobą słoneczną plażę, znalazł się w pokoju z metalowymi ścianami. W rogu, na leżance, siedział skulony chłopiec, który już nie nucił a szlochał. Wtem obok nich pojawiło się światło. Obrócił się w jego stronę i dostrzegł, że otworzyły się ciężkie metalowe drzwi, przez które wszedł inny, łysy, ubrany w garnitur mężczyzna z pasem w ręku. Podszedł do dziecka i zaczął je bić. Katował chłopca bez wahania. Dziecko zaczęło krzyczeć.

Chciał odwrócić się, jednak gdzie nie spojrzał widział katowane dziecko. Zamknął oczy i zakrył uszy, ale wtedy krzyk był jeszcze głośniejszy. Kiedy mężczyzna skończył chłostę wyszedł z celi trzaskając drzwiami. Dzieciak, skulony leżał w samym rogu łóżka nadal szlochając, a krew sączyła się z jego ran na plecach, wsiąkając w materac, barwiąc cały na czerwono.

Obudził się cały spocony. Kołdra jaki i prześcieradło, nie mówiąc już o poduszce były przemoczone. Miał świadomość, że to dziecko ze snu to on sam. Nie był to pierwszy raz, często miewał podobne sny. Odetchnął głęboko i położył dłoń na czole aby otrzeć je z kropel potu. Wtedy poczuł zimną, płaską powierzchnię.

Całe jego ciało się spięło. Szybko wyrównał oddech i znacząco go wydłużył. Oczy były oczywiście otwarte ale ciemność w sypialni całkowicie utrudniała dostrzec zarys. Z drugiej strony nie musiał widzieć, znał to aż za dobrze.

– Uspokój się Nazaa, – wyszeptał do siebie łamiącym się głosem, gdyż były to pierwsze słowa jakie powiedział od momentu rozstania się z dziadkami poprzedniego popołudnia.

Chwilę później znów dotknął czoła i poczuł ciepło swojej skóry. Otworzył ponownie oczy i spojrzał na zegarek, który wyświetlał 02:52. Z grymasem i cichym jękiem uniósł tułów, spuścił nogi na ziemię i wstał. Przeszedł dwa kroki i jego stopy natrafiły na przeszkodę. W jednej chwili ponownie leżał. Zacisnął dłonie w pięść i wstał. Szybko je jednak rozluźnił, pamiętając co przed chwilą zaszło. Odetchnął głęboko i wyszedł na korytarz. Tutaj już docierało nocne światło latarni ulicznych, dlatego bez problemu omijał piętrzące się kartony na drodze do łazienki. Zapalił światło i stanął w progu czekając aż wzrok przywyknie do światła. Podszedł do umywalki i dopiero wtedy podniósł wzrok tak, by spotkał się on ze swoim lustrzanym odbiciem.

Jego miedziana skóra perliła się nadal od potu, a ciemne włosy z gdzieniegdzie zielonkawym połyskiem, przykleiły się do jego czoła. Blizna ciągnąca się wzdłuż prawej strony twarzy, od czoła przez powiekę kończąc na policzku, wyjątkowo teraz straszyła. Nabrał wody w dłonie i spryskał twarz. Nadal jednak czuł piach pod powiekami z nieprzespanej nocy, a może dnia. Podróż go wymęczyła. Lot którym leciał David nie miał już żadnych wolnych miejsc i nawet zaistniałe okoliczności nie były w stanie kogokolwiek wyrzucić. Dlatego musiał z samej Francji lecieć okrężną drogą, wliczając w to dwa loty i przejażdżkę pociągiem.

Podstawił twarz pod kran i napił się kilka łyków wody. Wytarł dłoń o twarz i włosy, po czym ruszył do sypialni. Kiedy mijał próg łazienki dostrzegł liczne zdjęcia wiszące na ścianie, przedstawiające jego wraz ze starszym białym blondynem, mniej więcej jego wzrostu. Opuścił głowę i powłóczył nogami, gasząc światło. Kiedy je ponownie zapalił, ku swojemu zdziwieniu zauważył, że jest w gabinecie a nie w swojej sypialni.

Pokój był wyłożony boazerią, drewnianymi kasetonami. Jasność ścian świetnie kontrastowała z również drewnianymi ciemno-brązowymi, renesansowymi meblami oraz purpurowym dywanem, pokrywającym całą powierzchnię pokoju. Niedaleko od okna stało, jak sam David określał „brobdingnagowe” biurko, które było najbardziej okazałym meblem i dumą Davida.

Cała podłoga gabinetu zastawiona była kartonami z napisami: dokumenty, książki, zeszyty, praca, publikacje. Wszedł dalej i oparł się o wielkie biurko. Patrzył na kartony i na puste półki regałów na ścianach. I choć był zmęczony, to i tak, przez różnice czasową nie chciało mu się już  spać. Powoli zaczął otwierać kartony i wyjmować ich zawartość, segregując lub od razu ustawiając na półkach. Sam do końca nie wiedział, czemu to robi.

To wszystko było przecież bez sensu. Wszystko, to co się stało, te podróże, całe jego życie było bez sensu. Stało się bez sensu. Wrócił do Kanady i nie wiedział, po co. Chyba tak należało, w końcu tutaj jest rodzina Davida. Rodzina. Tak naprawdę to nikt nie był w jego rodzinie spokrewniony krwią. Cala rodzina była zszywana, poczynając od dziadka, który był adoptowany, a kończąc na Kate i łącznie nim samym, najmłodszymi narybkami w rodzinie.

Ale co on będzie dalej robił? Niby był plan na wycieczkę, która miała w końcu wyjaśnić wszystkie zagadki jego życia. Ale czy musiał? W końcu to było jego życie, nauczył się funkcjonować, kontrolować i nawet przywiązał się do tego. Od urodzenia wiedział, że jest specyficznym dzieckiem. A David nigdy nie okazał strachu przed nim.

Wtedy przez jego ciało przepłynęła fala. Przynajmniej tak to nazwali z David'em. Było to dziwne, nienaturalne uczucie, które uderzało w niego niczym przenikające przez niego dmuchnięcie wiatru. Niczym dreszcz, fala podrażniła wszystkie cząstki jego ciała. Nigdy tego nie lubił. Każda fala zostawiała po sobie coś jakby posmak w jego organizmie, który wyłączał go na kilka chwil ze świata.

Złość zakipiała w nim jeszcze bardziej. To nie był najlepszy moment na falę, ale przecież nigdy nie miał na nie wpływu. Fala, podmuch wiatru, była dość silna, a w połączeniu ze zmęczeniem lekko go zemdliła. Tracąc przytomność zahaczył ręką o puste regały, wytrącając półki z zawiasów.

Kiedy się ocknął zobaczył, że leży w stercie listów. Gdy się uniósł zrozumiał, że otworzył skrytkę, za ścianką w regale. Spojrzał na dziurę w ścianie, była dość obszerna, jak na same listy. Te zajęłyby zaledwie ćwierć jej powierzchni. Ewidentnie czegoś w niej brakowało, nawet kurz był w dwóch kolorach.

Zebrał wszystkie listy i usiadł przy biurku. Było ich około setki, część z nich, związana sznurkiem, ta była od kobiety o imieniu Rose, a druga, sądząc po charakterze pisma, od jakiegoś mężczyzny.

Studiując listy od Rose zobaczył, że pisała ona do Davida przez pięć lat, co miesiąc. Na żadnym z nich nie było adresu zwrotnego. Listy z ostatnich dwóch lat były w innych kopertach i zostały napisane na prawdziwej papeterii z obrazkiem w lewym dolnym rogu, przedstawiającym jakichś budynek, coś co mogło być hotelem. Spostrzegł, że ostatni napisany był prawie szesnaście lat temu.

W pierwszych listach opisywała swoją prace i wyniki jakichś badań. Były one przepełnione medycznymi terminami i niezliczoną ilością gramatur różnych leków. W jej zdaniach widział obawę o bezpieczeństwo jego i Davida. A czasem miał wrażenie, że kobieta obawia się o Davida jakby to on, Nazaa, stanowił zagrożenie. Doszedł do wniosku, że Rose musiała znać go jako dziecko.

Im dalej w czasie, tym częściej czytał o jej obawach o własne bezpieczeństwo oraz o bezpieczeństwo czegoś co nazywała 001.

W listach pisanych na papeterii z budynkiem, opisywała swoją nową pracę jako kwiaciarka oraz lęk o swoje życie jaki miała po ucieczce. Lęk, który nie opuszczał ani jednego zdania, każdego listu. Zdziwił się czytając ostatni list, bo nie miał w sobie żadnego przesłania mówiącego, że jest to jej ostatnia wiadomość do Davida. Złożył je z powrotem i obwiązał sznurkiem. Wtedy chwycił drugą część listów.

Zaskoczyło go, kiedy zobaczył, że mężczyzna podpisywał się D. twój brat. David nigdy nie wspominał, że miał brata. Cała rodzina nigdy nie wspominała nigdy o kimś takim.

Te listy były zupełnie inne. D. nie rozpisywał się o sobie ani o pracy. W listach były jedynie przestrogi, że zostali nakryci i wskazówki. Wskazówki, które dotyczyły czegoś co nazywał „zbrojownią” lub jej lokalizacji. To słowo, powtarzało się niemalże w każdym liście. Po kilku listach uderzyło go podobieństwo pojawiających się nazw lokalizacji, z tymi, które odwiedzili razem z David’em podczas swoich wypraw.

Z hukiem wstał od biurka i niemalże pobiegł do salonu gdzie rozerwał karton, na którym napisane było "ALBUMY" chwycił pierwszy lepszy i zaczął czytać opisy pod zdjęciami. David uwielbiał zdjęcia i każdą wyprawę fotografował wylewnie ją opisując.

Po przejrzeniu tylko jednego albumu wiedział, że miał rację. To brat Davida w swoich listach wskazywał cele ich wszystkich podróży. A wszystko to z powtarzającym się słowem „zbrojownia”. W niektórych listach pojawiała się informacja, że muszą uciekać bo są w niebezpieczeństwie. I w zaledwie kilku pojawiał się wzmianka o jakichś lekach.

Nie miał ochoty wczytywać się w te listy dokładnie, bo i tak miał już wystarczający mętlik w głowie. Jednak kiedy dostrzegł, że ostatni list od D. był datowany zaledwie kilka dni przed terminem ich wyjazdu do Francji rok temu, nie mógł się powstrzymać.

David,

Znów was namierzyli. Musicie uciekać. Nie wiem jak to się stało, ale wszystko było już faktem dokonanym zanim zdołałem do tego dotrzeć i zmienić. Obawiam się, że ja też jestem w niebezpieczeństwie.

Teraz jak się w końcu udało namierzyć zbrojownie, wiesz co musisz zrobić. Namów Młodego do rozpoczęcia poszukiwań. Tylko rób to spokojnie, proszę Cię! Niech to wyjdzie od niego. Na pewno czuje resztę, tylko nie chce się do tego przyznać lub nie wie, że to co czuje jest tym czym jest. Pozwól mu się oswoić z tą myślą. Tym razem na pewno Młody coś poczuje jak wejdzie do tego pomieszczenia… albo nawet coś się stanie. I wtedy wszystko się wyjaśni!

Jeśli to nie będzie jego miejsce, to na pewno innego z Nich. Musisz mieć Ich wszystkich. Razem będą silniejsi. Razem stworzą całkowite wyjaśnienie.

Pamiętaj tylko o jednej rzeczy. Im więcej Ich będzie, tym więcej niebezpieczeństw na drodze. Młody sam jest już wystarczającym magnesem złego losu. Ale dopiero się zacznie, kiedy będzie Ich więcej.

I jeszcze jedno. Ona będzie to czuła. Każde ich spotkanie, ona odczuje. Na Twoje szczęście nie ma takich zdolności jak Młody. Mimo wszystko, jak tylko zaczniesz, pamiętaj by szybko się przemieszczać! Tydzień to jest najdłużej jak możesz przebywać w jednym miejscu.

Dziękuje za zdjęcia Młodego i za skrzynkę.

Wysyłam więcej leków niż potrzeba, tak na wszelki wypadek. Z biegiem lat są coraz mniej potrzebne, prawda? Dlatego sądzę, że tyle powinno wystarczyć. Poza tym już nie musi Cię chronić, więc nie narażaj więcej niż trzeba jego życia. Swojego też.

Pamiętaj, że Cię kocham. Dziękuje Ci z całego serca za to co dla mnie zrobiłeś, że go wychowywałeś i chroniłeś jak własnego syna, kiedy ja nie mogłem. Że poświęciłeś swoje życie dla niego, narażając się i tym samym skazując. Będę Ci zawsze za to dozgonnie wdzięczny.

Twój brat D.

Odchylił się i oparł o krzesło. Chwycił list i jeszcze raz go przeczytał. Złość i smutek mieszały się w nim z każdym kolejnym zdaniem, gotowe eksplodować. Pod koniec był jedynie wściekły. Ale zanim do czegokolwiek doszło ponownie uspokoił się głębokimi oddechami.

A więc przez całe swoje życie był narzędziem. Na wszystkie te podróże był zabierany w ramach kompasu. Osoba którą kochał jak własnego ojca, wykorzystywała go dla swoich własnych celów. Ukrywał przed nim wszystko nawet fakt, że jego prawdziwy ojciec żyje, i że jest nim jego własny brat. Całe jego życie było kłamstwem. Niczym marionetka tańczył tak jak mu kazano.

Ten jeden list uświadomił mu, że całe ich życie, te wszystkie przeprowadzki, były tak naprawdę ucieczką. Do tej pory myślał, że to z chęci rozwoju naukowego Davida. Prawda jednak okazała się zupełni inna. David go ratował. Tylko nie wiedział przed kim i dlaczego musieli. Zaczął czytać listy, nie pomijając ani jednego.

W niektórych listach D. prosił aby trzymać 002 z dala od Frakcji. Słowo Frakcja pojawiało się bardzo rzadko i nie miał pojęcia co to jest. Tak zaczął podejrzewać, że i Rosa i D. musieli pracować razem i byli uwikłani w ten sam projekt, ponieważ posługiwali się podobnym nazewnictwem. Ona pisała o 001, a on o 002. Poza tym papier na którym pisał D. był identyczny do tego na którym pisała na początku Rose. Zaczął się zastanawiać czy czasem David z nimi nie współpracował. Znalazł też dokładną mapę z zaznaczoną trasą jak dojść do jednego z jezior w Peru, w którym miałaby być ta "zbrojownia".

Nagle rozległ się dzwonek go drzwi. Zobaczył, że za oknem słońce już dawno prezentuje całą swoją okazałości. Powłóczył się do drzwi i zobaczył przez szybę uśmiechniętą twarz Kate. Choć była prawie jego rówieśniczką, najmłodszą córką dziadków, była tak naprawdę jego ciotką. Co prawda nie był w nastroju na wizyty gości, ale ze względu na zbliżającą się okoliczność, otworzył drzwi z lekkim uśmiechem.

– Spałeś trochę? – przywitała go, na co zaprzeczył głową. – No tak, nadal jesteś w innym czasie. Zrobię ci śniadanie! – Wtedy uniosła torbę pełną zakupów i udała się do kuchni. – Widzę, że rozpakowywanie Ci nie idzie! – krzyknęła po chwili.

– Kate, co tu robisz? – zapytał wchodząc do kuchni i zastając ją w trakcie głośnego szukania patelni.

– Mógłbyś część rozpakować, pewno w tych pudłach gdzieś jest patelnia, – mruczała pod nosem. – Chrystusie Mario i Józefie! – krzyknęła kiedy ich wzrok się spotkał. – Aleś mnie wystraszył. Anonsuj się! – dodała z uśmiechem.

– Kate, po co przyjechałaś? Przecież my się tak naprawdę nie znamy.

– Właśnie dlatego. Bo mam siostrzeńca, którego nie znam.

– Jestem starszy od Ciebie, – zauważył.

– O dwa lata. Wielkie rzeczy. Poza tym musiałam się wyrwać. Kocham rodziców, ale już mam trochę dość wspominek.

– Uciekłaś z domu, – powiedział siadając za barem, oddzielającym salon od aneksu kuchennego, patrząc nieustannie na jej skonsternowaną twarz.

– Chcesz jajecznicę? – Zapytała zbywając jego uwagę.

– Dobrze.

– Świetnie – zaćwierkała radośnie Kate. – Idź się przygotować do śniadania.

– Dobrze. – Powtórzył ze zrezygnowanym uśmiechem i wstał od baru.

Wszedł do łazienki i odkręcił wodę pod natryskiem. Ściągnął z siebie koszulkę i spodenki, i przeciągnął się. Stał na wprost lustra i zobaczył się. Rozczochrane po nocy włosy. Zmęczenie w ciemnych oczach. Wtedy spojrzał na swoje chude ciało i choć było widać mięśnie, do jakiekolwiek rzeźby jeszcze mu trochę brakowało. Jednak nie to najbardziej raziło, nauczył się z tym żyć, przecież nie miał wyjścia. Jego ciało pokryte było bliznami, licznymi bliznami. Niektóre były podłużne, jak ta na jego twarzy albo i dłuższe. Inne były małe, okrągłe. To wszystko były pamiątki po wyprawach. Po ekspedycjach w poszukiwaniach zbrojowni, jak już teraz wiedział. Znów się w nim zagotowało. Kiedy lustro zaczęło zachodzić parą od wrzątku, odwrócił się i wszedł pod natrysk.

Przez chwilę pozwalał aby woda spływała po ciele. Potrząsnął głową, odganiając wszelkie myśli. Po tym gdy skończył się myć, zauważył, że nie ma w co się ubrać. Czmychnął przez korytarz w samym ręczniku. Jedyne co znalazł w swoim pokoju do ubrania to za duża bokserka i szorty. Założył je szybko, zaczesał włosy do tyłu i ruszył rześkim krokiem do kuchni.

Kate zdążyła w tym czasie nakryć już do stołu, jak również ponakładać porcje na talerze i zaparzyć kawę, której zapach roznosił się po całym salonie. Uśmiechnęła się na jego widok, co odwzajemnił.

– Smacznego – powiedział ciepło i zaczął pałaszować. Dopiero wtedy dotarło do niego jak bardzo jest głodny.

Kate patrzyła na niego z uśmiechem i sama też zaczęła skubać swoje śniadanie. Jej wzrok rozbiegał się po pomieszczeniu, po ścianach i zdjęciach. Meblach i widokach za oknami. W końcu spoczął na nim i na kartonach za nim, równo ustawionych pod ścianą.

– David planował wasz powrót już od dłuższego czasu. – Nie wiedział jednak czy to było pytanie czy stwierdzenie.

– Czemu tak myślisz?

– Te pudła, na których jest napisane "ALBUMY" są z datą październik 14-ty, – odpowiedziała swobodnie.

– Co? – gwałtownie się odwrócił, niemalże strącając kubek kawy ze stolika. Podbiegł do pudeł i patrzył na stemple nadania.

– Patrzyłam na nie, szukając patelni, – wytłumaczyła szybko, myśląc, że zrobiła coś złego.

– To… jest… niemożliwe! – Stwierdził zaskoczony.

– Co?

– David nie mówił, że się przenosimy. Wtedy nie mówił …

– Może niedosłyszałeś …

– David zawsze obwieszczał przeprowadzki wystawnymi kolacjami. – Zaprzeczył jej słowom, ucinając jej wypowiedź, a jednocześnie jakby zapewniał sam siebie. – Ale to jest niemożliwe.

– Co?

– Ta data!

– Dlaczego?

– Bo to jest data mojego wyjazdu do Szwajcarii na warsztaty. Spakował to zaraz po moim odjeździe.

– Może chciał zrobić tym razem niespodziankę? – zasugerowała niepewnie Kate.

Nazaa wpatrywał się w daty pudeł, nawet tego, które wcześniej w nocy rozerwał. Jego myśli zaczęły krążyć po informacjach z listów… i wtedy coś się wyklarowało. Nagle zakrył usta dłonią.

– On wiedział… – wyszeptał.

– Co?

– Nic, nic… może faktycznie to miała być niespodzianka. W końcu, kiedyś mieliśmy wrócić do domu.

– To miłe z jego strony. Ciekawe czy…

Jednak nie umiał skupić się na dalszej rozmowie. Nie mógł przestać myśleć o tych pudłach. Większość rzeczy przecież sam pakował, znaczy ekipa, ale on to robił. A te kartony zostały wysłane znacznie wcześniej. Kartony, w których były wszystkie ich wspólne zdjęcia, albumy, płyty. Jego własne dyplomy i certyfikaty. Jego komputer, o którym myślał, że zaginął. Wtedy do niego dotarło, w tych kartonach był on, Nazaa. David pozbył się jego rzeczy. David sprawił, że nie istniał w tamtym domu. David musiał wiedzieć, że nadchodzą.

Kate po śniadaniu pozmywała i posprzątała kuchnię po sobie. A widząc jak Nazaa wpatruje się w pudła zasugerowała, że może pomoże mu w rozpakowaniu ich. Dopiero wtedy ich wzrok się spotkał.

– Nie, dziękuje – odpowiedział zamyślonym głosem. – Mam wszystko pod kontrolą.

– W takim razie ja uciekam na zajęcia. – powiedziała rześko. – Może wpaść po ciebie i skoczymy na miasto na lunch?

– Dobrze. – odpowiedział dopiero po chwili, jakby te słowa musiały zacumować i spuścić kotwice w jego umyśle. – Jasne, chętnie, – dodał już z uśmiechem, który był odwzajemniony.

– To wpadnę koło 2-giej? – W odpowiedzi tylko przytaknął.

Drzwi się za nią zamknęły i ponownie został sam. Poszedł do gabinetu i zaczął rozpakowywać kolejne pudła w poszukiwaniu jakichkolwiek notatek. Jednak nic co znajdował nie było godne uwagi. W połowie przekopywania się przez kolejne notatki Davida, nagle przestał. Bo zrozumiał, że jeżeli jakiekolwiek dokumenty miałyby mu pomóc w zrozumieniu co się stało, nie byłyby w tych pudłach. Bo skoro wysłał całe jego życie tak wcześnie to by znaczyło, że to właśnie w tamtych pudłach może kryć się odpowiedź.

Szybkim krokiem przeszedł do salonu, chwycił pierwszy lepszy karton i wyrzucił całą jego zawartość na stół. Usiadł wygodnie w krześle i zaczął szukać.

W drugim pudle zobaczył zeszyt w którym David rozpisał ostatnią podróż. Pełno było gryzmołów i skreśleń, w końcu po chwili studiowania, zrozumiał, iż planem był wyjazd do Szkocji. Fakt z Francji jest to najbliższe połączenie. Następnie planował uciec do Nowej Zelandii co było dość daleko, może i o to mu chodziło. Dalej plan był taki, aby udać się do USA i wrócić do Kanady.

Te miejsca mu przypomniały, jak w dzieciństwie po każdej fali David kazał mu się skupić i starać się zlokalizować skąd do niego napłynęła. Rozkładał przed nim wielkie mapy i kazał wskazać palcem. Nie kojarzył, co prawda, by przez ostatnie 7 lat był o to proszony. Kojarzył, że pod koniec David, faktycznie wskazywał już konkretne państwa lub fragmenty kontynentu. Była to ciężka praca, ale na przestrzeni całego życia, jak widać David w końcu znalazł te hipocentra.

Na kolejnych kartkach zeszytu były przykładowe noclegi i krótkie opisy tych miejsc, jak linie komunikacyjne, autobusy i pociągi oraz plany miast. Prócz tego w pudle znalazł kolejny album z jednej z wypraw po Afryce, której pamiątkę w postaci blizny, nadal nosił na plecach.

Był w trakcie przeszukiwania zawartości trzeciego pudła, kiedy rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Spojrzał na zegarek i zobaczył, że było już pięć minut po drugiej. Wstał od stołu i zobaczył, że nadal jest ubrany w piżamę. Podbiegł do drzwi frontowych i je otworzył.

Kate stała bokiem patrząc na ulicę. Wtedy spojrzała na niego spod jej przeciwsłonecznych okularów i zobaczył lekkie rozczarowanie jego strojem.

– Zaraz będę gotowy, – powiedział i uciekł do swojej sypialni.

Nie rozpakował jeszcze swoich rzeczy. Więc nie wiedział co dokładnie ma w konkretnych pudłach. W końcu znalazł jakąś najmniej pomięta koszulkę i spodnie. W przedpokoju spojrzał na swoje odbicie w wielkim lustrze i przeczesał ręką włosy tak by grzywka opadła mu na prawe oko, częściowo zakrywając bliznę.

– Na co masz ochotę? – Zapytała kiedy ruszyli spod podjazdu.

– Nie wiem, – usłyszał głęboki wydech zrezygnowania. – Dlatego zabierz mnie do swojej ulubionej restauracji. – I zobaczył uśmiech na twarzy Kate.

– Mam ochotę na pizzę. Choć wiem, że pewnie będzie słaba w porównaniu do tych do których przywykłeś we Włoszech.

– Nie mieszkałem we Włoszech, – powiedział lekko zamyślony, spoglądając przez boczną szybę. – Byłem we Francji, w Alpach. Ale tak czasem z David’em jeździliśmy do Włoch.

– Często się przenosiliście, prawda?

– Tak, – a w myślach pojawiała się końcówka tego zdania „bo najprawdopodobniej uciekaliśmy”. Jednak dodał – David chciał pokazać mi świat. A jako lekarz nie miał problemu ze znalezieniem nowej pracy. Ja zmieniałem często szkoły.

– To musiało być męczące.

– Nie wiem, – powiedział zgodnie z prawdą. – Tylko takie życie znam.

– Ale w końcu się ustatkujesz?

– Mhm.

Kate zrozumiała, że nie ma co dalej ciągnąć rozmowy. Po kilkunastu minutach zaparkowali przed włoską restauracją. Kiedy weszli do środka, uderzył w niego zapach pieczonego ciasta. Spojrzał na talerze pozostałych gości i stwierdził, że to może nie będzie aż tak odbiegało od tego, do czego przywykł, jak to określiła Kate.

Zamówili wielką pizzę. Kate cały czas go pytała o jego życie, co było zrozumiałe, bo przecież mimo, że nosili to samo nazwisko, praktycznie się nie znali. Po dwóch godzinach, pojechali do kina, na prośbę Kate. Dopiero kiedy słońce zaszło został odstawiony do domu. Kate powiedziała, że rano przyjedzie po niego i ma być gotowy. Przytaknął i otworzył drzwi do domu.

Nie miał ochoty znów szukać w pudłach. Wiedział, że tam nic nie znajdzie. Był tak najedzony, że nie miał ochoty już na kolacje. Rozebrał się i położył na łóżku. Jutro był ten dzień.

Obudził go natarczywy dzwonek do drzwi. Zwlókł się z łóżka i podszedł do drzwi. Kiedy je otworzył, zobaczył Kate, ubraną całą na czarno ze skwaszoną minął.

– Miałam dobry pomysł żeby przyjechać do Ciebie wcześniej. Zrobię ci lekkie śniadanie, a ty zacznij się szykować. Matko nawet nie jesteś wyprasowany!

– Jestem, – odpowiedział ziewając, przepuszczając ją w drzwiach, – wszystko wisi w pokrowcach.

– Jazda się myć, a ja wszystko ogarnę.

W drodze do łazienki, zahaczył o swoją sypialnię, gdzie wyłączył ciągle dzwoniący budzik. Wszedł do łazienki i odkręcił wodę. Po chwili zaczął się myć. Miał pustkę w głowie, nie umiał na niczym się skupić. Może i był wcześniej zły na Davida i miał mętlik w głowie, jednak dziś nie umiał połączyć myśli w żadną sensowną całość.

Wypił tylko kawę na śniadanie i chwycił kilka łyżek musli. Więcej nie umiał przełknąć. Kate chodziła cała poddenerwowana. Ubrał się w czarny garnitur i założył czarny krawat, który kupił na lotnisku. Po chwili wyszli z domu gdzie czekał na nich już samochód prowadzony przez starszego, siwego mężczyznę w sile wieku.

– Babcia już jest na miejscu – przywitał go. Oboje z Kate przytaknęli.

Resztę podróży nie zamienili ani jednego słowa. Jedynie co jakiś czas, dziadek naprzemiennie z Kate, cicho, przeciągle wzdychali. Kiedy dojechali do celu i znaleźli miejsce do parkowania, szybko przyłączyli się do maszerującego już tłumu. Przecisnął się przez zastygłą już czarną gromadę i wyszedł na front. Babcia siedziała już i choć było wystarczająco dużo wolnych krzeseł, żeby mógłby usiąść, postanowił stanąć za nią. Położył dłoń na jej ramieniu dając znać, że już jest. Kate usiadła po prawej od babci, a dziadek po lewej. Wtedy pojawił się pastor, odchrząknął i zaczął:

– Zgromadziliśmy się tutaj, aby być świadkami ostatniej drogi Davida Dassan…

Powoli ogarniał go smutek, bo może i był wykorzystywany, ale to jednak David kochał go jak syna i troszczył się przez całe jego życie. Dbał o niego i wychował, a na koniec poświęcił swoje życie, aby go ratować. Kto mógł go zabić i dlaczego ich ścigali? Znaczy zrozumiał, że tak naprawdę to ścigali jego, Nazę. David tylko pomagał w ucieczce i pilnował wszystkiego. Zaczął się zastanawiać, kim on sam tak naprawdę jest, skoro jego postać potrafi doprowadzić do morderstwa. Zastanawiał się jak wyglądały ostatnie chwile życia Davida. To nasunęło mu kolejną myśl, że w ostatnich swoich minutach życia David bronił jego egzystencji do końca. Był kochany.

 W którymś momencie poczuł na dłoni uścisk, wyrywający go z zamyślenia. To była jego babcia, dająca znać, że już koniec. Nawet nie zauważył, że tłum dookoła niego zniknął, nawet nie zarejestrował chwili opuszczania trumny.

Udali się do samochodu, który zawiózł ich do domu dziadków, na wzgórzu, gdzie odbywała się stypa. Wiele osób przyglądało się mu, jak jakiemuś egzotycznemu zwierzęciu, z jednej strony nie dziwił się, takim poniekąd był. Przecież przez ostatnią dekadę lub więcej prawie w ogóle nie przebywali w tym domu. Częściej widział dziadków i Kate w monitorze komputera niż na żywo. Cały czas unikał ludzi, przesiadując na balkonie, z którego widać było całe miasteczko. Nie wiedział ile czasu trwała stypa, ale powoli zaczęło się ściemniać, kiedy wyszli ostatni goście. Kate, zaproponowała, że go odwiezie, na co przystał z wielką chęcią bo dom Davida był na drugim końcu miasteczka. Gdy wysiadał Kate dała do zrozumienia, że jeśli będzie potrzebował jutro towarzystwa, będzie dostępna. Przytaknął i podziękował za podwózkę.

Kiedy drzwi się za nim zamknęły, ponury nastrój wcale go nie opuścił. Był sam w domu. Powłóczył nogami do kuchni gdzie wstawił wodę. Wyjął kubek i nagle zrozumiał, że trzyma ulubiony kubek Davida. Złość w nim zawrzała ponownie. Odwrócił się i rzucił kubkiem o ścianę. Odchylił głowę i wziął długi oddech i jeszcze dłuższy wydech. Wyjął kolejny kubek i włożył saszetkę herbaty, którą zalał jak tylko czajnik przestał gotować wodę. Nie miał już ochoty jeść a tylko położyć się spać. Rozebrał się do naga i runął na łóżko.

Przebudziło go niesamowite parcie na pęcherz. Uniósł się i nie zapalając światła, żeby nie męczyć oczu przeszedł do łazienki, na skos od swojego pokoju. Nie zamknął drzwi za sobą, bo w końcu był sam w domu, a i łazienka miała małe okienko co powodowało, że i tak więcej światła padało z korytarza. Usiadł na sedesie, by nie musieć później zmywać, jeśli nie trafi. Przez chwile było słychać stłumione dzwonienie w muszle, jednak kiedy się uniósł i miał zamiar spuścić wodę usłyszał ciche szczęknięcie.

Dźwięk sugerował jakby ktoś nadepnął na coś chrupkiego, co rozsypało się pod naciskiem. W jednej chwili zrozumiał, że był to fragment kubka który rozbił. Stojąc nieruchomo w łazience, całkowicie nagi, zauważył długi cień, który kładł się na podłodze korytarza od strony gabinetu. To oznaczało, że było prócz niego minimum dwoje ludzi. Wtedy zobaczył tłumik pistoletu, który wyłonił się zza futryny drzwi. Zaraz za nim ukazała się ubrana w czarną rękawiczkę dłoń dzierżąca pistolet. Postać się zatrzymała, wtedy usłyszał delikatny szelest ubrań, a po cieniu widział, że porozumiewają się na migi. Czmychnął za drzwi od łazienki, widząc wyłaniający się noktowizor.

Musiał to zrobić. Musiał się rozzłościć, przez chwilę przebiegła myśl, że to wcale nie jest aż takie trudne wystarczy, że pomyśli o tym co mu się ostatnio przytrafiło. Wtedy poczuł, jak uczucie gorąca zaczęło spływać z policzków na ramiona. Postanowił wyjść z kryjówki. Człowiek ubrany na czarno właśnie spojrzał na niego. Nazaa błyskawicznie zapalił światło nad umywalką. W jednej chwili rozległ się świst, a on poczuł zapach krwi. Jego umysł zaczął tracić ostrość…

… następną rzeczą jakiej miał świadomość to ból przedramienia i to że klęczy. Otworzył oczy i zobaczył, że nadal jest nagi. Uniósł głowę, a przed nim leżały dwa ciała na korytarzu i jedno w salonie. Widział krew, dużo krwi. Sam był nią ubabrany. Odruchowo uderzył dłonią w czoło, szepcząc z rezygnacją, „znowu”. Podniósł się z kolan. Wtedy zobaczył, że na jego przedramieniu jest draśnięcie po kuli, które powodowało ból. Wszedł do łazienki, otworzył szafkę i wyciągnął bandaż, gazik i wodę utlenioną. Rana nie była poważna i nie krwawiła tak bardzo. Pomagając sobie zębami założył prowizoryczny opatrunek. Wiedział jak, bo David często takie mu zakładał.

Założył spodenki, jakie zostawił w łazience po porannej kąpieli. Spojrzał w lustro i zobaczył część swojej twarzy pokrytej plamą krwi idealnie oddając fragment jego dłoni. Wyszedł na korytarz i głęboko odetchnął. Zapach krwi był już stary, poza tym przyzwyczaił się już do niego, więc na spokojnie mógł funkcjonować. Poszedł do salonu i zaciągnął ciało do aneksu kuchennego, pokrytego kafelkami, które nie przyjmowały krwi, w przeciwieństwie do parkietu w salonie. Zapalił światło nad okapem i zaczął przeszukiwać ciało. Niestety nie znalazł nic co mogłoby naprowadzić kim jest ten człowiek. Jego mundur, jeśli można tak nazwać ten czarny strój, miał tylko kasztanową naszywkę w kształcie grotu. Oderwał ją.

Po tym jak obszukał wszystkie ciała znajdując różne gadżety, w tym kluczyki od auta, zaczął je pakować do czarnych toreb na śmieci. Było to o tyle trudne, że niektóre części ciała były mocno zdeformowane, a w jednym przypadku, trzymały się reszty ciała tylko na fragmencie skóry. Była jeszcze noc, kiedy wyszedł na ulice i zaczął kluczykami celować w różne strony. Nagle zamrugały migacze białego Vana, stojącego przecznice dalej. Ruszył w jego stronę, odpalił i podjechał na swój podjazd. Otworzył bagażnik i wrócił do domu po ciała. Wrzucił worki do środka i wrócił do mieszkania, gdzie zaczął zmywać krew.

Powoli zaczynało świtać, kiedy skończył zmywać podłogę i udał się pod prysznic. Długo spływała z niego czerwona woda. Wtedy też odkrył, że lekko się skaleczył w głowę. Jednak nie wiedział w którym momencie. Ubrał się we wczorajszy stój, dodatkowo zakładając czapkę z daszkiem oraz rękawiczki, jednego z mężczyzn. Chwycił torbę z wiadrami, ręcznikami, ścierkami i mopem, którym czyścił podłogi oraz saperkę, znalezioną w garażu i wyszedł z domu. Wsiadł do auta po wcześniejszym wrzuceniu torby na miejsce pasażera i odjechał z podjazdu.

Najgorsze było to, że nie znał okolicy, więc nie wiedział gdzie jechać. Jednak nie trwało długo zanim wyjechał z miejscowości i znalazł się na szosie. Później to była już kwestia czasu, kiedy skręcił w jakaś leśną drogę i pojechał nią tak daleko jak tylko pozwalała na to.

Następnie zabrał jedno z ciał i saperkę z worka z brudami. Długo szedł zanim znalazł odpowiednie miejsce by wykopać dół, na tyle duży, który pomieścił wszystkie ciała.

Kiedy już je złożył i zasypał, pozbierał trochę okolicznych gałęzi, suchych liści i niedbale rozrzucił starając się zakryć świeżą ziemię. Wrócił do auta i otworzył bagażnik. Czarne torby nie przepuściły krwi z czego się cieszył. Wszedł i zaczął oglądać wnętrze. Wcześniej było za ciemno by cokolwiek dostrzec, no i nie miał czasu na sprawdzanie wyposażenia. Spodziewał się, że będzie wypchane elektroniką, ale tak nie było. Znalazł jakieś nadajniki, które położył pod kołami auta, tak by po nich przejechać kiedy ruszy. Znalazł też całkiem przydatny plecak, ten postanowił zabrać, stwierdzając, że nie ma już nic interesującego i nie znajdując żadnej wskazówki kim byli jego napastnicy, zaczął wracać do miasta.

Było już po 9-tej rano, kiedy minął granice administracyjne miasta. Znalazł pierwsze miejsce z zakazem parkowania i tam zostawił samochód. Według jego planu, najpierw zablokują koła, a po jakimś czasie zabiorą auto. Nie będą się domyślać, że posłużyło do transportu zwłok.

Postanowił wejść do kawiarni po kawę, gdyż po wyczerpującej nocy, cała drogę powrotną, nie mógł przestać ziewać. Akurat pierwsza otwarta była przy drodze, którą można by dojechać do domu dziadków na wzgórzu. Mieściła się na parterże starszej dwu piętrowej kamienicy. Zamówił kawę u baristy. Wtedy ku jego zdziwieniu do kawiarni weszła Kate.

– Nazaa? Co ty tutaj robisz? – Zapytała całkowicie zaskoczona.

– Chciałem wpaść do dziadków na śniadanie, – wymyślił naprędce nie ukrywając swojego zaskoczenia.

– To co robisz tutaj na dole. Wchodź na piętro. – powiedziała, kładąc na ladzie torby z bagietkami. – Właśnie wróciłam z piekarni, ich kierowca się rozchorował więc… Liam, masz już pieczywo do kanapek! – Krzyknęła w stronę zaplecza. – Choć pójdziemy razem. Ale się ucieszą.

– Na piętro? Tutaj mieszkają..? Nad kawiarnią? Nie wiedziałem, że macie kawiarnie, – powiedział zaskoczony obrotem sytuacji.

– To jak tu trafiłeś? – zapytała wspinając się po drewnianych schodach.

– Szedłem do domu dziadków na wzgórzu… – wskazał ręką kierunek.

– A to jest już mój dom, – powiedziała rozbawiona. – Rodzice postanowili przenieść się nad tę kawiarnię kilka lat temu, chyba rok po tym jak ją otworzyli. – Patrzcie kogo znalazłam na dole! – Krzyknęła otworając drzwi do mieszkania.

– Co tak krzyczysz. Jeszcze dobrze słyszymy. – Usłyszeli męski surowy głos. Nagle zza rogu wyłonił się dziadek. – Nazaa skąd wiedziałeś?

– Czysty przypadek, – odpowiedziała Kate przeciskając się obok niego i całując mężczyznę w policzek na przywitanie.

– May, szykuj jeszcze dwa talerze na śniadanie. Mamy gości. Nazaa i Kate się przypałętali – powiedział z uśmiechem.

Babcia May, szczerze się uradowała na jego widok. Szybko przygotowała tosty i dżemy. Zasiedli w czwórkę do stołu. Siedzieli i opowiadali do David’zie. Dopytywali Nazę o ich podróże i życie w różnych krajach. Z uśmiechem odpowiadał i uczestniczył w konwersacji. Później on zaczął dopytywać o pomysł na kupno kawiarni.

Przed południem pożegnał się, gdyż babcia May wyrzuciła go z domu widząc jak bardzo ziewa. na szczęście zrzuciła wszystko na zmianę czasową. Kiedy zszedł ze schodów, zatrzymał się jeszcze przy ladzie z ciastkami i popatrzył na nie, a wyglądały kusząco.

– Coś podać? – zapytała dziewczyną za ladą.

– Nie – zaprzeczył z uśmiechem Nazaa. – Nie, nic, dziękuje.

– Częstuj się – usłyszał głos dziadka za sobą. – Na koszt firmy.

– Nie, naprawdę nie trzeba. – wzbraniał się nadal.

– Lucy, zapakuj mojemu wnuczkowi, kawałek sernika. – polecił dziewczynie za ladą.

Dziewczyna stanęła jak wryta. Wyglądała, jakby ktoś ją uderzył w twarz. Jej oczy skakały wciąż to na niego, to na dziadka i znów na niego. Musiał przyznać, że to było dość zabawne. Ewidentnie dziewczyna była zaskoczona tym, że padło słowo "wnuczek", a tym bardziej, widząc jak bardzo są różni.

– Dobrze Ben, – wydusiła w końcu, po zbyt długiej ciszy i zapewne karcącego spojrzenia dziadka.

– Nie dziadku, – zaprzeczył Nazaa z uśmiechem, – nic już nie zmieszczę po takim śniadaniu.

– Jesteś pewien?

– Tak, tak. Jestem pewien. Po prostu podziwiałem co stworzyliście.

– Trzeba będzie też zastanowić się co dalej z domem, – zaczął dziadek. – Czy chcesz zatrzymać, czy sprzedać? – Jego bezpośredniość oraz to, że nie przebierał w słowach, nawet go nie uraziło. Zresztą to był cały dziadek Ben.

– Tato! – fuknęła Kate, pojawiając się za ich plecami, dając do zrozumienia, że jest to nie na miejscu. Wtedy dostrzegli ją jak stała u stóp schodów a w ręku trzymała plecak Nazy.

– Bo chyba nie wracasz do Francji, prawda? – zapytał dziadek, a raczej brzmiało to jak stwierdzenie.

– Nie wiem… – Nazaa odpowiedział dopiero po chwili. – Nie wiem co zrobię.

– Proszę – Kate podała mu plecak. – Uciekaj, zanim zacznie dalej cię bombardować.

– To są poważne pytania Kate.

– Wiem, ale David, jeszcze nie….

Nie słyszał dalszej części kłótni, gdyż zdążył już wyjść z kawiarni. Ruszył rześkim krokiem do domu. Wtedy to powróciły wydarzenia z nocy. Zaraz również pojawiło się zmęczenie. Nie dziwiło go, że tak szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Jakkolwiek straszne może się to wydawać przywykł do tego. Musiał wrócić szybko i sprawdzić, czy na pewno zatarł wszystkie ślady nocnych wydarzeń.

Spacer do domu zajął mu prawie godzinę, podczas której nie myślał o niczym innym niż o tym co zrobił w domu. A dokładniej, czy wszystko posprzątał. W myślach powtarzał wszystkie czynności. Niestety jego umysł nie pozwalał cofnąć się do momentu, który sprawił, że musiał tak sprzątać dom. Przynajmniej jeszcze jego umysł nie chciał wrócić. Jednak to co przypomniał sobie, to fakt, iż po każdym takim epizodzie David robił mu zastrzyk. Tłumaczenie było zawsze takie samo, że to pozwoli mu zasnąć, że to go uspokoi. Nigdy nie przyznawał się David'owi, że to co zrobił zawsze powracało w snach.

Kiedy przestąpił próg domu, zrzucił plecak i zaczął bacznie oglądać mieszkanie. Wtedy dostrzegł kilka strzykawek wbitych w futrynę drzwi od gabinetu. Wyciągnął je i położył na biurku. Następną znalazł w łazience na podłodze, miała zagiętą igłę i była nadtłuczona. Kolejne oględziny uświadomiły go, iż opanował sprzątanie po epizodach do perfekcji. Nic nie wskazywało na to, jakie sceny się odegrały w tych ścianach kilka godzin wcześniej.

W gabinecie na spokojnie przyjrzał się amarantowej naszywce w kształcie grotu oraz strzykawkom. W jednej z nich, tej z łazienki, dostrzegł niewielką ilość zielonej cieczy. Spojrzał na godzinę, odkręcił zbiornik od strzykawki i wypił zieloną resztkę. Wtedy poczuł, że powieki robią się coraz cięższe.

Obudził się po dwóch godzinach, z głową opartą o blat biurka i siniakiem, na czole, jaki powstał, zapewne po zderzeniu z biurkiem. A więc chcieli go porwać. Oparł się wygodnie na krześle i rzucił sam do siebie.

– Co tu się dzieje? – wstał i ruszył do salonu, z chęcią przejrzenia kolejnych kartonów.

Wtedy przez jego ciało przeszła kolejna fala. Tym razem przypominała wtargnięcie do sauny. Jego ciało w jednej chwili było gorące, oddech zrobił się płytki i bolesny, jakby wchłaniał żar, zamiast zwykłego powietrza. I w następnej chwili ciało powróciło do normy. Nawet nie zdążyło się spocić od ciepła w jakim się znalazło. Upadł na kolana, chwytając łapczywie chłodne powietrze. Oddychał jeszcze przez chwilę, zanim się uniósł i ruszył do salonu.

Kolejne godziny spędzone nad sprawdzaniem zawartości kolejnych pudeł, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Wstał i napalił w kominku, gdyż było mu zimno. W tym momencie miał chwilę odetchnienia od poszukiwań; jego umysł ponownie mógł nabrać perspektyw. Był zmęczony, a bezradność w stosunku do sytuacji jakiej się znalazł była przytłaczająca.

Davida zabito. Domyślał się, że został znaleziony. To pewnie dlatego dla ochronienia, David spakował wszystko co świadczyło o tym że on, Nazaa, żyje i wysłał tutaj, do Kanady. David później został napadnięty w ich własnym domu i zabity. 

Jest możliwe, że ci sami ludzie śledzili samolot, w którym podróżowało potem ciało Davida, ale przez to, że nie było już wolnych miejsc, on, Nazaa, musiał przedostać się do Kanady inną drogą. Do pogrzebu, zapewne dziadkowie i Kate byli obserwowani. Dopiero na pogrzebie,cel ich zainteresowania się zmienił ponieważ zobaczyli go. Zamiast pojechać za dziadkami, podążyli za nim do domu, gdzie w nocy postanowili go nie zabić, a pojmać. A więc on był wszystkiemu winien – to on ściągnął śmierć na Davida. Wtedy złość w nim się zagotowała. Znów poczuł ciepło spływające po policzkach. Zaczął głęboko i miarowo oddychać. Wiedział, że rodzina nigdy nie może go zobaczyć w tym stanie.

Zrozumiał, że wszystko co pisał D. w listach do Davida, było prawdziwe. Wtedy uderzyła go  myśl, że musi uciekać. Bo skoro tych trzech napastników już nie ma, to ktoś zauważy ich nieobecność czy brak komunikacji. A więc zostanie wysłany kolejny oddział, który może zainteresować się jego rodziną. Musiał uciekać, żeby ich chronić. Musiał pomścić śmierć Davida. I, co najbardziej oczywiste, musiał zrozumieć, czemu jest w niebezpieczeństwie. Tym razem mu się udało, bo się obudził i ich usłyszał. Ale następnym razem może nie mieć tyle szczęścia. Musiał uciekać!

Powinien wrócić do Francji. To wydawało się najbardziej logiczne. Jest szansa, że tam będzie nadal ktoś na niego czekał. A więc on sam może być przygotowany i to on może ich zaskoczyć. zapewne uda mu się kogoś zatrzymać przy życiu i przesłuchać. To był dobry plan. Postanowione.

Spojrzał na mały płomień i wrzucił jedno z przeszukanych pudeł do kominka, zajęło się natychmiast. Udał się do salonu, po drodze chwytając złupiony plecak. Włożył do niego gadżety jakie zabrał napastnikom. Włożył wszystkie listy. Zanim jednak włożył ostatni od D. jeszcze raz go przeczytał.

„Jeśli to nie będzie jego miejsce, to na pewno innego z nich. Musisz mieć ich wszystkich. Razem będą silniejsi. Razem stworzą całkowite wyjaśnienie.”

Spakował zeszyt z zaplanowaną przez Davida podróżą oraz szczegółowe mapy. Resztę chwycił i wrzucił do kominka, wraz z kolejnym pudłem. Następnie udał się do sypialni. Tam znalazł kartony ze swoimi ulubionymi ubraniami i zapakował po kilka sztuk koszulek, bielizny skarpetek, dwie pary spodni, dodatkową parę butów, dwie bluzy, czapkę i kurkę przeciwdeszczową. Torbę z ubraniami wrzucił do przedpokoju pod drzwi, zaraz obok plecaka. Udał się do salonu, aby wrzucić kolejne pudło do kominka.

Patrzył na płomień jak trawi jego życie, jego istnienie. Wstał po chwili i zaczął przeszukiwać pomieszczenia, czy czasem nie ma nigdzie czegoś co mogłoby świadczyć o jego istnieniu. W końcu złapał swój komputer. Roztrzaskał go na części, połamał to co mógł i wrzucił do ognia z ostatnim pudłem. Płomień buchnął ze zdwojoną siłą niemalże wydostając się z kominka. Nie miał już czasu, nie mógł już dużej zwlekać. Przez chwile pomyślał, że nawet jeśli by ten dom spłonął, nie było by mu szkoda, w końcu rzadko tutaj bywali. Był już wieczór, kiedy postanowił wezwać taksówkę. Przez chwilę pałętał się po pokojach bez celu, zastanawiając się czy kiedyś jeszcze tutaj wróci. Wszedł jeszcze do gabinetu rozglądając się za czymś pożytecznym lub czymś co mogłoby zdradzić jego istnienie. Zajrzał ponownie do skrytki w regale.

Głęboko, w ścianie, zobaczył buteleczkę, była ona wypełniona przeźroczystym płynem. Wtedy przypomniał sobie, że z takich buteleczek David zawsze napełniał strzykawkę, żeby zagłuszyć jego epizod. Jednak coś nie dawało mu spokoju, kiedy przyglądał się jej i obracał w dłoni. Wtedy spojrzał na biurko, gdzie nadal leżały naboje. Wydawały się dość podobne. Kształt samej fiolki był podobny. Czy to możliwe? W jednej chwili chwycił pozostałe naboje i przeszedł do salonu, zrywając wszystkie zdjęcia ze ściany, na których był. Po czym wrzucił wszystko, łącznie z fiolką, do ognia. Płomień niemalże eksplodował na niebiesko, kiedy szkło się stłukło a ciecz wylała na resztki kartonu i zdjęcia.

Taksówka na lotnisko, przyjechała w przeciągu kwadransa. Kiedy już torbę i plecak wrzucił do bagażnika, ostatni raz spojrzał na dom Davida. W ciemnym salonie widział jeszcze trochę światła, jakie dawał nadal tlący się ogień w kominku.

Minął ciemną kawiarnię dziadków i nawet był w stanie dostrzec palące się światła w salonie domku na wzgórzu. Powinien napisać im cokolwiek, żeby się nie martwili. Ale kto wie kiedy by to zobaczyli. Krzyknął do kierowcy by się zatrzymał. Wydarł kawałek papieru i napisał szybko „wszystko jest dobrze. Nie martwcie się. N.” Wyskoczył z samochodu i wcisnął kawałek kartki pod drzwiami do kawiarni.

Kiedy dotarł na lotnisko i zabrał bagaże, podszedł prosto do stanowiska z biletami.

– Dobry wieczór, chciałbym się dostać jak najszybciej do Francji. – Kobieta przytaknęła i zaczęła stukać w klawiaturę. W tym czasie rozglądał się po lotnisku.

– Bardzo mi przykro, ale następny bezpośredni jest jutro rano.

– To trochę za późno, – stwierdził rozczarowany. – A może coś z przesiadkami?

– Jest możliwe! – Powiedziała z nieukrywaną radością. – Za godzinę odlatuje lot do Szkocji, a po dwóch godzinach czekania kolejny do Paryża. Rezerwować?

– Do Szkocji? – uśmiechnął się upewniając czy dobrze słyszy. Kobieta przytaknęła. Wtedy spojrzał w górę i kręcąc głową dodał. – Oh David, David.

Koniec

Komentarze

VonFochu, konkurs, który wybrałeś, już dawno temu się skończył. I jeśli to rozdział, a nie zamknięty tekst, wypadałoby oznaczyć jako “fragment”.

Babska logika rządzi!

No nie mogę się doczekać dalszego ciągu. W jaką stronę akcja pójdzie? Czy spotka pozostałych? Czyta się przynajmniej tak dobrze jak ogląda najlepsze odcinki Black Mirror na Netfliksie. To dopiero wstęp a zadziało się już bardzo dużo. Czyta się świetnie a opisy bardzo sugestywnie wpływają na to jakimi kanałami podąża moja osobista wyobraźnia… Jest klimat. Dziękuję za to, że mogłem na chwilę odpłynąć i zatopić się w innym ale jednocześnie bardzo bliskim świecie. Czekam na ciąg dalszy. Brawo!

Czyżby komuś tak się spodobało, że specjalnie konto założył, żeby pochwalić?

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

A co Ty myślałeś :D Niektórzy nawet i po 2-3 konta zakładali żeby sobie wzajemnie chwalić :D

Edit: Przeczytałem trochę z początku, są problemy z powtórzeniami, interpunkcją i czasami wtykasz za dużo "był" obok siebie, zdanie za zdaniem.

"W pewnym momencie wydało mu się, że słyszy jakieś zawodzenie. Wstał ze schodów i ruszył w kierunku z którego wydawało mu się, że dochodzi dźwięk." – powtórzenia, kiepsko brzmią te dwa zdania po sobie (niezręcznie?), w obu powtarzasz tę samą informację.

"Miał świadomość, że to dziecko ze snu to był on sam. Nie był to pierwszy raz, często miewał podobne sny, zwłaszcza gdy był młodszy".

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Zauważyłam kłopoty z interpunkcją (chociażby przecinki przed “a”). Historia może i ma potencjał, ale czegoś brakuje w jej wykonaniu.

Dziękuje, za komentarze :)

z przecinkami mam problem, wiem, pracuje bardzo nad tym.

i już będe poprawiał powtórzeniami.

vonFoch

Nowa Fantastyka