- Opowiadanie: jganko - Rhizoma Chromii

Rhizoma Chromii

Część czwarta cyberpunkowego cyklu “Historie o marzeniach i przyszłości”, który od blisko dwóch lat zalega mi w szufladzie. Tym razem retrospekcja z czasów wojny rosyjsko-ukraińskiej, dzięki której fragmenty układanki zaczynają tworzyć całość.

Oceny

Rhizoma Chromii

To była zimna noc. Noc, kiedy w Vanie wypaliło się wszystko.

Nie miała więcej łez by dalej płakać. Mechanicznie szła przed siebie, nie zastanawiając się nawet dokąd poniosą ją zmęczone nogi. Stawiała kroki coraz wolniej, ale nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, mimo to nie umiała stwierdzić, czy to jeszcze znajome okolice.

Wszystko wyglądało tak samo: kręta, niekończąca się droga, wokół rozpadające się wiejskie chaty, resztki drewnianych płotów, czasem jakiś słup albo zdezelowany samochód. Za dnia była to przepiękna, malownicza okolica: wzgórza pełne zieleni, niezliczone drzewa i krzewy, budujące wokół drogi naturalny krajobraz. Nawet gdyby Vana je teraz widziała, nie byłaby w stanie docenić ich piękna.

Nie zauważyła nawet, gdy pojawił się za nią samochód. Kiedy światła rozświetliły drogę, było już za późno, żeby uciekać.

– Dziewczynko!

Samochód zwolnił, gdy podjeżdżał bliżej niej. Ze środka krzyczał w jej stronę ciepły, męski głos.

– Dziewczynko, hej!

Kierowca opuścił szybę, ale Vana nawet się nie odwróciła. Dzięki ostatnim zdarzeniom wyrosła z myślenia, że zamykając oczy można uciec przed każdym niebezpieczeństwem, ale wciąż miała nadzieję, że jeśli zaciśnie je wystarczająco mocno, to może…

– Ty niesłysząca? Życie ci niemiłe?

Vana zacisnęła zęby i szła uparcie przed siebie.

Ale kierowca był równie uparty. Wyprzedził dziewczynkę, zatrzymał się i wysiadł z samochodu.

– Dziewczynko, bój się Boga! Co tu robi o tej porze? Ty się zgubiła?

Vana stanęła w miejscu i spuściła głowę. Czuła, że jeśli otworzy oczy, utopi się w morzu powstrzymywanych łez.

– Może ja cię podwiozę? Ty gdzieś tu mieszka? Wsiada do samochodu, zamarznie ty tu.

Przez chwilę oboje stali bez słowa. Vana zaczynała coraz mocniej dyszeć. W końcu kierowca podszedł do niej i pociągnął ją w stronę samochodu.

– No chodź ty.

Nie miała siły walczyć.

Posłusznie dała się usadowić na tylnym siedzeniu. W samochodzie było równie zimno co na zewnątrz, choć gdy silnik zapalił, Vanę ogarnęła iluzja ciepła. Stara łada udawała na co dzień zachodni crossover, ale w rzeczywistości była tylko wysłużoną kupą złomu. Vanie nie robiło to różnicy, i tak by nie narzekała.

– Powie ty coś w końcu, dziewczynko?

Vana pozwoliła, by łzy popłynęły jej po policzkach.

– Nie to nie, ale muszę chociaż wiedzieć, dokąd cię zabrać. Ma tu dom?

– Nie mam już domu…

– Jak to możliwe, żeby taka ładna dziewczynka nie miała dom? A może ty ładna, ale niegrzeczna. Uciekła ty z doma?

Dziewczynka milczała.

– Tu by daleko nie uciekła. Zgubiłaby się w lesie. Albo doszła do gór i tam się zgubiła. Najpierw by najpewniej zamarzła albo padła z głodu. Na pewno ty głodna?

Nie czekając na odpowiedź, kierowca sięgnął do schowka i wyjął z niego srebrne zawiniątko. Vanie błysnęło w nim jednak coś jeszcze.

– Ma, dziewczynko, zjedz coś. To moje śniadanie.

Vana skuliła się i wycofała przed ręką mężczyzny, która podawała jej opakowaną w srebrną folię kanapkę.

– Nie chce kanapkę? Taka ty wybredna?

Dziewczynka wpatrywała się we wnętrze schowka. Kierowca to dostrzegł.

– A, chodzi ci o to?

Odłożył kanapkę i sięgnął po pistolet. Był to mały, błyszczący rewolwer. Tandetny blask sprawiał, że trudno było uwierzyć w jego autentyczność.

– Ty się nie boi, maleńka. To tylko straszak. Ty wie co to straszak?

Dziewczynka pokręciła powoli głową, nie odrywając wielkich, zielonych oczu od broni.

– Taki pistolet, co robi dużo bum, ale nie robi krzywdy. Ale jak trzeba, to odstraszy złych ludzi. Takie czasy, że każden powinien mieć broń. Przynajmniej straszaka…

W Vanie obudziły się ostatnie rezerwy energii.

– Ładny, prawda? Błyszczy się tak, bo jest chromowany. Ty pewnie nie wie, co to chrom? Za mała jesteś… Chrom to taki metal, który chroni inne metale. Na przykład mój pistolet: jest zrobiony z innego metalu, ale na nim jest jeszcze chrom, dzięki czemu jest niezniszczalny. Wygląda ładnie i się nie niszczy.

– Ta kanapka… Też jest chromowana? – spytała przez nos dziewczynka.

– Hahaha! Chromowana kanapka! Nie, głuptasie, kanapka to tylko w folii aluminiowej. Ma, ty ją zje.

Mężczyzna odłożył pistolet i zamknął schowek, a Vanie rzucił kanapkę.

Dziewczynka chwilę myślała, ale w końcu zdecydowała się sięgnąć po zawiniątko. Rozpakowawszy kanapkę, rzuciła się na nią z wielkim apetytem.

– No, mądra dziewczynka. Cały dzień chyba nic nie jadła!

– Mama robiła takie same kanapki, z pomidorami… – odparła z pełnymi ustami.

– To robiła moja kobita, Gieorgina. Jest świetna kucharka. Twoja mama pewnie też umie pichcić. Nie chce ty do niej wrócić?

– Moja mama…

Vana spojrzała tępo przed siebie. Odłożyła kanapkę i wybuchnęła płaczem.

– Dobrze, już dobrze, maleńka… Wypłacze, co trzeba.

Dziewczynka miała wrażenie, że mężczyzna potrafił dopowiedzieć sobie wszystko między wierszami jej nielicznych wypowiedzi. Jego głos brzmiał ciepło i przyjaźnie. 

– Płacz, maleńka, płacz…

Kierowca liczył, że dziewczynka straci w ten sposób resztki sił i szybciej uśnie.

Tak też się stało.

 

– Vana! Vana!

– Miaaaaaaaaaau!

Czarno-biały kot błyskawicznie uciekł z kolan dziewczynki.

– Mamo! Wystraszyłaś Łapkę…

– Vana, zostaw wreszcie tego kota i chodź na obiad!

– Teraz to na pewno nie przyjdę! Muszę najpierw znaleźć Łapkę…

Mama dziewczynki westchnęła i zniknęła z powrotem wewnątrz niedużego, brązowo-czarnego domu. Vana pobiegła na jego tyły w kierunku krzaków, do których uciekł kot.

– Łapka! Łapka! Kici-kici…

Nawoływała, biegnąc przez coraz gęstsze krzewy. Wydawało jej się, że usłyszała niedaleko ciche miauknięcie.

– Łapka!

Na drodze stanęło jej niewielkie wzniesienie. Przez chwilę patrzyła na nie z niepewnością. Wiedziała, że po drugiej stronie jest już tylko gęsty las. Mama zawsze ostrzegała ją przed lasem… W końcu wspięła się na szczyt i od razu zbiegła między drzewa.

Szybko pożałowała swojej decyzji. W lesie nie było nawet wydeptanej ścieżki, musiała się przedzierać między ostrymi gałęziami. Schyliła się najniżej, jak potrafiła, ale wiedziała, że nawet w takich warunkach trudno jej będzie znaleźć małego kotka.

Mimo to szła dalej przed siebie krzycząc wciąż jego imię. Nie zraziła się, gdy jedna z gałęzi zaczepiła się o jej sukienkę i rozerwała, pozostawiając na ramieniu niewielką, krwawą kreskę.

Teraz już na pewno mama mnie zabije… – pomyślała.

Na szczęście natura zlitowała się nad dziewczynką i poprowadziła ją na mniej zalesiony obszar, gdzie mogła swobodniej przechodzić między drzewami. Mimo to straciła nadzieję na odszukanie Łapki, a na domiar złego powoli docierało do niej, że może mieć też problem z powrotem do domu.

Z zamyślenia wyrwał ją niespodziewany widok. Stanęła jak wryta parę kroków przed ubranym w stary, zielony mundur mężczyzną. Wydawał się bardzo wysoki, a jego muskularna postawa budziła respekt, w odróżnieniu od kościstej twarzy. Vana przyglądała się ze strachem jego krzywemu nosowi. Otworzyła usta i nabrała głośno powietrza. Dostrzegła, że mężczyzna ma na rękach jej kotka. Delikatnie głaskał go po łebku między uszami.

Podniósł wzrok i spojrzał na dziewczynkę szklistymi oczami. Jego usta powoli rozszerzały się w promiennym uśmiechu. W jakiś sposób nie pasował do jego twarzy, ale mimo wszystko ją uspokoił.

– Zna ty ją?

Nie przerywał głaskania kota.

– To jest Łapka.

– Łapka? To wy już po imieniu?

Dziewczynka nieśmiało kiwnęła głową.

– W takim razie… – Mężczyzna wyciągnął zdezorientowanego kota w jej stronę. – Chyba muszę ją dla ciebie oddać.

Vana przytuliła się do kota i głaskała go po grzbiecie, wpatrując się wciąż nieufnie w żołnierza.

– To już znamy kota. A jak ty się nazywa, dziewczynko?

– Vana. A pan?

– Ja Sasha.

Mężczyzna wyciągnął rękę w stronę dziewczynki. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– To już my wszyscy trzy przyjaciele. Zgadza się, Vana?

Dziewczynka zmrużyła oczy i niepewnie spojrzała na Sashę.

– Powiedz ty mi… Mieszkasz tu gdzie niedaleko?

Vana już chciała odpowiedzieć, ale nagle sobie przypomniała, że sama do końca nie wie, gdzie się teraz znajduje.

– Za lasem?

– Przy drodze… – wyjąkała niepewnie. – Pobiegłam po Łapkę i… Chyba się trochę zgubiłam.

– Rozumiem. Ty się nie boi, zaraz coś na to poradzimy.

Wyciągnął ze spodni telefon i przejechał kilka razy palcem po ekranie.

– Znajdziemy twój dom. Ty myśli, że będzie mogła zaprosić mnie na herbatkę?

– Chyba będę mogła…

Vana wciąż nie była przekonana do swojego nowego przyjaciela, chociaż wydawał się bardzo miły. Teraz i tak nie miała wyboru – musiała iść zgodnie z mapą w jego telefonie. Może jeszcze uda się uniknąć wielkiej awantury i kary…

– Opowie ty mi, Vana. Mieszka ty z rodzicami?

– Z mamą. Mój tata… Tata poszedł na wojnę. Mama nie lubi, jak się o tym mówi, ale jestem już dorosła i wiem, że poszedł na wojnę.

– Aha. – Sasha sprawiał wrażenie, jakby układał sobie powoli wszystko w głowie. – I twój tata… Długo nie wraca już z wojna?

– Mama się bardzo o niego martwi.

Vana wzięła głęboki oddech i ścisnęła mocniej Łapkę.

– Wiem, że jesteś żołnierzem. Walczyłbyś z moim tatą?

Sasha zrobił poważną minę.

– Nie walczymy dla przyjemności, Vana. Nie wybieramy tego, z kim będziemy walczyć. Wojna… To straszna rzecz. Nie zabawa.

Dziewczynka przygryzła wargę. Wciąż nie potrafiła rozszyfrować swojego nowego przyjaciela. Zastanawiała się, czy dobrze robi, prowadząc go do swojego domu.

– Twojemu tata na pewno nic nie jest. Ty jeszcze zobaczy, wróci do domu cały i zdrowy. Opowie ty mi o swojej mamie.

Vana nieco się rozluźniła.

– Moja mama jest bardzo piękna. Tata zawsze mówi, że mam jej oczy i włosy. Też ma takie blond jak ja, tylko dłuższe. Jak jestem niegrzeczna, to na mnie krzyczy. I robi karę. Ale wiem, że mnie bardzo kocha i chce dla mnie jak najlepiej. Ja też ją bardzo kocham…

Przez chwilę zamyśliła się nad tym, jak wielka czeka ją awantura po dzisiejszej eskapadzie. Łapka usnęła jej na ramieniu.

– Dobrze, Vana. Widzę, że my już niedaleko.

Vana faktycznie rozpoznała wzniesienie terenu oddzielające las.

– To tu gdzieś za tą górą?

– Tak, to już niedaleko.

Sasha miał o wiele więcej siły, dzięki czemu szybko pokonał wzniesienie. Następnie pomógł dziewczynce wspiąć się na górę. Zejście po drugiej stronie wału było już o wiele prostsze.

Vana poznawała tę okolicę. Trochę zboczyli w trakcie wędrówki, ale mapa w telefonie Sashy nie była im już potrzebna – doskonale rozpoznawała krzewy, w których tyle razy się bawiła. Przedzierali się przez nie we trójkę, aż doszli do brązowego domu z czarnym dachem.

– To tu! – krzyknęła entuzjastycznie dziewczynka i odstawiła kota na ziemię.

Łapka, jeszcze nie w pełni rozbudzona, poszła do cienia, by zwinąć się w jakimś kącie do snu.

 

– Ale ja niezdara! – Sasha przesadnie uniósł ręce do góry, po czym schylił się, by podnieść portfel spod stołu. Wyciągnął z niego zdjęcie i przez chwilę wpatrywał się w nie z dumnym uśmiechem. Vana siedziała niespokojnie na krześle i mimowolnie kiwała nogami w przód i w tył. Z zaciekawieniem przyjrzała się chłopcu, gdy Sasha podał jej fotografię. Mama zgasiła papierosa i tylko skinęła głową, wyraźnie czymś podirytowana. – Ja go nazwał Maks. Maks znaczy wielkość. On będzie wielki człowiek. Ludzie będą się z nim liczyć, wie pani?

Mama Vany nie odpowiedziała.

Dziewczynka od początku czuła, że nie polubiła Sashy. Starała się to ukryć, tak jak wtedy gdy zabierała Łapkę do łóżka i mamie się to wyraźnie nie podobało, ale nie chciała jej robić przykrości. Na sam widok Sashy jej rodzicielka zareagowała nieprzychylnie i była jeszcze bardziej szorstka niż zwykle.

– Vana opowiadała mi, że pani mąż poszedł na wojna.

Kobieta zastygła bez ruchu z niedopałkiem w ręce. W jej oczach błysnął niebezpieczny ognik.

– Ja wie, co pani czuje, moja żona też się na pewno o mnie zamartwia…

– Dość – przerwała zimnym tonem.

– Przepraszam, nie chciałem urazić. Ja też się czuł samotny na wojnie. Normalna sprawa…

Kobieta zgasiła papierosa i sondowała uważnie twarz Sashy. Starał się nadrabiać uśmiechem, ale jego szklane oczy psuły pozytywny efekt. Nie spuszczając z niego wzroku, cicho powiedziała do Vany stanowczym głosem:

– Vana. Idź do kuchni pozmywać.

Dziewczynka przestała kiwać nogami i z niechęcią wyszła z pokoju. Sasha odprowadził ją wzrokiem.

Kiedy z kuchni dobiegł odgłos lejącej się wody, matka Vany cicho zasyczała do mężczyzny:

– Posłuchaj. Nie wiem, co ci naopowiadała moja córka, ale nie życzę sobie tutaj dłużej twojego towarzystwa. I wierz mi, że potrafię o siebie zadbać.

Sasha uśmiechnął się przesadnie i sięgnął po herbatę.

 

Vana przejechała ostatni raz ścierką po talerzu i odstawiła go do zlewozmywaka. Gdy zakręciła wodę, usłyszała, że z pokoju obok dobiegało ciche stukanie. Odstawiła krzesełko od kuchni i wytarła ręce.

Przez klapę w drzwiach wyjściowych przecisnął się mały koci łepek. Dziewczynka uśmiechnęła się na jego widok. Kot podbiegł w jej stronę, ale zamiast ubiegać się o pieszczoty, chciał tylko dostać się do miski. Vana patrzyła przez chwilę, jak wsuwał swoją karmę.

Nucąc cicho motyw z ulubionej bajki, weszła z powrotem do salonu. Z początku nie wiedziała, co się dzieje.

Pod plakatem filmu „Android Hunter”, który wisiał tam, odkąd sięgała pamięcią, stał zawsze mały stolik, na którym znajdowała się szklana waza z kilkoma żonkilami. Teraz waza leżała rozbita na podłodze, a woda z kwiatków zamoczyła dywan. Na stoliku leżała schylona mama z sukienką zadartą do pasa. Vana przez chwilę widziała beznamiętny wyraz jej twarzy, lecz gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, kobieta błyskawicznie odwróciła głowę.

Za nią stał Sasha z opuszczonymi spodniami, rytmicznie napierający na leżące na stoliku ciało. Gdy dostrzegł Vanę, uśmiechnął się równie serdecznie jak przy ich pierwszym spotkaniu i zasalutował jej pistoletem.

– Vana! Ty podejdzie, chodź.

Dziewczynka zdawała sobie sprawę, że dzieje się właśnie coś strasznego. Była przerażona bronią mężczyzny, którą nagle wycelował w jej stronę.

– Chodź, dziecino, ja nie będę powtarzał.

Spróbowała zrobić krok do przodu, ale trujej się było poruszyć.

– Podejdź tu, ty ukraińska bladź! – ryknął wreszcie Sasha. Gdy zobaczył, że Vana powoli idzie do niego, wskazał jej pistoletem kanapę.

– Siadaj i patrz.

Vana posłusznie opadła na kanapę. Zamknęła oczy, by stłumić strach i powoli napływające do nich łzy. Próbowała wyobrazić sobie zabawę z Łapką na polanie i powtarzała sobie, żeby tylko nigdy nie otwierać oczu. Udawała, że jest bezpieczna w ciepłym łóżku, mama zaraz do niej przyjdzie i opowie jej ulubioną bajkę o panu Kockim, a rano będą na nią czekały pyszne ciastka…

– Vana! Ja powiedział. Patrz!

Mężczyzna celował do niej cały czas z pistoletu, a drugą ręką trzymał mamę za kark. Gdy upewnił się, że oczy dziewczynki skierowane są na niego, zaczął znów napierać na kobietę.

Vana wiedziała, że ją krzywdzi, choć nie wydawała żadnego odgłosu. To Sasha coraz bardziej sapał i charkał. Dziewczynka starała się tępo patrzeć nad jego głowę, na plakat ulubionego filmu jej rodziców, gdziekolwiek, byle tylko nie widzieć jego pośladków, szklistych oczu i krzywego nosa.

– Vana! Ty patrzy? Dobrze! – Upewniał się co chwila mężczyzna. Zupełnie jakby świadomość, że dziewczynka go obserwuje, dodawała mu siły.

Gdy odwrócił się na dłuższą chwilę do jej matki, kobieta z niezachwianym spokojem powiedziała głośno:

– Vana, uciekaj!

Sasha westchnął na cały pokój, po czym uderzył ją w twarz pistoletem. Kobieta cicho jęknęła.

– Mówiłem ci, zamknie mordę, jeśli mi nie obciąga!

Mężczyzna obserwował cały czas to Vanę, to jej matkę, zdejmując przy tym spodnie i uwalniając nogi ze slipów. Wolną ręką zmiął je w kulę i wepchnął w usta swojej ofiary.

– Vana! Spróbuj ty posłuchać tej bladzi – ja cię zabiję!

Dziewczynka siedziała więc dalej nieruchomo z wrażeniem, że sekundy zamieniły się w minuty, a może nawet godziny.

Kiedy Sasha wreszcie przeciągle zawył na finał i założył z powrotem spodnie, Vana nie była wcale pewna, czy jej matka jeszcze w ogóle żyje. Kobieta leżała nieruchomo na stoliku, nie wydając żadnych dźwięków. Mężczyzna był za to zadowolony z siebie.

– I jak się podoba tobie taka zabawa, Vana?

Vana odwróciła wzrok i zapłakała.

– Ty nie płacze… – powiedział kojącym głosem. – Dorośli lubią taka zabawa, ty jeszcze zobaczy…

Podszedł do niej zapiąwszy pasek u spodni i zbliżył dłoń do jej twarzy.

– Zobaczy, zobaczy, wujek Sasha ci wszystko pokaże…

Dziewczynka ponownie zacisnęła powieki i modliła się w duchu, by to wszystko okazało się tylko złym snem. Wtedy usłyszała głośne łupnięcie.

Gdy otworzyła oczy, zobaczyła jak Sasha pociera dłonią plecy. Za nim stała jej matka z grymasem furii na twarzy. Dziewczynka zrozumiała, że kobieta musiała wbić w plecy mężczyzny kawałek potłuczonej wazy. Niestety, to było za mało, by wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę.

Sasha przyglądał się zakrwawionemu fragmentowi i uśmiechnął się przepraszająco, jakby odebrał właśnie nietrafiony prezent urodzinowy od najbliższej osoby.

– Jobanyj twaj rot, bliackij karakan…

Wycelował za siebie i strzelił w głowę kobiety.

Zanim Vana na dobre zdała sobie sprawę, co właśnie zaszło, już gnała na drugi koniec pokoju. I prawdopodobnie zaraz podzieliłaby los swojej matki, gdyby nie jej ukochana Łapka, która niespodziewanie zeskoczyła na Sashę i odwróciła jego uwagę na kilka cennych sekund.

Nie chciała myśleć, co musiało stać się z kotem, gdy usłyszała z pokoju kolejne strzały. Ona na szczęście już wybiegała z domu i gnała, ile sił w nogach, byle jak najdalej i najgłębiej w las.

 

Vana siedziała w samochodzie i starała się zebrać siły, by móc wycisnąć z siebie jeszcze trochę łez. Nie było to proste zadanie, zwłaszcza że nie umiała w tamtej chwili obudzić w sobie żadnych uczuć. Bała się, że to jej zostanie do końca życia. Ciepłe wspomnienia były zablokowane w części mózgu, do której nie miała dostępu. Te straszne… Przed dzisiejszym dniem tak naprawdę ich nie miała. A te były już dla niej zbyt oderwane od rzeczywistości.

Wiedziała jednak, że musi płakać, żeby sprawiać wrażenie wiarygodnej. Musi krzyczeć i ryczeć na całe gardło, jakby tego wcale nie robiła w ostatnich godzinach.

Głowa mężczyzny powolnie opadła w jej stronę. Błyskawicznie odskoczyła, próbując ją od siebie odeprzeć. W końcu wyskoczyła z samochodu.

Dopiero na zewnątrz zdała sobie sprawę, że wciąż ma w ręce zimny pistolet. Chromowany, z zakrwawioną lufą. Chrom… Cisnęła go w krzaki, w które wcześniej załatwił się jej chwilowy przyjaciel.

Rozejrzała się wokół. Niedaleko stała brązowa chata, nawet podobna do jej domu, ale przecież w tej okolicy niemal wszystko wyglądało tak samo.

Wewnątrz było ciemno, jednak dziewczynka miała nadzieję, że kogoś w niej obudzi. Musiała tylko odpowiednio głośno zacząć krzyczeć…

Spróbowała pierwszy raz, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Dopiero za trzecim razem zdołała wydrzeć się w ciemną noc na całe gardło. Zdawało jej się, że wrzask nie ma końca, ale powoli odczuwała swoiste katharsis, jakby krzyczała o wszystkich wydarzeniach, których dziś doświadczyła. W końcu głos zaczął się łamać i przestała. Odchrząknęła i zaczęła od nowa.

Jej przeczucia się sprawdziły. Po kilku minutach w chacie zapaliło się światło.

– Oby tylko nie mężczyzna, oby to tylko nie był kolejny mężczyzna… – wyszeptała, zaciskając oczy.

Szczęście się wreszcie do niej uśmiechnęło.

Z chaty wyszła ciepło ubrana kobieta. Najwyraźniej dostrzegła dziewczynkę przez okno i nie bała się wyjść jej pomóc. A może po prostu była już zbyt podirytowana jej wrzaskiem.

– Co się dzieje? – spytała z oddali.

Vanie wreszcie udało się zmusić do płaczu. Ryczała jak noworodek.

– Co się stało?

Kobieta podbiegła w jej stronę. Miała ładne oczy i okrągłe policzki. Od razu przytuliła Vanę, wypytując cały czas, co się stało. Dziewczynka była w stanie tylko płakać i korzystała z każdej chwili, którą mogła spędzić w bezpiecznych, ciepłych objęciach.

Jej wybawicielka dostrzegła samochód. Podeszła z nią bliżej, ale gdy tylko dostrzegła martwego mężczyznę wewnątrz, jęknęła z przerażenia i zasłoniła Vanie oczy.

– Moje dziecko…

Przytulała ją i pocieszała, jakby chciała obronić ją przed całym światem. Musiała sobie dopowiedzieć całą historię, bo o nic nie pytała. Zabrała Vanę do domu. Zaparzyła jej ciepłą herbatę i poczęstowała ciasteczkami, a na dobranoc opowiedziała bajkę.

Dziewczynka nie zdradziła jej swojego prawdziwego imienia. Tamtego dnia Vana umarła i nikt już nigdy nie nazwał jej w ten sposób.

 

4765361

Koniec

Komentarze

Ta część okazała się czytelna i zrozumiała. Domyślam się, że drastyczne wydarzenia, których doświadczyła Vana, nie pozostaną bez znaczenia dla dalszego ciągu opowieści.

 

Stara Łada uda­wa­ła na co dzień za­chod­ni cros­so­ver… –> Stara łada uda­wa­ła na co dzień za­chod­ni cros­so­ver

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami.

 

że cięż­ko było uwie­rzyć w jego au­ten­tycz­ność. –> …że trudno było uwie­rzyć w jego au­ten­tycz­ność.

 

Nie zra­zi­ła się, gdy jedna z ga­łę­zi za­cze­pi­ła ją za su­kien­kę… –> Nie zra­zi­ła się, gdy jedna z ga­łę­zi za­cze­pi­ła się o jej su­kien­kę

 

zo­ba­czy­ła jak Sasha po­cie­ra dło­nią tył ple­ców. –> Czy to znaczy, że plecy mają także przód? ;-)

Chyba wystarczy: …zo­ba­czy­ła jak Sasha po­cie­ra dło­nią ple­cy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że już możesz coś wiedzieć na ten temat ;)

Dzięki za uwagi!

I am surrendering to gravity and the unknown.

Nowa Fantastyka