- Opowiadanie: Cornelius - Weselny podarunek

Weselny podarunek

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Weselny podarunek

Zima tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego była wyjątkowo sroga. Dziennikarze Ilustrowanego Kuriera Codziennego pisali o przekupkach, które zamarzały, wracając z kleparskiego targu do swoich podkrakowskich wsi. Czterdziestostopniowy mróz przyciskał wszystkich do kaflowych pieców.

Dla mnie ten rok był wyjątkowy z innego powodu. Coraz częściej widziałam zapuchnięte oczy mamy i ojca, nakładającego nerwowo marynarkę i wychodzącego wcześnie rano do kancelarii. Coś się musiało wydarzyć. Jedenaście lat to paskudny wiek: widzi się i czuje wystarczająco dużo, a choć przyczyny rodzinnych kłopotów nie są jeszcze rozumiane, to przecież nie da się ich już ukryć. Wypowiadane wolno zdania, pozbawione uśmiechu pytania, sztywność form i uciekający wzrok są jak nieszczelne okna, przez które do nie wiem jak nagrzanego mieszkania wkrada się przenikający wszystko chłód. Dorośli próbują kluczyć, znajdują proste wymówki, za każdym razem są w tym bardziej naiwni od swoich dzieci.

Czułam, że wkrótce dojdzie do przesilenia.

− Pojedziesz do stryjostwa, do Leszkowa. − Decyzja rodziców zabrzmiała jak wyrok.

Nie mogli wybrać gorszego miejsca. I to nawet nie z powodu odległości. Jazda pociągiem potrafi być przyjemna, przynajmniej na trasie z Krakowa do Lwowa. Gorzej już z dotarciem do Łucka. A potem jeszcze półtorej godziny saniami do majątku w Leszkowie.

Tylko że ja tak bardzo marzyłam o feriach zimowych w Krakowie, w planach było lepienie bałwana na Rynku. Ksiądz Ksawery obiecał, że zabierze nas na sanki do Kalwarii Zebrzydowskiej. Równocześnie zdawałam sobie sprawę, że wysyłali mnie, ponieważ woleli układać swoje sprawy bez świadków. Nie chcieli, żebym widziała jak się rozstają. Nie pomyśleli, że wraz ze wzrostem odległości od domu, moje cierpienie wcale nie staje się lżejsze. Czuje się nawet więcej, a rozhuśtana wyobraźnia do imentu niszczy dziecięcą beztroskę. 

Brakowało mi jednak argumentów, żeby odwieść rodziców od ich postanowienia. Ojciec co prawda wspominał, że majątek w Leszkowie jest na progu bankructwa. Podobno stryj Wacław nie radził sobie z tartakiem. Ukraińcy kradną drewno, przychodzą do roboty pijani. Decyzja została jednak powzięta i nic już nie mogło spowodować, że zostanę w Krakowie.

− Stryjenka Jadwiga już tam o ciebie zadba. Nabierzesz sił. Poćwiczysz grę na fortepianie. O, widzisz, musimy pamiętać o spakowaniu nut.

Jakby w majątku w Leszkowie nie było nut. Rodzice zwyczajnie chcieli się mnie pozbyć na najbliższe dwa tygodnie.

Byłam za duża, żeby z płaczem rzucić się mamie na szyję. Jakoś wytrzymam. Nie jestem już dzieckiem.

Mama przytuliła mnie mocno, tak jak tylko ona potrafi. Dwie ciepłe krople spłynęły mi na kark.

Wyjazd nastąpił szybciej niż myślałam. Jakaś daleka krewna taty, siostra Zyta, szarytka, wracała do swojego domu zakonnego w Łucku. Uznano to niemal za uśmiech Opatrzności. Wsadzono nas do pociągu. Ojciec nakreślił na moim czole znak krzyża. Mama przyłożyła chusteczkę do oczu. A ja byłam pewna, że ucieknę na pierwszej stacji.

Dorośli bywają dziwnie niekonsekwentni. Najpierw coś wymyślą, a potem mają wyrzuty sumienia i żal do Bóg wie kogo.

Nie uciekłam na pierwszej stacji. Na kolejnej też nie. Zyta miała dobre oczy w kolorze prowansalskiego błękitu, a ja byłam zbyt dobrze wychowanym dzieckiem, żeby potęgować trudności.

Jazdę pociągiem spędzałam z nosem przyklejonym do szyby. Stukot kół uspokajał. Zazdrościłam mijanym szczęśliwym domom, unoszący się z kominów dym tworzył białą pierzynę. Ciepłą, bezpieczną i rodzinną. Zyta odmawiała różaniec i co którąś dziesiątkę brudnym od obieranych ziemniaków palcem wskazywała w zaokienną przestrzeń, mówiąc coś w rodzaju: „O, tutaj, nie dalej jak rok temu, matka przełożona miała widzenie świętego Fabiana”. „A tam… − palec Zyty ponownie zastukał w szybę − …jest wieś Głuche Słuchy. Tam kiedyś taka mała dziewczynka jak ty zaginęła. Weszła do piwnicy zrujnowanego przez Moskali kościoła świętego Idziego i już stamtąd nie wyszła. Nikt jej więcej nie widział”. Słuchając Zyty nabierałam pewności, że nigdy nie wstąpię do zakonu. Powinna bardziej skupiać się na modlitwie. Jej ciekawostki działały przygnębiająco.

− Czy można? − W drzwiach przedziału stał dominikanin.

Zyta niechętnie, acz przyzwalająco, skinęła głową.

Czyżby nowa odmiana magnetyzmu? Jeden habit przyciąga inny habit. Mimo mnóstwa wolnych miejsc, dominikanin z Łucka postanowił przysiąść się właśnie do nas. Był w wieku mojego taty. Tylko że całkiem posiwiały. Miał wielką białą brodę i rozmodlone, wodniste oczy – tak zawsze wyobrażałam sobie ukraińskiego lirnika i jasnowidzącego. Okazało się, że zakonnik zna stryjostwo w Leszkowie. Ze stryjem Wacławem służyli nawet w tym samym oddziale. Z tamtego czasu została mu jątrząca się wciąż rana.

− O tu! − Zaczął podciągać swój mnisi strój.

Błyskawiczna reakcja Zyty była dla mnie zaskoczeniem.

− Panienka nie jest zainteresowana ranami brata − powiedziała surowym głosem, wyćwiczonym w strofowaniu nowicjuszek.

Dominikanin zaczerwienił się, przeprosił i zamilkł. Jego żywa natura nie zezwalała jednak na dłuższą bezczynność. Z przepastnej kieszeni wyciągnął busolę. Mosiężną, z kryształowym szkłem i zdobioną znakami, których nie tylko nie potrafiłam odczytać ale nawet nigdy nie widziałam.

− Niech panienka weźmie. Przyda się, na pewno się przyda − mówił, uśmiechając się tajemniczo.

− Przecież ona nie pokazuje kierunku północnego. − Poruszyłam ponownie urządzeniem. − Żadnego kierunku nie pokazuje. − Wskazówka kompasu obracała się w każdą możliwą stronę.

Dominikanin przekrzywił dziwnie głowę, jakby a to zgadzał się ze mną, to znów nie zgadzał. Jego śnieżnobiałe zęby stanowiły kolorystyczne dopełnienie brody i habitu.

Bawiłam się urządzeniem. Zyta pochrapywała, w końcu też zasnęłam. Gdy się zbudziłam, zakonnika nie było.

− Przecież muszę mu oddać kompas. − Trąciłam lekko Zytę.

− Komu? − Najwyraźniej trudno było jej wrócić do rzeczywistości.

− No, temu zakonnikowi.

− Nikogo nie było. Panienka jest przemęczona.

Wtedy byłam już pewna, że długie podróże szkodzą ludziom w pewnym wieku. Na wszelki wypadek postanowiłam się nie odzywać. Przynajmniej do czasu, aż Zycie wszystkie klepki powrócą na właściwe miejsce.

Na stacji w Łucku stały już sanie przysłane przez stryja Wacława. Zyta włożyła mi jeszcze do rąk różaniec. Poświęcony podobno przez samego Piusa XI. Szczelnie okutała kożuchami i z wrażliwością matki, odprowadzającej dziecko do ochronki, szalem obwiązała moją twarz. Pouczyła też woźnicę o konieczności zwracania wielkiej staranności na ciepło i wygody panienki.

Mężczyzna coś tam zamamrotał w śpiewnym polsko-ukraińskim dialekcie.

− Tak, możesz jej dać trochę wódki − odpowiedziała po krótkim namyśle − ale tylko jak zobaczysz, że panience jest naprawdę bardzo zimno. 

Dwór w Leszkowie otoczony był gęstym woalem padającego śniegu. Biały puch sięgał połowy okien, a angielskie charty biegały, co rusz wkładając weń mordy, a potem prychały i poszczekiwały radośnie.

− Zosiu, Zosiu kochana, jakże się cieszymy. − Stryj Wacław pospieszył do sań. Za nim biegła kucharka z kubkiem gorącego kakao. Charty oderwały się od śnieżnych psot i także pospieszyły przywitać gościa.

Uściski, pocałunki i cała ta kordialność miały w sobie jakąś skazę. Dawało się odczuć, że przyjechałam nie w porę. Miękko zadawane pytania: jak tam podróż, czy zmarzłam, co u mamy, jak rozwija się kariera adwokacka taty, czy ma dużo klientów, jak zdrowie ciotki Hipolity − maskowały rzeczywisty brak zainteresowania. Stryjostwo niby mnie słuchali, jednak krótkie zamyślenia i uciekający wzrok kazały przypuszczać, że dużo bardziej zajmują ich własne sprawy i kłopoty.

Otrzymałam pokój na pięterku. Modrzewiowe schody, jak zawsze, pachniały woskiem, starością i powagą. Naterpentynowana boazeria i oprawione w ramki zdjęcia z afrykańskich polowań stryja Wacława dodawały szyku temu dziwnemu miejscu. Na jednej fotografii zobaczyłam postać dziewczynki. Przystanęłam. Była w moim wieku. Ubrana w prostą sukienkę z koronkowymi rękawami. Ciekawe, jak ja bym w czymś takim wyglądała?

Dwór nie zaliczał się do ładnych. Prababka, która postanowiła stworzyć tu serce rodzinnej ordynacji nie miała za grosz gustu, za to nie brakowało jej ani pieniędzy, ani smykałki do zarządzania, musiała też mieć sporo tupetu. Dwór przypominał piętrową kamienicę, do której dołożyła „parę akcentów swojej dezaprobaty” − jak określał to stryj Wacław. Przez kilkadziesiąt lat na piętro prowadziły jedynie tylne, służbowe schody, dla domowników prababka kazała zainstalować windę ciągniętą sznurami przez służbę. Dopiero dziadek wprowadził zmiany. Pojawiły się ślepe galeryjki, przedsionek i kaplica. Dodano wreszcie drugi bieg schodów.

Gong o godzinie osiemnastej wyrwał mnie z zamyślenia.

Przebrana i z wyuczonym uśmiechem usiadłam na brzeżku krzesła przy długim stole w jadalni. Rozejrzałam się. Ze ścian spoglądały te same, co zawsze, portrety przodków, a lustra odbijały migotliwy płomień świec. Miałem świadomość, że z każdym rokiem staję się bardziej obca dla tego miejsca. Doroślałam, a czas we dworze jakby się zatrzymał. Stryjenka Jadwiga, po swojemu blada, drżącym głosem opowiadała o synu.

− Jan… miałby jutro dwadzieścia osiem lat. − Spojrzała ponad głowami siedzących przy stole i dodała: − Zanim poszedł na tę przeklętą wojnę chciał się żenić.

Przygryzła wargi, a jej delikatne palce zacisnęły się na poręczy krzesła.

− Kochanie… nic się już nie zmieni. − Wacław swoją wielką dłonią nakrył dłoń żony.

Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, ile w tym było czułości, ile skrywanego bólu i intymności ludzi, dzielących ten sam, przeszywający smutek. Lecz każde po swojemu. 

Dobrze znałam historię kuzyna. Moskale od Budionnego wzięli go do niewoli po przegranej obronie Nowogrodu Wołyńskiego. Wrócił dwa lata później. Nie poznawał najbliższych. Prawie się nie odzywał. Czas spędzał łażąc po lasach albo w stajni ze swym arabem. Najlepsi sprowadzeni ze Lwowa lekarze zalecali czekać. Pewnego dnia czekanie się skończyło. Janek wisiał u powały. Dworskie charty stały w drzwiach stajni, wyjąc wniebogłosy, jedynie jego ulubiony koń skubał zwyczajnie siano.

Od tamtej pory nic już nie było takie jak przedtem. Stryjostwo stracili zapał. Zabrakło energii. Nie było dla kogo pracować.

Gdy tak patrzyłam na zgromadzoną przy stole rodzinę, przyszło mi do głowy, że rodzice wysyłali mnie do Leszkowa wcale nie po to, żeby mogli się kłócić bez świadków. Kto wie, może miałam tu wprowadzić odrobinę inności. Dziecięcy sposób patrzenia na świat. Porozrywać smutne myśli. Ale jak? Nie wiedziałam.

Skupiłam się na kolacji.

Małe kawałki bułki z masłem i malinowym dżemem były więcej niż pyszne. Wkładałam je powoli do ust, nie chcąc wyjść na obżarciucha.

− Weź więcej pieczywa. Nie musisz jeść tak ostrożnie. Wojna już dawno się skończyła. − Ciotka Gertruda przewróciła oczami i po sekundowym namyśle dodała: − Chyba… chyba się skończyła.

Przy nakrytym białym obrusem stole każdy pogrążony był we własnym świecie. Dobre wychowanie pomagało zachować pozory, konwenanse okazywały się rusztowaniem dla rozmów o niczym. Bano się przekraczać granice prywatności i omijano nieprzyjemne tematy. Każdy po swojemu tkwił w swych niepokojach, jedynie w strzępach niedokończonych zdań i wiszących w powietrzu niedomówieniach wyczuwało się lęk przed tym, co było i co miało dopiero nadejść.

Podziękowałam, pocałowałam w rękę stryja Wacława i ciotkę, i z rewerencją, wyuczoną na krakowskiej pensji dla młodych dam, wyszłam z jadalni.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok. Coś się nie zgadzało. Drugi raz w życiu miałam to uczucie. Pierwszy raz był wtedy, gdy rodzice ukrywali przede mną informacje o ciężkiej chorobie mojego młodszego brata. Uspakajali, ale im częściej słyszałam, że „wszystko jest dobrze”, tym bardziej rosło napięcie.

Tak samo teraz u stryjostwa. Niby nic, lecz właśnie w tym „nic” sadowiły się robaki lęku, pożeracze spokojnej przyszłości, wije niepokoju. Na końcu języka sadowiła się wiedza, niewyrażona, a przecież obecna. Nienazwana, lecz kalecząca w swym niedopowiedzeniu.

Nie zasnę. Przypomniałam sobie o bibliotece. Zawsze zachęcano mnie do czytania przed snem. Miało to być lepsze od idiotycznego liczenia baranów.

Owinięta wełnianym kocem, na palcach, cichutko, żeby nikogo nie obudzić, zeszłam piętro niżej. W gabinecie stryja świeciło się światło. Przystanęłam.

− Czyli już zdecydowałeś? − Usłyszałam głos ciotki Gertrudy.

− Tak. Jutro odbędzie się wesele. − Głos stryja był stanowczy. − Nie poradzimy sobie, jeśli go nie zorganizujemy. Potem znowu będę miał spokojniejszą głowę, zajmę się tartakiem i ordynacją. Wiesz, że ukraińscy robotnicy nakradli drewna i podpalili magazyny. Myślą, że są sprytni. Stracą pracę i tyle.

− Dziki naród − ciotka powiedziała ze złością i już spokojniejszym tonem dodała: − Jutro? To bardzo szybko.

− Już postanowione. Zosia oczywiście będzie drużką.

Przycisnęłam ucho bliżej drzwi.

− Sukienka dla niej jest uszyta. Wesele może się odbyć. Widziałam u niej busolę.

Zaczęli mówić ciszej. Nic nie rozumiałam. I jakim cudem wiedzieli o moim kompasie?

Baaardzo nie podobało mi się tutaj. Tylko co można zrobić, gdy do dorosłości brakuje paru lat, gdy jest się dziewczyną i gdy nie ma dokąd uciec, bo trafiło się na koniec świata. Jedynie nakryć głowę pierzyną i czekać.

Przeszukałam mój podróżny kufer. Rękę owinęłam różańcem od Zyty, pod poduszkę włożyłam obrazek ze świętą Zofią i tak postanowiłam dotrwać do rana.

Sen nie przychodził. Wyostrzony niepokojem słuch lgnął do każdego, najdrobniejszego nawet dźwięku. Wszystkie chroboty, nocne skrzypienia, trzaski drewna narażonego na ostry mróz miały w sobie coś z nieomylnie ostrzegawczego znaku. Natura wysyłała swe przesłanie. „Niedobre” wisiało w powietrzu, było jak pajęczyna, w którą wpadają zacne myśli, a niecne uczynki przelatują, by wypełniło się nieznane przekleństwo.

Zasnęłam dopiero nad ranem. Słyszałam jeszcze, jak stary zegar w bawialni wybijał pięć głuchych uderzeń. Zaraz potem w mojej głowie rozgościły się majaki. Z otwartych krypt wychodziła parada monstrów. Młodsi i starsi, odświętnie ubrani, w strojach galowych i odszykowanych, takich, w jakich kładziono ich w trumnach. I tańczyli. Ruszali się delikatne, bojąc się wszelkiej gwałtowności, grożącej rozsypaniem ich zetlałych ubrań. Niektórzy się uśmiechali, ale tak po swojemu, bez radości. Raczej wykrzywiali spuchnięte fioletowe usta i wystawiali zielone języki zdolne strzyknąć jadem. Nie mogłam patrzyć w ich oczy: prawdziwie martwe i tak puste, że aż zdawały się być korytarzem prowadzącym w nicość.

− Niech panienka wstanie. − Służąca z czułością raz po raz trącała moje ramię.

Zapach gorącego kakao rozchodził się po pokoju.

− Zaraz śniadanie. A dziś ma być u nas uroczystość.

Otworzyłam szerzej oczy. Na drzwiach wisiała sukienka. Ciemnogranatowa. Widziałam już taką. Prosta, z koronkowymi rękawami.

− Nie założę jej − powiedziałam, przyciskając się do ściany.

− To na wieczór. Teraz proszę przebrać się do śniadania.

− Nie chcę jeść. − Uchwyciłam się pierzyny i naciągnęłam pod samą brodę. Nieprzyjemny dreszcz strachu mroził myśli.

− Niech panienka lepiej go schowa. − Służąca wpatrywała się w różaniec, który wciąż tkwił na moim nadgarstku. − Bóg da, wszystko będzie dobrze.

Nasze spojrzenia spotkały się.

− Proszę. Bardzo proszę. Pan będzie niezadowolony, jeśli panienka nie przyjdzie na śniadanie. 

Pomogła mi się ubrać. Szybko naciągnęłam pończochy. Wydawało mi się, że w pokoju oprócz służącej jest ktoś jeszcze. Otwarte szuflady, witrynki i sekretarzyki obserwowały każdy mój ruch. Chciałam płakać. Pojedyncze łzy bezsilności i smutku poleciały po moich policzkach, zatrzymując się w zagłębieniu ust. Dostałam dreszczy. A przecież nie było zimno. W rozgrzanym kaflowym piecu wyjący ogień zdawał się podpowiadać: − „Nie masz wyjścia. Zejdź do jadalni i bądź miła. Nikt nie może dowiedzieć się, że wiesz coś więcej i czujesz coś głębiej”.

Drżałam. Możliwe, że przemarzłam też na saniach. Obłożony język lepił się do podniebienia, najchętniej przytuliłabym się do gorącego pieca.

− Panienka chyba niezdrowa. − Co chwila ktoś przytykał rękę do mojego czoła.

Dobrze wiedziałam, że nic mi nie jest. To tylko lęki uruchomione podsłuchaną w nocy rozmową.

Przy stole odgrywano teatr wzajemnej życzliwości. „Może jajuszka, takich jak u nas nigdzie się nie znajdzie. A jak tam nasza panienka się czuje? Już lepiej? Co to za rumieńce?”. Pragnęłam wyjechać. Znaleźć się w Krakowie. Daleko od tutejszych, niekończących się przestrzeni, owianych śniegiem pól i skutych lodem stawów. Uciec, ukryć się, zapomnieć.

Po śniadaniu zaczęły się przygotowania do mającej nastąpić uroczystości. Służące zasłaniały lustra. Zdejmowano część świętych obrazów. Przed domem montowano pochodnie, a z wysuszonych sosnowych gałązek układano na śniegu dziwne znaki. Podobne do tych namalowanych na kartach tarota, które miała zawsze przy sobie ciotka Gertruda.

− Już czas. − Wacław spojrzał w moją stronę.

Podeszła do mnie służąca i sucho powiedziała:

− Proszę ze mną. Ubierzemy panienkę.

− Ale co? Dlaczego?

− Odbędzie się u nas wesele panicza Anzelma − wyjaśniła służąca. − Nie zna panienka? Oczywiście, że nie zna. Rzadko przyjeżdżał. Ale będzie przynajmniej okazja, żeby dwór się ożywił. Wreszcie coś się zadzieje.

Nigdy nie było w rodzinie żadnego Anzelma. Wszystko wymyślone. Co to ma być?

Goście mieli pojawić się o godzinie osiemnastej. Tę informację podawano z ust do ust, jakby wymawiano jakieś zaklęcie. Rozglądałam się, brakowało mi tego typowego przedweselnego, radosnego podniecenia. Zmysłowa wyobraźnia nie miała się o co zahaczyć. Wszystko było równie prawdopodobne, nawet to, że ożyją postaci z przysłoniętych obrazów.

O ustalonej porze dał się usłyszeć głuchy tętent koni. Na wielkiej, pozbawionej kresu równinie, nie było nikogo widać. Uwagę zwracała tylko dziwna, przybliżająca się czerwona poświata.

Zapłonęły sosnowe gałęzie. Rozbłysły tajemne znaki tarota. Wszyscy wiedzieliśmy, że zaczyna się coś podniosłego, niesamowitego i… i tajemniczego tak bardzo, że aż odbierało siły. Jasność płomieni wydobywała z mroku zbliżających się gości.

Wtem coś zaturkotało, zaparskało. Przybiegł czarny ogier. Ale bez jeźdźca. Z pyska sypały się iskry.

− Pierwszy drużbant przyjechał! − zakrzyknęła w pustą przestrzeń Gertruda.

Chwilę później pojawili się weselnicy. Nie tacy zwyczajni. Odświętni – na pewno. Wyjątkowi – w każdym calu. W okolicznościowych surdutach, galowych mundurach i drogich sukniach. Zetlałe jedwabie ledwo się trzymały. Lśniące buty nie nadawały się do stąpania w nich po zmrożonym śniegu.

Na końcu bezszelestnie wjechały sanie.

Kobieta w sukni z białego muślinu ozdobionego zasuszonymi kwiatami, razem z mężczyzną, zapewne Anzelmem, uklękli przed Wacławem i Jadwigą. Stryjostwo mirtem wykonywali znaki w powietrzu. Jadwiga płakała. Wreszcie nie ukrywała łez, nie zasłaniała się chusteczką. Jej skrzywiona twarz poszarzała, czarne oczy utraciły blask, lecz równocześnie jakby pozbyła się paraliżującego bólu.

− Czas na orację pierwszego drużbanta − szeptała ciotka Gertruda.

Jednak nic takiego nie nastąpiło.

Goście utworzyli szpaler. Przyjrzałam się im. U jednych wisiały języki, jak u uduszonych, inni stali na jednej nodze, drugą trzymając w rękach lub podpierając się nią, jak laską. Były kobiety tulące do piersi dzieci, które nie wydawały żadnego głosu, byli młodzieńcy z połową głowy i niewiasty z otwartymi ustami, jakby przed sekundą wydały ostatnie tchnienie. Nie, nie wyglądali strasznie, raczej niesamowicie. Jakby trzonem ich krótkotrwałego istnienia było niezrozumiałe przeniknięcie do ziemskiej rzeczywistości.

Czułam, że biorę udział w teatrze dziwności. Jeszcze tego brakowało, żebyśmy poszli na cmentarz i ujrzeli otwarte mogiły, pogubione papierowe buty i przedmioty wkładane do trumien, by w zaświatach przypominały zmarłym o ich ziemskim życiu.

Państwo młodzi podeszli do jednego z płonących znaków i wyciągnęli ręce ponad płomienie.

Służba odwróciła się z przestrachem.

Młodzi nie czuli bólu. Wpatrzeni w podnoszący się ku górze snop ognia wymawiali słowa przysięgi. Że nic ich już nie rozdzieli, że będą zawsze ze sobą i nie opuszczą jedno drugiego aż do dnia ostatecznego.

Stojąc w płomieniach przechodzili próbę ognia. Taką, której nie mieli szansy przeżyć na ziemi. Spalali się. W powietrzu czuć było zapach spopielanych kości. Mimo to trwali. Tak jak żywe małżeństwa trwają wbrew przeciwnościom.

Odwrócili się. Przez ich puste oczodoły prześwitywały czerwone języki ognia, niby płomienie wypalające mózg. Taka namiastka życia, która spala ludzi pośród codzienności.

Dziwaczne istoty zaczęły podchodzić do młodych. Zrozumiałam, że nadszedł czas wręczania prezentów.

Ktoś przyniósł zabalsamowane ciałko dziecka. Ktoś inny pozytywkę, odtwarzającą jęki konających. Wśród prezentów znalazły się stare albumy, gromnice, które nigdy nie gasną, pojemnik na wspomnienia, żeby nie wyblakły, szklana kula, pokazująca zdarzenia, których nie dane było już przeżyć. Był tam nawet słój z ostatnimi słowami, których nie byli już w stanie wypowiedzieć skazańcy.

Nie mam pojęcia, skąd o tym wszystkim wiedziałam.

Stałam jak osłupiała, ze świadomością uczestniczenia w panoptikum nieistniejącego świata. Służba cicho śpiewała. Przez bezkres zimowej nocy płynęły ukraińskie dumki. Tak, to prawda, nie pasowały do weselnej uroczystości. Ale przecież czastuszki, mazury i polonezy jeszcze bardziej odstawałyby od nieziemskiego nastroju powagi.

W ukraińskich pieśniach było coś głębokiego, jakiś szczególny zew de profundis. Zaśpiew zespolonych z sobą głosów wlewał się w najtajniejsze zakamarki duszy, wibrujące tony zdawały się budzić pogrążonych w śmierci, a żywym nie pozwalały spokojnie myśleć o przyszłości. Niemal widziałam tęsknotę umarłych, drobinki padającego śniegu układały się w gotowe obrazy nieprzeżytych zdarzeń. A mnie po plecach leciały stróżki potu. Nie, raczej nie ze strachu, już bardziej od żaru ognia.

Patrzyłam jak zaczarowana, mając na wyciągnięcie ręki to, co starsi nazywają “tamtym” lub “drugim” światem. Zanikała granica pomiędzy “my” a “oni”, rozmywały się podziały na “teraz” i “potem”. I nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy starych ukraińskich kobiet, dla których dance makabre był tak samo rzeczywisty, jak stojące nieopodal stare drzewa i dwór.

− Podejdź do nich. Nie bój się. − Gertruda popychała mnie lekko w kierunku “państwa młodych”.

Niezwykłość uroczystości pozbawiła mnie odruchu trwogi. Dawałam się ponieść biegowi obrzędów.

Pamiętam, że ścisnęłam mocniej różaniec i postąpiłam niepewnie naprzód. Jeden krok, potem następny. W rękach trzymałam busolę. Była we mnie jakaś ukryta pewność, że właśnie na ten prezent młodzi czekali najbardziej. Może miał im pomóc dotrzeć w Zaświaty, poprowadzić do miejsc, gdzie zawsze pragnęli być.

Wzięli urządzenie ode mnie. Bez uśmiechu, bez żadnej emocji skłonili lekko głowy. Właśnie wtedy na szyi Anzelma zobaczyłam fioletową pręgę. Skąd się wzięła? Co oznaczała? Nie miałam pojęcia, zdziwiło mnie tylko, że igła kompasu nagle znieruchomiała, choć jeszcze przed chwilą kręciła się chaotycznie, teraz ani nie drgnęła. To już nie była zepsuta busola, wyraźnie pokazywała wyłaniający się z nocnej czerni zarys kurhanu.

Pan młody sięgnął do kieszeni, a ja zastanawiałam się, czegóż szuka. Nie chciałam żadnego z funeralnych amuletów. 

Anzelm położył mi na dłoni złoty pieniądz i zacisnął na nim moje palce. Niezbyt mocno. Tak, jakby dawał do zrozumienia, że ofiaruje coś wartościowego, z czym nie powinnam się rozstawać. W jego geście, w chłodzie dotyku i delikatności ruchu był niezrozumiały urok, jakaś wyrafinowana ponadczasowość. Wtedy po raz pierwszy poczułam, czym jest podniecenie. Osobliwe uczucie nakazywało myśleć o śmierci jak o czymś pociągającym i cieleśnie atrakcyjnym.

Rozległa się cicha muzyka, rzeźbiąca w mroku nocy ornamenty niesamowitości. Drużbanci poruszali bezgłośnie wargami, a postaci w białych płaszczach, z głęboko nasuniętymi kapturami, wydobywały poruszające dźwięki za pomocą piszczeli trzymanych tak, jak się trzyma skrzypce. Słyszalne nuty układały się w takty dziecięcego szlochu, wzruszało zawodzenie matek i płacz sierot.

Ból istnienia unosił się ponad głowami biesiadników, a weselnicy mechanicznie poruszali się, wykonując dziwaczne figury. Przysięgłabym, że unosili się w powietrzu, a przecież dało się słyszeć uderzenia podkutych oficerek o ubity śnieg i szelest krynolin, zamiatających biały puch. 

Było już dobrze po północy, gdy starsza wiekiem kobieta ściągnęła mirtowy wianek z głowy panny młodej, odczepiła welon i położyła obok siebie. Będzie go teraz pilnować i nie pozwoli nikomu nawet tknąć. Wesele się skończyło. Orszak zaczął się oddalać, a im był dalej, tym bardziej gasły ogniska. Patrzyłam, zastanawiając się, co bym zrobiła, gdyby zechcieli wziąć mnie z sobą. 

 

Mocny zapach zapach amoniaku wwiercił mi się do samego mózgu, a zimny dreszcz wstrząsnął moim ciałem.

 

− O, otwiera oczy. − Usłyszałam.

Wokół mojego łóżka ustawił się wianuszek osób. Stryjenka Jadwiga gładziła moje włosy. Gertruda zmieniała kompres. Stryj Wacław rozmawiał z siwym jegomościem w drucikowych okularach.

− I jak, doktorze, będzie dobrze? − zapytał.

− Najgorsze minęło. Postawcie jej jeszcze bańki i podawajcie to… − Doktor potrząsnął butelką z bursztynowym płynem.

Odetchnęłam. To tylko sen. Z radości zacisnęłam dłonie i poczułam, że wciąż trzymam złoty pieniądz. Na jego rewersie widniała śmierć przygrywającą na weselu.

 

Na tym historię można byłoby zakończyć. Po kilku dniach poczułam się zupełnie zdrowa. Sytuacja we dworze uległa uspokojeniu. Nie czuło się niezdrowych wibracji, stryjenka Jadwiga częściej się uśmiechała, a stryj porządkował finanse ordynacji. Tyle że prawdziwy epilog miał miejsce dużo później.

 

Był rok czterdziesty trzeci. Mieszkaliśmy wtedy w Brzesku. Ja spodziewałam się dziecka, a mój mąż współpracował z miejscową partyzantką. Pewnego dnia powiedział, że musi iść na dłużej “do lasu”. Oczywiście zezłościłam się, krzyczałam, że nie i jak sobie wyobraża życie moje i swojego dziecka, jeśli zabraknie nam męża i ojca. Wiedziałam jednak, że go nie przekonam. W końcu uznałam jego racje. Z szafy wygrzebałam stary różaniec, jeszcze ten od Zyty, i skoro mój mąż wiedział lepiej, co trzeba zrobić, niech tak będzie.

Wczesnym rankiem wsadził mnie na bryczkę i wybraliśmy się do znajomych we wsi Tymowa. Miałam tam doczekać rozwiązania.

Nie zapomnę tej drogi. Rozglądaliśmy się z przestrachem, a byle odgłos wywoływał mocne bicie serca. Pod siedzeniem wieźliśmy broń dla oddziału Burego.

Prawie umarłam, gdy niespodziewanie pojawili się dwaj esesmani. Motocyklem zajechali drogę i kazali zejść z kozła.

− Hande hoch! − zawarczał jeden z Niemców, lubieżnie gładząc moją pierś.

Zasłoniłam się, odruchowo chwytając narzucony na sukienkę sweterek i ścisnęłam go tuż pod szyją. Mój mąż zbladł. Pochylił nieco swą wysoką sylwetkę, a jego dłonie zwinęły się w pięści. Jeszcze moment i rzuci się na nich.

Wśród targających niepokojów, nie wiem jak, ale znalazłam dość sił, by poprosić żeby nas puścili. 

– Bardzo się spieszymy. – Próbowałam ukryć drżenie w głosie. Zależało mi też na uspokojeniu męża. – Jedziemy do chorej kuzynki – kłamałam łamaną niemczyzną.

− Macie jakiś prezent − spytał jeden z nich, niebezpiecznie zbliżając się do przykrytej derką skrzyni z ukrytymi karabinami.

− Tylko to. − Szybko wyjęłam z kieszeni złoty pieniądz.

Niemiec obrócił w palcach monetę i przeciągle zagwizdał.

– Tyyylko – powiedział z uznaniem. 

Pokazał temu drugiemu i obaj się roześmiali.

Mieli jednak mało czasu. Zajrzeli jeszcze do mojej walizki, z której zabrali ciasto i kompot. Pół minuty później już ich nie było.

Odetchnęliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że wrócą, gdy tylko uświadomią sobie, że mogliśmy mieć więcej złotych monet.

Nie było na co czekać. Gnaliśmy konie do samej Tworkowej.

Lecz esesmani nie wrócili.

Następnego dnia dowiedziałam się, że ich motocykl wjechał na minę.

 

Tak oto niechciany wyjazd do Leszkowa ocalił życie moje, mojego męża, a także życie syna, który przyszedł na świat siedem miesięcy później. I gdy teraz, po wielu latach, o tym wszystkim myślę, dochodzę do wniosku, że przykre wyzwania zawsze są po coś, zaś pozornie mało wartościowe dary okazują się najcenniejsze. Inaczej też patrzę na świat. Dobrze wiem, że ci, których nie widzimy są obok nas.

Koniec

Komentarze

Kompas i busola mają tę samą funkcję, jednak różnią się detalami i nie są tym samym, więc raczej nie należy używać tych pojęć zamiennie.

Kurhan, nie kurchan.

 

Z tamtego czasu została mu rana. – Z tamtego czasu mogła mu chyba raczej zostać blizna po ranie.

 

Udało Ci się osiągnąć klimat historii osadzonej w przedwojennych drobnoszlacheckich dworkach. Opowieść toczy się nieśpiesznie, mimo usterek – z pewną powściągliwą elegancją. Tylko ja właściwie nie wiem, co tam się wydarzyło i jaki efekt próbowałaś osiągnąć. Nie wiem, dlaczego rodzice wysłali córkę do rodziny. Coś tam się między małżonkami działo, jakiś konflikt, spowodowany jakimiś wydarzeniami – ale jakimi? Wydaje mi się, że porzucenie wyjaśnienia tego napięcia między nimi nie było dobrym pomysłem. Jakbyś sama nie wiedziała, co tu wymyślić, więc postanowiłaś to ominąć. Potem bohaterka uznała, że może rodzice wysłali ją, by do pogrążonego w permanentnej żałobie domu wprowadziła trochę życia. Mam 8-letniego syna. Za cholerę nie wyobrażam sobie, bym mogła go wysłać do pogrążonych w rozpaczy krewnych, by było im miło. Trauma gwarantowana! ;)

No a potem wesele. Też nie wiadomo za bardzo, kto, co, dlaczego. Opowieść z obyczajowej zamienia się w horror, ale Ty dalej piszesz spokojnie, grzecznie, nieśpiesznie. Bohaterka widzi pochód upiorów, a sposób narracji wskazuje na to, że zupełnie nie zrobiło to na niej wrażenia. W końcu napisałaś, że “stała jak osłupiała”, ale to tyle. Grozy w tym ni huhu, napięcia również.

 

Ale całość przeczytałam z pewnym zainteresowaniem. Szkoda, że wielu rzeczy nie wyjaśniasz, traktujesz po łebkach, no i przydałoby się jednak w tego typu tekście trochę więcej napięcia, niepokoju.

Wpadło mi w oko trochę usterek: 

Nie chciałam jechać ale brakowało mi argumentów.

Ukraińcy kradną drewno, przychodzą do roboty pijani, tylko jaki to mogło mieć związek z moim wyjazdem, może tylko taki, że po co dokładać im jeszcze opiekę nade mną..

Przy swej wylewności dało się odczuć, że przyjechałam nie w porę.

Wujostwo niby mnie słuchali, jednak krótkie zamyślenia i uciekający wzrok kazały przypuszczać, że dużo bardziej zajmują ich jakieś inne, ich własne sprawy.

Dworskie charty stały w drzwiach stajni wyjąc wniebogłosy., jedynie jego ulubiony koń skubał zwyczajnie siano.

Drużbanci bezgłośnymi wargami śpiewali piosenki.

Ogólnie pomysł jest ciekawy, choć miałam wrażenie bardzo długiego wstępu.

Ciekawy pomysł na konkurs, fajne upiorne wesele. Acz Ocha ma rację – za bardzo wyalienowana ta dziewczynka.

Myk “a potem się obudził” potrafi zabić każdą historię. I nie, ściskanie w garści jakiegoś przedmiotu ze “snu” nie ratuje sytuacji. To podejście bardziej ograne niż rana/ blizna po urazie nabytym podczas snu.

Przydałoby się więcej wyjaśnień – skąd na przykład w całej imprezie wziął się dominikanin. Ale ja zawsze opowiadam się za głasnostią. ;-)

Masz kilka literówek.

Wskazywała kurchan.

I paskudnego ortografa.

Babska logika rządzi!

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ! 

 

No i książki nie wygram:(

Nie wiadomo, wszystko w rękach jurorów. :-)

Aha, zapomniałam napisać, że sytuację odrobinę ratuje późniejsze wykorzystanie monety.

Babska logika rządzi!

Ale po kolei. 

Ortograficzny błąd, sam nie wiem, czy największy, jaki popełniłem. Ooogromnie za niego przepraszam.

Na dodatek nie wiem, jak to się stało, że zaznaczyłem w profilu, że jestem kobietą. Przy takim zaburzeniu tożsamości każdy ortograf wysiada.

Nigdy nie byłem jedenastoletnią dziewczynką. 

Zauważyłem, że panuje tu zwyczaj usprawiedliwiania własnych zamierzeń. Tylko że ja nie mam się jak usprawiedliwić. Mógłbym napisać, że dla jedenastoletniej dziewczynki, a potem już dorosłej kobiety, obojętne jest, czy ma w ręku kompas, busolę, czy jeszcze inne ustrojstwo. Mógłbym wyjaśnić, że historia opowiadana z perspektywy czasu może zatracić część emocji. Tylko że to nie tak. Rzeczywiście tekst nie porywa, a emocje się nie udzielają. 

Bardzo pragnę podziękować Ocha (kurcze, nawet nie wiem, jak odmienić Twój nick) za to, że napisałaś jako pierwsza. 

Wszystkie uwagi są (niestety) prawdziwe. 

Może powinienem przestrzec jakoś pozostałych czytających, żeby sobie za wiele nie obiecywali. Jedyna zaleta, że tekst jest krótszy od pozostałych.

Ech, Finklo. “Wszystko w rękach jurorów”. Ujęło mnie to pocieszenie. 

Mam nadzieję, że książkę dostaniesz Ty, a może kiedyś opowiesz, czy było warto o nią walczyć. 

Zawsze warto walczyć. :-) Nawet jeśli się nie wygra. I nie ładujmy się w kompetencje jurków. Komu będą chcieli, temu przyznają pierwsze miejsce. Jeszcze mnóstwo czasu do zakończenia, dopiero garść tekstów się pojawiła.

Babska logika rządzi!

Mam po lekturze mieszane uczucia – czytałam bowiem ze sporym zainteresowaniem i choć wiem o czym, to jednak nie bardzo wiem, co i dlaczego się wydarzyło. Brakło mi choćby w miarę sensownego wyjaśnienia, jakiej to ceremonii była świadkiem Zosia.

Mam też nieodparte wrażenie, że wszystkie opisy, spostrzeżenia i przemyślenia jedenastoletniej Zosi nie bardzo przystają do jej wieku. Są zbyt dorosłe.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia. Mam jednak nadzieję, Corneliusie, że Twoje przyszłe opowiadania będą nie mniej zajmujące, ale bardziej dopracowane i lepiej napisane.

 

Zima ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go pią­te­go była wy­jąt­ko­wo sroga. Chra­pli­wy i prze­ry­wa­ny trza­ska­mi głos spi­ke­ra Pol­skie­go Radia in­for­mo­wał o prze­kup­kach, które za­ma­rza­ły, wra­ca­jąc z kle­par­skie­go targu do swo­ich pod­kra­kow­skich wsi… –> Obawiam się, że to niemożliwe, albowiem Polskie Radio powstało 18 sierpnia 1925 roku.

 

że po co do­kła­dać im jesz­cze opie­kę nade mną.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

tylko raz za czas brud­nym od obie­ra­nych ziem­nia­ków pal­cem wska­zy­wa­ła poza ho­ry­zont… –> Co to znaczy raz za czas?

Jak można wskazać coś, co jest poza horyzontem?

 

Oka­za­ło się, że za­kon­nik zna wu­jo­stwo w Lesz­ko­wie. –> Ponieważ wcześniej napisałeś: − Po­je­dziesz do stry­jo­stwa, do Lesz­ko­wa. – chciałabym wiedzieć, do kogo jechała dziewczynka?

Stryjostwo to krewni ze strony ojca, zaś wujostwo, ze strony matki. W czasach przedwojennych przestrzegano takich form.

Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

Z Wa­cła­wem słu­ży­li nawet w tym samym od­dzia­le. –> Nie wydaje mi się, aby dziewczynka mówiła o krewnym po imieniu. Nie w tamtych czasach. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części opowiadania.

 

Jego śnież­no­bia­łe zęby sta­no­wi­ły do­peł­nie­nie brody i ha­bi­tu. –> Co to znaczy, że zęby są dopełnieniem brody i habitu?

 

− Spoj­rza­ła ponad gło­wa­mi sto­łu­ją­cych się i do­da­ła… –> Raczej: − Spoj­rza­ła ponad gło­wa­mi zasiadających przy stole i do­da­ła

Stołować się, to jadać poza domem.

 

Stry­jo­stwa stra­ci­li zapał. –> Literówka.

 

Zosia oczy­wi­ście bę­dzie dróż­ką. –> Tylko czy aby zdążą tę dróżkę odśnieżyć na czas? ;-)

Poznaj znaczenie słów dróżkadrużka.

 

Już mia­łam po spa­niu. –> Co to znaczy?

 

Z otwar­tych krypt wy­cho­dzi­ła pa­ra­da monstr. –> Z otwar­tych krypt wy­cho­dzi­ła pa­ra­da monstrów.

 

Ra­czej wy­krzy­wia­li wy­da­ne fio­le­to­we usta… –> Pewnie miało być: Ra­czej wy­krzy­wia­li wy­dat­ne, fio­le­to­we usta

 

Na tacy dy­mi­ło go­rą­ce kakao. –> Było przypalone? ;-)

Proponuję: Na tacy parowało go­rą­ce kakao.

 

Uchwy­ci­łam się pie­rzy­ny i na­cią­gnę­łam pod samą brodę. –> Wcześniej napisałeś: Je­dy­nie na­kryć głowę koł­drą i do­cze­kać rana.

Pod czym spała Zosia? Pierzyna i kołdra to dwa różne rodzaje pościeli.

 

Język lepił się do su­che­go gar­dła… –> W jaki sposób język może lepić się do gardła?

 

O wska­za­nej porze dał się usły­szeć głu­chy tę­tent koni. –> Raczej: O ustalonej porze dał się usły­szeć głu­chy tę­tent koni.

 

i po­roz­rzu­ca­ne tru­mien­ne bi­be­lo­ty. –> Co to są trumienne bibeloty?

 

Za­miast przy­się­gi, wy­cią­gnę­li ręce ponad pło­mie­nie. –> Czy to znaczy, że równie dobrze mogliby wyciągnąć nad płomienie przysięgę?

 

że będą za­wsze z sobą i nie opusz­czą jeden dru­gie­go aż do Dnia Osta­tecz­ne­go. –> …że będą za­wsze ze sobą i nie opusz­czą jedno dru­gie­go, aż do dnia osta­tecz­ne­go.

Gdyby to był ślub gejów, wtedy panowie mogliby przysięgać jeden drugiemu.

 

Przez skórę czu­łam, że wła­śnie na ten pre­zent Mło­dzi naj­bar­dziej cze­ka­li. –> Dlaczego wielka litera?

 

Dok­tor po­trzą­snął bu­tel­ką z bursz­ty­no­wym pły­nem –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Stry­jo­stwo też jakby się wy­spo­ko­ili. –> Stry­jo­stwo też jakby się u­spo­ko­ili.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy! I co tu powiedzieć? Oprócz wdzięcznego DZIĘKUJĘ, wypada dodać: trafiony, zatopiony.

Skoro Regulatorzy nie wiedzą, co i dlaczego się wydarzyło, to jakże miałaby to wiedzieć mała dziewczynka. Ona, pogrążona we śnie, w malignie, czy jak to nazwać, tym bardziej nie wie. Inna rzecz, czy zawsze wszystko trzeba dokładnie wiedzieć. Obawiam się jednak, że nie wie tego sam autor. A to chyba już gorzej, prawda. Mógłbym się jakoś tłumaczyć, no bo odrobinę zależało mi na gubieniu tropów i na niedopowiedzeniach. Chyba trochę przesadziłem w braku wyjaśnień, a może i mnie samemu historyjka wymknęła się spod kontroli.

 

Skądinąd to ciekawe doświadczenie, gdy lista uwag jest dłuższa od samego tekstu. Można tylko palnąć sobie w łeb za te wszystkie niedoróbki, ale Finkla powiedziałaby potem, że taki koniec autora jest zużyty bardziej niż szczęka pradziadka. Dlatego zabieram się do poprawy. 

Wśród uwag jest parę takich, które nie dają mi spokoju. Oczywiście data powstania Polskiego Radia wymiata i jestem pod wrażeniem wykrycia tej niezgodności. Zastanawiam się tylko nad pojęciem “raz za czas” w znaczeniu “od czasu do czasu”. Czyżby to był regionalizm? Mam nadzieję, że przynajmniej jakiś galicyjski. Zęby były dopełnieniem brody i habitu w znaczeniu kolorystyki, wszystko było białe. No i jeszcze to dymiące kakao. Może rzeczywiście parujące brzmiałoby poprawniej. 

W każdym razie bardzo dziękuję. Wszystkie krytyczne uwagi są trafne. 

 

Wcześniej nie podziękowałem wyraźnie Anet. Twoje spostrzeżenia są celne, a za wymienienie “usterek” jestem wdzięczny.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zaintrygowałeś mnie, przede wszystkim, datą. W 1925 roku urodziła się w Krakowie moja babcia. Nie, radia wtedy w domu nie było. Dalszy tekst czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem, czekając na wyjaśnienie tej historii i… No cóż, tutaj zgadam się z komentującymi wcześnie. Zabrakło mi w tym grozy i większych emocji i jakiegoś wyjaśnienia. W każdym razie historia bardzo ciekawa, napisana z dbałością o szczegóły (całowanie w rękę stryja i ciotki ), poza pewnymi zgrzytami jest ok.

A teraz:

Dwór w Leszkowie otoczony był gęstym woalem padającego śniegu. Biały puch sięgał połowy okien, a angielskie harty (charty) biegały, co rusz wkładając weń mordy, a potem prychając (prychały) śmiesznie i poszczekując (poszczekiwały)radośnie. – Domyślam się te te harty, to literówka, bo później jest już dobrze.

 rozmydlone wodniste oczy – jesteś pewien, że te oczy były rozmydlone? Może rozmodlone?

Pozdrawiam!

 

Edit: A może i rozmydlone w sensie – rozmyte? Może niepotrzebnie się tego czepiam, ale jakoś mi zgrzyta.

AQQ. Ogromnie dziękuję. Staram się poprawiać usterki, niedoróbki, błędy i potknięcia. Ale z drugiej strony, na co komu horror, który nie straszy. Dobrze przynajmniej, że zakwalifikowałem ten tekst do fantazy. 

Bardzo dziękuję i rzecz jasna życzę wyłącznie szczęśliwych andrzejkowych wróżb.

Nie no, straszył! Tylko budowałeś napięcie powoli i w kulminacyjnym momencie zabrakło mi czegoś. Gdyby Zosia okazywała więcej emocji, a nie była tylko biernym uczestnikiem, tej całej niesamowitej imprezy, to bardziej bym się wczuła.

Dziękuję i również życzę szczęśliwych wróżb. :)

Nie, Corneliusie, nie muszę wszystkiego wiedzieć, ale lubię, żeby opowiadanie miało ręce i nogi, a opowieść Zosi, choć utrzymana w klimacie horroru, jest jakby części kończyn pozbawiona – zrozumiałam, że oglądany przez nią spektakl dzieje się w rzeczywistości, ale pod koniec panienka nagle budzi się ze snu czy też może omdlenia, ale nie zarejestrowałam ani kiedy w sen zapadła, ani kiedy omdlenie pozbawiło ją przytomności. Stąd pewne rozczarowanie zakończeniem.

Choć ze zwrotami: „raz za czas”, „już miałam po spaniu”, czy „wyspokoić się”, zetknęłam się po raz pierwszy, domyśliłam się ich znaczenia i założyłam, że pewnie użyłeś znanych sobie miejscowych wyrażeń gwarowych. Dla Ciebie oczywistych, ale dla kogoś spoza Twojego regionu już niekoniecznie. Zastanowiłam się też czy Zosia, uczennica krakowskiej pensji dla młodych dam, używałaby gwarowych zwrotów.

 

No i niezmiernie mi miło, Corneliusie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy. Toż to genialne, że jest takie miejsce, w którym przeglądnąć się można w cudzych opiniach. Wszystkie uwagi są przydatne, celne, ciekawe i skłaniające do myślenia. I pewno nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jestem za nie wdzięczny.

Jeśli lany dziś przez klucz wosk ułoży Ci się w kwiat, to znaczy, że myśli jednak potrafią się zmaterializować:)

A jeśli zaś nie będzie lanego wosku, wówczas niech wystarczy mój uśmiech, który leci teraz do każdej z osób, wyrażających tu swoje opinie.smiley

Dziękuję, Corneliusie, jestem szczerze wzruszona i uradowana. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

blush blushblush

Radość i wzruszenie są zaraźliwe. Idę szukać chusteczki.

No i zabieram się za dalsze poprawianie.

Serdeczności:-)

Czytało mi się przyjemnie, stworzyłeś naprawdę wciągający klimat lat dwudziestych ubiegłego wieku. Trochę nie zrozumiałem celu upiornego wesela, ale opisałeś to na tyle wciągająco, że dopiero potem zacząłem zadawać to pytanie.

Też niestety nie przypadł mi do gustu motyw z nagłym przebudzeniem. Na szczęście łagodzisz to późniejszym opisem wydarzeń wplecionych w losy bohaterki. Ale nadal pewien dziwny niesmak pozostał. Ot, bywa.

Podsumowując: dobrze stylizowany koncert fajerwerków, z jednym motywem, który nie przypadł mi do gustu. Klika mojego masz ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jest tu swoisty klimat tamtych czasów, realu udało Ci się odtworzyć. Ale mam problem z narratorką. Jest dość nieprzekonująca. Zbyt dorosła. Myśli dziecka są prostsze. A ta dziewczynka zachowywała się zbyt dorośle. Rozumiała cały otaczający ją świat. Ale zdarzają się wyjątki, nie jest to jednoznaczny minus.

Sama historia nie porywa. Akcja rozwija się nieśpiesznie i obok całego opowiadania zbytnio się przechodzi. Trudno się w nie wczuć, przejmować nim czy coś. Jakoś nie zachwyciło wesele upiorów. Pomysł nie jest jakiś oryginalny czy odkrywczy, a wesele opisane jest pobieżnie i jakoś bez fajerwerków. Zwykle wesele upiorów. Nadal nie wiem, do czego służyła busola i skąd się wzięła. Całe to wesele przypomina narkotyczną wizję. 

Zakończenie natomiast jest dobre. Fajnie umiejscowione w czasie. Wydarzenia całego opowiadania jakby się do niego sprowadzają. W tym przypadku ta cała tajemniczość i enigmatyczność są odpowiednie i dobrze wyważone. To najbardziej Ci się udało. 

Opowiadanie napisane jest nieźle. Nie jest to jakaś wyjątkowo poetycka ani wciągająca proza, ale spełnia zadanie.

Pozdrawiam! Powodzenia w konkursie!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

NoWhereManie i Pietrku Lecterze – DZIĘKUJĘ! Bardzo dziękuję. Co do zarzutów, wszystko prawda, nawet nie mam jak się bronić ani czym tłumaczyć. Dziękuję za wnikliwość i rzetelność oceny. Dziękuję też za wyrozumiałość, boć przecie historyjka mogła zostać rozjechana jak śnieg na autostradzie. Horror, który nie straszy, wampiry, które nie przerażają, historyjka, która nie wciąga, panna młoda, która nie zachwyca, emocje, które się nie udzielają i do tego jeszcze ta przedwcześnie rozwinięta główna bohaterka – usterki wymieniać można bez końca. Teraz to widzę i tym bardziej dziękuję za miłe słowa. Wiem, że nie było łatwo znaleźć atuty. Trud to niemały, znaleźć w tekście powód do pochwały. Pogodziłem się z myślą, że książki nie wygram :( ale nie myślałem nawet, że słowa aprobaty mają aż taką magiczno-terapeutyczną moc. Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i napisanie uwag.

Wiele miłego!

NoWhereManie, nie wiem za bardzo, co to jest ta biblioteka, ale zgaduję, że to coś wyjątkowo dowartościowującego. Dziękuję:) 

Fajnej niedzieli i w ogóle wszystkiego fajnego NoWhereManie

 

…również wszystkiego fajnego, tym wszystkim, którzy tu zajrzeli i uwag parę mieli.

No i wyjaśniło się. Fajnie. Dzięki Finklo:). Gdybym był pająkiem po wypadku (takim z pięcioma nogami, bo normalnie pająki mają osiem nóg) mógłbym nawet powiedzieć, że dzięki NoWhereManowi jedną nogą jestem już w bibliotece. Całkiem przyjemnie.

Dobrej niedzieli, Finklo. Niedzieli beztroskiej, z parującą kawą, ciastkiem i wśród ludzi, którzy załamują czasoprzestrzeń, że aż chce się, by niedziela trwała wiecznie.

NMZC. To już chyba lepiej być muchą po wypadku. ;-)

Dzięki i nawzajem. :-)

Babska logika rządzi!

JZC :)

Oczywiście mam nadzieję, że niedziela mija przyjemnie.

Pewnie powtórzę uwagi wskazane już wcześniej, ale że dotrwały do momentu, w którym ja czytam tekst, to uważam to za uprawnione.

 

„Jedenaście lat to najgorszy wiek: widzi się już wystarczająco dużo, by nie dało się ukryć rodzinnych kłopotów. (…) Nie mogli wybrać gorszego miejsca. I to nawet nie z powodu odległości. Jazda pociągiem potrafi być przyjemna, przynajmniej na trasie z Krakowa do Lwowa. Gorzej było z dotarciem do Łucka. Potem jeszcze półtorej godziny saniami do majątku w Leszkowie. Rodzice wybierają zawsze najgorszy pomysł, z przekonaniem, że robią najwspanialszą rzecz dla swojego dziecka.”

 

„Jazdę pociągiem spędzałam z nosem przyklejonym do szyby. Stukot pociągu uspokajał.”

 

„Zyta odmawiała różaniec, tylko raz za czas brudnym od obieranych ziemniaków palcem wskazywała w zaokienną przestrzeń…” – Co to znaczy raz za czas?

 

„Miał wielka białą brodę” – wielką

 

„− Tak, możesz jej dać trochę wódki − odpowiedziała po krótkim namyśle − ale tylko jak zobaczysz, że panience jest naprawdę bardzo zimno.” – odpowiedziała na co?

 

„Otrzymałam pokój na pięterku. Modrzewiowe schody, jak zawsze, pachniały woskiem, starością i powagą. Naterpentynowana boazeria i oprawione w ramka zdjęcia z afrykańskich polowań stryja Wacława dodawały powagi temu dziwnemu miejscu.” – + literówka „ramki”

 

„Gdy tak patrzyłam na zgromadzoną przy stole rodzinę, przyszło mi na myśl, że rodzice wysyłali mnie do Leszkowa wcale nie po to, żeby mieli czas się kłócić. Miałam tu wprowadzić odrobinę inności. Dziecięcy sposób patrzenia na świat. Porozrywać smutne myśli.”

 

„Ciotka Gertruda przewróciła oczami i po sekundowym namyśle dodała[+:] − Chyba… chyba się skończyła.”

 

“Na wielkiej, pozbawionej kresu równinie, nie było nikogo widać. Jedynie odgłos kopyt i dziwną, przybliżającą się czerwoną poświatę.” Widać było odgłos kopyt?

 

“…niewiasty z otwartymi ustami, jakby co tylko wydały ostatnie tchnienie.” – co to znaczy “jakby co tylko”?

 

“Osobliwy uczucie nakazywało myśleć o śmierci jak o czymś pociągającym i cieleśnie atrakcyjnym.” – Osobliwe

 

“− I jak[+,] doktorze, będzie dobrze? − zapytał.”

 

Na razie tyle. Szerszy komentarz dodam po rozstrzygnięciu konkursu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ciągle się uczę. Ale najwięcej o ludzkiej serdeczności. Dziękuję, Joseheim

Obiecywałem już sobie, że nie będę tutaj zaglądał późnym wieczorem, bo potem nie mogę zasnąć… ze wstydu. Regulatorzy (niech szczęśliwy los zawsze Im towarzyszy), a także Anet i Ocha, i inni (oby mieli wyłącznie okazje do radości) wypisali moje błędy; myślałem, ba, byłem wręcz przekonany, że wszystkie je poprawiłem, tymczasem jakoś niekoniecznie. Ktoś, nie daj Boże, mógłby dojść do wniosku, że się nie przejmuję, olewam i właśnie tego najbardziej bym nie chciał. 

Wskazanie usterek, potknięć i słabości jest stokroć lepsze niż mizianie ego i przekonywanie, że jest fajnie. 

Dziękuję, Joseheim. W tę śnieżną grudniową noc wysyłam w Twoją stronę porcję ciepłych myśli. Dobrej nocy:)

A ja biorę się za poprawki. 

Zawsze do usług ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Łapię się na tym, że zaglądając tutaj zachowuję się jak kot. Z obawą wychylam się zza węgła własnych obaw, najpierw patrzę jednym okiem, potem drugim. Niepewnie, ostrożnie. W oczekiwaniu na kolejną listę rzeczy do poprawy. Liczba usterek już dawno przekroczyła długość tekstu, a ja przyzwyczaiłem się do krytycznych uwag. I tylko nie wiem, jak się zachować, gdy zamiast zarzutów pojawia się miłe mrugnięcie lub uśmiech, a prócz nich jeszcze bonus w postaci bibliotecznego kliknięcia. Może otworzę okno i krzyknę na całe gardło: DZIĘKUJĘ!

MrBrightside, bardzo dziękuję:)

A może zachowuj się jak Kot, podejdź ufnie i domagaj się głaskania. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:D

Rób grzbiet, mrucz i łaś się. Schowaj pazurki, wskakuj na kolana i wielkimi ślepkami wpatruj się w swego właściciela. W zamian otrzymasz kocie przysmaki i wygodne miejsce tuż przy piecu.

Chyba wolę wspinać się po dachach, “raz za czas:)” złowić mysz, a o najładniejszą kotkę z podwórka stoczyć walkę do pierwszej krwi. 

 

Regulatorzy – i jak Cię nie lubić. 

Jutro Mikołaja. Życzę Ci najpiękniejszych prezentów. Bo przecież tylko na takie zasługujesz.

Pięknie dziękuję, Corneliusie.

I mam szczerą nadzieję, że Twój Mikołaj będzie nad wyraz szczodry. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Od wielu już lat moje oczekiwanie na Mikołaja układa się jak w słowach piosenki Marka Grechuty: …był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne. 

Zaczynam rozumieć, że co lepsze prezenty trafiają do Regulatorów. Nawet nie mogę zaproponować, żebyśmy porównali. Przegrałbym. Hmm, może nie byłem dość grzeczny. 

 

Gdybyż to było możliwe, przebrałbym się za Mikołaja i wszystkim zaglądającym tutaj przyniósłbym prezenty. A mogę jedynie rozdawać uśmiech i przez komin sypać serdecznymi myślami.

Regulatorom przesyłam uśmiech największy :-D

Dziękuję Ci, Corneliusie, najpiękniej jak umiem i śpieszę pocieszyć, że tak naprawdę to nie dostaję mikołajkowych prezentów. Nie dostaję też upominków z okazji gwiazdki, imienin ani urodzin, walentynek czy też 8 marca. Natomiast zdarza mi się otrzymywać kwiaty i różne podarunki zupełnie bez okazji, w dodatku całkiem niespodziewanie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacząłem czytać i niemal jak w harlekinowym romansie pomyślałem sobie, “ależ wiele nas łączy”. Otrzeźwienie przyszło wraz z trzecim zdaniem. Mnie, co prawda, także zdarza się otrzymywać coś bez powodu, ale to głównie zawyżone rachunki. 

Natomiast wcale mnie nie dziwi, że dostajesz kwiaty, podarunki i upominki. Wszak od dawna wiadomo, że miłym ludziom przydarzają się miłe rzeczy. Sam zresztą podrzuciłbym Tobie najładniejszy kwiatek (całkiem inny niż “kwiatki”, które znalazłaś w moim mało udanym tekście). We wszechświecie równoległym zostawiłbym go pod Twoimi drzwi, byłby przewiązany uśmiechem i z paczuszką dobrych myśli. 

Serdeczności, Regulatorzy. Niech Ci się słońce śni.

A ja idę cerować skarpetę, coby prezenty nie wyleciały. Może chociaż w tym roku…

Klimat opowieści bardzo mi się podobał i sam tekst również mnij więcej w 2/3. Nie zrozumiałam do końca, o co chodziło z tym weselem umarłych i dlaczego wszyscy tak dziwnie się zachowywali.  Nie podobają mi się rozwiązania bez choćby delikatnych wyjaśnień, a tu żadnych nawet najmniejszych pytań dziewczyna nie miała.  I takie zakończenie szczerze powiedziawszy nie związane z historią. Myślę, że zabrakło jakiegoś pomysłu na fajną klamrę na sam koniec, bo tak opowiadanie miało interesujący klimat. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Szanowny Corneliusie,

miałem dziś chwilę w pracy, między tym i tamtym, przysiadłem więc z kawą w kąciku i przeczytałem Twoje opowiadanie.

Bardzo jestem ci wdzięczny, za tą niewątpliwą przyjemność. Przerwa kawowa osiągnęła tym samy dużo ciekawszy wymiar. Przede wszystkim dlatego, że wyrwałeś mnie z murów codzienności, na krótką wycieczkę po galerii obrazów, klimatycznych, zanurzonych w ciekawej atmosferze. Dlatego właśnie, po zakończonej lekturze, kompletnie nie odczułem, że czegoś mi zabrakło. Przeciwnie. Wróciłem z ciekawej wycieczki, w przyjemnym nastroju.

Oczywiście zauważyłem, rozważając chwilę później, pod kątem opinii i oceny (po to tu dla siebie jesteśmy, wszyscy), Twój tekst, że związki przyczynowo – skutkowe między tymi obrazami gdzieś zaginęły, może po prostu spadły ci pod biurko, a ty nie zauważyłeś. Trzeba je tylko pozbierać. A może zrzuciłeś je tam specjalnie, bo nie były ci potrzebne albo wręcz przeszkadzały w chwili pisania.

Nie wydarzyła się żadna akcja, która zamiata, buduje napięcie, przyspiesza, zwalnia, rzuca czytelnika na kolana, rozwala emocjonalnie i mentalnie… Pytanie: czy ona zawsze musi być? Najważniejsze pytanie: czym jest literatura? Jestem wdzięczny wszystkim pisarzom, po których sięgnąłem (jak i artystom wielu dziedzin sztuki), że każde z nich zaproponowało mi coś innego, dzięki temu mogłem zawsze zaspokajać wiele odmiennych rodzajów głodu… Mamy wszyscy specyficzną percepcję (zarówno twórcy, jak i odbiorcy), każdy, jednak nie wszyscy mamy zdolność przekazywania doznań i spostrzeżeń, przenoszenia ich, poprzez język (jakikolwiek), do percepcji innych ludzi, wzbudzając w nich ciekawe doznania. Zmierzam do tego, że właśnie masz tą smykałkę, tą specyficzną żyłkę, bo widać Twoja percepcja i wrażliwość jest nietuzinkowa, dlatego skupiasz się na malowaniu obrazów i atmosfery.

Błędy warsztatowe, wszystkie, które wymienili moi przedmówcy są, tylko że w tej klimatycznej, pociągającej podróży, jakoś ich nie dostrzegłem (może poza interpunkcją, która zwykle bardzo ułatwia czytanie tekstu lub trochę utrudnia – chciałbym osiągnąć perfekcję w tej sferze), byłem widać tak pochłonięty klimatem i atmosferą. Moim skromnym zdaniem, wszystkie tajniki warsztatowe, od koncepcji, budowy treści, świata, bohaterów po język, w tym jego techniczne aspekty, są do wypracowania. Wymagają czasu i poświęcenia, więc jeżeli masz parcie na pisanie, radość z niego czerpiesz, poświęcisz czas i sprawa załatwiona. Ale to coś, ta specyficzna nuta, zdolność przeżywania i opisywania rzeczywistości, to już sprawa bardziej skomplikowana. A w tej kwestii jesteś do przodu i masz wiele do zaproponowania.

Dzięki za lekturę, raz jeszcze, i życzę powodzenia! Pozdrawiam!

Użytkownicy – bardzo dziękuję za dowartościowujący punkt do biblioteki. To naprawdę miłe. Dziękuję.

 

Morgiano. Przede wszystkim dziękuję, że zajrzałaś. Przebrnęłaś przez tekst, a na koniec napisałaś komentarz. Bardzo dziękuję. Cóż więcej: masz rację. Sztuczne to upiorne wesele. Nie miałem skąd brać przykładu, a wyobraźni starczyło na taki właśnie “kukiełkowy teatrzyk”. Słuszne są także Twoje pozostałe uwagi. Istotnie, pytań i nie mających żadnego zahaczenia domysłów jest w tym tekście więcej niż odpowiedzi, a tak bardzo chciałoby się, żeby wszędzie był sens i żeby było wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Do tego trzeba jednak więcej talentu :(

Miłego dnia Morgiano. Jeszcze raz dziękuję.

Majkubar. Długo wpatrywałem się w Twój komentarz i parę razy zabierałem się za odpowiedź. Mówiłem sobie, że przecież niemożliwe, żeby dotyczył on mojego tekstu. Do tej pory każdy długi komentarz wypełniony był listą uwag, z których dałoby się stworzyć podręcznik, o tym, jak nie należy składać słów i tworzyć postaci. Nikt nigdy tak ładnie nie napisał o mojej bazgraninie. Nikt nie użył tylu miłych słów ani tak łagodnie nie potraktował popełnionych błędów.

Jeśli nie jesteś mówcą motywacyjnym, z pewnością powinieneś nim zostać. Jeśli ktoś czaruje słowami, to właśnie Ty. Jeżeli są wartościowe prezenty, potrafisz je dawać.

Zdaję sobie sprawę, że nastrój, towarzyszący Tobie podczas czytania, zadziałał na moją korzyść. Przedświąteczna atmosfera, cichy kąt, kawa, a w tle, być może, George Michael, uwodzący swoim Last Christmas. W takich warunkach nawet spadki notowań giełdowych wyglądają atrakcyjnie. Tylko że Ty znalazłeś jeszcze czas i determinację na napisanie długiego komentarza. Ciepłego, mądrego i wyrozumiałego. Poczułem się jak dziecko, błądzące w ciemnym lesie, które ktoś wziął za rękę i powiedział: “Nie bój się, idź”.

 

Powiedzieć DZIĘKUJĘ, to w tym przypadku, jakby nic nie powiedzieć. Dlatego, jeśli teraz coś stuka w Twoje okno, nie dziw się. Na parapecie siedzą moje dobre myśli. Dziękuję.

Wiele dobrego Majkubar. Wiele dobrego…

 

Corneliusie, Twój czwarty klik jest od Morgiany, która nie mogąc klikać samodzielnie, skorzystała z wprowadzonej jakiś czas temu możliwości. Więcej informacji tutaj. ;)

W fantastycznym labiryncie zagubić się łatwo, a ja wciąż stąpam niepewnie i jak w gabinecie luster kłaniam się nie w tę stronę, w którą należy. Nieporadnie, ale najładniej jak umiem. 

Bardzo dziękuję MrBrightside, a do Morgiany uśmiecham się serdecznie i jeszcze raz: Dziękuję Morgiano!

Corneliusie, po zakończeniu lektury miałam co prawda mieszane uczucia, ale ponieważ w międzyczasie się wyklarowały, postanowiłam odesłać opowiadanie do Biblioteki.

Dodam jeszcze, że bardzo spodobała mi się ilustracja. Świetnie zdobi tekst. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

smiley

A na co komu książka bez rysunków – rzekła Alicja w Krainie Czarów. (Czy jakoś tak). 

Regulatorzy, dziękuję. I to tym bardziej, że zdaję sobie sprawę z wątpliwości, które na pewno wciąż masz. Wynikają one z tekstu, są wmontowane w zdarzenia, dla których brak rozwinięcia i uzasadnienia. Wiem też, że znaki zapytania, nie znajdujące odpowiedzi bywają irytujące. Tym większe chapeau bas dla Ciebie. Za wyrozumiałość, za wskazówki.

B A R D Z O  D Z I Ę K U J Ę a wielka porcja dobrych życzeń frunie w Twoją stronę. Bo i cóż innego mógłbym Ci podarować.

 

Ależ Corneliusie, nie turbuj się tym, co mógłbyś podarować, bo Twoje podziękowania i wdzięczność są dla mnie najlepszym prezentem. Dziękuję Ci. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Gdyby Regulatorzy wiedzieli, co ja myślę o Regulatorach, myśleliby o mnie jeszcze lepiej”

 

I moje podziękowania, i wdzięczność są szczere. A we wszystkim o prawdę przecież chodzi. Dlatego rzecz nie w kliknięciu. Od zebranych punktów historyjka nie staje się lepsza, a pobyt w bibliotece nie sprawi, że braki same się naprawią. Zresztą za wszystkie punkty wystarczył mi jeden komentarz Majkubara. Regulatorzy – dziękuję Ci za… kurcze, chciałbym napisać “za mądrą uważność”, choć to nie najlepsze określenie. Naprawdę miło, że jesteś. Dziękuję. Dobrej nocy:)

I ja Ci dziękuję.

Dobranoc i niech Ci się pięknie śni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Naprawdę, miło, że jesteś. Dziękuję:)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, więc to Twoje myśli, Corneliusie, zastukały w moje okno wczoraj. Gdybym od razu je rozpoznał, otworzyłbym i nie pozwolił im marznąć na tym parapecie. ;-)

A skoro o ciemnym lesie mowa… Każdy z nas prawdopodobnie zaliczył rundkę między drzewami, kalecząc skórę o gęste krzewy, potykając się o wystające korzenie, błądząc bezradnie w poszukiwaniu, choćby małego, prześwitu, lekceważąc oczywisty fakt, że nikt nas do tego lasu nie wyganiał. Wchodzimy do niego najczęściej na własne życzenie, ponieważ poruszając się po równo ubitym gościńcu, który wydaje się drogą długą i nudną, z fascynacją przyglądamy się ludziom, którzy z pasją realizują swoje pomysły i zamysły, wprawiając nas w zachwyt.

I nagle kiełkuje w nas ziarno: ja też tak chcę! Pędy zaczynają się rozrastać i panoszyć, wreszcie uwierają, przeszkadzają w podróży. Nie możemy już sobie, od tak, spacerować z tobołkiem na plecach, potrzeba tworzenia rozkwitła. Jak wypielęgnować tą roślinę, żeby dała owoc, gdzie najlepiej to zrobić? Na miłość boską, przecież nie na oczach ludzi! Tu obowiązuje jakiś kanon, na straży którego stoją, z unurzanymi w atramencie halabardami, krytycy. Ciemny las po drugiej stronie gościńca, to naprawdę wymarzona alternatywa. Można sobie spokojnie popróbować. Tylko, że im dłużej próbujemy, tym bardziej się do tego lasu przyzwyczajamy, a kiedy potrzeba opuszczenia go staje się palącą koniecznością, to zazwyczaj brakuje już zdolności dostrzegania wielu jasnych prześwitów i wyjść albo odzywa się pielęgnowany w cieniu lęk przed krytyką, negatywną oceną. Zdaje się nam, że tam roztacza się świat, który na nas czyha, gotowy do ataku, co zazwyczaj okazuje się li tylko iluzją, zrodzoną z naszych kompleksów i niskiej samooceny, czy braku wiary w swoje talenty, a nie realnym zagrożeniem z zewnątrz. Zasiedzieliśmy się i nie jesteśmy w stanie dokonać oceny swoich działań, nie potrafimy stwierdzić, czy wyhodowany, wypielęgnowany przez nas owoc jest jadalny.

Mnie osobiście zwabiły różne odgłosy, dobiegające od strony gościńca. Stanąłem więc na skraju lasu i z ukrycia obserwowałem, co się tam po drugiej stronie dzieje. Zauważyłem, że duża grupa ludzi uprawia kawał ziemi. Każdy ma swoją parcelę, na której eksperymentuje. Rosną na nich najprzeróżniejsze rośliny – drzewa, krzewy, czasem jakieś warzywo i zgniły owoc się trafia, jednak często coś zakwita i szczęśliwy ogrodnik wie, że znalazł właściwy trop. Wie jak się do roboty dalej zabrać, zwłaszcza, że inni podrzucili mu fajny nawóz, jeszcze inni pokazali, jak udoskonalić narzędzie. Rany, myślę sobie, fajne miejsce, ja też chcę… I tu właśnie uświadamiam sobie, że patrzę na parcelę z tabliczką, której napis głosi: Majkubar. No tak… Przecież kilka miesięcy temu sam się o nią prosiłem…

Wyszedłem więc, z cienia tego stumilowego Fangornu, żeby zagadać do ludzi, nauczyć się czegoś od nich, popracować, przede wszystkim czerpać wielką radość z tworzenia, dążenia do wypielęgnowania pięknej rośliny, w trakcie którego ktoś chce oglądać moje próby i o nich porozmawiać, a nie tarzać się po ziemi ze śmiechu.

Zrozumiałem też, że to jedyna droga, żeby się rozwinąć. Bez odbiorcy żadna twórczość nie będzie kompletna, a twórca nie dojrzeje. Musimy mieć szansę utwierdzić się w tym, czy coś jest nasze, co w nas jest dobre i wartościowe, a dopiero do tej wartości dodawać udoskonalenia, tam, gdzie były braki.

Dlatego cieszę się, że mój, między innymi, subiektywny odbiór Twojego drzewka pisarskiego pomógł Ci zrozumieć, czy raczej utwierdzić się w przekonaniu, że możliwy jest scenariusz, w którym ktoś zdejmie wolumin Twojego autorstwa z półki w Empiku.

Gdybyś nadal miał wątpliwości, zamiast wziąć się do roboty, to pomyśl o mnie. Ty, już jesteś na ścieżce, na której spotkałeś odbiorców. Ja zamierzam dopiero stracić dziewictwo w najbliższy piątek (o ile dojadę z tą historią do końca i zmieszczę się w limicie znaków). Zakładam, że wiesz jak to jest, kiedy żyjesz ze świadomością, że za dwa dni będzie ten pierwszy raz. Oprócz nerwowego podniecenia, towarzyszą Ci uporczywe wątpliwości, radość i ciekawość zakłócane są przez pojawiające się chwilami mdłości. Zimny pot oblewa czoło, a jednak to podniecenie rośnie. Chciałbyś się zabezpieczyć, ale wstydzisz się kupić prezerwatywę, a i tak nie wiesz, czy będziesz umiał ją założyć.

Ludzie! Co ja wypisuję. ;-)

Zwłaszcza, że zasadniczo chodzi o to, żeby ona (ta publiczność) jednak zaszła w ciążę, i żeby coś się z tego urodziło…

Żeby nie przesadzić, zakończę wywód w tym miejscu i wrócę do zajęć.

 

Pozdrawiam!

 

P.S. Czy wyrażenie “znaki według licznika strony” jest tym samym, co statystyka wyrazów w MS Word?

Może akurat się orientujesz.

 

 

Czy wyrażenie “znaki według licznika strony” jest tym samym, co statystyka wyrazów w MS Word?

Niezupełnie. Licznik strony zawyża w stosunku do Worda i mu podobnych.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo, a orientujesz się może, jak bardzo zawyża? Jeżeli 50000 znaków MS, to ile mniej więcej na stronie zliczy?

Zdaje się, że kilkaset, ale nie znam reguł tym rządzących. Wstaw tekst jako kopię roboczą i sprawdź.

Babska logika rządzi!

Tak zrobię, dzięki.

Dziękuję Finklo. Kompletnie nie wiedziałbym, jak odpowiedzieć na pytanie Majkubara. Ba, ja nawet pytania nie zrozumiałem. No bo skąd niby miałyby się wziąć różnice w liczbie znaków, skoro komputery z dodawaniem nieźle sobie radzą. A może zdolności arytmetyczne maszyn liczących są przereklamowane. Ja nie wiem i tym bardziej Tobie, Finklo, dziękuję :)

 

Drogi Majkubarze. Im bardziej wczytywałem się w Twój komentarz, tym szerzej się uśmiechałem. Przy końcu niemal śmiałem się w głos. Tak mądrze pisałeś o składaniu słów. Mnie tymczasem pisanie przypomina zawsze moją ciotkę, która lubiła robić na drutach. Łapała te oczka i łapała, a potem musiałem nosić szalik, który wcale mi się nie podobał, na dodatek z dbałości o rodzinną atmosferę kiwałem głową i mówiłem, że ten jest lepszy niż ostatnio, choć wszystkie różniły się tylko kolorami. Pewnego razu ciotka przerzuciła się z szalików na skarpety. (Uwaga, teraz będzie o rzeczach, na których kompletnie się nie znam). Efekty jej pracy były bez mała doskonałe. Jedyny mankament polegał na tym, że ciotka nie potrafiła robić pięty. W dodatku mimo licznych sąsiedzko-książkowo-internetowych porad, pięta ją przerastała. Ciotka się jednak nie zrażała. Robienie na drutach ją relaksowało, a efekt był taki, że oprócz szalika, nosiłem jeszcze dziwaczne skarpety z piętą, kończącą się w okolicy małego palca. I wiesz co, Majkubarze, myślę sobie czasem, że jestem trochę jak ta moja ciotka. Klecę historyjki z licznymi defektami. Za to kompletnie się nie spinam, nie denerwuję ani pisaniem, ani głosami krytyki. Krytyka jest najlepszą rzeczą, jaka może się zdarzyć. Poznaje się cudzy punkt widzenia, coś się komuś spodobało, a coś nie. Poznajesz też innych ludzi. Ich doświadczenia, gusta i wrażliwość. Bardzo doceniam, że w całym tym zabieganym świecie znajduje się ktoś, kto dla ciebie traci swój czas i jeszcze wyraża swoją przemyślaną opinię. Jedynie dziękować!

Oczywiście są osoby, dla których napisany tekst jest jak własne dziecko. Wszystkie dzieci są fajne, ale moje najlepsze. Choćby trochę nienormalne, ale przecież własne. Zagryzę, lecz obronię, wymyślę usprawiedliwienie, lecz nie zacznę go leczyć. Ja szczęśliwie mam większy luz. Cieszę się z każdej opinii. Jasne, że chciałbym, żeby podobało się to, co napiszę. Nieuczciwe byłoby podsuwanie dania, którego sam nie byłbym w stanie skonsumować. Ale że jestem jak moja ciotka, zatem felerami się nie przejmuję, poprawiam je jak umiem, wiedząc, że pewnej granicy umiejętności i tak nie przekroczę.

Majkubarze, jestem tu nowy. Wielu rzeczy nie rozumiem, zawiłości portalu wciąż mnie zadziwiają. Wiem za to, że spotkałem tutaj osoby, które podarowały mi swój czas, umiejętności, wrażliwość i wiedzę. Są to przecież dary najcenniejsze. I kiedy piszę, że w zamian mogę przesłać jedynie dobre myśli, to tak jest w istocie. Mam świadomość dramatycznie zaburzonej równowagi między tym, co otrzymuję a tym, co proponuję od siebie.

Twój obszerny, nietuzinkowy komentarz sięgał do samej istoty pisania, a zawarte w nim uwagi były więcej niż motywujące. Toteż nieodmiennie ogromnie Tobie dziękuję, bo wśród wielu słów, powiedzenie, że coś ma sens jest wręcz metafizycznie, ontologicznie ważne. Jeszcze raz dziękuję!

Oczywiście czekam na Twoje opowiadanie. I – proszę Cię – nie spinaj się ani nie denerwuj. Pisanie jest fajne samo w sobie. Łączysz literki a powstaje obrazek. Magia:)

Zrobiło się późno.

Jeśli coś drapie teraz we framugę Twojego okna, nie przejmuj się. Serdeczne myśli nigdy nie zmarzną. Ciepło jest ich cechą wrodzoną:)

Dobrej nocy

Nowa Fantastyka