- Opowiadanie: jganko - Do utraty kul

Do utraty kul

Część trzecia cyberpunkowego cyklu “Historie o marzeniach i przyszłości”, który od blisko dwóch lat zalega mi w szufladzie. Opowieść o właścicielu salonu neurotatuażu w Białymstoku, częściowo zainspirowana obrazkiem z internetu, na którym było napisane, że życie to nie film Godarda.

Oceny

Do utraty kul

Łup, łup, łup.

Bruce powoli zaczął sobie uświadamiać, że hałas dochodzi ze świata równoległego do jego snu.

ŁUP, ŁUP, ŁUP.

Po świecie z jego snu nie było praktycznie śladu.

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

Otworzył oczy, pokręcił nieprzytomnie głową w obie strony.

Zatrzymał wzrok na Terry. Zdawała się walczyć z przebudzeniem podobnie jak on.

ŁUPŁUPŁUP.

– Co się dzieje…? – spytała nieprzytomnym głosikiem, ledwo otwierając oczy.

– Weź śpij… Zaraz sobie pójdzie.

– Zobacz.

– Jest środa, dziś nie pracuję. Wsio mi ryba.

– Może to…

Bruce westchnął. Złapał kołdrę, ale w ostatniej chwili się zawahał. Terry otworzyła przytomne oczy i zobaczyła, jak podnosi palec do góry, patrząc w stronę drzwi.

– Patrz… – Zamilkł na parę sekund. – Jednak przestał barabanić.

Gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, coś łupnęło z jeszcze większym hukiem niż poprzednie hałasy razem wzięte. Dłuższa chwila ciszy i znowu to samo. Zupełnie jakby ktoś rzucał się całym ciałem na drzwi, próbując je wyważyć i nie obchodziło go, że nie ma na to najmniejszych szans.

Bruce westchnął i wstał. W drodze do drzwi poprawił koszulkę, a Terry zanurzyła twarz w poduszce, ciesząc się jeszcze paroma wygranymi minutami na sen.

Przejechał palcem po niewielkim panelu przy drzwiach. Po tym, co na nim ujrzał, pokręcił głową, zakrył usta dłonią i podrapał się środkowym palcem po nosie. Ponownie musnął ekran, po czym drzwi wydały dwa urywki cichego bipnięcia. Niechętnie wyszedł na zewnątrz i pozwolił, by zamknęły się zaraz za nim, nie dając gościowi szans na wejście do środka.

Natarczywym gościem okazał się niewysoki mężczyzna o długich, pokręconych włosach. Był dużo niższy od Bruce’a, a jego mikra postura – w porównaniu do potężnego tatuażysty – przybliżała ich spotkanie do odwiedzin naburmuszonego kotka w jaskini majestatycznego lwa. Gość wyglądał, jakby przez ostatni tydzień każdą noc poświęcał na spożywanie dużych ilości naturalnego alkoholu za cenę jakiegokolwiek snu. W pierwszej chwili coś go chyba uderzyło w widoku Bruce’a, ale zaraz wrócił do swojej komicznej, naburmuszonej postawy.

– Ty skurwysynu! – wykrzyczał przez ewidentnie ściśnięte gardło.

Bruce milczał i patrzył na niego z politowaniem.

– Wiesz, kto tak postępuje?! Tylko skurwysyny!

– Uspokój się…

– Zamknij się, kurwa!

Bruce westchnął.

– Weź posłuchaj… – gość chciał mu znowu przerwać, ale chyba zapomniał języka w gębie. – Wiem, że musisz mnie teraz nienawidzić…

– Skurwysynu, zrujnowałeś mi życie! Zabrałeś wszystko, co miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie!

– Typie… Wiem, że jest ci beznadziejnie, ale przykra prawda jest taka, że twoje życie było zrujnowane na długo przedtem. Nie czuję się jakoś świetnie z tym zajzajerem, ale wiesz… Jakby ci to powiedzieć… To się nie stało bez przyczyny. Gdyby jej było z tobą dobrze, nie doszłoby do tego.

– To wszystko twoja wina! Omotałeś ją, wykorzystałeś!

– Doskonale wiesz, że tak nie było. Obaj ją znamy i wiemy, że nie zrobiłaby czegoś takiego pod wpływem impulsu, gdyby…

– TY ZASRANY SKURWYSYNU!

Gość rzucił się na Bruce’a i miotając się jak rozdrażnione zwierzę, próbował go uderzyć. Bruce miał sytuację pod kontrolą i cierpliwie znosił szamotanie swojego rozmówcy.

– Nic do ciebie nie mam. Jeśli ci to poprawi humor… Nie wiem, typie, no, weź daj mi w łypę… Może cię cała ta sytuacja jakoś otrzeźwi. Przejrzysz na oczy, zastanowisz się nad swoim życiem. Coś takiego. Nic ci nie mogę poradzić. Nie czuję się winny, chociaż szkoda mi jak o tobie pomyślę.

– TOBIE JEST, KURWA, SZKODA?!

Tym razem Bruce przytrzymał oponenta w uścisku, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Ten zaczął dyszeć, dławiąc się własnym oddechem. Gdy Bruce rozluźnił uścisk, gość upadł na podłogę i oparł się o ścianę. Zaczął płakać.

– Nic nie mogę poradzić. Przykro mi. Zapomnij… Tyle. Tak bywa, po prostu.

W głowie przypomniał sobie powiedzenie z jakiegoś filmu, który oglądał w dzieciństwie: „to nic osobistego”, ale nie chciał zabrzmieć jak pospolity gangster z innej epoki. Zostawił gościa na podłodze i wrócił do mieszkania.

Terry siedziała na łóżku, zakrywając się wywiniętą kołdrą. Zastanawiał się, czy wszystko słyszała.

– Poszedł już?

Bruce uniósł rękę do góry i wzruszył ramionami. Usiadł obok niej.

– Wiesz…

– Wiem. No tak bywa, nic nie poradzę – powtórzył praktycznie dosłownie to, co przed chwilą zdołał wymyślić niespodziewanemu gościowi. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

Wreszcie wzrok Bruce’a skupił się na jej wewnętrznej stronie uda, odsłoniętej przez spadającą kołdrę. Terry opierała o nią dłoń. Wytatuowana sowa, poniekąd jego własne dzieło, stała nieruchomo. Dotknął jej palcami.

– Co się stało?

– Co?

– Tatuaż. Zobacz, nie rusza się.

– Och, nie wiem, myślałam, że już nie będzie problemów… Pewnie znowu PeopALL szwankuje. Przepraszam, pewnie trzeba było schmurować na nowo gdzieś indziej, zamiast…

– Nie przepraszaj. Rozmawialiśmy o tym. Z niezależnymi chmurami jest zawsze loteria, pewnie skończyłoby się prędzej czy później tak samo.

– No wiem. Dlatego zdecydowałam się na PeopALL-a, w końcu wszyscy w nim tkwimy tak czy inaczej. Ostatnio ciągle coś jest z nim nie tak.

– Tja…

Siedzieli przez chwilę w ciszy. Bruce gładził skórę uda Terry.

– Uwielbiam twój dotyk.

– Tak? – Bruce ożywił się i ścisnął ją delikatnie za udo. – Co jeszcze uwielbiasz?

– Twoje palce… Tak cudownie nimi operujesz.

Jak na zawołanie zaczął wędrować nimi wzwyż.

– Wiesz… Nawet nie musisz nic robić, wystarczy, że… Mnie dotkniesz. I już…

– I co już?

Drażnił ją, przerzucając się na drugie udo.

– Nikt nigdy… Tak na mnie… Nie działał…

Drugą ręką złapał ją za włosy i przyciągnął do siebie. Ich usta były bardzo blisko, lecz Bruce trzymał je na pewną odległość. Z irytującą satysfakcją balansował na granicy jej rozpalonego do granic możliwości pożądania i swojego niezachwianego opanowania.

Miał pełną kontrolę nad sytuacją.

Miał ją w garści.

 

– I co o tym myślisz?

Bruce zakrył usta dłonią i powoli przesuwał coraz wyżej, aż mógł się podrapać po nosie środkowym palcem.

– To nie robota dla mnie. – Pokręcił dobrotliwie głową, wstając od leżącej przed nim kobiety i puszczając jej przedramię.

– Jak to?

– Musisz z tym iść do jakiegoś chirurga.

– Ale moja koleżanka mówiła…

Bruce uśmiechnął się pobłażliwie.

– Spójrz. Masz całe ręce potatuowane: od obojczyków, przez praktycznie całe ramiona, aż po nadgarstki. To są kolorowe, skomplikowane wzory, nawet jakbym chciał usuwać laserem…

– Ale ona właśnie zrobiła laserem i…

– Tak, jak robiłaś te tatuaże dwadzieścia lat temu, to pewnie lasery zdawały egzamin. Zresztą do dziś robi się Q-switche, to akurat nie jest problem. Ten z biodra mogę ci usunąć, to ciemna, wyraźna kreska, od razu mocno się naświetli i nie będzie śladu.

– No to czemu nie możesz usunąć z ręki?

– Bo to za duże ryzyko. Neurotatuaż nie przyjmie się na takiej skórze. Laser jednak często powoduje komplikacje. Nie wiadomo, czy w ogóle poradzi sobie z tyloma kolorami. Potem taki tatuaż, jakiś ślad po nim, może wrócić – i interfejs oszaleje. Ty też, bo część będzie ci się wyświetlała na stałe. A jak się okaże, że w ogóle naruszona została tekstura skóry…

– Czikuszo…

Bruce wzruszył ramionami i wstał umyć ręce. Jego klientka zaczęła zakładać na szary podkoszulek ciemną bluzkę z długimi rękawami.

– No niestety, wielu ludzi ma teraz problemy. Robienie tatuaży tuszem to przecież było jakieś barbarzyństwo. Nikt nie przewidział, jakie to będzie rodziło problemy za parę lat.

– To co mam teraz zrobić?

– …były jakieś próby, żeby zamykać tusz w polimerze i taki tatuaż się usuwało dwoma machnięciami lasera bez śladu, ale to się nigdy nie przyjęło. Człowiek zawsze ma w sobie jakieś ciągoty do niszczenia samego siebie…

Bruce patrzył chwilę przed siebie pustym wzrokiem. Wreszcie uświadomił sobie, że odbiegł za bardzo od tematu.

– Nano. Wstrzykną ci coś pod skórę i powinno załatwić sprawę, tylko będzie swoje kosztować. Sprawdź nanochirurgów na PeopALL-u, oni już powinni wiedzieć, czego ci trzeba. Możesz też popytać innych tatuażystów, ale zapewniam cię, że nikt tutaj nie poruszy ziemi. A jak będzie twierdził inaczej, to wali czernią.

– Będę musiała… – westchnęła bez przekonania kobieta.

– Powodzenia. Kciuknij przy drzwiach, ale cię nie policzę.

Kobieta spojrzała na Bruce’a wielkimi, czarnymi oczami. Wyglądała jak antyczny, przenośny komputer, który za nic w świecie nie chce przyjąć do wiadomości, że jego czasy już dawno przeminęły, a jej rozjaśnione blond włosy wyłącznie potęgowały ten efekt. Tylko jej oczy zachowały moc obliczeniową, robiącą wciąż wrażenie.

Bruce otworzył usta, ale tylko kiwnął jej wyrozumiale głową. Odprowadził ją wzrokiem do drzwi. Dwadzieścia lat temu każdy musiał chcieć pośmigać na niej swoim oprogramowaniem.

Zanim drzwi się z powrotem zamknęły, do niewielkiego salonu Bruce’a weszła kolejna kobieta. Tym razem dużo młodsza, musiała mieć parę lat mniej od tatuażysty. Czupryna gęstych, turkusowych włosów przysłaniała jej czoło. Nieco za szeroka dolna szczęka. Przenikliwe, ciepłe spojrzenie wędrowało po kolorowych holosach z mniej lub bardziej modnymi motywami i obrazami z gier i filmów retro.

– Bruce Tattoos, co mogę dla ciebie zrobić? – machinalnie przywitał dziewczynę z wystudiowanym czarem, widząc ją dopiero kątem oka.

Dziewczyna wybuchnęła głośnym śmiechem, ale jej twarz i spojrzenie nadawały mu uroczego charakteru. Nie czuł się w żaden sposób dotknięty.

– Długo myślałeś nad tą nazwą?

– Co z nią nie tak?

– Nie, nic, nic. – Dziewczyna wciąż rechotała.

– Jest chwytliwa… – zaczął się tłumaczyć, choć zdawał sobie sprawę, że brnie w ślepą uliczkę. – Dobrze pozycjonuje… – Dziewczyna uraczyła go szerokim uśmiechem, jednocześnie przybijając go nieruchomym spojrzeniem błyszczących oczu. – Jest… Nigdy nie myślałem o niej…

– Tak, tak. Jest cudowna! – Klientka rozwiała jakiekolwiek wątpliwości i znowu wybuchnęła śmiechem. – Musisz być Bruce, prawda?

– Raczej nie Tattoos.

– Hah. A ja jestem Terry. Terry… – uniosła wzrok do góry w zadumie. – …i jej bajery.

Bruce jeszcze nigdy nie miał takiej klientki.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Terry?

– A, chciałabym zrobić u ciebie neurotatuaż.

– Jeśli naprawdę tego chcesz… To zrobisz.

Teraz Terry się trochę zdziwiła.

– Teraz ty mnie wgrywasz.

Bruce teatralnie uniósł brwi.

– Nic wielkiego… Taki obrazek, kilka klatek. Na nadgarstku.

– Masz już neurotatuaż?

– Pewnie.

Tatuażysta pomyślał przez sekundę o poprzedniej klientce. Sięgnął po szkiełko.

– Obrazek na PeopALL-u? Nie chcesz schmurować?

– A… To można tak? – Terry zrobiła głupią minę. – Trendują, że to same problemy… Nie znam się, przepraszam.

– Nie przepraszaj. W chmurze jesteś niezależna, nikt się nie dowie o tobie niczego po tatuażu. Ale któregoś dnia możesz się obudzić bez niego. Mam co prawda zaufanych znajomych… Ale nigdy nie wiadomo. PeopALL jest pod tym względem pewniejszy. Chociaż też ma swoje problemy. Coraz częściej i częściej.

– To jak radzisz. Nie przeszkadza mi, żeby mój tatuaż był publiczny. PeopALL działa, jakby go już całkiem nad Chinami schmurowali! Wczoraj pół dnia próbowałam wrzucić parę zdjęć. – Bruce spojrzał na szkiełko i pomyślał o jej zdjęciach. – I tak muliło… A ostatecznie i tak nic nie wgrało.

– Wiesz, to… W sumie całkiem możliwe.

– Co?

– Z tymi Chinami.

– A, no – Terry potwierdziła bez przekonania. – To tym bardziej schmurujmy gdzieś na zewnątrz. Na PeopALL-a pewnie by się wgrywało tydzień.

– Dobra, weź skciukuj mi, zobaczymy, co tam sobie wymyśliłaś. – Bruce podał dziewczynie szkiełko.

– Nic takiego… Sowa. Chcę ją na nadgarstku.

Bruce patrzył chwilę przed siebie, obok dziewczyny. Jego tęczówka przesłoniła się błękitnym światłem. Pokręcił parę razy głową.

– O rany… To jest to, co myślę?

– „Android Hunter”, tak.

– Oldsterstwo najwyższej rozdzielczości…

Terry ostentacyjnie uniosła brwi i cofnęła głowę.

– To nawet jak na oldstera…

– Nie jestem oldsterką!

– Pewnie… Widziałaś się ostatnio w lustrze?

– Nie jestem oldsterką! To wcale nie tak… Ubieram się i farbuję tak, jak mi się podoba. Jak sama czuję. Nie podążam za żadną durną modą.

– Dokładnie takiej odpowiedzi spodziewałbym się po każdym oldsterze…

– Szit, nie jestem żadną fakaną oldsterką!

Bruce mimowolnie się uśmiechnął, wciąż przypatrując się czemuś, czego fizycznie nie było razem z nimi w pomieszczeniu.

Terry też chyba sobie uświadomiła, co właśnie powiedziała.

– No to w takim razie… Czego słuchasz?

– Windowsa 7, Rimpin Bisku, Ravetechprocesora 404…

– Zero oldsterstwa.

Dziewczyna robiła się teatralnie wzburzona.

– Dobra, weź mi pokaż tę kształtną grabę.

Jeszcze bardziej się poruszyła, jakby rozważała, czy aby na pewno był to komplement.

 

Bruce wszedł do sypialni z tacką, na której stały dwie kawy w wysokich, przezroczystych szklankach i kwadratowy talerz z czterema złocistymi naleśnikami. Wypływało z nich coś zielonego i fioletowego. Terry nawet nie zwróciła na niego uwagi. Stała przed jego holobiblioteką i uważnie przeglądała pozycje. Tatuażysta usiadł na łóżku i postawił tackę. Cierpliwie czekał, aż Terry zwróci na niego uwagę.

– Przepraszam… – ocknęła się wreszcie dziewczyna.

– Nie przepraszaj.

– Zauważyłam właśnie w twojej kolekcji najdziwniejszą rzecz.

– Jasne. Chcesz w międzyczasie coś zjeść?

Terry odwróciła głowę i dopiero zauważyła naleśniki.

– Coś ty zrobił?

– Naleśniki z kaszy jaglanej z sałatką z awokado i buraków.

Dziewczyna spojrzała wielkimi oczami.

– Dobra, to jest… Jeszcze dziwniejsze. Myślałam, że jestem ostatnią osobą na świecie, która czasem jada coś innego niż insekty.

– Mój baćko robił takie. Z niego był chaziaj premium klasa. Wtedy jeszcze mówiło się „robale” i nikt nawet nie myślał ich jeść.

Terry sięgnęła po naleśnika, usiadła na łóżku i ugryzła kawałek. Bruce zaczął od kawy.

– Nikt mnie tak nigdy nie traktował…

– Nie wyobrażam sobie, żeby można było cię traktować inaczej. To co takiego znalazłaś?

– Yellow Hill.

– Ach… to – westchnął Bruce.

– Wiesz, co to jest?

– Dostałem dostęp od klienta. W podzięce.

– To nieźle ci się odwdzięczył. Co mu zrobiłeś, zakaziłeś rękę, że ją trzeba było amputować?

– Taa… Zaraz, chyba nie wierzysz w to, co mówią o tej grze?

– Jest zbanowana we wszystkich hubach. Permanentnie.

– Czytałem jakieś mlońskie powiestki. Że niby jest „przeklęta”, bo jakiś typo, co ją testował, rzekomo w niej utknął. Był zamknięty w swoim pokoju. Umarł z głodu. Wiesz, jakie to hadztwo umierać w holowidzie? Mówią, że to jedna z najgorszych możliwych śmierci.

Terry spuściła smutno wzrok.

– Przecież to jakaś technoanarchistyczna papka z tandetnego netu. Wali czernią na kilometr…

Bruce odstawił kawę i sam wreszcie spróbował naleśnika. Odgryzł od razu połowę.

– Mnie tam nie dziwi.

Terry odgarnęła włosy z czoła i spojrzała na niego.

– Serio? Dokąd to wszystko zmierza?

Teraz oboje zajadali się naleśnikami.

– Popatrz, nawet głupie jedzenie sprowadziliśmy do tego, co niezbędne. I tanie. Nawet nie pamiętałam, jak smakują buraki. Bruce, ucieknijmy stąd…

– Dokąd? Wszędzie jest to samo. Albo gorzej.

– Gdzieś, gdzie nie będzie tego wszystkiego. Gdzie ludzie nadal jedzą buraki i rozmawiają ze sobą.

Bruce przełknął głośno ślinę.

– Powiedz tylko gdzie… – zajęczała błagalnie i chwyciła go za ramię. Milczał. – Co zrobimy z moją sową? Dalej się nie rusza…

– Nic. Poczekamy. PeopALL kiedyś w końcu wstanie. Zawsze wstaje.

– To co dziś będziemy robić? Najchętniej nie wychodziłabym z tego łóżka.

– Brzmi jak plan.

Terry zamruczała i pocałowała go w bark. Powoli wracała w nią pełna życia, radosna dziewczyna.

– Ale wieczorem musimy być na chodzie.

– O?

Bruce złapał się za lewe przedramię, a jego lewe oko rozbłysnęło błękitem. Postukał na ślepo palcami po neurotatuażu, szybko przesunął dwoma z nich w stronę dłoni i kiwnął głową.

– Sprawdź.

Terry niemalże powtórzyła jego gesty, gdy wyraz zaciekawienia na jej twarzy przechodził w uśmiech uznania.

– „Android Hunter”.

Bruce przytaknął i sięgnął po drugiego naleśnika. Wchłonął go w dwóch gryzach.

– W Kinie Syrena. Na przestarzałym ekranie. Naprawdę chcesz, żebym dziś utonęła we łzach.

Wzruszył ramionami.

– Nigdy tego nie widziałem.

– Nie widziałeś „Android Huntera”?!

– Pomyślałem, że… Obejrzę pierwszy raz z tobą.

Terry rzuciła się na niego.

– Pierwszy raz… Ze mną… W oldsterskim kinie.

– No co? – wymamrotał, gdy go pocałowała. – Uważaj, został jeszcze naleśnik.

Pocałowała go ponownie.

– I kawa.

Dziewczyna z teatralną pozą sięgnęła po naleśnika i popiła kawą.

– Piszą, że to wersja reżyserska. Ale nie wiem która. Sprawdzałem, że były przynajmniej trzy. Nikt nie potrafi chyba sensownie wskazać, czym się różniły. Nie wiem, po co robić tyle wersji jednego filmu.

– Każda będzie dobra, byle nie kinowa.

– Ich też było kilka wersji.

– Każda będzie dobra, byle nie którakolwiek kinowa.

– Wydawało mi się, że normalni ludzie robią kontynuacje, a nie kolejne wersje.

– Mieli zrobić i kontynuację, ale na szczęście nie wyszło. Nie wyobrażam sobie, jak można by było dopisać dalszy ciąg do tej historii.

– Do wszystkiego można dopisać dalszy ciąg.

– Na siłę – pewnie tak…

Terry odstawiła pustą szklankę po kawie.

– Dobrze, grzecznie wszystko zjadłam, było przepyszne. A teraz kochaj się ze mną, jakbyśmy mieli tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty trzeci.

Nie czekając na odpowiedź, usiadła okrakiem na kolanach Bruce’a i splotła dłonie na jego karku.

– Dziewięćdziesiąty trzeci, ty zafakana oldsterko…

Uderzyła go pięścią w klatkę piersiową i pocałowała. Tym razem nie cofał ust.

– Jeszcze tylko hasza do kompletu zapomniałaś. Czy to dziewięćdziesiątym trzecim wyszła ta zabrechana płyta Billy’ego Idola…?

Ugryzła go w dolną wargę i nie pozwoliła dokończyć. Odpowiedział tym samym, po czym energicznym ruchem przewrócił ją na plecy. Wyślizgnął się z uścisku jej rąk i uniósł je nad głowę. Mocno trzymał je ściśnięte. Teraz to on był pod jej czarem.

 

Bruce próbował przekonfigurować jeden z holowyświetlaczy. Jego strona na PeopALL-u pokazywała mu, że coraz więcej motywów uznawanych dotąd za modne przechodzi bez żadnego echa, natomiast znaczną popularność zyskiwały oldsterskie kadry z filmów, najlepiej animowane. Ktoś sobie niedawno tatuował całą scenę z anime o centaurach-lesbijkach, na nowo wykadrowaną i zapętloną wedle życzenia. Tatuażysta chciał zaprezentować fragment takiej oferty, ale wyświetlacz wciąż nie chciał poradzić sobie z animacją.

Spróbował wyświetlić skąpaną w deszczu sylwetkę Rodneya Maurera z finałowej sceny “Android Huntera”, w której grana przez niego postać umiera. Pozbawiwszy scenę dźwięku, starał się dopasować własne słowa do ruchu ust aktora:

– Wszystkie te chwile przeminą… Jak sny po otwarciu oczu. Pierdolę takie barachło – dodał, gdy animacja znowu wysiadła.

Gdyby tylko mógł w jakiś sposób przeprogramować holograffiti, które wyświetlało się na ścianie budynku, w którym mieszkał i pracował… Stanowiło odrestaurowaną wersję jakiegoś starego murala, który przedstawiał małą dziewczynkę z konewką. W nowej wersji dziewczynka była oczywiście ruchoma, a z konewki kapała renderowana woda. Zaraz obok tej ściany rosło samotne drzewo, co kreowało iluzję, że dziecko naprawdę je podlewa.

Rozmyślania Bruce’a przerwał syk otwieranych drzwi. Do salonu weszła niezapowiedziana klientka. Rozpoznał ją po turkusowych włosach. Weszła ze spuszczoną głową i szybkim krokiem usiadła na jego kozetce. Wyglądała, jakby nie spała od kilku dni. Jej włosom przydałby się prysznic, a gdy podszedł bliżej, mógł przysiąc, że poczuł zapach gotowanych brokułów.

– Moja sowa zniknęła – wymamrotała, wpatrując się w swoje oldsterskie trampki.

– To dlatego jesteś w takim stanie?

Terry – nawet zapamiętał jej imię – zaszczyciła go wreszcie spojrzeniem. W jej oczach tkwił gniew iskrzący właśnie w jego stronę. Ani śladu po roześmianej dziewczynie, którą poznał przy ostatniej wizycie.

– Nie, wiesz, chyba właśnie rozstałam się z chłopakiem – oznajmiła, jakby to była jego wina. Bruce nie chciał naciskać, skupił się na swojej robocie.

– Przykro mi. Weź pokaż grabę.

Dziewczyna niepotrzebnie podwinęła rękaw aż po łokieć i podała rękę tatuażyście. Odwróciła wzrok i westchnęła.

– Przepraszam…

– Nie przepraszaj.

Bruce przyjrzał się nadgarstkowi dziewczyny. Rzeczywiście, ani śladu po tatuażu.

– Masz ten obrazek dalej na PeopALL-u?

Terry sięgnęła sama po szkiełko i skciukowała.

– Najwyraźniej padła chmura, gdzie go wcześniej wysłaliśmy. Zdarza się co chwila… Ostrzegałem. Dobra, tym razem spróbujemy na PeopALL-u. Pewnie to chwilę potrwa.

Terry zrezygnowana kiwnęła głową.

– Wiesz… To nie tak.

Bruce spojrzał na nią ostrożnie.

– Nie jestem żadną oldsterką. A może jestem… Ale nie o to chodzi z sową.

– A o co? – spytał, udając obojętność.

Dziewczyna rozsiadła się wygodniej na kozetce. Tak, to na pewno były brokuły.

– „Android Hunter” to był ulubiony film mojego ojca. Oglądaliśmy go razem setki razy. Mieliśmy fantastyczny kontakt, wiesz, o co chodzi, „córeczka tatusia”… Aż wyjechał za pracą. Byłam wściekła na matkę. Miałam zostać z nią, ale wolałam pojechać z nim. A on się zaharowywał, żebym miała najlepsze ciuchy i sprzęt, kosztem tego, że nigdy nie miał dla mnie czasu…

Bruce słuchał jej uważnie.

– Nie chciałam zrozumieć, więc potem to mnie nie było. Nie był w stanie wytrzymać… Już nawet fizycznie. Kiedy umierał… Chlałam ze znajomymi gdzieś na niekończącej się imprezie.

– Przykro mi.

– Nie, to mnie jest przykro. Za samą siebie. Pytałeś poprzednio, czy widziałam się w lustrze. Nie, od bardzo dawna nie potrafię w nie spojrzeć. Ta sowa… Ona mi przypomina. Co ważne, o co trzeba dbać. Czego… Nie należy ciągnąć w nieskończoność.

Tatuażysta układał sobie wszystko w głowie.

– To… Bardzo ładne.

– Tak myślisz?

– Szantrapy robią te tatuaże bez większego powodu. Taką mają fanaberię, kaprys. Coś im się podoba – na chwilę. Nawet jak jeszcze tatuowanie wiązało się z bólem i zostawało na zawsze, nie przywiązywali do tego większej wagi. U ciebie… To coś znaczy. Ma jakiś głębszy sens.

Terry uśmiechnęła się nieśmiało.

– Rychtyk dla takich ludzi chciałem robić tatuaże.

– Jej… To chyba wielki komplement?

– Można powiedzieć, że… Czekałem na kogoś takiego jak ty przez całe życie.

 

Światła na sali zapaliły się. Wszystkie siedzenia były już puste.

Bruce i Terry siedzieli do ostatniej pozycji napisów. Pozostałe kilka osób wyszło, jak tylko się zaczęły. Oni siedzieli jeszcze przez chwilę w milczeniu.

Terry odrzuciła do tyłu turkusową czuprynę i spojrzała wreszcie na swojego partnera.

– I jak?

Bruce nabrał głośno powietrza.

– Ale dziwna popelina… Tak oglądać film.

– Też nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w kinie. W ogóle ile jeszcze istnieje takich miejsc?

– Oldstersi dbają, żeby wciąż jakieś były.

Terry przytaknęła.

– Myślisz, że umarła?

– A to ma jakieś znaczenie? Oboje podążyli za swoim szczęściem. Zrobili razem tyle, ile im było dane. Nawet jeśli któreś z nich zaraz umarło, przez te kilka chwil, które spędzili razem, byli bardziej żywi niż większość z nas.

Terry wpatrywała się oniemiała w Bruce’a.

– Nie takiej odpowiedzi oczekiwałaś?

– Nie, wiesz… Chyba o tym właśnie jest mój tatuaż.

– W końcu wzięłaś go z tego filmu.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Chodź, przespacerujemy się do ciebie.

Złapała go za rękę i wyciągnęła z sali kinowej.

Na zewnątrz było już całkiem ciemno, do tego padał rzęsisty deszcz.

– Może jednak weźmiemy autorilo? – zaproponował tatuażysta po wyciągnięciu ręki w górę.

– Nie bądź nubem. Chodź w deszcz.

Dziewczyna pociągnęła go wprost między strugi. Woda bardzo szybko ugładziła jej fryzurę. Mokre włosy przylegały teraz do twarzy, tworząc naturalny kaptur. Kilka kosmyków musiało wchodzić do oczu, ale nie okazywała, by jej przeszkadzały. Zamiast tego pełna energii skakała między kałużami, zbliżając i rozstawiając nogi, cały czas trzymając się dłoni Bruce’a.

W końcu dał się porwać jej entuzjazmowi i pochwycił nieco z jej woli życia. Przebiegli się wokół wzgórza, na którym stało muzeum kościelne Św. Rocha, minęli pędzący po swojej zaprogramowanej trasie samochód. Troje pasażerów odwróciło się do okna i patrzyło przez kilka sekund w ich stronę. Oboje przeskakiwali kałuże, aż Bruce dostrzegł ciemny zaułek w przejściu między budynkami. Pociągnął tam Terry i popchnął ją do ściany.

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Oboje byli cali przemoczeni.

– Mmm, zawsze mówili, żeby się wystrzegać takich ciemnych zaułków.

– Mieli rację.

Bruce coraz mocniej przyciskał ją do ściany. Terry w końcu nie wytrzymała i go pocałowała. Tkwili tak ściśnięci przez parę sekund.

– Chodź, będziemy szybciej u ciebie. Jestem cała mokra.

– Wiem.

Terry obrzuciła go szalonym spojrzeniem.

A potem znów biegli przez rozświetlone latarniami i gasnącymi hologramami miasto, w którym nie było gdzie się ukryć. Teraz już oboje chcieli jak najszybciej znaleźć się razem w ciepłym łóżku. Wydawało się, że droga do salonu Bruce’a nie ma końca.

– Czekaj – zatrzymała go Terry, gdy byli już tuż pod blokiem. Schyliła się, by zawiązać sznurowadło w trampku.

– Nie będziesz musiała rozwiązywać tych pepegów na górze, weź daj spokój.

– Tak, i w międzyczasie zabiję się na schodach. To by było dopiero zabawne.

Bruce westchnął i zrobił kilka kroków przed siebie, oddalając się od schylonej dziewczyny. Wydawało mu się, że coś mignęło pod drzwiami do jego klatki. Zaniepokojony podszedł bliżej. To musiało być czerwone światło oldsterskiego wskaźnika laserowego.

– Ty! – ktoś krzyknął za jego plecami.

Wszystko wydarzyło się tak nagle. Ledwo zdążył się odwrócić, a ujrzał za sobą znajomego chłopaka o mikrej posturze. Miał wściekły, nieludzki wyraz twarzy. Była w nim jednak jakaś niezdrowa radość. Bruce zrozumiał ją, gdy poczuł rozpalający ból w okolicach klatki piersiowej. Parę kroków dalej widział wciąż schyloną Terry, która właśnie podnosiła głowę. Nigdy wcześniej nie widział, żeby jej oczy były tak wielkie. Ból przeszył po raz kolejny. Nie mógł złapać tchu. Usłyszał nieludzki wrzask swojej dziewczyny. Chłopak zadał mu trzeci cios i uciekł. Bruce upadł na chodnik.

Terry błyskawicznie znalazła się obok. Złapała jego głowę, przerażona patrzyła to na nią, to na migające czerwienią przedramię.

– Bruce! Bruce!

Chciał jej powiedzieć wszystko, ale czuł jak traci władzę nad całym ciałem. Zamiast wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa, dał radę zdobyć się tylko na przepraszający półuśmiech.

– Przepraszam… To moja wina, przepraszam!

Przytuliła zapłakaną twarz do jego piersi.

Sowa na nadgarstku ożyła w tym samym momencie, w którym oczy Bruce’a straciły blask.

 

Terry błyskawicznie podniosła się i chwyciła mikrego chłopaka, zanim jeszcze w pełni odzyskała wzrok. Jego wytrzeszczone oczy i diabelski półuśmiech zdawały się ją przyciągać.

– Hm, hm, hm. Ale to cię musi kręcić. Udało się tym razem?

– Zamknij się – ucięła cicho, szarpiąc się za włosy.

– Powiedz, zawsze mnie to fascynowało. Co czujesz w takich chwilach?

– Zamknij się, gnoju!

Chłopak roześmiał się na cały głos.

– Dobra. Ok. Twoja sprawa – byle kredyt się zgadzał. Ale powiedz…

W oczach Terry zapaliły się płomienie. Wyglądała jakby zaraz miała go rozszarpać na strzępy gołymi rękoma.

– Znamy się tyle lat, jesteś mi winna chociaż tyle. Czy ty w ogóle coś jeszcze czujesz? – Zdawał się przez chwilę sycić prowokującą ciszą, po czym dodał finalne słowo. – Powiedz, Chrome.

To podziałało na dziewczynę jak ukryty zapalnik. W dwóch zwinnych ruchach wyciągnęła znad trampka pistolet i strzeliła do mężczyzny.

– Zwariowałaś?!

Terry bez słowa strzelała dalej, pozwalając by odrzut odpychał ciało coraz dalej. Słała w chłopaka całą serię, strzał za strzałem. Do utraty kul. Aż zabrakło jej tchu.

Ciało w końcu bezwładnie osunęło się na ziemię, by wylać kałużę krwi.

W gąszczu kabli doszło do spięcia.

 

7272688

Koniec

Komentarze

Czy zrozumiem wątek jeśli jest to część trzecia?

Łukasz Kuliński Tak, cykl pomyślany jest w taki sposób, żeby wszystko spajała dopiero finałowa część, choć wcześniej te zamknięte całości też się siłą rzeczy na różne sposoby krzyżują.

Łukasz Kuliński

I am surrendering to gravity and the unknown.

No cóż, wrażenia podobne do tych, które miałam po lekturze dwóch wcześniejszych części – nie bardzo mogę pojąć, o co tu chodzi. Każda z Twoich opowieści w jakiś sposób zaciekawia, tyle że przedstawiasz w nich świat, który jest mi całkiem obcy i pewnie stąd mój problem ze zrozumieniem.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Zła­pał za koł­drę, ale w ostat­niej chwi­li się za­wa­hał. –> Zła­pał koł­drę, ale w ostat­niej chwi­li się za­wa­hał.

 

– Patrz… – zamilkł na parę sekund.–> – Patrz… – Zamilkł na parę sekund.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Na­tar­czy­wym go­ściem oka­zał się nie­wy­so­ki męż­czy­zna dłu­gich, po­krę­co­nych wło­sach. –> Co to znaczy, że mężczyzna był we włosach? Czy był w nie ubrany, jak nie przymierzając w jakąś odzież?

Pewnie miało być: …męż­czy­zna o dłu­gich, po­krę­co­nych wło­sach.

 

W pierw­szej chwi­li coś go chyba ude­rzy­ło na widok Bruce’a… –> Raczej: W pierw­szej chwi­li coś go chyba ude­rzy­ło w widoku Bruce’a

 

Oboje ją znamy i wiemy… –> Rozmawia dwóch mężczyzn, więc: Obaj ją znamy i wiemy

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Gdy Bruce rozluźnił uścisk, gość upadł na ziemię i oparł się o ścianę. –> Gdy Bruce rozluźnił uścisk, gość upadł na podłogę i oparł się o ścianę.

Bo nie wydaje mi się, aby na klatce schodowej było klepisko.

 

Z iry­tu­ją­cą sa­tys­fak­cją ba­lan­so­wał na gra­ni­cy jej roz­pa­lo­ne­go do gra­nic moż­li­wo­ści po­żą­da­nia a jego nie­za­chwia­ne­go opa­no­wa­nia. –> Z iry­tu­ją­cą sa­tys­fak­cją ba­lan­so­wał na gra­ni­cy jej roz­pa­lo­ne­go do gra­nic moż­li­wo­ści po­żą­da­nia i swojego nie­za­chwia­ne­go opa­no­wa­nia.

 

Klient­ka roz­wia­ła ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści i znowu wy­bu­chła śmie­chem. –> …i znowu wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Bruce szar­manc­ko uniósł brwi. –> Szarmancko, to znaczy jak?

 

– Win­dow­sa 7, Rim­pin Bisku, Ra­ve­tech­pro­ce­so­ra 404… –> – Win­dow­sa siedem, Rim­pin Bisku, Ra­ve­tech­pro­ce­so­ra czterysta cztery

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Mówią, że to jedna z naj­gor­szych śmier­ci z moż­li­wych. –> Raczej: Mówią, że to jedna z naj­gor­szych moż­li­wych śmier­ci.

 

Woda bar­dzo szyb­ko ugła­dzi­ła jej fry­zu­rę. Mokre włosy przy­le­ga­ły teraz do jej twa­rzy, two­rząc na­tu­ral­ny kap­tur. Kilka ko­smy­ków mu­sia­ło jej wcho­dzić do oczu, ale nie oka­zy­wa­ła, by jej prze­szka­dza­ły. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Bruce upadł na zie­mię. –> To dzieje się na klatce schodowej, więc: Bruce upadł na podłogę/ na stopnie.

 

Terry bły­ska­wicz­nie zna­la­zła się obok niego. Zła­pa­ła go za głowę, prze­ra­żo­na pa­trzy­ła to na niego, to na jego mi­ga­ją­ce czer­wie­nią przed­ra­mię. – Kolejny przykład nadmiaru zaimków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – poniekąd Twoje reakcje pokrywają się z tym, co chciałem osiągnąć, jednak mam nadzieję, że w końcu trafię i w Twój gust. Na razie tym bardziej doceniam tytaniczną pracę, którą wkładasz w wyłapywanie moich usterek. Za co raz jeszcze dziękuję.

 

Tylko jedna wątpliwość, bo zauważyłem to też przy innych tekstach:

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

Owszem (i następnym razem obiecuję przelecieć dla pewności cały tekst ctrl + f pod kątem każdej pojedynczej cyfry), jednak uczono mnie, że przy nazwach własnych tego nie stosujemy tak restrykcyjnie. Również w “Praktycznym poradniku edycji tekstów” Adama Wolańskiego dopuszcza się odstępstwa od tej reguły. Wciąż kłuje mnie w oczy, jeśli ktoś ma mówić np. o Windowsie Siedem.

I am surrendering to gravity and the unknown.

I ja mam nadzieję, że kolejne części pozwolą mi dostrzec to, czego jeszcze nie widzę, że wszystko pięknie połączy się w logiczna całość. ;)

Respektuję zalecenia Adama Wolańskiego i rozumiem Twoją niechęć do zapisywania liczebników słowami, ale ciekawa jestem, jak mówiący: – Windowsa 7, Rimpin Bisku, Ravetechprocesora 404… wyartykułuje „7” i „404”?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli chodzi o cyberpunk, jest naprawdę nieźle, ale ja nie jestem targetem. Dla mnie jest go zbyt dużo, wszystko jednak brzmi przekonująco. :) Gorzej z akcją, tak naprawdę 25k tekstu jest zupełnie przegadane, dopiero na koniec coś się dzieje. Mimo dobrej puenty, zbyt dużo gadki znużyło mnie trochę i przez o finał nie wybrzmiał zbyt mocno.

Widać, że cyberpunk to Twoja mocna strona, popracuj nad bardziej wartką akcją, bo podobnie było w Yellow, też dłużyzny.

Darcon – dzięki za zapoznanie się i opinię!

I am surrendering to gravity and the unknown.

Nowa Fantastyka