- Opowiadanie: BioHazard - Kurhan

Kurhan

Opowiadanie przeszło do drugiego etapu konkursu wiedźmińskiego, ale niestety nie doczekało się komentarza Szacownego Jury. Z tekstu jestem bardzo zadowolony, dlatego nie mam serca, żeby skazywać go na dożywocie w szufladzie. Jestem ciekawy waszych opinii. Przyjemnej lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Kurhan

 

Rudy lis przemykał ostrożnie od drzewa do drzewa. Co jakiś czas przystawał, nasłuchiwał i węszył. Starał się wytropić zająca, kuropatwę, albo chociaż małą mysz. Po długiej, ciężkiej zimie był wychudzony i nie zamierzał wybrzydzać. Na szczęście nastała wiosna – czas obfitości. Las powoli nabierał kolorów, gałęzie mieniły się różnymi odcieniami świeżej zieleni. Tu i ówdzie bieliły się pierwsze kwiaty. Lis coś usłyszał, nabrał rozpędu, przeskoczył wykrot i zatrzymał się nieopodal dużego, omszałego głazu. Spóźnił się, sprytna nornica wyczuła niebezpieczeństwo i w samą porę schroniła się w swojej podziemnej siedzibie, gdzieś głęboko pod kamieniem. Lis nie zamierzał marnować czasu i szybko ruszył dalej. Nagle stanął jak wryty, zbliżało się coś dużego i ciężkiego. Słychać było miarowe uderzenia dwóch nóg o miękką ziemię, dziwne gwizdy i sapanie. Lis był młody i zapewne pierwszy raz w życiu zobaczył maszerującego krasnoluda, ale instynktownie wyczuł, że lepiej nie wchodzić mu w drogę.

Krasnolud był raczej typowym przedstawicielem swojej rasy. Krępy, z bujną czarną brodą, poprzetykaną z rzadka pasemkami siwizny. Na plecach dźwigał ogromny i masywny tobołek. Skórzane buty na grubej podeszwie zostawiały w ziemi głębokie ślady. Mimo niesionego ciężaru wędrowiec szedł raźnym krokiem, a nawet od czasu do czasu wesoło pogwizdywał.

Nagle z zarośli po obu stronach drogi wynurzyło się dwóch obdartusów. Widać było po nich, że ukrywali się w krzakach już dosyć długo. Ubrudzeni ziemią, z zeschłymi liśćmi i igliwiem w skołtunionych włosach nie stanowili ładnego widoku. Jeden trzymał w ręku grubą drewnianą pałkę, okutą żelaznym pierścieniem, drugi miał zatknięty za pas toporek. Wędrowiec nie miał wątpliwości co do tego, w jakim celu obwiesie zastąpili mu drogę. Mimo to postanowił zgrywać naiwnego.

– Dzień dobry miłym panom. Piękna pogoda na spacer po lesie, nieprawdaż? – zagadnął swobodnym tonem i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Patrzaj Jenek, jaki nam się kulturny nieludź trafił – powiedział ten niższy, z toporkiem.

– Ehem… – chrząknął ten wyższy z pałką, najwyraźniej wyrażając w ten sposób, że zgadza się z towarzyszem.

– Słuchaj no kurduplu – kontynuował topornik. – Widzi mi się, że jak na nieludzia jesteś całkiem kumaty, tedy bez większych ceregieli oddaj nam swój tobołek. W zamian za to ja i mój kompan Jenek pozwolimy ci iść dalej.

– Ehem… – chrząknął Jenek, wymownie uderzając okutą pałą w otwarta dłoń.

Krasnolud nie odpowiedział, zaczął powoli odkładać ciężki tobół na ziemię.

– Dobry wybór, kurduplu – rzucił bandyta.

– Nie mam pieniędzy, ani kosztowności – wędrowiec zaczął mówić spokojnym głosem. – Jestem wędrownym kowalem. Włóczę się od wioski do wioski, rozkładam swój skromny warsztat i za niewielką opłatą, czasami za dach nad głową, albo ciepłą strawę naprawiam wykrzywione lemiesze i podkuwam konie. To co mam w worku to moje źródło utrzymania – stare kowadło, narzędzia i miech. Dla was nie są one nic warte.

– Już my sami ocenim, a bez worka będzie ci lżej wędrować. – Bandyta skrzyżował ręce na brzuchu i wyraźnie się rozluźnił.

– Dobrzy ludzie, pozwólcie mi zatrzymać chociaż kowadło – krasnolud uderzył w płaczliwy ton i powoli, niepostrzeżenie zaczął się zbliżać do napastników. – Bez niego będę bezradny – wymownie rozłożył ręce.

– Nie jęcz kur… – bandyta urwał w pół zdania i przyklęknął pod wpływem silnego i precyzyjnego kopniaka, wymierzonego w zgięcie lewego kolana. Zanim zorientował się w sytuacji, dostał jeszcze pięścią w skroń i zamroczony osunął się na ziemię. Krasnolud nie czekał, błyskawicznie odskoczył, unikając uderzenia okutej pałki. Drugi bandyta przeciął swoją bronią powietrze i na chwilę stracił równowagę. Wędrowny kowal wykorzystał okazję, pchnął oprycha z całych sił na przydrożne drzewo. Jenek z impetem wyrznął plecami w rosochaty pień i wypuścił z ręki okutą pałę. Krasnolud błyskawicznie do niego doskoczył i zadał kilka silnych ciosów w brzuch. Bandyta jęknął i zwinął się z bólu. Wędrowiec podniósł pałkę i zdzielił oprycha w potylicę, aż zadudniło. Jenek osunął się bezwładnie na ziemię, jego kompan zaczął się nieporadnie podnosić i gmerać rękoma w pobliżu paska, gdzie miał zatknięty toporek. Krasnolud podszedł do niego niespiesznie i wymierzył kopniaka w żebra.

– Musisz wiedzieć, psi synu, że nie zawsze byłem wędrownym kowalem – zagadnął i kopnął jeszcze raz, tym razem w brzuch. Bandyta zwinął się i zaczął żałośnie szlochać. – Bywało się tu i tam – kontynuował swobodnym tonem krasnolud. – Nie żebym się przechwalał, ale nieraz musiałem bić się nie tylko o swój dobytek, ale także o życie, które wierz mi, bardzo sobie cenię. – Wędrowiec wyszarpnął bandycie toporek zza paska i przyjrzał mu się krytycznie. – Nie jest to może mahakamska stal, ale w dobrych rękach może być bardzo użyteczny.

– Litości panie! – zaszlochał bandyta i skulił się jeszcze bardziej.

– Chciałbyś litości od parszywego nieludzia, co? – zapytał z pogardą w głosie. – Od istoty z natury chciwej, niewdzięcznej i żądnej ludzkiej krwi? Od przebrzydłego karzełka, który zabiera uczciwym ludziom pracę i bogaci się ich kosztem? Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym cię oszczędzić. – Bandyta zaczął się trząść i jeszcze głośniej szlochać. – Nie potrafisz, co? Uważasz, że powinienem odrąbać ci łeb i zatknąć go na tyczce, ku przestrodze. Pewnie masz rację… Widzisz, ja pamiętam bardzo dobrze rok tysiąc dwieście sześćdziesiąty ósmy, Rivia. Na pewno słyszałeś… o pogromie było głośno we wszystkich królestwach północy. Ja tam byłem, widziałem masakrę na własne oczy. Nie było mowy o litości. Ginęli wszyscy – starcy, kobiety i dzieci. Bezbronni, szlachtowani jak zwierzęta przez światłych przedstawicieli lepszej rasy – motłoch z widłami, cepami i kosami. Tylko jeden człowiek odważył się wtedy stanąć w naszej obronie. Jedyny szlachetny i odważny – Geralt z Rivii, wiedźmin zwany Białym Wilkiem. Podobno zginął tamtego dnia. Tego nie widziałem i mam nadzieję, że to nieprawda. Słyszałem pogłoski, że widziano go później w Wyzimie. Jeżeli los kiedyś skrzyżuje nasze ścieżki postawię mu piwo i wypiję bruderszaft, bo tylko dzięki niemu nie straciłem całkowicie wiary w ludzi. To jest powód, dla którego dzisiaj cię nie zabiję… no może jeszcze dlatego, że nie lubię zapachu krwi. – Wędrowiec splunął, zatknął toporek za pas, zebrał swój dobytek i pomaszerował dalej. Rudy lis, który obserwował całe zajście z bezpiecznej odległości, ukryty w zaroślach, nabrał pewności, że krasnoludom nie należy wchodzić w drogę.

 

***

Las przerzedzał się, z wolna ustępował miejsca polom uprawnym i sadom. Jabłonie i śliwy skrzyły się biało-różowym kwieciem. W oddali widać było drewniane zabudowania niewielkiej osady. W niebo leniwie unosiły się smużki dymów. Krasnolud ucieszył się na ten widok, nogi bolały go już od długiego marszu, dawno też nie miał w ustach ciepłej strawy. Z racji, że zbliżała się pora obiadowa, wędrowiec swe pierwsze kroki skierował do przydrożnej karczmy, jak głosił szyld "Pod Jabłonią". Usiadł w kącie, odprowadzony nieprzychylnym wzrokiem stałych bywalców. Nie musiał długo czekać, do stołu podeszła przysadzista karczmarka w haftowanym fartuchu.

– Co podać? – rzuciła krótko.

– Dobra kobieto. – Krasnolud wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Jak widzisz jestem bardzo utrudzony długim szlakiem i chętnie zjadłbym coś ciepłego i zapił to zimnym piwkiem.

– Mamy szare kluski ze skwarkami i ciasto z jabłkami.

– Mmm, wybornie. – Wędrowiec się oblizał. – Tylko nie żałuj skwarków.

– Co ja tam mam żałować, ino czy macie czym zapłacić? Bo to już nie raz widziałam, jak chłop się nażarł, a jak przyszło do płacenia, to brał nogi za pas. Ino nie wiedział, że ja mam w obejściu bardzo szybkiego psa. – Karczmarka uśmiechnęła się paskudnie.

– Bez obaw, nie trzeba szczuć mnie psem – odparł z kwaśną miną krasnolud i rzucił na stół kilka monet wygrzebanych z sakiewki. – Mam czym zapłacić.

Po chwili na stole pojawiła się parująca miska z kluskami okraszonymi skwarkami, przyrumieniony kawałek ciasta i kufel mętnego piwa. Kowal pociągnął długi łyk i zabrał się z entuzjazmem do jedzenia. Po krótkim czasie łyżka zachrobotała o dno miski, a ciasto zniknęło, pochłonięte kilkoma wielkimi kęsami. – Teraz do szczęścia brakuje mi tylko fajeczki – zamruczał pod nosem, wyciągając zza pazuchy małą drewnianą fajkę i kapciuch. Do karczmy weszło kilku mężczyzn i usiadło w przeciwległym kącie.

– Niech mnie gnomy ubiją, jeżeli się mylę! – wykrzyknął nagle jeden z nowo przybyłych, wskazując krasnoluda. – Toż to przecież mój serdeczny przyjaciel Morgan Frey!

– Sevril Mund, prawdopodobnie największy oszust i krętacz po tej stronie Pontaru – krasnolud odparł z przekąsem, pykając dymem z fajki. – Świat jest niestety zbyt mały.

– Stare dzieje, chyba nie masz do mnie żalu o to drobne nieporozumienie sprzed lat? – Sevril spytał z miną niewiniątka. – Pozwól, że postawię ci kolejne piwo. – Morgan z rezygnacją machnął ręką. – Jak to było… – zaczął niepewnie nowoprzybyły, kiedy karczmarka postawiła na stole dwa pełne kufle. – Za pomyślność sprawy słusznej…

– Na pohybel skurwysynom – dokończył Morgan, wymownie patrząc na człowieka, który się do niego dosiadł. Sevril miał bardzo przeciętny wygląd. Niewysoki, ale nie niski, regularne rysy twarzy. Jednym słowem, żadnych cech, które od razu rzucałyby się w oczy. Ubiór również nie zapadał w pamięć, lniana koszula i spodnie, do tego brązowa skórzana kurtka i ciżmy z lekko spiczastymi noskami.

– Co było minęło, naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło z tą kopalnią – zaczął mówić pojednawczym tonem.

– Tak, tak. Nie miałeś pojęcia, że zezwolenie na wydobycie jest fałszywe i zupełnie przypadkiem zniknąłeś razem z pierwszym urobkiem, jak tylko pojawiły się problemy. Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś, serdeczny przyjacielu – mówiąc to Morgan wykrzywił się, jakby ugryzł bardzo kwaśne jabłko. – Ja spędziłem miesiąc w cuchnącej celi, zabrali mi wszystkie oszczędności… i tak mi się upiekło.

– No wiesz, i tak nie mogłem ci już pomóc, a tego urobku było ledwie kilka samorodków. Zresztą nie ważne, mam dla ciebie świetną propozycję. Wynagrodzę ci z nawiązką wszystkie niedogodności. – Sevril nachylił się do krasnoluda i zniżył konspiracyjnie głos. – Podłapałem tutaj w okolicy opłacalną fuchę i przydałby mi się ktoś z twoimi umiejętnościami i doświadczeniem…

– Mowy nie ma! Morgan stuknął kuflem o blat. – Nie wchodzę z tobą w żadne interesy. Wybij to sobie z głowy. Dziękuję za piwo, czas ruszać do pracy. Bywaj zdrów – kowal wstał od stołu, zebrał swoje rzeczy i wyszedł. Sevril nie odezwał się już. Obserwował wychodzącego krasnoluda z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

 

***

Morgan dołożył węgla do paleniska i dmuchnął kilka razy swoim przenośnym miechem. Wyciągnął kawałek rozżarzonego do czerwoności żelaza i przyjrzał mu się krytycznym wzrokiem. – Jeszcze chwilkę – mruknął pod nosem i odłożył metal do pieca. W wiosce dawno nie było kowala, roboty było więc sporo. Ludzie płacili czym mieli – pieniędzmi, jedzeniem lub zaproszeniem na nocleg. Krasnolud był zadowolony, zdążył odpocząć i podreperować swój budżet. Sprawy szły dobrze… zbyt dobrze. Kowal wiedział, że będzie miał kłopoty, kiedy tylko zobaczył uśmiechniętego od ucha do ucha Sevrila.

– Witaj Morgan, jak idą interesy?

– Nie najgorzej – odburknął krasnolud.

– Widzę, że nie darzysz mnie przesadną sympatią, przyjacielu – Sevril przemawiał spokojnym, łagodnym głosem. – Nie zaprzeczaj – dodał, chociaż krasnolud wcale nie zamierzał oponować. – W gruncie rzeczy wcale się nie dziwię. Masz powody, żeby się na mnie gniewać, ale zapewniam, że jestem twoim przyjacielem. Widzisz, obracam się tutaj w okolicy już od dłuższego czasu. Poznałem wiele osób, z różnych środowisk. Ludzie mnie znają i szanują. – Krasnolud parsknął, ale Sevril udawał, że tego nie zauważył. – Taki przyjaciel jak ja może ci się bardzo przydać… i to prędzej niż myślisz.

W głębi wsi zrobił się jakiś tumult. Ktoś krzyczał i odpowiadał mu coraz głośniejszy chór gniewnych głosów. Po chwili zza widocznej w oddali obory wyszła grupka chłopów wyposażonych w widły i kosy. Tłum skierował się wyraźnie w stronę prowizorycznej kuźni. Morgan poczuł nieprzyjemny skurcz żołądka. Zimno przebiegło mu wzdłuż kręgosłupa i rozpełzło się po wszystkich kończynach.

– Dobry przyjaciel może pomóc w każdej opresji – kontynuował beznamiętnie Sevril. – Sęk w tym, że będzie oczekiwał w rewanżu tego samego… Rozumiemy się, przyjacielu? – Morgan nie odpowiedział, patrzył na zbliżających się ludzi. Słyszał już dokładnie co wykrzykują.

– W biały dzień! Tak bez dania racji! Z czystej złośliwości! – krzyczał jakiś starszy jegomość z wełnianą czapką na głowie. Najwyraźniej przywódca grupki. – Tak się nie godzi! Kara musi być! Sprawiedliwość jest po naszej stronie! – darł się, wymachując rękami.

Grupa zatrzymała się w pewnej odległości od Morgana i Sevrila. Staruszek w czapce przestał krzyczeć, najwyraźniej stracił nieco animuszu na widok groźnie spoglądającego krasnoluda noszącego kamizelkę, odsłaniającą potężnie umięśnione ramiona.

– Panie… – zwrócił się do kowala, trwożliwie oglądając się, jakby bał się, że jego poplecznicy się rozpierzchli.

– Morgan Frey – odpowiedział twardo krasnolud. – Wędrowny kowal, czym mogę służyć?

– Panie Frey… Nazywam się Otto Malsen i z woli mieszkańców jestem sołtysem wsi Sadowa. Jako przedstawiciel lokalnej władzy zmuszony jestem przedstawić panu zarzut napaści i brutalnego pobicia dwóch szanowanych mieszkańców naszej wsi.

– Przecież to, kurwa, kompletna bzdura! – uniósł się Morgan. – Zostałem napadnięty na szlaku przez dwóch zbirów i musiałem się bronić.

– To jest pańska wersja, panie Frey… Niestety Jenek i Tybald mówią zupełnie co innego, a ja nie mam powodu, żeby im nie wierzyć. – Staruszek nabierał rozpędu. – Znam ich od maleńkości, to dobre chłopaki. Teraz Jenek leży z zabandażowaną głową i jęczy, a Tybald boi się wyjść z chaty do wychodka. Ponoć groził mu pan, że obetnie głowę i zatknie na tyczce. Tak się nie godzi panie Frey…

Morgan popatrzył po zaciętych twarzach chłopów, nie miał złudzeń co do tego, jaki zapadnie wyrok, jeśli dojdzie do sądu. Jego wzrok zatrzymał się na twarzy Sevrila, wyrażającej nieme pytanie. Kowal z rezygnacją skinął głową.

– Dobrzy ludzie! – zawołał Sevril, stając między krasnoludem, a podburzonym tłumem. – Znacie mnie wszyscy i wiecie, że nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Morgan Frey, którego oskarżacie o ten niecny czyn, jest moim przyjacielem. To najuczciwszy krasnolud jakiego znam. Mogę poręczyć, że mówi prawdę.

– Ale… – sołtys zaczął się jąkać, wyraźnie zbity z tropu. – Przecie mówił pan… a Jenek i Tybald, przecie to dobre chłopaki… Panie Sevril, co też pan…

– Panie Malsen. Błądzić jest rzeczą ludzką. Może chłopaki z nudów postanowili nastraszyć wędrownego kowala. Przyzna pan, że Jenek i Tybald to nie ułomki i mogą wydać się groźni. Morgan uznał, że jest zagrożony i zaczął się bronić. Stąd całe nieporozumienie. – Sevril przemawiał powoli, spokojnym głosem. – Najlepiej będzie, jeśli puścimy ten incydent w niepamięć. Najlepiej dla nas wszystkich – dodał, uśmiechając się fałszywie, a w jego głosie zabrzmiała złowroga nuta.

– Eee… skoro tak się sprawy mają. – Sołtys wyglądał na zupełnie zdezorientowanego. – Tedy będę musiał poważnie porozmawiać z chłopakami. Panu, panie Frey, udzielam pouczenia, że w przyszłości nie będziemy tolerować takich wybryków. – Staruszek odzyskał pewność siebie. – Ludzie, rozejdźcie się w pokoju… nie będzie sądu. – Odpowiedziały mu niezadowolone pomruki i ciche przekleństwa.

– Jak to nie byndzie sądu?! – krzyknął krępy chłop z widłami. – A co z naszą sprawiedliwością? Nieludź musi zawisnąć! Trzeba odpłacić zymbem za ząb! – Chwycił widły oburącz i rzucił się na Morgana, krzycząc przeraźliwie. Krasnolud zrobił szybki unik, który uratował go przed śmiertelnym pchnięciem i błyskawicznie podstawił szarżującemu napastnikowi nogę. Chłop wyrżnął z łoskotem o ziemię i wypuścił z rąk widły. Mimo lekkiego zamroczenia szybko się pozbierał i rzucił na krasnoluda z gołymi rękami. Morgan zmusił go do przyklęku kopnięciem w kolano i wymierzył silny cios czołem w nasadę nosa. Chłop osunął się na ziemię, tym razem spacyfikowany na dobre. Reszta grupy powoli się rozeszła, wyraźnie zniechęcona widokiem całego zajścia.

– Jestem pod wrażeniem, przyjacielu – zagadnął Sevril, który przez cały czas zachowywał stoicki spokój. Nie musisz dziękować, widzimy się jutro o brzasku, przy starym młynie.

– Za co miałbym dziękować? – prychnął krasnolud. – Za to, że pomogłeś mi wyjść z opresji, w którą zapewne sam mnie wpakowałeś?

– Morgan… twoje zarzuty ranią moje serce – powiedział z kamiennym wyrazem twarzy. – Ja miałbym uknuć taką niecną intrygę? Po co?

– Dobrze wiesz po co, szczwany sukinsynu – burknął kowal.

– Cieszę się, że mogłem pomóc, ale jeszcze bardziej cieszy mnie perspektywa naszej współpracy, przyjacielu. Do zobaczenia jutro – powiedział Sevril, rozciągając usta w fałszywym uśmiechu.

 

***

Mgła uniosła się znad strumienia i powoli rozpełzała po okolicznych polach. Gdzieś z oddali dochodził melancholijny śpiew samotnego rudzika. Stary młyn był w istocie ruiną, kupą walających się w trawie desek i cegieł. Jedyną ocalałą ścianę prawie w całości porastał bluszcz. Sevril już czekał, jego zakapturzona sylwetka była ledwie widoczna na tle obrośniętego muru. Morgan podszedł bliżej i zauważył, że mężczyzna jest uzbrojony. Przypięta do pasa zerrikańska szabla zwisała swobodnie przy jego lewym boku.  

– W samą porę Morgan. Zaczynałem się już niepokoić, że nie przyjdziesz – powiedział z lekko nieobecnym wyrazem twarzy, zapatrzony gdzieś w dal.

– Raczysz mi wreszcie wyjawić o co chodzi, czy mam się bawić w zgadywanki? – mruknął krasnolud.

– Raczę… ale później. Teraz chodźmy, poznasz resztę drużyny.

– Jakiej drużyny? – spytał krasnolud, nieufnie mrużąc oczy.

– Naszej drużyny – odparł z naciskiem Sevril. – Nie zapominaj, że jesteś teraz jednym z nas. Odłóż swoje uprzedzenia i dawne animozje na bok i postaraj się zgodnie współpracować. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, bardzo się wzbogacimy. Może nawet wystarczy ci na założenie kuźni z prawdziwego zdarzenia i nie będziesz już musiał targać na plecach kowadła, od jednej zabitej dechami dziury do drugiej. Nie traćmy więcej czasu, obóz jest niedaleko. – Sevril ruszył w stronę pobliskiej ściany lasu, nie oglądając się.

Przez jakiś czas w milczeniu przedzierali się przez rzadkie zarośla, przeszli po kamieniach przez wartko płynący strumień, wspięli się na niewysokie zalesione wzgórze, by dotrzeć do małej, położonej w dolinie polanki.

– Wreszcie jesteście – za ich plecami rozległ się melodyjny kobiecy głos.

– Auriel… mówiłem, żebyś mnie nie zaskakiwała w taki sposób. – Mówiąc to, Sevril się uśmiechnął. Krasnolud ze zdziwieniem zauważył, że był to uśmiech nieudawany, szczery i radosny.

Kobieta, która się do nich zbliżyła musiała być elfką. Morgan nie miał co do tego wątpliwości mimo, że jej uszy kryły się pod wełnianą czapką. Smukła sylwetka, wyraziste rysy twarzy i wielkie zielone oczy zdradzały wszystko.

– Morgan, poznaj Auriel. Nieocenioną tropicielkę i znawczynię elfickiej kultury. Prywatnie moją serdeczną przyjaciółkę. – Morgan zauważył, że przez twarz elfki przebiegł lekki grymas, ale trwało to tylko chwilę. – Jeśli chodzi o resztę drużyny… Tybalda i Jenka już znasz. – Krasnolud spojrzał na grupkę ludzi siedzących przy ognisku, na środku polany. Jenek uśmiechnął się szeroko, ukazując liczne braki w uzębieniu, a Tybald wbił wzrok w czubki swoich butów.

– Poznaliśmy się przelotnie – odparł Morgan swobodnym tonem.

– Dwóch pozostałych to Ernst i Mychajło, nasz przewodnik. – Ernst wyglądał na kolejnego obdartusa do wynajęcia. Mychajło nie pasował do reszty towarzystwa. Na pierwszy rzut oka widać było, że to chłop z pobliskiej wsi. Siedział w zgrzebnej koszuli i słomianym kapeluszu, dłubiąc w nosie ze skupieniem godnym lepszej sprawy.

– Skoro wreszcie jesteśmy w komplecie, możemy ruszać. Chciałbym dotrzeć do kurhanu, zanim zapadnie zmrok – Sevril oświadczył, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Wyruszyli więc w drogę. Przodem szedł Mychajło, za nim Ernst, Tybald i Jenek. Pochód zamykali Sevril i Morgan, natomiast Auriel kręciła się ciągle gdzieś w pobliżu, co chwila znikając w okolicznych zaroślach. Szli wolno, zagłębiając się w coraz dzikszy i bardziej zarośnięty teren. Musieli omijać zwalone drzewa, kępy gęsto splątanych, kolczastych jeżyn i niewielkie mokradła. Mychajło co jakiś czas przystawał i próbował sobie przypomnieć dalszą drogę. Ku coraz większej irytacji Sevrila, nieplanowane przerwy w marszu trwały czasem dosyć długo. Na jednym z takich postojów Sevril i Morgan zostali nieco z tyłu.

– A więc chcecie splądrować jakiś zapomniany elficki kurhan – zagadnął krasnolud.

– Twoje domysły są z grubsza prawidłowe, przyjacielu, ale ja nie nazwałbym tego plądrowaniem. Potraktuj naszą wyprawę, jako ekspedycję naukową. Dobrze opłacaną ekspedycję naukową. Naszym celem jest przywrócenie światu skarbów, dawno temu ukrytych w ziemi oraz wzbogacenie wiedzy o starożytnej elfickiej kulturze…

– Daruj sobie tę tanią gadkę, Sevril – przerwał krasnolud. – Przez kogo jest opłacana ta wyprawa?

– Przez czarodzieja, dobrze znanego w środowisku. Tyle musi ci wystarczyć, bo nasz zleceniodawca ceni sobie anonimowość. Wiesz, ktoś mógłby tak jak ty źle ocenić naszą wyprawę naukową… nazwać nas hienami plądrującymi grobowce, czy coś w tym stylu… Nasz pracodawca nie chce być kojarzony z takimi przedsięwzięciami. Dlatego wynajął nas, a właściwie mnie, żebym po cichu zorganizował poszukiwania kurhanu i odzyskał ewentualne skarby.

– Świetnie, ale po co wciągnąłeś w to mnie? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że z czystej sympatii. – Morgan stwierdził kwaśno.

– Jak już mówiłem, jesteśmy dobrze opłacani. Nie pożałujesz. Poza tym… – Sevril upewnił się, że nikt oprócz Morgana go nie usłyszy. – Ernst. Tybald i Jenek to kompletne półgłówki. Nie są przydatni do niczego poza niesieniem ekwipunku. W razie jakichkolwiek problemów mogę liczyć tylko na ciebie i Auriel. Kiedy dowiedziałem się, że jesteś w wiosce, uznałem to za dar od losu. Potrafisz się bić i znasz się na technikach górniczych. Nie wiadomo co nas czeka przy tym kurhanie. Nie mam nawet pojęcia, czy to na pewno jest kurhan. W każdym razie bardzo prawdopodobne, że będziemy musieli zejść głęboko pod ziemię. Twoje zdolności mogą się nam bardzo przydać.

– Więc nie miałeś nic wspólnego z napaścią na mnie na szlaku? – Morgan drążył dociekliwie.

– Jeżeli to ci poprawi nastrój, to mogę zapewnić, że nie maczałem w tym palców. Wynająłem ich już po całym zajściu.

– Czyli ty tylko podburzyłeś przeciwko mnie tego starego dziadygę sołtysa. Co byś zrobił, gdybym nie uległ twojemu szantażowi? Patrzyłbyś jak mnie wieszają? – Morgan skrzyżował ręce na piersi i wbił świdrujące spojrzenie w Sevrila.

– Wiedziałem, że się zgodzisz – mężczyzna odparł wymijająco.

– Mamy problem – oznajmiła Auriel, jak zwykle pojawiając się znikąd. – Mychajło nie chce nas dalej prowadzić, twierdzi, że to już blisko.

– W takim razie muszę mu przypomnieć o naszej umowie – powiedział spokojnie Sevril z zimnym błyskiem w oku.

Przewodnik przysiadł na zwalonym pniu i rozglądał się nerwowo, gryząc słomkę. Widać było, że się czegoś boi i niewiele brakuje, żeby wziął nogi za pas.

– Nie tak się umawialiśmy, Mychajło – rzucił twardo Sevril. – Miałeś nas doprowadzić do samego kurhanu.

– Panie tamoj straszno – wydukał cichutko chłop. – Bylim tam raz ze Staskiem. Tam ciemno i cicho, nawet ptaszki nie śpiewajo. Tam jest złe, to czuć w powietrzu. Dziadunio opowiadał, że drzewiej chłopy ze wsi skrzyknęli się i poszli tamoj kopać skarby. Nikt nie wrócił. Ja tam widział bielutyńkie kości. Ja dalej nie pójdę. Bojam się. Ja przypomniał sobie drogę, stąd już blisko, tuż za pagórkiem. Nie pobłądzicie…

– Nagle ci się przypomniało, że tam straszno, psi synu! – warknął Sevril. – Trzeba było o tym pomyśleć kiedy wyciągałeś łapy po moje oreny! – Ruszaj strachliwą rzyć pókim dobry! – Chłop podniósł się i z lekko drżącymi nogami poszedł dalej, a jego śladem podążyła reszta drużyny. Morgan z doświadczenia wiedział, że bajania chłopów to z reguły tylko historyjki, mające na celu straszenie dzieci. Wiedział jednak, że w każdej historyjce tkwi ziarno prawdy. W dzikich, leśnych ostępach można się natknąć na leża potworów, bagniska pełne trujących oparów i wiele innych niebezpieczeństw. Jeżeli przed nimi rzeczywiście tkwił stary elfi grobowiec, w grę mogła wchodzić jeszcze magia. Takie miejsca często były zabezpieczane przed intruzami. Zaklęcia ochronne mogą utrzymywać się przez całe wieki, nie tracąc na swojej sile. Morganowi nie podobało się to, co usłyszał z ust przewodnika. Miał złe przeczucia. Być może tylko mu się tak wydawało, ale miał wrażenie, że w lesie rzeczywiście zrobiło się jakoś ciemniej. Mimo, że liście na drzewach jeszcze nie rozwinęły się w pełni, do dna lasu docierało zaskakująco niewiele światła. Powietrze wokół było zupełnie nieruchome, nie było też słychać żadnych ptaków. Weszli na szczyt pagórka i zaczęli schodzić do niewielkiej kotlinki. Robiło się coraz zimniej, mimo, że słońce stało już wysoko na niebie.

– Tamoj – wyjąkał Mychajło, pokazując drżącym palcem w kierunku podnóża przeciwległego wzgórza. Było tam coś, co przypominało wejście do nieczynnej kopalni. W zbocze pagórka wpasowane były trzy wielkie skalne bloki, dwa pionowe po bokach i jeden poziomy stanowiący masywne nadproże. Wejście, jeżeli tam było, kryło się za zasłoną bluszczu.

– Świetnie – rzucił krótko Sevril, wpatrując się w kamienny portal. – Ernst, Jenek i Tybald rozbijcie obóz. My pójdziemy się przyjrzeć temu kurhanowi…

Przy wejściu do grobowca rozciągała się polana, pokryta zeschłą trawą. Teren był płaski z wyjątkiem sporego pagórka znajdującego się po prawej stronie bramy.

– To wygląda bardziej na starą kopalnię – mruknął Morgan zbliżając się ostrożnie do kamiennych bloków. Nagle coś chrupnęło mu pod lewą stopą. Spojrzał w dół i zobaczył fragment czaszki, najprawdopodobniej ludzkiej. W wysokiej trawie kryło się więcej kości. Człowiek, krasnolud i elfka wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Sevril powoli odgarnął zielsko zasłaniające wejście i jego oczom ukazała się… gładka ściana. Wejście było całkowicie zablokowane kolejnym potężnym skalnym blokiem.

– To tyle jeśli chodzi o penetrację grobowca – mruknął Morgan. – Zabierajmy się stąd, im szybciej, tym lepiej.

– To raczej nie jest grobowiec – odezwała się melodyjnym głosem Auriel. – Nie widzę żadnych inskrypcji. Poza tym konstrukcja jest zbyt toporna jak na dzieło elfów.

– Być może… – odparł Sevril. – Cokolwiek to jest, wejście jest zabezpieczone magią.

– Skąd ta pewność? – spytała podejrzliwie Auriel. – Sevril nie odpowiedział, tylko sięgnął za pazuchę i wyciągnął niewielki srebrny medalion, przedstawiający głowę kota. Mężczyzna położył go na dłoni i wszyscy zobaczyli, że metal delikatnie drży.

– Tak, to wiedźmiński medalion szkoły kota. Tak, drży pod wpływem magii. Nie, nie zabiłem wiedźmina. To chyba zbyt duże wyzwanie, nawet dla mnie – Sevril odpowiedział na niezadane pytania, widząc zdziwienie malujące się na twarzach towarzyszy. – Medalion kupiłem dawno temu od handlarza staroci w Mariborze. Dałem za niego niezłą sumkę, może wreszcie mi się to opłaci – mężczyzna zaczął chodzić z medalionem w tę i z powrotem, badając teren. – Drżenie wzrasta pod drzwiami i w pobliżu tego pagórka – oznajmił po chwili.

– Wspaniale – parsknął krasnolud. – Mamy więc magiczne drzwi i magiczny pagórek. Co teraz? Trzeba odgadnąć zaklęcie? Odprawić jakiś rytuał? Zatańczyć z gołą rzycią w świetle księżyca, recytując przepowiednię Itliny?

– Nie pomagasz, Morgan – stwierdził spokojnie Sevril. – Trzeba będzie zbadać całą okolicę, ale na razie odpocznijmy chwilę i zjedzmy coś.

Słońce chyliło się już ku zachodowi i dolinkę powoli spowijał mrok. Wszyscy wędrowcy, oprócz pełniącego wartę Tybalda, zgromadzili się wokół niewielkiego ogniska. Nad ogniem wisiał parujący kociołek, z którego roztaczała się przyjemna woń potrawki z królika.

– Panie Sevril – odezwał się niespokojnym głosem Mychajło. – Doprowadziłem do kurhanu, tak, jakem obiecoł. Mogę już wracać do wsi?

– Rób jak chcesz, Mychajło – Sevril odparł obojętnym tonem. – Wywiązałeś się z umowy, jesteś wolnym człowiekiem. Na twoim miejscu poczekałbym jednak do rana. Nie zdążysz przed nocą.

– O nie panie, co to, to nie. – Chłop zaczął się nerwowo rozglądać. – To złe miejsce, mus mi wracać do domu.

– Nie zatrzymuję cię więc. – Sevril pogrzebał w sakiewce i wyciągnął kilka monet. – Masz tu małą premię, tylko pamiętaj, żeby nie rozpowiadać nikomu o naszej wyprawie. Wiesz, że cię znajdę, jeśli zawiedziesz moje zaufanie – dodał z groźnym błyskiem w oku.

– Panie, co ja tam mam rozpowiadać. Będę milczał, jako ten kurhan – zapewnił gorliwie Mychajło i oddalił się w pośpiechu.

Morgan udawał, że jest całkowicie pochłonięty swoim talerzem potrawki z królika. W rzeczywistości przyglądał się badawczo twarzom oświetlanym przez płomienie ogniska. Nie miał wątpliwości, że Jenek, Tybald i Ernst to zwykli bandyci do wynajęcia. Sevrila znał z dawnych czasów i uważał za cynicznego i bezwzględnego oszusta, chociaż tak naprawdę wiedział o nim zaskakująco niewiele. Największą zagadkę stanowiła dla niego Auriel. Zastanawiał się, co skłoniło ją do wzięcia udziału w tym szemranym przedsięwzięciu. Piękna elfka nie wyglądała na ogarniętą żądzą zdobycia skarbu. Być może rzeczywiście była zainteresowana naukową stroną wyprawy. Tak, czy inaczej Morgan nie mógł zaufać nikomu i musiał się mieć na baczności.

Noc upłynęła spokojnie. Bladym świtem, zanim jeszcze słońce zdążyło wygonić cienie z doliny, trójka śmiałków rozpoczęła poszukiwania sposobu, żeby dostać się do wnętrza tajemniczej budowli. Sevril szedł przodem, wpatrzony w trzymany na wyciągniętej dłoni wiedźmiński medalion, za nim podążała Auriel z nieprzeniknionym wyrazem twarzy i Morgan z grymasem niezadowolenia.

– Naprawdę myślicie, że łażenie w kółko z tą srebrną błyskotką pomoże nam w czymś? – spytał krasnolud i ziewnął przeciągle. Sevril zignorował pytanie, ale ku zdziwieniu Morgana, odezwała się zazwyczaj milcząca Auriel.

– Wiedźmiński medalion umożliwia nam dokładne zbadanie terenu pod kątem magii. Być może uda nam się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego miejsca. Nie można wykluczyć, że znajdziemy jakieś inne wejście. Tak jak mówiłam, ta budowla nie przypomina znanych elfickich grobowców. Wygląda jak opuszczona kopalnia, tylko że kopalni raczej nie zabezpiecza się magią. Myślę, że to może być miejsce kultu. Biorąc pod uwagę, że znajduje się w zboczu góry, a wejście przypomina stary szyb, to raczej krasnoludzka świątynia pramatki. Mój lud od zawsze za miejsca święte wybierał leśne gaje, uroczyska w których rosną prastare drzewa, z których biją czyste źródła. Święte gaje emanują spokojem i pięknem, umożliwiają uzyskanie harmonii ze światem natury. Tutaj jest cicho i ponuro. W powietrzu czuć jakąś niewypowiedzianą groźbę.

– Aha… – mruknął Morgan, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć. – Widzisz droga Auriel, ja nie jestem szczególnie religijnym krasnoludem, ale z tego co pamiętam kult pramatki nie niesie w sobie żadnej groźby. To pokojowe wyznanie, nie składa się krwawych ofiar i nie ma żadnych mrocznych rytuałów. To już prędzej kultyści lwiogłowego pająka, albo inne plugastwo…

– Cicho! – warknął nagle Sevril. – Coś jest przed nami. – Zbliżali się do niewielkiego rumowiska skalnego. Drżenie medalionu wzmagało się z każdym krokiem, prowadząc poszukiwaczy między omszałe kamienie.

– To jakieś ruiny – stwierdził Morgan, rozglądając się uważnie na wszystkie strony.

– Nie da się ukryć – odparł Sevril. – To chyba gdzieś tu… – Postąpił kilka kroków naprzód, wpatrując się w dłoń z medalionem i nagle poczuł, że traci grunt pod nogami. Nie zdążył nawet krzyknąć, zamachał rękami i zniknął pod ziemią.

– No i po zawodach – skwitował krasnolud.

– Sev! Wszystko w porządku? – Auriel podbiegła do krawędzi dziury w którą wpadł mężczyzna. Odpowiedział jej stłumiony jęk, a chwilę później siarczyste przekleństwa. – Nic mu nie jest – stwierdziła elfka z wyrazem ulgi na twarzy.

– Całe szczęście – mruknął krasnolud, uśmiechając się krzywo. – Pójdę do obozu po linę, nie możemy przecież zostawić naszego przyjaciela w potrzebie.

Sevril z trudem pozbierał się z ziemi, otrzepał z pyłu i spojrzał w górę. Spróchniałe deski nie wytrzymały jego ciężaru, wpadł do niewielkiego podziemnego pomieszczenia. Na podłodze leżały resztki zbutwiałego dywanu, które nieco złagodziły upadek. Snop światła z dziury w suficie oświetlał ściany z kamieni łączonych zaprawą. Sevril wciąż ściskając kurczowo wibrujący medalion podszedł do sterty desek, które mogły być kiedyś stołem, albo skrzynią na ubrania. Mężczyzna pogrzebał w niej i wyciągnął bawoli róg z metalowym okuciem.  

 

***

 

Auriel z zaciekawieniem obracała w dłoniach znaleziony przez Sevrila róg. Na stalowym okuciu widniało jedno słowo:

Eochair

 

Magiczny róg z wyrytym słowem „klucz”. To wydaje się zbyt proste – odezwała się w końcu.

– Moim zdaniem powinniśmy spróbować, nie mamy nic do stracenia – odparł Sevril, obmacując stłuczone przy upadku żebra. – Ruiny w których znaleźliśmy róg to zapewne pozostałości po jakiejś wartowni, być może mieszkał tam opiekun kurhanu. Tak czy inaczej brama i róg przepełnione są magią, to nie może być przypadek.

– Mnie się to nie podoba. – Morgan pokręcił głową. – Żadne z nas nie zna się na magii. Ten róg może otworzyć drzwi, albo równie dobrze przywołać wkurwionego na cały świat dżina. Lepiej nie ryzykować i pokazać to komuś kto się zna na czarach…

– Morgan… – Sevril przerwał krasnoludowi, biorąc do ręki róg. – Tłumaczyłem, że naszemu zleceniodawcy nie zależy na rozgłosie, nie pojawi się tutaj osobiście, nie możemy też wciągnąć w to żadnego innego czarodzieja.

– Nadal uważam, że trzeba to rozwiązać inaczej… – Nie ustępował krasnolud. Nagle powietrze rozdarł krótki, jękliwy dźwięk rogu. Morgan i Auriel wzdrygnęli się nerwowo, a Sevril odsunął instrument od ust i uśmiechnął się krzywo.

– Widzicie, nic się nie stało, chodźmy to przetestować przy wejściu – powiedział mężczyzna i ruszył, nie oglądając się na towarzyszy. Morgan spojrzał w wielkie, zielone oczy Auriel i dostrzegł w nich ten sam niepokój, który ściskał go za serce.

 

***

 

Było już późne popołudnie, kiedy wszyscy zebrali się przed wejściem do tajemniczej budowli. Sześć sylwetek ustawionych w półkole rzucało na polanę wydłużone cienie. Morgan nerwowo ściskał trzonek obosiecznego topora. Broń była całkiem przyzwoita i stanowiła, jak to określił Sevril "zaliczkę na poczet wynagrodzenia za udział w wyprawie". Krasnolud od samego początku odnosił się do całego przedsięwzięcia z niechęcią, uznał jednak, że musi wywiązać się z obietnicy danej Sevrilowi, mimo iż była ona wymuszona szantażem. Teraz stał na polanie usianej ludzkimi kośćmi i spoglądał na kamienny portal chroniony nieznaną magią. Nie był tchórzem, w życiu widział już nie jedno, ale magia zawsze budziła w nim lęk. Rozejrzał się po towarzyszach, Jenek opierał się na dobrze znanej Morganowi okutej pałce, Tybald obgryzał paznokcie, Ernst patrzył przed siebie i nerwowo żuł źdźbło trawy. Morgan pomyślał, że nie będzie z nich żadnego pożytku jeżeli uruchomią jakąś magiczną pułapkę. Auriel wyglądała na zrelaksowaną, oparła ręce na biodrach i stała nieruchomo z lekko przymrużonymi oczami. Za pas miała zatknięty długi i cienki sztylet. Sevril cały ubrany na czarno, z zerrikańską szablą przy boku, zrobił krok naprzód i spojrzał na trzymany w prawym ręku bawoli róg.

– Ernst i Tybald, stańcie przy mnie. Reszta cofnąć się – zarządził twardym głosem. – Mam nadzieję, że dźwięk rogu po prostu otworzy przejście, a w najgorszym wypadku nie stanie się nic, ale ostrożności nigdy za wiele.

– Taa… mruknął Morgan. – Te ludzkie szczątki jakoś nie napawają mnie optymizmem.

– Durne chłopstwo – rzucił z pogardą Sevril. – Przyszli z łopatami i młotami kopać skarby. Zaczęli bez namysłu dobijać się do drzwi i uruchomili chroniące je zaklęcie. My mamy klucz, nie powinno być problemów – dodał, jakby chciał przekonać samego siebie. – Wszyscy gotowi? – nie czekając na odpowiedź zadął w bawoli róg. Wysoki, skrzypiący dźwięk odbił się echem w dolinie i… nic się nie wydarzyło. Sevril nabrał powietrza w płuca i zadął ponownie, tym razem głośniej i dłużej. Po chwili wokół zapadła zupełna cisza. Wszyscy zastygli w bezruchu i czekali, aż coś się wydarzy. Nagle ziemia pod ich stopami lekko się zatrzęsła. Powietrze przeszył niski pomruk, dochodzący jakby z wnętrza góry.

– Pagórek się rusza! – wrzasnęła Auriel. Wszyscy skierowali wzrok na znajdujący się nieopodal kamiennej bramy, porośnięty trawą kopiec. Ziemia zaczęła wyraźnie drżeć, pojawiły się pęknięcia, grudy zaczęły się od siebie oddzielać i nabierać kształtu. Po chwili stanął przed nimi potężny, mierzący co najmniej piętnaście stóp golem.

– Podaj hasło – rozległa się komenda, wydana głosem przypominającym bardziej szum wodospadu niż ludzką mowę. Wszyscy, łącznie z golemem stali jak skamieniali.

– Eeee… – wyjąkał w końcu Jenek. Golem powoli obrócił głowę w stronę najemnika, jego puste oczodoły zdawały się przewiercać go na wskroś.

– Błędne hasło – rozległ się pomruk.

– Odsunąć się! – krzyknął Sevril, ale było już za późno. Golem błyskawicznie wyciągnął olbrzymie łapska i uniósł wrzeszczącego i wymachującego pałką Jenka wysoko nad głowę. Rozległ się paskudny trzask i bluznęła krew, nieszczęsny najemnik został rozerwany na dwie części. Na ten widok Ernst zgiął się wpół i zaczął spazmatycznie wymiotować. Tybald rzucił się do ataku z uniesionym toporkiem, zanim Sevril zdołał go powstrzymać. Ostrze wbiło się głęboko w pierś golema i utkwiło tam na dobre. Najemnik rozpaczliwie próbował wyszarpnąć broń, golem odrzucił szczątki Jenka i uderzył napastnika zaciśniętymi pięściami z dwóch stron, zgniatając go jak harmonijkę. Sevril dobył swojej zerrikańskiej szabli i zaczął okrążać golema, zachowując bezpieczną odległość. Auriel i Morgan poszli w jego ślady.

– Jak do ciężkiej cholery zabić kupę kamieni? – mężczyzna wycedził przez zęby.

– Spróbuj jeszcze raz zadąć w róg – odkrzyknęła Auriel. – Sevril spełnił jej prośbę. Dolinę ponownie wypełnił głuchy jęk. Golem przystanął, by po chwili pędem rzucić się w stronę mężczyzny.

– Wkurwił się jeszcze bardziej – wymamrotał Morgan. Sevril w ostatniej chwili uskoczył, unikając wgniecenia potężnym łapskiem w ziemię, okręcił się i ciął szablą na odlew. Cios nie zrobił na potworze żadnego wrażenia, od jego ramienia odpadło zaledwie kilka kamieni.

– Musimy go nękać na przemian, z różnych stron. Szukajcie słabych punktów! – krzyknęła Auriel i zgrabnie zawirowała wokół golema, tnąc sztyletem po jego nadgarstkach. Monstrum zaczęło ją gonić i obróciło się tyłem do Morgana. Krasnolud nie czekał ani chwili, doskoczył i wymierzył potężny cios toporem w zgięcie prawego kolana. Olbrzym zachwiał się, obrócił i odmachnął, ale Morgana już dawno tam nie było. Z innej strony doskoczył Sevril i poprawił cięcie krasnoluda. Krążyli wokół golema jak wściekłe osy, żądląc na przemian. Każde uderzenie wybijało z ciała potwora kilka kamyków i otwierało nowe pęknięcia.

– Będziemy go tak dziobać do usranej śmierci – wysapał Morgan, odskakując po zadaniu kolejnego ciosu.

– Trzeba to zakończyć – rzuciła krótko Auriel. Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, pobiegła w stronę golema, odbiła się od wystającego z ziemi pniaka, wystrzeliła w górę jak z procy i wylądowała na plecach potwora. Olbrzym skierował całą swoją uwagę na kobietę, próbował ją złapać i strącić, ale Elfka robiła zwinne uniki. Jej towarzysze doskoczyli do golema i zaczęli na przemian uderzać w zgięcie kolana, niczym zgrany duet drwali. Ziemia i kamyki pryskały na wszystkie strony, ale golem nie zamierzał się poddać, zostawił na chwilę Auriel i zamachnął się na Sevrila. Mężczyzna uchylił się, ale potężne łapsko zdążyło zahaczyć o jego lewy bark. Sevril upadł z jękiem i potoczył się po wydeptanej trawie. Morgan nie zważając na to wziął szeroki zamach i uderzył raz jeszcze. Ostrze topora przeszło na wylot, oddzielając nogę golema od reszty ciała. Potwór stracił równowagę i zwalił się z łoskotem na twarz. Auriel zeskoczyła na ziemię i zaczęła biec do zbierającego się na czworaki Sevrila, ten jednak machnął ręką i wskazał na golema.

– Dobijcie sukinsyna! – krzyknął. Auriel ponownie skupiła na sobie uwagę potwora, który leżąc, machał rękoma na wszystkie strony. W tym czasie Morgan wskoczył mu na plecy, chwycił topór oburącz i potężnym ciosem rozłupał głowę golema. Magia, która tchnęła życie w grudki ziemi najwyraźniej zaczęła słabnąć. Potwór poruszał się coraz wolniej, aż w końcu znieruchomiał zupełnie i rozsypał się w proch. Lekki powiew wiatru rozwiał piasek i odsłonił kamień wielkości pięści, czarny jak smoła i lśniący. Sevril podszedł do pobojowiska przyciskając lewą rękę do ciała i uniósł błyszczący okruch. – Obsydianowe serce golema… Źródło mocy sprawiające, że kupa piachu ożywa i morduje ludzi. Tyle złej woli zaklęte w czymś tak małym i pięknym – powiedział zapatrzony w serce golema.

– Spójrzcie na wejście! – zawołała Auriel. Powierzchnia zagradzającego przejście skalnego bloku zaczęła falować, jak wzburzona tafla wody, by po chwili rozpłynąć się w powietrzu. Oczom poszukiwaczy ukazały się masywne drewniane drzwi, zaryglowane grubą poprzeczną belką.

– Może ja się nie znam, ale wydaje mi się, że drzwi powinno się zamykać od wewnątrz – powiedział Morgan.

– Chyba, że nie chcesz, żeby coś się wydostało ze środka – odparł Sevril, krzywiąc się z bólu.

– Pokaż ramię, trzeba to opatrzyć – powiedziała Auriel, siląc się na obojętny ton.

– Nic mi nie będzie – odparł mężczyzna, starając się ukryć radość z okazanego przez elfkę zainteresowania. – Aaa! – syknął, zaciskając zęby, kiedy kobieta dotknęła jego ramienia.

– Masz złamany obojczyk, trzeba go unieruchomić, poczekaj, to zajmie chwilkę.

– Dziękuję, Auriel – odparł z wyrazem szczerej wdzięczności na twarzy. – Ernst! Możesz już wyleźć z tych krzaków. Przydaj się na coś i zakop gdzieś głęboko to, co zostało z Jenka i Tybalda. Nie chcemy tutaj trupojadów, poza tym zasłużyli na godny pochówek. – Z pobliskiej kępy zarośli wynurzył się blady jak ściana najemnik i nic nie mówiąc pokuśtykał w stronę obozu po łopatę. Sevril podszedł do zamkniętych wrót. Jego lewa ręka zwisała w zgrabnie zawiązanym temblaku, w prawej dłoni trzymał wiedźmiński medalion. – Magia się ulotniła – powiedział. – Myślę, że możemy bezpiecznie otworzyć drzwi.

– Nie obraź się Sevril, ale to raczej durny pomysł – stwierdził Morgan z grymasem niezadowolenia. – Skoro ktoś zaryglował drzwi od zewnątrz, to w środku może czekać jeszcze gorsze paskudztwo niż ten chędożony golem.

– Kurhan jest zapieczętowany od lat – odparł spokojnie mężczyzna. – Nie ma szans, żeby coś tam przeżyło bez udziału magii, a medalion jej nie wyczuwa. Poza tym nie po to narażaliśmy życie w walce ze strażnikiem, żeby teraz rezygnować.

– Chyba nikt z nas nie ma już żadnych wątpliwości, że to nie jest żaden kurhan. – Nie ustępował krasnolud. – Nie słyszałem, żeby ktoś ryglował drzwi i stawiał na straży wielkiego golema, żeby mu umarlaki nie pouciekały. Ty wiesz, co to za miejsce, prawda Sevril? – Morgan wymownie zawiesił głos.

– Domyślam się, ale dopóki tego nie sprawdzimy nie będziemy mieli pewności – odparł mężczyzna wymijająco. – Bądź tak dobry przyjacielu i pomóż mi otworzyć te drzwi.

Blokująca wrota belka okazała się zadziwiająco lekka. Sevril uznał, że poradziłby sobie z nią jedną ręką. Nic nie stało już na przeszkodzie, żeby wejść do środka. Mężczyzna wziął głęboki wdech i popchnął drzwi. Owiało go chłodne powietrze, a kiedy oczy przyzwyczaiły się do ciemności zobaczył ciemny korytarz. Morgan zapalił pochodnię i trójka śmiałków zagłębiła się we wnętrzu góry. Stąpali powoli i ostrożnie, wkrótce ich kroki zaczęły odbijać się echem. W równych odstępach do ścian przytwierdzone były lampy oliwne. Morgan zapalał je kolejno, rozświetlając ciemny korytarz. Przestrzeń przed nimi cały czas kryła się w mroku.

– Podziemne tunele to dla mnie nie pierwszyzna – wyszeptał krasnolud. – Ale to miejsce przyprawia mnie o ciarki. Zróbmy swoje i zabierajmy się stąd jak najszybciej.

Korytarz skręcił w prawo i w blasku pochodni ukazał się szereg drewnianych drzwi. Otworzyli pierwsze z nich i znaleźli się w przestronnej, wysoko sklepionej sali. Morgan aż cmoknął z wrażenia. Pod ścianami znajdowały się stoły, całe zastawione wszelakiego rodzaju sprzętem laboratoryjnym. Wszędzie walały się szklane kolby o różnej wielkości i kształcie, porcelanowe tygle, miedziane kociołki i alembiki. Fiolki i słoje z różnobarwnymi odczynnikami zdążyły się już pokryć grubą warstwą kurzu. Przez środek sali biegł duży kamienny blat, lekko pochyły z wyżłobionymi rynienkami na krawędziach.

– W pełni wyposażone laboratorium alchemiczne ze stołem do przeprowadzania sekcji – odezwała się półgłosem Auriel. – Boję się pomyśleć jakie jeszcze tajemnice kryje to wzgórze.

Za kolejnymi drzwiami znajdowała się niewielka izba, całkiem przytulna w porównaniu do rozległej sali laboratorium.

– To chyba sypialnia – odezwał się Morgan. W pomieszczeniu znajdowało się dość szerokie łóżko, obok stała szafka nocna, a na niej misternie zdobiony srebrny kielich i lampka oliwna.

– Niesamowite. Wygląda, jakby ktoś opuścił to miejsce ledwie kilka dni temu. Nie ma nawet zbyt wiele kurzu. – Auriel przetarła ręką blat szafki nocnej.

– Jesteśmy tu pierwszymi gośćmi od bardzo wielu lat – Sevril powiedział w zamyśleniu i otworzył skrzydło masywnej szafy z ciemnego drewna. W środku znajdowały się pieczołowicie poskładane ubrania i kilka gąsiorków z winem. – Hm, nie tego szukałem, ale dobry trunek zawsze jest w cenie – mruknął mężczyzna.

W pokoju nie było więcej rzeczy godnych uwagi, więc trójka poszukiwaczy wróciła na korytarz. W zasięgu wzroku mieli jeszcze jedne drzwi. Sevril bez wahania ruszył w ich kierunku. – Oby tu było coś ciekawego – rzucił nieco zniecierpliwionym tonem i wszedł do środka.

– Zaraz się porzygam – wykrztusił Morgan, zakrywając usta. – To jest obrzydliwe.

 W rozległym pomieszczeniu znajdowały się regały wypełnione zakonserwowanymi w formalinie preparatami. Z wielkich słojów wytrzeszczały na nich oczy głowy utopców i wąpierzy. W mniejszych pojemnikach pływały różne organy wewnętrzne oraz czułki i odnóża insektoidów. Na ścianach rozwieszone były szkice przedstawiające budowę ciała zwierząt i potworów. Półki jednego z regałów uginały się pod ciężarem opasłych tomiszczy o tematyce naukowej i magicznej. Centralne miejsce zajmowało wielkie biurko, na którym walały się luźne papiery. Na pulpicie leżał również gruby zeszyt oprawny w czarną skórę.

– Nareszcie! – wykrzyknął uradowany Sevril. – Tego szukaliśmy, przyjaciele. Ten księgozbiór wart jest majątek. Nasz zleceniodawca będzie bardzo zadowolony, a to oznacza dla nas ładną premię.

Auriel cały czas zachowywała milczenie. Podeszła do biurka i otworzyła spoczywający tam dziennik. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

– Pokaż, co tam masz. – Sevril błyskawicznie znalazł się obok niej. Pierwsza strona rękopisu zapisana była ładnym, równym pismem. Mężczyzna zaczął czytać na głos.

 

Dziennik laboratoryjny

 

Dzień I

 

Prace przygotowawcze dobiegły upragnionego końca. Laboratorium jest już w pełni wyposażone i gotowe do pracy. Mniemam iż dokonałem właściwego wyboru jeśli chodzi o lokalizację. W tym odosobnionym miejscu nikt nie będzie mi przeszkadzał w prowadzonych badaniach. Nie bez znaczenia jest oczywiście bezpieczeństwo osób postronnych. Niektóre eksperymenty okażą się zapewne trudne i niebezpieczne. Wielkie odkrycia zawsze wiążą się z ryzykiem. Światu potrzeba ludzi, którzy zdolni są podjąć to ryzyko w imię postępu. Ja Idarran z Ulivo jestem jednym z nich. Zamierzam dokonać tutaj rzeczy wielkich, takich, których nie powstydziliby się szacowni Malaspina i Alzur. Moim marzeniem jest, aby niniejszy dziennik stał się źródłem nieocenionej wiedzy dla potomnych.

 

– To jest to! – wrzasnął podekscytowany Sevril. – Rękopis Idarrana z Ulivo! Sam ten zeszyt jest wart więcej niż cały księgozbiór i laboratorium razem wzięte. – Mężczyzna przerzucił drżącymi palcami kilka kartek.

 

…skuteczność mutagenezy wyraźnie wzrosła po zastosowaniu nowych wektorów wirusowych. Transformację przeżyła połowa wijów. Większość z nich wykazuje już widoczne zmiany w zachowaniu, są wyraźnie szybsze, bardziej żarłoczne i agresywne. Opracowane przeze mnie zaklęcie, opisane w poprzednim rozdziale powinno dodatkowo przyspieszyć ich wzrost…

 

– Wielkie, wkurzone robale miałyby popchnąć świat do przodu? – spytał ironicznie Morgan, spoglądając na rękopis. – Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić.

– Chodzi o rozwój nowoczesnych technik, Morgan. – Sevril przyjął ton nauczyciela, tłumaczącego jakieś proste zagadnienie mało rozgarniętemu uczniakowi. – Badania z pogranicza magii, alchemii i biologii mogą zaowocować nowymi metodami terapii chorób, a także wzmocnieniem i udoskonaleniem ludzkiego organizmu. Doskonałym tego przykładem są długowieczni i nadludzko sprawni wiedźmini.

– Tak, ale za jaką cenę? – odparł krasnolud. – Słyszałem, że próbę traw przeżywało bardzo niewielu chłopców. Poza tym ich mutacje miały wiele niepożądanych efektów ubocznych.

– Właśnie dlatego potrzebne są badania. – Nie ustępował Sevril. – Tego typu procesy z całą pewnością można usprawnić, zwiększyć przeżywalność, wyeliminować efekty uboczne…

– Przepraszam, że przerywam tę naukową dysputę – odezwała się milcząca dotąd Auriel. – To miejsce przyprawia mnie o dreszcze. Sprawdźmy lepiej resztę korytarza.

Wyszli w milczeniu, po kilkudziesięciu krokach drogę zagrodziły im masywne wrota. Morgan odsunął ciężką zasuwę i pchnął jedno skrzydło drzwi. Towarzysze przeszli do kolejnego pomieszczenia. Blady snop światła sączył się przez szczelinę, gdzieś wysoko w sklepieniu i wydobywał z mroku zarys ogromnej jaskini. Pieczara była kolista, idealnie pośrodku majaczył zarys wielkiego kamienia.

– Coś tu śmierdzi. – Krasnolud głośno pociągnął nosem i skrzywił się z niesmakiem.

Poszukiwacze w milczeniu skierowali się w stronę środka jaskini. Z bliska zobaczyli, że podłoże usiane jest kośćmi.

– Czy to ludzkie szczątki? – ponownie odezwał się Morgan.

– Nie… Przynajmniej nie wszystkie – odpowiedział Sevril, próbując dojrzeć coś w mroku. – Zdaje się, że Idarran trzymał w tej jaskini swoje bardziej udane zwierzątka. Spójrzcie, do kamienia pośrodku przytwierdzone są łańcuchy.

– Sądząc po grubości ogniw, to były całkiem dorodne zwierzątka. – Morgan skrzywił się. – Nie wiem, jak ty, Sevril, ale ja i Auriel mamy dosyć zwiedzania tych cuchnących podziemi. Prawda, Auriel? – Odpowiedziała mu głucha cisza.

– Auriel! – krzyknął Sevril i zaczął się gorączkowo rozglądać. – Gdzie jesteś, to nie jest zabawne!

Nagle usłyszeli, jak ktoś wbiega do korytarza, a echo kroków szybko zaczęło się oddalać.

– Co jest, kurwa? – Sevril wyglądał na zupełnie zdezorientowanego. Za nią, szybko! – Ruszył pędem w stronę wyjścia, ale złamany bark znacznie go spowalniał. Biegli co sił w nogach, ale elfka miała dużą przewagę. Tunel spowijał coraz gęstszy mrok, widzieli jak w oddali gasną kolejne lampy. Kiedy byli kilkanaście kroków od wyjścia, wrota się zatrzasnęły i usłyszeli odgłos zasuwanej belki. Ogarnęła ich zupełna ciemność.

– No to, kurwa pięknie – głos krasnoluda odbił cię echem od pustych ścian.

– Nie rozumiem – wydukał Sevril.

– Chyba jednak nie znasz swojej przyjaciółki tak dobrze, jak myślałeś – stwierdził ironicznie Morgan.

– Na to wygląda – odparł zimno mężczyzna.

Krasnolud wymacał przymocowaną do ściany pochodnię i zapalił ją przy pomocy krzesiwa.

– Chodź Morgan, mam złe przeczucia – rzucił Sevril i podążył z powrotem w głąb korytarza. Weszli do gabinetu Idarrana. Na biurku, gdzie wcześniej spoczywał rękopis, leżała tylko złożona kartka podpisana "Sev". Sevril uniósł ją drżącymi palcami i rozwinął.

Przykro mi Sev. Ten rękopis nie powinien wpaść w niepowołane ręce. Jeszcze się spotkamy.

A.

 

– Wygląda na to, że zostałeś wykiwany, Sev – powiedział Morgan z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.

– Na to wygląda – odpowiedział mężczyzna spokojnym głosem, nie wyglądał na wściekłego, przeciwnie, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Trudno – rzucił krótko. – Rękopis był najcenniejszy, ale cała reszta też jest warta fortunę. Chodźmy do wyjścia. Mam nadzieję, że Ernst ma chociaż odrobinę oleju w głowie i będzie potrafił otworzyć te drzwi…

Koniec

Komentarze

Zgrzyty, które dostrzegłam:

 

"Ubrudzeni ziemią, z zeschłymi liśćmi i igliwiem w skołtunionych włosach nie stanowili ładnego widoku." – Igliwie miało skołtunione włosy?

 

"Włóczę się od wioski do wioski, rozkładam swój skromny warsztat i za niewielką opłatą, czasami za dach nad głową, albo ciepłą strawę naprawiam wykrzywione lemiesze i podkuwam konie." – Coś w tym zdaniu nie pasuje, za dużo wyliczeń.

 

"– Dobrzy ludzie, pozwólcie mi zatrzymać chociaż kowadło – krasnolud uderzył w płaczliwy ton i powoli, niepostrzeżenie zaczął się zbliżać do napastników. – Bez niego będę bezradny – wymownie rozłożył ręce." – Hola hola, bez kropki to mogą być tylko wypowiedzi narratora. Radziłabym zmienić na: "– Dobrzy ludzie, pozwólcie mi zatrzymać chociaż kowadło. – Krasnolud uderzył w płaczliwy ton i powoli, niepostrzeżenie zaczął się zbliżać do napastników. Wymownie rozłożył ręce. – Bez niego będę bezradny." Swoją drogą, co to znaczy “uderzyć w płaczliwy ton”?

 

"– Nie jęcz kur… – bandyta urwał w pół zdania (…)" – To samo, słowo 'bandyta' to początek zdania, więc winno być pisane z wielkiej litery.

 

"– Jeszcze chwilkę – mruknął pod nosem (…)" – powinno być od nowego akapitu.

 

"(…)oznajmiła Auriel, jak zwykle pojawiając się znikąd." – Bohaterowie znają się przysłowiową chwilę, ale wiadomo już, jakie Auriel ma zwyczaje? Ani czytelnik, ani Morgan, nie możne znać jej na tyle, żeby to stwierdzić. Lepiej byłoby zastąpić "jak zwykle" czymś w stylu "jak wcześniej" albo "jak uprzednio".

 

"Trzeba było o tym pomyśleć kiedy wyciągałeś łapy po moje oreny! – Ruszaj strachliwą rzyć pókim dobry!" – Niepotrzebny myślnik między zdaniami.

 

"Morgan udawał, że jest całkowicie pochłonięty swoim talerzem potrawki z królika." – Potrawka to raczej z miski, kto by nosił talerze na obozową wyprawę.

 

"(…)odparł Sevril, obmacując stłuczone przy upadku żebra." – Ekspertem nie jestem, ale wydaje mi się, że stłuczone żebra bolą, bardzo bolą. Także wychodzi na to, że Sevril ma nader normalną tolerancję na ból.

 

"Auriel zgrabnie zawirowała wokół golema, tnąc sztyletem po jego nadgarstkach." – Nie przypuszczam, żeby zdołała dosięgnąć nadgarstków pięciometrowego golema. Później jest jeszcze cios krasnoluda w zgięcie kolana, też wątpliwe.

 

"W środku znajdowały się pieczołowicie poskładane ubrania i kilka gąsiorków z winem." – Rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że to wino?

 

Auriel pisze bardzo szybko, no chyba, że miała ze sobą fabularną kartkę z gotową wiadomością… Elfy i ich nadzwyczajne talenty nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Co do końca… Zostali zamknięci w pradawnym saloniku alchemika i obaj się cieszą. Nie ma to jak odrobinę pozytywnego myślenia w obliczu niemal pewnej śmierci :d

 

Na miłościwą Melitele, Morgan to jeden gorącogłowy krasnolud. Od razu się przyznał do pobicia, bez zawahania oklepał pysk panu dzierżącemu widły. Dość nierozsądnie, szczególnie iż chwilę temu pojawiło się podejrzenie, że jest niebezpieczny, po czym zagrożono mu, że podobne wysoki nie będą tolerowane.

 

 

Opisy walki poprawnie wiedźmińskie, pozbawione spójników. Z kolei w opisach narracji momentami tych spójników za dużo. Wywody filozoficzne również godne Sapkowskiego – dla niekórych wybitne, dla innych wołające o pomstę do nieba. Dla mnie to część jego stylu, który nieźle naśladujesz. Niekiedy brak przecinków, co wybija z rytmu czytania. Elementy komediowe tak trochę na siłę, a całość taka średnia, niewyróżniająca się. Czytało się przyjemnie, choć zakończenie rozczarowuje bardziej niż satysfakcjonuje – zbyt nagle ucięte jak na mój gust. Wydaje mi się, że Twoje dzieło było inspirowane którymś z opowiadań o Białym Wilku, może wyprawą na smoka? :v

 

Pozdrawiam!

Dziękuję za obszerny komentarz. Szczerze mówiąc wcale nie starałem się naśladować Sapkowskiego. Opowiadania wiedźmińskie czytałem dawno temu i nie pamiętam ich na tyle dobrze, żeby się na nich wzorować. Cieszę się, że czytało się przyjemnie – właśnie o to chodziło. Co do zakończenia, zamysł był taki, żeby pozostawiło lekki niedosyt. Skoro rozczarowuje, to znaczy, że jednak mogłem pokusić się o jakiś mocniejszy akcent.

Jest jakaś historia, ale wydaje mi się przedwcześnie ucięta. I co? Chłop wypuścił ich z kurhanu, czy go elfka zaciukała? Jeśli zostali, to zginęli z głodu, czy krasnolud się wykopał?

Niby ten zły został ukarany, ale jakoś tak bez przekonania i delikatnie. A dobry krasnolud razem z nim.

Nie przekonuje mnie, po co Sev potrzebował krasnoluda. W sumie jego talenty się do niczego nie przydały. Organizator w końcu wiedział, czego się spodziewać po kurhanie czy nie?

Ile wiedziała elfka? Jeśli nie chciała wypuścić rękopisu w świat, to dlaczego tak się troszczyła o Seva? Zamierza rękopis zniszczyć czy wykorzystać?

Wykonanie nie najgorsze, jednak interpunkcja kuleje i jakieś usterki się trafiają.

Babska logika rządzi!

Gdyby Sevril nie posługiwał się wiedźmińskim medalionem, a wcześniej krasnolud nie wspomniał o Geralcie z Rivii, nijak nie domyśliłabym się, że opowiadanie jest pokłosiem konkursu wiedźmińskiego, bo opowieść to typowe fantasy z u udziałem typowych bohaterów, biorących udział w równie typowym przedsięwzięciu-zleceniu. Przygody grupy poszukiwaczy kurhanu, choć ładnie opisane, nie należą do zbyt ekscytujących, a finał, zamiast porządnie zaskoczyć, pozostawia spory niedosyt.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Krępy, nie­wy­so­ki, z bujną czar­ną brodą, po­prze­ty­ka­ną z rzad­ka pa­sem­ka­mi si­wi­zny. –> Ktoś krępy, jest niewysoki z definicji.

 

Na ple­cach niósł ogrom­ny i naj­wy­raź­niej bar­dzo cięż­ki to­bo­łek. Skó­rza­ne buty na gru­bej po­de­szwie zo­sta­wia­ły w ziemi głę­bo­kie ślady. Mimo nie­sio­ne­go cię­ża­ru wę­dro­wiec szedł… –> Powtórzenia.

 

za­py­tał z po­gar­dą w glo­sie. –> Literówka. 

 

-Ban­dy­ta za­czął się trząść i jesz­cze gło­śniej szlo­chać. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Nie mu­siał długo cze­kać, do sto­li­ka po­de­szła przy­sa­dzi­sta karcz­mar­ka… –> Nie wydaje mi się, aby w karczmie były stoliki. Raczej stoły i ławy.

 

Bo to juz nie raz wi­dzia­łam… –> Literówka.

 

Nie wy­so­ki, ale nie niski, re­gu­lar­ne rysy twa­rzy. –> Niewy­so­ki, ale nie niski, re­gu­lar­ne rysy twa­rzy. Lub: Nie był wy­so­ki, ale i nie niski, re­gu­lar­ne rysy twa­rzy.

 

Z resz­tą nie ważne, mam dla cie­bie świet­ną pro­po­zy­cję. –> Zresz­tą nieważne, mam dla cie­bie świet­ną pro­po­zy­cję.

 

Se­vril na­chy­lił się do Kra­sno­lu­da… –> Dlaczego wielka litera?

Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

groź­nie spo­glą­da­ją­ce­go kra­sno­lu­da no­szą­ce­go ka­mi­zel­kę bez rę­ka­wów… –> O! To bywają też kamizelki z rękawami???

 

Se­vril ru­szył w stro­nę po­bli­skiej ścia­ny lasu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Czy mógł oglądać się przed siebie.

Proponuję: Se­vril ru­szył w stro­nę po­bli­skiej ścia­ny lasu, nie oglą­da­jąc się.

 

Czło­wiek, kra­sno­lud i elfka wy­mie­ni­li się po­ro­zu­mie­waw­czy­mi spoj­rze­nia­mi. –> Czło­wiek, kra­sno­lud i elfka wy­mie­ni­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia­.

 

zgro­ma­dzi­li się wokół nie­wiel­kie­go ogni­ska. Nad ogniem wi­siał… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

-Masz tu małą pre­mię… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Nie można wy­klu­czyć , że znaj­dzie­my ja­kieś inne wej­ście. –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

– Po­stą­pił kilka kro­ków na przód… –> – Po­stą­pił kilka kro­ków naprzód

 

w życiu wi­dział juz nie jedno… –> …w życiu wi­dział już niejedno

 

zro­bił krok na przód i spoj­rzał… –> …zro­bił krok naprzód i spoj­rzał… 

 

Na ten widok Ernst zgiął się w pół… –> Na ten widok Ernst zgiął się wpół

 

Ty­bald rzu­cił się do ataku z unie­sio­nym to­por­kiem, zanim Se­vril zdo­łał go po­wstrzy­mać. Wy­so­ko unie­sio­ne ostrze… –> Powtórzenie.

 

Półki jed­nej z szaf ugi­na­ły się pod cię­ża­rem opa­słych to­misz­czy o te­ma­ty­ce na­uko­wej i ma­gicz­nej. –> Skąd wiadomo, co zawierały księgi stojące w szafie?

 

Prze­pra­szam, że prze­ry­wam na­uko­wą dys­pu­tę… –> Prze­pra­szam, że prze­ry­wam na­uko­wą dys­pu­tę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję obu niezawodnym Paniom za komentarze ;)

@Finkla

I co? Chłop wypuścił ich z kurhanu, czy go elfka zaciukała? Jeśli zostali, to zginęli z głodu, czy krasnolud się wykopał?

 

Czy historia zawsze musi mieć jednoznaczne zakończenie?

 

Niby ten zły został ukarany, ale jakoś tak bez przekonania i delikatnie. A dobry krasnolud razem z nim.

 

Czy ten zły zawsze musi być ukarany, a dobry nie? Czy ten zły na pewno jest zły?

 

Nie przekonuje mnie, po co Sev potrzebował krasnoluda. W sumie jego talenty się do niczego nie przydały.

 

Sev dosyć jasno wyraził się, po co mu krasnolud. Nie jest jasnowidzem, nie wiedział jak potoczy się historia.

 

Organizator w końcu wiedział, czego się spodziewać po kurhanie czy nie?

 

Nie wiem, pewnie się domyślał ;)

 

Ile wiedziała elfka?

 

Tego też nie wiem, ale chyba więcej od Sevrila ;)

 

Jeśli nie chciała wypuścić rękopisu w świat, to dlaczego tak się troszczyła o Seva?

 

Jaki związek ma jedno z drugim?

 

Zamierza rękopis zniszczyć czy wykorzystać?

 

To już temat na inną historię.

 

@Regulatorzy

Dziękuję za dokładną korektę :) Wydaje mi się, że fabuła jest mocno osadzona w wiedźmińskim świecie. W końcu tytułowy kurhan okazał się czymś innym…

Czy historia zawsze musi mieć jednoznaczne zakończenie?

No, nie musi, ale Twoja wydaje mi się przedwcześnie urwana.

Czy ten zły zawsze musi być ukarany, a dobry nie? Czy ten zły na pewno jest zły?

Wydaje mi się, że u Sapkowskiego ten zły rasista raczej nie wychodził na swoje. Ale mogę się mylić. Jeśli raz oszukał bohatera, a teraz zmusza go do współpracy szantażem, to nie robi dobrego wrażenia ani wrażenia dobrego. ;-)

Jeśli nie chciała wypuścić rękopisu w świat, to dlaczego tak się troszczyła o Seva?

Jaki związek ma jedno z drugim?

Gdyby pozwoliła golemowi zaciukać dowódcę, miałaby spokój, a rękopis niezłego strażnika.

Babska logika rządzi!

Też mam wrażenie wcześniejszego ucięcia historii, ale skłaniam się ku dobremu dla bohaterów, bo nic nie wskazuje, by mieli zostać na zawsze zamknięci w kurhanie ;) Tak więc za wadę tego nie poczytuję ;)

Początek do nakłonienia krasnoluda do wyprawy dłużył mi się strasznie. Urozmaica to walka, ale następująca po niej przemowa krasnoluda, aż prosiła się o humorystyczną wstawkę (”To było w tysiąc… Ej, a gdzie wy biegniecie?!”). 

Potem akcja jakoś idzie, ale mnie do końca nie wciągnęło. Dużo znaków, a dzieje się właściwie nie tak wiele. Końcówkę, przyznam, już przeskanowałem. Ale samo zakońćzenie niczego sobie, potencjał ma.

Podsumowując: z deczka dłużący się koncert fajerwerków, ale stoi za nim niezły koncept.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ponieważ opowiadanie konkursowe, więc daruje wszystkie elfy i krasnoludy za którymi nie przepadam. Początek zbytnio się dłużył – nie wiem czy naprawdę było konieczne aż takie rozbudowanie. Lepiej by było. gdyby siły poszły na dalszą część. O wiele bardziej ciekawe są pułapki i laboratorium alchemika. Spodobała mi się postać krasnoluda, nie spodziewałam się, że aż tak mnie zainteresuje. 

Trochę szkoda, że Auriel nie rozwinąłeś. Obok dwóch postaci męskich, nie dałeś jej zbyt dużo charakteru. Ba, kiedy uciekła z rękopisem, wydawało się to trochę bezsensowne, ponieważ ja jako czytelnik, nic o niej nie wiedziałam. Jeśli elfka, to może fałszywa? Można to zdecydowanie bardziej rozwinąć. 

Dziękuję za kolejne komentarze

 

@Finkla

Gdyby pozwoliła golemowi zaciukać dowódcę, miałaby spokój, a rękopis niezłego strażnika.

Tak, ale nie chciała śmierci Sevrila. Starałem się delikatnie zasugerować, że coś między nimi iskrzy.

 

@NoWhereMan

Szkoda, że nie wciągnęło, ale cieszę się, że uznałeś pomysł za interesujący.

 

@Deirdriu

Widzę, że większości czytających rozbudowany początek i ucięte zakończenie nie przypadły do gustu. Postać Auriel rzeczywiście zasługuje na rozwinięcie. W opowiadaniu zdecydowałem się na wprowadzenie nowych bohaterów do świata wiedźmińskiego i chyba nie starczyło mi miejsca żeby wszystkich odpowiednio zaprezentować.

Nowa Fantastyka