- Opowiadanie: Suseł - Pętla

Pętla

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pętla

Kuba wskoczył do odjeżdżającego autobusu. Potrącił stojącego przy drzwiach faceta, serdecznie przeprosił, potknął się i opadł na fotel. Elegancko. Wyciągnął z kieszeni słuchawki. Wszyscy niby teraz tacy mądrzy, każdy pierwszy do kolonizowania Marsa, a nikt jeszcze nie wymyślił nieplączącego się kabla. Przerwał zabawę z supłami. Ktoś patrzył. Czuł to.

Uniósł głowę. Przed nim siedziała emerytka. Okulary, berecik. Całkiem sympatyczna. Tylko to spojrzenie. Niechętne. Oskarżycielskie. Pełne pretensji do pokolenia, które, wie pani, gwiżdże na wszystko, wszystko ma za nic, nic nie uszanuje, i nie pamięta, że kiedyś to było, a nie takie te, jak teraz. Reprezentant tego właśnie pokolenia, co nawet szkoda gadać, usiadł naprzeciwko niej, jak gdyby nigdy nic. Starsza pani patrzyła. I czekała, aż Kuba spłoszy się, z poczuciem winy spuści głowę i posypie ją prochem, w który się zamieni. Ale Kuba nie czuł się winny i niczego nie planował posypywać. Takie atrakcje to w sobotę. Emerytowany bazyliszek i jego ślepia nie robiły na nim wrażenia. Był weteranem wzrokowych pojedynków. Zaczynał, gdy po ulicach telepały się czerwone Ikarusy. Miał za sobą tysiące takich starć. Miał opanowany patent.

Wystarczyło odwzajemnić spojrzenie. Bez złości, bez niechęci, z uprzejmym, wyczekującym uśmiechem: Może mogę w czymś pomóc szanownej pani? Większość emerytek kapitulowała po parudziesięciu sekundach. Odwracały wzrok. Zaczynały się wiercić, kasłać, smarkać, grzebać w torbach, szeleścić siatkami. Te mniej odporne zmieniały miejsce. Jedna próbowała nawet zatrzymać autobus, wciskając ten czerwony guzik z napisem STOP. Ależ piękna awantura się wtedy rozpętała. Najpiękniejsza. Kuba uśmiechnął się do wspomnień. I do zacietrzewionej emerytki, która zacisnęła usta.

 

***

Twarz zdrętwiała mu od uśmiechu. Krople potu, ściekające z czoła, mieszały się ze łzami. Wyschnięte oczy swędziały, piekły. Słyszał, jak z cichym trzaskiem pękają kolejne naczynka krwionośne. Czuł, jak czerwone żyłki wżynają się w spojówki. Nie mógł mrugnąć. To by oznaczało przegraną. Emerytka przebijała go złym spojrzeniem, jak kosą pod żebro. Nie widać było po niej zmęczenia. Zapasy jej niechęci nie kończyły się.

Stracił poczucie czasu. Stracił orientację w przestrzeni. Już dawno przejechał swój przystanek – tyle wiedział. Nie miał pojęcia, gdzie go wywiozło. Na pewno wyjechali z centrum. Po twarzy emerytki coraz rzadziej przesuwały się odbłyski ulicznych latarni. W końcu światła miasta zgasły na dobre.

Mięśnie twarzy przestały go słuchać. Odpuścił. Opuścił powieki. Matko boska wszystkich świętych, co za ulga! Gdy otworzył oczy, siedzenie naprzeciwko było puste. Emerytka opykała go jak niepiśmiennego chłopa w scrabble i spokojnie wysiadła na swoim przystanku.

Rozejrzał się po autobusie. Był sam. W mroku świeciła tablica informacyjna. Linia 87. Kierunek: Pętla Zacisze. Niby gdzie to? Ruszył w stronę kabiny kierowcy. Autobus niespodziewanie zahamował. Zatrzymali się pośrodku niczego.

– Koniec kursu – rzucił kierowca, zgasił silnik i wygramolił się z szoferki.

Pętla Zacisze okazała się wysypaną żwirem zatoczką, obramowaną ze wszystkich stron lasem. Jedynym elementem infrastruktury, który mógł potwierdzać, że na ten wypizdów dotarła cywilizacja, był krzywy słup sterczący po środku placyku. Kuba ruszył w jego kierunku. Pokryty płatami złuszczonej farby metalowy drąg pełnił rolę czysto dekoracyjną. Ani śladu rozkładu jazdy. Nie było nawet vlepek panującej dumnie w mieście i w okolicach drużyny piłkarskiej. Wygrzebał z kieszeni telefon. Zero zasięgu. Google Maps nie odpowiadały. Co to za zadupie?

 

***

Kierowca jak to kierowca – był wąsaty, brzuchaty i jadł kanapkę.

– Kiedy wraca pan do miasta? – zagadnął Kuba.

– Nigdy. – Facet odgryzł starannie wymierzony kęs bułki z szynką. Kuba dopiero po chwili zorientował się, że to chyba miał być żart.

– Hehe, nigdy, hehe. – Klepnął się w udo i przymrużył porozumiewawczo oko. – To o której ten kurs powrotny?

– Według rozkładu. – Kierowca ugryzł znowu. Żuł długo. Powoli. Starannie. Kuba czekał cierpliwie. Nie doczekał się.

– Czyli?

– Udzielanie takich informacji nie leży w zakresie moich obowiązków – powiedział beznamiętnie wąsacz. Jakby recytował regułę jakiegoś zakonu.

Kuba zgrzytnął zębami. Kierowca ze stoickim spokojem zaczął rozwijać zatłuszczony pakunek, który wyciągnął z kieszeni na piersi. Wyjął z niego kolejną kanapkę.

Kij mu w ryj. Kuba nie miał w zwyczaju prosić. Urządzi sobie spacerek. Dojdzie w końcu do jakiejś cywilizacji, złapie busa, stopa, cokolwiek.

– Za daleko – stwierdził nieoczekiwanie kierowca. Kuba drgnął. – Stąd nie ma powrotu…

– Innego niż tym autobusem – dodał po chwili wąsacz, uśmiechając się, bardziej do kolejnej kanapki niż do chłopaka.

Kuba pomyślał o emerytce. Pewnie siedzi sobie wygodnie w domku i śmieje się z tego przegranego frajera, co to próbował ją wziąć na piękne oczy. Po co on to ciągnął? Powinien dać se siana, wysiąść na swoim przystanku, ale…

– Zagapiłeś się trochę, co, kolego? – rzucił kierowca, szeleszcząc kanapkowym papierem. Kuba odniósł dziwne wrażenie, że facet dokładnie wie, co działo się w autobusie. Że obserwował w lusterku jego przegrany pojedynek. I teraz napawa się kanapką z jego porażką.

– A gówno to pana obchodzi. – Kuba nie wytrzymał. – Nie może mi pan, do jasnej kurwy nędzy, powiedzieć, o której jest ten powrotny kurs?

Ryzykownie. Kierowca był od niego wyższy o głowę i cięższy tak o pół tony. Za nim stała siła wąsów i kanapek, za Kubą – szybkość kroku i lotność młodości. Do żadnej konfrontacji jednak nie doszło.

– Za gapowe się płaci. – Facet pokiwał tylko głową i wyciągnął zza pazuchy kolejną kanapkę.

 

***

Kuba krążył po pętli z oczami utkwionymi w telefonie. Robił chyba piąte kółko, ale kreska zasięgu nawet nie drgnęła. Zerknął w stronę kierowcy. Siedział na kamieniu i gapił się przed siebie. I jadł kolejną kanapkę. Przed nim rósł kopczyk zmiętych papierków.

Kuba kopnął walający się pod nogami kawałek żelastwa. Powietrze przeszył brzdęk. Zaraz jednak wchłonęła go panującą wokół cisza. Kuba uświadomił sobie, że od strony lasu nie dochodziły żadne odgłosy. Żadnych szumów, szmerów czy szelestów. Jakby las był tylko wyciętą z kartonu dekoracją, jakby… Stop. Zwierzątka nie hasają i nie hałasują, bo sobie już słodko śpią. Tak, to dlatego. Zresztą, mniejsza z tym, nie był leśniczym, żeby zawracać sobie głowę żywotnością ekosystemu. Najwyższy czas stąd zwijać.

Kuba pogłaskał telefon. No proszę. Jedna kreska. Wydzwaniam, kogo trzeba, i już mnie nie ma. Sytuacja na wyświetlaczu pozostawała bez zmian: Tylko połączenia alarmowe. Wykręci sto dwanaście i co ma niby powiedzieć? Halko, policja, pomuszcie! Utknąłem w dziwnym lesie z typem, który w ciągu ostatniej godziny zjadł dziesięć bułek. Przecież na to nie ma paragrafów… Kuba zadarł głowę, by poszukać natchnienia wśród gwiazd. Z góry patrzą na nas przodkowie.

Zatarł dłonie, podwinął rękawy. Najbliższa sosna wyglądała całkiem sensownie i solidnie. Tam wyżej bankowo będzie zasięg. Ja nie wejdę? Ha, bywało się na harcerskich obozach. Mieszkało się w szałasach, żarło się szyszki i srało się po chaszczach. Jestem prawdziwym synem lasu… W tym momencie gałąź trzasnęła pod jego stopą.

– Kuuuuuuuuuuuuuuurwaamaaaaa… – Kuba z łoskotem zleciał na matkę Ziemię. Ta mocno przytuliła go do swojej kamienistej piersi. – …aaaać.

Leżał chwilę bez ruchu. Kierowca nawet nie zerknął w jego stronę. Żuł kanapkę i wpatrywał się w ciemność. Jakby na coś czekał. Kuba poczuł, że musi się pośpieszyć. Że kończy mu się czas. Że coś się zbliża. Zerwał się z ziemi. Zaczął wymachiwać telefonem. Zasięgu, zaklinam cię.

Stop. Przemyśl. Jest ciemno, bo jest noc. Nic tu nie ma, bo to zadupie. Kierowca jest jakiś niedogrzany, ale w końcu to kierowca. Przez czterdzieści lat jeździ od pętli do pętli i słucha disco polo. Każdy by zdziwaczał.

Został ostatni sposób. Dziadek naprawiał tak wszystkie niedziałające urządzenia – od śnieżącego telewizora po złamaną łopatę. Kuba walnął otwartą dłonią w obudowę telefonu. Utkwił wzrok w wyświetlaczu. Jest! Pojawiła się jedna, cieniutka kreska zasięgu. W wierzeniach przodków tkwi jakaś prastara mądrość.

Kuba wiedział, do kogo zadzwonić. Jeżeli istniał ktoś, kto mógłby wyciągnąć go z tego bliżej nieokreślonego zadupia, tym kimś był Kasza.

 

***

Telefon zawibrował. Kasza zerknął na wyświetlacz. Odebrał.

– Siema, Kubuś. – Włączył tryb głośnomówiący i położył komórkę na stoliku, w samym środku malowniczego burdelu, który tworzył pudełka po pizzy i puste butelki po piwie. – Co tam?

– Hal… …mam… …prawę… …zadupie… …asięgu… i nie mam jak… – Większość słów Kuby tonęła w kosmicznym szumie.

– Dawaj się kumaj, Kuba, a nie świrujesz jakieś jasełka – wtrącił się do rozmowy Miły.

– Zapraszamy serdecznie – dodał Olek z powagą.

– Kur… skupcie się… autobus mnie… …ywiózł… nie… mam jak… i utknąłem… zadupiu… z jakimś dziwnym… …ypem.

– Nie sraj w pancerz – uspokoił go Kasza. – Podjedziemy tam po ciebie. Miły ma furkę i pił tylko soczek.

– Naajak – potwierdził Miły. – Tylko jakoś sprecyzuj bardziej, gdzie jesteś, bo…

– …ĘTL… ZA… SZE… – Tym razem szum zagłuszył praktycznie wszytko, co chciał im przekazać Kuba.

– Cooo? – rzucili chórem Kasza, Miły i Olek.

– PĘTLA ZACISZE! – Kubie w końcu udało się przedrzeć przez zakłócenia i trzaski.

W tym momencie połączenie urwało się.

– Ach, ten nasz Kubuś… – Kasza zrobił strapioną minę, jakby przed chwilą odbył rozmowę z wychowawczynią swojego niesfornego, ale w głębi duszy dobrego, synka-łobuziaka, i teraz musiał naradzić się z żoną, co z nim tu począć. – To co, ratujemy go?

– No można by… – Olek szperał w pudełkach po pizzy, szukając tej bez pieczarek. Od małego żywił nieracjonalny wstręt do wszelkiego rodzaju grzybów. – Gdzie on się znowu pałęta? Pętla Zacisze?

– Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą – zanucił tęsknie Miły.

 

***

Kuba nie wiedział, czy Kasza usłyszał cokolwiek. On wyłapał pojedyncze słowa. Coś, żeby nie srać w pancerz. Pokrzepiające. Może to nie był najlepszy pomysł? Może powinien po prostu zadzwonić do… rodziców? Do mamy?

Walnął dłonią w telefon. Tym razem nie podziałało. Jednorazowa sztuczka. Łaził w kółko. Nie mógł się skupić. Cisza rozsadzała mu bębenki. Jakby był uwięziony w dźwiękoszczelnej kabinie.

– ECHO, ECHOOO, HALOOOO, KURWOOOOO – ryknął. Jego wrzaski utonęły w bezdennej ciszy. Echo nie odpowiedziało. Kurwy też nie. Ruszył w stronę kierowcy. Wąsacz pochylał się nad kupką papierowych kulek i coś mamrotał. Modlitwa nad kanapkowym kurhanem – przemknęło Kubie przez głowę.

– Szefie – rzucił gorączkowo, puszczając w niepamięć dawne urazy – Daję panu stówę i znikajmy stąd.

Wąsacz nie zareagował.

– Dwie stówy – Kuba podbił stawkę i roztoczył przed kierowcą wizję przyszłego bogactwa – Ile to będzie kanapek! Nikt się nie zorientuje, że nie pojechał pan według rozkładu.

– Oni widzą wszystko…

Kuba miał nadzieję, że kierowca mówi o swoich przełożonych. Ale wcale nie był pewny. Podjął decyzję. Nie zostaje tu ani sekundy dłużej. Nara.

 

***

Kuba szedł ciemnym lasem i zła się nie lękał. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Księżyc był mu bratem i przewodnikiem. Kuba przeskakiwał wykroty, kluczył między powalonymi drzewami, omijał niemożliwe do przebycia gęstwiny, ale kierowany nieomylnym instynktem za każdym razem wracał na właściwy szlak. Poruszał się pewnie, bezszelestnie. Jak ostatni Mohikanin. A tak serio, to nie. Tak naprawdę Kuba dreptał poboczem szutrowej drogi, potykał się co parę kroków, przyświecał sobie telefonem i dla dodania otuchy nucił znane i lubiane turystyczne piosenki:

– Wiesz, gdzie mnie szukać? Nigdzie się nie śpieszę, wszędzie zapierdalam z buta…

Żarłoczny las połykał nietuzinkowe rymy polskiego rap-podziemia. Kuba śpiewał coraz głośniej.

– MIEJSCÓWKA JEDNA, MIEJSCÓWKA DRUGA…

Zawadził stopą o coś podłużnego, obłego, giętkiego. I po raz drugi tego wieczoru wylądował na glebie. Zerwał się. Omiótł drogę latarką. Gdzieś tam musiał wystawać korzeń. Nic. Żadnych korzeni. Wyobraźnia podsunęła mu widok znikającej w gęstwinie macki, która przed chwilą owinęła się wokół jego stopy. Szukał dalej. Na poboczu leżał kamień. Spadł mu z serca. Co prawda dość daleko od miejsca, w którym rąbnął o ziemię. Za daleko. Musiałby przelecieć ze dwa metry. Nieważne. Tak, to na pewno był kamień. Kuba nie mógł jednak przegonić z głowy ruchliwych macek i pełzających kłączy.

– To na stówę był ten głupi głaz! – z całej siły kopną w kamień, aby przypieczętować swoje słowa.

Dziesięć minut później, ciągle wijąc się na ziemi z bólu, pomyślał, że to jednak nie był dobry pomysł. Otarł z twarzy smarki wymieszane ze ściółką leśną. Człowiek nie ma szans w starciu z naturą. Nie przeszedł nawet kilometra, a prawie zginął. Prawa kostka pulsowała. Puchła. Rwała. Ała.

Gramoląc się na nogi, dostrzegł coś. Kształt odcinający się od otaczającego go mroku. Białą kulkę zmiętego kanapkowego papieru. Nie, nie, nie. NIE. Przecież mógł ją tu wyrzucić ktokolwiek. Kiedykolwiek. Rodzina na spacerze. Szkolna wycieczka. Grzybiarze. Leśne ruchadła. Ktokolwiek.

 

***

Dowlókł się do pętli. Cisnął gałąź, która miała służyć mu za kulę. Niezbyt ułatwiła wędrówkę. Prawie wybił sobie nią oko. Gałąź wylądowała na żwirze. Bezszelestnie. Jakby osiadła na puchu.

Kierowca dalej siedział na kamieniu. Powrót Kuby skwitował ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy. Jakby wszystko szło zgodnie z planem. A może wcale się nie poruszył? Kuba wyobraził sobie, że gałąź nie ląduje na żwirze, tylko na tym upartym, kanapkowym łbie. Czaszka pęka, a z środka wypryskują bułki z szynką, wijące się larwiasto. Mógłby zabrać kluczyki. I odjechać, kładąc lachę na rozkład. Podróż za jedno przyłożenie kijem. Miał skręconą nogę, nigdy w życiu nie prowadził samochodu większego niż osobowe kombi, droga była wąska i ciemna. Co niby mogłoby się nie udać? Najwyżej wylądowałby w rowie. A potem w więzieniu. Albo w psychiatryku. Wyobraził sobie, jak Kasza i Olek próbują przeszmuglować przez ogrodzenie z drutu kolczastego pudełka z pizzą. Nie zostawimy, cię brachu! A dookoła ruchome reflektory, psy, pola minowe, zasieki i helikoptery. Wybuchnął histerycznym śmiechem.

Poczuł się nagle śmiertelnie wyczerpany. Wyczerpany, głodny, brudny i poobijany. Pokuśtykał w stronę autobusu. Drzwi otworzyły się same. Był zbyt zmęczony, by zwrócić na to uwagę. Miał to w piździe. Miał dość. Opadł na siedzenie. Przymknął oczy.

 

***

Ktoś patrzył. Czuł to. Uniósł głowę. Przed nim siedziała emerytka. Okulary, berecik. Całkiem sympatyczna. Tylko to spojrzenie. Niechętne. Oskarżycielskie.

O kurwa. Wróciła. Wróciła, żeby go wykończyć. Zerwał się z fotela. I opadł na niego, sycząc z bólu. Zapomniał o skręconej kostce. Emerytka wbijała w niego wzrok. Wysysała z niego energię. Spijała ją jak piankę z cappuccino. Przetarł twarz dłonią. Na palcach została krew. Pomacał. Ciekła z nosa.

Ignorując szarpanie w nodze, rzucił się w stronę drzwi. Wypadł na zewnątrz. Cisza zwaliła mu się na głowę, przygniotła do ziemi. Kierowcy nigdzie nie było. Przy kamieniu, na którym siedział, piętrzyła się tylko sterta papierków.

Odwrócił się. Autobus był pusty. Poczuł zapach naftaliny i czegoś zepsutego. Emerytka stała obok. Zaczął cofać się, szurając prawą nogą po żwirze. Ruszyła w jego stronę. Jej oczy przypominały dwa odpływy umywalek, w których wiruje brudna woda. Taka naprawdę syfiasta – z włosami i glutowatymi odpadkami z jajecznicy. Uderzył głową w twardą powierzchnię. Metalowy słup. Poczuł, że coś owija się wokół jego nóg. Coś, z czym zetknął się już niedawno, na drodze…

 

***

Kuba skończył opowiadać. W samochodzie zapadła cisza. Kasza, Olek i Miły czekali. Czekali, aż Kuba wybuchnie śmiechem albo krzyknie coś w stylu: Panowie, fajne macie miny! Ale on nie zamierzał chyba tego zrobić.

– No, Kubuś, dobra historia – stwierdził w końcu Kasza, gasząc papierosa w trzymanej między nogami butelce. – Ale miewałeś lepsze…

– Chyba nie sądzisz, że ja to wszystko wymyśliłem, co? JA?!

Kasza uniósł brwi, Miły kaszlnął.

– Nie było pytania – wycofał się szybko Kuba.

Znowu zapadła cisza. Przerwał ją Olek. Bardzo zależało mu na tym, żeby w jakiś racjonalny sposób wyjaśnić… to wszystko.

– Dobra, Kuba. Organizm różnie reaguje na stres. Utknąłeś w lesie…

– To nie był normalny las. Taki miły i szumiący… – Kuba zaczął gestykulować, jakby tłumaczył swoje słowa na język migowy. – Przyjechaliście w ostatniej chwili… Jeszcze sekunda… Ona, ta kobieta, wróciła tam, żeby…

– Widzieliśmy ją. Normalna kobiecina. Stała przy tym słupku, pewnie chciała odczytać rozkład…

– KTÓREGO TAM NIE BYŁO! – Kuba stracił panowanie nad głosem.

– … i raczej nie wykonywała żadnych gwałtownych ruchów. W przeciwieństwie do ciebie…

– ONA WRÓCIŁA PO MNIE!

– Wiesz, czasami wpada się na ludzi, których się już kiedyś widziało – Kasza uśmiechnął się cierpliwe, jakby tłumaczył pięciolatkowi, że w piwnicy nie straszą duchy, tylko pijany sąsiad z parteru. – I to wcale nie znaczy, że oni cię prześladują albo chcą z ciebie wyssać duszę.

Po raz kolejny w samochodzie zapadła cisza. I po raz kolejny przerwał ją Olek.

– Kuba, może powinieneś z kimś to skonsultować… Ze specjalistą…

– Albo chociaż zmienić tryb życia…

– Więcej snu…

– Mniej imprez…

– Używek…

– Stresu…

– Wy myślicie, że mi się popierdoliło we łebie, co? – Kuba brzmiał, jakby miał się popłakać.

Wjechali na osiedle Królewskie. Wysiedli. Postali jeszcze chwilę pod blokiem Kuby. Niedługo. Rozmowa się nie kleiła.

 

***

Początkowo omijali ten temat, tak jak na ulicy omija się menela sępiącego drobne. Zręcznym unikiem, w milczeniu. Po dwóch tygodniach Olek po raz pierwszy wrócił do wydarzeń z tamtej nocy. Nie bezpośrednio. Siedzieli we czwórkę w Cynamonie i Olek po prostu zapytał Kubę, czy wszystko już ok.

– Doprałem gacie – Kuba uśmiechnął się lekceważąco. – Trochę wtedy sfazowałem. Dzięki za podwózkę.

Odetchnęli z ulgą. Historia została oswojona. Za miesiąc albo dwa trafi pewnie do imprezowego kanonu: A pamiętacie, jak Kubuś ześwirował na jakimś zadupiu i musieliśmy go ratować w środku nocy? O stary, byłem tam.

Wypili piwo, zagrali w rzutki i zgodnie uznali, że czas do domu. W poniedziałek trzeba wstać i robić rzeczy.

Nocny odjeżdżał już z przystanku. Kuba pomachał, podbiegł. Kierowca wpuścił go przednimi drzwiami. Był gruby i wąsaty. Jak każdy kierowca. Z kieszeni na piersi wystawała mu zawinięta w papier kanapka. Kuba udał, że tego nie widzi. Usiadł, zaciągnął kaptur na głowę. I po chwili to poczuł. Ktoś patrzył. 

Koniec

Komentarze

Fajnie napisane, porządnie. Być może, w przypadku niektórych, co bardziej rozbudowanych zdań, przecinki wymykały się spod kontroli, ale nie na tyle, by raziło i wołało o natychmiastową poprawę. 

Lekki, humorystyczny styl skutecznie odbierał tekstowi horrorowość, ale nie uważam tego za wadę. Czytało się przyjemnie, a fabuła, choć prościutka, była dostatecznie wciągająca. Bawiłem się dobrze. 

Zastanawia mnie tylko, po kiego grzyba Kuba lazł przez las, zamiast wracać drogą? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Umiejętności pisarskich ci nie brakuje, gorzej z pomysłem. Trafił facet nocą do lasu i trochę mu odbiło. Albo nie… Muahahaha! Coś w tym stylu.

Na plus poczucie humoru. Tak sobie myślę, czy aby na pewno to był horror, czy może chciałeś się ponabijać z gatunku. Mnie bardziej spodobałaby się linia, tfu! znaczy opcja numer 2 :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Fajnie napisany tekst z odpowiednią dawką tajemniczości i humoru. Bardzo przyjemnie się czytało. Miałam nawet jakieś skojarzenie z “Chłopaki nie płaczą”. :) Bunkrów nie znaleźli, ale pętlę Zacisze owszem. Ciekawe tylko jak im się to udało? ;P

Historia opowiedziana ze swadą, całkiem obrazowo i zajmująco. Początkowo miałam podejrzenie, że była to ostatnia podróż Kuby, jednak zakończenie je rozwiało. Pozostała pętla. ;)

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Mam nadzieję, Suśle, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące i lepiej napisane. ;)

 

Eme­ryt­ka opy­ka­ła go jak nie­pi­śmien­ne­go chło­pa w Scrab­ble… –> Eme­ryt­ka opy­ka­ła go jak nie­pi­śmien­ne­go chło­pa w scrab­ble

 

– Nigdy – kie­row­ca od­gryzł sta­ran­nie wy­mie­rzo­ny kęs bułki z szyn­ką. –> – Nigdy.Kie­row­ca od­gryzł sta­ran­nie wy­mie­rzo­ny kęs bułki z szyn­ką.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Kuba krą­żył po Pętli z ocza­mi utkwio­ny­mi w te­le­fo­nie. –> Dlaczego wielka litera?

 

Naj­wyż­szy czas stąd zwi­jać. –> Pewnie miało być: Naj­wyż­szy czas stąd się zwi­jać.

 

Wy­krę­ci 112 i co ma niby po­wie­dzieć? –> Raczej: Wy­krę­ci sto dwanaście i co ma niby po­wie­dzieć?

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Halko, po­li­cja, po­musz­cie! –> Halko, po­li­cja, po­móżcie!

 

Przez 40 lat jeź­dzi od pętli do pętli i słu­cha di­sco-po­lo. –> Przez czterdzieści lat jeź­dzi od pętli do pętli i słu­cha di­sco po­lo/ discopolo.

 

w samym środ­ku ma­low­ni­cze­go bur­de­lu, który two­rzył pu­deł­ka po pizzy i puste bu­tel­ki po piwie. –> …który two­rzyły pu­deł­ka po pizzy i puste bu­tel­ki po piwie.

 

– …ĘTL… ZA…SZE… –> Brak spacji po trzecim wielokropku.

 

Dzie­sięć mi­nu­ty póź­niej… –> Literówka.

 

Roz­mo­wa się nie kle­iła –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Sie­dzie­li we czwór­kę „Cy­na­mo­nie”… –> Pewnie miało być: Sie­dzie­li we czwór­kę w „Cy­na­mo­nie”

 

Olek po pro­stu za­py­tał Kubę, czy wszyst­ko już ok. –> Olek po pro­stu za­py­tał Kubę, czy wszyst­ko już okej.

Nie używamy skrótów, szczególnie, że to pytanie.

 

A pa­mię­ta­cie, jak Kubuś ze­świ­ro­wał na ja­kimś za­du­piu i mu­sie­li­śmy go ra­to­wać w środ­ku? –> Czy nie powinno być: …i mu­sie­li­śmy go ra­to­wać w środ­ku nocy?

 

W po­nie­dzia­łek trze­ba wstać i robić rze­czy. –> Co to znaczy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

AQQ, skojarzenia z “Chłopaki nie płaczą” jak najbardziej trafne. Kocham ten film, trochę się nim inspirowałem podczas pisania. Jeżeli przyjmiemy wersję racjonalną, w której 87 to zwyczajnie kursujący autobus, Kasza i chłopaki mogli po prostu sprawdzić rozkład i lokalizację pętli Zacisze w Internecie. 

 

Skull, horror w tagach, ale pisząc to opowiadanie, chciałem właśnie trochę ponabijać się z gatunku. Czyli linia numer 2. A nawet opcja. 

 

thargone, “Kuba szedł ciemnym lasem i zła się nie lękał. (…) A tak serio, to nie. Tak naprawdę Kuba dreptał poboczem szutrowej drogi (…)”. Kuba głupi nie jest ^^. 

 

 

regulatorzy, wielkie dzięki za uwagi, zabieram się za nanoszenie poprawek i posypuję głowę popiołem – sporo tych literówek i zjedzonych słów. Mam jednak kilka uwag do uwag:

  1. Scrabble zapisałem wielką literą, gdyż potraktowałem to jako nazwę konkretnej marki gry (te prawdziwe, oryginalne Scrabble).
  2. Można zwijać się bez “się”. “Nudno tu, zwijamy”. “Późno już, zwijam do domu”. Takiej formy używają moi znajomi, taka forma pojawia się w wielu rapowych tekstach. 
  3. “Sto dwanaście”, nie “112” – numer telefonu również słownie? 
  4. “Pomuszcie” – ironia na poziomie zapisu graficznego. Zabieg często stosowany w pewnych środowiskach internetowych.
  5.  A “ok” nie jako skrót, tylko jako fonetyczne odczytanie tego skrótu mogłoby funkcjonować w tekście?
  6. Robić rzeczy – bardzo pojemne określenie, stosowane przez młodzież. Robić rzeczy – działać, wykonywać jakieś czynności. Tutaj: W poniedziałek trzeba wstać i robić rzeczy (iść na uczelnię/do pracy).

Scrabble zapisałem wielką literą, gdyż potraktowałem to jako nazwę konkretnej marki gry

Mam nadzieję, że po przeczytaniu wyjaśnień Rady Języka Polskiego, sprawa będzie jasna: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

“Sto dwanaście”, nie “112” – numer telefonu również słownie? 

Liczebniki, z pewnymi wyjątkami, zapisujemy słownie. W dialogach koniecznie.

Tu wyobraziłam sobie sytuację, w której narrator mówiąc: Wykręci 112 i co ma niby powiedzieć? raczej nie mówi: Wykręci jeden jeden dwa i co ma niby powiedzieć? Tylko: Wykręci sto dwanaście i co ma niby powiedzieć?

 

A “ok” nie jako skrót, tylko jako fonetyczne odczytanie tego skrótu mogłoby funkcjonować w tekście?

Czy Olek zapytał Kubę skrótem ok, czy powiedział okej?

Czy pisać ok/ OK, czy raczej okej, zależy w zasadzie od autora. W dialogach używałabym formy okej.

 

Robić rzeczy – bardzo pojemne określenie, stosowane przez młodzież.

No widzisz, a dla mnie wszystko byłoby jasne, gdybym przeczytała: W poniedziałek trzeba wstać i robić różne rzeczy.

 

Ze współczesną gwarą młodzieżową nie jestem raczej obeznana, więc nie zawsze dobrze odczytuję intencje autora.

A Twoje pomuszcie odebrałam jako błąd, bo nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jak można powiedzieć coś w taki sposób, by błędy ortograficzne były czytelne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lubię takie autobusowe historie, do tego sam w podobny sposób “walczę” ze starszymi paniami, więc się bez problemu wciągnąłem. Lekko napisane, doceniam gwarę internetów i rapsowe nawiązania. Tylko to zakończenie… No nie wiem, spodziewałem się czegoś więcej. Ale w sumie pasuje do lekko kpiącej z gatunku formuły.

 

Jedna rzecz, która mi nieco zazgrzytała na początku:

Wszyscy niby teraz tacy mądrzy, każdy pierwszy do kolonizowania Marsa, a nikt jeszcze nie wymyślił nieplączącego się kabla. – Może to tylko ja i moja nerdoza, ale bezprzewodowe słuchawki mamy już od jakiegoś czasu i nawet powoli jacyś inni ludzie poza mną z nich korzystają.

– MIEJSCÓWKA JEDNA, MIEJSCÓWKA DRUGA…

Wiesz, gdzie jesteś, to Sady Kielce ;) Pozdro dla kumatych.

I am surrendering to gravity and the unknown.

Napisane ciekawie, z humorem. Czasem mam wrażenie, że niepotrzebnie dublujesz informacje i przez to żart słowny się rozpływa – jak tutaj:

Uniósł głowę. Przed nim siedziała emerytka. Okulary, berecik. Całkiem sympatyczna. Tylko to spojrzenie. Niechętne. Oskarżycielskie.

Sama treść niczego sobie, choć horroru tutaj nie uświadczyłem. Czytałem bardziej jak humoreskę z dreszczykiem, nie zaś opowieść, gdzie powinienem się bać.

Podsumowując: niezłe i humorystyczne przedstawienie miejskiej historyjki, czasem za mocno przegadane. Klik jednak w moim uznaniu się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

regulatorzy, dzięki za link. Zapis nazw produktów jest dla mnie zupełnie nieintuicyjny. “Pomuszcie” funkcjonować może tylko na poziomie tekstowego zapisu – podobnie jak inne internetowe “dysortografizmy”: MAM HOROM CURKE, RZAL, GUWNO.

 

Robić rzeczy – bez żadnych dodatkowych określeń. Zwrot ma być zwięzły, a przy tym pojemny. 

Gdy spytasz co robię, odpowiem: rzeczy,

Bo lubię w tym słowie, że jest tak kurewsko ogólne

Raper Zioło, jeden z głównych propagatorów robienia rzeczy, o robieniu rzeczy.

 

jgjanko, racja, Bluetooth się nie plącze, ale najpopularniejsze są ciągle słuchawki przewodowe. A Kuba lubi sobie trochę ponarzekać, dla sportu. 

Wiesz, gdzie jesteś, ale jeszcze nie wiesz! Pozdro.

 

NoWhereMan, dzięki. Będę pracował nad nieprzegadywaniem tekstów. 

 

Dziękuję, Suśle, za dodatkowe wyjaśnienia. Pojmuję już, dlaczego użyłeś rzeczonych zwrotów w tym tekście, ale proszę też o zrozumienie, że dla mnie nie od razu były one czytelne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czyta. Jako tako czaje bazę z młodzieżową nowomową więc nie musiałem obczajać wyjaśnień. Historia niepokojąca ale napisana z dystansem i humorem. ale należy pamiętać, że takie rzeczy się zdarzają naprawdę ;) A świat pełen jest emerytek obdarzonych mocami. Sam kiedyś z ekipą pod wypływem, znalazłem się w dziwnym miejscu, którego nie dało się określić inaczej niż “​zaplecze Polic”​.

Opisy udane, luzacki styl pasował do bohatera, skojarzenia z “​Chłopaki nie płaczą” rzeczywiście same się nasuwają w pewnej chwili. 

Kliknąłem już.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Interesujący klimat budujesz, ta emerytka wielce miodna. Podobał mi się również luzacki styl. Chociaż przy “pomuszcie” naszły mnie wątpliwości.

To by wyjaśniało popularność kapturów w niektórych kręgach. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo mi się spodobało. A scena pojedynku pomiędzy Kubą, a emerytką – świetne. 

Język jaki wykorzystałeś, sposób mówienia postaci etc. bardzo przypasował pod mój gust. Moim skromnym zdaniem, dałeś niezły kawałek horroru. Było mroczno przy tej pętli i wyczułam to. Cieszy mnie też, że zakończenie wcale nie było przewidywalne. Straciłbyś u mnie punkty, gdyby Kuba zginął (no, wybaczyłabym, gdyby był jakiś gore). 

Ogólnie, dobre opowiadanie :)

Kuba walną otwartą dłonią w obudowę telefonu. Utkwił wzrok w wyświetlaczu.

 

Humor odbierał klimat horroru, ale dzięki takiej mieszance stworzyłeś inny klimat – całkiem ciekawy. Dobrze się czytało i wciągnęło. Nie  powaliło na ściółkę, ale ogólnie podobało mi się.

 

Ciao!

Deirdriu, cool kids never die! Postać Kuby wykorzystam jeszcze w przyszłości. Lubię typa.

Blackburn, poprawione, dzięki!

Napisane z lekkością, dzięki czemu szybko się czytało. Bardziej parodia z tego wyszła niż horror, ale to dobrze. :) Ale do biblioteki brakuje mi tu jakiegoś bardziej oryginalnego pomysłu, czegoś choć trochę zapadającego w pamięć. No bo tak to zwykła historyjka o kolesiu, który zgubił się na pętli autobusowej.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dobrze napisane, choć zbyt często powtarzasz te same rzeczy. To zadupie, którym tak bardzo irytował się Kuba, te papierki po kanapkach. Rozumiem celowość ich powtarzania, jednak dla mnie robiłeś to zbyt wiele razy. To opowiadanie to raczej krótka scenka, niż samodzielny utwór. Nic odkrywczego w nim nie znalazłem. Najsłabiej zaś wypadają postacie, które co prawda są wyraziste, ale mocno sztampowe. Ta typowa staruszka, kierowca autobusu i kolesie i w końcu Kuba, który niczym mnie w swoim zachowaniu nie zaskoczył, jak zresztą cała reszta.

Niezła wprawka pisarska, to prawda, ale bez specjalnego pomysłu.  

Jak dobrze, że czytałam to, wracając do domu tramwajem, a nie autobusem :D Podobał mi się lekki styl, dzięki temu nie dało się nudzić. Rzeczywiście więcej tu parodii niż horroru, ale właśnie dlatego zupełnie mi nie przeszkadzała sztampowa wręcz fabuła. Ważniejsze jest tu przecież wykonanie, a ono sprawiło, że miałam frajdę z czytania. Być może tekst szybko zapomnę, ale według mnie jest tym, czym być powinien, a co za tym idzie – klikam.

Podobało mi się :)

Naprawdę nieźle napisane. Z tymi słuchawkami, choć rzadko używam, też tak mam – zawsze się plączą,

Od samego początku – świetnie dobrany tytuł! A, co jeszcze lepsze, jego drugie znaczenie pojawia się dopiero w ostatnim zdaniu.

Tekst napisany bardzo fajnie, lekko i przyjemnie. Poczucie humoru bardzo mi odpowiadało, uśmiałem się. Horrorem ten tekst nie jest, ale chyba też nigdy nie miał być.

 

Podobała mi się kreacja kolegów bohatera, w sumie chętnie przeczytałbym o nich coś więcej.

 

Na minus – fabuła była zbyt lekka i płytka. Wiem, że to humoreska, ale jakoś tak… Nie pojawiło się żadne większe zagrożenie dla bohatera, żaden konflikt, coś co by mnie wciągnęło. 

 

Poniżej wybrane perełki (choć takich fragmentów było o wiele więcej):

 

Echo nie odpowiedziało. Kurwy też nie.

 

Wyobraził sobie, jak Kasza i Olek próbują przeszmuglować przez ogrodzenie z drutu kolczastego pudełka z pizzą. Nie zostawimy, cię brachu!

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories;

Dobry tekst. Podobało mi się ładnie budowana atmosfera, a przy tym całkiem sporni niezłego humoru, który tej atmosfery nie zaburzał. Charakterystyczne postaci też na plus.

Nowa Fantastyka