- Opowiadanie: AQQ - Spytkowie i magiczna ksiunżka

Spytkowie i magiczna ksiunżka

Oto pierwsze opowiadanie, które postanowiłam tu opublikować. Nadmienię tylko, że należy je traktować z przymrużeniem oka. Przynajmniej ja tak robię. Zdaję sobie sprawę, że ma wiele braków i liczę na wskazanie takowych.  A teraz z pokorą czekam na wyrok. :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

joseheim, Użytkownicy, mr.maras, FoloinStephanus

Oceny

Spytkowie i magiczna ksiunżka

Trzech ich matka miała. Trzech synów.

Nie dane jej było jednak nacieszyć się nimi długo, bo wyzionęła ducha kilka dni po tym, jak wydała ich na świat. Przed śmiercią, bredząc w malignie, nadała im imiona: Spycimir, Spycisław i Spycigniew. Imion tych jednak nikt w grodzie spamiętać nie umiał, tedy Spytkami ich zwali. Zajęła się nimi babka, jako że córka jej była panną, a do ojcostwa nikt przyznać się nie spieszył. Wychowywała ich jak umiała; częściej rózgą aniżeli dobrym słowem, strawy przy tym żałując. Jednego czego się od niej nauczyli, to gęby otwierać i kląć niemiłosiernie. Babka zmarła nim chłopcy skoczyli pięć wiosen. Nie wiadomo czy to ze starości, czy też od częstego machania rózgą tak osłabła i nogi wyciągnęła. Ludzie różnie gadali.

Zlitował się nad nimi piekarz. Wdowcem był, a i dzieci wszystkie mu pomarły. Pomyślał, że odchowa Spytków i w zamian pomocy się doczeka. A roboty przy pieczeniu chleba było w bród. Pomagali bracia jak mogli, głodu nie cierpieli, i ogłady nieco nabrali. Żyli tak sobie spokojnie, aż stało się tak pewnego razu, że pojechali z piekarzem po mąkę do młyna. Droga była wyboista, wóz trząsł się okropnie i trzeszczał. Koło widać było źle zamocowane, bo trafiło na kamień i odpadło. Skoczyli Spytkowie z piekarzem, by na powrót je założyć. Oni trzymali wóz, on zakładał. Nie utrzymali. Wóz go przygniótł. Może za mali byli, za słabi? A może to nie był przypadek? Ludzie różnie gadali.

I tym razem los się do nich uśmiechnął. Gorzelnik, co dla dworu książęcego okowitę wytwarzał, wziął ich do siebie. Ten był człek uczony, co to czytać i zapisywać różne receptury potrafił. Chłopców też uczył, ale nie szło im zbyt składnie. Jeden jeno, Spycimir, jako tako nauczył się nazywać litery i w całe słowa je składać. Spycisław i Spycigniew większą smykałkę do roboty mieli i wyuczyli się gorzelnictwa. Pili przy tym na potęgę, burdy w całym grodzie wszczynając.

Gorzelnik serce miał dobre, a im więcej pił, tym rosło ono bardziej. Po kolejnej pijatyce ze Spytkami serce mu pękło. Ludzie znów gadali i w obawie zaczęli omijać braci z daleka.

Kowal się nie bał. Spycimir, Spycisław i Spycigniew wyrośli przez te lata na krzepkich młodzieńców, a rąk do ciężkiej pracy brakowało. Kuli zatem Spytkowie od świtu do zmierzchu podkowy, obręcze do beczek i narzędzia wszelakie. Od tego kucia bary mieli szerokie, ramiona jak bochny chleba, a dłonie tak twarde, że i bez młota gwoździe nimi w drewniane belki wbijali. I nie tylko gwoździe, bo jak przyszło komuś dać po ryju, to rzadko się zdarzało, że taki co oberwał, o własnych siłach wstać zdołał. Przez to wszystko ludzie żyli w strachu, a dziewki z piskiem uciekały na ich widok. Jasne było, że jak którą przydybali, to nie przepuścili.

Tymczasem wieść o Spytkach dotarła na zamek. Miarka jednak się przebrała, gdy kowala znaleziono z rozwaloną głową. Książę nie był zadowolony, że pod jego nosem wyprawiają się takie bezeceństwa, wysłał więc straż zamkową z rozkazem pojmania braci. Ale również tym razem Spytkom szczęście dopisało i udało im się zbiec. Poszli w lasy i tam, w najdzikszej i najbardziej niedostępnej części puszczy, znaleźli schronienie.

Przez kilka pierwszych dni żywili się jagodami i leśnymi malinami, ale w końcu głód zaczął im doskwierać. Myśleli więc, co by tu dalej robić, a że co trzy głowy to nie jedna, to i wymyślili. Spycimir, Spycisław i Spycigniew postanowili, że zostaną zbójami. I tak zaczęli łupić kupców, którzy książęcym traktem wędrowali, a że robili to często i chętnie, to i niczego im nie brakowało. Włosy i brody im urosły, gęby mieli paskudne, a smród od nich bił taki, że dorosłego chłopa mogło od niego powalić. Za to szaty nosili piękne i broń zacną przy kupcach znalezioną. Złota, srebra, a także jadła i trunków też mieli dość. Wszystko to zdobyczne.

***

Pewnego razu wybrali się na trakt i przyczaili w gęstwinie za mostkiem. Tutaj podróżni zwalniali i można było lepiej się im przyjrzeć. Południe minęło, a tu ani żywego ducha. Ziąb był okropny, a gorzałka, którą ze sobą zabrali na rozgrzewkę, prawie się skończyła. Już mieli ruszać z powrotem do swojej siedziby, gdy nagle dostrzegli w oddali samotnego jeźdźca.

– Ktosik jedzie – ucieszył się Spycimir.

– Ano jedzie – przytaknął Spycisław. – Ino, że to nie żaden kupiec.

– Kupiec, nie kupiec, ale juki wypchane przy siodle ma – ocenił Spycigniew. – Skoczym?

– Skoczym! – przytaknęli bracia ochoczo.

 

Nadworny mag Wizyr był właśnie w drodze do zamku. Radował się niezmiernie, że po wielu trudach udało mu się zdobyć księgę, zawierającą tajemne magiczne zaklęcia. Nie mógł się doczekać, by jak najszybciej pochwalić się księciu nowymi umiejętnościami. Jechał tak pogrążony w myślach o czekającej go sławie i zaszczytach, gdy wtem, drzewo przecięło mu drogę. Spłoszony koń stanął na zadnich nogach i zarżał, a nieszczęsny czarodziej spadając z siodła, wyrżnął łbem o kamienie i ogarnął go mrok.

 

***

– Żyje?

– Jeszcze dycha.

– Dziwny jakiś. Śmiesznie odziany. Jak baba raczej.

– Ale to nie baba. Widzisz, że ma brodę.

– Stara Jaskóla też miała brodę.

– Ale mniejszą.

– Co z nim zrobimy?

– Ostawim tutaj.

– Szaty bierzemy?

– A co? W kiecce będziesz paradował?

– Jest co w jukach?

– Trochę żarcia, bukłak z winem i ksiunżka.

– Bierz wszystko.

– Ksiunżke też? A na co nam ona?

– Przyda się.

Wizyr słyszał zachrypnięte głosy. Rozmowa toczyła się gdzieś obok i do maga bardzo powoli zaczynał docierać jej sens. Kiedy wreszcie zdołał otworzyć oczy, było już za późno. Nikogo nie było. Księgi też. Wizyr z rozpaczy wyzionął ducha.

 

***

Wrócili Spytkowie do swojego szałasu w lesie. Łupy mieli marne, więc na pocieszenie wytoczyli z jamy, którą mieli wykopaną w ziemi, beczułkę wina. Zaraz znalazł się też prosiak, co go dwa dni temu zabrali gospodarzowi jadącemu na jarmark. Siedzieli sobie i popijali, a mięso skwierczało nad ogniskiem.

– Co tam robisz, Spycimir? – zainteresował się Spycigniew, patrząc na brata, który od dłuższego czasu siedział z księgą na kolanach.

– Czytam.

– Głupiś! Napij się lepiej z nami! – ryknął Spycisław.

– Sam jesteś głupi. To ksiunżka o czarach.

– O czarach?! – Spycigniew się ożywił. – To wyczaruj mi jakom beczułkę wina albo lepiej gorzałki.

– A dla mnie babę – beknął Spycisław. – Taką z dużymi cyckami.

– Czekajcie, nie idzie tego przeczytać. To nie po naszemu – mruknął Spycimir z nosem w książce.

– Daj se spokój. – Spycisław machnął ręką. – Taki z ciebie czarodziej, jak z koziej dupy trąba.

– Spiritutu… – mamrotał coś pod nosem Spycimir.

– Srutututu gacie z drutu – zarechotał Spycigniew i okręcił nad ogniem lekko przypieczonego z jednej strony prosiaka.

Tymczasem w powietrzu coś zatrzeszczało, zaszumiało, potem błysnęło i nagle przed Spycigniewem pojawił się mały bukłak.

– Łoooo… – zdumieli się bracia, a gały mało im z czaszek nie powychodziły.

– Ożesz ty… – Niemniej zdumiony był sam Spycimir.

Przez chwilę z zaciekawieniem przyglądali się bukłakowi. W końcu Spycigniew niepewnie trącił go kilka razy czubkiem buta.

– Prawdziwy – stwierdził. – I pełny. A to ci z ciebie magik!

– Pijemy? – spytał niepewnie Spycisław.

– Czemu nie? – Spycigniew podniósł z ziemi skórzany worek i pociągnął z niego spory łyk. – Kurwa jego mać! Co to za szczyny?! – zaklął paskudnie i wypluł w krzaki resztki tego, co zostało na podniebieniu.

– Takie złe? – zapytał Spycimir.

– Ano złe. Pić się nie da. Kwaśne jakieś. Ble…

– Coś żeś pewnie pokręcił w tych czarach – stwierdził Spycigniew.

– Możliwe, że pokręciłem. Mówiłem przecie, że trudne jakieś te wszystkie słowa. Może z babą pójdzie mi lepiej.

– Nawet nie próbuj – skrzywił się Spycisław. – Cholera wie, co z tego wniknie.

Jednak Spycimir nie zniechęcił się tak szybko i zaczął na powrót wertować księgę, aż w końcu bracia dali mu spokój. Pili dalej.

– Feminini… mur… bul… dul… – burczał pod nosem Spycimir, próbując odczytać słowa.

I jak poprzednim razem, znów coś zatrzeszczało, zajaśniało, a po chwili rozległ się przerażający wrzask Spycigniewa:

– Co to ma być, do kurwy nędzy?! Ty czarodzieju chędożony!

– Łoooo…

Spycimir i Spycisław spojrzeli na brata z niekrytym zdumieniem. Miał na sobie długą kieckę, której głęboki dekolt odsłaniał obfity, falujący biust. Jasne włosy splecione były w dwa sięgające pasa warkocze. Cały efekt psuła jednak czarna zmierzwiona broda i paskudna gęba, która nie zmieniła się ani trochę.

– Odczaruj mnie! Odczaruj! – krzyczał Spycigniew, wymachując rękami.

Dwaj pozostali Spytkowie rechotali tymczasem, trzymając się za brzuchy.

– Rad bym cię wychędożył, bo gładka z ciebie dziewka, aleś jednak brat – zaśmiewał się Spycisław. – No chyba że siostra.

– Odczaruj mnie! – Spycigniew warknął do Spycimira i sięgnął po nóż. Tym samym stało się jasne, że żarty się skończyły. – Bo ci jajca utnę i z ciebie też babę zrobię!

Spycisław rzucił się na niego i powalił na ziemię. Doszedł do wniosku, że jedna siostra i to tak zbyt wiele i nie pozwoli skrzywdzić Spycimira. Kotłowali się tak dobrą chwilę, okładali pięściami, gryźli i kopali nawzajem, a tymczasem Spycimir skoczył do księgi i zaczął szukać odpowiedniego zaklęcia. W końcu to brat, odczarować trzeba. Znalazł zaklęcie na ożywianie zmarłych, na zatrzymanie biegunki, na wywołanie burzy, a także takie, jak z zakalca zrobić dobre ciasto. Kiedy wreszcie trafił na to, którego szukał, zamruczał i pomamrotał coś pod nosem, w efekcie czego cycki i kiecka zniknęły, za to długie blond warkocze zostały. Odmieniony Spycigniew odepchnął barta, który wciąż go okładał i odetchnął z ulgą.

– Oddawaj nóż – wysapał. – Albo obetnij mi to kurewstwo.

Spycisław szybko ciachnął nożem dwa razy i z zadowoleniem spojrzał na swoje dzieło. Jego brat miał teraz krótkie jasne włosy i zdecydowanie różnił się od reszty. Wystarczyło jednak kilka dni życia w lesie, żeby na powrót zrobiły się czarne.

– Do rzyci z taką magią – mruknął Spycigniew.

– Słusznie prawisz – zgodził się Spycisław, po czym wstał, wziął księgę pod pachę i ruszył w krzaki. – Srać mi się zachciało po tym winie.

 

I tak bracia Spytkowie uśmiercili magię. Był to bowiem ostatni na świecie egzemplarz księgi, w której zapisana była cała magiczna wiedza, gromadzona od setek, a może i tysięcy lat.

 

Koniec

Komentarze

“Mieli w końcu tylko po dziesięć roków. Ludzie różnie gadali.” – Co to znaczy, o czy, niby ludzie różnie gadali? O wieku chłopców?

 

“Gorzelnik, co dla dworu książęcego okowitą i różne nalewki wytwarzał, wziął ich do siebie.” – Dlaczego gorzelnik miałby brać ich do siebie? Piekarzowi coś się stało? Brak wyjaśnienia. Poza tym literówka: okowitę.

 

“Ludzie znów gadali[-,] i w obawie zaczęli omijać braci z daleka.”

 

“Ale również tym razem Spytkom szczęście dopisało[-,] i udało im się zbiec.”

 

“Poszli w lasy[-,] i tam, w najdzikszej i najbardziej niedostępnej części puszczy[+,] znaleźli schronienie.”

 

“…gęby mieli paskudne, a smród od nich bił taki, że dorosłego chłopa mogło od niego powalić. Za to szaty nosili piękne, złotem byli obwieszeni, a i broń zacną nierzadko przy kupcach znajdowali. Jadła i trunków też mieli dość, wszystko to zdobyczne.”

Wiem, że próbujesz utrzymać stylizację, ale stosowanie co i rusz zdań o tej samej konstrukcji to kiepski pomysł ; )

 

“gorzałka, którą ze sobą zabrali na rozgrzewkę, prawie się kończyła.” – skończyła

 

“Nadworny mag Wezir[-,] był właśnie w drodze do zamku.”

 

“nieszczęsny czarodziej, spadając wyrżnął łbem o kamienie i ogarnął go mrok.” – albo również przecinkiem po “spadając”, albo bez przed tym słowem…

 

…a poza tym powtórzenie:

“…gdy wtem, spadające drzewo przecięło drogę przed nim. Spłoszony koń stanął na zadnich nogach i zarżał, a nieszczęsny czarodziej, spadając wyrżnął łbem o kamienie i ogarnął go mrok.”

 

Straszliwie gęsto się trup ściele w tym opowiadaniu ; p

 

“Rozmowa toczyła się gdzieś obok[-,] i do maga bardzo powoli zaczynał docierać jej sens.”

 

“Łupy mieli marne, więc z jamy, którą mieli wykopaną w ziemi[+,] wytoczyli beczułkę wina.”

W sumie dziwnie to trochę brzmi, bo zwykle się sięga po beczułkę, by coś uczcić…

 

“– O czarach?! – Ożywił się się Spycigniew.” – Raz, że podwójne “się”, dwa, że szyk jest nienaturalny; powinno być: “Spycigniew ożywił się”.

 

“–Srutututu gacie z drutu – zarechotał Spycigniew” – brak spacji po półpauzie

 

“wypluł w krzaki resztki tego[+,] co zostało na podniebieniu.”

 

“Może z babą pójdzie mi lepiej.

Lepiej nie próbuj – skrzywił się Spycisław.”

 

“– Rad bym cię wychędożył, bo gładka z ciebie dziewka, aleś jednak brat[-.] – zaśmiewał się Spycisław.”

 

“W końcu to brat; odczarować trzeba.” – Czemu średnik? Druga część zdania ma mocny związek z pierwszą, przecinek wystarczy.

 

“Spycisław szybko ciachnął nożem dwa razySpycisław szybko ciachnął nożem dwa razy, i zadowoleniem spojrzał na swoje dzieło[-,] i zadowoleniem spojrzał na swoje dzieło.”

 

Niepotrzebnie dałaś “KONIEC” na koniec, bo “KONIEC” generuje się sam ;) Warto też usunąć kilka ostatnich “pustych” wierszy.

 

 

Ogólnie rzecz biorąc chwali Ci się porządny warsztat i prawidłowy (poza jakimiś tam drobiazgami) zapis dialogów. Stylizacja miejscami wydała mi się deczko naciągana, ale kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem ;) Opowiastka zaiste jest lekka – jako żarcik nawet się sprawdza, choć przyznam, że nie rozumiem, czemu tak wszyscy na drodze życiowej braci umierają nagle? Czy to aby na pewno potrzebne?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dziękuję za wnikliwe przeanalizowanie tego tekstu. Przyznaję, że przecinki i powtórzenia są moją zmorą. A co do treści, to dupa ze mnie, a nie autor, skoro nie potrafię jasno przekazać tego, co siedzi w mojej głowie. Dla czytelnika pewne rzeczy niekoniecznie są oczywiste.

W takim razie kilka wyjaśnień:

“Skoczyli Spytkowie z piekarzem, by na powrót je założyć. Oni trzymali wóz, on zakładał. Nie utrzymali.” – wydawało mi się, że to wyjaśnia co się stało z piekarzem. Wóz go przygniótł. Dlatego ludzie gadali. Generalnie ludzie zauważyli, że ktokolwiek ma z nimi coś wspólnego, ten ginie. Stąd też trup pada gęsto w tym opowiadaniu. Na końcu Spytkowie uśmiercają magię. Pytanie tylko, czy z rozmysłem pozbawiają ludzi życia, czy za każdym razem jest to przypadek. Może jakieś fatum?

“W sumie dziwnie to trochę brzmi, bo zwykle się sięga po beczułkę, by coś uczcić…” – Pewnie zauważyłaś, że bracia nie stronili od alkoholu, i każda okazja żeby wypić była dla nich dobra. Nawet niepowodzenie. :)

Wszystkie błędy poprawię jutro, na spokojnie, i jeszcze raz dziękuję za opinię. Szczerze mówiąc myślałam, że będzie gorzej.

 

 

Myślę, że komentujący nie zjedzą Cię na podwieczorek ;) Nie jesteśmy tutaj aż tacy straszni.

 

Jeśli chodzi o piekarza to tak, generalnie domyśliłam się, o co Ci chodzi, ale uważam, że jednak za duży skrót myślowy tu zastosowałaś…

 

I główna myśl do mnie dotarła, bez obaw ;)

 

Co do beczułki, to raczej chodzi mi o konkretne sformułowanie. Jakoś mi nie zagrało. Wystarczyłoby może dookreślić “na pocieszenie” czy coś. Ale to, oczywiście, tylko moje zdanie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Sympatyczna historyjka.

Ale też mam wrażenie, że początek z uśmiercaniem najbliższych ludzi ciągnie się zbyt długo i za słabo wiąże się z puentą. Może, gdyby od dzieciństwa wykańczali abstrakcje, a nie ludzi…

A czarownik kojarzył mi się z proszkiem do prania. ;-)

Babska logika rządzi!

@joseheim – piekarza poprawię, bo to chyba rzeczywiście, duży skrót myślowy. I dookreślę beczułkę. ;D Jeszcze raz serdecznie dziękuję za twoją opinię!

@Finkla – Pisząc ten tekst nie byłem pewna, czy nie pociągnę tej historii dalej. Gdyby tak było, to w kolejnych częściach Spyci-bracia, wykańczaliby tylko abstrakcje, a do tego potrzebna byłaby pewna nabyta wiedza. Stąd ten przydługi wstęp.

Czarownik prawidłowo Ci się kojarzył. Dodam, że mam do niego sentyment i występuje w innych moich opowiadaniach. Poza tym chemia gospodarcza jest kopalnią fajnych imion dla postaci; wyobraź sobie np. króla Calgona albo Lenora, że o księciu Vanishu nie wspomnę. ;D

Bardzo się cieszę, że odebrałaś to opowiadanie, jako sympatyczne. Dziękuję za uwagi. :)

Ja tam nie miałem żadnych wątpliwości co do losów piekarza (a czytałem opowiadanie we wczorajszej wersji). W ogóle, cały ten początkowy fragment, sugerujący jakieś fatum związane z braćmi, wydał mi się zgrabnie napisany (pomysłem przypominał trochę początek „Pachnidła”). Gorzej, że zabrakło proporcji z właściwą częścią tekstu – ta, w porównaniu, była zbyt krótka, a i humor stracił na lekkości, skręcając w kierunku bardziej rubasznym.

Faktycznie przesadziłaś ze stylizacją.

Gorzelnik, co dla dworu książęcego okowitą i różne nalewki wytwarzał

– tutaj wystarczyłoby samo słowo “okowita”, dodatkowy ozdobnik w postaci próby archaizacji gramatyki budzi już wątpliwości, co do swojej konstrukcji.

Błędem gorszego rodzaju jest poświęcenie sensu na ołtarzu formy. W zdaniu –

wyuczyli się gorzelnictwa, w tym wiedzy tajemnej o procesie destylacyją zwanym

przedobrzyłaś, chcąc użyć tej „destylacyji” – zrobiło się masło maślane, bo przecież na tym właśnie polega istota gorzelnictwa.

Potencjał dostrzegłszy, życzę powodzenia przy kolejnych tekstach.

Nie ukrywam, że to mój pierwszy tekst, w którym pokusiłam się o stylizację. Sama czułam, że coś zgrzyta z całym tym gorzelnictwem i cieszę się, że to zauważyłeś i potwierdziłeś. Jeśli miałeś jakiekolwiek skojarzenia z „Pachnidłem”, to bardzo mi miło, bo lubię tę książkę, niemniej jednak, ja sama nawet o tym nie pomyślałam.

Pozostaje mi tylko bardzo podziękować, bo fakt, że dostrzegłeś potencjał, dużo dla mnie znaczy. :)

Zgadzam się, wstęp za długi w stosunku do zakończenia. Ale czytało się przyjemnie. Stylizacja szybko się wyszlifuje, dwa, trzy teksty i będzie zupełnie cacy. Fajny tekścik :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, i kłaniam się nisko, thargone. :)

Wstęp jest za długi o jednego opiekuna, ale poza tym historyjka niezła. Stylizację czytało mi się dobrze. Innych negatywów nie zarejestrowałem, ale też i większych wrażeń z lektury nie odniosłem. Całkiem przyjemny tekst i tyle ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Historyjka, w obszernym wstępie, skomplikowana, potem jeszcze rozwinięta, całość zgrabnie stylizowana, dosyć barwna i obiecująca nieco więcej w finale. A finał? Napiszę podobnie, jak przy szorciku Dj Jajko. Puenta mocno fizjologiczna, a nie za bardzo filozoficzna.

I wobec tej puenty samo wprowadzenie zaczyna wydawać się zbyt długie i szczegółowe. Aż robi się szkoda Spytków na taką puentę. 

Za całość jednak kliknę do biblioteki. Bo i napisane nieźle, i błędów gramatyczno-interpunkcyjno-ortograficzno-merytorycznych nie wypatrzyłem jakoś (ale, pamiętaj, nie ciesz się za bardzo, bo ja raczej słaby jestem w te klocki).

Zatem murowana biblioteka, w której nieco dach przecieka (w finale).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nieźle się czytało, ale zastanawiam się, dla kogo przeznaczona jest ta opowiastka – dla dorosłych nieco infantylna, a dla dzieci zbyt dorosła.

Mam nadzieję, AQQ, że Twoje przyszłe opowiadania przeczytam z większa satysfakcją.

 

Babka zmar­ła nim chłop­cy sko­czy­li pięć wio­sen. –> Literówka.

 

Żyli tak sobie spo­koj­nie, aż stało się tak pew­ne­go razu… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Koło widać było źle za­mo­co­wa­ne, bo tra­fi­ło na ka­mień i od­pa­dło. –> Czy dobrze zamocowane koło nie wpadłoby na kamień?

Proponuję: Koło widać było źle za­mo­co­wa­ne, tra­fi­ło na ka­mień i od­pa­dło.

 

Ożesz ty… – Nie­mniej zdu­mio­ny był sam Spy­ci­mir. –> Ożeż ty… – Nie ­mniej zdu­mio­ny był sam Spy­ci­mir.

 

Do­szedł do wnio­sku, że jedna sio­stra i to tak zbyt wiele i nie po­zwo­li skrzyw­dzić Spy­ci­mi­ra. –>

Do­szedł do wnio­sku, że jedna sio­stra to i tak zbyt wiele, i nie po­zwo­li skrzyw­dzić Spy­ci­mi­ra.

 

Jego brat miał teraz krót­kie jasne włosy i zde­cy­do­wa­nie róż­nił się od resz­ty braci. –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@NoWhereman – Tak, tak już wiem, wstęp za długi. Mimo to, cieszę się, że tekst, o ile cię nie porwał, to przynajmniej nie zniechęcił. A to dla mnie sukces. :)

@mr.maras – Dzięki dobry człowieku za dobre słowo. No cóż, fizjologia zabiła magię. Brutalna rzeczywistość. :(

@regulatorzy – Uffff… Twój komentarz dał mi najwięcej do myślenia. Chodzi głównie o pytanie: do kogo skierowana jest ta opowiastka? Sama nie wiem? Może do tych, którym się spodoba? Jakoś dzieci tu nie widzę, a sama jestem tak stara, że wstydziłam się podać wiek na profilu. Mam taki problem, że nie potrafię pisać poważnych tekstów. W każdym razie przemyślę to co napisałaś, ale nie gwarantuję, że da to jakieś efekty. Dziękuję za odwiedziny i kolejny temat temat do przerobienia. 

A wiesz co? Dodam ten wiek. :)

 

AQQ, jestem przekonana, że Twoje niepoważne teksty znajdą tu wdzięcznych czytelników, mnie nie wyłączając, o ile będą fantastyczne, ciekawe i porządnie napisane.

I nie pisz takich głupot o swoim wieku. Kiedy miałam Twoje lata, a było to wieki temu, do głowy mi nie przychodziło, aby myśleć o sobie stara. Teraz też tak nie myślę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Więc tu się zgadzamy – wiek to stan umysłu. :D

Ano, nie można się nie zgodzić. Zgoda buduje! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przymierzając, można stwierdzić, że cham panem nie będzie, nawet gdyby w zamku mieszkał – nigdy właściwie okazji nie wykorzysta. Opowiadanie wybrzmiało goryczą i trudno się dziwić, zupełnie jakbyś opisywał niektórych współczesnych ignorantów u władzy, chociaż prawdopodobnie to tylko zapis uniwersalnej prawdy i nie ma nic wspólnego z polityką ;)

Przeczytałem za jednym zamachem, bez przykrości. Podsumowując trzeba przyznać, że wyszło klasycznie. Finał nie poraził, ale to kwestia gustu i tego, z czym człowiek do tej pory się mierzył. Chociaż na Twoim miejscu popracowałbym nad balansem, tak, co by puenta była dominująca nad całością, bo tutaj wiele tekstu, szczególnie początek, zdaje się niekonieczna do osiągnięcia finałowego zwrotu. A co jest nadmiarem, jest zbyteczne; lepiej nie dojeść niż się przejeść :)

 

Pozdrawiam 

Czwartkowy Dyżurny

Witaj, Blacktom. :)

Rzeczywiście, masz rację. To odniesienie do polityków, też trafne, ale może dajmy sobie spokój z polityką, bo po co się denerwować. ;)

We wcześniejszych komentarzach zwrócono mi już uwagę na ten zbyt obszerny wstęp. Dopiero po publikacji do mnie to dotarło.

No cóż, mamy więc przejedzenie, wypróżnienie i zmarnowanie życiowej szansy w dość prozaicznych okolicznościach. 

Również pozdrawiam i dziękuję. :)

Zlitował się nad nimi piekarz. Wdowcem był, a i dzieci wszystkie mu pomarły. Pomyślał, że odchowa Spytków i w zamian pomocy się doczeka. A roboty przy pieczeniu chleba było w bród. Pomagali bracia jak mogli, głodu nie cierpieli, i ogłady nieco nabrali. Żyli tak sobie spokojnie, aż stało się tak pewnego razu, że pojechali z piekarzem po mąkę do młyna. Droga była wyboista, wóz trząsł się okropnie i trzeszczał. Koło widać było źle zamocowane, bo trafiło na kamień i odpadło.

Na tym akapicie się zatrzymałem na chwilę, bo coś mi nie grało. Najpierw myślałem, że coś jest nie tak z rytmem, ale to nie to – po prostu tutaj zaczęło mi strasznie przeszkadzać to natrętne stylizowane umieszczanie orzeczenia na końcu zdania. Pomarły. Doczeka. Nabrali. Trzeszczał. Odpadło. Brrr. Stylizacja w ogóle w całości jakoś ogarnięta, ale miejscami zbyt natrętna właśnie i na jedno kopyto. Przypomniało mi się, co Geralt kiedyś powiedział Jaskrowo: Uważaj, wpadasz w żargon ;)

Tekścik sympatyczny. Wydaje mi się, że jest i w Tobie i w tekście potencjał na większą krwistość historii, więc niecierpliwie będę czekał.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Już wcześniej wyjaśniałam w komentarzu, że to moje pierwsze spotkanie ze stylizacją i, jak widać, nie do końca udane. Fajnie, że również zwróciłeś mi na to to uwagę. A to o żargonie, to akurat Jaskier powiedział Geraltowi. :)

Bardzo się cieszę, że tekst przypadł ci do gustu i postaram się popracować nad “krwistością” następnego opowiadania. Dzięki. :)

Aż sprawdziłem, obaj powiedzieli to sobie nawzajem w dwóch różnych momentach.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Dawno czytałam, więc nie pamiętam dokładnie. Skojarzył mi się tylko ten moment, kiedy babka czyta o wiedźmaku. :)

Fajniaste – leciutkie, śmieszne i stylizacja nienadęta :) Przekleństwa trochę tak nijak pasują, ale przeżyję. (mam nadzieję :D)

F.S

FoloinStephanus – bardzo mi miło, że ci się spodobało. :) A te przekleństwa można by zrzucić na karb prymitywizmu Spytków. ;)

Na początku myślałem, że cała opowieść będzie krążyć wokół tajemniczych śmierci różnych opiekunów Spytków, że wyjaśni się, o co chodziło. A tu takie zdziwienie, bo ta mnogość śmierci była tylko przypadkiem :D

Historyjka przyjemna, można było się uśmiechnąć.

Karol123 – No widzisz, takie pechowe chłopaki. :) Nawet jak chcieli dobrze, to i tak nici z tego. Dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że uśmiechnęło. :)

Cześć!

Jak pisali poprzedni czytelnicy – cudem to opko nie jest, ale jako żart się nadaje. Może czasem stylizacja zawodzi, wstęp długością i treścią do puenty się nie ima, ale ogółem jest dobrze. Uśmiechnąłem się, przeczytałem płynnie i bez przykrości. Debiut całkiem udany.

 

Pozdrawiam Autorkę i życzę długiej i pomyślnej portalowej kariery! :)

Jai guru de va!

Cześć, Rokitniku!

Jak napisałam we wstępie, należy to opko traktować z przymrużeniem oka i dobrze, że tak do tego podszedłeś. Cieszę się, że uśmiechnęło i dziękuję za życzenia. :)

Nowa Fantastyka