- Opowiadanie: ARHIZ - Lunatyczka i ćma

Lunatyczka i ćma

Ziemianie utracili swoją planetę wiele lat temu, lecz teraz, wraz z nawiązaniem międzyrasowego sojuszu, pojawiła się nowa nadzieja...

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Lunatyczka i ćma

Kątem oka dostrzegam czerwone światełko komunikatora, zwiastujące nadejście nowej wiadomości.

– Lee, jesteś najbliżej… – Otto, skupiony na sprawdzaniu gnata, nawet nie podnosi wzroku.

Nie chce mi się… ale faktycznie jestem najbliżej. Patrzę błagalnie w stronę zawsze milczącego Johna. Jego wzrok mówi wszystko. Od niechcenia sięgam po prostokątne ustrojstwo. Wzdycham.

– Słuchamy, mandarynie – dobiega do mnie głos Johna. Czyli jednak jeszcze potrafi mówić.

Odchrząkuję donośnie, parodiując głos prezentera telewizyjnego.

– Dodatkowe rozkazy dla wszystkich członków grupy operacyjnej Tango cztery. Pod żadnym pozorem nie wchodzić na pokład anańskich statków i obiektów badawczych bez uprzedniej zgody centrali.

– Super. Za dziesięć minut dostaniemy informację, że bez zgody centrali nie wolno nam gmerać w ich gaciach – kwituje Otto.

Odruchowo zerkam na naszego gościa. Ile to już wymyśliliśmy dla niego przezwisk? Samuraj, Ostatni Mohikanin, Saladyn, Czyngis Chan… Kiedy mówiono nam na szkoleniu o Insektoidach, wyobrażałem sobie coś… podobnego do owada? Nie wiem, sześć nóg, żuwaczki, chociaż odwłok? Ten tutaj wygląda w zasadzie jak człowiek. W dodatku nosi na łbie czerwoną szmatę i koronę rodem z Miss World, a do tego jakby zbroję, która mi osobiście kojarzy się z Chinami, ale Otto twierdzi, że jest bardziej aztecka. No dobra, ma ogromne żółte oczy i czułki jak ćma, ale, szczerze, widziałem bardziej obco wyglądające cosplaye niż fizjonomia tego kosmity. Cholerna ewolucja zbieżna.

I te przeklęte komunikaty z centrali co minutę: To pierwsza taka misja w historii ludzkości. Nie spieprzcie tego. Nie dłubać w zębach bez zgody dowództwa…

– Cholera, gdzie ten tłumacz? – Otto zawsze świruje, kiedy nowy skoczy choćby na siku. W sumie wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Niby śmieszkujemy z centrali, ale każdy doskonale zna powagę sytuacji. I tak od dwóch miesięcy.

– Jestem, jestem. A nie można grzeczniej? Nazywam się Woo. – A oto i nasza świeżynka. Niestety pierwsze dwa tygodnie „kwarantanny”, kiedy był potulny jak baranek, minęły bezpowrotnie. Zwłaszcza, że gówniarz coraz lepiej zdaje sobie sprawę, że jesteśmy od niego uzależnieni jak systemy obronne od Internetu.

– Nie spinaj się – próbuję załagodzić sytuację – mówiłem ci już, że mamy w brygadzie taki zwyczaj, że po imieniu zwracamy się dopiero po pierwszej wspólnej akcji.

– Bo w pierwszej akcji młokosy zazwyczaj umierają. Nie spamiętalibyśmy tych wszystkich imion. – Na twarzy Otto gości szyderczy uśmiech.

– Młody – dodaję łagodnym tonem – naprawdę nie jest tak źle. Nie chcesz wiedzieć jak gadali na mnie przez pierwsze dwa miesiące.

– Hmm? Przecież Główny Grenadier brzmi całkiem nieźle.

– Taaa, tyle że wołali na mnie… Bumbuś. – Otto wybucha spazmatycznym śmiechem.

Odruchowo zerkam na kosmitę. Prawda jest taka, że cały czas chodzimy na palcach, bojąc się beknąć czy unikając jakichkolwiek gwałtownych ruchów, wszak nie ma do końca pewności, jak on to zinterpretuje… i wszystkim zaczyna nam już powoli odbijać.

„Samuraj” ignoruje nas. Wyciąga jakiś żółty rulon, rozwija go i coś na nim bazgrze. Tak, oni wciąż używają papieru…

– Tłumacz, co on robi? – pyta Otto rozbawionym głosem – maluje sobie pocztówkę, bo nie wynaleźli także aparatu? – Nowy spogląda przez chwilę w stronę insektoida.

– To wiersz Haki’ā. Używa Pisma Jedwabnego, by podkreślić powagę sytuacji. To… tam jest chyba coś o naszym sojuszu i pierwszej wspólnej akcji. Dla upamiętnienia tego wydarzenia.

– No mówiłem, że pocztówkę rysuje! – Otto znów dostaje głupawki. Uspokaja go dopiero karcące spojrzenie Johna.

– Młody? – pytam, ukradkiem śledząc Anaosa. Subtelne pociągnięcia pędzlem przywodzą na myśl japońską kaligrafię.

– Ta?

– Jak to jest, że oni nie znają głupiej maszyny do pisania, komputera, nawet, kurde, łyżki, ale mają być dla nas wsparciem w odbijaniu planety macierzystej?

– Cóż, ich technologia po prostu rozwijała się w inny sposób. To trochę jak Inkowie, niby nie znali koła czy gwoździa, ale ich architektura…

– Inkowie dostali od Hiszpanów tak, że pozbierali się dopiero po trzech tysiącach lat. Konkrety, młody, konkrety.

– Ech, po prostu to oni wynaleźli napęd protonowy, a nie my.

– O to, to. – Otto znów się uruchamia. – Widzisz, Lee. Kiedy nasi przodkowie wymyślali liczydła, łyżki, iPhony i inne niepotrzebne rzeczy, tamci siedzieli w jaskini i pracowali nad napędem protonowym!

Anaos podnosi wzrok. Gdy spoglądam głębiej w ogromne, migdałowate ślepia, dostrzegam maleńkie ommatidia. Błyskawicznie wskazujemy na tłumacza, tak jak uczyli nas w centrali.

– Idityunjā oh’nassā – artykułuje Anaos, prezentując garnitur małych, ostrych ząbków. Zerkamy na młodego.

– Eeee, napęd cząsteczko… protonowy. Tak powiedział.

– Cholera – wzdrygam się – on zaczyna łapać mandaryński. Jak zbystrzy się co gada Otto, będziemy mieli Wojnę Światów.

– Tak w kwestii filmów. – Na twarzy naszego niemieckiego kolegi gości szelmowski uśmiech. – Co lepiej byłoby mu puścić? Siedmiu Samurajów czy jakiś Bollywood?

– Mrówkę Z – kwituje John.

 

******

 

– Zbliżamy się do Ziemi. Przygotować się do rozpoczęcia operacji „Nowy Świt”. – Głos pani komandor zmysłowo sączy się z głośników. To znaczy, że cały skok nadprzestrzenny mamy już za sobą. I pomyśleć, że za dzieciaka bawiliśmy się, że powoduje on przeciążenia.

Za dużym, kilkunastometrowym oknem widnieje fioletowa planeta. Kolebka rodzaju ludzkiego… coś, co kiedyś zwaliśmy naszym domem. Ponoć kiedyś była, no, bardziej zielono-niebieska?

Anaos wstaje i podchodzi do okna. – Sīesiy etik’hanā. – mówi, wciąż wpatrując się w glob. – Ahhaeha’n ka’ndatayā. Tēa fada’ih’nlāt’h.

– Wasza ojczyzna – tłumaczy młody. – Niee… nie była fioletowa. To podróżu… to Lunatyczki.

– A wy wiecie, jak je zabić. Przetłumacz – dodaje John.

 

******

 

Jesteśmy na powierzchni. Faktycznie wszystko jest fioletowe, jakby posypane jakimś przeklętym pudrem. W tle zaś majaczą wysokie na setki metrów, kopulaste wieże. Witajcie w krainie Lunatyczek, dawniej Ziemia.

Zamykam hełm, poprawiam pancerz i chwytam oburącz to, co daje mi w tej robocie prawdziwe poczucie bezpieczeństwa: granatnik dalekozasięgowy IRK-231. Otto wtóruje mi, wyciągając podwójny karabin maszynowy TK-54. Tłumacz dostał generator osłon… mam nadzieję, że umie to obsługiwać. I jest jeszcze John ze swoją snajperką. Grupa operacyjna Tango-4, czas obudzić parę Lunatyczek.

– Rozkaz od centrali, pilne. – Ze słuchawek w hełmie rozbrzmiewa przyjemny głos. – Zadaniem waszego oddziału jest bezwarunkowa ochrona Anaosa. To absolutny priorytet.

Ma się rozumieć, pewnie zaraz wyciągnie jakiś kosmiczny laser i spali te zdziry na popiół. Po lewej stronie widzę chłopaków z grupy Alfa-5, zaprawionych weteranów walczących zawsze w pierwszej linii. Patrząc na ich giwery, zastanawiam się, czy nasz kosmita w ogóle się na coś przyda. Właśnie, ciekawe jak wygląda jego broń…

– Że co, do diaska!? – przesterowany głos Otto niemal rozsadza mi czaszkę.

– Nie drzyj się, zapomniałeś, że masz już nowy mikrofon?

– To zobacz co on przypina do pasa! – Ach, moje uszy!

Oniemiałem. Insektoid pieczołowicie poprawia dwa miecze, coś przypominającego szaszmiry. Serio? Miecze? To ma być broń na Lunatyczki?

Nawiązuję nowe połączenie głosowe.

– Tłumacz?

– Tak?

– Powiedz mi, że ten ufok nie będzie walczył z Lunatyczkami mieczami.

– Nie mam pojęcia, jak chce walczyć, to zupełnie odmienna, nieznana nam technologia. Pamiętasz, co mówiłem o Inkach? – Wyciszam rozmówcę. Pamiętam jedynie, że Inkowie dostali po rzyci aż ich było szkoda… a teraz to my mamy odgrywać ich rolę?

Wysoki pisk. A teraz szum w słuchawkach. Co z łącznością?

– Tango? Ktoś mnie słyszy?

Trzaski, znów pisk.

– Idzie. – Przez zakłócenia, grobowy głos Johna zabrzmiał, jakby mówiła sama śmierć.

Coś majaczy na horyzoncie. Jej turkusowa, smukła sylwetka staje się coraz bardziej widoczna na tle fioletowych pagórków. Zbliża się, zbliża się z cholerną szybkością. Ci, którzy przeżyli spotkanie z Lunatyczką, opowiadają w kółko o jednym obrazie, “Płonącej żyrafie” Salvadora Dali. I najgorsze jest to, że ona faktycznie wygląda jak to coś na pierwszym planie dzieła artysty. Smukła kobieta bez twarzy, która zdaje się lewitować nad ziemią… i jest coraz bliżej.

Rakieterzy z Alfa-5 wybiegają naprzód.  W stronę Lunatyczki mknie kilkadziesiąt wstęg – najnowsze ładunki zapalające. To będzie wielka dziura w ziemi. Zaraz… co? To przez nią przelatuje! Wszyscy otwierają ogień, dołącza do nich Otto ze swoją podwójną giwerą. Wszystko na nic! Jest coraz bliżej.

Znów głośne zakłócenia. Na szczęście bardzo krótkie. Powraca pełna łączność. Co ten cholerny Anaos robi? Wychodzi kilka kroków przed nas, stoi. Tłumacz! Powiedz mu, żeby…

– Tango cztery, utrzymać pozycję. Pod żadnym pozorem nie zmieniać lokalizacji! – grzmi komunikat od jakiegoś goryla z bazy. Ja chcę panią komandor!

Lunatyczka wykonuje nagły zryw do przodu, chwytając oburącz jednego z rakieterów. Ona go… całuje? Tak to by wyglądało, gdyby miała usta. Turkusowa istota zdaje się przyssana swoją „twarzą” bezpośrednio to głowy ofiary, zupełnie jakby przeniknęła przez hełm. Żołnierzem targają drgawki, reszta przerzuciła się na karabiny i strzela jak oszalała. Wszystko na nic. A przeklęty insektoid stoi, nawet nie drgnie!

Chłopaki z Alfa-5 przyjmują szyk defensywny. Lunatyczka oddala się, ale zdaje się przymierzać do drugiego podejścia. Facet od pocałunku leży, poruszając bezładnie kończynami. O tych, którzy doznali „zbliżenia” mówi się, że utracili duszę… cokolwiek to znaczy.

Anaos robi kilka kroków naprzód. Wreszcie! Niech nawet walczy tym swoim mieczem, ale niech coś zrobi! Co? Że co? Wyciąga wachlarz!?

 – Lee, powiedz mi, że mam omamy!

– Otto, przestań się drzeć, bo mi głowę rozsadzisz. Tak, widzę.

 Insektoid unosi wachlarz. Wygląda trochę jak gejsza. Wykonuje zamaszyste ruchy kojarzące się z Tai-Chi. Koturny jego sandałów zaczynają tlić się żółtym światłem, każdemu stąpnięciu zaczyna towarzyszyć dzwoniący dźwięk. Taniec zyskuje na dynamice. Wciąż zachowuje orientalny charakter, lecz teraz coraz bliżej mu do harców Irokezów czy innych Siuksów.

Lunatyczka naciera na Anaosa. Jego taniec staje się coraz bardziej chaotyczny, jakby miotał nim silny wiatr. Zatrzymuje się. Stoi z otwartym wachlarzem i czeka.

– Tu centrala, utrzymać pozycje za wszelką cenę! – Ile razy nam to jeszcze powtórzą?

– Chłopaki, czy to normalne? – pyta młody.

– Tłumacz? To ty nam powiedz, co odwala ten twój ufok.

– Eee, chodzi mi o nasz statek.

Oglądam się za siebie. Czerwony ogień silnika powoduje niemałą kurzawę fioletowego pyłu.

– Oni odlatują! Bez nas! I rakieterzy z Alfa pięć też gdzieś zniknęli! – Przesterowany głos Otto zagłusza wszystko inne.

Lunatyczka jest tuż przed nami. Nasz kosmita chwieje się lekko, wygląda jak pijany. Jest w transie? Turkusowa istota wpija się w Anaosa. Już po nas… Zaraz! Ten łapie ją w pasie. Lunatyczka wyrywa się, jednak wygląda na bezsilną. Jej ciałem zaczynają targać drgawki.

– Trafiła kosa… – komentuje John.

Anaos przechyla Lunatyczkę do tyłu, jak podczas tanga. Jego usta wciąż stykają się z… miejscem, gdzie teoretycznie powinny być jej wargi. Ciało turkusowej istoty zaczyna pokrywać się siateczką pęknięć, z których wydobywa się żółte światło. Moje uszy przeszywa straszliwy pisk, gorszy niż przestery Otto.

– Haha! Let me be your valentine! – No dobra, na równi z przesterami Otto.

Ciało Lunatyczki eksploduje niczym nadmuchana foliowa torba. Wszędzie pełno drobnych, turkusowych kawałków, które zdają się naelektryzowane. Anaos upada na kolana.

– Tu centrala, jak mnie słychać? – Pani komandor! Nareszcie!

– Tu Tango cztery, statek…

– Otrzymujecie zezwolenie w kwestii wejścia na pokład anańskiego fraktowca Watirawayralāt’h.

Tłumacz podbiega do kosmity, pomaga mu wstać. Ten wygląda na nieco osłabionego, ale poza tym chyba nic mu nie jest. Tygrys normalnie… Podbiegam do nich.

– Co to znaczy to watira-cośtam? – pytam.

– Siejący wiatr? Wietrzny siewca? Coś w ten deseń – odpowiada młody.

– Sun. – Anaos wskazuje przed siebie. Po dłuższej chwili zauważam, że coś wisi niemal tuż przed nami. Skubane ufoki, niezłe mają pole maskujące. Ciekawe jak wygląda ich statek, pewnie coś rodem z tego najnowszego filmu o androidach.

– Co oni sobie, do jasnej cholery, myślą!? – Otto nie można pomylić z nikim innym. – Wysyłają nas na planetę Lunatyczek, nic nie mówią, potem nas zostawiają, teraz znowu coś. Czy nie można było od początku powiedzieć, jaki jest plan?

– Gdybyś naprawdę znał plan centrali, w życiu nie zszedłbyś z pokładu – sarka John.

Osłona statku kosmicznego zanika. Wygląda to tak, jakby spływała z niego rtęć, którą wcześniej został polany. Przed nami wisi coś, co przypomina… czerwono-złotą galerę. Powoli zaczynam się przyzwyczajać.

– Rozumiem, że puszczą nam teraz z góry linę – skomentował Otto, o dziwo, ściszonym głosem.

– Inkowie…

– Zamknij się!

Na horyzoncie majaczą turkusowe sylwetki. To Lunatyczki upominają się o swoją siostrę. Słyszę dziwne zawodzenie, jest w nim nuta żalu, ale przede wszystkim furia.

Ruszamy w stronę statku. Przód kadłuba zakończony rzeźbionym, pierzastym wężem, z tyłu coś na kształt pawiego ogona. Nawet wiosła są! Tylko żagla brakuje. Ze złotego dziobu wystrzeliwuje w naszą stronę wiązka równie złotego światła. Promień ściągający? Czyżby chociaż jedna rzecz będzie jak w filmie?

Anaos wyjmuje jakiś… bębenek. Coś o kształcie puszki po kawie. Uderza palcami w różne miejsca, generując sporą gamę dźwięków: od dzwonienia po tony typowe dla starej patelni.

– Tłumacz, co on robi? – pytam.

– Przedstawia się, wygrywa swoistą melodię. Chyba coś jak nasze hasła.

Cokolwiek wyprawia, nie nazwałbym tego melodią. Choć bardzo się staram, nie jestem w stanie wychwycić żadnego rytmu. Brzmi to raczej tak, jakby walił na oślep w losowo wybrane części bębna. Zaczynam tęsknić za niemieckim techno, którym zawsze raczy nas Otto. Snop światła zmienia barwę na zieloną. Chyba…

– Eee, że jak? – pytam mimowolnie, choć doskonale wiem co się stało. Jesteśmy w środku. Czyli jednak promień ściągający.

Wystrój kojarzy mi się nieco z burdelem: dużo czerwieni, na ścianach jakieś tkaniny. Pod sufitem coś, co przypomina lampiony, do tego masa koralików i frędzelków. Wszystko w tonacji złoto-czerwonej plus nieco fioletu. Normalnie chiński nowy rok.

Anaos pokazuje gestem, żebyśmy poszli za nim. Mijamy pokryte ornamentem, łukowate drzwi i trafiamy do salki z dużymi poduchami. Tylko sziszy brakuje. Siadamy, zachęceni gestem kosmity. Przed nami widnieje, chyba, schowana pod złotym daszkiem szyba. Za nią widzę coś, co zdaje się kokpitem. Na zdobionym dywanie siedzi trzech Anaosów. Wyglądają właściwie jak nasz, ale mają dodatkowo jakieś szaliki. Przed nimi dostrzegam, o dziwo, kokpit. Co prawda nie ma tam lampek ani, o zgrozo, komputerów, ale jest chociaż szyba. Chociaż coś jest tutaj normalne.

– To kapłani – wyjaśnia tłumacz.

Patrząc na obraz zza szyby, opuszczamy właśnie planetę i wchodzimy w przestrzeń kosmiczną. Centrala milczy, czyli mamy nic nie robić i czekać na dalsze rozkazy. Dostrzegam w oknie kilka wiosłopodobnych struktur, które widziałem wcześniej. Końce rozszerzyły się tak, że przypominają teraz napięte płetwy. Wygląda na to, że to… baterie słoneczne. W każdym razie lecimy. Statek nie ma żadnych silników ani nawet wspomnianego żagla, ale lecimy. I to nawet do przodu. Jest dobrze. Zaraz… w oddali pojawiają się jakby falujące prześcieradła. To „statki” Lunatyczek!

– Sat’hayā Yarī – mówi jeden z kapłanów. Jego głos jest doskonale słyszalny, pomimo, że są stosunkowo daleko i w dodatku za szybą. Drugi, siedzący obok, zaczyna wygrywać coś na bębnie, podobnym do tego, na którym grał nasz „Samuraj”.

– Tłumacz?

– Świetlista Włócznia. Nie mam pojęcia co to może oznaczać, zapewne to jakiś frazeologizm.

– Oby – Otto stuka palcami w kolano – czekam na superkosmiczny laser, który powywraca te skarpety Lunatyczek na lewą stronę.

Coś zaczyna się dziać przy złotym wężu na dziobie. W jego pysku kumuluje się żółte światło. Czyżby kosmiczny laser? Oby się szybko naładował. Statków Lunatyczek jest coraz więcej, a nasz „holender”, z tego co widzę, nie zamierza uciekać.

Słyszę głośne syknięcie. Z pyska złotego gada wysunęła się… świetlista włócznia. Taka czterometrowa i wyglądająca jak zrobiona z czystej plazmy. Chcesz latających spodków i laserów? Poczytaj science-fiction. Tutaj jest prawdziwe życie, kosmici latają na galerach i walczą wachlarzami oraz złotymi pikami.

Wróg rozpoczyna ostrzał. W naszą stronę lecą setki turkusowych kropel wielkości, jeśli dobrze widzę, człowieka. Zupełnie jakby Lunatyczki strzelały kisielem.

– Kiedy jeden z naszych statków dostał z takiego czegoś, dosłownie odwrócił się na lewą stronę. Z załogą i ich skórami włącznie – odzywa się John. Czyżby Otto miał zadatki na proroka?

Tutaj jednak nikt, poza nami, nie wygląda na zdenerwowanego. Nasz Anaos siedzi i popija coś z małej czarki, siorbiąc przy tym niemiłosiernie. Wskazuje gestem na naczynia stojące tuż przy nas na niskim stole. Jakoś wcześniej tego nie zauważyłem.

– Tego, chyba nie powinniśmy odmawiać – mówi powoli tłumacz.

– W porządku. Ty pierwszy – odzywa się John.

– Dobra, raczej nie podali nam kwasu. Ta akcja była organizowana pięć lat. – Chwytam czarkę, żeby dodać młodemu otuchy. Trzymam oburącz, naśladując kosmitę i pociągam łyk. Hmm, ciepła woda. Nie gorąca, tylko ciepła. Dopiero po chwili wyczuwam coś przypominającego zieloną herbatę z miętą. Kurczę, taką lurę piłem ostatni raz w akademiku na studiach, kiedy zalewało się każdą torebkę po cztery razy.

– To chyba Zioła Wiatru – komentuje tłumacz. – Okazują gościnność zupełnie jak my, Chińczycy.

– Rozumiem, że jesteście wzruszeni – wtrąca się Otto – ale nazwa tego napitku nie wróży niczego dobrego.

Wzdrygam się. Pociski Lunatyczek są tuż przed nami. Cholera, przez chwilę naprawdę zapomniałem o całej sytuacji. Może te ich ziółka wcale nie są takie słabe. Czuję też dziwny spokój i poczucie bezpieczeństwa. Nie chcę wiedzieć, czym jest ten dziwny napój, ale wypijam kolejny łyk. Przecież strzeże nas świecąca włócznia, co może pójść nie tak?

Pociski są tuż przy statku. Rozpływają się, po czym zostają ściągane przez tę dziwaczną pikę. Zupełnie jakby akumulowała ich energię. Lanca staje się coraz dłuższa.

– Mam głupie skojarzania – kwituje Otto.

Pocisków jest coraz więcej i więcej. Nasza włócznia wydłuża się do niebotycznych rozmiarów. Jej deltoidalny grot zniknął mi z pola widzenia, widzę tylko długaśny, świecący promień. Czyżby jednak super laser?

Kapłan zmienia wygrywaną melodię na bardziej dynamiczną. Jest równie nieskładna jak poprzednie, ale tempo uderzeń wyraźnie wzrasta. Dołącza do niego drugi, grając na fleciku. Ciekawe, czy za ścianą czekają już puzony.

 Włócznia zaczyna dziko poruszać się. Jest całkowicie sztywna, a jednocześnie zmienia położenie tak szybko, że nie jestem w stanie dokładnie śledzić jej ruchów. Nie wiem, jak długa jest w tej chwili, ale otaczające nas statki, których teraz są setki, zaczynają rozrywać się na strzępy, podobnie jak wcześniej ginęła Lunatyczka. Mija kilka chwil. Znów jest bezpiecznie, w dodatku wszędzie pełno „konfetti”.

– Sat’hayā yarī, Sēasiy zinan’īh sinahdinā – wyraźnie zadowolony Anaos głośno upija kolejny łyk napoju.

– Eee, świetlista włócznia, nasza najnowsza  wie… technologia – tłumaczy młody.

– Słuchajcie, to co teraz grają, to jakby Devil Drums, co nie?

– Otto, nikt nie kojarzy twojej muzyki, daj spokój.

– Woo. – John patrzy krytycznie na czarkę, sięgając drugą ręką do kieszeni.

– Jak mnie nazwałeś? – Młody wygląda na zaskoczonego.

– Przeżyliśmy dzięki ich wiedzy i technologii. Czas się odwdzięczyć. Woo, przetłumacz – John wyciąga powoli srebrną część zastawy – przetłumacz: to, jest, łyż-ka.

– Eeee, Tāe Ahsat’hayalat’ha’nassā*?

 

 

* – w wolnym tłumaczeniu: przedmiot-do-jedzenia-używany-przez-barbarzyńców.

 

 

ARHIZ

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy tekst, spodobał mi się.

Doceniam pokazanie całkowicie obcej rasy oczyma niewiele kumających ludzi. Jakie cholernie nasze jest przekonanie, że ta droga rozwoju jest najlepsza, a w ogóle to prawdopodobnie jedyna. No bo kto nie posługuje się łyżką? ;-)

W ogóle w ładny sposób prezentujesz swój świat. Staje się jakoś bardziej zrozumiały niż dotychczas.

Szczypta humoru w końcówce też misie.

Interpunkcja kuleje.

Babska logika rządzi!

Nawet mi się podobało, chociaż powyrzucałabym bezlitośnie wielokropki. W kilku miejscach miałam wrażenie, że dowcipkowanie jest trochę na siłę (np. tekst o grzebaniu w gaciach), ale poza tym nawet całkiem zgrabnie wyszło to ‘ludzkie’ podejście do kosmity. Nie rozumiem tylko, po co ludzie poszli z kosmitą na tę akcję z Lunatyczkami, skoro tylko marnowali amunicję bo nie mogli nic im zrobić – z rozmowy wynika, że powinni wiedzieć o tym. Mignęło mi parę literówek.

Dobrze Cię widzieć, Finklo. Jeśli chodzi o opis świata, mam właśnie problem z brakiem punktów odniesienia. O wiele łatwiej opisywać jest oczami człowieka niż Anaosa, czy innego Zeryjczyka. Tymczasem mnie jednak marzy się: o Anaosach dla Anaosów, ale zrozumiałem dla czytelnika. 

Do interpunkcji się nie przyznaję. 

Aha, tak nawiasem mówiąc, Anaosi znali łyżkę “z widzenia” od bardzo dawna, bo z czasów ichniej starożytności. Nigdy jednak ten wynalazek się u nich nie przyjął. 

 

Bellatrix, dziękuję za komentarz. Tak to jest z tymi wielokropkami, podczas pisania autorowi wydaje się, że to takie klimatyczne i tajemnicze, a jak po trzech miesiącach spojrzy na tekst, to widzi już tylko inwazję czarnych kółeczek. Powiem tylko, że staram się ograniczać… 

W kwestii dowcipkowania, po “ołtarzu do usług” to mój drugi taki ”śmieszkujący” tekst, więc nie wszystko może być w pełni wyważone. A z gaciami chodziło akurat nie o żart, a o frustrację, będącą efektem męczących restrykcji.

Jeśli chodzi o samą operację, przyznam, że faktycznie nie jest do końca logiczna, patrząc z perspektywy szarego żołnierza. Dowództwo stosuje tutaj taktykę wydawania kolejnych rozkazów na bieżąco, bez wprowadzania żołnierzy w szczegóły czy nawet ogólne cele. Tamtejszym psychologom wyszło w badaniach, że ponoć wtedy żołnierz lepiej wykonuje rozkazu, bo jego mózg jest “odciążony”. Nowa broń ziemian prawdopodobnie miała być na Lunatyczki skuteczna i chcieli to przetestować. Ach ci Chińczycy.

 

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Ja tu jestem cały czas. Jeśli widzenie mnie sprawia taką przyjemność, to wystarczy samemu tu częściej bywać. ;-p

Babska logika rządzi!

Czy w tytule nie powinno być Lunatyczka zamiast Lunatyczna?

 

Na początku miałam drobne wrażenie chaosu, nie od razu połapałam się ilu ich tam jest, kto do kogo co mówi. Później jednak wciągnęło na tyle, że poszło już gładziej. Co nie znaczy, że bezkrytycznie przyjmuję wszystko jak leci. Słabo wypadł ten żarcik o grzebaniu w gaciach – bardzo niskich lotów. I też mnie zastanawia ta bezsensowna akcja i strzelanka. Chyba że to miała być jakiegoś rodzaju prowokacja Lunatyczek, zwrócenie lub odwrócenie uwagi. Nic jednak na ten temat nie ma w opowieści, dlatego mam wątpliwości. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kiedyś, przy okazji Upadku Lunatyczki, wyraziłam ochotę bliższego poznania ich świata i właśnie jego część pokazałeś. Wiedziałam, że Lunatyczki są istotami zatrważającymi i szkoda, że nie mogłam poznać ich jeszcze bliżej. Natomiast jestem zadowolona z możliwości obserwowania ludzi  w świecie insektoidów, ich wzajemnych relacji i współpracy. Nieźle został pokazany pojedynek Anaosa i Lunatyczki.

Mam nadzieję, że o tym świecie jeszcze nie powiedziałeś ostatniego słowa. :)

 

– Do­dat­ko­we re­stryk­cje dla wszyst­kich człon­ków grupy ope­ra­cyj­nej Tan­go-4. –> – Do­dat­ko­we re­stryk­cje dla wszyst­kich człon­ków grupy ope­ra­cyj­nej Tan­go cztery.

Liczebniki, zwłaszcza w dialogach, jak tutaj, zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadnia.

 

jak sys­te­my obron­ne od in­ter­ne­tu. –> …jak sys­te­my obron­ne od In­ter­ne­tu.

 

Używa Pisma Je­dwab­me­go… –> Literówka.

Czy to jest to samo, co pisanie na jedwabiu?

 

Kiedy nasi przod­ko­wie wy­my­śla­li li­czy­dła, łyżki, I-pho­ny i inne nie­po­trzeb­ne rze­czy… –> Kiedy nasi przod­ko­wie wy­my­śla­li li­czy­dła, łyżki, iPhony i inne nie­po­trzeb­ne rze­czy

 

Anaos wsta­je i pod­cho­dzi do okna. – Sīesiy etik’hanā.Mówi, wciąż wpa­tru­jąc się w glob. – Ah­ha­eha’n ka’nda­tayā. Tēa fa­da­ih’nlāt’h. –> Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Winno być:

Anaos wsta­je i pod­cho­dzi do okna.

– Sīesiy etik’hanā – mówi, wciąż wpa­tru­jąc się w glob. – Ah­ha­eha’n ka’nda­tayā. Tēa fa­da­ih’nlāt’h.

 

o jed­nym ob­ra­zie, Pło­ną­cej Ży­ra­fie Sa­lva­do­ra Dali. –> …o jed­nym ob­ra­zie, Pło­ną­cej ży­ra­fie Sa­lva­do­ra Dali.

 

 In­sek­to­id unosi wa­chlarz do góry. –> Masło maślane. Czy można unieść coś do dołu?

 

bli­żej mu do har­ców Iro­ke­zów czy in­nych Sio­uxów. –> …bli­żej mu do har­ców Iro­ke­zów czy in­nych Si­uksów.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Sły­szę dziw­ne za­wo­dze­nie, jest w niej nuta żalu… –> Zawodzenie jest rodzaju nijakiego, więc: Sły­szę dziw­ne za­wo­dze­nie, jest w nim nuta żalu

 

Przed nami wid­nie­je, chyba, scho­wa­na pod zło­tym dasz­kiem szyba. –> Skoro widnieje, to znaczy że ja widać, więc raczej nie chyba.

 

cze­kam na super ko­smicz­ny laser… –> …cze­kam na superko­smicz­ny laser

 

Zu­peł­nie jakby Lu­na­tycz­ki strze­la­ły ki­ślem. –> Zu­peł­nie jakby Lu­na­tycz­ki strze­la­ły ki­sielem.

 

Chwy­tam za czar­kę, żeby dodać mło­de­mu otu­chy. –> Chwy­tam czar­kę, żeby dodać mło­de­mu otu­chy.

 

Nie chcę wie­dzieć, czym jest ten dziw­ny napój, ale biorę ko­lej­ne­go łyka. –> …ale wypijam kolejny łyk.

 

Jest rów­nie nie­skład­na co po­przed­nie… –> Jest rów­nie nie­skład­na jak po­przed­nie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wraz z opisaniem sojusznika Ziemian w formie azjatyckiej, mój umysł poszedł w stronę traktowania tekstu bardziej jako literackiej wersji anime… I nie zawiodłem się :) Tak szczerze, to cała stylistyka mocno przypominała mi dobre animowane seriale z Kraju Kwitnącej Wiśni :)

O ile jednak sam Anaos i ludzie jakoś za bardzo się nie wybili, to opis Lunatyczek jest naprawdę fajny, obcy i wywołujący dreszcze.

Sam tekst czytało się fajnie, ale pod koniec czułem niemały niedosyt. Ot, historia nagle się urywa po pierwszy desancie i pokonaniu niedawnych zdobywczyń Ziemi. Chciałbym wiedzieć więcej, jakie są plany, czy pobratymcy Anaosa mają coś jeszcze ciekawego w swojej kulturze itd.

Podsumowując: ładny pokaz fajerwerków, idealny do biblioteki.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ojej, biblioteka! :D :D

 

Finklo, obawiam się, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

 

Śniąca, dziękuję za opinię. W tytule powinno być tak jak piszesz.

Nie chcę wypaść jako jakiś szczególny obrońca grzebania w gaciach, ale chodziło mi przede wszystkim o dwie kwestie: pokazanie zmęczenia/frustracji bohaterów oraz wykreowanie obrazu ekipy szturmowej, ludzi, którzy nie zawsze mają żarty wysokich lotów, nie są mówcami tylko gośćmi od wykonywani rozkazów.

W kwestii sensowności akcji w tekście jest o tym zaledwie jedno zdanie, kiedy to Otto narzeka, że centrala nic im nie mówi. Dochodzi do tego jeszcze komentarz jego kolegi. Możliwe, że faktycznie za słabo zarysowałem sposób dowodzenia żołnierzami. Mogliby się czegoś podomyślać, czy coś w ten deseń. Sami wojacy niestety (stety?) nie wiedzieli nic, ale nagła zmiana planów i ucieczka ich własnego statku sugerują, że nie wszystko poszło zgodnie z planem.

 

Regulatorzy, Twój komentarz o wcześniejszym tekście nie pozostał bez odzewu, choć trzeba było trochę na niego poczekać. Wszystko przez moją (chorą?) manię łączenia w jedną całość czegokolwiek, czego nie wymyślę. Cieszę się, że tekst Cię zadowala. 

Tradycyjnie dziękuję za Twoją litanię, będę musiał ją odpowiednio przerobić w głowie. Nie jestem natomiast pewien co do konieczności pisania cyfr w nazwach jednostek operacyjnych słownie. Jeżeli mamy Tango-cztery, to karabin również powinien zwać się AK-czterdzieści trzy, co nie? ;)

Co się tyczy ideograficznego Pisma Jedwabnego, jest to najstarszy z anańskich rodzajów pisma, który wyszedł z powszechnego użytku już w starożytności, zastąpiony przez szereg alfabetów, by ostatecznie skończyć na uproszczonym półsylabiuszu. Nie mniej Pismo Jedwabne wciąż używane jest do pisania prostych informacji (coś jak znaki drogowe) oraz w aspektach rytualnych.

W kwestii Siuksów, nie wiedziałem której formy użyć, zwłaszcza, że niektóre nazwy się spolszcza a niektóre nie. 

“Przed nami widniejechyba, schowana pod złotym daszkiem szyba.” – tutaj chodziło mi o to, że bohater widzi coś, co wygląda jak szyba, ale jednocześnie nie jest pewien, czy to rzeczywiście szyba czy jednak coś innego.

 

NoWhereManie, dziękuję za komentarz. Anime staram się unikać, podobnie jak skojarzeń z konkretnymi kulturami… jednak nie zawsze się da, zwłaszcza, że jest to idealne narzędzie do opisywania świata przedstawionego (no dobra, obecnie rysuję do tego tekstu paramangowy obrazek, ale ciii).

W kwestii sztucznych ogni, obecnie chciałbym się nieco pobawić innymi rzeczami, ale skoro fajerwerki się spodobały, grzechem byłoby nie powrócić do nich w przyszłości. :)

No i cieszę się, że Lunatyczki wyszły jak trzeba. W dobie setek książek, filmów, gier, mam wrażenie, że coraz trudniej o coś naprawdę obcego.

 

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Nie je­stem na­to­miast pe­wien co do ko­niecz­no­ści pi­sa­nia cyfr w na­zwach jed­no­stek ope­ra­cyj­nych słow­nie. Je­że­li mamy Tan­go-czte­ry, to ka­ra­bin rów­nież po­wi­nien zwać się AK-czter­dzie­ści trzy, co nie? ;)

 

Napisałeś:

Odchrząkuję donośnie, parodiując głos prezentera telewizyjnego.

– Dodatkowe restrykcje dla wszystkich członków grupy operacyjnej Tango-4. Pod żadnym pozorem nie wchodzić na pokład anańskich statków i obiektów badawczych bez uprzedniej zgody centrali.

Z tego wynika, że w opowiadaniu słowa te padają w dialogu. Ciekawa jestem, jak wypowiadający tę kwestię artykułuje “4”. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W sumie całkiem fajny tekst, chociaż jak na mój gust przekozaczony. Dowcipkowanie w pewnym momencie na tyle mnie znużyło i zdekoncentrowało, że już jakoś niespecjalnie robiły na mnie wrażenie umiejętności Anaosa oraz podkreślanie po raz kolejny, jak to różny jest on od ludzi i jak to ludzie się mu dziwują (choć sam pomysł na “bo Inkowie…” – świetny!). Obecność ludzi w ogóle w akcji wydawała mi się kompletnie zbędna.

Na szczęście na końcu nastąpił przypis a wraz z nim ostatni, ale bardzo satysfakcjonujący, rozbłysk humoru. :)

Regulatorzy. Hmm, wybacz, ale wciąż nie rozumiem (do mnie trzeba czasem łopatologicznie). “4” czyli cztery. Czy jeżeli zakładamy, że każda liczba jest pisana słownie, to czy dotyczy to także nazw broni? Czy nie jest tak, że cyfra jako część nazwy własnej nie ulega zmianie? 

 

Ocha, dziękuję za opinię. Jak pisałem wcześniej, to mój drugi w pełni humorystyczny tekst, więc możliwe, że nie wszystko w pełni wyważyłem. Ale cieszę się, że ostatni żart się podobał. 

Obecność ludzi, hmm, ktoś musiał to opisać, i co najważniejsze, porównać do rzeczy, które znamy. ;)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Arhizie, jeśli w opowiadaniu będzie opis wojskowego magazynu i znajdzie się w nim zdanie: W pomieszczeniu składowano karabiny AK-43. – to wszystko OK.

Jeśli jednak dowódca nakaże podwładnym wziąć z rzeczonego magazynu wspomnianą broń, powie:

– Żołnierze, udajcie się do magazynu i pobierzcie karabiny AK czterdzieści trzy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W dialogach wypadałoby zapisać to, co bohater mówi. A nie mówi “4”, tylko “cztery”, “czwórka”, “czwarty” itp. Jeśli zamawiasz broń przez telefon, to jak wytłumaczysz, o który karabin chodzi? ;-)

Babska logika rządzi!

Witaj ARHIZ!

 

Czasami łyżeczka mnie nachodzi nie po to aby słodzić.

Dobry tekst. Taki z jajem, ale nie przesadzony. Puszczasz wodza fantazji ale trzymasz to w ryzach, w ramach konwencji scifi (z domieszką fantastyki?)

Poprzedniego tekstu z universum nie znam, ale ten rokuje dobrze :-)

Czytało się przyjemnie. Jest potencjał na więcej w tym universum.

Mój ulubiony fragment: "Słyszę głośne syknięcie. Z pyska złotego gada wysunęła się… świetlista włócznia. Taka czterometrowa i wyglądająca jak zrobiona z czystej plazmy. Chcesz latających spodków i laserów? Poczytaj science-fiction. Tutaj jest prawdziwe życie, kosmici latają na galerach i walczą wachlarzami oraz złotymi pikami."

Pozdrawiam!

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Regulatorzy, Finklo – teraz rozumiem! Nie miałem pojęcia, że tak to działa. :D

 

Mytrixie, cieszę się, że się podobało, tym bardziej, że pierwsze zdanie wzbudziło we mnie nieco niepewności. A przytoczony fragment również uważam za jeden z bardziej udanych. :)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne, wesołe opowiadanie. SF very light, Takie miało być i to się naprawdę udało. Do tego bardzo porządnie napisane. Pełnokrwista żołnierska narracja bez popadania w wulgarność. O takich tekstach mówi się, że ich autor miał lekkie pióro.

Znalazłem kilka nie podobających mi się drobiażdżków. Wymienię te nieco grubsze. Są ich tylko trzy.

Na początku opowiadania żołnierze otrzymują “restrykcje” nie wchodzenia do anańskich statków i obiektów. Słowo restrykcje ma określone znaczenia i żadne z nich tu nie pasuje. Ewentualnie dopuściłbym w tym miejscu słowo “instrukcje”. Gdyby nie to, że żołnierze nie dostają ani instrukcji, ani restrykcji. Żołnierze dostają rozkazy. Rozkaz może być także zakazem, np zakazem wchodzenia do obcych statków, czy baz, jak w opowiadaniu. Mówiąc krótko. Wyrażenie “dodatkowe restrykcje” na początku opowiadania zamieniłbym po prostu na “dodatkowe rozkazy”.

W opowiadaniu jest odwołanie do “Płonącej Żyrafy” Salvadora Dali. Malarz ten nie namalował takiego obrazu, aczkolwiek teoretycznie oczywiście mógł. Salvador Dali namalował “Płonącą żyrafę”. Ja doskonale rozumiem, że Autor obydwa słowa napisał z wielkiej litery, żeby jakoś wyodrębnić tytuł obrazu z reszty tekstu (skoro nie użył cudzysłowu). W tym przypadku jednak jest to mylące.

Określonym rodzajem pozaziemskich stworzeń w opowiadaniu są stworzenia nazywane Lunatyczkami. Dlaczego jest to pisane z wielkiej litery? Czy chodzi tu o imiona, narodowość albo miejsce pochodzenia? Nie, tu chodzi o określony gatunek, rodzaj itp. Powinno być pisane z małej, tak jak piszemy np “lwy” lub “ludzie”, nie zaś “Lwy” lub “Ludzie”.

Abstrahując od tych pierdół (smiley), powiem że bez wahania zagłosowałbym na bibliotekę, gdybym mógł. Pozdrawiam Autora!

 

 

“Ludzi” piszemy małą, ale “Ziemian” dużą. Zostawiłabym Lunatyczki jak są.

Babska logika rządzi!

Mjacku7235, dziękuję za komentarz. Ciesze się, że tekst przypadł do gustu. :)

Masz racje, dodatkowe rozkazy bardziej tutaj pasują. Płonąca żyrafa… jakoś nie zwróciłem uwagi. Zatem “Płonąca żyrafa” w cudzysłowie? Będzie wiadomo, że chodzi o obraz a jednocześnie mała litera pozostanie taka, jaka powinna.

Lunatyczka to nazwa własna, stąd wielka litera. Nie jest to gatunek, ba, nie za bardzo wiadomo co to jest. Można je traktować jak określenie ludu lub frakcji, np. Macedończycy, Chadecy.  

Również pozdrawiam!

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Przede wszystkim – szkoda, że nie zechciałeś poprawić błędów. Wciąż ich w tekście w cho… no, trochę.

Opowiadanie zdaje mi się trochę pastiszem sci-fi – jest widowiskowo i efektownie, jest ciekawy antagonista i niekonwencjonalnie walczący kosmita. I to w sumie ten kosmita, oraz jego relacja z ludźmi, najbardziej mi się spodobały.

Dynamizm akcji… W sumie jest, choć momentami nieporadny. Bohaterowie, poza wspomnianym kosmitą i, ewentualnie, Woo, raczej do zapomnienia. Zakończenie klasyczne, brakło mi w tym wszystkim jakiegoś większego zwrotu akcji.

Warsztat – średnio moim zdaniem.

Cóż… Nie ukrywam, że niezbyt mi się podobało.

 

Tyle ode mnie. Na koniec kilka błędów, które wypisałem, nie sprawdziwszy, że te przyuważone przez Reg raczyłeś zignorować (zorientowałem się przy “kiślu”).

I pomyśleć, że za dzieciaka bawiliśmy się, że powoduje on przeciążenia.

Chyba jednak inne słowo.

Coś co o kształcie puszki po kawie.

Chyba coś na podobę naszych haseł. Tak się nie mówi…

Statek nie ma żadnych silników ani nawet[-,] wspomnianego[-,] żagla, ale lecimy.

Zbędne przecinki. A poza tym, powtarzasz się z tym żaglem. Kilka akapitów wcześniej również zwracałeś na to uwagę.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Hej. Opowiadanie na plus. Jest ciekawy świat i zamysł na coś znacznie większego zapewne. Jest z luzem, dynamicznie i z rozbuchaną wyobraźnią. Lubię militarną s-f, chociaż tutaj science za wiele nie ma akurat.

Dla mnie to trochę jak zapis jakiegoś snu akcji w realiach space opery. 

Co mnie zastanawia. Hmm. Czy w tym świecie wydarzenia [utrata Ziemi na rzecz Lunatyczek, powrót Ziemian na rodzimą planetę (skąd wracają? prawdopodobnie z innych planet-kolonii) z nowymi sojusznikami na statkach z napędem protonowym] ​dzieją sią za kilka/kilkanaście lat od naszych czasów? Tak sugerują te odniesienia do i-phona, Mrówki Z, cospleya, niemieckiego techno itd. Czyli te wszystkie wydarzenia sprzed opowiadania rozegrały się w niedługim czasie w niedalekiej przyszłości? Bo jeśli w dalszej, to trochę za mało w tej przyszłości samej przyszłości. Po drugie. Jak rozumiem ci ziemscy żołnierze to sami młokosi, bo w języku i sposobie myślenia oraz zachowania nie przypominali starych wiarusów kosmicznych i dojrzałych mężczyzn. 

I na koniec małe pytanie w kwestiach językowych. 

Chyba coś na podobę naszych haseł.​ ​Ja słowa podoba w takim znaczeniu nie znam, może lepiej byłoby użyć na podobieństwo

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jest taki zwrot “na podobę”. Chyba kolokwializm, ale istnieje.

Babska logika rządzi!

Bardzo możliwe. Jakbym gdzieś słyszał to określenie ale brzmi dziwnie. Może nie przeszywa dreszczem tak jak kobieta po nagu ​ale również wytrąca mnie nieco ze świata przedstawionego.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmm, nie umieściłem tej “podoby”? Mnie też to mocno zgrzytnęło i nawet jeśli istnieje taki kolokwializm, jako taki rodzynek w tekście chyba nie ma racji bytu…

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Pod tymi linkami ludzie chcą strzelać za użycie tego słowa i nazywają je dziwolągiem. Ja będę delikatniejszy. Po prostu mi zgrzyta ale to tylko moja skromna uwaga.

Po przeczytaniu spalić monitor.

W podobie! Racja! Jedna moja koleżanka z podstawówki tak mówiła, ale nie mogłam sobie przypomnieć, jak to dokładnie było.

Babska logika rządzi!

Czyli jednak.

 

Ziemianie utracili swoją planetę wiele lat temu, lecz teraz, wraz z nawiązaniem międzyrasowego sojuszu, pojawiła się nowa nadzieja…

 

​Nie wiem co oznacza wiele w tym przypadku, ale jak już wspomniałem wyżej, trochę mnie te współczesne odniesienia (do i-phona, Mrówki Z, cosplaya, niemieckiego techno itd.​) mylą. Bo skoro to wszystko stało się dawno temu, Lunatyczki zdążyły przerobić Ziemię, żołnierze są bardzo młodzi, Ziemianie wracają (skąd wracają?) na rodzimą planetę, to te częste łączniki z teraźniejszością troszkę mi nie pasują. Czy za np. 40 lat ludzie będą pamiętać cosplaye albo techno niemieckie? Zwłaszcza młodzieńcy prawdopodobnie urodzeni po utracie Ziemi?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wiecie, “na podobę” to ja mówię no… na co dzień. Wy nie? [postaram się zmienić na “coś jak”] ;)

Ale o literówce w wypowiedziach po anańskiemu, to już nikt nie wspomniał. ;P

 

CountPrimagenie, dziękuję za opinię. :) Zdaję sobie sprawę, że niektóre rzeczy robię dość wolno, ale żeby od razu ignorowanie? [Co nie zmienia faktu, że faktycznie mógłbym edytować teksty szybciej] 

Po sprawdzeniu słowa “pastisz”, przypomniał mi się mój bardzo stary tekst, w którym to, w finalnej scenie, główny bohater ucinał sobie pogawędkę z antagonistą, a później jaskinia zaczęła się walić. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zarzucono mi odtwórczość (i brak logiki)! Przecież tak to fajnie wymyśliłem. ;) 

W kwestii “wspomnianego żagla”, dałem przecinki, ponieważ chciałem zrobić z tego wtrącenie, ale Twoja wersja jest lepsza. A powtórzenia celowe, autora śmieszą takie rzeczy. ;)

PS: Nigdy nie bawiłeś się, że międzygwiezdne skoki powodują przeciążenia?

 

Mr.marasie, cieszę się, że i Ty tutaj zajrzałeś. :) 

Zadajesz trudne pytania. Wolałbym coś w stylu “co działo się na planecie Anaosów w roku 2342 według ichniego kalendarza”. ;) Cóż, trochę czasu minęło, wystarczająco, by ludzie pozakładali sobie liczne kolonie, a nawet polecieli w okolicę Syriusza i (niechcący) obudzili Anaosów. 

Opisując Ziemian, przyjmuję dwa założenia:

  1. Ich kultura uległa wysyceniu i petryfikacji. Zauważ, że już dziś większość informacji nie ginie, a nowe trendy to głównie kolejne wariacje na temat starych lub jawny powrót do retro. Dlatego wychodzę z założenia, że nawet w roku 3000 będą cosplaye, niemieckie techno (Scooter Forever!) i fani Mrówki Z.
  2. Potrzebuję przynajmniej jednej całkowicie znanej, rozpoznawalnej dla czytelnika kultury jako źródła punktów odniesienia. Stąd naszym “kosmicznym merines z przyszłości” bliżej do nas samych, niż do naszych wnuków. Swoją drogą, Twoja dedukcja wywarła na mnie spore wrażenie. Tak, chłopaki z Tango to młodziki. Przeciwieństwem są rakieterzy z jednostki Alfa, zaprawieni w boju weterani.

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

@Finkla i pozostali. “Ziemianie” piszemy z wielkiej, tylko dlatego że są określeni w ten sposób poprzez swoje miejsce pochodzenia (w tym przypadku planetę). Z tego samego powodu piszemy np Europejczyk (z tym, że chodzi w tym przypadku o kontynent pochodzenia). Jeżeli w opowiadaniu przeczytamy “Lunatyczki” musimy założyć, że pochodzą one np z planety, czy układu gwiezdnego Lunatykos, czy jakoś tak. 

@ARHIZ. Chadecy to chrześcijańscy demokraci. Kategoria partii politycznej. Piszemy z małej. Chyba, że istnieje jakiś naród, plemię Chadeków, o którym nie słyszałem.

Mjacku7235, widocznie coś z tymi chadekami pokręciłem. ;) Co zatem sądzisz o “Lunatyczkach” jako plemieniu/narodzie? Bo jednak zwykła lunatyczka brzmi tak… zwyczajnie. Zupełnie jakby chodziło o kogoś, kto chodzi podczas snu. ;)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Fajne :)

Zadajesz trudne pytania. Wolałbym coś w stylu “co działo się na planecie Anaosów w roku 2342 według ichniego kalendarza”. ;) Cóż, trochę czasu minęło, wystarczająco, by ludzie pozakładali sobie liczne kolonie, a nawet polecieli w okolicę Syriusza i (niechcący) obudzili Anaosów. 

Opisując Ziemian, przyjmuję dwa założenia:

Ich kultura uległa wysyceniu i petryfikacji. Zauważ, że już dziś większość informacji nie ginie, a nowe trendy to głównie kolejne wariacje na temat starych lub jawny powrót do retro. Dlatego wychodzę z założenia, że nawet w roku 3000 będą cosplaye, niemieckie techno (Scooter Forever!) i fani Mrówki Z.

Potrzebuję przynajmniej jednej całkowicie znanej, rozpoznawalnej dla czytelnika kultury jako źródła punktów odniesienia. Stąd naszym “kosmicznym merines z przyszłości” bliżej do nas samych, niż do naszych wnuków. Swoją drogą, Twoja dedukcja wywarła na mnie spore wrażenie. Tak, chłopaki z Tango to młodziki. Przeciwieństwem są rakieterzy z jednostki Alfa, zaprawieni w boju weterani.

​Hmm. Troszkę mnie to nie przekonuje, tzn. ta cała petryfikacja kultury i cywilizacji. Jeśli naprawdę mówimy o stuleciach (ten rok 3000 to chyba tylko taki przykład?) to trudno sobie wyobrazić, żeby młodzi ludzie żyjący w tamtych czasach rzucali żartami i porównaniami do kultury XXI wieku. To tak jakby dzisiejsza młodzież opowiadała porównując w rozmowach i wspominając muzykę barokową, gry i zabawy z czasów Mieszka I. Albo szukała podobieństw do opisów postaci z kronik Galla Anonima lub wcześniejszych. 

Także uzbrojenie Twoich ziemskich żołnierzy jakby zatrzymało się w czasie na kilkaset lat.

 

Co nie zmienia faktu, ze opowiadanie bardzo fajnie się czyta i ogólnie jestem na plus.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Anet – cieszę się, że się podobało.

 

Mr.marasie – Patrząc na starożytny Egipt, nie jest to wcale takie nierealne. No i znów kwestia nośników i ich trwałości. A gdybyś tak miał dostęp do pełnego zakresu kronik Galla Anonima, w wersji kieszonkowej i z tłumaczem-lektorem? 

Mamy małe doświadczenie jeśli chodzi o cyfryzację, ale już teraz każdy zna Einsteina, ludzie oglądają Hitchcocka, ba, każdy kojarzy Troję i Odyseję. A ile to już lat minęło, prawda? Natrafiano na kultury paleolityczne, gdzie tworzono różne pięściaki i ozdoby identyczne niczym z fabryki, i to na przestrzeni dziesięciu tysięcy lat lub więcej. To, że mamy za sobą krótki, bujny wykwit wielu form nie znaczy, że ta bujność będzie trwać wiecznie, zwłaszcza, gdy porównamy ten okres z jakże jednostajną, stutysiącletnią historią naszego gatunku.

Ale nie będę ukrywał, podstawowym motorem do stworzenia właśnie takich ludzi była po prostu chęć używania swojskiej kultury jako wygodnego odnośnika. ;)  

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

I ten ostatni akapit z wyjaśnieniem przekonuje mnie najbardziej. Nie znam jeszcze innych tekstów z Twojego uniwersum (poza szortem o paproci). Może gdy poczytam więcej to wszystko wyda mi się bardziej uzasadnione. Skoro masz swoje powody i to w Twoich zamierzeniach i przemyśleniach współgra to ok. Ja sobie pomarudzę bo mnie te wstawki współczesne wydały się niepotrzebne, nieprawdopodobne w odległej przyszłości i jakby niepasujące do space opery w kosmosie. Skoro innym nie zgrzyta to znaczy, że ja zwyczajnie nie poczułem bluesa odnośnie tych wstawek.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Albo że inni nie zwrócili uwagi. Jednak czasami odwołujemy się do starej literatury. “Wielkieś mi pustki uczyniła w domu moim” zrobiło niezłą karierę.

Babska logika rządzi!

Tak. To akurat świetnie pasuje do wielu okoliczności. Wyprzedaż, rozwód, impreza nastoletniego dziecka itd. ;) Mi chodzi o to, że bohaterowie opowiadania słuchają niemieckiego techno, porównują kosmitów do bohatera XX bajki zamiast bajek im współczesnych, wspominają niszowe zjawisko kulturalne z naszych czasów, nazywają przedstawicieli obcej rasy ufokami (nawet teraz mało kto tak mówi), używają broni podobnej jak nasz GROM itd. A wszystko to w kosmosie za kilkaset lat (?) mówią młodzi ludzie, nieznający nawet swojej ojczystej planety. 

Tak jakby kultura, technika, cała cywilizacja stanęła w miejscu, jednocześnie latając w podprzestrzeni, podbijając inne planety i poznawszy przynajmniej dwie obce rasy w kosmosie.

No niedowiarek jestem jakiś. Tym bardziej że to fajny tekst, a ten zgrzyt w samej koncepcji świata przedstawionego psuje mi frajdę.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.marasie, muszę się zastanowić nad tym, co piszesz. Podczas tworzenia tekstu pomyślałem, że taka koncepcja przyszłych-teraźniejszych będzie fajna, jednak dostrzegam niekonsekwencję. Nadal uważam, że kultura może mocno petryfikować, czego dowodem jest wspomniany Egipt, jednak co postęp, to postęp – a mnie faktycznie wyszedł XXI wiek. Poza tym, muszę się przyznać, że po raz pierwszy wysyłałem moje “ufoki” w kosmos (serio nikt tak już nie mówi?) i w dodatku konfrontuję ich z ludźmi, o których napisałem może z dwa szorty, stąd możliwe, że jeszcze do końca nie wyczułem koncepcji. ;)

To, co na pewno chciałbym u ludzi zachować, to broń podobną do naszej (będzie wyjaśnione) i typowy dla nas styl życia (spanie w łóżkach, słuchanie radia, zakupy itd.).

A gdyby tak zrobić z niemieckiego techno odpowiednik naszej muzyki klasycznej? ;D

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Ja nie posądzam Ciebie ARHIZie o brak wyobraźni. Udowodniłeś w tym opowiadaniu, że wyobraźni Ci nie brakuje z pewnością. Tym bardziej dziwi mnie, że nie pokusiłeś się o jakieś głębsze uzasadnienie takiego stanu rzeczy w swoim świecie lub (co chyba bardziej prawdopodobne) nie zauważyłeś pewnej niekonsekwencji. Można przytaczać przykład Egiptu ale ostatnie stulecia pokazują dobitnie jak przyspieszyła na wszystkich możliwych polach nasza cywilizacja. Wydaje mi się, że tak znaczące bodźce jak spotkanie z obcą cywilizacją, wojna (ta zawsze daje kopa do przodu ludzkości) na kosmiczną skalę, podróże międzygwiezdne, kontakt z zupełnie odmienną technologia i kulturą, musi mieć wpływ na wszystkie dziedziny życia. Nie wierzę, że w Tango-4 zebrali się akurat sami młodzi koneserzy kultury XX wieku w mundurach space marines.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Odczucia po lekturze mam mieszane, choć w przeważającej mierze pozytywne. Więc od pozytywów zacznę: duży plus za obie rasy obcych, niesztampowe, oryginalne, a w przypadku Lunatyczek swoją obcością niepokojące. Do tego ciekawy mix motywów pierwszego kontaktu (który wcale nie jest taki pierwszy), powrotu na starą Ziemię i nawiązywania braterstwa broni.

Napisane sprawnie, choć w pierwszej scenie pojawia się trochę zbyt dużo nowych postaci naraz w dialogu, co powoduje zagubienie czytelnika. Nie rozumiem, do kogo John zwraca się “mandarynie” i czy następna fraza jest wypowiadana przez Lee (który wcześniej odchrząknął), czy jest komunikatem dowództwa. Trochę niejasne jest też wprowadzenie postaci tłumacza, chyba przez tę “świeżynkę”. Potem, gdy znamy już wszystkich protagonistów sytuacja się klaruje.

Główny grzech opowiadania to brak logiki w szerszym planie – ekipa wysłana celem rekonkwisty Ziemi wydaje się być przypadkową zbieraniną, nie mającą pojęcia o celu misji, naturze ich sojusznika i wrogów, zachowująca się przy tym sojuszniku jak słonie w składzie porcelany i w ogóle całkowicie zbędną, bo poza dowcipkowaniem, wystrzeleniem bez sensu serii pocisków i piciem zielonej herbaty nie robią nic. Jak na misję o tym znaczeniu, przygotowywaną od wielu lat – słabo. Widziałem w komentarzach wyżej, że argumentujesz to badaniami psychologicznymi, ale to uzasadnienie pozostaje w Twojej głowie i nie dzielisz się nim z potencjalnie upierdliwym czytelnikiem.

Czyżby chociaż jedna rzecz będzie jak w filmie?

– tu się coś posypawszy.

 

Chcesz latających spodków i laserów? Poczytaj science-fiction. Tutaj jest prawdziwe życie, kosmici latają na galerach i walczą wachlarzami oraz złotymi pikami.

– a to z kolei moje ulubione ;)

 

Mr.marasie – o Lunatyczkach planuję na razie jeden tekst. Z pewnością zastanowię się nad kwestią  kultury, technologii itd. Może uda mi wybronić część pomysłów, bo zgadzam się z Tobą, że trochę z tą petryfikacją kultury przesadziłem. ;)

PS: A myślisz, że jak wyglądała rekrutacja do Tango-4? Był test z XX i XXI wieku i przyjmowali tylko tych, co mieli 100% oraz rozpoznawali po trzech nutach wszystkie kawałki Scootera. ;D

 

Coboldzie, dziękuję za uwagi. :) Jak już pisałem wcześniej, możliwe, że za słabo skupiłem się na wyjaśnieniu, dlaczego żołnierze tak słabo znają cel misji. Bo, niestety, jeżeli autor nie zamieści jakiejś informacji w tekście, czytelnik nie zawsze może się tego dowiedzieć za pomocą telepatii (o czym autor czasem zapomina). ;)

Określenie “mandarynie” było skierowane do Lee. Komunikat od dowództwa też był czytany przez Lee. 

“Czyżby chociaż jedna rzecz będzie jak w filmie?” – tryb przypuszczający trudny. I pomyśleć, że w anańskim wystarczy dodać jeden prefiks. Co powiesz na: “Czyżby jednak znalazła się jakaś rzecz, która będzie/wygląda jak w filmie?”

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Cieszę się, że moje sugestie przemyślisz Arhiz. I cieszę się, że podchodzisz do uwag krytycznych z dystansem i humorem. No i broń swoich pomysłów! Kombinuj jak je uzasadnić i wpleść sensownie w swój świat. To może być ciekawe. Ale jakieś rzetelne wytłumaczenie petryfikacji powinieneś przemycić w tekście.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Może kurczowe trzymanie się kultury, którą utracili razem ze światem? Na nowym nie mają czasu na takie luksusy jak nagrywanie muzyki, więc słuchają starej?

Babska logika rządzi!

Finkla dobrze prawi. Może na kolonię z której pochodzą chłopaki z Tango-4 trafił pierwszy statek kolonistów i w archiwum uchowały się takie skarby kultury z przeszłości? Może była moda na wszystko co związane ze Starą Ziemią? Utraconą i owianą legendą? itd. itp.

Po przeczytaniu spalić monitor.

“Czyżby chociaż jedna rzecz będzie jak w filmie?” – tryb przypuszczający trudny. I pomyśleć, że w anańskim wystarczy dodać jeden prefiks. Co powiesz na: “Czyżby jednak znalazła się jakaś rzecz, która będzie/wygląda jak w filmie?”

“Czyżby chociaż jedna rzecz miała być jak w filmie?”

Niezbyt mi podeszło… W stu procentach podzielam zdanie CountPrimagen.

Nie mogłem się odnaleźć w wykreowanym przez ciebie świecie, nie czułem tego klimatu, dla mnie to był chaos.

Jednak są elementy, które sprawiły… coś w stylu wewnętrznego uniesienia. Łyżka… Odniesienie do technologii, odmienność rozwoju. Wzmianki o Inkach. Wyśmienicie to wyłożyłeś, bardzo mi się podobał ten element opowieści. 

Generalnie podobało mi się. Na plus dobrze oddany, kreskówkowy humor, połączony z oryginalną psychodelią. I nawiązania do Inków.

A na minus, że to bardzo prosta historia (choć broni się jako odcinek czegoś większego), można było bardziej coś pokręcić w takiej konwencji. Początek wydał mi się chaotyczny, trudno było śledzić kto wypowiada którą kwestię.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

https://arhiiz.deviantart.com/art/Sleepwalker-vs-Anaos-714600646?ga_submit_new=10%3A1510439567 – obrazek Lunatyczki i Anaosa. Że tak ujmę autoironicznie: jaki Salwador Dali, taka Płonąca żyrafa. ;)

 

Mr.marasie, mam już ukuty w głowie kolejny tekst, w którym, między innymi, spróbuję się zmierzyć z kwestią uzasadnienia. :)

 

Coboldzie, a nie dałoby się bardziej podkreślić przyszłość? Na zasadzie: “czy w sklepie będą babeczki?”. Bo o takie coś mi w tekście chodzi.

 

Karolu123, dzięki za komentarz. Szkoda, że nie podeszło, ale miło, że jednak jakiś aspekt przypadł Ci do gustu. :)

 

Lordzie Vedyminie, dziękuję za opinię. Kwestię początku i zgadywania kto jest kim będę musiał następnym razem lepiej rozplanować, zwłaszcza że poruszano to już tutaj kilka razy. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Powiem teraz komplement zawoalowany. ARHIZIE pisz, pisz ale nie maluj! ;) Naprawdę Fortuna dała Tobie jeden twórczy talent. Do pisania. I tego się trzymaj ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Skoro piszesz, że komplement – przyjmuję. :) Wiem, że to nie jest tak, że każdy zrobi wszystko tak samo dobrze, jednak ja z tych, co potrzebują różnych typów aktywności, nawet jeśli nie wszystkie im wychodzą. ;)

A teraz wracam do pisania. :D

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Taak, pisz. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka