- Opowiadanie: Zalth - Wisienki

Wisienki

Jak to było kiedyś?

A no tak. Opowiadanie napisane w 2013 i wrzucone na “zielony portal”. Kilka osób mówiło, żebym rozwinął historię. Nie udało się, inne rzeczy skutecznie mnie rozproszyły i opowiadanie leżało przez cztery lata w zakurzonym folderze.

Niech wraca do życia.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wisienki

 

*

Ocknął się z niespokojnego snu. W wysuszonych kacem ustach poczuł cierpki, owocowy smak, zmieszany z drożdżowym odorem przetrawionego alkoholu i spalenizną papierosów. Przekręcił się na drugi bok i przez opalone biodro śpiącej obok dziewczyny, sięgnął po stojącą na nocnej szafce butelkę wody. Sprężyny materaca zaskrzypiały cicho, jasnowłosa kobieta mruknęła z niezadowoleniem.

Usiadł na łóżku i pociągał solidny łyk z zalatującej plastikiem butelki.

– Która godzina? – spytała zaspanym głosem dziewczyna.

– Wczesna jeszcze, śpij. – Blondyna ściągnęła kołdrę i otuliła nagie ciało w biały kokon. Jaskrawe promienie poranka przedarły się miedzy zasłonami i zapłonęły na ścianach hotelowego pokoju łamanymi przez geometrię mebli liniami. Odstawił pustą butelkę i spod poduszki wyciągnął czarny, oksydowany pistolet. Sprawdził magazynek. Brakowało trzech naboi. Jak zwykle.

Wstał i poszedł do łazienki. Broń leżała na szklanej półce pod lustrem, kiedy mył zęby nad pożółkłym ze starości zlewem. Oddał mocz i wszedł do ciasnej kabiny prysznica. Długo stał pod chłodnymi strumieniami wody, próbując pozbierać w całość wspomnienia z ubiegłej nocy i wypłukać z ust dziwny posmak. Nie udało się. Kiedy zamykał oczy, był w skąpanym słońcem sadzie, wśród drzew oblepionych małymi, czerwonymi owocami.

*

Całe szczęście, czasy kiedy robiłam na ulicy, dawno już minęły. Teraz nie szukam nowych klientów. Nie biorę też zleceń z sieci, za duże ryzyko, że psiarnia się przypieprzy. Mam grupkę stałych i wiernych fanów, a oni zapewniają mi ochronę i niezłe źródło dochodu. Nie afiszuję się swoimi talentami, co sprawia, że poza wąskim, warszawskim półświatkiem nie jestem znana. Czasami robię wyjątek. Bardzo rzadko, w zasadzie tylko wtedy, jak poprosi mnie ktoś od Zadry.

Tym razem, był to jakiś znajomy Tomasza. Niewysoki, łysiejący staruszek około siedemdziesiątki, w niemodnych okularach, marynarce i wytartych dżinsach. Siedział zgarbiony przy stoliku i zapatrzony w poranny ruch na Marszałkowskiej, popijał kawę z papierowego kubeczka.

Bezpiecznie ukryta za parawanem anonimowości, skubałam frytki dokonując ostatniej oceny. Zawsze mogę się nie zgodzić. Co do chłopaków nie miałam wyboru, klient płaci to wymaga, ale jeśli chodzi o obcych, to mogłam odmówić nie podając powodu. Miałam spotkać się z nim wczoraj, ale przeszkodziło mi pilne zlecenie od Zadry. Zanim się pozbierałam było już rano, a Tomasz telefonicznie wiercił mi dziurę w brzuchu, że ten jego znajomy, to super pilny temat. Zdążyłam umyć się, przebrać i z powrotem na miasto.

Nie wiem dlaczego zdecydowałam się w to wejść. Byłam zmęczona, głodna i zła. Może nie miałam ochoty na kolejne telefony od Tomasza? Może miałam chwilę słabości? Nie wiem. Po prostu dojadłam zalatujące przepalonym olejem ziemniaki i wycierając utłuszczone ręce w wilgotną chusteczkę higieniczną, podeszłam do staruszka.

– Pan Jakub? – spytałam.

– Tak. – Zaskoczony zerwał się z krzesełka rozlewając kawę na dłoń. – Szlag – mruknął i stanął bezradnie z kubkiem w dłoni, patrząc jak krople brązowego płynu skapują z palców na podłogę. Z szuraniem serwomotorów pojawił się niewielki automat sprzątający, systematycznie wycierając mokre plamy z lastrykowej posadzki.

– Kasia – przedstawiłam się zmyślonym imieniem, podając mu wyciągniętą z torebki chusteczkę.

– Napije się pani kawy? – spytał, wycierając drżące, poznaczone zmarszczkami ręce. Poprzez intensywne zapachy fast food’ów poczułam wodę kolońską i coś jeszcze, jakby kwaśną woń przetrawionego alkoholu. Podkrążone oczy i blada cera staruszka potwierdziły moje podejrzenia, że wczoraj musiał dać w palnik.

– Nie, dziękuję. Od tego syntetycznego świństwa dostaję sraczki. – Rozdrażniona porannym zmęczeniem odmówiłam chyba trochę zbyt obcesowo, sądząc po jego zmieszaniu.

– To może pani usiądzie? – Wskazał na plastikowe krzesełko. Zajęłam miejsce po przeciwnej stronie stolika.

– Nie bardzo wiem jak to się załatwia… – zaczął, miętosząc brudną chusteczkę.

– Niech pan po prostu pyta – westchnęłam, setki razy przerabiałam ten rytuał.

– Hm… No dobrze. To ile to będzie kosztować? – wypalił z zakłopotaniem. Patrząc na wyświechtane ubrania można było dojść do wniosku, że kwestie finansowe mogą mieć dla staruszka istotne znaczenie.

– Dwa tysiące. Gotówką. Połowa teraz. – To zaporowa cena, ale dobry pomysł na to, żeby sprawdzić jak bardzo zdeterminowany jest klient.

Spojrzał znad okularów jakby coś kalkulując. W antyrefleksyjnych szkłach zamajaczyły moje rudowłose odbicia.

– Na Żelaznej biorą osiemset – powiedział drapiąc się w policzek. Zaczynałam się irytować. Chryste Panie, Tomasz kogo mi tu przysłałeś? Jeszcze się dziad targuje.

– To idź pan na Żelazną, albo na ulicę. – Wiedziałam jaką opinią cieszą się rządowe firmy. Jak długa jest kolejka, ile papierów trzeba wypełnić i że bez solidnej łapówki formularze utkną na nieokreślony czas w trybikach biurokratycznej machiny. No i nawet, jak już dojdzie co do czego, to gryzipiórki mogą później zadawać niewygodne pytania. A ulica… No cóż, to ulica. Najłatwiejszy sposób na złapanie jakiegoś syfa. Ja byłam czysta, dyspozycyjna, profesjonalna, a co najważniejsze, dyskretna. Dlatego miałam takie stawki.

– Dobrze, już dobrze. Strasznie pani drażliwa – powiedział pojednawczo, ale z lekkim wyrzutem. – Niech będzie dwa tysiące. Musze tylko iść do bankomatu.

 

*

Leżał na hotelowym łóżku dopijając resztki taniej wódki i bezmyślnie przerzucał holowizyjne kanały. Dziwka poszła jakieś dwie godziny temu. Zanim to zrobiła, obciągnęła mu pod prysznicem. Zapłacił dodatkowe dwie stówy, mimo jej zapewnień, że wszystko jest uregulowane z góry. Rzadko spotykał takie uczciwe kurwy.

Rozlewający się po tętnicach alkohol przyjemnie tłumił pulsujący w skroniach tępy ból przepicia. Oparł się wygodniej na poduszkach i zamknął oczy. Drobną, dziecięcą rączką sięgał po czerwone owoce oblepiające nisko zawieszone gałęzie.

Z zakamarków pofałdowanej pościeli zagrała przytłumiona melodyjka komórki.

– Tak? – Odebrał niespiesznie, po kilku sygnałach.

– Witaj Barthelemy. – Zadra miał tendencje do używania angielskich wersji polskich imion. Jak nie było takiego zamiennika, to sam cos wymyślał. – Jak się czujesz?

– W porządku.

– Jak wczoraj poszło? Bez kłopotów?

– Chyba tak.

– A Sylwia?

– Jest spoko.

– Oczywiście że jest „spoko”, w końcu dysponuję towarem najwyższego sortu. Dobrze, skoro już skończyłeś zaspokajać swoje fizyczne potrzeby, to przyjedź do mnie chłopcze. Jest sprawa do omówienia.

 

*

W milczeniu jedziemy do Otwocka linią napowietrznej kolejki magnetycznej. Siedzimy obok siebie w zatłoczonym wagonie. Za szerokimi oknami śmigają szare bryły blokowisk Pragi. Ze słuchawkami na uszach przeglądam jakieś nieistotne newsy na smartfonie. Czuję jak Jakub wierci się na wąskim siedzeniu i od czasu do czasu obcina na mnie z boku. Kiedy na niego spoglądam, odwraca wzrok, jakby speszony.

Kolejka zatrzymuje się na ostatniej stacji strefy miejskiej, dużo osób wysiada, robi się trochę luźniej. Rozsuwane drzwi zamykają się z cichym klaśnięciem podwójnego uszczelnienia i po chwili zawieszone na magnetycznych poduszkach wagoniki płynnie nabierają prędkości. Wzniosłe mrówkowce miasta znikają, zastąpione przybranymi wiosenną zielenią pustkowiami strefy. Porośnięte krzakami ruiny otaczają Warszawę szerokim na kilka kilometrów kręgiem. Patrzę w dół, przez pokrytą kropelkami przelotnego opadu szybę, na pędzące pod linią maglevu samochody. Dwupasmową drogę ochraniają wysokie na trzy metry, betonowe ekrany. Strefa tak szybko jak się zaczyna, kończy się ciemną ścianą wysokiego, mieszanego lasu.

Otwock Centrum – informuje mechaniczny głos kolejki, poprzedzony przyjemnym dla ucha ding–dong. Daje znak Jakubowi i wysiadamy na zadaszonej kopułą stacji. Sterylna czystość aż kłuje w oczy, w porównaniu do brudnoszarej rzeczywistości zatłoczonego śródmieścia. Proszę państwa, witamy w innej bajce! W opowieści o tym, jak ciężka i sumienna praca pozwoli ci kupić od korporacji mieszkanie, w którym dożyjesz końca swoich szczęśliwych dni, pod warunkiem, że twoje dzieci też będą pracować ku jej chwale i potędze. Otwock, otoczony pozornym spokojem wypełnionego pułapkami lasu, kojarzył mi się ze złotą klatką dla najdroższych sercu korporacji ptaków, wylęgarnią mięsa armatniego dla finansowej machiny.

Uzbrojony strażnik, po sprawdzeniu mojej karty lokatora, z dziwnym uśmiechem wpuszcza nas na teren osiedla. Parę razy widział mnie z różnymi facetami i teraz wiadomo, co sobie myśli. Mam to w dupie. Jak powie tylko słowo, chłopaki od Zadry wytłumaczą mu zasady dobrych manier.

Nie spotykam się z nowymi klientami w ich lokalach. Nie czuję się bezpiecznie. Specjalnie na takie chałtury kupiłam mieszkanie w nowym budownictwie, po drugiej stronie aglomeracji warszawskiej. Stać mnie, chociaż kiedyś nie było tak wesoło. Dzieci skazanych za cyberprzestępstwa dysydentów politycznych nie mają lekko. W rzeczywistości, gdyby nie moje specjalne umiejętności, to nigdy nie miałabym szansy zamieszkać w takim miejscu. Za niski status społeczny.

Idziemy przez osiedle brukowanymi alejkami. Ustawione w szeregach, schludne, trzy– i czteropiętrowe bloki, sosnowe przyczółki lasu wpełzającego między budynki, zraszane trawniki i wygodne, rodzinne bryki na parkingach. Bez względu na czasy, samochody typu „van” to chyba stały wyznacznik zamożnej klasy średniej, a dla mnie dobra reklama. Taka bezpieczna okolica robi pozytywne wrażenie na klientach, uspokaja. Ludzie raczej niechętnie wybraliby się do slumsów Bemowa żeby ubić interes.

Wchodzimy do małego mieszkania na trzecim piętrze jednego z bloków. Te dwa pokoje z kuchnią to moja inwestycja i polisa na starość. Wskazuję mu drogę do salonu, gdzie urządziłam moją skromną „pracownię”. Pomalowany w pastelowe barwy pokój, kilka mebli, i dwie wygodne leżanki a’la spa, takie z wycięciami na twarz. Zaciągam rolety, zapalam kadzidełko i puszczam relaksującą muzykę. W ten sposób podejmuję tylko nowych klientów. Stałych bywalców takie bzdury nie obchodzą. Wpadają, robią swoje i pa, pa. Kadzidełka tworzą nastrój tajemniczości i mistycyzmu. I o dziwo, to działa. Moja koleżanka po fachu, Anka podpowiedziała mi ten trik. Na początku nie bardzo chciałam w to wierzyć, ale okazało się, że te znachorskie sztuczki naprawdę mają wzięcie. Jakby w mojej robocie była jakaś doza romantyczności… W każdym razie, klienci czują się lepiej jak widzą te szamańskie klimaty.

– Niech pan się rozbierze – mówię, ściągając kurtkę.

– Do naga? – spytał zaniepokojony.

– Wystarczy góra.

– Czy to konieczne?

– Nie, ale w razie czego oszczędzi pan sobie prania ubrań – wygłaszam mentorskim tonem, wyciągając z szafy metalową walizkę ze sprzętem.

– Dlaczego miałbym to robić?

– Bo czasami można się porzygać – kwituję krótko. Popatrzył z obrzydzeniem na pokryte zmywalnym materiałem kozetki. Nie mówię mu o tym, że ma już swoje lata, że może dostać zawału, udaru, zapaści, albo porażenia nerwowego i lepiej, żebym wtedy nie musiała się przebijać z aparaturą reanimacyjną przez warstwy ciuchów. Niech się nie denerwuje.

Rozebrał się do pasa, starannie układając ubrania na krzesełku.

– Czy mam teraz powiedzieć o co chodzi? – spytał nieśmiało.

– Wszystko po kolei, najpierw niech pan się położy. – Wskazuję na leżankę. – Zrobimy kilka testów, muszę dostroić sprzęt, sprawdzić czy w ogóle dam radę coś zrobić. – Pod wycięciem kozetki ustawiam błękitne, plastikowe wiaderko. – Jak by się panu zrobiło niedobrze, proszę skorzystać.

Podłączam przyssawkami diagnostyczne rezonatory do jego głowy i karku. Nigdy nie wiadomo gdzie to cholerstwo siedzi, na przykład mój „anioł stróż” znajduje się tuż za lewym uchem. Na ulicy krążą plotki o agentach rządowych ze sprzętem, który podobno potrafi wejść do systemu operacyjnego na odległość. Ja, póki co, z taką techniką się nie spotkałam, bazuję na starych, sprawdzonych metodach.

– Proszę się zrelaksować i niech pan pomyśli o czymś przyjemnym. Jak doliczę do trzech może pan poczuć lekki zawrót głowy. Raz, dwa, trzy…

Mijają minuty, wydaję mu różne polecenia obserwując odczyty na ekranie komputera. Zmieniam natężenia rezonansu aż do momentu uzyskania stałych odczytów. Jest, starszy model, Siemens–Biotechnics MK2, siedzi sobie spokojnie u podstawy czaszki, oplatając system nerwowy grafenowymi wiciami grubości kilku atomów węgla.

„Alotropowe ziarno karbonu/ Zasadzone w ogrodzie synaps/ Pożerające myśli gębami pędów/” – jak to śpiewał Joe Harris, zanim wsadzili go do psychiatryka.

– No dobrze, może pan wstać, odpocząć chwilę. Wygląda na to że z chipem wszystko w porządku. To co robimy? – Uśmiecham się, chyba pierwszy raz dzisiaj.

– Chcę coś wymazać… – Bułka z masłem. Codzienna rutyna. Ludzie fałszują lub usuwają z implantów medycznych różne dane. Stan zdrowia, historie przebytych chorób, stwierdzone wady genetyczne. Ja najczęściej usuwam monitoring pracy mózgu, zanim neurochip złoży dobowy raport do centralnej jednostki systemu opieki medycznej. Moim chłopakom bardzo to odpowiada, zwłaszcza od kiedy Rzeczpospolita Polska dopuściła zapisy z implantów jako materiał dowodowy w sprawach sądowych. – …z pamięci.

Kurwa. Tomasz, kogo mi tu przysłałeś?

Dlatego nie lubię nowych klientów. Różni się trafiają, od niegroźnych ćpunów czy zboczeńców, do wariatów naprawdę ciężkiego kalibru typu mordercy, gwałciciele, kanibale, i chuj go wie kto jeszcze. Pojebów na tym świecie jest aż nadto, a ja nie jestem jakimś pierdolonym konfesjonałem w którym Bóg odpuszcza grzechy, waląc w ich neurotransmitery elektrycznymi impulsami.

– Proszę, niech pani mi pomoże. – Zauważył moją zdegustowaną minę – Ja już tak dłużej nie mogę.

– Muszę zadzwonić – mówię wymijająco.

Zabieram z kurtki paczkę szlugów, telefon i idę do drugiego pokoju.

– Dorzucę tysiąc złotych. – Słyszę jak za moimi plecami błagalnym tonem podbija stawkę. Słabe masz karty koleś, słabiutkie. 

Zamykam drzwi, wybieram numer i paląc papierosa czekam na połączenie.

 

*

Kamienica Zadry na Powiślu to prawdziwa forteca. Dla laika, to po prostu kolejna stylizowana na drugą połowę dziewiętnastego wieku budowla, może trochę lepiej utrzymana od otaczających ją budynków. Dla fachowca, to odizolowany od reszty dzielnicy bastion jednego z najpotężniejszych ludzi w mieście. 

Bartek nie lubił tu przyjeżdżać. Musiał ubierać się w te niewygodne garnitury, na punkcie których Zadra miał jakiegoś świra. Jako prosty chłopak ze slumsów Ursynowa wolał luźne spodnie i obszerną bluzę z kapturem.

Podjechał pod bramę. Po zeskanowaniu siatkówki ochrona wpuściła go na dziedziniec kamienicy. Drugi raz sprawdzali go w holu na dole. Trzeci raz, jak wysiadł z windy na czwartym piętrze. Potem był już tylko osobisty ochroniarz Nadrowskiego, który skinął porozumiewawczo głową i otworzył przed nim drzwi do apartamentu.

– …to będzie ze trzy tysiące opakowań! – Usłyszał w korytarzu głos zirytowanego Majewskiego, prawej ręki szefa.

– Drogi Tomaszu, tylko poprzez wyzwania możemy się realizować – odpowiedział spokojny głos Zadry.

Przestronny gabinet wypełniało wpadające przez wysokie okna dzienne światło i unoszące się w powietrzu smugi tytoniowego dymu. Nadrowski siedział za szerokim jak stół do biliarda biurkiem, trzymając w rękach spodek i porcelanową filiżankę. Jeden z dwóch skórzanych foteli zajmował Majewski. 

– Dzień dobry – przywitał się Bartek.

– O! Jest nasz hitman! – Ucieszył się Zadra. Chłopak nie bardzo wiedział o co mu chodzi. Szef był stary, ciągle oglądał jakieś archaiczne filmy i używał słów, jakich normalni ludzie nie rozumieli. Ale póki dobrze płacił wszystko było O.K. – Nalej sobie czegoś Barty my boy, rozgość się.

Ustawiony pod ścianą barek zdobiła bateria najróżniejszych flaszek. Nie znał większości marek alkoholi, nie był w stanie nawet odczytać niektórych dziwnych znaków z etykietek. Z ulgą odnalazł butelkę polskiej wódki. Nalał do szerokiej szklanki prawie setkę gorzały i dopełnił praktycznie niedostępnym w Warszawie sokiem pomarańczowym. Wyschnięty kacem, łapczywie wypił pierwszy łyk kwaśnego drinka. 

– Szefie, to duże zamówienie, nie wiem czy będzie z czego robić – perorował Tomasz z papierosem w dłoni.

– To zadzwoń do Poznania, może coś im zostało z poprzedniej partii. – Starszy mężczyzna w dystyngowany sposób upił łyk z filiżanki. – Zmielisz, wymieszasz, doprawisz i wyślesz dalej. To podstawy prowadzenia interesów w tej branży, które już dawno powinieneś opanować

– A ludzie?

– Co ludzie?

– Nie mam kim robić.

– To podkup kogoś.

Bartek usiadł w wolnym fotelu, stojącym w plamie wpadających przez okno promieni. Spojrzał w jaskrawe słonce i zamknął oczy. Biegł po nagrzanym letnim słońcem trawniku trzymając w koszyczku z dłoni małe, czerwone owoce.

Komórka Majewskiego odezwała się natrętnym dzwonkiem elektronicznej melodyjki. Mężczyzna nawet nie spoglądając na ekran odrzucił rozmowę.

– Sęk w tym, że nie bardzo jest kogo – powiedział skrzywiony, zaciągając się papierosem. – Przynajmniej nie za taka kasę żeby się opłacało.

– To znajdź jakoś tanią i niewykwalifikowaną siłę roboczą na ulicy.

– Popsują towar.

– No i co z tego?

– No nie wiem, Pietja nie będzie zadowolony.

Thomas, my dear friend, Rosjan nie stać na inny towar. Dogadałem się w tej kwestii z Horstem. Jak Rybakow chce dalej prowadzić interesy w podkarpackiej zonie, to będzie potrzebował naszych blokerów radiacyjnych. Nie ma wyjścia, najwyżej może się potargować. O właśnie! Jeżeli nasz kolega będzie miał jakieś obiekcje, to daj mu zniżkę, będzie wniebowzięty.

– To dalej nie rozwiązuje problemów. Mam zbyt małe moce przerobowe jak na tyle zleceń.

Zadra westchnął z ledwo wyczuwalną irytacją.

– Tomasz, nie obarczaj mnie swoimi problemami, tylko je rozwiązuj. O ile pamiętam, to chyba właśnie dlatego płacę ci całkiem niemałe wynagrodzenie. Liczę na to, że w najbliższym czasie rozwiążesz kwestię braków kadrowych.

– Spróbuję.

– Cytując wielkiego filozofa, powiem krótko: „Do. Or do not. There is no try”. – wyrecytował Nadrowski po czym upił kolejny łyk kawy z filiżanki. Niezadowolony Majewski nerwowym ruchem zgasił papierosa w trzymanej w ręku popielniczce. Natrętna komórka odezwała się po raz kolejny, tym razem krótkim dźwiękiem powiadomienia o nadchodzącej wiadomości.

– Przepraszam, muszę oddzwonić – powiedział z pewną ulgą Tomasz, spoglądając na ekran smartfona. – Pilna sprawa.

– Jasne. Odezwij się po południu.

– Dobrze. – Majewski kiwnął głową i z aparatem przy uchu wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Zadra odczekał chwilę, aż umilkną kroki na korytarzu. Wstał i podszedł do okna.

– Czytasz coś, Barty? – spytał, wpatrzony w obsypane wiosennymi pąkami uliczne drzewa. Jakimś cudem jeszcze kilka ich ocalało w tej dzielnicy.

– Znaczy się książki? – odparł niepewnie chłopak, aby zyskać na czasie. Nie lubił jak szef wpadał w taki filozoficzny nastrój. Zadawał wtedy dziwne pytania.

– Tak, książki.

– Nie mam czasu. – W życiu nie przeczytał nic więcej poza paroma komiksami i kolumną sportową w necie.

– A szkoda. Kiedyś we Włoszech żył pewien człowiek, nazywał się Machiavelli. Wiesz gdzie są Włochy, Barty?

– Na południu, za Ochotą – odpowiedział młody mężczyzna z niezachwianą pewnością.

Nadrowski odwrócił się i obrzucił go dziwnie rozbawionym spojrzeniem. Lubił tego sumiennego łobuza, ale nie miał teraz nastroju, aby tłumaczyć położenie kraju, którego od piętnastu lat nie było na żadnej aktualnej mapie politycznej.

– Tak, masz rację. Na południu chłopcze – westchnął i pokiwał głową. – No więc ten Machiavelli żył w bardzo ciekawym okresie, jakby ci to powiedzieć, w czasie takiej miejscowej wojny gangów. Ludzie umierali od noży, trucizny i Bóg wie czego jeszcze. No i ten właśnie facet, napisał książkę, o tym, jak sobie radzić w takim chaosie. Bardzo mądrą książkę… Ale nigdy nie doszedł do władzy. Wiesz dlaczego?

– Stuknęli go?

– Nie. Przegrał, bo nie przestrzegał własnych zasad. – Zadra podszedł do biurka i wypił łyk kawy. – Jego sympatie przesłoniły mu prawdziwe cele. Powiedz Barty, co byś zrobił jakbyś się dowiedział że twój najlepszy kumpel sypia z twoją kobietą?

– Nie wiem, nie mam kobiety na stałe. – Jego relacje damsko–męskie ograniczały się do kilku przelotnych zawiązków jeszcze w blokowiskach Ursynowa. Od kiedy pracuje dla Zadry wolał panienki na godziny. Mniej człowieka absorbują i taniej wychodzą.

– Mądrze. – Starszy mężczyzna pokiwał głową. – Zawsze jeden czuły punkt mniej. Ujmę to inaczej. Co byś zrobił, jakby twój bliski współpracownik podbierał ci klientów?

Bartek może nie wiedział gdzie są Włochy, ale twarde życie na ulicy co nieco go nauczyło. Dopił drinka i postawił szklankę na mahoniowym stoliku. 

– Jest jakiś problem z Tomaszem? – spytał.

– I za to cię lubię chłopcze. – Uśmiechnął się Nadrowski. – Od razu przechodzisz do sedna sprawy. Tak, jest problem. A raczej, to pan Majewski sam sobie ich narobił próbując robić lewe interesy z moimi klientami. Myśli, że jest bardzo samodzielny…

– Mam go stuknąć?

– Nie, jeszcze będzie mi potrzebny – Zadra podszedł ponownie do okna i skupił wzrok na zamglonych sylwetkach wieżowców Śródmieścia. – Poza tym jak mawiał mistrz: „Okrucieństwo i terror należy stosować, ale rozsądnie i tylko w miarę potrzeby”. Na razie, trochę przemeblujemy mu światopogląd.

 

*

Dwie pierwsze rozmowy odrzuca. Przy trzecim połączeniu na linię wskakuje komunikat poczty głosowej. Szlag. Czekam i palę następnego papierosa. Dzięki Bogu, są jeszcze ludzie, którzy uprawiają tytoń i mogę sobie teraz spokojnie puścić dymka.

W końcu oddzwania.

– Co jest? – Słyszę zirytowany baryton Tomasza.

– Co to kurwa, ma być? – wyrzucam słowa z szybkością karabinowych serii.

– Co?

– Gówno! Kogo mi tu kurwa, przysłałeś?

– Spokojnie.

– Jak, kurwa, spokojnie? Nadałeś mi tu jakiegoś obcego dziada do wyczyszczenia i mówisz żebym się uspokoiła?

– Koleś jest w porządku, tylko ostatnio coś mu odbiło i trochę popija.

– Chuj mnie to obchodzi!

– Wiśnia, czego się rzucasz? – Taką mam ksywkę u chłopaków Zadry. Nawet mi się podoba. Lubię wisienki, mają charakter. Są ładne i błyszczące na zewnątrz, ale czasami cierpkie w środku, zupełnie tak, jak ja. Przypominają mi wakacje u dziadków, kiedy jeszcze nie wprowadzili kontroli upraw. Sadu już nie ma, a drzewa, poza hydroponicznymi kopułami rodzą tylko zatrute owoce. – Mam dla ciebie propozycję. – Teraz będzie próbował mnie ułagodzić. – Jak go zrobisz, to daruję ci dziesięć procent długu.

Nie muszę przeliczać, robiłam to setki razy. Procenty, ułamki, raty, odsetki, tysiące, miliony. Doskonale wiem, ile to jest dziesięć procent z kwoty, której pewnie nie spłacę do końca życia.

– Kto to jest? – pytam, już trochę spokojniej.

– Czy to ważne?

– Nie, kurwa. Po prostu chce go dorzucić do znajomych.

– Gotuje dla mnie – przyznaje niechętnie. Tomasz inwestuje w wiele mniej lub bardziej legalnych interesów, a ja ciągle dowiaduję się przypadkiem o jakiś nowych.

– Chemik?

– Lepiej, doktoryzowany farmaceuta – odpowiada z dumą.

– To znajdź sobie innego, albo wyślij go do jakieś śpiocha.

– Ja pierdolę, Renata! Łapiduchy zrobią mu sieczkę z mózgu! – podnosi głos. Już widzę jak wstaje i krąży po pokoju niczym zwierzę w klatce przeczesując ręką gęste, ciemne włosy. – Nie mam czasu, żeby szukać nowego kucharza, bo za trzy dni ruscy przyjadą po dostawę. Potrzebny mi ten, sprawny i w pełni władz umysłowych. Facet pije od tygodnia. Wczoraj nawalił się jak stodoła i zmarnował całą partię towaru, a chuj go wie co jeszcze nawywijał wcześniej. I tak cholernie ryzykuję opychając te dropsy. Wiśnia, jakbym nie musiał, to bym cię nie prosił.

– Po co ta szopka? Trzeba było mi powiedzieć wcześniej.

– Nawet byś go nie obejrzała.

– Wkurwiasz mnie.

– Nie, po prostu cię znam.

Ma rację. Jakbym wiedziała, o co chodzi w ogóle nie ruszyłabym się z domu. Na pewno nie po to, żeby po tak zjebanej nocy znowu komuś grzebać we łbie. Przerabiałam to kilka razy na chłopakach Zadry i zawsze później ciężko chorowałam.

– Zadra o tym wie?

– Wie, ale nie wszystko. – No ładnie Tomuś, kręcisz lody na boku czy znów coś spierdoliłeś? Tak czy inaczej, ja muszę ci ratować dupę.

– Dwadzieścia pięć – mówię obojętnym tonem, oglądając paznokcie. Lakier odpryskuje, będę musiała pomalować jeszcze raz.

– Bez przesady, aż tak bardzo go nie cenię. Piętnaście. – W jego głosie słyszę jakby ulgę. – I zabiorę cię na kolację do „Magnaterii”.

– Sam sobie obciągnij. – Nie miałam ochoty na romantyczne zaloty, poza tym nie mam szesnastu lat, żeby imponowała mi droga bryka i wypad do ekskluzywnej knajpy. – Dwadzieścia procent, albo będziesz się tłumaczył przed wściekłymi Rosjanami.

– Suka z ciebie.

– Nie, po prostu cię znam.

Zastanawia się, wśród szumów słuchawki słyszę w tle jakąś muzykę.  

– Dobra, niech będzie dwadzieścia, ale to moje ostanie słowo – oznajmia ponurym tonem. Wie, że trzymam go za jaja. – Do jutra ma być na chodzie, bo jak nie, inaczej porozmawiamy.

Rozłącza się. Gaszę niedopałek w metalowej popielniczce.

 

*

Przed wyjazdem ze Śródmieścia Bartek napotyka blokadę. Zagrożenie inwazją, jak i atakami anarchistycznych bojówek Armii Wolnego Umysłu jest wciąż realne i policja od czasu do czasu organizuje posterunki kontrolne w różnych lokacjach miasta. Tym razem, to patrol mieszany razem z wojskowymi. Na kawałku wolnej przestrzeni pod wiaduktem stoi miejska wersja rosomaka, kilku żołnierzy z długą bronią i oparty o betonowy słup huzar.

 Wysoki na dwa i pół metra egzoszkielet kryje w sobie ciało żołnierza z jednej z najbardziej elitarnych jednostek w kraju. Sterowane za pomocą sprzęgu z implantem Cybernetyczne Opancerzenie Bojowe, to marzenie prawie każdego dzieciaka, który oglądał „Czterech Pancernych”. Pamiętał jak razem z bratem czekali z niecierpliwością na każdy nowy odcinek serialu. Opowieść o grupce huzarów, walczących z chińskim okupantem o wolną Syberię, biła rekordy popularności. Znał na pamięć wszystkie dialogi i parametry pancerzy. Ten tutaj, to tak naprawdę przerobiony starszy model amerykańskiego Goliata, podarowany polskiej armii w ramach demobilu. W końcu nie zostawia się sojuszników bez pomocy.

Chroniony kewlarowymi osłonami policjant podchodzi do samochodu. Głowa uzbrojonego w pojedyncze oko czujników cyklopa odwraca się w ich stronę. Przez plecy Bartka przebiega nieprzyjemny dreszcz. Wystarczy ułamek sekundy, żeby zamontowany na wspomaganym pancerzu arsenał zrobił z samochodu dymiący wrak.

– Kontrola drogowa. Proszę opuścić szybę.

Chłopak posłusznie wykonuje polecenie, a gliniarz zbliża do jego głowy cylindryczny czujnik.

– Nazwisko – mówi beznamiętnie policjant, dokując weryfikacji danych z implantu, wyświetlonych na wewnętrznej powierzchni plastikowej przyłbicy.

– Bartłomiej Kozioł.

– Co pan wiezie?

– Sprzęt serwisowy, części, drabinę i inne narzędzia.

– Gdzie pan jedzie?

– Na Bielany.

– Po co?

– Mam dokonać przeglądu detektorów radiacji.

– Dobrze proszę otworzyć tylne drzwi.

Gliniarz pobieżnie przegląda zgromadzone na pace firmowej furgonetki graty i wali dłonią w karoserię na znak, że można jechać dalej.

Z uśmiechem ulgi zdobiącym kąciki ust, chłopak ostrożnie włącza się do ruchu i skręca w odpowiedni rozjazd. Bez problemów przejeżdża przez wypełniony strzelistym lasem nowych wieżowców Marymont i skręca na opustoszałe Bielany. Stare, jednorodzinne domy wyraźnie kontrastują z betonowymi mrówkowcami reszty miasta. Wiele budynków stoi opuszczonych, część zdemolował czas i bombardowania. Ponure bryły straszą pustymi oczodołami okien. Większość z nich przeznaczona jest do rozbiórki, ale póki co, nie ma potrzeby budowania nowych bloków, fala uchodźców drastycznie się zmniejszyła w ciągu kilku ostatnich lat. Zapewne dlatego, te tereny wchłonie wciąż rozrastająca się północna strefa przemysłowa miasta. Kanciaste kompleksy fabrycznych hal majaczą na horyzoncie, górując nad okolicą dymiącymi kominami Huty.

Oprócz kursujących w tumanach kurzu ciężarówek z gruzem, ruch uliczny jest niewielki. Bartek bez problemu znajduje właściwy adres.

Otoczony wysokim płotem dwupiętrowy dom stoi wśród niewysokich drzew. Ze schowaną w serwisowej torbie bronią pochodzi do zamontowanego przy furtce dzwonka. Na jego dźwięk gdzieś we wnętrzu domu rozlega się ujadanie psów.

Furtka jest otwarta. Podchodzi do wzmacnianych drzwi i kilkukrotnie stuka w zimną blachę. W środku słychać tylko zajadłe szczekanie. Chyba nikogo nie ma.

Bartek kręci się chwilę po podwórku zaglądając do okien na parterze, po czym wraca do samochodu. Czeka.

W głowie kłębią się wspomnienia. Żadne z nich nie jest jego.

 

*

– Panie Jakubie, co pan zrobił? – zadaję pytanie, siadając na kozetce.

– Coś, czego bardzo żałuję – odpowiada zmieszany, w jego oczach pojawia się wilgoć łez. Dobre sobie, teraz się wstydzi. Trzeba było pomyśleć wcześniej dziadku, a nie lecieć do mnie. – Czy to istotne?

– Nie wiem, zobaczymy. Co pan zrobił? – naciskam dalej.

– Zawiodłem przyjaciół – odpowiada cicho, wbijając wzrok w podłogę.

No to jeszcze ujdzie.

– To wszystko?

– Zabiłem kogoś – szepcze.

Kurwa.

Dlaczego to zawsze musi być zabójstwo? Mamusiu, ja nie chcę.

Szlag…

I nie chcę znowu tego robić. Co prawda, nigdy nie uśmierciłam nikogo własnymi rękami, ale mój mózg twierdzi inaczej. Kurwicy można dostać od tych paradoksów, a ja już mam kilku ludzi na sumieniu. To znaczy ludzie Zadry.

Kurrrrrwa!

Dobra, nieważne. Skup się!

Implant, ze względu na ograniczoną pojemność pamięci, nie zapisze naszych wspomnień, wrażeń czy doznań. Za to świetnie nadaje się monitorowania funkcji życiowych. W końcu, właśnie po to został stworzony. Oplatające system nerwowy grafenowe wici przechwytują informacje z synaps i przekazują do banków implantu w formie nadających się do odczytu przez komputery pakietów danych, zwanych „linkami”.

Szkopuł w tym, że specjaliści, a szczególnie ci z wydziałów cyberneuralnych, po dokładniej analizie takich „linków” potrafią wyciągnąć informacje w jakiej części mózgu leżą nasze wspomnienia. I je odtworzyć. Przynajmniej częściowo. Bardziej to przypomina pokaz slajdów niż pełnometrażowy film, ale to zawsze coś.

Koniec ze zbrodnią doskonałą? Jeszcze nie.

Dane z neurochipów przesyłane są do centralnego systemu medycznego w cyklach dobowych, jeżeli do tego czasu zdążę usunąć „link”, stopień trudności odnalezienia odpowiedniej ścieżki do danego wspomnienia znacznie wzrasta.

Jeżeli coś da się odczytać, to równie dobrze można to zniszczyć, jednak ingerowanie w obszary pamięci to dość ryzykowne zajęcie. To tak, jakby dokonywać operacji na otwartym mózgu za pomocą lutownicy. Przy okazji można wywalić coś istotnego i klient przyłazi z reklamacją, albo do końca swoich dni zostaje warzywem. Znacznie bezpieczniej jest w miejsce kłopotliwych wspomnień coś nadpisać. Problem w tym, że nie zbudowano jeszcze komputera, który byłby w stanie wygenerować wiarygodną replikę takiego doznania. Ilość danych jakie przetwarza nasz mózg jest przytłaczająca, w ciągu sekundy rejestrujemy terabajty informacji, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego, aby zaimplementować, realne i wiarygodne wspomnienie, należy to zrobić przez własny neurochip, przy aktywnym sprzężeniu zwrotnym z innym mózgiem. Czyli będę musiała, przynajmniej częściowo, poznać wspomnienia tego dziadka. Zupełnie nie miałam na to ochoty.

Nie chciałam tego całym swoim zmęczonym jestestwem. Zbyt częste sprzężenia nie działają zbyt dobrze na zdrowie psychiczne, a ja, miałam już dziś za sobą sesję z chłopakiem od szefa. Boże, co za burdel. Ludzie Zadry to psychicznie wraki. Szczególnie ci od mokrej roboty. Nie wiem ile razy czyściłam im pamięć. Nadrowski wybiera ich z jakiś slumsów, ogłupia kasą, trzyma przez kilka lat wysysając mózgi, a potem wymienia na nowych. Wysyła ich na „wieś”, jak to on mówi.

Ciekawe, czy Zadra wie ile z tego co nawywijali jego cyngle ciągle siedzi w mojej głowie? I ciekawe, kiedy ja pojadę na „wieś”?

Zabójstwo zwykle wiąże się z całą gamą silnych wrażeń i żeby to zagłuszyć, trzeba nagrać coś równie intensywnego, ale jednocześnie neutralnego w przekazie i łatwego w odbiorze. Seks odpada, za dużo tam śladów płci. Może z kobietą by się udało, ale z facetem nie będę ryzykować, poza tym, potem ludziom śnią się jakieś dziwne rzeczy po nocach, albo czasowo zmienia się ich orientacja seksualna.

Dziecięce wspomnienia są dobre. Intensywne i wyraźne, nieskomplikowane w odbiorze, ale jednocześnie przesycone kolorami, dźwiękami i zapachami. Przez cale życie pamiętamy ciepło słonecznych promieni podczas zabawy nad rzeką, szczypiący mróz zimowego poranka, czy smak wisienek z dziadkowego sadu.

Tak, muszę mu zaaplikować coś takiego. Jak zwykle.

 

*

Biorę głęboki oddech i po raz kolejny sprawdzając odczyty na monitorze, zanurzam głowę w cudzym strumieniu świadomości. Jako milczący świadek chłonę zagubione w czasie i przestrzeni urywki życia.

 

Ciepłe promienie słońca, jakiś park, patyk w ręku, mały, brzydki, kudłaty pies w czarno-białe łaty, kręci się pod nogami, ujadając. Drugi, trochę większy, o brązowej sierści, tarza się w trawie kilka kroków dalej. Biorę zamach, czując lekki ból w stawie barkowym. Starość nie radość – myślę sobie. Psy puszczają się w pogoń za rzuconym kawałkiem drewna…

 

Szczęściarz. Ma dwa psy. Musi mieć jakieś chody w administracji miasta. Państwowa Inspekcja Sanitarna jasno stawia sprawę zwierząt domowych. Na terenie warszawskiej aglomeracji miejskiej dopuszczalny jest jeden pies, lub maksymalnie dwa koty, pod warunkiem przejścia badań psychologicznych i opłaceniu odpowiedniego podatku.

 

Duszący smród gazu łzawiącego. Piekące oczy. Trzymam w ręku wyrwany z chodnika kawał kostki brukowej. Dookoła słychać krzyki ludzi i salwy z gładkolufowej broni. Wychylam się zza karoserii białego samochodu i rzucam kamień w szereg osłoniętych plastikowymi traczami policjantów. Coś uderza mnie w bark. Chyba gumowa kula. Ból kładzie mnie na rozgrzanym od słońca asfalcie.

 

Zamieszki głodowe z czterdziestego czwartego. Widziałam takie obrazki w holowizji jako mała dziewczynka. Wszystko zaczęło się walić od systemu emerytalnego. Wyże demograficzne końca dwudziestego wieku zaczęły wychodzić z rynku pracy, powodując coraz większe obciążenia budżetu państwa. Unia się wypięła, miała swoje problemy i swoich emerytów. Euro padło, Polska wróciła do złotówki, a ludzie wyszli na ulice. Zamieszki opanowano po pewnym czasie, chociaż trzeba przyznać, że weterani z Afganistanu, nomen omen nazywani później terrorystami, okazali się wyjątkowo niewygodnym przeciwnikiem.

 

Fale gorączki przyćmiewają wzrok. Otulony w pomarańczowy koc, drążąca dłonią dotykam jej gorącego czoła. Kobieta oddycha ciężko, spazmatyczne. Nad przepoconą pościelą unosi się mdły odór choroby. Proszę, Boże, proszę. Zrobię wszystko, proszę Cię, tylko nie ona. Nie zostawiaj mnie tu samego.

 

Plaga. Do tej pory nie wiadomo jak do tego doszło. Podobno zaczęło się gdzieś w Azji. Jakaś świnia zjadła truchło kaczki pokrytej kurzym gównem i w rezultacie dostaliśmy najbardziej niebezpieczny wirus grypy w historii ludzkości. A może ktoś celowo wypuścił to cholerstwo? W zależności od strefy klimatycznej i infrastruktury medycznej państwa, od dwudziestu do siedemdziesięciu procent ludzkiej populacji umarło w wyniku infekcji i powikłań z nimi związanych. Najbardziej ucierpiały przeludnione i nierozwinięte kraje trzeciego świata. Jeden wirus i otworzyła się istna puszka Pandory. Posypały się oskarżenia ze wszystkich stron, aż w końcu ktoś nie wytrzymał i Bliski Wschód, basen śródziemnomorski oraz kawał europejskiej części Rosji spłynął atomowym ogniem. Przynajmniej taki zasięg miały islamskie rakiety.

W trosce o kondycję zdrowotną ocalałych resztek populacji, lobby medyczne, spiesząc z pomocą dla chwiejących się w posadach europejskich demokracji, wyciągnęło z czeluści swoich laboratoriów biotechnicznych pierwszą serię implantów. Niezwłocznie wprowadzono odpowiednim dekretem obowiązkowe „drutowania”. Równie szybko podniosły się krzyki o ograniczenie swobód obywatelskich, ale niepokorne głosy szybko internowano do zakładów psychiatrycznych, na podstawie ustawy o przymusowym leczeniu osób ze schizofrenią bezobjawową. Zupełnie taką samą, jaką stwierdzono u mojego ojca.

– Dobrze panie Jakubie. Zsynchronizowałam implanty – mówię. – Teraz, niech pan się skoncentruje na problemie. – W końcu trzeba zapracować na czynsz i żarcie.

 

*

Serce o mało mi nie pękło.

Ty stary durniu!

– Wszystko w porządku? – Jakub ostrożnie dotknął mojego ramienia. Gwałtownym ruchem strząsnęłam jego dłoń. Zauważyłam zmartwioną twarz staruszka, emanującą poczuciem winy.

– Tak – warknęłam przez zęby. Gdzieś w głębi ściśniętego gardła, drgając kącikami ust narastał niekontrolowany wybuch płaczu. Weź się w garść dziewczyno, to nieprofesjonalne! Miałam ochotę dać mu kopa w jaja za ten syf, za te brudne emocje, które włożył mi do głowy. – Połóż resztę kasy na stoliku i wynoś się.

Drżącymi rękami zakładał ubranie. Przeszłam przez przedpokój otwierając drzwi na klatkę schodową. Oparty o ścianę korytarza w pospiechu wkładał buty.

– Dziękuję – wymamrotał, przechodząc obok mnie.

– Facet, masz w głowie bombę wirusową, która za niecałe trzy minuty wykasuje pamięć krótkotrwałą neurochipa – wychrypiałam, próbując zapanować nad łamiącym się głosem. – Nie chce mi się jej zakładać jeszcze raz, więc lepiej idź już sobie.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zawahał się i zbiegł po schodach, święcąc bielą wyciągniętej ze spodni koszuli.

Zatrzasnęłam z hukiem drzwi próbując zdławić płacz.

Nie cierpię takich skurwysynów. Powinno ich się powystrzelać. Jakby stary dziad nie poskąpił na sterylizację psów, to nie musiałby topić tych pierdolonych szczeniaków w wiadrze z wodą. A ja mu zaimplementowałam moje wisienki…

 

*

Nad bielańskim podwórkiem powoli zapadał zmrok kwietniowego wieczoru. Starszy mężczyzna podszedł do drzwi, grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu magnetycznego klucza. Bartek wysiadł z samochodu, wyciągając pistolet z tłumikiem. Nie naoliwiony zawias furtki skrzypnął, mężczyzna odwrócił się gwałtownie.

Oksydowana broń cicho wypluwała pociski. Trzy. Jeden w serce, potem dwa w głowę.

Staruszek uderzył plecami w ścianę i osunął się na wykładane granitowymi płytkami schodki. Wokół ciała rosła szybko powiększająca się kałuża krwi. Gdzieś za pancernymi drzwiami zaczęły ujadać psy. Bartek wyciągnął telefon i mijając furtkę nawiązał połączenie.

– Tak? – W słuchawce odezwał się trochę zachrypnięty, kobiecy głos.

– Cześć, Wiśnia. – Coś sobie przypomniał. Jakiś urywek poprzedniej nocy. – Jest robota.

 

Koniec

Komentarze

Fabuła i ogólny zarys świata nie wybija się ponad cyberpunkowe standardy, ale urzekła mnie narracja Wiśni. Fajnie oddajesz przeżycia, jej zdenerwowanie, targowanie z Tomaszem. Jedyny zonk jest przy tym gmeraniu w pamięci, gdy dziewczyna urządza narracyjne tłumaczenia widzianych obrazów. Raczej spodziewałbym się krótkich wzmianek niż całych akapitów.

Fragmenty Bartka wypadają przy nich trochę mniej ciekawie, ale jako wstawka się sprawdzają. Do tego polski klimat okolic Warszawy i “polglisz” Zadry ma swój urok.

Tak, technicznie jest jeszcze trochę do poprawienia. A to brakujący przecinek, a to myślnik nie ma spacji. Jednak nie przeszkadzało mi to czytać tekstu.

Podsumowując: standardowa, ale ciekawie napisana cyberpunkowa opowieść o warszawskim półświatku przyszłości. Mnie nie był to szczególnie mocny koncert fajerwerków, ale mnie przypadł do gustu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fa­bu­ła i ogól­ny zarys świa­ta nie wy­bi­ja się ponad cy­ber­pun­ko­we stan­dar­dy, – I tak miało być.

 

Tak, technicznie jest jeszcze trochę do poprawienia. – Bo to czysty, nierafinowany Zalth z 2013.

Dobra, zaraz przejrzę. Coś tam poprawię.

 

Mnie nie był to szczególnie mocny koncert fajerwerków, ale mnie przypadł do gustu. – No i git. Nie wszystko musi urywać dupę. :)

Dzięki za wizytę. :)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Porządny, konkretny, cyberpunkowy tekst. Może i rzeczywiście nie wybiega, ale nie musi. Ma wszystko, co potrzebne. W przypadku takich opowiadań bardzo lubię się czepiać "prawdopodobności" przedstawionej sytuacji społeczno-polityczno-technologicznej, tych wszystkich wirusów, wojen atomowych itp, ale nie tym razem. Może po prostu zbyt dobrze mi się czytało. Renata wyszła całkiem w porządku, Zadra znakomity, charakterystyczny.

Zastanawia mnie trochę potrzeba zastępowania wspomnień hitmanom. Na wypadek wsypy? Zleceniodawca pewnie i tak zadbał, by nie dało się go powiązać z wykonawcą. Żeby sumienie nie gryzło? Nie znam zbyt dobrze środowiska zawodowego płatnych zabójców, ale sumienie nie należy chyba do najistotniejszych czynników, wpływających na szkodliwość warunków pracy. 

Dodatkowy plus za rozmowę Bartka z Zadrą. Te wszystkie wstawki o Macchiavellim, o Włochach… Przywodzi na myśl tarantinowych klasyków. 

Słowem – solidne opowiadanie. Podoba mi się. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zastanawia mnie trochę potrzeba zastępowania wspomnień hitmanom. Na wypadek wsypy?

Dokładnie. Zadra nie posługiwał się zawodowcami, tylko zwykłymi szumowinami ze slamsów. Taniej wychodziło, a po jakimś czasie i tak mieli papkę z mózgu. Problem sam się rozwiązywał, bo łatwo było ich zastąpić. Wyjeżdżali na “wieś”. :)

 

Tarantino? Aleś mi dobry człowieku posłodził. :)

 

Dzięki! Za wizytę i słów kilka.

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

 

Tarantino? Aleś mi dobry człowieku posłodził

No, drugim Quentinem to Cię nie nazwałem ;-) Ale pewien charakterystyczny "groove" w dialogach jest wyczuwalny. Szczególnie w wymienionym przeze mnie fragmencie o podwarszawskich Włochach. Oraz to, że nawet szumowina ze slumsów nie jest kompletnym debilem.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No, drugim Quentinem to Cię nie nazwałem ;-) – Fuck! A już smarowałem mejla do Tarantiono, czy by nie sfilmował… :D

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Tak się zastanawiam, czy ja już to czytałam. Niby nie pamiętam, ale jakoś podejrzanie przewidywalnie było…

Fajna historia. Dowcip z Włochami miły. Tłumaczenie ich historii na mafijny też udane.

To prawda, że brakuje przecinków. Czasem nawet pod “e”. Skoro o tym wiesz, to czemu nie poprawisz?

Sprowadził magazynek.

Co za sens spać z gnatem bez magazynku pod głową? ;-)

Babska logika rządzi!

Czytała, czytała. Jak dobrze pamiętam. Chyba.

 

“Sprawdził”, he-he. Literówka.

 

A jakoś tak bez refleksji wrzuciłem. Jutro poprawię (”e” też), bo dziś już nie mam siły tym grzebać.

 

Dzięki za klika! :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Czyli moje jasnowidcze moce poszły się kochać… ;-)

Domyśliłam się, że literówka. Ale zabawna.

Babska logika rządzi!

Czyli moje jasnowidcze moce poszły się kochać… ;-) – Kurczę, przegapiłem. Następnym razem nie będę ostrzegał tylko powkręcam. “Niesamowite, Finkla! Przysięgam, dopiero co to opublikowałem!” :p

 

Domyśliłam się, że literówka. Ale zabawna. – Lepiej tak, niż (uwaga! suchar): “będziesz żył w celi, bracie”. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Następnym razem mogę nie uwierzyć. Chyba że poczekasz ze cztery latka od dialogu… ;-)

Babska logika rządzi!

Zacne opowiadanie. Początkowo nieco się gubiłam, ale szybko zorientowałam się, w czym rzecz i pozostała jedynie przyjemność czytania, która byłaby jeszcze większa, gdyby w tekście było mniej usterek.

I wcale się nie dziwię, że po tym, co zrobił pan Jakub, targały nim takie wyrzuty.

 

W wy­schnię­tych kacem ustach… –> W wysuszonych kacem ustach

 

z pod po­dusz­ki wy­cią­gnął czar­ny, oksy­do­wa­ny pi­sto­let. –> …spod po­dusz­ki wy­cią­gnął czar­ny, oksy­do­wa­ny pi­sto­let.

 

Spro­wa­dził ma­ga­zy­nek. –> Literówka.

 

Spoj­rzał na mnie z nad oku­la­rów  jakby coś kal­ku­lu­jąc. –> Spoj­rzał na mnie znad oku­la­rów, jakby coś kal­ku­lu­jąc.

 

Roz­le­wa­ją­cy się po tęt­ni­cach al­ko­hol… –> Roz­le­wa­ją­cy się w tęt­ni­cach al­ko­hol

 

Czuje jak Jakub wier­ci się… –> Literówka.

 

w po­rów­na­niu do brud­no–sza­rej rze­czy­wi­sto­ści… –> …w po­rów­na­niu do brud­nosza­rej rze­czy­wi­sto­ści

 

Usta­wio­ne w sze­re­gach, schlud­ne, trzy–czte­ro­pię­tro­we bloki… –> Usta­wio­ne w sze­re­gach, schlud­ne, trzy– i czte­ro­pię­tro­we bloki

 

Lu­dzie ra­czej nie­chęt­nie wy­bra­li by się do slum­sów… –> Lu­dzie ra­czej nie­chęt­nie wy­bra­liby się do slum­sów

 

Wpa­da­ją, robią swoje i pa–pa. –> Wpa­da­ją, robią swoje i pa, pa.

 

– Niech pan się roz­bie­rze. – mówię, ścią­ga­jąc kurt­kę. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

–Zro­bi­my kilka te­stów… –> Brak spacji po półpauzie.

 

Chce coś wy­ma­zać… –> Literówka.

 

– … z pa­mię­ci. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

– … to bę­dzie ze trzy ty­sią­ce opa­ko­wań! –> Jak wyżej.

 

– Dzień Dobry – przy­wi­tał się Bar­tek. –> Dlaczego wielka litera?

 

– Zna­czy się ksiąz­ki? –> Literówka.

 

– Tak, ksiąz­ki. –> Literówka.

 

sku­pił wzrok na za­mglo­nych syl­wet­kach wie­żow­ców śród­mie­ścia. –> Podejrzewam, że chodzi o nazwę dzielnicy, więc: …sku­pił wzrok na za­mglo­nych syl­wet­kach wie­żow­ców Śród­mie­ścia.

 

a drze­wa, poza hy­dro­po­nicz­ny­mi ko­pu­la­mi rodzą tylko za­tru­te owoce. –> Literówka.

 

Jak­bym wie­dzia­ła co cho­dzi w ogóle nie ru­szy­ła­bym się z domu. –> Jak­bym wie­dzia­ła, o co cho­dzi, w ogóle nie ru­szy­ła­bym się z domu.

 

I za­bio­rę cię na ko­la­cję do „Ma­gna­te­rii.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

pod wia­duk­tem stoi miej­ska wer­sja Ro­so­ma­ka, kilku żoł­nie­rzy z długą bro­nią i opar­ty o be­to­no­wy słup Huzar. –> …pod wia­duk­tem stoi miej­ska wer­sja ro­so­ma­ka, kilku żoł­nie­rzy z długą bro­nią i opar­ty o be­to­no­wy słup huzar.

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami.

 

Ze scho­wa­ną w ser­wi­so­wej tobie bro­nią po­cho­dzi do za­mon­to­wa­ne­go przy furt­ce dzwon­ka. –> Literówki.

 

ku­dła­ty pies w czar­no białe łaty… –> …ku­dła­ty pies w czar­no-białe łaty

 

Euro padło, pol­ska wró­ci­ła do zło­tów­ki… –> Euro padło, Pol­ska wró­ci­ła do zło­tów­ki

 

aż w końcu ktoś nie wy­trzy­mał i bli­ski wschód… –> …aż w końcu ktoś nie wy­trzy­mał i Bli­ski Wschód

 

Za­uwa­ży­łam zmar­twio­ną twarz sta­rusz­ka, epa­tu­ją­cą po­czu­ciem winy. –> Podejrzewam, że miało być: Za­uwa­ży­łam zmar­twio­ną twarz sta­rusz­ka, emanującą po­czu­ciem winy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo żem kontent, że opowiadanie przypadło szanownej czytelniczce do gustu i że klikiem je nagrodziła.

Wskazane poprawki zostały wprowadzone. Dzięki. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ciemne, pastelowe barwy – pastelowe ciemne? Jak to wygląda?

 

I jeszcze nie poprawiłeś tego:

Chce coś wymazać…

 

Kompletnie nie moje literackie okolice i jeszcze do tego gangsterka… Ale czytało się bardzo dobrze, opowiadanie mocno zasysa. Świetne postacie Ci wyszły, dla mnie Zadra na miejscu pierwszym, a po nim Bartek. Wiśnia chyba też, ale mam problem z narratorami – jakoś poprzez to, że patrzy się na nich wprost, a nie z boku, wydają mi się najmniej charakterystyczni. Chyba dlatego nie lubię książek pisanych w 1 osobie.

Fajne opowiadanie.

Cieszę się, Zalcie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

 

Ciemne, pastelowe barwy – pastelowe ciemne? Jak to wygląda?

Ocho, też się nad zastanowiłam, ale doszłam do wniosku, że skoro są pastele w najróżniejszych kolorach, to kto komu zabroni użyć do pomalowania ścian tych ciemnych. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ocho, dzięki za przeczytanie i klika. Tym bardziej docenionego, że to nie ten klimat i do tego gangsterka. :)

A ja tam lubię 1os. Chyba najłatwiej mi się tak pisze.

 

Wywaliłem “ciemne”! Prewencyjnie! Żeby mi tu przypadkiem niewiasty jakiegoś panelu dyskusyjnego o odcieniach pasteli pod opowiadaniem nie prowadziły! O, nie! (ale chyba za późno :P)

:)

Pozdrówki!

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Interesujące… Jak dyskutują o czymś, na czym się słabo znasz, to niewiasty… Czekaj, niech tu jeszcze Naz wpadnie. ;-)

Babska logika rządzi!

Ooooo… Teraz przegiełaś. Ja? Nie znam? Na pastelach?

Otóż musiałem wybrać kolory do nowego mieszkania, więc o pastelach coś wiem!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

I wybrałeś te ciemne? ;-)

Babska logika rządzi!

Wybrałem:

Niebiański bambus wschodzi nad snem Cesarza Zhu.

Tchnienie tysiąca dni piasków Sahary.

Kardynalskie plasy krzyżowców plądrujących Konstantynopol.

Wygląda ładnie.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ech, jaka fascynująca dyskusja! ;)

Ja sobie nawet sprawdziłam w googlach te pastele i w definicji mają “jasne”, “rozbielone”. Ale rozumiem, że z jasnych też można wybrać te ciemniejsze. :) I mnie też czeka malowanie (znaczy, od dwóch lat dyskutujemy z mężem o tym, że nas czeka, więc może jeszcze rok czy dwa i się zbierzemy). I te “pląsy krzyżowców” musimy mieć!

Polecam! :D

A tak serio, to nie wiem kto kliknął ostatni, ale bardzo dziękuję. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

O rany, tak się teraz nazywają kolory? To ja się wstrzymam z malowaniem… ;-)

Babska logika rządzi!

Ja mam wrażenie, że nadal jest za mało przecinków, ale i tak czytało mi się dobrze :)

A to najważniejsze. Dzięki, Anet. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Póki co najlepsze opowiadanie jakie czytałem na tym portalu. Nie czytałem ich wiele ale na pewno przez jakiś czas utrzyma swoją pozycję.

Wyłapałem kilka literówek:

 

twój bliski współpracownik pobierał ci klientów – ​podbierał?

 

Z synchronizowałam – zsynchronizowałem?

 

mieszany razem wojskowymi – razem ​z wojskowymi?

Po przeczytaniu spalić monitor.

U-ła. To teraz będzie mi głupio, jak coś gorszego napiszę… :)

Dzięki za 6, Mister Maras. Literówki poprawię, ale na pewno nie z komórki.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Jak dla mnie, ok. Miło się czytało, pomimo faktycznego braku “ogonków” tu i ówdzie

(“ Przynajmniej nie za taka kasę żeby się opłacało”). Fajnie odmalowany świat, zwłaszcza jeśli pamiętać, że napisać dobry cyberpunk w polskich klimatach, wcale nie taka prosta sprawa. Zakończenie zaskakuje i to w podwójnie. Tylko mecha bym inaczej nazwał. Może Zawisza? W końcu nasz najsłynniejszy opancerzony wojownik.

Cyberpunk (bliski zasięg, implanty w mózgu, półświatek) w polskich realiach, z takim powiewem… hmm… romantyzmu i melancholii. Brutalność, która kopie w twarz w finale. Mnóstwo miłych smaczków i cieszących wyobraźnię drobiazgów (lubię bardzo). Do tego fajny rytm i melodia zdań. ​Bogaty i ładny język. Świetne didaskalia. Fajne zmiany narratora. Ciekawie zarysowane postaci. 

Celowo i zabawnie zmylasz czytelnika odnośnie profesji jaką się para bohaterka.

 

Ps. Chciałem nawet nominować do opowiadania miesiąca ale nie można z przyczyn formalnych.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przyjemnie się czytało, ale ja mam problem z historiami, które kończą się, gdy jeszcze dobrze się nie rozkręcą. Byłem zaskoczony gdy zobaczyłem “koniec”.

drążąca dłonią dotykam jej gorącego czoła

islamskie rakiety – nie chodzi mi o poprawność polityczną, ale brzmi to, jakby rakiety wyznawały religię. Czy odpowiedziały im chrześcijańskie rakiety? Nie znamy geopolityki tego świata, więc niewiele to mówi. Może np. irańskie rakiety?

Schizofrenia bezobjawowa rozłożyła mnie na łopatki. Ale co, jeśli przeczyta to jakiś szalony polityk i dozna olśnienia!

@Strafer: Ale huzarzy też mieli pancerze… Nazwa sama mi wskoczyła podczas pisania i wiele się nad tym nie zastanawiałem.

 

@maras: Nominacja?! Nie wiedziałem. Ale to stare opowiadanie, więc chyba nie można. Tak, czy inaczej, bardzo się cieszę, doceniam chęci, komentarz i ocenę. Wielkie dzięki!

 

@tfurca: Schizofrenia bezobjawowa jest patentem komunistów z Kraju Rad. Pozwalała legalnie wysłać do psychuszki na dowolną ilość czasu każdego obywatela ZSRR. Więc pewnie politycy już o tym wiedzą… (jak czytają książki, ofc).

Przemyślę te “rakiety”.

 

Bardzo dziękuję za wizyty.

Pozdrawiam!

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ale huzarzy też mieli pancerze

Ale nie pomylili Ci się huzarzy z husarią, co? :)

Yyy…

Dobra, nie ma tematu. Kawy jeszcze nie piłem.

:P

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

:)))

Niedawno czytałam tłumaczenia stacji paliw Huzar, dlaczego w logo mają husarza. I to była grubsza rozkmina, z której wynikało mniej więcej: tak, wiemy że to nie to samo (w domyśle: ups, spieprzyliśmy), ale właściwie nikt się nie skapuje. A nie, jednak ktoś się skapował… O, cholera… No, jedno i drugie to żołnierz, co się czepiacie.

W moim mieście jest pewien zakład pogrzebowy. Zawsze mnie to bawi, jak widzę katolicką uroczystość i wielki napis “HADES” na karawanie. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Lepiej “Hades” niż “Lucyfer”, nie? ;-)

Babska logika rządzi!

Dryń, dryń.

– “Lucyfer”, słucham. ;)

Marketingowo raczej słabe…

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Czy ja wiem? Po takiej odzywce może klientów przybyć… ;-)

Babska logika rządzi!

Wiesz, u nas raczej wszyscy chcą iść do tej drugiej firmy…

Dobra, koniec żartów, bo jakoś dziwnie się zrobiło. Jutro na pogrzeb idę. :/

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Siemasz Zalth'cie!

Konkretny kawałek Cyberpunku głęboko osadzonego w Warszawie

Jam kontent z lektury choć trochę literówek się ostało, wylapałem przybajmniej trzy :-)

Tekst robią Warszawskie realia i narracja Wiśni.

Trochę infodumpu rzuciło mi się w oczy jak Wiśnia tłumaczyła na czym polega gmeranie w głowie ale przeszlo bez większych przeszkód.

Fajny opis sprzętu policyjno-wojskowej blokady :-)

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Jak to mawiał mistrz: „Infodump i terror należy stosować, ale rozsądnie i tylko w miarę potrzeby”. :)

O sprzęcie też coś miałem w archiwum, tylko nie wiem gdzie…

 

Dzięki za przeczytanie i komenta, Mytrix. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Samo jakoś tak wyszło – powiedział brat Thaddeus wyszarpując miecz łańcuchowy z truchła orka. :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Niezła historia, choć od niej samej jeszcze przyjemniej poznawało mi się elementy stworzonego przez Ciebie świata oraz poznawanie skrawków historii, które doprowadziły do właśnie takiego jego wyglądu. Spodobała mi się postać Wiśni i fragmenty z nią czytało mi się najlepiej. Elementy cyberpunkowe całkiem ciekawe pomyślane.

Pamiętam, że dozowałem te wstawki o świecie, żeby z tłem nie przedobrzyć. I chociaż w jednym miejscu pojawia się lekki zarys infodumpa (-u?) jak widać się opłacało. :)

Dzięki za wizytę i komentarz!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka