- Opowiadanie: Żywiołak - Zbrodnia Hamburgerowa część I

Zbrodnia Hamburgerowa część I

Oceny

Zbrodnia Hamburgerowa część I

Do uszu wciąż jeszcze leżącego w łóżku Erwina Lonehearta wdarł się głośny, wysoki i wyjątkowo irytujący dźwięk. Chłopak niechętnie otworzył oczy. Postawiony na znajdującym się tuż obok jego łóżka stoliku nocnym budzik wskazywał, że było już trzydzieści minut po godzinie siódmej. "Szlag by to trafił" – zaklął w myślach Erwin. Chciał jeszcze poleżeć na miękkim materacu, opuścić ociężałe powieki i odwrócić się na bok, jednak wiedział, że nie może sobie pozwolić na taki luksus. Już za kilka chwil w jego szkole zaczynały się lekcje. Dalsza zwłoka skutkowałaby tylko spóźnieniem się na zajęcia.

Erwin był młodym chłopakiem. Liczył sobie jedynie szesnaście lat. Twarz ozdobioną miał przez gęstą, aczkolwiek małą brodę. Włosy z głowy były dość długie, by dosięgnąć barków. Jego oczy posiadały nienaturalną, purpurową barwę, przez co bardzo często znajdował się w centrum zainteresowania swoich rówieśników.

Jego sylwetka jednak nie wyróżniała niczym szczególnym. Liczył sobie ponad sto osiemdziesiąt centymetrów i ważył ledwie dziewięćdziesiąt kilko. Ciało chłopaka nie było jakoś doskonale umięśnione; mięśnie brzucha były ledwie zarysowane, a bicepsy – lekko zaokrąglone. Nic wyjątkowego.

Wstał z łoża, po czym skierował swoje kroki do sąsiadującej z jego pokojem łazienki. Tam przemył swoją twarz chłodną wodą. Wraz z kąsającym zimnem przyszło orzeźwienie, przyszła słodka wolność od zmęczenia i ospałości. Gdy już się rozbudził, umył zęby i wziął szybki prysznic. Opuścił pomieszczenie.

W rogu jego sypialni widniał niewielki fotel obrotowy, na którym leżały jego wyprane i wyprasowane ubrania – zapinana na suwak czarna bluza, granatowa koszulka z umiejscowionym na jej środku logiem Voltaire'a, jego ulubionego artysty, długie do kostek czarne spodnie i buty z gatunku glanów.

Udał się do znajdującej się na parterze jadalni. Tam już rezydowali jego przybrani rodzice – John, podstarzały, niski Brytyjczyk z pokaźnym, siwym wąsem rozciągającym się niemal na całą długość twarzy oraz Berta, wysoka Niemka o krótkich, białych włosach i pomarszczonej buzi. John siedział na jednym z krzeseł przy stole, czytał gazetę. Berta zaś zajęta była przyrządzaniem potrawy, która w tych stronach uchodziła za prawdziwą świętość, która uchodziła za najlepsze, co można sprezentować kubkom smakowym – hamburgera. Wokół roznosił się już ostry, jednak przyjemny i pobudzający zapach smażonej wołowiny, wyraźną woń świeżego, soczystego pomidora, aromat topiącego się sera. Uszy wszystkich zaś nawiedzane były przez donośne skwierczenie rozlanego na rozgrzanej patelni tłuszczu.

– Hej Mamo, hej tato – przywitał się chłopak.

– Zamknij mordę, szczylu! – Skarcił go przybrany ojciec.

Erwin westchnął cicho i zajął miejsce przy stole. Znów zapomniał, że ojciec nienawidzi, gdy ktoś zakłóca swoim głosem tą pewną, twardą, a jednocześnie kojącą melodię graną przez poddany na działanie wysokiej temperatury olej słonecznikowy.

"Powinienem sobie gdzieś zapisać, by cicho siedzieć" – pomyślał sobie Erwin.

Z niechęcią spojrzał w stronę przygotowywanego przez matkę posiłku. Hamburgery. Lubił tą potrawę, jednak tęsknił za smakiem innych dań. Odkąd wprowadził się do tej rodziny dziesięć lat temu nie miał okazji jeść niczego innego, aniżeli mięsa uwięzionego wraz z kilkoma warzywami i serem między dwiema połówkami bułki. Zaczął wspominać jedzenie, które zwykli serwować jego zmarli w nieszczęśliwym wypadku samochodowym rodziciele. Pyry polane sosem grzybowym, barszczyk ukraiński, ruskie pierogi, wędzona ryba. Na samą myśl o takim jadle pociekła mu ślinka.

Berta zaserwowała śniadanie. "Znowu" – pomyślał zrezygnowany chłopak. Przez chwilę patrzał się na polane ketchupem i musztardą zmielone mięso, na pokrojone w równe plastry czerwone warzywo, na przylegający do tych składników ser żółty. Po kilku sekundach zdecydował się zjeść hamburgera. Nie miał najmniejszego zamiaru iść do szkoły mając pusty żołądek.

Chłopak przymierzył się do wzięcia pierwszego kęsa, jednak jego uwagę przykuli rodzice. Przekuli oni bowiem swoją miłość i pasję w głośne mlaski. Ta obrzydliwa pieśń śpiewana była w każdej chwili, a Erwin całkowicie zaabsorbowany jej dziwacznymi słowami nie potrafił skupić się na swoim posiłku. Codą tej ballady było przełknięcie przez Johna kawałka wołowiny, który kilka sekund wcześniej wypadł z jego ubrudzonych tłuszczem i sosami ust.

Skończywszy jeść oboje złapali się za brzuchy i zaryczeli głośno i położyli ręce na brzuchach.

– Wiesz, Bercia, kocham te twoje hamburgery! – rzekł John

– Przecież wiem, głuptasie! – odparła kobieta

Teraz, gdy zapanowała cisza, chłopak zabrał się za jedzenie. Swojego hamburgera zjadł w pośpiechu, by nie tracić i tak już ograniczonego czasu.

Erwin wstał z krzesła, wymył starannie ręce i wziął leżące na blacie kluczyki do swojej szkolnej szafki. Zaczął iść w stronę wyjścia.

– Pa, mamo! Pa, tato! Widzimy się po lekcjach – Erwin pożegnał się z rodzicami.

– Pa, synku! – odparli w jednej chwili John i Berta.

Brązowowłosy znalazł się na zewnątrz. Znalazł się na miejskich przedmieściach. Ta część metropolii składała się jedynie z ciągnącej się w stronę rynku miejskiego ulicy i ustawionego po jej zachodzie rzędu domów jednorodzinnych. Okolica ta potrafiła cieszyć oko: niebo nieskażone było żadnym wydobywającym się z kominów dymem, a zieleń trawy była dominującą częścią krajobrazu.

Erwin udał się w kierunku centrum miasta. W końcu, po kilku minutach wędrówki Erwin napotkał znak drogowy, na którym widniał jeden, prosty napis: "Hamburger Wita!". Z tego, co chłopak pamiętał to miasto nazywało się niegdyś "Hamburgiem", jednak mieszkańcy landu uznali, że nazwa ta jest "niesmaczna", dlatego też zmienili ją w drodze referendum. Miało to miejsce jednak bardzo długo przed narodzinami Erwina.

Przystanął przy słupie na krótki moment i zaczął się w niego wpatrywać. "O" – pomyślał nagle. "Jednak udało mi się coś z historii zapamiętać". Przedmiot ten nie był jego ulubionym i nie poświęcał mu zbytniej uwagi. Na lekcjach o przeszłości zazwyczaj rysował przeróżne rzeczy tajemnicze i dziwne na marginesie swojego zeszytu. Aż sam się zdziwił, że udało mu się zachować w umyśle informacje, którą nauczyciel mu przekazał.

Wznowił swoją wędrówkę. Minął tabliczkę i znalazł się przed skrzyżowaniem. Jako, że nie było żadnych aut na drodze przeszedł szybko na przeciwną stronę ulicy. Szedł dalej na wschód. Po krótkiej chwili jego oczom ukazała się pokaźna pierzeja kamienic, a zaraz naprzeciwko niej – niewielki, uroczy park. Bez chwili namysłu zaczął iść w stronę skweru.

Gdy już znalazł się na miejscu zobaczył kilku mieszkańców Hamburgera. Byli to nieznajomi mu ludzie: obściskująca się na ławce para kochanków, starsza kobieta dokarmiająca pływające w stawie kaczki i uprawiający jogging rosły mężczyzna z wielką, rudą brodą, w prawicy którego widniał hamburger. Wokół rozbrzmiewał łagodny śpiew ptaków i szum muskanych delikatnym wiatrem drzew.

Były to osoby skrajnie różne od siebie. Mężczyzna i kobieta oddający się na siedzisku niewinnym igraszkom miłosnym mieli czarne włosy, a w ich posturze Erwin nie dopatrzył się niczego szczególnego. Oboje mierzyli niewiele ponad metr i siedemdziesiąt centymetrów wysokości, a ich ciała nie były dobrze zbudowane, co Erwin mógł dostrzec przez dość skąpe ubrania. Sportowiec zaś nie dość, że liczył sobie niemal dwa metry wysokości, to był niesamowicie umięśniony. Można było go przyrównać do modela ze starożytnej Grecji: był piękny, krzepły, dobrze zbudowany. Rozdająca posiłki ptactwu staruszka zaś była wyjątkowo niska i chuda, a na jej rękach i głowie jawiło się mnóstwo brązowych plam. Fakt, że wiek odcisnął pokaźne piętno na jej aparycji był aż nadto widoczny.

Spojrzał na obściskującą się parę. W ich oczach widać było głęboką fascynację. Uśmiechali się. Od czasu do czasu mężczyzna darował kobiecie czuły pocałunek, co ta po krótkiej chwili odwzajemniała.

Cała ta scena wyglądała niczym z bajki. Dwójka szaleńczo oddanych sobie ludzi, tak samolubnych w swojej miłości, tak obojętnych na wszystko, co ich otacza. Wyglądali, jakby wydarli się z objęć tego świata, żyjąc tylko sobą nawzajem, tylko dla siebie. Ich zaabsorbowanie drugą osobą było tak intensywne, że aż bezczelne, jednak i – na swój sposób – urocze.

Nagle sportowiec przebiegł obok zakochanych. Z jego wysmarowanego po brzegi sosem hamburgera wyślizgnął się plaster bekonu. Kawałek mięsa po kilku chwilach spadł na ziemię.

Zakochany czarnowłosy spostrzegł ten niefortunny zbieg okoliczności. Swój wzrok skierował na kawałek mięsa. Zaczął się przyglądać wędlinie z żądzą, z szaleństwem podobnym do drapieżnika, który nie czuł smaku krwi w ustach od wielu dni.

Strącił kobietę z kolan i pobiegł w stronę mięsa, jakby zależało od tego jego życie.

Na szczęście jednak upadek nie był poważny – uderzyła co prawda głową o beton, jednak fakt, że wciąż wydawała z siebie powolne, głośne syki świadczył, że nie cierpiała ona znacznie.

Mężczyzna stał się głuchy na dobiegające do jego uszu dźwięki. Widać było aż zbyt wyraźnie, że wszystko inne stało się dla niego miałkie, nieistotne. Liczył się tylko kawałek martwego zwierzęcia.

Pragnienie obcowania z ucieleśnioną doskonałością jawiło się w każdym czynie, w każdym nawet najmniejszym geście tego człowieka. Z jego ust wydobywały się głośne mlaski zagłuszane od czasu do czasu przez hałaśliwe sapnięcia. Trzęsące się ręce całkowicie zakryły otwór ustny, jakby ich posiadacz chciał się upewnić, że nawet najmniejszy atom wchodzący w skład tego boczku nie umknie jego kubkom smakowym.

W końcu nieznajomy pożarł plaster mięsa, co oznajmił głośnym przełknięciem. Zaczął oddychać ciężko, głęboko.

Spojrzał na swoją kobietę. Nagle pomachał ręką, odwrócił się i powiedział cicho:

– Idę zjeść hamburgera!

Nieznajomy opuścił park.

Erwin z delikatnym niepokojem przyglądał się całej tej scenie. Rozumiał, że w grę wchodził plaster bekonu, jednak traktowanie kogokolwiek w ten sposób nie było w porządku. Przynajmniej on tak sądził.

W jego sercu narodził się żal, smutek wywołany tą całą sceną. Coś takiego nigdy nie powinno było się zdarzyć. Podszedł do rannej kobiety.

– Przepraszam, potrzebuje pani pomocy?

– Tak – odparła czarnowłosa. – Dasz mi swój telefon?

Chłopak bez namysłu podał poszkodowanej swoją komórkę. Był to niewielki, biały telefon dotykowy firmy Samsung.

Po kilku sekundach w okolicy rozbrzmiał sygnał. Wkrótce potem, z urządzenia zaczął dobiegać wysoki, dziewczęcy głos:

– Tutaj HappyBurger! W czym możemy pomóc?

– Chciałabym zamówić hamburgera! Standardowy, ale zamiast kotleta wołowego dajcie wieprzowy. I koniecznie z musztardą!

Erwin wytrzeszczył oczy. Zdziwienie ogarnęło jego duszę. Dzwonienie po hamburgera w takiej sytuacji było dla niego czymś niezrozumiałym, niepojętym.

– Oczywiście! Pani godność?

– Elvira Hhills!

– Dobrze. Gdzie go mamy dowieść?

– Park na ulicy imienia Huberta Roblinga. Tylko migiem!

– Pani zamówienie zostało już wysłane. Razem będzie to sześć euro i sześćdziesiąt trzy centy.

– Dobrze, dziękuję bardzo.

– Również dziękuję i zachęcam do dalszych zakupów w HappyBurger!

Elvira rozłączyła się i oddała urządzenie Erwinowi.

– Dzięki, młody!

– Hamburgera? Dlaczego nie zadzwoniła pani na pogotowie?! Przecież coś poważnego mogło się pani stać!

– E tam, młody, życia nie znasz. Zaraz by się pytali, jak się czuję, czy coś mi jest i inne tego typu duperele… Na hamburgera musiałabym dłużej czekać, gdybym najpierw do nich zadzwoniła!

Chłopak westchnął głośno. Postanowił dać sobie spokój z obcowaniem z tą kobietą.

Spojrzał na ekran swojego telefonu. W prawym górnym rogu widać było, że pozostały tylko trzy minuty do godziny ósmej.

"Szlag" – zaklął w myślach brązowowłosy. Przypomniał sobie o lekcjach. Schował komórkę do kieszeni i zaczął biec w stronę wyjścia z parku. Po kilku chwilach opuścił zieloną część miasta. Znalazł się na niewielkiej uliczce. Kilka metrów naprzeciwko niego znajdowała się spora placówka edukacyjna – Gimnazjum imienia Ronalda McDonalda. Budynek ten miał trzy piętra. Wszystkie jego ściany pokryte zostały szarą farbą, co nadawało mu dość posępnego wyglądu. Na każdym poziomie znajdowało się dokładnie tyle samo okien – dziesięć.

Prędko przeszedł przez drzwi wejściowe. Znalazł się w niewielkiej sali, na środku której znajdowała się sporych rozmiarów kolumna. Po prawicy Erwina znajdowały się schody wiodące na następne piętra budowli, zaś na wprost niego – drzwi prowadzące do podłużnego korytarza, w którym znajdowały się wejścia do pracowni chemicznych i fizycznych. Co zaniepokoiło Erwina, w zasięgu jego wzroku nie byli ani rówieśnicy, ani nauczyciele. To znaczyło tylko jedno.

Pędem pobiegł na następny poziom gimnazjum. Podszedł do stojącego przy ścianie rzędu metalowych szafek, wyciągnął ze swojej książkę do matematyki i cienki ołówek, po czym prędko pobiegł na drugi koniec poziomu. Jego serce biło niczym oszalałe, a pot wściekle czoło zalewał. Bał się niemiłosiernie, gdyż wiedział, że nauczycielka, która uczy go przedmiotów ścisłych nie należała do osób, które tolerują spóźnienia.

Chłopak jednak zdawał sobie sprawę, że ta zazwyczaj delektuje się porannym hamburgerem przed lekcją i trwa to dość długo. Modlił się do Boga, by nawyk ten kupił mu dostatecznie dużo czasu.

 

************************************************************************

 

Dotarł na miejsce. Wziął głęboki i otworzył drzwi. Szczera ulga zawładnęła jego duszą, gdy okazało się, że miejsce przy postawionym tuż obok okna biurku jest puste.

Zaczął rozglądać się po klasie. Znajdowały się w niej cztery, podłużne ławki ustawione poziomo względem biurka nauczycielki. Przed każdą stało siedem prostych, drewnianych krzeseł. Tylko jedno z nich było wolne.

Niesforni uczniowie za nic mieli powagę, jaka powinna panować w sali matematycznej. Ich głośne rozmowy, wyzwiska, śmichy chichy rozbrzmiewały w każdej chwili. Tu ktoś przezwie kogoś "obdartusem", tu ktoś oddaje się plotkom o czyiś nowych butach. Wyjątkowo niepoprawne zachowanie.

Brązowowłosy zajął miejsce obok Olafa, niewielkiego blondyna szwedzkiego pochodzenia o niebieskich oczach i lekko zadartym nosie. Było jeszcze kilka wolnych krzeseł, jednak nie miał zamiaru siedzieć obok kogokolwiek innego niż Skandynaw. Jasnowłosy był jego najlepszym przyjacielem.

Młodzieńcy poznali się dopiero po przyjściu do gimnazjum, jednak niemalże identyczna przeszłość wytworzyła między nimi silną więź. Olaf również stracił rodziców w wypadku, również wychowywał się u obcych ludzi. Właśnie z powodu tych przykrych doświadczeń chłopcy rozumieli się ze sobą lepiej, niż z kimkolwiek innym.

Po minutach kilku do pomieszczenia weszła pani nauczycielka – niska, młoda kobieta o rudych włosach. Na jej nosie widniały sporych rozmiarów okulary o szkiełkach w kształcie koła. Odziana była dość standardowo: nosiła długą do kolan, kremową sukienkę, czarne buty i brązową koszulę. Popatrzała się chłodnym, stalowym wzrokiem w nieznośnych podopiecznych, a wszelkie dźwięki błyskawicznie ucichły.

Guntrum Panzerwagen, bo tak ta przedstawicielka płci pięknej się nazywała, położyła trzymany pod pachą dziennik, po czym zaczęła sprawdzać frekwencje. Wszyscy wyczytani przez nią młodzieńcy potwierdzili swoją obecność.

– A więc, nicponie, dzisiaj zajmiemy się bryłami. Z tym tematem mogliście się już spotkać w podstawówce, jednak nie zaszkodzi przypomnieć sobie co nieco o nich przypomnieć. Czy ktoś może pamięta, co tą są bryły?

– Najprościej mówiąc są to trójwymiarowe figury geometryczne – odpowiedział Erwin

– A potrafisz te wymiary nazwać, Loneheart?

– Długość, wysokość i szerokość.

– Doskonale! – Spojrzała na resztę podopiecznych – Ktoś coś jeszcze pamięta?

– Można je podzielić na: obrotowe, ostrosłupy i graniastosłupy

– Świetnie. Oczywiście można jeszcze podzielić na kilka innych kategorii, jednak was powinny interesować tylko te trzy. Zatem, zaczynamy od najprostszej z brył: sześcian. Sześcian, jak z resztą sama nazwa wskazuje, ma sześć ścian, a każda z nich jest kwadratem. Pola wszystkich ścian są sobie równe. Dlatego możemy powiedzieć, że pole powierzchni sześcianu wynosi sześć razy "a" do kwadratu, gdzie "a" to bok jednej ściany. Zaś jego objętość to "a" do potęgi trzeciej…

– Proszę pani! – zawołał nagle Johan Strauser, niewielki, piegowaty brunet o wyjątkowo paskudnym wyrazie twarzy.

– Dlaczego mi przerywasz, Strauser?!

– Mam pytanie.

– Mam nadzieję, że związane z lekcją, bo inaczej będę naprawdę zła!

– No… tak jakby związane

– Co to znaczy "tak jakby"?! Albo jest, albo nie jest! Decyduj się, chłopie!

– Dobrze, już dobrze: po co nam ta wiedza? Po co nam wiedza o tych bryłach?

– Słucham?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że pytania o bryłach są na maturze z matematyki?! Nie było jeszcze takiej matury, na której nie byłoby brył! Myśl, dziecko!

– Ale… Po maturze, po co nam ona?

– A nie pomyślałeś może, że jak będziesz już w McDonaldzie pracował, czy też w Burger Kingu to przyda ci się ta wiedza, byś przypadkiem klientowi nie włożył zbyt małego kotleta w bułkę włożył?

– W sumie racja – rzekł stłamszonym głosem uczeń

Guntrum pomachała głową z dezaprobatą.

– Ta dzisiejsza młodzież… Nic pomyślunku o własnej przyszłości. Nie chcę ci źle wróżyć, dziecko, ale z takim nastawieniem to ty zostaniesz co najwyżej pediatrą, albo jakimś innym neurochirurgiem.

– Nie musi już pani tego tak wyolbrzymiać…

– Muszę. Przynajmniej dopóki nie nauczysz się myśleć, jak na dorosłego człowieka przystało!

– Dobrze, już, dobrze… Nic już nie mówię!

– Świetnie. Zatem, skoro tą kwestię, możemy wrócić do lekcji. Otóż…

Nauczycielka przekazywała coraz to kolejne pokłady wiedzy młodocianym. W przeciągu połówki godziny, zdążyła wyjaśnić swoim uczniom niemalże wszystkie sekrety i tajniki, jakie kryły w sobie graniastosłupy. Począwszy na polu powierzchni bocznej prostopadłościanu, aż po objętość dwunastościanu. Swoją żelazną dyscypliną otworzyła im umysły na te prawdy.

W końcu, teoretyczna część lekcji się skończyła. Nadeszła pora na praktykę.

– Doskonale. Zatem, skoro wiecie już co i jak, możemy zabrać się za zadania. – Wzięła książkę jednej z uczennic. – Otwórzcie książki na stronie sto dwunastej.

Wszyscy wykonali rozkaz pani Panzerwagen. Na stronnicy widniały tylko trzy zadania, jednak wystarczyło tylko krótkie spojrzenie na nie, by wiedzieć, że rozwiązani ich zajmie naprawdę trochę czasu.

– Loneheart! – krzyknęła.

– Tak?

– Do tablicy! W podskokach! Idziesz do pierwszego zadania.

Erwin bezzwłocznie chwycił lewą ręką książkę, po czym skierował swoje kroki w stronę zawieszonego na ścianie czarnego prostokąta. Wziął leżącą na parapecie kredę, po czym spojrzał ponownie na treść zadania:

"Podwójna Paczka w McDonaldzie(jej objętość jest dwa razy większa od standardowej) ma kształt graniastosłupa o podstawie prostokątnej. Boki jej podstawy wynoszą kolejno: 12cm i 14cm. Przekątna prostokąta zbudowanego z krótszego boku podstawy graniastosłupa oraz wysokości wynosi 15. Oblicz ile hamburgerów o objętości 100cm^3 zmieściłoby się do Podwójnej Paczki.".

Zastanowił się chwilę. Na sam początek postanowił narysować tą figurę na tablicy i wypisać dane.

Nagle kobieta krzyknęła:

– Erwin, tłumacz klasie co robisz!

– No więc tak… Najpierw wypisuję dane, a następnie liczę wysokość tego graniastosłupa

Po kilku chwilach liczenia, doszedł do wniosku, że wynikiem tego działania będzie liczba dziewięć. Zapisał ją na tablicy.

– Następnie liczę objętość tego graniastosłupa. – Wykonał szybkie mnożenie na tablicy. – To będzie tysiąc pięćset dwanaście centymetrów sześciennych. Następnie należy podzielić te tysiąc pięćset dwanaście przez sto. Wyjdzie piętnaście z niewielką resztą. Wynik należy zaokrąglić do jedności, także wyjdzie piętnaście hamburgerów.

– Doskonale, dziecko. Nie było to trudne zadanie, ale dostajesz dwóję. Siadaj.

Erwin zajął swoje miejsce. Guntrum zaś zaczęła wodzić wzrokiem po klasie w poszukiwaniu kolejnego ucznia.

– Rohm!

Bjorn Rohm, postawny chłopak o zaplecionych w długi warkocz czarnych włosach wstał z ławki, po czym udał się z książką w ręku pod tablicę.

Zaciekawiony Erwin spojrzał na treść drugiego ćwiczenia:

"Kubek Warzywny (kubek, do którego wkłada się pomidory, cebulę, kukurydzę, buraki, sałatę oraz marchew) ma podstawę trójkąta równobocznego o polu powierzchni 64cm^2. Sprawdź, czy klient, który to zamówił mógłby wlać jeszcze czterdzieści centymetrów sześciennych swojego ulubionego sosu, zakładając, że wszystkie warzywa zajęły łącznie osiemdziesiąt cm^3.".

– Jest to zadanie podchwytliwe. Musisz dobrze się zastanowić jak je wykonać.

– Coś jest w tym zadaniu nie tak…

– Co nie tak, Rohm?

– Przecież nikt nie je Kubków Warzywnych!

– Brawo! Jak słowo daję, mało któremu uczniowi udaje się rozpoznać, co tutaj jest nie tak. Doskonała robota, Rohm. Dostajesz jedynkę! To jest właśnie to, co nazywam myśleniem samodzielnym!

– Poważnie?! Dziękuję pani! Mama na pewno się ucieszy!

Kilka sekund później rozległ się głośny dźwięk dzwonka. Koniec lekcji już nadszedł.

Nauczycielka wstała z krzesła.

– To już koniec na dziś. Widzimy się jutro!

Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Po kilkunastu sekundach, sala ta opustoszała.

 

************************************************************************

 

Erwin wraz ze swoimi kolegami z klasy czekali na jednym z korytarzy na ostatnim piętrze, aż lekcja historii rozpocznie się. Jedna, podłużna ławka znajdująca się pod salą oznaczoną numerem "124" nie była w stanie pomieścić wszystkich nastolatków z grupy chłopaka, toteż on jaki i jego najbliższy przyjaciel musieli siedzieć na podłodze, opierając się o ściany. Zawsze to ci dwoje mieli największe problemy z dostaniem się na najwyższy poziom, toteż zawsze dla nich brakowało miejsca na ławce.

Nagle Olaf głośno westchnął, po czym rzekł:

– Ja chramolę, zawsze gdy mam na histę iść szlag jasny mnie trafia.

– Znam ten ból, chłopie – odparł brązowowłosy.

– Gdyby chociaż ten histeryk lekcje potrafił prowadzić to do niczego bym się nie przyczepił, ale zajęcia z nim są nudne jak cholera. Już wolałbym patrzeć jak farba schnie, niż wysłuchiwać tych jego smutów.

– No, mogli by nam dać chociaż raz lekcje zrobić z Doppelgangerową. A tak… Aż szkoda gadać.

– Dokładnie… Jeszcze te jego zadania domowe. "Proszę do podanych dat dopisać wydarzenia i wydarzenia te skomentować". Do diabła, odkąd tu chodzę nie pamiętam, by zadał cokolwiek innego. Tylko te daty i komentarze!

– No ale co zrobisz? Nic nie zrobisz.

– No niestety. Mam tylko nadzieję, że na następny rok on nie będzie nas uczył.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się. Po kilku sekundach z pokoju, do którego one prowadziły wyszedł niski, podstarzały i łysy mężczyzna odziany w biały sweter w brązowe paski, czarne spodnie, brązowe sandały i purpurowe skarpety. Był to Albrecht Öhm, jedna z kilku osób, które odpowiedzialne były za przekazywanie wiedzy o historii tego miasta, kraju oraz świata.

W prawicy dzierżył jasnozielony kubek, z wnętrza którego unosiła się para, zaś w lewicy – świeżego, wypchanego po brzegi przeróżnymi dodatkami hamburgera.

Z braku wolnych rąk, nauczyciel swój dziennik musiał trzymać zębami. Widok był to iście komiczny, jednak widać było aż nazbyt wyraźnie, że jemu samemu nie było do śmiechu. Ostrożnie stawiał każdy krok, uważając by przypadkiem nie upuścić któregoś ze swoich skarbów.

Podszedł do klasy Erwina.

– Niech ktoś weźmie kluczyk z prawej kieszeni i otworzy tą klasę! – rozkazał staruszek.

Olaf w przeciągu kilku chwil zrobił to, czego żądał mężczyzna. Otworzył drzwi. Nauczyciel wszedł pierwszy, zaraz po nim dziewczęta, a chłopcy na samym końcu.

Ta klasa nieco różniła się od poprzedniej. Jej ściany były pomalowane na czerwono, a ławki były znacznie mniejsze: tylko jedna osoba mogła siedzieć przy każdej.

Uczniowie zajęli miejsce. Erwin usiadł niedaleko swojego najbliższego znajomego.

Albrecht z trudem dotarł do znajdującego się na krańcu sali biurka. Położył na drewnianym meblu kubek z – sądząc po unoszącej się parze – kawą oraz hamburgera na biurko. Wypuścił z uścisku księgę ze skórzaną okładką. Ta z głośnym hukiem opadła na blat. Staruch zaczął dyszeć głośno.

Po kilku sekundach głośnych oddechów, usiadł na krześle, otworzył dziennik i zaczął sprawdzać obecność. Gdy wszyscy już ją potwierdzili, wziął ogromnego kęsa swojej potrawy i przeżuwając spojrzał na klasę.

– No więc – powiedział. – Na początku mam dla was ćwiczenie. Mamy rok dwa tysiące setny. Który jest to wiek?

– Jeszcze dwudziesty pierwszy. Dwudziesty drugi zacznie się na następny rok – odpowiedział Erwin.

Albrecht przełknął kawał zmielone w ustach pieczywo, mięso i warzywa.

– Bardzo ładnie. – Wziął do ust kolejny kawał hamburgera. – Jednak pamiętacie coś z tych lekcji z początku roku. Zatem, możemy już przejść do właściwego tematu.

Starszy mężczyzna podszedł do znajdującej się przy ścianie półki z książkami i wyciągnął z niej podręcznik do historii. Wrócił z powrotem na swoje miejsce i zaczął przewracać kartkami. Przestał dopiero po kilku sekundach.

– No więc, dziś na warsztat bierzemy lata czterdzieste w USA. No więc, czy ktoś może z łaski swojej przypomnieć, co działo się w Stanach Zjednoczonych na początku tego dziesięciolecia?

– Ja wiem! – krzyknął Szwed. – Siódmego grudnia roku tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego Pearl Harbor, amerykańska baza wojskowa na hawajskiej wyspie O'ahu została zaatakowana przez japońską marynarkę wojenną. Przez ten atak Stany zdecydowały się na włączenie się do Drugiej Wojny Światowej.

Nauczyciel głośno westchnął.

– Bjorgin. – Ukąsił hamburgera jeszcze raz. – Przecież ja nie pytam cię o takie pierdoły. Co kogo to obchodzi, co? Zapiszcie sobie w zeszytach, że piętnastego maja roku tysiąc dziewięćset czterdziestego założony został McDonald. Powinniście się wstydzić, moi drodzy! Patronem naszej skromnej szkoły jest właśnie Ronald McDonald, a wy jeszcze macie czelność nie wiedzieć, kiedy McDonald został założony! Trochę powagi, panowie i panie! Dobrze więc, skoro to już mamy omówione możemy ruszać dalej. Otóż…

Przez kolejne czterdzieści minut nauczyciel wpajał te mądrości swoim uczniom. Wszystko, czego potrzebowali się dowiedzieć zostało im przekazane przez Albrechta. Strategie, jakie McDonald stosował, by zdobyć klientów, jego początki, trudności, jakie napotkał w trakcie rozwoju. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość zostało przez niego napomniane i objaśnione dokładnie od początku do końca. Twarze niemal wszystkich młodzieńców zaczęły pokazywać zrozumienie i zainteresowanie tematem. Ich skupione na starszym mężczyźnie oczy śledziły każdy, nawet najmniejszy ruch jego ręki, jakby chcąc wydrapać dodatkowe pokłady wiedzy z gestów, jakie on czynił.

Jedynie Erwin i Olaf nie zostali porwani przez lekcję. Na poprzednich lekcjach wraz z kolegami uczyli się o historii hamburgera, o wynalazcach tej potrawy, o firmach, które je produkowały, jednak tyle naprawdę ciekawych tematów zostało albo pominiętych, albo potraktowanych po macoszemu.

Erwin zaczął sobie przypominać lekcje o historii Niemiec, kraju, w którym mieszkał. "Tak… Był tam sobie jakiś Austriak, co się chyba Himmler, czy tam Hitler nazywał, co z Republiki Walmar… Weimarskiej Trzecią Rzeszę zrobił, ale pomówmy lepiej o tym jak hamburgery do naszego kraju się dostały. To znacznie bardziej interesujący temat". – przypomniał sobie słowa staruszka wypowiedziane kilka tygodni temu.

Nagle nauczyciel podszedł do tablicy i napisał na niej kilka dat. A były to: piętnasty maj tysiąc dziewięćset czterdziestego roku, czternasty lipiec tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi, czwarty luty tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty oraz dwunasty kwiecień roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego. Zwrócił swój wzrok na klasę.

– No więc, dzieci, mam dla was niespodziankę. Ktokolwiek dopisze wydarzenia do tych dat dostanie ode mnie hamburgera i dwóję w nagrodę.

– A kto źle?

– Będzie to jasny sygnał, że ten ktoś nie słuchał mnie. A ja nie lubię, gdy produkuję się tutaj jak szalony, a nikt nie słucha. – Wykrzywił swoją twarz we wściekłym grymasie.

Po chwili jednak uśmiechnął się radośnie.

– Zatem, dzieciaczki, które z was chce się wykazać? Śmiało!

Uczniowie milczeli.

– Dobrze, więc, sam wybiorę sobie ochotnika! – Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. – Bjorgin!

– Ja? Dlaczego ja?! – zapytał chłopak. W jego głosie wyraźnie dało się wyczuć zdenerwowanie i strach.

– Będziesz miał szansę się wykazać, chłopie! Ja na twoim miejscu bym się cieszył.

– Ale…

– Nie dyskutuj, tylko do tablicy!

Olaf zaczął się rozglądać panicznie po klasie. Jego szczęka drgała nieznacznie. Oddychał szybko, a każdy z jego wdechów i wydechów napiętnowane było niepokojem. Skąpane w pocie czoło młodzieńca błyszczało w świetle słonecznych promieni wpadających do pomieszczenia przez okno.

– No ruszże się!

Niechętnie, ale w końcu zdecydował się podejść do tablicy. Każdy jego krok był niepewny. Nogi młodziana trzęsły się.

W końcu dotarł na miejsce. Wziął kredę, jednak rozpadła się ona w pół, zanim jeszcze udało mu się napisać choć słowo. Jedna z połówek spadła na podłogę.

– Kurw… – Spróbował zakląć.

Nauczyciel popatrzał na niego zdziwiony.

– Bjorgin! – Skarcił chłopaka.

– No bo dlaczego musimy męczyć się z tą kredą! Od kuzyna ze Szwecji słyszałem, że mają już tablice głosowe. Wystarczy coś powiedzieć, a to słowo samo się napisze! A tutaj?!

– Chłopcze drogi, myślisz, że nasze miasto ma pieniądze, by takie cuda na kiju w każdej szkole montować?

– Hamburg. – Przełknął ślinę i odchrząknął. – Hamburger to jedno z bogatszych miast w tym kraju! Jakim cudem nie stać go na zakup zakichanych tablic głosowych?!

– Ta, wszystko wydamy na edukację, sprzęt i rozwój młodzieży, a hamburgery to niby za co się kupi, co? Przestań dyskutować, tylko zabieraj się za zadanie.

Uczeń westchnął wściekle, po czym zaczął pisać po tablicy.

Napisał, że piętnastego maja powstał McDonald, czternastego lipca sprzedano hamburgera pierwszemu rdzennemu Niemcowi, który uciekł z Trzeciej Rzeszy do USA w obawie przed represjami, czwartego lutego rozpoczęły się obrady Konferencji Jałtańskiej, zaś dwunastego zmarł Franklin Delano Roosevelt, trzydziesty drugi prezydent Stanów Zjednoczonych.

Pan Öhm westchnął głośno.

– Bjorgin, Bjorgin, Bjorgin… – Pomachał głową z dezaprobatą. – Co ja z tobą mam? Dobra, wiesz, szkoda mi już czasu na ciebie. Zadanie uznaję za zaliczone w pięćdziesięciu procentach, ale będę miły i pozwolę ci nagrodę wybrać. Hamburger czy dwója?

– To ja poproszę dwóję!

– Nawet nie wiesz co dobre, chłopie. Oj, ja to przyszłości kolorowej ci nie wróżę.

Ulga nagle zapanowała nad Olafem. Młodziak odetchnął spokojnie, spojrzał jak jego mentor wpisuje do dziennika pozytywną ocenę.

– Debil! – krzyknęła jedna z koleżanek, mając wzrok skierowany na Olafa.

– Klaro! – Zwrócił uwagę Albrecht. – To, że kolega jest idiotą nie znaczy, że trzeba mu to wypominać! To było bardzo niegrzeczne!

Chłopak tylko spojrzał smutnie w stronę nauczyciela i wrócił na swoje miejsce.

Dzwonek ponownie rozbrzmiał. Słysząc to, zgromadzeni w sali zaczęli się pakować.

Nauczyciel poprawił swój sweter, wstał i wziął pewnie swój dziennik pod pachę.

– To koniec na dziś, młodzieży. Spotykamy się w poniedziałek. Co prawda jutro jest piątek, ale, z racji tego, że się jutro nie widzimy życzę wam udanego weekendu. Do zobaczenia!

– Do widzenia! – odkrzyknęli uczniowie

W przeciągu kilku sekund pomieszczenie opustoszało.

 

************************************************************************

 

Erwin stał oparty o ścianę przed drzwiami sali, w której odbywają się lekcje języka niemieckiego. Zaczął rozglądać się wokół, oczekując pojawienia się nauczycielki tego języka.

Obok niego stała trójka kolegów z klasy. Byli to Inga, ruda, niska dziewczyna z piegami na twarzy, Hans, rosły, aczkolwiek mało inteligentny blondyn i Bjern, niski, ale dobrze umięśniony chłopak o kruczoczarnych włosach. Pochłonięci byli rozmową, toteż nie zwracali uwagę na brązowowłosego.

Zaciekawiony chłopak wsłuchał się w konwersację jego znajomych, jednak nie skierował wzroku w ich stronę, by nie wzbudzić w nich podejrzeń.

– No nie wiem… – rzekła niezdecydowanie Inga. – Za krótko się znamy, bym do niego do domu przyszła…

– No ja pierniczę – zaklął blondyn. – Jutro ma chatę na cały dzień wolną, a ty się zastanawiasz, czy tam iść, czy nie?

– Znamy się ledwie rok, a chodzimy ze sobą od pół roku… Dla mnie to za szybko.

– Ale co za szybko, jak za szybko? – zapytał czarnowłosy. – Przecież jego starzy niedługo wracają i drugiej takiej okazji już możecie nie mieć!

– Ale…

– Nie ma żadnego "ale", dziewczyno. Kochasz go?

– No tak, ale…

– No to wszystko wyjaśnione. Powinnaś iść do niego na chatę! Co niby ludzie robią, jak się kochają, co? Wcześniej czy później i tak to zrobisz, więc po cholerę zwlekać?

– No nie wiem… Boję się

– Ale czego tu się bać, co? Przecież Johan to muchy by nie pacnął, taki delikatny. Z nim nie masz się czego bać.

– Ja chcę jednak poczekać z tym do ślubu. Ojciec mi mówił, że zrobili to z mamą dopiero po tym, jak wzięli ze sobą ślub. I ja też tak chcę.

– Ślub… Prawda jest taka, że ślubu możesz nie dożyć, a maszynka do mielenia mięsa stoi już gotowa w domu Johana i tylko czeka, aż ją razem użyjecie.

– Wspólne mielenie mięsa do hamburgerów to poważna sprawa…

– A, tam, pierniczysz. Ja z Anką z "C" klasy co weekend to robimy i jakoś ona nie narzeka.

– Co weekend?

– No ba! I jej nic się nie dzieje. Chodzi, żyje, hamburgery je. Ty też powinnaś spróbować.

Inga zaczęła się zastanawiać głęboko i intensywnie nad słowami swojego kolegi, co pokazała wykrzywiając swoją twarz w dość zamyślonym wyrazie. Jakby analizowała każde wypowiedziane przez niego słowo z diabelską dokładnością. Po sekundach kilku westchnęła głośno i rzekła:

– No dobra… Ale co ja mam tam z nim mielić? Nie chcę, żeby pomyślał, że jakaś drętwa jestem.

– A wszystko, co ci w ręce wpadnie. Pokaż mu, że pomysłowa i otwarta na wszystko jesteś. Ja z Anką na przykład mielimy szczury, gołębie. Raz nawet przyniosła karton z jakimiś kociętami małymi i wtedy dopiero hamburgery pierwsza klasa wyszły!

Wokół rozległ się głośny szum szkolnego dzwonka. Bez namysłu cała klasa weszła do pomieszczenia, które oddzielone było od korytarza drzwiami oznaczonymi numerem "czterdzieści jeden".

Wnętrze było doprawdy uroczo zaaranżowane. Ściany zostały pomalowane beżową farbą, osiemnaście podwójnych ławek rozstawionych było w trzech rzędach liczących sobie po sześć każdy, nad drzwiami widniała pięknie narysowana podobizna czarnego orła z czerwonym dziobem. To była ulubiona sala niemalże całej klasy.

W środku czekała już Pani Barbera Frankfurt, nauczycielka języka niemieckiego. Była to dość stara i niska kobieta o krótkich blond włosach. Liczyła sobie niewiele ponad sto sześćdziesiąt centymetrów. Mało który uczeń wiedział, ile tak naprawdę ma lat, jednak głębokie zmarszczki wskazywały, że do emerytury pozostało jej już niewiele.

Wszyscy zajęli swoje miejsca. Erwin, jak niemal na każdej lekcji, usiadł obok Olafa. Oboje położyli swoje książki i zeszyty na ławkę i zwrócili swoje spojrzenia na kobietę.

– Dzień dobry, dzieci – przywitała się Barbera.

– Dzień dobry. – Podopieczni nauczycielki wstali i usiedli chwilę potem.

– Także, dzisiaj omawiamy głównego bohatera Męczarni Jeszcze Młodszego Wertera, czyli Wertera. Czy ktoś może nam coś o nim powiedzieć?

Klaus Strauff, niewielki, piegowaty rudzielec na nosie którego widniały pokaźne okulary podniósł swoją lewą rękę. Był on najlepszym uczniem z języka niemieckiego, także nikogo nie dziwiło, że to właśnie on zgłosił się do odpowiedzi.

– No więc tak… – Odchrząknął. – Werter był drugim synem Hansa i Edwigi Schaffhausenów, rodziny drobnych biznesmenów należących do klasy średniej. Miał starszego od siebie o dwa lata brata, Johana oraz dwie młodsze siostry, Olgę oraz Enikę. Żył w Hamburgerze przez całe życie, jednak gdy tylko stał się pełnoletni wyprowadził od rodzinnego mieszkania na Barmbek-Nord i przeprowadził się na Heimfeld, gdzie najpierw zatrudnił się w okolicznym Burger Kingu, a następnie otworzył własny biznes, który postanowił nazwać "HamKingdom". Firma ta prosperowała dość dobrze, obroty miał nawet niezłe, klienci chętnie odwiedzali ten lokal. Wszystko szło dobrze, póki pewnego dnia placówki tej nie odwiedziła pewna kobieta o imieniu Lotta.

– Bardzo dobrze… A powiesz nam coś więcej o nim? Na przykład o jego charakterze?

– Werter był człowiekiem całkowicie pozbawionym wszelkich wyższych uczuć i wartości. Dla tego człowieka miłość, piękno czy harmonia nie miały najmniejszego znaczenia. Idealnym przykładem na zobrazowanie jego powierzchowności i egoizmu jest sytuacja, w której handlarze żywym towarem zaproponowali mu dożywotni zapas hamburgerów w zamian za zwabienie Lotty do parku, skąd zbóje ci mogliby ją porwać i wywieść do jakiegoś domu publicznego za granicą, a Werter się nie zgodził. To doskonale wręcz obrazuje, jak wyprutym z emocji i idei człowiekiem był Werter.

– Świetnie, Klausiku, świetnie. Coś jeszcze?

Hans podniósł swoją prawicę.

– Tak, Hans?

– Proszę pani, czy mogę do toalety?

– Hans, miałeś całą przerwę, by swoje sprawy załatwić.

– Ale ja tam tylko hamburgera zjeść…

– A, to trzeba było tak od razu. Leć – rzekła Barbera.

Blondyn uśmiechnął się, po czym wyszedł z pomieszczenia.

– Zatem, skoro już mamy pierwsze rysy portretu psychologicznego Wertera, możemy iść dalej. Co jeszcze wyczytaliście z książki?

– Werter… – Zaczął rudowłosy.

– Niech ktoś inny się wykaże, a nie tylko ty, Klaus. – Przerwała mu nauczycielka.

W klasie zapanowała absolutna cisza. Nikt nie ważył się podnieść głosu. Nikt nawet nie ważył się spojrzeć w kierunku, w którym stała germanistka. Wszyscy poza Klausem mieli swój wzrok wbity w blaty ławek.

– Nikt? Tego właśnie się po was spodziewałam… Wygląda na to, że będziemy kartkóweczkę pisać, moi mili.

– Ale proszę pani… – Inga próbowała dyskutować, jednak starsza kobieta bardzo szybko ugasiła jej zapał swoim surowym spojrzeniem.

Barbera wzięła stos kartek leżący na parapecie i dała każdemu uczniowi po jednej.

Erwin spojrzał na kawałek papieru, a jego twarz bardzo szybko wykrzywiła się w smutnym grymasie. Na tym miękkim prostokącie widniały bowiem trzy bardzo trudne pytania. Pierwsze z nich brzmiało: "Scharakteryzuj Lottę, Wertera, albo Siergieja Wigiriego", drugie: "Wypisz pięć sytuacji, w których ukazana została miłość Wertera do Lotty oraz pięć, w których ukazana została miłość Wertera do hamburgerów", a ostatnie: "Zrób plan wydarzeń rozdziału siódmego".

Pomachał beznadziejnie głową i zaczął nurkować w głębinach swojego umysłu, by znaleźć tam choćby najmniejszy skrawek informacji o tej powieści.

"Mogłem to przeczytać, do cholery jasnej" – zaklął w myślach chłopak. Wziął głęboki oddech i rozpoczął starcie epickie i ciężkie, w którym nagrodą była pozytywna ocena.

Wreszcie, po czterdziestu minutach udało mu się odpowiedzieć na wszystkie trzy pytania. Nie miał pojęcia, czy wszystkie odpowiedzi były poprawne, jednak był pewien tego, że jego praca będzie oceniona na co najmniej czwórkę.

Podszedł do biurka swojej nauczycielki i oddał pracę.

– Jak poszło? – zapytała Barbera

– Źle, pani profesor. Nie zdążyłem tego przeczytać na czas i, no cóż, nie poszło mi.

– Nie martw się, mnie też nie chciało się lektur czytać. A z tego będzie poprawa także nie masz się czym łamać.

– Poważnie? Kiedy?

– Jak sprawdzę wasze praca dostaniecie ode mnie termin popraw.

– Dziękuję! Rodzicom nie spodobałaby się kolejna piątka w dzienniku.

– Wierzę, Erwinku, wierzę.

Kolejny raz dzwonek rozbrzmiał w całej szkole obwieszczając koniec lekcji. Uczniowie zaczęli odnosić książki do szafek i wychodzić z klasy.

 

************************************************************************

 

"Jeszcze tylko rela i na chatę" – pomyślał rozradowany nastolatek. Myśl, że już za kilkadziesiąt minut będzie mógł wrócić do domu, a później spędzić cały dzień na bezowocnym leniuchowaniu napawała go szczerą radością. Siedział i patrzył, jak najdłuższa z wskazówek zawieszonego na ścianie zegara z każdą chwilą posuwała się naprzód. Już niedługo.

W pomieszczeniu, w którym znajdował się wraz z cała swoją klasą panował niewyobrażalny chaos. Nauczycielka religii zawsze wpuszczała swoich uczniów do klasy na początku lekcji, po czym po jakiejś połowie godziny, gdy już zakończy swoje obcowanie z hamburgerami, wraca, by poprowadzić lekcję. Rówieśnicy chłopaka zawsze skrzętnie wykorzystywali jej nieobecność urządzając w pomieszczeniu istny harmider. Rozmówki, rzucanie się papierami, wyzwiska. I to wszystko w obecności zawieszonego na ścianie portretu Jamesa McLamore'a.

W końcu, po jakimś czasie, do sali weszła katechetka. Jej usta pokryte były ketchupem oraz musztardą wymieszanymi w jedną, obrzydliwą breję, po której bez przerwy wodziła językiem. W jej oczach widniała czysta żądza i wściekłość.

Starsza, siwowłosa kobieta odziana w brązową koszulę, buty oraz czerwoną sukienkę rozglądała się po pomieszczeniu nerwowo, jakby chcąc znaleźć coś, na czym mogłaby wyładować piętrzące się emocje.

Usiadła na swoim miejscu i zaczęła sprawdzać obecność. Gdy skończyła, krzyknęła:

– Dobra, słuchajcie mnie, bo nie zamierzam się powtarzać. Czy ktoś wie dlaczego Quincy McNeil, jeden z pracowników sieci McDonald został skazany na karę śmierci przez teksańskich szarlatanów?

Katechetka zaczęła się rozglądać po klasie, po czym wskazała palcem na Erwina.

– Loneheart! Odpowiadaj!

– No więc słyszałem, że dopuścił się strasznej zbrodni na tamtejszych dzieciach i…

– Zbrodni?! – Przerwała mu. – Dodanie wspaniałego mięsa do hamburgerów nazywasz zbrodnią, ty bezbożniku jeden?!

– No ale przecież on to mięso z dzieci robił… – odpowiedział nieśmiało.

– Milcz! Nie zamierzam wysłuchiwać dalej twoich herezji! Dostajesz piątkę! Za każde następne słowo dostaniesz kolejną!

Szwed tylko spojrzał rozgoryczony na Erwina, jednak nie ważył się odezwać ani słowem.

– Słuchać mnie, hultaje. – Kontynuowała. – Quincy McNeil umarł za nasze podniebienia, za to, byśmy mogli chodź na krótką chwilę przenieść się do raju. On, ten wielki bohater umarł za nas wszystkich. Za mnie, za was, nicponie, za waszych rodziców. Umarł za nasze hamburgery i chwała mu będzie po wiek i wieków…

– …amen. – dokończyli uczniowie.

– Tak, jeden temat z głowy. Mam nadzieję, że zapamiętaliście, bo nie chce mi się tego jeszcze raz przerabiać. Następny temat: czy wszechmogący Bóg może stworzyć hamburgera, którego sam nie zje? Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie?

– Nie, nie może – odparł Hans.

– Źle, piątka.

– Może? – odezwała się niepewnie Inga.

– Pudło! Piątka.

– Ja wiem – odezwał się Klaus. – Jest to pytanie paradoksalne, gdyż każda z odpowiedzi podważa Bożą potęgę. Na nie nie ma odpowiedzi.

– Źle! Jest odpowiedź, matole jeden!

– To jak ona brzmi?

– Następująco: Gdyby Bóg istniał sam byłby hamburgerem. Tak, filozofowie i kapłani od wielu wieków głowili się nad tą jedną prostą odpowiedzią, a tu wystarczyło tylko dojść do jednego prostego wniosku: skoro hamburgery są doskonałe, Pan Bóg też musi być hamburgerem. Nie ma innej opcji!

– Przepraszam, może pani powtó…

– Na rany McNeila! Wiecie co? Ja nie mam zamiaru pracować z bandą takich nieuków jak wy! Wychodzę stąd!

Jak powiedziała, tak zrobiła. Zaledwie kilka sekund po tym, jak z jej ust wydostało się ostatnie słowo tego zdania, opuściła salę katechetyczną i trzasnęła drzwiami na odchodne.

Wśród uczniów i uczennic rozbrzmiały okrzyki radości. To był już koniec zajęć na dzisiaj. Z ogromnym pośpiechem zaczęli się pakować. Dzwonek co prawda jeszcze nie oznajmił końca godziny lekcyjnej, jednak znali oni swoją katechetkę i wiedzieli, że kiedy raz wyjdzie z lekcji, już na nią nie wróci.

"Jak na nią to i tak zbyt długo" – pomyślał sobie Erwin.

Sala katechetyczna w końcu opustoszała.

 

************************************************************************

 

Erwin energicznie otworzył drzwi wejściowe gimnazjum. Wziął głęboki oddech i uniósł twarz do góry, pozwalając, by ciepłe słoneczne promienie ją delikatnie otuliły. Był zadowolony. Czwartkowe lekcje już za nim. Jeszcze tylko jeden dzień szkolnych męczarni oddzielał go od słodkiego, bezczynnego i leniwego weekendu. Szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy pomyślał sobie, ile wolnego czasu będzie miał na pięcie się coraz wyżej w rankingu gry internetowej zwanej "Leauge Of Legends".

Ruszył tą samą trasą, którą do szkoły przybył. Tym razem jednak szedł w przeciwnym kierunku. Zaczął pogwizdywać, by umilić sobie podróż.

W końcu, po około czterdziestu minutach wędrówki, znalazł się przed drzwiami swojego domu. Już niemalże czuł ten piękny zapach skórzanego fotela oraz cichy szum komputera. Zadowolony, wszedł do środka.

– Już jestem! – krzyknął chłopak.

Odpowiedziała mu tylko głucha cisza. Poczuł się lekko nieswojo, gdyż rodzice zawsze odpowiadali mu na to powitanie. "Pewnie matka hamburgery robi" – pomyślał sobie. Postanowił, że pójdzie do kuchni.

Kilka sekund musiał poświęcić, by znaleźć się w tym pomieszczeniu. Jego oczom ukazała się Berta siedząca na stole i pochłaniająca sporych rozmiarów hamburgera. Jej twarz miała obojętny, stoicki wręcz wyraz. Jadła potrawę, wpatrując się w ścianę. Nie było tutaj jednak Johna.

– Hej, mamo! Gdzie ojciec? – zapytał się chłopak.

Berta zdjęła ze stołu obrus, pokazując Erwinowi schowane za nim truchło jego przybranego ojca. Na skąpanym we krwi ciele mężczyzny widniało wiele ran ciętych. Jego oczy wyjęte zostały z oczodołów. Język znajdował się kilka centymetrów obok głowy starca.

Erwin uklęknął, zdezorientowany, oszołomiony tym przerażającym widokiem. Jego przybrany ojciec, osoba, która dała mu dom, miłość i ciepło, gdy najbardziej tego potrzebował odeszła z tego świata już na zawsze. Smutek i przygnębienie zdominowały w przeciągu krótkiej chwili serce nastolatka.

– Nie! – krzyknął zrozpaczony.

Zaczął płakać. Głośne szlochy zaczęły wydobywać się z jego gardła.

– Co tutaj się stało?!

– A bo ja wiem? Hamburgery jadłam.

– Co?! Jak to hamburgery?! Kto zabił ojca?! Ktoś to musiał zrobić!

– Jego brat przyszedł nas odwiedzić jak w szkole byłeś. Poczęstował nas hamburgerami to i z Johnem do stołu zasiedliśmy. John jednak zaczął dobierać się do moich, toteż do toalety poszłam, by w spokoju sobie zjeść. Gdy wróciłam, John już tak leżał. – Wzięła kolejny kawałek potrawy do buzi i przełknęła.

– Dlaczego nic z tym nie zrobiłaś?! Przecież musiałaś coś słyszeć!

– Hamburgery jadłam i…

Erwin wziął stojący na stole talerz z hamburgerami i popełnił bodajże największe świętokradztwo o jakim można było pomyśleć – rzucił nim o ziemię. Porcelana w przeciągu chwili rozleciała się na dziesiątki drobnych kawałków. Ketchup i inne sosy rozlały się po kafelkach.

Wyprowadzony z równowagi Erwin rzucił się na Bertę. Strącił ją z krzesła i usiadł na niej okrakiem, upewniając się, że nie ucieknie mu. W przypływie gniewu, furii niewypowiedzianej uniósł rękę i przymierzył się do wyprowadzenia ciosu. Mogła zaradzić śmierci Johna, mogła go uratować, jednak ona wolała żreć, opychać się tym świństwem.

Uderzył ją. Po chwili kolejny raz. Tłukł ją dopóki przytomność jej nie opuściła.

Wydając z siebie kilka wściekłych wydechów, zszedł z niej i zaczął rozglądać się po kuchni. Po kilku chwilach znalazł niewielką karteczkę, na której zapisany był następujący adres: "Angeli Scheli 22/14". Styl pisma, jakim został on napisany zdradzał, że autorem tego napisu nie byli ani John ani Berta.

Schował kartkę do kieszeni spodni. Narodziła się w nim żądza pomszczenia przybranego rodzica. Zamierzał zrobić wszystko, byle tylko móc ją ugasić.

Bez namysłu wziął z szuflady nóż i wyruszył w stronę ulicy imienia Angeli Scheli. "Więc to tam się ukrywasz, co, skurwysynu? Poczekaj, kurwa mać, idę po ciebie. Jeszcze tej nocy sprawiedliwości stanie się zadość". – pomyślał i schował metalowe narzędzie do kieszeni.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo ciekawy świat. Pokazuje dokąd zmierza nasz świat. Jednak nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Niemczech, nie pasuje to do hamburgerów, bardziej USA. Zakończenie także rozczarowywało, gdyż całe te hamburgery w ogóle nie wpływały na morderstwo. Powinien ten ojczym zostać zmielony na hamburgera, bo komuś skończyło się mięso, zwłaszcza że była wcześniej wzmianka o mieleniu kotów i dzieci.

“Jednak nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Niemczech, nie pasuje to do hamburgerów, bardziej USA”

 

Cóż, wybrałem Niemcy na kraj, w którym dzieje się akcja z tego powodu, gdyż Hamburg praktycznie od kiedy usłyszałem o tym mieście po raz pierwszy kojarzy mi się z hamburgerem. 

 

“Zakończenie także rozczarowywało, gdyż całe te hamburgery w ogóle nie wpływały na morderstwo.” 

 

To zamierzam rozwinąć w drugiej części opowiadania :)

 

Pozdrawiam!

 

Przeczytałem jakąś jedną trzecią tekstu, Żywiołaku. Niestety nie wciągnął mnie na tyle, że przeczytać całość. Mam to samo zastrzeżenie, co Anyradek, nie rozumiem hamburgerów w Niemczech. Masz trochę stylistycznych i logicznych błędów.

Włosy z głowy były dość długie,

Szkoda, że nie z… Ten, tego, wiesz skąd.

Jego oczy posiadały nienaturalną, purpurową barwę, przez co bardzo często znajdował się w centrum zainteresowania swoich rówieśników.

Z takimi oczkami znalazłby się w znacznie większym centrum zainteresowania, chyba że to soczewki.

Liczył sobie ponad sto osiemdziesiąt centymetrów i ważył ledwie dziewięćdziesiąt kilko.

To całkiem normalna waga przy tym wzroście., nawet w plus.

 

Najbardziej zmęczyła mnie rozwleczona relacja.

udał się w kierunku centrum miasta.(…) Przystanął przy słupie (…) Wznowił swoją wędrówkę. (…) Gdy już znalazł się na miejscu

Dużo znaków, a nic specjalnego się w tym fragmencie nie dzieje, dłużyzny.

Przemyślałbym jeszcze ten tekst, przeredagował, pewnie poskracał. Pozdrawiam.

 

Dziękuję za te uwagi. Postaram się następną część napisać lepiej. Pozdrawiam! :)

 

Stworzyłeś interesujący świat, straszny (ale zastanawiałam się, czy ludzie mogą przeżyć długo na tak monotonnej diecie). Ale dobrze byłoby dodać do niego interesującą fabułę. A tymczasem dostajemy dzień z życia nastolatka. Podajesz przy tym mnóstwo niepotrzebnych szczegółów: że rano umył zęby, że sięgnął po kredę, żeby coś napisać… Po co mówić czytelnikowi rzeczy, które już wie? Podawaj tylko te nowe, ciekawe. IMO, wzrost każdej napotkanej osoby i ustawienie ławek w klasach też spokojnie można pominąć.

No i lepiej skończyć tekst i opublikować całość niż cykać fragmentami. Wielu ludzi ich nie czyta.

Styl masz chropawy, często coś zgrzyta.

Lubił tą potrawę,

Tę potrawę.

Znajdowały się w niej cztery, podłużne ławki ustawione poziomo względem biurka nauczycielki.

Ławki w szkole bardzo rzadko stoją pionowo.

Było jeszcze kilka wolnych krzeseł,

A przed chwilą tylko jedno było wolne.

– Niech ktoś weźmie kluczyk z prawej kieszeni i otworzy tą klasę! – rozkazał staruszek.

A jak mówił, skoro w zębach trzymał dziennik?

Babska logika rządzi!

Kotlet hamburski to rodzime danie z okolic (uwaga!) Hamburga. Niemieccy emigranci w Stanach dodali do niego bułkę, tworząc nową wersję – hamburgera.

Podobnie jak Darcon, nie byłem w stanie dokończyć lektury. 

Początkowo nawet się zaciekawiłem (plus za tytuł!), ale czytając któryś z kolei akapit uderzyło mnie, że tak naprawdę, to nie wiem o czym jest to opowiadanie. Odciągasz czytelnika od sensu historii masą nieistotnych opisów. To, co można streścić jednym zdaniem – rozwlekasz na cały akapit. Ciężko się to czyta.

Tekst zdecydowanie do redakcji. Przeczytaj go głośno, sam zobaczysz.

Sith Happens!

Nowa Fantastyka