- Opowiadanie: AvBert - PACHITA

PACHITA

Szanowni, wrzucam ten tekst ze świadomością, że nie jest on do końca fantastyczny. Nie w sensie , że jakiś słaby. Myślę, że komuś zrobi dzień. Jest wręcz z założenia  anty-fantastyczny, jeżeli wiecie co mam na myśli. Nie nie wiecie, więc może przeczytacie. Zapraszam

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

PACHITA

Santoa było miastem tylko w sensie geograficznym, jako punkt na mapie. Próżno by szukać tu jakiegoś centrum, chyba, że przyjąć za środek miasta jeden duży blaszany barak robiący za sklep, zlokalizowany naprzeciwko studni i przystanku autobusowego. Autobusy kursowały tu regularnie – raz w tygodniu, za wyjątkiem pory deszczowej, kiedy istniało niebezpieczeństwo, że podmyte drogi spowodują utknięcie pojazdu, gdzieś w środku dżungli.

W umownym centrum stał dwupiętrowy dom, którego elewacja pomalowana była kolorowymi farbami, ale bardzo dawno temu. Obecnie tynk łuszczył się i barwne miejsca przeplatane były płatami szarego betonu. W pokoju na piętrze siedziała grupa mężczyzn. Mieli skórę koloru naparu herbacianego, długie czarne włosy i rzadki zarost. Ubrani w szorty i kolorowe koszule zakrywające ich bezwłose torsy, przygotowywali zioło do palenia. Jeden z nich ugniatał jakieś liście w kulki, które drugi, delikatnymi, sprawnymi ruchami siekał maczetą na podłodze.

Wymieniali między sobą uwagi krótkimi słowami. Wkrótce można było nabić fajki. Wtedy zadzwonił telefon. Najstarszy z mężczyzn sięgnął po aparat leżący na stole. Chwilę słuchał

– Si – stwierdził na koniec i rozłączył rozmowę.

Usiadł na podłodze, rzucił kilka słów do towarzyszy, którzy w odpowiedzi skinęli głowami.

 

Kilka minut później dało się usłyszeć silnik samochodu, który zatrzymał się przed wejściem budynku. Starszy człowiek wyjrzał przez pozbawione szyb okno. Na dole zaparkował wielki SUV, z chromowanymi felgami, błotnikami, zderzakami i grillem. Masywne drzwi z zaciemnionym szybami otworzyły się i wyszedł z nich mężczyzna w eleganckim garniturze. Wydawało się, że wyczuł spojrzenie Indianina, bo podniósł głowę i spojrzał zza ciemnych okularów na obserwującego go mężczyznę. Uniósł obficie przyozdobioną pierścieniami rękę i pomachał przyjaźnie.

Wkrótce wraz ze swoim ostentacyjnie uzbrojonym kierowcą weszli do budynku. Dotarli na piętro i weszli do pomieszczenia. Pukaniem nie musieli się trudzić, gdyż drzwi nie było i od środka pomieszczenia odgradzała gości sznurkowa zasłona przyozdobiona paciorkami. Starszy Indianin podszedł do gości i uścisnął mężczyźnie rękę. Pozostali siedząc na podłodze nie przerywali palenia fajek, a przybysza zaszczycili jedynie krótkim spojrzeniem i skinieniem głowy.

– Moi przyjaciele słyszałem, że macie nowe zlecenie.

– Si – potwierdził Indianin.

Mężczyzna wyjął tablet i wywołał zdjęcie. Pokazał go gospodarzowi.

– To ten człowiek – bardziej stwierdził niż zapytał.

Stary Indianin nie wykazał większego zainteresowania.

– Pochodzi z Europy – kontynuował niezrażony gość.

– Gringo, to gringo… – wzruszył ramionami Indianin.

– No, nie bardzo gringo. Polako.

Twarz starego mężczyzny nie zmieniła wyrazu. Gość rozejrzał się za miejscem gdzie mógłby usiąść, lecz go nie znalazł, a perspektywa pobrudzenia spodni na podłodze nie wydała się atrakcyjna. Najbliższa pralnia, która mogłaby się zmierzyć z drogim garniturem, nie zamieniając go w stos poplamionych, wymiętych szmat, znajdowała się ponad pięćset kilometrów od tego miejsca. Mężczyzna podszedł do stołu sprawdził czystość jego krawędzi i oparł się na nim półdupkiem.

– No i jak go przyjmiecie? Zje u was zupę z małpy?

– Nie zje… – zaprzeczył z pewnością w głosie gospodarz.

 – Nie dacie mu? – zdziwił się mężczyzna.

– Damy, ale nie zje. Gringo nie zjadają zupy z małpy i trzeba ją dawać psom. Po gringo nie wolno maczać łyżki w misce – rozgadał się starzec.

Elegancki mężczyzna wsłuchiwał się przez chwilę w tą przemowę wygłaszaną łamaną hiszpańszczyzną starając się wyłowić ukryty sens.

– To nie gringo!- przerwał. – Mam dla was specjalne zadanie. Ekstra płatne.

Sięgnął do kieszeni i wyjął drewniane pudełko wielkości paczki papierosów. Ostrożnie otworzył wieczko i wyjął dwoma palcami tłustą, owłosioną gąsienice.

Widok ten zainteresował wszystkich Indian.

– Wiecie, co to? – zapytał.

– Pachita – stwierdził Indianin.

– Smakowe… – dodał drugi.

– Dacie mu to.

– Szkoda dla niego, nie zje i będzie trzeba dać psom… – rozpoczął przemowę starszy mężczyzna.

– Nie musi tego jeść, musi tylko znaleźć w dżungli.

Indianin pomyślał przez chwilę, a potem skinął głową.

– Ekstra płatne.

 

***

 

Z Tarapoto, ostatniej ostoi cywilizacji, wyruszył pojazd, który posiadał wszelkie znamiona, by nazwać go autobusem. Jego sylwetka była jednak mocno zniekształcona poprzywiązywanymi do niego paczkami i tobołkami. W środku też nie było lepiej.

Czterech bladolicych pasażerów jadąc nim już od dwóch godzin brało udział w konkursie rzygania synchronicznego. To znaczy: po epickiej walce z torsjami, jeden nie wytrzymywał, co powodowało reakcję łańcuchową wśród towarzyszy podróży. Targani skurczami żołądka, zaprzestali dbania o czystość drogich trekingowych butów. Do okien nie mieli dostępu. Gdyby nawet udało im się przecisnąć pomiędzy tekturowymi paczkami, plastykowymi beczkami i lnianymi zawiniątkami, wystawienie głowy przez nieoszkloną framugę, zawierającą jednak szczątkowe fragmenty szyby, przy najbliższym podskoku pojazdu, groziłaby natychmiastową dekapitacją.

Za obecne tortury winić mogli, zarówno całkowity brak amortyzatorów w tylnym zawieszeniu pojazdu, jak i upór szefa zespołu przy wyborze miejsc.

Kiedy w Tarapoto, życzliwy kierowca wskazał im kanapy tuż za swoim miejscem, Janusz Torbak, szerzej znany pod pseudonimem Radagast, zdecydowanie zaprotestował. Na migi wskazywał tylną cześć pojazdu, gdzie zamierzał ulokować się wraz ze swoim kamerzystą, dźwiękowcem i organizatorem wyprawy. Michał Gruszak szkolną hiszpańszczyzną tłumaczył to kierowcy, który, również w podobnym języku, wyrażał zdecydowany sprzeciw.

– Pewnie chce nas naciągnąć na kasę – stwierdził z miną znawcy miejscowych zwyczajów Torbak.

W tym czasie inni pasażerowie czekali, aż grupa VIP zdecyduje się zająć miejsca. Wykrzykiwali przy tym różne słowa, na których dźwięk ich kobiety chichotały ukradkiem. Prawdopodobnie również się rumieniły, ale kolor ich skóry skutecznie ukrywał ten efekt.

W końcu szofer nie wytrzymał presji i napięcia, i głośno krzycząc, machając rękami pozwolił Europejczykom zająć miejsca, jakie sobie życzą. Ekipa rozlokowała się na tylnej kanapie. Wkrótce zostali skutecznie odcięci od przodu pojazdu indiańskimi bagażami, wśród których znalazło się kilka klatek z przedstawicielami miejscowej i importowanej fauny.

Przez kilka pierwszych kilometrów było nawet znośnie, ale po zjeździe, z jako tako wyrównanej drogi rozpoczął się koszmar. Autobus starał się omijać dziury w nawierzchni, ale tylko te duże. Wyrwy niewielkie i średniej wielkości dzielnie forsował, wyjąc niemiłosiernie silnikiem na pierwszym biegu.

Indianie zainstalowali sobie ciężkie pakunki na kolanach a rękoma trzymali się poprzedzających ich foteli. Europejczycy bez specjalnej nadziei rozejrzeli się za pasami bezpieczeństwa i rozpoczęli podróż przypominającą ujeżdżanie byka. W końcu chwycili się wszyscy pod rękę tworząc masę trudniejszą do wyrzucenia w kierunku sufitu. Nie pomogło to jednak to ich błędnikom i mogli pożegnać się z ostatnim cywilizowanym posiłkiem, przygotowanym przez coś, co można było nazwać restauracją, przynajmniej ze względu na ceny serwowanych potraw.

 

Napisać, że podróż minęła im bez dalszych przykrości, byłoby niewymownym okrucieństwem. Dość dodać, że wkrótce wszyscy wyczerpani chorobą lokomocyjną popadli w otępienie i było im wszystko jedno, co się z nimi stanie. Nawet nie dostrzegli, że dotarli na miejsce z ponad trzygodzinnym opóźnieniem. Aby być sprawiedliwym nie zauważył tego ani kierowca, ani jego indiańscy pasażerowie. Dla nich informacja, że w ogóle dotarli była wystarczającym powodem do zadowolenia.

 

Autobus opustoszał. Europejczycy powoli wstali i na nogach z waty ruszyli w kierunku wyjścia. Kierowca coś do nich mówił, jednak zlekceważyli go. Wkrótce cała grupa zaległa w pobliżu pompy studni.

– Sprzęt…– szepnął Radagast, trącając ramię Gruszaka. Ten wstał i z kieszeni wyjął zwitek miejscowych pieniędzy. Niepewnym krokiem podszedł do przyglądających im się z zaciekawieniem, ale bez śladów współczucia, kilku Latynosów.

– El equipaje, descargar – zarządził słabym głosem. Kilku młodzieńców przyjęło banknoty. Zapewne ich wartość przekraczała koszty zamówionej usługi, gdyż bez targowania się wynieśli rzeczy Europejczyków i ułożyli z nich stosik przy studni.

– Senior… – Gruszak wyjął z kieszeni notatnik – Fenan Tuskueros Gomelez ..?

– Si – skinął głową jeden z Metysów i gestem nakazał bosemu chłopakowi sprowadzić wymienionego z nazwiska człowieka.

 

Europejczycy powoli dochodzili do siebie. Uspokoili żołądki i sięgnęli do plecaków. Napili się wody z plastikowych butelek. Mirosław, młody kamerzysta, nabierał przekonania, że powinien przyjąć alternatywną propozycję pracy. Reklama szczoteczki, która “Myje zęby nawet w niedostępnych miejscach” wydała się teraz bardzo atrakcyjna, zwłaszcza, że pewnym wyzwaniem mogło okazać się sfilmowanie tych: “niedostępnych miejsc”, gdziekolwiek by się znajdowały.

 

Od strony budynku, który zapewne był hotelem zbliżał się do nich niewysoki lekko tęgi Metys. Ubrany był w strój koloru khaki, jednak bez wątpienia był to ten sam człowiek, który poprzednio imponował tubylcom przepięknym garniturem.

Z daleka zlustrował gości. Kamerzystę i dźwiękowca zlekceważył. Przygrubego mężczyznę również. Skierował się ku Torbakowi, który z trudem wstał z ziemi.

– Fenan Tuskeros Gomelez. – Metys pewnym gestem wyciągnął przed siebie dłoń.

– Radagast – Torbak uścisnął mu rękę.

– Mam nadzieję, że podróż minęła znośnie – Metys lekko się uśmiechnął.

Szczupła pociągła twarz Radagesta skrzywiła się w uśmiechu.

– Niestety nie tak jak byśmy chcieli – stwierdził, ciesząc się, że jego rozmówca posługuje się przyzwoitym angielskim.

– Zatem przejdźmy do rzeczy, w mieście jest tylko jeden hotel. – Fenan wskazał ręką budynek. – Jego zaletą jest to, że jest. Ale dla tak doświadczonych podróżników jak wy, pewne niewygody nie będą problemem?

Radagast nie odpowiedział, przyjrzał się zmurszałej farbie. Czuł się doświadczonym podróżnikiem, jednak dotychczas penetrował florę w mniej egzotycznych miejscach. Niestety promowanie rumianko podobnych roślin w swoim programie nie przysparzało mu widowni. Owszem jego twarz była rozpoznawalna, jednak nie wśród targetu przynoszącego największe wpływy reklamowe. Potrzebował egzotyki, tajemnicy i dreszczyku emocji. A gdzie szukać takich wrażeń jak nie w krainie, w której prawie każde fruwające stworzenie chce się napić twojej krwi.

Do wyprawy przekonał swojego agenta. Za małą stawkę i obietnice przygody wynajął kamerzystę i dźwiękowca. Zarezerwowali najtańszy bilet lotniczy do miasta znajdującego się najbliżej dżungli.

– Oczywiście senior to nie problem – skłamał w końcu.

– Może na początku się rozliczymy, wie pan nigdy nie wiadomo co nas czeka w dżungli. – Wydawało się że Gomelez albo doznał jakiegoś skurczu mięśni białych brzucha, albo stara się ze wszystkich sił powstrzymać śmiech.

– Coś się panu stało? – zapytał lekko zaniepokojony podróżnik – Tak jakoś zmienił się pan na twarzy.

– Niestrawność, to ta indiańska dieta, bogata w miejscową faunę.

Torbak westchnął ciężko i skinął głową w kierunku Gruszaka. Ten z ociąganiem uniósł swoje kilkadziesiąt kilogramów nadwagi z ziemi, i zaczął przeliczać wydobyte z sakwy banknoty.

– Proszę również by panowie w sprawach rozliczeń finansowych z miejscowymi zdali się na mnie. Nie ma potrzeby, by moi podopieczni dawali się naciągać. A uwierzcie mi, że ceny tu są bardzo umowne, ograniczane jedynie wyobraźnią miejscowych – Gruszak skinął głową i przekazał Metysowi kilka dodatkowych banknotów.

 

Cała ekipa zebrała się w małym barze hotelowym. Było to pomieszczenie o którym powiedzieć, że jest skromnie umeblowane, było by nadmiarem łaskawości dla aranżatora przestrzeni.

– Jutro zawiozę panów do obozu Indian – wyjaśnił Gomelez. – Ruszymy rano, przed wieczorem powinniśmy być na miejscu, o ile oczywiście drogi będą przejezdne. – Skinął na barmana, którym był, na pewno nieletni, młody chłopak. Młodzieniec nalał im po szklaneczce bursztynowego płynu.

– All inclusive – wyszczerzył białe zęby Metys, następnie kontynuował – Zabierzemy cały sprzęt. Proponuje byście się panowie napili dziś whisky, całkiem dobra, to pozwoli łatwiej zasnąć. Przed położeniem się sprawdźcie moskitiery, a nad łóżkiem rozpylcie ten repelent. Podał dwie duże puszki sprayu.

 – Jest zakazany w europie, ale jedyny skuteczny w tych warunkach.

Gruszak z niepokojem przyglądał się prostej etykiecie, na której głównym elementem dekoracyjnym była trupia czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami wpisana w pomarańczowy kwadrat.

– Tak, że bawcie się dobrze – Fenan jednym haustem dopił napój i zeskoczył ze stołka barowego.– Korzystajcie z uroków cywilizacji. Możecie przejść się po mieście, chociaż – zamyślił się – nie bardzo wiem po co.

Uścisnął im dłonie i skierował się do wyjścia.

– Aha, jak skończycie to dajcie chłopakowi jakiś napiwek. Nie często mają tu gości – stwierdził i opuścił hotel.

 

Podróżnicy posiedzieli trochę w barze. Pod wieczór wstawiony Torbak zarządził, że jednak zrobią dzisiaj jakieś zdjęcia. Trochę budynków, może sfilmują jakąś grupę mieszkańców.

Operator, niepewnym krokiem zbliżył się do drzwi hotelu i wyjrzał na zewnątrz oceniając porę dnia i pozycję słońca.

– Dzisiaj nie damy rady. Zanim się rozstawimy światło będzie do niczego.

 – Pan nie przesadza – poparł swojego szefa Gruszak – pokamerujemy tylko w najbliższej okolicy.

W oczach chłopaka pojawił się błysk złości.

– Kemerują, to buraki nad Bałtykiem tłuste dupy swoich żon. Profesjonaliści filmują.

– Skoro ekspert mówi, że nie, to nie. – Wydawać by się mogło, że Radagast chce uciąć niesnaski w zespole, jednak zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze jemu też nie chce się wychodzić z hotelu, dwa: nie jest pewien jak, w obecnym stanie, udałby mu się komentarz.

Resztę wieczoru spędzili na chaotycznych rozmowach na temat planu zdjęć, ustawiania ujęć, i tym podobnych sprawach. W końcu ruszyli do swoich dwuosobowych, bardziej niż skromnych, pokoi. Nie wiedzieli, że ruszają na wojnę.

 

Na początku przekonali się, co ukrywa się pod pojęciem: szczelność. Ekipa wtoczyła się do swoich pokoi. W oknach nie było szyb, tylko drewniane okiennice z założenia mające utrudnić wniknięcie do środka stworzeniom wielkości myszy lub cherlawego szczura. Wszystkie istoty posiadające zewnętrzny szkielet chitynowy nie miały problemów z pokonaniem tej bariery.

Zapewne w celu naprawienia tej niedoskonałości Room Desiner zainstalował gustowne zasłony. Te mogły utrudnić dotarcie do wnętrza pokoju tylko wyjątkowo durnej musze, a takie w wyniku selekcji naturalnej już dawno w tej szerokości geograficznej wyginęły. Zostały za to tępe małe muszki, które swoją głupotę nadrabiały ilością. Z owadów latających drugą dominującą grupę stanowiły moskity. Te również nie były inteligentne, ale za to zdesperowane i wyposażone w genialny systemem namierzania istot wydalających dwutlenek węgla.

Kto zatem mógł wygrać to epickie starcie człowiek kontra przyroda?

W pokoju pojawili się przedstawiciele gatunku homo sapiens, dla których zwalenie się na łóżku musiało również wiązać się z przejściem przez barierę moskitiery. Zależnie od odporności na miejscowy alkohol niektórym udało się łatwiej znaleźć drogę pomiędzy połami przejrzystej tkaniny, innym trudniej.

Kiedy padli bez przytomności na łóżka, części z nich udało się resztką świadomości podjąć próbę zasłonięcia moskitiery, inni zirytowani tą zaskakującą, niewystępującą w innych szerokościach geograficznych przeszkodą po prostu zasnęli.

Tymczasem dla owadów, dostanie się śpiącego człowieka nie było żadnym problemem, za to ponowny powrót w otwartą przestrzeń pokoju był prawie niemożliwy. Bardzo ciekawy problem dla inżynierów produkujących osłony od komarów, much, pluskiew, i drobnych pajęczaków.

Rozpoczęła się druga część imprezy, czyli: wyżerka bezkręgowców. Cześć z nich zadowalała się naskórkiem, inne wylizywały pot a największa grupa kaleczyła ciała na różne mniej lub bardziej wyrafinowane sposoby próbować dostać się do “cream dela crem” ludzkiego ciała, czyli krwi.

Oczywiście nie mogło to zostać niespostrzeżone przez śpiący szwedzki stół. Ciepłokrwiste, żywe stołówki pod naporem masy bodźców, stopniowo wracały do świadomości. Ich system obronny na początku uruchomił machinalne odganianie się od natrętów, jednak wraz ze wzrostem antygenów wnikających pod skórę, rozpoczął proces intensywnego usuwania ich za pomocą brudnych paznokci zwanym przez ignorantów – drapaniem się. A ponieważ obie te działania nie przynosiły spodziewanego efektu, do ciał wracało coraz więcej świadomości, by na koniec zupełnie rozbudzić zdezorientowane jednostki ludzkie.

Ofiary ataku dość szybko zdały sobie sprawę, że metody fizyczne nie przyniosą im zwycięstwa, w związku z tym, zdecydowali się na uruchomienie broni ostatecznej. Rozpylili w pomieszczeniach całą zawartość dostarczonych im przez Metysa pojemników i wycofali się na korytarz. Po krótkiej wymianie zdań postanowili zejść z powrotem do baru. Jednak ten był zamknięty. Wrócił na piętro do swoich pokoi i wtedy dźwiękowiec przypomniał sobie, że ma w plecaku skitraną butelkę Dżinu Lubuskiego. Odbyła sie krótka dyskusja czy da się pić dżin bez toniku, cytrynki i lodu. Lód i cytrynka zostały dość szybko wyeliminowane z zawodów, tonik poległ w następnej rundzie.

 

Fenan przybył o świcie. Na pierwszego ze swoich podopiecznych natknął się już na schodach. Na półpiętrze leżał zawinięty w koc… No właśnie, nie bardzo było wiadomo, kto. Metys nie zamierzał budzić śpiącego “gringo”, dlatego wyminął nieszczęśnika i dotarł do pierwszego pokoju. Na łóżku szczelnie zawinięty w moskitierę leżał wysoki młody chłopak, w którym Gomelez rozpoznał kamerzystę. Jego kolega – dźwiękowiec okazał się najwytrzymalszym zawodnikiem i prawie udało mu się prawidłowo zająć pozycję w łóżku i zabezpieczyć się moskitierą. W drugim pokoju chrapał Torbak. Suma kontrolna się zgadała.

Fenan zszedł na parter, gdzie miejscowe dziewczyny przygotowywały śniadanie gościom. Metys przekonał je by sie nie spieszyły.

 

Gości obudził upał. Było już południe, gdy Radagast postanowił wziąć kąpiel. Druga izba apartamentu zasłonięta była kotarą. Za nią pod sufitem podwieszone było sitko prysznica, a zawór uruchamiało się poprzez pociągnięcie za sznurek, zakończony czymś, co w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia było pewnie jakąś gustowną ceramiczną rączką ozdabiającą łazienkę należącego do niższej klasy średniej amerykańskiego urzędnika.

 

Zresztą historia tego drobiazgu to prawdziwa epopeja. Urzędnik ów, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku, z powodu wypalanych dwóch paczek chesterfildów dziennie, zmarł na raka płuc. Jego żona wyprowadziła się do dorosłych dzieci, z których jedno, płci męskiej, robiło karierę w administracji federalnej a młodsza córka studiowała na miejscowym uniwersytecie.

Dom kupiła para murzynów na dorobku. Stare wyposażenie sprzedali na wyprzedaży garażowej. Ceramiczna rączka od spłuczki toalety przedstawiająca syrenę wyłaniającą się z muszli, lub coś podobnego, trafiła do mniej zamożnej murzyńskiej rodzinny, gdzie do początków lat osiemdziesiątych stała, jako bibelot zdobiący pudło telewizora.

Niestety wkrótce właściciele mieszkania, wyprowadzili się – na tamten świat. To znaczy kobieta umarła z powodu przewlekłej otyłości i powikłań cukrzycowych, a jej mąż z przyczyny niewydolności wątroby spowodowanej obumarciem organu zalewanego codziennie litrem taniej gorzały.

Dzieci podobno mieli, ale nikt z sąsiadów nie wiedział, co się z nimi stało. Mówiono o jakiś gangach i prostytutkach, ale to była dość powszechna historia w tej okolicy, więc mogła dotyczyć każdego dzieciaka. Dość, że cała zawartość mieszkania stała się "mieniem bezspadkowym", o tak lichej wartości, że nikomu nie chciało się jej ukraść, dlatego przeszła na własność skarbu państwa.

Skarb państwa, nie mógł tego tak po prostu wyrzucić na śmietnik, dlatego stanowy urzędnik socjalny spakował wszystko do kartonów i zdeponował w magazynie opisując, jako: "wartości ruchome". Kwit poświadczający zawartość magazynu, został zdeponowany w banku, a ten przerobił go na aktywa trwałe, dzięki którym mógł użyć ich pod zastaw akcji kredytowej.

Niestety, magazyny ten zlokalizowano w Nowym Orleanie, który nawiedziła w sierpniu dwa tysiące piątego roku wielka powódź. Podczas cofania się fali wody całe to dobro narodowe spłynęło do Oceanu Atlantyckiego, dając przyczynek do powstania globalnego kryzysu finansowego.

Sam zaś ceramiczny uchwyt, wyłowił przy plaży Paradise Beach w Punta Sal, Tumbes turysta-płetwonurek.

Przedmiot ów nabrał ponownie wartości, jako dowód na istnienie zaginionej cywilizacji Atlantydy. Do czasu, aż ktoś po starannym oczyszczeniu artefaktu, dostrzegł na nim wytłoczone znaki manufaktury garncarskiej.

Zawiedziony archeolog amator, przed powrotem do kraju, chcąc uniknąć dodatkowej opłaty za nadbagaż, wyrzucił go na lotnisku do kosza. Z stamtąd trafił na wysypisko śmieci, gdzie został odnaleziony przez odzyskiwaczy “wszystkiego, co się nada do sprzedania”.

Na pchlim targu, dostrzegł go młody Fenan Tukeros Gomelez i zakupił za równowartość puszki piwa, ale netto. Samo aluminiowe opakowanie znacznie przewyższyłoby wartość transakcji, mimo że stanowiło równowartość dwudniowego wyżywienia rodziny zamieszkującej miejscowe slumsy.

Fenan te ceramiczne cudo chciał użyć w rozliczeniach za usługi miejscowych Indian, ci jednak wyśmiali go żądając twardej amerykańskiej waluty. I tak oto ceramiczna rączka trafiła do pomieszczenia określanego, jako łazienka miejscowego hotelu.

 

I ją to właśnie trzymał Radagast zastanawiając się, co się stanie, gdy pociągnie za sznurek. Długo nic się nie działo, aż w końcu popłynął strumień, najpierw rdzawej, potem klarownej cieczy, o zadowalającej temperaturze.

 

*

 

Gomelez odmówił wyruszenia tego dnia do dżungli. Twierdził, że jest już za późno i przed zmrokiem nie dotrą do miejsca zaplanowanego, jako obóz. Ekipa chcąc, nie chcąc musiała zostać w hotelu na jeszcze jedną noc, co znacznie poprawiło wynik finansowy placówki. Nie tracili jednak czasu, gdyż sfilmowali miasteczko i jego główną i centralną atrakcję – studnię.

Radagast rozwodził się nad rolą wody dla miejscowego ekosystemu i zdrowia człowieka. Opowiadał o tym, że substancja ta posiada pamięć, której zapis w przyszłości da się odczytać – jeżeli oczywiście naukowcy solidnie wezmą się za ten problem.

Napis znajdujący się na rączce studni dotyczący producenta żeliwa i organizacji instalującej owe urządzenia w ubogich miejscach świata, dostarczył materiału na kolejne pięć minut programu, z którego w ostatecznym montażu zachowa się pewnie coś koło trzydziestu sekund.

Tego wieczoru pozwolili sobie jedynie na piwo. To znaczy napój robiący za piwo w tej okolicy. Produkowany był z kukurydzy, a o chmielu nikt tu nigdy nie słyszał. Następnego ranka Fenan zastał spakowaną i gotową do drogi ekipę.

 

*

 

Duży samochód terenowy wjechał do dżungli. Powoli przedzierał się po teoretycznie utwardzanej drodze. Gomelez skoncentrowany na prowadzeniu pojazdu nie był zbyt rozmowny. Każdy metr trasy wymagał od niego omijania pojawiających się przeszkód – kamieni, gałęzi, padłych zwierząt, kałuż o nieokreślonej głębokości i ziejących czernią suchych dziur. Pozostała grupa podróżników pochłonięta była obserwowaniem krajobrazu i kibicowaniu kierowcy.

Po dwóch godzinach zjawili się na czymś, co można było określić, jako polana, gdyby dotyczyło to zwykłego lasu, a nie dżungli. Samochód zatrzymał się, wysiadł z niego kamerzysta. Auto zawróciło w głąb lasu. Kiedy chłopak rozstawił sprzęt dał znać i z zieleni wyłonił się ponownie terenówka. Tym razem przybycie ekipy zostało uwiecznione.

Na polanie zastali rozstawione już namioty i kilku półindianin-półmetysów krzątających się przy palenisku. Na kamieniach piekły się kawałki jakiegoś zwierzęcia, a w kociołku gotowało coś, co pachniało w niedający sie zignorować sposób. Torbak z ulgą przyjął puszkę piwa podaną mu przez Fenana.

– Interesują, zatem pana rośliny lecznicze – zagadnął.

Radagast pociągnął łyk napoju i skinął głową.

– Uważam, że natura przygotowała dla nas wiele niespodzianek i substancji do odkrycia.

– Przygotowała dla nas…– powtórzył Metys powoli i lekko się uśmiechnął.

– My, jako ludzie, nieudolnie naśladujemy dzieła naszej planety. Zamiast poszukiwać u źródła uruchomiliśmy wielkie fabryki syntezy chemicznej i syntetyzujemy, a potem to pochłaniamy i chorujemy.

Fenan pokiwał ze zrozumieniem głową i pociągnął z puszki.

– Czy pan wie, że witamina C naturalna i witamina C syntetyczna, to zupełnie, co innego?

Gomelez zrobił zaskoczoną minę.

– I te nasze antybiotyki. Niech pan posłucha, sama nazwa: ANTY–BIO! To nas wykańcza!

– No nie wiem, jak miałem piętnaście lat to portowa dziwka zaraziła mnie jakimś syfem i antybiotyk pomógł – wtrącił Gomelez

Torbak spojrzał na niego zaskoczony.

– Ha!- Po namyśle machnął ręką lekceważąco – I skrócił pan sobie życie o dziesięć lat!

Do gawędzącej dwójki podszedł jeden z tragarzy i coś szepnął Metysowi, ten skinął głową.

– Powinniśmy coś zjeść – zakończył rozmowę, zastanawiając się czy naprawdę będzie żył dziesięć lat króciej i ile dawek antybiotyku przyjął w swoim życiu. Wyszło mu, że powinien być już martwy.

 

Gruszak szukał czegoś w plecaku.

– Zostaw plastikowe naczynia, będziemy jedli jak Indianie – zarządził Torbak.

Gruszak myślał przez chwilę, wyjął jednak plastikowe kubki. Nie potrafił sobie wyobrazić jak Indianie piją gorące napoje z kociołka. Nabierają płyn w dłonie?

Wkrótce usiedli na ziemi i dostali po kawałku mięsa na wielkich liściach. Zagryzali doniesionymi przez Gomeleza sucharami marki "Lembas" i popijali dziwnie pachnący napar z czegoś tam.

– Powinno się to posłodzić – zasugerował Metys podając pudełko z kostkami cukru.

– O nie, nie używam białego cukru – stanowczo odmówił Radagast i sięgnął do kieszeni po pojemnik z drobnymi pastylkami. Dwie z nich zniknęły w naparze. Fenanowi wydało się, że to słodzik, ale nie chciał zgłębiać tematu. Reszta ekipy z przyjemnością rozpuściła w napoju kilka kostek cukru. Spróbowali, i dodali jeszcze trochę.

– To, kiedy spotkamy Indian?– zapytał Radagast.

– Jutro ruszymy do dżungli, oczywiście pieszo. Przewodnicy mówią, że widzieli n obozowisko Indian, dzień drogi stąd. Jeżeli tamci się nie przemieszczą to ich spotkamy.

– A jak się przemieszczą?

Gomelez nie miał wątpliwości, że nie ruszą sie z miejsca, ale dla dodania dramatyzmu sytuacji, wyjął paczkę amerykańskich papierosów. Na opakowaniu umieszczono zdjęcie człowieka, któremu prawdopodobnie wybuchł w ustach granat, przy czym opis wyjaśniał, że chodzi tu o skutki nowotworu wywołanego paleniem. Metys ignorując ostrzeżenia zaciągnął się tytoniem i wzruszył ramionami.

– To ich poszukamy.

 

Przed opuszczeniem obozu Radagast pokręcił się z kamerzystą i dźwiękowcem po okolicznych krzakach odnajdując i obgadując jakieś rośliny. Przy okazji nakarmili kilka pijawek, które Gomelez, bez specjalnej ekscytacji, usunął z ich ciał końcówką noża.

 

*

 

Szli gęsiego wijącą się ścieżką. Na początku wędrował półindianin–półmetys zawzięcie wymachując maczetą. Za nim dwóch tragarzy, Gomelez, i Europejczycy. Kupione w markecie sportowym buty trekingowe szybko przemokły, a bawełniane podkoszulki nasiąkły potem.

Szli dość długo, jednak wcale nie daleko. Gdyby przez gęstą zieleń widać było słońce, to oświetlałoby ono podróżników: raz od przodu, potem z lewej i prawej strony. W końcu przez chwilę świeciłoby im w plecy, a potem od wszystko zaczynałoby się od nowa. Zapis GPS’u, gdyby, ktoś go miał pokazałby esy floresy, czyli coś, co nazywa się kluczeniem. W końcu kolumna zatrzymała się 

– To gdzieś tutaj? – zapytał Radagast.

– Jeszcze nie. Postój na posiłek – wyjaśnił Fenan.

Maczetnik wyciął w dżungli dostatecznie dużo miejsca, by wszyscy mogli usiąść na bagażu. Gomelez, wyjął z taszczonego przez tragarza plecaka aluminiowe puszki i plastikowe butelki. Puszka była poręczna i miała zawleczkę po wyrwaniu, której w podstawce rozpoczęła się reakcja chemiczna podgrzewająca jakiś rodzaj gulaszu. Metys rozdał polakom puszki, uzupełnił posiłek o suchary i butelkę wody. Gruszak od razu pochłonął zawartość pojemnika, a Torbak podejrzliwie przyglądał się daniu. Długo nad czymś myślał, w końcu dał za wygraną i zjadł obiad. Doszedł do wniosku, że intensywnie się poci, dzięki temu usuwa z organizmu toksyny na bieżąco. Po powrocie do kraju zrobi sobie hydrokolonoskopię i wlew z witaminy C.

Nie minęło pół godziny, kiedy wyprawa znowu ruszyła. Tak około dwóch godziny przed zachodem słońca Metys zatrzymał kolumnę. Uniósł rękę do góry i gestem nakazał ciszę. Następnie odwrócił się bez słowa i opuszczając dłoń, kazał wszystkim usiąść. Zgięty w pół zbliżył sie do Radagasta.

– Są. Na polanie przed nami – wyszeptał.

Torbak spojrzał w kierunku kamerzysty i z zadowoleniem zauważył, że chłopak wszystko filmuje.

– Idziemy? – zapytał.

– Nie, nie – szybko zaprzeczył Fenan. – Sam pójdę. Wezmę dary i porozmawiam ze starszym wioski.

Gomelez wygrzebał z jakiegoś tobołka torbę pełną lusterek, noży, świeczek i innego tego typu szajsu, po czym pod czujnym okiem kamery ruszył w kierunku wyjścia z lasu. Kamerzysta wyprzedził kucającą ekipę i kamerował, o przepraszam, filmował postać oddalającą się w kierunku kilku krytych liśćmi domków i namiotów zrobionych z patyków i skóry.

Z jednej z chat wyszedł, otoczony kilkoma kolegami zaopatrzonymi w z zastrugane patyki robiące za dzidy, stary Indianin z rzadkim siwym zarostem. Spotkali się w połowie drogi. Usiedli na ziemi i o czymś gawędzili. Fenan szerokim gestem wręczył wodzowi prezenty. Ten przez chwilę je oglądał, pokiwał z aprobatą głową i przekazał swoim pomocnikom. Metys wstał i machnął na pozostającą w dżungli ekipę. Kamerzysta asekurowany przez dźwiękowca zszedł ze ścieżki i puścił przodem Radagasta, Gruszaka i półmetysów– półniewiadomoco.

Starszy wioski i Torbak spotkali się podali sobie dłonie na przywitanie. Zrobili to kilka razy, by dało się z tego zmontować kilka ujęć.

 

Następnym punktem programu była wspólna kolacja. Okazało się, że Indianom udało się upolować tego dnia kilka stworzeń futerkowy podobnych do przerośniętych świnek morskich. Kiedy Indianie przygotowali posiłek, a półmetysi–półindianie szykowali obóz dla białych ludzi kamerzysta podszedł do popijającego coś z bidonu dźwiękowca.

– Dasz łyka, to ci coś powiem – zaproponował.

Dźwiękowiec, z pewnym ociąganiem podał butelkę chłopakowi. Ten upił łyk, odetchnął głęboko.

– Andrzej, to ta sama polana, z której wyruszyliśmy.

– No i co z tego? Co to dla nas zmienia? – Mężczyzna też to dostrzegł. Miał duże doświadczenie w pracy na planie i poruszaniu się wśród rozmaitych dekoracji.

Kamerzysta chwilę się nad tym zastanawiał.

– No, że robią nas w człona…

– Nas? – Na twarzy dźwiękowca pojawił się szeroki uśmiech.

Chłopak pewnie by się z tym zgodził, lub nie, ale mężczyźni dostrzegli, że Gomelez kiwa na nich niecierpliwie. Pozbierali sprzęt i podeszli do Metysa.

– Wódz Tehuel, poprosił waszego szefa na rozmowę – Fenan mówił przyciszonym głosem. – Zapewne chce mu zdradzić jakiś sekret. Ustawcie się za tym namiotem i nagrajcie to spotkanie.

– Nie chwycę z tej odległości dźwięku – zaprotestował Andrzej.

– Nie trzeba, dogra się do tego komentarz – stwierdził ze znawstwem Metys.

– Oto, kto reżyseruje ten spektakl – odezwał się sie po polsku dźwiękowiec.

Kamerzysta uśmiechnął się i ustawił obiektyw, tak by widzieć jak wódz zaprasza Radagasta na skórę rozpostartą na ziemi.

 

Wkrótce dołączy do nich Gomelez. Wódz zdecydowanie nie zgadza się na obecność na tym spotkaniu Gruszaka. Ten, udając, że nie zrobiło na nim to żadnego wrażenia wraca do ekipy ukrytej za namiotem.

Radagast wygląda na mocno podekscytowanego. Prosi kamerzystę i dźwiękowca by go nagrywali.

– Właśnie wódz, zgodził się, że przekaże nam recepturę tradycyjnego indiańskiego lekarstwa. Dzisiaj po zmroku pójdziemy do dżungli poszukać stworzenia o nazwie Pachita. Ma ono moc uzdrawiającą. Zanim jednak się tam udamy, będziemy świadkami uroczystości, w której Indianie będą błagali ducha Pachita, by pomógł się im ukazać. Jeżeli go przebłagają to będzie, być może przełom w medycynie naturalnej.

– Koniec ujęcia – zarządził Gruszak.

– Nie dam rady niczego nagrać w dżungli bez światła. To z kamery nadaje się jedynie do zbliżeń i krótkiego planu.

– A ja nie mam zamiaru wybierać się do dżungli nocą – stwierdził dźwiękowiec.

– Spokojnie – przejął inicjatywę Gruszak. – Dzisiaj po zmroku, przy ognisku, odbędzie się zaklinanie tego Pachita. Skręci pan na kamerze jakieś zbliżenia i co tam można…

Na dupie – pomyślał Mirosław.

– …My pójdziemy z Indianami do lasu, jak odnajdziemy to Pachita, to rano zainscenizujemy to jeszcze raz. Potem Indiańce odtańczą te tańce, co w nocy. Doda się jakieś filtry ściemniające i będzie materiał. Na razie zapraszamy na kolacje.

 

Indianie zaserwowali każdemu z gości po pieczonej śwince morskiej na sterydach. Sucharki i kilka zgrzewek piwa w puszcze dodał ze swoich zapasów Fenan, co uszczęśliwiło zarówno Europejczyków, Indian, nie wspominając o półindianach–półmetysach, którzy nie musieli tego dalej taszczyć.

 

Nie ma imprezy na świeżym powietrzu bez solidnego ogniska. Kiedy zapadła noc, rozpoczęły się śpiewy i tańce. Nie było niestety gitar, za to pojawiło się kilka pustych pni i czegoś podobnego, robiącego za sekcję rytmiczną. Operatorzy urządzeń perkusyjnych dawali sobie nieźle radę. Trzymali nieskomplikowany rytm w takty, którego ich kumple przeskakiwali z nogi na nogę, kręcąc się wokoło ogniska. Od czasu do czasu dla urozmaicenia kręcili pirueciki wydając okrzyk. Odgłosy te nagrywał dźwiękowiec, a kamerzysta próbował zarejestrować jakieś ciekawe ujęcia starając się nie wpaść na tańczących.

Chłopak miał jeszcze jedno zmartwienie, poziom baterii, które zasilały reflektory. Oprócz dwóch zapasowych ogniw, nie miał żadnego źródła prądu, do którego mógłby się podłączyć, by napełnić rozładowane baterię. Samochód został na polanie. W zasadzie to oddalił się z polany w nieznanym kierunku. Po kilku minutach pracy kamerzysta stwierdził, że nic ciekawszego z tego widowiska nie wyciśnie i podszedł do Radagasta.

– Zróbmy jakiś komentarz, zanim padnie mi zasilanie – zaproponował.

Torbak skinął głową. Gruszak w świetle ogniska poprawił mu ubranie i przeczesał ciemne włosy. Pomysł był taki, żeby Radagast w kuckach szerokim gestem pokazał na tańczących Indian podając komentarz. Mówiąc musiał zignorować dwa silne światła kompletnie go oślepiające.

– Nie ma ludu na świecie bardziej związanego z naturą niż pierwotni Indianie. – zaczął przemowę podróżnik. – Mimo tysiącleci i brutalnej ingerencji cywilizacji w ich życie, pozostali wierni swoim zwyczajom. – Udał, że przygląda się sie tańczącym. Potem ponownie spojrzał w dwa reflektory, za którymi ukrywała się kamera i kontynuował.

– Dzięki wierności przyrodzie omijają ich choroby. Dożywają w zdrowiu sędziwego wieku. Są przy tym po prostu szczęśliwi. To, co obecnie oglądamy to tradycyjny taniec mający na celu przywołanie ducha Pachity. Stworzenia, które daje im siły witalne i leczy z każdych chorób… No nie powtórzmy, tylko rozprostuję nogi – jęknął niespodziewanie i z trudem wstał.

Zgasły światła. Wstała cała ekipa.

– Kurwa, nogi mi zdrętwiały w tej pozycji. – Torbak oddychał ciężko czekając, aż ból minie.

Potem przyjrzeli się nagraniu.

– Całkiem nieźle, i za pierwszym razem – ocenił Gruszak.

– Dobra, dogramy końcówkę – zarządził Torbak i ponownie ukląkł.

Kiedy kamera była gotowa narrator kontynuował.

– …Stworzenia, które daje im siły przetrwania w dzikim świecie i w potrzebie leczy ze wszystkich chorób. Dobra kończymy.

Zgasły światła i ekipa czekała, aż jej członkowie będą w stanie cokolwiek zobaczyć w ciemnościach. Nie dostrzegli, zatem jak zbliżył się do nich Gomelez.

– Skończyliście? – zapytał.

– Na dzisiaj tak – przytaknął Radagast

– To bardzo dobrze, bo teraz zacznie się część rytuału, której nie wolno nikomu filmować.

– To znaczy, co się zdarzy? – zapytał po chwili milczenia Torbak.

– Starsi plemienia, przyjmą specjalny napój, który pozwoli im poszerzyć horyzonty świadomości.

– Coś jak w "Odmiennych Stanach Świadomości"?– zasugerował zaciekawiony kamerzysta, ale Fenan nie zrozumiał aluzji do obcego mu kontekstu kulturowego.

– Proponuje usiąść przy ognisku i dokończyć piwo – zaproponował.

Ekipa posłusznie rozsiadła się w miarę wygodnie i patrzyła jak tańce się kończyły, a kilku starych Indian pali skręty, mieszając w kociołku jakiś napar.

Zanim Europejczycy skończyli puszkę, staruszkowie nalali sobie napoju do wydrążonych orzechów i powoli wypili ich zawartość.

W pewnej chwili szef Indian wstał i podszedł do Metysa. Zamienili kilka słów i weszli razem do namiotu. Po chwili wyszli trzymając cztery naczynka.

– Wódz postanowił, że dopuści was do rytuału i będziecie mieli zaszczyt napić się świętego napoju – powiedział podnieconym szeptem Gomelez.

– Khem, to dla nas wielki zaszczyt…– stwierdził niepewnie Radagast i popatrzył po swoich towarzyszach.

Gruszak czekał na to, co postanowi szef. Dźwiękowiec Andrzej miał sceptyczna minę, za to kamerzyście Mirkowi rozszerzyły się oczy z wrażenia.

– Mam chorą wątrobę – stwierdził po chwili dźwiękowiec.

– Kto nie spożyje napoju, nie będzie mógł wyruszyć do dżungli w poszukiwaniu Pachita – zastrzegł Gomelez.

– Nie szkodzi, zostawcie dla mnie piwo to posiedzę tutaj i popilnuję sprzętu. – zadeklarował Andrzej.

– Bardzo dobry pomysł – podchwycił Radagast. – Niech pan tu na nas poczeka.

Dźwiękowiec patrzył jak pozostała część ekipy przysiada się do starszyzny plemienia trzymając w rękach czarki z napojem. Potem wszyscy usiedli i biorąc przykład z wodza, duszkiem opróżnili naczynia.

 

*

 

Radagast przełyka ostatni łyk napoju. Jest gorzki, ale nie nieprzyjemny w smaku. Indianie nucą jakąś pieśń. Radagast chciałby o coś zapytać, ale nie ma śmiałości się odezwać. Przygląda się zatem twarzom Indian. Płomienie ogniska otaczają je aureolami. Dostrzega coraz więcej szczegółów. Wyjątkowo ciekawy wydaje się być nos wodza. Torbak nieświadomie koncentruje się na nim. Jest ogromny i przypomina księżyc. Ma kratery i wzgórza. W pewnej chwili ląduje na nim statek kosmiczny. Lądownik ma sześć wsporników. Wypuszcza trap. Trap penetruje glebę. Zapewne pobiera próbki skał… Trap..? Nagle dzieje się coś gwałtownego. Coś wyłania się z mroków kosmosu i pędzi w kierunku statku. Ten błyskawicznie startuje. No tak, to ręka. Ręka Indianina… Zabawne… Radagast szeroko się uśmiecha i czuje, że ma zdrętwiałe wargi. Mógłby je nagryźć i nie poczułby bólu. Delikatnie próbuje. Działa. To tym bardziej wydaje się zabawne. Trzyma więc cały czas banana na buzi.

– Senior Torbak – ktoś go wzywa.

– Co? – pyta.

–Qué? – odpowiada głos.

– What? – "W porządku moduł lingwistyczny zakończył konfigurację." – potwierdził komputer, który niespodziewanie odezwał się w głowie podróżnika.

– Senior Torbak! – głos robił się natarczywy. Radagast z trudem odwraca wzrok od wielu interesujących bodźców i koncentruje uwagę na postaci obok niego. Poznaje go to Fenan Tuskueros Gomelez.

– Przyjacielu… – mówi czułym szeptem.

– Indianie są już gotowi. Ruszamy na poszukiwania Pachita.

– Och tak!- Radagast przypomina sobie. – Misja ocalenia ludzkości!

Wstaje dość gwałtownie i dostaje lekkiego zawrotu głowy. Przez chwilę ma ochotę na uściskanie Gomeleza, ale uświadamia sobie, że nie powinien.

Nie powinien nikogo dotykać i nikt nie może dotykać jego. Bo już jest istotą bezcielesną. Nie ma organów wewnętrznych, a jego ciało to tylko zewnętrza delikatna skorupa, która ma za zadanie przytrzymać duszę, żeby nie uleciała w przestworza.

– Indianie są już gotowi. Ruszamy na poszukiwania Pachita – powtarza cierpliwie Fenan.

– Zatem w drogę! – zarządza Radagast i przygląda się jak członkowie jego ekipy powoli i niepewnie przyjmują pozycję wyprostowaną, rozglądając się ciekawie wokół. To ich rozglądanie jest również zajmujące, bo w oczach Radagasta nie poruszają sie płynnie tylko przeskokami fazowymi. Radagast kręci głową z boku a bok, a świat dzieli się na pojedyncze klatki.

Andrzej dźwiękowiec patrzy, jak Mirek męczy się ze swoją kamerą. W końcu podchodzi do niego i zabiera mu urządzenie.

– Zostaw to, bo popsujesz i tak nie wolno filmować.

Mirosław patrzy na niego próbując dokładnie zrozumieć, co powiedział jego kolega. Doszukuje się drugiego dna, w końcu je znajduje i stwierdza, że chodzi o to, że powinien już iść. Kiwa głową przytakująco i wskazuje na swoją czapkę. Uśmiecha się. Ma tam zainstalowaną małą kamerę z możliwością filmowania noktowizyjnego. Jednym ruchem przy daszku uruchamia urządzenie. W tym czasie podchodzi do niego Indianin i kładzie mu rękę na ramieniu. Mirek wzdryga się, ale po chwili przyzwyczaja do dotyku i pozwala się poprowadzić do grupy, która ustawia szyk. Andrzej otwiera kolejną puszkę piwa zastanawiając się, czy wszyscy oni nie przepadną na zawsze w puszczy. Wkrótce z oczu znika mu, rozświetlana światłami pochodni, grupa idących gęsiego osób.

– No i chuj – mówi do siebie dźwiękowiec. Wkrótce wstanie i schowa sprzęty do skrzyń, starannie pozamyka zamki. Skrzynie umieści w namiocie i pójdzie spać.

 

Gdyby nie pomoc Indian grupa białych nie uszłaby daleko. Ich uwagę przyciągają coraz to nowe fascynujące elementy. Płomienie z pochodzi rozprzestrzeniające się malowniczymi językami. Okrzyki wydawane przez nocne zwierzęta. Niektóre są przerażające, jednak ręka Indianina trzymająca ramię działa uspokajająco. Krok po kroku pogrążają się w dżungli.

Po przejściu trudnego do określenia dystansu słyszą dochodzące z ciemności dźwięki bębna. Proste łub, łub, łub. Wkrótce dobiega ich pieśń. Nie jest jakaś skomplikowana, coś w rodzaju polskiego: chu, chu, cha!, tylko z innymi słowami: hmm, hmm, hemm!. W oddali pojawia się światło. Idą w jego kierunku. To polana. Czeka na nich trzech Indian. Ich twarze są pomalowane białą farbą, a głowy przyozdabiają pióropusze zrobione z różnych rzeczy i czegokolwiek. Uwagę podróżników przykuwają szczegóły i odczucia ogólne. Dla nich liczy się taniec, światła na obliczach mężczyzn, blask ich oczu i powolne ruchy jakie wykonują.

Ekipę odstępują Indianie przewodnicy. Na polanie zostają jedynie Europejczycy i trzech szamanów. Ci podchodzą do białych i wyciągają w ich kierunku krótkie toporki. Wyraźnie chcą, by ich goście wzięli te narzędzia.

Kiedy komunikat został zrozumiany, szamani biorą ich za ręce i prowadzą do znajdujących się na krawędzi polany zwalonych drzew. Wskazują białym leżące na ziemi pniaki i gestem ręki nakazują uderzać w nie siekierami. Pierwszy pracę zaczyna Mirosław. Wkrótce dołączył do niego Torbak i Gruszak. Tną na oślep pnie drzew, które dość łatwo poddają się ciosom toporów. Świadczy to o tym, że to drewno dość długo leżało w dżungli i proces próchniczy jest mocno zaawansowany. Uderzeniom topora towarzyszy wspomniany już motyw muzyczny. Muzyka powoli zaczyna wyznaczać tempo uderzeń siekier. Wkrótce cały proces jest zsynchronizowany tak, że gdy: “hmm, hmm, hemm” niespodziewanie cichnie. Drwale zaprzestają również swojej pracy. Jakieś ręce odsuwają ich od rozrąbanych pni, do których z kolei zbliżają się białolicy szamani.

Rozrzucają cząstki drewna i zagłębiają w nich dłonie. Po chwili wydają okrzyk radości. Biali zadrżeli zaskoczeni. Do szamanów podchodzą Indianie z misami z liści. Starcy wyciągają coś ze spróchniałych pni i wrzucają na liście. Jest tego dużo.

– Encontrar El Pachita – Polacy słyszą za sobą teatralny szept Fenana.

Indianie podchodzą do gości z misami pełnym wijących się istot. Ktoś zbliża pochodnie. W jej świetle Europejczycy widzą wielkie, brązowo różowe gąsienice. Ich ciała pokryte są włosami. Główki zwierząt niespokojnie podnoszą się do góry i szczękami tną powietrze. Szamani dają czas gościom by dobrze przyjrzeli się owadom. W końcu jeden z nich podchodzi, i szybkim ruchem przeciąga palcami po pokrywającej segmenty istot szczecinie. W świetle pochodni widać wzbijający się złoty pył.

 

W umyśle Radagasta pojawia się bajeczny obraz. Oto koło jego twarzy przelatuje maleńka wróżka. Poznaje ją to Dzwoneczek. Przyjaciółka Piotrusia Pana i małego Januszka mieszkańca bloku na Woli. Torbak czuje jak na jego policzkach pojawiają się łzy, bo pył skrzy się przez chwilę w powietrzu i znika w ciemnościach.

– Santo Polvo! – komentuje Gomelez.

Indianie kładą naczynia z gąsienicami na ziemi. Jeden z szamanów bierze w dwa palce gąsienicę. Jest wielkości przeciętnego indiańskiego penisa. Podnosi ją do ust, szybkim ruchem odgryza i wypluwa głowę, a resztę ciała ze smakiem zjada. To samo czyni dwóch pozostałych szamanów. Po nich przychodzi pora na gości.

Radagast nie zastanawia się, zarówno on jak i jego towarzysze, dzięki osłabionej woli i żądzy doznawania nowych wrażeń, szybko uporają się ze swoimi stworzeniami.

Najstarszy z szamanów zerka z niedowierzaniem na Fenana. Ten uśmiecha się do niego i nieznacznie kiwa głową wyrażając uznanie dla wyczynu swoich podopiecznych.

Reszta bezkręgowców znika z talerzy pochłonięta przez pozostałych Indian.

 

*

 

Dźwiękowca obudziło rozsuwanie zamka namiotu. Szybko wyplątał się ze śpiwora i zaświecił latarką. Dwóch Indian, z pewną trudnością wniosło do środka Mirosława. Uśmiechając się do Andrzeja ułożyli chłopaka na karimacie pod moskitierą i grzecznie wycofali się w ciemność, starannie zasuwając zamek namiotu.

Dźwiękowiec przyglądał się nieufnie kamerzyście. Odsłonił moskitierę i sprawdził mu puls na szyi. Chłopak żył i oddychał spokojnie. Andrzej rozejrzał się po namiocie i przy brzegu plandeki zobaczył otwartą puszkę. Coś w środku zachlupotało, więc postanowił ją dokończyć. Pociągnął łyk i natychmiast pożałował. Wypluł zawartość na podłogę. Nie zdawał sobie sprawy ile stworzeń może utopić się kilku mililitrach płynu. Odnalazł zakręconą butelkę z wodą starannie opłukał usta i położył się spać.

 

Tymczasem, w swoim namiocie Fenan Tuskeros Gomelez płukał wodą destylowaną małe szklane fiolki. Miały odłamane szyjki, więc nie nadawały się do ponownego użycia. Jednak to co się z nich dało wypłukać posiadało pewną wartość. Przelał ją do innego pojemniczka z gumowym korkiem i postanowił zostawić na użytek własny. Kiedy przyjdzie mu na to fantazja. Tymczasem był zadowolony. Jak dobrze pójdzie to nowy egzotyczny suplement diety znajdzie w europie rzeszę naiwnych i bogatych nabywców.

Koniec

Komentarze

Jak dla mnie – za mało fantastyki.

Irytowali mnie bohaterowie – nie lubię czytać o głąbach, a ci są naiwni jak dzieci i łykają wszystko jak młode pelikany. I nawet dobrych rad nie słuchają…

IMO, bogatą historię rączki można wywalić, bo nic nie wnosi.

Z wykonaniem nie jest dobrze. Masz literówki, czasem problem z małą/ dużą literą, przecinki żyją własnym życiem…

 – Jest zakazany w europie, ale jedyny skuteczny w tych warunkach.

Dlaczego Europa małą?

Babska logika rządzi!

Zgadzam się ze zdaniem Finkli, jednakowoż z małą różnicą – w opowiadaniu w ogóle nie dostrzegłam fantastyki.

Opowiadanie jest napisane bardzo źle, a mnogość błędów bardzo utrudnia lekturę.

 

Chwi­lę słu­chał –> Brakuje kropki.

 

– Gringo, to gringo… – wzruszył ramionami Indianin. –> – Gringo, to gringo… – Wzruszył ramionami Indianin.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

wsłu­chi­wał się przez chwi­lę w  prze­mo­wę… –> …wsłu­chi­wał się przez chwi­lę w  prze­mo­wę

 

– To nie grin­go!- prze­rwał. –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– Sprzęt…– szep­nął Ra­da­gast… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Fenan Tu­sku­eros Go­me­lez ..? –> Fenan Tu­sku­eros Go­me­lez?

Zbędna spacja przed wielokropkiem. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Ra­da­gast nie od­po­wie­dział, przyj­rzał się zmur­sza­łej far­bie. –> Czy farba może murszeć?

 

Nie­ste­ty pro­mo­wa­nie ru­mian­ko po­dob­nych ro­ślin… –> Nie­ste­ty pro­mo­wa­nie ru­mian­kopo­dob­nych ro­ślin

 

było by nad­mia­rem ła­ska­wo­ści dla aran­ża­to­ra prze­strze­ni. –> …byłoby nad­mia­rem ła­ska­wo­ści dla aran­że­ra prze­strze­ni.

 

Ski­nął na bar­ma­na, któ­rym był, na pewno nie­let­ni, młody chło­pak. – Chłopak jest młody z definicji, a skoro ten był na pewno nieletni, dodatkowa informacja o jego młodości jest zupełnie zbędna.

 

Nie czę­sto mają tu gości… –> Nieczę­sto mają tu gości

 

Tym­cza­sem dla owa­dów, do­sta­nie się śpią­ce­go czło­wie­ka nie było żad­nym pro­ble­mem… –> Pewnie miało być: …do­sta­nie się do śpią­ce­go czło­wie­ka

 

Roz­po­czę­ła się druga część im­pre­zy, czyli: wy­żer­ka bez­krę­gow­ców. Cześć z nich… –> Powtórzenie.

 

Cześć z nich za­do­wa­la­ła się na­skór­kiem, inne wy­li­zy­wa­ły pot… –> Piszesz o owadach. Czy one mają języki?

 

A po­nie­waż obie te dzia­ła­nia nie przy­no­si­ły spo­dzie­wa­ne­go efek­tu… –> A po­nie­waż oba te dzia­ła­nia

 

Od­by­ła sie krót­ka dys­ku­sja… –> Literówka.

 

Suma kon­tro­l­na się zga­da­ła. –> Z kim i na jaki temat? ;-)

Śmieszna literówka.

 

Metys prze­ko­nał je by sie nie spie­szy­ły. –> Metys prze­ko­nał je, by się nie spie­szy­ły.

 

Dom ku­pi­ła para mu­rzy­nów na do­rob­ku. –> Dom ku­pi­ła para Mu­rzy­nów na do­rob­ku.

 

Stare wy­po­sa­że­nie sprze­da­li na wy­prze­da­ży ga­ra­żo­wej. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Mó­wio­no o jakiś gan­gach… –> Mó­wio­no o jakichś gan­gach

 

…wy­ło­wił przy plaży Pa­ra­di­se Beach w Punta Sal, Tum­bes tu­ry­sta-płe­two­nu­rek. – Dlaczego nazwa plaży jest wytłuszczona?

 

Z stam­tąd tra­fił na wy­sy­pi­sko śmie­ci… –> Stam­tąd tra­fił na wy­sy­pi­sko śmie­ci…

 

Fenan te ce­ra­micz­ne cudo… –> Fenan, to ce­ra­micz­ne cudo

 

z zie­le­ni wy­ło­nił się po­now­nie te­re­nów­ka. –> Literówka.

 

kilku pół­in­dia­nin-pół­me­ty­sów krzą­ta­ją­cych się… –> …kilku pół­ In­dia­n, pół­ Me­ty­sów krzą­ta­ją­cych się

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/pol-Asyryjczyk-pol-Katalonczyk;9420.html

 

nie­da­ją­cy sie zi­gno­ro­wać spo­sób. –> Literówka.

 

– Przy­go­to­wa­ła dla nas…– po­wtó­rzył Metys… –> Brak spacji po wielokropku.

 

– Ha!- Po na­my­śle mach­nął ręką lek­ce­wa­żą­co… –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

To, kiedy spo­tka­my In­dian?– za­py­tał Ra­da­gast. –> Brak spacji po pytajniku.

 

Prze­wod­ni­cy mówią, że wi­dzie­li n obo­zo­wi­sko In­dian… –> Czemu służy samotna literka n?

 

że nie ruszą sie z miej­sca… –> Literówka.

 

a potem od wszyst­ko za­czy­na­ło­by się od nowa. –> Zbędne pierwsze od.

 

Zapis GPS’u, gdyby, ktoś go miał… –> Zapis GPS-u, gdyby ktoś go miał

 

W końcu ko­lum­na za­trzy­ma­ła się –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Metys roz­dał po­la­kom pusz­ki… –> Metys roz­dał Po­la­kom pusz­ki

 

uzu­peł­nił po­si­łek o su­cha­ry i bu­tel­kę wody. –> raczej: …uzu­peł­nił po­si­łek su­cha­rami i bu­tel­ką wody.

Uzupełniamy coś czymś, nie o coś.

 

Uniósł rękę do góry i ge­stem na­ka­zał ciszę. –> Masło maślane. Czy mógł unieść rękę do dołu?

Wystarczy: Uniósł rękę i ge­stem na­ka­zał ciszę.

 

Zgię­ty w pół zbli­żył sie do Ra­da­ga­sta. –> Zgię­ty wpół, zbli­żył się do Ra­da­ga­sta.

 

ode­zwał się sie po pol­sku dźwię­ko­wiec. –> Literówka.

 

Skrę­ci pan na ka­me­rze ja­kieś zbli­że­nia… –> Dlaczego te słowa wytłuszczono?

 

…My pój­dzie­my z In­dia­na­mi do lasu… –> Nie zaczynamy zdania wielokropkiem.

 

Su­char­ki i kilka zgrze­wek piwa w pusz­cze dodał ze swo­ich za­pa­sów Fenan… –> W opisanej sytuacji, chyba w dżungle. ;-)

Pewnie miało być: Su­char­ki i kilka zgrze­wek piwa w pusz­kach

 

Trzy­ma­li nie­skom­pli­ko­wa­ny rytm w takty, któ­re­go ich kum­ple prze­ska­ki­wa­li z nogi na nogę… –> Co to znaczy trzymać rytm w takty? Kim był ten, którego kumple przeskakiwali z nogi na nogę?

Podejrzewam, że miało być: Trzy­ma­li nie­skom­pli­ko­wa­ny rytm,takt któ­re­go ich kum­ple prze­ska­ki­wa­li z nogi na nogę

 

Udał, że przy­glą­da się sie tań­czą­cym. –> Literówka.

 

Dobra, do­gra­my koń­ców­kę – za­rzą­dził Tor­bak i po­now­nie ukląkł. –> Dlaczego ponownie, skoro przedtem nie klęczał, a kucał?

 

– …Stwo­rze­nia, które daje im siły prze­trwa­nia w dzi­kim świe­cie… – Zbędny wielokropek.

 

Coś jak w "Od­mien­nych Sta­nach Świa­do­mo­ści"?– za­su­ge­ro­wał… – Brak spacji po pytajniku.

 

to dla nas wiel­ki za­szczyt…– stwier­dził… – Brak spacji po wielokropku.

 

Trzy­ma więc cały czas ba­na­na na buzi.Trzy­ma więc cały czas ba­na­na na twarzy.

Buzię mają dzieci.

 

–Qué? –> Brak spacji po półpauzie.

 

– Och tak!- Ra­da­gast przy­po­mi­na sobie. –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

nie po­ru­sza­ją sie płyn­nie… –> Literówka.

 

Ra­da­gast kręci głową z boku a bok… – Literówka.

 

Pło­mie­nie z po­cho­dzi roz­prze­strze­nia­ją­ce się ma­low­ni­czy­mi ję­zy­ka­mi. –> Literówka.

 

eg­zo­tycz­ny su­ple­ment diety znaj­dzie w eu­ro­pie rze­szę… –> …eg­zo­tycz­ny su­ple­ment diety znaj­dzie w Eu­ro­pie rze­szę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka
Patronujemy