- Opowiadanie: kam_mod - Motyle siadają na łożach umarłych

Motyle siadają na łożach umarłych

Mieszkałam w Portugalii przez pół roku, tak jak Tó studiując w Coimbrze, i w opowiadaniu starałam się oddać to, jak postrzegam ten kraj – a wróciłam stamtąd przekonana, że Portugalia jest najpiękniejszym miejscem na ziemi.

 

Ponieważ o historii Portugalii mało uczą w szkole, warto wspomnieć, że Salazar był dyktatorem od roku 1932. W latach 50., kiedy toczy się akcja opowiadania, powszechnie go uwielbiano i zachwycano się jego reformami, które uzdrowiły gospodarkę Portugalii. Nastroje społeczne zmieniły się diametralnie w latach 60., gdy w walce o zachowanie kolonii w Afryce posłał miliony młodych Portugalczyków na śmierć w walce o z góry przegraną sprawę. Ostatecznie dyktaturę w Portugalii obalono w 1974.

 

Dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej, polecam ANTONIO SALAZAR, KRÓL PEDRO, INÊS DE CASTRO.

 

Chciałabym gorąco podziękować moim betom – przede wszystkim bemik, która niejednokrotnie przeczesała tekst stylistycznie, a także MrBrightside, który służył fachową wiedzą, Michałowi Pe, który namierzył problem z zakończeniem i Deirdriu, na której to nowe zakończenie testowaliśmy.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Motyle siadają na łożach umarłych

Królowa Inês zasiadła na tronie, a poddani patrzyli na nią z przerażeniem. Nikt nie ważył się ruszyć. Gdy Pedro wziął dłoń królowej i nałożył na palec pierścień z rubinami, ktoś w tłumie krzyknął i zemdlał.

Na mieszkańców Lizbony padł strach.

 

4. Pokora Inês

 

12 czerwca 1952r.

 

Siedmioletnia Inês ociężale wstała z łóżka i podreptała do okna na szpitalnym korytarzu. Zbyt słaba, by stać samodzielnie przez dłuższą chwilę, oparła szczupłe, blade ręce na parapecie. Wyjrzała przez szybę. Lizbona była dzisiaj wyjątkowa, strojna w najżywsze kolory, pyszna girlandami kwiatów. Co jakiś czas ulicę przecinał samochód wiozący dekoracje w stronę Bairra Alto, najstarszej dzielnicy miasta. To tam jutro, w noc świętych, Lizbończycy wyjdą na ulice, spragnieni tańca i sardynek. Och, jak chciałaby tam być z tatusiem i mamusią! Nie widziała ich już od tygodnia i bardzo za nimi tęskniła.

Miała w pamięci wspomnienie jednego czy dwóch razów, gdy przyjeżdżali tu całą rodziną i tańczyli do rana, choć nie mogło ono dotyczyć ostatniego roku, który w całości spędziła jako więzień szpitala. Zastanawiała się, czy w tym roku też się pojawią. Oby nie. Myśl o tym, że oni bawiliby się, a ona siedziałaby zamknięta w tym okropnym miejscu, była straszna.

Dziewczynka spoglądała z utęsknieniem w stronę słońca. Zapadał zmierzch i złota piłeczka na niebie oblewała się rumieńcem, jakby chciała ze wstydu zerwać się ze sznurka i utonąć między starymi, niskimi domkami o czerwonych dachach. Grube mury szpitala chroniły przed upałem w ciągu dnia, ale wieczorem, gdy otwierano okna, nadal dało się czuć ciepło na skórze.

– A co ty tutaj robisz?! – Pielęgniarka, niziutka dziewczyna o ciemnej skórze, dojrzała ją wychodząc z pomieszczenia z środkami czystości. – Marsz do łóżka! W twoim stanie takie wycieczki!

Złapała ją za rękę i poprowadziła w stronę oddziału dziecięcego. W drodze musiała jednak zatrzymać się przy dyżurce, a dziewczynka wykorzystała tę chwilę, by zniknąć w najbliższej sali.

Nie, nie mogła wrócić do łóżka! Widziała tam dziś kilka żółtych motyli.

Poza tym musiała odwiedzić jeszcze jedno miejsce. Cały dzień się do tego zbierała.

Pokój, do którego weszła, tonął w półmroku. Przymykała powieki i otwierała szeroko, czekając, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności. Wreszcie zaczęła dostrzegać pierwsze kształty. W podłużnej sali, która ciągnęła się w nieskończoność i zakręcała jak ślimaczy dom, leżeli pacjenci; wychudzeni, zmęczeni, pogrążeni w niewidzeniu. Nie dla nich były tańce i sardynki.

Inês zrobiło się ich żal.

Podeszła do pierwszego, wysokiego jak wieża łóżka, stojącego na pajęczych nogach. Dotarcie na jego szczyt stanowiło niebagatelny wysiłek i wymagało krótkiej przerwy w połowie drogi. Mieszkaniec górnego materaca z pewnością słyszał ciche posapywanie, które czasem zmieniało się w rzężenie. Dziewczynka wspięła się na krzesło, a potem na stolik, a potem zrobiła dwa kroki po ścianie (ze względu na ślimaczą budowę było to wyjątkowo proste), aż wreszcie usiadła na materacu sztywnym i pożółkłym ze starości. Wpatrywała się w człowieka leżącego pod cienkim, wypłowiałym kocem, zbyt małym, by zakryć jego długie ciało. Mężczyzna nie wyglądał staro, to mogła powiedzieć Inês nawet pomimo swoich siedmiu lat. Na pewno był młodszy od tatusia, bo wcale jeszcze nie urosła mu broda. Dziewczynka nie miała pewności, czy chory śpi, czy wpatruje się w nią spod półprzymkniętych powiek.

Boa tarde – przywitała się.

Mężczyzna uśmiechnął się i Inês pomyślała, że może zostaną przyjaciółmi.

Tarde – wyszeptał. – Zgubiłaś się?

– Już nie. Właśnie tu chciałam przyjść – wyjaśniła dziewczynka. – Na łóżko o pajęczych nogach. Jak masz na imię?

– Tó.

– Siostra Marta mówiła, że potrafisz opowiadać niezłe bajki, Tó – bąknęła.

Mężczyzna zaczął kaszleć. Po chwili Inês nabrała podejrzenia, że nie był to kaszel, a śmiech.

– To zależy, księżniczko, o czym chciałabyś usłyszeć – powiedział, przybierając z powrotem poważną minę. – Nie zawsze mam właściwą historię pod ręką. Ale ty wyglądasz, jakbyś chciała usłyszeć o… statkach.

– Nie – żachnęła się.

– O piratach?

– Wcale!

– O Afryce!

– To chyba nie masz dziś żadnej ciekawej historii dla mnie – powiedziała z żalem dziewczynka i wystawiła zagipsowaną nogę za łóżko.

– Jak masz na imię?

– Inês.

– Całkiem przypadkowo znam fantastyczną historię o Inês.

– O księżniczce?

Tó zawahał się przez chwilę. Dziewczynka o oczach jak noc wpatrywała się w niego badawczo. Nic się już nie liczyło, pomyślał. Widział, co działo się za oknami. Szli po niego. Szukali go. I każdego dnia byli coraz bliżej, aż przyjdzie chwila, gdy okrążą jego łóżko.

– Nie, nie o księżniczce.

Inês westchnęła z rozczarowaniem.

– O królowej – dodał. – Sam ją znałem i widziałem na własne oczy. Studiowałem w Coimbrze w czasie, kiedy tam mieszkała.

– Tatuś mówił, że Salazar jest jak król, tylko lepszy. Czy ta królowa Inês to jego żona?

Meu Deus, nie. Inês żyła siedemset lat temu. Mieliśmy wtedy porządnych królów i królowe.

– Ach, rozumiem.

Dziewczynka ułożyła się wygodniej na łóżku.

– To możesz zaczynać.

 

3. Pokora Konstancji

 

Inês nie było dane urodzić się księżniczką i nigdy tego nie żałowała, a podczas ostatniego miesiąca, wyjątkowo jak na Kastylię upalnego czerwca, tylko się w tym utwierdziła.

Konstancja, jej przyjaciółka, którą spotkało to szczęście, przeżywała ostatnimi czasy katusze. Od miesięcy przygotowywała się do pełnienia roli królowej Portugalii. Ostatnie dwa tygodnie spędziły, podróżując z całym orszakiem z domu, z Kastylii, do Lizbony, gdzie miał odbyć się ślub. Inês należała do najbliższych przyszłej królowej dam dworu i nie było ostatnio popołudnia, kiedy nie musiała wspólnie z nimi uspokajać przerażonej Konstancji, utrzymującej, że coś ją ściska w piersi tak, że nie może oddychać. Medyk, wezwany do niej w Bradze, nic nie znalazł i ostatecznie Konstancja zebrała tylko połajanki od przybranego ojca, który odwoził ją na ślub. Matka, najbliższa osoba, jedyna, która rozumiała sytuację, musiała zostać w zamku.

– Ja bym się tak nie zachowywała jako przyszła królowa Portugalii – mruczała Inês do siebie, gdy kolejnego popołudnia znów została wezwana do namiotu panikującej Konstancji. Zatrzymali się na obrzeżach Coimbry na trochę dłużej niż powinni. Goniec powiedział im, że część lasów po drodze do Lizbony trawi ogień. Widzieli tego skutki także tu w obozie – od kilku dni słońce schowane było za gęstą warstwą żółtoszarego dymu, a w powietrzu unosił się popiół.

No i na dodatek mieli jeszcze zwijającą się ze strachu Konstancję.

Do Lizbony dotarli ostatecznie z kilkudniowym opóźnieniem. Ich orszak przeszedł przez całe miasto, konie siedmiokopytne przodem, by pokazać bogactwo Kastylii. Za nimi maszerowały słonie o nóżkach chudych i długich jak gałązki. Na grzbiecie każdego z nich stały wieże sięgające wyżej niż najwyższe budynki Lizbony, skrywające złoto i kamienie szlachetne.

Uczta weselna odbyła się tego samego dnia, późnym wieczorem. Po zachodzie słońca, gdy zrobiło się trochę chłodniej, rozpoczęła się ceremonia. Konstancja zemdlała trzykrotnie, jeszcze zanim dotarła do bazyliki. W środku, w półmroku i chłodzie, było z nią lepiej. Jej suknia pyszniła się kosztownościami i dziesiątkami drobnych zdobień, których przygotowanie zajęło dwórkom miesiące. Stanęła na wprost biskupa i dopiero wtedy mogła unieść welon i zobaczyć swojego męża.

Inês, idąca tuż obok, widziała, jak na twarzy przyjaciółki rozkwita uśmiech. I mimowolnie poczuła, że też się uśmiecha, po raz pierwszy od miesiąca naprawdę uspokojona. Wtedy jej wzrok padł na pana młodego i zamarła.

Biskup zaczął mówić, a jednocześnie wyciągnął błękitną jak krew nowożeńców wstążkę, która miała związać ich dłonie.

Inês nie dane było urodzić się księżniczką i po raz pierwszy w życiu pożałowała tego w dniu zaślubin przyjaciółki, gdy ujrzała Pedro, swojego przyszłego króla.

 

2. Pokora Pedro

 

– No to żadna z niej księżniczka, i królowa też nie – stwierdziła rzeczowo Inês, wciąż posapując cicho po wysiłku, jakim była wspinaczka na łóżko. – Coś kręcisz.

Położyła się obok Tó. Jej szczupłe ciało z łatwością zmieściło się obok niego na wąskim materacu.

– Bądź cierpliwa – skarcił ją. – Słuchaj dalej. Wyobraź sobie tę scenę – Konstancja o długich, czarnych włosach i w czarnej sukni ozdobionej czerwonymi kwiatami, mówili potem, że to najpiękniejsza suknia ślubna, jaką kiedykolwiek uszyto, a obok niej książę Pedro, przystojny i wysoki, z ciemnymi oczami. Stoją tak na wprost siebie, między nimi biskup, w najelegantszej bazylice Lizbony. Wiesz, ona już nie istnieje. Scena jak z obrazka, czyż nie? Ale Pedro ledwie dostrzegł Konstancję. Gdy jego wzrok padł na Inês, z miejsca się zakochał.

Tó zrobił pauzę, jakby czekał na jakąś reakcję dziewczynki, ale ta milczała.

– I ona w nim też? – spytała wreszcie.

– I ona w nim też – potwierdził. – A było jak w bajce, jakby ktoś rzucił na nich jakiś czar. Ale książę był rozsądnym człowiekiem i wiedział, że musi dotrzymać złożonej obietnicy, więc poślubił Konstancję, nie spuszczając wzroku z jej dwórki.

– Ech! – Inês burknęła z rozczarowaniem.

– A teraz przyszedł czas, byś poznała czarny charakter tej historii, ojca Pedro, króla Alfonsa.

 

1. Pokora Alfonsa

 

Alfons był dumny ze swojego kraju. Choć niewiele poza nim widział, uważał, że jest najpiękniejszym państwem na świecie, i całkiem możliwe, że miał rację. Nigdzie indziej woda nie była tak niebieska, a słońce tak żółte, nigdzie indziej plaże nie były złoto-czerwone, a wzgórza tak zielone, jak w tym zakątku, nad którym on, Alfons, panował. A szkolony od dziecka do należnej mu roli szybko pojął wagę obowiązków i, przyzwyczajony od lat do ludzi wypełniających wszystkie jego polecenia, powoli rósł na despotę. Wszystko miało być tak, jak sobie życzył. Był wszak królem, wiedział więc, co najlepsze dla jego kraju, czyż nie?

Zwykle dostawał to, czego chciał. A ponieważ był mądrym i rozważnym królem, więc Portugalczykom żyło się dobrze pod jego ręką.

Głęboka relacja, która zawiązała się między jego synem i jakąś dwórką, stała się problemem kilka lat po ślubie, gdy Konstancja nadal nie dała krajowi następcy tronu. Tymczasem Alfonswi dostarczono wiadomość, że Inês wkrótce urodzi drugie dziecko. Bękarty nie przeszkadzały mu wcale, niech sobie ta dziewuszka żyje w spokoju, z dala od jego oczu, w klasztorze w Coimbrze.

Pragnął jednak królewskiego wnuka.

 

0.

 

Tó westchnął i urwał opowieść. Obite żebra bolały go od wysiłku.

– Będziesz musiała przyjść jutro po resztę historii, księżniczko Inês – wyszeptał. Dziewczynka przyjrzała mu się uważnie i mimo panującego półmroku dostrzegła pot na jego czole i spierzchnięte, blade wargi.

Mężczyzna spróbował zmienić pozycję, by ulżyć opuchniętym nogom.

– Co ci się stało, żeś taki połamany? – spytała podejrzliwie dziewczynka.

– Miałem utarczkę z królem.

– Z Pedro?

– Nie, Pedro był moim dobrym znajomym.

– Och, więc z Salazarem – domyśliła się dziewczynka. – Co za głuptas ze mnie. Oczywiście, że Pedro już nie żyje. Czy stoczyłeś z Salazarem pojedynek?

Cichy chichot wyrwał się z piersi Tó.

– O, tak. Walczyliśmy na szable. Niestety, on wygrał, lecz ja zdążyłem uciec. A teraz zdrowieję, by być gotowym na kolejne starcie. Zmykaj, księżniczko, i przyjdź do mnie jutro.

Po wyjściu dziewczynki zapadł w płytki, gorączkowy sen, przerywany każdym hałasem. Słonie na cieniutkich nóżkach i wielbłądy, i nawet białe konie obserwowały go przez szyby, skradały się wokół szpitala i podchodziły coraz bliżej

bliżej

bliżej.

O, tutaj.

Oferowały mu chwałę i sławę, i bogactwo, a on raz za razem odmawiał. Wreszcie ocknął się. Być może, by zabić czas, opowie sam sobie o… Konstancji. To zresztą smutna część historii, lepiej, żeby mała księżniczka jej nie usłyszała.

Poza tym pewnie i tak nie uwierzyłaby w te motyle.

 

1. Przekora Konstancji

 

Konstancja umierała.

Był to fakt niezbity. Kawałki jej duszy wyfruwały z ust z każdym oddechem, przepoczwarzając się w locie w żółte motyle. Mnóstwo żółtych motyli. W komnacie, w której dokonywała żywota, było od nich aż gęsto.

Niedaleko mamka zajmowała się nowo narodzonym książęcym synem, który gaworzył w jej ramionach. Ale Konstancji, która od porodu nie odzyskała przytomności, nie dane było zobaczyć dziecka.

Alfons wpadł do komnaty z hukiem, podrywając do lotu chmary motyli. Próbowały wydostać się z pokoju i trzepotały skrzydełkami w panice, gdy im się to nie udawało. Król ręką odganiał je od siebie. Podszedł do łoża synowej. Konstancja była blada jak płótno, na którym spoczywało jej ciało. Obok stał medyk, starszy mężczyzna przy tuszy, otrzepujący się co chwila od owadów. Medyk uważał motyle za obrzydliwość. Pierwszy raz mu się zdarzyło, by umierająca dusza rodziła ich aż tyle.

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

Alfons, choć już nie najmłodszy, był silnym człowiekiem. Miał czarne włosy, na których spoczywała korona, gęstą, starannie przyciętą brodę i grube, krzaczaste brwi. Ze zmarszczonym czołem i pochmurną twarzą oparł się teraz o łoże Konstancji. Widząc, w jak parszywym nastroju jest jego król, medyk nie palił się specjalnie do rozmowy z nim.

– Nie możesz nic dla niej zrobić? – spytał niskim, pozornie spokojnym głosem Alfons.

– Nie, panie. Ja… próbowałem. Nie takie już panny widywałem, jak stawały na nogi. Ale ona nie chce walczyć.

Biedna to była księżniczka, przy której w godzinie śmierci zostało kilka dwórek i teść, która musiała znosić romans męża od dnia ślubu. Medykowi wydawało się, że ona tak na złość się zaparła, by zejść z tego świata, gdzie ani miłości, ani współczucia nie doznała.

Alfons podszedł do okna, gdzie dziewczyna kołysała jego wnuka. Zajrzał między czerwone i złote tkaniny, aż odnalazł chudą, pomarszczoną twarzyczkę. Dziecko było sine i tak niewielkie, że Alfonsowi wydawało się, że mógłby je zmieścić w dłoni. Odnalazł wzrok medyka.

– A dziecko? Przeżyje?

– Trudno powiedzieć, panie – zafrasował się medyk. – Urodziło się małe i kruche, ale czasem i takie niemowlęta wyrastają na krzepkich młodzieńców.

Alfons podrapał się po brodzie. Coś jeszcze nie dawało mu spokoju. Rozejrzał się po komnacie, obrzucił krótkim spojrzeniem twarze zebranych. Patrzyli na niego wyczekująco. Oho, oni już wiedzą.

I wtedy do niego dotarło.

– Czy ktoś może mi powiedzieć, caralhos, gdzie jest mój syn?

 

*

 

Inês spędziła tę noc w łazience na ostatnim piętrze. Wiedziała, że nikt jej tu nie znajdzie. Pielęgniarki nazywały to miejsce umieralnią. Mało kto tutaj miał wystarczająco siły, by wstać z łóżka. Przede wszystkim jednak, w pomieszczeniu nie znalazła żadnych motyli. Była więc bezpieczna.

Z małego schowka na korytarzu wyciągnęła świeże prześcieradło, weszła do wanny i owinęła się nim. Nie było to może najwygodniejsze miejsce do spania, ale Inês nie narzekała. Nie mogła przecież spać w łóżku.

Trudna to była noc. Kaszel szarpał wychudzone ciało i dziewczynka budziła się często. Choć ostatnio sypiała bardzo, bardzo długo, dłużej niż którekolwiek z dzieci na oddziale, zawsze budziła się zmęczona i mało przytomna. Gdy nad ranem usłyszała krzątające się pielęgniarki, wróciła na swoje piętro. O prześcieradle zapomniała.

Stanęła niepewnie przy swoim posłaniu. Motyle zniknęły. W głębi pomieszczenia salowa wydawała śniadania. Dziewczynka rozejrzała się po sąsiednich łóżkach. Jedno było puste, mimo że jeszcze wczoraj spał w nim chłopiec trochę od niej młodszy.

– Gdzie jest Diogo? – spytała przechodzącą obok dziewczynkę.

– Nie żyje. W nocy zaczęło nim rzucać. Siostra Joana mówi, że dostał atak.

Inês pokiwała głową. Dzisiaj jej się upiekło.

 

2. Przekora Alfonsa

 

Po śniadaniu Inês odważnie wspięła się na łóżko Tó. Chłopak już nie spał, czytał jakąś książkę. Na jej widok uśmiechnął się szeroko. Inês przemknęło przez myśl, że wygląda dziś jakby miał jakieś słoneczko w głowie, którego blask rozświetla mu twarz. Podejrzana sprawa.

– Bardzo jesteś dziś wesoły – powiedziała po przywitaniu.

– A ty wyglądasz coś ponuro – odwdzięczył się jej.

Na stoliku obok leżały rzodkiewki i kilka plastrów ogórka ze śniadania. Dziewczynka zabrała się za nie.

– Nie mogłam spać, bo myślałam o biednej Konstancji – wyjaśniła, rzeczowo chrupiąc rzodkiewkę. – Czy teraz opowiesz mi o ślubie Pedro i Inês?

– Ach, jaki ślub? Pamiętasz, że mamy w tej opowieści czarny charakter?

 

*

 

Minęło dziesięć lat od śmierci Konstancji, a na głowie Alfonsa pojawiło się wiele nowych, białych nitek. Martwił się.

Martwił się nawet, jedząc dziczyznę, którą wcześniej sam upolował. A polowanie należało do jego ulubionych rozrywek. Martwił się, leżąc w komnacie z nową dziewką i patrząc w gwiazdy, gdy nie mógł zasnąć. A przecież uwielbiał nowe dziewki.

– Chwila, chwila – wtrąciła się Inês. – Jakie nowe dziewki?

– Eee – zająknął się Tó. – Miałem na myśli, z nową żoną. Uwielbiał mieć nową… żonę.

I nawet jego nowa żona nie potrafiła mu pomóc.

Wyszedł na balkon, z którego miał widok na królewskie ogrody. Były dzikie i zaniedbane, gdyż ogrodnik króla Alfonsa niezbyt przykładał się do swojej roboty.

– O! A czy Salazar też ma ogrodnika?

– Słuchaj, naprawdę nie możesz ciągle mi przerywać.

Królewskie ogrody ciągnęły się aż po horyzont. Było tam pełno krzewów i wysokich sosen, a pomiędzy nimi polany pełne dzikich kwiatów. Na jednej z nich dostrzegł teraz swojego wnuka, jedynego wnuka z prawego łoża. Fernando, przyszły król Portugalii, chuderlawy i blady, wyglądał tak samo krucho jak wtedy, gdy Alfons zobaczył go po raz pierwszy. Stanowiło to wyraźny kontrast z trójką silnych, tryskających zdrowiem bękartów Pedro.

– Panie. – Alfons niemal podskoczył, gdy usłyszał głos za swoimi plecami. Odwrócił się gwałtownie. W drzwiach balkonowych stał Manuel Antunes, zaufany doradca, który służył jeszcze jego ojcu. Nie było chyba sytuacji, żeby Alfons nie konsultował z nim decyzji. Po latach wspólnie wydawanych wyroków Antunes mógł powiedzieć, że znał króla na wylot.

– Martwisz się, panie – powiedział wprost Antunes, bo wiedział, że król wybaczy mu tę bezpośredniość. – Czy chodzi o sprawę sojuszu z Kastylią?

– Poniekąd.

Antunes przystanął obok króla i razem przez chwilę obserwowali harce pałąkowatego, niezgrabnego chłopca. Fernando i jego pies biegali w kółko wokół stawu, a opiekunka przyglądała się wszystkiemu z oddali. Chłopiec rzucał patyk najdalej, jak potrafił, a zwierzę z radością przynosiło mu go z powrotem.

– Co roku przysyłają nam propozycje księżniczek, które mógłby poślubić Pedro.

– Problem w tym, mój drogi Antunesie, że mój syn odmawia ślubu z kimkolwiek poza tą swoją nałożnicą. A to jest absolutnie wykluczone.

 

*

 

– Nie rozumiem tak właściwie, dlaczego – wtrąciła się Inês, podrywając się na łóżku Tó tak gwałtownie, że zabolały ją wszystkie kości.

– Bo była nisko urodzona, to raz, a dwa, że król wybiera żonę, żeby zapewnić sobie sojusz z danym krajem. Tak jak Konstancja zapewniła sojusz z Kastylią.

– Aha.

 

*

 

Antunes milczał.

– I minęło dziesięć lat! Dziesięć lat namawiania Pedro, by pojął za żonę odpowiednią kandydatkę. Caralhos! Przecież to nic by nie zmieniło. Mógłby nadal odwiedzać tę pannę, tak jak to robił przez tyle lat. Naprawdę, nie rozumiem mojego syna zupełnie.

– Obawiam się, panie, że bardzo przywiązał się do panny Inês.

Fernando balansował na brzegu stawu. Pies to wskakiwał do wody, to wyskakiwał z niej i biegał wokół stawu. Powietrze przecinał śmiech chłopca.

Alfons pełen był złości. On, król Portugalii, był bezsilny wobec jednej tylko osoby, w dodatku własnego syna, który winien był mu posłuszeństwo w dwojaki sposób, i jako królowi, i jako ojcu.

– Czekałem dziesięć lat – syknął.

I gdy Fernando przewrócił się i wpadł do wody, a pies zaczął szczekać, nawołując ludzi do pomocy, w Alfonsie coś pękło.

– Chcę pozbyć się Inês. Dopilnuj tego, proszę. Znajdź porządnych skrytobójców. Niech ją zabiją, najszybciej jak się da.

– Panie! – powiedział z zaskoczeniem Antunes. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na zdeterminowaną twarz króla. Dodał więc usłużnie: – Panie.

Wycofał się.

Nawet stąd Alfons słyszał płacz chłopca, który miał zająć jego miejsce… jeśli tego dożyje.

 

*

 

– Och! Czy Alfons naprawdę ją zabił? – Inês złapała się za głowę.

– Tak.

– Nie, nie! Nie zgadzam się. Przywróć ją do życia!

Tó wzruszył ramionami.

– Ja ci tylko mówię, co się wydarzyło. To nie moja historia.

Inês wyburczała coś gniewnie.

– Wcale mi się ta historia nie podoba – podzieliła się opinią, patrząc na niego ponuro. – Miałeś mi opowiedzieć o królowej Inês.

Ktoś zastukał w metalowe ramy pałąkowatego łóżka, po czym zza jego skraju wynurzyła się dłoń trzymająca miskę jedzenia.

– I opowiem, obiecuję. Po obiedzie.

 

3. Przekora Pedro

 

Alfons umarł dwa lata później, nie doczekawszy się kolejnego ślubu Pedro. Książę uparł się jak nigdy, a choć brakło mu odwagi, by sprzeciwić się ojcu całkowicie, miał jej wystarczająco, by nie wejść w kolejny związek małżeński.

– Panie, sytuacja jest naprawdę trudna – mówił Antunes. – Wojna z Kastylią to kwestia czasu.

Och, naprawdę nie miał ochoty o tym myśleć.

– Ślub zapobiegłby temu – dodawał zwykle Antunes, a Pedro zbywał go machnięciem ręki.

– Ja mam już swoją królową – mamrotał Pedro pod nosem, zbyt cicho, by ktokolwiek go usłyszał.

Gdy jednak nie tylko Antunes zaczął nalegać na ślub, ale i wszyscy doradcy na dworze lizbońskim, coś w Pedro pękło.

– Niech będzie – powiedział wreszcie na kolejnym posiedzeniu. – Chcecie koronacji, będziecie ją mieli. Za kilka dni, potrzebuję czasu, by sprowadzić waszą nową królową.

– A zaślubiny?

– Już były. Ożeniłem się z nią w sekrecie jeszcze przed śmiercią mojego ojca – powiedział. Jak łatwo jest okłamywać ludzi, którzy nic go nie obchodzą.

– Kim jest wybranka, panie? – pytali.

– Zobaczycie – burknął Pedro.

Widział zaskoczone twarze doradców, ciekawe i zadowolone. Kilku mężczyzn, najwyżej postawionych, uśmiechało się, jakby było to ich zasługą.

 

*

 

– Ale tak naprawdę Pedro tylko się wydawało, że są uśmiechnięci – wyjaśnił Tó. – Prawda była taka, że jego doradcy byli przerażeni. No bo wiadomo, kogo on mógł koronować?

Dziewczynka oddychała ciężko, wtulona w pościel.

– Jego tata był mądrzejszym królem, prawda? – powiedziała.

– Prawda.

Już otwierał usta, by kontynuować opowieść, ale dziewczynka go ubiegła:

– O, poczekaj, Tó, muszę się coś ciebie zapytać, zanim zapomnę. Dziś jest noc świętego Antoniego.

– Wiem.

– Widziałam, jak wieźli kwiaty.

– Na pewno poczujemy zapach sardynek w szpitalu – mruknął.

– Ja nie chcę wąchać sardynek – powiedziała przekornie dziewczynka. – Ja chcę je jeść.

– Więc poproś rodziców, by ci je przywieźli.

– Oni nie są z Lizbony. Poza tym nie odwiedzają mnie już tak często. Na początku, gdy zachorowałam, przyjeżdżali co niedziela, ale teraz nie mogą. Mama mówi, że moje leczenie dużo kosztuje, a wiesz, ja mieszkam w szpitalu praktycznie od urodzenia.

– Na co tak właściwie chorujesz? – spytał Tó, niepewny, czy chce usłyszeć odpowiedź.

– A, pan doktor mówi, że mam chorą krew. Nic strasznego, niedługo będę całkiem zdrowa. Tak mówi mama. Tó! Proszę, ucieknij ze mną. To noc twojego imiennika! Nie możesz spędzić jej w szpitalu, no nie? Tak bardzo chciałabym stąd odejść. Nudzę się i, poczekaj, powiem ci sekret, tylko nikomu nie mów, po korytarzach grasuje śmierć. Czasem przychodzi na mój oddział, ale ja zawsze wiem wcześniej, kiedy się do nas wybiera, bo rozsiewa żółte motyle. Więc chowam się przed nią. Ale tak sobie myślę, że najlepiej to by było, gdybym odeszła stąd na zawsze. To co, chciałbyś ze mną iść na noc Antoniego?

Tó uśmiechnął się, choć jego oczy pozostały smutne.

– Księżniczko, mam zmiażdżone obie nogi i połamane żebra. Nie mogę iść nawet do łazienki, a co dopiero mówić o Bairra Alto.

– Jak to nie możesz? To jak chodzisz siku? – spytała czujnie Inês.

– Wolisz nie wiedzieć – zaśmiał się. Zmienił temat. – No dobra, to chcesz posłuchać o koronacji nowej królowej? Tylko wiesz, będzie strasznie. Nie wiem, czy nie jesteś za mała…

– Nie jestem! Powiedz!

 

*

 

Koronacja miała miejsce w tej samej bazylice, w której lata wcześniej Pedro pojął za żonę Konstancję. Tym razem w centrum, przed zgromadzonym ludem, stały dwa trony. Obydwa były szare, wyciosane w kamieniu i ozdobione kamieniami szlachetnymi, niektórymi z posagu Konstancji. Portugalia nie była krajem bogatym w klejnoty. Teraz Pedro rozsiadł się na tronie. Wyglądał dumnie, jak przystało na króla – wysoki, szeroki w barach, siedział pewnie, jakby urodził się do tej roli. Portugalczycy musieli być zadowoleni, że panuje nad nimi.

Miejsce obok niego było puste.

Do sprowadzenia królowej wynajął grupę śmiałków, którą sowicie musiał opłacić. Mało kto chciał naruszać spokój umarłych. Wnieśli ją wreszcie, trzymając delikatnie, by nic jej nie zrobić. Posadzili martwe ciało na tronie, a wtedy na Lizbończyków padł blady strach.

– Król oszalał – szeptano.

Inês oparto na poduszkach tak, że siedziała prawie prosto. Grupa dwórek zajęła się przygotowywaniem do koronacji. Gdy zasiadła na tronie, wyglądała pięknie w długiej, czerwonej sukni, z dłońmi w pierścieniach. Proste, ciemnobrązowe włosy zostały ufryzowane w zawiły kok. Ale skóra sczerniała i przy najmniejszym dotknięciu odchodziła płatami z policzków i rąk. Puste oczodoły zdawały się obserwować poddanych, a kość żuchwowa, trzymając się na ostatnich ścięgnach, była rozchylona, nadając twarzy Inês zaskoczony wyraz. O tak, Inês, choć nie sądziłaś, że ci się uda, doczekałaś tego, co ci się należało.

Pedro, zachwycony sztuczką, jaką oszukał swoich doradców, uśmiechał się teraz szeroko, spoglądając to na oblubienicę, to na poddanych. Chcieli królowej? A więc mają.

– Nie podoba mi się ta historia – powiedziała siedmioletnia Inês. – Wcale a wcale. Mówiłeś, że zostanie królową. Ale nie została nią naprawdę, nie można zostać królową po umarciu! – zdenerwowała się.

– Tak się dzieje, gdy czekasz z buntem zbyt długo. – Tó wzruszył ramionami. – Życie.

Pedro nałożył na palec oblubienicy pierścień z rubinem. Klejnot pięknie komponował się z suknią. Potem siedzieli prosto, gdy biskup nakładał im na głowy korony. Król udawał, że nie widzi zniesmaczonej miny wysłannika papieża.

Po skończonej ceremonii Pedro wstał.

– W moim życiu liczyły się tylko dwie kobiety – powiedział. – Pierwszą była Portugalia, drugą Inês. Powitajcie nową królową i okażcie radość, bo innej nie dostaniecie!

– Jakby ktoś z Kastylii chciał jeszcze takiego wariata – odezwał się cicho jeden z doradców, wywodzący się z kastylijskiej rodziny.

Wtedy obleczone wysuszoną skórą kości zatrzeszczały. Szkielet wyprostował się. Ciężkimi od pierścieni dłońmi złapał fałdy czerwonego materiału i powstał. Podszedł do Pedro, a każdemu krokowi towarzyszył cichy klekot.

Kobieta powiodła po sali pustymi oczodołami i choć wydawało się, że nie mogła nic widzieć, zebrani mieli wrażenie, że bacznie ich obserwuje. Zaczęto panikować. Kilka osób natychmiast opuściło bazylikę, jednak większość została, zbyt ciekawa tego, co działo się na podwyższeniu.

Pedro i Inês stanowili niezwykłą parę. On, silny jak niedźwiedź, pełen życia i energii, stał osłupiały i wpatrywał się w ukochaną. Drobne, sczerniałe truchło cudem trzymało się prosto. Królowi wydawało się, że szkielet uśmiecha się do niego, ale może to tylko odsłonięty rząd zębów wywierał takie wrażenie.

Padł na kolano i pochylił głowę.

– Moja pani – powiedział.

Poczuł na ramieniu drobne kostki. Jej dłoń ważyła tyle, co nic.

Antunes, od pewnego czasu piastujący funkcję doradcy wyłącznie teoretycznie (tak jak i wszyscy inni doradcy; Pedro nie współpracował z nimi zbyt chętnie), patrzył z niepokojem na zebranych. Gdy rozniesie się wieść, że król oszalał, tron znów stanie się przedmiotem walki. A Fernando wciąż był zbyt młody, by wziąć w niej udział.

– Oto siła miłości! – Antunes wyszedł kilka kroków do przodu i huknął tak, by słychać go było w każdym zakamarku bazyliki. – Nasz król i królowa kochali się tak mocno, że nawet śmierć nie mogła stanąć im na przeszkodzie. Bóg sprzyja naszemu królowi! Bóg sprzyja Portugalii!

Spojrzał na twarze ludzi stojących w pierwszym rzędzie. Nie wydawali się zbyt przekonani, ale strach powoli znikał z ich twarzy.

– Niech żyje król – zaintonował. – Niech żyje król!

Początkowo tylko kilkanaście osób za nim powtórzyło, ale nie poddawał się. Za piątym razem krzyczała już niemal cała bazylika. Nie było to idealne, gładkie wejście w nowy etap historii Portugalii, ale też czego się spodziewać, gdy na tronie zasiada rozpadające się truchło. Nic już nie miało być łatwe. Na razie będą musieli zadowolić się tym, co mają.

 

*

 

– Nie wierzę – powiedziała Inês. – Czy ona naprawdę rządziła Portugalią? Jako trup?

– Naprawdę. Ale niedługo. Po kilku tygodniach przestała się ruszać. Pochowano ją wtedy w monastyrze w Alcobasie, gdzie leży do dziś. Pedro dołączył do niej po kilku latach.

– A więc doczekała się jednak korony. – Inês westchnęła cicho. – Choć ona jedna z nich wszystkich się nie zbuntowała.

– Hm, jej ciało zbuntowało się przeciwko śmierci – zwrócił jej uwagę Tó. – Tak samo walczyła o swoje szczęście, jak Konstancja, Alfons i Pedro.

– Żadne z nich nie miało szczęścia – mruknęła z niesmakiem dziewczynka.

– Ale walczyli. Gdyby nie to, już dawno zostaliby zapomniani przez historię.

– Ale to, co robili, nie miało sensu!

– A czy poddanie się miało jakikolwiek sens? Pamiętaj, księżniczko, buntowanie się nie jest złe. Trzeba walczyć o to, czego się pragnie, nawet, gdy jest to tylko noc spędzona na tańcach. Bunt jest tym, co czyni nas ludźmi.

Tó spojrzał na skupioną twarzyczkę Inês. Pewnie nie zrozumiała zbyt wiele z tego, co próbował jej powiedzieć. Ale może… może ziarno zostało zasiane.

– Nawet jeśli wydaje ci się, że to nie ma sensu – dokończył – zawsze trzeba próbować.

Łóżko Tó było pierwsze przy wejściu. Przez otwarte drzwi dostrzegł jakich ruch na korytarzu. Słonie na pajęczych nóżkach wreszcie po niego przyszły.

– To już koniec historii. A teraz zmykaj i nie wracaj tu więcej! Idź męczyć innych pacjentów na innych oddziałach.

Inês oburzyła się, słysząc jego rozkazujący ton.

– A żebyś wiedział, że sobie pójdę – burknęła i zeszła po drabince.

W progu minęła kilku mężczyzn w wojskowych mundurach, jednak rozzłoszczona zachowaniem Tó, nie zwróciła na to uwagi.

 

4. Przekora Inês

 

Wracając na swój oddział, musiała minąć pokój pielęgniarek. Nagle zrobiło jej się słabo; oparła dłoń o ścianę i oddychała głęboko, próbując uspokoić kołaczące serce.

– Przyszli po niego wreszcie. – Inês mimowolnie zaczęła słuchać głosów dobiegających z pokoju. – Tego łobuza.

– Kogo?

– Antoniego Perreirę. Tego, co się tak stawiał.

Inês czuła się lepiej, ale wciąż nie ruszała się z miejsca.

– Ja słyszałam, że wszyscy jego znajomi odmówili mu pomocy. Tylko dlatego pozwolił się wziąć do szpitala.

– A jakie miał wyjście w takim stanie… Chyba słabo mu się rozmawiało z żołnierzami Salazara.

– Głupi chłopak.

Dziewczynka zmarszczyła brwi. Nikt nie będzie nazywać jej przyjaciela głupim!

– Mógł wszystko im wyśpiewać, przecież to i tak nie ma znaczenia. Oferowali mu pieniądze i dobre imię, i pracę w koszarach.

– Skąd wiesz?

– Mój bratanek pracuje przy przesłuchaniach. Wystarczyło, żeby powiedział im kilka imion, i miałby spokój do końca życia. To jest, tak długo, póki nie nawoływałby innych do buntu przeciwko Salazarowi.

– Głupiec – zdenerwowała się któraś z kobiet. – Gdyby nie Salazar, nie byłoby Portugalii. Buntować się! Oszalał.

Inês słuchała ich z zaciekawieniem, póki nie zmieniły tematu. Gdy zaczęły rozmawiać o korzonkach pani Joany, a oddech dziewczynki uspokoił się, ruszyła dalej. Powinna teraz iść do siebie, na oddział. Zaraz podadzą kolację. Przeczucie jednak kazało jej zajrzeć jeszcze raz do Tó.

Pomyślała, że powinna dać mu nauczkę. Może będzie z początku obrażona, milcząca, ale potem pozwoli opowiedzieć sobie jeszcze jedną bajkę? Może tym razem bajka będzie o nim i o jego pojedynku na szable z Salazarem.

Pobiegła z powrotem na jego oddział i weszła do długiej, zwijającej się jak ślimacza skorupa sali. Wspięła się po drabince na łóżko Tó.

Było puste.

Inês przyglądała się temu z zaskoczeniem. Przecież był tu jeszcze chwilę temu! A teraz zniknął nagle i on, i jego rzeczy. Kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Na skraju materaca siedział żółty motyl i poruszał delikatnie skrzydełkami.

– Nie – szepnęła. – Nie, nie, nie!

Zeszła z drabinki tak szybko, jak pozwalały jej na to chude rączki, i pobiegła do pielęgniarek.

– Tó zniknął! – Złapała za fartuch jedną z nich, nawet nie widziała, którą.

– Kto?

– Antonio – podała jego pełne imię. – Był tam jeszcze chwilę temu!

– Och, nie martw się. Pan Perreira został wypisany. Być może cię odwiedzi, jak będziesz grzeczna.

– To nieprawda, widziałam motyla! Naprawdę go widziałam!

Pielęgniarka straciła cierpliwość. Nie rozumiała wcale, o czym bełkotał ten zasmarkany, trupioblady maluch.

– Nie możesz się tak ekscytować, to szkodzi zdrowiu. Idź teraz do swojej sali. Zaraz będzie kolacja.

 

*

 

Cały wieczór Inês popłakiwała cicho, nie podnosząc się z łóżka. Dopiero nocą, gdy wszystkie dzieci już zasnęły, otworzyła oczy. Na jej łóżku siedział żółty motyl.

Uniosła się na łokciach i zauważyła dwa kolejne, krążące pod sufitem. Odrzuciła kołdrę, powoli wstała i podeszła do okna. Noc była ciepła i jasna, a od Bairra Alto dochodził ją zapach sardynek. Grała muzyka. Czarę goryczy przelał widok fajerwerków, wystrzelanych pod niebo co jakiś czas. Nie wiadomo, może i jej rodzice tam byli?

Co to mówił jej Tó?

Trzeba próbować.

Zmieniła koszulę nocną na spódniczkę i bluzkę. Wydostanie się ze szpitala zajęło jej trochę czasu – musiała unikać pielęgniarek, które zaraz posłałyby ją do łóżka.

Wreszcie stanęła w otwartych drzwiach szpitala. Była wolna. Mogła wziąć udział w nocy świętego Antoniego. Tó byłby z niej dumny.

Ruszyła w noc, nie dostrzegając podążającej za nią chmary żółtych motyli.

Koniec

Komentarze

Spodobała mi się forma opowiadania, fragmentami bajka, fragmentami opowieść dla dorosłych, ładnie to razem skomponowałaś. Obraz Portugalii kolorowy i obrazowy, przyjemnie czytało się opisy. Sama historia trochę mnie rozczarowała, część bajkowa niby z morałem (miłość zwycięża śmierć), ale w końcu para ląduje w trumnach bez wniosków czy następstw dla innych. Przynajmniej ja nie widzę tego wyraźnie. Wiesz, dla mnie morał w bajce to "będziesz kłamał, urośnie ci długi nos", "będziesz zachłanny, to złota rybka wszystko ci zabierze", u ciebie nie bardzo wiem, co nim jest, że miłość naprawdę wygra ze śmiercią?

W części dla dorosłych też bez większego bum. Jest buntownik, który postawił się Salazarowi, pewnie jeden z dziesiątków tysięcy i jest chora dziewczynka, też pewnie z jedna z dziesiątków tysięcy i czemu to dowodzi? Umknął mi gdzieś przekaz tej historii, nie widzę nic w To ani w Ines, co wyróżniałoby ich od dziesiątków innych buntowników i dziewczynek.

 

Nie wiem czy to zamierzone czy są to błędy logiczne? Na początku piszesz o To jako o mężczyźnie trochę młodszym od taty Ines, a później o chłopcu. Najpierw myślałem, że ma około trzydziestki, później jakieś osiemnaście lat. Nie zgadzają mi się też lata:

Głęboka relacja, która zawiązała się między jego synem i jakąś dwórką, stała się problemem kilka lat po ślubie, gdy Konstancja nadal nie dała krajowi następcy tronu.

W końcu Konstancja urodziła syna i zmarła, choć do końca nie wiemy po ilu latach. Następnie:

– I minęło dziesięć lat! Dziesięć lat namawiania Pedro, by pojął za żonę odpowiednią kandydatkę. Caralhos! Przecież to nic by nie zmieniło. Mógłby nadal odwiedzać tę pannę, tak jak to robił przez poprzednich piętnaście lat.

Wychodzi na to, że urodziła go po piętnastu latach, wydawać by się mogło, że raczej po kilku. Daje to razem dwadzieścia pięć lat, chyba że miałaś na myśli jak to robił przez ostatnie piętnaście lat. To by się bardziej zgadzało, ale i tak gryzło z końcówką:

Koronacja miała miejsce w tej samej bazylice, w której dwanaście lat wcześniej Pedro pojął za żonę Konstancję.

Ile to lat w końcu minęło? :) Dwanaście, piętnaście czy dwadzieścia pięć?

 

Podsumowując, kolorystyczne i obrazowe opowiadanie inspirowane obrazem, czyli wszystko się zgadza, tylko sama historia trochę nie sprostała.

 

Dzięki za przeczytanie, Darcon. Cieszę się, że dostrzegłeś pozytywy w tym opowiadaniu.

 

Wiek Tó – perspektywa dziecka. Siedmiolatka nie widzi różnicy między 20-sto a 30-sto latkiem. Co faktycznie może być mylące dla czytelnika.

 

Z latami faktycznie rypnęłam się kompletnie, już poprawiłam.

 

Morału faktycznie nie zauważyłeś, ale nie, nie jest to “miłość zwycięża śmierć”. Jeśli chcesz podpowiedzi, spójrz na podtytuły i na ostatnią rozmowę Tó i Ines. Wydaje mi się, że jest dość czytelny – przynajmniej moje bety nie miały problemu z jego odnalezieniem.

Zobaczymy, co powiedzą kolejni czytelnicy :)

Jeżeli podreptała, to na pewno powoli… Nieco szybciej, ale tez wolno, byłoby wtedy, gdyby potruchtała. Powoli niepotrzebne, bo wyszedł był pleonazm.

Wrócę jeszcze.

Pozdrówka.

Zostałam królikiem doświadczalnym? No tak… ;)

 

Pozwolę sobie skopiować swój komentarz, który pojawił się na becie :)

 

Po pierwsze, lektura sprawiła mi przyjemność. Jednak zbyt “delikatnie” potraktowałaś temat, spodziewałam się znacznie cięższego kalibru, biorąc pod uwagę tematy, które poruszyłaś w tekście. Komuś innemu, może się to spodobać tak jak jest, a ja ogólnie lubię mrocznie, posępnie i duszno. Ale… no właśnie. Ewidentnie inspiracją, i to najsilniejszą, jest jednak literatura iberoamerykańska, a nie Dali, który dla mnie odgrywa drugorzędną rolę. Dodaje dobrego smaku i podkreśla realizm magiczny, ale jest przede wszystkim ładną ozdóbką. Pewna delikatność opisów pasuje do stylistyki literatury iberyjskiej, więc jako forma hołdu, jestem za (ale nadal wolałabym wersję mocniejszą w wyrazie). Uwielbiam scenę ze zwłokami Inez – od razu miałam skojarzenia z Santa Muerte – bardzo popularny motyw, a właściwie bóstwo panteonu ludowego katolicyzmu w Meksyku. A wiadomo skąd część współczesnych Latynosów pochodzi.

Całość tekstu na plus, zwłaszcza jako forma oddania hołdu dla specyfiki literatury iberoamerykańskiej. Jednak mam niedosyt.

I jedno palące pytanie. Czy nie popłynęłam z tą literaturą iberoamerykańską? ;)

Nie, nie popłynęłaś – choć G. G. Marqueza czytałam ostatni raz ładnych parę lat temu, jego duch unosił się nad opowiadaniem. Dziękuję za czytanie i za betę :)

Oj, nie :) Opowiadanie podobało mi się, a tylko trochę nie ;) Nie na odwrót :)

Rzeczywiście widzę rozmowę i przesłanie, zastanawiam się, dlaczego umknęło mi wcześniej. Pewnie dlatego, że cały czas myślałem, o co chodzi z chodzącym trupem.

 

O, bardzo, bardzo się cieszę :)))

Ciekawy i dobrze napisany tekst. Przydałoby się nieco skrótów, ale, z drugiej strony, taka jest uroda tego rodzaju narracji. Trochę opowieść w końcówce kojarzy mi się z powieścią Andrzeja Barta.

Kompozycyjnie bardzo dobrze – podjęte wątki zostały pozamykane i skończone. Ciekawy klimat.

Naprawdę niezły tekst.

Pozdrówka.

Bardzo się cieszę, Roger! :)

Nie znam jego pisarza. Z którą powieścią ci się kojarzy i czy warto przeczytać?

“Don Juan raz jeszcze”. Osobiście mnie znudziła, chociaż została  nominowana do nagrody literackiej Nike. W tej powieści królowa Izabela Kastylijska przemierza Hiszpanię z trupem swojego ukochanego męża, a tytułowy don Juan, stary już, teraz mnich, ma ją w sobie  rozkochać.

Chyba nie polecam.  

Szkoda, opis brzmi naprawdę ciekawie.

Wypożycz z biblioteki, to nic nie kosztuje, przynajmniej na razie. W tym roku Nike dostał Eustachy Rylski za bardzo dobrą powieść historyczną z czasów napoleońskich – “Warunek”.  A ta powieść została naprawdę świetnie napisana – i jest wciągająca. 

Miło było. Pozdrawiam.

Mnie to opowiadanie przypadło do gustu już w trakcie bety. Bardzo podobała mi się zmienność narracji, raz przeznaczonej dla dziecka, raz dla dorosłego. Poza tym fajnie zostały splecione trzy wątki, które odnoszą się według mnie do tego zdania:  Bunt jest tym, co czyni nas ludźmi. Wokół tego zdania zbudowana jest historia.

Do tego piękne metafory i niepokojący tytuł. Bardzo na plus.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Misię :) Dobr opowiadanie, do którego mam bardzo mało zastrzeżeń. A i owe zastrzeżenia nie są jakimiś ogromnymi przewinieniami. Ale że najlepsze zawsze zostawia się na koniec, to zacznę od malkontenctwa. Na pierwszy ogień pójdą przysłówki. Spora nadwyżka przysłówków :P

 

Siedmioletnia Inês ociężale wstała z łóżka i powoli podreptała do okna na szpitalnym korytarzu. Zbyt słaba, by stać samodzielnie przez dłuższą chwilę, oparła szczupłe, woskowo blade ręce na parapecie.

Nie licząc krótkiego prologu, to to jest Twój wstęp. W ogóle już teraz, żeby potem dodatkowo nie narzekać powiem, że ten wstęp nieco odstaje od reszty tekstu. Szczególnie prolog taki kanciasty i ciężko wchodzi. A te przysłówki, wyżej pogrubione, też sprawy nie ułatwiają. Wiadomo, że najważniejszą zasadą twórczości jest łamanie wszystkich innych zasad, jeśli one nam przeszkadzają (w tym i tej “przysłówkowej”), ale naprawdę o ile ociężałe wstawanie (zwlekanie się?) z łóżka ujdzie, to nie wydaje mi się, żeby powolne dreptanie i woskowo blade ręce były niezbędne :(

 

Druga sprawa może nieco subiektywny i o niej nie chcę się za bardzo rozpisywać. Nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi swój sposób myślenia i oceniania postaci historycznych. Wiadomo, że czasy Salazara minęły, więc rozprawianie o jego polityce nie będzie budziło tylu emocji, ile rozprawianie o teraźniejszej sytuacji politycznej (jak chociażby pod Dobrą zmianą Dorjee), ale chciałam jednak zaznaczyć, że lubię w literaturze raczej skłanianie do refleksji przez wskazanie wielu dróg, ewentualnie ukierunkowywanie na konkretniejsze tory, a nie zatarasowanie wszystkich asfaltówek prócz jednej. Tutaj odrobinę się tak poczułam. Znaczy raczej w przedmowie, bo opowiadanie samo w sobie aż tak bardzo nie daje tego odczuć. Chociaż pielęgniarki ewidentnie pokazujesz w czerni i budujesz stronniczość… Dobra, już się nie rozpisuję, przechodzę do przyjemniejszych spraw :D

 

Klimat, ale nie klimat Portugalii (ciepłe kraje to nie moje klimaty ;)), ale ten surrealistyczny nastrój pełen fantasmagorycznych cudów, będących poniekąd zasługą Salvadorskiego konkursu, ale też dowodem na Twoje wzorowe wpasowanie się w jego założenia :) Obraz świetnie wykorzystany :)

 

Dziewczynka wspięła się na krzesło, a potem na stolik, a potem zrobiła dwa kroki po ścianie (ze względu na ślimaczą budowę było to wyjątkowo proste),

Niby banał, ale w swojej abstrakcyjnej prostocie ten opis ścian niesamowicie przypadł mi do gustu :)

 

Ja zazwyczaj niewiele czasu w komentarzu poświęcam fabule. Tutaj nie będzie wyjątków. Tak tylko zaczęłam, żeby powiedzieć, że była ciekawa i ładnie zawierała w sobie dziecięcą i dorosłą historie. Miejsca, w których obie się przeplatały całkiem sympatyczne (np. z dziewkami Alfonsa – w sam raz na to imię ;)). Motyl jako symbol śmierci itp. bardzo lubię, ponieważ jest on zarazem przewrotny, ale i zawierający w sobie tę istotę śmierci, która odpowiada za jej lekkość. Za to, ze oprócz odbierania życia starym, schorowanym albo po prostu tym, którzy weszli “pod kosę”, daje po prostu wyzwolenie. Czyli wolność, do której człowiek dąży przecież wszelkimi innymi sposobami, m.in. buntem, który to ujęłaś w opowiadaniu :) I nie, nawet mimo tego nie cofnę słów, że bunt został potraktowany nieco po łebkach. W czerni i bieli. Postacie pielęgniarek są czarne, tak samo rządzących. Z kolei Tó (a on to był takim dobrym mówcą po św.Antonim Padewskim? :D) był już wybielony. Rozumiem, że konwencja bajki itp., ale jeśli miesza się do tego rzeczywiste wydarzenia… to już trochę zgrzyta :P

 

Styl też mi się podobał, sporo ładnych zdań :) Nie wiem w sumie, o czym jeszcze mogłabym napisać. Tytuł ładny. Obraz wykorzystany bardzo porządnie. Mała dziewczynka sympatyczna. i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie polubiłam Tó. I tutaj w sumie kolejny plus, bo mimo tego, że postać chwilami zahaczająca o przedobrzenie łatwo zaskarbia sobie sympatię :) Czyli słowem, kończąc jak zaczęłam, czyli raczej klamrą, misię :)

 

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Mam wrażenie, że głównym powodem powstania Motyli… była chęć opisania fascynacji Portugalią, a sceny inspirowane twórczością Dalego znalazły się tu niejako przy okazji. Inna rzecz, że pasują znakomicie i świetnie się komponują z miejscem, w którym toczy się opowieść, osobami w niej występującymi, jak i bajką opowiadaną przez Tó.

Wątek polityczny, choć zdaję sobie sprawę z jego istoty, przemknął jakby obok mnie, nie wywołując szczególnego wrażenia.

 

Inês nie było dane uro­dzić się księż­nicz­ką i nigdy tego ża­ło­wa­ła… – Czy nie powinno być: …i nigdy tego nie ża­ło­wa­ła

 

ni­g­dzie in­dziej plaże nie były złoto–czer­wo­ne… – …ni­g­dzie in­dziej plaże nie były złoto-czer­wo­ne

 

Al­fons pod­szedł do okna, gdzie młoda dziew­czy­na ko­ły­sa­ła jego wnuka. – Dziewczyna jest młoda z definicji.

 

Dziec­ko było sine i tak nie­wiel­kie, że Al­fons wy­da­wa­ło się… – Dziec­ko było sine i tak nie­wiel­kie, że Al­fonsowi wy­da­wa­ło się

 

tak gwał­tow­nie, że za­bo­la­ły ją wszyst­kie kości.. – Jedna kropka wystarczy.

 

Po­sa­dzi­li mar­twe ciało na tron… – Raczej: Po­sa­dzi­li mar­twe ciało na tronie

 

Szalę go­ry­czy prze­lał widok fa­jer­wer­ków… – Czarę go­ry­czy prze­lał widok fa­jer­wer­ków

Szala się przechyla, przelewa się czara.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

bemik, jeszcze raz dziękuję za betę, obserwowanie sekcji zwłok własnego opowiadania jest bardzo pouczające. No i dziękuję za mój wymarzony klik do biblioteki :D

 

lenah, dzięki! Twój komentarz chyba oprawię sobie w ramki, pierwszy raz dostałam tak długą i tak pozytywną opinię :) Po przeczytaniu go wyglądałam pewnie jak ten Tó, co miał słoneczko w głowie. 

 

Przysłówki poleciały.

 

Ale pozwól ustosunkować mi się do sprawy subiektywności. Pielęgniarki nie są złe, są logiczne – na podstawie danych im informacji, Salazar był dobry. Nie stawiałam ich w opozycji do Tó, a raczej jako komentarz, dający czytelnikowi lepszy wgląd w beznadziejną sytuację.

Wstęp sformułowałam tak, a nie inaczej, chyba dla własnej satysfakcji – by powiedzieć czytelnikom, że mimo iż wszyscy krytykowali Tó, to on się nie mylił.

Masz jednak całkowitą rację i dlatego poprawiłam zdania o Salazarze ze wstępu, zamieniając opinie faktami. Teraz powinno być lepiej :)

 

Reg, dziękuję za łapankę i klik do biblioteki. Cieszę się, że tym razem bardziej ci się podobało. Już poprawiam błędy :)

Mnie się spodobał splatający wątki motyw żółtych motyli. I smutna historia Ines-dziewczynki. I zaskoczenie, jak szkielet powstał z tronu :)

Dlatego zaznaczyłam, że te moje słowa o Salazarze mogą być czysto subiektywne. Po prostu czasem zdarza mi się przejść obojętnie wobec kwestii politycznych (historycznych), a czasami jakbym uczulenia na palcach dostała  – swędzą niemiłosiernie i żeby dać upust swej nieznośnej doli muszę trochę ponarzekać ;) No i padło na Twój tekst :( 

 

Myślę, ze gdyby nie te kwestie polityczne przeszłabym obojętniej wobec stronniczych pielęgniarek (albo obojętnie nawet ;)). Tym bardziej, że jest to bajka. Ale mam nadzieję, że w ten sposób ( i pokazuje, ze marudzenie to tez sposób :D) pokazuję też, że moim zdaniem temu opowiadaniu naprawdę  niewiele brakuje do bycia czymś nie tyle nietuzinkowym i dobrym, co po prostu świetnym :)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Bella, cieszę się, że udało mi się ciebie zaskoczyć :) I dziękuję za klik do biblioteki.

 

Lenah, ja się bardzo cieszę, że zwróciłaś na to uwagę. Faktycznie niepotrzebnie było mieszać w to moją/Tó opinię i fajnie, że mogłam to poprawić. I dziękuję za nominację do biblioteki. Rety, Tó i Ines idą jak burza :)

Kam, mi też się bardzo spodobało. I tytuł i treść. I cała kompozycja opowiadania bardzo udana. Tó wzbudziła we mnie dużą sympatię. Dziękuję za wyjątkowo przyjemną lekturę i życzę powodzenia w konkursie.

Katia, bardzo mi miło :) Dziękuję!

Mnie też się spodobało. Zgrabnie spleciona wersja dla dzieci, wersja dla dorosłych i rzeczywistość.

Szkoda, że kończy się smutno.

Nie kojarzę tego obrazu, ale trudno.

Babska logika rządzi!

Kojarzysz Finklo, kojarzysz. A nawet jeśli nie, to postać z obrazu pomoże Tobie znaleźć. W końcu jest od rzeczy zagubionych;)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

No to gratuluję wymarzonej biblioteki!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Aaaaa, to ten! No to faktycznie kojarzę. :-)

 

Edytka: Zafiksowałam się na żółtych motylach…

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mnie podobało się bardzo. Przesłanie na temat buntu do mnie trafiło. Sam piszę powieść na temat buntu i anarchii. Najlepsze jest oddanie buntu w różnych postaciach – chociażby bunt w stosunku do śmierci. Martwa królowa skojarzyła mi się z “Umierającą panną młodą” Tima Burtona. Motyw miłości zwyciężające smierć wpleciony w bajkę jest trafny. Bajka to bajka.

Opowiadanie miło się czytało ze względu na przemieszanie historii z bajką. Tylko w pewnym momencie dziewczynka  chyba straciła fragment bajki, bo sam go sobie opowiadał. Płynne przechodzenie z wątku do innego wątku jest zaletą. Wątek z motylami był niezwykle ciekawy. Dobrze napisane, malownicze opisy. Niezłe wykorzystanie Dalego.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Finklo, dziękuję za przeczytanie i (jak się domyślam) za ostateczny punkt do biblioteki. Miło mi :)

 

bemik, dziękuję! :)

 

Pietrek, dzięki! Bardzo mi miło coś słyszeć tyle pozytywnych słów. Cieszę się, że ci się podobało :)

Dobrze się domyślasz. :-)

Babska logika rządzi!

Graty, kam_mod, kawał dobrej roboty!

Wiedziałem, że tekst poradzi sobie i bez mojego klika. Z tych, które do tej pory czytałem to mój faworyt.

 

Michał, dziękuję! Bardzo mi miło :)

Kam_mod, cieszę się, że tu zajrzałem.

Myślę, że sporo czytasz literatury iberoamerykańskiej. Jeśli dodam do tego realizm magiczny, to przychodzi mi na myśl Gabriel Garcia Marquez. Ale przyznam szczerze, że ostatnio mało czytam z tej półki.

 

Gdzieniegdzie trochę się zacinałem, bo odzwyczaiłem się od takiego szyku, w którym kluczowe słowa nie są wyrzucane na koniec, ale trzeba ich szukać w środku zdania:

wreszcie usiadła na materacu sztywnym i pożółkłym ze starości.

Inês należała do najbliższych przyszłej królowej dam dworu

maszerowały słonie o nóżkach chudych i długich jak gałązki

a jednocześnie wyciągnął błękitną jak krew nowożeńców wstążkę, która miała związać ich dłonie.

 

Ten fragment mnie ujął:

Inês przemknęło przez myśl, że wygląda dziś jakby miał jakieś słoneczko w głowie, którego blask rozświetla mu twarz. Podejrzana sprawa.

Tak samo jak cały pomysł ucieczki siedmioletniej Ines przed śmiercią, coś z pogranicza snu i twardej rzeczywistości, po prostu realizm magiczny.

 

Pamiętaj, księżniczko, buntowanie się nie jest złe. Trzeba walczyć o to, czego się pragnie, nawet, gdy jest to tylko noc spędzona na tańcach. Bunt jest tym, co czyni nas ludźmi.

Piękna i smutna fraza, bo przecież na końcu w ślad za buntowniczką podążają żółte motyle.

 

Powodzenia :)

 

Bardzo mi się podobało :)

Podobało mi się :)

Nimrod, ja też się cieszę, że tu zajrzałeś.

Wiesz, że właśnie nie bardzo miałam styczność z literaturą iberoamerykańską, wyjąwszy katowanie Stu lat samotności Marqueza w liceum. Możliwe, że zalążki tego, co można nazwać “własnym stylem” mają pewne elementy wspólne z ich twórczością, albo naoglądałam się za dużo hipsterskich filmów ostatnimi czasy.

Faktycznie nie zwróciłam nawet uwagi na ten szyk przestawny – zdania z rzeczownikiem na końcu brzmią znacznie naturalniej. Będę tego pilnować w kolejnych opowiadaniach.

Zadowolenie ze słoneczka szczególnie mnie cieszy, bo ten fragment i ten, który wytknęła lenah, o wspinaniu się po ścianach, były dwoma, które niemal od początku chciałam wyrzucić. Widać, że mam jeszcze kompletnie zerowe wyczucie w tym, co mogą lubić czytelnicy ;)

 

badiAnet, dziękuję, dziewczyny, bardzo się cieszę :)

Bardzo fajna i poruszająca opowieść. Spodobała mi się forma opowieści w opowieści. Dialogi między To a Ines przypadły mi do gustu, takie naturalne i ciepłe. A sama historia główna zręcznie wpleciona w losy Portugalii. Jednak w samym tekście zabrakło mi motywu, który wypaliłby się na dłużej w mej pamięci. Nawet same motyle były bardzo poboczne. Gdyby się ich pozbyć, nie zauważyłbym różnicy.

Scena koronacji jednak na plus, choć też nie byłą tak rzucająca na kolana. Jednak gdy trup poruszył się, poczułem się lekko zaskoczony i dodało to ciekawego spojrzenia na morał końcowy :)

Czytało mi się płynnie i bez problemów.

Podsumowując: jest okej, nawet coś grzmotnęło :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tu byłem.

Zwykle obrywa się krukom i sępom. A tutaj motyle ;).

Przeczytane.

Ładne opowiadanie. Może nie tak obrazowe, jak oczekiwałem, ale ma klimat. 

Duży plus za ciekawą konstrukcję tekstu. Lubię takie zagrania (pokora, przekora). 

Czytałem rano i miałem trochę zarzutów, ale skoro uleciały z głowy to chyba nie były jakieś poważne. Więc jako zarzut potraktuj to, że opowiadanie jest tylko ładne i przyjemne, ale nie zachwycające. Możliwe, że to kwestia konwencji, przez którą momentami wieje nudą. 

Bardzo spodobała mi się scena z posadzeniem martwej królowej na tronie. 

Poza tym też mam skojarzenia z Marquezem. 

No i kwestia konkursowa. Chodziło o “Kuszenie św. Antoniego”? Jeśli tak, nie widzę tego tutaj mocno zarysowanego. Antonio był kuszony przez ludzi dyktatora, ale o tym jest tylko krótka wzmianka. Elementów surrealistycznych mało – w zasadzie tylko motyle – więc opowiadanie ma niewiele ducha Dalego. No, ale chodziło o to, żeby się zainspirować obrazem, a nie tworzyć jak Dali ;)

Tytuł fajny, od razu jak zobaczyłem, to chciałem przeczytać. 

Gratuluję pierwszej biblioteki :)

Trafił swój na swego. To znaczy, ja nigdy w Portugalii nie byłem, ale królów z półwyspu Iberyjskiego uwielbiam. I dlatego, kiedy przeczytałem o królowej Inez spodziewałem się tekstu, który będzie walczył o srebrne piórko. A dostałem bardzo dobre opowiadanie.

Marqueza bym w to nie mieszał, ale motyw młodego opozycjonisty kojarzy mi się z „Cieniem wiatru”, a wątek historyczno-bajkowy nasuwa skojarzenia z „Tysiącem drzewek pomarańczowych”. Sam pomysł na opowieść w opowieści przywołuje jeszcze „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”.

Plus za ciekawą konstrukcję, symetrię – zgrabną ale nie nudną, grę słów w tytułach rozdziałów. Doceniłem też sens, choć brakuje mi tu trochę wyważenia miedzy formą a przesłaniem. Jeśli nauka miała być skierowana do młodych czytelników, rówieśników bohaterki, to treść i forma wydają się być trochę zbyt trudne. Jeśli odbiorcą ma być dorosły, to sam morał wydaje się być zbyt prosty, jednoznaczny, pozbawiony światłocienia. Ale jestem ostatnim, który śmiałby się z prostych prawd.

Faktycznie, widać że chciałaś podzielić się miłością do Portugalii, a konkurs i Dali byli tylko pretekstem. To nic, wolę dobre opowiadanie wciśnięte do konkursu trochę na siłę niż nudny tekst spełniający wszystkie kryteria.

I sam się zastanawiam, czego mi tak naprawdę brakuje? Cała opowieść, zarówno w sferze warsztatu jak i fabuły jest letnia. A chciałbym czegoś gorącego. Więcej magii, więcej szaleństwa, więcej szarży językowej, oryginalnego stylu. I odrobinkę więcej dwuznaczności w sylwetkach bohaterów. Zdaję sobie sprawę, że uczyniłem Cię zakładniczką własnych wyobrażeń na temat tekstu o takiej tematyce. Ale to ryzyko zawodowe.

Bardzo niewiele zabrakło do mojego prywatnego podium.

Dziękuję za udział w konkursie.

Bez owijania w bawełnę: bardzo mi się spodobał ten tekst. Widać wiedzę na temat Portugalii, czuć fascynację tym krajem. Bardzo umiejętnie wprowadziłaś motyw motyli i nieźle pokazałaś problem buntu, który spaja całość. Wyszło naturalnie i wciągająco.

 

Szkoda, że obraz Dalego był tam właściwie niepotrzebny – ot, pretekst, żeby podpiąć tekst pod konkurs. Owszem, wykorzystałaś temat kuszenia św. Antoniego i to w dość dajny sposób, ale niekoniecznie musiało to być TO kuszenie ;) Mimo wszystko to wizje Dalego miałby być w centrum, a u Ciebie długonogie słonie to bardzo poboczny, wręcz trudny do zauważenia motyw. I jako czytelnik tekst nominuję, a jako juror muszę obciąć punkty. 

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

No zwariować można! Zwariować! Ponownie, znakomity warsztat, świetna klawiatura i przyjemnie zbudowany klimat. Ale i ponownie – wszystkie kroki postawione na bardzo stabilnym gruncie, mocno zawieszone w realizmie. Zabrakło tej mocniejszej kreski (której promyk błysnął w scenie z nieumarłą królową, a która rozpierzchła się równie szybko co przestraszone motyle), takiego grubego maźnięcia odrobiną szaleństwa. Całość osadzona tak mocno w rzeczywistości, że wyszła bardziej obyczajówka, niż fantastyka.

A ja uwielbiam obyczaj ;). Całość płynie niespiesznie, jest dobrze sklejone, przez co nie ma mocnych szarpnięć; klimat równie subtelny, bardzo przystający zarówno do kobiecej narracji, jak i samej historii. Mogło w pewnych chwilach nużyć, bo wydaje mi się, że główna idea nie była dostatecznie porywająca (kwestia podejścia – rys psychologiczny dziewczynki zdał mi się odrobinę nazbyt zwyczajny, przez co rozmowy nie zachęcały do powrotu między mury szpitala).

Było trochę polityki, ale bardziej w tle, no i trochę Portugalii, ale zdecydowanie zbyt mało, by mogło stanowić atut. Całość zdała mi się bardziej jak westchnienie nad ideałem, przez co nie zostało pokazane charakterystyczne piękno kraju, a piękno zupełnie zwyczajne, uniwersalne. Zabrakło mi w tej materii, ponownie, mocniejszego dociśnięcia pędzla.

Czyli wszystko delikatnie i kobieco ;). Wyjątkowo ciekawe, że tak bardzo powykręcane dzieła spod pędzla są natchnieniem dla dzieł spod klawiatury tak mocno osadzonych w rzeczywistości. 

Jeszcze się powtórzę z bety: doskonała struktura tekstu, bardzo ciekawe realia, fajnie wpleciona bajka i narracja prowadzona (częściowo lecz udanie) z punktu widzenia dziecka. To ogromne plusy tekstu. Niespecjalnie przepadam za realizmem magicznym, bo nie bardzo rozumiem co to znaczy (to znaczy rozumiem – to taka fantastyka dla mejnstrimowców, dla których zwykła fantastyka jest ble i niegodna miana literatury, więc trzeba było sobie wymyślić etykietkę), a wspomnienie “Stu lat samotności” przyprawia mnie o odruchy wymiotne, ale dobra historia w ciekawych realiach zawsze się obroni. I tu mamy ciekawą historię. I to ciekawą do tego stopnia, że aż chciało by się naostrzyć ten tekst i podkręcić mu sprężynę, żeby szło tu o walkę o najświętsze cele, żeby waliło to czytelnika w pysk i nie dawało o sobie zapomnieć. Żeby nie było to jedynie ładne (jak to ktoś trafnie określił) opowiadanie, tylko opowiadanie, które coś czytelnikowi zrobi (no, może nie zgwałci w ciemnym zaułku, ale poruszy, zainspiruje, choćby zastanowi), bo ta historia ma ku temu potencjał. A przynajmniej tak mi się wydaje. I ten nie do końca wykorzystany potencjał uważam za największy mankament tekstu.

fun, dziekuje! Co za mila opinia.

 

Więc jako zarzut potraktuj to, że opowiadanie jest tylko ładne i przyjemne, ale nie zachwycające. Możliwe, że to kwestia konwencji, przez którą momentami wieje nudą. 

A wiesz ze sama tez doszlam do tego wniosku – choc wszyscy mowili, ze opowiadanie im sie podobalo, nikogo chyba nie udalo mi sie porwac. No trudno, najwyzej napisalam idealnie poprawne opowiadanie. Nastepnym razem bedzie lepiej.

 

cobold, dziekuje! Pisze z komputera z szalona klawiatura, wiec nie moge rozpisac sie tak, jakbym chciala, ale kazde zdanie czytalam z uwaga i rozwazalam.

 

kiedy przeczytałem o królowej Inez spodziewałem się tekstu, który będzie walczył o srebrne piórko

Alez panie, my tu mowimy o dziewczynie, ktora wczesniej nie dotarla nawet do biblioteki :) ale milo cos takiego uslyszec.

 

Na pewno zapoznam sie z ksiazkami ktore wymieniles. To nie pierwszy raz, gdy moj tekst dostaje pytania o adresata, na pewno bede bardziej na to uwazac w przyszlosci. I mi tez szkoda, ze zabraklo szalenstwa, ale pewnie w miare rozwijania warsztatu bedzie mi z tym latwiej :)

 

Mirabell, dziekuje za nominacje i mile slowa :) Ciesze sie, ze tekst sie podobal. 

 

Slowiku, dziekuje stokrotnie! Obawiam sie, ze nie panuje nad pisaniem jeszcze na tyle, by pisac dziela szalone, ktore beda mialy sens –takze ciesze sie ze splodzenia czegos, co podoba sie ludziom, choc nie zachwyca. 

 

Michal – rozne sa gusta ;) Ale ciesze sie, ze sie podobalo i dziekuje za nominacje!

Kam, to nie jest idealnie poprawne opowiadanie. Poprawne, choć wcale nie idealnie, opowiadania dostają się do biblioteki. Twoje jest nominowane do piórka i to mocą kilku użytkowników :)

Bemik napisała mi o tym kilka godzin temu i wciąż nie mogę w to uwierzyć :)

Jak to? Nie odwiedzasz wątku z nominacjami? Nie zgłaszasz żadnych tekstów? Nieładnie…

Babska logika rządzi!

Od pierwszego sierpnia nie siedzę, bo przebywam za granicami naszego pięknego kraju, tak to oczywiście że odwiedzam :)

Alez panie, my tu mowimy o dziewczynie, ktora wczesniej nie dotarla nawet do biblioteki

Kiedy czytałem Twoje opowiadanie, byłaś już Dziewczyną, Która do Biblioteki Dotarła. Cieszę się, że teraz jesteś Dziewczyną z Nominacją do Piórka. I podejrzewam, że to nie koniec metamorfoz ;)

“…pomieszczenia z środkami czystości.” – raczej: ze

 

“Przymykała powieki i otwierała szeroko” – Niezgrabne to jakieś, potknąć się można. Albo “Przymykała i otwierała szeroko powieki”, albo “Przymykała powieki i otwierała je szeroko”.

 

“Dziewczynka wspięła się na krzesło, a potem na stolik, a potem zrobiła dwa kroki po ścianie (ze względu na ślimaczą budowę było to wyjątkowo proste)” – Przepraszam, ale kompletnie nie rozumiem tego zdania. Co to jest ślimacza budowa? Bohaterami opowiadania są ludzie, więc nie rozumiem, co tu mają ślimaki i jak się chodzi po ścianach? Ponadto myślałam, ze dziewczynka jest słaba i schorowana, opisane manewry nie pasują mi do tego.

 

“Mężczyzna nie wyglądał staro, to mogła powiedzieć Inês nawet pomimo swoich siedmiu lat.” – Niezgrabny, nienaturalny szyk. Inês mogła to powiedzieć.

 

“– Bądź cierpliwa – skarcił ją. – Słuchaj dalej. Wyobraź sobie tę scenę – Konstancja o długich, czarnych włosach”

Półpauza przed “Konstancją” źle wypada w dialogu, jako że w dialogu ten znak zwyczajowo rozdziela kwestie mówione i kwestie opisowe. Tu wsadziłaś ją w środek kwestii mówionej. Zgrzyt.

 

“A ponieważ był mądrym i rozważnym królem, więc Portugalczykom żyło się dobrze pod jego ręką.”

Zbędne to “więc”. Czy też inaczej: albo “A ponieważ”, albo “więc”, ale nie oba naraz.

 

“Chłopak już nie spał…” – Chłopak? Wcześniej opisałaś go tymi słowy: “Mężczyzna nie wyglądał staro”. “Chłopak” sugeruje osobę najwyżej kilkunastoletnią, “mężczyzna” kogoś wyraźnie, przynajmniej o kilka lat starszego.

 

“Fernando balansował na brzegu stawu. Pies to wskakiwał do wody, to wyskakiwał z niej i biegał wokół stawu.”

 

“– O, poczekaj, Tó, muszę się coś ciebie zapytać, zanim zapomnę.” – “Muszę się coś ciebie zapytać”? Wiem, że to w dialogu, ale brzmi nienaturalnie. Zapytać o coś.

 

 

Jeszcze nie podjęłam decyzji, jak ocenić ten tekst pod kątem nominacji, ale ogólnie rzecz biorąc podobał mi się. Płynie tak spokojnie i leniwie, językowo jest napisany po prostu ładnie, opowieść w opowieści to fajny zabieg, a tutaj sprawdza się bardzo dobrze. Za Regulatorką powtórzę, że wątek polityczny przepłynął obok mnie niezauważenie, w sumie. Widzę tu dwie opowieści – perypetie około-królewskie i historię małej, chorej dziewczynki, która nie dożyje dorosłości. Smutne. Gdybym miała opisać ten tekst jednym słowem, powiedziałabym po prostu: ładny. Klikałabym w Bibliotekę, gdyby nie to, że tekst już od dawna się w niej zasłużenie znajduje ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Coboldzie, tytuł Dziewczyny z Nominacją do Piórka brzmi dumnie i strasznie mnie cieszy :) Jose, dziękuję za opinię – niezależnie od ostatecznego werdyktu cieszy mnie, że się przy mnie wahalaś (czy też nie brzmi dziwnie). Błędy będą musiały trochę poczekać na poprawki, zrobię to jak dostanę się do swojego komputera :)

Aha, “Tysiąc drzewek pomarańczowych” polecam bardzo zdecydowanie.

Piękny tytuł. I nie tylko tytuł zresztą, bardzo mi się to opowiadanie podobało. Polubiłam Inez za jej ciekawość, bystrość i zaradność. Spodobała mi się opowieść Tó, bo nie była przewidywalna, świetna scena koronacji. To super z jego strony, że opowiedział małej coś, co nie było cukierkowe, i że dał jej taką opowieść, jakiej potrzebowała. Zakończenie moim zdaniem jest bardzo dobre.

W dosłownie kilku momentach zazgrzytało mi coś w rytmice zdań, ale generalnie napisane jest również bardzo porządnie i naprawdę ładnie :) 

Plastyczne opisy to chyba mocna strona tekstu. No i pewnie pomogło osadzenie w historii obcej krainy, którą znasz i lubisz. Dzięki temu to już nie wymyślona Nibylandia, tylko miejsce gdzieś kilka tysięcy kilometrów od nas.

Szkatułkowość historii również na plus, tym bardziej, że niejako rozdwoiłaś wewnętrzną opowieść, tworząc wersję dla dzieci i nieocenzurowaną.

Scena z martwą królową przemawia do wyobraźni.

Spodobał mi się również Antonio – ewidentnie to przykład bohatera, który ma swoją historię.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Werweno, dziękuję. Bardzo się cieszę, że ci się spodobało i że polubilas Ines. Finklo!!!!! Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie ten TAK cieszy. Suszę zęby jak głupia :) Dziękuję!

Pierwsza biblioteka i jednocześnie pierwsze piórko – masz rozmach! :D

Gratulacje!

Cześć, Dziewczyno z Piórkiem!

Oj, dziękuję chłopaki! Nie wierzę własnym oczom :D

Pierwsze opowiadanie z tego konkursu, które bardzo mi się spodobało. Abstrakcja jest nienachalna, dodaje smaku, a nie psuje obraz. Piękna, wzruszająca historia, klimat bez zarzutu. Ogólnie trudno mi się do czegoś przyczepić. Jakieś poprawki korektorskie mogłyby się przydać, ale poza tym tekst jest pełny, dobrze poprowadzony i idealnie wyważony – już na wstępnie wciąga, intryguje i nie puszcza do końca.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuję, Tenszo, bardzo się cieszę, że ci się podobało :)

Dość długo zbierałem się do przeczytania, ale w końcu mi się udało. Ciekawie skonstruowane opowiadanie, zgrabnie splotłaś historię z fantastyką, a przyznam, że to jedno z moich ulubionych połączeń.

Dobrze napisany choć smutny tekst. Zasłużone piórko, gratulacje :)

Dzięki, belhaj! Czekałam na ciebie :) I bardzo się cieszę, że jesteś zadowolony :)

Ha, miło słyszeć, że czekałaś :)

Kam, skoro masz już piórko, teraz czas na papierową publikację :)

A wiesz, że chyba będzie jesienią – przynajmniej napisali mi, że biorą moje opowiadanie na 99% (chyba jeszcze nigdy nie dostałam tak niepewnej zwrotki :P)

Oooo, super :) Uchylisz rąbka tajemnicy czy wolisz nie zapeszać?

Jasne, tylko jak zwykle na pw :)

Tytuł już zapowiadał coś dobrego :)

Lubię Portugalię i Hiszpanię, byłam tam kilkukrotnie, widziałam Lizbonę, z łatwością przywołuję obrazy miast, kamiennych i pełnych słońca, i niepowtarzalnych plaż. Twoja opowieść świetnie oddała ten klimat. Motyw motyli mnie zachwycił, stylistyka i budowa zdań również. Pomysł z martwą królową świetny. Dojrzale, kobieco, pewnie, z dobrze zrealizowanym zamysłem. Wreszcie opowiadanie z tego konkursu, które nie zniechęcało mnie absurdem, surrealizm jedynie podszywał dojmująco realistyczną historię. Opowieść o szpitalu, chorobie i dzieciach to trudne wyzwanie, a tobie wyszło bez zarzutu. Z przyjemnością dałam tak.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz, cudownie jest dostać taki komentarz. Bardzo się cieszę, że ci się podobało i doszukałaś się w opowiadaniu tylu pozytywów. Dziękuję! :)

Ech… Z moimi komentarzami jest ten problem, że – choć piszę zupełnie nienajwolniej – zajmują czasem sporo czasu. Bywa przy tym, że nie zawsze ogarnę pisanie na jedną sesję wodolejstwa i muszę przerwać bo coś tam albo ktoś tam. Przy tym z kolei bywa– bardziej niż sporadycznie, ale się zdarza – że nie zapiszę sobie tego, co zdążyłem już wyskrobać. Jeszcze bardziej sporadycznie, oczywiście nawet w skali tej poprzedniej sporadyczności, zdarza się, że zdechnie laptop, kot napłacze, Cieniu wyłączy to, czego nie powinien (bywam naprawdę głupiutki), ktoś wyłączy Cieniowi to, czego nie powinien, albo zdarzy się inny losowy przypadek. I wtedy dzieją się dwie rzeczy: po pierwsze jestem smutny, a po drugie totalnie tracę ochotę, by zabierać się do tej samej roboty jeszcze raz i zazwyczaj potrzebuję sporo czasu na restart. Tym więcej, im więcej mojej pracy się zmarnowało. A piszę o tym, bo tutaj mam taki właśnie przypadek (dosyć bolesny) i, choć już minęło trochę czasu, nadal zupełnie nie pałam ochotą na ponowne pisanie tego wszystkiego, co mam do napisania, a pisać przecież mi mus, bo jestem Ci to winien. Pomyślałem więc, że na rozgrzewkę napaćkam sobie coś innego, pozbawionego sensu. A nuż łatwiej będzie potem zacząć komentarz właściwy. I wiesz co? Wcale nie jest łatwiej.^^

No, ale jak już tu jestem…

Bardzo przyjemne, ciepłe, ładne i, generalnie, wyśmienite opowiadanie; czytać takie to sama przyjemność.

Prolog jest chyba najmocniejszym z punktów programu, a przy tym – co piszę bez poczucia, że popadam w przesadę – uważam, że to jeden z najlepszych, najbardziej magnetycznych początków, jakie miałem przyjemność przeczytać kiedykolwiek. Przyciąga uwagę niczym złota moneta wirująca w powietrzu. Awers: piękny, baśniowy klimat. Rewers: groza i tajemnica, niczym w dobrym (naprawdę dobrym) horrorze. Efekt ogólny jest taki, że ciężko oderwać czy, więc trzeba czytać dalej, by dowiedzieć się, co też kryje się za tą sceną; co takiego strasznego może być w królowej, ręce i pierścieniu. A kiedy przyszło rozwiązanie zagadki, poczułem tylko jedno – satysfakcję.

No, ale między jednym a drugim było jeszcze sporo trzeciego i czwartego, czyli opowieści o dwóch Ines (pozwolisz, że to śmieszne ę sobie odpuszczę). W ostatecznym rozrachunku mam problem z wyborem, która z tych historii podobała mi się bardziej. Opowieść o Królowej Ines, choć porządnie napisana i bezsprzecznie ciekawa, tak naprawdę jedną tylko sceną stoi – koronacją. Cała reszta nie rusza za bardzo; ot, kolejna dworska opowieść z tragedią w tle. Co więcej, uważam, że nie wykorzystałaś potencjału Królowej Ines nawet w części. Mam cichy żal, że tak po prostu wsadziłaś ją z powrotem do krypty.

Z kolei opowieść o małej Ines, choć do pewnego stopnia przewidywalna i pozbawiona tego efektu OŻEŻ TY W MORDĘ…, dużo ładniej gra na emocjach, a przy tym jest zdecydowanie bardziej zajmująca i klimatyczna (i znowu: choć sceny koronacji nic nie przebije), na czym zyskują też bohaterowie. O ile w legendzie tak naprawdę nie ma żadnej – prócz może jednego Króla Pana – pełnokrwistej postaci; takiej, której nadałabyś jakąś głębszą osobowość, i z którą czytelnik mógłby nawiązać więź, to jednak i mała Ines, i Antek są już od tej skazy wolni. Bardzo mi się podobała kreacja obu postaci i sposób, w jaki rozwija się ich przyjaźń. Gdy się nad tym zastanowić, to i w tym punkcie nie ma nic, czego nie należało się spodziewać (a nawet oczekiwać), ale za to sposób, w jaki prowadzisz całą opowieść jest bardziej niż satysfakcjonujący. Realistycznie wykreowani bohaterowie; naturalne, ciekawe dialogi; trochę humoru (gorzkiego, bo gorzkiego, ale przez to tylko bardziej smakowego); cholernie smutna, ale przy tym bardzo angażująca historia, eleganio oddany klimat umieralni – za co duży plus – i w ogóle Portugalii jako takiej (tam nigdy nie dotarłem niestety, ale czuć w tekście ten charakterystyczny zapach Południa, wzbudzający ciepłe wspomnienia i bezsensowną nostalgię za Hiszpanią i Włochami); świetny warsztat i jeszcze lepszy styl. No i motyle – ładny, choć w sumie niezbyt mnie poruszający motyw, kojarzący mi się mocno z filmem Przepowiednia, z lalką Gerem w roli głównej i człowiekiem-ćmą(!) w tle.

W legendzie, żeby nie było, też nie brakuje tego typu smaczków, lecz jest ich mniej i nie są tak dobrze wyczuwalne.

Po rozpisaniu tego wszystkiego chyba już wiem, która cześć opowiadania podobała mi się bardziej.^^

 

Kolejny plusik za trick z rozdziałami. Z początku zaciekawiła mnie ich dziwna numeracja i pomyślałem, że może tekst jest rozpisany jak Pulp Fiction: rozsypany na chronologicznie niepoprawne kawałki, z których na końcu i tak złoży się interesująca całość. A potem… potem jakoś tak przestałem zwracać na te tytuły uwagę i dopiero po lekturze znów zainteresowałem się tematem. Pewnie straciłem trochę na tym gapiostwie, ale i tak pomysł odnalazłem trafnym i interesującym, kiedy już wyłapałem klucz.

No i w końcu przekaz całej historii – może wymalowany trochę zbyt krzykliwymi literami, ale do mnie trafił i tak.

 

Generalnie można chwalić i chwalić, ale że to niewychowawcze, to, dla równowagi – której i tak nie osiągnę – trochę się teraz poczepiam.

Jak już wspomniałem, mam lekki, acz wyraźny żal o to, że za darmo odrzuciłaś ze swojej talii królową. Zmarnowałaś tym ruchem ogromny potencjał całej historii (choć i bez tego wypada nieźle).

 

Też już wypunktowana wcześniej bezpłciowość bohaterów legendy. Choć tutaj, jeśli wziąć poprawkę na to, że są to postaci z opowieści w opowieści, ciężko się czepiać tak na serio serio serio. To raczej taka luźna uwaga oparta na fakcie, że nie zawsze ma się wrażenie, iż jest to opowieść w opowieści (taka opowieściocepcja;) więc nadanie Starożytnym Portugalczykom większego kolorytu byłoby ze zdecydowaną korzyścią dla tekstu.

 

Jakoś tak niemrawo płonie ta Twoja żyrafa. W porównaniu z poziomem surrealizmu w innych opowiadaniach z konkursu, które czytałem, to to zasadniczo nawet nie jest żyrafa, tylko zebra. Ale że konkurs zakończony, a ja osobiście miałem z nim wspólnego niewiele, to to też raczej należy traktować bardziej jako luźną uwagę niżli mankament do wytknięcia.

No i na końcu zbrodnia w moim osobistym kodeksie karnym najcięższa (na skalę tego konkretnego opowiadania, rzecz jasna): Zakończenie.

I teraz jak to ugryźć…

Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało. Choć do bólu przewidywalne, to jednak ponad wszelką wątpliwość jedynie słuszne. I na swój sposób piękne. Z czym mam problem, to te motylki nieszczęsne. Niby na miejscu i niby od początku było wiadomo, że się pojawią, ale w jakiś sposób mnie rozczarowały i tak. Sam do końca nie jestem pewien, dlaczego. Wydaje mi się jednak, że wynika to z faktu, iż są po prostu zbyt oczywiste, łopatologiczne, a przy tym całość trąci paskudną sztapmą, która w pewnym stopniu psuje naprawdę świetny efekt. Nie powiem, że wolałbym inne zakończenie, bo to nieprawda, ale chyba lepiej by było, gdybyś więcej zostawiła do domysłu czytelnikowi, albo może zostawiła mu choćby wąziutką furtkę interpretacyjną; zasiała ziarenko niepewności co do tego, czy Ines zatańczyła na cześć Świętego Antoniego, czy zatańczyła już ze Świętym Antonim.

Wspominałem już, że teraz, kiedy próbuję to ubrać w słowa, sam zasadniczo nie wiem, o co mi właściwie chodzi? Nie zmienia to jednak faktu, że te końcowe motyle w moich oczach okazały się molami bezczelnie podgryzającymi opowiadanie.

 

Dobra, myślę, że można uznać komentarz za merytoryczny, a może nawet i sensowny. W każdym razie wydaje mi się, że powiedziałem wszystko, co powiedzieć chciałem, a co usłyszeć powinnaś. Zostaje mi już więc tylko podziękować za bardzo przyjemną lekturę, życzyć opowiadaniu wszystkiego najMCniejszego i przeprosić, że tak długo kazałem na siebie czekać.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu!

 

Co za obfity komentarz! Wyobrażam sobie, ile napisanie czegoś takiego musi zająć. 

Dziękuję ślicznie za wszystkie komplementy i dobre słowa. Nie powiem, część z nich mnie zaskoczyła, a wszystkie mile połechtały moje ego :) Nikt na przykład przed tobą nie zwracał uwagi na prolog. Cieszę się, że udało mi się “zassać” czytelnika, bo zrobiłam to nieświadomie.

I mi szkoda, że królowa Ines tak szybko wróciła do krypty, ale nie chciałam niepotrzebnie rozciągać opowiadania. Rządzące truchło nie miałoby żadnego celu w historii małej Ines.

Chyba pierwszy raz ktoś zwrócił uwagę na humor w opowiadaniu i bardzo jest to dla mnie ważne, bo wprowadzać humorystyczne wstawki uczę się od dawna i z marnym skutkiem :D

 

Zebra płonie niemrawo, bo i mnie nigdy nie było po drodze z surrealizmem. Mało tego, wszystko, co z tej półki przeczytałam, mierziło mnie i wywoływało zgrzytanie zębów. Dlatego próbowałam oszukać i uciec w realizm magiczny (imo też nie do końca opowiadanie weszło w jego ramy). Niestety, jurorów nie udało się przechytrzyć ;) Ale opowiadania bym nie zmieniła. Zawsze przekładałam klarowność myśli nad oryginalność formy.

 

gdybyś więcej zostawiła do domysłu czytelnikowi, albo może zostawiła mu choćby wąziutką furtkę interpretacyjną; zasiała ziarenko niepewności co do tego, czy Ines zatańczyła na cześć Świętego Antoniego, czy zatańczyła już ze Świętym Antonim.

Hm, dla mnie zakończenie właśnie jest otwarte – nie wiadomo, w którym momencie motyle zajmą się dziewczynką, przecież im ucieka. Osobiście wierzę, że Ines udało się jeszcze i zatańczyć, i spróbować grillowanych sardynek.

Bardzo dobre opowiadanie. Przyjemny bajkowy klimat, który przeplata się z treścią skierowaną do dorosłych (jak to już ktoś wcześniej określił). Muszę przyznać, że wciągnęło mnie od samego początku. W szczególności podobał mi się motyw motyli i cieszę się, że nie otrzymaliśmy więcej miłości Pedro i Inez. Dzięki czemu nie zyskała formuły romansu stulecia, była bardziej surowa i przez to prawdziwsza.

Gratuluję zasłużonego wyróżnienia.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo się cieszę i dziękuję, Morgiano :)

Heh… Poniewczasie, ale nawiedził Cię i Count marnotrawny :)

 

Gdyby tylko był to inny czas i inny świat, stawiłbym się z pewnością wcześniej, bo tytuł jest z gatunku tych, które uwielbiam całym jestestwem :)

A później nie jest wcale gorzej – początek może trochę chropawy, zdał mi się wrzucaniem czytelnika na głęboką, portugalską wodę (piasek?), jednak po paru zdaniach zgrabnie umiejscowiłaś Ines, akcję i fabuła popłynęła. Fajna, bo urozmaicona – jest tu i bajka i ponura rzeczywistość, pragmatyzm i marzenie… Ożywiłaś ten świat.

Z postaciami poszło chyba troszkę gorzej, bo o ile Pedro, Konstacja czy Alfons stanowią element opowieści, tak mała Ines i To wydali mi się dość jednowymiarowy. Trwoga To, szczególnie gdy spoglądał za okno na “słonie” i w chwili, gdy żołnierze po niego przyszli, świadczyli o głębi tego bohatera, jednak przez większość tekstu był po prostu narratorem. Ines zaś – słuchającą. Choć trzeba Ci oddać, że wypowiedziami dobrze oddałaś jej wiek, Kammo :)

Świat, jak wspomniałem, ślicznie odmalowany. Jak na obrazie, rzekłbym :P

Morał na plus, taki dodatkowy atut, a zarazem zachowanie konsekwencji – w końcu jak mogłaby się skończyć bajka?

Fragment z ożywioną Ines na tronie – mocny. Nagle zrobiło się posępniej, atmosfera wyraźnie zgęstniała. Fajnie to rozegrałaś. Choć Gnijącą panną młodą, z wiadomych względów, trochę zalatywało ;)

Motyle – piękny ozdobnik i metafora, zasługują na osobne zaakcentowanie.

Warsztat dobry, choć pojawiają się jeszcze pewne niezręczności, zdania lekko kulawe, obok tych hasających jak gazele po sawannie ;D Drobnostki, w każdym razie.

Zwróciłem też uwagę, że czasem niezbyt czytelnie oddzielałaś wtrącenia narratora od “bajki”. Gdy były to fragmenty oddzielone gwiazdkami to git, ale zdarzały się też tonące w treści pojedyncze zdania.

I jeszcze jedna uwaga od Counta:

Puste oczodoły zdawały się obserwować poddanych, a kość żuchwowa, trzymając się na ostatnich ścięgnach, była rozchylona,

W takich przypadkach warto ograniczyć się do samej żuchwy, bo tak się w końcu owa kość nazywa… To jej nazwa własna.

 

Słowem – dobra robota, Kammo. Zacny tekst wykreowałaś i otrzymałaś zasłużone piórko. Późno przybyłem, ale szczerze gratuluję.

Trzymaj się ciepło.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję ci, Hrabio!

I w sumie tyle mam do powiedzenia, ale aż głupio zostawiać taki krótki komentarz w odpowiedzi na tyle miłych słów :D

Choć Gnijącą panną młodą, z wiadomych względów, trochę zalatywało ;)

Ta rozrywka niestety jeszcze przede mną. Muszę wreszcie nadrobić.

Zwróciłem też uwagę, że czasem niezbyt czytelnie oddzielałaś wtrącenia narratora od “bajki”. Gdy były to fragmenty oddzielone gwiazdkami to git, ale zdarzały się też tonące w treści pojedyncze zdania.

Długo myślałam nad tym, wiesz? Bo czasem Ines wtrącała raptem jedno zdanie, imo brzydko to wygląda, gdybym jedno zdanie odcinała gwiazdkami, a nie chciałam rozpychać historii niepotrzebnie. I zastanawiałam się, jak to załatwić, i czy nie bez sensu mieszam dwa światy. No i nikt do tej pory na to nie narzekał (na szczęście). Ale totalnie rozumiem twoją uwagę, bo sama byłam pełna wątpliwości.

 

No i na koniec powiem, że bardzo się cieszę, że ci się spodobało. No i w ogóle miło widzieć, że jest cię trochę więcej na forum :)

Ja bym pewnie pokombinował z nawiasami albo kursywą, choć wtedy ludzie ludzie mogliby pomyśleć, że to myśl bohatera, czyli efekt byłby zdecydowanie gorszy… Trudna sprawa, ale skoro większości nie przeszkadzało, to luzik :)

 

Ano jestem – na razie robię sobie przerwę od genialnych powieści i pod pewnymi względami również “genialnych” egzaminów… ;) 

A by poczytać Ciebie, droga Kammo, zawsze wrócę. I byłbym zaszczycony, gdybyś zechciała zostać moją sojuszniczką :3

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Pozwolę sobie przypieczętować nasz sojusz jedyną słuszną emotką.

:3

Teraz już nie ma odwrotu.

Podpisałaś cyrograf, więc rzeczywiście nie ma, bidulko :P

Ale poza tym, będzie fajnie! Nazwę ogród w Primagrodzie Twoim imieniem :D

Czas świętować! <3

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Własny ogród, no no. Dobrze zaczynasz :D

Już nawet wysłałem do Portugalii śmietankę swoich entomologów, by wykryli i schwytali jak najwięcej motyli dusz. Spacer pośród żółci ich trzepoczących skrzydeł i czerwieni róż z pewnością pozwoli Ci się zrelaksować, Kammo, obiecuję!

 

Czego to się nie robi dla Sojuszniczki! :D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Niby kolejna, a radości jak przy pierwszej, Fun! Może nawet więcej!

 

Heh, muszę podbić kolejne kraje, bo mi miejsca na te ogrody nie starcza :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

No, spacer pośród dusz martwych ludzi… Czysta przyjemność ;)

 

fun, takim hrabią to można, a nawet wypada się dzielić ;) Obiecuję nie robić scen zazdrości :P

Romantyk, psiakostka, z jedną tańczy na grobie, inną mami żółtymi duszami… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka