- Opowiadanie: Skull - Kroniki Wolnego Miasta Vandagos

Kroniki Wolnego Miasta Vandagos

Zapraszam do autorskiego świata fantasy. Jest magia, są pojedynki, pojawiają się nawet smoki! (Ale tylko w formie wzmianki, dlatego nie róbcie sobie zbytniej nadziei).

Dziękuję Natareli, Finkli i Architektowi Chaosu za pomoc i ciężką pracę.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Kroniki Wolnego Miasta Vandagos

I

„Kroniki Wolnego Miasta Vandagos”, Bern Hepesjan, rozdział 9:

 

[…] Bernardt był jednym z tych, mówiąc kolokwialnie, co „znali ludzi, którzy znali ludzi”, chociaż określenie to niezbyt pasuje do Vandagos, opisane w poprzednim rozdziale jako kulturowy i rasowy tygiel kawitów, dolkmerów, ludzi a nawet bafstów. Bernardt parał się ryzykownym zajęciem na granicy prawa i bezprawia, pośrednicząc pomiędzy oficjalnymi władzami miasta a tymi nieoficjalnymi, będącymi jednak w zasadzie dwoma stronami tej samej, przeklętej monety. Bo czytelnik musi zważyć, że Wolne Miasto Vandagos rządziło się bardzo specyficznymi zasadami, niemieszczącymi się w głowach osób spoza całej Ligii Wolnych Miast.

Nie wgłębiając się jednak w prawno-społeczne rozważania, należy jedynie wyjaśnić, że Wolne Miasto Vandagos było jednym z największych tego typu miast, a w osobistym rankingu niżej podpisanego największym w całym Surtoan. Do tego znajdowało się najbliżej Wysp Pierścieniowych, niezwykle ważnej lokalizacji dla tego rozdziału, ale o tym później.

Burzliwa, pełna niedomówień i przekłamań historia miasta, o której wspominałem w rozdziale pierwszym, w pełni wyjaśnia naturę panujących ówcześnie porządków czy bardziej dosadnie – zorganizowanego chaosu. Gdyby porównać Vandagos do któregokolwiek państwa na Waer lub Berente, Bernardt odpowiadałby wysoko postawionemu agentowi organizacji wywiadowczej. Wiedział wiele i to zapewniało mu względny dobrobyt. Był jednak na tyle bystry, chociaż dalsza opowieść będzie temu sukcesywnie zaprzeczać, by wiedzieć, że parając się dość niebezpiecznym zajęciem, może nie dożyć starości, a przecież ponad wszystko pragnął wieść długie życie w szczęściu i dostatku. Jako handlarz informacjami, tak jak wielu mu podobnych, czekał na „zlecenie życia”. Jedno zadanie, które zapewniłoby mu fortunę i możliwość opuszczenia Vandagos. Dlatego też zaangażował się w zdobycie smoczego jaja.

W każdej, nawet najpodlejszej bibliotece na kontynentach jest przynajmniej jedna historia o śmiałku, który przekradł się, oszukał, lub pokonał smoka z Wysp Pierścieniowych, po czym przyniósł smocze jajo do domu, zapewniając rodzinie, wsi, a nawet całemu królestwu dobrobyt. Ile opowieści i legend, tyle pomysłów, co też owo jajo mogło zdziałać. Zamieniało wodę w bimber, uzdrawiało dotykającego, obdarowywało dzierżącego mocami zarezerwowanymi Opiekunom, przez rażenie wrogów piorunami, ochronę przed demonami, kończąc na najbardziej sensownym, nie mniej jednak nieprawdziwym, wykluciu się pisklęcia, które z wdzięczności do opiekuna chroniło go przed niebezpieczeństwami. Prawda jest taka, że nikomu nie udało się wykraść smoczego jaja. Powtarzam: nikomu, nigdy.

Smoki, jak najbardziej realne kreatury, nieśmiertelne twory samego Barneusa, miały jedno zadanie – bronić Civio przed śmiertelnikami. O tym, jakie to groźne i wierne swojemu zadaniu monstra, świadczą liczne relacje marynarzy, podpływających do ich wysp. Ci rozważni opisywali olbrzymie gady oraz ich straszny ryk. Ci mniej rozważni, ale obdarzeni błogosławieństwem Vaundry, która uchroniła ich przed gwałtowną śmiercią, opisywali jak smoki niszczyły okręty, zabijały załogę, byle tylko ta nie wylądowała na któreś z wysp. Oczywiście nie brakowało śmiałków gotowych podjąć wyzwanie, ale większość opowieści to zmyślone bujdy osób pragnących kreować własny mit. Pozwolę sobie przytoczyć tylko jedną historię, noszącą znamiona prawdy.

Otóż siedemset lat temu z odkładem, próbę wtargnięcia do raju podjął niezwykle potężny i powszechnie szanowany arcymag Gregor z Rambien. Nie potrafimy wytłumaczyć jego motywów, chociaż autor nie wyklucza, że gdzieś w zakonie Seffona istnieje dokładny opis tamtych wydarzeń, a może nawet jeden z ówczesnych kapłanów wciąż kroczy pośród nas. Ale o nich później. Ważne jest, że stworzył ów mag plan, by zamienić się w żywiołaka. Autor miał okazję spotkać na swej drodze podlejszą odmianę tejże kreatury, więc może potwierdzić, że są to bestie o nieprawdopodobnej mocy, związanej z jedną z sześciu szkół magii. Gregor nie tylko zadziwił sobie ówczesnych umiejętnością zmiany własnej natury, ale również faktem, że chciał władać wszystkimi szkołami naraz! Gdyby nie powszechnie znane zakończenie tej historii, byłbym gotowy zaryzykować stwierdzeniem, że jego plan miał duże szanse powodzenia. Powstrzymał go jednak kapłan Seffona, postać jeszcze bardziej legendarna, założyciel odbudowanego po wiekach zapomnienia zakonu, Samuel z Werves. Pominę niestworzone mity, jakie narosły wokół ich pojedynku. Dla nas ważną jest informacja, że magowi się nie udało nawet wylądować na Wyspach Pierścieniowych.

Z perspektywy czasu i poznania wszystkich faktów, może dziwić, że Bernardt podjął się zadania pozyskania smoczego jaja. Tym bardziej, że niecały rok wcześniej zaangażował się w sprawę zdobycia piór Kalakuna, które rzekomo miały moc zmiany rzeczywistości. Posiadający takie pióro mógł urzeczywistnić wszystko, co nim zapisał. Panowało ogromne zamieszanie, gdyż kto nie pragnął takiego artefaktu! Jest to doprawdy godne pożałowania, jak wielkim zainteresowaniem pióro cieszyło się wśród plebsu, który w większości nie potrafił czytać ani pisać. Do dziś nie wiadomo, kto wymyślił tak niedorzeczną historię, w którą uwierzyło również kilka potężnych osób. Jak się okazało, nigdy nie istniało takowe zwierzę, o mocy jego piór nie wspominając. Wiadomo jednak, że spora fortuna zmieniła właściciela, pewna grupa opuściła Vandagos, a inna – dużo liczniejsza, wkrótce rozstała się z życiem. Bernardt, chociaż przeżył, zyskał wielu wrogów. Można rzec, że był zdesperowany i jeszcze bardziej zmotywowany do zdobycia „zlecenia życia”.

Dlatego nie należy się dziwić, że gdy w mieście pojawiła się plotka o możliwości pozyskania smoczego jaja, Bernardt się nią zainteresował. Dziwi za to, że po ostatnich doświadczeniach zwrócił się z tą informacją do niesławnego Hukura, bafsta trzęsącego całym półświatkiem. Akurat w tamtych dniach toczyła się krwawa batalia między nim, a jego legalnym odpowiednikiem, kawitem imieniem Joulino, o czym świadczą ocalałe raporty straży miejskiej. Był to trudny okres dla mieszkańców, gdyż codziennie znajdowano zwłoki. Znaczną część stanowili przypadkowi świadkowie, o czym była mowa w poprzednim rozdziale.

Bernardt musiał być dostatecznie zdesperowany, gdyż przedstawił propozycję Hukurowi, o czym dowiadujemy się z pamiętnika Wendu, jeszcze w tamtym czasie prawej ręki herszta. Nasz bohater skontaktował się z załogą okrętu „Perła”, której członkowie z kapitanem Bussie na czele, twierdzili, że poznali sekretną trasę do Wysp Pierścieniowych, wolną od wzroku latających gadów. Drugi błąd, jaki popełnił Bernardt zaraz po daniu wiary w nonsensy, polegał na tym, że postanowił sam dopilnować, żeby misja się powiodła. Oto przewrotność śmiertelnego umysłu! Po piórach Kalakuna, zamiast od razu wycofać się z podobnych bajdurzeń, postanowił samemu wszystko nadzorować!

Przekonał Hukura, by dał mu ludzi i zapasy oraz dogadał wartość wynagrodzenia dla „Perły”. Autor podejrzewa, że załoga liczyła na wymordowanie podwładnych Hukura i zabranie wcale hojnych zapasów na handel do innego miasta, co było wielokroć stosowaną strategią wśród ówczesnych piratów. Ważne jest, że Bernardt nie przeżył tamtej wyprawy.

Powrócił za to inny Bernardt, człek prawy i z misją, która zmieniła część ówczesnego Surtoan […]

*

Bernardt zaciągnął się głęboko morskim powietrzem. Ledwie słyszał swój oddech w szumie rozpruwanych fal. Chociaż pogoda była piękna, wzburzone morze walczyło z trzeszczącym okrętem, jakby chciało go zatrzymać.

Mężczyzna musiał wreszcie wyjść na pokład. Ciasna kajuta, w której spędził cały tydzień, była istnym więzieniem, a nawet gorszym od niego, bo mógł ją opuścić w każdej chwili, ale świadomie tego nie robił. Przez to też zyskał wśród załogi i najemników przezwisko ”Mysz”.

Z jednej strony miał już dość zwodzenia przez kapitana Bussie, który obiecywał, że już wkrótce dopłyną. Coraz częściej pojawiały się myśli, że oto znów dał się oszukać, ale tym razem nie wykpi się jak poprzednio. Z drugiej strony nie mógł znieść przytyków członków drużyny Huruka, a szczególnie jego prawej ręki, Wendu, która jak na kobietę, a nawet bafsta, była przerośniętą górą mięsa, żującą bez przerwy podejrzaną substancję. Przy każdej sposobności opisywała, chuchając na Bernardta smrodem bagna i lasu, co z nim zrobi, kiedy kłamstwo wreszcie wyjdzie na jaw. Bo to, że wyjdzie, było w jej mniemaniu pewne.

Bernardt starł z twarzy kropelki wody maskujące kilka łez, które pojawiły się na myśl o własnym losie. Mógł zajmować się drobnostkami, może niezbyt dochodowymi, ale względnie bezpiecznymi. Kto wie, może za rok, dwa, a niech by i dziesięć, pojawiłaby się inna możliwość solidnego zarobku. On byłby mądrzejszy, bardziej obyty i jeszcze sprytniejszy.

Albo martwy. W Vandagos dziesięć lat to dla wielu jego mieszkańców praktycznie całe życie.

– Ląd!

Z bocianiego gniazda rozległ się krzyk niespodziewany i zarazem upragniony, jak wrzask nowonarodzonego dziecka. Bo Bernardt właśnie urodził się na nowo, ze świeżymi siłami i ogromnymi nadziejami, że jednak się uda. Pomimo wszystko.

Rozejrzał się po pokładzie, powoli wypełniającym się mieszaniną ras, ale o jakże jednakowych, całkiem mętnych charakterach i podejrzanej przeszłości. Wszyscy się cieszyli, niektórzy wiwatowali, może z wyjątkiem Wendu, która splunęła siarczyście na pokład na widok Myszy. Bernardt pozwolił sobie nawet na szeroki uśmiech, chociaż zawczasu odwrócił się bokiem, żeby któryś z jej przydupasów tego nie zobaczył.

Widok dość łagodnego w swym pofalowaniu brzegu koił jego zszargane nerwy. Przynajmniej do czasu, gdy uświadomił sobie, że gdzieś tam czekają smoki.

 

Panowała pełna napięcia cisza, pomijając słaby plusk fal, które niczym zasypiające dziecko bezwładnie wymachujące rączkami, muskały niedbale o kadłub okrętu. Drużyna Wendu w pełnym bandyckim rynsztunku obserwowała okolicę, szukając najmniejszego ruchu. Bernardt zaśmiałby się z wytrzeszczonych oczu wojaków, dopatrujących się gigantycznego potwora w szeleszczącym krzaku czy zrywającym się do lotu jastrzębiu, gdyby sam nie chciał wskoczyć do wody i swobodnie opaść na dno. Pojawiła się nieprzyjemna myśl, że świeży przydomek był jak najbardziej zasłużony. Nawet Wendu zdawała się może nie tyle wystraszona, co bardziej czujna niż zwykle. W przeciwieństwie do załogi.

Ci robili swoje, jak gdyby nigdy nic, chociaż z rozkazu kapitana również zachowywali ciszę. Jednak w ich ruchach i minach nie było strachu czy choćby ostrożności. Wbrew temu, co w chwilach słabości podejrzewał, załoga faktycznie znała okolicę. Wpłynęli do małej zatoczki, całkiem malowniczej, usłanej bujną, tropikalną roślinnością. Lazurowa woda wręcz zachęcała, żeby do niej wskoczyć i popłynąć do brzegu o własnych siłach.

Statek znieruchomiał po kilku chwilach, ciężka kotwica uderzyła z pluskiem o wodę, dając sygnał do opuszczenia pokładu. Sprawnie wtoczyli się na łodzie i popłynęli ku brzegowi. Bernardt tak manewrował między załogą i drużyną, by znaleźć się w łodzi z kapitanem i jego podkomendnymi, ale przede wszystkim z dala od Wendu.

Wciąż wszyscy zachowywali ciszę, chociaż już częściej przerywaną stękaniem i wzdychaniem wiosłujących. Bernardt, o dość wątłej budowie, do zadania się nie nadawał, więc podziwiał widoki, rozmyślając nad czekającymi na niego zadaniami.

– Kapitanie?

– Co jest, Bernardt?

– Gdzie są smoki?

– Po drugiej stronie wyspy.

– Jakim cudem nas nie dostrzegły?

Bussie uśmiechnął się, jakby usłyszał coś głupiego. Mysz przyjrzał mu się dokładniej. Dopiero teraz zwrócił uwagę, że mężczyzna był niezwykle blady. Dlaczego wcześniej tego nie zauważył? No i te skórzane rękawiczki oraz ocieplane buty. Po cholerę mu takie w tropikach?

– Żaden ze mnie znawca smoków, więc nie wiem, dlaczego nas nie dostrzegły, ale wiem, że tu ich nie ma. Sprawdziłem poprzednim razem.

Załoganci roześmiali się zgodnie i tajemniczo, wiosłując z niebywałą równością. Przypomniał sobie ostatni tydzień i dopiero teraz dotarły do niego nieliczne drobnostki, które spychał w głąb umysłu, skoncentrowany na unikaniu Wendu. Marynarze mało ze sobą rozmawiali, nigdy nie przeklinali, a w ich ruchach była jakaś sztuczność, jakby nie zdobyli umiejętności poprzez bogate, marynarskie doświadczenie.

Kropla potu spłynęła mu po plecach, wywołując nieprzyjemny dreszcz. Intuicja, której czasem słuchał, a czasem nie, właśnie podpowiadała mu, że dzieje się coś niepokojącego i jego los nie jest wcale pewny, pomimo dotarcia do celu.

Zawsze, gdy pojawiały się wątpliwości i musiał wybierać, decydował się na ścieżkę monety. Skoncentrował się na przewidywanych profitach i tym, co z nimi zrobi. W zasadzie wszystko miał już obmyślone. Sprzeda skromny dobytek i mieszkanie w lichej kamienicy. Zabierze dobrze ukryte zaskórniaki i to, co zarobi na tej wyprawie. Wsiądzie na jeden ze statków płynących na południe Waer, które ostatnimi czasy stało się regularnym celem wszystkich liczących się kompanii morskich. Podobno codziennie odkrywali tam kolejne złoża złota, srebra i bursztynu. Jeśliby się dobrze zakręcić…

Dalsze myśli przerwał mu wrzask załogi najbardziej oddalonej łodzi. Na jego oczach przewróciła się do góry dnem, pozbywając się praktycznie całej załogi. Jedni krzyczeli, inni machali desperacko rękami, próbując dopłynąć do pozostałych szalup. Bernardt spojrzał w górę, oczekując z przerażeniem sylwetki smoka. Niebo jednak było czyste.

Nagle krzyki tonących zaczęły się urywać jeden po drugim. Oniemiały obserwował, jak coś wciąga wojaków pod wodę. Gdy ktoś raz zniknął, już się nie wynurzał. Bernardt zamierzał coś zrobić, krzyknąć, gdy wtem druga łódź wyleciała w górę, obróciła się i upadła z pluskiem. Bandyci Huruka, dostatecznie wstrząśnięci spektaklem sprzed momentu, desperacko próbowali dopłynąć do brzegu, statku lub łodzi Bernardta. Wśród tych ostatnich znajdowała się Wendu, tym razem przerażona nie na żarty. Nie krzyczała tylko dlatego, że chciała za wszelką cenę pokonać dzielący ją od Bernardta dystans szybciej niż jakiekolwiek wodne zwierzę. Resztki sumienia nakazywały podjąć jakąś czynność pomimo, że nie darzył bandytki sympatią, ale kiedy jej towarzysze jeden po drugim znikali pod taflą wody, pozostał na miejscu. Trzęsąc się jak osika, zahipnotyzowany przerażeniem wojowniczki, patrzył na nią bez mrugnięcia, aż i ona zniknęła z cichym pluskiem. Dopiero wtedy dotarło do niego, że została już tylko jedna nietknięta łódź na wodzie.

Obrócił się w stronę kapitana, który wraz z załogą patrzył na niego z ciekawością. Dlaczego nie wiosłowali? Nie krzyczeli, nie próbowali pomóc pozostałym? Siedzieli zrelaksowani z głupimi uśmieszkami, jakby spodziewali się psikusa, którego biedny Bernardt jeszcze nie zauważył.

Wtem świat zrobił fikołka, na końcu zalewając Mysz zimną wodą. Bernardt desperacko machał rękami, by się wynurzyć. Znajdował się na wyciągnięcie ręki od łodzi, ale nikt nie śpieszył mu z pomocą. Wszyscy siedzieli, z wyjątkiem dowcipnisia, który wyrzucił go za burtę.

Zanim coś go chwyciło za nogi i wciągnęło w mroźne głębiny, uświadomił sobie, że na łodzi był jedynym spoza załogi statku.

 

II

„Kroniki Wolnego Miasta Vandagos”, Bern Hepesjan, rozdział 9:

 

[…] Aby zrozumieć dalszy ciąg historii, wszystkie jej niuanse i wątpliwości, jakie na pewno zrodzą się w szanownym czytelniku, należy cofnąć się w przeszłość i skoncentrować się na jednej instytucji. Dotychczas w ogóle nie wspominałem o zakonie Seffona i był to zabieg nieumyślny, gdyż kapłani boga śmierci wcześniej w historii miasta nie zapisali się w żaden sposób. Autor Kronik jest świadomy, że ze względu na ich misję i powołanie odwiedzali Vandagos, ale ponad ich zadania, nic więcej w mieście nie zdziałali, a przynajmniej wszelkie dostępne źródła wiedzy o tym milczą. Dlaczego zatem tak potężny zakon, bo był potężny, co zostanie dowiedzione w dalszej części publikacji, nagle zainteresował się Wolnym Miastem?

Nie chodziło o jego bogactwa, sprawowaną władzę nad okolicznymi wodami, czy mieszkańców, chociaż z powodu natury kapłanów właśnie ci ostatni mogli ich najbardziej zainteresować. Chodziło o przekaz. Ale najpierw należy wyjaśnić, czym w ogóle zakon Seffona jest.

Spośród czterech Opiekunów, zwanych głównie wśród plebsu bogami, Seffon wyróżniał się domeną, która przypadła mu w opiece. Gdy pozostali podzielili się wpływami w świecie żywych, On zatroszczył się o świat pozagrobowy. Opiekun Dusz, Wielki Sędzia – to tylko dwa z licznych tytułów, jakie mu nadano. Świadomie zostały przytoczone tylko te, gdyż po pierwsze najlepiej oddają charakter Opiekuna, po drugie mają niebagatelne znaczenie dla motywów kierujących poczynaniami Bernardta oraz towarzyszących mu kapłanów.

Kapłani Seffona charakteryzowali się na tle kapłanek Vaundrii, szamanów Laszkina czy mędrców Barneusa tym, że nie budowali żadnych świątyń, kaplic, a nawet nie stawiali przydrożnych symboli, pomijając okres rozłamu wewnątrz zakonu. Gdyby za wszelką cenę chcieć przypisać im coś namacalnego, coś charakterystycznego, byłyby nimi cmentarze, chociaż jest to twierdzenie bardzo krzywdzące, gdyż problemy ciała czy to żywego, czy martwego, nie zaprzątały głów kapłanów. Na ich barkach spoczywał obowiązek poprowadzenia błądzących dusz. Dlatego żyli w ubóstwie, nie posiadali dóbr, ponad te mające utrzymać ich cielesne powłoki przy życiu i doprowadzić do kolejnej wsi, stolicy, królestwa. Ich życie było nieustanną wędrówką poświęconą bogu.

Drugą zasadniczą różnicę stanowiła forma istnienia. Kapłani Seffona są martwi. Nie w sposób, jaki przyjął się w popularnych mitach i opowieściach dla dzieci. Nie są to poczwary, wypełzające w nocy ze swoich grobów i jam, by napadać na zbłąkanych żywych. Niestety proces wybierania kapłanów oraz ich przygotowania do dziś pozostaje tajemnicą. Oni sami nie zdradzili nigdy takich informacji, a z powodu natury kapłanów nie sposób było wyciągnąć z nich czegokolwiek. Z licznych obserwacji i domysłów można wywnioskować, że stanowią formę pośrednią pomiędzy żywymi i martwymi – ich ciała na pozór wydają się całkowicie normalne, ale nikt nie jest w stanie zniszczyć kapłana, swobodnie przemieszczającego się między powłokami. Zresztą ze względu na powołanie nie byli źródłem wielkiego zainteresowania, gdyż lud z natury celebruje życie, a od śmierci i sądu trzyma się z daleka. Dlatego kapłani Seffona cieszyli się względnym szacunkiem, największym, gdy już opuścili domostwo czy miasto.

Dlaczego pod koniec trzeciej ery kapłani zniknęli, do dziś pozostaje źródłem burzliwych dyskusji wśród historyków. Według autora Kronik, proces ten musiał zacząć się dużo wcześniej, a okres zniknięcia jest zupełnie przypadkowy, czy raczej wynikał z konsekwencji podjętych wcześniej decyzji, prowadzących nieuchronnie do końca. Ważne jest, że trzeba było czterech wieków, by kapłani powrócili w postaci Samuela z Werves oraz innych, jak Wiktoria, o której nie wiadomo nic poza imieniem i to niepełnym. Istnieją opowieści, opisujące ją w mniej lub bardziej sensowny sposób, ale ze względu na brak potwierdzenia w sprawdzonych źródłach, nie zostały one przytoczone.

Chociaż odbudowa zakonu i wszystkie wydarzenia, które wokół niego zachodziły, to materiał na setki, jeśli nie tysiące publikacji, autor skupi się wyłącznie na aspektach związanych z Bernardtem. Od odbudowy zakonu przez Samuela i Wiktorię minęło przeszło trzysta pięćdziesiąt lat, więc kapłani czy też lisze, jak uwidział sobie ich nazywać ciemny lud, zdążyli ponownie zadomowić się w Surtoan. Jednak aż do czasów Bernardta, ich działanie pozostawało niezmienne, związane z tradycją sięgającą samych początków istnienia ras śmiertelnych.

W tym miejscu należy powiedzieć z całą stanowczością, ucinając wszelkie, wciąż żywe dyskusje, że działanie Bernardta nie miało drugiego dna. Nie istnieje żaden dowód, choćby pojedyncza relacja naocznego świadka, potwierdzającego, że kapłani chcieli czegoś więcej niż usystematyzować sprawy śmierci i sądu. Można poddawać w wątpliwość skuteczność późniejszych działań, ale niezmiennym pozostaje fakt, że kapłani mieli dobre zamiary i szczytne cele.

Dotychczas prawem zajmowali się wyżsi urzędnicy, szlachetnie urodzeni lub wybrańcy pozostałych bogów. Jak skuteczne i związane ze sprawiedliwością były to sądy, pozostawiam czytelnikom do oceny. Przejęcie tej funkcji przez liszów, miało gwarantować prawdziwą suwerenność i niezawisłość instytucji chroniących prawa. Bo jak przekupić lub zastraszyć kogoś, kto już nie żył, a więc dobra i przyjemności doczesności były dla niego bezwartościowe? Oczywiście takie rozwiązanie nie podobało się garstce najpotężniejszych osób, chcących zachować swój status. W tamtym czasie byli to wspomniani już Huruk i Joulino.

Dzisiaj, gdy kultura złagodniała, normy moralne stoją na wysokim poziomie, ówczesne wydarzenia wydają się barbarzyństwem. Lecz po analizie można łatwo stwierdzić, że metoda, jaką wybrał Bernardt, była wielce popularna w całym Surtoan i, niestety, jako jedyna skuteczna. Nawet, jeśli oznaczała śmierć setek mieszkańców […]

*

Bernardt poderwał się gwałtownie, wciągając chciwie powietrze. Kaszlał długo, niemal wypluwając płuca. Cały dygotał z zimna i przerażenia. Ostatnią zapamiętał zimną, watowatą toń oceanu i rybią twarz o gniewnym wyrazie twarzy.

Rozejrzał się, ale równie dobrze mógł siedzieć nieruchomo z zamkniętymi oczami. Tam, gdzie się znajdował, nie było najmniejszego źródła światła. Obmacał się, ale szybko przerwał, gdy mokre ubranie przywarło do ciała. Jęknął, ale trochę z ulgą, bo wiedział, że żyje, a to dawało jakąś nadzieję.

Po omacku wodził rękami w przestrzeni, zaczynając od siedziska. Okazała się nim prycza wyściełana słomą. Żołnierskie łoże nie sprezentowało żadnych innych wrażeń, więc powstał z trudem, zadziwiony własną nieporadnością i osłabieniem. Uderzywszy się o kilka konstrukcji, wreszcie doczłapał do ściany, a przesunąwszy się żółwim tempem w prawo, trafił na drzwi. Niestety okazały się zamknięte, ale nim zdążył coś z nimi zrobić, dostrzegł słabe światło w szczelinach. Z każdą chwilą rosło, by wkrótce dołączył do niego dźwięk kroków. Cofnął się zbyt gwałtownie, potykając się i niefortunnie uderzając o coś. Zanim stracił przytomność, usłyszał szczęk klucza i jakieś oburzone krzyki.

 

Gdy ponownie otworzył oczy, rozbolała go głowa. A może otworzył je z powodu bólu? Nie był w stanie stwierdzić, próbując osłonić oczy przed światłem, a jednocześnie zbytnio nie poruszając pulsującą głową.

– Wreszcie się przebudziłeś.

Rozpoznał ten głos, więc przezwyciężając ból, spojrzał w kierunku dźwięku. Stał przed nim Bussie, tylko nie w stroju marynarza, a w czarnym habicie, chowając głowę pod kapturem. Wciąż miał rękawiczki i ocieplane buty, do tego pił coś z parującego kubka. Bernardt starł pot z czoła, oblizując spierzchnięte usta.

– Masz, napij się.

Odebrał od kapitana dzban i, zapominając o kulturze, wychylił go łapczywie. Świeża, zimna woda dostarczyła niebywałej ulgi. Puste naczynie, zamiast oddać, przyłożył do tyłu głowy, sycząc przez chwilę.

– Co się stało?

– Hmm, to jest długa opowieść.

Bussie wydał się znudzony, a przecież powinien trząść się z przerażenia.

– To nie były smoki – stwierdził Bernardt.

– Brawo! Nie smoki, chociaż po drugiej stronie wyspy faktycznie mają gniazda.

– Nie przybyliśmy tu po jajo.

– Nie pytasz, a stwierdzasz. Jeszcze trochę, a będę musiał przyznać Wiktorii rację, co do jej wyboru. Nie, drogi Bernadtcie, nie przybyliśmy po jajo. Jednak na pewno wrócimy do Vandagos ze wspaniałym darem!

Bernardt dyskretnie odetchnął. Na razie wywody kapitana nie miały większego sensu, ale pozbawione były ponurego tonu, a ostatnie zdanie sugerowało nawet, że więzień przeżyje.

– Możesz mnie wprowadzić w sytuację? Proszę.

– Moim zadaniem nie jest opowiadanie historii, ale skoro i tak musimy czekać, zdradzę ci kilka faktów. Po pierwsze wpadliście w pułapkę zastawioną wspólnie przez kapłanów i syriadów.

Gdy Bernardt usłyszał o niemal mitycznej rasie podwodnych stworzeń, potrząsnął głową, uznając, że słuch jeszcze nie wrócił do pełnej formy. Nigdy nie słyszał, żeby dzieci Seffona współpracowały z kimkolwiek spoza wód oceanicznych.

– My? A co z tobą?

– Byłem przynętą.

– Dlaczego akurat ja musiałem w nią wpaść?

– Bo rzekomo jesteś bystry, a właśnie kogoś takiego potrzebuje Wiktoria.

– Kim jest ta przeklęta Wiktoria?!

Zamiast odpowiedzi, Bernardt usłyszał przeciągły, kobiecy wrzask. Zbladł, gdyż rozpoznał w nim Wendu.

– Oho, to znak dla nas. Chodźmy.

– Nigdzie nie idę!

Jakby na komendę, do pokoju weszło dwóch mężczyzn ubranych identycznie jak Bussie i bez dyskusji wzięli więźnia pod ręce. Oczywiście próbował się szarpać, ale ci trzymali go zadziwiająco skutecznie, pomimo, że na osiłków nie wyglądali.

– Błagam, ja nic nie wiem!

– Dobre! Właśnie ty wiesz bardzo dużo.

– Ale to są w ogóle nieprzydatne informacje.

– Skąd możesz to wiedzieć? – Bussie bawił się przednie, dyskutując z więźniem.

– Co ja wam zrobiłem? – Bernardt zmienił taktykę.

– Uspokój się, nie będzie bolało. Przynajmniej nie za długo.

Wszyscy trzej roześmiali się i wyprowadzili go na zewnątrz. Słońce zalało twarz, oślepiając, ale dając również przyjemne ciepło. Gdy oczy się przyzwyczaiły, dostrzegł, że znajduje się w olbrzymim kamiennym kompleksie. Pierwsza myśl podpowiadała, że to zamek, ale szybko ją odrzucił, gdyż nie widział żadnych umocnień, a w okolicy górowała tylko jedna wieża i to niezbyt wysoka. Nie było to też typowe miasto, poprzecinane uliczkami i arteriami. Budowle wykonano na jedną, bardzo prostą i funkcjonalną modłę z jakiegoś czarnego opalizującego kamienia. Wszystkie obiekty były ze sobą połączone, niemal zrośnięte.

Pomiędzy zabudowaniami kręcili się mieszkańcy. Wszyscy tak samo ubrani na czarno, nawet dzieci, ale nie wyglądali na rodziny, raczej na akolitów w różnym wieku. Rozmawiali ze sobą, przechadzali się pomiędzy drzewkami, albo siedzieli w pełnym, grzejącym niemiłosiernie słońcu i studiowali jakieś księgi. Nie wykazywali zbytniego zainteresowania Bernardtem i jego orszakiem.

Cała czwórka wspięła się po wysokich schodach, przekroczyła masywne, drewniane wrota otwarte na oścież, znikając w półmroku wielkiej sali. Bernardt dostrzegł tylko dwie osoby: tajemniczą postać siedzącą na podwyższeniu oraz ciężko dyszącą, klęczącą pod ścianą Wendu. Dziwił się tym widokiem, gdyż bafska każdego tutaj mogła zgnieść gołymi rękami, a zdawała się słaba niczym dziecko.

– I co, Amadasie?

– Ech.

– Wygrałam.

Dziewczyna na siedzisku zachichotała, a Bussie, którego nazwała Amadasem, odwrócił wzrok.

– Witamy w naszych progach, Bernardtcie – zwróciła się do więźnia.

– To znaczy gdzie?

Spojrzała zdziwiona na Bussie czy Amadasa, na co ten odpowiedział ciszej niż wcześniej:

– Nie zdążyłem go jeszcze wprowadzić.

– Bernardtcie, znajdujesz się we wschodnim zakonie Seffona.

– Yhm.

Nieudolny poszukiwacz smoczych jaj przełknął ślinę i czekał cierpliwie na resztę bzdur i kłamstw.

– Amadas wciągnął ciebie i oddział Huruka w zasadzkę, po pierwsze, by osłabić załogę Vandagos, po drugie, żebyśmy mogli spotkać się osobiście.

– Czuję się zaszczycony – Bernardt wybełkotał obojętnie.

– Nie czujesz, ale to się zmieni. Lecz najpierw poznajmy się.

– Miło mi, jestem…

– Jesteś tchórzem, cwaniakiem, spryciarzem i kupczykiem. Kierują tobą chciwość i egoizm.

– A pani jest…

– Kimś, kto cię zmieni.

Wstała lekko i zwinnie, po czym w oka mgnieniu znalazła się przy nim. Próbował się odsunąć, ale kapłani za plecami go przytrzymali. Chociaż wszystko wskazywało, że stoi przed nim dojrzewająca dziewczyna, jej uśmiech i spojrzenie pasowało do staruszki. Bardzo inteligentnej i nie uznającej sprzeciwów.

– Obserwowałam cię od dłuższego czasu i wiem, że pomimo wielu przywar, jest w tobie jeszcze dobro, Bernardtcie. Poza tym jesteś inteligentny. Siłę i mądrość zyskasz z czasem, ale już zadbam, by nie był on zbyt długi.

Bez dalszych wyjaśnień przyłożyła mu lodowatą dłoń do czoła, a świat odpłynął.

Gdy otworzył oczy, posadzka znajdowała się bardzo blisko jego twarzy, oddzielona kolorową plamą wymiocin. Miał niejasne przeczucie, że to jego dzieło, ale jak to się stało, pozostawało zagadką.

– Co… co to było?

Ktoś go podniósł i wręczył mu dzban. Wypił łapczywie, połowę rozlewając, gdy krztusił się i kaszlał.

– To… To… To były moje wspomnienia, ale… nie moje?

Dziewczyna wróciła na swoje miejsce i uśmiechała się do niego.

– Pokazałam ci twoje wspomnienia, ale wzbogacone o pamięć tych, z których żywotami się splotłeś. Taka zbiorcza pamięć.

– Ale jak to jest możliwe?

– Przyjdzie czas, że ci wszystko wyjaśnię. Powiedz mi lepiej, jak się czujesz.

– Źle. Bardzo źle.

– Plama pod twoimi nogami dostatecznie to potwierdza. – Z boku rozbrzmiał głos Bussie/Amadasa.

– Nie o to mi chodzi. – Machnął ręką zniecierpliwiony Bernardt. – Jest mi strasznie ciężko z tym, co zrobiłem.

– Nie ma chyba trafniejszej definicji wyrzutów sumienia. – Fałszywy kapitan nie odpuszczał.

– Amadasie, czas, żebyś wrócił do swoich zadań. Już – dodała, gdy ten spróbował zaprotestować.

Obrzucił Bernardta spojrzeniem pełnym pogardy i opuścił salę.

– Wybacz mu, nie jest przekonany do mojego wyboru.

– Czy ja naprawdę wyrządziłem tyle zła?

– Obawiam się, że tak. Twoje machlojki, układziki, mętne kontakty tobie mogły wydawać się niewinne, ale zawsze ktoś ucierpiał. Komuś się oberwało, bo stał za blisko, znalazł się w złym miejscu lub związał z nieodpowiednimi osobami. Nie mogłeś tego wiedzieć albo nie chciałeś. Pewnie to drugie, bo w takim miejscu jak Vandagos posiadanie empatii i sumienia drastycznie skracało życie, albo wpływało destrukcyjnie na stan umysłu.

– Po co mi to pokazałaś?

– By dać ci wybór. Możesz wrócić do starego życia i próbować je zmienić lub kontynuować. Ale możesz również zmienić świat. Nie chciałbyś ukrócić niesprawiedliwości? Czy nie piękną wizją byłby świat bez krzywdy niewinnych?

– Piękna wizja, to fakt. Ale nijak nie do zrealizowania.

– Dlaczego tak mówisz?

– Musiałabyś każdemu pokazać, kim jest naprawdę. Potrafisz to zrobić?

– Nie… Jeszcze nie – dodała już ciszej, podgryzając paznokieć. – Lecz nie jest to zadaniem kapłanów Seffona, by kierować żywymi. Nam chodzi tylko o nieśmiertelne dusze.

– Gratuluję.

– Czego?

– Ocalenia jednej, bo uwierz mi, na pewno nie wrócę do starego życia. Zapewne znajdę sobie jakąś wysoką górę na kontynencie i spędzę w niej resztę życia, żeby nikomu już nie wyrządzić krzywdy.

– Przypominasz mi Samuela. Samuel z Werves, słyszałeś o nim?

– Kto nie słyszał o…

– Nie musisz mi wymieniać jego zasług – wtrąciła gniewnie. A może to był żal?

– Zaraz, czy ty nie jesteś tą Wiktorią…

– To ja.

– Ale jak to możliwe?! Minęło ile: trzysta, czterysta lat od Wielkiej Wojny? Powinnaś być martwa!

– I byłam. Wiele razy. A przynajmniej cieleśnie, bo dusza kapłana nigdy nie odchodzi, chyba, że na własne życzenie.

To miało sens. Słyszał o nieśmiertelności Liszów, ale dotychczas traktował je jak bajki. Jednak nie potrafił wyczuć fałszu w słowach Wiktorii, ponad trzywiekowej dziewczyny, z wyglądu wchodzącej dopiero w wiek dojrzały. O ile w ogóle mogła się zestarzeć.

Poczuł się słabo. Nie pytając o zgodę, usiadł na pobliskiej ławie i zatopił twarz w dłoniach. Przecierał ją, jakby próbował zmyć resztki koszmaru po ciężkiej nocy.

– Czego właściwie ode mnie oczekujesz?

– Chcę, żebyś został kapłanem pierwszej świątyni Seffona.

– Ale wy nie budujecie świątyń.

– Do teraz nie, ale czasy się zmieniły, więc i my musimy.

– No to budujcie, do czego ja wam jestem potrzebny? Raczej chuderlawy ze mnie człowiek, mogę co najwyżej wskazać wam odpowiednich rzemieślników, ale nie trzeba było mnie porywać z tego powodu!

– Świątynia Seffona nie będzie miejscem, gdzie zbłąkani mieszkańcy będą mogli się pomodlić czy wyżalić kapłanowi. To będzie sąd, a ty będziesz sędzią.

– Czy to nie jest sprzeczne z waszymi dogmatami?

– Naszą jedyną misją jest odnajdywanie zbłąkanych dusz i wysyłanie ich na sąd ostateczny. Dzięki świątyniom usprawnimy ten proces.

– A to niby w jaki sposób? Sądy już istnieją, a i tak wszyscy się mordują i okradają. Nawet jeśli bylibyście uczciwsi i skuteczniejsi, to reszta tylko bardziej zacznie kombinować.

– Jestem tego świadoma. Dlatego właśnie potrzebuję ciebie. Znasz dobrze Vandagos, jego mroczną stronę, wszystkie cienie i zakamarki. Wiesz, gdzie trzeba zaprowadzić sprawiedliwość.

– Nie jestem odpowiednią osobą. Nie dam rady sam.

– Nikt nie powiedział, że będziesz sam. Jak myślisz, po co ściągnęliśmy całą drużynę Huruka?

Jakiś szmer rozbrzmiał spod ściany, najsłabiej oświetlonej w całym pomieszczeniu. Bernardt wytężył wzrok i dostrzegł zbliżające się cienie. To byli bandyci Huruka, chociaż w niepełnym składzie. Pomiędzy nimi stał olbrzym – Wendu. Spojrzała gniewnie, ale jakoś inaczej. Ten gniew, który się w niej żarzył, nie był skierowany na niego. Była zdeterminowana. Pierwszy raz przypominała istotę rozumną, a nie bezwzględne zwierzę, posłuszne swojemu panu.

– Zrobili wam to samo, co mnie?

Pomruki wystarczyły za odpowiedź. Bandyci, z których każdy z osobna wzbudzałby w nim grozę spotkany w ciemnym zaułku, przypominali teraz zawstydzone dzieci, czekające na zasłużoną reprymendę ojca.

– Oni już postanowili, że pomogą. Jaka jest twoja decyzja?

Słowa kotłowały się w głowie. Przybył po smocze jajo, mające zapewnić mu dostatnie życie. Jaja nie odnalazł, ale i tak wszystko się zmieniło. Tylko czy na lepsze? Mógł odejść. Jeśli Wiktoria nie kłamała, miał prawo wrócić do Vandagos i żyć dalej swoim bezwartościowym życiem. Nic dobrego na niego nie czekało z Hurukiem na czele, który będzie chciał się dowiedzieć, dlaczego Bernardt powrócił jako jedyny i gdzie jest artefakt. Mógłby oczywiście uciec, ale co potem? Błąkanie się po innym mieście i dalsze kombinowanie? Popełnił już kilka poważnych błędów, następny pewnie kosztowałby go życie. W zasadzie to już je stracił. Albo będą go ścigać bandyci, albo bieda i głód, albo przyjmie ofertę kapłanki, co pewnie też wiąże się z jakimś rodzajem śmierci, biorąc pod uwagę, jak bladzi byli wszyscy wokoło. A jednak…

Popatrzył po twarzach niegdysiejszych podwładnych Huruka. Mężczyźni i kobiety, którzy kiedyś zrobiliby wszystko dla swojego szefa, teraz zamierzali go zniszczyć. Jakie mieli szanse? Może i byli najlepszymi, ale herszt miał takich na pęczki, równie bezwzględnych i gotowych do wykazania się przed nim. Mimo to chcieli podjąć wyzwanie. Mordercy, gwałciciele, złodzieje i oszuści gotowi obalić największego z nich, a także innych, wielu innych. W zasadzie wszystkich.

Poczuł dreszcze. Kiedy był mały, nieraz doświadczał niesprawiedliwości. Prawo silniejszego, potem prawo sprytniejszego, a jeszcze później już żadnych praw, tylko przemykanie i walka o przetrwanie. Ile razy modlił się do Opiekunów o nadludzkie moce, by mógł wyplenić zło? Potem prosił o zbawcę, który zaprowadzi porządek magią i mieczem, aż wreszcie błagał, żeby po prostu dali mu spokój. Od dawna już nie rozmawiał z bogami.

Niespodziewanie dostał szansę, o którą tyle razy się modlił. Dreszcze powoli ogarniały całe ciało. Włosy sterczały na karku, czuł podniecenie. Odurzała go myśl, że mógłby wejść do miasta i oczyścić je z całego gnoju zalegającego na ulicach, pod nimi i w sercach mieszkańców. Mógł być powiewem monsunowego wiatru, czyszczącego aleje z brudu i smrodu. Aż odetchnął głęboko.

– Zgadzam się.

– Wspaniale, najłatwiejsze za nami.

– Najłatwiejsze?

– Myślałeś, że puszczę was nieprzygotowanych?

Było coś diabolicznego w uśmiechu Wiktorii.

 

III

„Kroniki Wolnego Miasta Vandagos”, Bern Hepesjan, rozdział 9:

 

[…] „Powstanie ukrzywdzonych”, jak zwali je ówcześni bardowie, nie jest do końca adekwatne do faktycznych wydarzeń. Owszem, wśród powstańców nie brakowało istot pokrzywdzonych przez bandytów i skorumpowanych możnowładców, ale prawdziwą siłę stanowili byli przestępcy, którzy dzięki magii kapłanów dostrzegali własne przewiny, dostępując prawdziwej skruchy. Mimo to nie brakowało osobników, pragnących zachować stary porządek spraw.

Huruk i Joulino zjednoczyli siły, zaprzestając krwawej rywalizacji w obliczu nadciągających zmian. Miało to miejsce, gdy ostatnie osiedla zerwały kontakty z Wolnym Miastem.

Jak wspomniano w poprzednich rozdziałach, wyspa Kespe charakteryzowała się bardzo dużą powierzchnią, jedną z największych na Surtoan. Wielu jej mieszkańców nie zamieszkiwało w samym mieście, a w osiedlach, rozsianych na wszystkich skrawkach nadających się do przetrwania. Były to zwykle skupiska domostw utrzymujących się z rybołówstwa, rolnictwa, rzemieślnictwa, ale nierzadko będące bazami różnych band i sadybami piratów. Wszyscy jednak trwali dzięki obecności Vandagos i swobodnemu handlowi. Za czasów Joulina życie w osiedlach nie było łatwe, gdyż z jednej strony zarządca brutalnie ściągał podatki, a jednocześnie nie oferował skutecznej ochrony przed grupami rzezimieszków.

Mimo to do uszu dwóch najpotężniejszych osób na wyspie dochodziły raporty, z których wyłaniał się obraz poważnego zagrożenia. Horacy Quan bardzo trafnie opisał to w swojej książce „Historia Bernardtczyków. Praprzyczyna konfliktu”:

Działanie Bernardta było tak samo skuteczne, jak brutalne w swej naturze. Wraz z garstką podległych mu akolitów, wśród których znaczną część stanowili byli podwładni Huruka, wkraczał do skupiska i pytał mieszkańców, kto powinien zostać osądzony. Ci, zwykle wystraszeni niespodziewaną wizytą i groźnie wyglądającymi osobnikami, wskazywali okoliczną bazę bandytów. Nie mijał dzień, kiedy kapłani Seffona wracali, brudniejsi, trochę zakrwawieni, ciągnąc za sobą wspomnianych przestępców. Jednak płonna była radość mieszkańców, bo chociaż więźniowie dostępowali sprawiedliwego sądu, później przychodziła kolej na samych oskarżających. Nawet jeśli ich przewiny były niepomiernie mniejsze, każdy został osądzony. Z początku zdawało się, że chaos ogarnie całą wyspę, ale czy to osobiste podejście Bernardta czy metodyka i stały schemat działania, niezwykle atrakcyjne w czasie chaosu, zyskiwały mu przychylności. Przed wkroczeniem do Vandagos, ostatnie osiedla miały same się do niego zgłaszać na sąd.

W takiej sytuacji poruszenie w Wolnym Mieście może zadziwiać. Bandyci i strażnicy zjednoczyli się i gotowali do starcia z „Inkwizytorami Bernardta”. Ci mieszkańcy, którzy mieli olej w głowie, opuścili domostwa, umykając statkami, w las, lub w kilku przypadkach, szukając schronienia u Bernardta. Był to akt odwagi, gdyż podwładni Huruka i Joulina, a szczególnie tego drugiego szerzyli skuteczną propagandę przeciw kapłanom Seffona, co poświadczają ocalałe zapiski urzędników z tego okresu. Sytuację, jaka wtedy panowała w mieście najlepiej oddają ówczesne pieśni. Chociaż autor unika nawiązywania do źródeł wątpliwych, a do takich zalicza utwory bardów, jednak tym razem wielce „artyści” się nie pomylili.

W przypadku ostatecznego starcia najlepiej obrazuje go pieśń Vilkaja, sławnego kawickiego pieśniarza, który występował na dworach ówczesnych cesarstw Berente, pod tytułem „Magia i krew”. Ze względu na popularność utworu i jego kolejne, również współczesne wersje, nie ma potrzeby przytaczać go w poniższym tekście […]

*

Miasto płonęło. No, może nie do końca – zaledwie kilka zabudowań na obrzeżach, ale była noc i to wystarczyło, żeby łuna złowieszczo podkreślała kontury Vandagos. Bernardt, ani żaden z podwładnych tego nie zrobili. Za pożary odpowiadali ludzie Huruka lub Joulina. Zniszczyli magazyny, których nie byli w stanie zabezpieczyć, a jednocześnie ograniczyli drogi do centrum. To znaczy takie było założenie bandytów, jednakże nie zdawali sobie sprawy, że mają do czynienia z kapłanami Seffona. A jeśli nawet wiedzieli, to na pewno nie byli świadomi mocy, jaką ci władali.

Nie było łatwo Bernardtowi. Nie dlatego, że sobie nie radził, albo przerastała go sytuacja. Bez przerwy walczył z ekstazą, wypełniającą go za każdym razem, gdy dopadał jakiegoś gnoja. Odkrywanie jego zbrodni, ukazanie ich, a wreszcie patrzenie jak mięknie i zamienia się w bezbronne dziecko – nic nigdy nie dawało mu tyle radości. I to właśnie go przerażało, bo pamiętał, co sam przeżył z rąk Wiktorii. Do tego jeszcze rok spędzony na naukach…

Zdawał sobie sprawę, że słaby był z niego kapłan. Nie chodziło o wiedzę czy rytuały, te opanował szybko. Przyszło mu z trudem nie dać się ogarnąć szaleństwu, by wymierzać każdemu karę. Sam był winny wielu zbrodni, ale przede wszystkim musiał pamiętać o misji. Teraz był Liszem, potworem z dziecięcych opowieści, którymi straszyli rodzice niegrzeczne brzdące. Wkrótce miał być sędzią i musiał się opanować, inaczej nic nie wyjdzie z wielkiego planu Wiktorii.

– Jesteśmy gotowi.

Obok stanęła Wendu, obdarzając go szorstkim uśmiechem, odsłaniając pożółkłe kły i resztki obrzydliwej żywicy. Śmierć nie wypleniła z niej brzydkiego nałogu. Jeśli ktoś bawił się lepiej od niego to właśnie ona. Prawa ręka Huruka wciąż pełniła swą funkcję, ale teraz przy jego boku.

– Doskonale, ruszamy.

Problem bandytów polegał na tym, że traktowali Bernardta jak kolejnego herszta. Spodziewali się, że wraz z innymi kapłanami, chce wkroczyć do miasta, by rabować i gwałcić, a ich samych pozabijać. Ale przede wszystkim zakładali, że zasieki, uzbrojone barykady i pożary stanowią dla atakujących utrudnienie, a nawet przeszkodę nie do pokonania. Może nie dotarły do nich wieści o ich kolegach po fachu, a może postanowili je zbagatelizować, uznając za wymysły.

Kapłani wybrali najkrótszą drogę do celu, czyli ratusza, bo tam spodziewali się zastać obu przywódców obrony. Huruk miał wiele kryjówek, ale żadna nie nadawała się do obrony.

Ludzie Bernardta otoczyli kufer za jego plecami. Jeden z nich otwarł wieko, rozświetlając noc fioletowym blaskiem. Kryształ wielkości głowy jarzył się intensywnie, wywołując niezmiennie uśmiech zadowolenia zgromadzonych. Prawda była brutalna – mimo szkolenia i chęci, nie posiadali tych samych umiejętności co starsi stażem kapłani, nie wspominając o samej Wiktorii. Kryształ obdarzał ich mocami, na które musieli pracować wiele lat, jeśli nie stuleci. Moc, która uzależniała…

Czterech wyciągnęło ręce i dzięki magii płynącej z ich dłoni, wznieśli kryształ bez dotykania go. Lewitował między kapłanami, zdając się zanurzony w wodzie, a nie w powietrzu. Błysk urósł, kierując swe promienie w stronę Bernardta. Ten wyprostował się, łapiąc oddech. Ponury orszak kapłanów ubranych w czerń ruszył w stronę płonącego magazynu.

Wendu i pozostali rozglądali się czujnie, wypatrując czegokolwiek, co mogło przerwać marsz. Gdy zbliżyli się na odległość, przy której śmiertelnicy uciekaliby w popłochu, oni z lubością przyjmowali ciepło, jedyną rzecz, której im brakowało po przyjęciu święceń, co było ceną za osiągnięcie stanu pomiędzy życiem i śmiercią. Pomarańczowe twarze przez chwilę rozkoszowały się temperaturą, dopóki Bernardt nie zamknął oczu i nie wyciągnął dłoni przed siebie. Dla kogoś niewtajemniczonego wyglądałoby to tak, jakby wszyscy znieruchomieli, tymczasem w rzeczywistości obserwowali z przejęciem, jak fioletowe języki magii równowagi, rozrywają magię ognia, trawiącą zgliszcza zabudowań. Nie było fajerwerków, przedziwnych głosów i inkantacji. Ot, w jednej chwili wszystko płonęło, by w drugiej zaledwie dymić.

Bez przeszkód przekroczyli ruiny i ruszyli ulicą ku pierwszej barykadzie. Nie wyglądali groźnie, no bo jakim prawem garstka mnichów z gołymi pięściami może mierzyć się z dobrze uzbrojoną bandą morderców i zwyrodnialców? Te i inne rozważania bawiły Bernardta, świadomego, że są bezcelowe i wypełniają czas podczas bezgłośnego marszu. To nie była konfrontacja, bo do tej potrzeba w miarę równych sił obu stron.

Pierwsze strzały wymierzono nad wyraz celnie. Wszystkie miały uderzyć w Bernardta, jednakże mnisi przed nim skutecznie postawili barierę magiczną. Powietrze gęste i przeczące prawom fizyki zatrzymało pociski, które zabawnie zawisły nad ziemią. Kolejne salwy nie były już tak skoordynowane, co jednak nie miało najmniejszego znaczenia, bo gdzie nie poleciały, tuż przed celem wyhamowywały i ostatecznie nieruchomiały. Następne w ruch poszły miecze i topory.

Był to przejaw inteligencji broniących, chociaż Bernardt wątpił, żeby podjęli decyzję świadomie. Gdyby zostali na miejscach, zmiótłby całą barykadę energią magiczną, a tak cele były rozproszone. Ostatecznie tylko spowalniali, a skoro utrudniali, główny kapłan postanowił odrobinę się zabawić. Kiedyś truchlałby na widok mięśniaków uzbrojonych po zęby, z mordem w oczach i gniewnym wrzaskiem wydobywającym się z przepitych trzewi. To nie tak, że nagle stał się mistrzem walki wręcz, zdobył mityczną wiedzę niesamowitych ruchów, pozwalających uniknąć każdego ciosu. Po prostu z niezwykłą łatwością manipulował magią.

Sprawiał, że się potykali, wzrok się zamazywał, coś ściskało gardło, albo oręż nagle ważył znacznie więcej. Drobnostki, ale wystarczyły, żeby zdążył zrobić krok w bok albo się uchylić. A potem pchnięcie energią magiczną i przeciwnik leciał na tyle daleko, że upadek skutecznie powstrzymał go przed podjęciem dalszej walki.

Jak wam idzie?

Od razu rozpoznał w głowie głos Amadasa. Głosiciel posiadał unikalną moc kontaktowania się z innymi kapłanami na odległość. Bernardt czasami zazdrościł mu jej, a czasami, jak teraz, żałował, że nie potrafił zagłuszyć go, gdyż ton był jak zwykle protekcjonalny i zniecierpliwiony.

Wchodzimy do centrum.

Już dawno powinniście zakończyć krucjatę.

Ukazywanie grzechów jest czasochłonne.

Pomyśl, że został jeszcze cały Surtoan!

Pomyśl, że jesteśmy nieśmiertelni!

Głos na chwilę umilkł, ale niestety nie zniknął.

Wiktoria oczekuje wieści nad ranem.

Możesz jej od razu przekazać: miasto zdobyte. Reszta to tylko formalność.

Zobaczymy.

Tym razem Amadas zamilkł na dobre, co pozwoliło Bernardtowi na długą wiązankę brzydkich myśli w stronę Głosiciela – jedynego osobnika, który wzbudzał w nim szczerą niechęć do własnego zakonu.

Ostatni obrońcy wili się w konwulsjach – żywi, ale niezdolni do walki. Bernardt wyciągnął dłonie przed siebie i pozwolił magii równowagi płynąć z palców w stronę pokonanych obrońców. Trwało to tylko przez chwilę, ale tyle wystarczyło. Właśnie każdy z nich oglądał swoje dotychczasowe życie, tylko z innej perspektywy. Kapłani wciąż nie pojmowali, jak Wiktorii udała się ta sztuka. Większość z nich miała blade pojęcie o magii, ale mimo wszystko zaklęcie przeczyło wszystkiemu, czego nauczali ich w klasztorze. A może przekazali tylko cząstkę wiedzy?

Teraz nastąpił moment przełomowy dla dotkniętych. Chociaż kapłani widzieli go już tyle razy podczas marszu przez wyspę, za każdym razem ich fascynował. Kto oszaleje, zabije się, a kto dozna oświecenia? Gdyby wszyscy należeli do ostatniej grupy, Bernardt niezmiernie ucieszyłby się, ale nie miał najmniejszych złudzeń.

– Zabić ocean. Ocean zły, niedobry, zimny i dusi! Zabić, zabić, zabić!

Najemnik leżący najbliżej kapłana zerwał się na nogi, wzniósł miecz nad głowę i gapił się na Bernardta szalonym wzrokiem, ale zamiast uderzyć, pobiegł między domostwami, kierując się w stronę portu. Gdy jego wycie umilkło, rozległ się charkot. Inny z obrońców poderżnął sobie gardło. Pozostali odzyskiwali przytomność, ale tylko nieliczni byli w stanie się podnieść. Leżeli lub klęczeli, ale wszyscy zawodzili. Błagali o przebaczenie, wymawiali na głos swe grzechy, modlili się do Seffona o łaskę. Jeden z nich wyciągnął skądś sznur i właśnie przewieszał go przez belkę, ale Bernardt nie zareagował. Wiktoria wytłumaczyła mu, że moment po objawieniu jest tym, w którym umysł myśli najjaśniej. Jeżeli ktoś oszalał, to znaczy, że nie potrafił znieść własnej przeszłości i nie wiedział, jak ją naprawić. Ci, którzy nie oszaleli, dostrzegali jeszcze szansę, a samobójcy najwyraźniej wiedzieli, że nie uda im się już naprawić wyrządzonego zła i równie dobrze mogą od razu udać się na sąd ostateczny.

Kapłani porzucili obrońców i ruszyli dalej.

 

Plac rynkowy był obrazem nędzy i rozpaczy. Umocnienia i fortyfikacje zbudowane już solidniej niż sklecone z mebli zasieki w niższych partiach miasta, leżały rozrzucone dosłownie wszędzie. Deski, kamienie, żelazne pręty, kadzie z olejem, a nawet maszyny miotające – wszystko nadawało się tylko do uprzątnięcia lub spalenia. Pomiędzy tym wszystkim leżały lub dogorywały dziesiątki obrońców. Gdzieniegdzie rozbrzmiewały krzyki szaleńców, kilka ciał klęczało nadzianych na własne miecze lub dyndało z okolicznych latarni. Jednak znakomita większość zawodziła lub ryczała, wzbudzając konsternację nawet „zdobywców”. Na środku, mając zdruzgotaną fontannę za plecami, a budynek ratusza przed sobą, stali kapłani i przywódcy miasta.

Bernardt był więcej niż zawiedziony. Gdzieś po drodze obudziła się w nim romantyczna dusza, pragnąca starcia z Hurukiem i Joulinem, najlepiej z oboma na raz. Oni z orężem, on z wiarą w Seffona i magią równowagi. Wyobrażał sobie bohaterskie starcie, pełne podniosłych wersetów, brutalnej prawdy, może jednej lub dwóch wątpliwości, ale ostatecznie kończące się słusznym zwycięstwem kapłana. Potem płomienna przemowa do resztki obrońców i mieszkańców oraz wspaniały wschód słońca, symbolicznie pieczętujący dokonaną rewolucję.

Zamiast tego musieli rozdzielić się w ratuszu, żeby ich w ogóle znaleźć, a kiedy już się udało, ci od razu się poddali. Teraz obaj byli przywódcy miasta klęczeli przed nim z minami skarconych uczniów, ale bez krzty chęci poprawy. Zdawali się mówić spojrzeniami: teraz triumfujesz, my się ukorzymy, ale za jakiś czas pożałujesz, że nas nie zabiłeś!

Miał ochotę to zrobić. Doskonale wiedział, do czego są zdolni i co mają za uszami. Każdy inny sąd wydałby tylko jeden werdykt, który Bernardt mógł wykonać osobiście właśnie w tej chwili. Jednak rola, w jaką się wcielił, zobowiązywała.

Zrobił to samo co wcześniej, chociaż ciekawość w przypadku dwóch jeńców osiągnęła zenit. Po wszystkim niezmiernie się zdziwił zmianą Huruka i Joulina.

Ogarnęło go zmęczenie. Dotychczas napędzało go paliwo powierzonej misji. Kolejne sukcesy motywowały do dalszych wysiłków. I nagle, gdy się dokonało, a Vandagos leżał u stóp Bernardta, wszystko odpłynęło. Miał wrażenie, że zamienił się w pustą skorupę, z której powoli ulatuje dusza i umysł. Rozpłakał się.

– Beczysz ze szczęścia?

Obok stanęła Wendu. Mimo swojej postury, wyglądała na równie zmęczoną, z tą różnicą, że jej bladą twarz zdobił szeroki uśmiech zadowolenia przecinany dwoma kłami, tak charakterystycznymi dla bafstów. Dla odmiany niczego nie żuła.

– Chciałbym.

– Powinieneś się cieszyć. Wygraliśmy.

– Wcale nie. To dopiero pierwszy krok. Teraz musimy przywrócić władzę, wprowadzić normalność, ale przede wszystkim postawić świątynię Seffona.

– Wystarczy, że zajmiemy któryś z budynków. Może ratusz? Już nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy.

– Boję się, że nie dam rady.

Zignorował jej wywód, patrząc w mrok uliczki. Opatulił się cały roztrzęsiony.

– Wiesz lepiej niż inni, jaka jest stawka. Przestań się mazać i idź przemówić do mieszkańców.

– Dzięki.

Zdobył się na uśmiech, ale raczej by pozbyć się towarzystwa, gdyż obecność Wendu zawsze wywoływała w nim ciarki. Gdzieś w głowie plątały się wątpliwości, które miał od początku, ale tak jak wiele razy wcześniej spychał je w głąb umysłu, stawiając na pierwszym miejscu misję.

Kiedy kapłanka odmaszerowała do pozostałych, Bernardt dostrzegł delikatne światło w głębi uliczki. Zielonkawa poświata wyłaniała się spomiędzy zabudowań. Wstał i zbliżył się. Kiedy wyszedł zza rogu, dostrzegł prześwitującego mężczyznę. Nigdy się nie spotkali, a jednak było w nim coś znajomego. Potem się odezwał, a Bernardt zaniemówił.

 

IV

„Kroniki Wolnego Miasta Vandagos”, Bern Hepesjan, rozdział 9:

 

[…] Autor ubolewa nad faktem, że do współczesności zachowało się tylko jedno źródło informacji, tj. pamiętniki Wendu opisujące dalsze wydarzenia. Pojawiają się wątpliwości, na ile w księgach zawarta jest prawda, a na ile przemyślana, wyrafinowana strategia, mająca na celu wybielenie pewnych osób i wydarzeń. Można jednakże wnioskować z pewną dozą bezpieczeństwa, że Bernardt pozostał w mieście od dwóch do czterech lat, zaprowadzając porządek i uruchamiając pierwszy sąd kapłański, zwany w tamtym okresie świątynią Seffona, która niestety nie ostała się do czasów obecnych. Sam Bernardt ostatecznie opuścił Vandagos, by zakładać kolejne placówki.

Wtedy jeszcze wydawało się to naturalnym przeobrażeniem kapłanów z koczowniczego bytowania do bardziej cywilizowanej i zorganizowanej formy. Dopiero trzydzieści lat później w wyniku narastających konfliktów wyłania się obraz rozłamu w zakonie, który dokonał się właśnie w Vandagos. Bernardtczycy, jak historycy popularnie nazywają odstępców, mieliby realne szanse na zwycięstwo nad tradycjonalistami, gdyby nie ich założyciel. Można tylko zgadywać, co się właściwie stało i kiedy odmiana Bernardta się zaczęła. Historia milczy w tej sprawie, pozostawiając jeden niezmienny fakt: Bernardtczycy przestali istnieć dokładnie sto lat po powstaniu w Vandagos i odpowiedzialny był za to sam założyciel.

Należy jeszcze wspomnieć o obrońcach. Ku zaskoczeniu historyków i samego autora, Huruk przeszedł moralną i duchową przemianę, chociaż źródła już nie są zgodne co do rezultatu. Od doradzania Bernardtowi, poprzez wyłapywanie drobnych przestępców, kończąc na prowadzeniu ochronki dla sierot! Ciekawiej ma się sprawa Joulina. Oficjalnie nie ma żadnych źródeł opisujących jego los, ale w podobnym okresie powstała legenda o Białym Kawicie. Widmowa postać rzekomo miała napadać na podróżnych, ale zamiast okradać czy zabijać… spowiadała ich. Autor poniższej publikacji z niejaką nadzieją pozwoli sobie na delikatną prowokację, licząc, że wywoła dyskusję, czy Joulino był Białym Kawitem, a rolę swą przyjął w wyniku szaleństwa, którego doznał podczas pamiętnej nocy.

Bernardt nigdy nie powrócił do Vandagos, a i jego dalsze losy nie miały już większego wpływu na Wolne Miasto. Niestety podniosłe cele tamtych wydarzeń nie przetrwały długo. Po odejściu kapłana, rolę duchowego zwierzchnika, ale również realnego przywódcy przejęła Wendu. Kolejne siedemdziesiąt lat zostało nazwane „rządami marionetek”, ostatecznie zakończone kolejnym powstaniem, ale nie wyprzedzajmy faktów.

Koniec

Komentarze

Zacne opowiadanie, kawał solidnego tekstu. Nie wiem na ile pomogły Ci bety, mam jeszcze w głowie dyskusję w Hyde Parku, gdzie narzekasz na masę błędów, jakie robisz, bo ja ich tutaj specjalnie nie widzę. Mocno rozbudowany świat, ale dobrze (o dziwo!) przemycony w opisach. Co prawda te zmieniające się fragmenty z opisowych w fabularne nie do końca mi odpowiadają. To trochę tak, jakby ktoś kazał mi biec truchtem, a później sprintem i znowu truchtem i znowu sprintem. Męczące to, ale dało się czytać. Konstrukcja i zawartość niektórych zdań naprawdę udana, choćby tych na wejście:

Bernardt był jednym z tych, mówiąc kolokwialnie, co „znali ludzi, którzy znali ludzi”, chociaż określenie to niezbyt pasuje do Vandagos, opisane w poprzednim rozdziale jako kulturowy i rasowy tygiel kawitów, dolkmerów, ludzi a nawet bafstów. Bernardt parał się ryzykownym zajęciem na granicy prawa i bezprawia, pośrednicząc pomiędzy oficjalnymi władzami miasta a tymi nieoficjalnymi, będącymi jednak w zasadzie dwoma dwiema stronami tej samej, przeklętej monety.

Forma kronik, niepełnych i starannie tłumaczonych czytelnikowi ( z pewną dozą humoru) przez narratora, też niczego sobie. Kilka ciekawych pomysłów jak cudowne działanie smoczych jaj, :), czy też piór Kalakuna, ;), po kapłanów Seffona i nawracanie, robi wrażenie. Podobały mi się także nazwy własne, “Vandagos”, “Surotan”, czy “Wyspy Pierścieniowe”, brzmią naprawdę dobrze.

Z minusów tylko zbyt dużo informacji na temat historii i pochodzenia tego i owego. W którymś momencie zaczynały lekko nużyć, ale to dobry materiał na rozwinięcie jeszcze paru historii.

Ja jestem zadowolony z lektury, bo lubię takie fantasy, ale nawet ci, co nie lubią gatunku nie będą mogli odmówić Tobie porządnego tekstu.

 

 

Otóż to. Nie przepadam za takim fantasy i nie mogę powiedzieć, że historia mnie zachwyciła. Ale tekst jest napisany naprawdę zacnie. Kronikarskie wtrącenia są bardzo dobrym posunięciem – zmiany tempa narracji, które nieco męczyły Darcona, mnie jawiły się ciekawym urozmaiceniem. Tu i ówdzie kręciłem nosem na dziwny szyk słów w zdaniach, ale po namyśle stwierdzałem, że to właściwie pasuje do przyjętego stylu i sposobu prowadzenia opowieści. 

Słowem – solidny tekst, a i z wymyślonego świata całkiem sporo da się jeszcze wyciągnąć. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Streszczenie z opinii podczas betowania:

Fajny zabieg z cytatami z księgi.

Fabuła. Ciekawy pomysł na kapłanów, na moc pozwalającą zwiększyć empatię na maksa. Nie jestem pewna, czy kończenie historii fragmentem “kronikarskim” to dobry pomysł – tempo w nich siada, emocji nie ma, bo przecież sprawa dawno zamknięta, niech sobie historycy dyskutują.

Bohaterowie. Porządnie pokazany jest tylko Bernardt, ale on w końcu jest protagonistą, więc czemu by nie. Chociaż pozostałym trochę głębi, jakieś cechy szczególne, przyzwyczajenia itp. by nie zaszkodziły.

Babska logika rządzi!

Przede wszystkim, to jest bardzo dobrze napisane. Budujesz napięcie i ciekawość, które motywują do dalszego czytania. Na początku postawiłeś masę pytań, na które odpowiadasz w miarę rozwijania się opowieści i to między innymi urzekło mnie w opowiadaniu. 

Sama historia też jest niczego sobie. Motyw kapłanów i tworzenia świata idealnego udał Ci się. Przekonałeś mnie. Wszystko tu jest logiczne i opisane w przekonujący sposób. Narracja poprzetykana wpisami z Kroniki, tworzy wrażenie historycznego wydarzenia, które mogło się wydarzyć w innym świecie. 

Główny bohater jest znakomicie nakreślony, oddałeś całą jego osobowość. Dzięki temu, jego decyzje i wybory wydają się prawdopodobne. To działa pozytywnie na opowiadanie, tworząc jego autentyczność mnożoną przez fantastykę. Szkoda tylko, że nie poświęciłeś tyle uwagi innym bohaterom, ale da się to znieść.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Serdecznie dziękuję za opinie. Bałem się, jak zostanie przyjęty mój świat, z którym wiążę jakieś nadzieje :)

Finklo:

Myślałem nad twoim podsumowaniem i doszedłem do wniosku, że takie zakończenie definitywnie zamyka sprawę dla przygód Bernardta. Chociaż pomysłowi bohaterów mam mnóstwo do wykorzystania, nie planuję wracać do niego, stąd taki, a nie inny zabieg.

Co do pojawiających się uwag, odnośnie słabego rozwinięcia innych postaci. Obawiałem się, że niepotrzebnie zwiększyłyby wielkość tekstu, co wpłynęłoby na znużenie czytaniem (już wypunktowane przy obecnej wersji). Uznałem, że inne postaci nie mają takiego znaczenia (z wyjątkiem Wiktorii i Samuela, ale to już zupełnie inna opowieść), dlatego zbytnie urozmaicanie wydało mi się niepotrzebne. Przyjmuję jednak do wiadomości, że mogłem to zrobić.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

OK, ja dla odmiany przyjmuję argument o definitywnym zamknięciu. ;-)

Babska logika rządzi!

A ja dla odmiany odbiłem się od pierwszego akapitu.

 

Bernardt był jednym z tych, mówiąc kolokwialnie, co „znali ludzi, którzy znali ludzi”, chociaż określenie to niezbyt pasuje do Vandagos, opisane w poprzednim rozdziale jako kulturowy i rasowy tygiel kawitów, dolkmerów, ludzi a nawet bafstów.

chyba jednak “opisanego”

 

Bernardt parał się ryzykownym zajęciem na granicy prawa i bezprawia, pośrednicząc pomiędzy oficjalnymi władzami miasta a tymi nieoficjalnymi, będącymi jednak w zasadzie dwoma stronami tej samej, przeklętej monety.

przy takiej konstrukcji wydaje się, że zdanie podrzędne zaczynające się po “będącymi” dotyczy jedynie “nieoficjalnych wladz”, co jest logicznie bez sensu. A zatem albo “będącymi w zasadzie drugą stroną…”, albo wcześniej “oficjalnymi a nieoficjalnymi władzami miasta…”. Do tego oba zdania zaczynają się od tego samego imienia.

Zawsze powtarzam, że pierwszy i ostatni akapit to powinny być wypieszczone cacuszka, pozbawione błędów gramatycznych, płynne i melodyjne. Inaczej czytelnik się zrazi.

Ja się zraziłem. Na szczęście zajrzałem do komentarzy i wiem, że mimo wszystko warto przeczytać. Zatem do zobaczenia w przyszłości!

Bo czytelnik musi zważyć, że Wolne Miasto Vandagos rządziło się bardzo specyficznymi zasadami, niemieszczącymi się w głowach osób spoza całej Ligii Wolnych Miast.

Ligia wolnych miast? A nie Liga? Btw. jedna profesorka na moich studiach miała na imię Ligia. Złota kobieta. Nienawidziła jednakowo wszystkich. <3

 

Wolne Miasto Vandagos było jednym z największych tego typu miast, a w osobistym rankingu niżej podpisanego[+,] największym w całym Surtoan.

świadczą liczne relacje marynarzy[-,] podpływających do ich wysp.

Z perspektywy czasu i poznania wszystkich faktów[-,] może dziwić, że Bernardt podjął się zadania pozyskania smoczego jaja.

Panowało ogromne zamieszanie, gdyż kto nie pragnął takiego artefaktu!

Trochę koślawo. Może lepiej: któż bowiem?

 

zwrócił się z tą informacją do niesławnego Hukura, bafsta trzęsącego całym półświatkiem [kogo?/czego?].

między nim, a jego legalnym odpowiednikiem, kawitem imieniem Joulino

Ja bym tu postawił “o imieniu”, ale istnieje szansa, że Twoja wersja też jest poprawna. :D

 

Ciasna kajuta, w której spędził cały tydzień, była istnym więzieniem, a nawet gorszym od niego, bo mógł ją opuścić w każdej chwili, ale świadomie tego nie robił.

Nieporadny fragment. Co to znaczy “gorszy niż istne więzienie”? Dałbym jakieś “a nawet gorzej”, bez odniesienia do “więzienia”. Natomiast najpewniej przebudowałbym to zdanie, bo jest dość kiepskiej jakości.

 

Z bocianiego gniazda rozległ się krzyk niespodziewany i zarazem upragniony, jak wrzask nowonarodzonego dziecka.

Czy wrzask nowonarodzonego dziecka jest niespodziewany? Polemizowałbym.

 

niczym zasypiające dziecko bezwładnie wymachujące rączkami

:v Jakie Ty dziecko widziałeś, które wymachuje rękami, gdy zasypia?

 

Bernardt zaśmiałby się z wytrzeszczonych oczu wojaków, dopatrujących się gigantycznego potwora w szeleszczącym krzaku czy zrywającym się do lotu jastrzębiu, gdyby sam nie chciał wskoczyć do wody i swobodnie opaść na dno.

Na pierwszy rzut oka przypadek się nie zgadza… Napisałbym: “w zrywającym się…”.

 

Dalsze myśli przerwał mu wrzask załogi najbardziej oddalonej łodzi. Na jego oczach przewróciła się do góry dnem, pozbywając się praktycznie całej załogi.

Zanim coś go chwyciło za nogi i wciągnęło w mroźne głębiny,

Mróz? Dopiero byli w tropikach.

 

rybią twarz o gniewnym wyrazie twarzy.

Jak to mogło przejść przez betę? XD

 

Rozejrzał się, ale równie dobrze mógł siedzieć nieruchomo z zamkniętymi oczami.

Rozglądanie się oznacza ruch, więc nie możesz postawić znaku równości z siedzeniem nieruchomo.

 

Jęknął, ale trochę z ulgą, bo wiedział, że żyje, a to dawało jakąś nadzieję.

Jaką nadzieję? Leżał w ciemności, nie wiadomo gdzie, obolały, mokry.

 

Zamiast odpowiedzi, Bernardt usłyszał przeciągły, kobiecy wrzask. Zbladł, gdyż rozpoznał w nim Wendu.

Rozpoznać kogoś we wrzasku? Koślawo jak dla mnie. Lepiej raczej: rozpoznał głos Wendu.

 

Dziwił się tym widokiem

Zdziwił się tym widokiem/Dziwił się temu widokowi.

 

łuna złowieszczo podkreślała kontury Vandagos. Bernardt, ani żaden z podwładnych tego nie zrobili.

Żaden z nich złowieszczo nie podkreślał konturów miasta?

 

Być może coś ze mną jest nie tak, ale mam temu tekstowi bardzo wiele do zarzucenia. Zmęczył mnie. Początek jest całkiem interesujący z tą formą odnalezionej kartki z kroniki, w której brakuje faktów i które trzeba sobie samodzielnie poskładać. Ale ty sypiesz tymi faktami. I sypiesz. I sypiesz. W pewnym momencie, widząc kolejną nazwę własną, przelatywałem nad nią wzrokiem, nawet zbytnio się nie zastanawiając nad jej powiązaniami z tuzinem poprzednich. Trudno mi uniknąć skojarzeń z “Wiedźminem”. Sapkowski również zaczynał nierzadko rozdziały cytatami z różnych ksiąg, ale czynił to z większą finezją. Albo wykorzystywał ten motyw by wprowadzić nową perspektywę dla wydarzeń, które dopiero miały nastąpić, albo poszerzał wątki jedynie muśnięte w głównej fabule. Tutaj z kolei w tej kronice jest wszystko, cała historia, zero wybiórczości i zostałem tym zwyczajnie przytłoczony.

Dalej postaci. Ktoś tam pisał, że główny bohater jest wyrazisty. A ja pytam – z której strony? Przecież on jest jak listek na tafli jeziora, który przesuwa się tak, jak zawieje wiatr. Odebrałem go jako bardzo niesamodzielnego, zależnego od innych postaci i, przepraszam, ale nijakiego i bezbarwnego. Poboczne postaci są jeszcze gorsze, bo sztampa goni sztampę. Jest potężna czarodziejka mówiąca sloganami i jej sługus zgrywający tajemniczego. Nie znalazłem w tych postaciach nic oryginalnego.

Przez to, że lwią część opowiadania zajmuje kronika, to pomimo zawrotnych 50k znaków, w opowiadaniu w sumie niewiele się dzieje. Końcówka to już w ogóle opis na chybcika, niewiele się różniący od tych kronik.

Na sam koniec warsztat – niby jest poprawnie, ale no właśnie. Tylko poprawnie. Odniosłem wrażenie, że ten tekst to krok w tył w stosunku do Twojego opowiadania z konkursu Metro. Piszesz tutaj używając bardzo bezpiecznych, więc i siłą rzeczy utartych określeń. Nie dajesz się porwać bardziej wyszukanym słownictwu czy składni. W paru miejscach też opisujesz, zamiast pokazywać; zwłaszcza w końcówce.

Podsumowując: jak dla mnie, zmarnowany potencjał. :/

 

Ale ty sypiesz tymi faktami. I sypiesz. I sypiesz.

Stworzyłem własny świat i stanąłem przed dylematem: wprowadzić czytelnika maksymalnie, czy pozostawić go z setką pytań. Wybrałem pierwszą opcję.

Przecież on jest jak listek na tafli jeziora, który przesuwa się tak, jak zawieje wiatr. Odebrałem go jako bardzo niesamodzielnego, zależnego od innych postaci i, przepraszam, ale nijakiego i bezbarwnego.

W zasadzie taki był zamysł, że Bernardt to postać, która szuka okazji. Chociaż w zamyśle nie było o nijakości i bezbarwności. Zwalam to jednak na karb indywidualnego odbioru czytelnika.

Na sam koniec warsztat – niby jest poprawnie, ale no właśnie. Tylko poprawnie. Odniosłem wrażenie, że ten tekst to krok w tył w stosunku do Twojego opowiadania z konkursu Metro.

Ciężko walczyć z wrażeniami, ale jeśli to coś znaczy to powiem, że pierwszy raz pisałem coś takiego jak kroniki, może stąd inne podejście i sposób pisania. Co się zaś tyczy wiedźmina, skojarzenie jest przypadkowe. W opowiadaniu inspirowałem się “Książęta i królowie polscy” Edwarda Bartkowskiego.

Za wypisanie błędów dziękuję, zajmę się nimi wkrótce.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Postanowiłem się odnieść do niektórych uwag:

Z bocianiego gniazda rozległ się krzyk niespodziewany i zarazem upragniony, jak wrzask nowonarodzonego dziecka.

Czy wrzask nowonarodzonego dziecka jest niespodziewany? Polemizowałbym.

Zapraszam więc na porodówkę, w roli ojca oczywiście :)

 

niczym zasypiające dziecko bezwładnie wymachujące rączkami

:v Jakie Ty dziecko widziałeś, które wymachuje rękami, gdy zasypia?

Swoje. Szwagra. Aczkolwiek wymachiwanie jest trochę niefortunnym słowem, niestety nie znalazłem lepszego na określenie bezwiednie poruszających się rączek.

 

Zanim coś go chwyciło za nogi i wciągnęło w mroźne głębiny,

Mróz? Dopiero byli w tropikach.

Kolega nie był nad morzem? Przy większej głębokości temperatura spada, co może nawet wywołać szok szczególnie przy wyższych temperaturach otoczenia.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Dopiero wgryzam się w tekst ale poprę MrBrightside’​a. Mróz to nie to samo co zimno. Lepiej chyba użyć określenie zimne, chłodne. Mroźne to znaczy niemal zamarzające. Mroźne to takie, które zamienia w lód. Mroźne powoduje powstanie mrozu. Mróz w głębinach? Akurat głębiny nie zamarzają zazwyczaj tylko warstwa powierzchniowa. Lód unosi się zresztą na powierzchni wody. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zacznę od minusów. Tekst zaskoczył mnie swym urwanym zakończeniem. Aż się prosiło, by pokazać, że ślepa ręka sprawiedliwości może także przyczyniać się do krzywdy. Albo że sami sędziowie muszą zostać osądzeni – choć może tym było właśnie zielonkawe światełko? Trochę szkoda, że urywasz tak historię Bernardta.

Przy samych bohaterach to niestety muszę zgodzić się z Jasną Stroną. O ile główny bohater przedstawiony jest w porządku, kupiłem jego przemianę, to pozostali to niestety odrysowane tło. Nie stanowią oni centrum opowieści, ale też żal, że nie zachowało się nic bardziej charakterystycznego o nich. Nawet Wendu pamiętam tylko przez pryzmat rasy i dawnej niesławnej profesji.

Na koniec wad pierwszy fragment kronik mnie mocno znużył. Walisz w nim nazwami jak z karabinu maszynowego, a one nie mają dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. Nic z niego nie zapamiętałem. Na szczęście od pierwszego fragmentu fabularnego jest już dużo lepiej. Prywatnie sądzę, że ów początek dałoby się wywalić i zachować jedynie informacje o mieście, wsadzone gdzieś w dalszy tekst.

Na koniec posłodzę – świat wydaje się fajny, nawet jeśli nie wychodzi poza znane mi standardy (ech, za dużo grałem w rpg, więc ciężko mnie zaskoczyć). Fajne smaczki związane z religią Suffona, motyw krucjaty praworządnych neutralnych (że tak użyję terminologii Lochów i Smoków) wojowników, którzy ogniem i mieczem oczyszczają miasto z wszelkiego plugastwa. To wszystko wygląda naprawdę fajnie.

Podsumowując: ładne uniwersum, ciekawy pomysł i niezłe wykonanie. Ale doszlifowane mogłoby być znacznie, znacznie lepsze – przynajmniej w moim odczuciu. Trochę więc żałuję tego niewykorzystanego do końca potencjału. Kliczek się jednak należy :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Z bocianiego gniazda rozległ się krzyk niespodziewany i zarazem upragniony, jak wrzask nowonarodzonego dziecka.

>>>Czy wrzask nowonarodzonego dziecka jest niespodziewany? Polemizowałbym.

>>Zapraszam więc na porodówkę, w roli ojca oczywiście :)

 

Spędziłem cały lipiec na porodówce i oddziale noworodkowym, stąd śmiem wysnuć przypuszczenie, że jest wręcz odwrotnie, niż w Twojej metaforze – jeśli wbrew spodziewaniom personelu i samej rodzącej wrzask nie następuje, to coś jest konkretnie nie tak. Perspektywy ojca przed porodówką nie miałem okazji doświadczać, ale to też grubymi nićmi szyte, bo skąd wiadomo, że zasłyszany wrzask jest od swojego dziecka? Chyba, że jest się razem z matką na sali, ale wtedy widzi się, że dziecko jest już na świecie i wrzask jest jak najbardziej spodziewany. :p

@NoWhereMan:

Dziękuję za wiarę, bo tak rozumiem twój klik. Wiara we mnie, że mogę lepiej :)

 

@MrBrightSsde:

Proponuję consensus w sprawie porodówek – obaj inaczej przeżyliśmy to doświadczenie. Ja czekałem godzinę (cesarka) i chociaż moja żona była jedyną w tym czasie, nic nie widziałem, a więc i krzyk był dla mnie zaskoczeniem. Nie tyle, że się pojawił, tylko kiedy, bo wiedziałem (czy raczej miałem nadzieję) że nastąpi.

 

@mr.maras:

Z fizycznego punktu widzenia masz absolutnie rację. Woda na większych głębokościach nie zamarza, chociaż potrafi być niska. Mnie chodziło raczej o subiektywny odbiór zmiany temperatury, co przyznaję, nie było jasno określone.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

W dawnych czasach (domniemany czas akcji w fantasy) chyba facetów nie dopuszczano do porodu. Żona męczyła się w domu, akuszerki jej pilnowały, a facet wydeptywał ścieżkę pod drzwiami albo palił skręty z sąsiadami. W takich okolicznościach krzyk by się zgadzał. Ale tylko dla mężczyzny. ;-)

Babska logika rządzi!

Masz rację, Finklo. Tak wtedy, jak i dziś, zależnie od punktu widzenia krzyk będzie lub nie będzie spodziewany. To, czego się tak namiętnie czepiam, to brak odniesienia we wspomnianym przykładzie i postawienie na równi określen “niespodziewany” i “upragniony”. Ten brak precyzji wygląda po prostu według mnie ciut niechlujnie. Ale to naprawdę tylko bardzo wyszukany detal. ;D

Bardzo mnie cieszy, że tak się przejmujecie płaczem małych dzieci, serio. :)

 

Człowiek wyobraża sobie różne komentarze pod swoim tekstem, ale na pewno nie dyskusję o płaczu dziecka na porodówce :) Żeby to chociaż był temat opowiadania, a chodzi zaledwie o metaforę.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Fragmenty z kronik całkiem interesujące i w sumie moim zdaniem dodają powagi całemu opowiadaniu. Szkoda tylko, że przez nie traci się nieco tekstu, bo w ten sposób można odnieść wrażenie, że unikasz trudniejszych lub niewygodnych fragmentów.

Muszę się zgodzić, że również postać Wendu potraktowana została nieco po macoszemu i skoro była taka groźna, to wypadałoby to jakoś uwypuklić. Ładnie natomiast został nakreślony główny bohater, które został postawiony przed trudnym wyborem albo stare życie, które nic mu nie dawało albo życie ze zmienionymi przekonaniami.

Na podstawie Kronik chętnie poznałabym rozszerzoną historię Bernardta.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Z perspektywy czasu i poznania wszystkich faktów może dziwić, że Bernardt podjął się zadania pozyskania smoczego jaja.

Dlatego nie należy się dziwić, że gdy w mieście pojawiła się plotka o możliwości pozyskania smoczego jaja, Bernardt się nią zainteresował.

To należy się dziwić czy nie? ;)

Mam problem z tym opowiadaniem. Historia sama w sobie mnie nie urzekła. Nie wiem, może to kwestia tego, że nie udało mi się wczuć w sytuację. Nikomu nie kibicowałam, nic mnie nie wzruszyło, nie zaskoczyło. A przecież mamy i wyprawę po skarb, i przemianę głównego bohatera, i dawnych kapłanów z misją nawracania. Ogólnie bardzo fajny pomysł.

Czytało mi się dobrze, to zdecydowanie plus.

@Anet:

Pierwsze zdanie – wynika z racjonalnej analizy wydarzeń.

Drugie zdanie – bierze pod uwagę charakter Bernardta.

Jednak sam muszę przyznać, że tłumaczenie nie jest satysfakcjonujące. Cieszę się natomiast, że mimo wszystko jakiś plusik u ciebie zdobyłem :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Z trudem brnęłam przez początek i, co tu dużo mówić, dość szybko zaczęłam się gubić. Przytłoczyłeś mnie bowiem tyloma informacjami, że w pewnej chwili przestałam się nawet starać, by wszystko zapamiętać. Potem było nieco lepiej, opowieści wyrosły ręce i nogi, a wspierana fragmentami kroniki zaczęła się poruszać w określonym kierunku. I wszystko byłoby w porządku, gdyby jeszcze to, co miałeś do przekazania, nie zostało opowiedziane tak wielką ilością słów.

Niezależnie od mojej niepełnej satysfakcji uważam, że Kroniki Wolnego Miasta Vandagos zasługują na Bibliotekę i jeśli naprawisz usterki, kliknę. ;)

 

Po­zwo­lę przy­to­czyć sobie tylko jedną hi­sto­rię… –> Po­zwo­lę sobie przy­to­czyć tylko jedną hi­sto­rię

 

Był to cięż­ki okres dla miesz­kań­ców… –> Raczej: Był to trudny okres dla miesz­kań­ców

 

Z dru­giej stro­ny nie mógł znieść przy­ty­ków ze stro­ny dru­ży­ny Hu­ru­ka… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Po­ka­za­łam ci twoje wspo­mnie­nia, ale wzbo­ga­co­ne o pa­mięć tych, z któ­rych ży­cia­mi się splo­tłeś. –> Życie nie ma liczby mnogiej.

Proponuję: …z któ­rych ży­wota­mi się splo­tłeś.

 

– Nie ma chyba traf­niej­szej de­fi­ni­cji wy­rzu­tów su­mie­nia. – fał­szy­wy ka­pi­tan nie od­pusz­czał. –> – Nie ma chyba traf­niej­szej de­fi­ni­cji wy­rzu­tów su­mie­nia. – Fał­szy­wy ka­pi­tan nie od­pusz­czał.

 

Odu­rza­ła go myśl, że mógł­by wejść do mia­sta i oczy­ścić go z ca­łe­go gnoju… –> Piszesz o mieście, które jest rodzaju nijakiego, więc: …i oczy­ścić je z ca­łe­go gnoju

 

ale nie rzad­ko bę­dą­ce ba­za­mi róż­nych band… –> …ale nierzad­ko bę­dą­ce ba­za­mi róż­nych band

 

Huruk miał wiele miej­scó­wek, ale żadne nie nada­wa­ło się do obro­ny. –> Miejscówka jest rodzaju żeńskiego, więc: …ale żadna nie nada­wa­ła się do obro­ny.

Czy to, co miał Huruk, to na pewno były miejscówki?

 

wznie­śli krysz­tał w górę. –> Masło maślane. Czy mogli wznieść go w dół?

Wystarczy: …wznieśli/ unieśli kryształ.

 

no bo jakim pra­wem garst­ka mni­chów, uzbro­jo­nych w pię­ści może mie­rzyć się z do­brze wy­po­sa­żo­ną bandą mor­der­ców i zwy­rod­nial­ców? –> Skoro każdy ma pięści, to czy można się w nie uzbroić?

Proponuję: …no bo jakim pra­wem garst­ka mni­chów z gołymi pięściami, może mie­rzyć się z do­brze uzbrojoną bandą mor­der­ców i zwy­rod­nial­ców?

 

wrza­skiem wy­do­by­wa­ją­cym się z prze­pi­tych i za­ćpa­nych trze­wi. –> To słowo nie powinno znaleźć się w tym tekście, jest zbyt współczesne.

 

może jed­ne­go lub dwóch wąt­pli­wo­ści… –> Wątpliwość jest rodzaju żeńskiego, więc: …może jed­ne­j lub dwóch wąt­pli­wo­ści

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Done, done and done :)

Cóż mogę powiedzieć, nie odnalazłem złotego środka pomiędzy wprowadzeniem do mojego świata, a nie zrobieniem mętliku w głowie czytelnika. Ale poćwiczę jeszcze trochę i następnym rzem zrobię… jajecznicę z mózgu czytelnika! MUAHAHAHAHAHA!!!

Taki dowcip na zakończenie dnia.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

To jajecznicy nie robi się z jajek? ;-o

Babska logika rządzi!

Ćwicz w takim razie, ćwicz, a potem zobaczymy Twoje obiecane specjały jajeczne. ;D

Czaszko, robię klik!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka
Patronujemy