- Opowiadanie: Reinee - Pamiętnik Solange Fogberrystone

Pamiętnik Solange Fogberrystone

SPOILER (TAK SĄDZĘ) Pozwolę sobie ukryć nieco przysłowie, gdyby ktoś nie chciał poznać je zbyt wcześnie. Ja bym nie chciał ;) Spoilercałyczasspoileritu zaczynasięprzysłowiezpustegoisalomonnienalejekoniecspoilera!

 

Życzę miłej lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pamiętnik Solange Fogberrystone

W tym miejscu kończy się pamiętnik Solange Fogberrystone. Jestem tym, którego dotąd znaliście pewnie pod przezwiskiem „Sam” bądź „Koteczek” – nie mogę być pewny, jako że przyzwoitość zabrania mi zapoznać się z poprzednimi wpisami. Ty, nieznany czytelniku, łamiesz zasady grzeczności, zgaduję, że musisz być osobą podłą bądź archeologiem. W pierwszym przypadku: bądź przeklęty! W drugim: skup się i uważnie czytaj dalej, a poznasz zakończenie historii, którego panienka Solange nie mogła spisać sama.

Moja rodzina od pokoleń służyła kolejnym Dziedzicom Fogberrystone. Mój dziad, Isai Wise, był lokajem Dziedzica Andrea, mój ojciec David, jak i ja obecnie, towarzyszył Dziedzicowi Farnese. Kocham ród całym mym sercem. Byłem, jestem i pozostanę wierny rodzinie Dziedzica. Dlatego ręka drży mi, gdy spisuję te słowa. Nie umiem opanować się po tym, co stało się z biedną panienką Solange.

Niedawno wróciła z Nowego Świata, gdzie przez kilka lat pobierała nauki w szkołach, mieszkając u ciotki. Wyjechała jako dziecko. A w dniu jej powrotu z powozu wysiadła kobieta o pewnym spojrzeniu i wyzywającym uśmiechu, siedemnastoletnia dama z wielkiego miasta. Pomyślałem wtedy, patrząc na nią na tle zadbanego ogrodu i porośniętych wrzosem wzgórz Fogberrystone, że nie pasuje tu, jest zbyt piękna.

Przywitała się ze wszystkimi szybko i bez czułości. Ja stałem na czele szeregu podlegających mi służących i dostałem jedynie przelotne spojrzenie zimnych oczu. Zabolało mnie serce.

Minął może miesiąc, gdy lekarz pierwszy raz przyjechał do rezydencji. Panienka zachowywała się dziwnie – kłóciła z rodziną, wybuchała gniewem bez powodu, dokuczała służkom. Jedną, przysięgam, złapała za biust i rzuciła kilka niewybrednych uwag, gdy dziewczyna, piszcząc cicho, starała się wyrwać. Może w mieście to normalne. Tu, na spokojnej wsi, Dziedzic szybko zaczął podejrzewać histerię. Był bliski prawdy.

Panienka, jak ocenił doktor, cierpiała na zespół externali aefecte. Spieszę z wyjaśnieniem, jeśli nie masz pod ręką encyklopedii medycznej: wspomniana choroba powoduje wpływ uczuć, które ludzie wokół chorego żywią do niego, na kondycję zdrowia – tak cielesnego, jak i umysłowego. Stan panienki lekarz ocenił jako „pusty”, co objawiać się miało lenistwem i marazmem, ale też brakiem szacunku dla reguł, tradycji, religii i wychowania, słowem: wszystkiego. Zapewniliśmy go, że każde z nas panienkę szczerze kocha, on zaś wysnuł przypuszczenie. Panienkę Solange ludzie wokół niej kochali i rozpieszczali gdy była dzieckiem, przez co ona sama była radosna, szczęśliwa, pełna życia i zdrowa. Zmienić musiało ją miasto, gdzie ludzie mijają się na ulicach bez słowa i są wobec siebie obojętni. Jak sama panienka przyznała, gdy doktor przycisnął ją do wyznań, nie miała tam prawdziwych przyjaciół, w szkole uczniów traktowano niczym maszyny, ciotkę zaś widziała raz na kilka dni bądź rzadziej, ta bowiem często wyjeżdżała na wakacje, lub znikała na jakiś czas z coraz to innym mężczyzną. Na koniec panienka kazała lekarzowi „spadać”. Dziedziczka pobladła i omdlała. Nie wiem, czy przez wulgaryzm panienki, czy słysząc rewelację dotyczącą życia jej siostry za oceanem.

Kolejne tygodnie wszyscy byli dla panienki niezwykle uprzejmi i serdeczni, lecz widziałem sztuczność ich uśmiechów, zwłaszcza pozostałych dzieci Dziedzica. Wywołało to u mnie głęboki smutek, ja kochałem panienkę prawdziwie.

Postanowiłem walczyć z objawami. Przynosiłem jej książki, zapraszałem, by towarzyszyła mi w wyjazdach do miasteczka, uczyłem tańca. Nie było to łatwe – choroba uczyniła ją wiecznie wściekłą i obsceniczną, jej ciało zaś zmęczonym. Krzyczała na mnie, wyganiała, lecz i tak czułem, że traktuje mnie lepiej od innych. Jakby wiedziała, że naprawdę się staram – dla niej. Niechętnie, lecz zabrała się w końcu za lekturę, podnosiła z łóżka, by zatańczyć. Rodzina Dziedzica nie należy jednak do cierpliwych i widocznie mieli już dość uśmiechania się w milczeniu, gdy panienka odnosiła się do nich z szyderstwem bądź ich obrażała, moje osiągnięcia uważali zaś za błahe i nie wierzyli, by prowadzić mogły do permanentnej poprawy stanu panienki. Poczułem się nieco niedoceniony, lecz muszę przyznać jedno: i ja wszystkiego nie przewidziałem.

Dwa miesiące po swym przyjeździe panienka zakradła się do łaźni służby, gdy korzystałem z mego przywileju samotnych kąpieli. Wierząc w Twą domyślność, czytelniku, przemilczę, do czego wtedy doszło. Kazała, a ja jestem przede wszystkim sługą. Wtedy panienka pierwszy raz nazwała mnie „koteczkiem”. Jeśli w dalszej części przytoczę którąś z jej wypowiedzi, wiedz, że pozwolę sobie pominąć momenty, gdy używała tego przezwiska.

Potem panienka nie odzywała się już do nikogo poza mną i nikogo innego nie zdawała się choć trochę szanować, na co Dziedzic, któremu oczywiście nie wspomnieliśmy o incydencie w łaźni, zaciskał w milczeniu wargi. Raz przyłapałem go nocą, gdy płakał wpatrzony w ogień kominka.

Niedługo później panienkę dopadła gorączka.

Leżała, pociła się i jęczała z bólu. Lekarz był pewien: ktoś w najbliższym otoczeniu panienki jej nienawidzi i to tak zajadle, że nienawiść ta wypełniła ją całą. Spojrzałem niepewnie na pozostałe osoby w pomieszczeniu, zastanawiając się, czy któraś z nich wyda się zawstydzona. Bogowie, wszyscy! Wszyscy mi się tacy wydali! Cóż stało się z rodziną Fogberrystone? Teldam, pierworodny Dziedzica, zachował kamienną twarz, lecz przełknął niedorzecznie głośno ślinę, jego grdyka pokonała całą długość szyi. Parta i Marta, najmłodsze z rodzeństwa, uciekły spojrzeniem, a gdy te spojrzenia spotkały się, uciekły znów, w drugą stronę tym razem. Dziedziczka spąsowiała. I tylko Dziedzic, podobnie jak ja, z zaciętością na twarzy zerkał ukradkiem na pozostałych. Po wyjeździe lekarza wezwał mnie do siebie.

„Sam, ufam ci bardziej niż moim dzieciom, tak, jak ufałem twemu ojcu. Dowiedz się, kto za to odpowiada. Trzeba odizolować go od Solange. I ukarać”, powiedział.

Obiecałem mu, na swój honor, że winny zostanie przed nim postawiony. A wiedz, czytelniku, że dla lokaja honor nie jest pustym słowem. Kocham rodzinę Fogberrystone i zrobię wszystko, by nie stała jej się krzywda.

Zgodnie z poleceniem Dziedzica rozpocząłem małe śledztwo, by móc mu na bieżąco relacjonować zachowania innych domowników. W pierwszej kolejności zaś ograniczyłem kontakt pozostałej służby z panienką, służki jedynie pomagały jej dojść do łaźni i się umyć, wszystkim innym zajmowałem się sam. Sugerowałem oczywiście Dziedzicowi, że panienka powinna ratować się ucieczką, że można wynająć jej gdzieś stancję i nową służbę, on jednak zachował się dokładnie tak, jak mogłem się tego po nim spodziewać – odmówił.

„Tak zrobię, rzecz jasna, gdy sytuacja się nie poprawi. Lecz tu Solange ma największe wygody. Tu jest jej dom i nie powinna z niego pierzchać. Wtedy nigdy nie dowiemy się, kto jest odpowiedzialny, a ona nigdy nie będzie mogła wrócić. Proszę cię, Sam, póki jeszcze jest czas, zrób co w twojej mocy, by do tego nie doszło, uratuj moją rodzinę”, błagał zapłakany.

Obiecałem mu to.

Po kilku dniach odkryłem i doniosłem Dziedzicowi, że jego żona, gdy przesiaduje z panienką sama, a ta zasypia, rzuca w przestrzeń epitetami.

„Zobacz, co zrobiłaś, idiotko. To wszystko twoja wina…”, szeptała tak cicho, że ledwo udało mi się podsłuchać. Dziedzic stwierdził jednak tylko, że jego żona mogła mówić o swej siostrze. Ja przytaknąłem, gdyż też tak sądziłem. Gdy znów udało mi się nadstawić ucha, mogłem zapewnić Dziedzica z pełną szczerością o słuszności jego przeczucia.

Pewnej nocy panienka poczuła się lepiej i wezwała mnie do siebie. Gdy stanąłem przy jej łóżku, złapała mnie i kazała zanieść się do łaźni. Gdy już tam byliśmy, dojrzałem, że ktoś obserwuje nas zza uchylonych drzwi. Był to Teldam. Mimo cienia dostrzegłem jego szkliste spojrzenie i rozszerzone nozdrza. Skamieniałem, na moment ledwie i zaraz wróciłem do usługiwania panience, by panicz nie poznał, że go przyuważyłem.

Dziedzic oczekiwał na jakieś wiadomości na temat swego syna, a ja obiecałem mu je dostarczyć. Czy będąc prawdomównym lokajem mógłbym przemilczeć wydarzenie tamtej nocy? Zaraportowałem więc, że panicz Teldam podgląda panienkę w kąpieli i poprosiłem Dziedzica, by dla dobra śledztwa nie okazywał jeszcze, że wie o tym. Jego twarz przybrała buraczany odcień. Kazał mi wyjść, nie rozmawialiśmy o tym nigdy więcej.

Słyszałem, że choroba często zdaje się ustępować tuż przed tym, gdy ma zaatakować z największą siłą. Po krótkim czasie lepszego samopoczucia panienka znów opadła z sił i leżała nieświadoma, blada. Dziedziczka ubłagała męża, by ten wywiózł panienkę Solange z rezydencji. Zmęczenie i stres uczyniły z niego cień dawnego człowieka w bardzo krótkim czasie. Wezwałem stangreta i poleciłem, by jechał do miasteczka z dwiema pokojówkami. Jedna miała wynająć mieszkanie w którejś z kamieniczek i przygotować je na przyjazd panienki, druga sprowadzić lekarza. Ten bowiem wspomniał przy którejś z wizyt, że chory transportowany być powinien zawsze z profesjonalną opieką.

Dziedzic polecił wszystkim siedzieć w ogrodzie, przy panience zostawiając jedynie jedną, nową pokojówkę. Nie sądziłem, żeby ta krótka izolacja mogła coś zmienić, lecz Dziedzic był zdesperowany. Uświadomić sobie musiał, do czego doprowadziło jego zwlekanie. Gdy jego wzrok padł na mnie, ujrzałem w nim zawziętość i zrozumiałem, czego oczekuje. Obiecałem, że przyniosę mu wiedzę na temat prawdziwych uczuć jego dzieci, i jeśli miało mu to teraz w niewytłumaczalny sposób pomóc i dodać nadziei, wiedziałem, że muszę działać. Wszyscy byli w ogrodzie, wymknąłem się więc i przeszukałem ich pokoje. W sypialni panicza odnalazłem, łutem szczęścia niezwykle szybko, jego zapiski ukryte w oprawie zdartej z innej książki i położone niby niedbale na półce. Datował swoje wspomnienia, przypomniałem sobie więc którego dnia panienka odwiedziła mnie w łaźni i odnalazłem stosowny wpis. Jak podejrzewałem, już wtedy nas podglądał, a i wcześniej zdarzało mu się przyglądać panience Solange w kąpieli, podobnie panienkom Parcie i Marcie. Zmroziło mi to krew w żyłach, lecz postarałem się uspokoić. Panicz był samotnym młodzieńcem, w okolicy zaś nie mieszkała dama w jego wieku, wobec której zapałać mógłby afektem pozwalającym ze wstydem odegnać pewne pokusy. Co więcej, pisał o żalu i o hańbie, które męczą go nieustannie i o tym, że nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Nie nienawidził panienki Solange, a siebie, o czym w okrężny sposób będę mógł poinformować w stosownym czasie Dziedzica. Panicza zaś naprostuję i zapoznam z jakąś miłą, bogobojną mieszczanką z dobrego domu. Liczę, że w zamian za to nie wspomni o niczym, czego był świadkiem. Jest mi niczym brat i jeśli jeden z nas miałby się pogrążyć, będę to ja, nie zmuszę się bowiem, by szantażować go ujawnieniem poufnych zapisków. O ile sytuacje z Solange Dziedzic mógłby jeszcze przełknąć, to Parta i Marta miały jedynie po trzynaście lat.

Ruszyłem do ich wspólnego pokoju, czując niesmak. Pojąłem, co, w dobrej przecież wierze, zrobiłem, naruszyłem prywatność panicza. Wtedy też obiecałem sobie, że nigdy więcej, pod żadnym pozorem, nie uczynię czegoś podobnego.

U młodych panienek natrafiłem na podwójne dno w szafie. Była to jedynie dodatkowa deska, której krzywość dostrzegłem od razu, lecz pokojówka nie musiałaby zwrócić na to uwagi. W skrytce odnalazłem dwie suknie panienki Solange, które niedawno zaginęły, a ja niemal doprowadziłem dziewczęta ze służby do płaczu, domagając się wyjaśnień. Kreacje zostały nierówno przycięte i kiczowato ozdobione kolorowymi dodatkami. Pasować teraz mogły jedynie na dziecko około dwunastoletnie i jemu tylko się podobać.

Chodziło więc o suknie. O dziecięcą zazdrość. Cóż, rozumiem, panienki ledwie pamiętały siostrę, a przez lata zasłuchiwały się w opowieści o panience Solange w Nowym Świecie. Dziedzic nie mógł się nachwalić swoją najstarszą córką, była zawsze oczkiem w jego głowie.

Wtedy zrozumiałem wreszcie. Odłożyłem zniszczone suknie i ruszyłem do ogrodu, gdzie poprosiłem bladego Dziedzica o prywatną rozmowę. Odeszliśmy na bok i stanęliśmy przy niedziałającej fontannie, otoczonej gęsto czerwonymi kwiatami na podwyższonych grządkach. Na niebie cisnęły się szarawe chmury, a wiatr szumiał lekko. Było nieprzyjemnie i również wewnątrz czułem się podle, lecz nie miałem wyjścia.

Spytałem Dziedzica wprost, czy boi się, że to on nienawidzi panienki Solange. Bo była najsłodszym stworzeniem i owocem jego żywota, a stała się osobą, w której towarzystwie nie chciałby spędzić pięciu minut.

Nie powiedział nic, jedynie objął mnie i rozpłakał się cicho, a ja poklepałem go po plecach. Zapewniłem, że jego miłość do panienki musi być szczera, gdyż nienawiść nie pozwala na łzy. Chciałem, by mi uwierzył, gdyż jest moim życiem i bez niego nie istniałoby Fogberrystone, jakie znam.

Wtedy z domu wyszła pokojówka, którą zostawiliśmy z panienką Solange, kredowobiała na twarzy. Powiedziała coś, czego ja z Dziedzicem nie usłyszeliśmy, stojąc dalej od innych. Lecz nie musieliśmy.

Jutro złożę pamiętnik Solange Fogberrystone w jej grobie. Wyznała mi, że go pisze, byłbym głupcem, pozwalając, by Dziedzic czy Dziedziczka natknęli się na niego w czasie przesiadywania w pustym pokoju panienki Solange. Stali się apatyczni i nie zdają się więcej przejmować poszukiwaniem źródła nienawiści, lecz ja wiem, że to nie koniec. Przekaż światu, czytelniku, że kocham ród Fogberrystone bardziej niż cokolwiek, co ma do zaoferowania i zrobię wszystko w walce o jego przyszłość i dobre imię. Zgładzę tych, którzy im zagrażają, choćby sami należeli do rodziny. Panienka Solange stała się samolubną i podłą dziewką bez czci i wiary. To mógłbym jej wybaczyć. Lecz nie fakt, że niczym ulicznica współżyła z mężczyzną bez ślubu czy choćby romantycznej miłości, do tego nędznym sługą! Rzygać mi się chcę na myśl, przed iloma rozłożyła nogi za oceanem, wszak poznałem, że nie jest to dla niej sztuka nowa. Zakała. Ladacznica. Kurwa.

Jak obiecałem Dziedzicowi, uratowałem ród. I, jak również obiecałem, sprawca nieszczęścia zostanie ukarany. Przyznam się, gdy tylko spłodzę i wyszkolę syna, który zająć będzie mógł moje miejsce. Lub gdy ukarany miałby zostać niesłusznie ktoś z rodziny.

Naprawię wszystko i uczynię rodzinę znów szczęśliwą, choćby zapomnieć mieli o panience Solange. Dzięki memu śledztwu mam pewność, iż nikt inny jej nie nienawidził, co napełnia mnie szczęściem – wszak tylko ja jestem mordercą. Uczyniłem mą nienawiść silniejszą od wszystkiego, co otaczało panienkę, gdyż tego wymagała ma pozycja. Wiedz więc, świecie, choćby minęły setki lat, że ród Fogberrystone jest silny i bezpieczny, gdyż stoimy na jego straży! To pisałem ja, Salomon Wise, syn Davida Wise'a, wierny sługa Dziedzica Fogberrystone.

Żałuję jedynie, że nie udało mi się zmienić panienki na lepsze, naprostować, uczynić poprawną damą, gdy jeszcze miałem ku temu okazję. Lecz cóż mogłem zrobić, gdy była ewidentnie zbyt pusta. A nienawiść wypełniła ją perfekcyjnie. Teraz płaczę, gdyż, mimo jej wad, bardzo kochałem panienkę.

Adieu, Solange.

Koniec

Komentarze

Rewelacyjny pomysł na chorobę panienki. Zgrabnie połączyłeś go z przysłowiem.

Za zaskoczenie w końcówce też plus. Ciekawa historia, opowiedziana w dobrym tempie. Ogółem – spodobało mi się.

Babska logika rządzi!

Bardzo się cieszę, Reinee, że opublikowałeś kolejne opowiadanie. Lubię sposób w jaki malujesz świat i doceniam Twój styl. Masz we mnie stałego czytelnika.

Pomysł na chorobę bohaterki przypomina klątwę z poprzednich opowiadań, ale rozegrany jest w zupełnie nowych dekoracjach. Plus za konsekwentną budowę klimatu: dekoracje, język narracji, obyczajowość, czy nawet sama formuła pamiętnika tworzą spójną całość. Drobne potknięcia stylistyczną chyba wynikają z pośpiechu dyktowanego terminem zakończenia konkursu.

Dla mnie kandydat do podium.

Też miałam skojarzenia z córkami króla Jak-Mu-Tam.

Babska logika rządzi!

Zgodzę się z coboldem, doskonały styl :) Plot twist pod koniec zupełnie mnie zaskoczył, przyznam się szczerze.  A już zdążyłam polubić Salomona! (Te imiona i nazwiska… *bije brawo*) Idę czytać Twoje pozostałe opowiadania, jeśli pozwolisz.

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Z ciekawości zapytam – czemu na początku tekstu wyraz dziedzic dużą literą?

Pozdrówka.

Finklo, coboldzie, dzięki za odwiedziny i punkciki. Podobieństwo z poprzednimi tekstami wyraźne, choć przypadkowe, a nawet niefortunne, biorąc pod uwagę, że pojawiają się tuż po sobie. Ten pomysł leżał mi w głowie dobrych kilka lat i gdy w poszukiwaniu przysłowia przypomniałem sobie o Salomonie, po prostu nie dało się inaczej :)

 

Natarelo, zapraszam! Do imion zawsze przywiązywałem szczególną wagę.

 

Roger, Dziedzic i Dziedziczka przez cały tekst są z wielkiej – to tytuły.

Świetne. Sama nie wiem, co spodobało mi się najbardziej. Chyba postać Sama. A niech go, taki szlachetny i oddany… Nie będę pisać więcej, coby ktoś nie natknął się na spoiler zaraz na początku komentarza :) Przy ścisłej końcówce można w sumie zacząć się domyślać, ale jako że jest to ścisła końcówka, to za chwilę tajemnica zostaje ujawniona i wszystko pięknie wskakuje na swoje miejsce. Myślę, że w pewien sposób przysłużył się temu limit znaków. Nie miałam tutaj wrażenia ani jednej źle wykorzystanej literki. Nie nudziłam się i wiedziałam co się dzieje bez żadnych zbędnych domysłów. Nawet jestem tym zdziwiona, bo chociaż fabuła jest ciekawa to nie jest jakaś bardzo niesamowita, a mimo tego wciągnęła. Bardzo :)

 

Pomysł na chorobę interesujący. Kiedy zacząłeś pisać o mieście, na temat którego refleksje też mi się spodobały :), myślałam, że opowiadanie pójdzie w drugą stronę. Z bratem też miałam niemałe zaskoczenie. Może dlatego przy siostrach zachwyty nieco ze mnie opadły. Ale, spokojnie, tylko nieco :D

 

Imiona, przysłowie – już nawet nie mam się co rozwodzić, wszystko pięknie :)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Ciekawie poprowadzona opowieść, ma swój styl. Trochę dłużył mi się ten “raport” lokaja, ale pomysł na chorobę niecodzienny. Finału się domyśliłem, może dlatego, że czytałem kiedyś kryminał, gdzie narrator pierwszoosobowy okazał się mordercą, a twój sposób prowadzenia historii przypominał mi tamten. Ogólnie całość na puls.

Niedopracowany tekst. Przydałoby się skrócić akapity. Narracja konsekwentna, ale mnie znużyła. Co jest trochę dziwne, bo widzę, że starałeś się prowadzić fabułę jak w kryminale. 

Zabrakło mi tutaj wizualnej strony tekstu. Często piszesz ogólnikami: było tak i tak. Zamiast pokazać wydarzenia, dajesz czytelnikowi wnioski. Wolałbym dostać więcej scen przemawiających do wyobraźni, jak choćby to szkliste spojrzenie i rozszerzone nozdrza panicza-podglądacza. Lubię po lekturze mieć w głowie parę wyrazistych obrazów. Tutaj dostałem migawki. 

Mam wrażenie, że poprowadzenie sporej części dialogów za pomocą mowy zależnej było strzałem w kolano – może to i konsekwentne, ale zmęczyło. 

Ogólnie przyzwoity tekst, ale do mnie niestety nie trafił. 

Cóż, mogę tylko dołączyć do grona niezwykle zadowolonych z lektury i dodać, że wyjątkowo spodobało mi się nieśpieszne tempo relacji sługi, pozwalające znakomicie  wczuć się w specyficzną atmosferę panującą w domu Dziedzica.  

Nie jestem pewna, czy niektóre usterki, nie są celowym zabiegiem stylistycznym.

 

przy­zwo­itość za­bra­nia mi czy­tać po­przed­nich wpi­sów. – …przy­zwo­itość za­bra­nia mi czy­tać po­przed­nie wpi­sy.

 

gdy le­karz pierw­szy raz przy­je­chał re­zy­den­cji.…gdy le­karz pierw­szy raz przy­je­chał do re­zy­den­cji.

 

Był bli­ski praw­dzie.Był bli­ski praw­dy.

 

Nie było to łatwe – cho­ro­ba uczy­ni­ła ją wiecz­nie wście­kłą i bez­pre­ten­sjo­nal­ną, jej ciało zaś zmę­czo­ne. – Nie wydaje mi się, aby o panience można było powiedzieć, że była bezpretensjonalna.

Za SJP: bezpretensjonalny «prosty, skromny, naturalny; też: będący wyrazem takich cech»

 

Dzie­dzic­ka ubła­ga­ła męża… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

lenah, dzięki za obszerny komentarz! Limit znaków – sądziłem, pisząc jeszcze, że jest mi nieprzyjazny, lecz teraz widzę, że byłem w błędzie. Gdyby nie istniał bądź był większy opowiadanie rozrosłoby się strasznie, spowolniłoby (a najszybsze i tak nie jest) i, co najgorsze, tajemnice zdążyłyby gdzieś ulecieć.

 

Darcon, pomysł na kryminał z perspektywy mordercy (nieujawnionego jeszcze) z pewnością nie nowy – choć sam nie jestem w stanie podać żadnego tytułu, to byłem tego świadomy. Cieszę się, że opowiadanie może się podobać mimo spalonego finału.

 

funthesystem, ciężko mi się nie zgodzić z zarzutami, lecz przed jednym chciałbym się obronić – brakiem strony wizualnej. Tekst to spisywane wspomnienia, autor skupia się na wydarzeniach, nie opisach otoczenia/osób, chyba że te zapadły mu w pamięć i uznał, że potencjalny czytelnik powinien je poznać. Sądzę, że byłoby bezsensem, gdyby miał opisywać wygląd ludzi czy pomieszczeń – nie jest pisarzem, a one nie są ważne dla przekazania jego historii. 

 

reg, dziękuję, obiecuję sumiennie poprawić tekst po zakończeniu konkursu. Bezpretensjonalny w znaczeniu prosty, naturalny jest słowem nacechowanym negatywnie w mniemaniu głównego bohatera. Solange zachowywała się swobodnie i bezceremonialnie, co nie przystoi panience z dobrego domu, która powinna przestrzegać całej gamy obyczajów i zasad. Choć może się mylę i to słowo jest zupełnie nie na miejscu, przemyślę to jeszcze.

Reinee, rozumiem, dlatego napisałem, że narracja konsekwentna. Czyli swój cel osiągnąłeś, mnie to jednak nie przypadło do gustu ;)

Przeczytałam :)

Przeczytałam w dniu publikacji, ale komentarz wstawiam teraz. Dobrze pamiętam treść, chociaż przyznam, że miałam momenty znużenia. Podziwiam konsekwencję w narracji – od początku do końca całość była bardzo spójna w formie. Nasuwa mi skojarzenia z pisaniem XIX w., ale jednak bliższa mi jest proza obyczajowa niż np. autorstwa Edgara Allana Poe (chociaż zależy od tekstu). Tak ogólnie, bardzo satysfakcjonująca lektura :)

“…słowem: wszystkiego. Zapewniliśmy go, że wszyscy panienkę szczerze kochamy…”

 

“…choroba uczyniła ją wiecznie wściekłą i bezpretensjonalną…” – czy na pewno to słowo miałeś na myśli…?

 

“Proszę cię[+,] Sam”

 

“Dziedzicka ubłagała męża” – Dziedziczka

 

“…afektem pozwalającym ze wstydem odegnać pewne pokusy. Co więcej, pisał o żalu i o wstydzie, które męczą go nieustannie…”

 

Melduję, że przeczytałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dobrze napisane opowiadanie i naprawdę zaskakujące zakończenie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Fogberrystone → Mgłaborówkamień, świetne nazwisko XD

 

Rodzina Dziedzica nie należy jednak do cierpliwych i widocznie mieli już dość uśmiechania się w milczeniu, gdy panienka śmiała im się w twarz bądź ich obrażała, [tutaj dałbym kropkę albo średnik] moje osiągnięcia uważali zaś za błahe i nie wierzyli, by prowadzić mogły do permanentnej poprawy stanu panienki.

Zajrzałem, bo pamiętam Twój tekst z konkursu Cienia i to, że zakończył się bombą. Tutaj może bomby nie ma, ale zakończenie i tak jest szalenie satysfakcjonujące. Jak na swoją kategorię, oczywiście. :p

Całkiem oryginalnie poprowadzona narracja i konsekwencja w stylizacji to niewątpliwe dwa wielkie plusy tego opowiadania. Dlatego nie zgodzę się z funem, że tekst wymaga bardziej obrazowych opisów – bo kłóciłoby się to zwyczajnie z przyjętą konwencją. Do tego klimat XVIII-XIX-wiecznej zachodniej arystokracji udało Ci się oddać wręcz namacalnie. Imiona – bajka! Tylko to rodowe nazwisko takie niepoważne… :p

Bardzo mi się podobało.

pomysł na kryminał z perspektywy mordercy (nieujawnionego jeszcze) z pewnością nie nowy – choć sam nie jestem w stanie podać żadnego tytułu, to byłem tego świadomy.

Najbardziej znany przykład to chyba “Zabójstwo Rogera Ackroyda”, za które Agata Christie została czasowo wykluczona z Klubu Detektywów.

Deirdriu, to moje pierwsze podejście do pamiętnika, więc miło mi, że uważasz formę za spójną. Znużenie rozumiem, sam bym je pewnie odczuł czytając coś podobnego :)

 

joseheim, dziękuję, jak już napisałem wszelkie poprawki naniosę po zakończeniu konkursu.

 

bemik, cieszę się, że dołączyłaś do grona zaskoczonych zakończeniem, to reakcja która najbardziej mnie cieszy.

 

Mr, z nazwiskiem rzeczywiście zaszalałem, ale wiedziałem, że będzie w tytule, więc musiało przykuwać wzrok :) Co do klimatu opowiadania – nigdy wcześniej nie tworzyłem w podobnym, a zawsze chciałem spróbować, więc jestem podwójnie zadowolony, że się podoba. Mogę nawet zdradzić, że postanowiłem pójść za ciosem i tworzę kolejny tekst o wyższych sferach. Dziękuję też za sugestię, sadzę, że się do niej zastosuję.

coboldzie, coś o tym słyszałem, ale tylko słyszałem – ja w ogóle mało kryminałoczytny jestem, samej Agaty Christie przeczytałem tylko jedną książkę…

Dobrze zbudowany klimat wspomagany nieśpieszną narracją, zasysający początek, zaskakujący zwrot. Przeczytałam z przyjemnością.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dziękuję za komentarz, fleurdelacour, dobrze wiedzieć, że wszystko ułożyło się czytelnikowi w taką sprawną całość, zwłaszcza ta powolna narracja – mnie często odrzuca, więc bałem się strzału w kolano w przypadku tego tekstu :)

Czyta się przyjemnie, a i rozwiązanie zagadki mnie zaskoczyło – przez chwile myślałem, że nie zostanie wyjaśniona widząc zbliżający się koniec tekstu :P

Co do pomysłu to jak dla mnie zbytnio podobny do tego z konkursu “Obcy język polski”.

Zastanawiam się tylko, czemu sługa “kurwujący” na panienkę, przez tak długi czas mówi o niej z poszanowaniem i do tego nie czyta jej pamiętnika przez szacunek.

Bardzo ładnie komponuje się tutaj wszystko – pomysł na chorobę, historia, język. Stylizacja bardzo przypadła mi do gustu. Jedynie końcówka odrobinę zaniża poziom – wydała mi się jakby wyjęta z innego świata, jakbym nagle zmienił gatunki filmowe. Był to jednak dysonans niewielki, w niczym nie zepsuł przyjemności z przeczytania poprzedniej części tekstu.

Podsumowując: jest okej i są tez fajerwerki :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Natanie, co do obelżywych słów względem panienki sprawa ma się tak: bohater ją szanuje cały czas, nawet pod sam koniec zaznacza, że ją kochał – wszystko to za sam fakt przynależenia do rodziny. Lecz jako o człowieku miał o niej inne zdanie, a raz, tylko jeden jedyny, gdy był na to moment, pozwolił sobie wypowiedzieć (napisać) je głośno. W tekście, gdyby ktoś był bardzo dociekliwy, znajdą się odpowiedzi na wszystkie jakdlaczego, więc pozwolę sobie nie zagłębiać się bardziej, bo napisałbym drugie opowiadanie :) 

 

NoWhereMan, dziękuję za fajerwerki. Dysonans sam dostrzegłem, gdy czytając raz po raz dochodziłem do momentu, gdy kończy się opis wydarzeń a zaczynają ostateczne przemyślenia i wyznanie bohatera – mógłbym się nawet założyć o przekonanie, że chodzi Ci o konkretny moment po zakończeniu sceny w ogrodzie :) Ale uznałem, że tak powinno zostać, wszak to końcówka, zmiana tonu, rozwiązanie sprawy, powinno, jeśli nie oblać, to pokropić przynajmniej zimną wodą.

Choroba – genialna, w sensie pomysłu. Dałam się zaskoczyć rozwiązaniem zagadki.

Według mnie ładnie i konsekwentnie opowiadana historia. Pewne zmiany nastroju Sama (bliżej końca, gdy “pluje” na Dziedziczkę) w świetle przedstawionych wydarzeń i osobowości bohaterów – pasują idealnie. 

Generalnie  z lektury jestem zadowolona.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawe, zwłaszcza choroba przypadła mi do gustu :) i zakończenie, którego się w ogóle nie spodziewałam. Dziękuję za bardzo satysfakcjonującą lekturę.

Bardzo dobre opowiadanie, jest udana narracja pierwszoosobowa, klimat, nieźle nakreślone postacie i bardzo dobre zakończenie.

.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

śniąca, katia, zygfryd, pozwólcie, że zbiorczo podziękuję za komentarze . Cieszę się, że opowiadanie wszystkim przypadło do gustu, a zwłaszcza, że zakończenie się spodobało – w tekście z małą bombą na koniec to najważniejsze :)

 

Cieniu, wspaniała kropka, dzięki!

Fogberrystone

Strasznie przekombinowane nazwisko, mam nadzieję, że w konwencji tekstu ma to sens, czytam dalej :]

 

No i nie miało, a więc to taki mój mikrozarzut wobec tekstu. McFogberrystonemayerstein. ;]

Zazwyczaj nie podobają mi się publikowane tutaj opowiadania z narracją pierwszoosobową, tutaj było inaczej. Stylizacja języka jest nienachalna i konsekwentna, przez co wiarygodna, czytało się dobrze. Udało Ci się zaskoczyć mnie zakończeniem i jednocześnie wykreować głównego bohatera na całkiem ciekawą psychologicznie postać.

Dobry tekst yes

No nieźle.

Wyłapane podczas czytania:

 

…nie mogę być pewny, jako że przyzwoitość zabrania mi czytać poprzednie wpisy. Ty, nieznany czytelniku, łamiesz zasady grzeczności / Przyzwoitość zabrania mi zapoznać się z poprzednimi wpisami

 

Mój dziad, Isai Wise, był lokajem Dziedzica Andrea / Przecinek

 

Kocham ród całym mym sercem / Zbędne

 

A w dniu jej powrotu z powozu wysiadła kobieta o pewnym spojrzeniu / Zbędne

 

Ja sStałem na czele szeregu podlegających mi służących / Zbędne

 

Jedną, przysięgam, złapała za biust i rzuciła kilka niewybrednych uwag, gdy dziewczyna, piszcząc cicho, starała się wyrwać / Przecinek

 

…wspomniana choroba powoduje wpływ uczuć, które ludzie wokół chorego żywią do niego, na kondycję jego zdrowia – tak cielesnego, jak i umysłowego / Niezgrabnie

 

Panienkę Solange ludzie wokół niej kochali i rozpieszczali, gdy była dzieckiem, przez co ona sama była radosna, szczęśliwa, pełna życia i zdrowa / Zbędne

 

…ta bowiem często wyjeżdżała na wakacje, lub znikała na jakiś czas z coraz to innym mężczyzną / Bez przecinka

 

Na koniec panienka kazała lekarzowi „spadać”. Dziedziczka pobladła i omdlała. Nie wiem, czy przez wulgaryzm panienki, czy słysząc rewelację dotyczącą życia jej siostry za oceanem / Wcześniej była mowa tylko o męskich Dziedzicach rodu, nic więcej o całej rodzinie, więc w pierwszej chwili nie wiedziałem, kto omdlał i zastanawiałem się, czy to Solange, czy ktoś inny. Lepiej byłoby: Na koniec panienka kazała lekarzowi “spadać”. Jej siostra, Dziedziczka, pobladła i omdlała. Nie wiem, czy przez wulgaryzm, czy słysząc rewelacje dotyczące życia Solange za oceanem. Albo coś w tym stylu

 

…dzieci Dziedzica / Brzydka aliteracja. Potomkowie Dziedzica? Progenitura Dziedzica?

 

…choroba uczyniła ją wiecznie wściekłą i bezpretensjonalną / Bezpretensjonalność jest określeniem nacechowanym pozytywnie, więc zupełnie nie pasuje. Domyślam się, że chodziło raczej o coś w stylu obcesowości? Ale to bardzo dalekie od bezpretensjonalności

 

Nie było to łatwe – choroba uczyniła ją wiecznie wściekłą i bezpretensjonalną, jej ciało zaś zmęczone / Dziwne zdanie. Jak już to: choroba uczyniła ją wiecznie wściekłą i bezpretensjonalną (w temacie bezpretensjonalności patrz wyżej!), ciało zaś zmęczonym. Ale ciało to też Solange, więc to dopowiedzenie/rozróżnienie wypada nienaturalnie. Lepiej i prościej: choroba uczyniła ją wiecznie wściekłą, bezpretensjonalną i zmęczoną

 

Niechętnie, lecz zabrała się w końcu za lekturę, podniosła z łóżka, by zatańczyć / Sam wielokrotnie namawiał Solange do czytania czy do tańców (“przynosiłem”, “zapraszałem”, “uczyłem”). Czy Solange tylko raz zareagowała na te starania? Wtedy rzeczywiście będzie: Niechętnie, lecz zabrała się w końcu za lekturę, podniosła z łóżka, by zatańczyć. Jeżeli zdarzyło się to więcej niż raz, wtedy: Niechętnie, lecz zabierała się w końcu za lekturę, podnosiła z łóżka, by zatańczyć

 

…widocznie mieli już dość uśmiechania się w milczeniu, gdy panienka śmiała im się w twarz / Powt.

 

Dwa miesiące po swym przyjeździe panienka / Zbędne

 

Jeśli w dalszej części przytoczę którąś z jej wypowiedzi, wiedz, że pozwolę / Przecinek

 

Parta i Marta, najmłodsze z rodzeństwa, uciekły spojrzeniem / Przecinek

 

…uratuj moją rodzinę”, błagał zapłakany / Przecinek

 

Gdy stanąłem przy jej łóżku, złapała mnie i kazała zanieść się do łaźni / Przecinek

 

Mimo cienia dostrzegłem jego szkliste spojrzenie i rozszerzone nozdrza. Skamieniałem, na moment ledwie i zaraz wróciłem do usługiwania panience, by panicz nie poznał, że go spostrzegłem / Powt.

 

Dziedzic oczekiwał na jakieś wiadomości na temat swego syna / Zbędne

 

Słyszałem, że choroba często zdaje się ustąpić tuż przed tym / Ustępować. Niedokonany

 

Po krótkim czasie lepszego samopoczucia panienka znów opadła z sił i blada leżała nieświadoma / Jak już to: znów opadła z sił i leżała nieświadoma, blada

 

W sypialni panicza odnalazłem, łutem szczęścia niezwykle szybko, jego zapiski ukryte w oprawie zdartej z innej książki i położone niby niedbale na półce / Zbędne

 

Datował swoje wspomnienia, przypomniałem sobie więc, którego dnia panienka odwiedziła mnie w łaźni i odnalazłem stosowny wpis / Zbędne, przecinek

 

Ruszyłem do ich wspólnego pokoju, czując niesmak / Przecinek

 

Pojąłem, co, w dobrej przecież wierze, zrobiłem, naruszyłem prywatność panicza / Przecinek

 

Odeszliśmy na bok i stanęliśmy przy niedziałającej fontannie, otoczonej gęsto czerwonymi kwiatami na podwyższonych grządkach / Przecinek

 

Powiedziała coś, czego ja z Dziedzicem nie usłyszeliśmy / Zbędne

 

Kupiło mnie pierwsze zdanie. Ładny haczyk.

Językowo porządnie, choć bez szaleństw i do doszlifowania – stylizacja całkiem udana, czasami niektóre zdania trochę trąciły sztucznością, ale ogólnie wyszło dobrze. Udana wolta, ciekawy i niestandardowy pomysł na poprowadzenie fabuły z punktu wyjściowego, bohater z przewrotną interpretacją dobra. Wszystko to na plus. Na minus chyba tylko to, że żadna z postaci nie wzbudziła mojej sympatii i większych emocji – ale to trudne przy takiej objętości i formacie/stylizacji.

Czołem!

Skoneczny, dzięki za komentarz. Nazwisko, cóż, miałem lepsze, ale go zapomniałem. Pozostał mi stworzyć nowe, postanowiłem więc, że powinno przede wszystkim przykuwać spojrzenie :)

 

Rorschach, sto razy mógłbym przeczytać tekst, a nie wyłapałbym połowy tych błędów, dzięki! Cieszę się, że się podobało. Też żałuje, że postaci nie dało się mocniej zarysować, lecz limit znaków niszczył wszystkie próby…

Rorschach, sto razy mógłbym przeczytać tekst, a nie wyłapałbym połowy tych błędów, dzięki! Cieszę się, że się podobało.

Cała przyjemność po mojej stronie.

Pozdrawiam!

Nadrabiam:

 

Przyznam, że podobało mi się ogólnie jako opowiadanie, natomiast nie bardzo widzę tu związek z podanym porzekadłem. Koniec końców Salomon nalał do pustego, a nie nalewał z niego… Niemniej pomysł bardzo zacny, spodobała mi się nietypowa choroba panienki. Takoż zakończenie pasujące i na poziomie, choć pod koniec zaczęłam się domyślać, do czego to zmierza. Jak napisała Deirdriu – bardzo spójna forma, konsekwentnie prowadzona opowieść, za co brawa. Choć również za nią powtórzę, że na pewnym etapie poczułam się znużona – gdyby tekst był dłuższy, nie wiem, czy nie zaczęłabym przeskakiwać wzrokiem po kolejnych zdaniach „byle szybciej”. Nie dlatego, że źle napisane, tylko dlatego, że taki styl trzeba lubić, a ja nie przepadam ;) Tak czy owak, to jedno z najlepszych opowiadań w konkursie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A to przebiegły sługa! Bardzo zacne opowiadanie, idealnie wpasowało się w moje gusta stylem, fabułą, intrygą. Ja także nie widzę tutaj wybranego przysłowia, ale żaden ze mnie juror, więc w ogóle mnie to nie obchodzi ;) Właściwie wszyscy już wszystko powiedzieli, a to o konsekwentnej narracji, a to o udanej stylizacji. Mankamentów nie widzę, czytało się wybornie, zostałam zaskoczona w finale, możesz liczyć na mojego TAKa.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Świetne pierwsze zdanie – w zestawieniu z tytułem od początku daje znać, że bawisz się z czytelnikiem. Super, oszukałeś mnie, bo myślałam, że będę czytać pamiętnik Solange. Niby drobne zaskoczenie, jednak mnie już całkowicie przykuło do tekstu :)) No a potem klamra emocjonalna – zaskoczyło na początku i na końcu. Super!

Narracja bardzo przypadła mi do gustu. Spokojna, ale przesiąknięta klimatem. Okej, więcej tu było rzeczy opowiedzianych niż pokazanych, ale nie przeszkadzało mi to, bo i tak udało mi się wszystko wyobrazić sobie całkiem wyraźnie.

I zgadzam się, że pomysł na chorobę bardzo dobry.

Ogólnie podobało mi się bardzo :)

A mnie jakoś nie porwało. Styl świetny, racja, napisane ciekawie, ale mnie kompletnie nie zaskoczyło zakończenie, ba, spodziewałem się takowego już na początku tekstu. Zakładam, że w innym wypadku byłbym zachwycony tak jak reszta :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

joseheim, coś ostatnio mam tak, że pisząc na zadany temat (nawet, gdy temat ten sam sobie zadaję), to gdzieś on ginie po drodze… Dzięki za komentarz!

 

Naz, dziękuję za TAKa!

 

Werweno, cieszę się, że doceniłaś początek opowiadania! Jak już gdzieś wyżej wspomniałem, zarys tego tekstu chodził mi po głowie kilka lat, a przewodziło mu właśnie to otwierające zdanie :)

 

soku, dobrze wiem, że zaskoczyć wszystkich się nie da – zawsze będzie te kilka dusz, które zakończenia się domyślą. Rozumiem też, że tekst w takim wypadku nie porywa, wszak zaskoczenie miało być jego fundamentem.

Ciekawa historia, rewelacyjny pomysł na chorobę. Chyba masz talent do obdarzania bohaterów dziwnymi przypadłościami.

Zaskoczenie w końcówce zaliczyłam zgodnie z planem. Duży plus za taką konstrukcję śledztwa.

Ładnie budujesz związek między postaciami.

Stylizacja również na plus, bardzo dobrze zwiększała imersję. Aż nie wiedziałam, czy powinnam czytać dalej, skoro narrator tak bardzo zniechęcał. ;-)

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Zostawię komentarz jutro. Z tym tekstem miałam największy problem i nie chce pisać wielkiego komentarza z telefonu.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Stary, nie jest to najlepsze z opowiadań Twojego autorstwa, jakie czytałem. Do „Młodego Króla”, jego kontynuacji czy takiego choćby „Chronosa” brakło mu trochę. Ale, generalnie, też ma mocne, piękne strony, które słusznie zapewniły mu podium, a mnie sprawiły sporo czytelniczej radochy.

Na pierwszy ogień idzie subtelność, z jaką wplotłeś swoje przysłowie w opowiadanie. Choć potraktowałeś je bardzo metaforycznie, zasadniczo i tak wyszło niemal dosłownie. Przy tym jednakowoż bardzo subtelnie i ze smakiem, ale też i nad wyraz czytelnie. Prawdziwa magia. Pod tym względem przebiłeś wszystko i wszystkich, bezapelacyjnie.

Klimat, taki ciężki, wiktoriański, osnuty tajemnicą, jakąś wiszącą w powietrzu makabrą i trochę grozą – też fajne, ale… Ale do tego wrócę jeszcze przy próbie uzasadnienia (głównie samemu sobie), czemu z piórkiem byłem na nie.

Pomysł jako taki – no cóż, Twojej błyskotliwości stany średnie, choć z tendencją wzwyżkową. Mówiąc prościej, ale dłużej, przyzwyczaiłem się już do tego, że masz świetne pomysły i potrafisz nielicho czytelnika zaskoczyć na fajrant. Ten tekst tylko potwierdza jakość próby. I, w skali ogólnej, jest to próba bardzo wysoka. Natomiast w Twojej własnej – ot, standard. Ale to fajnie, mieć taki standard, nie?

Krótko: nie zawiodłeś, ale i nie przeszedłeś sam siebie.

Jeśli chodzi o piórko natomiast, to nie kierowałem się Twoją prywatną skalą i nie ukarałem Cię za to, że „możesz lepiej, więc musisz bardziej się postarać”. Nic podobnego. Po prostu, mimo świetnego pomysłu, fajnego, klimatycznego wykonania i finału w stylu najlepszych kryminałów, wszystko to jakoś tak po mnie… spłynęło. Sam nie wiem, dlaczego, ale faktem pozostaje, że jestem tą opowieścią zupełnie – no dobra: niemal zupełnie – niewzruszony. Może to przez trochę bezpłciową narrację, która dopiero na końcu pokazała się z ciekawszej strony, a może przez zupełną stateczność opowiadania; brak akcji i brak wyczuwalnych emocji, zarówno w rodzinie Fogberrystone jak i u jej wiernego sługi (i znowu: z wyjątkiem końcówki). W dodatku stylizacja na pamiętnik nigdy się, w moim wypadku, nie sprawdza. Tutaj, przyznaję, próba jest zupełnie udana: nie brzmi to tak sztucznie, jak mogłaby. I to głównie dlatego, że – na chwałę paradoksu – wcale to na pamiętnik nie wygląda. Bardziej jak spowiedź czy po prostu przyznanie się do winy. I w sumie szkoda, że w ten sposób do tego nie podszedłeś: przesunąć akcję do momentu, kiedy bohater odchował i wyszkolił już syna-następcę i jest gotów ponieść konsekwencje swojej lojalności. Byłoby naturalniej, choć może trudniej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wydaje mi się, że pomysł można by wykorzystać na krótki film – albo serial? – z lokajem w roli głównej. Podobał mi się, nawet bardzo, choć czytało się miejscami trudno (męczyły mnie niekiedy dłuższe akapity – ale to leniwość mojego pokolenia najpewniej). Jednak zakończenie dla mnie było zaskoczeniem – tak skupiłem się na postaciach podejrzanych, że nie pomyślałem o jednej, przecież całkiem oczywistej…

Mee!

Dałeś mi do myślenia,  Cieniu. Zastanowiłem się poważnie, co mogło sprawić, że opowiadanie odstaje nieco od poprzednich i znam chyba odpowiedź, a nawet dwie odpowiedzi. Po pierwsze, jest to opowiadanie nieco inne, pierwszy raz wziąłem na warsztat pamiętnik (a też nie lubię tej formy, choć okazało się, że lepiej się ją pisze, niż czyta), tempo jest wolniejsze, brak dialogów. Podsumowując: wyszedłem nieco poza swoją strefę komfortu. Po drugie: czas. Miałem go naprawdę niewiele. Zdradzę w tajemnicy, że o konkursie dowiedziałem się o godzinie osiemnastej przedostatniego dnia przed terminem, ale powiedziałem sobie “ja nie napiszę?”, więc cały proces twórczy wyglądał tak: pięć godzin myślenia, pięć pisania, sen, poprawki na szybko, wysłanie tekstu do kilku osób, odbiór opinii i poprawki do niemal ostatniej godziny. Niczego nie żałuję, przygoda to była fantastyczna, no i koniec końców opko się udało, jednak na pewno wyszłoby inne, gdybym pisał je przez, na przykład, tydzień. Pomysł z przeniesieniem czasu akcji jest bardzo dobry i zastanawiam się, co by z tego wyszło. Teraz kusi mnie, żeby napisać jakąś kontynuację, choć wątpię, by do tego doszło :) Dzięki za odwiedziny i rozbudowany komentarz!

 

juniorze, film mógłby się udać, ale serial? Po pierwszym odcinku ludzie mieliby dość czasu na domyślenie się, że zabójcą jest najmniej – czyli najbardziej – oczywista postać :)

Bardzo, bardzo podobał mi się pomysł na chorobę. Początkowo myślałam, że to coś w stylu ludowych zabobonów, ale na szczęście okazało się, że “pustota” jest prawdziwa. Postać narratora – lokaja jest interesująca, od pierwszych zdań da się wyczuć jego bezgraniczne, fanatyczne wręcz oddanie rodzinie Fogberrystone. Końcówka udana, ale gdzieś między wierszami domyśliłam się, do czego zmierzasz. Nie popsuło to jednak frajdy z czytania ostatnich akapitów.

Natomiast niestety opowiadanie nie wzbudza wielkich emocji i to jest chyba największy problem. Tak, jak sam zauważyłeś, pamiętnik (choć to raczej dość długie wyznanie Salomona) to dość osobliwa forma. Zgodzę się z tym, że tempo wolniejsze, ale gdzieś jednak przemyciłeś dialogi lub ich urywki. Można było trochę więcej :) Albo trochę więcej akcji gdzieś dać, żeby coś się zadziało. Bo choć tekst jest świetnie napisany i przepłynęłam przez niego błyskawicznie, to po przeczytaniu jednak miałam takie wrażenie “Ale to już?”. Dobra, wiem, limit znaków itepe, ale z pewnością byś wycisnął z “Pamiętnika” więcej. Gdybyś to opko pisał przez, na przykład tydzień ;)

Nie ma to jak napisać “jutro” i przybyć po 3 tygodniach ;) Ech. Czas nie guma.

WIęc tak: opowiadanie bardzo podobało mi się ze względu na klimat i pomysł na schorzenie panienki, choć brakowało mi w nim trochę napięcia (wszystko dzieje się bowiem w niejakiej retrospekcji). Podobieństwo do “Zabójstwoa Rogera Ackroyda” dosyć uderzające i właściwie tu dla mnie pies (a raczej moje NIE) jest pogrzebany. Domyśliłam się, kto życzył Solange źle już gdzieś w połowie. Więc czytałam dalej dla fajnego warsztatu, dla niezłego klimatu i licząc, że się jednak mylę. No, nie myliłam się, więc z czystym sercem nie umiałam zagłosować na tak. Nie zrozum mnie źle Reinee, to naprawdę dobry tekst jest i nawet się cieszę, że koniec końców piórko otrzymał :D Ale dla mnie był lekkim zawodem.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Nowa Fantastyka