- Opowiadanie: greghorian - Legion

Legion

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Legion

Powiedział mu bowiem: "Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka".

I zapytał go: "Jak ci na imię?"

Odpowiedział Mu: "Na imię mi "Legion", bo nas jest wielu"

Mk 5, 8-9

 

***

 

Hałas silnika kojąco tłumił myśli jadącemu na motorze mężczyźnie. Przecinając reflektorem zacienioną, wieczorną drogę nawet ich nie potrzebował. Wszystko było już zaplanowane. Nie było odwrotu. Z lekkim uśmiechem obserwował pustą drogę, a obrazy w jego głowie pokazywały różne scenariusze bliskich wydarzeń. Zakończenie jawiło się jednak wciąż takie samo. Nawet w jego wyobraźni nie znalazł miejsca na inny rozwój wypadków. Eksplozja świateł ciężarówki wyjeżdżającej zza wzniesienia przyniosła dziwną ulgę. Trudne do zdefiniowania, nowe uczucie wypełniło go w całości. Przyśpieszył. Podążając w kierunku samo destrukcji, delikatnie skręcił w lewo, kierując pojazd na przeciwny pas. Wziął głęboki oddech.

Narastający dźwięk klaksonu, pisk hamowanych opon na asfalcie i trzask wgniatanej blachy maski samochodu całkowicie zagłuszyły cichy zgrzyt struny zaciskającej się na szyi motocyklisty. Przecięła mięśnie i oddzielając głowę od reszty ciała, pozwoliła na swobodny jej upadek na pobocze. Potoczyła się jeszcze w wysoką trawę, gdzie zaznaczyła swoją obecność niewielką ilością krwi.

 

***

 

Jak zwykle późnym popołudniem pomieszczenie Wydziału Kryminalnego wypełniało się ludźmi. Gwar rozmów mieszał się z szelestem przewracanych dokumentów. Gdzieniegdzie walały się stosy policyjnych notatek i akt. Za jedną z nich siedział jasnowłosy mężczyzna pośpiesznie piszący coś na klawiaturze służbowego laptopa.

– Szef Cię woła – powiedziała niewielka blondynka, która właśnie wyłoniła się zza papierów.

– Dzięki Zosiu. Zaraz idę – odpowiedział młody policjant, nawet nie odwracając wzroku od ekranu.

– Co znowu przeskrobałeś? – zapytała dziewczyna z uśmiechem.

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– Jak zwykle – rzuciła na odchodne.

Zakończenie pracy zajęło mu kilka minut, po czym wstał i pokierował się do pokoju szefa. Nie lubił takich wezwań. Zazwyczaj oznaczało to solidny opierdziel od przełożonego, bo ktoś się poskarżył na przejawy nadużycia władzy przez policjanta, którym zwykle okazywał się sam wezwany. Jednak nigdy nie zmieniał swoich metod, które jak sam uważał, były szorstkie, ale sprawiedliwe. Ktoś w końcu musiał okazać trochę sprawiedliwości w tym mieście. Nie było to najwidoczniej tylko jego zdanie, gdyż sprawa zazwyczaj kończyła się na reprymendzie, bo komu jak komu, ale najskuteczniejszemu policjantowi na wydziale – Janowi Brańskiemu, można pozwolić na lekkie odchylenia od normy.

– Co znowu? – wszedł bez pukania.

– Nie śpieszyłeś się. Siadaj – powiedział chudy komendant, wskazując na krzesło. – Dzisiaj nie będzie pogadanki o prawach i obowiązkach. Mam dla Ciebie sprawę.

– A co ja Ci zrobiłem, że mnie zawalasz robotą, jeszcze nie skończyłem z Kwiatkowskim – oburzył się Janek.

– Kwiatkowskim od teraz martwi się Ciepły. Przekażesz mu wszystko, co masz. Od jutra będziesz zajmował się sprawą na specjalne polecenie prezydenta miasta. Zaszczyt Cię kopnął. Ciesz się.

– Jeszcze nie powiedziałem, że biorę. O co chodzi? – zapytał szorstko.

– Wdowa po pewnym naukowcu chce dokładnego zbadania sprawy śmierci męża. Pracował nad jakimś projektem rządowo-komercyjnym. Duża sprawa, duża kasa i znajomości. Dlatego wylądowało to u prezydenta.

– Ale dlaczego ja? Nie masz bardziej reprezentatywnych funkcjonariuszy?

– Mam, ale nalegali na Ciebie. Dużo byłeś w gazetach i ludziom wydaje się, że jesteś dobry. Masz w końcu za swoje – powiedział komendant z uśmiechem. – Zośka poda Ci szczegóły. Bez gadania i zabieraj się już stąd!

– Wisisz mi dużą przysługę – powiedział blondyn, wychodząc z pokoju.

Brański lubił swoją pracę, bo wymagała od niego trochę wysiłku intelektualnego i fizycznego, a ponadto dawała mu poczucie, że coś zmienia. Cieszyły go efekty jego pracy. Lubił, kiedy jakiś skurwiel trafiał za kraty albo do ziemi, a ostatnio akurat częściej zdarzało się to drugie.

Rok temu pracował nad sprawą gangu zajmującego się wymuszaniem haraczy i sprzedażą narkotyków. Byli niechlujni w zacieraniu śladów, ale fanatyczni w walce, co przekładało się na problemy z aresztowaniem. Któregoś dnia Brański namierzył kilku i śledził ich aż do blokowisk we wschodniej części miasta. Ujawnił się, kiedy zastraszali pistoletem jakiegoś obdartego chłopaka. Urządzili mu strzelaninę rodem z amerykańskich filmów. Szczęśliwym trafem udało mu się ich unieszkodliwić, a znalezione przy nich dowody posłużyły do zatrzymania wszystkich członków gangu. Dwudziestu aresztowanych, sześciu zabitych zbirów oraz relacje świadków zrobiły wrażenie na prasie. Wydział zyskał chwilową sławę, a Brański uznanie. Paradoksalnie nie była to dla Janka komfortowa sytuacja, bo zwykł osiągać swoje cele zawodowe, manewrując na granicy prawa. Dlatego nie lubił, jak mu ktoś patrzy na ręce. A teraz doszła jeszcze ta sprawa od prezydenta, która nie zapowiadała swobody ruchów. Właśnie z tego powodu szedł ze zmarszczonym czołem przez korytarz i patrzył spode łba na Zofię, która kserowała coś przy maszynie.

Zosia była przeciętnie urodziwą kobietą, ale za to bardzo sympatyczną. Jankowi wydawało się, że może coś do niego czuć pomimo tego, że miała męża, dlatego nie chciał wdawać się z nią w bliższą znajomość. Unikał jej, a nawet czasem był w stosunku do niej szorstki, chociaż na to nie zasługiwała.

– Co to za sprawa z tym naukowcem? – zapytał z daleka.

– Neurobiolog, neuroinżynier czy jakoś tak. Znaleziono go wczoraj martwego na drodze krajowej 10 kilometrów za miastem. Jechał na motorze i zderzył się z ciężarówką. Najprawdopodobniej sam się na nią władował, ale czekamy na pisemne zeznania świadków – odpowiedziała, nie odrywając się od pracy.

– Umarł na miejscu?

– Tak, założył sobie linkę z jakiegoś ostrego i mocnego tworzywa na szyję, nie wiemy jeszcze, z czego była zrobiona. Zderzenie wyrzuciło go z motoru, zaciskając linkę. Głowę znaleziono 14 metrów od miejsca zderzenia. Ciekawe co?

– A myślałem, że takie rzeczy to tylko miejskie legendy. Czyli samobójstwo albo głupota. Nad czym tu myśleć? – zapytał się z irytacją w głosie.

– Głupota raczej odpada. Chociaż staruszek, bo prawie siedemdziesiąt lat, to świetnie się trzymał i był profesorem. Na motorze jeździł od kilkunastu lat bez najmniejszego wypadku. Wezwaliśmy wdowę na przesłuchanie, ale nie przyjdzie.

– Jak to nie przyjdzie? To po co głowę zawraca? – coraz bardziej denerwował się Jan.

– Nie przyjdzie, bo Ty pojedziesz do niej. Jutro. Słyszałeś, że to sprawa na wysokim szczeblu – odparła sucho Zosia.

– Masz coś jeszcze do mnie w tej sprawie?

– Jest jeszcze kwestia ciała i…

– Wyślij mi mailem. Na dzisiaj już mi wystarczy – przerwał jej w pół zdania, po czym odwrócił się i odszedł, klnąc pod nosem.

 

***

 

Siedział sam w przestronnym pokoju gościnnym u wdowy po profesorze Bronisławie Lengielu. Dom był bardzo bogato i wygodnie wystrojony. Wszędzie dookoła antyczne meble, na ścianach obrazy w stylu Kossaka, a podłogę przykrywał miękki dywan. Popijając z filiżanki gorącą kawę, czekał na panią Lidię, która z zapewnieniem, że zaraz wraca, przerwała rozmowę i wyszła z pokoju. Gospodyni zjawiła się po kilku minutach, trzymając w rękach talerzyk z ciastem, który postawiła przed oficerem.

– Proszę się częstować – powiedziała z uśmiechem, przez który przebijał się smutek. Prawdopodobnie przed chwilą jeszcze płakała.

– Dziękuję – odpowiedział Jan, po czym wziął najmniejszy kawałek do ust i przez chwilę przeżuwał. – Bardzo pyszne ciasto. Mówiła Pani, że ma jeszcze jakieś podejrzenia? – zapytał, kiedy skończył przełykać.

– Tak, jest w instytucie pewien Rosjanin. Pracował jako prawa ręka mojego męża, a teraz mają zrobić z niego kierownika badań. To była oczywiście posada Bronka.

– Jak się nazywa?

– Zaraz… to było jakieś rosyjskie nazwisko, ale pisało się je tak dziwnie… Tshabanov chyba. Bronisław zawsze wypowiadał się o nim chłodno.

– Mówił o nim coś złego? Coś, co spowodowało Pani podejrzenia?

– Nic konkretnego, ale wiedziałam, że nie są przyjaciółmi. Może coś mu podał w kawie albo wstrzyknął. Wie Pan, oni w tym instytucie mają swoje sposoby manipulacji ludzkim mózgiem. Bronek nie mówił wiele o szczegółach swojej pracy, ale zawsze się domyślałam. Z tylu tajemnic tego ich projektu nie mogło wyjść nic dobrego – prawie zanosiła się płaczem wdowa.

– Rozumiem – powiedział policjant z zamyśleniem. – „Kolejna informacja, która najprawdopodobniej nigdzie nie prowadzi, a tylko wydłuży mi robotę. Po co mi to było” – pomyślał, notując nazwisko Rosjanina w notesie. – Myślę, że mam już wszystko, czego potrzebowałem. Nie będę Pani dłużej przeszkadzać.

Wstał z fotela, podziękował za poczęstunek i skierował się w stronę drzwi. Rozejrzał się jeszcze po długim korytarzu, w którym porozstawiane były przeróżne wazony, a na ścianie wisiały zdjęcia członków rodziny. Zatrzymał się przy portrecie profesora. Siedzący na zdobionym krześle pan o siwych włosach i gęstej brodzie, zadowolony z życia i z fajką w dłoni bardziej przypominał Świętego Mikołaja w cywilu niż poważnego profesora.

– Bronisław bardzo Pana podziwiał. Jeszcze zanim wyszła ta Pańska sprawa z gangiem. Lidia stanęła obok Brańskiego i ze smutkiem wlepiła wzrok w obraz.

– Naprawdę? Nie wiedziałem, że mam stałych fanów.

– Mówił, że jesteście ulepieni z tej samej gliny. Dlatego chciałam, żeby Piotr zaangażował w tą sprawę właśnie Pana.

– Piotr?

– Piotr Zdrojewicz. Prezydent miasta i przyjaciel naszej rodziny. Mam nadzieję, że to Panu nie przeszkadza. Prawda?

– Nie. Oczywiście, że nie – skłamał.

– Niech Pan jeszcze chwile zaczeka.

Pani Lidia pośpiesznie cofnęła się do pokoju gościnnego i za chwilę wróciła, trzymając w ręku jakieś papiery.

– To bilety na koncert Mnicha. Bronisław był wielkim fanem tego artysty i chciał, żebyśmy tam poszli razem, ale teraz… ja nie przepadam aż tak bardzo, a Pan na pewno kogoś zabierze. Proszę wziąć. Niech Pan nie sprawia mi przykrości – powiedziała, zanim Jan wymyślił wymówkę. – Bilety nie mogą się zmarnować, zwłaszcza te. Bardzo trudno było je zdobyć.

Nawet się nie zorientował, jak znalazł się na zewnątrz z dwoma biletami na koncert w kieszeni i ciastem w styropianowym pojemniku w ręce. Widząc rozpogodzoną twarz Pani Lidii, ciężko było odmówić.

Odetchnął, kiedy schodził ze schodów. Przez dwie godziny poznał historię Państwa Langielów i kilka teorii spiskowych na temat śmierci profesora, uwzględniających współpracowników, rząd, urząd miejski i korporacje związane z instytutem Neurobiologii. Czuł, że nic z tego nie wyniknie, ale sprawdzić pobieżnie musi.

Sprawa wydawała się nieco skomplikowana. Na razie nie istniał żaden powód, dla którego Bronisław Langiel chciał się zabić. Według żony idealny mąż, ojciec i dziadek. Nigdy nie miał depresji, żadnych zaburzeń psychicznych, a jednak fakty i świadkowie mówią co innego. Popełnił samobójstwo, co do tego nie ma wątpliwości. Pytanie tylko: dlaczego? Był niemal pewien, że kluczem do wyjaśnienia tej sprawy jest kwestia podejrzanie szybkiego przyjazdu karetki i zabrania głowy przez prawników Instytutu.

„Może ten Tshabanov będzie mógł rzucić trochę światła na sprawę” – pomyślał już w samochodzie.

Wybrał numer na komórce i zadzwonił.

– Cześć Zosiu… Tak, już po… nic konkretnego. Załatw mi spotkanie z niejakim Tshabanovem z instytutu Neurobiologii. To prawa ręka Langiela… no to do usłyszenia… A! Czekaj!… Lubisz może tego dziwnego muzyka, który ma jutro koncert?… tak, Mnicha… mam do oddania dwa bilety, chcesz?… no to super, do później. Cześć. Nie ma za co.

 

***

 

Stadion wypełniał się podekscytowanymi ludźmi. Gwar rozmów wzmagał na sile i z czasem przybrał formę głośnego szumu przypominającego wzburzone morze. Wrażenie to potęgował jeszcze wietrzyk, który nawiewał szare deszczowe chmury. Tłum wlewał się na płytę do wydzielonych sektorów szeroką rzeką, przepychając stojących przy wejściu ludzi. Nikt nie zwracał uwagi na niewysoką blondynkę, która marszcząc czoło, próbowała usłyszeć głos rozmówcy przez telefon komórkowy.

– Czekaj chwilę – krzyknęła do słuchawki.

Schowała do torebki telefon, po czym zaczęła się dziarsko przeciskać w kierunku wypatrzonej barierki i już po chwili mogła obserwować głowy otaczających ją ludzi. Bez trudu wypatrzyła machającą rękę swojej przyjaciółki znajdującą się jakieś dziesięć metrów przed sobą.

– Cześć Kasiu – powiedziała, prawie krzycząc i uściskała koleżankę.

– Zosiu! Cześć! Dziękuję za zaproszenie. Jak mi powiedziałaś, że masz bilety, to prawie umarłam. Szczęście, że Adrian dziś pracuje i się załapałam na jego miejsce. Jakim cudem  zdobyłaś miejsca tak blisko sceny? – zapytała, poprawiając falowane, ciemne włosy, które zsunęły się jej na twarz od nadmiernej gestykulacji.

– Kolega z pracy dostał przy okazji, a że nie za bardzo lubi takiej muzyki, to dał mi. Mam nadzieję tylko, że nie zacznie padać.

– Może padać. Wzięłam parasolki.

– Dobra. Nie krzyczmy tutaj. Spróbujemy się przecisnąć na nasze miejsce. Chodź za mną.

Wrzawa i niecierpliwość tłumu trwała jeszcze przez kilka minut, aż do czasu, gdy zapalono wszystkie światła na scenie i wszyscy usłyszeli głos konferansjera wzywającego do zachowania spokoju, bo jak mówił, Mnich chce się przygotowywać w ciszy. Wszyscy posłuchali, a Zosia z przyjaciółką korzystając z rozluźnienia szyku, mogły zająć dogodne miejsce na wprost sceny.

Mnich był artystą dobrze znanym w całej Europie, a i nawet na całym świecie nie znalazłoby się wielu takich, którzy by choć nie kojarzyli jego imienia. A właściwie przydomku artystycznego, który tak bardzo przylgnął do tego człowieka, że już nie pamiętano jego prawdziwego nazwiska. Okrzyknięto go geniuszem muzycznym, nowym Mozartem i futurystycznym Chopinem. Z tego powodu każdy jego koncert był „największym wydarzeniem kulturalnym roku” miasta, w którym się odbywał. Bilety rozchodziły się w pierwszych godzinach sprzedaży i dochodziły niebotycznych cen na czarnym rynku. Fenomen ten trwał już od niespełna dziesięciu lat i narodził się właśnie w Polsce. Sam mnich nie mówił nigdy, skąd dokładnie pochodził, ale ludzie, z którymi zaczynał i którzy znali go z czasów studenckich dzielili się czasem ciekawostkami z życia artysty. Z powodu niewielkiej ilości takich informacji i mnogości plotek, człowieka tego otaczała aura tajemniczości, która w połączeniu z niestandardowym sposobem grania i tworzenia swojej muzyki przysporzyła mu wiele sławy.

Zosia była pierwszy raz na jego koncercie, a pokochała jego muzykę mniej więcej dwa lata temu, kiedy to usłyszała urywek jednego utworu w radiu. Skromna pensja policjantki nie pozwalała jej na kupno biletu, dlatego w duchu cieszyła się i dziękowała Jankowi za jego kiepski gust muzyczny. Wiedziała, co ją tutaj czeka, ale i tak, to co zobaczyła, zrobiło na niej ogromne wrażenie.

Cała scena zapełniona była instrumentami różnego rodzaju, a wszystkie umieszczone zostały w specjalnych zrobotyzowanych uchwytach zsynchronizowanych z manipulatorami podobnymi do przemysłowych. Był tam rząd skrzypiec, trąbek, rogów, fortepianów i wiele innych instrumentów, których zza plątaniny kabli i stosu mechanizmów nie było sposób rozpoznać. Wszystko to otaczało niewielką matę oświetloną jasnoniebieskim, prawie jaskrawym światłem. To miejsce stwórcy systemu, tajemniczego dyrygenta zautomatyzowanej orkiestry, do którego zmierzały wszystkie kable i na którym skupiała się cała uwaga.

Światła nagle pociemniały.

Dziewczyna spojrzała na zegarek w telefonie. Punkt dwudziesta. Wszystko zaczyna się bez chwili opóźnienia.

Mnich wyłonił się zza kulis w towarzystwie dwóch kobiet ubranych w szare habity podobne do tych, które noszą dominikanki, ale różniące się od tradycyjnych kolorem i dekoltem, nadającym kobietom powabu i elegancji. Mężczyzna z wygoloną głową usiadł ze skrzyżowanymi nogami na przygotowanej dla niego macie na środku sceny. Zamknął oczy i położył dłonie na kolanach. Jego asystentki uklękły przy nim, a jedna z nich wyciągnęła ze skrzynki leżącej niedaleko siedziska artysty pęk długich, czarnych kabli i zaczęła powoli je rozplatać. Druga tymczasem nasmarowała Mnichowi głowę jakimiś olejkami, a następnie przyczepiła do jego czaszki dużą liczbę przetworników podobnych do elektrod EEG.

Przez cały czas przygotowań do występu Mnich nie poruszył się ani razu i tylko usługujące mu mniszki mogły usłyszeć jego zanikający oddech. Także publiczność zachowywała skupienie i w zupełnej ciszy wpatrywała się w ekrany rozstawione po obu stronach sceny pokazujące postać muzyka.

Kiedy wszystko było gotowe, asystentki opuściły scenę. Mnich wyglądał zupełnie inaczej niż człowiek, który jeszcze przed chwilą wchodził na występ wśród burzy oklasków. Przybyło mu czarnych włosów–kabli, które łączyły tajemnicze przetworniki z portem jednostki sterującej umieszczonej za jego plecami. Tak powstała sieć człowiek–komputer–maszyna–instrument, która pierwszy raz w historii muzyki pozwalała na jednoosobowe panowanie nad orkiestrą. Jednak ogarnąć mógł to wszystko jedynie geniusz.

Światła rozbłysły i zaczął się koncert.

Spod poruszanych manipulatorami smyczków, naciskanych klawiszy i szarpanych strun wydobywał się dźwięk. Najpierw spokojna, piękna melodia, potem ostra przesterowana muzyka przechodziła w klasyczne utwory na orkiestrę symfoniczną. Wszystko to składało się na nowy, dotąd niesłyszany, improwizowany przez Mnicha twór ze zmieniającym się rytmem i tempem. Niepowtarzalność tego procesu twórczego powodowała właśnie tak duże zainteresowanie publiczności, która w zależności od nastroju muzyki klaskała, krzyczała i cichła na przemian, ale cały czas wpatrywała się w wyświetlaną na wielkich ekranach twarz Mnicha, która pozostawała kamienna mimo tak wielu emocji niosących własną muzyką.

 

***

„Nareszcie w transie. Spadam i unoszę się jednocześnie. Błogość. Przedstawienie czas zacząć” – pomyślał Mnich.

Nie wyczuwał już swoich mięśni. Wszedł już w ostatnią fazę transu i czuł się jak zawieszony w powietrzu. Sam na sam ze sobą. Przed oczami mieniły mu się kolory, jakieś zmieniające się obrazy, ludzie, wspomnienia, rosnące fraktale i wijące się spirale. Uśmiechnął się w duchu i zaintonował pierwszą nutę. Następne przychodziły do niego same. Skupiał się na nich, zaczynał słyszeć je wyraźnie, czuł je i widział. Zamieniał się w swoją muzykę i stracił poczucie czasu. Wiedział, że wybudzi go Maria lub Magdalena, kiedy nadejdzie koniec koncertu.

Spokój go wypełniał. Muzyka zaczęła dojrzewać.

Powitanie.

Mnich usłyszał we własnych myślach niezwerbalizowane przywitanie. Poczuł się jak w chwili kiedy w głowie rodzi się zamiar wypowiedzenia jakiejś idei, która dąży do ubrania jej w konkretne słowa w istniejącym języku. Uczucie momentu pomiędzy decyzją nadania kształtu myśli, a wybraniu właściwych wyrażeń i słów, które najbardziej będą do nich pasować. Taki właśnie zamiar zwerbalizowania idei serdecznego powitania drugiej osoby zrodził się i dziwacznie przedłużał się w myślach. Tylko to nie były jego myśli. Wypełniło go przeświadczenie, że jakiś obcy byt umieścił implant w jego podświadomości i teraz przesyła do niego wiadomości w uniwersalnym języku pojęć. Nie usłyszał żadnych słów, ale wiedział, że ten ktoś lub coś nawiązuje z nim pierwszy kontakt i podaje niewidoczną rękę na powitanie.

„Kim jesteś? Demonem? Aniołem?” – pomyślał w kierunku obcego.

Nie tyle go zobaczył, tak jak się widzi rzeczy we śnie, ile po prostu wiedział, jaki on jest. Postać człowieka wypełniała jego wyobraźnię. Ciągle zmieniała swój wygląd. Raz był mężczyzną raz kobietą. Rysy twarzy zmieniały się z każdą chwilą, tak że nie mógł skupić się na wyglądzie. Do niej dołączyły kolejne. Było już ich wielu, ale nakładały się na siebie, jak gdyby to była jedna osoba istniejąca w wielu wymiarach. Wrażenie zmieniającej się powierzchowności spotęgowało się tak, że nie można było oprzeć się wrażeniu, że to nie jeden, ale wiele obcych bytów przesyła swoje myśli.

„Jesteś wytworem mojego umysłu. Snem. Zniknij” – Mnich skupił się, próbując przegonić wizję.

Naraz przypomniał sobie scenę z młodości, kiedy był tylko Michałem Budryckim – studentem szkoły muzycznej w Krakowie. Razem z całą grupą uczniów słuchał utworów Corellego i starał się przy tym skupić jedynie na wewnętrznym odczuciu muzyki. Odrzuciwszy dobijające się do świadomości dźwięki, głosy instrumentów, wyobrażenie nut rysujących się na pięciolinii i pokusę uderzania palcami dłoni w blat stołu jak w klawisze pianina, udało mu się skupić utwór i wszystkie składowe melodie instrumentów do jednej linii zmieniających się uczuć pobudzanych przez delikatne dźwięki muzyki. Wtedy po raz pierwszy wszedł w trans, który na początku lekko go przestraszył, ale działał jak narkotyk podniecający jego muzyczną wrażliwość.

Zaczynał rozumieć ten nowy byt w jego głowie. Spojrzał na niego jak na muzykę składającą się z gry wielu instrumentów, które zlewają się w jeden nurt. Nurt, który próbuje mu coś powiedzieć.

 „Czego ode mnie chcesz?” – zapytał już spokojniej.

Nadzieja spotkania. Zjednoczenie.

Czyjś dotyk wybudził go z transu. Usłyszał cichnącą kakofonię dźwięków dobywających się ze wszystkich instrumentów. Otworzył oczy. Raziło go białe światło reflektora oświetlającego środek sceny. Zobaczył pochylającą się nad nim Magdę – jego asystentkę.

– Nic Ci nie jest? – zapytała mocno zmartwiona.

– Co się stało?

– Zasłabłeś, a sprzęt się nie wyłączył. Słychać było tylko hałas – wyjaśniła.

Podniósł się na nogi i spojrzał na tłum. Ludzie wyglądali na przestraszonych. Niektórzy ciągle zasłaniali sobie uszy rękami.

 

***

 

Miał niezwykle zamyślony wyraz twarzy. Biegł wzrokiem wzdłuż linijek raportu z bieżącego dnia i marszczył czoło. Jego duży, zgarbiony nos zwisający z pochylonej twarzy jak sopel potęgował wrażenie zadumy.

Trudno mu było znaleźć odpowiednie słowa oddające cały sens rozmowy z Rosjaninem, a właściwie wnioski, jakie z niej wynikały. Sam nie wiedział co o tym myśleć. Wszystko z pozoru przebiegło gładko. Można by nawet pomyśleć, że zamykało całą sprawę, ale dziwne, nienazwane wrażenie nie dawało mu spokoju.

– Łatwa robota. Powinienem się kurewsko cieszyć – pomyślał Janek na głos.

­– Co świętujemy? – zapytał znajomy głos z korytarza.

To pytanie tak zaskoczyło Brańskiego, że aż podskoczył na krześle. Za drzwiami jego pokoju stała Zosia obładowana stosem dokumentów. Pożałował, że nie zamknął drzwi, ale biurowy zaduch spowodowany niedziałającą od tygodnia klimatyzacją zachęcał do otwartości na kolegów z biura.

– Nic. Mówiłem do siebie. Od dawna mnie podsłuchujesz?

– Dopiero co przechodziłam. Wydawało mi się, że mówisz do mnie. Wszystko w porządku? Wyglądasz nie najlepiej – zmartwiła się.

– To tylko papierowa robota daje się we znaki. Wkurza mnie to cholerstwo. Pierwszy raz… Zresztą nieważne. Jak było na koncercie? – to pytanie zaskoczyło nawet jego samego. Nie miał w zwyczaju zaczynać koleżeńskiej pogawędki.

– Nie przeglądasz Internetu? Nie oglądasz telewizji? Trąbią o tym cały dzień.

– Jakoś mi umknęło – stwierdził chłodno i udał, że wraca do lektury raportu.

– Katastrofa. Samego koncertu było może piętnaście minut. Potem wyszły jakieś problemy techniczne i wszystko przerwali. Media spekulują, że Mnich zasłabł, albo niedomaga psychicznie. Niektórzy węszą nawet spisek masoński przeciwko niemu. Dobrze, że nie padało, bo jakbym zmokła to byłaby już całkowita…

– Czyli się nie udało. Przykro mi. Wiem już więcej, niż chciałem się dowiedzieć – przerwał jej żywiołową wypowiedź w momencie, gdy zaczynała się rozkręcać.

– A jak Twoja sprawa z bezgłowym motocyklistą? – zapytała lekko urażona.

– Tak ją teraz nazywamy? – nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmieszku.

 

 ***

 

– Bardzo proszę. Oto Pański wizytorek. Proszę go nosić przypięty gdzieś na widoku – starsza pani z portierni podała z uśmiechem Janowi plakietkę z numerem „05” i logo Instytutu. – Pan profesor przyjdzie za chwilę.

Brański odpowiedział jedynie grymasem mogącym sugerować chłodne podziękowanie. Cofną się kilka kroków w kierunku sofy stojącej obok małego stolika z folderami reklamowymi Instytutu. Przystanął, gdy natrafił wzrokiem na jedno z wielu luster, mających zwiększyć optycznie przestrzeń pomieszczenia i nadać mu elegancki wygląd holu. Skrzywił się mimowolnie, patrząc na własne odbicie. Ubrano go w biały, bawełniany fartuch przewidziany najwidoczniej na gościa o grubszej posturze toteż wisiał na nim nieelegancko. Prześwitujący czepek chroniący włosy, tego samego koloru co płaszcz dodatkowo nadawał całej postaci komiczny wygląd.

– „Jeszcze tylko gumowy nos i klaun gotowy” – pomyślał, przypinając wizytorek do fartucha na wysokości piersi.

– Pan komisarz Brański? – zapytał starszy głos.

– Zgadza się. Pan profesor Witalij Tshabanov?

– Tak. Bardzo mi miło – powiedział niski naukowiec, ściskając podaną rękę.

Witalij Tshabanow wyglądał zupełnie tak, jak spodziewał się Jan. Starszy pan w wieku około sześćdziesięciu paru lat. Zmarszczone czoło. Krótko ścięta fryzura starająca się odwrócić uwagę od niekompletnego owłosienia na głowie. Szare oczy chowające się za grubymi soczewkami okularów. Byli ubrani tak samo. Widocznie przepisy dotyczące ubioru w placówce obowiązywały wszystkich po równo.

– Bardzo mi przykro z powodu śmierci Profesora Langiela. Wiem, że był Pana przełożonym. Jednak muszę zadać kilka pytań.

– Nie tylko przełożonym, ale i mentorem. Nic nie szkodzi. Rozumiem, że to Pańska praca. Zapraszam do mojego gabinetu. Nie będziemy przecież rozmawiać w holu.

 Przez całą drogę Brański notował w pamięci pierwsze spostrzeżenia dotyczące głównego podejrzanego. Wypowiadał się bezbarwnie, neutralnie, tak jakby rzeczowość zawodu naukowca odbiła się na jego charakterze. Flegmatyczny uczony niedbale sunął przez korytarz i w milczeniu prowadził policjanta do swojego zacisza. Brański Przypomniał sobie portret Bronisława Langiela wiszący w jego domu i relacje z jego życia opowiedzianą przez jego żonę. Ci dwaj naukowcy nie pasowali do siebie. Nic dziwnego, że się nie zaprzyjaźnili. Być może dogadywali się na płaszczyźnie zawodowej, ale prywatnie raczej nie chodzili razem na piwo. Ciekawym był również fakt, że nie dało się wyczuć w jego mowie charakterystycznego dla obcokrajowca akcentu.

– Wspominał Pan, że Langiel był dla Pana kimś w rodzaju mentora – zagadnął Jan, kiedy już rozgościł się w fotelu naprzeciwko Witalija.

– Tak. To on zainteresował mnie Cerebryczną Komunikacją Sferyczną, czym zajmowaliśmy się razem w instytucie. Temu tematowi zawdzięczam tytuł profesora. Profesor Langiel nauczył mnie wszystkiego, co wiedział, ale na całym świecie nikt nie dorównywał mu w tym polu. Dla wielu uczonych, także dla mnie, jest ojcem tej dziedziny Neurobiologii.

– To prawda, że teraz to Pan przejmie jego stanowisko?

– Teraz rozumiem naturę naszej rozmowy. Jestem w pewnym sensie podejrzany – stwierdził w swój flegmatyczny sposób profesor. Nie było w tym stwierdzeniu żadnej złowrogiej nuty ani też irytacji. Po prostu stwierdził fakt. – Tak. Teraz będę szefem projektu CKS, ale proszę mi wierzyć, nie jest mi to na rękę.

– Dlaczego? Nie kuszą Pana większe pieniądze i sława naukowa?

– Z naszej dwójki to Bronisław był celebrytą. To on umiał rozmawiać z przedstawicielami władzy i Kościoła. Mnie cieszy to, co posiadam teraz i nie mam tak zwanego „parcia na szkło” – to mówiąc, zapadł się w swoim fotelu i nostalgicznie rozejrzał po półkach z woluminami naukowych rozpraw, które wypełniały niemal całą przestrzeń gabinetu.

– Macie problem z Kościołem?

– Tak. To oczywiście naturalne w pracy naukowej z takimi jak naszymi rozterkami natury etycznej.

– Natury etycznej? – zainteresował się komisarz.

– Zaraz Panu wytłumaczę, ale nie obejdzie się bez prezentacji. Proszę za mną – Tshabanov wstał z i zadziwiającą jak na niego werwą oraz malującą się na twarzy pewnością siebie poprowadził komisarza przez długi korytarz przedzielony dziesiątkami drzwi chronionymi kluczem dostępu. Podążający za profesorem Brański czuł się jak student który zaraz będzie uczestniczył w wykładzie.

Dotarli do windy. Profesor nacisnął przycisk ostatniego piętra.

– Za chwilę zobaczy Pan coś niezwykłego. Można by powiedzieć, że epokowego. Nie wielu ludzi może oglądać nasze odkrycie na własne oczy, a proszę mi wierzyć, to nie to samo co patrzenie się na fotografie w gazecie naukowej.

Drzwi windy otworzyły się i wyszli na korytarz.

– To tutaj – powiedział Tshabanov, wskazując na drzwi naprzeciwko. – Urządziliśmy pokój prezentacji zaraz przy windzie, aby goście nie chodzili po najważniejszym piętrze Instytutu.

Nacisnął klamkę i weszli do pokoju.

Pomieszczenie było bardzo prosto urządzone. Wnętrze pomalowane na biało i dobrze oświetlone sprawiało wrażenie sterylności. Dwa rzędy krzeseł zostały ustawione naprzeciwko dużego okna zasłoniętego roletą.

– Niech Pan usiądzie – polecił Witalij, po czym podszedł do okna i podniósł zasłonę.

Oczom Brańskiego ukazała się przestronna sala zagracona przeróżnymi sprzętami i regałami ze zwiniętymi przewodami na półkach. W centralnej części znajdowała się jakby ścianka zbudowana ze szklanych, sześciennych zbiorników wypełnionych żółto zielonym płynem, w którym zatopione były kule oplecione setkami cienkich przewodów. Akwaria były ułożone jedno na drugim w trzech rzędach po trzy sztuki, ale obok stało jeszcze jedno puste, przy którym majstrowało coś dwóch techników.

– To, co Pan widzi to tak zwana Matryca Cerebryczna. Służy do monitorowania komunikacji znajdujących się wewnątrz sfer jednostek. Proszę zwrócić uwagę na miejsce, gdzie dochodzi przewód zbiorczy z Matrycy – wskazał ręką na ogromną szafę sterowniczą, z której wychodził stalowy ogon połączony z tylną częścią ściany zbiorników. – Wewnątrz trzymamy systemy multiplekserów, które przekazują dane do naszego komputera. Swoją drogą największego w naszym kraju – powiedział z uśmiechem profesor Witalij. – Ale to nie ten komputer jest naszą dumą. Niech sobie Pan wyobrazi urządzenie tysiące razy mocniejsze od największego komputera na świecie, którego nie będzie już trzeba z mozołem programować. Wystarczy zadać pytanie. To jest właśnie cel projektu Cerberycznej Komunikacji Sferycznej. Dobrze się Pan czuje? Zbladł Pan trochę – zapytał zmartwiony, gdy zauważył malujący się na twarzy policjanta niepokój.

Brański poczuł się dziwnie już po kilku minutach od wejścia do pokoju prezentacji. Wszechogarniające poczucie bycia obserwowanym nasilało się z każdą minutą. Nie było to jednak uczucie, które czasem towarzyszy człowiekowi samotnie przechodzącemu ciemną uliczką. Nie musiał odwracać się za siebie i szukać śledzących go oczu. Raczej jak świadomość bycia obserwowanym od wnętrza własnej głowy. Ktoś oglądał ruchy mięśni obracających gałki oczne, wpatrywał się w analizę sytuacji zachodzącą w umyśle policjanta, ledwo zauważalnie nasuwał na myśl wnioski.

– Odczucie, które teraz Pana martwi i niepokoi to wynik oddziaływania rotacyjnego pola elektromagnetycznego generowanego przez Matrycę. Można się do tego przyzwyczaić. Nie stwierdziliśmy szkodliwości takiego otoczenia na zdrowie ludzi tu pracujących.

– Czym są te jednostki znajdujące się w zbiornikach? – zapytał, ignorując wyjaśnienia naukowca.

– To są… to są ludzkie mózgi – odpowiedział po chwili wahania. – Oczywiście w projekcie wzięli udział tylko ochotnicy. Wymogiem była dobrowolność i całkowita świadomość charakteru eksperymentu. Weźmy na przykład tą dziesiątą, na razie jeszcze pustą Komorę Cerberyczną. Domyśla się Pan, kto będzie kolejnym dawcą-ochotnikiem? Właśnie! Nasz profesor Bronisław Langiel – dokończył, widząc przebłysk na twarzy Brańskiego.

– Sugeruje Pan, że Profesor po to właśnie popełnił samobójstwo? Żeby oddać mózg do własnego projektu badawczego?

– A myśli Pan, że dlaczego wybrał taki, a nie inny rodzaj śmierci? Dlaczego karetka przyjechała, zanim kierowca ciężarówki zdążył zgłosić wypadek? Dlaczego policja nie dostała dostępu do ciała? Od paru dni utrzymujemy mózg profesora w stanie na pograniczu biologicznej śmierci i czekamy na zakończenie przygotowania komory. Wszystko musi się odbyć niezwykle szybko, dlatego Bronisław zadbał o wszystkie sprawy natury prawnej jeszcze przed śmiercią. Zgodnie z jego ostatnią wolą jego mózg zostanie zainstalowany do Matrycy Cerberycznej.

Jan wstał z wrażenia. Pierwszy raz miał do czynienia z czymś podobnym. Trzeba jednak przyznać, że mimo wszystko cała sprawa ułożyła się w całość. Był motyw. Na pewno zostanie potwierdzony przez prawników. Policja była tu potrzebna tylko do załatwienia spraw formalnych.

– „Tylko dlaczego wkopali w to właśnie mnie?” – Brański próbował sobie odpowiedzieć na to pytanie przez całą drogę powrotną na komendę.

 

***

– No to jak stoisz z tą sprawą Janku? – ponowiła pytanie zniecierpliwiona blondynka ze stosem dokumentów.

– Dobrze – rzucił niechlujnie wyrwany z zamyślenia, po czym powrócił do pisania raportu.

 

***

 

W luksusowym apartamencie hotelu Solaris unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy. Mnich czytał przy stole książkę i próbował rozluźnić się po kiepsko przespanej nocy. Usiłował sobie poukładać w głowie „spotkanie” z Panem Muzyką. Tak właśnie nazwał sobie to niewyjaśnione zjawisko, które przerwało mu ostatni koncert. Muzyczna alegoria bardzo mu tutaj pasowała. Nagle na stole zaczął wściekle wibrować niedawno odłożony telefon komórkowy.

– Michałku… Powiedz mi, że się upiłeś i robisz sobie jaja ze starego przyjaciela – odezwał się głos w telefonie. – Właśnie dostałem wiadomość i zwaliła mnie z nóg.

– To było na poważnie. Załatw to jakoś. Wierzę w Ciebie. Mówię Ci ostatecznie i nieodwołalnie: przerywamy trasę. – powiedział Mnich ze spokojem.

– Co Ci odjebało?! – rykną do słuchawki rozwścieczony menadżer muzyka. – Mówiłeś, że tylko chwilowo się źle poczułeś. A może Oni wszyscy mają rację – kontynuował z ironią. – Gazeciarze się nie pomylili i Tobie naprawdę pokręciło się we łbie. Wiem! Wpadnę do Ciebie za chwilę, wezmę lekarza, zapisze Ci jakieś kropelki i wszystko znowu będzie git.

– Nie będzie. Potrzebuję wolnego.

– Zdajesz sobie sprawę, ile kasy stracisz? Ile JA stracę? Pomyśl tylko o moich głodujących dzieciach.

– Ziemek, Ty nie masz dzieci – powiedział pobłażliwie Michał. Zaczynał dostrzegać słabnące nerwy menadżera.

– Ale mógłbym mieć.

– Podobno jesteś gejem.

– I co z tego? – krzyknął udawanym, oskarżycielskim tonem Ziemowit.

– Jakoś przeżyjesz. Zresztą ogarniemy to jakoś. Wrócę za parę tygodni. Media podsycą atmosferę tajemniczości. Odstawimy jakieś klimatyczne show i wszyscy pomyślą, że tak miało być. Nie muszę Ci przecież tłumaczyć, jak się takie rzeczy robi, bo sam jesteś najlepszy w te klocki.

– Dobra, ale będziesz mi musiał wynagrodzić moje zszargane nerwy.

– Zgoda, a teraz zmykaj do roboty.

– Pierdol się. Nienawidzę Cię – pożegnał Mnicha w swoim wulgarnym stylu.

– Ja Ciebie też. Pa pa.

Odetchnął z ulgą. Trochę się bał ostrzejszej reakcji menadżera. A tu tylko tyle. Chyba Ziemowit naprawdę zaczął się trochę martwić o swoją zaprzyjaźnioną kurę znoszącą złote jajka. Sporo się razem dorobili przez dekadę kariery Mnicha. To prawda, że Michał był niezwykłym talentem, ale bez pomocy Ziemka na każdym etapie nie udałoby się dojść do obecnej sławy.

Wyszedł na taras i wyciągnął niebieską paczkę papierosów z kieszeni szlafroka. W pudełku zostały jeszcze trzy sztuki.

– „Dziesięć lat niepalenia jak krew w piach!” – pomyślał osiemnasty raz w ciągu ostatniej doby i włożył papierosa do ust.

Paląc, wpatrywał się w brudną panoramę milionowego miasta, popijał kawą dym tytoniowy i rozmyślał o planie kolejnego kontaktu z Panem Muzyką. Bał się tej „rozmowy”, ale jeszcze bardziej obawiał się tego, że to naprawdę może być początek jakiegoś szaleństwa.

– Raz kozie śmierć. Grajmy – powiedział na głos, wydmuchując szarą chmurę dymu.

Podszedł do stolika. Wyłączył telefon. Pozamykał okna. Wypił ostatni łyk kawy, po czym zbliżył się do swojej maty otoczonej przenośnym zestawem do treningu składającym się z dwóch djembe, gitary akustycznej i elektrycznej. Wszystkie instrumenty były poobklejane niewielkimi automatami, których częścią wspólną był hełm sterujący. Nałożył na głowę kask z włosopodobnymi przewodami i próbował się wyciszyć, oddychając głęboko.

Pierwsze delikatne dźwięki muzyki granej na gitarze akustycznej wydobyły się po około kwadransie.

 

***

 

Serdeczne powitanie.

– Witaj. Kimkolwiek jesteś.

Zachęta do zadawania pytań.

– Dlaczego Cię czuję? Dlaczego stało się to właśnie wtedy?

Wrażenie przypadkowości. Siła umysłu.

– Więc nie jestem żadnego rodzaju wybrańcem… Skąd mam wiedzieć, że nie zwariowałem?

 Mętna wizja przyszłości.

– Nic z tego nie rozumiem! Czego ode mnie chcesz?

Powtórna wizja przyszłości. Poczucie zagrożenia.

– Co to ma ze mną wspólnego?

Wyobrażenie świata. Utopijna obietnica. Zachęta do zjednoczenia.

– Czy to w ogóle jest możliwe?

Potwierdzenie.

***

– Siadaj – oschłe zaproszenie powitało Brańskiego już na progu gabinetu komendanta.

Komendant Dominik Błończyk przecierał właśnie zmęczone całodziennym noszeniem okularów oczy. Jak na sześćdziesiąt pięć lat trzymał się całkiem nieźle. Tylko wychudzona postura oraz niemal kompletnie posiwiałe włosy zdradzały stres czterdziestoletniej służby w policji.  

– Co jest? – zapytał zmęczonym głosem Jan.

– Czytałem Twój raport ze śledztwa. Kiedy skończymy?

– Nie wiem. Dużo rzeczy mi tutaj nie gra.

– Na moje oko możemy zamykać sprawę. Co Ty jeszcze chcesz wyjaśniać? – niecierpliwił się komendant.

– Daj mi jeszcze kilka dni. Mam przeczucie, że jest w tej sprawie drugie dno. – odpowiedział tajemniczo Brański.

– Nie ma mowy! Dzwonili dzisiaj z kancelarii Zdrojewicza. Na jutro chcą mieć szczegółowe informacje. Będę musiał im coś dać. Gadałeś jeszcze z kimś oprócz wdowy i tego profesora z instytutu?

– Tak. Ani znajomi profesora z otoczenia Neurobiologów, ani córka Langiela nie wnoszą niczego nowego do sprawy. Wiesz, że kiedy prześlesz raport do Prezydenta, to sprawa powędruje wyżej i stracimy nad tym kontrolę? – zapytał retorycznie.

– Wydaje mi się, że nad tą sprawą nie powinniśmy się pochylać my tylko jakieś autorytety moralne i prawne. Postaram się ich przetrzymać do popołudnia, żebyś mógł znaleźć to swoje drugie dno, ale potem maszyna rusza.

– Dzięki za nic – powiedział Brański, wstając z krzesła. – Wiesz… ja bym ich wszystkich pozamykał. Tych szaleńców z Instytutu Neurobiologii.

 – Mi też się to wszystko nie podoba, ale świat idzie do przodu. Może za kilka lat dzięki podobnym eksperymentom na naszym mózgach ludzie przestaną umierać na raka. Jedź do domu. Odpocznij. Może jutro coś wymyślisz.

– Mów co chcesz, ale ja swój mózg zamierzam zabrać ze sobą do grobu.

– Z resztą, kto by go chciał dotykać! – zawołał komendant za wychodzącym z gabinetu Jankiem.

W Brańskim wzbierały nerwy. Nie podobały mu się nowatorskie badania tęgich głów z Instytutu. Muszą przecież istnieć jakieś zasady. Rozumiał przeszczepy narządów dla ratowania życia, ale przeszczepy narządów do maszyn to już przesada. Bał się takiego świata rodem z tanich powieści science fiction, gdzie ciemny lud wykonuje polecenia wszechwiedzących sztucznych inteligencji. „Wystarczy zadać pytanie” jak mówił Tshabanov. To utopia, a Jan Brański nie wierzył w utopie. Za dużo naoglądał się prozy życia, żeby wierzyć w czyste intencje elity narodu kierujących moralnie niepewnymi projektami. Dodatkowo było jeszcze to dręczące go uczucie, jakby ktoś dotknął brudną ręką jakiś intymnych myśli w jego głowie. Uczucie, którego nie mógł się pozbyć od czasu kiedy wszedł na najwyższe piętro Instytutu Neurobiologii. Ze złości miał ochotę coś zrobić. Byle co, żeby tylko przeszkodzić Langielowi w realizacji jego pośmiertnych planów. To prawda, że jako policjant nie mógł nic na to poradzić, ale Jan nauczył się nie zawsze kierować kodeksem policyjnym.

– „Co by było, gdyby znalazł się jakiś donos oskarżający procedurę przeniesienia mózgu Langiela do Matrycy Cerberycznej albo ujawniający ukryte intencje Tshabanova względem Bronisława? Być może byłyby podstawy do opóźnienia działań Instytutu. Ile może wytrzymać taki mózg? Tydzień? Dwa? Byłby to do prawdy uśmiech losu” – Myślał, wracając samochodem do domu na obrzeżach miasta.

Jan Brański nie miał nadziei na żadne uśmiechy losu. Ufał za to własnemu instynktowi i umiejętnościom.

Kiedy dojechał do domu miał już zarys planu w głowie. Wysiadł z samochodu i pokierował się w stronę zaniedbanego budynku ogrodzonego rozpadającym się płotem. Zaskrzypiał furtką i wszedł na posesję. Usłyszał szmer dobiegający za jego plecami, ale zanim zdążył zareagować, padł nieprzytomny na ziemię rażony kamieniem w głowę. Zakrwawiony głaz wielkości pięści potoczył się metr dalej w nieskoszony trawnik.

W okolicy nikt nie przechodził. Żaden pies nie zaczął szczekać. Nie przycichły odgłosy imprezy dochodzące z domu po przeciwnej stronie ulicy. Postać ubrana w luźny, szary dres i sportowe buty wyszła dokładnie tak, jak weszła – przez dziurę w ogrodzeniu prowadzącą na ścieżkę obok wysokiego żywopłotu otaczającego dom sąsiadów.

– „Wszystko dokładnie tak jak przewidział Pan Muzyka” – pomyślał biegacz, zakładając słuchawki i wtopił się w krajobraz wieczornej ulicy rodzinnego osiedla.

 

***

 

Hałas silnika motoru ucichł jak przecięty nożem.

Świat zawirował i spowiła mnie głucha ciemność. Dryfowałem jak sparaliżowany, tracąc poczucie kierunku i poziomu. Poczułem, jak moje ciało napęczniało tak, że nie mogłem już stwierdzić, gdzie jest ręka a gdzie noga. Zacząłem wypełniać przestrzeń jak dmuchany balon. Nie wiem, ile to trwało. Były chwile, kiedy mogłem przysiąc, że trwa to dłużej niż całe moje życie.

Nagle dostrzegłem w oddali jasny punkt.

I stało się światło – pomyślałem.

 Było w nim coś znajomego. Momentami zbliżał się w moim kierunku, by zaraz cofnąć się miliardy kilometrów ode mnie. Migająca gwiazda hipnotyzowała mnie i ciekawiła. Wpatrzony w blask powoli odzyskiwałem poczucie ciała. Wracałem do dawnej, człowieczej postaci. Przynajmniej tak mi się zdawało.

Chwilę potem stałem na czymś twardym. Jakby idealnie płaskim i gładkim bruku.

Poszedłem w stronę jasności.

Mijały minuty, godziny, dni i lata, a ja ciągle szedłem. Punkt systematyczne rósł w moich oczach. Widocznie też godził się na to spotkanie.

Koniec tunelu? Pociąg? Przeszło mi przez myśl i wygiąłem usta w ironicznym uśmiechu.

Przynajmniej tak mi się zdawało.

W końcu doszedłem do miejsca, gdzie mogłem już ocenić odległość i wielkość jasnego obiektu. Był w kształcie prostokąta wyciętego w ciemności.

Drzwi – zrozumiałem.

Przeszedłem przez portal oddzielający jasność od ciemności, dzień od nocy. Uderzenie jaskrawego blasku oślepiło mnie bolesnym ukłuciem biegnącym przez moje oczodoły i sięgającym aż do centrum mózgu.

Przynajmniej tak mi się zdawało.

Kiedy odzyskałem wzrok, zobaczyłem scenę, która wydawała się niezwykle znajoma.

Siedzieli przy okrągłym stole i patrzyli na mnie przyjaźnie, uśmiechając się. Widziałem twarze, które pamiętałem z instytutowego prosektorium i kilku fotografii. Teraz ci ludzie siedzieli jak najbardziej żywi i naturalni.

Francis Borg jako najwyższy stopniem i najstarszy przy stole wskazał zapraszającym gestem krzesło. Mógłbym przysiąc, że go wcześniej tam nie było.

Kim jesteście? – zapytałem zebranych przy stole.

Jesteśmy Legion. Tak właśnie nas nazwano – odpowiedzieli chórem.

W jednej chwili wróciła mi pamięć, która do tej pory była jak przymrożona lodem wewnątrz mojej czaszki. Przypomniałem sobie, po co tutaj jestem i jak się tu znalazłem. Zebrałem się w sobie, wytężyłem myśli i napiąłem wszystkie mięśnie mojego ciała.

Przynajmniej tak mi się zdawało.

Skupiłem myśli na stole. Przestrzeń wygięła się jak w krzywym zwierciadle i blat zmienił swój kształt na owalny, tak że znajdowałem się w najwyższym jego punkcie.

Usiadłem już rozluźniony i pewny siebie.

Jesteśmy Legion. Tak właśnie nas nazwałem – stwierdziłem.

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć.

To moje pierwsze opowiadanie.

Będę wdzięczny za każdą opinię.

Jest jakiś pomysł, nawet ciekawy.

Początek trochę się ciągnął – IMO, podajesz za dużo niepotrzebnych szczegółów – że się odwrócił, że wstał z fotela. Ani to do fabuły nic nie wnosi, ani o bohaterze nic nie mówi.

Nie wyjaśniasz, dlaczego profesor tak zaskoczył rodzinę. W Instytucie wszyscy wiedzieli, karetka pewnie jechała za motocyklem, a żona nic. Powiedziałby kobicie, że jest nieuleczalnie chory i miałaby mniej zgryzot. Kto kupuje cholernie drogie bilety na koncert już po planowanym samobójstwie?

Nie rozumiem, dlaczego właściwie policjant dostał w łeb. Przecież atak na niego raczej przeszkodziłby prowadzonej sprawie, dopiero po nim gliny zyskałyby możliwości działania.

Efekt psuje wykonanie. Sporo różnych usterek; interpunkcja kuleje, zwłaszcza w okolicy wołaczy, z rzadka literówki, czasem coś w gramatyce się posypie. 

– Szef Cię woła

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą.

Głowę znaleziono 14 metrów od miejsca zderzenia.

Liczby w beletrystyce raczej słownie, a już w dialogach obowiązkowo.

sześciennych zbiorników wypełnionych żółto zielonym płynem

Jeśli to był płyn w jednym kolorze, ni to żółtym, ni to zielonym, to żółtozielony.

Weźmy na przykład tą dziesiątą,

Tę. Niby obcokrajowiec, ale mówi bez akcentu, więc już niech to robi poprawnie.

Usłyszał szmer dobiegający za jego plecami,

Jeśli dobiegał, to zza pleców.

Babska logika rządzi!

Czytałam z zaciekawieniem, bo opowiadanie zapowiadało się interesująco i takie właściwie było przez cały czas, jednak zakończenie bardzo mnie rozczarowało. Odniosłam wrażenie, że brakło Ci konceptu na jakieś sensowne zamknięcie sprawy i uznałeś, że jeśli wyłączysz z niej policjanta, to wszystko domknie się samo. Przykro mi, ale taki finał, zupełnie mnie nie satysfakcjonuje, albowiem nie daje odpowiedzi na mnożące się pytania, niczego nie wyjaśnia.

Obawiam się, że chyba nie do końca pojęłam istotę prac prowadzonych w Instytucie.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia i, co również zauważam z przykrością, dość skutecznie utrudniało mi lekturę.

 

Hałas sil­ni­ka ko­ją­co tłu­mił myśli ja­dą­ce­mu na mo­to­rze męż­czyź­nie.Hałas sil­ni­ka ko­ją­co tłu­mił myśli ja­dą­ce­go na mo­to­rze męż­czyź­nie.  

 

Wszyst­ko było już za­pla­no­wa­ne. Nie było od­wro­tu. – Powtórzenie.

 

Nawet w jego wy­obraź­ni nie zna­lazł miej­sca na inny roz­wój wy­pad­ków.Nawet w swojej wy­obraź­ni

 

Po­dą­ża­jąc w kie­run­ku samo de­struk­cji… – Po­dą­ża­jąc w kie­run­ku samode­struk­cji

 

zgrzyt stru­ny za­ci­ska­ją­cej się na szyi mo­to­cy­kli­sty. Prze­cię­ła mię­śnie i od­dzie­la­jąc głowę od resz­ty ciała… – Struna może przeciąć kręgosłup?

 

Gwar roz­mów mie­szał się z sze­le­stem prze­wra­ca­nych do­ku­men­tów. – Raczej: Gwar roz­mów mie­szał się z sze­le­stem przeglądanych/ wertowanych do­ku­men­tów.

 

Gdzie­nie­gdzie wa­la­ły się stosy po­li­cyj­nych no­ta­tek i akt. Za jedną z nich sie­dział… – Piszesz o stosach, a te są rodzaju męskiego, więc: Za jednym z nich sie­dział

 

– Szef Cię woła – po­wie­dzia­ła… – – Szef cię woła – po­wie­dzia­ła

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

po czym wstał i po­kie­ro­wał się do po­ko­ju szefa. – A może: …po czym wstał i udał się do po­ko­ju szefa.

 

– Co znowu? – wszedł bez pu­ka­nia.– Co znowu? – Wszedł bez pu­ka­nia.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Sądzę, że przydatny może okazać się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Sia­daj – po­wie­dział chudy ko­men­dant, wska­zu­jąc na krze­sło.Sia­daj – po­wie­dział chudy ko­men­dant, wska­zu­jąc krze­sło.

 

Dużo byłeś w ga­ze­tach i lu­dziom wy­da­je się, że je­steś dobry.Dużo było cię w ga­ze­tach…

 

Cie­szy­ły go efek­ty jego pracy.Cie­szy­ły go efek­ty własnej pracy.

 

Zna­le­zio­no go wczo­raj mar­twe­go na dro­dze kra­jo­wej 10 ki­lo­me­trów za mia­stem.Zna­le­zio­no go wczo­raj, mar­twe­go, na dro­dze kra­jo­wej, dziesięć ki­lo­me­trów za mia­stem.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Zde­rze­nie wy­rzu­ci­ło go z mo­to­ru, za­ci­ska­jąc linkę. Głowę zna­le­zio­no 14 me­trów od miej­sca zde­rze­nia. – Powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Głowę zna­le­zio­no czternaście me­trów od miej­sca wypadku.

 

Cho­ciaż sta­ru­szek, bo pra­wie sie­dem­dzie­siąt lat… – Prawie siedemdziesiąt lat, to jeszcze nie staruszek.

 

Dom był bar­dzo bo­ga­to i wy­god­nie wy­stro­jo­ny.Dom był bar­dzo bo­ga­to i wy­god­nie urządzony.

 

Mó­wi­ła Pani, że ma jesz­cze ja­kieś po­dej­rze­nia?Mó­wi­ła pani, że ma jesz­cze ja­kieś po­dej­rze­nia?

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

a na ścia­nie wi­sia­ły zdję­cia człon­ków ro­dzi­ny. – Skąd policjant wiedział, czyje zdjęcia wisiały na ścianach?

 

Dla­te­go chcia­łam, żeby Piotr za­an­ga­żo­wał w  spra­wę wła­śnie Pana. – … spra­wę wła­śnie pana.

 

– Niech Pan jesz­cze chwi­le za­cze­ka.– Niech pan jesz­cze chwi­lę za­cze­ka.

 

Wi­dząc roz­po­go­dzo­ną twarz Pani Lidii, cięż­ko było od­mó­wić.Wi­dząc roz­po­go­dzo­ną twarz pani Lidii, trudno było od­mó­wić.

 

kor­po­ra­cje zwią­za­ne z in­sty­tu­tem Neu­ro­bio­lo­gii. – …kor­po­ra­cje zwią­za­ne z In­sty­tu­tem Neu­ro­bio­lo­gii.

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszym ciągu opowiadania.

 

Był nie­mal pe­wien, że klu­czem do wy­ja­śnie­nia tej spra­wy jest kwe­stia po­dej­rza­nie szyb­kie­go przy­jaz­du ka­ret­ki i za­bra­nia głowy przez praw­ni­ków In­sty­tu­tu. – Czy prawnicy Instytutu przyjechali karetką?

 

Bez trudu wy­pa­trzy­ła ma­cha­ją­cą rękę swo­jej przy­ja­ciół­ki znaj­du­ją­cą się ja­kieś dzie­sięć me­trów przed sobą.Bez trudu wy­pa­trzy­ła ma­cha­ją­cą rękę swo­jej przy­ja­ciół­ki, znaj­du­ją­cej się ja­kieś dzie­sięć me­trów przed nią. Lub: Bez trudu wy­pa­trzy­ła ma­cha­ją­cą ręką swo­ją przy­ja­ciół­kę, znaj­du­ją­cą się ja­kieś dzie­sięć me­trów przed nią.

 

a że nie za bar­dzo lubi ta­kiej mu­zy­ki… – …a że nie za bar­dzo lubi ta­ką mu­zy­kę

 

gdy za­pa­lo­no wszyst­kie świa­tła na sce­nie i wszy­scy usły­sze­li głos kon­fe­ran­sje­ra wzy­wa­ją­ce­go do za­cho­wa­nia spo­ko­ju, bo jak mówił, Mnich chce się przy­go­to­wy­wać w ciszy. Wszy­scy po­słu­cha­li… – Powtórzenia.

 

Bi­le­ty roz­cho­dzi­ły się w pierw­szych go­dzi­nach sprze­da­ży i do­cho­dzi­ły nie­bo­tycz­nych cen na czar­nym rynku. – …osiągały niebotyczne ceny na czar­nym rynku.

 

Fe­no­men ten trwał już od nie­speł­na dzie­się­ciu lat… – Fe­no­men ten trwał już od niemal dzie­się­ciu lat

 

Sam mnich nie mówił nigdy… – Sam Mnich nie mówił nigdy

 

Przy­by­ło mu czar­nych wło­sów–kabli… – Przy­by­ło mu czar­nych wło­sów-kabli

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Spod po­ru­sza­nych ma­ni­pu­la­to­ra­mi smycz­ków, na­ci­ska­nych kla­wi­szy i szar­pa­nych strun wy­do­by­wał się dźwięk. – Jeden dźwięk z tak wielu instrumentów?

 

twarz Mni­cha, która po­zo­sta­wa­ła ka­mien­na mimo tak wielu emo­cji nio­są­cych wła­sną mu­zy­ką. – …emo­cji niesionych wła­sną mu­zy­ką.

 

Uczu­cie mo­men­tu po­mię­dzy de­cy­zją nada­nia kształ­tu myśli, a wy­bra­niu wła­ści­wych wy­ra­żeń i słów… – …wy­bra­niem wła­ści­wych wy­ra­żeń i słów

 

po­my­ślał w kie­run­ku ob­ce­go. – Można myśleć o kimś, ale nie można myśleć w czyimś kierunku.

 

Ra­zi­ło go białe świa­tło re­flek­to­ra oświe­tla­ją­ce­go śro­dek sceny. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Ra­zi­ło go białe świa­tło re­flek­to­ra skierowanego na śro­dek sceny.

 

Zo­ba­czył po­chy­la­ją­cą się nad nim Magdę – jego asy­stent­kę. Zo­ba­czył po­chy­la­ją­cą się nad nim Magdę – swoją asy­stent­kę.

 

za­py­tał zna­jo­my głos z ko­ry­ta­rza. To py­ta­nie tak za­sko­czy­ło Brań­skie­go… – Powtórzenie.

 

to py­ta­nie za­sko­czy­ło nawet jego sa­me­go. Nie miał w zwy­cza­ju za­czy­nać ko­le­żeń­skiej po­ga­węd­ki. – Podejrzewam, że w drugim zdaniu miało być: Nie miał zamiaru za­czy­nać ko­le­żeń­skiej po­ga­węd­ki.

 

Cofną się kilka kro­ków w kie­run­ku sofy… – Cofnął się kilka kro­ków w kie­run­ku sofy

 

– Bar­dzo mi przy­kro z po­wo­du śmier­ci Pro­fe­so­ra Lan­gie­la.– Bar­dzo mi przy­kro z po­wo­du śmier­ci pro­fe­so­ra Lan­gie­la.

Tytuły naukowe zapisujemy małymi literami.

 

Brań­ski Przy­po­mniał sobie por­tret Bro­ni­sła­wa Lan­gie­la wi­szą­cy w jego domu i re­la­cjejego życia opo­wie­dzia­ną przez jego żonę. –  Literówka. Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

To on za­in­te­re­so­wał mnie Ce­re­brycz­ną Ko­mu­ni­ka­cją Sfe­rycz­ną… – Dlaczego przedmiot zainteresowania jest napisany wielkimi literami?

 

Pro­fe­sor Lan­giel na­uczył mnie wszyst­kie­go, co wie­dział, ale na całym świe­cie nikt nie do­rów­ny­wał mu w tym polu.Pro­fe­sor Lan­giel na­uczył mnie wszyst­kie­go, co wie­dział, a na całym świe­cie nikt nie do­rów­ny­wał mu na tym polu/ w tej dziedzinie.

 

Nie wielu ludzi może oglą­dać nasze od­kry­cie… – Niewielu ludzi może oglą­dać nasze od­kry­cie…

 

to nie to samo co pa­trze­nie się na fo­to­gra­fie w ga­ze­cie na­uko­wej. – …to nie to samo, co pa­trze­nie na fo­to­gra­fie w ga­ze­cie na­uko­wej.

 

po­wie­dział Tsha­ba­nov, wska­zu­jąc na drzwi na­prze­ciw­ko. – …po­wie­dział Tsha­ba­nov, wska­zu­jąc drzwi na­prze­ciw­ko.

 

prze­ka­zu­ją dane do na­sze­go kom­pu­te­ra. Swoją drogą naj­więk­sze­go w na­szym kraju – po­wie­dział z uśmie­chem pro­fe­sor Wi­ta­lij. – Ale to nie ten kom­pu­ter jest naszą dumą. – Powtórzenia.

 

Nie stwier­dzi­li­śmy szko­dli­wo­ści ta­kie­go oto­cze­nia na zdro­wie ludzi tu pra­cu­ją­cych.Nie stwier­dzi­li­śmy szko­dli­wo­ści ta­kie­go oto­cze­nia dla zdro­wia ludzi tu pra­cu­ją­cych. Lub: Nie stwier­dzi­li­śmy szko­dli­wego wpływu ta­kie­go oto­cze­nia na zdro­wie ludzi tu pra­cu­ją­cych.

 

– Do­brze – rzu­cił nie­chluj­nie wy­rwa­ny z za­my­śle­nia… – Czy rzucił niechlujnie, czy niechlujnie został wy­rwa­ny z za­my­śle­nia?

 

Tylko wy­chu­dzo­na po­stu­ra… – Postura to wygląd człowieka. Wychudzony może być człowiek, nie jego wygląd.

 

Mi też się to wszyst­ko nie po­do­ba… – Mnie też się to wszyst­ko nie po­do­ba

 

Może za kilka lat dzię­ki po­dob­nym eks­pe­ry­men­tom na na­szym mó­zgach… – Literówka.

 

Z resz­tą, kto by go chciał do­ty­kać!Zresz­tą, kto by go chciał do­ty­k!

 

żeby wie­rzyć w czy­ste in­ten­cje elity na­ro­du kie­ru­ją­cych mo­ral­nie nie­pew­ny­mi pro­jek­ta­mi. – …żeby wie­rzyć w czy­ste in­ten­cje elity na­ro­du, kie­ru­ją­cej mo­ral­nie nie­pew­ny­mi pro­jek­ta­mi.

 

jakby ktoś do­tknął brud­ną ręką jakiś in­tym­nych myśli… – …jakby ktoś do­tknął brud­ną ręką jakichś in­tym­nych myśli

 

Byłby to do praw­dy uśmiech losu” – My­ślał… – Byłby to dopraw­dy uśmiech losu” – my­ślał

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki za wszystkie uwagi.

Sorki za błędy. 

W kwestii fabuły:

  1. Profesor nie wtajemniczał nikogo w swoje plany, bo nie chciał żeby coś się przypadkiem posypało.Nie mogła wiedzieć nawet żona. Bilety to tylko zmyłka.  Sam wezwał karetkę, kiedy wyjeżdżał na drogę. Powiedział prawnikom co i kiedy mają zrobić. Musieli zachować tajemnicę. Rosjanin sam sobie wszystko pozbierał do kupy już po fakcie.
  2. Policjant mógł popsuć cały plan profesora jakimś fałszywym dowodem lub donosem, dlatego musiał zostać wyłączony. To co mu się stało nie przeszkadza sprawie, bo dla komendanta sprawa jest już wyjaśniona. Każdy podejrzewałby raczej jakiegoś zbira z którym ten policjant już wcześniej zadarł.
  3. Instytut pracował nad łączeniem ludzkich mózgów, w celu zbudowania superkomputera. Przez przypadek powstał świadomy twór z paranormalnymi zdolnościami. Zauważył to profesor i chciał to tego tworu wejść, bo to właśnie on wszystko zaprojektował i wiedział, że może przejąć całą kontrolę nad Legionem.

Rozumiem, że zakończenie może nie satysfakcjonować, ale takie właśnie chciałem, żeby wyglądało. Chodziło mi o to, żeby przedstawić powstanie takiej fantastycznej inteligencji, która nie zawaha się usunąć żadnej przeszkody na swojej drodze. W zamierzeniu zakończenie miało być otwarte.

Jest pomysł, z postu powyżej widzę, że nawet przemyślany, ale niestety nie został w stu procentach pokazany w tekście. Scenki pełne były zbytecznych detali, czasem miałem wrażenie, że w ogóle nie były potrzebne (jak ta z Zosią i Kasią na koncercie – dla mnie nic nie wniosła). Przycięcie podniosłoby walory tekstu.

Niestety, bardzo nieprawdopodobnie brzmi praca policji w opowiadaniu. Po pierwsze, jeśli interesują się czymś władze centralne, to sprawa powinna trafić do ABW, CBŚ, prokuratury krajowej albo czegoś jeszcze innego – a nie do nawet sławnego, ale zwykłego gliniarza z komendy rejonowej [a może on był z komendy głównej? Nawet jeśli, wątpliwe by dostał taką sprawę]. Po drugie, pracowałby raczej zespół, a nie policjant sztuk jeden. Po trzecie, wizyta policjanta u wdowy wyszła dla mnie komicznie – na upartego prezent w postaci drogich i rzadkich biletów można by potraktować jako próbę przekupstwa. Jakby to ktoś z prasy wywęszył… Po czwarte, jakoś średnio mi się widzi fakt, że nagle naukowiec wyjawia tajne dane badawcze policjantowi tak kompletnie bez oporu – no, ale jestem w stanie tutaj przyjąć, że Janek miał sporą charyzmę :)

Podsumowując: jest tutaj fajny pomysł, ale wykonania nie domaga na tyle, by go przekazać w atrakcyjnej formie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za opinię NoWhereMan.

To prawda, że nie mam wielkiej wiedzy o działaniu policji, ale z tego co się orientowałem (mały internetowy i filmowy research) to taka sprawa mogłaby trafić do zwykłego oficera policji. Na pewno nie do żadnego z wymienionych przez Ciebie organów. Pamiętajmy przecież, że z perspektywy policjantów to było tylko dziwne samobójstwo, a to że sprawa była roztrząsywana, wynikało ze znajomości wdowy, a później z przeczucia głównego bohatera.

Naukowiec nie wyjawiał tajnych danych badawczych tylko zaprezentował wynalazek instytutu w pokoju, który do tego służył. To czym zajmował się instytut nie było tajne (jawne zainteresowanie kościoła problemami moralnymi wynalazku).

Nie wiem czy wspomniałeś o komizmie (zamierzonym zresztą) sceny u wdowy w kategorii wady. Wydaje Ci się, że nie pasuje?

Pomysłu nie chciałem pokazywać w stu procentach w tekście, żeby nie wykładać wszystkiego jak na tacy. Wydaje mi się, że wszystkie wyjaśnienia można znaleźć w treści. Oczywiście nie wszystkie są napisane wprost.

To prawda, że nie mam wielkiej wiedzy o działaniu policji, ale z tego co się orientowałem (mały internetowy i filmowy research) to taka sprawa mogłaby trafić do zwykłego oficera policji. Na pewno nie do żadnego z wymienionych przez Ciebie organów. Pamiętajmy przecież, że z perspektywy policjantów to było tylko dziwne samobójstwo, a to że sprawa była roztrząsywana, wynikało ze znajomości wdowy, a później z przeczucia głównego bohatera.

Widzisz, część mojej rodziny związana jest ze środowiskami prawnymi oraz pośrednio śledczymi. I jeśli gdzieś miesza się prezydent, minister albo inna szycha powiązana z władzą centralną, to na bank masz prokuraturę, która dyszy nad uchem policjantów (zawsze grupy, nigdy pojedynczego). Jeśli sprawa dotyczyłaby ważnego wynalazku takiego jak tutaj, jest wielka szansa, że z rąk policji przeszłoby do ABW albo CBŚ. To, czy śledczy uważają to za zwykły wypadek, samobójstwo, czy czort wie co, nie ma z tym nic wspólnego. Spójrz choćby na sprawę śmierci ojca obecnego ministra sprawiedliwości – świetny przykład, gdy władza centralna miesza się i nie chce zaakceptować wyników śledztwa.

Naukowiec nie wyjawiał tajnych danych badawczych tylko zaprezentował wynalazek instytutu w pokoju, który do tego służył. To czym zajmował się instytut nie było tajne (jawne zainteresowanie kościoła problemami moralnymi wynalazku).

Okej, ma sens.

Nie wiem czy wspomniałeś o komizmie (zamierzonym zresztą) sceny u wdowy w kategorii wady. Wydaje Ci się, że nie pasuje?

Komiczność tej sceny łamie moje zawieszenie niewiary i masakruje poczucie realizmu tego fragmentu opowieści. Nie pasuje do realistycznego obrazu, jaki budujesz. Ale to moja subiektywna opinia, więc nie musisz się tym przejmować ;) Drogie bilety to trochę co innego – może to zostać potraktowane jako próba przekupstwa oficera policji. Wdowa w konsternacji może to zaoferować, ale Janek powinien odmówić. Inaczej biada mu, jeśliby to wyszło i ktoś postanowiłby podłożyć mu świnię. Sędziowie z mojej rodziny mieli kilka podobnie brzmiących spraw do tego – choć nie dotyczyły policji, ale urzędników miejskich. I jak sprawa wyszła na jaw, to prokuratura postanowiła zrobić burzę w szklance wody. Podejrzewam, że w przypadku policjanta, który może mieć wrogów na wyższych stanowiskach, mogłoby to się zakończyć gorzej.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jeśli sprawa dotyczyłaby ważnego wynalazku takiego jak tutaj, jest wielka szansa, że z rąk policji przeszłoby do ABW albo CBŚ.Jeśli sprawa dotyczyłaby ważnego wynalazku takiego jak tutaj, jest wielka szansa, że z rąk policji przeszłoby do ABW albo CBŚ.

Ja nie kwestionuję tego, że sprawa nie zakończyłaby się na policji. W tekście jest przecież wspomniane, że główny bohater martwi się, że sprawa powędruje “wyżej” i może nie być właściwie potraktowana. Wydawało mi się, że na samym początku zbieraniem zeznań światków i rozmową z rodziną, oraz współpracownikami zajął by się taki oficer. 

Spójrz choćby na sprawę śmierci ojca obecnego ministra sprawiedliwości – świetny przykład, gdy władza centralna miesza się i nie chce zaakceptować wyników śledztwa.

Może się nie bardzo orientuję w sytuacji politycznej, ale nie słyszałem, żeby prokuratura zawsze patrzyła na ręce jakiemuś prezydentowi miasta (w sytuacji kiedy władza w państwie jest z tej samej opcji politycznej oczywiście ;))

Drogie bilety to trochę co innego – może to zostać potraktowane jako próba przekupstwa oficera policji.

Tu masz rację. Nie pomyślałem o tym. Z drugiej jednak strony, postać Janka jest przedstawiona w taki sposób, że nie zawsze trzyma się kodeksu, a jednak w dalszym ciągu pracuje i odnosi sukcesy. Nawet jeśli zostałby za to ukarany, to karma nie dosięgnęłaby go od razu :).

Wiadomo, że opinie na temat fabuły fikcji literackiej zawsze będą subiektywne. Niemniej jednak dzięki za poświęcony czas.

 

Może się nie bardzo orientuję w sytuacji politycznej, ale nie słyszałem, żeby prokuratura zawsze patrzyła na ręce jakiemuś prezydentowi miasta (w sytuacji kiedy władza w państwie jest z tej samej opcji politycznej oczywiście ;))

Ja słyszałem, zwłaszcza, gdy prezydent jest z innej frakcji w partii (albo ma innego protektora) niż rządzące partyjna wierchuszka ;) Znajomy członek młodzieżówki z jednej z partii powiedział mi kiedyś otwarcie: “Wrogów to się ma tylko we własnej partii. Nigdy tej drugiej”.

Reszta, jak wiadomo, subiektywnie ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

po czym wstał i pokierował się do pokoju ← skierował, pokierować to raczej kogoś

 

Ciekawe(+,) co?

 

– Bronisław bardzo Pana podziwiał. Jeszcze zanim wyszła ta Pańska sprawa z gangiem. (+–)Lidia stanęła obok Brańskiego i ze smutkiem wlepiła wzrok w obraz. ← w dialogu nie używamy dużych liter Pan/Pani, to tylko w listach

 

zapalono wszystkie światła na scenie i wszyscy usłyszeli głos konferansjera

 

Sam mnich nie mówił nigdy, skąd dokładnie pochodził, ale ludzie, z którymi zaczynał i którzy znali go z czasów studenckich(+,) dzielili się czasem ciekawostkami z życia artysty.

 

w ekrany rozstawione po obu stronach sceny(+,) pokazujące postać muzyka.

 

łączyły tajemnicze przetworniki z portem jednostki sterującej(+,) umieszczonej za jego plecami.

 

która pozostawała kamienna mimo tak wielu emocji niosących własną muzyką. ← coś tu nie gra. Emocji niesionych muzyką?

 

Raz był mężczyzną(+,) raz kobietą.

 

zmieniających się uczuć(+,) pobudzanych przez delikatne dźwięki muzyki.

 

– Łatwa robota. Powinienem się kurewsko cieszyć – pomyślał Janek na głos.

– Co świętujemy? – zapytał znajomy głos z korytarza.

 

Ubrano go w biały, bawełniany fartuch przewidziany najwidoczniej na gościa o grubszej posturze(+,) toteż wisiał na nim nieelegancko. Prześwitujący czepek chroniący włosy tego samego koloru co płaszcz dodatkowo nadawał całej postaci komiczny wygląd. ← wiadomo, co chroni czepek, a z wstawką o włosach zdanie jest chaotyczne i było ze źle wstawionym przecinkiem

 

Proszę za mną(+.) – Tshabanov wstał

 

Nie wielu ludzi ← niewielu

 

żółto zielonym płynem ← żółtozielonym 

 

jego mózg zostanie zainstalowany do Matrycy Cerberycznej. ← zainstalowany w, nie do?

 

No to jak stoisz z tą sprawą(+,) Janku?

 

– Co Ci odjebało?! – rykną do słuchawki rozwścieczony menadżer muzyka. – Mówiłeś, że tylko chwilowo się źle poczułeś. A może Oni wszyscy mają rację – kontynuował z ironią. – Gazeciarze się nie pomylili i Tobie naprawdę pokręciło się we łbie. Wiem! Wpadnę do Ciebie za chwilę, wezmę lekarza, zapisze Ci jakieś kropelki i wszystko znowu będzie git. ← duża litera Ci, Ciebie itp. zbędna

 

padł nieprzytomny na ziemię(+,) rażony kamieniem w głowę. ← nie wiem, ci kamień może razić

 

 

Dobra, były tu ciekawe elementy – muzyka, matryca, mózgi, jakieś filozoficzno-etyczne rozkminy. Ale nie podobał mi się główny bohater, nijaki i butny, drażniący generalnie, nie kupuję rodzaju samobójstwa – mózg jest cenny, a gość wybiera sobie drastyczny rodzaj śmierci, który może rozwalić mu łeb – i nie kupuję tego, że policjant od razu nie zapuszkował drugiego profesorka za coś takiego. Nie istnieją obecnie zapisy prawne regulujące taki sprawy, a jeśli istnieją w twoim opowiadaniu, powinieneś o nich wspomnieć. Zachachmęcenie głowy z miejsca wypadku?! Za to mnóstwo ludzi poszłoby siedzieć.

Zakończenie jakby z innego opowiadania. Zastanów się jeszcze nad poprowadzeniem akcji ;>

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Dzięki za uwagi c21h23no5.enazet.

nie kupuję rodzaju samobójstwa – mózg jest cenny, a gość wybiera sobie drastyczny rodzaj śmierci, który może rozwalić mu łeb

Masz rację. Zdaje się, że zapomniałem napisać, że profesor na motorze miał kask, ale wziąłem to jako domyślne wyposażenie motocyklisty. Te kaski są całkiem mocne. Myślę, że przy dobrze dobranej prędkości jest to możliwe. 

i nie kupuję tego, że policjant od razu nie zapuszkował drugiego profesorka za coś takiego.

Za co niby miałby być zapuszkowany ten drugi profesor?

Nie istnieją obecnie zapisy prawne regulujące taki sprawy, a jeśli istnieją w twoim opowiadaniu, powinieneś o nich wspomnieć.

Chodzi ci o przeznaczenie ciała na cele naukowe?

Zakończenie jakby z innego opowiadania

Co przez to rozumiesz? 

 

Mówię o tym, że pomoc w samobójstwie jest karalna, zwłaszcza jeśli czerpie się z tego korzyści. Dochodzi korupcja (przekabacenie służb) i najróżniejsze paskudne sprawy. Nie na tym polega oddanie ciała do celów naukowych.

A co do zakończenia, to nagłe przejście od twardej narracji do ezoteryki, w tak niesugerującym finału momencie, zupełnie nie zamknęło mi spraw ani nic nie wyjaśniło ;<

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nowa Fantastyka
Patronujemy