- Opowiadanie: joler0 - Apetyt na wieczność

Apetyt na wieczność

Krótki tekst rozwijający pewną myśl. Więcej nie zdradzę, wybaczcie ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Bellatrix, Finkla, Użytkownicy II

Oceny

Apetyt na wieczność

Karmazynowe paznokcie na białej pościeli przypominały krople krwi.

Leżała nieruchomo. Inaczej niż wtedy, gdy zmógł ją trud całego dnia, i inaczej niż wtedy, gdy próbowała wsłuchać się w akordy fortepianowe ulubionych artystów, a przeszkadzanie jej było najgorszym przestępstwem.

Kasztanowe włosy rozlały się strugami po poduszce, jak rdzawy zaciek.

Twarz miała spokojną. Jednak zazwyczaj spokojowi jej twarzy towarzyszyły subtelne ruchy mięśni, zdradzające skrywane emocje, które po chwili powagi uwalniała i płakała, śmiała się lub wzdychała. Uwielbiał obserwować jej twarz.

Rzęsy zwarły się, zamykając jej powieki w potężnym uścisku.

Pamiętał, kiedy tańczyła. Łapała go za ręce i wymyślała własne kroki, muzyki słyszanej tylko przez nią, gdzieś w głębi głowy. Uwielbiał tak tańczyć z nią w ramionach, naprzeciw zdziwionemu światu.

Skóra przybrała nienaturalnie chłodny kolor, upodabniając ją do lodowej rzeźby.

Nachylił się nad jej czołem i musnął je ustami. Pachniała inaczej. Nie było już kwiatowego aromatu, niesionego płynną nutą wraz z ciepłym brzoskwiniowym zapachem jej włosów. Zapach był inny. Odległy i obcy.

Wbite igły miały nie zostawić śladu, on jednak dostrzegał drobne punkty w miejscach, w których nigdy ich nie było, a znał każde znamię i bliznę na jej ciele. Nad okiem miała pamiątkę po ojcu, przeciwko któremu stanęła, gdy bił jej matkę, a na lewym udzie ślad po ogrodzeniu wokół domu dziecka.

 

Aparatura pracowała dyskretnie.

Rzędy diod nieśpiesznie wznosiły się wzdłuż wskaźników, następnie opadały i gasły. Wentylatory wewnątrz blaszanych obudów szumiały jak chłodny zimowy wiatr. Myślał o tym, co stanie się z jego życiem, gdy…

Lekarz wszedł i przywitał się, nie odrywał wzroku od kartek papieru trzymanych w ręce. Po chwili podszedł do panelu tuż przy skaczących wskaźnikach i odłożył plik dokumentów, na których widniał szereg podpisów i parafek. Każda informacja musiała być potwierdzona, każda decyzja uwierzytelniona podpisem najbliższej osoby – męża. A ten od razu rozpoznał swoje pismo. Pamiętał, że z każdą kartką jego dłoń kreśliła inne łuki i szlaczki. Z początku były proste i wyważone, stawiane automatycznie z precyzją kształtowaną całe lata, jednak gdy kolejne kartki przynosiły trudniejsze kwestie, pismo stawało się niepewne, rozwleczone, zupełnie jakby jego umysł pracował inaczej. Zupełnie jakby pisała to inna osoba.

 Ktoś przemówił.

Słowa lekarza nie przebiły się przez tarczę cichego szumu i miarowego dźwięku sprężanego powietrza w urządzeniu podtrzymującym życie. Dzięki nim ciało jego żony nie umierało. Metabolizm wszedł na jałowe obroty, byle zachować minimum funkcji organów.

Padło pytanie. Spojrzał na lekarza i nieznacznie kiwnął głową.

Już czas.

Spojrzał na nią. Dotknął dłonią jej skóry, ale przeszył go dreszcz. Wycofał się.

Dłoń lekarza zawisła nad niewielkim przyciskiem konsoli aparatury medycznej. W końcu, po niezliczonej ilości milisekund opadła. Wszystko ucichło.

A potem…

…gwar rozbudzonych wentylatorów rozszarpał jego myśli na strzępy. Diody wzlatywały i opadały z szybkością tłoków silnika. Wykres pracy serca nie przypominał już z rzadka rozsypanych pagórków, teraz piął się ku górze ostrymi szczytami, by opaść wprost w otchłań szaleńczą szarżą. Nie myślał zwalniać.

– Pańska żona obudzi się za kilka minut – powiedział biały kitel, gdzieś z końca zakresu jego wzroku.

Lodowe ciało tajało. Promieniujący od niego chłód malał z każdym rytmem serca pracującego w tempie jednego uderzenia na sekundę.

– Najważniejsze są pierwsze tygodnie. W tym czasie musi pan przekazać jej jak najwięcej informacji o państwa dawnym życiu. Jej mózg będzie jak magnes, przyciągnie wszystko, co tylko pan mu podłoży. Proszę więc zachować ostrożność. Gdyby zaszły jakiekolwiek komplikacje, proszę kontaktować się z nami. Klon objęty jest dożywotnią gwarancją.

Wszystko to już wiedział.

Na chwilę oderwał wzrok od ciała żony. Lekarza już nie było. W klinice nazywali to „najintymniejszą z chwil”.

Otworzyła oczy. Spojrzał w nie. Ona spojrzała w jego.

Nie rozpoznał niczego w płytkim spojrzeniu pustego umysłu.

Koniec

Komentarze

Tematyka dość często poruszana, ale całkiem sprawnie napisałeś swoją scenkę.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Scenka napisana bardzo przyjemnie i zgrabnie, udało się też uchwycić napięcie chwili. Bolało mnie tylko używanie określenia “żona”, skoro wiadomo, że nią nie jest i w pewnym sensie nigdy nie będzie. To jednak kwestia błędu ani nawet estetyczna, a podejścia do tematu.

Tekst pozostawia wiele miejsca na domysły dla czytelnika, i to na plus, ja jednak chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o motywacji bohatera. Dla mnie zupełnie bez sensu jest tworzenie sobie ciała, gdy wiemy, że nigdy nie będzie tą samą osobą i poczytanie czegoś z drugiej strony byłoby ciekawe.

Ogólnie tekst na plus, scenka do przemyślenia dla czytelnika.

Sprawnie napisane, myślałam, że żonę będą odłączać bo jest w śpiączce, a tu – zaskoczenie. Ładne ostatnie zdanie, dające do myślenia. Może scenka nie jest jakoś bardzo odkrywcza, ale mi się podobała.

Też zaliczyłam zaskoczenie. Ciekawa scenka.

A dożywotnia gwarancja dotyczy życia organizmu czy zamawiającego?

Dlaczego ma blizny? Odtworzyli chirurgicznie?

Babska logika rządzi!

Napisane sprawnie, choć słowo “obudów” burzy tę subtelną poetykę tekstu. Jest chyba prawidłowe, ale ja bym go raczej nie używał. :/

Sam tekst to klimatyczna, choć prosta scenka niosąca nieznaczne zaskoczenie w postaci zakończenia. Ja również najpierw pomyślałem, że odłączą, a później że była w śpiączce farmakologicznej, ale… wtedy nie dałoby się przecież przywrócić funkcji życiowych przyciskiem.

Zaskoczenie trochę mnie jednak zawodzi. Pomysł raczej z tych wtórnych.

 

Jak na wprawkę jest jednak naprawdę nieźle. Powodzenia w dalszych próbach.

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Ja odniosłem wrażenie, że blizny nie mają nic wspólnego z jej wybudzeniem. Raczej z życiem, które prowadziła – w końcu każdy człowiek ma jakieś blizny smiley

Napisane zgrabnie – też na początku uznałem, że chodzi o budzenie ze śpiączki.

Ciekawa lektura, dziękuję.

Właściwie mogę w całości podpisać się pod opinią Hrabiego. Niezła wprawka, opisy przypadły mi do gustu, zakończenie nieznacznie zaskoczyło. Jednak koniec końców większych do większych przemyśleń nie pobudziło. Ot, ciekawy tekst an teraz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dobrze poprowadziłeś historię, efekt zaskoczenia osiągnięty. Nie poruszyło mnie do głębi, może to kwestia czterech tysiącach znaków, scenka ciekawa.

Rzeczywiście oklepany temat, ale co tam. Piękne pierwsze zdanie.

Obudów – no cóż, są takie rzeczy w języku polskim,  których lepiej nie używać przy tworzeniu dzieła literackiego:)

Ślad po ogrodzeniu – zbyt duży skrót myślowy. Lepiej to dookreślić. Ślad po pokonywaniu ogrodzenia, biegnącego wokół… takie tam:)

Ogólnie spoks, ale można by krócej.

 

Aha i może lepiej – akordy fortepianowe ulubionych pianistów. Artysta to trochę zbyt szeroko.

Eeee, bez przesady – z pianistami byłoby powtórzenie. Raczej wiadomo, że jeśli ktoś gra na fortepianie i robi to dobrze, to nie mówimy o reżyserze. ;-)

Babska logika rządzi!

Pomysł wtórny i choć scenka, moim zdaniem, nieco przydługa, czytało się całkiem nieźle.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuje za komentarze i poświęcony czas. Tekst pierwotnie miał być bardziej o miłości w obliczu spraw ostatecznych, jednak w między czasie dopadła mnie myśl, „a co gdyby móc sklonować ukochaną osobę po jej śmierci?” Jak czułaby się druga strona, widząc „zmartwychwstałą” miłość? I czy jest sens rywalizować ze śmiercią? Co do zarzutu odnośnie wtórności pomysłu, chciałem skupić się na konstrukcji scenki, a sam pomysł wydał mi się ciekawy.

Wybór słowa „żona” może i był błędem. „Obudów” – to słowo w szerszym zamyśle miało być pewnym zgrzytem i odnosić się do ciała bez ducha, ale nie dopracowałem tego.

Klinika, z której usług korzystał bohater, szczyci się hasłem „dbałości o każdy szczegół”, stąd klient może zażyczyć sobie odtworzenia blizn i tym podobnych. Ot, marketing ;)

@Michał Pe Dzięki za docenienie pierwszego zdania! Uznałem, że skrót myślowy o bliźnie i ogrodzeniu wokół domu dziecka jest w porządku, łatwo domyślić się, że próbowała go pokonać, co zresztą sugerując rozwinięcie, potwierdziłeś ;)

@Finkla Gwarancja dotyczyć ma klonu, a blizny to raczej efekt pracy chirurga :)

 

Hmmm. Czyli klony nie chorują? Nawet na choroby genetycznie uwarunkowane? Kiepskich ma prawników ta firma… Chyba że tam jeszcze drobny druczek jest. ;-)

Babska logika rządzi!

Wydaje mi się, że manipulowanie materiałem genetycznym przed klonowaniem, w celu usunięcia tego typu defektów,  to usługa dość standardowa ;) Co do chorób nabytych w trakcie “użytkowania”klonu, to już kwestia zawiła i nacechowana wieloma warunkami i obostrzeniami ;) 

Ładne.

Głównie dzięki końcówce (ostatnie zdanie, ale też i to o “najintymniejszej z chwil”.)

Początek za to, jak dla mnie, niebezpiecznie ciążył w kierunku kiczu. A zdaniem “Rzęsy zwarły się, zamykając jej powieki w potężnym uścisku” przekroczył jego granice ;)

Gdzieś tam jeszcze przeszkadzały powtórzenia pachniały/zapach/zapach.

Pomysł z “obudów” dobry, ale faktycznie nie zagrał – nie to słowo lub nie ten przypadek. Może “skryte w blaszanych obudowach”?

Lubię taką tematykę i nie będę narzekał, jeśli jeszcze kiedyś coś podobnego napiszesz.

@cobolt Dzięki za opinię. Faktycznie, co do wyboru kluczowych słów będę już ostrożniejszy.

Kicz to ostre określenie, ale cieszę się, że niektórym w opowiadaniu podoba się pierwsze zdanie, innym ostatnie. Głowiłem się nad nimi najwięcej. Najwidoczniej mogę poszczycić się zaspokojeniem różnych gustów ;)

Finkla, a Woody Allen grający na klarnecie:)

 

Poza tym fortepian/pianista – te wyrazy mają ten sam trzon, ale zestawienie ich w jednym zdaniu nie należy moim zdaniem do grona spektakularnych porażek na wojnie z powtórzeniami:)

Ale czy Woody naprawdę jest taki dobry z klarnetem? Nie znam się, nie wiem.

No, mnie by trochę przeszkadzało takie połączenie. Ale chyba zawsze można zastąpić pianistę wirtuozem? Jeśli to naprawdę konieczne.

Babska logika rządzi!

Podobna gra na tyle dobrze, że ma miejsce w bandzie bez względu na zasługi na polu kinematografii:)

Artysta/pianista/wirtuoz, w sumie spór czysto akademicki.

Nowa Fantastyka
Patronujemy