- Opowiadanie: Finkla - Pisać odpowiedzialnie

Pisać odpowiedzialnie

Opowiadanie ukazało się w “Silmarisie”. Ilustrację wykonała Justyna Lech, za co Jej jeszcze raz dziękuję. :-)

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pisać odpowiedzialnie

Początek katastrofy w żaden sposób nie sugerował jej przyszłych rozmiarów. Zobaczyłem w ogródku kociaka. Stworzonko z całą pewnością nie miało za sobą licznych walk o samicę, terytorium i reputację najgorszego zabijaki. Jeśli jasnoszary czworonóg kiedykolwiek musiał się o coś bić, to o dostęp do maminego sutka. Ale nawet to wydawało się wątpliwe ― wymuskany elegancik sprawiał wrażenie, jakby w swoim krótkim życiu nigdy nie musiał czekać na porcję mleczka dłużej niż trzy miauknięcia. Wyglądał jak uosobienie kociego szczęścia, słodyczy i bezradności. Tego obrazu dopełniała błękitna wstążeczka z ogromną kokardą na karku. Pewnie wymknął się spod czułych rączek dzieciaków z sąsiedztwa. Sądząc po kunszcie węzła na tasiemce ― dziewczęcych. Nie chciało mi się łazić po okolicznych domach i szukać właścicieli puszystej kuleczki. Wolałem poczekać, aż sami się do mnie zgłoszą. Postanowiłem, że jeśli nie pojawią się w ciągu najbliższych dwóch godzin, napomknę o znalezisku pani Jadzi z warzywniaka. Nasza osiedlowa esencja plotkarstwa powinna wiedzieć nie tylko, gdzie maluch mieszka, ale także jak wabi się jego matka, kiedy ostatnio odwiedzał weterynarza i jaką karmę lubi najbardziej.

Na razie sierściuch zajął się dewastacją ogródka. Kiedy już uznał się za niekwestionowanego pogromcę tulipanów, wdrapał się na taras, a potem z miną zwycięzcy wkroczył do domu. Uważnie obadał poduszki na kanapie, wybrał czerwoną, jego zdaniem najgodniejszą, by zostać kocim łożem, i uciął sobie półgodzinną drzemkę. Potem pomaszerował prosto do aneksu kuchennego. Usiadł przy lodówce i popatrzył na mnie znacząco. Poczułem się rozbawiony bezczelnością małego cwaniaka. Oderwałem się od przygotowywania własnej kanapki i zastanowiłem, czym mógłbym poczęstować gościa.

― Chcesz rybę?

― A jaką masz?

Zamurowało mnie. Kiciuś, zapewne sprowokowany moim niezbyt mądrym spojrzeniem, przeszedł do pytań naprowadzających:

― Wędzoną, surową, smażoną?

― OK. Jak na sen jesteś nawet sympatyczny.

― Dlaczego podejrzewasz, że jestem snem? ― Przybrał nieszczęśliwy wyraz pyszczka, nastroszył ogon i fuknął, ostatecznie rozwiewając wątpliwości co do obraźliwości moich podejrzeń.

― Bo koty nie mówią?

― Ja mówię. Takim mnie stworzyłeś. Ojcze.

Tego tylko brakowało! Pamiętam (albo i nie) różne balangi, ale do etapu „ciesz się, że nie szczekasz” nigdy jeszcze nie dotarłem.

― To co z tą rybą? ― zniecierpliwił się czworonóg.

― Makrela. Wędzona. ― Proste pytania, jednoznaczne odpowiedzi. To mnie nie przerastało. Ale musiałem poruszyć i poważniejsze sprawy: ― Jak to: „stworzyłem”?

― Zwyczajnie. Wziąłeś i napisałeś.

Cholera. Dawno temu popełniłem książkę dla dzieci o gadającym kotku, który wielokrotnie wybawiał swoich młodocianych właścicieli z magicznych opresji, a na co dzień wyglądał szaro i niewinnie. Nawet podobnie.

Czyli oszalałem. Z przepracowania? Mało prawdopodobne, ostatnio pisanie szło mi jak krew z nosa. Tak się objawia wypalenie? No dobrze, z wariatami nie należy dyskutować. A z ich zwidami można? Nieważne.

― Gatopulos?!

― No, wreszcie dotarło. Jesteś dostatecznie bystry, aby dostąpić zaszczytu karmienia mnie.

Pomyśleć, że starałem się wykreować przesympatycznego zwierzaka. Jednak natury nie oszukasz…

― To co z tą makrelą? ― Wyciągnąłem rybę z lodówki, oderwałem spory kawałek, zademonstrowałem.

― Niech będzie.

― Trzymaj. ― Podsunąłem kociakowi smakołyk pod nos. ― Smaczne…

― A miseczka?! Oczekujesz, że będę jadł z podłogi? Jak zwierzę?!

Westchnąłem, sięgnąłem po talerzyk.

― Usiądziesz przy stole?

Prychnął z pogardą, bezdenną jak dziura budżetowa w czasie kryzysu. Postawiłem naczynie na kafelkach. O sztućce już wolałem nie pytać.

 

 

***

 

Następny dzień zaczął się od rozwiania moich nadziei, że tylko nawdychałem się jakiegoś świństwa, wrogowie podrzucili LSD do żarcia albo ubzdryngoliłem się dwoma poobiednimi piwami. Niestety… Obudziło mnie wściekłe miauczenie, przeplatane delikatnymi ― wszak pisałem dla dzieci ― ale mimo wszystko obelgami.

― Wstawaj, leniu! Już dzień! No, ruszże się, śpiochu!

― Porąbało cię, cholerny futrzaku?! Jeszcze nie ma siódmej! Siódmej rano!

― No właśnie. Rano. Życzę sobie wyjść do ogrodu. Musisz mnie wypuścić. Koniec wylegiwania, obiboku!

Niechętnie otworzyłem drugie oko, spojrzałem na źródło obrzydliwych dźwięków. Bez zmian. Nawet niebieska kokarda zdobiąca produkt mojej wyobraźni się nie pogniotła.

 

Omal nie zszedłem na zawał, kiedy, jakieś pół godziny później, wracałem ze świeżymi bułeczkami.

― Mama! Mama! ― usłyszałem zza żywopłotu. ― A wies, ze kotek pana sąsiada mówi?

Zdrętwiałem.

― Och, naprawdę, kochanie? A co ci powiedział?

― Ze mam ślicne buciki!

― To bardzo miło z jego strony. Pożegnaj się z kotkiem i biegniemy do przedszkola.

Bogowie wszystkich egzotycznych ludów! Chciałem wam serdecznie podziękować za fantazje dzieciaków i zmęczenie oraz pośpiech rodziców, którym nie chce się wnikać, co legło u podstaw niesamowitej opowieści.

Z pewnym trudem przełamałem bezwład i pognałem tłumaczyć głupiemu sierściuchowi, ilu ludzi z przyjemnością dokonałoby sekcji gadającego czworonoga.

 

***

 

Kilka kolejnych dni spędziłem głównie na badaniu granic własnego obłędu. Smarkula rozmawiała z kotkiem, ale to żaden dowód ― jeśli zwariowałem, to dialog sąsiadek mógł stanowić kolejny omam.

Pocieszało mnie, że halucynacje trzymały się mojego domu. Na ile mogłem się zorientować, w pozostałych miejscach widziałem mniej więcej to samo, co inni. I żadnych zjawisk bardziej osobliwych niż obiad proszony z delegacją obcokrajowców, którzy pożarli makaron do rosołu na sucho, przed wniesieniem wazy z zupą.

Nie wymyśliłem żadnego satysfakcjonującego sposobu na sprawdzenie, czy futrzak jest prawdziwy, czy urojony. Bydlak nie chciał kooperować i mówić mi rzeczy, których ja sam wiedzieć nie mogłem, ale które dałoby się sprawdzić później. Wkurzał mnie coraz bardziej.

 

***

 

A w następną środę, z samego rana, zobaczyłem w salonie kolejną niespodziankę. Nauczony doświadczeniem z kociakiem, natychmiast skojarzyłem blaszany korpus i rozpoznałem lekko humanoidalnego bohatera mojej drugiej książki ― robota. Wspaniały, wielofunkcyjny, energooszczędny… Od ideału dzieliła go tylko jedna drobniutka wada: usterka w obwodach, która powodowała, że wszystkie polecenia wykonywał na opak. Został główną postacią moralizatorskiej ramoty mającej na celu w miarę bezbolesne wciągnięcie małolatów w świat logiki. Wystarczył mi prościutki test, żeby się upewnić:

― Robocie, opuść lewe ramię o dziesięć centymetrów.

Prawa stopa powędrowała w górę. O jakieś ćwierć metra. Wszystko jasne.

 

***

 

Koegzystencja z robotem okazała się całkiem sympatyczna. Wystarczyło pamiętać, żeby wydawać zakazy zamiast poleceń. „Nie umyj podłogi”, „nie przygotuj faszerowanego kurczaka na dziewiętnastą”, „nie napraw pralki”… Czysta przyjemność i żadnych problemów ― w końcu to ja stworzyłem wadliwego blaszaka i znałem wszystkie jego zagrania. Dodatkowej radości dostarczał sierściuch, który nie potrafił wepchnąć do małego łebka informacji, że ktokolwiek może nie wykonywać kocich poleceń błyskawicznie i w podskokach. A ja jakoś nie spieszyłem z tłumaczeniami. Nigdy nie twierdziłem, że nie bywam złośliwy.

― Robocie, przysuń mi bliżej miseczkę ze śmietanką.

Fiuuuu! Naczynko, po zakreśleniu zgrabnego łuku, wylądowało na trawniku. W życiu nie podejrzewałem, że obiekt o tak kiepskich właściwościach aerodynamicznych może szybować na tak imponujące odległości. Biała smuga wyraźnie wskazywała trasę latającego talerza.

― No nie, coś ty narobił?! Teraz przynieś mi drugą porcję śmietanki, kupo złomu!

― Tak, robocie ― gorliwie symulowałem pomoc. ― Daj Gatopulosowi pozostałą śmietankę i czasem nie ścieraj tych plam z podłogi. Obawiam się, że mamy już niewiele smakołyku, i futrzak może mieć ochotę na tę resztkę.

Widzieliście kiedyś rozzłoszczonego kota w pośpiechu zlizującego ulubiony nabiał ze źdźbeł trawy? Niezapomniane przeżycie!

 

***

 

Po trzech dniach kiciuś zorientował się, jak wymusić oczekiwany skutek na uszkodzonym automacie i rozrywka się skończyła. Za to zwierzak obraził się na mnie za brak wyjaśnień.

Przekonałem się, że urojenia mają swoje dobre strony. Mój dom jeszcze nigdy nie lśnił taką nieskazitelną czystością. Blaszak wypucował wszystko. Żałowałem, że nie mogę posłać go do ogrodu. Potrafiłby pielić, podlewać czy nawet zbierać mszyce, ale ― sąsiedzi. Oczywiście, mógłbym im wmówić, że właśnie testuję prototypowy egzemplarz. Ludzie łykną każdą bzdurę. Tylko ta hetera spod ósemki kazałaby mężowi natychmiast zdobyć jeszcze nowszy i lepszy model. Nie chciałem podkładać elektronicznej świni biednemu pantoflarzowi. A i plotek absolutnie nie potrzebowałem. Jeśli moja hipoteza była prawdziwa, to od przyszłej środy przybędzie mi kolejny dziwaczny mieszkaniec. A może dwóch?

 

***

 

Jednak dwóch: Tom i Ralf. Kosmonauci, prosto z kart powieści dla nastolatków. Houston, mamy problem. Niejeden. Przede wszystkim, aby utrafić w gusta młodocianych czytelników, obdarzyłem bohaterów charakterkami typowymi dla licealistów. Testosteron tryskał im uszami, chłopcy potrafili pokłócić się i obrazić o wszystko, od kolejności korzystania z łazienki zaczynając, na odrobinkę nierównych porcjach lodów kończąc. Pilot do telewizora utrzymał się w roli kości niezgody przez niecałe czterdzieści osiem godzin, a potem rozpadł na kawałki. Co gorsza, astronautów rozpierała energia i mieli serdecznie dosyć zamknięcia w ciasnej rakiecie oraz własnego towarzystwa.

Niestety, szybko przekonaliśmy się, że skafandrów kosmicznych nie da się zdjąć (co wobec powyższego Tom i Ralf robili w łazience? Wolałem nie wnikać). Hełmy ― owszem ― na krótko. Po dwóch godzinach „odrastały”. No, nie opisałem swoim astronautom żadnych innych ubranek, więc tylko kombinezonami dysponowali. Powinienem się tego domyślić już przy nieustannie perfekcyjnej wstążeczce Gatopulosa…

Z jednej strony ― zapas tlenu w plecakach też się odnawiał, więc przynajmniej nie musiałem pilnie szukać znajomych nurków i dopytywać się, skąd biorą butle. Z drugiej ― te same plecaki skutecznie uniemożliwiały ukrycie nietypowych strojów pod płaszczami. Że o wielkich baniach znienacka pojawiających się na głowach nie wspomnę. W efekcie nie mogłem wypuścić kosmonautów z domu.

Gdyby to wszystko działo się w Kalifornii ― nie byłoby problemu. Mogliby pójść na plażę, zabierając ze sobą robota i gadającego kota, nawet tabloidowi łowcy sensacji by się nie zainteresowali. Ale w Polsce?! Przeklinałem w żywy kamień swoją chęć do mieszkania w małym miasteczku. W metropolii chłopcy wmówiliby przechodniom, że dwie przecznice dalej ktoś kręci film, a oni urwali się na moment z planu. Jeszcze jakiegoś lachona by sobie zbajerowali. A tutaj?! Wśród niespełna sześciu tysięcy wścibskich ludzi płci obojga? Że też zamarzyło mi się mieć ciszę i spokój przy pisaniu!

Nikomu nie życzę utrzymywania pod kluczem dwóch sfrustrowanych nastolatków. Owszem, domowe jedzenie (o ile można tak nazwać potrawy przygotowywane przez robota z fantastycznej przyszłości) nie mogło się równać z jakimś podłym koncentratem z tubki, więc pod tym względem młodzieńcy nie sprawiali kłopotów, ale nie samym żarciem człowiek żyje. Jakoś musiałem swoim gościom zorganizować piętnaście godzin rozrywki dziennie. Pokazałem im gry komputerowe. Błąd. Teraz nie mogłem się dopchać do własnego sprzętu. Całe szczęście, że na laptopie programy bardziej zaawansowane niż pasjans nie chodziły i przynajmniej o to nie musiałem toczyć zaciętych bojów. Wahałem się, czy zdradzać astronautom istnienie Internetu.

A ile ci młodzi ludzie potrafili zjeść! Gotował wprawdzie blaszak, ale przecież nie mogłem posłać go po zakupy. Sam musiałem zwozić do domu tony produktów. A do tego zaczynało robić się ciasno. „Znany pisarz zaduszony przez własne halucynacje!” ― przynajmniej zostałyby po mnie ciekawe tytuły w gazetach. I niewielka sterta książek.

Wykonałem kilka testów. Naprawdę chciałem wiedzieć, czy oszalałem. Z ulgą powitałbym informację, że najzwyczajniej mam zwidy. Przynajmniej przestałbym przejmować się sąsiadami i wygonił Toma z Ralfem na spacer. A na razie zadawałem im pytania o różne rzeczy, które ― jak mi się wydawało ― powinni wiedzieć kosmonauci, a o których ja nie miałem najzieleńszego pojęcia. Domagałem się informacji o odległościach w Układzie Słonecznym. Sam nie wiedziałem nawet, czy powinno się je podawać w milionach, czy w miliardach kilometrów. I, szczerze mówiąc, nie sprawiało mi to dużej różnicy. Chłopcy grzecznie odpowiadali, ustnie lub pisemnie, na długie ciągi pytań. Posługiwali się milami, ale to tym lepiej ― takich danych nawet moja podświadomość nie powinna przechowywać. Później zajrzałem do Wikipedii i wykonałem kilka obliczeń. Wszystko się zgadzało (w ramach rozsądnych zaokrągleń). Czyli albo stwory z moich książek naprawdę zaczęły żyć własnym życiem, albo proces sprawdzania też tylko mi się przywidział. Która wersja? W pozostałych dziedzinach życia omamów nie stwierdziłem…

 

***

 

Do wizyty następnego gościa przygotowałem się staranniej. Już we wtorek wrzuciłem nieco żywności oraz ekwipunku do bagażnika i pojechałem na wybrany kemping na skraju Puszczy Noteckiej. Rozbiłem namiot obok ogrodzenia, w miejscu maksymalnie odległym od sanitariatów, grilla i innych atrakcji. Sezon jeszcze się nie zaczął, więc turystów po okolicy włóczyło się niewielu, ale wolałem zachować ostrożność i z całych sił unikałem zbędnego towarzystwa.

W środę od samego rana czekałem niecierpliwie na księcia Avallaena. Aż do wieczora. I nic. Elf się nie pojawił. Sam nie wiedziałem, co o tym sądzić: cieszyć się, że obłęd ustąpił? Przeprowadzić się, bo może w domu podtruwały mnie jakieś dziwaczne wyziewy? Wprawdzie media nie donosiły o epidemii widziadeł, ale na pewno artyści odznaczali się wyjątkową wrażliwością. Naszym umysłom po prostu nie potrzeba wielu bodźców. Za to wyobraźnia rozwinięta… Jak rolka papieru toaletowego po pobycie w łapkach mojego dwuletniego siostrzeńca.

Następnego dnia wróciłem w pielesze i stanąłem oko w oko z księciem elfów. Czekał na mnie. A żeby mu się zbytnio nie nudziło, zabrał ze sobą najlepszego przyjaciela oraz narzeczoną.

Dziewczyna jak marzenie redaktora naczelnego „Playboya”. W końcu elfka. Mięśnie twarzy zareagowały błyskawicznie i posłały Corydallanie mój najbardziej uwodzicielski uśmiech. Świadomość interweniowała w ostatniej chwili.

Przecież pokładów zazdrości tego bydlaka Avallaena starczyłoby na obdzielenie tuzina Otellów. Przypomniało mi się, co zrobił chłopakowi, który ośmielił się obrazić książęcą narzeczoną. Młodziak umierał przez piętnaście dni, a wykończył go brak snu ― długie życie i bogate doświadczenie księcia czyniły z niego niezgorszego kata. Wraz ze zmiennikiem, który również stał przede mną, dopilnowali, aby dręczona ofiara nie utraciła świadomości nawet na chwilę. Brrr! Że też muszę mieć tak zwyrodniałą wyobraźnię! Zacząłem się zastanawiać, czy kosmonauci jeszcze żyją. Dwóch nastolatków, wyposzczonych po długich miesiącach w rakiecie, a potem tygodniu w moich czterech ścianach, mogli nie zdołać się powstrzymać…

Uroda elfki mocno przybladła, a ja, zamiast wygłosić któryś z tekstów na podryw, oświadczyłem dwornie:

― Możliwość goszczenia w progach mego skromnego domostwa damy, której uroda zainspirowała niezliczonych bardów w wielu królestwach, napełnia moje serce niewysłowioną radością. Z równie wielkim zadowoleniem chciałbym powitać jej dzielnych towarzyszy.

― Zaiste, raczej my winniśmy czuć się zaszczyceni, przez tak zacnego człowieka przyjmowanymi będąc. Sława wasza i wieści o biegłości pióra waszego i do krain tak odległych od głównych traktów jak elfie ziemie, dotarły szparko, niczym na skrzydłach jaskółczych niesione. Szlachetny panie, znacie, jak tuszę, moich kompanów? ― zrewanżował się książę.

― Któż nie rozpoznałby przepięknej Corydallany lub śmiałego Tollemarena? Chyba tylko ślepy. Lecz nie godzi się przyjmować tak znamienitych osób w przedpokoju. ― Z dworskim ukłonem wskazałem na drzwi do salonu. ― Zechciejcie, proszę, spocząć. ― Przeszliśmy wszyscy do bardziej reprezentacyjnego pomieszczenia, a po chwili rozlokowaliśmy się na kanapie i fotelach. ― Czy poznaliście już, pani i panowie, innych moich gości?

― Ach! ― Elf spochmurniał. ― Czyżbyście prawili o tych nieokrzesanych łajdakach, którzy ośmielili się skalać przyrzeczoną mi niewiastę dotykiem swych brudnych łap? Pokarałem ich, nie mieszkając. Aby w niczym nie uchybić powinnościom gościa, własnoręcznie ofiarowałem im na ostrzu sztyletu szybki skon. Nie cierpieli. Wszelako, wielkie było me zdumienie, gdym o świcie obydwu żywymi ujrzał.

Aha. Czyli nie pozbędę się moich zwidów tą drogą. Ucieszyłem się, że nawet nie próbowałem zrealizować swoich mętnych planów utopienia Gatopulosa. Jakoś tak głupio byłoby dawać rybę i patrzeć w oczu komuś, kogo się dzień wcześniej zabiło. Muszę zapamiętać, żeby pod żadnym pozorem nie dotykać tej elfiej zarazy. Nawet ręki nie podawać.

― Azaliż winienem uśmiercić ich ponownie? ― zakończył przemowę spiczastouchy.

― Sądzę, że zostali wystarczająco ukarani. ― Cholera, czy ożyli w tych samych ciałach, czy też mam gdzieś w domu zwłoki dwóch astronautów? A krew? Nieważne, blaszak posprząta. ― Czy później zachowywali się niestosownie wobec wybranki waszego serca?

― Szczęściem, dziś w ogóle nie naprzykrzali się nam swoją obecnością ― wtrącił Tollemaren. ― Obaczywszy nas, zamknęli się w swej komnacie i nie wyściubiają stamtąd nosów.

― Czy mieliście jeszcze jakieś nieprzyjemne przygody z ludźmi?

Niezmiernie ciekawiło mnie, czy wszyscy moi sąsiedzi jeszcze żyją. W końcu za tą niesamowicie ponętną elfką każdy facet by się obejrzał. A olbrzymia większość nie poprzestałaby na patrzeniu, w ogóle nie przejmując się nietypowym kształtem jej uszu. Komu we flircie z uroczą nieznajomą przeszkadzają uszy?

― Nie opuszczaliśmy waszego domostwa ― wyjaśnił książę.

― Nie chciałbym was urazić, szlachetny panie, lecz powietrze w waszych ogrodach nie wonieje rozkosznie ― uzupełnił Tollemaren.

Patrzcie ich, spaliny im śmierdzą! Delikaciki w lesie chowane! Za to policja jeszcze mnie nie ścigała. Świetnie.

― Postaram się temu zaradzić. Szczerze mówiąc, oczekiwałem moich szlachetnie urodzonych gości na skraju ogromnej puszczy. Zapach tamtejszej atmosfery bardziej przypadłby wam do gustu. A i nikt nie ośmieliłby się zakłócać waszego spokoju. Czemu więc pojawiliście się tutaj?

― Musieliśmy wszak zaistnieć w miejscu naszego przyjścia na świat. Nie lza nam było czynić inaczej.

Interesująca informacja. Nie mogę zabić swoich urojeń, ale mogę przed nimi uciec. Bo elfy, niestety, nie stanowiły kresu moich możliwości. Miało być jeszcze gorzej…

― Nic o tym nie wiedziałem, raczcie wybaczyć, że tak długo kazałem na siebie czekać. ― Avallaen łaskawie skinął głową. ― A czy możecie wobec tego udać się ze mną gdzieś, gdzie zdołacie oddychać z przyjemnością?

― Możemy oddalić się jeno o sto mil ― odrzekł książęcy przyjaciel. ― Krok dalej i zginiemy na zawsze dla tego świata.

Żebym tak jeszcze pamiętał, jaką milę dla nich wymyśliłem. Pewnie tysiąc podwójnych elfich kroków. Długonodzy, skubańcy, ale i tak Puszcza Notecka pozostaje poza ich zasięgiem. Jednak małe miasteczko otoczone lasami ma swoje zalety. Ciekawe, jaki limit mają kosmonauci… Jeśli sto parseków, to tak, jakby go nie było.

― Uprzejmie zapraszam dostojnych gości do mojego… eeee… mojej samobieżnej karocy.

Na szczęście spiczastouchym spodobało się w lesie. Radośnie oznajmili, że tam zostaną i zamieszkają wśród drzew. A niech sobie budują szałasy choćby na czubkach dębów. Byle tylko nikt elfów nie złapał ani nie zobaczył.

 

***

 

W piątek późnym wieczorem przytruchtał Tollemaren. Przytargał ustrzelonego z łuku dzika. Dobre dwie godziny tłumaczyłem dzielnemu myśliwemu, co ludzie sądzą o kłusownictwie. Za nic nie potrafił zrozumieć zawiłości przepisów, ale obiecał ostrożność. Długowieczny naród doskonale wie, jak dbać o zwierzynę. Mam nadzieję, że nie przetrzebią okolicznej fauny.

Nie mam pojęcia, skąd blaszak wytrzasnął przepisy, ale jakoś je zdobył. Udziec smakował całkiem inaczej niż zwyczajna szynka ― ostrzej, intensywniej. Wydawało mi się, że wciąż wyczuwam zapach lasu i wiatru. Oczywiście, jak przystało mięsu stworzenia całymi dniami biegającego w poszukiwaniu pożywienia, nie zawierało ani grama tłuszczu. Pycha! Gatopulos również chwalił, kosmonauci rozpływali się z zachwytu.

No właśnie. Gwiezdni podróżnicy nadal boczą się na elfy. Kiedy tylko usłyszeli głos książęcego przyjaciela, zamknęli się w pokoju gościnnym. Właściwie nie dziwiłem się chłopcom. Gdyby mnie ktoś zabił, pewnie też bym go znielubił. Podobno cios sztyletem w serce bardzo boli.

Wykombinowałem kolejny test dla mojej skołatanej psyche: przez trzy dni nie odwiedzałem sklepów i odżywialiśmy się wyłącznie dziczyzną. Nie czułem głodu ― to by przemawiało za realnością urojeń. Żołądka tak łatwo nie omamisz. Chyba że poszedłem na zakupy, ale o tym nie pamiętałem. Jakby mało prawdopodobne. Wszyscy goście twierdzili, że nie ruszałem się z domu, ale ich akurat trudno uznać za wiarygodnych świadków. Ciągle się wahałem, lecz zaczynałem dopuszczać do siebie nadzieję, że z moim umysłem wszystko w porządku.

 

***

 

Tollemaren często nas odwiedzał, przynosząc a to zajączka, a to kaczuszkę… Podejrzewałem, że książę specjalnie wysyłał młodszego elfa, aby sam mógł pofiglować ze śliczną narzeczoną. Ciekawe, kiedy w okolicznych lasach zaczną brykać malutkie elfiątka. W książce nie wspominałem o długości ciąży, ale skoro lud niezmiernie do nas podobny ― ba! może się z Homo sapiens swobodnie krzyżować! ― to zepewne i okres noszenia dziecka w brzuchu zbliżony. A, co się będę nimi przejmować, w końcu to dorośli nieludzie. Avallaenowi już dawno trzy setki stuknęły…

Skoncentrowałem się na nadchodzącej wizycie następnego gościa, zapewne ostatniego, którego przywitanie zaryzykuję. Bo potem… Ech, nawet myśleć o tym nie chciałem. Ucieknę z domu i tyle. Sto mil? Przyjdzie odwiedzić dalszą rodzinę…

Ale na razie zastanawiałem się, co zrobić z Aglaekiem. Kiedy pracowałem nad książką, filmy o bohaterach zgarniały Oscary, wszyscy chcieli czytać o następcach Conana, więc i ja stworzyłem osiłka z wielkim mieczem, móżdżkiem mniejszym od głowicy ulubionej broni i potrzebami prostymi jak jej klinga. Jutro miał do mnie zawitać. Jak ja sobie poradzę z tym „intelektualistą”? Najważniejsze, żeby robot przygotował mnóstwo żarcia. Może tym uda się obłaskawić przerośniętego tępaka. I zamierzałem poprosić astronautów, żeby się schowali w gościnnym. Lepiej nie stresować mięśniaka.

 

***

 

Zjawił się, a jakże. W salonie. Zaskoczony nagłą zmianą otoczenia, wyszarpnął miecz z pochwy i przyjął bojową postawę, przy okazji zahaczając ostrzem o żyrandol.

― Aglaek, jak sądzę?

― Hę?

― Czyżby to sam słynny Aglaek raczył odwiedzić moje domostwo? ― przetłumaczyłem cierpliwie. No nie, nawet po ludzku nie rozumie, tuman jeden.

― Znasz mnie? ― Wojownik nie tracił czujności.

― Któż nie zna najznamienitszego bohatera wszystkich krain? Spocznij, proszę, i pokrzep swe siły tym oto pożywieniem.

Schował miecz, wyciągnął nóż i zaczął nierówną walkę z dziczyzną. W końcu jednak nieśmiała myśl przedarła się aż do ust:

― W jakimże celu mnie tu sprowadziłeś?

― Jam cię nie wzywał. Zjawiłeś się sam.

― Zatem to magia. Zew przygody! Ha! Jestem gotów! ― Zerwał się, poprawił skąpe odzienie i ruszył w kierunku drzwi.

― Stój! Nie jesteś już w…

Nie słuchał. Pobiegłem za nim, w bezrozumnej nadziei, że zdołam powstrzymać wielkoluda przed wyrządzeniem jakichś nieodwracalnych szkód.

Sąsiadkę zobaczył już z daleka. Na szczęście nie złapał jej za farbowaną koafiurę w celu rzucenia na legowisko, tylko przybrał pozę dumnego bohatera i naprężył przerośnięte mięśnie. Owszem, jego budowie nie mógłbym nic zarzucić, ale obiekt palących spojrzeń pozostał niewzruszony. Osiłek postanowił zmienić taktykę:

― Witaj, piękna! Jam jest Aglaek!

Kobieta wreszcie przestała grzebać w ziemi, spojrzała na mojego gościa.

― Dzień dobry! Bardzo mi przyjemnie! Beata.

Coś takiego! A ja mieszkam obok przez siedem lat i jeszcze nie doczekałem się propozycji przejścia na ty. Czyżby ten wygląd żywcem wzięty z reklamy siłowni działał również na nasze dziewczyny? W sumie… Dlaczego nie? W książce żadna wybawiana z opresji piękność nie mogła mu się oprzeć. Bond w wersji pseudośredniowiecznej dla rozmarzonych nastolatek. Ale nie mogłem pozwolić, żeby Aglaek pokazał głupiej babie, jak wygląda flirt w wykonaniu bohatera.

― Uszanowanie, pani Korczakowska! ― wrzasnąłem, podchodząc do ogrodzenia. ― Pst! To… przyjaciel mojego kuzyna. Ubzdurał sobie, że jest bohaterem. Takim Conanem Barbarzyńcą.

― Trzeba przyznać, że ma predyspozycje… ― Zerknęła na idiotycznie uśmiechniętego olbrzyma.

― Ale sterydy rozwaliły mu mózg do reszty. Niestety, musi zostać u mnie przez kilka dni. Proszę nie…

― Tak pięknej Beacie nie przystoi pokazywać się bez oprawy. Pozwól, że obsypię cię drogimi kamieniami. ― Podszedł do nas, grzebiąc w pokaźnej i dobrze wypchanej sakiewce. ― Najchętniej ujrzałbym cię przyodzianą jedynie w to.

Wręczył sąsiadce sznur dorodnych pereł. No, takiej podrywczej gadki nic nie przebije. Chyba jeszcze żadna kobieta nie strzeliła w pysk palanta obdarzającego ją bajkowym naszyjnikiem. Najwidoczniej drogocenna kolia pęta rączki i zamyka buzię skuteczniej od kajdan i knebla.

Pani Beata stała jak wryta, Aglaek wyglądał, jakby czekał, aż kobieta zacznie realizować jego propozycję.

― Ależ co czynisz, wielki bohaterze? ― interweniowałem. ― Ta piękna pani jest wszak mężatką.

― Czcigodnemu małżonkowi niczego nie ubędzie, jeśli pokażę nadobnej damie, czym jest prawdziwa rozkosz.

― Zamilcz, nieszczęsny! ― Tylko oskarżeń o seksizm mi brakowało. ― Mąż mej sąsiadki para się czarną magią ― szeptałem nerwowo do osiłka. ― Racz poczekać w mej siedzibie, aby cię nie zoczył. Wkrótce opowiem ci o mocach tego maga.

W końcu głąb dał się przekonać; posłał obiektowi żądz łobuzerski uśmiech i wrócił do domu.

― Proszę wybaczyć. Kuzyn nie wspominał, że stan Ag… Agrypina tak się pogorszył. A może to zmiana otoczenia tak zadziałała.

Sąsiadka wyglądała na wstrząśniętą.

― Porażające! Och, chyba powinnam mu oddać te perły? Myśli pan, że są prawdziwe?

― Lepiej ja je wezmę. Naradzę się z krewniakiem, co z tym fantem zrobić. Nie mam pojęcia, nie znam się na biżuterii, ale pewnie podróbka, w najlepszym przypadku hodowane ― łgałem. Z naturalnymi i bezcennymi pani Beacie trudniej byłoby się rozstać. ― Ciekawe, skąd wytrzasnął sznur…

W domu wcisnąłem Aglaekowi pierwszą lepszą bajeczkę o zaklęciu rzuconym przez czarnoksiężnika na połowicę. Miało powodować okropne spustoszenia w organizmie każdego, kto dotknąłby pani Korczakowskiej w niecnych zamiarach. Plastycznie opisałem, co stałoby się z narządem może i niespecjalnie potrzebnym do dokonywania bohaterskich czynów, ale niezbędnym do hmmm… konsumowania nagród często oferowanych herosom. Miałem nadzieję, że przekonałem durnia.

 

***

 

Z przygłupim osiłkiem z trudem, ale jeszcze wytrzymywałem. Bardziej męczyły mnie ponure prognozy na przyszłość. No dlaczego, dlaczego musiałem napisać książkę o smoku? Żebym jeszcze wybrał jakiegoś sympatycznego wierzchowca-telepatę, wegetarianina albo ascetę zadowalającego się jedną owieczką na miesiąc. Ale nie! Wymyśliłem sobie krwiożerczą bestię, przesyconą adrenaliną jak sektor kiboli i równie skłonną do wszczynania awantur. Monstrum o powierzchni skrzydeł porównywalnej do boiska piłkarskiego, w dodatku ― a jakże ― ziejące ogniem. Na domiar złego, lubujące się w ludzinie ― na surowo bądź z lekka podpieczonej. I to coś miało za kilka dni nawiedzić moje na razie spokojne i niczego nieświadome miasteczko.

Mógłbym napuścić bohatera na smoczysko, ale to jedynie odraczało nieuchronną katastrofę ― już wiedziałem, że o świcie przegrany powstałby z martwych. Rozpatrywałem możliwość wycyganienia od kosmonautów blastera i regularnego częstowania potwora poranną porcją antymaterii. Widziałem dwa słabe punkty tego planu: po pierwsze, kiedyś w końcu musiała mi się noga powinąć. Po drugie, sąsiedzi mogliby coś zauważyć, gdyby ulicę przegradzał potężny łuskowaty ogon wystający z posesji „tego pisarza”.

Zastanawiałem się nad ucieczką. Ale, jakoś tak wstyd ― zmykać przed tworami własnej wyobraźni, pozostawiając kobiety i dzieci na ich pastwę. A może to tylko halucynacje? Zdecydowanie wolałem zwariować, niż przyczynić się do wybicia wszystkiego, co żywe, w promieniu stu mil.

 

***

 

Moje rozważania zmieniły się diametralnie dwa dni później. Aglaek zobaczył perły, które odebrałem sąsiadce. Bałwan wyciągnął jakieś niewłaściwe wnioski i z dzikim rykiem rzucił się na mnie, wywijając mieczem. Nieuzbrojony, niewyszkolony ― w walce miałem mniejsze szanse niż bombka w młockarni. Ale ostrze, dosłownie centymetry od mojej skóry, zdematerializowało się. Sam nie wiem, kogo bardziej zaskoczył ten fakt. Bohater przybrał minę jeszcze głupszą niż zazwyczaj. Podejrzewałem jednak, że moja sugerowała niewiele więcej rozumu.

Czyli jednak zwyczajne (no, nie do końca ― ta pisarska wyobraźnia!) zwidy. Byliśmy uratowani! Ja i całe miasteczko. Smok mógł sobie przylatywać choćby jutro.

Jakoś wytłumaczyłem Aglaekowi fakt posiadania kolii, eksponując wredny charakter sąsiada-czarnoksiężnika i strach małżonki. Przekonany o prywatności halucynacji, pozwoliłem kosmonautom i bohaterowi opuszczać posesję po zmroku. Kazałem tylko, w miarę możliwości, unikać ludzi.

Na skutki nie musiałem długo czekać. Już następnego ranka warzywniak zatrząsł się od plotek. Moich astronautów brano za rozmaitych świętych (te baniaki na głowach!), szpiegów, kosmitów, imigrantów różnych nacji, uciekinierów z więzienia, badaczy przeprowadzających dziwaczny eksperyment i diabli wiedzą, kogo jeszcze.

Ale najbardziej kłopotliwy okazał się durnowaty osiłek. Nie, nikt nie miał mu za złe solidnego łomotu spuszczonego trzem podpitym dresiarzom, ostro przystawiającym się do którejś z nastoletnich sąsiadek (no, może nikt poza obitymi, lecz ich akurat o opinię nie proszono). Aglaek raczył zastosować się do moich kategorycznych zakazów i nie wyjął miecza przy ludziach. Właściwie nie musiał ― podobno gołymi pięściami oporządził podrywaczy, aż miło.

Poszło o coś całkiem innego. Sąsiad spod dziewiętnastki nie lubił prowadzać swojego nowofundlanda na smyczy i spuszczał psa przy każdej okazji. A już na łąkach nad rzeczką ― czworonóg obowiązkowo musiał użyć wolności. Pech chciał, że z nabrzeżnych chaszczy wypadł prosto na mięśniaka z mieczem i bohaterskimi instynktami. Przyjacielskie psisko zginęło, zanim zdążyło zaskomleć. A ten średniowieczny idiota przytargał ciało do salonu i zaczął się dopytywać, gdzie może odebrać nagrodę za ubicie potwora!

Miałem szczerą nadzieję, że o świcie pupilek sąsiada ożyje, pogoni Gatopulosa i radośnie wróci do domu. Niestety. Dla pewności poczekałem jeszcze z pół godziny, bo może promienie słoneczne miały kłopoty z przedarciem się przez warstwę chmur, ale nie zaszła żadna zmiana. Przed południem w okolicy wisiały już ogłoszenia ze zdjęciem zaginionego czworonoga. Miałem tylko nadzieję, że nikt nie zauważył głąba dźwigającego wielgachnego psa.

Wątpliwości co do majaków wróciły.

 

***

 

Przy najbliższej okazji spróbowałem wyjaśnić sprawę z Tollemarenem.

― Raczcie wybaczyć śmiałość, szlachetny panie, ale widno pomyślunek wam szwankuje. Ani chybi, bardzoście przeżyli stratę owego stworzenia. Azaliż zwierzyna, którą przynoszę, znika o poranku, pozostawiając jeno wspomnienia?

Tu mnie miał. Dziczyzna na patelniach, ruszcie, w garnkach i zamrażalniku następnego dnia wyglądała niemal równie apetycznie. Nie sprawdzałem treści żołądka, ale nie budziłem się wściekle głodny.

― Dlaczego więc Aglaek nie zdołał przebić mnie mieczem?

― Wszak jesteście dla nas, panie, jako ojciec najukochańszy. Ba! Więcej jeszcze znaczycie, kieby to słonko królujące pośród obłoków. Pomrzecie ― rozwiejemy się i my, niby ulotna sierpniowa mgiełka. Nie lza ręki podnieść na rodzica. Sama magia, która sprowadziła nas do twego świata, broni nam czynów tak bezecnych.

Rozpłyną się… Czyli kolejny punkt na korzyść nieszkodliwych dla otoczenia zwidów. Albo i nie. Elfy faktycznie polują, heros naprawdę stłukł napakowanych młodzieńców. Ale mnie nic nie grozi. No to poczekam jeszcze te dwa dni i z ciekawością obejrzę sobie żywego smoka. Może nawet spróbuję osłaniać własnym ciałem co cenniejsze obiekty.

 

***

 

Wkrótce zauważyłem jeszcze jeden skutek spuszczenia Aglaeka ze smyczy ― Beata paradowała po swoim ogródku w znajomej perłowej kolii. Czym prędzej pognałem do gabinetu i zajrzałem do szuflady biurka ― sznur leżał, gdzie go wrzuciłem. Wysnułem kilka wniosków. Po pierwsze: wyposażenie sakiewki regenerowało się tak samo jak baniaki kosmonautów. Po drugie: wobec tego można spokojnie namówić mięśniaka, aby łożył na utrzymanie domu ― nic wielkoludowi nie ubędzie. Po trzecie: romans między sąsiadką i siłaczem kwitł w najlepsze. Przynajmniej, sądząc po powłóczystych spojrzeniach rzucanych w stronę mojego domu, kobieta nie czuła się molestowana ani napastowana w jakikolwiek niepożądany sposób. Właściwie, to mój bohater nie czynił ratowanym z opresji niewiastom nic złego i książkowe dziewoje sobie nie krzywdowały… Czemu te z reala miałyby reagować inaczej? Feminizm nie wszystkim wyprał mózgi.

Zamiar opodatkowania Aglaeka wprowadziłem w życie przy pierwszej okazji. Osiłek nie sprzeciwiał się zbytnio, tylko w zamian domagał się piwa. Przystałem bez targów ― za jedną perłę czy skromny pierścionek mógłbym kupić całą beczkę.

A potem wszystkie siły poświęciłem na przygotowywania do przybycia smoka. Po naradzie z elfami powstał prosty plan: znaną już metodą dublujemy broń kosmonautów. Uzbrojony po zęby staję naprzeciw smoka i grzeję do gada ze wszystkiego, co zrodziła moja wyobraźnia. Ubezpieczają mnie chłopcy i mięśniak. Jak tylko jaszczur padnie, Aglaek odcina mu łeb. Ładujemy głowę do samochodu i wywożę ją sto mil od domu. Tollemaren prowadzi pozostałe nadal żywe płody mojej weny do lasu, gdzie spokojnie przeczekają zawieruchę, dziennikarzy i sensację spowodowaną resztą gigantycznego truchła.

Avallaen wierzył, że odtransportowanie smoczego łba wystarczy do definitywnego uśmiercenia gadziny. Jeśli nie, będę musiał ujawnić się przed prasą i powtórzyć cały cyrk następnego dnia. Przy pomocy wojska czy choćby kilku TIR-ów przewieziemy łuskowatą poczwarę, że pod domem (raczej ruinami, jak się obawiałem) zostanie tylko odrobina juchy. A jeżeli naprawdę sprzyja nam szczęście, to olbrzymi zewłok zniknie, kiedy tylko czerep oddali się o wymarzone sto mil.

Największe zagrożenie stwarzali wszędobylscy dziennikarze. Miałem nadzieję, że o świcie nikt się nie napatoczy. A jeśli nawet znajdzie się jakiś cierpiący na bezsenność pismak, to skoncentruje się na smoku, nie na kosmonautach, osiłku i spiczastouchym.

 

***

 

Musiałem przyznać ― smok mnie zaskoczył. Nie zjawił się. Zamiast gada, zmaterializował się czarownik.

Pogłówkowałem chwilkę nad tą zagadką i wkrótce zrozumiałem. Książka o smoku jeszcze nie wyszła! W moim wydawnictwie odrzucili, w kolejnym mieli jakieś tajemnicze problemy… W rezultacie, w księgarniach od niedawna można kupić opowieść o Magnusonie, równie wrednym co uzdolnionym sukinkocie, ale łuskowate monstrum wciąż czeka na swoją wielką chwilę.

Dzięki ci, nieznany mi z nazwiska recenzencie! Twoja niepochlebna opinia być może ocaliła tysiące istnień! To znaczy, tak czy owak jesteś skończonym idiotą, bo nie poznałeś się na moim arcydziele, ale wyjątkowo ― podkreślam: wyjątkowo ― miałeś odrobineczkę racji i mnóstwo szczęścia.

Ta książka nie może ujrzeć światła dziennego. Trzeba będzie wstrzymać druk pod jakimkolwiek pozorem.

Podsumowując: zamiast smoka dostałem czarownika. Potężnego faceta z długą brodą, paskudnym charakterem i niepohamowanymi dążeniami do zawładnięcia światem. Kurczowo ściskając magiczny kostur, rozejrzał się czujnie po salonie.

― Mam do czynienia z autorem „Od wieży z granitu do Rubinowego Tronu”, czyż nie?

― Tak, to ja napisałem.

Niezobowiązująco skinął głową, skrzywił się, jak na propozycję rwania siódemki bez znieczulenia.

― Mogłeś się lepiej postarać. Gdybym nie popełnił tych trzech kretyńskich błędów, zapanowałbym nad Imperium dziesięć lat wcześniej.

Bezczelny typ! Fabuła mu się nie spodobała!

― Gdybym napisał lizusowską kronikę beż żadnych zaskakujących elementów i zwrotów akcji, nikt by tego nie wydrukował i mieszkałbyś sobie w szufladzie!

― Pewnie masz rację. Zatem cię nie ukarzę.

― Dzięki ci, łaskawco. ― Chyba cały sarkazm się zmarnował, bo cholerny egocentryk nic nie zauważył. ― Dlaczego mówisz normalnie? W książce używałeś archaicznego języka.

― Jesteś aż tak ograniczony? Trudniej byłoby mi zdobyć władzę nad twoim światem, gdybym nie potrafił nawijać jak wy. Cognolingwa to prościutkie zaklęcie. Łatwe dla mnie, oczywiście. Opanowałem je już podczas pierwszego roku nauki.

No i wszystko jasne. Naprawdę przemiły facet ― magia przeniosła go do nowego świata, a czarownik od pierwszych sekund kombinuje, jak nim zawładnąć. Jeszcze zanim zrozumiał słowa: „sejm”, „senat” i „prezydent”. Uch, chyba z moją wyobraźnią nie jest najlepiej. Może powinienem pooglądać trochę słodkich kreskówek o różowych kucykach? Widocznie podczas pisania tej powieści miałem lekką depresję.

― Ale dosyć tych pogawędek! Prowadź do kom… pokojów, które dla mnie przygotowałeś.

― Chyba zwariowałeś, czarowniku! Nie naszykowałem ci żadnych pokojów. Co więcej, wszystko już pozajmowane. Możesz rozłożyć sobie karimatę na jakimś wolnym kawałku podłogi.

Taaak, mój gość potraktował mnie karnym zaklęciem jeszcze zanim zdążyliśmy pokonwersować choćby pięć minut. A przynajmniej próbował potraktować. Na szczęście magia twórcy zapewniała ochronę także przed urokami, więc jadowicie zielone światełko w niczym mi nie zaszkodziło ― wciąż miałem dwie nogi i dwie ręce, a nawet nie czułem żadnego bólu. Mag popatrzył na lagę z rozczarowaniem, ale nic nie powiedział.

 

***

 

W ciągu trzech dni Magnuson zdążył doprowadzić moje liczne majaki do dzikiej wściekłości. Przeważnie rzucaniem zaklęć ― bolesnych lub śmiertelnych, a zwykle łączących obie cechy. Goście odradzali się o świcie, coraz bardziej wkurzeni. Nie zamordował jeszcze chyba tylko kotka ani robota. Pierwszego zapewne nie uważał za godnego siebie przeciwnika, a drugiemu rozkazałem przebywać w tym samym pomieszczeniu, co czarownik. Wolałem, żeby ten psychopata jak najdłużej nie wiedział, jak skłonić automat do spełniania poleceń.

Kosmonauci barykadowali się na noc w pokoju gościnnym i nie wypuszczali blasterów z rąk. Aglaek pogodził się z faktem, że jeśli zaśnie na kanapie, to ocknie się dopiero rano, cały obolały. Urządził sobie barłóg w piwnicy i wynurzał się stamtąd tylko po to, aby coś przekąsić lub schronić się w ramionach pięknej Beaty. Mimo to widziałem, jak marzy o zobaczeniu czubka swojego miecza wystającego z pleców Magnusona. Elfy zdołały uniknąć wszystkich scysji, ale i tak Tollemaren nie chciał przestąpić progu mojego domu. Ćwierkał pod oknem jak jakiś ptaszek, a ja wychodziłem pogadać z nim za garażem. Spiczastouchy wytłumaczył mi, że czarownik używa jakiejś paskudnej magii, na którą leśny ludek reaguje alergicznie.

Humor poprawiały mi jedynie uczucia, jakie czarownik żywił do mnie. Niesamowicie drażniła go moja bezkarność; nie skutkowały co złośliwsze zaklęcia, nie mógł nawet przyłożyć mi kosturem ani żadnym innym przedmiotem. Z całą radością informowałem łajdaka, co sądzę o jego kolejnych zagrywkach.

Ale problemy w domu, jakkolwiek liczne i dokuczliwe, stanowiły drobiażdżek niegodny uwagi. Ten suczy pomiot nie miał żadnych oporów przed krzywdzeniem postronnych ludzi. Jednego sąsiada posłał, jak się wyraził, „w nicość” niedbałym machnięciem magicznym drągiem. Nie mogłem zmusić psychopaty do zaprzestania takich praktyk, ale, po zawziętej kłótni, zdołałem go przekonać, że nie powinien zabijać przyszłych poddanych. Tylko takie argumenty docierały do przeklętego egoisty.

Błyskawicznie zaczęliśmy się zastanawiać, jak dostosować plany pozbycia się smoka do nowego przeciwnika. Niestety ― okazało się to bardziej skomplikowane niż oczekiwaliśmy. Mag bez przerwy otaczał się ochronnym zaklęciem. Raz dopuścił do starcia wręcz, ale miecz Aglaeka złamał się na kosturze. Kosmonautom blastery wybuchały w dłoniach, moje strzały nie czyniły łajdakowi najmniejszej szkody ― nawet szaty (szybko zastąpionej świetnie skrojonym garniturem) nie brudziły.

Sytuacja rozwijała się niekorzystnie. Czarownik nie dorównywał mi intelektualnie, ale kretynem jednak nie był. W końcu wymyślił, jak można mi dopiec. W trakcie jednej z kłótni wymamrotał jakieś zaklęcie i moje ubrania zniknęły. Nie tylko te, które miałem na sobie (chociaż już samo to boleśnie odczułem ― cholernie trudno zachować godność, kiedy w samym środku dyskusji odkrywasz, że ciuchy przepadły, a przeciąg swobodnie harcuje między… nieważne). Szlag trafił wszystkie łachy; także te w szafach, w pralce, suszące się w ogródku. Nawet kolekcję krótko używanych skarpetek wywiało spod łóżka. Musiałem zamawiać nowe szmaty w sklepach internetowych. Pierwszą przesyłkę odebrałem, przyodziany wyłącznie w ręcznik owinięty dookoła bioder. Co za poniżenie! Magiczny psychopata mógł „znikać” mi, co tylko zechciał, bo nie stanowiło to bezpośredniego zagrożenia życia.

Co gorsza, czarownik postanowił poznać przeciwnika, czyli przeczytać wszystkie książki o moich gościach (tylko Gatopulosa i robota pominął ― książki dla dzieci trzymałem w innym miejscu i chyba ich nie znalazł). Już niczym nie mogli go zaskoczyć, byliśmy zdani głównie na mnie.

 

W końcu ostatecznie upewniłem się, że to nie halucynacje tak szaleją. Owszem, szczycę się niesamowicie bogatą wyobraźnią, ale tak licznych, tak złożonych i tak samodzielnych iluzji raczej nie potrafiłbym utrzymywać.

 

***

 

Wredny czarownik wykombinował obejście nie tylko dla reguły o niemożności skrzywdzenia autora. Wymyślił również, jak można karać innych ludzi bez zmniejszania populacji przyszłych poddanych. A podpaść mu było łatwiej niż przejść przez jezdnię. Wkrótce, tylko na naszej uliczce, czworo sąsiadów przepadło bez wieści. W okolicy zaroiło się od glin.

Dwóch mundurowych przyszło i do mnie, sprawdzić, czy nie zauważyłem czegoś podejrzanego. Gadałem z nimi w ogródku i modliłem się żarliwie, aby nie zapragnęli zajrzeć do domu. Zrobiłem z siebie idiotę, który dotychczas nie zdobył nagrody Darwina wyłącznie dzięki szczęśliwemu przypadkowi, ale chyba uwierzyli, że nic nie wiem. W trakcie pogawędki dorodne ropuchy dookoła oczka wodnego hałasowały jak opętane. Kilka przyskakało w stronę policjantów. Dwie nawet wgramoliły im się na buty. Strząsnęli stworzonka z obrzydzeniem i nic nie skojarzyli.

 

***

 

Sukinsyn zlikwidował mój komputer! Może i sprzęt miał już swoje lata, ale wciąż nieźle działał i rzadko się zawieszał. A tu nagle ― pstryk! ― i zniknął. Na opustoszałym biurku mag zbudował sobie kącik alchemiczny.

Pal licho kompa, i tak czasami strasznie mulił, miałem tam kilka rozgrzebanych tekstów. Wprawdzie większość ważniejszych plików skopiowałem na pendriva, ale dwa dni pracy poszły w krzaki. Nigdy tego gnojowi nie daruję!

Został mi tylko laptop, który trzymałem w piwnicy, obok barłogu Aglaeka. Od tego czasu Gatopulos stał się częstym gościem w podziemnej kondygnacji ― uwielbiał wylegiwać się na ciepłej klawiaturze, acz z jakiegoś powodu nie znosił mięśniaka. A może wina leżała po stronie osiłka? Zdaje się, że dzielił zwierzęta na pełnokrwiste rumaki i przedmioty polowań. Ciągłe utarczki czworonoga i bohatera poważnie utrudniały moją, i tak już niełatwą, egzystencję.

Zacząłem więc intensywniej kombinować, jak mógłbym pozbyć się wrednego płodu mojej depresji. Podczas narady z elfami ustaliliśmy, że najlepsze rozwiązanie to pozbawić drania przytomności i wywieźć sto mil od domu.

Tylko jak to osiągnąć? Dostałem od spiczastouchych flakonik z czymś, co oni nazywali „Srebrzystymi Łzami Dreamallany”. Podobno kropelka, zaaplikowana doustnie, zapewniała całą dobę mocnego snu.

Poleciłem robotowi nie dodać dwóch kropel do porcji łajdaka, ale, cwany skubaniec, nawet nie powąchał trefnego żarcia, tylko teleportował talerz za okno i wpadł do aneksu kuchennego, wrzeszcząc przeraźliwie. Kazał automatowi przyznać się, skąd miał magiczną substancję. Blaszak, po usłyszeniu takiego rozkazu, nie mógł wykrztusić ani słowa, więc psychopata rozwalił go na drobne kawałki piorunem kulistym.

No trudno, rano pozbiera się do kupy, a o kolację będziemy musieli sami zadbać.

Czarownik jednak domyślił się, kto zainicjował bunt na pokładzie. Spojrzał na mnie z podłym uśmieszkiem i posłał w niebyt kolejną półkę książek. Gad!

Cholernik wyczuwał magiczny dodatek, więc potrzebowałem innego sposobu na pozbawienie łajdaka świadomości. No cóż, Polakowi pewne rzeczy same się nasuwają. Dokonałem stosownych zakupów, wciągnąłem do spisku Aglaeka ― kto jak kto, ale bohater powinien mieć mocną głowę. Musi przecież na licznych ucztach opowiadać o swoich heroicznych czynach, zanim bardowie podchwycą temat i ułożą pieśni.

Przelałem wino do pięciolitrowej butelki, od serca chlupnąłem spirytusu, wstrząsnąłem i wręczyłem napój osiłkowi.

Plan opracowałem banalnie prosty: mięśniak namówi psychopatę na kilka pucharków zacnego trunku w towarzystwie autora. Pod jakimkolwiek pretekstem, choćby dla uczczenia urody sąsiadki. Gdy tylko przestanie to budzić podejrzenia, udam, że zasnąłem z głową na stole. Kiedy bohater i czarownik już nieźle się wstawią, „obudzę się” na chwilę, przyniosę im kolejną porcję, tym razem doprawioną „Łzami Dreamallany” i wrócę do symulowania.

Taaak, jasne. Obudziłem się z czachą pękającą z bólu i gardłem suchutkim jak prochownia na środku pustyni. Obok mnie pochrapywał Aglaek. Słyszałem, jak upiorny mag krząta się po salonie, radośnie pogwizdując. A żeby mu tak własne zaklęcia zrykoszetowały prosto w czoło, a kostur utkwił we flakach!

 

***

 

Innych pomysłów chwilowo nie miałem.

Aż do dnia, w którym Aglaek się nie odrodził.

Poprzednie popołudnie spędziłem poza domem. Po powrocie zauważyłem nieobecność mięśniaka, ale nie przejąłem się nadmiernie ― bo to pierwszy raz podpadł Magnusonowi? Dopiero kiedy bohater nie pojawił się o świcie, przeprowadziłem śledztwo. O dziwo, najlepiej poinformowany okazał się niepozorny Gatopulos. Chyba nie doceniałem futrzaka.

― Zaczęło się od tego, że przyszedł do nas twój sąsiad ― wyjaśnił sierściuch w przerwach między wylizywaniem lewej przedniej łapki.

― Dowiedział się o romansie żony? ― domyśliłem się. ― Skąd?!

― Jedna ropucha, ta z brodawkami wielkimi jak uszka młodych myszek, napisała donos. ― Kot przeszedł do czyszczenia pyszczka. ― Z gałązek i kamyków. Przy ich kompostowniku. Chyba nie lubi Korczakowskiego.

W życiu nie pomyślałbym, że można rozróżniać ropuchy…

― Dlaczego nie zniszczyłeś napisu?

― A dlaczego miałbym niszczyć? Niech ustalą między sobą, do kogo należy samica… W sumie jakaś by się tu przydała. One tak przyjemnie głaszczą. ― Rozmruczał się na samą myśl. ― I potrafią docenić urodę zadbanego kota.

― Ale przecież ktoś mógł zginąć! Wprawdzie obstawiałbym raczej sąsiada niż herosa, ale Aglaek odszedł od nas. Kto wie, może na zawsze…

Gatopulos fuknął lekceważąco:

― I tak nie rozumiem, po co trzymaliśmy w domu kogoś, kto nie odróżnia dorsza od makreli ani nawet śmietanki od mleka.

I tak, wśród licznych dywagacji i egoistycznych wizji kociego świata, poznałem przebieg wydarzeń.

Mag wpuścił wściekłego sąsiada, zapewne ciesząc się z przyszłego widowiska, zaprosił do salonu i poszedł szukać bohatera. Pan Korczakowski podniósł ze stolika książkę o Aglaeku, porzuconą przez czarownika, zaczął kartkować. Ostatni analfabeta zainteresowałby się słowem pisanym, gdyby na okładce widniał wizerunek faceta przyprawiającego mu rogi. Sam rywal wkrótce pojawił się w drzwiach. Wielkolud, wyciągając miecz, ryknął coś o znęcaniu się nad piękną kobietą i zaatakował. Sąsiad odskoczył i odruchowo zasłonił się trzymanym w ręku przedmiotem. Wtedy błysnęło przeraźliwie jasne światło, coś huknęło i osiłek się zdematerializował. W pokoju został tylko zdradzony mąż ze szczątkami powieści w rękach.

Magnuson, stojący za potężnymi bohaterskimi plecami, nie zdążył nic zobaczyć, ale za to błyskawicznie wykorzystał sytuację. Wmówił Korczakowskiemu, że to czarownikowi zawdzięcza pozbycie się gacha i nakazał posłuszeństwo we wszystkich sprawach. Bo jak nie…

Ledwie zadowolony z siebie podlec wyszedł, interweniował Gatopulos. Namówił oszołomionego sąsiada, żeby napił się wina zaprawionego „Łzami Dreamallany”, pokazał, w której szafce stoi… Wystarczył łyczek, aby gość zachrapał. Kociak zagonił do roboty Toma i Ralfa. Wspólnie przenieśli śpiącego na jego posesję i posadzili na huśtawce ogrodowej.

Przy odrobinie szczęścia uzna, że wszystko mu się przyśniło. Bo i jakie właściwie ma inne wyjście?

 

Przemyślałem usłyszane rewelacje, złapałem egzemplarz powieści o Magnusonie i zaprosiłem kosmonautów na uroczystego grilla.

Książka w całości nie chciała zapłonąć, chociaż nie żałowałem podpałki. Z iście inkwizytorskim entuzjazmem wyrywaliśmy wraz z chłopcami po kilka kartek i ciskaliśmy w ogień. Po zakończeniu zbożnego dzieła starannie rozbiłem pogrzebaczem co większe spopielone płaty.

Popatrzyliśmy na siebie z powątpiewaniem.

― Wczoraj coś strzeliło, jakby pękło poszycie statku i atmosfera uciekła w próżnię ― powiedział nieśmiało Ralf. ― A dzisiaj cicho. Nie zadziałało?

― Pójdę i popatrzę ― zaproponował Tom.

Zdjął hełm, podkradł się do okna salonu, zerknął do wnętrza. Ponura mina zwiadowcy powiedziała nam wszystko.

― Ale dlaczego nie zniknął?! ― pieklił się Ralf. ― Spaliliśmy calutką książkę, a tamta ledwo przecięta, nawet przeczytać się da!

― A może to musi odbyć się w salonie, tam gdzie się pojawiamy? ― zastanawiał się jego przyjaciel.

― Chyba raczej chodzi o to, że destrukcji musi dokonać bohater własnoręcznie ― podsumowałem.

 

Wredny czarownik uparcie unikał niszczenia książek o sobie, ale przynajmniej standard życia nam się poprawił. Kosmonauci powpychali sobie po tomiku pod skafandry. Wprawdzie „szkaplerze” powodowały pewien dyskomfort, ale za to zabezpieczały przed śmiertelnymi i bolesnymi zaklęciami. Ja powyrywałem kartki z kilku egzemplarzy autorskich i pochowałem je w przedmiotach, do których byłem najbardziej przywiązany.

Pewnego pięknego dnia sukinsyn zlikwidował krzesło, na którym siedziałem, a po chwili wrzasnął z bólu i złapał się za dziurę po oderwanym kciuku. Błyskawicznie zatamował krwawienie, ale nowego palca wyhodować nie potrafił. Od tego czasu moje rzeczy przestały znikać.

Jednak największa zmiana zaszła w życiu kosmonautów.

Któregoś ranka chłopcy pokazali się w dżinsach i koszulkach. Na widok mojej zbaraniałej miny przybili piątkę, rzucili mi książkę o swoich przygodach i pośpiesznie ruszyli do miasta.

Machinalnie obejrzałem złapany egzemplarz ― spryciarze ozdobili marginesy podobiznami siebie w rozmaitych strojach, a na końcu każdego rozdziału dopisali coś w stylu: „A potem Tom i Ralf przebrali się w dresy/ piżamy/ garnitury…”.

 

***

 

Magnuson skarżył się, że kazałem mu popełniać błędy, ale jednak mózg miał nie od parady. Szybko odgadł, w jaki sposób kosmonauci dorobili się zwyczajnych ubrań. Starannie ukrywał przed nami książkę, w której wprowadzał korekty, ale zmieniał się z dnia na dzień. Zazwyczaj przekształcenia nie rzucały się w oczy, zorientowaliśmy się dopiero, kiedy czarownikowi zaczął odrastać kciuk. Wyglądało to odrażająco ― malutki, niemowlęcy wręcz paluszek z trzymilimetrowym paznokietkiem na owłosionej łapie dorosłego faceta. Szuja regenerował się jak jakaś cholerna meduza!

Psychicznie łajdak też dowolnie dopasowywał się do współczesności. Jak dowiedziałem się z wiadomości, założył partię polityczną, do której nagle wszyscy zapragnęli należeć. Nazwał swój twór „Narodowym Sojuszem Demokratów, Antyglobalistów i Patriotów”. Ze wszystkich sił starałem się nie myśleć, skąd mag czerpał wzorce.

Po okolicy zaczęli się kręcić bojówkarze o fanatycznych spojrzeniach, a drzwi do domu niemal się nie zamykały za tabunami skarbników, sekretarzy, rzeczników i innych działaczy. Ledwie jeden z zastępców przewodniczącego, przyklęknąwszy, z szacunkiem ucałował dłoń szefa i wyszedł, w niegdyś moim gabinecie rozległ się okropny rumor. Rzuciliśmy się jednocześnie ― ja od strony piwnicy, Magnuson od wejścia. On dobiegł pierwszy, ja zdążyłem tylko nad ramieniem czarownika dostrzec Gatopulosa w dzikim szale demolującego alchemiczny sprzęt stłoczony na biurku. Kolby fruwały po całym pokoju, brzęki i zgrzyty szkła wwiercały się w uszy, różnokolorowe opary cuchnęły na potęgę… A potem mag wycelował kosturem w futrzaka i nagle obaj zniknęli. Implozja rzuciła mnie na podłogę, aż zaczęła mi lecieć krew z nosa.

Pozbierałem się jakoś i zakazałem robotowi sprzątać.

 

Następnego ranka w salonie zmaterializował się tylko Gatopulos.

― Czarownik się nie pojawi? ― wolałem się upewnić.

― Oczywiście, że nie! ― miauknął zirytowany kiciuś. ― Przecież zniszczył książkę o sobie.

― Ale jak to?! Tam nie było żadnej książki!

Futrzak umościł się na ulubionej poduszce, całym sobą sygnalizując, że będzie drzemał. Z ostentacyjną niechęcią otworzył lewe oko.

― Zgrałem wersję elektroniczną z twoich maili na pendrive i zawiesiłem sobie na szyi. Mógłbyś przestać zawracać mi ogonek? Zmęczony jestem.

― Ale w jaki sposób manipulowałeś pendrivem? ― nie ustępowałem. ― Przecież twoje łapy się do tego nie nadają!

― Robot mi pomagał.

― Niezły z ciebie cwaniak! Żaden z nas, ludzi na to wpadł!

― Ile razy trzeba ci tłumaczyć? Kazałeś mi rozwiązywać problemy mojej rodziny, to rozwiązuję. I sam uczyniłeś mnie mądrzejszym niż wszystkie istoty, które mnie karmią. À propos, jak się wyśpię, to będę miał ochotę na wątróbkę cielęcą. Lekko obgotowaną, pokrojoną na drobne kawałki.

 

Epilog

 

Metoda żydowskiej kozy po raz kolejny udowodniła swoją skuteczność. Po zniknięciu Aglaeka i Magnusona czułem się przeszczęśliwy. Piloci, już po „cywilnemu”, ganiali po mieście i wracali praktycznie tylko na kolacje i noclegi. Z Gatopulosem jakoś dało się wytrzymać, a życia bez blaszaka wręcz nie potrafiłem sobie wyobrazić ― przejął wszystkie uciążliwości prowadzenia domu. Elfy od czasu do czasu podrzucały dziczyznę i inne dary lasu, resztki trzosu osiłka pozwalały nie pamiętać o finansach… W takich warunkach można pracować!

Usiadłem przed komputerem. Z ekranu ogromem potencjału świeciła pierwsza, jeszcze pusta strona w edytorze. W głowie kłębiły mi się pomysły, których materializacji z całego serca sobie życzyłem. Łagodna sztuczna inteligencja, karta płatnicza, dzięki której stan konta rósł wraz z wydatkami, kamień filozoficzny…

Ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Wolałem zacząć od czarodziejki. Byłaby piękna i wiecznie młoda. Żadnych haczykowatych podbródków pod bezzębnymi ustami, precz z kurzajkami! Oczywiście, zakochana we mnie do szaleństwa. Z całą pewnością o wiele głupsza od swego stwórcy. Łagodna, cierpliwa, ze zniewalającym uśmiechem. Wiedziałem już o niej mnóstwo. Brakowało tylko jednego szczegółu: wybrać blondynkę czy brunetkę? Poważna kwestia ― jeśli mi się znudzi, będę się musiał nagimnastykować z podsuwaniem jej książki do zniszczenia… Już wiem! Ruda!

 

Zdążyłem nastukać prawie trzy strony, zanim naszła mnie refleksja: czy inni fantaści, gremialnie piszący o szlachetnych wampirach i innych, słodkich do porzygu istotach, też przez to przechodzili?

Koniec

Komentarze

Najpierw od strony technicznej – z jakichś powodów całe mnóstwo wyrazów zostało rozdartych spacją. Zbyt wiele, żeby wypisać – są niemal w każdym akapicie.

A z kwestii naprawdę istotnych – pomysł w zasadzie trudno uznać za oryginalny. Wałkowany był już na milion sposobów, wliczając w to niedawną komedię dla nastolatków z Jackiem Blackiem. Dlatego też nie sama koncepcja, a sposob jej poprowadzenia mi się spodobał. Mówię o logice i konsekwencji – wymyśliłaś takie a nie inne reguły i sztywno się ich trzymałaś. Wszystko ma swą przyczynę i skutek, jedno wynika z drugiego i nie ma rozwiazań w stylu deus ex machina, ani sytuacji, gdy mordka krzywi mi sie w grymasie "ależ bzdura".

Humor też bardzo przyjemny. Znakomita scena uwodzenia sąsiadki :-) No i partia wrednego maga – za to też duży plus!

Zakończenie – tak, zgadzam się w pełni. To z pewnością jest przyczyna zalewu słodkości lub seksualnej atrakcyjności bohaterów fantastycznych :-)

Jednak mimo faktu, że miło spędziłem kilka chwil, poświęconych na czytanie, tekst na kolana nie rzucił. Wiem, że nie musiał – opowiadanie miało być lekkie, łatwe, przyjemne i tyle – ale pozostał niewyjaśniony niedosyt. Może to po prostu przekleństwo nicka – wymagania rosną, gdy widzi się Finklę, jako autorkę. A może w tekście zabrakło jakiejś świeżości, czegoś, co mocno odróżniałoby go od innych opowieści o materializacji pisarskich płodów…

Jest nieźle. Ale mogłoby być lepiej.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, Thargone. :-)

Hmmm. Nie widzę tych rozdartych wyrazów. A czytałam już po wstawieniu. Może to kwestia przeglądarki czy czegoś takiego? Mógłbyś podać jakiś przykład?

Przyznam, że tekst powstał dość dawno. Teraz już jakby nieco uwierał. No, ale mimo to chciałam się pochwalić.

W końcu musi być jakaś logiczna przyczyna tych “bardziej uwodzicielskiejszych” wampirów i innych stworów.

Babska logika rządzi!

Coś jest mocno nie tak z edycją tekstu. Ja widzę szereg wyrazów, rozdzielonych czymś, co wygląda jak czarny trójkąt. Trzeba coś z tym zrobić.

Pozdrowka.

Pierwsze dwa akapity - pew nością, po duszki, poma szerował.

Ale to może rzeczywiście kwestia urządzenia lub przeglądarki – czytam przy pomocy komórki (właściwie to dwóch różnych, na zmianę), poczekajmy więc co powiedzą inni.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hmmm. Dziwna sprawa. Ja widzę normalnie, ale ctrl+f nie znajduje mi tego “pewnością” (widzi inne, pod koniec), czyli coś jest nie w porządku.

No nic, spróbuję zawalczyć. Dzięki, Panowie.

Babska logika rządzi!

A jak teraz wygląda? Skopiowałam z doc-a, nie z docx-a.

Babska logika rządzi!

Teraz jest dobrze, przynajmniej u mnie. Elegancja-Francja. Można jeszcze wypośrodkować gwiazdki. Z możliwości edytora należy korzystać.

Pozdrówka.

A, jak dobrze, to świetnie.

O gwiazdkach wiem (o mieszance myślników i półpauz też), ale nie wyśrodkowywałam, bo nie wiedziałam, czy to już koniec walki. Zaraz to zrobię.

Babska logika rządzi!

U mnie też już cacy.

Tak na marginesie  – ci wszyscy pisarze, którym przychodzi zmagać się z ożywionymi tworami swej zwichrowanej wyobraźni, to najczęściej samotnicy, do tego (na szczęście nie w twoim przypadku) mieszkający na odludziu, a przynajmniej na wsi. I cóż to niby za problem, walczyć wtedy ze zmaterializowanymi smokami, Conanami, kosmitami, czy innymi, zmutowanymi krasnalami ogrodowymi. Łatwizna. A gdyby tak twórca miał miał mieszkanie w bloku, albo choćby w szeregówce na jakimś przytulnym osiedlu, wymagającą, niezadowoloną i bezpodstawnie zazdrosną żonę, trójkę samolubnych, rozwydrzonych bachorów oraz zbyt wysokie raty kredytu? A tu nagle hyc! I do sypialni wpada mu seksualnie przestylizowana, elia czarodziejka. I to ruda.

To dopiero byłoby wyzwanie!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czyli nie należy kopiować z docx. Zapamiętam.

Masz rację – to by mogło być ciekawe… To kiedy napiszesz? ;-)

No, mojemu pisarzowi twory się rozłażą po okolicy i sprawiają ździebko problemów, ale mogło być duuużo gorzej. Awantura żony z elfką – czy dojdzie do rękoczynów? ;-)

Babska logika rządzi!

Czytałam już to opowiadanie w Silmarisie.

Lekkie, przyjemne, podobało mi się :)

Gdyby opowiadanie skrócić o jedną trzecią i dać wyrazisty finał, byłoby interesujące. A tak wyszło sprawnie napisane pisanie dla pisania, co nieco przynudnawe. 

Pozdrówka.

Dziękuję. :-)

Anet, fajnie, że się spodobało. I że czytałaś w “Silmarisie”.

Roger, szkoda, że przynudnawe. Ja już to próbowałam skracać, ale jakoś bez zapału i bez powodzenia.

Babska logika rządzi!

Ha, nie wiem czy do rękoczynów, bo elfka ma w zanadrzu elfią magię. A żona – jak wiadomo większość kobiet, gdy się je odpowiednio umotywuje, potrafi wygenerować tak duży ładunek złej energii, że kubki spadają z półek, zwierają się kabelki w urządzeniach domowych, psują samochody, a nawet zdarza się, że stodoła sąsiada z dymem pójdzie. Niekoniecznie więc w użyciu byłaby wyłącznie broń konwencjonalna…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, true. ;-) Ale ciekawiło mnie, czy poprzestaną na wrzaskach, czy też przejdą do następnego etapu.

A facet pewnie drakę przeczeka nad piwem. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmm, skądś znam ten tekst ;) Podoba mi się stopniowe wprowadzanie postaci i jednoczesne ujawnianie reguł rządzących ich istnieniem w realnym świecie. Interakcje z innymi niż autor osobami też na plus, dzięki temu akcja jest ciekawsza. Mamy tu przy okazji satyrę na literackie stereotypy (ach te piękne elfki i ich zazdrośni kochankowie, źli magowie oraz półmózgie mięśniaki), oraz ciekawe – i całkiem poważne – pytanie na koniec. 

 

No i kotek. Wiadomo, kotki są zawsze na plus :P

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki, Mirabell.

O, czytałaś już? ;-) Miło, że znalazłaś tyle elementów na plus.

Tak, kotki zawsze słodkie. A czasami lepiej tej bestyjce nie podpadać.

Tak, pytanie jest ciekawe. OK, wiem, że odpowiedź na nie brzmi całkiem inaczej, ale co się szkodzi powydurniać? ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla – to zależy od stosunku uśrednionego zacietrzewienia, do wspólnej inteligencji obu pań. Jeśli to drugie przeważy, to nasz biedny pisarz, po powrocie z piwa, zastałby panie w komitywie, kończące już drugą butelkę wina, a siebie samego w roli sprawcy wszelkiego zła, oraz obiektu niewybrednych drwin ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mhm… Coraz ciekawsze perspektywy. Te wyjaśnienia pań, te plot ta psychoanaliza, którą zafundowałyby biednemu facetowi. Ileż one by mu ukrytych kompleksów odnalazły! Brrrr! ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo przyjemne w odbiorze opowiadanie. Przypomniało mi, jak mi kiedyś kolega powiedział, że zamieszkam w świecie swoich rysunków i żebym uważała, co szkicuję :) Pozdrawiam :)

Dziękuję, Katiu. :-)

Czyli żadna fantastyka? Hmm. Może faktycznie uważaj na te rysunki. ;-)

Babska logika rządzi!

Tylko słodkie kociaczki :)

Nigdy nie wiesz, co taki kiciuś knuje w tym maleńkim łebku… Tylko chytry plan zapędzenia Cię do lodówki czy coś gorszego? ;-)

Babska logika rządzi!

:) To może kwiatki albo pejzaże… Am, ale chyba wszędzie mogą się czaić groźne demony… :):):)

Ja też czytałam. :) I mnie się podobał, mimo że dowcipne teksty to zazwyczaj nie dla mnie. A ten, owszem, bardzo dla mnie.

 

Mimo kotka. Wiadomo, kotki są zawsze na minus :P

 

Katiu, właśnie. Każdy wie, że w łanach czają się konopielki i inne południce, w jeziorkach – wodniki i utopce, a w lasach to już w ogóle masakra non stop. ;-) Może martwa natura będzie w miarę bezpieczna? ;-)

Dzięki, Ocho. :-)

Cieszę się, że jakoś przeżyłaś kontakt z tekstem. Mimo dowcipu i kota. Uch, chyba ledwie się prześlizgnęłam.

Ciekawe, czy jest jakieś zwierzę, które lubią wszyscy fantaści.pl? Może delfin? Śliska sprawa… ;-)

Babska logika rządzi!

Fajnie, że pisarz mógł się poszczycić pewnym dorobkiem, ale cieszę się, że nie był to jeszcze dorobek imponujący, bo pewnie nie zniosłabym dłuższego korowodu materializujących się postaci. Czytało się nieźle, bo opowiadanie jest napisane bardzo porządnie, w dodatku nasycone dobrej jakości humorem, ale, co wyznaję z przykrością, dłużyło mi się nieco. Nie będę jednak zbytnio narzekać, bo czasu przeznaczonego na tę lekturę, na pewno nie uważam za stracony. ;)

I tylko jedna sprawa nie daje mi spokoju – jak potoczyły się losy czterech ropuch…? ;D

 

Po­ka­ra­łem ich, nie miesz­ka­jąc. – Podejrzewam, że miało być: Nie omieszkałem ich pokarać.

http://sjp.pwn.pl/szukaj/omieszka%C4%87.html

 

Nie mam po­ję­cia, nie znam się na bi­żu­te­rii, ale pew­nie pod­rób­ka, w naj­lep­szym przy­pad­ku ho­dow­la­ne ― łga­łem. – …w naj­lep­szym przy­pad­ku ho­dow­a­ne ― łga­łem.

https://gemlord.pl/perly-slownik

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. :-)

Czyli zyskałoby na skróceniu? Hmm, ale nie widziałam, gdzie można ciąć. A że noża na gardle nie miałam…

Ropuchy. Było ich więcej niż cztery – cztery to tylko z jednej uliczki. Po wykończeniu czarownika magia przestała działać i spora grupka ludzi ocknęła się w ogródku, nie wiedząc, o co chodzi. Na szczęście akurat w pobliżu był Tollemaren, który każdemu podsunął pod nos jakiś flakonik. Zapach usunął wszystkie wspomnienia z ostatnich, żabich dni. Nawet nie wiedzieli, jak trafili do domów.

Nie mieszkając. Miało być, jak jest. W znaczeniu “nie zwlekając”.

Perły poprawię, dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Nie mieszkając. Miało być, jak jest. W znaczeniu “nie zwlekając”.

Skąd wzięłaś to określenie? Spotykam się z nim pierwszy raz, a moje słowniki nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia. :(

Dziękuję za wyjaśnienie sprawy ropuch. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiesz, sama się zastanawiałam w międzyczasie. I nie mogłam sobie przypomnieć. Najprawdopodobniej przesiąknęłam nim, czytając coś z archaiczną stylizacją. Ale znalazłam odpowiednie hasło w Słowniku staropolskim.

Babska logika rządzi!

Istotnie. Dziękuję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Klik a komentarz po z no nie znosze pisac z komorki :)

Dzięki, Bella.

Pewnie nikt nie lubi. Toto nie zostało stworzone do pisania…

No to poczekam na komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

Obiecany komentarz: czytało mi się bardzo przyjemnie, nie odczułam liczby znaków i jak dla mnie długość w sam raz. Sympatyczne, lekkie opowiadanie z ciekawymi bohaterami. Moje serce zdobył Galu…hmm… no, kotek :D (śliczna ilustracja!) I przeżyłam zaskoczenie, podobnie jak bohater, gdy okazało się, że kotek gada. A, no i dalsze losy ropuch powinny zostać ujęte w tekście ;))))

Dzięki, Bella. :-)

Kolejna miłośniczka ropuch się znalazła… Hmmm. Może i to jest ciekawy temat…

Miło, że wyszło sympatycznie i znaki nie dały się we znaki.

Babska logika rządzi!

Kliku klik. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzieny dzięks. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajne. Świetny pomysł, dobrze napisane… ale…czegoś mi brakuje. Opowiadanie przypomina mi bardzo klimatem Kiryła Bułyczowa i może brakowało mi… nie wiem, jak to określić… jego ducha? 

Dziękuję, Trukszynie. :-)

Hmmm. Za duchem Bułyczowa stoją dziesięciolecia doświadczeń. I raczej bym ich Polsce nie życzyła. ;-)

Ale porównanie pochlebne.

Babska logika rządzi!

Ech… rozmarzyłem się. Bułyczow… moje dzieciństwo…

Tjaaa… Sporo fajnych książek napisał.

Babska logika rządzi!

Ok, mam chwilkę na kilka słów więcej. Swoją opinię wyraziłam już w wątku silmarisowym. Krótko więc tylko powtórzę, że jest bajecznie humorystycznie i lekko jak zawsze. Uwielbiam taki humor i aż żal, że tak mało jest go we wszelkich publikacjach. Chałwa więc Redakcji, że nie uchyla się przed taką zawartością, a Autorce za wyobraźnię i warsztat.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca. :-)

Jakoś mi lekkie teksty lekko idą.

Redakcja się nie uchylała, ale tekst musiałam mocno przeredagować. Sądzę, że bardzo dobrze mu to zrobiło.

Babska logika rządzi!

Spodobało mi się, pomimo, że fanką lekkiego humoru nie jestem zbyt wielką :) Sympatyczne :)

 

Dziękuję, Lenah. :-)

Widzę, że tekst wchodzi nawet tam, gdzie na drzwiach wisi napis “kawalarzom dziękujemy”. ;-)

Babska logika rządzi!

Dla Finklowych tekstów drzwi są zawsze otwarte :) Chociaż miło byłoby wpuścić przez nie  coś bardziej  w klimatach Nagrody wojownika ;)

Miło mi to czytać. :-)

Czyli islam, Arabowie…? ;-) Ech, “Nagroda wojownika” jest tylko jedna.

Babska logika rządzi!

Tak konkretnie być nie musi, byle było reflelsyjnie :) A  ja myslalam, że nagrody wojownika mogą być siedemdziesiąt dwie  ;) 

A, jak cudzysłowu to mogą być i siedemdziesiąt dwie. I gustowny pałacyk z ogrodem na dokładkę. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z przyjemnością. Naprawdę zacny pomysł. Najlepiej chyba wypadła, moim zdaniem, postać Gatopolusa. Przypomniał mi się przy okazji taki gadający piesek z powieści Pratchetta, który miał zwyczaj mówić hau albo szczek, jak ludzie za dużo usłyszeli. Tak dla uspokojenia bo przecież zwierzęta nie mówią. Fajnie opisane perypetie autora. Naprawdę zabawne. W sumie miał szczęście, że powieści wojennych nie pisał.

Dziękuję, Straferze. :-)

Kotek ma sporo zalet (chociaż wad też mu nie żałowałam ;-) ). Kto wie, może pisarz wzorował się na “Świecie Dysku”, tworząc Gatopulosa? Tylko kiciuś nie zawracał sobie ogonka uspokajaniem ludzi. Największy fart, to że książka o smoku się nie ukazała…

Babska logika rządzi!

Jeśli przedstawione w tekście rzeczy to fakty autentyczne, to właśnie wyjaśniłaś zagadkę, czemu ostatnimi czas japońskie animacje to albo haremówki w szkole, albo “power fantasy” w obcym świecie. No i mam nadzieję, że to wszystko nie tyczy się sesji rpg – jakby na ziemi zjawiły się te wszystkie gnoje, co stworzyłem na sesje Wojennego Młotka Czterdzieści Tysięcy, to z niej kamień na kamieniu by nie został ;)

Pomysł już może gdzieś widziałem, ale przedstawienie go jest rewelacyjne i wciągające. Kot zwłaszcza ;) Śmiałem się z jego tekstów. A po komentarzu Thargone’a faktycznie jestem ciekaw, gdyby autor nie mieszkał na wsi, ale dla przykładu w moim rodzinnym Gdańsku. Albo w Warszawie, koło ulicy Wiejskiej :) Bardzo spodobały mi się też zmiany w sposobie dialogowania, gdy bohater rozmawia z elfami lub prowadzi dialog z kotem.

Płynnie się czytało i wrażenia pozostały bardzo pozytywne :)

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereManie. :-)

O japońskich twórcach wiem bardzo mało, ale niczego nie wykluczam. ;-)

Nie, możesz spać spokojnie – sesje rpg nie odwiedzają rzeczywistości: dzieło musi zostać wydane drukiem.

Miło, że kotek przypadł do gustu. :-)

Właściwie bohater nie mieszkał na wsi, tylko w niedużym miasteczku.

Napuścić stwory na Wiejską, powiadasz? Niezły pomysł, prawie mi żal polityków. Ciekawe, jak by zareagowali? Szybką ustawą, że takie fantastyczne zgromadzenia są nielegalne? Oskarżeniem opozycji/ terrorystów/ kogo się da o zamach? Hmm…

Babska logika rządzi!

Opowiadanie mnie wciągnęło. Co z tego, że temat nienowy, jeśli udało się z niego złożyć przyjemną w czytaniu, zajmującą historię?

Wprowadzanie kolejnych postaci, ich charakterystyczne cechy i interakcje z innymi wyszły dobrze, czytelnik w trakcie lektury zastanawia się, kogo autorka doda do fantastycznej zgrai jako następnego. Fajnie wyszła też końcowa akcja z pozbywaniem się czarownika – tutaj nawet trochę zaskoczyłaś, że kot się okazał najmądrzejszy ;) A ostatnie zdanie stanowi fajną refleksję. Obawiam się tylko, że inni fantaści pragnęli raczej przejść przez radość nagłego zastrzyku gotówki gimnazjalistów, niż przez wizytę słodkich wampirów ;)

Mocną stroną tekstu jest też wyjaśnianie z pozoru drobnych spraw, które budują bardziej wiarygodny obraz treści. Na przykład problem licznych głodomorów w domu rozwiązuje trafiająca do bohatera dziczyzna. Czy choćby to, że nie pominęłaś źródła dochodów pozwalającego skupić się na gościnie, nie na pracy.

Widzę, że tylko chwalę i chwalę, ale w sumie nie mam ochoty na narzekanie. Opowiadanie po prostu mi się spodobało i zupełnie nie mam chęci wyszukiwać, co mogłoby zostać zrobione lepiej.

Może tylko na chwilę zatrzymałem się przy “sąsiedzie spod dziewiętnastki”, bo zdawało mi się, że rzecz się dzieje na wiejskim terenie z domami jednorodzinnymi, ale w sumie to taki drobiażdżek.

Dziękuję, Perruksie. :-)

Fajnie, że wciągnęło i okazało się przyjemnie.

Dobrze, że końcówka zaskoczyła, chociaż starałam się jakoś przygotować pod nią grunt, żeby nie było, że od czapy.

OK, Ty masz swoją wersję wyjaśnienia trendów panujących w fantasy, ja mam swoją. ;-)

Z żarciem to nie demonizujmy problemu. Elfy wysłałam do lasu, więc w momencie największego zagęszczenia w domku gnieździło się pięć osób i kotek. Niektóre rodziny jakoś z tym sobie radzą, bez napływu dziczyzny i pomocy robota…

Miejsce akcji – nie, piszę, że to miasteczko, sześć tysięcy mieszkańców. Jednorodzinne domki się zgadzają.

Babska logika rządzi!

Z żarciem to nie demonizujmy problemu. Elfy wysłałam do lasu, więc w momencie największego zagęszczenia w domku gnieździło się pięć osób i kotek. Niektóre rodziny jakoś z tym sobie radzą, bez napływu dziczyzny i pomocy robota…

Finklo, toż to Aglaeka trzeba liczyć za czterech, jeśli idzie o wchłanianie pokarmu ;)

Hmmm. Może i tak. Ale z drugiej strony, co je taki bohater, kiedy wyrusza na swoją bohaterską wyprawę? Jakoś nie pamiętam opisów, żeby pół czasu spędzał na polowaniach albo prowadził stadko jucznych koni z prowiantem. ;-)

Nie każdy osiłek to Obelix. ;-)

Babska logika rządzi!

Aaaa, racja. Zapomniałem, że bohater je tyle, ile autor określił w książce. A nie tyle, ile musi jeść ktoś, kto z wyglądu przypomina potężnego kulturystę.

Magią, panie, wszystko załatwisz. ;-) Kropelka eliksiru i już bohater obżarty.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka
Patronujemy