- Opowiadanie: Wicked G - Cyberfunk

Cyberfunk

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Cyberfunk

O tej porze roku plaża w Nowym Gdańsku była dość pusta. Niska temperatura przepędzała turystów już w październiku, a miejscowi najwyraźniej mieli lepsze rzeczy do roboty niż spacery nad morzem.

Lubiłem czasami odpocząć od tłumów, chociaż z roku na rok stawało się to coraz trudniejsze. W końcu po tym globie kroczyło już niespełna dziesięć miliardów osób. Mimo ponurych przepowiedni wszystko hulało jak w szwajcarskim zegarku. No, poza pewnymi wyjątkami, ale czy w jakimkolwiek momencie historii ludzkość nie borykała się z problemami?

Wdychałem zwaporyzowany olejek z THC. Powoli robiło się przyjemnie, mimo iż pogoda zimna i wietrzna. Palenie czegokolwiek – marihuany, tytoniu, czy nawet drewna w kominku – zostało zakazane ze względu na dobro płuc obywateli i troskę o stan atmosfery, za to w obliczu plagi nowych narkotyków zalegalizowano przebadane już substancje, licząc, że to odciągnie społeczeństwo od próbowania wynalazków rodem z laboratoriów ukrytych gdzieś w podziemiach pralni czy różnych innych dziwnych miejscach. Nic bardziej mylnego.

Właśnie zbliżał się do mnie jakiś facet w białej bluzie z napisem “Obey” wykonanej z biooxygrafenu. Wyglądał na ostro spizganego, co chwilę zatrzymywał się i łapał za głowę, a na jego twarzy pojawiał się grymas podziwu.

– O, siema, ziomek! – powiedział, gdy przechodził tuż koło mnie. – Co tam kopcisz? Masz zielonego do lufki nabić?

Podałem typowi waporyzator, instruując, jak z niego korzystać. Miał minę, jakby zobaczył ósmy cud świata.

– Łał, skąd to masz? – zapytał. – Dostanę coś takiego w Gdyni?

– Jeśli masz skafander nurkowy, to na pewno znalazłbyś kilka – odparłem. – Niech zgadnę, 2-MC-FLY?

Dopalacz nazwany na cześć głównego bohatera “Powrotu do przyszłości” był najnowszym krzykiem mody. Zażycie objawiało się bardzo realistycznym wrażeniem podróży w czasie. Mechanizm działania podobno opierał się na procesie rozkładu do akodinianu thiokodynylu, który zachodził samorzutnie, mimo iż nie powinien, tym samym odwracając entropię i przenosząc świadomość użytkownika do minionych czasów. Oficjalnie nic nie było wiadomo, w końcu trudno, żeby ktoś badał pochłaniacz wilgoci pod kątem wpływu na mózg człowieka.

– No tak, kurde, zapomniałem, że jestem porobiony! – Kolo przejechał dłońmi po twarzy. – Sorki stary, wyjebało mnie do lat dziewięćdziesiątych. Racja, przecież całe Trójmiasto zalało, kiedy się lodowce potopiły. Teraz siedzimy se, kurwa, na tej śmiesznej sztucznej wyspie usypanej przez Unię, co nie?

– Nom – przytaknąłem. – Nie kminię, dlaczego nie mogli po prostu z powrotem wydrzeć ląd morzu. Może mieli wizję stworzenia niezależnej, egalitarnej enklawy wolnej od interesów i intryg państw narodowych. Albo po prostu pozazdrościli szejkom z Dubaju. Tak w ogóle, to się nie przywitaliśmy. Grzesiek jestem.

– Mati. – Ziomek podał mi dłoń. – Ale możesz mówić mi Big Mati, bo czuję się jak jakaś repatriacja rapera ze złotej ery. Łestsajd, madafakas!

Zacząłem się śmiać, a Mati odwrócił się i wyciągnął wskazujący palec w kierunku horyzontu.

– Patrz, to żaglowiec z ładunkiem chińskiej herbaty i ryżu! – wrzasnął. – Oł sziiit, chyba jeszcze bardziej cofam się w czasie!

Niczego tam nie widziałem, ale na samą wzmiankę o jedzeniu zrobiłem się głodny.

– Opierdoliłbym coś. Chętny na kebaba?

– O tak, ale takiego prawdziwego, jak z czternastowiecznego Konstantynopola! – Big nagle ożywił się i oderwał wzrok od morza.

– Znam kozacki lokal. To kawałek stąd, przejedziemy się taryfą.

Przypomniały mi się stare czasy, kiedy nowych ludzi poznawało się grając we flanki na kampusie uniwersyteckim, a nie zapraszając do znajomych osoby, które polajkowały twojego koma w gównoburzy na Facebooku. Uruchomiłem z powrotem smartassa – te ustrojstwa pełniły już tyle funkcji, że przestano je nazywać telefonami, a zamiast tego używano skrótu oznaczającego Augmented Simulation System – aby zamówić taksówkę. Oplecione sensorami rękawiczki odczytywały ruchy mych palców jako uderzenia w klawisze niewidzialnej klawiatury. Nie mogłem przyzwyczaić się do komend głosowych. Nawet po tylu latach od wprowadzenia detekcji mowy miałem wrażenie, że wydając komputerowi werbalne rozkazy brzmię jak idiota.

Na ekranach umieszczonych w soczewkach pojawiło się kilkanaście reklam próbujących wcisnąć mi maści na łysienie czy pigułki odchudzające. Pomyślałem, że muszę chyba wreszcie zainwestować w odporniejszą na wirusy oryginalną wersję oprogramowania, chociaż perspektywa zdawania egzaminu z umowy licencyjnej użytkownika końcowego irytowała jeszcze bardziej niż adware. Zaiksowałem niechciane okienka i ujrzałem monit potwierdzający przybycie wozu na parking przy plaży za pięć minut.

Wstałem z piachu i zgarnąłem Matiego, po czym ruszyliśmy w kierunku ulicy. Odpaliłem apkę z wiadomościami, żeby zobaczyć, co słychać na świecie.

Protesty antytechnologiczne na całym świecie wymykają się spod kontroli. Miliony ludzi na ulicach. Zamieszki z policją. Berlin płonie. W Seulu stratowano pięć osób. Film 7.5D VR z nagą $haqwandą Bling-Bling wyciekł do sieci!

Ech, niektórzy zawsze znajdowali jakiś powód, by siać chaos. Religia, poglądy polityczne, frustracja chujową rangą w grze MMO. Teraz wodą na młyn wichrzycieli była niechęć przeciwko postępowi. Neoluddyści obawiali się zbuntowanej sztucznej inteligencji, upadku relacji międzyludzkich, zespołu niespokojnych palców od korzystania z rękawiczek sensorycznych i innych potencjalnych konsekwencji zbytniego polegania na technologii. Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiałem tych idiotów. Owszem, sam podchodziłem do elektronicznych zabawek z dużym dystansem, ale bez przesady. Rozwój naukowy pozwolił wykarmić więcej osób i dostarczyć wszelakich wygód. Roboty odwalały za nas większość chałtury. Część osób w ogóle nie pracowała, bezwarunkowy dochód podstawowy gwarantowany przez rząd zapewniał w miarę godne życie – wystarczało na najpilniejsze potrzeby typu liquid do waporyzatora czy nowe airmaxy. Była również i druga strona medalu. Część osób pozbawiona pracy pogrążała się w konsumpcjonistycznym szale i traciła raison d'être. No i mimo wszystko ludzie wciąż byli ludźmi, pełnymi żalu, agresji, nienawiści i braku rozumu i godności człowieka. Zaraz, można być pełnym braku czegoś? Tak czy inaczej, w głębi duszy czułem, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, i zamiast bezsensownie hamować cywilizacyjny pęd powinniśmy po prostu lepiej nim kierować. Niczym jazda samochodem, po co wciskać heble przed zakrętem, skoro można lecieć bokiem? Kurczę, zacząłem brzmieć jak Gandhi albo Martin Luther King. To pewnie przez trawę.

– Obczaj wiadomości, mamy tu niezły Meksyk – powiedziałem Matiemu.

– Meksyk? Gdzie? Człowieniu, ja nie ogarniam bani, a co dopiero smartassa.

– Neoluddyści wszczęli zamieszki na całym świecie.

– Neonudyści? To ci goście, co nienawidzą robotów i internetu? Niech się lepiej pukną w łeb. Jak ktoś lubi stare czasy, to czemu nie przypierdoli McFly’a tak jak ja? Pewnie jeszcze ci kretyni skrzyknęli się na protesty przez Twittera.

– Hehe, możliwe – zarechotałem. – Dziennikarze piszą, że całe centrum jest zablokowane. Będziemy mieli problemy z dostaniem się do kebaba.

– W takim razie rozmontujemy ten ich marsz! Fajt de pała!

– Nie wiem, czy cokolwiek zdziałamy. Zawsze możemy się poprzyglądać.

Gdy dotarliśmy na parking, autonomiczna taksówka już na nas czekała. Wsiedliśmy do srebrnego coupé i zacząłem się zastanawiać, gdzie ustalić cel podróży. Uwielbiałem nazwy miejsc w Nowym Gdańsku. Władze wpadły na pomysł urządzenia plebiscytu na patronów ulic przez internet – wynik był do przewidzenia. Lokal z tureckim przysmakiem znajdował się na placu Twojej Starej. Nie miałem jednak żadnych złudzeń, że uda się nam tam dopchać. Wedle doniesień kolumna protestujących rozciągała się od bulwaru Syntezatora Mowy „Ivona” aż do alei Trollingu. Podobno na rondzie Chucka Norrisa palono kukłę premiera, To mogło być ciekawe widowisko, więc poleciłem samochodowi, by nas tam zawiózł.

Nie zdążyliśmy ujechać daleko. Nagle auto po prostu odmówiło posłuszeństwa i stanęło na środku drogi. Nawet radio i oświetlenie przestało działać.

– Musimy uciekać! – Big Mati szarpał za klamkę, niestety bezskutecznie. Wyglądało na to, że padła cała elektryka, w tym sterowanie zamkami. – Jestem rekuperacją słynnego rapera z lat dziewięćdziesiątych, snajper na usługach konkurencyjnego gangu chce nas zastrzelić!

– Spoko luz, nic się nie dzieje, tylko fura padła. Może jakoś uda się włączyć awaryjne zasilanie.

Nagle zauważyłem jakąś kobietę w glanach i obcisłym skórzanym kombinezonie zbliżającą się do nas. Podeszła do drzwi od mojej strony, i nagle szyba opuściła się powoli niczym w starym, dobrym korbotroniku. Laska wymierzyła w nas pistoletem, Desert Eaglem, takim samym, jakim za łebka strzelało się heady w Counter Strike’u.

– Wybaczcie, ale przejęłam kontrolę nad wozem. Jesteście mi potrzebni… a konkretniej wasze mózgi.

– Co? – Otworzyłem usta ze zdziwienia.

– Nie oddam ci mojego mózgu! Mam tam teksty na pięć nowych kawałków, które dostaną platynową płytę, bo jestem Big Matim, resuscytacją wielkiego rapera z lat dziewięćdziesiątych!

– To wszystko może być odrobinę dezorientujące… – Laska zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Ray-bany, swag jak skurwysyn, sam bym nie pogardził. – Nazywam się Unity. Jestem cyborgiem i przybyłam z przyszłości, by zapobiec tragedii mającą bezpośrednią przyczynę w obecnych wydarzeniach… Zamieszki to tylko przykrywka. Prawdziwy atak ma miejsce na łączach sieci. Hakerzy próbują zdestabilizować i zniszczyć rdzeń superkomputera, części projektu mającego na celu utworzenie twardej sztucznej inteligencji. Jeżeli im to się uda, ludzkość nigdy nie osiągnie poziomu rozwoju pozwalającego na kolonizację kosmosu i zostanie unicestwiona, kiedy za dwieście lat kometa uderzy w Ziemię.

Byłem już nieźle zbakany i okropnie wkręciłem się w historię, ale wolałem nie wiedzieć, co w głowie miał Mati.

– Możemy zapobiec atakowi – kontynuowała Unity – lecz nie bez waszej pomocy. Byliście najbliższymi osobami, które znajdowały się pod wpływem substancji psychoaktywnych, gdy wydostałam się tutaj z tunelu czasoprzestrzennego. To kluczowe dla sukcesu mojej operacji. Jeśli podepnę wasze mózgi do sieci, zniekształcone procesy myślowe będą niewykrywalne przez radary hakerów. Dzięki temu będziecie w stanie z zaskoczenia zniszczyć ich cybernetyczne awatary, zanim dostaną się do rdzenia komputera.

– Jak mamy tego dokonać? – zapytałem. – Przenoszenie świadomości do wirtualu jest niedostępne dla przeciętnych, niezamożnych ludzi. Jeszcze nigdy tego nie robiłem.

– Będę nadzorować wasze postępy zdalnie za pomocą terminala – wyjaśniła Unity. – Za chwilę zostaniecie przetransferowani do internetu.

– Tak, skopmy dupy hakerom! – Mati wyglądał na rozochoconego. – Ajl fak dem ap, nyga!

Najpierw jednak musieliśmy zaparkować auto, bo ktoś w końcu stracił cierpliwość i przypultał się, że gawędząc na środku drogi blokujemy ruch. Za pomocą sond wprowadzanych przez nos, Unity uploadowała naszą świadomość. To było niesamowite; najpierw cały świat zaczął wirować, aż w końcu zniknął i znaleźliśmy się w gąszczu zielonych ciągów zer i jedynek. Podpierdalało Hollywoodem, ale i tak robiło wrażenie. Przybyszka z przyszłości podała nam adres IP superkomputera. Razem z Matim polecieliśmy tam z zawrotną szybkością.

Schowaliśmy się za maskami podsieci rdzenia. Hakerzy i tak nie powinni nas widzieć, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Wkrótce zauważyliśmy nadciągających wrogów. Targali ze sobą jakieś ogromne, obrzydliwe stworzenie o kulistym kształcie, prawdopodobnie wirusa, którym mieli zamiar zainfekować klaster.

Zgodnie z instrukcją Unity przygotowałem atak zwany działkiem spamowym. Myślałem o jakichś bzdurach, na przykład kubkach do kawy z napisem “Tata numer jeden”, a potem skoncentrowałem cały strumień informacji w swych dłoniach, by wystrzelić nim w neoluddystów, gdy tylko znaleźli się w zasięgu rażenia. Świetlny pocisk poleciał w ich stronę, wywołując eksplozję i rozbijając szeregi wroga. Natychmiast do nich dopadłem, żeby powykańczać niedobitki w walce wręcz, podczas gdy Mati osłaniał mnie z daleka, naparzając działkiem spamowym.

Jednak sytuacja wymknęła się nam spod kontroli. Hakerów było po prostu zbyt dużo, i choć większość z nich padała na strzała, nadal nie mogliśmy zająć się wszystkimi naraz. Gdy prałem jednego z tych skurwoli po pysku, inny zawinął wirusa i poleciał z nim do rdzenia. Ruszyliśmy w pogoń, lecz było już za późno. Superkomputer został zainfekowany. Zabiłem hakera, choć poza zemstą to nie dało niczego.

– Zjebaliśmy sprawę. – W złości uderzyłem pięścią w słup zer i jedynek, aż zadzwoniło. – Zawiedliśmy ludzkość.

– Jeszcze nie wszystko stracone – usłyszeliśmy głos Unity z góry. – Mati wciąż jest pod wpływem 2-MC-FLY. Jeśli zjednoczy się z superkomputerem, może mu się udać odwrócić entropię i przywrócić system do stanu sprzed zawirusowania. Niestety, tym samym świadomość Matiego uległaby degradacji.

– Jestem gotów się poświęcić – rzekł Big.

– Nie, nie rób tego! – błagałem. – Znam cię dopiero od dzisiaj, ale jesteś dla mnie jak brat. Nie możesz umrzeć!

– Kiedyś się zobaczymy ponownie. Jeśli spotkasz na swej drodze rekonwalescencję słynnego rapera z lat dziewięćdziesiątych, bądź pewny, że to właśnie ja.

Big Mati scalił się ze ścianami zer i jedynek. Wszystko zaczęło wirować, i po chwili znów ocknąłem się na przednim siedzeniu taksówki.

– Udało się! – krzyknęła Unity. – Superkomputer funkcjonuje normalnie. Świat został ocalony.

Odetchnąłem z ulgą. Przypomniałem sobie jednak, że mój przyjaciel zginął. Jego bezwładne ciało spoczywało na sąsiednim fotelu.

– To chore – powiedziałem przez łzy. – Przez ideologię jednych drudzy muszą umierać. Dlaczego on?!

– Na pewno jest teraz w lepszym miejscu. – Unity starała się mnie pocieszyć. – Nie możemy jednak spocząć na laurach. Postęp cywilizacji jest nadal zagrożony. Zawsze znajdą się hipokryci, którzy będą chcieli go zatrzymać, jednocześnie korzystając z jego zdobyczy. Niestety, nie mogę przebywać na stałe w przeszłości, więc sam będziesz musiał stawiać czoła neoluddystom. Ale nie martw się, kiedyś jeszcze cię odwiedzę. Teraz spadam, bo o dziesiątej mam crossfit.

Unity pomachała mi na pożegnanie, po czym otworzyła tunel czasoprzestrzenny i wskoczyła do niego.

Byłem rozbity emocjonalnie, lecz wiedziałem, że jeśli nie wezmę się w garść, zawiodę cały rodzaj ludzki. Honor nakazywał, bym pochował Matiego. Gdy zabierałem się do wyciągnięcia nieboszczyka z auta, zdarzył się cud.

– Co jest, kurwa? – krzyknął nagle zdziwiony Big.

– Mati, ty żyjesz! Ale jak?

– Wygląda na to, że dusza słynnego rapera z lat dziewięćdziesiątych znowu rewaloryzowała się w tym ciele. Najwidoczniej było w pełni sprawne, w końcu podczas scalenia z rdzeniem zdegradowała się tylko osobowość.

– Tak czy inaczej, cieszę się że wróciłeś. To co, jedziemy na kebaba? Protestujący wycofali się po tym, jak atak hakerów spalił na panewce.

– Zajebisty pomysł. Zjadłbym dinozaura z pazurami, o takiego jak ten przed nami…

Koniec

Komentarze

Krzyżówka “Matriksa” i “Terminatora”? Nieźle pokręcone, sympatycznie się czytało. Spodobał mi się pomysł na narkotyk.

A tak Bogiem a prawdą – skoro Unity podróżuje w czasie, to nie prościej było odrobineczkę zmienić trasę komety? Tyle lat wcześniej, to pewnie wystarczy splunąć. I neoluddyści coś słabo zahamowali postęp, skoro się ludzkość dochrapała podróży w czasie. Wydawałoby się, że ekspansja kosmiczna jest prostsza.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz i bibliotekę, Finklo. Prostych rozwiązań trzeba unikać, bo tylko psują fabułę. No bo dlaczego niby Frodo nie poleciał do Mordoru na grzbiecie orła od Gandalfa, a Harry nie użył tego ustrojstwa Hermiony do cofnięcia się w czasie i zabicia Voldemorta? ;D A podróż w czasie jest rzeczą o wiele łatwiejszą do osiągnięcia, wystarczy DeLorean napchany jakimiś ustrojstwami. Do zrobienia w każdej szopie z narzędziami. Nie to co kolonizacja planet, do tego potrzeba ogromnych statków z napędami Hawkinga, opracowania techniki śpiączki kriogenicznej, o terraformowaniu nie wspominając :)

No rest for the Wicked

OK, coś w tym jest. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie jestem przekonana, czy wszystko należycie pojęłam, ale ponieważ sprawa została opisana w sposób przemyślany, z parodystycznym wdziękiem i grafomańską znajomością rzeczy, lekturę uważam za szalenie satysfakcjonującą. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No i super :D

Bardzo lubię takie lekkie, napisane ze swadą (woohooo, kiedyż ja ostatnio tego słowa użyłem! :D ) opowieści. W komedii wypadasz naturalnie i wiarygodnie, Wicked – przeczytałem z przyjemnością.

 

Doceniam, że tekst nie jest zlepkiem gagów, tylko pewną dowcipną refleksją na sprawy otaczające nas w życiu codziennym. Trochę polityki, trochę technologii, ludzkie nawyki i przyzwyczajenia. Interesujący bohaterowie, a Big Mati już w ogóle super – ta jego gadka z resuscytacją/rekonwalescencją, hahaha ;D

No i Unity i ten jej crossfit ^^

 

Tyle ode mnie. Wykonanie git majonez, ale i tak zwrócę uwagę na tę oto trójcę:

– O, siema[+,] ziomek! – powiedział, gdy przechodził tuż koło mnie.

Przecinek przed wołaczem ;)

Za pomocą sond wprowadzanych przez nos[+,] Unity uploadowała naszą świadomość.

Tutaj zastanawiam się, czy z premedytacją nie chciałeś wprowadzić takiej ubawnej dwuznaczności – czyżby sondy były wprowadzane przez nos Unity? :P

Zjadłbym dinozaura z pazurami, o takiego jak ten przed nami….

O jedną kropę za dużo w tym ostatnim zdaniu.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję za komentarz i bibliotekę, Reg :)

Racja, niektóre gagi mocno czerpały z kultury pokolenia przełomu tysiąclecia, tak więc mogły być odrobinę trudne do zrozumienia :D

No rest for the Wicked

Dziękuję za komentarz i bibliotekę, Hrabio. Błędy poprawiłem :)

 

Za pomocą sond wprowadzanych przez nos[+,] Unity uploadowała naszą świadomość.

Tutaj zastanawiam się, czy z premedytacją nie chciałeś wprowadzić takiej ubawnej dwuznaczności – czyżby sondy były wprowadzane przez nos Unity? :P

Hehehe, aż takiej abstrakcji nie miałem zamiaru wprowadzać, po prostu zagubił się przecinek :D

No rest for the Wicked

O tej porze roku plaża w Nowym Gdańsku była wyjątkowo pusta. Niska temperatura przepędzała turystów już w październiku, a miejscowi najwyraźniej mieli lepsze rzeczy do roboty niż spacery nad morzem. – Trochę zamieszane, bo w pierwszym zdaniu sugerujesz, że to pora roku, kiedy jest sporo turystów – ciepła pora. Potem pojawia się październik… I w końcu nie wiem jaka to pora. Albo czego nie załapałem.

 

Właśnie zbliżał się do mnie jakiś facet w białej bluzie z napisem “Obey” wykonanej z biooxygrafenu. – nadzwyczaj bystry gość, bo z daleka jest w stanie rozpoznać materiał, z jakiego zrobiona jest bluza.

 

– Mati. – Ziomek podał mi dłoń. – Ale możesz mówić mi Big Mati, bo czuje się jak jakaś repatriacja rapera ze złotej ery. Łestsajd, madafakas!

 

Szczerze mówiąc, zupełnie ich nie rozumiałem tych idiotów.

 

Może jakoś uda włączyć awaryjne zasilanie. – Czyje uda? ;)

 

W sumie to nie mam pewności, czy powyższe było zamierzone, czy nie, ale pokazuję co wzrok wychwycił.

Wicked, nieźle najarany tekst. Przyznaję się, że mnie ubawił przednio. Podoba mi się bardzo! :)

 Chyba nie jestem dobrym targetem dla tego typu tekstów, ale muszę Ci oddać, autorze, że wymogi dobrego opowiadania na pewno spełniło, no i wszystkie tagi zostały skrupulatnie oddane :)

 

Też się zastanawiałam nad tym nosem, nawet próbowałam to sobie wyobrazić ;)

A gdzie się zgubił tag “humor”? 

Ja także całkiem dobrze bawiłem się przy lekturze opowiadania. Podobnie jak Counta, rozbawiły mnie żarty z resuscytacją itd., a crossfit to już w ogóle rozwalił. Pomysł z odwróceniem entropii też super(grafomański).

Udało Ci się wpleść w rozrywkową akcję kilka myśli na temat naszego pokolenia. Za to też duży plus. 

No ale żeby moja wizyta nie była tylko czczą pochwałą, to pomarudzę, może na coś Ci się to przyda. Zazgrzytał mi ten cały akapit od “Ech, niektórzy zawsze…”. Brzmi to, jakby narrator komuś tłumaczył jego czasy. I jakby te czasy już minęły, bo inaczej czemu stosujesz tam czas przeszły? Np. “Roboty odwalały…”. To co, w chwili snucia opowieści już jej nie odwalają? Ja chyba zastosowałbym tu w ogóle narrację w czasie teraźniejszym, bo bardziej pasuje mi taka do narkotykowych odlotów. Bo tak to skąd w ogóle jest historia? Bohater ją wspomina czy co? To czepialstwo, ale dobrze piszesz, Wicked, więc powinieneś myśleć o takich rzeczach, by wskoczyć na jeszcze wyższy poziom. 

Poza tym drażniły mnie fonetyczne zapisy anglicyzmów. Jak ktoś mówi “cogito ergo sum”, to zapisałbyś to “kogito ergo sum”? W Twoich dialogach nie używasz żadnego ponglisha, tylko po prostu angielskie wstawki. Więc ja zachowałbym angielską pisownię i taką wolałbym też widzieć. Ale to może być czysto subiektywna uwaga, więc fajnie jakby się też inni wypowiedzieli, bo jestem ciekaw, czy komuś to robi różnicę :)

Ja to odebrałam w ten sposób, że najarany gościu lingwistą nie jest, także w angielskim robi sporo błędów. Resuscytacja świadkiem! ;-)

Babska logika rządzi!

*światkiem ;)

Fajne! :)

Kwiatkiem. ;-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję za kolejne komentarze, błędy poprawiłem :)

 

O tej porze roku plaża w Nowym Gdańsku była wyjątkowo pusta. Niska temperatura przepędzała turystów już w październiku, a miejscowi najwyraźniej mieli lepsze rzeczy do roboty niż spacery nad morzem. – Trochę zamieszane, bo w pierwszym zdaniu sugerujesz, że to pora roku, kiedy jest sporo turystów – ciepła pora. Potem pojawia się październik… I w końcu nie wiem jaka to pora. Albo czego nie załapałem.

Pies leży pogrzebany w przysłówku “wyjątkowo”, miałem na myśli “bardzo”, a nie “w tym szczególnym przypadku”. Poprawiłem dla jasności.

 

No ale żeby moja wizyta nie była tylko czczą pochwałą, to pomarudzę, może na coś Ci się to przyda. Zazgrzytał mi ten cały akapit od “Ech, niektórzy zawsze…”. Brzmi to, jakby narrator komuś tłumaczył jego czasy. I jakby te czasy już minęły, bo inaczej czemu stosujesz tam czas przeszły? Np. “Roboty odwalały…”. To co, w chwili snucia opowieści już jej nie odwalają? Ja chyba zastosowałbym tu w ogóle narrację w czasie teraźniejszym, bo bardziej pasuje mi taka do narkotykowych odlotów. Bo tak to skąd w ogóle jest historia? Bohater ją wspomina czy co?

Tak, historia to wspomnienia bohatera. stąd konsekwencja w stosowaniu czasu przeszłego. Gdzieś we fragmencie o reklamach na soczewkach zaplątał się teraźniejszy, ale właśnie się go pozbyłem.

 

Poza tym drażniły mnie fonetyczne zapisy anglicyzmów.

Miały na celu ukazanie silnego polskiego akcentu.

No rest for the Wicked

Fajne.

Znałem kiedyś człowieka, który po kwasie przeżywał podobne jazdy, m.in. ucieczkę przed gigantycznym Big Mackiem. Dlatego powiem przewrotnie, że to bardzo realistyczne opowiadanie ;-)

Dzięki za przeczytanie, Trico :)

Bywa grubo czasami na tych fazach :)

Ciekawostka: Nazwa 2-MC-FLY inspirowana jest prawdziwymi narkotykami: 2C-B-FLY i 2-MMC.

No rest for the Wicked

Tak, historia to wspomnienia bohatera.

I co on, tak sobie siedzi i o tym myśli? Zapisuje to? Opowiada komuś? Tak się czepiam, bo lubię jak narracja pierwszoosobowa jest uzasadniona. Wiem, że wielu pisarzy ma to w poważeniu i tworzą sobie historie zawieszone w próżni, ale przecież literatura powinna iść do przodu, nie? :D

 

Miały na celu ukazanie silnego polskiego akcentu.

Rozumiem :)

I co on, tak sobie siedzi i o tym myśli? Zapisuje to? Opowiada komuś? Tak się czepiam, bo lubię jak narracja pierwszoosobowa jest uzasadniona.

W tym przypadku uzasadnieniem jest to, że stosując pierwszoosobową narrację mogłem wprowadzić dodatkowy element humorystyczny wynikający z głupoty/niewiedzy bohatera ujawniający się podczas opisu zdarzeń i świata.

Edit: Dzięki za bibliotekę, Blackburn:)

No rest for the Wicked

laugh

Przy [pierwszym podejściu w niedzielę myślałam, że już późno, zmęczenie wzięło górę i dlatego tekst do mnie nie dociera. Dziś jednak wcale nie jest lepiej… W świetle wcześniejszych komentarzy czuję się dziwacznie outsidersko, bo ani za bardzo nie zrozumiałam, co się stało, ani się nie przejęłam w żadnym momencie losem bohaterów, nie rozbawiło mnie, ani mi generalnie nie podeszło. Jakbym czytała googlowskie tłumaczenie czegoś tam – niby pojedyncze słowa (ale nie wszystkie, bo nie wszystkie przetłumaczone) rozumiem, ale w sumie nie wiem o co chodzi. 

Przepraszam… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie masz za co przepraszać, Śniąco. Po prostu nie podeszło i tyle :) Zwłaszcza, że kawały oscylowało wokół dość specyficznego i wąskiego zakresu tematów.

No rest for the Wicked

Leć do biblioteki :)

Ze wszystkich Twoich tekstów, które czytałam i które generalnie dobrze wspominam, ten spodobał mi się najbardziej :) humor bardzo mi przypasował, tym bardziej że nie jest pusty a niesie ze sobą też ciekawe obserwacje rzeczywistości. Bardzo fajnie napisane, świetna narracja i dialogi, genialni bohaterowie. 

Dziękuję za komentarz i bibliotekę, Werweno :)

 

Teksty humorystyczne wychodzą ponadprzeciętnie dobrze… Może to jest kierunek, w którym należy się rozwijać?

No rest for the Wicked

Teksty humorystyczne są dobre, bo są dobre i są śmieszne. A śmiech to zdrowie. ;-)

Babska logika rządzi!

No i co ja mogę dodać?

Niezły odlot!

 

Moje ulubione:

“Niczym jazda samochodem, po co wciskać heble przed zakrętem, skoro można lecieć bokiem? Kurczę, zacząłem brzmieć jak Gandhi albo Martin Luther King. To pewnie przez trawę.”

Dziękuję za komentarz, Coboldzie, cieszę się, że się spodobało :)

Nie mogę nie zgodzić się z tą logiką, Finklo :)

No rest for the Wicked

Całkiem spoko. Na początku uznałem, że slang jest przestylizowany ale w momencie, w którym konwencja tekstu stała się jasna, zarzut okazał się bez sensu (w przeciwieństwie do zarzutu 2-MC-FLY ;). Idealne opowiadanie żeby je przeczytać z telefonu, krótkie, śmieszne, przyjemne. (gdzieś widziałem jakieś z 2 trochę krzywo złożone zdania, jaloś przecinek brakujący, dam Ci znać jak się dorwę do jakiegoś komputera :D)

No nieźle.

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Skoneczny :)

No rest for the Wicked

Nowa Fantastyka