- Opowiadanie: Verdan - Stare Pniaki

Stare Pniaki

Próba wychodzenia z szuflady nr 2.  Przed wami lekka, przygodowa opowieść o emerytowanych cyborgach na łódce. Życzę ciekawej lektury i mam nadzieję, że udało mi się wzbudzić trochę uśmiechu w jej czasie!
- Sebastian Lepianka

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Stare Pniaki

W cieniu kontenerów, żurawi i masywnej hydrauliki, fale rozbijały się o osłony dryfującego miasta Wars1. W dokach kotwiczyło sporo jednostek, ulice zatopione w kwaśnych kolorach neonów wypełniał już pierwszy gwar, sygnały gwizdków i jazgot reklam.

Wśród statków leniuchował płaskodenny, brązowy brzydal, prywatna barka z nieeleganckim i amatorskim „Pniak” wymalowanym na burcie. Budka pilota na rufie, zadaszony pokład po całej długości, porty na drony, anteny oraz prosty żuraw z kotwiczką. Ze środka słychać było głos antycznego polskiego śpiewaka, który opiewał swoją miłość do miasta.

Na burtach zamocowano kładki do spacerowania, na których właśnie siedziało troje z czterech członków załogi, pogrążonych w procesie budzenia się. Poprzednią noc przehulali z alkoholem, grami planszowymi i tymi na dawne konsole, do momentu kiedy stracili koncentracje by trafiać w wirtualne okna i odczytywać wyniki na kostkach.

Teraz cierpieli. Nawet mimo poziomu medycyny ich ciała wciąż się starzały i nosiły ślady wyniszczenia. Z drugiej strony, wszyscy byli podrasowani szeregiem różnych wszczepów, co negowało wiele ze starczych dolegliwości. Cała czwórka przyjaciół była cyborgami, dawnymi przemytnikami i starymi wygami, którzy właśnie postanowili urozmaicić sobie emeryturę.

Założyli legalną firmę.

Ostatniego z załogi wysłali po śniadanie. Lepki, zwany tak z różnych powodów, jako jedyny nosił przylegający egzoszkielet, który pomagał mu odzyskiwać przytomność i odciążał starcze plecy. Nie brakowało w nim też modyfikacji, których żaden lekarz nie wystawiłby na receptę.

Powrót kamrata pierwszy zauważył Kędzior, starzec o bujnych włosach (obiekt zazdrości reszty), czerwonym nosie i doświadczeniu leśnika-ekologa. Obserwował właśnie wzburzone stado mew, kiedy w jego środku wychwycił zarys ludzkiej sylwetki, niosącej paczkę pełną chińskich dań na wynos.

– Darmozjady cholerne! – zeskoczył na beton i popędził ratować towarzysza, odpędzając mewy masywnymi ramionami. Te z kolei głośno wyrażały sprzeciw wobec takiemu barbarzyńskiemu traktowaniu. Lepki z wdzięcznością przekazał mu część zdobyczy, na którą leśnik spojrzał dość krytycznie. Pudełka miały napisy po polsku, angielsku i chińsku.

– Pierożki? Kebaba żadnego nie było? – Kędzior znany był też jako koneser dań na wynos, o czym wielce świadczył jego brzuch. Łaciata twarz kuriera rozciągnęła się w grymasie. Twarz Lepkiego usłana była plamami skóry, efekt chorób i poparzeń. Jego rękaw był dziwnie wypełniony i szeleszczący, wypchany paczkami wykałaczek, chusteczek i ekstra płatnych sosów, które zwędził z obwoźnych budek gastronomicznych.

– Mam znowu zjeść twoją porcję?

Ten argument pokonał włochatego dziadka, który przycisnął swoje opakowanie mocniej do piersi.

Pozostali dwaj wyglądali na równie głodnych co mewy i byli prawie tak samo hałaśliwi na widok jedzenia.

Zasapani dostawcy rozsiedli się obok i pierożki szybko zostały rozdane. Sztuczna inteligencja statku, elegancka Melodia, wyczuła sytuację i z zmieniła piosenki na żywsze, by rozjaśniać im śniadanie w ospałym poranku miasta.

Niemal podskoczyli, kiedy spokój zakłócił sygnał aplikacji.

– Słuchajcie… – przerwał milczenie Wioślarz, nawigator, mechanik, chudzielec z brodą robiącą już za dodatkowy schowek. Jedyny z załogi o najdłuższym doświadczeniu żeglugowym i nawet wyglądający jak stary człowiek z morza, tylko fajkę mu dać. – Nasze pierwsze zlecenie.

– Już chwyciło? – Łaciaty przemytnik zamarł z pałeczkami ściskającymi pierożka. Naprzeciw przycupnęła pełna nadziei mewa, odmierzająca odległość jaką dzieliło jedzonko od wody. Tak jak ona nie spodziewała się szansy na taki kąsek, tak załoga nie sądziła, że reklama szybko zacznie się spłacać. Wcześniej znajdywanie klientów nigdy nie było takie łatwe!

Wioślarz wolną ręką wykonał gest otwarcia okna i kolejnym ruchem podzielił ekran między załogę. Wybrał ich grafikę, przedstawiającą statek z którego wyrastało drzewo. Czwarty staruszek, łysy i pokryty bliznami weteran King, wyprostował się dumnie. Odpowiadał za graficzny projekt ogłoszenia i podstawowy kod ich aplikacji. Obok doświadczenia partyzanckiego, po wojnach etnicznych w dawnej Anglii, King często zaskakiwał resztę niespodziewanymi talentami, czasem dorównując sternikowi w elektronice.

 

„Pniaki: Research i wydobycie. Doświadczona załoga zbieraczy z własną barką znajdzie dla ciebie skarby zatopionego świata, wygodną trasę w nieznane lub odzyska zagubione cargo! Zaufaj weteranom, pamiętamy suchy świat!”

 

Reszta ogłoszenia podawała parametry „Pniaka”, przybliżony cennik i legalne dokumenty, załatwione dzięki wspólnym koneksjom i dyskretnym przekrętom Lepkiego. Pochodzenie starych szabrowników podane było w dość wymijającej formie.

Ostatnie zmiany w prawie i zwiększona chęć eksploracji zewnętrznego świata przez władze umożliwiły załodze łatwą legalizację zawodu, bez drżenia o to, że jakiś nadgorliwy urzędnik przetrzepie im statek.

A tak naprawdę to naciski od rodzin, zaniepokojonych zużyciem amunicji i medykamentów na barce, niejako nie dały im wyboru.

I teraz czekało ich wzbogacanie doświadczenia o nudną, legalną, pracę wydobywczą.

A konkretniej….

– Mamy znajdywać ładne samochody?

– To jakaś kolekcjonerka – kontynuował Wioślarz, wrzucając na wspólny kanał wiadomość z ofertą. Wisiała w niej długa lista poszukiwanych części, marek, i nawet całych pojazdów. Obok listy unosiło się zdjęcie całkiem ślicznej Azjatki o złoto farbowanych lokach.

 – Więc… w zasadzie oferty nie mamy. Tylko okazję i pewnie stado konkurencji – podsumował Kędzior, drapiąc się w czerep. Lepki westchnął i zaprzeczył energicznym gestem pałeczkami, o mało nie przyprawiając obserwującej go mewy o zawał. Niestety, pierożek pozostawał ściśnięty i nigdzie się nie wybierał.

 – To bardzo dobra okazja. Zwykle kolekcjonerzy rzucają oferty i czekają na odpowiedzi, a ona sama zaczepia.

 – Co prawda to może być tylko bot reklamowy. – Wioślarz wrócił do pałaszowania swojego śniadania. – Ałe ta kołekjoner jeft bff siana – wymamrotał przez kluski, pokazując na poszczególne kwoty.

– Tylko wybredna. – Lepki palcem podkreślił jakąś burzliwą dyskusję w komentarzach, pod zdjęciem.

 – Panowie, nie jojczeć. – King postukał się w czoło wyglądające jak powierzchnia księżyca. – Sami mówiliście, że nie możemy polegać tylko na kontrabandzie. Teraz jesteście uczciwe obywatele i się cieszta.

– To baby i dzeciory tak mówiły.

– No to nie kłamię, nie? – wyszczerzył się łysy, zbierając za to kuksańca.

King lubił przemytnicze kursy. Bardzo często wliczone były w nie losowe wypadki i konieczność sięgania po ich prywatne karabinki, składaki z drukowanych trójwymiarowo części.

Strzelać, oczywiście, lubił. Jedyne czego im brakowało to oficjalnego pozwolenia na broń, ale poza granicami tamy władze przymykały oko na strzelaniny, pod warunkiem, że kule leciały w cele odpowiednio nieważne, albo w obronie.

– Nikt już nie jojczy – uspokoił go Kędzior, sam już pogodzony z ofertą i przeglądający zdjęcia poszukiwanych aut. Z całej czwórki cieszył się najlepszą pamięcią, wyszkoloną przez lata pracy w jednostkach ekologicznych. Obchodził się bez wspomagania elektronicznego. Jego skupiona mina świadczyła, że właśnie sprawdzał zasoby wspomnień.

Ostatecznie, po przejrzeniu całej listy i detali oferty, cała czwórka zatwierdziła propozycje z wyraźnym zadowoleniem. Na pierożki okazali mniej entuzjazmu, a jeśli ktoś wybrzydzał, to część jego porcji w tajemniczy sposób trafiała pod pałeczki Lepkiego. Mewy, zawiedzione, nakrzyczały na nich i zostawiły trochę śladów na burcie „Pniaka” i kładkach.

– O, mamy i nasze pierwsze lajki – śmiał się Wioślarz.

– A weź. Jeszcze naszej aplikacji nie skończyłem i nie wiem czy w ogóle dodam opcję komentarza. Idioci w sieci wykończą mnie prędzej niż piraci – prychnął King, w którego ciele siedziało w sumie więcej kul niż mógł naraz wpakować do magazynka, oraz masa elektroniki. Funkcji połowy wszczepów nie pamiętał.

Nagle Kędzior pstryknął palcami

– Pamiętacie te bogate osiedla na południu?

 

***

 

Pamiętali.

Lśniące domy z samowystarczalnymi źródłami energii, budowane z minimalnym zaangażowaniem protokołów ekologicznych, blisko rozrastających się bagien za osłonami. Ładne widoki z okna. Mieszkańcy ignorowali przepisy na rzecz przepychu i wygody, robiąc ze swoich domów małe dzieła sztuki, otoczone licznymi udogodnieniami.

Jak podziemne garaże, wypełnione drogimi furami po brzegi, zarówno klasycznymi manualnymi, jak i tymi o sztucznej inteligencji zastępującej kierowcę.

Tak to sobie przynajmniej wyobrażali marynarze „Pniaka”, stłoczeni teraz w głównej budzie i pogrążeni ze wspominkach przeplatanych wyobraźnią i referencjami map.

Starcy przerwali na chwilę dyskusję rzucając krótkie spojrzenia za okno. W ich oczach na chwilę powróciły ulice polskich miast, finezyjne domy elit, utkane myślą architektów ekologiczne wieżowce z drewna CLT przeplatane starą zabudową, segmenty mega-blokowisk, kolosalne centra-miasta handlowe pełne ludzi oraz podobnie wypełnione parki.

Skrzek drapieżnego ptaka rozwiał mgiełkę wspomnień i wrócili do tematu, paluchami śledząc cyfrową trasę. Melodia posłusznie notowała ich uwagi i sugerowała mapy, te nowe jak i dawne. Otaczała ich już solidna siatka wizualizacji, wypełniając przestrzeń w przytulnej kabinie.

Na zewnątrz jastrząb rzeczny próbował schwytać tłuste szczurzysko, ale to zdążyło skryć się w roślinności wieżowca. Barka płynęła powoli, wymijając sterczące i zarośnięte zielenią szkielety budynków, te najwyższe wyglądały jak pionowo rosnące lasy.

Na głębinach mętnej wody błyskały resztki świateł, to gasł inteligentny asfalt ulic. Czasem szarość poranka rozjaśniały też migawki reklam i innych wizualizacji na budynkach i resztkach billboardów, wiecznie żywe dzięki wytrzymałej technologii. Duchy zalanego świata.

W powietrzu rozległo się paskudne zgrzytanie i Wioślarz dopadł do steru, klnąc. Dawne ciasno zabudowane tereny były wyzwaniem dla doświadczonych sterników i praktycznie niedostępne amatorom, dlatego bez wahania wybrali to miejsce. Na karku mieli gorsze przeprawy, co udowadniał właśnie chudy sternik, zręcznie lawirując masywem barki przez kolce ogrodzeń, dachów i filary złamanej estakady. Płynęli wzdłuż niej, skryci w cieniu zrujnowanej trasy. Za barką osunął się fragment spirali schodów, zrzuconych hałasem z rusztowań kolumn wzniesionej ulicy. Gruz szczęśliwie ominął pokład, wzbijając w górę wodę.

Kędzior wychylił się, lustrując zieleń dookoła. Myślą aktywował stare programy rządowe, analizując stopień skażenia środowiskowego.

 – Dalej mamy całkiem czyściutko – leśnik wymruczał kolejny raport, po obserwacji wykresów i danych, orbitujących dookoła jego głowy. – Ale to nie sanatorium, nie zalecam kąpieli.

– Do wody lecisz i tak ty albo Lepki. – Wioślarz nie odrywał się już od kontrolek. Prowadził barkę na równi z SI, wchodząc na ten czas w symbiozę z Melodią. – Gorzej…

– Nie będzie, tak, wiem – kanciarz wywrócił oczami i podkreślił dotykając plam sparzonej skóry. W głowie odliczał kolejny kredyt jaki mógłby dostać za tego typu komentarz.

Kędzior z kolei po prostu wydawał się nietykalny i zahartowany dla dziczy. Podejrzewali, że oszukiwał jakimś tajnym wszczepem od ministerstwa środowiska.

Dziób barki przebił się przez gąszcz pnączy zwisających między dwoma wieżowcami CLT. Parawan wilgotnych roślin prześliznął się przez cały pokład, zostawiając z mlaśnięciem smugi na szybie kabiny. Wyszli na płytszy i bardziej zabudowany teren, gdzie naprzeciw nawet widzieli krzywy zarys brzegu, w który zanurzał się koniec dziurawej estakady.

Oprócz plam, roślinność pozostawiała po sobie też chmary robaczków, których konieczność eksmisji zajęła ich uwagę. Dlatego też chwilę im zajęło zrozumienie, że gdzieś w tym czasie w plecy Kinga wbił się oszczep.

– Ejże, panie? – King obrócił się jakby nigdy nic, spostrzegając byle jak sklecony pomost, wiszący między dachami niższych ruin. – Um, przepraszam, pani – uśmiechnął się szarmancko do kobiety w pobrudzonym ubraniu, która robiła kolejny zamach z włócznią na krzywym kijku.

– O hej, to miotacz oszczepów. Ożeż… – Lepki wychylił się i od razu schował, gdy kolejna dzida poleciała w jego stronę. Drzewce jeszcze chwilę dygotało po wbiciu w stolik kajuty. Zaraz dało się słyszeć kolejne uderzenia o dach i burtę, jeden oszczep stworzył pęknięcie na przedniej szybie. King westchnął o manierach młodzieży, wyrwał ostrze z pleców, po czym puścił krótką palbę w powietrze.

Karabin zaterkotał, przepłaszając stado ptaków. Kobieta na kładce uciekła z piskiem, a wraz za nią gromada innych kocmołuchów, pochowanych po ruinach. Kilku niosło zwoje lin, co sugerowało zamiary abordażowe, ale z kulami się nie dyskutuje. Łysy weteran obserwował ich jeszcze chwilę, robiąc zoom wspomaganymi oczami. Przez chwilę miał powidoki i przypominał sobie pancerze angielskich bojówek, ale udało mu się powstrzymać odruchy do podnoszenia broni.

– Plemienni – wymamrotał, mimo sztywnej z napięcia twarzy. Ocenił to po tatuażach w które każdy z dzikusów był przystrojony, wydawały się podlegać tym samym wzorom.

– Jak plecy? – Łaciata twarz Lepkiego znowu pojawiła się w oknie.

– Dostałem w jakiejś ustrojstwo, lekko łaskocze ale iskry nie lecą – machnął ręką trafiony, bardziej przejęty poziomem amunicji i kontrolą własnych nerwów. Przeładował, bardziej dla uspokojenia i zajęcia czymś rąk niż faktycznej potrzeby.

– Kolejna dziura, trzeba opić. – Kędziora jeszcze trzymał się nastrój, kiedy wynurzał się właśnie z włazu, z butelką dla każdego.

– Może nie kiedy jesteśmy na wrogim terenie, bardzo dziękuję – odchrząknął Wioślarz. Włochaty leśnik zrobił usta w podkówkę, wzruszył ramionami i odłożył towar z powrotem.

– Zwolnimy i puścimy Staszka.

Kiedy barka zmniejszyła obroty, staruszkowie zebrali się przy monitorach i Wioślarz wypuścił drona.

Ciche i smukłe urządzenie, z wymalowaną buźką na dziobie, oderwało się od skrytki w statku i płynnie poleciało do przodu, wznosząc się na maksymalną wysokość. Podgląd nie był wolny od zakłóceń, bo Staszek miał już swoje lata, ale wystarczał. Pod dronem przesuwały się kolejne sieci kładek i pomostów, wysp wraków i ruin, po których biegły małe postacie. Obserwowali chwilę ich ruchy. Z ponurą miną Wioślarz nałożył na obraz mapę, jaką sobie przygotowali.

– To mi wygląda na wioskę – Lepki wskazał palcem większy teren wystający nad wodę. Nie sposób było zidentyfikować czym był kiedyś, od puszczy jaka na nim wyrosła. Przez przekaz drona dostrzegali między drzewami coś co mogło wyglądać na domy z wydobytych wraków, albo zarysy szałasów, ale też równie dobrze losowy złom.

 – Mieszkańcy pewnie się pochowali kiedy usłyszeli Kinga. Wojownicy mogli się przegrupować i dozbroić – dodał z pewnością w głosie, zaznaczając też potencjalne punkty gdzie jeszcze mogą czekać zasadzki. Miał bogaty pakiet notatek w temacie ludzi plemion, często podparty doświadczeniem. Przewozili kontrabandy między różnymi klientami.

– I jest nam na drodze. Widzicie to? Zrobili sobie pomost do naszego punktu. – Wioślarz nie krył niezadowolenia. Zbliżył Staszka we wskazane miejsce, ukazując im ścieżkę z kładek poprzez bagno, a na jej końcu niegdyś bogaty dom z zerwanym dachem. – O ile sami już nie zgarnęli najlepszych kąsków na domy.

 – Równie dobrze możemy pozabierać im chałupy, oddamy te które nie nadadzą się do upłynnienia – Oszust uśmiechał się szerzej i zacierał egzoszkieletowe palce na myśl o łatwej robocie. Wioślarz zgromił go wzrokiem.

Padły więc inne propozycje, często gorsze. Przeplatali planowanie kłótnią, czy używać broni a jeśli nie, to z czyjego zapasu amunicja pójdzie na odstraszanie. Kędzior, wciąż lekko zawiedziony, że nie może się napić, w końcu urwał dyskusję zdaniem, które całą trójkę zamurowało:

– Wiecie, technicznie rzecz biorąc, z papierami jakie mamy, rozstrzelanie tych ludzi jest legalne bardziej niż większość kontrabandy jaką woziliśmy.

W chwili niezręcznej ciszy Wioślarz wydał dyspozycje zawracania.

– Szukajcie nowego miejsca.

 

***

 

Lepki trzymał wartę, czyszcząc statek z oszczepów i obserwując krążącego nad nimi Staszka. Kiedy ręce zajmowały się nużącą pracą, jego umysł porządkował notatki o dzikich plemionach z okolicy, dodając nowe obserwacje do folderu.

Nagły odgłos obcego silnika zaskoczył go. Zeskoczył na kładkę i popędził do kabiny, cały czas nasłuchując narastającego hałasu.

– Panowie, towarzystwo – zawołał. – Na dziesiątej, płynie prędko i głośno.

Wioślarz i Kędzior oderwali się od mapy. Po chwili za Lepkim dostały się niesione wodą odgłosy. Wszyscy trzej wydarli się na Kinga by wracał i Wioślarz przekierował Staszka szybkim sygnałem. Przy gwałtownym skręcie drona obraz lekko zadygotał, ale w oddali już widzieli płynącą motorówkę, a za nią dziób innej barki. Nad pojazdami unosiły się uzbrojone obce drony i Wioślarz od razu wycofał zwiadowcę, nim tamci spróbują go odstrzelić.

Zdążyli jeszcze dostrzec logo na burcie motorówki, przeplatające się wstęgi z literami RT.

– Korpo, RadianTech – wysyczał Wioślarz, ciągnąc się za brodę.

– Trochę to do nich niepodobne, tak od razu się pakować na dziki teren.

– Chyba, że nas śledzili. Sprawdźcie czy ktoś nie podrzucił Melodii pluskwy. Płyną prosto po naszych śladach i do plemienia. – Lepki naniósł wektor na zdjęcia od Staszka.

– Do nich to mogę strzelać! – ucieszył się King, wchodząc z karabinem w ramionach.

– Musieliby zacząć pierwsi. Czy podłożenie pluskwy można uznać za akt agresji? – Wioślarz już przeglądał system. Oczywiście, infekcja nastąpiła jak tylko potwierdzili, że biorą zlecenie. Ciekawe czy kolekcjonerka o tym wiedziała, pułapkę zainstalowano w jej aplikacji.

– Raczej tak, wojna informatyczna i te sprawy. Ale musimy się w to pakować? Mają nas chyba gdzieś. – Kędzior się skrzywił, wyglądając za okno. Po chwili mignęła im nawet motorówka, nurkując w znajomej przesłonie z zieleni. Widzieli na niej postacie w pancerzach, z dobytą broną.

Nie musieli długo czekać na pierwsze staccato wystrzałów.

– Chuje! – Wioślarz mocniej ścisnął brodę. Jego chude ciało zagotowało się ze złości. Kędzior i Lepki wymienili spojrzenia, i tylko żołnierz King czekał niewzruszony, palcami tańcząc po kolbie karabinu.

– Jeśli kopniemy silnik, zdążymy zablokować ich barkę – zasugerował, uśmiechając się spokojnie.

 

***

 

Łódź korporacji RT płynęła leniwie, spowalniana masywem dźwigu jaki wypełniał większość długiego pokładu. Z jego rogów w górę sterczały cztery stalowe kolumny, podpory mogące przechodzić przez dno łodzi, umożliwiające barce uniesienie się ponad poziom wody i transformację w platformę wydobywczą. Załoga krzątała się teraz przy nich, sprawdzając gotowość hydrauliki. Dwa drony lewitowały nad barką, strzegąc terenu. Dźwięk ich śmigieł ginął w odgłosach strzelaniny, jakie woda niosła od motorówki najemników korporacji.

Powolne tempo sprawiało, że przekazywany od dronów obraz był niemal statyczny. Kapitan przegapił blask kontrolki, kiedy jeden z wyświetlaczy się zawiesił. Dopiero głuche uderzenie drona o pokład wyrwało kapitana od wirtualnych ekranów. Siwiejący już chińczyk jeszcze chwilę nie pojmował, co się dzieje.

Załoga również podniosła głowy i nim zaczęli krzyczeć ostrzeżenia, drugi automat rozbił się o ramię dźwigu, siejąc szczątkami wirników.

 

– Łaaadnie. – Na „Pniaku” Lepki pochwalił celność leśniczego, który położył się na dachu kabiny i celował z zębatego karabinu elektrycznego.

 

Sam „Pniak” pozornie leniwie wysunął się zza osłony ruin, w odległości przecinając drogę grubej jednostce RT. Kapitan korporacji wydał dyspozycje zwalniania i staruszkowie odetchnęli z ulgą, właściwie nie mieli planu na wypadek gdyby zostali staranowani.

King tymczasem siedział w okolicy dziobu i wewnętrzną kamerą nadawał obraz, który potem Wioślarz wykorzystał by podrzucić przeciwnikom pakiet wirusowy. Pierdółka, wystarczy by na chwilę rozproszyć uwagę wroga i zakłócić komunikację. Fundusze nie pozwalały im na nic lepszego.

Czego nie można powiedzieć o korporacjach.

– Melodia zgasła. Resetuję i wchodzę na ręczne – poinformował sternik, wygaszając swoją symbiozę, nim i jego dosięgnął informatyczny kontratak. W kabinie zgasło wiele ekranów. Stracił na widoczności, w tym bezpośrednią łączność z kamerami załogi, a „Pniak” nie wysunął się jeszcze całkiem na otwarty teren. W kolejne osłony wpłynie na czuja. Urwali mu też dostęp do zdalnego sterowania dronami.  – Cholera, dobrzy są. King!

– Robi się. – Weteran w kilku susach dopadł do komory dronów, otwierając sąsiada Staszka. Insektoidalna jednostka bojowa, jego prywatny pupil zwany Mrówą, została wyciągnięta i aktywowana zdalnie. W tym czasie korporacyjna załoga zdążyła już ich ostrzelać ostrą amunicją, wyganiając Kędziora z jego pozycji na dachu.

Kuląc się przed strzałami i rykoszetami, King cisnął Mrówą w powietrze. Automat szybko rozeznał się w sytuacji i wypuścił pociski dymne, osłaniając burtę Pniaka na połowie długości, jednocześnie sypiąc gumowymi kulami po załodze przeciwnika, bardziej dezorientując i rozpraszając niż krzywdząc marynarzy w grubych kamizelkach.

Partyzant oparł lufę o osłonę, mrużąc oczy i obserwując cele dzięki osobistym filtrom. Ledwo na korpo-barce zamajaczyła postać z zębatą lufą anty-drona, zagłębił w jej nodze kulę. Mrówa namierzyła się na strzał swojego pana i poprawiła gumowymi pociskami w głowę, posyłając oszołomionego snajpera na deski. Maszyna zebrała w odpowiedzi serię z broni obrońców, ostra amunicja zerwała pierwszą warstwę pancerza i naruszyła kolejną.

– Długo nie wytrzyma! – krzyknął do reszty King, obierając nowy cel. Ręce zaczynały mu drżeć, a mimo wszczepów stary kręgosłup już marudził, z powodu niewygodnej pozycji. Czy może to od tych mroczków które widział i echa salw z przeszłości? Wcisnął spust, chybił.

Prawie podskoczył gdy koło niego spadł Kędzior. Wymienił nieporęczny elektrogun na sprawdzonego składaka. Nie zdążył mu jednak pomóc, bo obaj musieli natychmiast schować głowy. Tamci walili serią ślepo w dym i kule gwizdały i szczekały po burcie. King zadrżał, nagle przypomniał sobie miękkość okopu.

– Masz i nie pękaj – Kędzior wręczył mu jedną z wyniesionych wcześniej flaszek. Kombatant oderwał zębami korek i przyssał się, ostrym smakiem oczyszczając głowę. Pocisk wbił się w zabudowę za ich plecami. – Cholera, nie ten refleks co kiedyś. Zdjąłbym drani.

 

– Przyszpilają nas. Ile mają amunicji?! – oszust oceniał sytuację, lekko wychylony z kabiny sternika. Kilka kul gwizdnęło też w ich stronę. Byli już na otwartym terenie i kabina została obrana za nowy cel. Rozprysła się przednia szyba. Pomyślał, że i tak nie zdążył jej wyczyścić po tamtej winorośli.

– Znając życie, drukują łuski i resztę produkują na miejscu. – Wioślarz skulił się i niecierpliwie popychał dźwignię mocniej, jakby barka mogła wejść na jeszcze wyższy bieg. Zdołali wpłynąć za kolejną osłonę, a Mrówa posłusznie wycofała się za nimi, o połowę chudsza i dymiąca.

Jednak źle dobrał prędkość do prądu. Burta otarła się o fragment muru, wyginając kładkę i zmuszając Kinga z Kędziorem do opuszczenia stanowiska strzeleckiego, nim zostali wgnieceni. Klnący sternik wyrównał, wytracając prędkość i tracąc kąt do wygodnego skrętu.

Nim zdążył przywrócić kurs, większa barka była do nich zwrócona burtą, z załogą gotową do strzału i reaktywowanym ocalałym dronem. Kropki laserowych celowników objęły całą czwórkę starców.

Lepki wywiesił białą flagę, którą zdążył przygotować w czasie starcia.

***

 

W czasie jakim zajęło przeciwnikom zrównanie się i rozbrojenie „Pniaka”, motorówka zdążyła nawrócić i dołączyć do spotkania. Hałaśliwy pojazd zbliżył się do burty i część jego załogi wskoczyła na pokład.

Starcy spoczywali w kabinie na kolanach, ręce związano im z tyłu razem jedną liną. Jak się okazało, załoga korporacji nie była specjalnie przygotowana do brania jeńców. Za to starannie ich przeszukali, odkładając znalezioną broń i scyzoryki na jedną stertę. Jeden marynarz ze zdziwieniem obracał opakowanie sosu słodko-kwaśnego, znalezione w rękawie Lepkiego.

– To chyba jakieś żarty. Emerytura wam się znudziła? – Do wnętrza weszła wysoka kobieta, ubrana w lekki, segmentowy pancerz, nieprzemakalne ubrania i okrywający twarz hełm z filtrami, wszystko w barwach maskujących.

Pozostali zbrojni pokazywali ich sobie palcem i wymieniali rozbawione uwagi. Nawet marynarze z większej barki zaczęli głupio się uśmiechać, jakby to był tylko jakiś psikus który sami przygotowali. Nie wszyscy najemnicy nosili takie szczelne pancerze, ci bez wyglądali za to jak przepisowe cyborgi ze starych filmów. Lepki kojarzył takie płytki na czoło i diody z jakiejś nowej mody.

Kędzior wzruszył ramionami i też się śmiał, chociaż inni przemytnicy nie podzielali tej wesołości.

– Chodzące artefakty. Cyborgi muzealne – kontynuowała kobieta, oglądając każdego z nich po kolei. Zatrzymała się chwilę dłużej przy Lepkim, ujmując jego twarz pod brodę i odchylając do góry. Na jej sygnał dwóch trepów zerwało z niego wierzchnie ubranie, dookoła wysypały się wykałaczki. Kobieta pchnęła go w dół, oglądając pajęczynę metalu obejmującą cały kręgosłup i rozchodzą się od zbiornika baterii. Jeden ze strzelców pochylił się, jakby planował zdjąć ustrojstwo.

– Co to za cholerstwo?

– Medyczny egzo. Bez niego plecy mi siadają – jęknął rozebrany.

– Ludzki złom – pokręciła głową z niedowierzaniem, pokazując dłonią żeby zostawić. Ale koszuli nie oddali. – No nie, nie mogę, nie wierzę. Co wam odbiło?

– Zostawiliście nam pluskwę i próbowaliście ukraść towar? – spróbował Kędzior, wciąż niepasująco pogodny.

– Byliście daleko od niego, więc kto pierwszy… i cóż, taka praktyka. Nowi muszą uważać i się uczyć, a starsi mają prawo ich wydymać. Ale wy pewnie gdzieś już pracowaliście, co? Żaden żółtodziób by tak nie nawigował po tej dziczy – wskazała kciukiem na zewnątrz. – Tylko kiepskie wybraliście hobby na starość.

– Daj im już spokój, bo na miejscu padną! – zażartował ktoś z tyłu. Jeden z trepów przyklęknął i urządzeniem w ramieniu robił sobie selfie z emerytowanymi cyborgami.

– Gówniarze – sternik nie wytrzymał i splunął mu na plecy. – Co to dla was,

wpaść w cudzy teren i strzelać do ludzi jak do robaków.

– A, o to chodzi? Naprawdę? Przecież tamci to mutanty, prawie zwierzęta. Degeneraci. Kurwa, zrobiliście cały ten zamęt tylko po to by nas zatrzymać? – złapała się za hełm w przebłysku zrozumienia. Kędzior uśmiechnął się porozumiewawczo i znów wzruszył ramionami. Wioślarz z kolei rzucił jej pełne nienawiści spojrzenie.

Jeden z marynarzy, który był w wieku w jakim mieli synów, przyglądał się im chwilę. Zacisnął szczękę i podszedł do szefowej, szepcząc jej coś do hełmu.

– Szlag. – Rozluźniła się. – Nie kłamaliście, że pamiętacie suchy świat. Przykro mi, że oglądaliście jak dopadł ludzi wirus. Ale my mamy swoją pracę, a tamci to tylko przeszkoda.

– A my czym teraz jesteśmy? – Lepki uniósł głowę, szukając jakiejś okazji do negocjacji. Westchnęła.

– Problemem. Nie jesteśmy tak bezwzględni, za jakich nas macie. Wyrzucimy was gdzieś związanych, przeczekacie akcję i pójdziecie do domu, żon, wnuków, serwisu, co tam macie. Wasz wybryk zrzucimy na demencję starczą.

– To się już leczy jednym pstryknięciem!

– Powiedział przypalony człowiek w egzoszkielecie. Przy tym jak wyglądacie równie dobrze możecie ją mieć, a na pewno będzie widoczna na piśmie. – Mogli czuć jej złośliwy uśmiech przez bezosobową maskę.

– I zabierzemy wam statek – dodała po chwili.

King zerwał się z gwałtownym rykiem, wyrywając ręce ze sznura i wywracając powiązanych kompanów. Rzucił się na kobietę, uderzając czołem w szybkę hełmu, z satysfakcjonującym trzaskiem i pęknięciem w wizjerze. Nim zdążyła zareagować, uderzył kolanem w pozbawioną segmentów szczelinę zbroi i pchnął ją ciałem na deski.

Krótko szczęknął pistolet.

King upadł obok niej, z bokiem czaszki umazanym krwią.

Kędzior przestał się uśmiechać i zaczął krzyczeć.

– Zabrać ich stąd! – rozkazała, podnosząc się gniewnie.

 

***

 

Szybki kurs motorówką z powrotem za zasłonę i wyrzucili ich na postrzępionym brzegu, na terenie plemienia. Starcy legli w piasku, złorzecząc głośno jeszcze i wyzywając korporacyjnych od morderców. Po chwili obok wyrzucili też ciało Kinga, a wtedy ucichli.

– Strzał w samoobronie, wy wraki. Wasz kumpel powinien być mądrzejszy. Pożegnajcie go sobie, bo jego nie weźmiemy z powrotem. – Człowiek który pociągnął za spust wykonał na hełmie gest w parodii salutu i szybka motorówka oddaliła się z warkotem silnika. Starcy usiedli na piasku, obserwując jak wojownicy z RT krążą przy wysepkach dzikusów, hałasem i bronią odpędzając ich lokatorów.  Krótkie serie, posłane w zamieszkaną puszczę. Raz widzieli jak półnaga postać spadła z drzewa, rażona kulami.

Niedługo potem tłusta barka przebiła się przez zieloną kurtynę, czterema filarami podpór zrywając jej sporo za sobą. Z tyłu zaś holowany był zdezaktywowany „Pniak”.

Trzej emeryci obserwowali jak łódź korporacji pełznie w cień estakady, jednocześnie aktywując dźwig. Po oczyszczeniu z zieleni, stalowe filary opadły przez pokład i wbiły się gdzieś głęboko w dno, jednocześnie unosząc barkę ponad poziom wody, gwałtownie zmętniałej od uderzenia. Przetransformowana platforma lekko się przechyliła, kiedy jedna z nóg osunęła się, ale utrzymali stabilną pozycję.

 – Na to nie wpadliśmy. Przecież samochody pospadały z trasy, kiedy się trzęsło. Tam pewnie leżą ich sterty – skomentował Lepki, z echem rezygnacji w głosie. Trząsł się. Częściowo od chłodu wody, wnikającego pod egzoszkielet, częściowo z nerwów i widoku ciała Kinga na plaży.

– Cokolwiek – westchnął Wioślarz o pustym spojrzeniu. Nie patrzył na nic, ból trzymał w sobie.

Kędzior w tym czasie myślał i planował, by znowu nie przeżywać sceny jaką widzieli na barce. Dranie w zasadzie wyrzucili ich ot tak, bo wiedzieli, że dziadki nigdzie sobie nie pójdą. Dzięki swoim firmowym wszczepom leśnik najdłużej by wytrzymał podróż przez dzicz, lądem czy wodą, może nawet znalazł polis, ale reszta nie przetrwałaby, zanim zlokalizowałby pomoc.

No i wciąż byli związani. Po szarży Kinga poprawiono im węzły, ręce ciasno unieruchamiając za plecami. Połączyli dziadków tak, by tylko sobie przeszkadzali każdym ruchem. Teraz są trójopakowaniowym daniem do wzięcia, na miejscu i na wynos, brakuje tylko neonów do przyciągania kanibali i dzikich zwierząt.

Spojrzał w pochmurne niebo. Mrugnięciem aktywował ekrany RR i niby zasięg był. Rozważał wejście w dziką sieć i szukanie stabilnych serwerów po omacku, ale bez pomocy „Pniaka” i precyzji laserów narażał się na pełną gamę wirusów. Nie śpieszno było mu zostać chodzącą reklamą sardynek albo damskiej bielizny, zwłaszcza, że potem reszta musiałaby z nim wytrzymać do końca życia. Czyli w sumie nie za długo.

Gdyby chociaż przelatywał godron, jedna z maszyn które cały świat podłączały do dodatkowej rzeczywistości, to może sygnał byłby bezpieczny.

Wioślarz zauważył jego zachowanie.

– Myślałem o tym. Ale oni mają rację, korpo może nas tak prawnie udupić, że ze wszystkiego się wykpią. Nawet jakbyśmy ich nagrali. Tylko się wychylimy, to nas zamkną w jakimś domu opieki.

– Może i nie byłoby to takie złe – Kędzior poddał się, ramiona mu zwiotczały. Spojrzał z zamglonymi oczami na nieruchomego weterana.

Wszyscy trzej westchnęli jednocześnie i zaczęli rozważać, co powiedzą rodzinie Kinga. Bolało. Niby w tym wieku pochowali już wielu przyjaciół, widzieli jak bliscy giną w katastrofach i od nowoczesnych chorób. Nawet za przemytniczych czasów, kiedy odpędzali się od piratów, byli świadomi, że ktoś ich w końcu opuści. A jednak nie byli gotowi.

Nad wodą rozszedł się ponury zgrzyt, kiedy na tłustej barce przycięło się ramię dźwigu. Widać dostało się tam trochę agresywnej zieleni, co sprawiło pokonanym małą satysfakcję.

– Łożesz kurwa! – King zerwał się do pozycji siedzącej, spłoszony hałasem. Wytrzeszczał oczy, a trójka przyjaciół wytrzeszczała na niego. Przez chwilę pogubili się w kakofonii okrzyków i wrzasków, aż w końcu Lepki wykazał się inicjatywą i ciągnąc resztę za sobą, nogą docisnął Kinga z powrotem do piachu.

– Pamiętaj, zombie zawsze wal w głowę! – pouczał go Kędzior.

– Jak ja ci zombie zaraz pokażę, ty kalafiorze chodzący!

– Cicho, żadne zombie i żadne brokuły! – Lepki rzucił spojrzenie w stronę barki, ale na szczęście marynarze tam mieli dość własnych zajęć. – Nie ruszaj się, potem wyjaśnisz. Zabierzmy go gdzieś do tyłu, niech pomyślą, że urządzamy pogrzeb.

Pokiwali głowami i po chwili akrobatyki z przemieszczaniem się we trzech naraz, jakoś chwycili Kinga za ramiona.

– Ej, nie! – zaprotestował denat-nie-denat. – Bo mi jeszcze dysk twardy wyskoczy.

Wywrócili oczami i spróbowali za nogi, to też marudził. W końcu unieśli go jakoś bokiem, wspólnymi siłami zarzucili sobie na trzeszczące plecy i mało godnym stylem trójgłowego kraba popełzli w głąb lądu.

– Jeślibyście mnie tak faktycznie chowali, to bardzo bym się zawiódł – ocenił pochód nieboszczyk, otwierając jedno pełne pretensji oko.

Schowali się za porośniętym krzakami ogrodzeniem parkingu. Większa jego część zapadła się, tworząc wypełniony śmieciami staw.

Upuszczony King ochoczo rozciął ich więzy pierwszą lepszą blachą.

Kiedy tylko odzyskali czucie uściskali go po kolei i gapili się z niedowierzaniem na dziurę w głowie. Po przetarciu od krwi, odsłaniała rozdartą syntetyczną skórę i metaliczną płytkę, w której utkwiła kula. Wioślarz wyjął ją ostrożnie, oglądając miękki i kruszący się materiał.

– Rzeczywiście je drukują – roześmiał się ze łzami w oczach, a King odebrał mu pocisk i z dumą zapakował ją do kieszeni na piersi.

– Kolejna do kolekcji. Reset mi zrobili, chuje jedne. Straciłem historię przeglądania.

– Ja zawsze robię zakładki – kanciarz szczerzył się głupkowato, rozcierając nagie i odrętwiałe ramiona..

– Zajebiście. No to teraz spuszczamy im łomot? – zasugerował Kędzior, odzyskując energię. Wszyscy czterej poczuli się od razu młodsi.

– Nub nub! – zakrzyknęły głosy dookoła, dobiegające od wytatuowanych postaci które wspięły się na obrośnięte murki. Uniosły się ostrza dzid, a dziadkom opadły ręce.

– Chłopaki, niedobrze. Chyba muszę was związać z powrotem.

 

***

 

Obeszło się. Plemienni byli zadowoleni, gdy starcy bez oporu szli gdzie im kazano, pod delikatnymi sugestiami kłucia grotami. Łowcy rozmawiali ze sobą w zwięzły, krótki, ale ekspresyjny sposób. Wszyscy ubrani byli dość lekko, w workowate, materiałowe portki i ochraniacze z utwardzonego drewna. Na ich ciałach nie brakowało znamion po chorobach, ranach i zanieczyszczeniach, przeplecionych przez wcale niebrzydkie malunki.

Lepki nastawiał uszu, wychwytując słowa i sposób formułowania zdań. Nie było łatwo się skupić, jeden z dzikich uparcie próbował dotknąć egzoszkieletu i zachodził mu drogę. Inny starał się ciągle gapić na dziurę w głowie Kinga, jakby nie dowierzał w to co widzi. Kilka słów się powtarzało, zwłaszcza w odniesieniu do nich.

– Zdaje się, że mają nas za żywe trupy. Niezbyt mądre, żywe trupy – cicho poinformował sąsiadów.

– Cudownie. Jakaś szansa, że mogą nas czcić? – odszepnął Wioślarz.

– Zaklepuje rolę króla – odezwał się głośniej King. Po takich postrzałach często przestawia mu się percepcja i trochę tracił poczucie rzeczywistości. Został szturchnięty drzewcem dzidy i nie kontynuowali rozmowy. Zamarudził tylko pod nosem, że tak źle traktują swojego przyszłego władcę.

Zagłębiono ich w puszczę, oglądaną wcześniej z lotu drona. Z bliska wyglądała tylko gorzej i jedynie ich wieloletnie doświadczenie pozwalało im jako-tako pokonywać gęste krzaki, zdradliwe zapadliska i śliskie korzenie, które razem tworzyły ścieżkę nie przeznaczoną dla seniorów. Plemienni, naturalnie, szli po tym wszystkim bez wysiłku.

Pokazano ich parze wodzowskiej. Brzuchaty, niepokojąco młody, silny mężczyzna i takaż kobieta, oboje ubrani w proste stroje wygrzebane z ruin. Lub skradzione nieuważnym podróżnikom, przez co wyglądali dość papuzio. Rozsiedli się na kanapie wyrwanej z jakiegoś samochodu, którego szczątki posłużyły za podstawę tego dwuosobowego tronu. I widać zgodnie z obyczajem, wódz gestem pozwolił myśliwym zedrzeć pozostałe  kurtki z dziadków i podzielić między siebie.

Teraz całej czwórce było zimno.

Lepki spróbował dialogu, dyskretnym gestem odpalił ekrany pomocnicze i swoje notatki o dzikich oraz ich językach. Na szczęście to co powiedział nie uraziło niczyich przodków i wodzowska para popatrzyła po nich ciekawiej. Padło pytanie, podkreślone gestem dłoni. „Pif paf” pokazały palce wskazujące. Obrócił się do swoich.

– Czcić nas nie będą. Ani jeść, jeszcze. Pytają, chyba, o broń. Albo chcą nas zastrzelić.

– Jak nam dadzą to będziemy mieć broń. – Kędzior popatrzył ponad wodzostwem. Przez pnie drzew rozlegał się oddalony i znienawidzony już warkot silnika motorówki. – Mogę sobie porzucać dzidą do tamtych dupków.

 Pozostali pokiwali głową zgodnie, a Lepki starał się przekazać treść na zdeformowany język.

Zapytano ich jak przeżyli, z podkreśleniem stanu Kinga. Słowa w pytaniu sugerowały jakby magiczne postrzeganie świata, co Lepkiemu dużo upraszczało. Opowiedział im więc o czarnej magii, która pozwala na zmianie ciała w metal. Ranny weteran, jakby wyczuwając o czym mowa, obrócił głowę i palcem popukał w odsłoniętą płytkę w środku brudnej od krwi rany.

Musieli potem uspokajać rozochoconego wodza, który natychmiast nakazał zrobić z czaszki Kinga kuloodporny hełm. Pokładowy kanciarz ostatecznie wynegocjował, że wodzu dostanie pancerny czerep po śmierci staruszka.

Sam King był zadowolony, bycie koroną było wystarczająco blisko władzy.

Kiedy nikomu już nie groziła dekapitacja, Lepki znów rzucił propozycją dostania broni do walki. Wodzostwo było już bardziej ochocze ku temu, w jego oczach dziadki były niezdolne do walki, a szybki zgon równa się szybkie zdobycie hełmu.

Przed uzbrojeniem odsunięto ich najpierw na bezpieczny dystans.

– Znowu wszystko na mojej głowie – uśmiechnął się King, odbierając swój miotacz włóczni i garść pocisków. Założył jeden na próbę i zamachnął się, upuszczając oszczep pod stopy. Pozostałym nie szło lepiej. Ciskali dzidy w sposób niemożliwy, albo gubili się przy samym montażu. Wioślarz spróbował sobie pomóc oprogramowaniem mierzącym, co spowodowało tylko, że prawie trafił strażnika za plecami.

Wodza to bardzo cieszyło, a jego małżonka radośnie podskakiwała i klaskała. Myśliwi po prostu rechotali.

– No, tak to nie damy rady. – Kędzior drapał się w głowę, oceniając nieszczęsny miotacz w dłoni. Obrócił się w stronę grubiutkiego wodza, ale wtedy myśliwi przestawali się śmiać i szykowali do skoku. – Ej, spokojnie, nie planuję zamachu! – Odłożył kijki.

– Oczywiście, że nie. Musiałbyś wtedy ją poślubić – Lepki wskazał wciąż ubawioną królewnę, radosną jak panda przy karmieniu. Kształtem także podobną.

– Nie jest aż taka brzydka, trochę ćwiczeń, gębę umyć i już panna na wydanie. A jeśli by mnie karmili tak jak ich, to tym bardziej bym rozważył. Muszą mieć fajne stada dzików pod kontrolą. A z seksem się poczeka aż królewna sobie dorośnie.

– Pierwszy zaklepałem! – King przypomniał o sobie. Wioślarz popatrzył po nich z niedowierzaniem.

– Do cholery, to nie wczasy! Pamiętajcie, że mają „Pniaka”! Zapytaj ich o coś innego! – warknął na Lepkiego. Ten odetchnął, pokiwał głową i zapytał o inną broń. Uderzał też drzewcem oszczepu o dłoń, by nie było wątpliwości. Zawsze mogą z maczugami spróbować podejść tamtych marynarzy na przerwie na kawę, przeszło mu przez myśl.

Wódz poskubał się w podbródki, wciąż ubawiony. Negocjator spróbował jeszcze raz, ale tym razem jego słowa przerwało nagłe wycie karabinów, dłuższe niż wcześniej. Wszyscy obejrzeli się w stronę rzeki, a wodzowa pisnęła i pobiegła do szałasu. Pulchna twarz przywódcy spochmurniała. Kilku myśliwych zwiesiło głowy nad losem tych którzy próbowali przepędzić najeźdźców.

 – Y! – wskazał paluchem władca plemienia. – Aka agia?

– Agia, zacna agia! – Lepki obrócił się, wskazując kciukiem świecącą się baterię egzoszkieletu. – Pro magowie!

Tłuścioch w odpowiedzi skinął głową i wyznaczył kilku tubylców.

– Lut!

Poprowadzono ich głębiej za szałasy, do szerokiej zabudowy przez którą przebijały się pnie drzew. W środku nagromadzono najróżniejszego śmiecia, ale też kilka ubrań nadających się do użytku, butów, narzędzi i nawet względnie zachowany samochód. Sporo sprzętu zawieszono na gałęziach.

Wioślarz obrzucił auto krytycznym spojrzeniem mechanika, a pozostali rozeszli się w poszukiwaniach. Dostali pozwolenie by znaleźć dla siebie coś „magicznego”, co mogą wykorzystać. Dlatego najpierw się ubrali w znaleźne koszule, zapewniając, że to czarodziejskie zbroje.

– Za tą ramę możemy dostać trochę grosza, to stary seldri. Plastik dobrze się utrzymał, bez reszty się obejdziemy, tlen zrobił swoje. Pogadamy z wodzem, jak przepędzimy korpo.

– Optymistycznie rzecz ujmując. – Lepki otwierał skrzynkę z narzędziami, sprawdzając stan różnych kluczy w środku. Obok zebrał kilka metalowych rurek. Improwizowane pałki, załatwione. Z tyłu Kędzior złapał za jakąś płachtę i zsunął ją z dużego obiektu. Pilnujący ich tubylcy stłumili okrzyki i cofnęli się, jakby właśnie złamał jakieś tabu.

– Ej, a ile byłoby za to?

Odsłonił drona magazynowego, kwadratową bryłę z wieloma ramionami i chwytakami, osadzoną na gąsienicach. Większy i cięższy od wózka widłowego, za to niebagatelnie silniejszy i łatwiejszy w obsłudze. Tubylcy odwracali od niego wzrok jakby był demonem, co w ich oczach mogło być nawet możliwe.

Na kadłubie miał wymalowane rozmaite znaki, raczej ochronne lub ostrzegawcze. Starcy szybko zgromadzili się przy blaszaku.

– Musiał paść ledwo kilka lat temu. Wyobraźcie sobie ich miny kiedy polują nocą, a tu taka krowa hałasuje po ruinie. Chyba zbudowali wioskę na jego magazynie. – Wioślarz już dostał się na tyły maszyny, szukając zasilania, kontrolek lub czegokolwiek użytecznego. Lepki i Kędzior dołączyli się do obstukiwania, a King po prostu stał i uśmiechał się do swoich myśli o możliwej masakrze.

Niestety wszystko wskazywało na to, że maszyna magazynowa może nadać się już tylko na części zamienne. Manipulatory musiały się zaciąć jeszcze kiedy całość jeździła po ulicach, były głęboko przeżarte rdzą. Po oględzinach wyszło na to, że najdłużej przetrwały właśnie gąsienice, których systemy były niezależne od reszty drona.

– Paralityk normalnie – westchnął leśnik, poklepując maszynę po widłach. – Przydałbyś mi się przy usuwaniu powalonych drzew.

– Uch. – Sternik otworzył kalpę przy podwoziu, skąd buchnęło smrodem. – Może jakby go zasilić czymś, to jechałby prosto. Któryś w ogóle zna się na takich ciężkich maszynach? – Nie był ekspertem od takich kloców, chyba, że pływały.

Pokręcili głowami. Z wyjątkiem Kinga, którego uśmiech już prawie rozrywał gębę.

– Żartujesz.

– Poważnie?

– Kiedy się tego nauczyłeś?

– To wy chyba żartujecie, że tego nie umiecie – weteran zatarł dłonie, odsunął Wioślarza i fachowo obejrzał bebechy podwozia. – Dobra. Zaraz wam zrobię listę, czego potrzebuję. Zapytajta ich czy nie mają więcej tej farby do bazgrołów. A i Lepki, wyskakuj z egzoszkieleta.

– Co proszę?

 

***

 

Kiedy wystartowali, ze wszystkich możliwych myśli, Lepkiemu zamajaczyła w głowie scena z antycznej japońskiej animacji, gdzie bohaterowie podróżowali w podobny sposób.

Pękaty robot magazynowy zasuwał na gąsienicach przez obóz plemienia, zbierając za sobą przerażone okrzyki i opętańcze wycie wodza. Nie byli pewni, czy to z zachwytu czy szczerej furii. Przypadkiem też wjechali w jeden szałas, zagarniając jego zawartość.

Byli zbyt zajęci trzymaniem się każdego możliwego uchwytu na blaszaku, żeby się martwić o szkody. Wszyscy czterej jechali na torsie demonicznej maszyny. Lepki przylegał rozpłaszczony na górze, plecy pozbawione wspomagania rwały go nieludzko i sam miał ochotę drzeć ryja. Wyciągnięta z kręgosłupa bateria nowoczesnego typu dawała kopa akumulatorom gąsienic, poskręcana kablami przez kreatywność Kinga. Ten z kolei wczepił się w grzbiet drona i wystawał odrobinę głową, rękami trzymając za kable jak konia za cugle. W jakiś sposób działało i nawet skręcał. Pozostali dwaj trzymali się boków i wideł, wytrzeszczając oczy proporcjonalnie do przyśpieszenia.

Z przodu podoczepiali, jak się dało, rozmaite ciężkie pierdoły, wydobyte ze skarbczyka wodza. King jeszcze domalował dronowi wyszczerzoną twarz diabełka na popękanych czujnikach.

– Wiśta wio! – łysy szaleniec popędzał maszynę, kolejnym pociągnięciem zmuszając ją do przekroczenia fabrycznych ograniczeń. Chwila minęła i wyskoczyli z gąszczu, przebili się przez ogrodzenie parkingu, dodatkowo przystrojeni w kłującą warstwę zieleni i gałęzi. Kierowali się na początek estakady.  Rozpędzona złomo-choinka parła pod górę, masyw drona terkotał i wydawał wiele innych dźwięków, w tym drących się staruszków którzy zaczęli głośno wątpić w ten pomysł, a Lepkiego po prostu nie wytrzymał już bólu. Ale King w tej chwili był równie nie zatrzymany, jak ich pojazd.

Nie, serio. Hamulców nie naprawiał, o czym poinformował ich dopiero kiedy już wjechali wyżej.

– Pamiętajcie, by skakać – dodał jeszcze. Lepki głośno oświadczył, że osobiście Kinga przerobi na koronę dla wodza, albo lepiej, nocnik.

Odporny na obelgi dron i jego woźnica parli twardo w górę, zasuwając aż poszedł dym z silnika. Zajęło się kilka gałązek i Kędzior podkulił nogi. Z powątpiewaniem patrzył, jak na lewo od nich oddala się grunt, a potem rzeka. W końcu zauważył na czym polega plan i roześmiał się. Na dany znak odskoczyli, a King szarpnął ostatni raz za kable i skręcił gwałtownie dronem, samemu turlając się do tyłu.

 

***

 

Marynarze na barce korporacyjnej męczyli się z dźwigiem. Wrak autokaru, pełen pasażerskich dóbr i wymuskanej elektroniki chronionej przez izolowaną kabinę, musiał być o coś zahaczony pod wodą. Już mieli drobne ostrzeżenia o napięciach w strukturze barki, jak jeden z filarów osunął się lekko, bo wbili go przypadkiem w delikatniejszy fragment drogi.

Kapitan sugerował już dowodzącej, że może nie być innego wyjścia jak sięgnięcie po ładunki wybuchowe, ale korpo-baba wyraziła sprzeciw. Na szczęście zajęta była odstraszaniem dzikich, bo inaczej barkowych szlag by trafił z jej uporem. Więc kombinowali, a nikt już nie przejmował się jakimiś żywymi reliktami porzuconymi na brzegu i drugą barką na holu.

Dziwne odgłosy z góry nie przeszły bez echa. Marynarze unieśli głowy na estakadę, po której sunęło dymiące i wrzeszczące COŚ. Ktoś otworzył już okno komunikacyjne, by wezwać motorówkę, kiedy zobaczyli jak złom na gąsienicach nagle skręca i wybija resztki barierek. Uniesione palce opadły od przycisków, a nogi zrywały się do biegu.

Cień diabelskiego drona zawisł na chwilę nad wzniesionym pokładem-platformą barki.

 

***

 

Kiedy grzmotnęło, dziadki podsumowały hałas chińskimi bluzgami tak plugawymi, że nawet ich systemy RR ostrzegły ich o naruszeniu granic moralności. Obici po lądowaniu, podczołgali się do krawędzi, zdążyli zobaczyć jak wydobywcza barka, grzmotnięta w jeden z filarów, osuwa się do wody. Pokład oparł się o pozostałe podpory i wgniatał od własnego ciężaru. Zgrzytanie było upiorne. Ludzie na pokładzie przewracali się lub w panice sami skakali do wody.

– K.O. – zadeklarował zadowolony King, podnosząc się z kolan. – Wszyscy żywi?

Potwierdzili. Lepki przeklinał najgłośniej i bez przerwy, leżąc gdzie upadł. Ale uniósł kciuk i w przerwie między bluzgami krzyknął:

– Wpierdolcie im!

Właściwie, to jednak nie było tej przerwy.

Zdolna do ruchu trójka pozbierała swoje improwizowane pałki i dzidy. Dopadli do filaru estakady, przeskakując po częściowo zapadniętych schodkach na dół. Nie byli nawet w połowie drogi kiedy korporacyjna barka w końcu opadła na rzekę, wzbijając fale które cisnęły w dal ewakuującymi się marynarzami. Przechyliła się lekko. Szarpnęło holowanym z tyłu „Pniakiem”.

– Lecę! – Półtora piętra niżej King wybił się i spadł na pokład, a syntetyczna skóra popękała mu na nogach, protezy przyjęły większość impetu. Drzewcem oszczepu ogłuszył wstającego żeglarza, a w drugiego rzucił. Wystarczyło by tamten się uchylił, co dało czas do niego doskoczyć i wywalić za burtę. Systemy wojskowe aktywowały się na pełnych obrotach i napędzały mu odruchy, wyświetlając jednocześnie poziom obciążenia organizmu, rosnący zbyt szybko w tym wieku. Nogi miał obrysowane czerwienią zagrożenia.

– Ta, ta – mamrotał zaprawiony partyzant, kierując się po przekrzywionej barce do miejsca w które tego dnia już strzelał. Uśmiechnął się, widząc jak w środku leży strażnik, nieprzytomny od gwałtownego zderzenia z podłogą przy wstrząsie. Odebrał mu uzbrojenie, po czym znalazł pierwszego lepszego majtka i przystawiając mu lufę do czoła spytał o drogę do zbrojowni.

W tym czasie Wioślarz z Kędziorem zdążyli pokonać resztę filaru i wskoczyć na pokład. Kopniakiem zdobyli kabinę kapitana. Ten, wciąż oszołomiony i aktualnie wepchnięty na barek, patrzył na nich przez krew w rozcięciu czoła. Stary sternik „Pniaka” wyszczerzył się przez brodę, poklepując dłoń kawałem hydraulicznej rury.

– Kody dostępu, poproszę.

 

Na zewnątrz odgłos karabinów ściągnął uwagę Kinga i zmusił do zmiany planów. Obstawa w motorówce już zawróciła i pokonała wzburzone fale, waląc teraz do niego bez ograniczeń. Jak odczuł na swoim ramieniu, załadowali lepsze kule. Skręcił więc i zaczął biegać po pokładzie, ślizgając się i skacząc między filarami barki, rusztowaniem dźwigu czy wreszcie pudłami od dronów. Salutem pozdrowił mijanego złomo-diabełka, wciąż dymiącego się i wbitego nieelegancko w burtę. W przerwach między susami odpowiadał ogniem, kiereszując szyby motorówki lub niegroźnie krusząc osłony najemników, nie to, by się nie starał lepiej.

Odciągał uwagę do chwili, gdy motorówka nagle straciła silnik i nie wyrobiwszy się na zakręcie zaczęła niebezpiecznie kołysać i wytracać szybkość. Jeden z opancerzonych, mierzący do tej pory w biegającego dziadka, wylądował w wodzie.

Weteran zatrzymał się i pomachał Wioślarzowi w kabinie, gdzie ten częstował pojazdy korporacji ich własnymi wirusami. Sternik gwałtownie uniósł brodatą głowę i coś mu pokazywał. Na plecy Kinga wskoczył nagle jakiś wyrostek z załogi, kopniakami i pałką zbijając starego cyborga na kolana.

– Kombatanta tak od tyłu?! – domagał się głośno sprawiedliwości, stawiając opór i łapiąc chłystka za nadgarstek w żelaznym uchwycie. Niestety majtek wykazał się sprytem i zdzielił go obuchem w świeżą ranę, znów robiąc mu reset.

 

– Pomogę mu! – Leśnik wyskoczył z kabiny pilota, sadząc długie susy po przekrzywionym pokładzie. Zaszarżował jak byk na napastnika, okładając go dzierżonym kluczem. Po chwili wymiany ciosów młodszy mężczyzna upadł i zasłonił się rękami, poddając. Został więc kopnięty w krocze i wyłączony na dłużej. Kędzior mniej przywiązywał się do honoru niż King. Z boku wyskakiwali kolejni zawadiacy, zdeterminowani by obronić statek.

 

Wioślarz zerknął jeszcze jak kolejnych dwóch załogantów dopada jego przyjaciół i skupił się na obsłudze sieci. Serwery na barce mieli solidne i motorówka była do nich podłączona jako przyjaciel, co wiele ułatwiało. Napastował też, przez komunikatory, systemy RR trepów, ale dwójka z nich zdążyła się wylogować nim narobił większych szkód. Odpalił drona laserowego by dokończył dzieła i rozglądał się już za obsługą dźwigu, kiedy kapitan barki RT nabrał odwagi. Siwy chińczyk rzucił się na Wioślarza od boku. Chwilę szarpali się na pulpitach, nim chudy inżynier namierzył butelki w rozbitym barku i przywalił nimi w kapitański łeb. Mamrocząc, zabrał mu czapkę, założył sobie i sięgnął po kontrolki.

Powstrzymała go ciemna lufa karabinku. Ociekała wodą, podobnie jak pancerz wysokiej kobiety, która mierzyła w Wioślarza i wkraczała do kabiny z chlupotem butów. Nie widział za to jej purpurowej ze wściekłości twarzy, skrytej pod hełmem.

– Szybko pływasz – pochwalił ją, za co ta chwyciła jego brodę i zdzieliła kolbą po twarzy. Zamroczyło go i został wyciągnięty jak worek na kości.

 

Kędzior, kiedy uporał się z napastnikami, obrócił się na czas by zobaczyć jak drugi z pancernych trepów właśnie wspina się po filarze na pokład. Podbiegł i grzmotnął go po palcach. Hełm, w ruchu zdziwienia, spojrzał na niego wizjerem.

– Co, tu też masz amortyzacje? – palnął gościa w bok głowy, a ten wciąż nic i dalej się wspinał. Sprawdzony cios w klejnoty też zderzył się tylko z osłonką i najemnik był już na pokładzie, sięgając po pistolet. Który utknął w mokrej, wypełnionej mułem kaburze. Zamachnął się więc do ciosu.

– Peszek – ocenił leśnik, chwytając wroga za ramiona i przerzucając go swoim sprawdzonym chwytem na kłusowników, wykorzystującym ciężar i siłę napastnika przeciw niemu samemu.  Klnący wróg przetoczył się drugą stronę po krzywiźnie pokładu,  zahaczając głową tu i ówdzie, nim powtórnie wpadł do wody.

– Stój! – Kędzior usłyszał nagle rozkaz od przywódczyni najemników. Unosiła swój automat w jednej ręce, w drugiej ciągnęła oszołomionego Wioślarza, zakrwawionego na twarzy. Kędzior rzucił jeszcze okiem na Kinga, który stanowczo za wolno  wybudzał się z resetu.

Z rezygnacją uniósł ramiona. Spojrzał za kobietę.

Ta obróciła się jak maszyna, posyłając kulę w zhakowanego drona który próbował ją ustrzelić. Zaiskrzył się i rozbił się o burtę, a ona znów skupiła się na leśniku, nim ten wykonał ruch.

– Ha! Mrówa jest twardszy… – King uniósł palec, mrugając ostrożnie, słońce go raziło kiedy filtry dostrajały się z powrotem.

Lufa karabinu zrobiła ruch od Kędziora do leżącego, dając im znać by się zgrupowali. Zazgrzytał zębami i posłuchał się, nie opuszczając rąk.

Weteran obejrzał się na bok, gdzie upuścił zdobyczny karabin. Poleciał ciut za daleko.

– Tu gdzieś mają schowek na broń – szepnął Kędziorowi, gdy ten klękał obok.

– Z jej wspomaganym hełmem zastrzeli mnie nim pierdnę. Ty spróbuj, przeżyjesz strzał.

– Tym razem zmienili magazynki, z anty-dzikusowych na anty-dziadowe. Jeszcze poleżę.

– Cisza, staruchy! – rozkazała, nie opuszczając broni. Szła ostrożnie, wlokąc za sobą sternika. – Gdyby nie to, że możemy z was i waszych rodzin wycisnąć słone odszkodowanie, już dawno bym was rozstrzelała jak tamte tatuowane małpy!

– Wal… się… – stęknął trzymany, za co został mocniej szarpnięty.

– Wasza barka jest moja. Wasze ubezpieczenie też, aż pęknie wam kredyt. A jak tylko wysuniecie pomarszczone ryje z domów opieki, znajdę was i tym razem nie będę nic oszczędzać, wasze wnuki będą płakać jak będą spłacać…

Przemowę urwał spadający gruz, roztrzaskujący jej hełm w deszczu materiału i szkła wizjera. Puściła broń, puściła Wioślarza i osunęła się w dół z krwawym śladem, nim ostatkiem sił złapała wyłamaną barierkę.

W górze ze schodów estakady wychylał się Lepki, jego twarz zdradzała ile wysiłku kosztowało go pełzanie na dół. Trzymał jeszcze mniejszy kamień i pokazał im uniesiony kciuk.

Nie tracili czasu. Wioślarz dobył upuszczonej spluwy, King swojej, a Kędzior dobrał się do wskazanej zbrojowni. W dole kobieta podnosiła się i podciągała o rusztowanie dźwigu, dobywając pistolet. Krótko ostrzyżona, o surowo atrakcyjnej twarzy oszpeconej wyrazem nienawiści i krwią lejącą się z czubka głowy. Obok wynurzał się jej towarzysz, hełm popękany ale jeszcze cały. Ze szczelin wylewały się strumyczki wody. Tym razem trep wyciągnął broń bez problemu.

Trzech z załogi „Pniaka” oparło się przy osłonach, broń odbezpieczona i pomarszczone wiekiem twarze żądne sprawiedliwości. Wymienili spojrzenia i nabrali powietrza w płuca, do swojego tradycyjnego bojowego okrzyku, który nie pozostawiał już odwrotu.

– Żryj chleb! – wyrwało się z czterech gardeł, jeśli liczyć też Lepkiego który darł się z wysokości i rzucał kamieniami. Trzy stare cyborgi wyskoczyły zza osłon, siejąc kulami.

Ten okrzyk… miał długą historię.

Choć pancerze najemników radziły sobie z pociskami, ci byli sponiewierani i pozbawieni wsparcia programów w uszkodzonych hełmach. Zostali zmuszeni się cofnąć. Strzelali wolniej od żwawych dziadków, ale zaliczając kilka draśnięć i trafień w protezy Kinga który pierwszy zerwał się do szarży.

Nim ktokolwiek otrzymał ostateczną ranę, po obu stronach sprzęt zaciął się od zamoczenia, błota lub uszkodzeń. Sprawę rozwiązano bardziej tradycyjnie, gdzie pancerze przestały mieć znaczenie. Trójka starców spadła na najemników.

Pęknięty kask zbrojnego poddał się od dalszych uderzeń sternika i twardy cios łokciem posłał człowieka z powrotem w wodę. Łączny ciężar Kędziora i Kinga powalił szefową na deski. Wystarczająco ją przytrzymali by Wioślarz zdążył podejść i zemścić celnym kopniakiem w nos, pozbawiając przytomności. Kiedy jej kompan wynurzał się po raz trzeci, został wspólnymi siłami wepchnięty jeszcze raz i przytrzymywany, nim zaklepał rękami o litość. Rozbroili go i obezwładnili, łaskawie wynurzając.

– Jatta! – zakrzyknął w górze Lepki, w końcu przypominając sobie coś z tej starej kreskówki jaka mu się skojarzyła.

 

***

 

Na pokładzie „Pniaka” stróżowało trzech marynarzy korporacji. Walki na statku obok wielce ich zaniepokoiły, ale rozkazy były jasne – siedzieć tu i pilnować. Ich złamanie groziło stratą cennych punktów pracowniczych. Nie ruszyli się nawet kiedy fala pchnęła barką, a łódź korporacji wyglądała jak trafiona z armaty.

Więc obserwowali, racząc się zawartością lodówki Kędziora. Głównie kanapkami, bo za alkohol w godzinach pracy też były karniaki. Jeden z nich buszował pod pokładem, przeczesując kajuty pozostałych dziadków, dziwiąc się znaleziskami w każdej. Zwłaszcza stosami gier planszowych, poupychanych tam gdzie normalni ludzie trzymają cenniejsze rzeczy. Zabrał jedną z propozycją do przetestowania, jednocześnie żartując, że staruchy muszą mieć naprawdę nudne rejsy.

Pozostali strażnicy nie podzielali chęci, zwłaszcza kiedy skończyły się odgłosy wystrzałów. Nagle „Pniakiem” znowu szarpnęło i zaczął być ściągany przez ledwo żywy i zgrzytający holownik. Na drugim końcu linki stało trzech posiniaczonych, rannych i wkurzonych dziadków, z oczyszczonymi i gotowymi do strzału karabinami.

Pierwszy ze strażników zdjął swoją czapkę, skłonił się nieśmiało i wyciągnął przepraszająco pudełko z grą.

– Wiecie, panowie, my to tak naprawdę tylko podwykonawcy jesteśmy.

 

***

 

Zawarto trzy umowy.

 

Pierwszą, z grupą żołnierzy korporacji. Długie minuty po ataku informatycznym reszta wojowników zdążyła się w końcu pozbierać. Zrestartowali motorówkę i również spotkali się z powitaniem przez lufy. I przez detonator w rękach Wioślarza. Zapewnił, że ładunki wyburzeniowe, jakie znalazł pod pokładem, nadają się do dobicia barki RadianTechu, i z czyjej pensji to pójdzie. Oraz, że mają solidne dowody by teraz obciążyć korporację za podkładanie pluskw i próbę kradzieży „Pniaka”, które puszczą do władz jeśli padnie choć jeden strzał.

Nie mieli nic takiego, ale z nieprzytomną szefową i wciąż zawirusowanym łączem, agenci nie mogli jak tego sprawdzić i pyskować. I całe szczęście, bo razem z wracającymi na statek marynarzami korporacja odzyskiwała przewagę liczebną.

Postawili proste warunki: staruszkowie odzyskują „Pniaka”, a korporacja podwija ogon i tu nie wraca. Wszyscy rozchodzą się w pokoju, nikt nie trzyma do nikogo żalu i nie próbuje głupich numerów.

W czasie negocjacji, Kędzior napychał marynarski worek zapasami, kosztownościami i amunicją, licząc, że załoga będzie bardziej zajęta uszkodzeniami niż doliczaniem się dobytku.

 I nawet się udało. King przekazał na motorówkę nieprzytomną dowódczynię wyprawy, potem podtopionego jeńca, a kiedy starcy wrócili na „Pniaka”, odcięli linę holownika i patrzyli, jak mniejsza i większa łódź opuszczają akwen ruin. Marynarze korporacji wydobyli magazynowego drona z otworu w pokładzie i cisnęli do wody. Załoga starców pożegnała go wspólnym salutem.

Nie martwili się o to, że tamci nie dotrzymają słowa. Wioślarz zbałamucił ich SI pokładowe tak, że nie pozwoli na zmianę celu póki barka RT nie dopłynie do wyznaczonego polis. Po czym uszkodził im sterowanie manualne. Nie powinni za szybko wrócić, o ile gdzieś po drodze łódź korporacji nie pęknie od uszkodzeń.

 

Drugą umowę zawarto z wodzem. Pulchny władca nie był co prawda szczęśliwy, że King przetrwał walkę, ale z drugiej strony, nie był to też zły dzień. Co prawda wielu wojowników poległo lub zostało rannych, ale te cztery żywe trupy odpędziły potwornych piratów i zabrały z wioski stalowego demona, razem z klątwą na nim wiszącą, za co im podziękował wylewnie.

A w zamian chcieli tylko nędzny zapasowy szałas-pojazd jaki trzymał w skarbczyku! Wyczuwając naiwność martwiaków, zaoferował im też kilka paciorków i bezużytecznych błyskotek, żeby przypadkiem nie zażądali nic cenniejszego. Łyknęli to jak głodne mewy i poprosili jeszcze tylko o zdjęcie kilku mostków, by mogli przepłynąć do jakiegoś śmietniska na bagnach.

Śmieszne, trupie dziwaki. Jego żona zaproponowała im rolę błaznów, ale tego już stanowczo odmówili.

 

Trzecią, przez sieć, z ich kolekcjonerką. Lepki siedział w fotelu korekcyjnym, czekając cierpliwie aż naładuje się zapasowa bateria od jego egzoszkieletu. Plecy upiornie rwały negocjatora, ale środki i aplikacje przeciwbólowe robiły już swoje, podobnie jak łagodny masaż od fotela.

Reaktywowano SI Melodii oraz serwery pokładowe, więc komunikacja działała całkiem miękko. Poziom ataków i napór na zapory nie przekraczał czerwonego wskaźnika.

– Pani Kaji! – rozłożył jowialnie ramiona, wyszczerzony jak na wesele. Kobieta przekrzywiła głowę, odpowiadając uśmiechem, jakby nieprzejęta mało przystojną gębą która do niej dzwoni.

– Z przyjemnością informuję, że nasza firma weszła w posiadanie następującego nadwozia… i właśnie wydobywa na powierzchnię serię przyzwoicie zachowanych samochodów, z prywatnego zbioru niedoszłego bogacza. – Przesłał kobiecie nagranie z kamery wysięgnika, jednocześnie zaznaczając pozycje na liście z ogłoszenia. Na obrazie samochodowy korpus powoli wynurzał się z grząskich moczar, jakie pochłonęły dawne garaże.

– Wszystko ładnie, ale zwykle poszukiwacze zgłaszają się już po oględzinach znaleziska, z szczegółową listą uszkodzeń i zachowanych elementów. Proszę skontaktować się kiedy już to zrobicie.

Uniósł dłoń w uspokajającym geście, powstrzymując ją od rozłączenia się.

– Nie wszyscy pani poszukiwacze są zmuszeni do odganiania się od ogona. Przesyłam pani dowody na istnienie pluskw w zamieszczonych ogłoszeniach, radzę też przejrzeć własne zabezpieczenia. Myślę, że to dość zrozumiałe, że zależy nam na pośpiechu, nim znowu ktoś wykorzysta okazję. I małej protekcji prawnej od naszej miłej klientki.

Kobieta lekko rozchyliła ładne usta i przebiegła wzrokiem po przesłanych linijkach kodu. Palcem postukała po własnych, niewidocznych ekranach. Prychnęła i przeczesała pofalowane, farbowane blond włosy.

– Kurwy i złodzieje! Gratuluję, macie gwarancję. Ale prześlijcie mi detale z wydobycia, jak najszybciej możecie. Nadaję wam adres magazynu z rezerwacją dla łodzi.

– Dziękujemy, złociutka – mrugnął do niej i zamknął okno wizji. Wpisał adres i szybko sprawdził, przez swoje stare programy przemytnicze. Zamigotał wynik. Na pierwszy rzut oka lista powiązań pani Kaji wyglądała skromnie, ale po zgłębieniu powiązań z korporacjami, całość nagle śmierdziała jakąś prywatną wojenką o zasoby. Oszust poprosił Buddę o siły.

Przekazał odkrycia pozostałym. Dane najbardziej rozbawiły Kinga.

– A mówiłem, zostańmy przy przemycie.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Zapowiadałeś komedię. Przeczytałam jakąś jedną trzecią, a tu nic nie rozśmieszyło. Ot, założyli staruszkowie przedsiębiorstwo działające na granicy prawa. Za postapo też nie przepadam, więc nie zażarło. Ale jest jakiś pomysł na świat w przyszłości.

Babska logika rządzi!

Może to nie komedia, jak zauważyła Finkla, ale podobał mi się ten wesoły ton. Pomysł na świat masz, to fakt. Samo opowiadanie za bardzo rozwleczone, skończyłem w podobnym miejscu co poprzedniczka. Opisy bardzo fajne, ale po co ich aż tyle.

Dziób barki przebił się przez gąszcz pnączy zwisających między dwoma wieżowcami CLT. Parawan wilgotnych roślin prześliznął się przez cały pokład, zostawiając z mlaśnięciem smugi na szybie kabiny. Wyszli na płytszy i bardziej zabudowany teren, gdzie naprzeciw nawet widzieli krzywy zarys brzegu, w który zanurzał się koniec dziurawej estakady. King czekał w gotowości z karabinkiem i maczetą, ale na szczęście musiał ograniczyć się tylko do zadeptywania robactwa na pokładzie, które pospadało z naruszonej kurtyny zieleni. Zabrał się do tego z werwą godną bohatera wojennego, nie szczędząc okrzyków bojowych. Pozostali zarechotali, nie specjalnie dbając o poziom hałasu, przy tym jak pracowała sama barka. Ogarnęła ich fala wesołości i złośliwego przekomarzania się, lub jak to określali, starczej głupoty. Kędzior uznał jeszcze, że pora odpowiednio późniejsza i zszedł pod pokład, by sprawdzić zapasy procentów.

Czy coś bym stracił, gdyby powyższego nie było? Raczej nie, kilka sekund czasu rzeczywistego. Czytałem dłużej, niż to trwało. A takich fragmentów jest więcej. 

Opisy są dobre, żeby zbudować klimat, rozpędzić i urozmaicić (trochę) akcję. Ale w nadmiarze – nużą.

Jest to dla mnie materiał na dobre opowiadanie, ale nie w obecnej formie.

Ach… no trudno. Ustawiamy status na kopię roboczą i ćwiczymy. Z komedią może faktycznie wyskoczyłem na wyrost. Nim zacznę kroić tekst poczekam jeszcze trochę na inne opinie, dzięki za komentarze.

Jeszcze tylko pytanie: czy faktycznie bawić się w poprawki czy lepiej skasować i opublikować później w nowej wersji (i tak do skutku)?

Są poprawki, mam nadzieję, że teraz da się czytać trochę dalej :) Mam na pewno lekcję, że nie ma co się rozpędzać z ilością na start.

Nie czytało się źle, ale też nie mogę powiedzieć, że mnie wciągnęło.

 

Poprzednią noc przehulali na świętowaniu z alkoholem, grami planszowymi i tymi na dawne konsole, dopóki zachowywali na tyle przytomności by trafiać w wirtualne okna i odczytywać wyniki na kostkach. – hmm, jeśli stosujesz czasownik dokonany to użycie dopóki za bardzo nie pasuje, mogli hulać dopóki zachowywali na tyle przytomności… Poza tym hulanie i świętowanie znaczeniowo się dość mocno pokrywają, myślę, że wystarczyłoby użycie albo jednego albo drugiego.

 

Cała czwórka przyjaciół była w praktyce cyborgami, dawnymi przemytnikami i dziadkami, którzy właśnie postanowili urozmaicić sobie emeryturę. – nie do końca rozumiem to zestawienie, co to znaczy “w praktyce” cyborgami? I nazywając ich dziadkami masz na myśli ich wiek czy funkcję (w sensie, że mają wnuki?)?

 

Założyli legalną firmę – brak kropki

Czwartego wysłali po śniadanie. – A pozostali trzej? Zdanie trochę wyrwane z kontekstu.

 

Te z kolei głośno wyrażały sprzeciw na takie barbarzyńskie traktowanie. – sprzeciw wobec a nie na

 

Naprzeciw przycupnęła pełna nadziei mewa, odmierzająca odległość jaką dzieli jedzonko od wody. – myślę, że lepiej by brzmiało, gdybyś trzymał się czasu przeszłego.

 

Wioślarz wolną ręką wykonał gest otwarcia okna i kolejnym ruchem podzielił ekran między załogę. – nie do końca zrozumiałe dla mnie zdanie.

 

Starannie za to wymijała odpowiedź – nie wiem, czy można wyminąć odpowiedź ;) raczej można udzielić wymijającej odpowiedzi lub unikać odpowiedzi.

 

A tak naprawdę to naciski od rodzin, zaniepokojonych zużyciem amunicji i medykamentów na barce, niejako nie dało im wyboru. – naciski są podmiotem, dlatego nie dały

 

Wypisałam przykładowe usterki z pierwszej części tekstu. Ogólnie, warsztatowo nie jest najgorzej, ale masz nad czym pracować ;) Jest to szczególnie widoczne w partiach narracyjnych, części dialogowe, przynajmniej w moim odczuciu, wypadają dużo lepiej. Jest w nich sporo humoru; dziwne słówka i zwroty przyjemnie i bezboleśnie budują charakter postaci, scenki cechuje fajny dynamizm.

 

Czy bawić się w poprawki czy skasować? To już zależy tylko od ciebie ;) Moim zdaniem, poprawianie tak długiego tekstu to zadanie raczej karkołomne, przynajmniej jeśli chodzi o zmiany dotyczące samej koncepcji czy przebudowy dużych partii opowiadania. Pozostałe błędy na pewno warto poprawić. Czasami prościej jest napisać nowy tekst mając na uwadze komentarze odnośnie poprzedniego ;)

 

 

"Encumbered forever by desire and ambition, there's a hunger still unsatisfied. Our weary eyes still stray to the horizon, though down this road we've been so many times " Pink Floyd

dogsdumpling – raczej z tym kasowaniem chodziło mi o to, czy ponowne wrzucenie tekstu jako “świeżego” daje większą szansę, że poprzedni czytacze zauważą poprawki w tym samym tekście i poprawi to jego ocenę, czy można na spokojnie dłubać jak już się wrzuciło? :) praktyczność po prostu.

Dzięki za pozostałe uwagi, postaram się niedługo poprawić. Teraz właśnie pracuję nad kolejnym tekstem i liczę, że przerwa między wrzutami będzie mniejsza.

 

Co do narracji, przyznaję, że eksperymentuję ze stylem zwyczajnie i oglądam jak wychodzi. Widać taki “gęściejszy” nie jest dla mnie. Nowy będzie zupełnie inny.

 

Moim zdaniem – nie wrzucaj ponownie, poprawiaj ten. Jak się zorientuję, że już znam, to tylko się wkurzę.

Babska logika rządzi!

Wymyśliłeś, Verdanie, całkiem przyzwoity świat i choć zaludniłeś go dość typowymi postaciami, to na ich tle kwartet staruszków wyróżnia się znakomicie. Polubiłam ich wszystkich i Pniak też mi się spodobał. Fabuła – od zlecenia, przez różne przygody i nieodłączną potyczkę, aż po koniec – choć nie urzeka niczym nadzwyczajnym, toczy się wartko i zaciekawia. Mimo dramatycznych zdarzeń, bywa zabawnie. I wszystko byłoby fajnie i pięknie, i super, i kliknęłabym Bibliotekę, ale… No właśnie…

Przykro mi to pisać, Verdanie, ale zepsułeś wszystko koszmarnym wykonaniem. Miast oddać się zajmującej lekturze, bez przerwy potykałam się na przeróżnych błędach i usterkach. Jest ich tak wiele, że nie sposób wypisać wszystkie. Pewnie drugie tyle można wyłapać podczas kolejnego czytania. Zdarzały się zdania, których znaczenie musiałam rozszyfrować, aby je zrozumieć. Fatalnie zapisane dialogi i zlekceważona interpunkcja dopełniają krzywdy wyrządzonej Starym Pniakom.

Podejrzewam, Verdanie, że może Ci się przydać ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Budka pi­lo­ta na rufie, za­da­szo­ny po­kład po całej dłu­go­ści… – Raczej: Budka pi­lo­ta na rufie, pokład za­da­szo­ny na całej dłu­go­ści

 

Na bur­tach za­mo­co­wa­no kład­ki do spa­ce­ro­wa­nia, na któ­rych wła­śnie sie­dzia­ło troje z czte­rech człon­ków za­ło­gi… – Z dalszej treści wynika, że załogę stanowiło czterech panów, więc: …na któ­rych wła­śnie sie­dzia­ło trzech z czte­rech człon­ków za­ło­gi

Troje, to dwóch panów i pani, lub dwie panie i pan.

 

do mo­men­tu kiedy stra­ci­li kon­cen­tra­cje… – Literówka.

 

wszy­scy byli pod­ra­so­wa­ni sze­re­giem róż­nych wsz­cze­pów, co ne­go­wa­ło wiele ze star­czych do­le­gli­wo­ści. – Czy tu nie powinno być: …co eliminowało wiele ze star­czych do­le­gli­wo­ści.

Za SJP: negacja, negować 1. «przeczenie czemuś lub odrzucenie czegoś»

 

Cała czwór­ka przy­ja­ciół była cy­bor­ga­mi, daw­ny­mi prze­myt­ni­ka­mi i sta­ry­mi wy­ga­mi, któ­rzy wła­śnie po­sta­no­wi­li uroz­ma­icić sobie eme­ry­tu­rę. – Ponieważ emerytura jest świadczeniem pieniężnym, nie wydaje mi się, by można ją urozmaicić.

Proponuję: …któ­rzy wła­śnie po­sta­no­wi­li uroz­ma­icić sobie czas na eme­ry­turze.

 

– Dar­mo­zja­dy cho­ler­ne! – ze­sko­czył na beton i po­pę­dził… – – Dar­mo­zja­dy cho­ler­ne! – Ze­sko­czył na beton i po­pę­dził

Źle zapisujesz dialogi. Skorzystaj z tego wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Te z kolei gło­śno wy­ra­ża­ły sprze­ciw wobec ta­kie­mu bar­ba­rzyń­skie­mu trak­to­wa­niu. Te z kolei gło­śno wy­ra­ża­ły sprze­ciw wobec ta­kie­go bar­ba­rzyń­skiego trak­to­wa­nia.

 

o czym wiel­ce świad­czył jego brzuch. – …o czym wyraźnie/ dobitnie świad­czył jego brzuch.

 

Ła­cia­ta twarz ku­rie­ra roz­cią­gnę­ła się w gry­ma­sie. Twarz Lep­kie­go usła­na była pla­ma­mi skóry, efekt cho­rób i po­pa­rzeń. – Powtórzenie. Proponuję w drugim zdaniu: Skóra Lep­kie­go usła­na była pla­ma­mi, efekt cho­rób i po­pa­rzeń.

 

wy­czu­ła sy­tu­ację i zmie­ni­ła pio­sen­ki na żyw­sze… – Literówka.

 

by roz­ja­śniać im śnia­da­nie w ospa­łym po­ran­ku mia­sta. – …by roz­ja­śniać im śnia­da­nie o ospa­łym po­ran­ku mia­sta.

 

i ko­lej­nym ru­chem po­dzie­lił ekran mię­dzy za­ło­gę. – Co to znaczy?

 

A tak na­praw­dę to na­ci­ski od ro­dzin, za­nie­po­ko­jo­nych zu­ży­ciem amu­ni­cji i me­dy­ka­men­tów na barce… – Naciski nie są od kogoś, to ktoś naciska, więc: A tak na­praw­dę to na­ci­ski ro­dzin

 

zdję­cie cał­kiem ślicz­nej Azjat­ki o złoto far­bo­wa­nych lo­kach. – Raczej: …zdję­cie cał­kiem ślicz­nej Azjat­ki, o lokach far­bo­wa­nych na złoto.

 

cała czwór­ka za­twier­dzi­ła pro­po­zy­cje z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem. – Literówka, chyba że zatwierdzili wiele propozycji.

 

oto­czo­ne licz­ny­mi udo­god­nie­nia­mi.

Jak pod­ziem­ne ga­ra­że, wy­peł­nio­ne dro­gi­mi fu­ra­mi po brze­gi… – Raczej: …oto­czo­ne licz­ny­mi udo­god­nie­nia­mi, jak pod­ziem­ne ga­ra­że, wy­peł­nio­ne po brzegi dro­gi­mi fu­ra­mi

 

po­grą­że­ni ze wspo­min­kach… – Literówka.

 

Gruz szczę­śli­wie omi­nął po­kład, wzbi­ja­jąc w górę wodę. – Masło maślane. Czy coś może wzbić się w dół?

Proponuję: Gruz szczę­śli­wie omi­nął po­kład, wzbi­ja­jąc fontannę wodę.

 

ro­bi­ła ko­lej­ny za­mach z włócz­nią na krzy­wym kijku. – Co to jest włócznia na krzywym kijku?

 

King wes­tchnął o ma­nie­rach mło­dzie­ży… – Raczej: King mruknął coś o ma­nie­rach mło­dzie­ży

Nie wydaje mi się, by można wzdychać o czymś.

 

po czym pu­ścił krót­ką palbę w po­wie­trze. – Obawiam się, że nie mógł tego uczynić.

Palba, to strzelanina. Czy można puścić w powietrze strzelaninę?

 

Ko­bie­ta na kład­ce ucie­kła z pi­skiem, a wraz za nią gro­ma­da in­nych koc­mo­łu­chów… – …a wraz z nią gro­ma­da in­nych koc­mo­łu­chów… Lub: …zaraz za nią gro­ma­da in­nych koc­mo­łu­chów

 

Z po­nu­rą miną Wio­ślarz na­ło­żył na obraz mapę, jaką sobie przy­go­to­wa­li.Z po­nu­rą miną, Wio­ślarz na­ło­żył na obraz mapę, którą sobie przy­go­to­wa­li.

 

Nie spo­sób było zi­den­ty­fi­ko­wać czym był kie­dyś, od pusz­czy jaka na nim wy­ro­sła. – Powtórzenie.

Proponuję: Nie spo­sób się zorientować czym był kie­dyś, z powodu pusz­czy, która na nim wy­ro­sła.

 

Miał bo­ga­ty pa­kiet no­ta­tek w te­ma­cie ludzi ple­mion… – Można coś mieć/ wiedzieć na jakiś temat, ale nie można niczego mieć temacie. http://sjp.pwn.pl/szukaj/w%20temacie.html

 

Zbli­żył Stasz­ka we wska­za­ne miej­sce, uka­zu­jąc im ścież­kę… – Nie brzmi to najlepiej.

 

– Wie­cie, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, z pa­pie­ra­mi jakie mamy, roz­strze­la­nie tych ludzi jest le­gal­ne bar­dziej niż więk­szość kon­tra­ban­dy jaką wo­zi­li­śmy… – W obu przypadkach powinno być które i którą. Aby uniknąć powtórzenia, proponuję: – Wie­cie, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, z naszymi pa­pie­ra­mi, roz­strze­la­nie tych ludzi jest le­gal­ne bar­dziej niż więk­szość kon­tra­ban­dy, którą wo­zi­li­śmy

 

W chwi­li nie­zręcz­nej ciszy Wio­ślarz wydał dys­po­zy­cje za­wra­ca­nia. – Raczej: Po chwi­li nie­zręcz­nej ciszy, Wio­ślarz wydał dys­po­zy­cję za­wra­ca­nia.

 

Nagły od­głos ob­ce­go sil­ni­ka za­sko­czył go. Ze­sko­czył na kład­kę… – Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Nagły od­głos ob­ce­go sil­ni­ka za­sko­czył go. Dał susa na kład­kę

 

Po chwi­li za Lep­kim do­sta­ły się nie­sio­ne wodą od­gło­sy. – Raczej: Po chwi­li do­tarły nie­sio­ne wodą od­gło­sy.

Wiemy, że odgłosy nie mogły dotrzeć przed Lepkim.

 

spo­wal­nia­na ma­sy­wem dźwi­gu jaki wy­peł­niał więk­szość dłu­gie­go po­kła­du. – …spo­wal­nia­na ma­sy­wem dźwi­gu, który wy­peł­niał więk­szość dłu­gie­go po­kła­du.

 

Dźwięk ich śmi­gieł ginął w od­gło­sach strze­la­ni­ny,  jakie woda nio­sła… – Dźwięk ich śmi­gieł ginął w od­gło­sach strze­la­ni­ny, które woda nio­sła

 

Do­pie­ro głu­che ude­rze­nie drona o po­kład wy­rwa­ło ka­pi­ta­na od wir­tu­al­nych ekra­nów.Do­pie­ro głu­che ude­rze­nie drona o po­kład, ode­rwa­ło ka­pi­ta­na od wir­tu­al­nych ekra­nów.

 

Si­wie­ją­cy już chiń­czyk jesz­cze chwi­lę nie poj­mo­wał, co się dzie­je.Si­wie­ją­cy Chiń­czyk jesz­cze przez chwi­lę nie poj­mo­wał, co się dzie­je.

 

Klną­cy ster­nik wy­rów­nał, wy­tra­ca­jąc pręd­kość i tra­cąc kąt do wy­god­ne­go skrę­tu. – Powtórzenie.

 

W cza­sie jakim za­ję­ło prze­ciw­ni­kom zrów­na­nie się i roz­bro­je­nie „Pnia­ka”…– A może: Podczas gdy przeciwnicy zrównali się z „Pniakiem” i rozbroili go

 

od­kła­da­jąc zna­le­zio­ną broń i scy­zo­ry­ki na jedną ster­tę. Jeden ma­ry­narz… – Powtórzenie.

 

Po­zo­sta­li zbroj­ni po­ka­zy­wa­li ich sobie pal­cem i wy­mie­nia­li roz­ba­wio­ne uwagi.Po­zo­sta­li zbroj­ni po­ka­zy­wa­li ich sobie pal­cem i, rozbawieni, wy­mie­nia­li uwagi.

To nie uwagi były rozbawione, a zbrojni.

 

Lepki ko­ja­rzył takie płyt­ki na czoło i diody z ja­kiejś nowej mody.Lepki ko­ja­rzył takie płyt­ki na czoło i diody z ja­kąś nową modą.

 

– Gów­nia­rze – ster­nik nie wy­trzy­mał i splu­nął mu na plecy. – Co to dla was,

wpaść w cudzy teren i strze­lać do ludzi jak do ro­ba­ków. – Zbędny enter.

 

– Za­brać ich stąd! – roz­ka­za­ła, pod­no­sząc się gniew­nie. – Na czy polega gniewne podnoszenie się?

Proponuję: – Za­brać ich stąd! – roz­ka­za­ła gniewnie, pod­no­sząc się.

 

krążą przy wy­sep­kach dzi­ku­sów, ha­ła­sem i bro­nią od­pę­dza­jąc ich lo­ka­to­rów. – Raczej: …ha­ła­sem i bro­nią od­pę­dza­jąc ich mieszkańców.

 

Nie­dłu­go potem tłu­sta barka prze­bi­ła się przez zie­lo­ną kur­ty­nę… – Co to znaczy, że barka była tłusta?

 

by znowu nie prze­ży­wać sceny jaką wi­dzie­li na barce. – …by znowu nie prze­ży­wać sceny, którą wi­dzie­li na barce.

 

Nie śpiesz­no było mu zo­stać cho­dzą­cą re­kla­mą… – Nieśpiesz­no było mu zo­stać cho­dzą­cą re­kla­mą

 

Spoj­rzał za­mglo­ny­mi ocza­mi na nie­ru­cho­me­go we­te­ra­na.Spoj­rzał za­mglo­ny­mi ocza­mi na nie­ru­cho­me­go we­te­ra­na.

 

Po prze­tar­ciu od krwi, od­sła­nia­ła roz­dar­tą syn­te­tycz­ną skórę… – Po o­tar­ciu/ starciu krwi, od­sła­nia­ła roz­dar­tą syn­te­tycz­ną skórę

 

Na ich cia­łach nie bra­ko­wa­ło zna­mion po cho­ro­bach, ra­nach i za­nie­czysz­cze­niach, prze­ple­cio­nych przez wcale nie­brzyd­kie ma­lun­ki. – raczej: …przeplecionych z wcale nie­brzyd­kimi ma­lun­kami.

 

Inny sta­rał się cią­gle gapić na dziu­rę w głowie Kinga, jakby nie do­wie­rzał w to co widzi. – …jakby nie do­wie­rzał temu co widzi. Lub: …jakby nie ­wie­rzył w to co widzi.

 

ode­zwał się gło­śniej King. Po ta­kich po­strza­łach czę­sto prze­sta­wia mu się per­cep­cja i tro­chę tra­cił po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści. – …Po ta­kich po­strza­łach czę­sto prze­sta­wiała mu się…

Zdarza Ci się zmieniać czas.

 

Za­głę­bio­no ich w pusz­czę, oglą­da­ną wcze­śniej z lotu drona.Weszli w pusz­czę, oglą­da­ną wcze­śniej z lotu drona.

 

do­świad­cze­nie po­zwa­la­ło im ja­ko-ta­ko po­ko­ny­wać gęste krza­ki… – …do­świad­cze­nie po­zwa­la­ło im ja­ko ta­ko po­ko­ny­wać gęste krza­ki

 

Opo­wie­dział im więc o czar­nej magii, która po­zwa­la na zmia­nie ciała w metal. – …która po­zwa­la na zmia­nę ciała w metal.

 

Po­kła­do­wy kan­ciarz osta­tecz­nie wy­ne­go­cjo­wał, że wodzu do­sta­nie pan­cer­ny cze­rep po śmier­ci sta­rusz­ka. – …że wódz do­sta­nie

 

Lepki znów rzu­cił pro­po­zy­cją do­sta­nia broni do walki. – …Lepki znów rzu­cił pro­po­zy­cję by do­sta­li broń do walki.

 

Wo­dzo­stwo było już bar­dziej ocho­cze ku temu, w jego oczach… – Wo­dzo­stwo byli już bar­dziej przychylnie nastawieni ku temu, w ich oczach

 

szyb­ki zgon równa się szyb­kie zdo­by­cie hełmu. – …szyb­ki zgon równa się szyb­kiemu zdo­by­ciu hełmu.

 

A jeśli by mnie kar­mi­li tak jak ich, to tym bar­dziej bym roz­wa­żył.A jeśliby mnie kar­mi­li

 

Wioślarz popatrzył po nich z niedowierzaniem.Wioślarz popatrzył na nich z niedowierzaniem.

 

W środ­ku na­gro­ma­dzo­no naj­róż­niej­sze­go śmie­cia… – W środ­ku na­gro­ma­dzo­no naj­róż­niej­sze śmie­ci

 

Dla­te­go naj­pierw się ubra­li w zna­leź­ne ko­szu­le… – Dla­te­go naj­pierw się ubra­li w zna­lezione ko­szu­le

Za SJP: znaleźne «suma wypłacana osobie zwracającej właścicielowi znaleziony przedmiot»

 

Lepki otwie­rał skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi, spraw­dza­jąc stan róż­nych klu­czy w środ­ku. – Czy jednocześnie otwierał i sprawdzał?

Raczej: Lepki otworzył skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi i spraw­dzał stan róż­nych klu­czy w środ­ku.

 

Ster­nik otwo­rzył kalpę przy pod­wo­ziu… – Literówka.

 

Lep­kie­mu za­ma­ja­czy­ła w gło­wie scena z an­tycz­nej ja­poń­skiej ani­ma­cji, gdzie bo­ha­te­ro­wie po­dró­żo­wa­li w po­dob­ny spo­sób. – …w której bo­ha­te­ro­wie po­dró­żo­wa­li w po­dob­ny spo­sób.

 

King jesz­cze do­ma­lo­wał dro­no­wi wy­szcze­rzo­ną twarz dia­beł­ka na po­pę­ka­nych czuj­ni­kach. – Co to jest diabełek na popękanych czujnikach?

 

masyw drona ter­ko­t i wy­da­wał wiele in­nych dźwię­ków, w tym drą­cych się sta­rusz­ków… – Czy na pewno dron wydawał dźwięki drących się staruszków?

 

a Lep­kie­go po pro­stu nie wy­trzy­mał już bólu. – …a Lep­ki po pro­stu nie wy­trzy­mał już bólu.

 

że nawet ich sys­te­my RR ostrze­gły ich o na­ru­sze­niu gra­nic mo­ral­no­ści. – Czy oba zaimki są konieczne?

 

Zdol­na do ruchu trój­ka po­zbie­ra­ła swoje im­pro­wi­zo­wa­ne pałki i dzidy.Zdol­na do ruchu trój­ka po­zbie­ra­ła swoje zaim­pro­wi­zo­wa­ne pałki i dzidy.

 

wzbi­ja­jąc fale które ci­snę­ły w dal ewa­ku­ują­cy­mi się ma­ry­na­rza­mi. – …wzbi­ja­jąc fale, które ci­snę­ły w dal ewa­ku­ują­cy­ch się ma­ry­na­rzy.

 

Drzew­cem oszcze­pu ogłu­szył wsta­ją­ce­go że­gla­rza, a w dru­gie­go rzu­cił. – Co rzucił?

 

pa­trzył na nich przez krew w roz­cię­ciu czoła. – Miał oczy w rozcięciu czoła???

 

kop­nia­ka­mi i pałką zbi­ja­jąc sta­re­go cy­bor­ga na ko­la­na. – …kop­nia­ka­mi i pałką zwalając sta­re­go cy­bor­ga na ko­la­na.

 

i ła­piąc chłyst­ka za nad­gar­stek w że­la­znym uchwy­cie. – …i żelaznym chwytem ła­piąc chłyst­ka za nad­gar­stek.

 

Siwy chiń­czyk rzu­cił się na Wio­śla­rza od boku.Siwy Chiń­czyk rzu­cił się na Wio­śla­rza z boku.

 

mie­rzy­ła w Wio­śla­rza i wkra­cza­ła do ka­bi­ny z chlu­po­tem butów. – Chlupotały buty, czy może raczej woda w butach?

 

Za­mro­czy­ło go i zo­stał wy­cią­gnię­ty jak worek na kości. – Skąd został wyciągnięty?

 

Hełm, w ruchu zdzi­wie­nia, spoj­rzał na niego wi­zje­rem. – ???

 

Co, tu też masz amor­ty­za­cje? – Literówka.

 

Klną­cy wróg prze­to­czył się drugą stro­nę po krzy­wiź­nie po­kła­du… – Klną­cy wróg prze­to­czył się na drugą stro­nę po krzy­wiź­nie po­kła­du

 

Kę­dzior usły­szał nagle roz­kaz od przy­wód­czy­ni na­jem­ni­ków.Kę­dzior usły­szał nagle roz­kaz przy­wód­czy­ni na­jem­ni­ków.

 

Spoj­rzał za ko­bie­tę. – Literówka.

 

Za­iskrzył się i roz­bił się o burtę, a ona znów sku­pi­ła się na le­śni­ku… – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Za­zgrzy­tał zę­ba­mi i po­słu­chał się, nie opusz­cza­jąc rąk.Za­zgrzy­tał zę­ba­mi i po­słu­chał, nie opusz­cza­jąc rąk.

 

pu­ści­ła Wio­śla­rza i osu­nę­ła się w dół z krwa­wym śla­dem… – Masło maślane. Czy można osunąć się w górę?

Proponuję: …pu­ści­ła Wio­śla­rza i osu­nę­ła się, zostawiając krwa­wy śla­d

 

Wio­ślarz dobył upusz­czo­nej splu­wy… – Wio­ślarz podniósł upuszczoną spluwę

Za SJP: dobyć II  daw. «wyjąć coś»

 

przy­po­mi­na­jąc sobie coś tej sta­rej kre­sków­ki jaka mu się sko­ja­rzy­ła. – …przy­po­mi­na­jąc sobie coś ze tej sta­rej kre­sków­ki, która mu się sko­ja­rzy­ła.

 

Za­pew­nił, że ła­dun­ki wy­bu­rze­nio­we, jakie zna­lazł pod po­kła­dem… – Za­pew­nił, że ła­dun­ki wy­bu­rze­nio­we, które zna­lazł pod po­kła­dem…

 

by teraz ob­cią­żyć kor­po­ra­cję za pod­kła­da­nie plu­skw… – …by teraz ob­cią­żyć kor­po­ra­cję za pod­kła­da­nie plu­skiew

 

Wszy­scy roz­cho­dzą się w po­ko­ju, nikt nie trzy­ma do ni­ko­go żalu… – Wszy­scy roz­cho­dzą się w po­ko­ju, nikt nie ma do ni­ko­go żalu

 

A w za­mian chcie­li tylko nędz­ny za­pa­so­wy sza­łas-po­jazd jaki trzy­mał w skarb­czy­ku!A w za­mian chcie­li tylko nędz­ny, za­pa­so­wy sza­łas-po­jazd, który trzy­mał w skarb­czy­ku!

 

Na ob­ra­zie sa­mo­cho­do­wy kor­pus po­wo­li wy­nu­rzał się z grzą­skich mo­czar, jakie po­chło­nę­ły dawne ga­ra­że.Na ob­ra­zie sa­mo­cho­do­wy kor­pus po­wo­li wy­nu­rzał się z grzą­skich mo­czarów, które po­chło­nę­ły dawne ga­ra­że.

 

zgła­sza­ją się już po oglę­dzi­nach zna­le­zi­ska, szcze­gó­ło­wą listą uszko­dzeń… – …ze szcze­gó­ło­wą listą

 

Prze­sy­łam pani do­wo­dy na ist­nie­nie plu­skw w za­miesz­czo­nych ogło­sze­niach… – …na ist­nie­nie plu­skiew

 

Na pierw­szy rzut oka lista po­wią­zań pani Kaji wy­glą­da­ła skrom­nie, ale po zgłę­bie­niu po­wią­zań z kor­po­ra­cja­mi… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka