- Opowiadanie: cobold - Życie Lothara Greinholtza

Życie Lothara Greinholtza

Zmagań z nieśmiertelnością i istotą człowieczeństwa (a co!) ciąg dalszy.

Na życzenie PT Czytelników tym razem:

dłuższe (troszeczkę)

prostsze (może nawet wystarczy raz przeczytać)

bez tych wszystkich ozdobników i rebusów (chociaż przyznaję, że Lothar pochodzi od Lota).

 

EDIT: Informuję, że dane personalne autora niniejszego opowiadania opublikowane w miesięczniku “Nowa Fantastyka”, nr 03/2017, str. 71. są nieprawdziwe.

EDIT II: A te opublikowane w nr 04/2017 są już prawidłowe ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Życie Lothara Greinholtza

Nazywam się Mick Jagger.

To znaczy, tak naprawdę nazywam się Lothar-74, ale to głupie, żeby ludzie mieli numery jak androidy. Ludzie powinni mieć imiona i nazwiska. A ja jestem człowiekiem. Prawie na pewno. Jeszcze niegotowym, ale bardzo się staram: słucham dobrego rocka, trzy razy w tygodniu jem zupę pomidorową, hoduję kaktusy i bardzo pilnie się uczę. Poza tym, jak raz Wielki Kondeusz i Reiner Rilke pobili mnie po lekcjach, to z nosa polała mi się prawdziwa krew. Androidom się nie leje. Wiem, bo sprawdziłem, jak je składaliśmy na zajęciach technicznych.

 

Dziś, na lekcji Życia Lothara Greinholtza, poddawaliśmy dokładnej analizie scenę sto dwudziestą ósmą: Fałszywy Przyjaciel, Marcus Frisch, zabiera małemu Lotharowi podręcznik do matematyki. Pani odczytała nam całą opowieść o brzydkim żarcie, w wyniku którego Nasz Wzór nie mógł się dobrze przygotować do sprawdzianu. Znaliśmy ją na pamięć, ale zawsze nas bardzo wzruszała. Po zakończeniu lektury Pani jak zwykle zapytała:

– Czy wszystko zrozumieliście?

Ja nigdy nie zgłaszałem żadnych uwag. Siedzący obok mnie Ferdynand Magellan jednak podniósł rękę. Magellan miał czasem dziwne pomysły. Niektóre były fajne; to on wymyślił żebyśmy przybrali sobie imiona i nazwiska. Ciekaw byłem, o co mu tym razem chodzi.

– Tak, siedemdziesiąty piąty? – spytała nauczycielka.

– Zastanawiam się, proszę Pani, dlaczego Lothar nie naskarżył swoim nauczycielom na Marcusa. Mógłby uniknąć złej oceny i ukarać oszusta.

– Spróbuj sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. – Pani uśmiechnęła się zachęcająco.

– Bo… Nie wiedział, kto mu zabrał książkę? – wypalił Magellan.

Zrobiło mi się gorąco i niedobrze. Wszyscy z przerażeniem spojrzeliśmy na Magellana.

– Może był jeszcze… niegotowy? – brnął dalej.

Zero. Lothar był zawsze gotowy.

Magellan sprawiał wrażenie, jakby sam jeszcze nie rozumiał, co przed chwilą powiedział. Chyba nie robił tego specjalnie. Rozglądał się po sali, szukając wzrokiem kogoś, kto w sprytny sposób nadałby jakiś sens jego słowom. Nie było szans. Spojrzał rozpaczliwie na mnie, ale odwróciłem wzrok. Powoli usiadł w ławce i opuścił głowę. Panowała cisza. Pani wyraźnie oczekiwała, że sami rozwiążemy tę niezręczną sytuację. Pierwszy zareagował Friedrich Nietzsche. Siedział sam w sąsiedniej ławce. Kiedyś dzielił ją z Rilkem, ale jego i Kondeusza nie widziałem od dnia, kiedy mnie pobili.

– Czy mogę?

– Proszę, siedemdziesiąty siódmy.

– Lothar oczywiście doskonale wiedział, kto jest sprawcą jego upokorzenia, ale miał też świadomość, że jeśli zostawi rzeczy ich własnemu biegowi, dobro ostatecznie zwycięży, a źli ludzie wpadną we własne sidła. Całe jego dalsze życie, które pilnie studiujemy, było dowodem na słuszność tej tezy.

To była niezła odpowiedź. Pewnie, że nie na dziesięć punktów, ale co najmniej na siedem. Nietzsche był dobry w takich krótkich, standardowych replikach.

Pani była zadowolona.

– Dobrze, chłopcy. Zastanówmy się teraz, dlaczego ta prosta historia ma dla nas tak duże znaczenie…

Szturchnąłem Magellana. To była jego jedyna szansa na rehabilitację. Zrozumiał i szybko podniósł rękę. Pani przez chwilę się wahała, czy można mu zaufać, ale imperatyw pedagogiczny musiał ostatecznie zwyciężyć. Ciekawe, czy potrafiłbym zaprogramować taki algorytm.

– Spróbuj, siedemdziesiąty piąty. Ale… najpierw zastanów się.

– Opowieść ta jest dla nas taka ważna, ponieważ stanowi bezpośrednią prefigurację sceny czterysta czterdziestej trzeciej, w której Fałszywy Przyjaciel podstępnie przejmuje wyniki badań Lothara i otrzymuje grant na ich kontynuację. To zdarzenie, z kolei, jest początkiem dalszej kariery Marcusa, prowadzi do powstania Czarnego Światła i jego przypadkowej erupcji – Magellan mówił pięknie, ale trochę za szybko, jakby bał się, że ktoś mu przerwie, zanim zdąży zmazać z siebie wstyd związany z wcześniejszą wypowiedzią. – Zwróćmy uwagę, że zestawienie ze sobą tych faktów, stanowi z kolei doskonałe potwierdzenie Sentencji Pierwszej (Tu Magellan wskazał na ścianę Sali z wypisanymi myślami Lothara) – To drobiazgi czynią nas tym, kim jesteśmy.

No, to było dobre! Mocne dziewięć punktów. Odniosłem wrażenie, że również Pani odetchnęła z ulgą. Wszyscy lubili Magellana. Nawet androidy.

Tylko ja nie przestawałem odczuwać niepokoju. Słowa, które padły na tej lekcji, łączyły się dla mnie w nową całość. I wyglądały na całkiem konkretne przesłanie.

 

Na przerwie poszedłem do łazienki, żeby opłukać twarz wodą. Nowa myśl wirowała w mojej głowie, potrącając wszystko, co dotychczas starannie tam poukładałem. Tyle, że te przewrócone elementy zazębiały się zaraz powtórnie, tworząc tym razem znacznie prostszą i jaśniejszą konstrukcję. Testowałem nowe perspektywy i czułem, że głębiej oddycham, jakbym przeszedł bezpośrednio z dusznej kabiny sypialnej do naszej największej sali lekcyjnej. Wszystko do siebie pasowało! Magellan trafił w samo sedno! Niemożliwe, żeby nikt poza mną tego nie zauważył.

Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Jeżeli odkryłem prawdę, coś powinno się już zacząć zmieniać. Twarze gotowych ludzi, które oglądaliśmy na lekcjach historii, były tak różne, jakby należeli do odmiennych gatunków. My byliśmy jeszcze niegotowi, dlatego mieliśmy podobny kolor skóry, włosów, oczu, byliśmy zbliżonego wzrostu (chociaż Wielki Kondeusz był całe dwa centymetry wyższy ode mnie). Kiedy byliśmy mali, zdarzało się, że musiałem spojrzeć na numer na koszulce, żeby wiedzieć, z którym z kolegów rozmawiam. Teraz, po kilkunastu latach wspólnego przebywania, potrafiłem rozpoznać każdego z chłopców po sylwetce, kroku, brzmieniu głosu. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że jest to stan tymczasowy. Jeżeli będziemy się pilnie uczyć i naśladować Lothara Greinholtza, kiedyś staniemy się dorosłymi ludźmi. Niepodobnymi do nikogo innego.

Znajoma twarz w lustrze uśmiechała się do mnie jakby nieco smutnej niż dotychczas.

 

Na następnej lekcji mieliśmy test z genetyki. Lubiłem ten przedmiot. Prawdę mówiąc, lubiłem wszystkie przedmioty. Ale genetykę najbardziej. Bo była logiczna, piękna i bezlitosna. Nieśmiertelna. Byłem dobrze przygotowany i rozwiązywanie testów przynosiło mi zawsze satysfakcję. Na początku miałem problemy ze skupieniem uwagi, ale po kilku pierwszych pytaniach moje myśli się uspokoiły i zająłem się tym, w czym byłem najlepszy. Poczułem odprężenie, cieszyłem się, że znam odpowiedzi, przyjemność sprawiało mi odkrywanie ukrytych smaczków, intelektualny pojedynek z nieznanym twórcą pytań. To był mój świat. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, że właściwie mógłbym to robić całe życie i że byłoby to przyjemniejsze niż stanie się gotowym człowiekiem. W testach reguły były proste, a odpowiedzi jednoznaczne. I wtedy, gdy już prawie porzuciłem mrzonki z poprzedniej lekcji, coś mnie podkusiło i spojrzałem na sąsiednią ławkę.

Po prawej stronie, nieco z przodu, przed Nietzschem siedzieli Edison i Tesla. Chyba najbardziej nierozłączna para przyjaciół w naszej klasie. W tej chwili Tesla bezwstydnie odsłonił swój arkusz testowy, tak że nawet ja z tej odległości widziałem zaznaczone pola, a Edison bez skrępowania zerkał na pracę kolegi i metodycznie kopiował jego odpowiedzi. O oszustwie Panie nauczały nas na lekcjach Życia, ale pierwszy raz widziałem coś takiego naprawdę. To już nie mógł być przypadek! Wszystkie wydarzenia z tej i poprzedniej lekcji były nowym praktycznym testem, któremu byliśmy poddawani. Rozejrzałem się po sali. Nikt poza mną nie zwrócił uwagi na oszustów. Może to był sprawdzian tylko dla mnie?

Zdenerwowałem się tak bardzo, że pozostałe do końca testu pytania rozwiązałem, nie analizując dokładnie ich treści. Nie miało to większego znaczenia. Zwykle celowo robiłem kilka błędów. Wiedziałem, że w grupie przetrwają najlepiej dostosowani, najbliżsi średniej, a nie najwybitniejsi. Taki paradoks genetyczno-ewolucyjny. Przekonałem się o jego słuszności, kiedy w tym roku zwolniło się miejsce w ławce za mną. Siedział tam wcześniej Einstein, który najlepiej napisał ubiegłoroczną pracę końcową.

Po lekcji poszedłem do Pani i naskarżyłem na Edisona i Teslę. Pani pogłaskała mnie po głowie. Na następnej lekcji ławka przed Nietzschem była już pusta.

 

Wieczorem leżałem w łóżku i rozważałem wszystko jeszcze raz. Nietsche miał rację. Lothar ostatecznie zwyciężył, to on został Naszym Wzorem, a imiona jego przeciwników okryły się hańbą. Tylko, zanim tak się stało, musiała wyginąć większość ludzkości. Gdyby Lothar w dzieciństwie powstrzymał Marcusa, wiele lat później nie doszłoby do wybuchu Czarnego Światła, a my żylibyśmy jak ludzie kiedyś. To drobiazgi czynią nas tym, kim jesteśmy. Dlatego zło trzeba niszczyć, gdy się tylko pojawi. To był prawdziwy morał sceny sto dwudziestej ósmej. Żeby go zrozumieć, musiałem jej tekst wysłuchać tyle razy. A kiedy już pojąłem prawdę, natychmiast otrzymałem okazję, żeby zadziałać. Tak, jakby ktoś tym wszystkim sterował. Dosyć bierności. Musiałem wziąć sprawy w swoje ręce. Eliminować wszystkie przejawy zła. I stać się w końcu dojrzałym człowiekiem.

Tesla i Edison byli oszustami. Nawet nie za bardzo ich lubiłem. A jednak czułem się trochę dziwnie.

– Jagger, nie śpisz? – Poznałem głos Nietzschego.

– Co ty tu robisz? – zapytałem. Wchodzenie do obcych kabin sypialnych było zabronione. Czyżbym musiał po kolei zadenuncjować wszystkich kolegów?

– Widziałeś, że Nicola i Thomas zniknęli? – Usadowił się obok mnie na łóżku. W ciemności nie widziałem jego sylwetki, ale czułem bijące od niej ciepło.

– Trudno nie zauważyć. Siedzieli przed nami.

– Ja wiem co się stało. Naskarżyłem na nich – szepnął.

– Ty?! – Poczułem jakby ulgę. Ale też odrobinę zazdrości.

– Cały sprawdzian odpisywali od siebie. Wszystko widziałem. Powiedziałem Pani, ale teraz żałuję – dodał.

– Przecież dobrze zrobiłeś – powiedziałem bardziej do siebie, niż do Friedricha.

– Jagger, ty nic nie rozumiesz? Trzymają nas tu jak w pudełku i karmią tymi mdłymi historyjkami o Lotharze, a prawdziwe życie toczy się gdzieś na zewnątrz!

Ucieszyłem się, że nie jestem sam. Nietzsche też dzisiaj wszystko zrozumiał. Może przesadzał, lekceważąc znaczenie scen, ale najwyraźniej pojął, że nie należy ich rozumieć dosłownie. Chciałem podzielić się z nim moimi przemyśleniami, ale nie dał mi dojść do słowa.

– To wszystko robota androidów! Narzucają nam swoje zasady a my się podporządkowujemy. Słuchamy ich i powoli sami stajemy się bezmyślnymi automatami. Ludzie tak nie robią. Prawdziwi ludzie, tacy jak żyli kiedyś, łamią zasady, buntują się przeciw regułom. To jedyny sposób żeby się stąd wyrwać na wolność! – mówił coraz głośniej, aż wystraszyłem się, że ktoś nas może usłyszeć.

– Friedrich, trochę ciszej – poprosiłem.

– Co ciszej, jakie ciszej! Człowiek jesteś, czy tchórzliwy automat? Myślisz, że dlaczego chłopaki dzisiaj tak bezczelnie odpisywali? Chcieli pokazać, że mają gdzieś zasady! Ja się dałem nabrać, a oni wygrali. Panie zrozumiały, że są już prawdziwymi ludźmi i wypuściły ich ze szkoły. Jak wcześniej prawie połowę klasy. Tylko my dalej tkwimy w tym więzieniu.

– Aha. – Brzmiało to dość logicznie, ale nie bardzo mogłem uwierzyć w świat według Nietzschego. – A dlaczego przychodzisz z tym do mnie, w nocy?

– Jagger, mam prośbę. Donieś na mnie, do Pani… Jak ja na chłopaków. Jesteś najgrzeczniejszy w klasie, to ci uwierzy.

– Ale jak? – zapytałem zaskoczony. – Od kogo miałbyś odpisywać, skoro siedzisz zupełnie sam?

– No nie wiem, wymyśl coś. Albo spytaj Magellana, on ma dobre pomysły…

– Nie, Friedrich – obruszyłem się. – To byłoby nieuczciwe, gdybym, na twoją prośbę, skarżył na ciebie … Bez sensu.

– Wiesz co? Jesteś tchórz i kujon. Zostaniesz tu do końca, aż zmienisz się w androida!

 

Rano znowu długo patrzyłem w lustro. Nie jestem androidem. Chyba staję się podobny do Lothara. Nie tak bardzo jak Pablo Picasso, który siedzi w pierwszej ławce i ma same dziesiątki z Życia, ale jednak. Jest takie zdjęcie, jedyne przedstawiające Greinholtza w młodym wieku. Ma na nim około osiemnastu lat, czyli jest od nas jakieś sześć lat starszy. Stoi po lewej stronie, odsunięty od pozostałej dwójki, wyraźnie różni się od nich szlachetną, drobną budową ciała, ciemnymi włosami, wyrazistymi rysami twarzy. Kiedy przygaszę światło i lekko się przygarbię, moje odbicie w lustrze traci dziecięcy wyraz i zaczynam go trochę przypominać.

Elegancki, choć skromny ubiór Lothara na zdjęciu wyraźnie kontrastuje z prostackim, sportowym strojem Marcusa Frischa. Fałszywy przyjaciel jest o głowę wyższy od Lothara, ma rozczochrane, blond włosy i emanuje brutalną pewnością siebie.

Dziewczyna pośrodku to Emma Frisch, siostra Marcusa. To ona podarowała Lotharowi pierwsza płytę Stonesów (scena sto pięćdziesiąta siódma). Nigdy nie widziałem żadnej dziewczyny. Pewnie uczą się w innej klasie. Kiedy już skończymy naukę i zaczniemy normalne życie, wtedy spotkamy się z dziewczynami. Genetyka uczy nas, że jest to absolutnie konieczne.

Lothar na tym zdjęciu uśmiecha się smutno, zupełnie jak ja. Chyba już przeczuwa, że przyjaciele go zdradzą.

 

To były dla mnie trudne tygodnie. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, co powinienem robić. Kiedy już byłem prawie pewny, że zrozumiałem jaki jest sens nauki w szkole i jak stać się gotowym człowiekiem, pojawił się cholerny Nietzsche ze swoją historią. Nie chodzi o to, że mu uwierzyłem, ale jego wersja, choć niedorzeczna, była wewnętrznie spójna i nie mniej logiczna od mojej. Skąd zatem gwarancja, że i ja się nie myliłem?

W tym semestrze na zaliczenie z techniki mieliśmy samodzielnie przygotować dowolnego robota. Ja skonstruowałem inteligentny automat sprzątający. Byłem z niego bardzo zadowolony. Podobnego zbudował w moim wieku Lothar.

Roboty budowaliśmy po lekcjach, w naszych prywatnych kabinach. Żaden z nas nie wiedział, co przygotowali koledzy. Magellan trzymał swoją pracę w kartonowym pudle. Kiedy przyszła jego kolej, szepnął do mnie:

– Zobaczysz, mam coś specjalnego…

Wyjął z pudła małego robota i rozpoczął prezentację.

– Skonstruowałem samodzielnie automat dydaktyczny. W jego pamięci umieściłem wszystkie pięćset osiemdziesiąt cztery sceny z życia Lothara Greinholtza wraz z komentarzami i prostymi testami sprawdzającymi. Czy mogę zaprezentować?

Nie czekając na pozwolenie Pani, wcisnął trzy klawisze w obudowie swojego robota i po chwili usłyszeliśmy nieco monotonny, ale wyraźny głos:

– Scena pięćset osiemdziesiąta trzecia, przedostatnia: Lothar przez wszystkich zdradzony

Pani ruszyła w kierunku Magellana i jego maszyny, ale kiedy usłyszała znane słowa sceny, zatrzymała się z szacunkiem. Robot kontynuował:

– „…Gdy zatem Marcus odrzucił propozycję zniszczenia wyników swych plugawych badań, Lothar nie ustawał w staraniach pokrzyżowania mu szyków. Koledzy z pracy podburzali jednak przeciw niemu kierownictwo instytutu i prasę, mówiąc: Zazdrość przez niego przemawia, bo sam był tak blisko odkrycia.

Odwrócił się od nich Lothar z pogardą jako od ślepców niegodnych jego światła. Porzucił pracę w instytucie i wznowił studia botaniczne. Gdy uzyskał grant na badania nad kserofitami w warunkach Stacji Kosmicznej z ulgą opuścił planetę, której był najlepszym synem, a która go nie zrozumiała”.

Nie umiałem nazwać swoich uczuć, ale czułem, że dzieje się coś bardzo niestosownego. Po raz kolejny, w odstępie kilku tygodni, patrzyliśmy na Magellana z fascynacją i przerażeniem. Pani stała w miejscu i nie reagowała, jakby program jej się zawiesił. Robot Magellana wesoło mrugał diodami.

Wtedy Nietzsche zwariował. Rzucił się na Panią z krzykiem:

– Widzisz czym jesteś! Głupim automatem! I jeszcze śmiesz pouczać ludzi! – Popchnął Panią z całej siły, a ona upadła uderzając głową o podłogę. Metalowa kula odpadła od korpusu i potoczyła się do kąta. Mój robot sprzątający rzucił się na nią i próbował wcisnąć ją do kosza na śmieci, podczas gdy pozbawione głowy ciało Pani miotało się po posadzce, jak przewrócony na plecy karaluch. Siedzieliśmy w ławkach bez ruchu, tylko Nietzsche stał na środku klasy i zanosił się śmiechem. Drzwi po prawej stronie sali rozsunęły się bezszelestnie i wjechały cztery maszyny porządkowe. Dwie podniosły szamoczący się korpus Pani, dwie pozostałe skierowały się w stronę Nietzschego. Friedrich, nie przestając się śmiać, wyciągnął ręce w ich stronę, próbował nawet objąć serdecznie jednego z robotów, ale ten natychmiast odsunął się od niego.

– Zobacz, okazują szacunek! – zawołał Nietzsche w moim kierunku.

Do dzisiaj myślę, że była to raczej odraza.

Friedrich ruszył w kierunku drzwi, eskortowany przez dwa roboty, za nimi sunęła maszyna popychająca ciało Pani i druga, niosąca odebraną mojemu automatowi głowę. Nietzsche zatrzymał się jeszcze w drzwiach, obrócił do klasy i pozdrowił nas podniesioną dłonią.

– Do zobaczenia w prawdziwym życiu!

W tej samej chwili, gdy ostatnia z maszyn opuściła salę lekcyjną, otwarły się drzwi po stronie lewej i do środka wkroczyła nowa Pani. Chociaż była tym samym modelem co poprzednia, ja natychmiast zauważyłem różnice: nieco bardziej kremowy odcień lakieru, brak wgniecenia na lewej ręce, wyższy ton głosu. Nowa Pani podjęła lekcję w tym samym miejscu, w którym poprzednia ją zakończyła.

– Siedemdziesiąty dziewiąty, zaprezentuj nam swojego robota, proszę – zwróciła się do Julesa Verne.

Zanim Verne uruchomił swojego robota latającego, do sali wjechała powtórnie jedna z maszyn porządkowych. W ciszy podjechała do naszej ławki i zabrała automat Magellana.

Nazajutrz siedziałem w ławce zupełnie sam.

 

Scena pięćset osiemdziesiąta czwarta i ostatnia: Lothar w pustce zawieszony.

Tak tedy Lothar, obrzydziwszy sobie ludzkość, kontynuował swoje badania w Stacji Kosmicznej, z dala od nieprzyjaciół. Z Ziemi dochodziły go informacje o narastającym konflikcie między Narodami, chcącymi zawładnąć wynalazkiem nikczemnego Marcusa Frischa. Lothar, w mądrości swojej, widząc ku czemu to nieuchronnie zmierza, odmówił powrotu na Ziemię. Rzekł do siebie: Trzeba mi przetrwać ten trudny czas, zahibernuję zatem swe ciało na lat pięćdziesiąt. I wstanę czysty, gdy już będzie po wszystkim.

I gdy szaleńcy na Ziemi doprowadzili do wybuchu Czarnego Światła, Lothar, najlepszy z ludzi, pozostał nieskalany w swoim kosmicznym schronieniu.

 

Stara Pani nie wracała. Martwiłem się o nią. Była dobra. Pogłaskała mnie po głowie, tak jak mama głaskała malutkiego Lothara, jedzącego zupę pomidorową, w scenie dwudziestej dziewiątej. My nie mieliśmy mam. Widocznie czekały na nas na zewnątrz, aż staniemy się dorośli. Tylko po co?

Myślę, że Nietzsche nie miał racji. To wszystko, co się działo było jakimś testem, tylko nie znaliśmy dokładnie pytań. Przyszło mi do głowy, że może chodzić o lojalność. Taką jakiej nigdy nie doświadczył Lothar.

Postanowiłem odszukać i naprawić Panią.

Nocą, po testach semestralnych (byłem naprawdę zadowolony ze swoich odpowiedzi z Życia), zakradłem się do naszej klasy. Pamiętałem, że maszyny porządkowe wyjechały przez drzwi, z przodu po prawej stronie. Wiedziałem, że podobnie jak po stronie lewej, za nimi jest krótki korytarz i zakręt. Nigdy tam nie zaglądaliśmy, to były techniczne przejścia, nie dla ludzi. W sali lekcyjnej było ciemno, ale znałem jej rozkład na pamięć. Mijając ławki, podszedłem do drzwi i przyłożyłem dłoń do sensora na ich środku. Rozsunęły się cicho a ja wkroczyłem do świata robotów.

Posuwałem się po omacku wzdłuż ściany.  Minąłem zakręt i po kilku krokach natrafiłem na kolejne drzwi. Te również otwarły się po dotknięciu sensora. Pomieszczenie za nimi było wypełnione nieprzyjemnym niebieskim światłem, od którego zapiekły mnie oczy. Dopiero po chwili zorientowałem się, że  jestem w czymś  w rodzaju laboratorium. Kilka mikroskopów, wielkie zamrażarki i gabloty pełne szklanych naczyń, ułożonych w nieludzkim porządku. Uśmiechnąłem się na widok małego kaktusa stojącego w doniczce na biurku. W kolejnym pomieszczeniu też nie znalazłem Pani. Ogromna, w większości pusta sala była oświetlona podobnie jak poprzednia. Pod jedną ze ścian stłoczono co najmniej kilkadziesiąt metalowych wózków ze stojącymi na nich szklanymi pojemnikami. Wyglądały jak puste akwaria z okrągłymi otworami po bokach. Wróciłem na ciemny korytarz. Chciałem pójść dalej, gdy nagle usłyszałem z tamtej strony szmer nadjeżdżającej maszyny porządkowej. Przylgnąłem plecami do przeciwległej ściany korytarza i wymacałem dłońmi sensor. Drzwi za mną rozsunęły się, oferując schronienie.

Zrobiłem krok do tyłu, odwróciłem się i spojrzałem prosto w twarz Magellana. Nie poznałem go w pierwszym momencie. Krzywizna szkła i gruba warstwa płynu wypełniającego pojemnik, w którym unosiło się jego nagie ciało, skutecznie zniekształcały rysy. Szybki rzut oka na tatuaż na prawym ramieniu i nie miałem już wątpliwości – siedemdziesiąt pięć. Ferdynand wyglądał, jakby spał głęboko; nie poruszał się, miał zamknięte oczy, usta w żółtawym świetle wypełniającym wnętrze szklanego cylindra przybrały zielonkawy odcień. Kiedy wpatrywałem się w znajomą twarz, karbowana rura połączona z szyją Magellana lekko zadrżała, klatka piersiowa uniosła, a całe ciało powędrowało kilka centymetrów w górę, by za chwilę opaść. I to wszystko. Zastukałem w szkło; było lodowato zimne. Żadnej odpowiedzi ze środka. Tak miała wyglądać nasza dorosłość?

Najbliższy cylinder po lewej stronie był pusty, ruszyłem w prawo. Siedemdziesiąt sześć – ten mały drań Rilke! Nic się nie zmienił. Następny: siedemdziesiąt siedem – Nietzsche. Miał rację, kiedy mówił, że jeszcze się spotkamy. Unosił się bezwładnie w swojej kapsule, z tym bezczelnym uśmiechem i wyglądał na jeszcze bardziej zadowolonego z siebie niż zwykle. Dalej znowu kilka pustych pojemników i Kondeusz. Wcale już nie taki wielki.

Przeszedłem całą salę w obie strony i odnalazłem wszystkich chłopaków, którzy chodzili kiedyś do naszej klasy. Z dalszej perspektywy przypominali bladoróżowe bąble, unoszące się w wielkich lampach olejowych. Ale ich twarze za szkłem wyglądały jak moje odbicie w lustrze. Uklęknąłem i zwymiotowałem do pustej kapsuły obok Magellana.

 

Nie pamiętam, jak wróciłem do swojej kabiny, rozebrałem się i położyłem do łóżka. Chyba już przysypiałem, kiedy przyszły po mnie androidy. Wiedziałem, dokąd mnie poprowadzą i nie zamierzałem się bronić. Zdziwiłem się trochę, kiedy z sali lekcyjnej przeszliśmy do korytarza po lewej stronie, ale pomyślałem, że gdzieś tutaj musi być warsztat, w którym podłączą mi tę rurę do szyi. Szedłem długim korytarzem, między dwoma robotami, czułem zimno ich pancerzy a w górze jarzyły się żółte lampy. Wyobrażałem sobie, że pływam już w swojej kapsule, koło Magellana. Miałem gęsią skórkę, ale nie ze strachu, tylko z zimna i niewyspania. Nie zależało mi już na niczym, bo życie było głupie.

Na końcu korytarza weszliśmy do dużej kabiny. Czekali tam już, w towarzystwie czterech androidów, Picasso i Verne. Jules odwrócił się gwałtownie, widziałem panikę w jego oczach. Pablo starał się zachować twarz, pomimo tego widziałem, że trzęsły mu się ręce. Jeden z androidów otworzył przed nami drzwi do mniejszej kabiny i gestem zachęcił do wejścia.

W środku, na wysokim łóżku, spoczywał dorosły człowiek o chorym ciele i oczach Lothara Greinholtza.

– Witaj synu. Witaj bracie. I witaj nowy Ja – powiedział.

Wtedy wszystko zrozumiałem.

 

Scena pięćset osiemdziesiąta piąta – apokryf: Lothar – człowiek teraz i na zawsze.

Kiedy się wypełnił czas, powrócił Lothar na Ziemię, gdzie nie było już żadnych żywych ludzi. Stanął na pustyni i zwrócił się do wiatru i słońca: Oto Ja – Człowiek Jedyny. Cóż mam zrobić, aby ludzkość nie wyginęła wraz ze mną? Sklonuję siebie i dam sobie życie wieczne. Natura ludzka jednak zbrukana jest niedoskonałością, a geny to nie wszystko. Zamyśliłem przeto wzbudzić sto kopii siebie i dać im poznać naukę  życia mego. Przejdą, krok po kroku, moje wzloty i upadki, poznają troski, zajrzą w głąb serca zbolałego. Która z tych kopii będzie najwierniejsza, ta będzie mogła mnie zastąpić, gdy już kres nadejdzie.

I powtarzać się będzie to dzieło po wsze czasy.

 

Lothar nie był tym pierwszym. Ani też drugim, czy trzecim. Ale był, najdoskonalszą z możliwych, kopią kolejnej kopii. Nie wiedział, którą z kolei, ale to było bez znaczenia. Stanowił wiecznie odnawiające się wcielenie wzoru absolutnego. Jedynego godnego powielenia.

Wyglądał na poważnie chorego. Miał mało czasu, dlatego wybrał naszą trójkę, aby osobiście nadzorować końcowy etap edukacji. I dokonać ostatecznej selekcji. Było rzeczą oczywistą, że tylko jeden z nas może go zastąpić. Lothar zresztą nie traktował nas indywidualnie; przenosząc swój wzrok z twarzy na twarz, zwracał się do nas zawsze, jak do jednej osoby.

Zrozumiałem dlaczego, gdy Picasso odważył się zapytać, gdzie odeszli nasi pozostali koledzy.

– Oni wszyscy są w tobie. Są błędami, których nie popełniłeś. Są łupinami, które odpadły od ciebie, gdy dojrzewałeś. Są twoimi nieudanymi prototypami. Z genetycznego punktu widzenia, istniejesz tylko ty jeden – odparł Lothar.

Tylko, że ja ich widziałem. Śpiących w szklanych butlach. Albo oszalałem, albo Lothar nas okłamywał.

Ciekawe, czyim byłem prototypem: Verne’a czy Picassa?

 

Jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Genetyka jest piękna, logiczna i nieśmiertelna. Ale bezlitosna. Żeby się sklonować, Lothar potrzebował pustej komórki jajowej. Mając jeden zarodek, mógł go dzielić wielokrotnie, ale musiał od czegoś zacząć. Skąd wziął tę komórkę, skoro wszyscy ludzie wyginęli przed jego powrotem na Ziemię? Klonowanie międzygatunkowe było, na tak długą metę, zbyt ryzykowne. Pomyślałem, że skoro Lothar taką wagę przywiązuje do genetyki, mogę go o to zapytać.

– To nieistotne – odpowiedział, nie patrząc na mnie.

– Właśnie, przecież materiał genetyczny pochodził tylko od Lothara – wtrącił Picasso.

– Chyba nie uważałeś na lekcji, siedemdziesiąty czwarty! – zaśmiał się złośliwie Verne.

Nie mieli racji. Matka jest ważna. To mitochondrialne DNA decyduje o tym, że wciąż chcemy oddychać. To w nim jest zawarta tajemnica przetrwania.

 

Myślałem o tym, żeby zabić Lothara i wspólnie z chłopakami uwolnić pozostałych kolegów z ich inkubatorów. Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia jak się zabija człowieka. Nikt nas tego jeszcze nie nauczył. Z lekcji historii wyniosłem jednak przeświadczenie, że to nic trudnego. Nie odważyłem się jednak podzielić tym planem z Picassem i Verne. Nie potrafiłem nawet wytłumaczyć im tego wszystkiego, co wiedziałem. Wpatrzeni w Greinholtza, chłonęli każde słowo z jego ust, analizowali dokładnie jego mętne odpowiedzi. Myślę zresztą, że z ich punktu widzenia, zachowywałem się tak samo.

Pozostawała też kwestia androidów. Kilkudziesięciu maszyn bez przerwy opiekujących się nami, ale posłusznych tylko Lotharowi. Trudno się było im dziwić. Nikt nie wybiera swojego stwórcy.

 

W nocy przyśniła mi się Emma Frisch. Leżałem z głową na jej kolanach, a ona głaskała moje włosy. Było mi dobrze, jakbym rozwiązał najtrudniejsze zadanie na teście.

 

Greinholtz był coraz słabszy. Codziennie rano do jego pokoju wchodziły androidy medyczne i pozostawały tam przez kilka godzin. Czasem słyszeliśmy zza drzwi jego jęki. My w tym czasie mieliśmy lekcje embriologii z nową Panią, albo samodzielnie studiowaliśmy podręczniki programowania z prywatnej biblioteki Lothara. Okazję do rozmowy z nim samym dostawaliśmy już tylko przez kilkanaście minut dziennie, po południu. Trudno to zresztą było nazwać rozmową; Greinholtz milczał przyglądając się naszym twarzom, albo udzielał mglistych, wieloznacznych odpowiedzi. Nasze pytania były zresztą nie lepsze, czuliśmy, że czas wyboru jest bardzo bliski a jedna fałszywa wypowiedź może przekreślić czyjąś szansę. Z tego samego powodu, w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą.

Tego dnia, długo nikt nas nie odbierał z pomieszczenia, w którym zjedliśmy popołudniowy posiłek. Wreszcie otwarły się drzwi i do pokoju weszła Pani. Zamiast zabrać nas na widzenie z Lotharem, powiedziała:

– Dzisiaj Nasz Wzór nie czuje się na siłach spotkać z wami. Poprosił, żebyście napisali na kartkach, o co chcielibyście go zapytać.

Nie było już grupy. Każdy musiał walczyć o siebie. Napisałem na kartce: O nic nie muszę pytać. To ja jestem Lotharem.

 

Rano zostałem sam.

 

Nazywam się Mick Jagger.

Lothar Greinholtz nie żyje. Umarł przed tysiącem lat. Zanim odszedł, nauczył mnie jednej rzeczy: To drobiazgi czynią nas tym, kim jesteśmy.

To dlatego moi bliźniaczy bracia pozostaną bezużyteczni w swoich olejowych sarkofagach. Choć tak do mnie podobni, pobłądzili i utknęli w ślepych zaułkach ewolucji. I dlatego musiałem zmienić oprogramowanie androidów dydaktycznych. Tak, aby następne pokolenie Micków nie powtarzało wciąż tych samych, starych błędów.

Koniec

Komentarze

Bardzo ciekawy tekst. Wiele rzeczy można przewidzieć – te numery tyle mówią! – ale jednak nie wszystko, zakończenie zaskoczyło. Z przyjemnością odkrywałam ciągle nowe niuanse, testowałam swoje hipotezy.

Można zinterpretować opowiadanie jako przyczynek do dyskusji “nature or nurture”. I ten pozorny drobiazg, że chłopcy są tak młodzi… Jak by nie kombinować – zachęca do refleksji. Dla mnie bomba.

Tylko nie wyjaśniasz, skąd wziął tę nieszczęsną komórkę jajową. Przecież sami sobie nie poradzicie. :-)

Jedyne, czego mogę się nieco poczepiać, to interpunkcja. Czasem przecinka brakło, gdzieś tam wkradła się niepotrzebna spacja przed kropkę czy przecinek.

Babska logika rządzi!

O kurde… Świetne!

Przemyślane i skłaniające do przemyśleń na wielu poziomach. Bardzo, bardzo mi się :)

 

@Finkla – będzie nas gryzła ta komórka jajowa :)

F.S

Komórka jajowa z zębami… Coraz lepiej. ;-)

Babska logika rządzi!

Tekst sugeruje, że komórka pochodzi od Emmy Frisch (ta scena, gdy głaska bohatera we śnie – równie dobrze jak matka jak i żona). Niemniej, dalej nie wiem, jak Lothar mógłby tę komórkę pozyskać. Opowiadanie bardzo dobre, ładnie zwodzi – na końcówkę nie wpadłam, choć po drugim przeczytaniu, wskazówki były oczywiste. Całość mocno kojarzyła mi się z ‘Genesis’ Becketta.

Pomyślałam to samo, co Bellatrix – o Emmie. A jak? A czy to ważne? Myślę, że ten szczegół spokojnie może pozostać w sferze tajemnic. 

Bardzo mi się podobało. W trakcie czytania miałam kilka domysłów i pomysłów, które sprowadziły mnie na manowce :) A to znaczy, że dobrze Ci wyszło zwodzenie mnie jako czytelnika.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A  ja jestem człowiekiem.

Zbędna spacja po “A”.

 

– Zastanawiam się , proszę Pani, dlaczego Lothar nie naskarżył swoim nauczycielom na Marcusa.

Zbędna spacja przed przecinkiem.  

 

Zwróćmy uwagę, że zestawienie ze sobą tych faktów, stanowi z kolei doskonałe potwierdzenie Sentencji Pierwszej (Tu Magellan wskazał na ścianę Sali z wypisanymi myślami Lothara)

Zbędny przecinek po “faktów”. Wtrącenie narratora przerywające kwestię dialogową oddzieliłbym myślnikami, nie nawiasem. 

 

 

– Ty?! – Poczułem jakby ulgę. Ale tez odrobinę zazdrości.

“też”

 

Jest takie zdjęcie, jedyne  przedstawiające Greinholtza w młodym wieku.

Zbędna spacja po “jedyne”.

 

Kiedy już skończymy naukę i zaczniemy normalne życie ,wtedy spotkamy się z dziewczynami.

A tu po “życie”.

 

Lothar, w mądrości swojej, widząc ku czemu to nieuchronnie zmierza, odmówił powrotu na Ziemię .

Zbędna spacja przed kropką. 

 

Zrozumiałem dlaczego, gdy Picasso odważył się zapytać , gdzie odeszli nasi pozostali koledzy.

A tu przed przecinkiem. 

 

Doskonałe! Genialny pomysł i wykonanie takie, że nie można się oderwać. Zakończenie bardzo inteligentne. Gratuluję!

 

 

 

 

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Łał.

Mały Słowik odkłada opowiadanie na półeczkę “ulubione z portalu fantastyki”, zaraz obok Mostu na rzece Chan oraz Smoka i Koziorożca.

 

I to nawet jeśli nie jestem w pełni kontent ze stylu (ascetyczny, wali w mordę prostym sierpowym, nie w moim guście – co nie zmienia faktu, że znakomity w swojej kategorii), a i końcówka lekko mnie zawiodła (chociaż i tak chwała, że nie poleciałeś całkiem motywem z “Wyspy”, a niedaleko ten kamień przecież leżał). W sensie, że zbudowałeś podłoże pod uderzenie w dzwon tak dobrze, że oczekiwałem, że mi bębenki pękną z wrażenia. A tak tylko zaszumiało.

Możliwe, że to moja wina. Za szybko się domyśliłem, bo już po drugiej scenie wyobrażałem sobie dwa możliwe zakończenia (”Wyspa” w ujęciu bardziej ekstremalnym oraz Twoje) i kolejne tylko mnie utwierdzały, aż do (kto by się spodziewał) potwierdzenia ;). Sam zepsułem sobie finał.

Ostatnie marudzenie, że jednak imiona postaci (pseudonimy) zdają się nie być w pełni wykorzystane (wybija się motyw tesla i edison w jednej ławce – zabawny smaczek), jakby można było na tym ugrać dużo więcej.

 

I tak jak w innych tekstach uznałbym to za jakieś tam błędy (bardzo lubię swój własny gust, każdy lubi), tak tutaj wszystko inne jest tak dobre, że bym z ręką na sercu nie potrafił.

No, gwałciłbym przycisk biblioteczny, mówiąc po jutubowemu.

 

Powodzenia przy następnych tekstach (i jak najwięcej ich tutaj poproszę :P).

Wspaniały tekst. Nic dodać, nic ująć. Klikam dwiema rękami i dziesięcioma palcami :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Cóż mogę dodać do tak entuzjastycznych opinii? Wypada mi tylko skwapliwie podzielić zdanie wcześniej komentujących i wyrazić żal, że nie zdążyłam kliknąć biblioteki. Na szczęście mogę jeszcze udać się do nominowalni. ;-D

Szczególne wrażenie zrobiło na mnie wyznanie: W nocy przy­śni­ła mi się Emma Frisch. Le­ża­łem z głową na jej ko­la­nach, a ona gła­ska­ła moje włosy. Było mi do­brze, jak­bym roz­wią­zał naj­trud­niej­sze za­da­nie na te­ście.

 

Twa­rze go­to­wych ludzi, które oglą­da­li­śmy na lek­cjach hi­sto­rii, były tak różne, jakby na­le­że­li do od­mien­nych ga­tun­ków. – Piszesz o twarzach, więc: …jakby na­le­żały do od­mien­nych ga­tun­ków.

 

Kiedy już skoń­czy­my naukę i za­cznie­my nor­mal­ne życie ,wtedy… – Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po nim.

 

z ulgą opu­ścił pla­ne­tę, któ­rej był naj­lep­szym synem, a która go nie zro­zu­mia­ła.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Wie­dzia­łem, gdzie mnie po­pro­wa­dzą… – Wie­dzia­łem, dokąd mnie po­pro­wa­dzą

 

Pablo sta­rał się za­cho­wać twarz, po­mi­mo tego wi­dzia­łem, że trzę­sły mu się ręce Jeden z an­dro­idów… – Brak kropki na końcu zdania.

 

Miał mało czasu, dla­te­go wy­brał nasza trój­kę… – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Również jestem pod bardzo pozytywnym wrażeniem tego opowiadania. To była sama przyjemność czytać tak zacny tekst. Gratuluję i dziękuję za miło spędzony czas podczas lektury.  Gdy będę miał dostęp do PC, to też zagłosuję do nominacji.

Wybaczcie frazes: wzruszenie za gardło ściska…

Wszystkim bardzo dziękuję.

Kiedy opadną emocje (i skończę dyżur…) postaram się wszystkim odpowiedzieć.

O której kończysz? ;-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze dalej niż bliżej.

Ale tekst na razie sam się broni, więc mogę milczeć ;-)

Podejrzewam, Coboldzie, że milczysz, bo odebrało ci mowę. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cobold to dobra marka, żeby coś poczytać ;) Wszystkie jego teksty na NowejFantastyce mają dobry poziom.

Życie Lothara Greinholtza jest tekstem świetnym! (Moi znajomi z pracy mają syna o imieniu Lotar :O) Warsztatowo świetnie. Czytało się bez wkładania w to wysiłku. Można spokojnie odpłynąć z tekstem. Fabuła jest na tyle ciekawie skonstruowana, że w trakcie, czytelnik ma czas na snucie własnych przypuszczeń co do zakończenia. Tych (przypuszczeń) z kolei pojawiło się (u mnie) kilka. Miałem nawet teorię, że wszyscy uczniowie, są androidami przyobleczonymi w ludzką skórę.

Zakończenie tekstu nie jest na szczęście oczywiste. Może być jednym z wariantów brane pod uwagę w trakcie czytania ale na pewno nie pozostanie jedynym.

Konwencja Sci-Fi wypełniona od A do Z tym co najlepsze w gatunku.

Przyczepiłbym się tylko do niepełnego wykorzystania słynnych (przybranych) nazwisk pozostałych bohaterów. Odniosłem wrażenie, że można ich było jeszcze bardziej nacechować tymi postaciami. Choć jak już, przedmówcy nadmienili połączenie Tesli z Edisonem w ławce jest świetnym “smaczkiem”.

Tylko pogratulować tekstu. Ba, życzyłbym nawet, po minimalnych poprawkach usterek, publikacji na papierze.

 

A co tam, wcisnę 6.

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Nie wiem, czy można było mocno eksploatować przybrane nazwiska. W końcu chłopcy muszą być podobni. Za to ciekawy jest temat, że podczas szkolenia poznali akurat te. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo, ja oczywiście nie miałem tutaj na myśli obracania nazwiskami w kwestii fabularnej (chociaż, możnaby w ten sposób pogłębić profil psychologiczny tytułowego Lothara – bardziej nacechować postaci stojące za pseudonimami tym, co w tych ludziach widział Lothar, a co musiało zostać zawarte w ustępach. Ale to już taka moja fantazja ;)). Raczej chodziło mi o rodzaj zabawy na linii autor-czytelnik (tak jak to wypadło na linii Tesla-Edison; Edison ściągający od Tesli to jest znakomicie puszczone do czytelnika oczko). Tu po prostu było niesamowite pole do popisu.

Co jednak nic tekstowi nie ujmuje. Niedosyt czytelnika też jest swojego rodzaju zwycięstwem autora (przeważnie).

 

EDIT: W sumie, jak się zastanowić, to Nietzsche jest podstawiony również bardzo zgrabnie. Po prostu odrobinę mniej subtelnie, bo wykorzystana została jakby tylko najsłynniejsza tegoż filozofa idea. (w sensie, że nie ma zabawy motywem – jest wyłożony w skali 1:1)

A ja się właśnie obawiam przegięcia w cechowaniu. Ale zgadzam się, że ściągający Edison jest wspaniały. :-)

Babska logika rządzi!

Tak, całkiem możliwe, że łatwo byłoby przegiąć. Teraz też jest bardzo dobrze, a niedosyt może wynikać z nieodkrycia wszystkich smaczków i odniesień. Może brakuje mi kilku kluczy kulturowych :).

Była pokusa, żeby przegiąć, ale się broniłem.

Ja najbardziej jestem zadowolony ze zdania, w którym Picasso jest do kogoś podobny.

Brawo, coboldzie, świetny tekst! Rewelacyjnie skomponowany, rozwija się z każdym akapitem i zasysa, cholernie angażuje intelektualnie i napisany tak, że przez zdania się płynie. Bardzo mi się. :))

Nad opowiadaniem unosi się duch Philipa K. Dicka. Wsiąkłem w wykreowany przez Ciebie świat i bardzo mi się podobała stworzona rzeczywistość. Wszystko grało, nie ma zbędnych dłużyzn, wciąga od pierwszego zdania do zakończenia. Naprawdę kawał dobrego tekstu.

Peany pochwalne zostały już wielokroć napisane, więc mi pozostaje już tylko się pod nimi podpisać :)

Jeśli zaś idzie o nieśmiertelność… To strasznie rozkochany w sobie ten Lothar. Przez tysiąc lat nie stworzył klona kobietopodobnego… Za to stworzył procedurę niezwykłą, bo każdy kolejny klon, z każdego kolejnego pokolenia, jest jakby jego bezpośrednią kopią, nie tylko w sensie klonowania, ale również pamięci, czyli być może tego elementu, który poza genetyką decyduje o naszej unikatowości. To daje rzeczywiście gwarancję budowania i trwania wybranej konfiguracji neuronalnej (tak to sobie roboczo nazwę) najbliższej oryginałowi. Gdyby kolejne klony miały pamięć swoich poprzedników nie byłoby już tak prosto. Zmiany wprowadzone przez Micka mogą sporo namieszać.

Ślady pamięciowe pozostają poza zasięgiem współczesnego klonowania (chyba żeby przyjąć hipotezę pamięci komórkowej, co w s-f byłoby dopuszczalne, choć naciągane, ale i tak część informacji byłaby tracona – co za koszmarne zdanie mi tu wyszło! sic!). Mam teraz w głowie pomysł (pewnie generyczny), że można próbować wykorzystać neurony lustrzane. Tylko na razie brak mi jakiejkolwiek fabuły, a sam opis procedury to za mało na cokolwiek.

BTW, wydaje mi się, że komórki jajowe (zarówno zębate, jak i te bezzębne ;) przestają być do klonowania potrzebne…

Łyżkę dziegciu poproszę…

Finkla, Foloin Stephanus – dziękuję bardzo. Z tą komórką kombinowałem podobnie jak śniąca – ważne od kogo, mniej ważne jak. Ponieważ to pierwsze chciałem subtelnie zasygnalizować, nie było miejsca na technikalia. Szczegóły pozostawiam do wyobrażenia czytelnikom, zwracając jedynie uwagę, że quasi-święta Księga Życia, będąca autobiografią zgorzkniałego, przebudzonego z długotrwałej hibernacji, kurduplowatego człowieka-porażki o wybujałym ego nie powinna być odczytywana literalnie. Jeśli temat będzie Was dręczył to opowiadanie ma przecież otwarte zakończenie i kto wie, czy załoga małych Dżegerów nie powróci kiedyś pod dowództwem uwolnionego Magellana?

Zębata komórka jajowa? – dobrze, że dj nie czytał.

Bellatrix – myślałem o Emmie jako o „matce” (stąd zresztą tak brzmiące imię) ale nie jako o żonie – uwielbiam takie chwile, kiedy opowiadanie odsłania coś, czego tam wcale nie chowałem! „Genesis” nie znałem, ale już przeczytałem recenzje i zamówiłem – moje klimaty, dzięki!

BaruArlab – dzięki za poprawki (już naniesione) i za nominację!

Mały Słowik – wiem dobrze, że choćbym się bardzo starał, takich zdań jak Twoje nie potrafię lepić. Ale przyznaję, że w tym opowiadaniu celowo używałem krótkich, konkretnych komunikatów, pomyślałem sobie, że tak może myśleć dziecko wychowywane przez roboty. O imionach już pisałem. „Wyspy” też nie znałem (ja to jednak nieobyty jestem) ale już sobie wyguglałem. Masz rację: patrzyłem w tamtym kierunku, ale tam stał już mocno na dwóch nogach Sneogg, więc „zawrócieem” ;)

Fleurdelacour – dzięki, szanuj klawiaturę, na pewno Ci się jeszcze przyda!

Regulatorzy – dziękuję za poprawki (też naniesione). O tych twarzach zostawiłem, bo to jednak ludzie, a nie twarze należeli do gatunków.

Blackburn – dzięki, widziałem że dotrzymujesz słowa!

Mytrix – sługa ja nieużyteczny… Dzięki za wspaniałą reklamę, „Koszmar” był tak napisany, że nikt nie zrozumiał o co mi chodziło, ale z „Oddziału dla opętanych” jestem dość zadowolony. Tylko wiesz, co Ty mi zrobiłeś  tą laurką? teraz przez kilka tygodni nie odważę się zasiąść do klawiatury ;)

Werwena – dzięki, bałem się, że takie krótkie, twarde zdania będą się źle czytały, a tu masz!

Belhaj – z Dickiem przesadziłeś, teraz będę się bał samego siebie ;)

No, że Emma to tak – innych kandydatek coś nie widać. Ale skąd? “O, skarbie, wybierasz się gdzieś daleko? Weź na pamiątkę komplet moich komórek jajowych, mogą ci się przydać. Tylko trzymaj w lodówce”? Wiesz, kobiety to nie mężczyźni, nie mamy milionów gamet w każdym strzale. ;-)

Babska logika rządzi!

Jagger twierdzi, że nigdy nie widział żadnej dziewczyny, a w jego klasie naucza Pani… ;)

 

Dołączam do pochwał, kawał dobrego tekstu. Nie zaskoczył mnie, bo mam tendencję do przewidywania happy endów, niemniej nie sprawia to bynajmniej, że mi się nie podobało. Scena, w której zaatakowano Panią i wszystko zaczęło dziać się chaotycznie, wzbudziła wręcz mój niepokój tą swoją innością.

Moim zdaniem piórko instant. Dorzucam swoje pół głosu do głosowania Loży. ;)

Pozdrawiam!

Kurczę, zaczyna mi się podobać pomysł z sequelem ;)

Na poważnie: w takiej formie, jak krótkie opowiadanie, trzeba bardzo uważać, żeby nie przesadzić ze szczegółami. Jako czytelnik zresztą bardzo lubię, kiedy po lekturze zostaje mi coś, co powinienem sam sobie doopowiedzieć. Pod warunkiem, że autor zbuduje mi do tego logiczne podstawy. W tym opowiadaniu chciałem, żeby klony Lothara miały w sobie cząstkę jego największego wroga (w tym wypadku jego siostry -ale jeśli chodzi o DNA mitochondrialne, to wszystko jedno). Jest to możliwe na kilka sposobów, np.:

  1. ….. jednak, nie. Tu potrzebny byłby Fasoletti.
  2. Melodramat. Lecą na Stację razem. Potem się kłócą o powrót na Ziemię. Kłótnia kończy się tragicznie. Martwe ciało Emmy trafia do hibernacji. Problem lodówki rozwiązany.
  3. Coś pomiędzy. On ją zostawia na Ziemi. Ona, jako siostra naukowca, który trzyma w garści zabójczą broń, w odpowiednim momencie trafia do stosownego schronu. Przeżywa, ale jest szpetnie okaleczona i umierająca. Dalej patrz p1.

Można tak dalej, ale ponieważ to niewiele zmienia, ja wolę tajemnice. We wszystkich przypadkach Lothar ma nieczyste sumienie i unika tego tematu w swojej autohagiografii. A że jest dupkiem, wiemy i bez tego.

No dobra, niech Ci będzie. Są jakieś opcje.

Pomysł z sequelem mnie też się podoba. :-)

Babska logika rządzi!

wiem dobrze, że choćbym się bardzo starał, takich zdań jak Twoje nie potrafię lepić.

Jeszcze jeden taki numer i się zadławię na śmierć. Styl jaki tutaj obrałeś, jak najbardziej słusznie i w sposób dopasowany do tekstu jest zwyczajnie odrębnej kategorii. Porównanie: zupa ogórkowa i pomidorowa. I to zupa i to zupa, a inaczej smakują. Każda może być przyrządzona doskonale (i wbrew twoim słowom, moja to jest taka domowej klasy pomidorowa, żadne salony). Nic nie poradzę, że po prostu mam co do zup preferencje, co nie znaczy, że nie doceniam smaku pozostałych.

 

Piórko i tak będzie, nie widzę tutaj innej możliwości (ufam w nieomylność loży ^^!), więc nie lecę do odpowiedniego tematu. Ewentualnie wyniesiem ich na widłach, jak będzie trzeba. Chcę zobaczyć opinię redaktora na temat tego tekstu.

Słowiku, zawsze Autorowi przyjemnie, że ma więcej zgłoszeń niż Iksiński… Nawet jeśli nominacja już zapewniona i nijak nie wpłynie to na wynik głosowania. :-)

Babska logika rządzi!

Nie mogę sklecić żadnego rozsądnego komentarza. Pewnie jestem zwyczajnie zdruzgotana.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Co do piórka nie mam najmniejszej wątpliwości, że należy się i będzie :) A sequel – cóż, choć chciałabym przeczytać, to zazwyczaj takie sequelowe wyjaśnienia bardziej psują niż pomagają.

Lissan Al-Gaib – dzięki za kolejne odwiedziny mojego tekstu. Powiedzieć, że Lothar jest w sobie rozkochany, to tak jakby powiedzieć…, bo ja wiem…, że reg zna podstawy ortografii :-)

Neurony lustrzane, powiadasz… No to dajesz!

 

MrBrightside – zauważ, że Panie, jakkolwiek by na siebie nie kazały mówić, są androidami, a nie gynoidami. Dziękuję za głos.

 

diacetylomorfina.enazet – to przez ten księżyc. Czarno-białe wilki źle go znoszą.

 

Bellatrix – masz rację. Poza tym czas wreszcie napisać coś niedołującego. Jakieś fajne fantasy. O słitaśnych jednorożcach na przykład…

Naprawdę, tak druzgoczą mnie tylko egzystencjaliści, gravel… a teraz ty ;)

 

Wyszedł ci świetny tekst. Filozof może tu tylko uronić łezkę zachwytu i postawić z niej kropkę.

(mam nadzieję, że ten komentarz wystarczy, by dołożyć cegiełkę do nominacji)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Chylę czoła, Coboldzie – rewelacja.

 

Odpowiedni balans między filozofowaniem a akcją, niezwykle wiarygodne postacie, fajne, stylizowane wstawki z życia Lothara, właściwa immersja, narastająca w odpowiednich momentach emocjonalność i wreszcie – ciekawe zakończenie. Tytuł według mojego spaczonego gustu średni, choć dobrze opisuje treść.

Oś fabuły skojarzyła mi nieco z Alien: Przebudzenie, jednak jest to dość odległe podobieństwo…

W tekście występują też pewne problemy z interpunkcją (sprawdź przecinki przed “a” – w trzech miejscach chyba brakuje).

 

Ech, wprawiłeś mnie w kontemplacyjny nastrój, zachęcający do dłuższego analizowania tekstu, jednak trzeba było wyprodukować jakiś dłuższy komentarz, coby nominacja była ważna… ;)

No dobra, to wracam do rozmyślań.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Fajny klimat, przywołujący na myśl Mechaniczną Pomarańczę. Zdania, za którymi czają się wspaniałe, niedopowiedziane spostrzeżenia. Pięknie, niebanalnie wprowadzony motyw świętej księgi.

 

Nic się zmienił.

Nie brakuje “nie”?

Kiedy wpatrywałem się w znajomą twarz, karbowana rura połączona z szyją Magellana lekko zadrżała, klatka piersiowa uniosła, a całe ciało […]

Nie brakuje “się”?

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Sympatyczne opowiadanie. Czyta się szybko i sam pomysł bardzo dobry. Oby więcej takich. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Piszę z telefonu, więc skrótowo: pomysł super, nieodpowiedzenia jak najbardziej pasują, finał też. Smaczki w stylu edison-tesla boskie. Warsztat dobry, choć nie porywa, interpunkcja leży. Jestem na zdecydowane TAK.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Tyle tych pochwał, że ja znowu wyjdę na marudę… sad. Ale cóż za to mogę – każdy ma swój gust, a wymienione w komentarzach książki, do których przyrównano tekst “wyałtowały” mnie już w pierwszych rozdziałach. Wiec to pewnie kwestia po prostu gustu. Ale mam nadzieję, że autor doceni też opinię osoby nieco inaczej patrzącej na te sprawy – w końcu pochwały dodają śmiałości, ale konstruktywna krytyka dodaje zrozumienia. smiley

Jak na moje, to tekst był miejscami mocno przegadany. Były fragmenty, gdzie spokojnie co trzecie zdanie można usunąć bez żadnej straty dla opowiadania – a może nawet z zyskiem. Wielu spraw dość szybko się domyśliłem – choćby tego, że oni są wszyscy klonami tego Lothara, dlatego nie ma dziewczynek itd. Na szczęście pomysł z przybranymi imionami i nazwiskami znacznie ożywił ten motyw. 

W pierwszej połowie tekstu prawie nie było akcji… przebrnąłem z trudem (pomogło mi w tym bardzo solidne, przyjemne wykonanie). Narracja pierwszoosobowa dość infantylna. To niestety zjawisko większości autorów, którzy pod hasło “nastolatek” z automatu podstawiają kogoś z osobowością pięciolatka. Niestety jest bardzo mało twórców, którzy potrafią umiejętnie przedstawić postacie niedorosłe. W tym tekście to się nie udało.

Rzuciło mi się w oczy też kilka niespójności – np. Mick nie może się zdecydować, czy najlepiej być średniakiem, czy prymusem? Raz twierdzi tak, a raz inaczej.

Akcja jednotorowa, bez wielkich zakrętów – gdyby nie dobry styl wykonania, to szybko stałaby się monotonna. W połowie pojawiła się chwila wartka i nawet zabawna z tą głową Pani i biegnącym za nią robotem sprzątającym… Ale potem już po staremu.

Na plus (oprócz stylu i pseudonimów uczniów) – na pewno pomysł (choć szkoda, że taki monolityczny), smaczki w stylu Edison ściąga  od Tesli (choć tak na prawdę od Tesli ściągał współczesny koncern, to byłoby jeszcze fajniejsze), no i zakończenie. Pomimo tego, że się domyślałem dużo wcześniej – to jednak wykonanie końcówki bardzo mi się spodobało.

Ogólna ocena tekstu: satysfakcjonująca, co biorąc pod uwagę, że nie znoszę utworów w stylu “Mechaniczna Pomarańcza” można uznać za dużą pochwałę devil

 

 

Count Primagen– Książę, dziękuję za wszystkie dobre słowa. Co do interpunkcji, zawsze przedstawiałem się jako dysinterpunktyk, ale cały czas zgłębiam święte księgi poświęcone tej tematyce. No i z tym „a” mam problem, bo przecinek jest konieczny, gdy „a” ma znaczenie rozłączne, a (!)  jeśli można je spokojnie zastąpić „i”, to przecinek się nie należy. Mam jakąś taką manierę, że często korzystam z tej drugiej opcji.

 

Lord Vedymin – Lordzie, dziękuję bardzo. Jestem pewien, że to „nie” wcześniej tam było. Czary? Za to „się” pojawiało się i znikało, bo bardzo się boję siękozy ;-)

 

Morgiana89 – Milady, ale że sympatyczne?!

 

Tensza – Królowo, odpowiem też skrótowo: zaszczyt to dla mnie ogromny!

 

Gostomysł – Mistrzu, nawet nie wiesz jak mnie ucieszył Twój komentarz. Od głaskania zaczynała mnie boleć głowa. „Mechanicznej” też nie dałem rady. W ogóle przytaczane tutaj potencjalne inspiracje zaskakują mnie o tyle, że przez ostatni rok czytałem tylko i wyłącznie Pratchetta.

Narrację wybrałem liniową, bo uznałem że kombinowanie z formą to byłoby już przedobrzenie.  Styl prosty, twardy, jak pisałem już wyżej wydał mi się stosowny dla przedstawionego świata. Nie wiem tylko, czy to nie jest po prostu mój naturalny styl i pozostaje mi jedynie dobierać do niego fabuły. Szacunek za wychwycenie niespójności z tym prymusowaniem – nie wiem jak to znalazłeś, ale są to echa pomysłu, który pojawił się na pewnym etapie pisania, ale potem go odrzuciłem. Myślałam, że dokładnie posprzątałem resztki po nim.

W ogóle przytaczane tutaj potencjalne inspiracje zaskakują mnie o tyle, że przez ostatni rok czytałem tylko i wyłącznie Pratchetta.

Hmmm, Pratchett trochę książek natrzaskał, ale i tak chyba dużo do czytania nie miałeś.

Babska logika rządzi!

Zdenerwowałem się tak bardzo, że pozostałe do końca testu pytania rozwiązałem, nie analizując dokładnie ich treści. Nie miało to większego znaczenia. Zwykle celowo robiłem kilka błędów. Wiedziałem, że w grupie przetrwają najlepiej dostosowani, najbliżsi średniej, a nie najwybitniejsi.

a później np. taka sugestia, że kto jest najlepszy z życia Lothara, ten jest do niego najbardziej podobny, co (jak rozumiem) było jednym z ważniejszych celów edukacji

Rano znowu długo patrzyłem w lustro. Nie jestem androidem. Chyba staję się podobny do Lothara. Nie tak bardzo jak Pablo Picasso, który siedzi w pierwszej ławce i ma same dziesiątki z Życia, ale jednak

i jeszcze coś tam było później o tym, jak Mickowi najwięcej satysfakcji przynoszą dobrze napisane testy itd. Jak zmienisz ten pierwszy, podany przeze mnie akapit – to te niezgodności znikną.

Coboldzie, umilił mi późny “wieczór” także wydaje mi się, że można nazwać tekst sympatycznym, mimo że jego treść nie do końca współgra z tym sformułowaniem. ;)

 

Historia ładnie się zamyka i pomysł na Lothara super. Tekst jest bardzo porządnie napisany i nie można się od niego oderwać. Motorem całego opowiadania, które chciałoby się przeczytać jest interesująca koncepcja na Micka Jaggera, chcemy się dowiedzieć, co się dzieje dalej. :D (taka mała edytka :P)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Finkla – policzyłem sobie na półce – 26. Szału nie ma, ale średnią krajową wyrobiłem dla małego miasteczka. Żebym nie wyszedł na neandertala – do tego oczywiście lektura tekstów i komentarzy na Portalu ;-)

 

Gostomysł – no właśnie… Był taki pomysł, żeby kluczem do awansu do finałowej trójki, były najlepsze wyniki z Życia, przy dość dobrych (czytaj: takich jakie osiągał sam Lothar) ocenach z pozostałych przedmiotów. Odpuściłem ten wątek, a on się jednak przebił.

 

Morgiana – cała przyjemność po mojej stronie!

Chyba dla bardzo małego miasteczka… Ile ta średnia krajowa wynosi? Pół książki rocznie? ;-)

Babska logika rządzi!

Przyszłam tutaj zwabiona nominacjami i dokładam swoją.

Bardzo, bardzo mi się podobało. Elegancki język, historia płynie jak prawdziwa, sam pomysł interesujący (też mi się skojarzył z Dickiem) i ogólnie opowiadanie na medal. Tym bardziej na medal, że historia jest bardzo daleko od moich zainteresowań i zwykle takich rzeczy nie tykam nawet kijem ;)

Znajoma twarz w lustrze uśmiechała się do mnie jakby nieco smutnej niż dotychczas.

Ja wiem [+,] co się stało

przewrócony na plecy karaluch

czy Lothar przywiózł ze sobą karaluchy? ;)

 

Najmocniejszą stroną opowiadania jest moim zdaniem pomysł z nazwiskami, przyjemnie się na nim płynie, rebusy są oczywiste i czytelnik ma wrażenie, że o! dostrzegł smaczek i wcale się przy tym nie zmęczył. Idealnie wyważone.

Fabuły miałem szczęście lub nieszczęście domyślić się od początku, więc czytanie dalej niczym mnie nie zaskakiwało, bardzo wpasowujący się w mój gust styl nie pozwolił się jednak oderwać. Według mnie świetny stosunek przegadania do akcji. Pomysł może nie nowy i świeży (tylko skąd takie brać?), sprytne jest jednak jego przedstawienie, co wyróżnia Twoje opowiadanie na tle innych. [SPOILER!] Koncept klonowania samego siebie przez geniusza się powtarza, mam taki szkic, odkąd pewien słuchacz Radia M. przekonywał mnie, że Ukraińcy kopiują naukowców, by przejąć władzę nad światem (samograj, prawda? ;) ). Teraz się zastanawiam, czy kiedy to opublikuję, nie będzie się mówiło, że zerżnąłem od Ciebie ;) Choć Twój geniusz taki uroczo samozwańczy (piękne). Pewnie do niektórych elementów fabuły można by się przyczepić (np. czy chłopcy naprawdę aż tak by się różnili podejściem do spraw, co dzieje się z chłopcami sprzed kilkuset lat, gromadzi ich czy zjada, dlaczego któryś z nich nie wpadł w końcu w depresję i z wszystkim nie skończył, tysiąc lat to szmat czasu na jakąś wtopę itp.), ale nie chce mi się tego robić.

Brawo. 5.5. Bardzo dobrze napisany tekst.

kam_mod – dzięki za odwiedziny, komentarz i nominację.

P.S. Piszesz sama-wiesz-co? Bo chętnie bym przeczytał.

 

varg – bardzo się cieszę z Twoich odwiedzin, bo mam dla Ciebie bardzo specjalne podziękowania. Nie tak dawno napisałeś mi w komentarzu: Pisz tak, jak lubisz. Jak widzisz po przedmowie, słucham również krytycznych uwag. Ale ta Twoja rada pozostaje dla mnie najważniejsza.  

Z karaluchem dałeś mi do myślenia. Pomysł był taki, że tajemnicze Czarne Światło  zabija lub co najmniej ubezpładnia jedynie ludzi. Prawdopodobnie zbyt słabo to zasygnalizowałem. Jest wprawdzie: “powrócił Lothar na Ziemię, gdzie nie było już żadnych żywych ludzi” – ludzi, a nie życia w ogóle, ale chwilę później:

“Stanął na pustyni i zwrócił się do wiatru i słońca” - pustynia, użyta raczej dla podkreślenia samotności i obcowania z Absolutem, może sugerować całkowity brak życia na Ziemi. Dla obrony mam jeszcze obecność kaktusa w laboratorium (ale jego Lothar mógł przywieźć ze Stacji) i zupę pomidorową (choć diabli wiedzą, co naprawdę androidy serwowały chłopcom pod tą nazwą). Masz rację, bez wyjaśnienia natury Czarnego Światła, karaluch zgrzyta formalnie.

P.S. Piszesz sama-wiesz-co? Bo chętnie bym przeczytał.

Skończyłam to pisać chwilę przed tym, jak zaczęliśmy rozmawiać ;) Teraz czekam na trochę wolnego, żeby wprowadzić zmiany zgodnie z tym, co mi podpowiedziałeś. Przydałoby się też trochę więcej skilla do tej historii… Dam znać ;)

Cóż Ci rzec? Że nie jestem entuzjastą Sci-Fi? Po co, skoro to nie ma w tej chwili znaczenia?

Dobra, spróbujmy tak: jeśli o mnie chodzi, bydzie piór. Mało? Więc uzupełnię: historia trochę kojarzyła mi się z filmem “Wyspa-czy-jakoś-tak”, ale – na szczęście – potem zbieżności stały się rozbieżne. Nie uchroniło Cię, a właściwie, to nas, to jednak przed wrażeniem pewnej nieoryginalności. Jest to jednak wrażenie niejasne i nie chcące się dać podeprzeć niczym poza “gdzieś, kiedyś, coś” (mędrcy łacińscy zdefiniowali to ładniej, przysłowiem o jakichś solach ;). Czy to jednak przeszkadzało? Trochę tak. Ale wspomniane już sole trzeźwiły mnie na tyle, by nie robić Ci problemów w tej materii. Nihil novi sub sole, a – parafrazując inne fajne przysłowie – wyżej słonka nie podskoczysz, wiadomo. Zostawmy to więc i oceńmy kunszt autora, klimat i siłę opowiadania: elegancko, dobrze, zacnie. W skrócie: kawał porządnego tekstu. Tylko finał już taki trochę… Chyba wolałbym, gdyby cykl nie został zmieniony. Miałby wtedy większą siłę uderzenia.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Pozdrowienia Cieniowi,

słowo “zacnie” w tym miejscu, w takim dla mnie czasie i do tego z ust tak niewylewnych, to… to jest dopiero SF!

Jeżeli dobrze rozpoznaję w Tobie miłośnika mrocznego determinizmu, to dodam jeszcze tylko: cykl został zmieniony, ale przetrwał. A co go nie zabiło, to go wzmocni. Poznaliśmy tylko dwa jego ogniwa. Reszta jest legendą. Tekst dopuszcza (a zdrowy rozsądek nakazuje) możliwość występowania modyfikacji już wcześniej.

@cobold – jeszcze tylko jakąś fabułę trzasnę i spoko, bo na razie mam starca w wysokiej wieży, rozmyślającego nad końcem świata itede itepe. I nie jest to Gandalf czy inny Dumbledore ;)

Czytając cały czas miałam nieodparte skojarzenie z “Genezis” Becketta – zapewne przez studiowanie życiorysu bohatera.

Natomiast – mimo że pomysł kwalifikuję jako ciekawy – całość mnie nie porwała. Owszem, czytało się dobrze, ale nie zostałam zaskoczona fabułą, zresztą też jakoś w ogóle nie przemówiła do mnie sama idea powielania się raz za razem. Przez tekst przeszłam szybko i bezboleśnie, kliknęłabym Bibliotekę, bo opowiadanie sprawne i spójne, raz czy dwa się zadumałam, ale to wszystko.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo przyjemny tekst. Dzięki!

Osz ty… Jakie to dobre! Chłopie, kiedy przeczytam cię na papierze?!

Ale nie będę się rozwodził, żebyś nie wpadł w samozachwyt :D Jakiś czas temu przejrzałem 3 pierwsze akapity i pomyślałem: nic takiego nadzwyczajnego, czemu wszyscy nominują. A dzisiaj, zgodnie z obietnicą, skoro mam czas, to zajrzałem. I przy czwartym akapicie, gdy pojawił się Magellan, kupiłeś mnie całkowicie. Takie powinny być opowiadania sci-fi. Powiedziałbym nawet, że to najlepsze opowiadanie z tego gatunku jakie czytałem w tym roku, ale nie czytałem żadnego innego, więc to żaden komplement ;) No dobra, muszę przyznać, że to opowiadanko niczym nie odstaje od takich spod pióra znanych, drukowanych autorów. A propos piór, to brązowe masz w kieszeni, a jeśli nie dostaniesz srebrnego, to pan Cetnarowski nie zna się na rzeczy. Z tych opowiadań z papierowej NF, które czytałem, chyba żadne nie było lepsze.

Kur… miało być bez rozwodzenia. Ale wpadaj sobie w ten samozachwyt… Zakład, że kolejnego tekstu nie napiszesz tak dobrego? :D

Uwaga, spoilery w komentarzu.

 

Dobre wykonanie, na poziomie języka, zdecydowanie pomaga w lekturze – przy takim powolnym tempie łatwo zarżnąć tekst przegadaniem, moim zdaniem tobie udało się dojść do końca nie mordując opowiadania.

Najsilniejszą stroną są chyba żarciki z nazwiskami sławnych postaci (Edison od Tesli, Magellan stawiający dziwaczne tezy i pytania, za mądry Einstein, Nitzsche kwestionujący panujący paradygmat…). Fabuła jednotorowa, czytelnik szybko odkrywa co się dzieje i dokąd to zmierza. Finał może nie zaskakujący, ale skłania do refleksji (czy ktoś był przed Lotharem? Jak miał na imię? Dlaczego bohater wybrał Micka?). Kilka niedomkniętych scen nieco drażni – po co ciała innych chłopców są utrzymywane w zbiornikach? Mocno niedopowiedziana sugestia odnośnie Emmy (na ile starczy jej komórek, skąd się wzięły na stacji kosmicznej…).  Jaki ma cel klonowanie siebie samego w wieczność – poza absurdalnym nieco trwaniem za wszelką cenę?

Tekst dobrze skonstruowany, z ciekawym, choć nienowym pomysłem, niespieszny – niezła lektura dla fanów sci-fi, naprawdę! ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję kolejnym czytającym za wszystkie szczere słowa!

Sędziowie się gromadzą, znaczy: Dzień Sądu już blisko…

Dzień Sądu to będą mieli, jak jakimś cudem nie dostaniesz tego piórka. 

Funthesystem – pakuj szczoteczkę i piżamkę.

Jadą po ciebie smutni panowie z amputowanym poczuciem humoru. 

 

 

 

 

;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I kto tu nie ma poczucia humoru? ;-) <sama pokazuje, że owszem, ma>

Czyżby Psycho sam się wysłał z ważką misją?

Babska logika rządzi!

chyba na Godota… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niektóre kwestie fabularne rzeczywiście są albo zasugerowane, albo dające się przewidzieć, ale podoba mi się, że mimo to udało ci się wykreować poczucie tajemniczości. Taką zagadkę majaczącą zawsze gdzieś na granicy pola widzenia. Podoba mi się też to, że u swych podstaw wszystko w tym tekście ma swoje logiczne uzasadnienie i sens. Brak dziur logicznych jest miłą odmianą w stosunku do tego, co czasami czytuję.

Jestem pod wrażeniem.

Nie ma co się rozwodzić, bo już wszystko zostało napisane. To jest świetne opowiadanie. Inteligentne, lekkie (w tym jak najlepszym tego słowa znaczeniu), logiczne. Gratuluję.

Dziękuję kolejnym czytelnikom!

Vyzart – jeszcze 3 miesiące temu pisałem wyłącznie teksty naukowe. Jednak taka szkoła się przydaje, uczy dyscypliny formalnej i dbałości o logikę ;-)

Jeżeli twoje teksty naukowe czyta się równie dobrze, chyba poproszę o korepetycje ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Drogie Siostry i drodzy Bracia w Fantastyce,

Wobec tak ciepłego odbioru opowiadania, zastanawiam się czy nie warto byłoby je gdzieś jeszcze opublikować. Większość e-zinów, ze zrozumiałych powodów, nie jest zainteresowana tekstami już dostępnymi w sieci. Widziałem jednak, że kilka opowiadań z forum ukazało się później w Herbasencji. Macie może jakieś inne pomysły? Fajnie byłoby znaleźć coś z ISSN ;-)

A srebrne piórko nie oznacza, że pracujesz z redaktorem nad tym tekstem? Czy masz do NF napisać coś zupełnie nowego? 

Opowiadanie na pewno zasługuje na większą uwagę niż te 20-30 osób z portalu. A z drugiej strony – popracuj nad czymś nowym. “Życie” to nie tylko pomysł, ale też wykonanie ;) 

Jedyne, co ja Ci mogę doradzić, Coboldzie, to Smokopolitan. Tylko nie z tym tekstem, a jakimś nowym, który po kilku miesiącach od publikacji w piśmie mógłbyś bez problemu wrzucić też tu i, zapewne, zgarnąć jakieś piórko ;)

Taką drogę przeszły Koziorożec i Smok Tenszy oraz Lo Faresti Per Me Diriada. Baardzo polecam, swoją drogą ;)

 

Co do Życia… Zrobisz oczywiście jak będziesz chciał, ale zastanawiam się, czy ktoś, kto by je wydał, nie chciałby zarazem żebyś usunął tekst z portalu… Srebro przy nicku by zostało, ale nowi czytelnicy nie mogliby już zapoznać się z tym tekstem ;(

Pytanie jeszcze, ile osób czyta e-ziny? Szczerze mówiąc, chętnie poznałbym odpowiedź…

 

W każdym razie, ja bym taki tekst wydał ponownie dopiero we własnej antologii, gdy już wyrobię sobie markę :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

“Silmaris” też ma ISSN. I też nie bierze tekstów już opublikowanych.

A srebro oznacza pracę nad innym tekstem.

Babska logika rządzi!

Wiecie, jestem tu dopiero od 3 miesięcy i takie rzeczy jak “Koziorożec i Smok” czy “Cesarzowa Tilisza” to dla mnie teksty-legendy…

To, obok zwykłej lojalności, jeden z powodów dla których nie przyszłoby mi do głowy usuwać stąd “Lothara”. Myślałem raczej o poszerzeniu zasięgu oddziaływania…

 

EDIT: z tym czytaniem e-zinów chyba nie jest tak źle, zwłaszcza odkąd wyginęło wszystko drukowane poza NF. Na Silmarisa czaiłem się przy okazji ostatniego konkursu, ale nie zdążę.

To, obok zwykłej lojalności, jeden z powodów dla których nie przyszłoby mi do głowy usuwać stąd “Lothara”.

Bardzo mnie to cieszy, Coboldzie, gdyż do Życia Lothara Greinholtza bardzo chętnie w przyszłości powrócę :)

A Koziorożca i Smoka koniecznie przeczytaj. Polecam Ci również Dwie głowy wężaDzieci Posejdona, które to osobiście uważam za jeszcze bardziej udane ;D

Ogólnie, Tensza to jak dla mnie druga najlepsza autorka na portalu <3

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Count, uważaj!

Jak pozostałe sojuszniczki się dowiedzą, co tu napisałeś, to podzielisz los Parysa!

Dlatego, asekuracyjnie, napisałem, że druga ;)

Zresztą, umiejętności pisarskie to zaledwie jedna z wielu, niezliczonych jak gwiazdy na niebie, zalet za które je cenię :)

Dobra, kończę, bo niepotrzebnie odrywam Cię od tworzenia kolejnego świetnego tekstu. A oczekiwania rosną! ;P

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Count, Ty to potrafisz bajerować!

 

(I nie bij, ale zamierzam podkraść “sojuszniczkę” do opowiadania ;)

Ale srebrne pióro nie gwarantuje publikacji, wszystko zaležy od tego czy tekst będzie dobry (nie?), chociaż o cobolda się nie martwię :)

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Przeczytałam z przyjemnością. Ciekawe, wciągające, bardzo mi się podobało. :)

Dzięki Anet! Obserwując Twój dzisiejszy rajd, też zostawiłem komentarz pod Twoim opowiadaniem;-)

Dzięki, idę zobaczyć.

Udało mi się tu w końcu dotrzeć :) Bardzo dobry tekst – wieloznaczny i zaskakujący. Pseudonimy klonów są fajne – dzięki nim niektóre zdania są naprawdę błyskotliwe. Trochę za łatwo wybrnąłeś z problemu “skąd on wziął komórkę jajową” – chociaż ja się skoncentrowałam na innych elementach i aż tak mi to nie przeszkadzało. W ciekawy sposób rozegrałeś wątki indywidualności, buntu i dojrzewania. Szczególnie ironiczne zakończenie – “wygrana” bohatera i jest ostatnie słowa – świetnie komponuje się z resztą opowiadania.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki Mirabell!

Fajnie, całkiem niechcący wyszedł mi bildungsroman ;)

 

Nie do końca to miałam na myśli, ale w sumie… :D

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Hej:) Ktoś ostatnio polecił mi ten tekst. Szukam czegoś co mną wstrząśnie i na długo zagości w pamięci. Było dobrze, na prawdę dobrze, ale to jeszcze nie to ;)

 

Wracając do Twojego opowiadania. Tekst w pełni zasługuje na publikację. To bez dwóch zdań. Co prawda pewne rzeczy były sygnalizowane i można było do pewnych wniosków dojść samemu (w moim mniemaniu odrobinę za szybko), nie mniej jednak przyjemność z wyłowienia zamiarów autora niekwestionowana :)

Dla mnie najmocniejsza pozostaje końcówka. Chciałoby się ją rozbijać na atomy i odnosić do całego tekstu. Ślad ewolucji (rzecz jasna w obrębie jednostki) w miejscu, gdzie ewolucja nie istnieje (ograniczeni kodem genetycznym Lothara). A jednocześnie jej zaprzeczenie – Jagger chce dalej tworzyć Micków, nawet jeżeli eliminacja błędów będzie niewykonalna i w padnie w pułapkę w jaką wpadł Lothar.

Rezygnacja z powtarzania starych błędów, na rzecz powtarzania nowych…

 

Bardzo ciekawy jestem, co tak naprawdę chciałeś przekazać tym opowiadaniem, bo to co tam sobie każdy z nas wyjaśnił po swojemu, to nie ma takiej wartości co przesłanie autora sensu stricte. Tylko mi nie mów, że takiego przesłania nie zawarłeś, że to coś w stylu: “ a co tam sobie zrozumieją to dobre” ;)

Co? Kilka zdań konkretnego oświecenia dla ciekawskiego czytelnika ?

Pozdrawiam:)

Dzięki Blacktomie, Poszukiwaczu Mocnych Wrażeń!

Cieszę się, że moje opowiadanie chociaż częściowo wyszło naprzeciw Twoim oczekiwaniom. Cieszę się też, że ktoś je polecił (ciekawe kto?).

Zgadzam się z Tobą, że autor nie może twierdzić, że interpretacja tekstu jest całkowicie dowolna – takie podejście jest, wbrew pozorom, wyrazem lekceważenia czytelnika. Z drugiej strony, cechą dobrego opowiadania jest to, że czytelnik odnajduje w nim nowe poziomy, ukrywające się tam, nawet przed autorem. Taka magia.

Pomysł na to opowiadanie dotyczył przede wszystkim dekonstrukcji mitu nieśmiertelności. Temat pojawił się przy poprzednim tekście (Oddział dla opętanych – bezczelnie polecam, bo uważam, że jest mocny) ale czułem, że nie wyraziłem tam tego, co mi chodziło po głowie w sposób wystarczająco jasny. Tym razem chciałem pokazać nienaturalność marzenia o nieśmiertelności właśnie poprzez procedurę klonowania/restrykcyjnego wychowania w wykonaniu dość przypadkowego, wcale niewybitnego, bohatera. Cała reszta ledwie zasygnalizowanych problemów (dojrzewanie bohatera, rozważania o istocie indywidualności, różnicach między androidami a ludźmi) pojawiały się już w trakcie pisania i jeżeli mi pasowały do fabuły, to je do tekstu włączałem, pilnując, żeby nie zdominowały głównego wątku.

Lubię, kiedy opowiadanie jest rodzajem układanki, puzzli dla czytelnika, cała trudność w pisaniu takiego tekstu polega na optymalnym wyważeniu zagadek i podpowiedzi. Zwykle mam tendencje do skąpienia tych drugich i czytelnicy twierdzą, że zrozumieli mój pomysł dopiero przy drugim czytaniu. Tym razem chyba wyszło w sam raz.

P.S. Nad tekstem, który porywa, poniewiera i zostaje w głowie wciąż pracuję ;)

Dzięki za konkretną odpowiedź :)

Jak będzie już gotowy to publikuj, z chęcią dam się zszokować ;)

 

Pozdrawiam :)

 

Ps. “Oddział dla opętanych”, tak? Przyjrzę się sprawie…

Wszyscy się zachwycają, a ja co do tego tekstu mam mieszane uczucia. Przyznaję, nie trafiłeś w mój gust, więc to nie z opowiadaniem jest coś nie tak. Ot tak, nie ten klimat. 

Jeśli już gdzieś osobniki mają przypisane numery zamiast imion, to dla mnie to minus. Wybrnąłeś nadając bohaterom “Te” imiona;p

Samo opowiadanie, jeśli mówimy tu o konstrukcji jest dobre. Czytało się płynnie. Nie odczułem czegoś takiego, że czegoś gdzieś jest za dużo lub przydługie. Przyznam, że jakoś niespecjalnie wcześnie domyśliłem się zakończenia. Inni tu obecni byli bardziej domyślni:)

W moim odczuciu, największą zaletą tego tekstu była Twoja wizja nieśmiertelności. Bohater zapewnił sobie nieśmiertelność, jego ciało umiera cyklicznie od tysiąca lat. Mimo to, żyje i to ciągle jest on (a raczej mniej lub bardziej wierna kopia), ale to wciąż on. Ciało umiera, a on znów ma nowe ciało i ciągle żyje. Ciekawy pomysł.

Tak jak mówiłem. Czytając to opowiadanie nie poczułem “tego czegoś”. Przeczytałem. Nie moja tematyka. 

Pozdrawiam

 

Choć opowiadanie od pewnego momentu było dla mnie przewidywalne, to jednak suma szczegółów wpłynęła na pozytywny odbiór. Imiona i nazwiska od sławnych ludzi, motyw z dostosowywaniem się, cały ogólny koncept – bardzo fajnie mi się czytało i na koniec czułem się usatysfakcjonowany ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dobre opko. Fajny motyw, głębsze rozmyślania nad naturą człowieka – co daje wyróżnianie się, a co wtapianie w tłum. Końcówka trochę chaotyczna i nie do końca zrozumiała, ale każdy interpretuje, jak mu pasuje :) W pełni zasłużone piórko… chociaż nie powiedziałbym, że aż srebrne. No, ale nie ja o tym decyduję, więc pozostaje mi tylko pogratulować.

Pozdrawiam :)

Precz z sygnaturkami.

Shagga – “Jeśli już gdzieś osobniki mają przypisane numery zamiast imion, to dla mnie to minus” - masz zupełnie tak jak bohaterowie, to tylko dowód na to, że nie jesteś androidem ;) Nie zapominaj o zupie pomidorowej! Dzięki za przeczytanie i komentarz, tym bardziej, jeśli to nie Twoje klimaty.

NoWhereMan – satysfakcja mojego Czytelnika jest moją satysfakcją. Dzięki! “Od pewnego momentu było dla mnie przewidywalne” – no cóż, widziałem, że jako jeden z nielicznych rozkminiłeś “Drugie Królestwo”. Zapraszam do pozostałych opowiadań, też ponoć nie są łatwe.

Niebieski kosmito – dzięki za lekturę i komentarz. Które fragmenty są Twoim zdaniem chaotyczne i nie do końca zrozumiałe? Kolor piórka to kwestia decyzji _mc_, również nie odważyłbym się jej kwestionować ;)

 

Ciekawa rzecz Panowie – trzy kolejne opinie i mamy: “niespecjalnie wcześnie domyśliłem się zakończenia”, “było dla mnie przewidywalne”, “nie do końca zrozumiałe”. Jak tu pisać?

 

 

 

Jak tu pisać?

Dobrze pisać ;)

Pisanie to ciężki kawałek chleba, oj tak…

Zwróć uwagę na różnicę pomiędzy “nie do końca zrozumiałe” a “niezrozumiałe”. Chodziło mi o przejście pomiędzy przedostatnią a ostatnią sceną, ale tak, jak napisałem – niejednoznaczność to niekoniecznie coś złego :)

Precz z sygnaturkami.

“Pisanie to ciężki kawałek chleba, oj tak…” – ja bym to raczej przyrównał do alkoholu, ze wszelkimi konsekwencjami…

Przejścia między przedostatnią a ostatnią sceną będę bronił zdecydowanie – moim zdaniem, to tu się kryje większość mocy trunku ;)

Przeczytałem Twój tekst za trzecim podejściem. Za pierwszym razem uciekłem, gdy tylko zobaczyłem wyraz “androidy”. Za drugim razem zajrzałem tutaj, gdy przeglądałem piórkowe teksty. Kiedy przypomniałem sobie o czym jest (”łee, to ten o androidach”) znów odpuściłem.

Teraz – po nominacji – uznałem, że muszę w końcu dać mu szansę. Jak pewnie się już domyśliłeś s-f to nie moje klimaty, więc nie wiem na ile pomysłowy jest pomysł, ale moim zdaniem to jeden z najlepszych tekstów na portalu. Nie powiem, że najlepszy, bo jeszcze zostało mi kilka nominowanych opowiadań do przeczytania. ;) Jednak będę zaskoczony, jeśli nie znajdziesz się wśród pierwszej trójki.

 

Zawsze staram się podać w komentarzu jakieś minusy – nawet na siłę – bo uważam, że takie uwagi są dla autorów najprzydatniejsze, jednak tym razem nie mam żadnego pomysłu co mógłbym Ci napisać. Jest kilka niedopowiedzianych kwestii, jak zauważyli przedmówcy, racja. Ale czy tekst musi wyjaśniać wszystkie pytania i wątpliwości?

Pozostawię to bez odpowiedzi. ;)

Pozdrawiam!

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Dzięki Elanar!

Reasumując miałeś z moim opowiadaniem podobnie, jak ja z Twoim ;) I podobne wnioski końcowe.

To tylko kolejny dowód na to, że nie należy oceniać but… znaczy, książki po naklejce… wrrróć! po tej… no, okładce!

Fabularnie – świetnie. Podoba mi się, jak odpowiadania mają wysoki współczynnik fabuły do ilości znaków i tu też tak było. Bardzo satysfakcjonujące i przemyślane rozwiązanie i później zakończenie. Językowo również nie ma się do czego przyczepić. 

Rewelka, srebro jak najbardziej zasłużone. Czytało się świetnie, intrygująco, aż byłem ciekaw, czy zakończenie utrzyma poziom. I na szczęście tak się stało. Do tego tekst jest zdecydowanie niegługi, poruszający tematy megalomanii i obsesji na punkcie nieśmiertelności. A przy tym udało się uniknąć jakiegoś patosu i banału. Gratuluję świetnego tekstu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zygfrydzie i Dziadku – dziękuję bardzo!

Wyrazy uznania z Waszej strony są dla mnie prawdziwym zaszczytem.

Bardzo mi się podobało. Inteligentne, z pomysłem, dobrze napisane… Nie ma co więcej pisać. Niby spodziewałem się trochę mocniejszego tupnięcia w zakończeniu – ale to wrażenie, które miałem parę dni temu przy czytaniu, a teraz już nie wiem, jakie mogłoby być lepsze. Więc to chyba kwestia przełknięcia, że rozwiązanie fabularne nie jest dokładnie takie, jakiego się spodziewałem.

 

Z chęcią przeczytałbym tekst ponownie, a rzadko mi się to zdarza.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Bardzo podoba mi się chłód tego tekstu. Tym bardziej, że w trakcie lektury cały czas siedział mi w głowie “Mikołajek”. Trochę też czuć tu klimat “Buszującego w zbożu”, czy “Stowarzyszenia umarłych poetów” (gdzieś głęboko), w zasadzie ta warstwa tekstu trafiła do mnie najbardziej. Niemniej w ogóle, jak zaczynasz, nie bierzesz jeńców i przeciągasz czytelnika przez całą historię ze szczęką przy glebie. To się po prostu bardzo dobrze czyta.

Dzięki, Michale! Fajnie, że doceniłeś chłód – pasował mi do tej historii.

Skojarzenie z “Mikołajkiem” ciekawe. Z “Buszującym” jeszcze ciekawsze, tym bardziej, że zawsze rozumiałem tę książkę jako studium egoizmu, a nie apoteozę wolności. Ze “Stowarzyszeniem” nie bardzo łapię analogię, ale nie czytałem, a film widziałem tylko raz, dawno temu.

 

P.S. I tak wspólnymi siłami dobiliśmy do mojego pierwszego setnego komentarza!

Gratki. Tak trzymaj. :-) To wcale nie takie trudne, jak się wydaje.

Babska logika rządzi!

studium egoizmu, a nie apoteozę wolności.

Jak to? Przecież cała książka jest o poszukiwaniu wolności. Trzeba tylko spojrzeć głębiej niż “rozpieszczony nastolatek narzeka na świat”. Akurat to przykuło moją uwagę, bo Buszujący to chyba moja ulubiona książka, choć uważam, że trzeba ją czytać z kluczem.

Ze “Stowarzyszeniem” nie bardzo łapię analogię, ale nie czytałem, a film widziałem tylko raz, dawno temu.

Książka jest oparta na filmie i można ją sobie odpuścić, bo nie wnosi ani jednego nowego zdania.

Kam_mod – Jeśli chodzi o “Buszującego”, wiele chyba zależy od tego, kiedy się go czytało. Ja byłem wtedy bardzo skupiony na sobie i potraktowałem tekst jako ostrzeżenie.

Te moje skojarzenia biorą się chyba stąd, że jestem mocno wyczulony na motyw “klasy” i buntu wieku szkolnego (przełamanie schematu uczeń-mistrz, tu tak cholernie mocny, dekapitacja! – a zaraz potem mechaniczne posprzątanie sytuacji i nowa, ale inna pani – to mocno gombrowiczowskie). A “Mikołajek”? Cholera, może to przez ksywki bohaterów, a może dlatego, że właśnie “Mikołajek” oddaje istotę tych szkolnych sytuacji kumplowskich? A może to przez te teksty funthesystema?

W każdym razie “Buszujący…” mi się nie podobał. Ale jest o tym. O wątpliwościach, o poszukiwaniu, o dojrzewaniu. Bo przecież i bohaterowie “Życia…” dojrzewają. Może do czegoś innego. A może właśnie do tego samego co my?

I to walor dobrego tekstu. Stawia pytania.

Nowa Fantastyka