- Opowiadanie: TheDarkCheedar - Ostatni lot Miliana Casha

Ostatni lot Miliana Casha

Na wstępie chciałbym podziękować użytkowniczce Finkla, bez jej pomocy nie zdołałbym wychwycić wielu błędów. Wielkie dzięki Finkla!

Mój utwór to opowiadanie w konwencji fantastyczno – naukowej, z lekkim wątkiem detektywistycznym.

Zapraszam do komentowania!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ostatni lot Miliana Casha

– Na linii jest Diana, czy mam ją połączyć? – wycharczał głośnik, burząc tok moich myśli.

– Daj ją na ogólny – odpowiedziałem.

Interkom ucichł na chwilę, a następnie słychać było jakiś trzaski, sekretarka przełączyła linię.

– Mamy świeżą sprawę, powinieneś się jej przyjrzeć.

– Znowu dzieciaki wsypują śmieci do systemów wentylacyjnych? – Ironizowanie pozwala przetrwać przydługie dyżury.

– Bądź poważny, to coś grubszego.

Niespodziewana informacja wzbudziła moje zainteresowanie. Od dłuższego czasu odczuwałem znużenie pracą. Brak zajęć dobitnie uprzykrzał wszystkie dni robocze. Jedynie na nocnych dyżurach, czułem, że mogę być kimś ważnym. Szczególnie kiedy zgarnialiśmy śpiących na ulicach pijaków.

– Przejdź do konkretów.

– Mamy spory wypadek na obrzeżach aglomeracji. Szybolot rozbity w drobny mak na słupie tranzytowym. Pilotem był Milian Cash.

Ostatnie zdanie wywołało u mnie zdziwienie. Spodziewałbym się każdego, ale nie Miliana.

– Będę za chwilę. Postaw znacznik na mapie.

– Zrozumiano. Bez odbioru.

Wybiegłem z biura, szybko wskoczyłem na ślizgacz i wystrzeliłem w stronę wypadku. Mijałem, dobrze mi znane, budynki kolonii. Na pleksiglasowej szybce pojazdu wiatr świszczał niezwykle głośno. Ścisnąłem manetkę gazu mocniej, wtryski zajęczały, silnik zwiększył obroty, uruchomiła się kompresja. Nagły skok prędkości wzbił tuman kurzu na opustoszałych ulicach. Ledwo zdołałem wyhamować na końcu drogi. Wtedy też zobaczyłem, jak wielkie zniszczenia zostały dokonane. Zsiadając z maszyny, zwróciłem się wprost do Diany.

– Nie wygląda to dobrze.

W rzeczy samej, nie wyglądało. Porozsypywane wszędzie kawałki blachy i tworzywa pozwalały uzmysłowić sobie rozmiar wypadku.

– Sam widzisz, musiał pędzić cholernie szybko.

– Co z Milianem?

– Zgon na miejscu.

– Istnieje możliwość ingerencji osób trzecich?

– Nic na razie nie wiemy. Technicy wciąż badają wrak, choć przy tych zniszczeniach będzie trudno o stwierdzenie czegokolwiek.

– Wątpię, że sam go roztrzaskał.

– Już kogoś podejrzewasz, detektywie?

– Dobra, dobra… To trochę dziwne. Najlepszy pilot w całej kolonii ginie w takim wypadku, na jedynym słupie w promieniu dwustu metrów.

– Może zagapił się? Przy dużych prędkościach to bardzo możliwe…

– Nie on. W każdym innym przypadku uwierzyłbym, lecz nie tutaj.

– Więc co zamierzasz, Sherlocku?

– Muszę sprawdzić, skąd i dokąd leciał, w jakim celu. Sama wiesz… A ty? Czym się zajmiesz?

– Zostanę tutaj z technikami, potem zobaczę.

Bezzwłocznie połączyłem się z siecią służbową w komputerze pokładowym ślizgacza. W rejestrach nie było wzmianki o planowanym przelocie. Szukałem jeszcze w wykazie globalnego systemu namierzania. Znalazłem kilka znaczników, w tych miejscach ostatni raz łączył się z satelitą. Czas w drogę. Popchnąłem pedał, motor zapalił. Poszybowałem do najbliższego celu.

Stacja przesyłowa znajdowała się na wzgórzu, około pięć minut drogi od słupa. Niski, choć szeroki, żelbetowy budynek wykazywał objawy wyeksploatowania. Podszedłem pod alejkę serwisową. Brama była uchylona, ktoś chyba zapomniał ją zamknąć. W środku panował okropny syf. Narzędzia, porozrzucane po podłodze, zalane zostały zużytym olejem. W rogu stała pusta beczka po paliwie rakietowym. Nawet nie wyłączono cewki Tesli. Łuk elektryczny złowieszczo przeskakiwał wzdłuż powierzchni cieczy, czyhając na nieroztropną ofiarę. Odciąłem zasilanie. Czyżby Milian dokonywał naprawy w pośpiechu? Na stole warsztatowym znalazłem używane rezystory hamulcowe. Nie wyglądały na zniszczone. Bez nich pilot nie ma możliwości sprawnego zatrzymania statku. Sam je wyciął?

Oznaczyłem punkt w rejestrze. Technicy zaraz tu przybędą, dokładnie zbadają sprawę. Ja natomiast wyruszam do drugiego celu.

Przykopalniane magazyny stanowiły istotny punkt całej kolonii. Składowano tutaj najważniejszy sprzęt potrzebny do prowadzenia wydobycia. Poza tym, w razie potrzeby, pracownicy mogli wybrać z oferty najprostsze części mechaniczne. Konstrukcja zbudowana z zanitowanych blachą dwuteowników robiła wrażenie. Wśród pustynnych pejzaży wybijała się, górowała niczym skalny ostaniec. Zapukałem w pokryte rdzą wrota. Po drugiej stronie drzwi, ukazała mi się postać kobiety magazyniera.

– Czego pan sobie życzy?

– Przyszedłem zadać kilka pytań. Był tutaj ostatnio pilot szybolotu, co brał z magazynu?

– Odebrał dostawę nowych rezystorów hamulcowych. Dostarczono je, z opóźnieniem, wczoraj wieczorem.

– Mówił coś? Wspominał o kimś? Albo zachowywał się podejrzanie?

– Nic z tych rzeczy. Przyszedł, zabrał towar i odszedł.

Więcej nie powie. Zatem chodziło o wymianę starych części. Dlaczego robił to w pośpiechu? Przed kimś uciekał? Chciał coś ukryć? Lecę dalej.

Punkt dostaw był najdalej wysuniętym na wschód miejscem kolonii, stanowił bezpośrednie połączenie ze stacją kosmiczną. Tutaj Milian rozpoczął swoją podróż. Udałem się do biura placówki. Od progu przywitały mnie chłodne spojrzenia urzędniczych oczu. Powiedziałem wprost:

– Dzisiaj wylatywał stąd pilot Milian Cash. Znaleźliśmy go martwego w rozbitym szybolocie. Czy ktoś wie coś na ten temat?

– Dobrze tak temu gnojowi! – niespodziewanie wybuchnęła jedna z urzędniczek.

– Należało mu się! – dodała druga.

Dosyć niespotykana reakcja.

– Proszę o spokój! – krzyknąłem, przerywając narastającą falę "miłości". – Ponawiam pytanie, czy ktoś coś wie na temat wypadku?

– Ja wiem – rzuciła leniwie starsza kobieta. – Ten dupek był mężem naszej brygadzistki. Pan nawet nie wie, ile to razy przychodziła do pracy zapłakana. Biedna musiała znosić wszystkie jego wybryki. Ten dzisiejszy był najgorszy. Sprał ją aż do krwi. Podobno nawet mu ręka nie zadrżała.

Rzuca to światło na pewne zdarzenia. Pośpiech, szybka naprawa szybolotu, próba ucieczki z kolonii. Muszę przesłuchać jeszcze kilka osób.

 

*

 

– Więc oficjalna wersja brzmi: Milian pobił swoją żonę. Kiedy zobaczył, do jakiego stanu ją doprowadził, postanowił uciec przed sprawiedliwością. Zabrał części z magazynu i poleciał do stacji przesyłowej. Tam przygotował maszynę do dłuższej trasy, zalał bak do pełna. Następnie, kiedy z pełną prędkością przelatywał wzdłuż aglomeracji, stracił panowanie nad szybolotem i uderzył w słup tranzytowy.

– Coś mi tu nie gra – rzuciłem bezwiednie.

– Czyżbyś wpadł na nowy trop? – zapytała Diana.

– Po co zamówił zapasowe części? Planował pobicie żony? Bez sensu…

– Przesłuchiwałeś żonę?

– Tak. Mam pewne podejrzenia, choć to nic pewnego.

– Pochwal się. Może razem to poukładamy do kupy. – Ozdobiła te słowa szczerym uśmiechem.

– Nie teraz. Na mnie czas.

Bez wyjaśnień opuściłem biuro. Trwał właśnie wieczór, niebo nad Travertautis zaszło krwistą czerwienią. Zmęczony wstąpiłem do miejscowej speluny. Garstka osób łypnęła nieufnie w moją stronę. Usiadłem przed kontuarem.

– Jak tam praca, panie Inspektorze? – rzekł zachęcająco barman.

– Słyszał pan o pilocie Milianie?

– Przykra sprawa, biedna kobieta odpocznie sobie w końcu. Po takim człowieku się tego nie spodziewałem.

– Sprawa nie jest zamknięta – zripostowałem.

– Był tu wczoraj. Zamówił parę kolejek. Może się nie upił, choć język już miał rozwiązany. Mówił o żonie, głównie źle. Coś mamrotał na temat jakiejś grupy. Że go szukają, czy jakoś tak…

– Wie pan, o jaką grupę chodziło?

– Niestety, powiedziałem wszystko.

Więcej komplikacji. Uciekał? Przed kim? I o jaką grupę chodziło? Wyraźnie czuję, że w ten syf zaplątana jest żona Miliana. Musiałem do niej jechać bezzwłocznie.

– Nic pan nie zamawia?

– Nie dzisiaj.

Wyszedłem. Skierowałem kroki wprost do ślizgacza. Ona mieszka na drugim końcu aglomeracji. To będzie dłuższa droga. Chwyciłem pewnie manetki maszyny, ścisnąłem ich skórzane pokrycia. Odpaliłem. Cicho zamruczał silnik odrzutowy. Zwiększyłem kompresję na sprężarce i ruszyłem. Wzbiłem się ponad grunt, wyżej niż dachy niskich zabudowań. Wystrzeliłem wprost do celu.

W locie dostałem wiadomość. Diana pogoniła techników: stwierdzili nienaturalne ubytki w systemie hamowania – rozwiercone rezystory. Takiego dowodu potrzebowałem.

 

*

 

Jej dom stał na uboczu. Nie przypominał innych budynków kolonii. Zaparkowałem pod oknem. Mimo późnej pory, zapukałem do drzwi. We framudze ukazała mi się dobrze znana postać, starszej, poczciwie wyglądającej kobiety. Po ranach na jej twarzy nie było śladu.

– Znowu pan? Wie pan, która jest godzina?

– Wiem doskonale. Muszę zadać pani kilka ważnych pytań.

Zaprosiła mnie do środka.

– Co robiła pani wczoraj wieczorem, konkretnie między dwudziestą pierwszą a dwudziestą trzecią?

– Byłam w domu.

– Ktoś może to potwierdzić?

– Mieszkam… Mieszkałam tylko z mężem, on jednak wtedy szlajał się po barach.

– Czy ma pani dostęp do hali magazynowej, tej przy kopalni?

– Pan próbuje mi coś zarzucić?

– Proszę odpowiedzieć na pytanie.

– Tak, mam. Jestem brygadzistką w biurze, mam dostęp do wszystkich budynków związanych z kopalnią i transportem rudy.

– Zapytam wprost: była pani w magazynie w noc przed wypadkiem?

– Nie odpowiem na to pytanie. Mam do tego prawo.

– Nasi technicy odkryli uszkodzenia hamulców szybolotu, którym leciał mąż.

– To skandal! Pan próbuje mnie oskarżyć! – Jej oczy nienaturalnie zaiskrzyły.

– Mam ku temu odpowiednie dowody.

Wyraźnie poddenerwowana wstała, zrobiła krok w moją stronę. Również się podniosłem, jakbym wyczuł jej intencje. Grymas tej zirytowanej twarzy nie należał do starej kobiety, wykreowano tam sztuczną wściekłość. Zaskakująco szybkim ruchem złapała mnie za szyję. Zakrztusiłem się. Miała siły więcej niż rasowy atleta. Uniosła mnie i zacisnęła dłoń jeszcze mocniej. Nie wiem, co się stało. Być może odruchowo, wyciągnąłem gnata z kabury i strzeliłem. Pocisk zamiast wbić się w ciało starowinki, rozdarł metalowe poszycie. To cyborg, android, pal licho, jak to nazwać. Nie człowiek. Rozerwane ramię maszyny upadło na podłogę. Wymierzyłem, drugi strzał rozpruł stalową łepetynę.

Byłem w szoku. Żona robotem? To wyjaśniło zanik obrażeń w jeden dzień. Co z pilotem? Ona go zabiła? Kto ją przysłał? O kim mówił barmanowi Milian? Cholera! Muszę wrócić, odespać, zapomnieć na chwilę. Ruszyłem do ślizgacza, chciałem wysłać sygnał o interwencji. Wychodząc z domu ujrzałem kilka postaci stojących przed budynkiem.

– Kim jesteście? – Blask reflektorów z nieznajomego pojazdu oślepił mnie.

– Przybyliśmy po pana.

Chwyciłem znów za pistolet. To oni gnębili Miliana.

– Nie ma potrzeby dalszej eskalacji konfliktu – zapewnił jeden z osobników.

– Czemu miałbym wam ufać?

– Wszystko panu wyjaśnię, proszę jedynie o spokój i schowanie broni.

Nie widziałem u nich uzbrojenia. Uległem namowom.

– Dużo lepiej. Pan pozwoli, moja godność Edwin Tofel.

– Inspektor Andrew Kontach. Miło mi.

– Proszę za mną, nie stójmy tutaj na zimnie.

Jego konfidencjonalny ton nie pozwalał na sprzeciw. Wsiadłem do pojazdu. W zaskakującej konstrukcji większość miejsca zajmowało pomieszczenie przypominające pijalnię herbaty. Za namową Edwina usiedliśmy w fotelach.

– A więc, panie Andrew, jestem panu winien paru wyjaśnień.

– W rzeczy samej.

– Nasza organizacja zajmuje się, powiedzmy, kontrolą kolonii. Pan wyłapuje przestępców, my zaganiamy ich do resocjalizacji.

– O tym nie słyszałem.

– No trudno. Czasem, poczynania złoczyńców wymykają się standardowym metodom śledztwa. Wtedy wkraczamy my.

– Mam rozumieć, że przejmujecie sprawę Miliana?

– Nie. Przejmujemy pana.

– Co?

– Wie pan za dużo.

Wzbierał we mnie gniew. Płynnie mieszał się ze strachem. Mogłem strzelać, mam jeszcze kilka pocisków. Ich jest tylko czterech.

– Proszę zachować spokój, widzę, że przeszkadza panu ta broń – odparł, jakby czytając w myślach.

– Wyjaśnijcie mi wszystko. Tylko tyle chcę.

– Dobrze. To my podmieniliśmy żonę Miliana, rozwierciliśmy w magazynie rezystory. Dureń myślał, że przy tych starych ktoś majstrował. Tak jak pan, wiedział za dużo. Działanie w biały dzień lub w miejscach publicznych odpadało. Podeszliśmy go. Pańscy technicy nie zdołali jeszcze wykryć trucizny w organizmie pilota? Wielka szkoda…

– Po co to robicie?

– Utrzymujemy spójność kolonii. Łapiemy osobników niebezpiecznych, takich jak Milian. Pan trafił tutaj przez przypadek. To przez ciekawość. Mówią, że jest pierwszym stopniem do piekła.

– A teraz?

– Teraz podmienimy pana na androida. Właśnie testujemy nowe modele. Bardzo przydają się w wyłapywaniu różnych kwiatków.

Nie wytrzymałem. Zsunąłem lekko dłoń w dół pasa. Udając poprawienie spodni, wyciągnąłem spluwę. W ułamku sekundy wycelowałem i pociągnąłem za spust. Cisza. Zamarłem.

– Sądzi pan, że jesteśmy tak głupi? – zaśmiał się Edwin. – Utrzymujemy pole energetyczne, które pozbawia pańską broń użyteczności.

– Co ze mną?

– Coś się znajdzie, emeryturka i te sprawy. Woli pan Rogollis czy Fodokon? Obie planety są mało przyjazne, ale na starość to bez różnicy. Och! Przepraszam, zapomniałem, że potrzebuje pan tlenu do życia!

– Wszystkich przecież nie zdołacie wymienić!

– Pan, czegoś, widocznie, nie pojmuje. To jest nasz cel. Wy, ludzie, jesteście mało wydajni, krusi, słabi i niezbyt inteligentni. My, androidy, nie mamy waszych ograniczeń.

– I ty też jesteś… – urwałem w połowie.

– Bez zbędnego przedłużania. Odeślijcie naszego gościa. Nikomu już się nie przyda.

Zezłomowany, jak stary wrak. To właśnie jest Übermensch XXII wieku! Zguba ludzkości! Wygryzą nas nasze mechaniczne dzieci! A przecież to ja widziałem wszystkie wspaniałe momenty! Teraz już wiem. One wszystkie znikną w czasie, jak łzy na deszczu. Czas by umrzeć.

Sosnowiec 2016

Koniec

Komentarze

Autorze.

Wątek science fiction i wątek kryminalny w takim krótkim opowiadaniu trochę się gryzą. Z uwagi na ciasne ramy opowieści czytelnik nie ma szansy na wiązanie się z głównym bohaterem, nie zaznajamia się dostatecznie ze scenografią. Intryga pokazana jest powierzchownie i mało sugestywnie. Wszystkie postaci są niezbyt przekonujące i opowiadanie nie ma w sobie dostatecznej warstwy emocjonalnej. Niemniej, biorąc młody wiek piszącego, nie można, moim zdaniem, uznać tej próby literackiej za całkowicie nieudaną. Pozdrawiam życzliwie.

“Interkom ucichł na chwilę, a następnie słychać było jakiś trzask, sekretarka przełączyła linię.“ – “Słychać” sugeruje ciągłość, “trzask” zaś jeden dźwięk, co do siebie nie pasuje. Alby słychać było jakieś trzaski (przez dłuższy czas niż jeden dźwięk), albo usłyszałem trzask (jeden).

 

“Jedynie na nocnych dyżurach[-,] czułem, że mogę być kimś ważnym.“

 

“…na słupie tranzytowym. Pilotem był Milian Cash.

Ostatnie zdanie wprawiło mnie w osłupienie.“ – powtórzenie.

 

“– Trudno na razie powiedzieć. Technicy wciąż badają wrak, choć przy tych zniszczeniach będzie trudno o stwierdzenie czegokolwiek.“

 

“– Więc[-,] co zamierzasz[+,] Sherlocku?“

 

“Połączyłem się z siecią służbową w ślizgaczu.“ – W? Czy sieć była we wnętrzu ślizgacza? Bo dopiero co bohater jechał NA ślizgaczu, a nie W.

 

“ktoś w pośpiechu zapomniał jej zamknąć. (…) Czyżby Milian dokonywał naprawy w pośpiechu?“

 

“Technicy zaraz tu przybędą, dokładnie zbadać sprawę.” – brakuje aby/żeby

 

“Ja, natomiast, wyruszam do drugiego celu.“ – oba przecinki niepotrzebne, spróbuj przeczytać to zdanie na głos… Ja [pauza] natomiast [pauza] wyruszam do drugiego celu? Nie brzmi dobrze.

 

W tekście zresztą jest więcej przecinków, które zaburzają rytm zdań, przeszkadzają w odbiorze.

 

“Zapukałem w pokryte rdzą wrota. Po drugiej stronie drzwi, ukazała mi się postać kobiety magazyniera.“

Raz, że zrobiłabym “kobiety-magazyniera”, dwa, że… Czy to nie jest czasem nocna zmiana? I detektyw ot tak w środku nocy puka do zakładu, a w nim praca normalnie trwa i nikogo wizyta policjanta nie dziwi?

 

…i potem to samo w urzędzie?

 

“– Dobrze tak temu gnojowi! – Niespodziewanie wybuchła jedna z urzędniczek.“ – raz, że po półpauzie powinno się zacząć małą literą, dwa, że raczej “wybuchnęła”, a nie “wybuchła” (stosowane do przedmiotów nieożywionych).

 

‘– Jak tam praca, panie Inspektorze?“ – Czemu inspektor wielką literą?

 

Cóż za zbieg okoliczności, że detektyw wszedł akurat do tej samej knajpy, w której Milian był poprzedniego wieczoru i szepnął barmanowi słówko o jakiejś grupie, która go ściga…

 

“Jestem brygadzistką w biurze“ – Czy do pracy biurowej naprawdę potrzebni są brygadziści…?

 

“…zrobiła krok w moja stronę.“ – moją

 

“– Nie ma potrzeby dalszej eskalacji konfliktu[-.]Zzapewnił jeden z osobników.“

 

Przyznam, że nie rozumiem zakończenia: “A przecież to ja widziałem wszystkie wspaniałe momenty! Teraz już wiem. One wszystkie znikną w czasie, jak łzy na deszczu.“ O co chodzi z tymi wspaniałymi momentami?

 

 

W sumie generalnie zakończenie wydaje mi się najsłabszą częścią opowiadania. Bo tak to czyta się nawet nieźle, mnie takie czy inne umiejscowienie wątku kryminalnego nie razi (może sobie być nasz świat, może być SF, może być Dziki Zachód czy inne quasiśredniowiecze), natomiast wytłumaczenie wszystkiego oklepanym “buntem maszyn” nie ma żadnej mocy. W zasadzie wręcz niczego nie wyjaśnia, jak dla mnie. To takie pójście po linii najmniejszego oporu.

Ryszard ma rację co do warstwy emocjonalnej – wszystko jest opisane poprawnie, ale dość beznamiętnie; nie sposób polubić bohatera, który nie ma żadnych cech charakterystycznych, wczuć się w jego losy i przejąć tym, co go na koniec spotkało.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałam Twoje kolejne opowiadanie i wciąż nie mogę powiedzieć, że to była fajna lektura. Mariaż SF z kryminałem mógłby się udać, gdyby do tematu podejść w sposób przemyślany, a fabułę uczynić bardziej wiarygodną, bo tutaj wszystko dzieje się błyskawicznie, sprawa opowiedziana bardzo skrótowo, niemal po łebkach – coś zasygnalizowałeś, coś zasugerowałeś, inspektor pogadał z tym i owym, i sprawa w zasadzie wyjaśniona. Nawet nie mogę powiedzieć, że zakończenie zaskakuje, bo jakieś mdłe mi się wydało.

Cóż mogę powiedzieć więcej – pisz, dużo czytaj, szlifuj warsztat, a mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

 

Na plek­si­gla­so­wej szyb­ce po­jaz­du wiatr świsz­czał nie­bo­tycz­nie gło­śno. – Nie wydaje mi się, aby niebotyczność dobrze ilustrowała głośność świstu wiatru.

 

Nie prze­dłu­ża­łem. – Czego nie przedłużał?

 

Stopą po­pchną­łem pedał, motor za­pa­lił.Po­pchną­łem pedał, motor za­pa­lił.

To że pedał popycha/ naciska się stopą, jest zawarte w jego nazwie.

 

ktoś w po­śpie­chu za­po­mniał jej za­mknąć. – …ktoś w po­śpie­chu za­po­mniał za­mknąć.

 

Przy­ko­pal­nia­ne ma­ga­zy­ny sta­no­wi­ły ważny punkt całej ko­lo­nii. Skła­do­wa­no tutaj naj­waż­niej­szy sprzęt… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie­spo­dzie­wa­nie wy­bu­chła jedna z urzęd­ni­czek.Nie­spo­dzie­wa­nie wy­bu­chnęła jedna z urzęd­ni­czek.

 

Ze­brał czę­ści z ma­ga­zy­nu… – Literówka.

 

Zmę­czo­ny wstą­pi­łem do oko­licz­nej spe­lu­ny. – Raczej: Zmę­czo­ny, wstą­pi­łem do miejscowej spe­lu­ny.

 

zro­bi­ła krok w moja stro­nę. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mijałem, dobrze mi znane, budynki kolonii

wtrącenie możliwe, ale moim zdaniem zupełnie zbędne – tzn. przecinki mam na myśli

co zamierzasz Sherlocku

przecinek przed wołaczem

Wśród pustynnych pejzaży, wybijała się

Niepotrzebny przecinek (to tylko rozbudowany okolicznik, nie zdanie)

Niestety, niewiele dobrego powiedzieć mogę o tym tekście, wtórna fabuła (choć wszyscy rozumiemy, czym inspirowana, ale…), wydarzenia mało składne. Brakuje choćby przekonującego umotywowania postaci i ich zachowań – np. drętwa magazynierka bez żadnego powodu, czy wręcz żadnej reakcji, wypowiada się tylko po to, by popchnąć fabułę do przodu. Pod tym względem przypomina mi to suchość dialogów w spolszczeniach przygodówek. Wypowiadane zdania nie wynikają z siebie, nie współgrają, nie przypominają rzeczywistej rozmowy.

Przykro mi, to nie jest szczególnie udana próba (z zastrzeżeniem wskazanym przez Ryszarda). Na szczęście wszystko przed Tobą.

Dodam jeszcze, Autorze, że czytanie i komentowanie tekstów innych bardzo pomaga w zdobywaniu czytelników, z których duża część jest chętna do pomocy w szlifowaniu warsztatu.

Dzięki wszystkim za komentarze!

ryszard: Muszę zgodzić się ze stawianymi zarzutami. Uwagi przyjąłem, będę o nich pamiętał w przyszłości. Użyłem formuły kryminału w celu literackiej zabawy. Teraz dotarło do mnie, że długość utworu stanowiła pewne ograniczenie. Przez to nie zdołałem w tekście rozwinąć czegokolwiek.

joseheim: Dzięki za wypunktowanie błędów. Co do nocnej zmiany:

a)To obca planeta. Tam czas może płynąć inaczej. Przykładowo doba może trwać 60 godzin. Resztę pozostawiam do namysłu.

b)Wiele zakładów, nawet teraz na Ziemi, działa bez przerwy. Przykładowo kopalnie, elektrownie etc. Jest to zupełnie normalne.

c)Jako, że jest to kolonia pozaziemska, koszty jej utrzymania są dużo wyższe. Żeby je zrekompensować należałoby utrzymać całodobowy system pracy.

Wymieniać mogę dalej. Wszystko zależy od tego, jak patrzymy na utwór.

Co do brygadzistki: Sjp podaje dosyć ogólną definicję “kierownik brygady, grupy ludzi wykonującej jakąś pracę“. Semantyka tego słowa pozwala na wprowadzenie “brygadzistki” jako szefowej urzędniczek. Przynajmniej tak sądzę…

Jeśli chodzi o zakończenie: chciałem luźno nawiązać do finalnej sceny filmu Blade Runner i kultowego monologu jednego z androidów. Postać wypowiada między innymi słowa: “All those moment will be lost in time, like tears in rain. Time to die.”

regulatorzy: Dzięki za trafne uwagi. Po raz kolejny zmuszony jestem do potwierdzenia Twoich słów, to wszystko prawda. Nie pozostaje mi nic innego, jak zapamiętać porady i skutecznie się do nich stosować.

varg: Również Tobie należą się podziękowania, za trud przeczytania i oceny mojej pracy. Twoje uwagi będą przydatne w następnych pracach. A co do ostatniej rady to muszę przyznać, że robiłbym to z chęcią. Brakuje mi jednak czasu (i zapewne również ochoty). Gdybym chciał jeszcze dodatkowo czytać i oceniać innych, musiałbym porzucić wiele dodatkowych zajęć. A tego przecież nie chcemy…

Autor moją opinię już zna, więc nie ma co jej powtarzać.

Oj, Reg i Jose, widzę, że sporo rzeczy przepuściłam.

W tekście jest co najmniej jedno ciekawe nawiązanie, ale mnie trzeba było je pokazać palcem. Szukajcie, może znajdziecie. :-)

Babska logika rządzi!

Jestem szczerze zdziwiony, że ten tekst konsultowała @Finkla. Chyba autor nie korzystał ze wskazówek. Pozdr.

Ryszardzie, korzystał. Co znalazłam, to Autor grzecznie poprawiał. Ale co innego skorygować literówkę i dodać przecinek, a co innego zaradzić coś na niechwytającą za bebechy akcję. Wszystkiego nie da się od razu opanować.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam szybko bo i szybko się wszystko działo. Może trochę za szybko i zbyt skrótowo.  Odbiło się to na głównej postaci, z którą nie miałam czasu się zżyć i zdecydować, czy go lubię, czy nie, na emocjach, których zabrakło. Temat wybrałeś idealny do fajnego klimatu i trzymania w napięciu, ale żadnego z nich nie ma.  

Zakończenie też mnie rozczarowało. Takie odkrycie kart wprost i bezpośrednie wytłumaczenie nie jest ciekawe. 

Ale – jak wspomniałam wcześniej – dało się gładko przeczytać, nie męczyłam się (czytałam też po poprawkach), więc potencjał (do dalszego rozwoju) masz. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka