- Opowiadanie: Lord Vedymin - Szczur na patyku, serce w papierku

Szczur na patyku, serce w papierku

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

regulatorzy, Nevaz

Oceny

Szczur na patyku, serce w papierku

Florian Sabreski nazywał się Florianem Sabreskim, bo nosił czarne, umajone kimono i srebrzystą brodę. Ostatni samuraj Rzeczpospolitej mieszkał z matką w poniemieckiej, brochowskiej kamienicy. Dwupokojowa kawalerka była wyspą szlachetności na morzu wszechmizerii – nawet sosnowa boazeria miała tu rozum i godność człowieka. Herbata zaś, pewnego styczniowego poranka, w przypływie szacunku do mistrza, zaparzyła się dlań sama. Bezceremonialnie.

Sabreski, zbudzony esencjonalną wonią, wstał i podreptał do łazienki. Podczas ablucji doszedł do druzgocących wniosków, że nie ma ochoty na herbatę, a przerwanie snu zmuszony był odebrać jako afront. Nie zwykł udawać, że pada deszcz, gdy pluto mu w twarz, więc zażądał od naparu satysfakcji. Ronin zawsze był gotów na pojedynek z rozbrojonym przeciwnikiem – nosił u pasa dwie katany, rezygnując z wakizashi. Położył jeden z mieczy na kuchennym stole, obok filiżanki, sugerując jej, że może śmiało chwytać świętą broń, choć nie była samurajem.

Kilka minut ciszy i bezruchu. Florian trzymał dłoń na rękojeści, gotów obnażyć ostrze w każdej chwili. Brak reakcji. Skandal. Afront po raz wtóry, lecz tym razem to czaj okrył się większą sromotą.

– Mamusia, wywal to ścierwo za okno albo co, bo mnie zara jasny wafel strzeli! – wrzasnął ronin na całe gardło.

Pani Sabreska weszła do kuchni, nieświadoma dantejskich scen jakie się tam przed chwilą rozegrały.

– Co?

– Herbata. Wywal z tego domu wszystką herbatę.

– Co ty znów, synek? Przecież jest dobra – stwierdziła kobieta, wąchając susz, wsypany do blaszanej puszki.

Synek zapłonął gniewem, gdy usłyszał kłamstwo odnośnie herbacianej prawości. Włożył czapkę i plecak. Trzaskając drzwiami, wybiegł z mieszkania i jak wodogrzmot rzucił się w dół po schodach. Wyszedł na miasto.

Pierwszym obiektem, który zwrócił jego uwagę, był pulchny chłopaczek w żółtej kurtce, lat około dziesięć, pingwinim krokiem zmierzający w stronę przystanku tramwajowego. Samuraj zaszedł mu drogę.

– Wyzywam cię na pojedynek, mały kurwipołciu.

W stronę lekko zbitego z pantałyku chłopca powędrowała rękojeść miecza, trzymanego za odzianą klingę w wyciągniętej ręce Floriana.

– Z czego ten cosplay? Bo nie kojarzę – odezwał się niepewnym głosem grubasek, odbierając zaoferowaną broń. Ostrożnie wyciągnął ją z pochwy. – Łooooo, prawdziwa katana!

– Jestem Florian Sabreski. – Patrzył w oczy przeciwnika. Tamten śmiał się, beztrosko wywijając głownią jak cepem. Ronin wyskoczył w jego stronę niby kobra i skośnym cięciem rozpłatał głowę, zaczynając nad prawym uchem, kończąc u nasady szyi. Zanim chłopak legł w konwulsjach i zalał krwią oblodzony chodnik, wojownik zdążył wyszarpnąć swoją własność z jego ręki. Skropił spirytusem wyjętą z plecaka szmatkę, w ramach libacji wylał trochę alkoholu na cześć poległego, po czym przetarł zapaskudzony brzeszczot i schował oba miecze.

Ruszył w kierunku pustego już przystanku – przed chwilą widział tam jeszcze grupkę ludzi. Podjechał tramwaj. Sabreski szybko kupił bilet, wcisnął się do zatłoczonego wagonu. Stał zadumany i dopiero dojeżdżając do Placu Dominikańskiego zdał sobie sprawę, że dookoła tramwaju, od dłuższego czasu formuje się coś na kształt kordonu milicyjnych radiowozów.

Nagle motorniczy zahamował gwałtownie. Jeden z niebieskich polonezów na środku skrzyżowania zablokował torowisko, inne zatrzymały się dookoła, zostawiając włączone koguty. Ktoś otworzył awaryjnie drzwi, ludzie zaczęli wysypywać się na zewnątrz. Ronin postanowił, na wszelki wypadek, od razu skierować się w stronę przejścia podziemnego. Dopiero tam odważył się spojrzeć przez ramię. Szli za nim. Z drugiej strony, u wylotu tunelu też coś się działo. Pluł sobie w brodę, bo sam wszedł w tę pułapkę. Nie wahając się długo, skręcił do jednej z knajp.

– Kebab z ostrym sosem, tylko raz-dwa – wypalił do stojącej za barem dziewczyny, nie zwracając uwagi na kolejkę.

– To będzie dziesięć pięćdziesiąt, ale…

– Raz. Dwa – policzył spokojnie samuraj. – Za późno. Pani wybaczy, ale okoliczności zmuszają mnie do podjęcia takich, a nie innych kroków. – Przeskoczył przez bufet. Dyplomatycznie, nie wyrywając kości ze stawów, wykręcił kasjerce ręce za plecy, do krtani przydusił płaz miecza.

Do lokalu weszło dwóch mężczyzn w uszankach z orłami białymi.

– Stać! Milicja Obywatelska!

Po chwili wpadli następni.

– Stać! Policja!

– Co to to nie! – Jeden z milicjantów wyskoczył do przybyszów. – Zanim ruszyliście dupska, zdążyliśmy powołać się na nowo do służby i uformować pościg. My to dokończymy. Poradzimy sobie, towarzysze.

Policjanci wzruszyli ramionami i wyszli, mrucząc coś do siebie nawzajem, a pozostali na miejscu funkcjonariusze zwrócili się do Floriana.

– Rzućcie broń! Już się nie wyplączecie, obywatelu. Jesteście otoczeni!

– Zabiję ją!

– Obywatelko! – krzyknął mundurowy do zakładniczki. – Chcecie umierać?

Obywatelka zanosiła się płaczem.

– Chcesz umrzeć?! – powtórzył.

– N…nie…eee…e…

– Widzicie? Ona nie chce.

Sabreski puścił ręce dziewczyny, zdjął stal z jej szyi.

– Najmocniej panią przepraszam. Trzeba było powiedzieć od razu, nie fatygowałbym. – Odwrócił się do milicjantów. – W czym mogę pomóc, panowie?

– Na razie dobrze będzie, jak oddacie te brzytwy i grzecznie pozwolicie się aresztować.

– To jest jakieś… nieporozumienie…

– O tym zdecyduje sąd.

Zakuli samuraja w kajdany, zabrali miecze, wprowadzili do nyski i wywieźli na Kleczkowską.

 

***

 

Sąd tymczasowo zdecydował, że Florian zasłużył na bezwzględny areszt. Prokurator za nic w świecie nie chciał słuchać o „jakimś buszindo”. Ronin pozbawiony mieczy stał się apatyczny i nie stawiał oporu, więc w krótkim czasie trafił do zakładu, do jednoosobowej, specjalnie zaaranżowanej celi.

 

***

 

Przez dłuższy czas wnikliwie obserwował klawisza, starając się wyłapać jego słabe strony, ale biorąc pod uwagę brak mieczy i kolosalną posturę jegomościa, musiał postawić na to, że intelekt tego człowieka odpowiada wyrazowi twarzy, co wcale nie było oczywiste.

– Panie strażnik, pan podejdzie.

– Czego?

– Pan spojrzy, ten konik… Dlaczego daliście mi różowego konika?

– Co z nim nie tak?

– Jak to, co? Jest różowy i nie ma kopytek. – Tupnął i splótł ręce na piersiach. – Widział pan kiedyś różowego konika bez kopytek?

Strażnik pokręcił przecząco kłową.

– Ma pan dzieci?

– Tak.

– To skandal, ten pluszak! Pan pomyśli, niechby małe dziecko zobaczyło takiego konika! I takie dziecko, z nieukształtowanym, proszę pana, poglądem na świat, wyobraża sobie: „ten tutaj pluszowy konik jest różowy i nie ma kopytek, ergo, proszę pana, wszystkie koniki są różowe i nie mają kopytek”.

– W sumie…

– No, tak! Tak jest właśnie! To jest zbrodnia, wystaw pan sobie, przeciw ludzkości! Wykrzywianie dziecięcych umysłów, tak, że potem w dorosłym życiu będą wykrzywione, i to już, proszę pana, odkrzywić nie jest tak łatwo. Choćby zobaczył taki człowiek, już nie-dzieckiem będąc, tysiąc koni normalnych, to będzie myśleć, że ten jeden, różowy, że to jest koń jak się patrzy. To jest kontrolowana produkcja debili!

Klawisz przygryzł wargę i pokiwał ze zrozumieniem.

– Pan poczeka, ja sprawdzę coś…

Sabreski przewrócił konia, klęknął, poszukał metki i przeczytał:

– Sto procent poliester. Made in Pakistan. Reg… no… coś-tam, coś-tam. – Wstał, otrzepał kolana, podszedł do krat. – Jedziemy do Pakistanu – powiedział poufale. – Musimy rozprawić się z tymi zwyrodnialcami, ale ciii… niech to będzie nasza tajemnica.

– Masz mnie za głupka? Nie mogę cię wypuścić.

– Nie widzi pan, że sprawa jest poważna?

– Ja nie mogę cię wypuścić, bo jestem funkcjonariuszem państwowym, ale mam kolegę, Andrzeja, w milicji, więc formalnie Andrzeja nie ma, bo milicja nie istnieje… więc, jakby ten Andrzej…

– Rozumiem, rozumiem… Muszę powiedzieć, że równy z pana gość. Trzeba to załatwić jak najszybciej. Aha, tylko jeszcze… wie pan gdzie są moje miecze?

– Nie wiem.

 

***

 

Andrzej został tak dobrze uświadomiony przez strażnika, iż formalnie go nie ma, że przy dobrych wiatrach potrafił przechodzić przez ściany i nie rzucać cienia. Pojawił się u Sabreskiego wcześnie rano, żeby nie robić zbytniego zamieszania. Był to ten sam mężczyzna z czarnym wąsem, który negocjował z nim w podziemnej knajpie – w Rzeczpospolitej, nawet przy dużej mobilizacji, liczebność milicji była znikoma, ale skuteczność zawsze porażająca.

– Obywatelu, mam nakaz odeskortowania was. Wskakujcie. – Rozłożył przed więźniem plastikowy, pleciony worek na ziemniaki.

– Wspaniale, ale po co to?

– Róbcie co mówię, to szybciej stąd wyjdziecie.

– Nie zmieszczę się.

– Wskakujcie, wiem co robię.

Ronin, dość sceptycznie nastawiony do pomysłu, wszedł jednak do worka. Milicjant mocno pociągnął za sznurek w górę, tak że plastikowa siatka omotała Floriana aż po czubek głowy, jednak zabrakło materiału na dole i nogi wystawały przez dwie wielkie dziury. Nie zważając na to, Andrzej przerzucił powstały pakunek przez ramię i ruszył głównym korytarzem więzienia.

Przy wyjściu zatrzymał go chudy strażnik.

– Stać! Co tu się odpierdala!? Co to jest? – spytał, wskazując na worek.

– Kartofle.

– Z nogami?

– To kiełki. Trochę za długo poleżały.

– Dowód osobisty proszę.

– Mnie tu nie ma, jestem milicjantem, nie widzicie, towarzyszu?

– A ziemniaki same idą?

– Tak. – Funkcjonariusz postawił na nogi Sabreskiego i klepnął w tyłek. Ten ruszył na oślep przed siebie. – Do widzenia.

Dogonił ronina, zanim ten walnął w drzwi, i wyszedł razem z nim, zostawiając w tyle oniemiałego strażnika. Gdy opuścili więzienne mury, pozwolił zdjąć skazańcowi worek.

– Dziękuję. Jestem Florian Sabreski, wolny samuraj.

– Andrzej Jałocha, Milicja Obywatelska, zresztą z widzenia już się znamy, a Tobiasz wiele mnie o was opowiadał. Podobno nie tolerujecie różowych koników.

– Zgadza się.

– To my kamraty. Wiecie, ja z Tobiaszem, jeszcze za komuny, tępiliśmy takie… odchyły. No, dlatego właśnie zgodziłem się was zawieźć do tego Pakistana.

 

***

 

Z zapasem gotówki na benzynę, dużym fiatem – rocznik siedemdziesiąty szósty i wiedzą, że Pakistan znajduje się gdzieś między Jugosławią a Japonią, chętnie korzystając ze wsparcia ludzi, którzy bywali częściej pomocni niż nikczemni, dotarli na miejsce. Mniej więcej dotarli, gdyż z metki od konia trudno było wywnioskować, gdzie znajduje się fabryka, z której pochodził, a z Pakistańczykami trudno było się dogadać.

Postanowili załatwić sprawę radykalnie. Kupili megafon i wyjechali w góry. Zaparkowali auto pod masywem Karakorum, bo nawet milicyjny kredens miał swoje granice, jeśli chodzi o ciąg. Dalej musieli iść pieszo, starając się wypatrzeć jak najwyższą górę. Po paru dniach morderczej przeprawy, wspomagając się przywiezioną jeszcze z Polski gorzałką, nie do końca świadomie, jako pierwsi weszli zimą na K2. Tam, skąd było już dobrze słychać, Florian włączył megafon i wygłosił:

– Uwaga, uwaga!!! Szukam producenta różowych, pluszowych koników! Jeśli ktoś wie, gdzie taka osoba mogłaby się znajdować, proszę o niezwłoczne skierowanie jej zara do mnie. Będę czekał koło niebieskiego dużego fiata, pod górami. Liczę na państwa rzetelność i dobrą wolę.

Gdy wrócili do samochodu, czekał na nich mężczyzna w kolorowej czapce, przypominającej pleciony kosz na owoce. Sabreski od razu rozpoczął przesłuchanie:

– To pan jest odpowiedzialny za wyrób tych wynaturzonych zabawek?

.kyzcńatsikaP łrapdo – تم میری پارکنگ کی جگہ لے لی –

– A-bu-bu-bu – przedrzeźnił obcokrajowca srebrnobrody. – Andrzeju, serce podpowiada mi, że to on. Załatw sprawę tak, żeby nie cierpiał.

– W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, skazuję cię na karę śmierci przez zapałowanie. – Po tych słowach milicjant od razu przystąpił do wykonywania wyroku.

Siedemnaście – tyle uderzeń wystarczyło wprawionemu stróżowi ładu, aby posłać człowieka na łono Abrahama. Przy tym krwi było niewiele, a krzyk ustał szybko.

– No dobrze, Fleczku, sprawa załatwiona. Chyba musimy wracać do zakładu. Tobiaszowi obiecałem.

– Słuchaj, Andrzeju. Skoro już tu jesteśmy, to myślę, że nie ma się co spieszyć. Do wafla pana! Przez dwa tygodnie przedzieraliśmy się przez pieprzone wertepy, tylko po to, żeby przylać jednemu gościowi?

– A nie?

Chwila ciszy. Florian się zarumienił.

– Powiem bez ogródek. Zanim na powrót trafię do tej klitki, chciałbym zobaczyć białe petersburskie noce. Jedźmy tam! Tera zara. Będzie romantycznie. Nie to, że jestem pedałem, ale wiesz… takie białe noce to nie w kij dmuchał.

– A ja bym chętnie na Księżyc leciał.

– No, weź… – Zrobił maślane oczy.

Andrzej zakręcił wąsa, przetarł czoło i poprawił czapkę.

– Dobra, Fleczku, możemy na twoją odpowiedzialność jechać, ale tylko do Leningradu i wracamy. I jak uciekniesz, to ty za to odpowiadasz!

– Tak jest. Mogę prowadzić?

Jałocha rzucił samurajowi kluczyki.

 

***

 

Przedarli się przez Afganistan, sprawnie pokonali Persję i część Zakaukazia. Dopiero w Tbilisi musieli wymienić ogumienie. Przy okazji przedmuchali filtr powietrza i skleili srebrną taśmą linkę hamulca ręcznego, który nie działał prawie od początku podróży.

Rosyjska granica. Co prawda, z dobrze zaopatrzonym bagażnikiem, przejechanie przez serię posterunków pograniczników nie stanowiło problemu, ale doprowadziło Andrzeja do stanu, w którym to on był eskortowany przez Sabreskiego. Florian zatrzymał się z piciem w momencie, w którym uznał, że do końca runęła, cokolwiek cienka, polsko-radziecka bariera językowa. W Rostowie nad Donem postanowił włączyć syrenę i w jedną długą noc dojechał do Moskwy, gdzie można było spać bezpieczniej niż na jakimś odludziu, narażając się na napaść drogowych mafii. Wyruszyli o świcie. Wieczorem, tego samego dnia wjechali do Petersburga.

 

***

 

Nie zwracając uwagi na przepych złoconego miasta, zaparkowali auto na Placu Powstania i opierając się o maskę, stali wpatrzeni w niebo do bardzo późna, ale cały czas było ciemno.

– Coś mnie się zdaje, Florczyk, że te twoje białe noce to bujda na resorach.

Ronin stał niewzruszony i dalej patrzył w zabrudzoną światłami metropolii czerń kosmosu. Udzieliła mu się mistyczna, rosyjska nadświadomość.

– Jak chcesz to se stój. Ja idę rozerwać się w miasto, rano wrócę tu i jedziemy do Polszy – oznajmił wąsacz.

– No, dobra, dobra… stój, Andrzej. – Samuraj dobiegł do milicjanta, który ruszył w losowym kierunku. – Idziemy do cerkwi, czy do burdelu?

– I to mnie się podoba. Rzucę monetą. Czekaj, kurwa, miałem tu gdzieś… – Zaczął grzebać w kieszeni, kiedy podszedł do nich menel z długą, czarną brodą.

– Dobry wieczór, bracia! Słyszałem waszą rozmowę. Zapraszam do mnie na biesiadę, kupię ja tylko szczura u znajomego handlarza.

– Dziękujemy, ale… – Spojrzeli po sobie, wyrażając zdziwienie.

– Nalegam. – Obcy prześwidrował ich wzrokiem tak przenikliwym, że poczuli, jakby prześwietlił ich dusze.

– Skoro tak… – rzekł niepewnie srebrnobrody.

– Mnie zwą Grisza Rasputin. Rządzę tym krajem. Na zmianę: albo ja, albo bolszewicy.

Polacy przedstawili się nowemu znajomemu, który ruszył samotrzeć w jemu tylko znanym kierunku. Klucząc pomniejszymi ulicami, trafili przed blaszaną budę, na której wypisano grażdanką: KOSZERNE SZCZURY.

– Bądź zdrów, Mordechaju. Daj mi, proszę, dziś dużego i dobrze wypieczonego. Mam więcej gości.

– To będzie jak zawsze, sto rubli…

– Osiemdziesiąt.

– Dziewięćdziesiąt pięć.

– Dziewięćdziesiąt.

– Aj-waj! Niechaj będzie dziewięćdziesiąt. Jak zawsze.

Żyd zniknął w głębi budki, zakrzątał się, by po chwili znów pojawić się w okienku, z pieniędzmi w dłoni. Odliczył dziewięćdziesiąt rubli, dał je brodaczowi i oznajmił, że szczur jest gotowy.

– Chodźcie – rzekł Grisza do towarzyszy. – Pomożecie mi zanieść pieczeń do domu.

 

***

 

Podążając za Rosjaninem, Polacy nieśli przez Newski Prospekt nadzianego na długi kij szczura, wielkości wyrośniętego prosiaka, i dziwili się, że nikt nie zwraca uwagi na tę osobliwą procesję.

W końcu dotarli do mieszkania Rasputina w niepozornej kamienicy na drugim piętrze. Pan domu zaprosił gości do sporego, bielonego salonu, gdzie na ustawionych w podkowę kanapach i tapicerowanych krzesłach siedziało już kilkanaście osób, popijając herbatę, parzącą się na bieżąco w okazałym samowarze, postawionym na małym stoliku, pośrodku pokoju. Gdy tragarze położyli szczura na srebrnej tacy, a Rasputin przyszedł z nożem, goście rzucili się na mięso, nie zważając na konwenanse. Nie pozwolili nawet przywitać się nowo przybyłym. Sabreski zrozumiał o co im chodziło, dopiero gdy sam spróbował nieziemskiej pieczeni. Andrzej wolał zająć się opróżnianiem barku, do którego zaprosił go gościnny brodacz.

– Powiadasz bracie, że jesteś samuraj? – zwrócił się do Floriana Grisza, gdy na tacy został już tylko szkielet wyrośniętego gryzonia.

– Tak. Ostatni samuraj Rzeczpospolitej. Ojciec też był wojownikiem, ale umarł na ostre zmiany ustrojowe w dziewięćdziesiątym.

– Idziesz drogą wojownika? – Uśmiechał się szyderczo.

– Mam swoje zasady.

– Zasady, powiadasz? – Założył nogę na nogę, rozsiadając się wygodniej na kanapie.

– Gdzieś przeczytałem takie mądre zdanie, że jak wiesz, że nie należy jeść ryby widelcem, to możesz jeść rybę widelcem.

– To ty taki mędrzec? – Posłał w kierunku ronina swoje świdrujące spojrzenie. – Zobaczymy! – Klasnął w ręce.

Rozmowy między innymi gośćmi ucichły, wszyscy słuchali teraz Rasputina.

– Ten oto Polak twierdzi, że jest mędrcem. Powiadam wam, że jeśli godnie odpowie na moje pytanie, oddam mu nieśmiertelne serce.

 Szemrania. Cztery dziewczęta w białych sukniach, siedzące na sofie obok gospodarza, zaczęły z niepokojem wymieniać się uwagami.

Rasputin uniósł ręce, uciszając szepty, pogładził brodę i rzekł:

– Jeśli A to B. Powiadam ci: A.

Chwila bezwzględnej ciszy.

– A… chuj-wafel.

Starzec poczerwieniał. Jakiś mężczyzna w kącie salonu wstał gwałtownie, ale po chwili ktoś go zatrzymał. Znów zaczęły się podnosić głosy, wśród których wyraźnie powtarzało się jedno słowo: zabłysnął.

Rasputin wziął nóż z tacy, wbił go sobie poniżej mostka, przeciągnął wzdłuż przepony, a wolną rękę włożył w powstałe rozcięcie, wyrywając pulsujący mięsień, po czym, szamocząc się, odciął trzymające go jeszcze tętnice. Bezwładnie wypuścił serce z ręki, a jedna z kobiet złapała je, nim upadło na podłogę, i z ukłonem przekazała Sabreskiemu, podając też nóż.

– Teraz ty jesteś mistrzem. Przyjmij w siebie to serce.

– Chyba… yyy… nie jestem na to gotowy. Byłoby miło, gdyby mogła pani zawinąć mi je w papier…

 

***

 

Wychodząc z uczty, Sabreski musiał taszczyć ze sobą zalanego Andrzeja. Najpierw podjechał samochodem pod kamienicę. Zaproponował też, że odwiezie do Pałacu Zimowego księżne Romanow, które płakały po Rasputinie. Usadził kolegę z przodu, a Ich Cesarskie Wysokości zajęły tylne siedzenie.

Jadąc w stronę Ermitażu, samuraj czuł się wstrętnie. Nie wiedział jak poprawić morową atmosferę. Wtem na jednym ze skrzyżowań zadzwoniła budka telefoniczna.

– Przepraszam, to do mnie – wypalił Florian i wyskoczył z auta, zaciągnąwszy hamulec. Rozmówił się z matką, przeprosił, że od trzech miesięcy nie wraca na obiad.

Wróciwszy do auta, wysłuchując do drodze przekleństw zirytowanych kierowców, znalazł się w patowej sytuacji. Księżna Olga siedziała za kierownicą, Maria i Tatiana skuwały Andrzeja, a Anastazja mierzyła w samuraja z pistoletu, wyjętego z kabury milicjanta.

– Oddawaj serce Griszy!

 

***

 

Oddał serce. Olga ruszyła z piskiem opon i Sabreski został bez samochodu, bez mieczy, bez serca i z żalem, że nie miał odwagi na tyle, aby wykroić własną pikawkę i zostać carem Wszechrosji, skrytym w cieniu kolejnych kadencji Michaiła Iwanowicza.

Jedynym co mógł jeszcze uratować, był honor. Ale na to był tylko jeden sposób. Samuraj z podniesionym czołem ruszył w stronę Ogrodów Katarzyny, odłamał gałąź z pozbawionej jeszcze listowia wiśni. Nadgryzł palec wskazujący prawej ręki, aby móc pisać krwią. Wykaligrafował co następuje na jedwabnej chusteczce:

 

Sabreski (1989-2016)

Na patyku

nawet szczur wart tyle

co serce w papierku

 

Przebił trzewia niezaostrzoną gałązką. Cierpiał długo i w męczarniach. Ronin ma prawo łamać zasady, ale jeśli chce być naprawdę wolny, musi za to odpowiedzieć.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To młody samuraj był ;-)

 

Błyskotliwy start, szczególnie ten z herbatą, potem siadło w Pakistanie, coś drgnęło w Petersburgu, finał fizoloficzny ;-)

 

Czyli ogólnie jak dla mnie: nierówne, ale nieźle napisane. I z humorem! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podobało mi się w całości, jak szczur podany gościom, więc nie będę się rozwodzić nad kolejami poczynań ostatniego samuraja i towarzyszącego mu Andrzeja, tym bardziej, że pokonywali odległości autem, a nie pociągiem. No, może z wyjątkiem góry, bo na nią weszli nogami.

No i powiem tylko ostatecznie o końcu, że zadał go sobie sam, ale spisał się dzielnie, zostawiając stosowne haiku. ;-)

 

– Stać ! Po­li­cja! – Zbędna spacja przed pierwszym wykrzyknikiem.

 

go­ście rzu­ci­li się na mięso, od­rzu­ca­jąc wszel­kie kon­we­nan­se. – Absurdalnie celowe powtórzenie?

 

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Bemik –  Cieszę się :)

@PsychoFish – Martwi mnie to pakistańskie siądnięcie i spróbuję dojść jego przyczyn. Obawiam się tylko, że dojdę do wniosków, że jeśli coś jest słabe, to pewnie dlatego, że jest słabe :D Dzięki ;-)

@Regulatorzy – Absurdalne w tym powtórzeniu jest jedynie to, że przeglądając tekst, widziałem je, ale zostawiłem, uznając, że jest za mało powtórzeniowe. Teraz usuwam. Dzięki ;-)

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Ono, to powtórzenie, nie było rażące, dlatego nie wytknęłam, tylko zapytałam czy jest celowe, bo nawet mi się podobało z powodu dwuznaczności. ;-)

Przepraszam, że wprowadziłam Cię w błąd.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lordzie, mię siadło w Pakistanie na tej scenie pałowania. Taka była dla mnie bardzo bezmyślno-przemocowa, nie absurdalna. Porównując że sceną początkową we Wrocławiu (?), gdy sfrustrowany hańbą herbacianą samuraj na siłę szuka godnego siebie przeciwnika, by pokonać go w spektakularny sposób, muszę powiedzieć, że tego absurdalnego sznytu zabrakło mi pod K2. 

Za to potem Rasputin zatarł złe wrażenie, a końcowa fizolofia w haiku wręcz je wypolerowała ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@Reg – Nie chcę już zmieniać tego w kółko, coby nie wyjść na chorągiewkę na wietrze :P Zostawię więc tak jak jest teraz, bo pierwsza wersja nie była zamierzoną grą słów.

@Fish – OK, rozumiem. Miałkość pod K2.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

OK, Lordzie, Ty tu rządzisz. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Klikam, bo uważam, że ładnie operujesz absurdem. Gdyby przeciętny polski lekarz tak operował absurdem, jak Ty, nie trzeba byłoby myć lancetów, a cały spirytus, który się na to przeznacza, można by wykorzystać do rozmrażania naszych myśliwców zimą. Jak wiadomo, zimą myśliwcom myśli się trudniej. Niektórym zresztą również wiosną, latem i jesienią.

 

Gadający Ryb przemówił więc słusznie – nierówne, ale niezłe.

Nierówności można wygładzić ostrzem katany.

Hańbę da się zmazać pędzelkiem do haiku.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję. Obawiam się, że skutek wyrównywania czegoś kataną będzie raczej cienki ;-P

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

No i wafel.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Mocno absurdalne. Jak dla mnie – zbyt mocno, ale to mój problem. Czyta się przyjemnie.

Widzę, że naprawdę blisko dotarłeś do limitu znaków.

Babska logika rządzi!

Tym razem to limit dotarł do mnie. Dzięki :)

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ciekawa wariacja na temat Don Kichota. Pozdrawiam :)

Również pozdrawiam, Nimordzie i dziękuję za przeczytanie. Żurorkom Loli i Morgianie takoż :)

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Absurdalne :)

Mnie również podobało się w całości, nic mi nie siadło, mimo, że to raczej nie moje klimaty (ani samuraje, ani Rosja). Bardzo fajny pomysł z tą policją/milicją-która-nie-istnieje! Właściwie mógłby się przydać w jakimś rodzaju dłuższego, kryminalnego fantasy ;))) … który to gatunek właśnie (chyba) wymyśliłam? :D

Jedyne, co mi się niezbyt podobało, to rodzaj absurdu/humoru w poprowadzeniu sceny tego “wyzwania” Rasputina.

Reasumując: dobrze napisany, zabawny, absurdalny, barwny tekst. Z przyjemnością :)

Dzięki, Anet :)

Dzięki, Blue Ice. Miło mi to czytać :)

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Stężenie absurdu jest zadowalające, nawet bardzo, ale ja chyba gustuję w trochę innych jego smakach, bo chwilami musiałam przedzierać się przez tekst jak przez dżunglę. Za to podobały mi się małe absurdziki schowane w dużym – kartofle z nogami? To kiełki :D

Ogólnie tekst napisany całkiem fajnie, ale w moim odczuciu można by go nieco zawęzić. Sam początek nieco przydługi, ale dowcip zacny. Choć sama mam trochę alergię na Rosję, dlatego może nie miałam aż tak dużej satysfakcji z lektury. 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka