- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Grzech miłowania

Grzech miłowania

Mój standardowy styl, z gadką o czystych ideach, doczesnym zepsuciu i tak dalej. Jak znajdziecie pomyłkę lub niezręczność, napiętnujcie ją od razu. Dążę do perfekcji ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Mirabell

Oceny

Grzech miłowania

Patrzę na twoją młodość i wolność. To one unoszą mnie ponad nędznikami. Jestem najwyżej, zapewniam ci najczystsze istnienie. Nasza symbioza jest piękna, póki mnie karmisz. Głodny upadam, łańcuchy z niegodziwości ciążą mi na uczynkach i myślach. Im więcej zjem cnót, tym staję się lżejszy.

Żyjesz na moim “ciele” już sto lat. Pamiętam, jak po raz pierwszy pojawiłeś się tu z małżonką. Podziwialiście wyspę, nie wierząc, że ma zarażone mną wnętrze. Ta kraina jest jak łagodny, surrealistyczny sen. Z mocarnych korzeni, zatopionych w ciemnej ziemi, pną się w niebo strzeliste skały. Porastają je kolczaste krzewy o gęstym listowiu, obdarzające świat cierpkimi owocami. Plon ten jest regularnie podkradany przez lud z wyspy Helikos, produkujący słynne gorzkie wino.

Skały wyrastające z korzeni są żywe i ciepłe; gdzieniegdzie na powierzchni wytryskają źródła parzącej krwi z ich żył, zwanej błękitną lawą. W kontakcie z chłodnym powietrzem nocy zmienia się w maleńkie kryształki, obsypując krainę niebieskim piaskiem. Dawno zapomniany, rodzimy lud wyspy podłożył pod strumyki głębokie zbiorniki i rozpiął nad nimi szklarnie, stale utrzymujące płynną konsystencję lawy. Skonstruował też skomplikowaną, tajemniczą aparaturę, pozwalającą w bezpieczny sposób produkować delikatne kamienie. Jednak nikt już nie znał ich przeznaczenia i nie silił się na żmudny proces produkcji.

Choć tak niezwykła, wyspa została opuszczona przez wszelkie rozumne stworzenie. Współczesne nam, myślące istoty skupiają się na gromadzeniu sprzyjających hedonizmowi gadżetów lub morderczych rekwizytów. Wszystkie zdobycze służą do zaspokajania najniższych żądz. Byty, które dążyły w górę, ku subtelniejszym doznaniom, wyginęły w dobie wojen i podbojów. W przestrzeni unosi się tysiące zapomnianych wysp, ruin ery namysłu i cnotliwości. Naszą idyllę tłumnie zamieszkują wyłącznie pstrokate, olbrzymie ptaki o błoniastych skrzydłach, obrośnięte puchem insekty, drobne, bystre ssaki i cierpliwe robactwo. Niegdyś rodziły się tu jeszcze nimfy, syreny i górskie duchy, ale schwytano je i uczyniono im rzeczy, o których kiedyś rozprawiałbym z lubością, lecz dziś ich świadomość niesie żałość i wstręt.

Tak, większość z tych stworzeń ja skazałem na okrutny los.

Podobnie jak ty nie dowierzałem, że zamknięto mnie w zachwycającej pozostałości po ofiarach chorego reżimu, który sam pomagałem zaprowadzić i utrzymać. Szydzono, że jako czyste zło zatruję nikomu niepotrzebną, latającą idyllę, obciążę ją swoim skalanym istnieniem i wpadnę w otchłań. Inicjatorzy buntu przeciwko mojej bezwzględnej władzy nie okazali się lepsi ode mnie. Miałem zamiar postąpić tak, jak oczekiwali, zdruzgotany po obaleniu, pojmaniu i uczynieniu niewolnikiem. Skuliłem się na skraju wyspy i zacząłem ciążyć jej istnieniu. Ale wtedy przyszedłeś do mnie, choć we wszystkich budziłem strach, a moje urokliwe więzienie zaczęto omijać z odrazą. Stanąłeś wraz ze swoją kobietą w powietrznym ogrodzie, objąłeś ją i powiedziałeś:

– To nasze miejsce do życia.

Twoja żona upomniała cię:

– Możemy iść, gdziekolwiek chcemy. Jesteśmy wolni. Po co nam miejsce do życia?

Rozejrzałeś się, przysłuchując ciszy i odparłeś:

– To my jesteśmy mu potrzebni, najmilsza. Słyszysz, jak woła? Zatrzymajmy się tutaj, póki nie umilknie.

Najpierw pomyślałem, że to niemożliwe, by istniał jeszcze ktoś o czystych intencjach. Byłem przekonany, że z łatwością zatruję ci serce i twoimi rękoma zemszczę się na uzurpatorach. Ale ty nie przybyłeś, by wyzyskiwać i niszczyć. Osiadłeś tu i dbałeś o rodzinę oraz stworzenia wokół ciebie. Nauczyłeś się tworzyć kryształy i ozdabiałeś nimi wyspę. Konsumpcyjny świat zewnętrzny oraz gromadzenie dóbr w ogóle cię nie zajmowały. Zupełnie jakbyś przespał zagładę bezinteresowności i ocknął dopiero teraz, wciąż wymykając się zepsutym, zwisającym coraz niżej nad otchłanią światom. Kiedyś słyszałem o takich, jak ty. O dezerterach. Ale nigdy nie udało mi się żadnego schwytać.

Moja złość zgasła pod wpływem krainy i twojego sposobu bycia. Gdy przestałem czuć ból nienawiści, zrodziła się we mnie przewrotna myśl. Zapragnąłem utrzymać mieszkańców wyspy przy jak najdłuższym i jak najbardziej okazałym życiu. Zaprzeczyć starzeniu się i umieraniu. Wspiąć w górę, nad wszystkie światy. Tam, gdzie czas niemal nie płynie. Gdzie szybują zaczątki idei, które, rozwinąwszy się, opadają i tworzą nasz świat. Pomyślałem, że w ten sposób dokonam o wiele lepszej zemsty. Przez wieki obdarzałem innych jedynie męką i śmiercią, a teraz przyniosę nieskalane niczym życie. Twoje życie na moim więzieniu.

Wypełniłem się pragnieniem utrzymania w najdoskonalszej formie egzystencji nawet najmarniejszego organizmu na wyspie. Śpiewałem z głębi ziemi stare, dziecięce rymowanki, których tysiące lat temu nauczyła mnie mamka. Gładziłem korzenie i miłowałem robactwo, drążące wyspę na tyle głęboko, by mnie spotkać. Najbardziej pomagały mi glisty i krety, ponieważ nie mogły dojrzeć mojej odstręczającej, przegniłej aparycji. Zamiast uciekać, słuchały z uwagą o mojej miłości i zanosiły ciepłe słowa oraz dobre emocje na powierzchnię. Wkrótce wszyscy mieszkańcy wiedzieli już, że mają gospodarza, który wielbi ich i pragnie zabrać w niebiosa. Twoja żona odczuła to szybciej od ciebie. Pamiętam jej słowa, jakbym usłyszał je ledwie przed chwilą.

– Albo okłamali nas, że w wyspie śpi potwór, albo niesłusznie zamknęli tu anioła.

Nosiłem w sobie piętno okrucieństw i mordów, zadanych tysiącom istnień. Wychudziło mnie i oszpeciło. Od zwracanej mi miłości zacząłem jednak pęcznieć i tracić na wadze, sprawiając, że wyspa się uniosła. Im więcej tworzyłeś naszemu domostwu ozdób z kryształów, tym mój pękaty duch stawał się im podobny – przybierał twardą, lecz kruchą strukturę i błękitny odcień. Lękałem się takiej formy i zachwycałem nią jednocześnie – każdy silniejszy wstrząs mógł mnie zniszczyć. Ale wyspa szybowała łagodnie w górę, z biegiem lat nabierając prędkości. Mijaliśmy nieliczne światy, coraz łagodniejsze, bardziej migotliwe, mniej realne. Wymykaliśmy się czasowi, brzemionom trwania w fizycznym świecie. Ze wszystkiego, co żywe na wyspie, zaczęło wydobywać się miękkie światło. Przyglądając mu się, zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy jasnością, skrytą w materii i ubraną w formy. Nawet ja, najgorszy z władców świata. Uzurpatorzy zostali na dole i zaimponowanie im przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Czułem dobitnie, że wędrówka w górę jest nieporównywalnie lepsza od spadania w otchłań, a przyjaźń mieszkańców wyspy niesie znacznie większą przyjemność, niż krwawa zemsta.

 

Wciąż mnie żywisz, choć przez chwilę zwątpiłeś. Chciałeś dożyć starości i zakończyć swoje trwanie, postąpić zgodnie z porządkiem natury. Pragnąłeś obserwować, jak twoi potomkowie wzrastają i dojrzewają. Wziąć na ręce wnuki. Ale im wyżej wzlatywaliśmy, tym bardziej wyrywaliśmy się przyziemności i porządkowi wszechrzeczy. Dążyliśmy ku boskości. Stawałeś się świetlistą istotą, wiecznie młodą i wolną od wszelkich powinności. Twoje dzieci nie przestawały być roześmianymi, cudownymi istotami gdzieś na progu istnienia i niebytu.

Postanowiłeś odejść. Zbudowałeś powietrzny statek, zabrałeś swoją rodzinę i opuściłeś nasz dom. Wtedy pogrążyłem się w kompletnej ciemności. Usłyszałem miliardy krzyków umierających, cierpiących mieszkańców wyspy i poczułem, jak nasz ukochany ląd zaczyna bezwładnie spadać. Moja krucha forma pękała coraz bardziej, im niżej się znajdowaliśmy. Trudno było znieść tę agonię, rozpacz i szybowanie z lekkich wyżyn świata z powrotem na poziom rozkochanych w otchłani bytów, marzących o zadawaniu bólu i śmierci. Ale wiedziałem, że zasłużyłem na mękę. Nie mogłem odkupić zniszczenia dziesiątek wysp, wyprowadzeniem jednej ponad nędzę śmiertelności. Żałowałem tylko, że ciągnę za sobą nasz dom. Byłem zbyt lekki i kruchy, by cokolwiek uczynić. I gdy porzuciłem wszelką nadzieję… wróciłeś. Uratowałeś naszą wyspę. Ocaliłeś mnie. Nie powiedziałeś dlaczego, ale znam twoje myśli. 

Patrzę na twoją młodość i wolność. Karmią mnie. Unosimy się, wymykamy doczesności. Czyż nie dokonałem najgorszego możliwego aktu wobec drugiej istoty, nieporównywalnie straszniejszego od tortur i uśmiercenia? Czyż nie uwięziłem nieuchwytnego?

Koniec

Komentarze

Napisane bardzo podniosłym, poetyckim, ale przystępnym stylem. 

Mało w nim fabuły, za to wiele niedomówień, niejednoznacznych filozoficznych wstawek. 

Mimo, że nie lubię tego typu opowiadań, Twój tekst przeczytałem z zainteresowaniem :)

Powtórzę publicznie, co już napisałam wcześniej:

Widać, że to Twój styl i tekst – filozoficzny, o eterycznej fabule, co wcale nie przeszkadza w płynnym czytaniu. Widać, że masz rękę do tego typu opowieści. Brawo :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za komentarze. Może zapracuję na miano naczelnego filozofa na NF ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Teksty filozoficzne mają to, że ich interpretacja jest otwarta. Często niełatwa. To opowiadanie o cnocie bezinteresowności, o potrzebie czynienia dobra, o potrzebie bliskości, o miłości, która unosi ponad zepsute materializmem światy… Opowiadanie czyta się jednym tchem, a styl jest hipnotyzujący, klimatyczny. Mocny, dobry tekst. Pozdrawiam.

Przeczytałem!

 

Dziękuję za udział w konkursie!

 

Pozdrawiam! 

 

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Może to dobry pomysł, żeby opowiadanie było monologiem, ale mnie, pomimo niewątpliwej urody zdań, Grzech miłowania nieco zmęczył. Miast wyrażać podziw dla każdego z kolejnych zdań, wolałabym, aby coś się działo.

Dodam jeszcze, że nie mam nic przeciw opowieści z wartką akcją, napisanej pięknymi zdaniami. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Początek był męczący. Trudno się zorientować o co chodzi i odniosłam wrażenie, że nieco odeszłaś od filozoficznych ideałów i porzuciłaś klarowność na rzecz piękna i zwiększania hermetyczności języka (iluż to filozofów poszło tą drogą ;)). Później jest lepiej i chociaż mnie osobiście drażnią takie upraszczające wstawki o tym, że świat popada w konsumpcjonizm, ludzie się degenerują i ogólnie wiek żelaza, to historia uwznioślania się mnie urzekła, zarówno formą jak i treścią.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Reg, to standard, z którym toczę poważną walkę. Ile ja razy słyszałam, że wszystko super, ale nic się w tekście nie dzieje… ;)  Mam teraz potężnego sprzymierzeńca w bitwie z brakiem akcji, bo czeka mnie solidny proces wydawniczy.

Mirabell, poprawię się! Uczę się cały czas, takie uwagi są dla mnie bezcenne ;) Dzięki za punkt.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nic się nie dzieje – ​nuda. Brak akcji kompensowany kwiecistym słownictwem, za którym nie przepadam.

Wprowadziłem tryb przeglądania po trzecim akapicie.

Ignorancja to cnota.

W takim razie idealnie dobrałeś swój podpis, skoro tylko przejrzałeś opko, a oceniłeś ;) Do samej oceny nic nie mam. Ale każdy filozof starożytny wyśmiałby takie ujęcie ignorancji, jak w twoim podpisie ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Kilka jeszcze fajniejszych podpisów, z którymi się w pełni identyfikuję:

 

Nadzieja jest początkiem nieszczęścia.​

Widzisz lepiej w wąskiej perspektywie.

Mały umysł to czysty umysł.

 

i pytanie konkursowe: skąd one są i po co je zamieściłem?

 

Racja: ignorancją jest przerwanie opowiadania, które nie przekonuje w pierwszych fragmentach i jest to cnota, bo pozwala zaoszczędzić czas na lepsze.

Ignorancja to cnota.

Ignorancja nie jest cnotą → pojęcie cnoty powstało w starożytności i wykluczało ignorancję ze swego grona. Taka uwaga merytoryczna.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Czyżbym popełnił błąd merytoryczny w podpisie, w moim CREDO?

O, nie…

Zmieniam na: “Ignorancja to wada, nie zawierająca się w pojęciu cnoty”

​ :)

Po namyśle… pozostanę przy swoim “błędzie”.

 

Ignorancja to cnota.

Jako filozof z wykształcenia, zawsze dążę do głoszenia prawdy ;) A każdy może żyć w jakim tylko sobie wymyśli kłamstwie.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Eee… jestem przekonany, iż mój podpis nie jest kłamliwy. To jest prawda.

Głosisz kłamstwo, tak twierdząc!

Ignorancja to cnota.

:) Lubię cię.

Filozofowie to straszni nudziarze. Prawda, sama w sobie, też jest nudna. “Zawołam” cię kiedyś do swojego tekstu, gdzie nie będzie filozofowania, za to wystąpi akcja (choć nie mogę zagwarantować, że wartka). Żebyś mógł doczytać do końca ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Dobrze, przeczytałem całość.

Ma to sens i jest o cnocie fajne zdanie:

 

Im więcej zjem cnót, tym staję się lżejszy.

 

I warsztatowo płynne, także. Lecz początkowej opinii generalnej nie zmieniam, ocenę nieco.

Ignorancja to cnota.

Doceniam wysiłek. Dziękuję za niego i przyjemną wymianę zdań.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nie wiem. Ciężko mi się określić. Czytając Twoje teksty, często nie umiem powiedzieć, ile jest w nich prawdziwej treści, a ile wypełnienia. Do tego są miejsca, w których zastanawiam się, czy wprowadzone wieloznaczności są potrzebne, czy coś wnoszą. Ale może tak ma być. Tym, co zostaje, są raczej wrażenia, niż skończone myśli.

Zdaję sobie sprawę, że to nawet nie jest opinia.

Przygotowuję od pewnego czasu prawie niefilozoficzny tekst. Z akcją ;) Specjalnie na portal, dla wszystkich bywalców, w związku z pewnym wydarzeniem. Ale, jak na razie, mamy to.

Dzięki za lekturę i komentarz.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Zacznę od warsztatu. Znakomity. Momentami, ośmielę się, okreslić jako wrecz poetycki. Fabuła z dobrym przesłaniem.

 

Wady: Ten tekst to kufer wypchany alegoriami i metaforami. W takiej formie mało zjadliwe. Jak wrzucić do zupy za dużo przypraw, to smak już nie ten ;)

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Jak to mi się często zdarza z Twoimi opowiadaniami, przeleciało górą. Tak, akcja by mi ułatwiła odbiór. :-)

Im więcej tworzyłeś naszemu domostwu ozdób z kryształów, tym mój pękaty duch stawał się im podobny

Czy w drugiej części czegoś nie brakuje?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka
Patronujemy