- Opowiadanie: SzyszkowyDziadek - Antyiluzjonista i kobieta w selerowym wieńcu

Antyiluzjonista i kobieta w selerowym wieńcu

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Antyiluzjonista i kobieta w selerowym wieńcu

Kim jest antyiluzjonista? Zdecydowanie łatwiej określić, kim nie jest, niż kim jest. Niewybaczalny, ale niestety powszechny błąd stanowi mylenie mej szlachetnej profesji z pracą zwykłego iluzjonisty. Prestidigitator umie wyciągnąć z błyszczącego kapelusza królika, który potem wesoło kica po scenie. Ja tego nie potrafię. Istnieją też oszuści, którzy mamią publikę hologramowymi gryzoniami, a z kapelusza wytrzepują jedynie kurz. To też nie moja specjalność. Z antykapeluszy również zwyczajowo wyjmuje się króliki. Problem w tym, że zwierzęta są martwe. Chociaż, czy to naprawdę problem? Wolę określenie właściwość. Specyfika bardzo specyficznego zawodu.

Niektórzy po prostu wolą, gdy wyciągnięta zza ucha moneta jest fałszywa. Antyiluzjonista nie odgadnie, jaką kartę wybraliśmy i zamiast damy pik pokaże zdjęcie przedstawiające przeszłość, o której chcieliśmy zapomnieć, lub przyszłość, której się obawiamy. Antysztuczki posiadają logikę. Obcą, nieludzką, ale i na swój sposób fascynującą.

Jednak nawet najpiękniejsze zajęcie kiedyś się znudzi. Gdy po raz dwudziesty wyciągasz z rękawa kolorowe chusteczki powiązane w stryczek, trudno nawet udawać zaskoczenie. Gdzieś się ulotnił młodzieńczy entuzjazm. Coraz częściej zamiast oklasków słyszałem pomruki znudzonej widowni. Wiedziałem jedno. Czegoś brakowało w moim spektaklu.

W poszukiwaniu inspiracji udałem się na pokaz zwykłego magika, przedstawiciela nie antyiluzji, lecz jej szkaradnej siostry bliźniaczki. Z trudem opanowałem obrzydzenie. A jednak tam właśnie znalazłem odpowiedź. Podstarzały sztukmistrz nie miał w sobie ni krzty charyzmy, ale nie psuło to występu. Uwagę widowni absorbowała pewna zjawiskowa piękność. Asystentka magika.

To było takie oczywiste. Kimże jest iluzjonista bez uroczej asystentki? Kimże jest antyiluzjonista bez swojej antyuroczej asystentki? Niesforny przedrostek popsuł mi szyki. Jak bowiem zdefiniować antyurok?

Twerk, mój podły konkurent, nigdy nie rozumiał zasad antymagii. Według skarlałego umysłu Twerka nie istniała różnica pomiędzy antypięknem a szpetotą. Jako pomocnika wziął sobie garbatego mężczyznę z krzywym nosem i rzadką, niezbyt estetyczną chorobą skóry. Co za ignorancja.

Antyurok to piękno na wspak, inne, przerażające i pociągające zarazem. Tylko gdzie coś takiego znaleźć? Płytki intelekt Twerka nie był w stanie objąć niuansów naszego fachu. Gdybyście tylko widzieli króliki, które ten szaleniec wyciąga z cylindrów. Ciarki przechodzą mi po plecach, gdy tylko pomyślę, co by się wydarzyło, gdyby kobieta w selerowym wieńcu poprosiła o pomoc Twerka. Na szczęście odwiedziła mnie.

 

***

 

Nie wiem, czemu najpierw zwróciłem uwagę na wianuszek sprawnie upleciony z liści selera. W konkursie na najbardziej ekscentryczny element garderoby mojego gościa miał sporą konkurencję. Tępo wpatrywałem się w kolczyki w kształcie muflonów skręcone ze spinaczy biurowych. Potem spojrzałem na usta pokryte żółto-zieloną szminką. Nie mogłem oczywiście nie zauważyć rozłożystej sukienki w kratę. Czarno-białe pola rozsypano w sposób nieregularny. Dzieło obłąkanego krawca budziło skojarzenia ze śnieżącym telewizorem. Szmaragdowe rękawiczki były chyba najnormalniejszym elementem ubioru tej kobiety.

Zszokowany niecodziennym wyglądem gościa, zadałem bardzo głupie pytanie:

– Co się pani stało?

– Wpadłam do bębna maszyny losującej – odparła rozbawiona kobieta, ukazując zęby pomalowane na różowo. – Nazywam się Karella. Czy to pan jest słynnym antyiluzjonistą Lupdosem?

– We własnej osobie – odpowiedziałem i zaprowadziłem gościa do gabinetu.

Karella usiadła na fotelu, starając się jak najmniej pognieść osobliwą suknię.

– Zatem… – zacząłem. – Dobrze zrozumiałem, że wpadła pani do jakiejś pralki?

To było już drugie arcygłupie pytanie, które zadałem tego wieczoru.

Gość roześmiał się i poprawił selerowy wieniec. Wtedy spostrzegłem, że szmaragdowe rękawiczki są w istocie pacynkami w kształcie krokodyli.

– Nie wpadłam do pralki, tylko do… To dosyć pogmatwane, więc może przejdźmy do interesów – powiedziała Karella. – Ale cieszę się, że podoba się panu mój strój – dodała.

Miała rację. Poza zaskoczeniem wygląd Karelli budził również podziw. Ta czarująca kobieta idealnie nadawałaby się na asystentkę magika. Ja jednak nie byłem magikiem.

– Co panią tu sprowadza? – zapytałem.

– Jestem zainteresowana pana występem – odrzekła kobieta w selerowym wieńcu.

– Najbliższy pokaz mam za tydzień w Teatrze Turkusowym. Nie wyprzedano jeszcze biletów – powiedziałem, usiłując ukryć smutek. Minęły już czasy, gdy na antysztuczki Lupdosa przychodziły tłumy. – Chyba, że chodzi pani o pokaz prywatny.

– Tak, jak najbardziej prywatny – odpowiedziała Karella. Bawiła się spinaczowymi kolczykami.

– Z jakiej okazji? Urodziny, a może bal dla dzieci? Kogo mam uraczyć swoją antyobecnością? – dopytywałem, coraz bardziej ciekaw tajemniczego zlecenia.

– Bez okazji. To znaczy… Nie chciałabym na razie zdradzać swoich motywów. Mam nadzieję, że pan to uszanuje.

– Oczywiście. Antyiluzjoniści zawsze szanowali tajemnice. Przed jaką publicznością będę mieć zaszczyt wystąpić?

– Przede mną – odparła bez wahania. – Chodzi mi o naprawdę prywatny pokaz. Tylko ja i pan.

Zarumieniłem się. W całej swojej karierze nie otrzymałem podobnej propozycji.

– Będę zaszczycony. Jest pani zainteresowana jakimś repertuarem antysztuczek, czy mam panią zaskoczyć?

Znów ujrzałem różowe zęby tej niezwykłej kobiety.

– Mam nadzieję, że mnie pan zaskoczy – odpowiedziała. – Ale chodzi mi o konkretną sztuczkę. Tylko jedną.

– Zamieniam się w słuch.

Karella pochyliła się, opierając głowę na szmaragdowych krokodylach.

– Czy miałby pan ochotę przerżnąć mnie na pół?

 

***

 

Dlaczego się zgodziłem? Jedną z przyczyn była zawodowa ciekawość. Interesowało mnie, co takiego może się stać. Nie przypominałem sobie żadnego eksperymentu z antyprzepołowieniem. Miałem szansę zostać pionierem i przejść do historii antyiluzji. Ponadto to trochę wstyd, że tak znany prestidigitatorski trik z przecięciem kobiety nie posiada jeszcze szlachetniejszego odpowiednika. Drugą przyczyną była ciekawość raczej osobista. Karella mnie fascynowała i bardzo chciałem jeszcze ją spotkać oraz poznać tajemnicę dziwnego stroju.

– Do zobaczenia. Za dwa dni antyskrzynia powinna być już gotowa – powiedziałem, żegnając kobietę z selerem na głowie.

– Do zobaczenia. Niech stochastyczne fatum panu sprzyja – odparła. Nie zrozumiałem, co miała na myśli.

Dwa dni później odwiedziła mnie po raz drugi i, w pewnym sensie, ostatni. Wyglądała inaczej, ale nadal nie można było określić jej stroju mianem normalnego, choćby nie wiem, jak bardzo rozdąć zakres znaczeniowy tego słowa.

Odniosłem wrażenie, jakby uciekła z cyrku, choć trudno powiedzieć, czy bardziej nadawałaby się na klauna czy na woltyżerkę. Miała na sobie jednoczęściowy kostium w kolorze płomieni udekorowany metalową broszką w kształcie meduzy. Rolę rękawów pełniły abażury lampek nocnych. Szalik zrobiła chyba z ogrodowego węża. Jedynym znajomym elementem był selerowy wieniec otaczający ciemne włosy Karelli.

– Nadal chce pan wiedzieć, co mi się stało? – spytała na powitanie, obdarzając mnie prześlicznym uśmiechem. Nie miała już różowych zębów.

Zaprowadziłem ją do pokoju, którego wystrój trochę pasował do ekscentrycznego ubioru gościa. Fioletowa skrzynia i leżąca na niej piła prezentowały się względnie zwyczajnie, w przeciwieństwie do eksponatów czy raczej trofeów ozdabiających pomieszczenie.

Jednak Karella nie przestraszyła się mojej kolekcji. Zaciekawiona podeszła do gabloty z wypchanymi królikami.

– Niesamowite! – krzyknęła. Zaklaskałaby, gdyby abażury nie krępowały jej dłoni. – Jest tu ich chyba ze sto. Zbiera je pan?

– Poniekąd. To pamiątki z występów. Wszystkie wyciągnięte z antykapeluszy. Mam już spore zniżki u znajomego taksydermisty.

– Nawet nie wiedziałam, że króliki mogą być takie duże – zachwyciła się Karella, patrząc na wyjątkowo pokaźny okaz.

– Przyznam, że na początku wyjmowałem tylko miniaturki. Podobno istnieje ścisły antymagiczny związek pomiędzy wielkością królika lub ogólniej efektem antyiluzji a talentem i pewnością siebie antysztukmistrza.

Wzrok Karelli przeniósł się na najświeższe eksponaty w kolekcji. Mówiąc eufemistycznie, nie wyglądały zbyt imponująco. Nie były co prawda tak mizerne jak okazy z czasów, gdy dopiero uczyłem się fachu, ale nadal potęgowały moje rozgoryczenie. Najlepsze lata wielkiego Lupdosa już minęły.

– A co będzie tutaj? – spytała, wskazując na puste miejsce w gablocie.

– Królik, którego wyciągnę w przyszłym tygodniu podczas występu w Teatrze Turkusowym. Mam nadzieję, że będzie duży. Widzi pani, w antyiluzji rozmiar naprawdę ma znaczenie. Czasami przechwalamy się w knajpach jak wędkarze. Taaakiego króla wyciągnąłem z cylindra – powiedziałem i rozpostarłem ramiona.

Karella wybuchnęła śmiechem.

– Na pewno będzie olbrzymi – zapewniła. Odeszła od gablot i zaczęła przyglądać się fioletowej skrzyni. Oraz leżącej na niej pile.

– Mam nadzieję, że się pani nie boi? – zapytałem.

– Skądże znowu. – Karella potrząsnęła głową, omal nie strącając wieńca. – Ufam fatum – dodała. Bez wahania podniosła górne wieko skrzyni i weszła do środka.

– Komu pani ufa? Przepraszam. Nie musi pani odpowiadać, jeśli to tajemnica.

Karella zmarszczyła czoło, jakby nad czymś się zastanawiała.

– W zasadzie, to mogę panu powiedzieć. Mam nadzieję, że jest pan… tolerancyjny. Chodzi o to, że jestem losówką.

– Kim?

– Losówką. Szukamy sensu życia w generatorze liczb pseudolosowych – powiedziała. Trochę się wierciła, usiłując znaleźć najwygodniejszą pozycję w skrzyni.

– Coś jakby obiło mi się o uszy. To jakieś wyznanie?

– I tak, i nie. Wbrew pozorom to całkiem sensowna filozofia. Słyszał pan o badaniach, według których losowe inwestycje mogą przynieść większy zysk niż opieranie się na opiniach ekspertów? My, losi, uważamy, że podobne reguły można odnieść do praktycznie każdej dziedziny życia. Począwszy od ubioru, przez karierę, na doborze partnera życiowego skończywszy. Uważamy, że maszyny losujące są bardziej wiarygodne niż kapłani czy święte księgi. Ale, wbrew obiegowym plotkom, nie odprawiamy mszy w kasynach – zażartowała.

– Zatem, pani specyficzny strój…

– Tak, moim stylistą są liczby losowe.

– Zatem, dlaczego drugi raz widzę panią w wieńcu z liści selera?

Karella spojrzała na mnie z podziwem.

– Jest pan bardzo spostrzegawczy. Rzadko się zdarza, by kostka dwa razy z rzędu upadła na tej samej ściance. Tym bardziej, gdy ma ich tysiące. Po prostu nie jestem tak do końca ortodoksyjna i jedną ściankę zrobiłam trochę większą. Wystarczyło delikatnie przeprogramować generator. Przestrzeń stanów pozostała bez zmian, tylko zmieniłam miarę.

– Ale dlaczego? – zapytałem. Rozmowa pozwalała mi jakoś opanować tremę przed eksperymentem.

– Ja po prostu bardzo lubię ten wieniec z selera – odparła z rozbrajającą szczerością. – Oczywiście nigdy nie dopuściłabym się podobnego świętokradztwa w przypadku naprawdę ważnych decyzji losowej wyroczni.

– A co ostatnio poradziła pani zrobić losowa wyrocznia?

– Pójść do najlepszego antyiluzjonisty w mieście i poprosić o przecięcie mnie na pół.

Zamarłem. Nie miałem żadnych wyrzutów sumienia, gdy przyjmowałem zlecenie Karelli, bo byłem pewien, że podjęła decyzję z własnej woli. Że to jej wybór, że ona tego chce.

– Chyba się pan nie rozmyślił? – zapytała klientka, wyraźnie zaniepokojona. Musiała dostrzec wątpliwości, które wdzierały się do mojego umysłu.

Podniosłem piłę i zacząłem przyglądać się odbitej w metalu twarzy. Zadawać w myślach pytania samemu sobie.

Czy mam prawo to zrobić? Czy w imię kariery i chorej ambicji nie wykorzystuję tej kobiety, której jakaś obłąkana sekta kazała kierować się w życiu wskazaniami mechanicznej kostki do gry?

A jednak to zrobiłem.

 

***

 

Wyobrażacie sobie, jakie to wspaniałe uczucie, gdy wyciąga się z kapelusza dziesięciokilogramowe królicze truchło? Mocno się zziajałem, podnosząc to bydlę. Ale było warto, biorąc pod uwagę oklaski, którymi nagrodziła mnie publika Teatru Turkusowego. Dostałem owacje na stojąco, a nawet na skacząco. Szkolna wycieczka również świetnie się bawiła, choć dzieci zwykle są wybredne.

Na początku nie szło mi idealnie, trochę się stresowałem. Potem jednak uświadomiłem sobie, że przecież chrabąszcze majowe nie odlatują do ciepłych krajów. Ten fakt bardzo mnie uspokoił i dodał otuchy. Czułem się, jakbym znowu miał dwadzieścia lat. Potrafiłem cieszyć się razem z widownią, sypać z rękawa żartami i anegdotami. Nie wiedziałem, że znam tyle dowcipów. Nie zdenerwowało mnie nawet, gdy po ohydnej antysztucce z wypluwaniem zdeformowanego gołębia poproszono o bis. Czego się nie robi dla kochanych fanów. Nikt nie żałował kupna biletów na występ wspaniałego Lupdosa i jego antyuroczej asystentki.

Moja pomocniczka i osoba, bez której pokaz z pewnością by się nie udał, miała na imię Karella. Serca widzów zaskarbiła sobie między innymi oryginalnym ubiorem. Tamtego wieczoru prezentowała się iście fenomenalnie. Nosiła puszysty zielony szlafrok, który wyglądał, jakby uszyto go z waty cukrowej. Talię kobiety zdobiła opona, a zamiast butów miała płetwy nurka. Niezbędnym składnikiem kompozycji był, rzecz jasna, wieniec z selerowych liści. Zjawiskowa asystentka wręcz zahipnotyzowała publiczność urokiem na wspak.

Po występie, zakończonym burzą oklasków i deszczem kwiatów, przyszedł czas na rozdawanie autografów. Dawno nie miałem takiego wzięcia. Musiałem odganiać się od wielbicielek i natrętów, którzy naciskali, abym zdradził sekrety antysztuczek.

W pewnym momencie spostrzegłem chłopca, który chyba odłączył się od szkolnej wycieczki. Dziecko stało naprzeciwko mojego nowego rekwizytu i chyba chciało poprosić go o autograf.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zaproponowałem rozbawiony.

Nawet na mnie nie spojrzał, tylko beznamiętnie wpatrywał się w szklane oczy Karelli, manekina, który uświetnił mój występ.

– Czy ona żyje? – Chłopiec wskazał palcem na lalkę w szlafroku z waty cukrowej.

Zrobiło mi się niedobrze, ale jakoś opanowałem zawroty głowy.

– Podobał ci się występ? – spróbowałem zmienić temat.

– Występ wspaniały, cudowny, najlepszy – wyrecytował i wykonał dziwaczny gest, jakby bronił się przed niewidzialnym wrogiem. – Ale czy ona żyje? – powtórzył pytanie, domagając się odpowiedzi.

Milczałem, bo zwyczajnie nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem, czy Karella żyje.

Szarpnąłem odrobinę za mocno, ale chciałem, by gówniarz w końcu na mnie spojrzał. Chłopak jęknął, ale nie przestawał pytać.

– Czy ona żyje?

– Ona tego chciała! – krzyknąłem coś, w co bardziej chciałem wierzyć, niż naprawdę wierzyłem.

Pragnąłem już tylko jak najprędzej wrócić do domu. Opuściłem ten przeklęty teatr, nawet nie czekając na bankiet.

 

***

 

Nie mogłem zasnąć. Wierciłem się na łóżku, próbując zakneblować wyrzuty sumienia. Daremnie. Potwory upomniały się o mnie, tak bardzo chciały przypomnieć mi dzień, w którym stałem się jednym z nich.

Pamiętam, że gdy przecinałem tę kobietę, miałem wrażenie, jakbym kroił nożem ptasie mleczko. Jakby zamiast z mięśni i kości składała się z gęstej mgły. Ale trwało to tylko chwilę. Po kilku sekundach piła znalazła się już po drugiej stronie skrzyni. Nie było żadnej krwi, wiórów, żadnego dźwięku. Jakby narzędzie przeleciało przez skrzynię, nawet jej nie dotykając.

A jednak jakimś sposobem wyciekło życie Karelli. Widziałem moment, w którym zgasła. To chyba najlepsze słowo. W jednej chwili jej oczy utraciły cały blask.

Spanikowany otwarłem skrzynię. Karella nie miała żadnych ran. Kostium w kolorze płomieni pozostał nieuszkodzony. Nie dostrzegłem żadnego draśnięcia. Pomyślałem, że to logiczne, w końcu antymagia nie jest niczym fizycznym. Nie jest też po prostu magią ze znakiem minus.

Skarciłem się w myślach za roztrząsanie akademickich problemów w zupełnie nieodpowiednim momencie i spróbowałem jakoś ocucić Karellę. Bez skutku. Jej serce pozostało nieme.

Przyszło mi do głowy, że mogłem to przecież przewidzieć. Dlaczego antyprzepołowiona kobieta ma być bardziej żywa od królika z antykapelusza? Co ja sobie myślałem? Że zmienię Karellę w brokatową księżniczkę, która dopiero co wyszła z dyniowej karocy?

Wtedy spostrzegłem, że Karella naprawdę przypomina księżniczkę w selerowym diademie, na którą zły czarnoksiężnik rzucił klątwę. Gdy tak leżała nieruchomo w fioletowej trumnie, wzbudzała jednocześnie zachwyt i grozę. Pomyślałem, że tego właśnie szukałem, że tak musi wyglądać antyurok, urok na wspak, urok wypaczony. W mojej głowie pojawiła się chora myśl. Widocznie nie potrafiłem wyjść z roli nikczemnego czarnoksiężnika.

Przekręcałem się z boku na bok. Nadal miałem nadzieję, że sen wybawi mnie od złych wspomnień. Ale odsiecz nie przybywała.

Zmiana dekoracji. Na scenę wstąpił nowy aktor. Znów widziałem ohydny uśmiech taksydermisty, gdy przyjmował zlecenie. Powiedziałem wtedy, że chodzi o naprawdę dużego królika. Musiałem sporo dopłacić, żeby nie słuchać dodatkowych pytań.

Czułem się wstrętnie. Od czasu tamtego nieszczęsnego eksperymentu atakowały mnie wyrzuty sumienia wraz z pewnym dziwnym wrażeniem. Chwilami wydawało mi się, jakby jakaś natrętna mucha próbowała wlecieć do mojej głowy. Jednak dzielnie to znosiłem. Potrafiłem wmówić sobie, że Karella sama tego chciała. To nie moja wina. Czy mogłem brać odpowiedzialność za losowe ziarno zmielone w maszynie liczącej, które kazało tej kobiecie popełnić wymyślne samobójstwo?

Zamiast upragnionego snu dostałem kolejną wizję. Ujrzałem siebie podczas przygotowań do występu w Teatrze Turkusowym. Ubierałem akurat swoją antyuroczą asystentkę. Dekorowałem manekina jak świąteczne drzewko, jakbym już zapomniał, że Karella kiedyś żyła i pewnie żyłaby, gdyby nie… Musiałem wymienić liście selera w wieńcu, bo stare zaczęły więdnąć. Wmawiałem sobie, że tak właśnie by się ubrała. Spełniałem testament, którego nie było.

Stwierdziłem, że i tak nie zasnę tej nocy i lepiej zająć się czymkolwiek, niż zadręczać się okropnymi wspomnieniami. Zacząłem krążyć po sypialni zupełnie bez celu. Zatrzymałem się przy regale z książkami. Z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że gatunek drewna, z którego został wykonany, wyklucza pokrewieństwo regału z moją matką. W związku z tym racjonalnym spostrzeżeniem nabrałem ogromnej ochoty poczytać o ontologicznym dualizmie. To w końcu logiczne. Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.

Wziąłem opasłą encyklopedię filozofii i usiadłem na łóżku. Zacząłem przeglądać rozdział poświęcony teorii bytu. Z jakiegoś krystalicznie rozsądnego, urzekająco sensownego powodu postanowiłem zgłębić sekret umysłu i ciała. Tego, co je łączy, a może bardziej tego, co je dzieli.

Wtedy kilka rzeczy wpadło mi do głowy niemal jednocześnie. Spojrzałem na lampkę nocną. Jej abażur z czymś mi się skojarzył i znów uświadomiłem sobie, jaki ze mnie potwór. Drugim uczuciem było to dziwne brzęczenie, mentalna mucha ponownie chciała dostać się do mojego umysłu. Pomyślałem, dlaczego w sumie miałbym jej nie wpuścić.

Wtedy usłyszałem dziwny głos, dochodzący jakby z wewnątrz świadomości.

– Nadal pan nie rozumie, co tak naprawdę pan przeciął?

Rozejrzałem się wokół, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że źródło głosu znajduje się w mojej głowie. W zasadzie to była bardziej myśl. Głos posiada barwę i można poznać po nim nastrój rozmówcy. To, co słyszałem, było nijakie, pozbawione wszelkich charakterystycznych cech. Nie mogłem więc zorientować się, kto do mnie mówił.

– Nie poznaje mnie pan? Jestem Karella.

Omal nie zemdlałem. Ale nie chciałem dać po sobie poznać, jak bardzo się boję. Spróbowałem odpowiedzieć.

– Co pani tu robi? – zadałem w myślach kolejne z cyklu bardzo głupich pytań. Dobrze wiedziałem, że przyszła się zemścić. Czego innego może chcieć upiór kobiety od człowieka, który ją zabił, a potem jeszcze zbezcześcił zwłoki?

– Nie jestem upiorem – poprawiła Karella, bezwstydnie kartkując moje myśli. – Tylko wydestylowaną przez pana świadomością. To dosyć istotna różnica jakościowa.

Nie wiedziałem, czy jest bardziej wściekła czy zrozpaczona. Próbowałem uciszyć złego ducha, ale było już za późno. Karella zdążyła włożyć stopę między framugę a drzwi percepcji.

– Tak bardzo się cieszę, że w końcu chce mnie pan wysłuchać. Wcześniej odganiał się pan ode mnie jak od jakiegoś insekta. Mogłam jedynie rozmawiać z panem poprzez, nazwijmy to, sugestie. Na przykład ta książka…

Nie potrafiłem się obronić przed złowrogą marą. W akcie desperacji cisnąłem przed siebie encyklopedią filozofii. Niestety książka, choć poruszała szerokie spektrum tematów ontologicznych, sama w sobie istniała tylko materialnie. Nie mogła uderzyć ducha, wydestylowanej świadomości czy czegokolwiek w tym rodzaju. Już rozsądniej byłoby walnąć się tym tomiszczem w łeb.

Zmora kontynuowała swój monolog.

– Od kiedy nieświadomie odciął pan moją duszę od ciała, mogłam, przynajmniej w pewnym stopniu, słuchać pańskich myśli. Obserwowałam walkę z sumieniem. Teraz już mi pan nie ucieknie.

Przełknąłem ślinę. Chwyciłem jedyną broń, jaką miałem pod ręką. Uzbrojony w lampkę nocną, oczekiwałem najgorszego. Duchowi znudziło się już trzymanie mnie w napięciu.

– Pańskie sumienie jest tak ohydnie, przepraszam za wyrażenie, deterministyczne. Wstrętnie konsekwentne. Nie mogłam się przez nie przebić. Ale w końcu mnie pan wpuścił. Nareszcie mogę to powiedzieć, wyjaśnić tę tragedię pomyłek. Chcę panu… podziękować.

– Podziękować? Błagam, niech pani ze mnie nie kpi.

– Niech mnie pan wysłucha i przestanie rzucać przedmiotami, te domowe egzorcyzmy nie robią na mnie wrażenia.

– Przepraszam. – Postawiłem z powrotem lampkę nocną.

– Już lepiej. Nadal pan nie rozumie, co się wydarzyło? Kiedy mnie pan przecinał, przez chwilę poczułam się, jakbym składała się z morskiej piany. A potem już nie żyłam. Przynajmniej nie w klasycznym sensie…

– Przepraszam. Gdybym tylko wiedział…

– Niech pan już nie jęczy. Pierwszym odruchem była oczywiście próba powrotu do ciała, ale to nic nie dało. Przyznam, że przez chwilę pana nienawidziłam. Bluźniłam przeciwko swojej religii, gardziłam wyrocznią i tym, na co mnie skazała. Ale potem zrozumiałam, że otrzymałam dar. Z punktu widzenia mojej wiary zostałam wręcz zbawiona. Stochastyczne fatum zapragnęło, abym została fluktuacją! Pozbawiona balastu ciała, jako czysta inteligencja, dostałam możliwość przemierzania nieznanych wymiarów, mogłam teraz błądzić naprawdę losowo. Wyobraża pan sobie tę wszechstronną przestrzeń stanów? Wtedy zobaczyłam, jak próbuje mnie pan ocucić. To znaczy moją powłokę, której już nie potrzebowałam. Usłyszałam pańskie myśli i marzenia. Wiedziałam już, jak się odwdzięczę.

– Przecież to była moja decyzja. Tak bardzo żałuję…

– To była nasza wspólna decyzja. Po prostu coś panu zasugerowałam. Pomagałam też w przygotowaniach do występu. Niby skąd pan wiedział, jak ubrać moją skorupę? Bez subtelnych wskazówek nie dałby pan sobie rady. Nie potrafiłabym zaufać w kwestii stroju komuś, kto nie odróżnia apaszki od szalika, łososiowego od różowego lub, o zgrozo, wariacji od permutacji. Znowu posłużyłam się generatorem.

Powoli docierało do mnie, że już jestem bezpieczny i Karella naprawdę nie planuje wyssać mojej duszy przez ektoplazmową słomkę. Byłem trochę speszony, rozmawiając z kobietą w tak niecodziennej postaci. Nadal nie czułem się swobodnie, wiedząc, że obca świadomość podsłuchuje moje myśli, ostentacyjnie łamiąc tajemnicę neuronowej korespondencji.

– Ale przecież… Nie chciałbym obrazić pani obecnego stanu, ale trudno rzucać kostką, gdy nie ma się rąk. Rozumie pani, o co mi chodzi?

– To dosyć proste. Powiedzmy, że mogę teraz dosłownie wejść do maszyny losującej. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, jak bogatą osobowość mają losowirówki. Można pogadać z nimi o tym, co naprawdę istotne. Począwszy od zwyczajów migracyjnych chrabąszczy, przez zastosowania zarozumiałych limonek, na drzewach genealogicznych regałów skończywszy. Prawdę mówiąc, cieszę się, że moja wylinka może się jeszcze do czegoś przydać. Kiedyś pragnęłam występować na scenie, ale wyrocznia miała inne pomysły na moją przyszłość. W pewnym pokręconym sensie spełnił pan to marzenie.

– To znaczy, że oglądała pani pokaz?

– Oczywiście, pomagałam najlepiej, jak umiałam. W końcu marzył pan, abym została asystentką. Zaczął pan trochę niemrawo i musiałam przekonać pana, że wszystko będzie dobrze. I, sądząc po rozmiarze królika, wszystko było dobrze. Wystarczyła odrobina sugestii.

– Tak bardzo dziękuję.

– Swoją drogą, wiedział pan, że ją też można przedawkować?

– Co?

– Sugestię. Wtedy na widowni był taki chłopak. Zupełnie mnie zignorował, kiedy przekonywałam go, że ma do czynienia z dziełem sztuki. Nie dość, że nie bił braw, to jeszcze wiercił się i przeszkadzał. Nawet rzucał w pana landrynkami. Może dzieci są bardziej odporne na wpływ fluktuacji i mentalnego szumu. W każdym razie zasugerowałam trochę mocniej. I chyba za mocno, bo coś dziwnego się z nim stało. Zabawne.

– Nie rozumiem. Do czego pani go przekonywała? – spytałem, coraz bardziej zaniepokojony słowami Karelli.

– Do tego, że ma zaszczyt oglądać najwybitniejszego przeklętego maga wszech czasów.

– Ale dlaczego?

– Ponieważ przemądrzałe limonki idealnie nadają się do gry w kręgle. Powód dobry jak każdy inny. Większość widowni uznała to za wystarczająco przekonujący argument. Wspaniały spektakl sugestii. Czyż nie?

Otumaniony siedziałem na łóżku. Mój mózg wyraźnie zmęczyło przechowywanie dwóch jaźni. Ale nie to było najgorsze. Krzyknąłem, na tyle, na ile można krzyknąć w myślach.

– Czy to znaczy, że cały ten spektakl to jedna wielka fikcja?! Efekt zbiorowej hipnozy?!

– Owszem – potwierdziła Karella. Pewnie kiwnęłaby głową, gdyby jej głowa nie była akurat wypełniona wełną i nie znajdowała się w odległym miejscu.

– Przecież to oszustwo!

Wyczułem coś dziwnego, jakby ktoś połaskotał mnie po umyśle.

– Co to było? – spytałem.

– To? Tak teraz wygląda mój śmiech. Beze mnie nic…

– Nie chcę takiej pomocy! Istnieje sztuczka z łączeniem chińskich obręczy. Dokonam ponownej syntezy…

– Więc tak naprawdę nie szukałeś asystentki, tylko maskotki. Wydrążonej kobiety, która nie może nawet się odezwać. Dekoracji, rekwizytu. Na tym polega ten twój przeklęty antyurok?

– Chciałem asystentki, a nie klakiera! Idź sobie!

– Zastanów się. Po prostu rozszerzyłeś repertuar o pewną mentalistyczną sztuczkę. Zaczniemy występować razem. Wielki Lupdos powróci. Zastanów się.

– Idź sobie! Wyrzucę manekina. Nie boję się ciebie. Jesteś wydestylowaną świa…

– Nie rozumiesz. Przecież ci nie grożę. Tylko proszę… Tylko sugeruję, żebyś się zastanowił.

I wtedy się zastanowiłem. Rozważyłem argumenty za i przeciw.

Gdybym się zgodził, stałbym się oszustem. Splugawiłbym sztukę antyiluzji. Byłbym gorszy od Twerka. Co to za osiągnięcie oczarować publiczność odurzoną oparami losowego absurdu?

Potem jednak uderzyła mnie żelazna logika kontrargumentów. Czy widzieliście kiedyś jeża, który zajmował się szydełkowaniem? Nie mogłem oczywiście zapomnieć o krojeniu masła samurajskim widelcem. Byłoby bardzo nieroztropnie pominąć wpływ plam po kawie na słońcu.

– Już się zastanowiłeś?

– Tak.

– To przecież takie logiczne. Prawda?

Koniec

Komentarze

Dziwne to opowiadanie, zauroczyło mnie, przede wszystkim “zakurzonym”, oldskulowym klimatem. W określeniu “zakurzony” nie ma ani grama złośliwości. Chodzi mi o sposób narracji i język, skupienie się na detalach. Drobny absurd świata przedstawionego i bohaterów. Podobało mi się. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dzięki, Gravel, za komentarz i punkcik. Cieszę się, że odebrałaś tekst jako dziwny i oldskulowy, bo taki właśnie miał być. Zależało mi na stworzeniu takiego trochę neowiktoriańskiego świata. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszkowy, dużo pozmieniałeś, czy to właściwie ten tekst, który już czytałam?

Babska logika rządzi!

Ponieważ antyiluzję rozumiem jako twardą, że tak napiszę gołą rzeczywistość, nie czuję się upoważnionym do komentowania, a co dopiero do oceniania opowiadania pomimo faktu, że zawiera interesujący mnie motyw współobecności dwóch świadomości w jednym środowisku / nosicielu.

Finklo, poza jakąś kosmetyką to ten sam tekst z bety.

Adamie, dzięki za przeczytanie. Rozumiem, że nie każdemu taka mieszanka motywów z fantasy i science-fiction (horroru w sumie trochę też) odpowiada.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Uch, nie pamiętam dokładnie, co pisałam w becie, ale opowiadanie ciekawe. Absurd przemieszany z logiką w najlepszym wydaniu SzyszkowegoDziadka. Podobało mi się, chociaż nie cierpię selera. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak zwykle, Szyszkowy, człowiek czyta i człowiek myśli: Ło Jezu, co on ma w tej głowie, no…!

Dobre i pojechane, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Szkoda bezcielesności, bo cała reszta… Móc tak ustawiać gościa, jak tylko się pragnie. Hmmm… miła myśl. ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Jakąś cenę trzeba zapłacić za potęgę sugestii. :) Dzięki za odwiedziny. Lubię pisać pojechane teksty. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Skupiłam się na satysfakcjonującej lekturze, nie zgłębiając zupełnie zagadnienia, czy opowiadanie jest antynormalne, czy tylko zwyczajnie absurdalne.

Z losowo wybranych zdań, urzekło mnie: Za­trzy­ma­łem się przy re­ga­le z książ­ka­mi. Z nie­ma­łym zdzi­wie­niem za­uwa­ży­łem, że ga­tu­nek drew­na, z któ­re­go zo­stał wy­ko­na­ny, wy­klu­cza po­kre­wień­stwo re­ga­łu z moją matką. ;-)

 

Ale, wbrew obie­go­wym plot­kom, nie ob­cho­dzi­my mszy w ka­sy­nach – za­żar­to­wa­ła. – Tekst jest wielce absurdalny i nie chciałabym się weń wtrącać, ale mszy się chyba nie obchodzi, mszę się odprawia. Czy zdanie nie powinno brzmieć: Ale, wbrew obie­go­wym plot­kom, nie odprawiamy mszy w ka­sy­nach – za­żar­to­wa­ła.

 

Ja po pro­stu bar­dzo lubię ten wie­niec z se­le­ra. – od­par­ła z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią. – Zbędna kropka przed półpauzą.

 

Za­da­wać w my­ślach py­ta­nia do sa­me­go sie­bie. – Raczej: Za­da­wać w my­ślach py­ta­nia skierowane do sa­me­go sie­bie. Lub: Za­da­wać w my­ślach py­ta­nia samemu sobie.

Pytania zadajemy komuś, nie do kogoś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kwestia absurdalności i antynormalności opowiadania ściśle zależy od przyjętej metodologii badań i na ten moment jest nierozstrzygalna. Dziękuję za wszystkie poprawki i komentarz. Cieszy mnie docenienie wątku genealogii regałów. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Duży plus za koncepcję życia według reguł maszyny losującej. i możliwość drobnego nagięcia jej zasad, bo wieniec z selera jest taki uroczy ;-)

Nie czaję jednak o co chodzi z tą antyiluzją. No bo jeśli iluzja jest sztuką okłamywania umysłów obsewatorów, to czy antyiluzja nie byłaby nie tyle ukazywaniem prawdy, ale raczej sposobem na odarcie postrzeganej rzeczywistosci z pewnej różowej otoczki samooszustwa, jaką każdy rozum posiada?

I dlaczego antykrólik jest martwy, czy antykapelusz działa jak swoiste pudełko Schrodingera?

Zwykle, jeśli w trakcie lektury pojawiaja się pytania, to dobrze. W tym przypadku jednak, mimo niewątpliwego pisarskiego kunsztu Drogiego Autora, pytań jest zbyt wiele, bym potrafił zrozumieć tekst. I niestety nie jest to nawet antyzrozumienie, posiłkujące się antylogiką z ostatnich akapitów – obawiam się, że jedyne co osiągnąłem, to ordynarny stan najzwyklejszego niezrozumienia.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ja czuję się mocno skołowana i niestety, nie zrozumiałam opowiadania. Choć, jeśli się tak dobrze zastanowić, to chyba nie o zrozumienie chodziło. 

Masz Ty, SzyszkowyDziadku, sieczkę z platyną pod sklepieniem, wychodzi czasem igła razem z sianem i dlatego nie wiadomo, co z tym począć. Ale… ale czytało się ciekawie, było interesująco i absurdalnie, wiec klik. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Może tym razem za bardzo zamotałem i wyszło zbyt absurdalnie. Antyiluzję starałem się przedstawić jako wypaczenie i pewną niewiadomą. Może za mało wyeksponowałem w tekście to, że w przedstawionym świecie iluzja jest w pewnym sensie tożsama z magią (iluzjoniści naprawdę wyciągają tam z kapelusza króliki). Do przemyślenia. Dzięki za uwagi i za bibliotekę. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zaglądnęłam wczoraj późnym wieczorem, w celu obadania w pierwszych kilku akapitach o czym może być tekst o tak intrygującym tytule. Po czym mnie wessało.

Przyznam, że też nie do końca pojęłam istotę antyiluzji, ale przyjęłam, że jak to w absurdzie bywa – nie wszystko muszę pojmować w pełni. Przy tym założeniu naprawdę nic mi nie brakowało, żeby uznać lekturę za bardzo satysfakcjonującą. Podobało mi się bardzo. 

Wciągające, choć pokręcone na maksa. Czytało się bardzo dobrze, ale zakończenia chyba nie zrozumiałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo dziękuję za miłe komentarze. :)

Wskazówkę co do zakończenia można znaleźć w komentarzu Emelkali.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Smakowite wyobraźniowo, urzekające selerystycznie :)

Antyuroczo absurdalne. Nie wiem, jak Ty to robisz SzyDziu, że po lekturze Twoich pokręconych opowiadań, zamiast zwykłego w takich sytuacjach “że co?” w moim umyśle pojawia się pełne satysfakcji “mhm”. Chociaż… zerknąwszy raz jeszcze na zakończenie – chyba już wiem;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Blue_Ice, stochastyczne dzięki. :)

Alex, antyurocze dzięki. Mam swoje sekrety sekretne niczym receptura coca-coli. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wciaga, świetnie napisane, ale do końca nie wiem o co chodzi z tą antyiluzja. Jednak przy tekście tych rozmiarów, nie przeszkadzalo mi to wcale. Gdyby opowiadanie było dłuższe, bardziej rozbudowane, wtedy zapewne by mi to przeszkadzało. Niemniej jednak dobry tekst :)

Napisane bardzo dobrze. Historia też ciekawa.

Słabością jest sama antyiluzja – nie dlatego, że pomysł jest zły, ale dlatego, że jest za mało wyegzemplifikowany. Tzn. nie za bardzo wiadomo, o co w nim chodzi.

Najpierw mnie ten teks przeraził, naprawdę. Taki psychodeliczny oczywiście wg moich standardów, choć wiem, że nieco odbiega to od definicji. Chciałam go porzucić, ale nie mogłam, wróciłam dokończyłam, zaskoczona zakończeniem. Zrobił na mnie wrażenie. I tekst i Autor.

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Tekst antybeznadziejny. Mogę nawet powiedzieć, że o takim marzyłem. Dziwnym, nietypowym, ekscentrycznym, ale pozbawionym stygmatu absurdu i jajcarstwa. Klimacik taki neuro. Bardzo ciekawy pomysł z tą losową wyrocznią.

 

Twerk, mój podły konkurent,

Przy tym trochę się zaśmiałem. Twerk to rodzaj tańca erotycznego polegającego na energicznym potrząsaniu pośladkami. Imię zostało wybrane celowo czy to zbieg okoliczności :)

 

Opowiadanie wypadałoby opierzyć, więc dam nominację.

No rest for the Wicked

Anabelle, tojestnieważne, bardzo dziękuję za docenienie fabuły. Jeśli wątek antyiluzji wzbudza pewną konsternację części czytelników, to widocznie coś jest na rzeczy. Nawet (a może zwłaszcza) w absurdzie istotna jest wewnętrzna spójność i logika tekstu. Przemyślę to.

KK, jest, udało się w końcu kogoś przerazić! Tekst w czasie bety miał jeszcze tag “groza” i cieszy mnie, że ktoś odnalazł w nim coś strasznego. :)

Wicked, bardzo dziękuję za komentarz i nominację. Z tym Twerkiem to niezamierzona zbieżność, na którą zwróciła już uwagę jedna z betaczytelniczek. Ale nie chciałem zmieniać, bo jakoś mi ta nazwa pasuje. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tytułów Twoich tekstów nie da się przeoczyć.

Zaciąłem się gdy narrator wspomniał o tych majowych chrabąszczach, które przyniosły mu spokój. Na szczęście sprawa wyjaśnia się na koniec w fenomenalnym stylu. Co do natury antyiluzji postanowiłem jej nie rozgryzać, przyjmując (może mylnie), że nie miałeś na myśli jakiejś konkretnej (albo inaczej – możliwej do ogarnięcia) mechaniki, więc nie wprawił mnie ten brak zrozumienia w konsternację.

Cała ta kiczowata otoczka jest piękna. Przy tym widać, że starasz się w swoich tekstach objąć szeroką, ogólną problematykę, która w innym ujęciu mogłaby wydać się bezbarwna, a ta psychodeliczna konwencja, przez flamingi, selery, żonkile i kolczyki w kształcie muflonów nadaje im twarz, której nie da się zapomnieć. Chce się takich rzeczy czytać więcej.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Ha! Warto było dać się pożreć temu tekstowi choćby dla charakterystycznego sposobu pisania i widzenia świata, zmierzyć się z kolejnym dającym do myślenia konceptem. Niech stochastyczne fatum ci sprzyja! Kolokwialnie rzecz ujmując: jaram się jak zioła z fajki Szekspira ;)

Przyczajony użyszkodnik

Naprawdę fajny, oryginalny pomysł, w dodatku świetne wykonanie. Już na początku czułam, że tekst będzie robić sieczkę z mózgu i miałam rację – pozytywnie pokręcone. Przy tych strojach skojarzyła mi się Luna z Pottera, ale ona przy Karelli zdecydowanie wymięka :D

Serdecznie dziękuję za bardzo miłe i ciekawe komentarze. :)

Lordzie Vedyminie, dzięki za głos do piórka. Tak podejrzewałem, że te chrabąszcze mogą wybić z rytmu. Ale fajnie, że wyjaśnienie usatysfakcjonowało. Lubię tworzyć taką ekscentryczną scenografię w tekstach, pasuje mi do tematyki. Teraz też piszę tekst niezbyt normalny i o trochę barokowym tytule.

Mechaniszkinie, niech los będzie z tobą. Musiałem sobie wygooglać, o co chodzi z tym Szekspirem. Niezłe z niego ziółko. ;)

Teyami, tak, Karella ma dosyć specyficzne kreacje. Dzięki za komentarz i docenienie pokręcenia ze znakiem dodatnim. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tekst taki zakręcony, napisany – jak zwykle – na wysokim technicznie poziomie, tylko…

 

Nie użarł.

Takie mnie oblazlo poczucie, że koncept nie jest w pełni wykorzystany, że zabrakło “pary” – a pomysł naprawde wart czegoś ekstra. Prezentujesz ideę antyiluzji, antymagii, gościu rozcina panienkę, ma wyrzuty sumienia, panienka mu się objawia, jakieś tam dość standardowe kuszenie… Masz bohatera, masz wewnętrzny konflikt, tylko to zakończenie takie zupełnie bez kopnięcia, bez mocy.

 

No kurczę, albo nie potrafię docenić zabawy z ideą, albo naprawde brakuje ducha w maszynie. Co nie znaczy, że lektura sprawiła mi przykrość – wręcz przeciwnie! Ale obawiam się, że nie zapamiętam na dłużej.

 

Generator liczb losowych musi być jakis idealny. Ten komputerowy to pseudogenerator pseudoliczb ;-) “Czy Bóg gra w kości?”

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja tam pamiętam, że mi się podobało. :)

Ach, ach. Uwielbiam takie klimaty! Świetny pomysł, świetny bohater, filozoficznych przypraw akurat tyle, ile trzeba. Miałam trochę problemu z zakończeniem, ale po zastanowieniu się stwierdzam, że jest takie, jak trzeba i właściwie szykowanie tu jakichś niespodzianek albo dalszego ciągu zepsułoby ten tekst. Może rozmowa antymaga z czystą świadomością jest nieco zbyt długa, ale poza tym – super. I zawartość i opakowanie :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki, Psycho, za rzeczowy komentarz. No trudno, że nie użarł, pozostaje liczyć na to, że kolejne użrą boleśnie i do kości. Czy tam ości. ;)

Ocho, też to pamiętam. Dzięki. :)

Mirabell, bardzo dziękuję za głos do piórka. W sumie to nawet zastanawiałem się nad dalszym ciągiem. I nadal się trochę nad tym zastanawiam. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Znakomite!

Bardzo oryginalna wizja, świetne postacie i język.

Co do antyiluzji, to mam jej jakieś wyobrażenie.  Wydaje mi się, źe tak jak iluzja, powinna mieć swoje tajemnice – budzić pytania, wątpliwości. Przedstawienie jej w takiej skromnej formie nie przeszkadzało mi, a wręcz uważam to za właściwy ruch. Nie obnażajmy magii, bo przestanie nią być. Nie obnażajmy fantastyki, bo stanie się rzeczywistością…

 

Bardzo dobry tekst!

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Bardzo dziękuję. Podejście do antyiluzji jak najbardziej zgodne z tym, co stepowało mi po głowie podczas pisania. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

To  ja trochę pokorkoranię. 

Rozumiem opinię TJN. Początek zaskakuje – pomysł antyiluzji – znakomity. Chciałoby się czytać o tych martwych krolikach i innych antymagicznych sztuczkach do samego końca. Rozumiem,  że chciałeś opowiedzieć swoją historię, zresztą ciekawą, ale czuję niedosyt, że nie pokiziałeś mnie antyiluzjami, stwarzając sobie takie przedpole do popisu. 

Klimat wiktorianski dobrze oddany –  czuć tu trochę klimat filmu “Iluzjonista”,  polecam jeśli nie widziałeś. 

Tak czy siak, bardzo udane opko. Pozdr.

Nie biegam, bo nie lubię

Jakie tam korkoranienie. Dzięki za miły i konkretny komentarz. ;)

Jeśli chodzi o niedosyt, to myślę od jakiegoś czasu o kontynuacji czy tam prequelu sequelu spin-offa. “Iluzjonistę” widziałem, podobał mi się. Chociaż większe wrażenie zrobił na mnie “Prestiż” Nolana ze względu na pokręconą fabułę i wątek s-f.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Chciałem wspomnieć o obu filmach, ale nie pamiętałem drugiego tytułu… ;)

Wcale nie znaczy, że już mam gotowe pomysły, ale wydaje mi się, znalazłeś dobre pole do popisu. Wiem, że wbrew pozorom, między “polem do” a samym popisem leży czasami trudny do pokonania dystans ;) No, ale lepiej mieć niż nie mieć dystansu ;)

Nie biegam, bo nie lubię

Jak zacznę pisać opko o dystansach, to, jak znam siebie, ugrzęznę w opisach metryki z testu Kołmogorowa-Smirnowa. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zapowiada się nieźle… Dajesz, Szyszkowy! :-)

Babska logika rządzi!

Już prawie zdominowałem tag “matematyka”, więc chyba się powstrzymam. Chociaż kto wie… ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

No dobra, dodałam ten tag do jeszcze jednego swojego tekstu (mam nadzieję, że nie naciągam zbytnio) – masz dodatkowy stopień swobody. ;-)

 

Edit: Gdyby jeszcze Verlee się zmobilizował, dopiero mógłbyś poszaleć… ;-)

Babska logika rządzi!

Pomyśli się, pomyśli. Może się coś uda wyestymować. Kiedyś. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Weźcie się za przestrzenie różne… Dobrze brzmi, daje się wytłumaczyć… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Porządnie zakręcony tekst. Wydaje mi się, że byłby lepszy, gdybyś go wydłużył, więcej uwagi poświęcając samej antyiluzji; teraz jest zbyt wiele niedopowiedzeń. A tak poza tym, jest coś takiego w Twoich opowiadaniach, że zostają w pamięci na dłużej. Podejrzewam, że to również zostanie. 

Sorry, taki mamy klimat.

Pomyślę nad dłuższą wersją lub kontynuacją. W sumie nigdy nie napisałem niczego dłuższego niż 35K znaków, ale może warto spróbować. Cieszę się, że moje teksty są zapamiętywalne. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Napisałem w komentarzu, że nie czuję się upoważniony do komentowania i oceniania tekstu, ale teraz po prostu muszę wypowiedzieć się, popieram nominację czy nie popieram jej. To drugie, niestety… Za wysoki poziom abstrakcji, jak dla mnie? Może i tak. Niezrozumiałe dla mnie odniesienia i aluzje? Może też… Nie trafia do mnie, a skoro nie trafia, skoro jestem zobligowany do przedstawiania własnego punktu widzenia i odbioru, to cóż, przykro mi…

OK, ale dzięki za komentarz. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

W sumie to opowiadanie nawet mi się podobało – unosi się nad nim taki klimat niedzielnej bezcelowości. Język i rekwizyty świata przedstawionego są ładnie wystylizowane i również niosą ze sobą nutę dekadencji. O fabule – chyba – również można powiedzieć, że wpisuje się w ogólny nastrój tekstu – z jednej strony to dobrze, ale z drugiej ta bezcelowość… 

Wydaje mi się, że zabrakło nieco bardziej złożonego obrazu bohaterki opowiadania – kobieta pojawia się, umiera, a potem prawi farmazony. Gdzieś, coś więcej – ale to tylko luźne spostrzeżenia ; )

I po co to było?

Każde, nawet najluźniejsze spostrzeżenie, jest cenne. Może muszę się w końcu nauczyć pisać bardziej rozbudowane teksty. Cieszę się, że spodobały się nastrój i stylizacja. Dzięki za komentarz. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ładny język, fajne opisy ubiorów, nauczyłem się nowego słówka (stochastyka), podobał mi się poruszony temat losowości. Pomysł wydaje się prosty, ale ciekawy i świeży za jednym razem. Niestety zakończenie i przesłanie końcowe nie były dla mnie jasne.

Czy chodzi o to, że aby pogodzić się z losowością życia potrzebujemy odrobiny szaleństwa, a życie rządzi się antyurokami?

Gdyby końcówka była ciut prostsza w odbiorze, ogólne wrażenie miałbym jeszcze lepsze ale i tak mi się podobało. Coś innego.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

W zasadzie to w zakończeniu nie ma żadnego drugiego dna czy ukrytego przekazu. Kobieta-fluktuacja wykorzystuje swoją formę i zdolności do manipulowania bohaterem. W przedstawieniu spaczonej magii jak i losowej filozofii zależało mi bardziej na stworzeniu ekscentrycznej scenografii i pewnej zabawie ideami niż na zagnieżdżaniu uniwersalnego morału.

Dziękuję za wizytę, cieszę się, że tekst się spodobał. Tekst w pierwotnej wersji posiadał mniej zakręcone zakończenie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Witam. Moj pierwszy wpis – moje pierwsze przeczytane opowiadanie z Piorek.

Zazdroszcze lekkosci piora i lekkosci umyslu. Tekst wznosi sie tuz ponad lasem i dachami, usmieszek blaka sie na ustach podczas calego czytania. Lubie takie klimaty, kojarza mi sie z wyborami w Krokach w Nieznane :). Tam mozna bylo znalezc perelki o skondesowanej tresci, nowej idei i szczypcie surrealistycznego humoru. Dobre do porannej herbatki. Lubie takie taksty. Zycze powodzenia w Nowych Krokach w Nieznane:)

PS Przepraszam za polskie (a wlasciwie ich brak) litery

W takim razie witaj na portalu!

Dzięki za przeczytanie. Fajnie, że odebrałeś tekst jako lekki. Taki w sumie miał być, wręcz antylewitujący. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jołki Połki!

 

Opowiadanie czytałem na telefonie, miesiąc temu niemalże, w dodatku “hurtowo” z innymi pióraczami, toteż musisz (albo i nie musisz) mi wybaczyć, że komentarz może być cokolwiek spłycony i już nie całkiem adekwatny do treści i wrażeń, jakie ona na mnie wywarła. Pamiętam jednakoż sporo, więc jakoś ogarnę, mam nadzieję.

 

No więc tak: bardzo szyszkowy tekst, o bardzo szyszkowym tytule, Dziadku. Zdrowo pokręcony, dziwny, cokolwiek absurdalny, trudny do ujęcia w jakieś sensowne ramy – świetny. Bardzo zgrabnie wcieliłeś się w narratora i oddałeś ducha zarówno jego epoki jak i profesji (choć ten akurat nie do końca jest anty-iluzjonistyczny). Wyszedł Ci taki w sam trochę ekscentryk, trochę szarlatan, trochę szaleniec a trochę geniusz. Widziałbym w tej roli Jonnego Deep’a. A Karellę, to sam bym chętnie poznał – kolejna bardzo ciekawa i… hmmm… malownicza postać.

No i cieszy, że mimo wszystko jest jakieś szczęśliwe zakończenie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Odpowiadam z ekstremalnym spóźnieniem, z uwagi roczną przerwę w portalowaniu. Dzięki, Cieniu, za jak zwykle treściwy komentarz. Tekst głównie miał się opierać na charakterystycznych postaciach i klimacie, także cieszę się, że przypadł do gustu. Czy zakończenie jest szczęśliwe? Zależy, jak na to spojrzeć. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nowa Fantastyka