- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Jestem największym pragnieniem was wszystkich (15+)

Jestem największym pragnieniem was wszystkich (15+)

Zagadka: czym jestem?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Jestem największym pragnieniem was wszystkich (15+)

– Prowokuje cię.

– Nigdy w życiu! Wywołuje tęsknotę, łagodnie kusi, delikatnie muska, czule szepcze… i odchodzi. Zawsze odchodzi, kiedy wyciągam rękę.

– To jest właśnie prowokacja. Ohydna manipulatorka.

– Wypluj te słowa. Po prostu nie jestem na nią gotowy. Nie spełniam jej oczekiwań. Nie staram się tyle, ile powinienem. Gdybym tylko miał coś… to coś, w czym chciałaby zakotwiczyć.

– Powinieneś wziąć ją gwałtem. Sama nie wie, czego chce, jak to one. Wejdziesz w nią, wykorzystasz, to się uspokoi. Jak zrobisz to dobrze, może nawet zostanie. Chociaż, na co ci taka zużyta. Znajdziesz sobie nową.

– Zamknij się!

Stłuczone lustro rozsypało się po podłodze. Wpatrywałem się w pustą ramę. Nic, wszędzie nic. Nawet nie słychać kroków. Nie ma jej w pobliżu.

 

Mój ojciec posiadł ją wiele lat temu. Kochała go do szaleństwa, ale to on zwariował. Jeśli jej uścisk jest zbyt mocny, mawiał do mnie, miażdży cię. Najlepiej, gdy dosiada cię niczym dama, królowa subtelności. Gdy to ty się poruszasz, by poczuła cię głęboko i z wdzięcznością coś ci oddała. Gorzej, jeśli próbuje zajechać cię na śmierć. Żadnej przyjemności, otchłań cierpienia i wyssanie do cna.

Tata skończył pusty jak kukła. Zabrała mu całą istotę. Pozostała tylko powłoka. I dzieci. Niesamowite dzieci, wyznawane niczym rozpalająca nadzieję na zbawienie religia.

A ja nigdy nawet jej nie dotknąłem. Przychodziła niby kot, któremu oferujesz zbyt skromnie rozpalony piec i za twardy materac łóżka. Pokazać się, otrzeć o nogi i odejść w życzliwsze rejony. Czasem przysiadywała na werandzie, jeśli skusiłem ją i nakarmiłem odpowiednią ilością smakołyków. Bankrutowałem i głodowałem, kupując stosy przynęt. A ona pozwalała tylko na siebie popatrzeć. Jeśli spragniony bliskości lub rozedrgany od żądzy zbliżałem się, umykała cicho jak duch. Nie raz łkałem, pragnąc złożyć głowę na jej piersi, która wykarmiła tyle nieprzeciętnych istnień. Innym razem z wściekłością miotałem się po domu, marząc o zaciśnięciu rąk na jej szyi i przygwożdżeniu do podłogi.

Ona wiedziała. Pod jej spojrzeniem czułem się nagi; bywały dni, gdy napawało mnie to nieznośnym wstydem oraz takie, kiedy prężyłem się z dumą, wręcz próżnością. Widziała wszystkie moje myśli, lęki i pragnienia. Najdziksze żądze i najbardziej potworne czyny, jakich w szale niespełnienia chciałem się na niej dopuścić. Każdą ciepłą, wilgotną i drżącą czułość, jaką moje serce pragnęło jej okazać. Słałem ku niej setki poematów, limeryków i erotyków, opowiadania o złaknionej miłości tak kwieciste i wypieszczone, że powinna umrzeć z rozkoszy. Była jednak obojętna, wiecznie zapatrzona w coś w oddali, czego ja nie potrafiłem dostrzec.

Stłukłem wszystkie lustra. Odbijał się tam bluźniący ja, który mógł ją jedynie rozbawić lub spłoszyć. Gdy odwiedziła mnie matka i zobaczyła puste ramy, stwierdziła, że wariuję jak ojciec.

– Chciałbym – odpowiedziałem z dojmującym pragnieniem, na co mama wyszła, trzaskając drzwiami.

 

Całymi dniami, trąc rosnącą brodę, szukałem dla mojej ukochanej odpowiedniego imienia niby słowa na zaklęcie. Bez żadnego miana była przecież obca, nieznana, pospolita jak podrzędna kurtyzana, a jednocześnie bezcielesna, nieuchwytna, pociągająca niczym bogini. Pragnąłem ją uczłowieczyć, sprawić namacalną, możliwą do przywołania.

Ewa. Przywodziła na myśl krągłość, dojrzałość, soczystą pokusę. Tliła się w niej jednak iskra nieostrożności, lekkomyślności. W tonie głosu dźwięczała nuta zdrady.

Elżbieta. Brzmiała dumnie, powabnie, jak niepowtarzalny specjał. No właśnie, niepowtarzalny, a ja potrzebowałem wbijać się w nią, póki nie padnie, wyczerpana do cna.

Julia. Młoda, gorąca, a jednocześnie niewinna, miękka niczym puch. Nie. To, co nieraz chciałem zrobić, stanowiłoby dla jej niedojrzałego istnienia krzywdę, a dla mnie niezmywalną plamę na honorze.

Katarzyna. Silna, nieugięta, władcza, jędrna. Wytrzymałaby wszystko, lecz to ja mógłbym ucierpieć, spełniając jej zachcianki, katowany ciągłą, nabrzmiałą rozkoszą.

Maria. Marysieńka. Taka, która zmysłowo, drapieżnie uwodzi, ale z miłości, z potrzeby serca. Wznosi się na wyżyny pieszczot lub upada na dno wyuzdania wedle potrzeby. To właśnie imię wybrałem, gdy mogłem już okręcać bródkę wokół palca.

 

Dom zagracił się złośliwie, podczas gdy błądziłem przy oknach i wypatrywałem jej, nawołując:

– Mario, Marysieńko! 

Widziałem sąsiadów, którzy rozmawiali, pochyleni ku sobie, wskazując na mój dom. Chowałem się za kotarami, póki nie odeszli. Interesowała mnie już tylko ona, nic innego nie mogło obdarzyć spełnieniem. Żadna rzecz prócz jej braku nie była w stanie mi zagrozić. Pragnienie, by do mnie przywarła, z dnia na dzień ewoluowało: marzyłem o coraz silniejszym uścisku. Od wyobrażeń o całowaniu jej ust po pewnym czasie przeszedłem do potrzeby zasmakowania językiem soków, aż wreszcie zagłębienia palców w jej wnętrzu.

W końcu wtulałem się w oblepione pajęczynami kąty, skamląc jedynie o możliwość przekłucia jej, przedarcia się przez jej niedostępność choćby w najmarniejszym akcie. Dałbym zrobić ze sobą, co zechce, by mnie w siebie wpuściła, pozwoliła trzeć aż do końca, który miał być początkiem nowego istnienia. Nie mogłem żyć, nie stworzywszy z nią owocu ciasnego splecenia, takiego, jakich zazdrościłem ojcu. A może lepszego.

Wezwałem setki bękartów, jakie spłodziła z innymi, na środek salonu. Wlałem w ich bezwstydną doskonałość benzynę i podpaliłem. Byłem jak lew, zabijałem obce młode, by samica zechciała mnie do siebie dopuścić. Rozległo się wycie i do domu wtargnęła straż pożarna z ogromną sikawką, próbując ratować płody cudzej rozpusty. Wyrwałem wodnego węża z ich rąk i wybiegłem na podwórze, krzycząc:

– Marysiu! Spójrz, jaki wielki! Czy tego właśnie chcesz?!

 Maria jednak nie przyszła, przyjechała za to karetka. Zbyt długimi rękawami nowego odzienia opleciono mnie tak, jak marzyłem, że ona robi to nogami. Miotałem się, spętany sobą samym, aż ukłuto mnie i uśpiono, co ja powinienem uczynić Marii.

 

Gdy się ocknąłem, siedziała przy mnie.

Przygryzione w napięciu usta zapraszały moje wargi, nabrzmiałe piersi domagały się moich rąk. Rozchylone uda były zaproszeniem do najbardziej tajemniczej i upragnionej ze wszystkich krain – królestwa tworzenia.

Ale ja miałem ręce przytwierdzone rzemieniami do łóżka i nie mogłem pisać.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Myślę, że wiem, ale nie powiem ;) 

Niezłe podejście do tematu, chociaż takie dość drastyczne :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem.

Zafiksował się, biedaczek. Bywa. Na szczęście częściej w literaturze niż w życiu.

Chyba domyśliłam się w trzecim zdaniu, potem trochę straciłam pewność, ale ostatnie zdanie przywróciło mi ją. Dobre!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam

Ja tylko pomarudzę, że przewidywalnie, ale obrazowo przedstawione ;-) 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hm, ona to wena?

Jakoś mnie ten tekścik nie przekonał. Ale sprawnie napisany.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Z wynikającą z mojej obecnej roli przyjemnością, oznajmiam co następuje:

 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zinterpretowałem podobnie jak Tensza. Ale dopiero pod koniec opowiadania. Mam nadzieję, że trafnie.

Ogólnie całkiem niezły short.

Szorcik porządnie napisany, przeczytałam bez przykrości, ale pamięci mi nie obciąży.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujący pomysł na opowiadanie konkursowe.

Całymi dniami, trąc rosnącą brodę, szukałem dla niej odpowiedniego imienia niby słowa na zaklęcie.

A czego tu szukać? Broda to broda. ;-p

Babska logika rządzi!

– Dziuniu, mogłabyś łaskawie między kędziorkami nie chować mi kawałków kotlecika…? :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A mnie udało Ci się wkręcić!

Długo (do ostatniego zdania…) próbowałem odkryć kim jest Maryśka. Jakieś przypuszczenia pojawiały się, ale było ich kilka,  a pewności do ktòregoś z nich nie było.

Dobre.

 

Pozdrawiam!

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Cieszę się, że wyszło. Interpretacja oczywiście trafna. Miło mi też z powodu braku poprawek. Oznacza to najpewniej, że moja własna korekta jest wystarczająca. Niezależnie czy ktoś wiedział od początku, czy też do końca się zastanawiał – nie cierpiał przy czytaniu, a to najważniejsze ;)

Broda… ^^ Faktycznie w dość dziwnym miejscu dałam wtrącenie o upływie czasu.

Dzięki za dobre słowa i punkty do Biblioteki.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Już czytałem teksty oparte na podobnym pomyśle, więc może dlatego jakoś mnie nie przekonało to opowiadanie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Opowiadanie jest niewątpliwie bardzo dobrze napisane, ale – mówiąc szczerze – w twoim przypadku zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Od początku właściwie można przewidzieć, że zakończenie będzie próbowało czytelnika zaskoczyć i właściwie nawet mu się to udaje. Także ode mnie zdecydowany plus.

Dziękuję. Kurcze, uzależniacie człowieka od chęci wstąpienia w Bibliotekę… ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Erotyka… Jest i nie ma. Jest, bo nie sposób nie wyczuć jej w myślach i pragnieniach bohatera, w jego napięciu i tęsknocie, w jego cokolwiek chorych żądzach, a nie ma – bo nie ma. Nie dochodzi do żadnego zbliżenia, zresztą nierealnego, bo ciężko by było tak z weną… Chociaż ja tam nie wiem, moja wena na imię ma Ochota i, choć też kapryśna, jest raczej rozpustnicą. Lubi to! A kiedy mnie odwiedza, to nie ma mowy o zaciąganiu jej do łóżka i pod kołdrę (choć różnie bywa – duch ochoczy, ale…). Robimy to na biurku, gniotąc namiętnie klawiaturę starego laptopa, czasem w łazience, w wannie gorącej wody, używając sprośnych zabawek – zeszytu i długopisu, albo figlujemy ukradkiem podczas innych zajęć, za intymności zasłonę mając jedynie pustostany mojego umysłu.

Jeśli uznać, że w opowiadaniu w ogóle jest fantastyka – a mam co do tego pewne wątpliwości – to zaiste, radzi ona sobie z Brzytwą Lema przyzwoicie.

Co mi się podobało, to generalnie styl, wykonanie i sama historia. Trzy duże plusy (pogoń za weną jest odwiecznym problemem tysięcy, niemniej w tak spektakularnym, a przy tym tragicznym w swojej wymowie wydaniu, cieszy de novo).

Prawdziwym mistrzostwem odnajduję jednak fragment, w którym bohater szuka imienia dla swojej Pani. Nie tylko pięknie, ale i – moim zdaniem trafnie – opisałaś nosicielki poszczególnych imion. Może powinnaś zostać wróżką tarocistką?

 

Z rozkoszą klepnę Cię w… Bibliotekę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Pomimo sporej dosadności w scenach opisujących erotyczne doznania i wyglądu wybranki głównego bohatera tekst bardzo mi się podobał. Udało Ci się mnie wyprowadzić w pole i z początku nie załapałam do czego odnosi się tytuł i szczerze mówiąc się w niego nie wczytałam. Uważam, że nie wyszło wulgarnie, a naprawdę zabawnie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Na plus:

Świetny warsztat, szczególnie podobał mi się fragment z wybieraniem imienia. Zafiksowanie też doskonale przedstawione. Erotyka metaforyczna broni tekst przed dosłownością.

 

Na minus:

Gdyby tylko nie chodziło o wenę… *ziew*

Niestety, w przeciwieństwie do pozostałych jurorów, nie zostałam porwana przez tekst. Doceniam warsztat, ale dosadność niektórych opisów nieco mnie zniesmaczyła. No i oczywiście od trzeciego czy czwartego zdania wiedziałam kto jest owym pragnieniem.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dziękuję bardzo szanownemu jury za komentarze. Miło przybyć po weekendzie i znaleźć się w Bibliotece. Staram się nie smucić, że nie mogłam wziąć udziału w odgadywaniu waszych tekstów, bo trzy książki, które piszę, powinny zadośćuczynić moim nieobecnościom. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Trzy książki na raz?! A nie łatwiej osobno? ;P

 

Długo kontemplowałem, jak tu się za Ciebie zabrać, wreszcie stwierdziłem, że zacznę od tej intymnej strony – wszak wena i proces zagłębiania się w duszę tworzonego właśnie dzieła są doznaniami ze wszech miar osobistymi, droga Naz(turcjo). ;D

(a tak szczerze, to na przerwie w zajęciach chciałem zabrać się za coś lekkiego i krótkiego zarazem, mój wybór padł więc na to największe pragnienie ;) )

 

Przyjemny szort napisany wyjątkowo poprawną polszczyzną ^^, choć skłamałbym mówiąc, że na długo zapadnie mi w pamięć. Szkoda, że nie zawarłaś większej ilości możliwości interpretacyjnych – jak przez większość tekstu można się zastanawiać o co chodzi tak ostatnia scena z paleniem książek wszystko wyklarowała i wskazała tę jedyną, właściwą odpowiedź…

Podobał mi się za to motyw z wymyślania imienia – zaskakująco trafne rysy psychologiczne, choć przecież nazywające się tak kobiety mają z pewnością najróżniejsze charaktery… Jednak układ liter czy skojarzenia sprawiły, że wyobrażałem je sobie właśnie w taki sposób, jak opisałaś ;)

No i sam bohater – niezły musiał być z niego świr :D Jak sobie chłopa wyobrażam, gęba aż się krzywi w uśmiechu ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Największe pragnienie, tak?

Kolejny szort czort. Największe??? Hi hi. I phi.

 

Reasumując – potrafisz pisać jak mało kto tutaj.

Ale i tak Byś była lada jak trzeba za marnowanie prądu na duperele jakieś.

Powiedziałem. Howgh. I nie zmienię.

Koniec, kropek, bam bam bam.

Jakiś czas temu posłuchałem wykonania Wojtka. No… nie podeszło mi. Ale taki już typ opowiadania, gdybym wiedział, że to tekst z “50 twarzy”, to pewnie bym nawet nie próbował.

Co innego “Konza Techno City” – ale że nie ma wątku, gdzie mógłbym pochwalić, to wspominam tyko tutaj ;)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Diriad! Specjalnie dla ciebie Konza wyciągnięta z odmętów kopii roboczych, żebyś mógł pochwalić! :) 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nowa Fantastyka
Patronujemy