- Opowiadanie: Jafieli - Pech

Pech

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pech

 W jednym momencie świat, dotąd otaczający mnie lepkim kokonem chrzęszczącego mroku, rozpada się, by powrócić w zupełnie innym wymiarze. W zupełnie innym miejscu.

– Witamy śpiącą królewnę.

Oto i komandor, nasz dowódca przesadnie przywiązany do powiedzonek od setek lat zakorzenionych w ziemskiej kulturze, popkulturze, mitologii i nie wiem, czym tam jeszcze. Wpiły się w niego tak głęboko, jak plastikowe krzesło w mój tyłek. Cały zdrętwiałem.

– Mój wywód pana znudził, profesorze? – pyta.

Nim zdążam odpowiedzieć, słyszę tubalny głos drugiego inżyniera.

– No, przy procedurach bezpieczeństwa to i ja prawie z luku wypadłem. Jakbyście nie przeszli na ruinki, już dawno dryfowałbym myślami w Kosmosie.

Dzięki Halvar. To z pewnością poprawi komandorowi nastrój, niekwestionowany znawco każdego milimetra sześciennego naszego statku. Oby w najbliższym czasie nie rozpieprzył się żaden silnik, czy inna cholera.

Swoją drogą, na początku go nie doceniałem, tego spec-mechanika, potrafiącego zawsze walnąć w odpowiednią śrubkę i podkarmić biotyki tak, że cały Skoczek chodzi jak najlepsza proteza z Levlatronics. Niczym przedłużenie monumentalnego ciała Halvara. Usprawiedliwia mnie nieco, że pierwszego wrażenia oszałamiającego nie zrobił, zresztą i tutaj nie wygląda jakoś specjalnie. Siedzi z szeroko rozstawionymi kolanami i potężnymi ramionami skrzyżowanymi nad równie okazałym brzuchem. Czuć go karmą Aeromaka i zdecydowanie zbyt długo odkładanym prysznicem. Z tą brodą i całą resztą, używając nieoficjalnego porównania w stylu komandora, wygląda jak Święty Mikołaj w czasie pracy nad saniami.

O czym ja myślę? Najwyraźniej mojego mózgu nawet zmiana tematu konwersacji nie powstrzymała przed pójściem w długą, przez Kosmos. Przecieram twarz dłonią i próbuję zorientować się w sytuacji.

Ta w najbliższej okolicy, znaczy w obrębie mojej osoby, ma się nieciekawie. Szyja, kark i barki reagują bólem na próbę wyprostowania, a gdzieś głęboko w głowie czuję, że ona także wkrótce dołączy do zacnego towarzystwa. Z ramion zbiegają mi stada elektrycznych mrówek, dla których metę stanowią czubki palców. Pół godziny? Sądząc po objawach, na tyle oceniam długość mojej mimowolnej drzemki.

– Niech cię szlag…

– A czego z wontami do mnie!? – grzmi Halvar, ale macham dłonią, dając do zrozumienia, że jeszcze śpię i bredzę. Inżynier chyba zna ten stan, bo nie drąży tematu.

– Każdy potrzebuje trochę odpoczynku. – To jak skrobanie o wewnętrzną stronę czaszki. Paznokcie są długie, pomalowane czerwonym lakierem, a dłoń kobieca. – Nie jesteś wyjątkiem.

Tak, mój ty kochany instynkcie samozachowawczy, wrośnięty w rdzeń kręgowy i jego szeroko pojęte okolice, a teraz, z błogim chrzęszczeniem, poruszający płytkami chitynowego pancerza. Co ja bym bez ciebie zrobił? Myślę, że na przykład – wiedziałbym, co się aktualnie dzieje.

Unoszę głowę i na hologramie rozpoznaję zdjęcia z powierzchni Enery. Planety, którą planujemy zbadać, kiedy już przemierzymy te wszystkie lata świetlne. Nieregularny kształt, który z trudem można wyodrębnić pod przesianymi komputerowo kłębami wulkanicznego pyłu, musiał zainteresować naukowców, więc teraz omawiamy go w wyższej instancji.

– Alesdair, jak już się łaskawie obudziłeś, to może powiesz, co o tym myślisz? – Komandor kiwa głową w kierunku najwyraźniejszego z obrazów. – Co to jest?

Łatwiej odpowiedzieć, co to nie jest. Mianowicie nie jest to szczyt nowoczesnej fotografii kosmicznej. Nawet laik by zauważył, że obraz przeszedł przez cały zestaw filtrów, co pozostawiło część sektorów całkiem zamazanych, a o obecności drobnych detali można jedynie pomarzyć. De facto, patrzę na ciemne kontury brył, rozrzucone po rdzawej skorupie Enery.

– A co mówią na to eksperci?

– Jedni twierdzą, że to definitywnie statek. – Dowódca zatacza dłonią okrąg w północnej części hologramu, a ja wypatruję oczy, żeby dostrzec tam coś innego, niż oferują pozostałe kierunki. – Wykazują, że kształty są zbyt obłe, rozrzut systematyczny, a niedostępna lokalizacja sugeruje, że było to awaryjne lądowanie lub kolizja jednostki z planetą.

Milczę cierpliwie bo jestem dziwnie pewny, że to nie koniec hipotez. Komandor Nihil Creet nie każe mi długo czekać.

– Inni przychylają się do opinii, że to, co widzimy, różni się wprawdzie od formacji skalnych, które występują na Enerze, wciąż jednak bardziej przypomina obrobiony kamień niż konstrukcję statku. Wskazują na dziwne nieścisłości w obrazie świadczące o tym, że elementy nie zagrzebane w piasku mogą być pokryte płaskorzeźbami.

Śledzę wzrokiem jak zaznacza coraz to nowe sektory na naszej trójwymiarowej mapie, ale jak dla mnie, za płaskorzeźby na rozmazanej powierzchni odpowiada jedynie zbyt rozbuchana wyobraźnia zwolenników historii pracywilizacji.

– Czyli wszystko jasne – kwituje Halvar. – Pierdolą.

Z ust mi to wyjął. I nie chodzi wcale o to, że jestem sceptykiem. Po prostu nigdy nie bawiło mnie roztrząsanie, czy patyk pływający w herbacie przynosi szczęście, jest zjawiskiem związanym ze zmianami pól magnetycznych na powierzchni słońca, czy może przepowiada ogólnokosmiczną apokalipsę. Pływa i jest patykiem – to mogę udowodnić. Dla zainteresowanych, skład chemiczny herbaty i analiza pochodzenia badyla. I tyle. Na zdjęciu, które mam przed oczami, siedemdziesiąt procent to samo ziarno, a pozostałe trzydzieści jest nieczytelne. I żadne płaskorzeźby nic do tego nie mają.

– Gdyby tak cyknąć focię mojej dupy – kontynuuje inżynier, lekko zbijając mnie z tropu – połowa stwierdziłaby, że to rodzaj obcego mikrosystemu, a druga połowa, że pozostałość po starożytnych formach życia. Za cholerę nie wyciągniesz z nich…

– I pewnie obie połowy, w pewnym sensie i stopniu, miałyby rację – wtrąca siedząca za mną kobieta. Jeśli dobrze rozpoznaję głos, to Heva – żona jednego z pilotów.

– Ej, dziunia…

– Nie chcę waszej dupoekspertyzy! Powiedzcie tylko, czy patrzymy na szczątki statku, czy nie!

Wybuch komandora nagradzamy chwilą ciszy. W końcu kontynuuje, już spokojniej.

– Alesdair, interesuje mnie twoja opinia. Czy to statek i czy warto lądować w jego pobliżu? Jesteś tu znawcą Enery i jednostek z okresu Martwej Wojny. Oświeć mnie.

– Jeśli założyć, że patrzymy na pozostałości statku, to może to być tylko Lewiatan. Był największy z nich wszystkich – mówię z namysłem, bacznie przyglądając się reakcji zebranych. – Ale jest tak, jak komandor wspomniał. Teren nie sprzyja lądowaniu nigdzie w okolicy, pokusiłbym się nawet o opinię, że próba osadzenia statku, tak blisko wraku, jest wręcz niebezpieczna. – Wstaję i przeciągam palcami wzdłuż obrazu, a ten kurczy się, odsłaniając obszary skryte dotąd za granicą wyświetlacza. – Hologram jest marnej jakości, nie tylko z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Kilkaset kilometrów dalej widać aktywny wulkan. – Wskazuję zamazany obszar. – To przez niego skały i piasek są tak ciemne. Jeśli pył przywarł mocno do podłoża, może być przyczyną powstania zaokrąglonych kształtów. Znaczy to…

– Że chuja na tych zdjęciach widać.

– Że jeśli tam przyziemimy, będziemy mieli dodatkowy problem z osiadającymi drobinkami – kontynuuję niezrażony, rzucając Halvarowi rozbawione spojrzenie.

Inżynier wzrusza ramionami i osuwa się niżej na niewygodnym, plastikowym krześle, jakby szykował się do drzemki.

– Generalnie uważam, że lądowanie w lokalizacji, która została wybrana przez kompetentny sztab, w czasie planowania misji, wciąż jest najlepszym rozwiązaniem. Szczególnie, biorąc pod uwagę stan jednego z pilotów. Tutaj w trudnym terenie, przy niesprzyjających warunkach i tylko odrobinie pecha, możemy skończyć nie lepiej od tego statku. – Wykonuję gest, jakbym chciał popukać w hologram. – Jeśli to jest statek, oczywiście.

– Musiałeś o tym wspomnieć? – Pytanie kołacze się w mojej głowie.

Musiałem.

Za bardzo zależy mi, żeby misja zakończyła się sukcesem. Czekam. Wybuchną? Lepiej teraz, w środowisku kontrolowanym, kiedy będę mógł poprzeć wszystkie tezy przemawiające za bezpiecznym lądowaniem, a zrównać z pokładem jakiekolwiek głosy przeciw. Po tym wszystkim uzyskam kończącą spór decyzję komandora i, bez dalszych przeszkód, będziemy kontynuować zadanie. Druga szansa na łamiący wszelkie między-kwadrantowe układy lot na Enerę nie nadejdzie szybko i nie zamierzam zmarnować tej, którą mam.

Ludzie tylko patrzą po sobie, aż w końcu moje nerwy są już napięte do granicy wytrzymałości, za którą chyba pęknę i wygłoszę wszystkie moje „za” niezależnie, czy będzie ku temu potrzeba, czy nie. Ratuje mnie Lashay, pulchna medyczka, której ciągłe, ukradkowe zerknięcia, od początku narady, zdążyły przyprawić mnie o porządną gęsią skórkę.

– Być może powinniśmy przemyśleć, czy lądowanie w obecnej sytuacji nie jest zbyt niebezpieczne. Dla Ganvara to będzie ogromny wysiłek.

– Sugeruje pani, że kondycja pilota nie pozwala na podjęcie manewru lądowania? – Nihil atakuje jako pierwszy, czego się nie spodziewałem. – W ostatnim raporcie otrzymałem informację o nieznacznym uszkodzeniu rdzenia, jednak w ocenie medycznej dopuszcza go pani do sterowania statkiem. Czy ja o czymś nie wiem?

– Nie, komandorze. Defekt nie uniemożliwia Ganvarowi pełnienia obowiązków. Istnieje jednak ryzyko, że w przypadku wzmożonego obciążenia układu i organizmu, jego stan może ulec pogorszeniu, co zagroziłoby bezpieczeństwu dalszego lotu.

– Jeśli, może… Lashay – mówię łagodnie, choć stanowczo. – Nie oprzemy na tym decyzji o przerwaniu, prawie u celu, tak drogiej i przygotowywanej latami misji. – Ryzykuję świadomie, wchodząc w kompetencje komandora, ale on chyba tego nie zauważa. – Jak ci się wydaje? Wrócimy, żeby zameldować marszałkowi, że jeśli nastąpiłyby zbyt duże obciążenia, których wynikiem mogłoby być ograniczenie predyspozycji jednego z pilotów, to istniałaby możliwość, że ten ciąg zdarzeń, o ile w ogóle nastąpi, zaowocuje ewentualnym zagrożeniem bezpieczeństwa misji?

Pierwszy inżynier nie wydaje się przekonany moją argumentacją i staje po stronie kobiety.

– Lashay ma rację – mówi. – Powinnyśmy zawrócić i oddać Ganvara pod opiekę specjalistów, zabrać innego pilota, albo dwóch, i ponownie przystąpić do misji. Wykonać ją jak należy. Bezpiecznie. Bez ryzyka.

– Edsel. – Powoli kręcę głową. – Takie wyprawy nie są jak wspinaczka po drabinie. Kiedy jedna ci się skończy, nie schodzisz, żeby wziąć inną, tylko skaczesz i masz nadzieję, że uda się złapać cel. Ta misja to ogromne koszty, wielkie naciski polityczne i jeszcze większe oczekiwania – tłumaczę jak dziecku. – I miliony lat świetlnych drogi.

– Słowem nie bądź pizda – kończy za mnie Halvar, a ja muszę tylko pilnować, żeby nie parsknąć śmiechem.

Z każdą kolejną naradą lubię gościa coraz bardziej.

– Pilocie Barie – kontynuuję przerwany wywód, zwracając się tym razem do niskiego mężczyzny, który dotąd nie brał udziału w konwersacji. – Słyszałem, że w takich sytuacjach wręcz zalecane jest lądowanie, w celu zapewnienia pilotowi dłuższego okresu wypoczynku, co jest najlepszym sposobem na ustabilizowanie jego stanu zdrowia. Czy jeśli, mówiąc po ludzku, damy Ganvarowi odsapnąć na Enerze no nie wiem, powiedzmy miesiąc, nie będzie to rozsądniejsze niż forsowanie go teraz drogą powrotną?

Wywołany uśmiecha się kącikiem ust i rozkłada dotąd splecione ręce.

– W zasadzie, to jest cytat z podręcznika, niniejszym bardzo trafny. Przy drobnym uszkodzeniu rdzenia, zaleca się miesięczną przerwę, po której pilot może odbyć bezpośredni lot do najbliższej stacji dokującej, skąd zostanie bezpiecznie, chociaż już bez licencji, zabrany do kliniki. Obaj byliśmy zresztą testowani przed lotem i wiem, że Ganvar, w ramach ubezpieczenia, przechodził także dodatkowe badania w niezależnej placówce. Wszystkie wyniki miał w normie. W najgorszym, powtarzam, najgorszym wypadku, w drodze powrotnej będziemy zmuszeni do krótkich dryfów.

Nihil w końcu wygląda na przekonanego.

– Tak więc, nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby kontynuować – mówi, odwracając się, żeby wyłączyć hologramy.

Przymykam oczy zadowolony z efektu narady, a kiedy otwieram je ponownie, pomieszczenie zalewa już czerwone, pulsujące epileptycznie światło alarmu. Z głośnika dobiega automatyczny komunikat: Przygotowanie do manewru odejścia, wszyscy członkowie załogi proszeni o udanie się w bezpieczne miejsca. Przygotowanie do manewru…

– Oho, pewno jakieś śmieci – mówi Halvar, ciężko podnosząc się z krzesła. – Pełno ich w tym kwadrancie, a im bliżej Enery, tym jeszcze więcej. Nie przyłożyli się za bardzo do bezpiecznego odholowania statków na to…

Huk niespodziewanie przerywa mu w pół zdania, a gwałtowny wstrząs powoduje, że wszystkim krew odpływa z twarzy. Przez chwilę łapię jeszcze przerażone spojrzenie pierwszego inżyniera, zanim salę konferencyjną spowija ciemność.

Halvar wybiega pierwszy. Nim zdążam jakkolwiek zorientować się w sytuacji, już wydobywa, z którejś kieszeni, małą latarkę i biegnie w kierunku drzwi. Latarka, kto w ogóle nosi takie rzeczy – przemyka mi przez myśl, a potem rzucam się w ślad za znikającym za rogiem światełkiem. To już drugi raz, kiedy nie doceniam olbrzyma i tylko włączający się nagle system mdłych, awaryjnych świateł ratuje mnie przed zagubieniem w mroku gdzieś pomiędzy Halvarem, a resztą peletonu.

Chrzęst pancerza i ból, który wbija mi się pod czaszkę i sunie w dół kręgosłupa, zaskakują mnie tak, że potykam się i nieomal przewracam. Ciara spina się, jakby oczekiwała na cios. Kurczy się, zaciska i ściąga do siebie wszystkie odnóża i wici. Faktyczny ruch jest minimalny, ale szarpie nerwy, z którymi jest zrośnięta i nieomal mnie paraliżuje. Nie mogę jej uspokoić. To trochę spóźniona reakcja – dobrych parędziesiąt sekund po uderzeniu. Mam się spodziewać, że będzie jeszcze gorzej?

Komandor mija mnie pospiesznie, kiedy stoję oparty o lśniącą bladymi, biotycznymi liniami ścianę korytarza. Nie poświęca mi więcej niż ułamek sekundy, podobnie jak biegnący za nim pierwszy inżynier i pilot. Dopiero Lashay zatrzymuje się obok. Kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Symbiont? – pyta.

Znam ten „wiedzący” ton głosu i z całego serca go nie znoszę.

Najchętniej kazałbym jej się odpieprzyć, dodając jeszcze kilka określeń ze słownika Halvara, ale silę się na milczące skinienie głową. Skupiam się na ignorowaniu jej i zmuszeniu Ciary do ograniczenia nacisku, na moje ośrodki ruchu. Udaje się. Powoli. Chyba jest w szoku.

Próbuję opanować urywany oddech. Biorę głęboki wdech, potem wypuszczam powietrze przez nos i tak kilka razy. Potem, nie zwracając uwagi na Lashay, która próbuje podać mi ramię, robię kilka kroków wzdłuż ściany. Po paru następnych, krokach i oddechach, mogę już poruszać się bez podparcia, a po chwili, przechodzę w ciężki, powolny trucht. Medyczka podąża zaraz za mną jakby wyczekując, aż w końcu się przewrócę. Cóż, nie jest to takie znowu nieprawdopodobne.

Wpadając na mostek kapitański, gdzie zgromadzili się już wszyscy pozostali członkowie kadry dowodzenia i kilku innych, przypadkowych gapiów, zastanawiam się, co się mogło stać. Czas pomiędzy pierwszym ostrzeżeniem, a wystąpieniem faktycznego zagrożenia powinien być znacznie dłuższy. Manewr odejścia powinien być planowany wcześniej, tak aby załoga miała czas dotrzeć do stref bezpieczeństwa. Wszystkie drogi oraz odległości są precyzyjnie wyliczone – protokół nie dopuszcza tutaj żadnego ryzyka. Więc co? Przecież takie przypadki, jak bezpośrednie uderzenie obiektu w statek, nie zdarzają się już od dziesięcioleci.

Ciara rozluźnia się powoli. Słyszę, jak płytki jej pancerza chrzęszczą, rozwijając się, a ból w końcu się zmniejsza. No nareszcie. Mam symbionta z nerwicą.

– Naprawdę musisz mi to robić? – myślę.

Brak odpowiedzi, ale chyba jest nieco zakłopotana. A przynajmniej chciałbym, żeby była.

Kiedy już wydaje mi się, że stoję pewnie na nogach i nic mnie więcej nie zaskoczy, z korytarza wypadają bliźniaki. Oboje nie grzeszą posturą i właściwie to wciąż dzieciaki, ale w stanie, w którym się znajduję, chyba mógłby mnie powalić nawet szarżujący kot. Tracę równowagę i tym razem korzystam z pomocy Lashay. Nieświadomie – po prostu łapię się pierwszego obiektu, który może uchronić mnie przed upadkiem.

Komandor odbiera napływające zewsząd raporty. Pola magnetyczne niesprawne. Oba silniki główne nie odpowiadają. Filtr powietrza niestabilny, a jego wydajność spada systematycznie. Alternatywne zasilanie włączone. Podliczony stan załogi – sześćdziesiąt trzy procent.

Patrzę, jak z pomieszczenia sąsiadującego z mostkiem wyciągają Ganvara. Jest nieprzytomny. Pot klei mu do głowy kosmyki ciemnych włosów i spływa strużkami po twarzy. Z nosa płynie krew. Barie reaguje natychmiast. Jeszcze zanim Lashay zdąża dopaść omdlałego pilota, jego zmiennik już zatrzaskuje za sobą drzwi sterowni.

Z drugiej strony mostku Halvar, złapawszy pierwszego inżyniera w mocny uścisk, potrząsa nim energicznie tak, że głowa Edsela kołysze się bezwładnie w tył i przód.

– Kurwa, ogarnij się! – krzyczy. – Najpierw tarcze! Podnieś tarcze! Tlenu wystarczy nam na parę godzin, ale jak coś w nas przypieprzy gówno ci da sprawny Aeromak!

Panuje bałagan. Lashay skanuje Ganvara podręcznym czytnikiem i wydaje rozkazy, przekrzykując komandora. Na dobrą sprawę, nikt już nie wie, kogo słuchać najpierw. Lekarza, czy dowódcy?

– Ej, wy! Małe gnojki, chodźcie tutaj! – Nieszczęsny Edsel opada w końcu na podłogę, blady i skołowany, a Halvar woła dwójkę dzieci. – Wy to szybciej ogarniecie. Sprawdźcie stan wszystkich systemów. Chcę wiedzieć, co jeszcze nie działa i chcę to wiedzieć szybko!

Bliźniaki zgodnie doskakują do portali i już po chwili, mostek rozświetlają dwa holograficzne systemy ekranów.

– Nie wydaje mi się, żeby coś w nas uderzyło – kontynuuje inżynier, targając brodę. – Nie ma nigdzie gwałtownego spadku tlenu, ale wciąż nie wiem o wszystkim co się dzieje, połowa sprzętu mi padła – mruczy jakby do siebie.

– Komandorze, to był rozbłysk słoneczny! – rozlega się z głośników.

Jestem jednym z tych, których westchnienia zlewają się w jeden, przebiegający po mostku szmer ulgi. Spośród wielu paskudnych rzeczy, które mogły się nam przytrafić, a do których należało między innymi: zderzenie powodujące rozhermetyzowanie kadłuba, atak piratów, czy krytyczna awaria silnika, jak nazywa się jego eksplozję, rozbłysk słoneczny leży o stopień niżej w piramidzie katastrof. Jest to wiadomość z rodzaju: urwało ci nogę, oślepiło, ale głowa jest na miejscu i, tak długo jak to przetrwasz, masz szansę. Znaczy masz też przerąbane, ale są tacy, którzy mają gorzej.

– Całe szczęście. – Nihil na chwilę zamyka oczy, ale opanowuje się szybko. – Lashay! Sprawdź, czy twój gabinet jest sprawny i natychmiast utwórz jednostkę szpitala polowego. Masz dowolność w wyborze miejsca. Każdy kto nie jest potrzebny gdzie indziej…

Widzę, jak komandorowi poruszają się usta, ale dociera do mnie jedynie ciąg niezrozumiałych dźwięków. Kolana mam jak z waty i podobnym materiałem wydaje się być wypełnione wnętrze czaszki.

– Nie, Ciaro, nie teraz – szepczę, cofając się dopóki nie poczuję bezpiecznego oparcia, jakie daje tylko solidna, metalowo-biotyczna ściana statku kosmicznego.

– To zły moment, wytrzymaj jeszcze chwilę.

Ale już tylko pełne uczucia „r” kolejnego przekleństwa inżyniera odbija się echem w coraz mniejszym pokoju mojej świadomości.

– A niech cię szlag.

 

*

 

Przebudzenie następuje jak zwykle – gwałtownie. W jednej chwili dryfuję diabli wiedzą gdzie, w pustce, a w następnej jestem już w pełni przytomny. Nie znaczy to, że od razu kontaktuję z otoczeniem. Niespodziewana zmiana realiów nie wpływa dobrze na moją zdolność kojarzenia, ale fundowane przez Ciarę drzemki nigdy nie pozostawiają po sobie sennego rozleniwienia, które co czuję rano, zwlekając się z łóżka.

Otwieram oczy i pierwszym, co zauważam, jest para kłębami wydobywająca się z moich ust. Następnym – głód.

Sięgam do kieszeni spodni i wtedy spostrzegam, że jestem przykryty cienką jak papier płachtą termicznego koca. Odrzucam go na bok i wyciągam niewielką saszetkę z uderzeniową dawką węglowodanów i innych, szybko przyswajalnych, składników odżywczych. Jedną z wielu, które zawsze trzymam przy sobie na takie okazje.

Ciara nie fotosyntetyzuje, nad czym ubolewam, ani w żaden inny sposób nie potrafi sama wytworzyć pożywienia. Nie posiada również możliwości pobierania go z otoczenia w sposób naturalny, za to bardzo chętnie i w zastraszającym tempie pochłania moje rezerwy. Organizmy, takie jak ona, większość lekarzy klasyfikuje jako pasożyty, lub całkiem neguje ich odrębność, zaliczając do grupy biotycznych wszczepów. To naturalne, że trzeba samemu odżywiać taką materię, ponieważ staje się ona po implantacji integralną częścią ciała. Moja, rosnąc ze mną odkąd byłem niemowlęciem, panoszy mi się ze swoim chitynowym pancerzem na całych plecach, a cienkie żyłki dodatkowych odnóży wędrują bladą siecią pod niemal każdym centymetrem kwadratowym skóry. Ostatnio wpełzła mi na duży palec prawej stopy.

Potrząsam głową. Tyle jeśli chodzi o przytomność umysłu po „drzemce”. Właściwie powinienem to nazywać kontrolowanym wyłączeniem systemów. Przynajmniej brzmiałoby bardziej naukowo.

Rozrywam zabezpieczenie trzymanej w dłoni torebki i wysypuję na język niecałe dwadzieścia gramów zjadliwie żółtego proszku. Powinienem najpierw rozpuścić go w wodzie, ale nie mam w tej chwili głowy, żeby szukać naczynia. Przez chwilę mozolę się z błotnistą, zlepiającą zęby breją, przełykam, a potem czuję się już gotowy, żeby spojrzeć na świat w szerszej perspektywie.

Komandor przygląda mi się, z mieszaniną dezaprobaty i chyba obrzydzenia, pewnie od momentu, kiedy się obudziłem. Teraz odwraca się z powrotem do pulpitu sterującego.

– Zasypia pan zawsze w najmniej odpowiednim momencie, profesorze – rzuca niedbale. – To zaczyna być naprawdę irytujące.

– Bardzo chętnie oddam symbionta pierwszej osobie, która da mi przekonującą gwarancję, że przeżyję ten rozwód – odpowiadam kwaśno, a z tyłu słyszę pełny wściekłości chrobot. – Lashay się poddała, ale może komandor ma jakiś pomysł?

Dowódca zbywa mnie machnięciem ręki.

– Tak, mam – odpowiada, zajęty wybieraniem czegoś na pulpicie. – Za piętnaście minut zwołam konferencję.

Kawałek dalej pierwszy inżynier rozstrzelił plany statku i coś przy nich majstruje, mrucząc pod nosem. Nigdzie nie widzę Halvara, ale o ile go znam, woli pracować w terenie niż w teorii.

– Proszę zwołać wszystkich wyższych stopniem, którzy będą w stanie przerwać pracę bez spowodowania bezpośredniego zagrożenia dla statku i załogi, by stawili się w sali konferencyjnej – poleca mi. – Mają się nie pozabijać, zanim się tam nie zjawię i pańskim zadaniem, profesorze, jest tego dopilnować.

 

*

 

– Wszędzie, gdzie dotarł rozbłysk, statek zmienił się w jeden wielki piekarnik! W zewnętrznych pomieszczeniach ludzie się po prostu upiekli! Żywcem! – wrzeszczy jeden z mechaników, gestykulując energicznie. – W nowych statkach mają już na to sposoby, mają systemy, a my musimy polegać tylko na pilocie i teraz mamy!

Za plecami słyszę, jak jego kolega po fachu tłumaczy komuś, jak działają mechanizmy grodzi, które w takich sytuacjach aktywują się automatycznie. To system, analizuje zestaw parametrów, które na bieżąco przepływają przez pokładowy komputer. Zgodnie z programem lokalizuje członków załogi, kalkuluje drogi ewakuacyjne i możliwość komunikacji, dodaje do tego najważniejsze systemy jak Aeromak, a następnie separuje zagrożoną część statku. Wszystko, od momentu nastąpienia sytuacji kryzysowej, do całkowitego uszczelnienia grodzi zajmuje mniej, niż trzy sekundy. Żaden człowiek nie zdążyłby zareagować tak szybko i bezwzględnie, odcinając wszystkich, dla których nie została odnaleziona droga ewakuacji. I właśnie dlatego, nie ma tu miejsca na podejmowanie decyzji. Tylko program.

– Mówię wam, powinniśmy zawracać – dobiega mnie szept z kąta pomieszczenia. – Od samego początku cały ten rejs prześladuje pech. Ludzie! Lecimy na planetę, której nienaruszalności strzeże trzynaście różnych frakcji, unii i układów i jeszcze się zastanawiamy, czy nie lepiej jednak lądować! To absurd!

– Chcesz zawracać w takim stanie?! Pierwszy pas meteorytów rozpieprzy nas na kawałki!

Tak więc sytuacja na chwilę obecną jest stabilnie zła i w ciągu najbliższych pięciu minut nie powinna wybuchnąć żadna burda. Kiedy już prawie uznaję swoje zadanie za wykonanie i w końcu decyduję się usiąść, żeby nieco odsapnąć, do pomieszczenia wchodzi Halvar. Wszystkie oczy kierują się w jego stronę, więc ja także spoglądam wyczekująco na drugiego inżyniera. Znam już nieco jego wyczucie czasu oraz opinię o kwestii spraw delikatnych i poufnych, dlatego ze wzrastającym lawinowo niepokojem obserwuję, jak olbrzym nabiera powietrza głęboko w płuca i rozkłada ręce.

– No! To nie mamy silników! – komunikuje donośnie. – Ani tarcz na połowie statku.

 

*

 

– Przede wszystkim jestem z was dumny! – informuje głośno komandor i na potwierdzenie swoich słów, wypina pierś jakby ktoś miał zaraz przypiąć mu medal. – Przez ostatnie dwie godziny udało się nam uporać z najgorszą częścią kryzysu. Z radością informuję, że Aeromak został ustabilizowany, a wszyscy, którzy przeżyli impuls, są już bezpieczni. Wszystkie sprawne tarcze są włączone. Należy się wam teraz parę wyjaśnień. – Nihil milknie, a po chwili kontynuuje nieco ciszej. – Jakiś czas temu chorąży Lashay zdiagnozowała u pilota Ganvara drobne odstępstwa od normy, a wkrótce potem, niewielkie uszkodzenie elektronicznego implantu, który pozwala na płynne połączenie pomiędzy umysłem, a oprogramowaniem statku. Do tej pory kartoteka medyczna Ganvara nie obejmowała żadnych problemów z tym podzespołem. Kiedy defekt pojawia się po raz pierwszy i dotyka mniej niż dwa procent rdzenia, zazwyczaj nie niesie to ze sobą zagrożenia lotu.

„Zazwyczaj” to nie jest odpowiednie określenie na tego typu zebraniu. Tu trzeba pieczołowicie ważyć każde słowo, bo gotowe jest wrócić do wypowiadającego w najbardziej nieprzyjemny sposób. Po sali przebiega gniewny pomruk, jednak na razie, nikt nie przerywa komandorowi.

– Na nasz wypadek miało wpływ wiele okoliczności, nie mogę jednak zaprzeczyć, że to właśnie uszkodzenie rdzenia było bezpośrednim czynnikiem, który zaowocował nie zauważeniem przez pilota rozbłysku. Minęliśmy go dosłownie o włos, zahaczając jedynie tylną częścią statku, ale mimo to jego oddziaływanie sięgnęło dalej. W wyniku tego uderzenia, wielu członków załogi nie ma już pomiędzy nami. Tak, jak poinformował was drugi inżynier Halvar, żaden z dwóch głównych silników nie pracuje, jednak naprawa obu jest możliwa. Poważnemu uszkodzeniu uległy także osłony na części statku, która miała bezpośredni kontakt z rozbłyskiem, ale na szczęście dziób jest wciąż chroniony tarczami, dlatego obecnie nie istnieje żadne zagrożenie.

Łapię przelotne spojrzenie, którym komandor nakazuje Halvarowi milczeć i nie przerywać monologu. Olbrzym, który już otwierał usta, sarka głośno, jednak nie sprzeciwia się dowódcy.

– Chciałbym więc teraz, wspólnie z wami wszystkimi, podjąć decyzję o przerwaniu misji. W obliczu tak wielu usterek, zawrócenie stanowi jedyną, sensowną opcję. Pilot Barie skieruje statek na kurs o niskim zagrożeniu odłamkami, a w czasie dryfu będzie możliwe przedostanie się na tył jednostki, po czym wydobycie z magazynów pozostałych tam zapasów i sprzętu. Nasi mechanicy są przygotowani do przeprowadzenia wszystkich koniecznych napraw, nawet w warunkach próżni, co w późniejszym terminie pozwoli nam bezpiecznie zawinąć do portu macierzystego na Ziemi.

Sądząc po szeptach, które rozlegają się we wszystkich kątach sali, wymienieni mechanicy mają odmienne zdanie na temat własnych predyspozycji.

– Zaraz komandorze. – W końcu pierwszy, podniesiony głos wyrywa się z ogólnego szmeru. To mówi starszy, chudy mężczyzna, z rzadkimi włosami. Unosi wysoko pomarszczoną dłoń, zupełnie jak w szkole. – Czy nie mądrzej byłoby wylądować na Enerze i to tam przeprowadzić wszystkie konieczne naprawy? Nie musielibyśmy ryzykować wyprawy na odciętą część statku.

– Ani napraw w Kosmosie – dodaje ktoś inny i wzdryga się zauważalnie.

– Nie jestem pewna czy dobrze rozumiem – pyta drobna kobieta, stojąca niedaleko komandora. – Mamy używać pól grawitacyjnych i silników startująco-wspomagających, bo tylko te nam zostały i całą drogę powrotną swobodnie dryfować przez Kosmos? Bez silników głównych?

– Tylko do czasu zakończenia napraw, nie niesie to ze sobą żadnego… – odpowiada komandor, ale zanim zdąża rozwinąć myśl, już padają kolejne pytania.

– A co z działami? – rozlega się zza moich pleców.

– Będziemy dla piratów i śmieciarzy idealnym celem. Bez tarcz, bez silników, bez narzędzi, bez dział. Komandorze, czy chociaż broń ręczna nam działa? Impuls jej nie zdezaktywował? – biadoli ktoś inny.

– Na co ci, dziadku, będzie broń, jak nie mamy żołnierzy? Kto nas przed piratami obroni, ty?

– Spokojnie, spokojnie! – apeluje komandor, starając się utrzymać sytuację pod kontrolą. – Manewr lądowania jest zbyt trudny, żeby jeden pilot mógł się go podjąć. To zbyt ryzykowne.

– Chcesz nam powiedzieć, że mamy lecieć przez pół Kosmosu o jednym pilocie?!

Tak oto pęka mydlana bańka szacunku do przełożonego, kiedy ten nie potrafi sobie na niego zapracować. Atmosfera w sali konferencyjnej podgrzewa się z każdą chwilą, co jest mi całkiem na rękę. Im bardziej niekompetentny okaże się optujący za powrotem komandor, tym więcej osób, nawet tych dotąd niezdecydowanych, poprze opcję lądowania. Postanawiam, że to dobry moment, żeby dorzucić od siebie kilka drew do tego stosu pogrzebowego. Komandor już mi się nie przyda.

– Na Enerze występują pola o zachwianej, a miejscami nawet odwróconej grawitacji – mówię, wkładając w swoje słowa tyle spokoju i pewności, ile tylko mogę wykrzesać z siebie charyzmy.

Działa. Większość oczu zwraca się w moją stronę. Co zabawne, nawet komandor spogląda wyczekująco, chociaż jego pewnie nie przekonam.

– Uważa się powszechnie – kontynuuję – że to pozostałość po dawno wymarłej cywilizacji, która stworzyła ruiny o potężnej mocy. Mentaliści od dawna ubiegają się o przyznanie prawa do badań, jednak jak dotąd żadna z federacji nie wystąpiła z oficjalnym zapytaniem i sprawa pozostaje martwa. Koncept w kręgach naukowych jest dość znany i myślę, że parę osób tutaj już o nim słyszało – zwracam się do niewielkiej grupki skupionej przy drzwiach. Nie kojarzę imion większości z nich, ale interesuje mnie mężczyzna o wyglądzie natchnionego poety, wokół którego się skupiają.

To nasz, do niedawna, specjalista od powłok kosmicznych, a aktualnie neofita i samozwańczy przywódca pokładowych zwolenników mentalizmu. Ale ku mojemu zdumieniu, to nie on podchwytuje pomysł.

– Można wykorzystać te pola, żeby wspomóc silniki i dzięki nim, bezpiecznie przejść do ślizgu powierzchniowego! – Moreen klaszcze w dłonie.

– I wylądować dokładnie tam, gdzie zechcemy! – entuzjastycznie wtóruje jej brat.

Zaskakuje mnie obecność bliźniaków, a sądząc po minach pozostałych dorosłych, oni także nie zwrócili wcześniej na rodzeństwo najmniejszej uwagi.

– Wy tak na poważnie wierzycie w jakieś ruiny?! – pyta głośno jeden z mechaników. – Chyba przegapiłem porcję narkotyków w dzisiejszym obiedzie.

– Niezbadane brednie! Teorii tego typu jest tyle, co uczonych. Planowanie lądowania w oparciu o siły nadprzyrodzone, to jak strzelanie sobie w kolano z działa plazmowego! – krzyczy kto inny.

Sceptycy przechodzą do kontrofensywy, ale na razie ich argumenty są na poziomie przedszkola. Nic, co by mnie martwiło i wymagało interwencji, pozwalam więc, żeby dyskusja toczyła się swoim torem.

– Jest udowodnione, że…

– Na małą skalę! Tak, mentaliści mogą przenosić niewielkie przedmioty. Trafiają się też tacy, którzy potrafią manipulować cząsteczkami. Ale generalnie, to w czym się specjalizują to zakłócanie bądź niszczenie elektroniki. Przecież właśnie po to rekrutuje się ich do armii!

– No jasne, nic tylko wlecimy w takie pole i siądzie nam reszta systemów!

– Nic nie padnie!!! – grzmi, niespodziewanie poirytowany Halvar.

Nawet ja mam ochotę zatkać uszy pod natłokiem decybeli, które wytworzył.

– W zabobony wierzycie! A ja wam powiem, że to właśnie artefakty z takich ruin są od dawna wykorzystywane w budowie statków. Aeromak żyje tylko dlatego, że jest od malutkiego Aeromaczka owinięty wokół rdzenia, znalezionego dawno temu na jakiejś zapomnianej przez Kosmos planecie. To tylko okruch, w porównaniu w tymi ruinami tam, a cały czas w jakiś pojebany sposób przetwarza energię statyczną i dostarcza Aeromakowi… – Milknie na chwilę. Wyraźnie, wbite w niego, zszokowane spojrzenia załogi nie ułatwiają doboru słów. – No nie wiem, czegoś jakby mocy życiowej! – kończy i z trzaskiem siada z powrotem na krześle, z którego poderwał się na początku wywodu.

– Wspaniale – warczy pierwszy inżynier. – Więc wylądujmy na podstawie dwóch hipotez – jednej, że ruiny na Enerze emanują cudowną mocą i drugiej, o jakiejś pojebanej konwersji energii statycznej w coś jakby moc życiową! Brzmi jak prawdziwa alternatywa bezpiecznego powrotu do portu!

– Dość! – ryk komandora faktycznie przerywa wszelkie dysputy. – Dość – powtarza. – Widzę, że tak nie dojdziemy do porozumienia. Wszyscy mamy wiele do przemyślenia i być może, zbyt pochopnie zwołałem to spotkanie tak krótko po uderzeniu. Temat wymaga ponownego przemyślenia, a w chwili obecnej i tak musimy pozostać na kursie, dopóki Barie nie odpocznie i nie przygotuje się do manewru. Mamy dzień, dwa i w tym czasie inżynierowie i mechanicy mają za zadanie w pełni zapoznać się z sytuacją. Być może wtedy podejmiemy wspólną decyzję. Rozejść się i wracać na stanowiska! – poleca.

Nie wszystkim pasuje decyzja komandora, ale pośród szeptów i niechętnych pomruków opuszczają salę. Po krótkiej chwili zostajemy w składzie, w którym przed kilkoma długimi godzinami oglądaliśmy zdjęcia z powierzchni Enery. Komandor splata dłonie za plecami i zaczyna przechadzać się po centralnej części pomieszczenia. Obaj inżynierowie zerkają na siebie, jakby zamierzali zaraz rozpocząć bitwę na klucze i młotki, a bliźniaki siedzą na oparciach krzeseł, z nogami na siedzeniach i minami zblazowanych niewiniątek. Ilbert odrywa się w końcu od ściany i staje po mojej prawej, co odbieram jako dobry znak. Czyżbym kupił go swoją teorią?

Dopiero teraz, w opustoszałej sali spostrzegam, że nigdzie nie ma Lashay i prawdopodobnie, nie było jej od samego początku. Oczywiście, brakuje także obu pilotów.

– Panie Edsel Reth, co pan sądzi o Aeromaku? Co pan sądzi o silnikach? – pyta komandor, zatrzymując się, i spoglądając w kierunku swojego pierwszego inżyniera. – Profesjonalną opinię pana Halvara, o przetwarzaniu energii w pojebany sposób, już znamy i jesteśmy za nią bardzo wdzięczni, ale teraz chciałbym usłyszeć coś mniej naukowego, a bardziej praktycznego – dodaje zjadliwie.

– Masz rację, opinię wyraziłem! – Halvar wstaje, potrącając krzesło. Zgubił gdzieś „panie komandorze” i nie wygląda, jakby zamierzał rozpaczać nad tą stratą. – Idę do swojej pracowni rozkminić, w jaki sposób przeprowadzić naprawę naszego napędu w czasie, kiedy pierwszy inżynier będzie wyrażał profesjonalną opinię na temat tego, skąd, na progu strefy zakazującej lotów kosmicznych, wziąć gotowe części do dwóch wykurwistych, starych jak świat, impulsowych silników hybrydowych. Magnetyczno-jądrowych, przypomnę, bo nie wiem czy pan Reth zainteresował się specyfikacją statku, na który został przydzielony. W tym czasie ja, głupi drugi inżynier, wymyślę aparaturę zastępczą. Ale dajcie mi znać o jego osiągnięciach! – Na odchodne pokazuje jeszcze środkowy palec w kierunku bardzo zbliżonym do komandorskiego, chociaż nie dam głowy, czy nie chodziło mu raczej o pierwszego inżyniera. Całkiem widowiskowo.

– A o Aeromaku gówno wie – dobiega nas jeszcze tubalny głos z korytarza. – W podręcznikach o nim nie piszą!

– Pańskie wysiłki dyplomatyczne przynoszą efekty – odzywa się dotąd konsekwentnie milczący Ilbert. – Właśnie, w ciągu zaledwie paru minut, udało się panu przekonać do jednej idei większość załogi, w tym drugiego inżyniera, który zgodnie z moimi informacjami, lata na naszym Skoczku już od kilkunastu lat.

Mocno czerwony na twarzy komandor odwraca się gwałtownie w naszą stronę, ale nie wydaje się, żeby zrobiło to jakiekolwiek wrażenie na świeżo upieczonym mentaliście.

– Mam na myśli – kontynuuje mężczyzna – że z całą pewnością dali się przekonać, że pański plan jest całkowicie, doszczętnie beznadziejny. Zwoławszy kolejne zebranie, radzę dla niepoznaki przyłączyć się do opozycji. Wtedy niewątpliwie pańskie faktyczne idee zyskają szerokie grono zwolenników. Jeśli o mnie chodzi, jestem zdania, że wykorzystanie pomysłu pana Alesdaira z polami antygrawitacyjnymi jest naszą najlepszą opcją, która daje najwyższe prawdopodobieństwo sukcesu.

O dziwo, w czasie tego monologu komandor zdołał się nieco opanować.

– Pańskie zdanie znaczyłoby więcej, gdyby co chwila tak spektakularnie go pan nie zmieniał – odpowiada, a każde jego słowo ocieka nie przystającym dowódcy jadem. – Jeszcze miesiąc przed rozpoczęciem ekspedycji, uznawał pan mentalistów za jednostkę terrorystyczną i popierał uchwały marszałka, który zastanawiał się nad wzięciem ich pod ścisły nadzór. A teraz proszę, jest pan świetlistym przykładem mentalisty właśnie.

Moją uwagę przykuwa dyskretna ewakuacja bliźniaków. Moreen i Meri, przysunąwszy pod ścianę krzesła, na których dotąd siedzieli, wycofują się cicho w stronę drzwi.

– A wy nie macie żadnego zdania? – Łapie ich komandor, już w progu i na chwilę przed tym, jak bezszelestnie zamknęłyby się za nimi automatyczne drzwi. – Nie dorzucicie swoich pięciu groszy?

Rodzeństwo zatrzymuje się, spoglądając po sobie.

– Mamy – mówi po chwili Moreen.

– Chcemy przeżyć – wyjaśnia Meri. – Przyjrzymy się kto w tym sporze ma większą siłę – to słowo wyraźnie akcentuje – racji.

– Wydaje mi się, że teraz powinniśmy się wszyscy trochę przespać – mówię, żeby rozładować atmosferę, a poza tym zaraz zacznie mi burczeć w brzuchu. Nie widzę celu w przekonywaniu komandora i inżyniera, oni są dla mnie z góry straceni. Ilberta z kolei mam już po swojej stronie, a Heva poprze Bariego, kiedy ten odpocznie i opowie się za jednym z proponowanych rozwiązań. Moim mam nadzieję. To dobry moment, żeby zakończyć naradę. – Być może do jutra uda się uruchomić więcej dodatkowych silników i chociaż odrobinę lepiej ogrzać statek – dodaję.

Tym, czy nawet Halvarowi uda się uruchomić dwa największe napędy, jeszcze długo nie będę musiał się przejmować. Jak zdążył mi powiedzieć, kiedy czekaliśmy na komandora, chwilowo najbardziej martwi go to, żeby „nie pierdolnęły”.

 

*

 

Igła zagłębia się w miękkiej tkance pomiędzy dwiema chitynowymi płytkami. Zaciskając odruchowo dłonie na krawędziach taboretu, mogę sobie wyobrazić jak cały segmentowaty korpus, który sięga mi od nasady czaszki po lędźwie, chrzęści i faluje. Z krawędzi płytek wysuwają się i chowają z powrotem drobne kolce, a wrośnięte głęboko pod skórę odnóża drgają spazmatycznie.

Ciara nie lubi podkarmiania tą metodą, ale czasami to jedyny sposób, żebym mógł funkcjonować bez ciągłych, niekontrolowanych drzemek i hektolitrów wody, z rozpuszczonym kofeinowym proszkiem. Poza tym, to komandor zlecił mi regularne wizyty w gabinecie Lashay. Nie potrzebuję żadnych specjalnych zdolności, żeby zgadnąć, że jej wydał jej polecenie dodawania do mieszanki odżywczej blokera, który ma ograniczyć, lub w najlepszym przypadku całkiem pozbawić mnie możliwości stosowania telepatii. I chociaż oficjalne dane wyraźnie informują, że rozmowa w myślach jest możliwa wyłącznie pomiędzy dwoma nosicielami symbiontów, w opinii publicznej nasze zdolności urastają do rangi mitu, więc praktyki takie jak zastosowana przez komandora, chociaż nie posiadają prawnego usankcjonowania, są dość powszechne. Paradoksalnie – naprawdę możemy się kontaktować wyłącznie pomiędzy sobą.

Poruszam barkiem, żeby sprawdzić czy Ciara, w ramach zemsty za dotkliwie ukłucie, które zafundowała jej Lashay, nie postanowiła mnie sparaliżować, ale wszystko jest w porządku. Zamiast tego od kręgosłupa po całym ciele rozlewa mi się fala gorąca – znak, że symbiont rozpoczął ucztę i jest skłonny podzielić się ze mną nadwyżką energetyczną. Przy okazji Ciara w ciągu nie więcej niż pięciu minut spali cały bloker. Nie, żeby był specjalnie skuteczny, ale żadne z nas nie lubi ograniczeń.

Wstaję. Przeciągam się i spoglądam na Lashay.

– Zauważyłem, że nie było cię na konferencji – mówię, sięgając po leżącą na kozetce koszulkę. Naciągam ją na ramiona, a reszta materiału sama przylega do mojej piersi. Dzięki takiemu ubraniu plecy, czyli tak naprawdę równo ułożone płytki pancerza Ciary, mam odsłonięte. Przy jej przemianie materii niemal nie odczuwam chłodu, a robi się niemożliwa do wytrzymania, kiedy nie może swobodnie się poruszać.

– Mieli stawić się wszyscy, którzy mogą. Ja mam pod opieką ogrom pacjentów.

– Wszyscy są podłączeni do urządzeń. Od momentu ustawienia programu, ich leczenie przebiega automatycznie.

– Dopóki stan któregoś nie ulegnie pogorszeniu, co zawsze jest możliwe – rzuca ostro. – Poza tym nie nadaję się do polityki. Jesteście tam jak zbieranina wilków alfa, gotowych rzucić się sobie do gardeł, walcząc o przewodnictwo nad stadem. Ja wolę zadbać, żeby stado to przewodnictwo, jakiekolwiek nie będzie, przeżyło.

Cóż, ma swoje racje. Dziękuję jej za zabieg i zbieram się do opuszczenia gabinetu.

– Przynajmniej nie będziesz mogła narzekać na brak pracy – rzucam przy wyjściu.

Z gabinetu Lashay do trzeciego sektora kwater, w którym znajduje się mój pokój, jest mniej niż kwadrans leniwego powłóczenia noga za nogą. Potrzebuję odpoczynku, ale w tej chwili niekoniecznie oznacza to sen i równie dobrze, mogę zacząć relaksować się już teraz. Pozwalam, żeby moja świadomość roztapiała się w mruczeniu Ciary, która, syta i zadowolona, najwyraźniej zapomniała już o przykrym incydencie z igłą. Prawdopodobnie dotarłbym do pokoju na autopilocie, gdyby kolejnej fali gorąca, nie zastąpił niespodziewany chłód. Aż wmurowało mnie w miejscu.

– Profesorze Alesdair – zwraca się do mnie jeden z dwóch stojących w korytarzu mężczyzn. Kojarzę twarze, ale dotąd widywałem ich wyłącznie w cywilnych ubraniach, a teraz w grafitowych mundurach, prawie zlewają się z czernią ścian. – Komandor wzywa pana na spotkanie.

To może wydać się dziwne, ale całkiem dobrze znam protokół i występuje w nim tylko jedna sytuacja, w której komandor wydaje rozkaz związany z ujawnieniem się wszystkich wojskowych, zamaskowanych do tego czasu pomiędzy załogą. Każda wyprawa kosmiczna ma kilku takich cichociemnych. Na wypadek buntu – czyżby ktoś zrobił coś nieprzemyślanego? A może po prostu komandor postanowił wykonać pierwszy krok?

– Ah, pan Edel – mówię w kierunku wyższego z żołnierzy, przybierając na twarz wyraz spokojnego zainteresowania. Dzięki czujności Ciary stoję teraz oddalony od nich o kilka kroków i mam chwilę na zastanowienie, co dalej. – A może wcale nie pan Edel?

Mój puls przyspiesza, dudni w skroniach. Ciara unosi płytki pancerza, a po chwili opuszcza je, rozluźniona. Czuję jednak jak najmniejsze z jej odnóży poruszają się lekko pod skórą. Jest w zaczepnym nastroju, czyli jednak nie zapomniała o zastrzyku. Szykuje nas do starcia.

– Komandor rozkazał udać się na spoczynek. Byłem przy tym rozkazie osobiście – komunikuję, ruszając w ich kierunku.

Żeby dojść do drzwi pokoju, muszę minąć ich obu. Na razie dzieli nas nie więcej niż pięć kroków. Cztery. Trzy…

– Zmienił zdanie – stwierdza ten, który dotąd jedynie się przypatrywał. Jego nie pamiętam. Wyciąga zza paska pistolet elektromagnetyczny – standardową broń na wyposażeniu sił porządkowych misji międzygwiezdnych. Powstała z myślą o sparaliżowaniu przeciwnika, posiada jednak także funkcję ostrej amunicji, a ja nie mam pojęcia, która z opcji jest aktualnie aktywna. Idę dalej.

Dwa. Jeden.

– Wracam właśnie od głównego medyka. Chorąży Lashay zaleciła mi odpoczynek – mówię spokojnie, mijając ich i skanuję niewielki chip otwierający drzwi. – Poza tym, radzę nie denerwować Ciary, może być nieco drażliwa po zabiegu.

– Kogo? – pyta ten z bronią, ale Edel okazuje się mieć mniej cierpliwości.

– Ty chyba nie rozumiesz sytuacji – warczy, doskakując błyskawicznie i, wykręciwszy mi najpierw rękę, popycha na ścianę przy drzwiach.

Doskonale. Kątem oka dostrzegam, że drugi z żołnierzy rozluźnia się i opuszcza broń, widząc jak szybko jego kolega sobie ze mną poradził. Przymykam oczy i reguluję oddech, czując jak Ciara spina się, a potem wyrzuca coś z siebie. Uścisk słabnie niemal natychmiast, a kiedy Edel bezwładnie wali się na ziemię, mnie dzielą już tylko trzy kroki od drugiego żołnierza. Nim ten unosi pistolet, pozostaje tylko jeden krok. Już!

Doskakuję do niego i łapię broń. Skupiam na niej całą uwagę i wszystkie wysiłki. Potrzebuję się jej pozbyć. Tylko jej.

Zaskoczony żołnierz nie zdąża się nawet zastanowić, dlaczego jego pistolet wbił się kolbą w sufit, działa jednak instynktownie, pod wpływem adrenaliny i odruchów, wyrobionych latami treningu. Pozbawiony broni rzuca się na mnie z wprawą i szybkością, z którą nijak nie mogę się mierzyć. Zginam się w pół pod wpływem celnego ciosu w brzuch. Przed kolejnym, w twarz, próbuję się po prostu zasłonić rękami. Stalowy chwyt zaciska się na moim nadgarstku i już po chwili leżę twarzą do ziemi, z boleśnie wykręconą ręką, łapiąc z trudem oddech. Plecami do niego. Chyba dopiero teraz na powrót włączyło mu się myślenie, bo czuję jak szarpie się, próbując cofnąć. Za późno, po chwili leży już spokojnie obok Edela, a twarze i mundury obu pokrywa fantazyjny wzór zielonych i fioletowych plamek.

Za sprawą symbionta krąży mi w żyłach tyle endorfin, że nawet nie przejmuję się obmacaniem żeber.

– Zbój z ciebie, Ciaro, wiesz? – mówię z czułością i z niejakim trudem wciągam obu sparaliżowanych żołnierzy do wnętrza pokoju i zamykam drzwi.

Zaczynam od rozpuszczenia, w stojącej na nocnej szafce butelce z wodą, zawartości dwóch wydobytych z kieszeni saszetek. Potem wypijam całość duszkiem i mogę, ewentualnie, zacząć myśleć.

Oczywiście, spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale sądziłem, że komandor wykaże się zdrowym rozsądkiem i poczeka, aż pierwsze emocje opadną. Adrenalina odpuści, nawet najwięksi paranoicy stracą na czujności i dopiero wtedy rozpocznie przewidziany protokołem proces eliminacji, bądź odcinania opozycji.

Ciekawe na co był nastawiony ten pistolet? Pistolet!? Przypominam sobie o nim nagle i pełen złych przeczuć wypadam na korytarz. Broń jest na szczęście tam, gdzie ją zostawiłem, czyli w suficie. Miałem szczęście, że nikt tędy nie przechodził, bo nawet największy krótkowidz nie mógłby nie zauważyć nietypowej dekoracji.

Przy pomocy Ciary już po chwili broń znajduje się w moich rękach i mogę spokojnie zatknąć ją za pasek. Najpierw jednak wracam do pokoju, sprawdzając po drodze ustawienie broni – paralizator. Dobrze, zatem komandor jeszcze stosuje się do reguł gry. Rozmieści wszystkich w małych grupach i pozamyka w możliwie oddalonych od siebie pomieszczeniach. Wykorzysta popartą odrobiną nacisku perswazję, żeby zmusić personel do wprowadzenia Skoczka na powrotny kurs, a kiedy już mu się uda, nie będzie nawet musiał trzymać ich dłużej w zamknięciu. Próba ponownego skierowania statku na Enerę byłaby skrajną głupotą, więc wszyscy, którzy mają choć trochę oleju w głowie, pogodzą się z kontynuowaniem lotu powrotnego. A w razie wystąpienia kilku jednostek pozbawionych tego oleju? Ich pewnie usunie w bardziej, lub mniej permanentny sposób.

Mam więc teraz dwa wyjścia. Albo iść do komandora i przeprosić za bardzo niegrzeczne zachowanie mojego stawonoga oraz wyjaśnić mu, że Ciara tak właśnie reaguje po jedzeniu i ostrzegałem o tym żołnierzy. Zagrać bezpiecznie, zawrócić do portu, odebrać premię za subordynację i pomoc udzieloną dowódcy w czasie buntu, a potem czekać na kolejną okazję do lotu na Enerę. Albo…

 

*

 

Korytarze są opustoszałe, jednak przemierzam je ostrożnie, przyczajony, na tak zwanych „paluszkach”. Ktoś wyszkolony zlokalizowałby mnie bez problemu, jednak liczę na ograniczoną ilość ludzi, których komandor ma do dyspozycji i zwykły łut szczęścia. Jeden pistolet, ustawiony na paralizator, ukrywam pod przewieszonym przez rękę płaszczem, który wyłącznie w tym celu zabrałem ze sobą. Drugi schowałem w jednej z kieszeni bojówek.

Mimo uzbrojenia staram się jednak unikać ewentualnego kontaktu z ludźmi. Żołnierze zazwyczaj mają na sobie kamizelki, które zmniejszają, bądź całkiem neutralizują działanie paralizatorów. A jeśli zostanę pozbawiony broni, to ilu jeszcze uda mi się nabrać na numer z Ciarą? Dwóch? Trzech? Może, ale na pewno nie jak będą w grupie. Poza tym i tak mam już sporych rozmiarów krwiak na brzuchu. Wolę uniknąć dalszych kontuzji.

Moją uwagę przykuwają głośne, dobiegające z bliska, zza pleców, uderzenia i drgania podłogi, które rozchodzą się w ślad za nimi. Poświęcam jeszcze chwilę na zastanowienie czy to, co robię naprawdę ma sens, jednak w końcu zawracam. Pospiesznie przecinam dwa korytarze i kiedy skręcam w następny, słyszę huk i tubalny śmiech Halvara. Rzucam się w tamtym kierunku i, upuszczając płaszcz, zaciskam dłonie na kolbie pistoletu. Być może wyglądam śmiesznie i ktoś mógłby powiedzieć, że naoglądałem się zbyt wielu projekcji, ale jako szanujący się profesor, nie mam wielkiego doświadczenia w tym, co właśnie robię. Podejrzewam, że każdy instruktor zrównałby mnie z ziemią wytykając błędną postawę, niepoprawny chwyt czy jeszcze coś tam innego. Na moje szczęście paralizator nie ma odrzutu, więc to, czy trzymam broń poprawnie jest bez znaczenia. Nie zamierzam również przechodzić na ostrą amunicję, więc czy mam dobry, czy zły dostęp do przełącznika również nie stanowi problemu.

Po kilku kolejnych krokach słyszę już tupot nóg i nawoływania. Zatrzymuję się tuż przy załomie korytarza, wyciągam przed siebie broń i staję pewnie na rozstawionych nogach, celując w pustkę. Już po chwili rozlega się kolejny huk. Uderza we mnie podmuch zimnego powietrza. Po podłodze rozchodzą się wstrząsy.

W słabym świetle korytarza pojawiają się trzy umundurowane postacie. Jeden z żołnierzy niesie na ramieniu nieprzytomnego kompana. Do niego wypalam pierwszą serię. Ten, który szedł tyłem, osłaniając ucieczkę przyjaciół, odwraca się błyskawicznie ale wciąż, to ja mam przewagę. Zanim zdąża wycelować i nacisnąć spust, dosięga go kilka strzałów, skierowanych w korpus. Osuwa się na kolana, ale wciąż jest przytomny – zbroja musiała przejąć część uderzenia.

Podchodzę, chociaż tak naprawdę to nogi mam jak z waty i oddaję jeszcze dwa strzały. Jeden w odsłoniętą twarz klęczącego żołnierza, drugi w tył głowy tego, który wcześniej był niesiony, a teraz bezwładnie gramoli się odzyskując przytomność. Tym samym funduję obu potężną migrenę, kiedy już się obudzą, ale sobie gwarantuję bezpieczne plecy. Przechodzę nad leżącymi bezwładnie ciałami i trzymając przeładowaną broń w pogotowiu, ruszam w głąb korytarza. W samą porę bym mógł zobaczyć jak zielonkawa kula energii, czy może plazmy, uderza w czwartego z grupy żołnierzy. Nie wiem, dlaczego znalazł się w tyle, za tamtymi, ale teraz przelatuje dobre dwa metry, zanim uderza w ścianę i osuwa się po niej nieprzytomny. Do mnie dociera jedynie potężny podmuch wiatru – zaledwie pozostałość fali uderzeniowej. Zza rogu dobiega mnie rechot Halvara. Podchodzę do jego ofiary, przykładam pistolet do czoła i naciskam spust. Kolejny do kolekcji, który po wybudzeniu spędzi dzień czy dwa w gabinecie Lashay.

– Alesdair! – woła drugi inżynier, wyłaniając się z korytarza. – Wiedziałem, że gdzieś pod tą przykrywką cioty naukowej jest w tobie facet!

Odwracam się w jego kierunku, chowając pistolet. Muszę pozwolić mu na regenerację, inaczej jeszcze dwa, trzy strzały i będzie nie do użytku.

– Halvar. Myślałem, że na pokładzie statku kosmicznego nie można mieć broni, chyba, że za specjalnym pozwoleniem. – Dopiero teraz mogę mu się porządnie przyjrzeć i efekt, szczerze, przerasta moje najśmielsze oczekiwania.

Spodziewałem się, że drugi inżynier nie da się łatwo spacyfikować. Brałem pod uwagę, że może być uzbrojony. Jednak widok olbrzyma obwieszonego ze wszystkich stron płatami grubego, szarego materiału, prawdopodobnie podwędzonego z elementów powłok ochronnych, w spawalniczej masce i z ogromną strzelbą, odebrał mi głos. Dobrze przynajmniej, że to i tak jest jego kolej na odpowiedź, w tym czasie zdążam odzyskać nieco panowanie nad sobą.

– Dobrze myślałeś bracie! – Spuszcza lufę gnata na bok i przeładowuje. Łuska wielkości pięści z trzaskiem spada na ziemię i z metalicznym turkotem toczy się w dół korytarza, znikając mi z oczu.

Wcześniej nawet nie zauważyłem tego przechyłu.

– A ty czemu chodzisz z pistoletem?

Potrząsam z niedowierzaniem głową.

– Pistoletem?! – wykrzykuję. – W porównaniu do broni w twoich  rękach, to nic więcej jak zabawka dla dzieci.

– Nie, nie, nie! – Olbrzym odchyla maskę, spod której wyłania się lekko osmolone, radosne oblicze. – Widzisz, to nie jest broń. Jak dobrze zauważyłeś, w Kosmosie nie można posiadać broni bez zezwolenia, a z tym jest dużo pierdolenia. To, profesorze, jest przenośny generator pól magnetycznych, służący do przemieszczania znacznych ładunków towaru w magazynach. Sam go zaprojektowałem. I wykonałem – dodaje, uśmiechając się szeroko. – To na razie prototyp, dlatego tak wygląda. Ot. Po prostu miałem w pracowni dostępne jedynie dwie rury i przypadkowo znalazłem kolbę od strzelby. Może w spadku po jakimś mechaniku? Połączyłem jedno z drugim i… no i tak jakoś wyszło.

– A potem przyszli żołnierze prosząc cię grzecznie na spotkanie u komandora, ale nie poznali się na generatorze i… – Nie zdążam dokończyć, bo nagle zza pleców, po raz kolejny tego dnia, wypadają mi bliźniaki.

Mijają mnie biegiem i doskakują do broni olbrzyma.

– Suuuper! – wołają chórem.

– Pokaż, mogę potrzymać? – pyta Meri, patrząc prosząco na Halvara.

– Nie dzieciaku, to… raczej nie dla ciebie.

– Ale wiesz, że to nie przejdzie? – pyta Moreen, która podbiegła z drugiej strony i teraz klęka, obmacując broń. – W magazynach od przesuwania są wózki. I pola.

– Ale te nie działają akurat! Mądrala się znalazła!

– I wykonałeś tę konstrukcję jak padły?

– Nie, wykonałem ją… prewencyjnie! Właśnie na taki wypadek. Awarii znaczy. Kurwa! A wy skąd żeście się tu wzięli, co?! – wykrzykuje w końcu, całkiem zbity z tropu.

– Komandor był tak miły, że zamknął nas w naszym pokoju.

– Właśnie widzę. – Inżynier zarzuca strzelbę na ramię.

– A gdyby to pana zamknęli na zaprojektowanym własnoręcznie statku, inżynierze, to siedziałby pan spokojnie? – Moreen splata ręce i robi groźną minę, starając się imitować zachowanie dorosłych. – A może by pan wyszedł? Ot tak, chociażby się przeciągnąć. Żeby pokazać, że „te pizdy chuja mogą”! – Ostatnie słowa wymawia wydobywając z siebie najgłębszy ton, na jaki tylko ją stać.

– A oprogramowanie Skoczka nie było aktualizowane od kilku lat. Jest dziurawe jak sito – uzupełnia wypowiedź siostry Meri.

– A jeszcze komandor wielokrotnie pozwalał nam korzystać z głównych terminali statku. Nie zna się na systemach. Za grosz. Nie wie zupełnie nic o tym, kogo i po co można dopuszczać do portali. – Oboje chichoczą przez chwilę. – Więc przeprogramowaliśmy sobie to i owo.

– W zasadzie to sporo systemów wgraliśmy na nowo. Swoich. Te stare, co się wydaje, że dalej działają, to tylko nakładka.

– Skórka tak jakby. Żeby się nikt nie przyczepił.

Zatkało nas obu.

– No i widzisz, Alesdair! – Pierwszy z osłupienia ocknął się olbrzym. – Dlatego twierdzę właśnie, że dzieci nie powinny latać w Kosmos!

 

*

 

Budzę się po raz kolejny tego feralnego dnia. Czyjeś ramię wbija mi się boleśnie w posiniaczony brzuch, a głowa podryguje bezwładnie w rytm nierównego kroku niosącego mnie człowieka. Wykręcone w tył i skute ręce zaczynają cierpnąć. Pozwalam, żeby z moich ust wydobyło się ciche westchnienie.

Nakarmiłem. Nie przemęczałem, a Ciara i tak postanowiła uciąć nam drzemkę. Jej wyczucie chwili jest, jak zawsze, do kitu.

Mam w głowie mętlik większy niż zazwyczaj i usilnie próbuję przypomnieć sobie, w którym momencie straciłem ciągłość filmu. Ostatnim obrazem, jaki pojawia mi się pod powiekami, kiedy wytężam pamięć, jest jakiś korytarz. Nie ma w tym nic dziwnego – od momentu opuszczenia gabinetu Lashay byłem w ciągłym ruchu i przemierzyłem ich tyle, że zdziwiłbym się, gdyby widok czarnych ścian przetykanych siecią niebieskich żyłek i okrytych szklaną tuleją biotycznych świateł awaryjnych, nie wyrył mi się na siatkówce.

W tym ostatnim, świadomym etapie podróży towarzyszyli mi Halvar i bliźniaki. Kojarzę jakieś dziwne, tylne przejścia jak z projekcji szpiegowskiej i opustoszały mostek kapitański. Skoczek szedł w dryfie, więc nawet pomieszczenie pilota było puste. Kiedy ostatnio miałem okazję pytać, Ganvar leżał w śpiączce, a Barie odsypiał wyprowadzenie statku na właściwy kurs po feralnym manewrze odejścia. Jak sytuacja ma się aktualnie, mogę jedynie zgadywać.

Nagle wpada mi do głowy wspomnienie, że bliźniaki uruchomiły jakiś program, diabelne dzieci, i od razu reszta rozrzuconych po korze mózgowej puzzli wskakuje na swoje miejsca.

Największe zużycie energii i tlenu odnotowaliśmy w głównej auli statku – pomieszczeniu, z którego wielkością mogą się równać jedynie stołówka, główny magazyn i kula Aeromaka. Pokoje obok dawały mniejsze, ale wciąż znaczne odczyty. Reszta statku wyglądała na wymarłą.

Dalej dedukcja poszła nam całkiem sprawnie. Komandor zamknął się w auli z żołnierzami i częścią załogi. Nie wiedzieliśmy tylko czy raczej z buntownikami, żeby mieć ich na oku, czy zwolennikami, żeby czuć się bezpiecznie. Analogicznie, drugą grupę rozmieścił w sąsiadujących pomieszczeniach.

W takim razie, teraz prawdopodobnie zmierzamy do sali konferencyjnej w charakterze namacalnego dowodu na kompetencje komandora i bezpodstawność dalszego buntu. Sądząc po wyborze miejsca, nasz dowódca wciąż za wszelką cenę chce przekonać załogę do swoich racji. Zastanawia mnie, dlaczego tak beznadziejny zwierzchnik został przydzielony do misji, której przygotowania szły pełną parą przez ostatnie sześć lat. No, nie tak pełną – ganię się w myślach i już mam odpowiedź na swoje pytanie. Półtora roku temu, po przejęciu władzy przez nowego marszałka, prace zdecydowanie zwolniły. Cholera.

– Ciara? – myślę, zaciskając zęby, żeby przypadkiem nie zawołać jej na głos. - Kto tu jest? Ilu?

Nie będę ryzykował otwierania oczu. Nieprzytomny, w pojęciu żołnierzy, z pewnością stanowię mniejsze zagrożenie. Przytomnego gotowi potraktować paralizatorem w zemście za swoich kolegów, a na taki rozwój wypadków nie mam ochoty.

– Dziewięciu? Nie, chyba dziesięciu ludzi. Halvar, Meri, Moreen, Lashay. To wszyscy, z którymi się dotąd zetknęłam. Pozostałych nie czuć znajomo. Dziwnie pachną, jakby kapsułami? – Wydaje się zdziwiona własną tezą.

– Byli zahibernowani? Sprytne. Ale niebezpieczne. Ciekawe ilu zginęło w kapsułach, kiedy uderzył w nas rozbłysk. Komandor o tym nie wspomniał. Możemy więc liczyć, że i wśród żołnierzy nastroje nie są zbyt radosne.

– Jestem głodna – komunikuje nagle, a mnie serce podchodzi do gardła, bo jeśli znowu rzuci mnie w objęcia Morfeusza, to cały plan może szlag trafić. – Masz coś do jedzenia? – dopytuje niewinnie, jak tylko ona potrafi. – Twój tragarz pachnie jakby miał.

- Poczekaj Ciara, poczekaj. Załatwimy tę sprawę i cię nakarmię.

 

*

 

Postanawiam jednak zaryzykować pobudkę i do sali konferencyjnej wchodzę już o własnych siłach. Żołnierze okazali się dostatecznie zdyscyplinowani, lub po prostu nie znają mojej roli w obezwładnieniu kolegów. Tak czy inaczej, jestem w jednym kawałku. Na progu sali zatrzymuję się jak wryty tak, że idący za mną musi pchnąć mnie, żebym wszedł do środka.

Dużo. Jest ich bardzo dużo, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Spodziewałm się dziesięciu, góra piętnastu ludzi komandora, dotąd poukrywanych głównie wśród mechaników – w moim wyobrażeniu ta rola zapewniała im najlepszy kamuflaż. Przy takim stosunku sił załoga licząca ponad trzystu członków, zakładając, że około osiemdziesiąt procent poparłoby lądowanie, miałaby szanse.

Co najmniej sześciu żołnierzy jest chwilowo wyeliminowanych, ale ilu wyszło z kapsuł? Dziesięciu? Dwudziestu? Zakładając, że protokół przewiduje umieszczenie na pokładzie jednego, zawodowego żołnierza na każdych dziesięciu cywili, na statku powinno być ich łącznie około trzydziestu. Ale jeśli Nihil otrzymał zgodę na wykorzystanie dodatkowych kapsuł? Wtedy początkowa liczba wojskowych, których zadaniem miało być zabezpieczenie rejsu w razie sytuacji kryzysowej, sięgała pewnie połowy setki. Minus ci, którzy zginęli w kapsułach lub po zderzeniu z rozbłyskiem, znajdują się pod opieką Lashay.

Wątpię, żeby komandor zdecydował się wprowadzić w letarg więcej niż dwie trzecie żołnierzy – wybudzenie zajmuję chwilę i wymaga obecności medyka, lub przynajmniej sanitariusza. Musiał więc zostawić przy sobie dość ludzi, żeby zapewnić szybką reakcję w przypadku bezpośredniego zagrożenia. Więc wciąż jest ich dużo.

Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nasza wojskowa medyczka znalazła się pośród skutej części załogi. Czyżby miała odmienne niż dowódca zdanie, na temat rozpoczęcia pacyfikacji?

– O, jesteście już – wita nas komandor. – Świetna robota bliźniaki. Na pewno zostanie to wam zapamiętane.

Moreen i Meri nie są skuci. Zauważam to dopiero teraz.

– Się wie – rzuca chłopak i razem z siostrą przysiadają przy ścianie, obok drzwi.

– A wy? – dowódca zwraca się w naszą stronę. – Nieładnie. Że Alesdair to jasne, od początku ma świra na punkcje tej misji. Lashay, powiedzmy, może nie chcieć odstąpić od pacjentów, rozumiem i szanuję w pewnym sensie. Ale dlaczego drugi inżynier przeciwstawia się bezpośrednim rozkazom komandora?

– Bo temu komandorowi to pod czapą odbiło i próbuje nas wszystkich pozabijać – odpowiada hardo olbrzym. – Gdyby ta korporacyjna pizda miała więcej jaj, też próbowałaby cię powstrzymać – mówi, wskazując brodą Edsela. – Powiedz mi szefie, czy twój pierwszy inżynier wpadł na pomysł, jak naprawić silniki? A może zaproponował, co zrobić z Aeromakiem?

– Pracuje na tym – odpowiada krótko Nihil.

– Panie Halvar! – Moreen piskliwie wtrąca się do rozmowy. – W pokoju są dzieci! I kobiety – dodaje, a ja nie jestem pewien, czy w obu wypadkach ma na myśli siebie. A jeśli tylko w jednym, to którym. – Nie powinien się pan tak wyrażać.

– Dobra, już dobra. – Halvar wzrusza ramionami. – Kurwa, przepraszam. Idę sobie usiąść przy ścianie. Jakby ktoś chciał zostać urażony, to wie gdzie mnie znaleźć. W przeciwnym razie, pierdolcie się wszyscy. Ja przynajmniej, jak facet, próbowałem coś zrobić.

– Panie Halvar!

– No już babyen, już. Sorka.

Inżynier, zgodnie z zapowiedzią, nie niepokojony przez nikogo, udaje się pod przeciwległą ścianę i tam siada pomiędzy innymi, skutymi członkami załogi, z naburmuszoną miną.

Szesnastu, policzyłem pospiesznie żołnierzy, plus ci, którzy nas przyprowadzili. Razem całkiem poważna siła, a jeszcze gorzej, jeśli komandor ma dodatkowo kogoś pośród cywili. Ale raczej nie ma, stwierdzam po chwili. Jest na to zbyt prostolinijny, chociaż muszę przyznać, z kapsułami popisał się błyskotliwością. O ile był to jego pomysł, a nie miłościwie nam panującego marszałka.

Teraz, żeby pokazać jak jest ważny, doświadczony i kompetentny, komandor obwiesił się chyba wszystkimi odznaczeniami, które zabrał ze sobą na ten rejs. I jestem dziwnie pewien, że przynajmniej część z nich nabył wcześniej na czarnym rynku, bo żadnym sposobem, mając wówczas nie więcej niż cztery lata, nie mógł uczestniczyć w żadnej wyprawie na jakikolwiek system słoneczny. Co doprawdy ciekawe, bo pośrodku jego piersi pyszni się dumnie odznaczenie Szkarłatnego Słońca z tegoż właśnie okresu.

– Pan, profesorze, nie usiądzie? – pyta Nihil, uśmiechając się szyderczo. – A może chce się pan bić? Tak po męsku, jak ten tam pod ścianą?

Sądzę, że gdyby Halvar nie był skuty, pokazałby mu środkowy palec.

– Raczej nie jestem tym typem – odpowiadam spokojnie, rozglądając się po pomieszczeniu.

Zastraszająca większość załogi jest skuta i tylko garstka otacza komandora. No i żołnierze, oczywiście, ale oni jakoś niepewnie zerkają na boki.

– Nie ta budowa, symbiont i takie tam, rozumie pan – usprawiedliwiam się z uśmiechem. – Zastanawia mnie jednak, ilu spośród tych wszystkich mądrych ludzi, profesorów i fachowców w swoich dziedzinach, udało się panu przekonać? Widzę, że wszyscy są skuci, więc raczej nie pochwalają pańskiej samobójczej wyprawy powrotnej na Ziemię, prawda? Sądzę…

– To nie jest samobójcza wyprawa, a jedyne sensowne rozwiązanie – przerywa mi sucho.

– Tak, tak. Dlatego wszyscy, którzy potrafią myśleć, są przeciwni? Nie, żebym panu zaprzeczał, komandorze. Ale niech mi pan powie, jakie są nastroje wśród pańskich ludzi? Przecież nie są bezmózgimi aparaturami i też muszą mieć jakąś opinię, czyż nie?

– Słuchają przełożonych – warczy Nihil, wyraźnie wyprowadzony z równowagi. – I nie interesują się propagandą. Usiądzie pan, jak pozostali, czy mam nakazać oddelegowanie pana do osobnej kwatery?

– Nie trzeba będzie. Bardzo dobrze, że nie słuchają propagandy. Jeszcze by im ktoś powiedział, że ich kompani, którzy żywcem usmażyli się w kapsułach, zginęli tam ponieważ pan postanowił, że uszkodzenie rdzenia jednego z pilotów to nie jest wielkie zagrożenie dla misji.

– Proszę wyprowadzić profesora! – nakazuje ostro i trzech jego ludzi od razu rusza w moją stronę.

Ale żaden ze stojących za mną żołnierzy nie reaguje na rozkaz. Pozostali z otaczających dowódcę, jedynie spoglądają po sobie niepewnie.

– Jest buntownikiem i próbuje swoimi kłamstwami wzniecić większe zamieszanie! – dodaje, ale nowy argument nic nie zmienia w układzie sił. Mam jeszcze chwilę, zanim tych trzech do mnie dotrze.

– Jeszcze jedno – mówię, rozglądając się po sali. – Zastanawia mnie, komandorze, co by się stało gdyby nagle, zupełnie przez przypadek, ci wszyscy ludzie dotknęli pewnego przycisku na swoich kajdankach? Mogłoby się wtedy okazać, że nie są zablokowane i przestały działać jedynie na dotyk upoważnionych przez pana osób.

Dotąd po sali od czasu do czasu przebiegał szmer szeptów. Teraz – zapada cisza. Idący w moją stronę żołnierze zatrzymują się i sięgają po broń, rozglądając się nerwowo. W powietrzu rozlega się kilka metalicznych uderzeń, poprzedzonych cichymi kliknięciami.

– Pozwolę sobie teoretyzować dalej, bo przecież to właśnie jest główne zajęcie profesorów. Jak świat światem, wszyscy jak jeden mąż teoretyzujemy. Więc co by się stało, gdyby te eleganckie pistolety, w które wyposażeni są pańscy żołnierze, okazały się zablokowane?

– To nie jest możliwe – ucina Nihil, coraz mniej pewny siebie. – Awykonalne.

– Możliwe, możliwe, a pan najlepiej o tym wie. Bo przecież bunt załogi nie jest jedynym, przewidzianym w protokole. Na mostku kapitańskim znajduje się pewien bardzo interesujący przycisk. To niezwykle nierozsądne, kiedy dowódca lekkomyślnie zostawia niezabezpieczony mostek.

– Nie macie kodów dostępu. – Komandor blednie i co rusz zerka w stronę bliźniaków, grzecznie siedzących pod ścianą.

Bardzo nierozsądne jest też, panie Creet, zdradzać, że twój przeciwnik ma rację, choćby i w najmniejszym stopniu. Ale tego nie mówię na głos.

Kolejna fala szczęknięć przebiega przez salę, a wraz z nią podnosi się gwar rozmów. Moreen w uśmiechu skrajnej niewinności pokazuje komandorowi wszystkie zęby.

– Nikt nie odważy się spróbować – śmieje się ochryple komandor, ale widzę, jak drżą mu dłonie, a na skroniach perli się pot. – Bo jeśli działają, to nie paralizatorami będziemy strzelać, a ostrą amunicją. Do wszystkich buntowników.

– Mama zawsze powtarzała – mówi Halvar i wstaje – że ten hazard to mnie kiedyś zabije. Ale ja, kurwa, to zawsze chciałem sprawdzić, jacy dziarscy są ci faceci w obcisłych mundurkach, kiedy im wyłączyć ich zabaweczki. Co tak naprawdę potrafią. – Odpina kajdanki i ostentacyjnie, zakręciwszy nimi w powietrzu dwa młynki, rzuca wprost pod nogi komandora.

Teraz już niemal wszyscy zebrali się na odwagę, żeby uwolnić skrępowane kończyny i z niepokojem spoglądają po sobie. Żołnierze przeorganizowują się błyskawicznie, otaczając dowódcę zwartym pierścieniem. Broń kierują w tłum. Nie wszyscy jednak stanęli po stronie Nihila, zaledwie jedenastu, ale stwierdzam z niesmakiem, że to wciąż dużo.

– Jeśli planuje pan wystrzelać załogę, to jak będzie wyglądał powrót do portu komandorze? – pytam jeszcze na dobitkę, uśmiechając się wymuszenie, samymi kącikami ust. – Oby pańskie nadzieje nie były ulokowane w pierwszym inżynierze. Chyba nawet pan zdaje sobie sprawę, że bez Halvara powrót do domu staje się niemożliwy? – Rozkładam ręce. Kajdanek pozbyłem się już na samym początku przemówienia. – Z tym, że to i tak tylko kolejna teoria. – Postępuję krok do przodu, a potem następny.

Kilka luf wznosi się w moją stronę. Parę niespodziewanie zaczyna celować w podłogę. Hm?

– Ponieważ, przechodząc do praktyki, pan ani pańscy ludzie nikogo dzisiaj nie zastrzelą – kontynuuję powoli, zbliżając się do do dowódcy. – Zapraszam, proszę się nie krępować i poprzeć moją tezę małym eksperymentem. O, na przykład tutaj – kończę z mocą, uderzając otwartą dłonią w pierś. – Przecież jako uczony muszę wziąć odpowiedzialność, za moje słowa.

Dalej wszystko dzieje się jednocześnie. Halvar z rykiem rusza na komandora Nihila. Wokół podnosi się rejwach. Szczękają spusty, jednak żadna z broni nie wypala. Ruszam do przodu.

Największą niespodzianką wieczoru jest kiedy wokół mnie pojawia się kilku żołnierzy – świeżynek, zaraz po zmianie strony. Ciara jest już gotowa pluć na prawo i lewo kwasem oraz innymi chemikaliami, które jej gruczoły wytwarzają na takie okazje, ale powstrzymuję ją w ostatniej chwili.

– Nie przy ludziach – cedzę na wpół w myślach, na wpół przez zaciśnięte zęby.

Bokser właściwie ze mnie nie najgorszy. Tak to już jest u dziwnych dzieci z symbiontami, że nigdy nie narzekają na nadmiar spokoju. Prędzej czy później zawsze znajdzie się ktoś, komu trzeba dać po pysku za jakiś krzywy tekst i to zanim zdąży dokładnie przeanalizować parametry takie jak wzrost, waga i ogólnie – postura ofiary. Pierwszy atak daje przewagę, ale potem to już lepiej coś umieć.

No i przykład, nie mogę zapominać o dawaniu przykładu. W końcu nie chcę być jak nasz komandor, czy pierwszy inżynier. Mam tylko nadzieję, że nie oberwę zbyt szybko i na tyle mocno, żeby odpłynąć, ani Ciara, urażona ograniczeniem jej udziału w walce, nie postanowi mnie zdrzemnąć. Mam jednak osłonę walczących przy mnie żołnierzy, znacznie bardziej doświadczonych i wytrenowanych niż podwórkowy urwis w ciele prawie czterdziestoletniego profesora. Pozostaje mi jeszcze jedna broń.

Ciara jednak się nie obraziła. Tuż przed tym, jak uderzamy o obronny mur ciał, sprzączka od paska mojego najbliższego przeciwnika rozpina się z cichym szczękiem i spada w dół, pociągając za sobą spodnie. Oto moja super moc. Odrobina precyzyjnej, telekinetycznej manipulacji i mogę sprawić, że moi wrogowie mają gacie spuszczone do kolan. To wprawdzie mniej niż powalenie ich na te kolana, ale wciąż, jak na półtorej sekundy, całkiem dobry wynik.

Niedługo potem obrywam pierwszy raz w szczękę, ale udaje mi się złapać żołnierza za kombinezon i przyciągnąć odrobinę. Wystarczająco. Ktoś za mną już łapie rękaw szamoczącego się mężczyzny, inny kopie go w kolano i po chwili nieszczęśnik ląduje na podłodze, pod nieprzerwanym gradem ciosów.

Zauważam, że z otaczającego nas tłumu sporo osób postanowiło dołączyć do walki. Nawet ci starsi profesorowie, naukowcy i kilka kobiet. Z ulgą stwierdzam jedynie, że przedstawiciele dzieci, w postaci bliźniaków, trzymają się w bezpiecznej odległości.

Przez chwilę wydaje się, że mamy zwycięstwo w kieszeni, jednak żołnierze szybko otrząsają się z pierwszego szoku. Trzech z nich zatrzymuje szarżę olbrzyma i bez większego problemu obalają Halvara na ziemię. Ciosy pięści i wrzaski bitej inteligencji studzą nieco zapał tłumu, ograniczając liczbę ochotników, skłonnych dołączyć do walki.

Kiedy desperacko próbuję złapać kolejnego żołnierza tak, by jednocześnie samemu za mocno nie oberwać, w pierścieniu atakujących pozostają już tylko ci najlepiej zbudowani członkowie załogi. Magazynierzy, mechanicy i zażywający tutaj całkiem sporo ruchu, sprzątacze. Udaje im się wywlec z obronnej formacji dwóch kolejnych mężczyzn, których wściekły, ale niechętny angażowaniu się bliżej serca konfliktu, tłum ponosi dalej, żeby okładać i kopać w spokoju, z dala od centrum zamieszania. Ich koledzy jednak nie pozostają nam dłużni. Obrywam po raz drugi i świat wokół staje się podejrzanie rozgwieżdżony, nawet jak na sam środek Kosmosu.

Nagły wybuch odrzuca mnie w tył. Koziołkuję przez chwilę w powietrzu, a potem przetaczam się po posadzce i ląduję z wyrwanym z podłogi krzesłem w objęciach.

– Yeeeeeeha! – ryczy Halvar, opadając powoli. Płachty jego porwanego, kewlarowego stroju falują w rozedrganym po wybuchu powietrzu. – Zawsze chciałem tego, kurwa, spróbować! I co, kutafony, powiecie na moją kamizelkę?! Zajebista, nie?!

Podmuch rozdzielił walczących. Na podłodze wymieszał ludzi z krzesłami. Inżynier stoi teraz pośrodku opustoszałego kręgu z naukowym zainteresowaniem przyglądając się, jak komandor niemrawo gramoli się z ziemi.

– O nie babyen, złotko. Ty nie wstajesz – mówi prawie łagodnie.

 

*

 

Siedząc w fotelu komandora, czuję się jak skończony kretyn.

Wszystko wydaje się dopięte na ostatni z guzików, który nie odpadł jeszcze od munduru tej naszej wyprawy. Osobiście dopilnowałem, żeby wszyscy członkowie załogi, łącznie z więźniami, znaleźli się w bezpiecznych, specjalnie oddzielonych sektorach. Chcąc uniknąć dalszych strat w ludziach pozwoliłem nawet, żeby ci drudzy zostali rozkuci i nie odciąłem ich od pozostałych. Inaczej, w razie jakiejkolwiek awarii, byliby bez szans.

W zasadzie większość żołnierzy i tak udało się przekonać do mojego planu, a nawet sam komandor nie był już tak pewien własnych racji. Mimo to niedowiarków zamierzam w pełni uwolnić dopiero po lądowaniu. I to tu właśnie leży sedno problemu.

Nie mam żadnego pojęcia o podchodzeniu do lądowania, a tym bardziej, o podchodzeniu do lądowania w ekstremalnych warunkach atmosferycznych i to tylko z jednym, sprawnym pilotem. Fakt, że i Nihil będąc komandorem był w tej kwestii tak samo zielony jakoś zupełnie mnie nie pociesza.

Procedura jest klarowna: zawinąć do najbliższego, bezpiecznego portu lub krążyć po orbicie do czasu otrzymania odpowiedzi na nadany sygnał SOS i nadejścia pomocy. Tymczasem tutaj żadna z tych opcji nie wchodzi w grę. W pierwszym przypadku zostalibyśmy bez wątpienia straceni jako szpiedzy, którymi zresztą jesteśmy. Z kolei wysłana w eter informacja o naszym położeniu zdałaby się doskonale do naprowadzenia rakiet, które skrzętnie usunęłyby intruzów ze strefy zakazu lotów i w ogóle, przestrzeni kosmicznej. W końcu ustaliliśmy z Barie, że nie pozostaje nam nic, jak tylko spróbować szczęścia z polami antygrawitacyjnymi. Jeśli okażą się fikcją, bądź będą słabsze niż zakładamy, pilot przeforsuje pozostałe nam, mniejsze silniki, do których części zapasowe mamy w maszynowniach, i wykorzystując do dwustu procent ich mocy, osadzi statek na powierzchni. Zażądał tylko, żeby pod żadnym pozorem nic mu nie przeszkadzało. I tak będzie miał mnóstwo zmartwień i każde dodatkowe, które zwalimy na jego głowę, tylko zwiększy ryzyko wypadku.

Heva, żona Bariego uparła się zostać ze mną na mostku kapitańskim i osobiście dopilnować, żeby nic takiego się nie wydarzyło. Wcześniej, przez moduł informacyjny, przekazała załodze, że osobiście zastrzeli, bądź udusi każdego, kto się nie zastosuje. Czuwa więc nade mną walkiria. Z krwi i kości.

– Wchodzimy w atmosferę. – Znad terminalu rozlega się pełen przejęcia głos Moreen. – Za pięć, cztery…

Skoro sam nie bardzo orientuję się w temacie uznałem, że bliźniaki przynajmniej będą mnie na bieżąco informować, co się dzieje.

– …trzy, kurwa! – wykrzykuje dziewczyna, szeroko rozdziawiając usta.

Na drugim terminalu jej brat robi dokładnie to samo.

Przez statek najpierw przebiega potężny wstrząs, a potem gwałtowne szarpnięcie wyciska mi powietrze z płuc.

– Co jest? – ryczymy unisono ja i Heva.

– Ktoś odpalił kapsułę! Odrzut wrzucił nas w atmosferę wcześniej i pod zupełnie innym kątem!

– Barie próbuje wyrównać – Moreen uzupełnia gorączkowo wywód brata.

– Sukinsyny! Zabiję! Zabiję!

– Najpierw wylądujmy! – odkrzykuję Hevie. – Zamknij się!

– Nie wyrobimy do ruin, nie wyrobimy do ruin – powtarza jak mantrę Meri. – Barie doładowuje silniki, już sto dwadzieścia procent, graniczne testowe!

– Jest pole? Czy jest pole!?

– A skąd mam ci to powiedzieć!? Komputery go nie wykrywają. – jęczy Meri.

Kiedy statkiem szarpie kolejny wstrząs, Ciara zaciska mi się na karku i ani myśli dać chociaż odrobiny luzu.

– Jest pole! Jest pole!!! – pisk Moreen świdruje uszy.

– Jak silne? – pytam, starając się nie ugryźć w język. – Nieważne, zresztą. Uf, wylądujemy.

– Płonie silnik. Na razie jeden. Gasić? – pyta mnie Meri.

– Zagraża czemuś?

– Na chwilę obecną nie…

– To zostaw – odpowiadam stanowczo. – Barie ma dość na głowie, żeby jeszcze statek wyskakiwał mu komunikaty o pożarach. W ogóle mu te informacje odetnij. Niech skupi się na lądowaniu.

– Drugi poszedł – szepcze jego siostra. – Poszedł drugi silnik! – powtarza głośniej.

– Pali się? – dopytuję.

– Nie, tym razem nie. Spowalniamy, jest szansa.

Kolejny wstrząs i huk, od którego mam wrażenie, że popękają mi bębenki.

– Coś w nas uderzyło!

– Pewnie kamień. Zdarzają się takie.

– Myślałem, że naprawili odpychanie obiektów! – warczę.

– Komputer podaje że działa, ale skąd ja mogę wiedzieć w praktyce? Nie sprawdzałem!

– Trzymajcie się bo podchodzimy! – przerywa nam piskliwie Moreen. – Barie trzyma komendę „dwieście dwadzieścia procent”  w gotowości! Zaraz…

 

*

 

Udaje mi się zapamiętać jeszcze dwa wstrząsy. Pierwszy, kiedy Barie uznaje, że to dobry moment na spalenie wszystkich silników pozycyjnych i drugi, kiedy statek uderza o ziemię i z ogłuszającym rykiem przejeżdża po niej dobrych kilkaset metrów. Nim okrywa mnie ciemność zdążam jeszcze sprawdzić odczyty, nakazać rozpoczęcie gaszenia silnika i dolnych pokładów, które zaryły w ziemię. Potem odpływam.

Budzące mnie do życia, silne szarpnięcie i widok twarzy Halvara zaraz po przebudzeniu nie są tym, o czym zwykle marzę. Potrafię jednak docenić, że nie jest to wycelowana we mnie lufa broni jednego z żołnierzy Nihila. Zawsze to jakiś pozytyw w tym pechowym locie.

– Sorry, stary, ale jesteś jedynym w miarę kompetentnym komandorem na tym statku – mówi inżynier, spokojnie podsuwając mi szklankę z jakimś musującym płynem. – Pij i idziemy na spacer. Najwyższa pora na podjęcie pewnej męskiej decyzji.

– Pożar ugaszony? – pytam, odbierając od niego moją porcję pożywnego śniadania, jakie jemy tu wszyscy od miesięcy. Chociaż nie. Już po pierwszym łyku czuję, że chyba zafundował mi śniadanko trzysta procent. Niezły pomysł na start, ale później nawet mnie czeka dieta.

– Taaa. Pożar tak. – Olbrzym z zakłopotaniem drapie się po głowie. – Ale jakby ci to powiedzieć…

Zastanawia się przez chwilę. Przykłada palec do ust, cmoka w powietrze i „hymha” w eter. Przeczekuję to cierpliwie. Popijam zimny napój i wodzę wzrokiem za inżynierem. W końcu jego spojrzenie pada na model naszego statku, który poprzedni komandor umieścił niedaleko pulpitu. Halvar odbezpiecza zapięcia i podnosi miniaturę z postumentu.

– O! To właśnie jest model Skoczka! – informuje tryumfalnie.

Tyle to sam wiem.

– No – przytakuję między jednym, a drugim łykiem.

– No to tej części już nie ma. – Halvar przykrywa dłonią obszar od połowy spodniej części jednostki, po przekątnej, aż do tylnych silników. – Rozpierdoliła się. Ale i tak to, że Barie dał radę wylądować tymi smętnymi resztkami, zasługuje na medal! Kiedy ty ucinałeś sobie drzemkę dla urody, Heva zabrała go do pokoju, żeby odpoczął. Ujeżdża go tam pewnie jak na rodeo. I dobrze, należy się chłopu. Kurwa, że on dał radę nas osadzić! – Inżynier przeczesuje włosy i odstawia makietę Skoczka. – Ale z ciebie też równy gość. Z tym polem antygrawitacyjnym to ho, ho, taki odjazd. Bez tego nie skończyłoby się na otartej dupie.

– A co z tą kapsułą? Kto uciekł?

– A nie wiem. – Olbrzym wzrusza ramionami. – Ale pierwszego inżyniera nigdzie nie widzę, tego co to uniwersytet skończył i inne takie.

– Tak, wiem którego.

– No, to właśnie tego. A teraz chodź. Wrzucimy na siebie te śmieszne, pustynne płaszcze i poudajemy tutejsze robaczki. Trzeba wyjść i jak mówiłem…

– Podjąć pewną męską decyzję.

Idea wyjścia na zewnątrz, w celu podejmowania jakichkolwiek decyzji, nie budzi we mnie żadnych wątpliwości – mówiąc wprost, jestem całkowicie pewien, że pomysł jest pozbawiony znamion sensu. Wszystko, co potrzebuję wiedzieć bliźniaki mogą wyczytać mi z terminali, a załoga zameldować po krótkim obchodzie statku. Od wewnątrz.

W obecnej sytuacji wolę jednak nie wdawać się w teoretyczne dyskusje z Halvarem. Pożytek mały, a mój prawdopodobnie najlepszy w aktualnej sytuacji sojusznik, jest nieco w gorącej wodzie kąpany. Po drodze dołączają do nas bliźniaki, o dziwo nie wzbudzając tym gorących protestów inżyniera, których się spodziewałem. Być może na dzieci na powierzchni planety reaguje lepiej, niż na te same dzieci w Kosmosie?

Wysyłam polecenie, żeby zaprosić na naszą małą wycieczkę także byłego komandora, ale w odpowiedzi otrzymuję jedynie stos uprzejmych wymówek. Coś o szpitalu polowym i ogólnie całej masie innych obowiązków. W efekcie pozostaje nas czworo.

– Weźmiemy łazika, obejście Skoczka piechotą zajęłoby nam cały dzień – mówi Halvar, zdejmując z półek hermetycznie zapakowane skafandry.

Na ich widok czuję, jak jeżą mi się płytki na karku. Ciara wyjątkowo nie lubi tego sprzętu i niewiele pomaga to, że specjalnie dla niej, swój zleciłem do wykonania prywatnej, wyspecjalizowanej firmie i wyłożyłem na niego sporo pieniędzy z własnej kieszeni. Pasażer mojego życia i tak stroi fochy, i dąsa się przy każdym zakładaniu.

Halvar pomaga mi nałożyć na plecy stelaż, dzięki któremu symbiont nie jest zmuszony do kontaktu z żadną dodatkową materią, a potem z rozbawieniem i pewną wyższością przybiera mnie pozostałymi elementami. Zupełnie jak tort. Za cholerę nie mogę tego sam założyć. Proces wygląda trochę jak nakładanie zbroi taktycznej. Masa elementów pospinanych magnetycznymi zamkami, a na wierzch maskujący płaszcz. Bańkę hełmu zapinam już sam i przykrywam ją kamuflującym kapeluszem. Bliźniaki ubrały się nawzajem i musimy jeszcze tylko poczekać na Halvara, ale on zakłada to wszystko sprawnie, jakby w życiu nic innego nie robił.

Kiedy wreszcie luk za naszymi plecami zamyka się z trzaskiem, a przed oczami rozpościera się nowy świat, wyglądamy jak grupa kosmicznych koczowników, która postanowiła zabrać swojego wielbłąda – czyli mnie – na spacer po Enerze. Dobrze, że przynajmniej klimatyzacja działa.

Kiedy tylko nasze wzmocnione buty po raz pierwszy dotykają powierzchni planety, zostajemy otoczeni chmurą pyłu. Dopiero po chwili jestem w stanie dostrzec zaparkowany przed wyjściem pojazd. Druga śluza zamyka się za pierwszą, a system przeprowadza standardową dezynfekcję obszaru potencjalnie skażonego.

Swoją drogą, ciekawostka. Halvar najwyraźniej lubi mocne wejścia. Musiał już wcześniej założyć skafander i przygotować wehikuł. Potem zdjąć ubranie ochronne zanim po mnie przyszedł, a teraz ubrać się w nie jeszcze raz. Tylko po to, żeby zaraz po wyjściu naszym oczom ukazał się wysoki na około cztery metry, a długi na dwanaście, potwór o owalnych kształtach. Przypomina mi raczej nienaturalnie wydłużoną skorupę żółwia, niż środek lokomocji.

Barwą powłok nie odcina się przesadnie na tle przybrudzonej rdzy, pokrywającej powierzchnię Enery, a i ta drobna odrębność wydaje się wynikać głównie z faktu, że kolor na wzmocnionym pancerzu jest nałożony zbyt równomiernie, jak na okolicę naszego lądowania. Czyli kamuflaż prawie idealny, nawet bez zastosowania dodatkowych systemów.

– Panowie, skoro nie ma tu ex-pierwszego inżyniera, to muszę wam powiedzieć, że z tym cackiem kawał dobrej roboty odwalił. Jest wprost piękne. – Olbrzym zaciera ręce i pierwszy podchodzi do pojazdu.

– A co w nim, tak konkretnie, jest pięknego? – pyta niepewnie Moreen, rozglądając się, czy aby nie przegapiła jakiegoś innego pojazdu, który stoi obok i powinien porazić ją swoją wspaniałością. A może był zaraz za tym, do którego zmierzali?

– Jak to co? – Halvar jest tak zdziwiony, że aż się zatrzymuje i z rozmachem odwraca w naszą stronę. – Cały pancerz w technologii stealth, żadne sondy, żadne zwiady go nie zobaczą. Nie ma chuja po prostu. Jak na warunki pozostałych planet, to się co prawda nie nadaje, ale tutaj strzelanie impulsami czy laserami jest dość nieefektywne, a konstrukcja pozwala wytrzymać bezpośredni strzał z konwencjonalnego działa. Ba, nawet się pewnie nie zarysuje. Bajka. Wszystkie silniki są na dole, pod kadłubem, nie emitują ciepła, nie pozostawiają żadnych śladów. A w środku? Pełen wypas. Dużo miejsca, cała gama różnych sensorów, bajerów, a ty wiesz, że może nawet odbierać sygnały innych radarów? Potrafi dokładnie powiedzieć skąd pochodzą i z wysokim prawdopodobieństwem określić rodzaj urządzenia, które je nadało!

– Ta!? – wykrzykuje z nagłym zainteresowaniem Meri.

– No!

– Wyczesane! – zachwyca się chłopak, spoglądając na zmianę to na Halvara, to na łazik.

– Bajer, nie? I można tym spokojnie latać wysoko, nawet nad naszym statkiem! Prędkości co prawda nie rozwija, gość skupił się na stealth, ale i tak grzeje po polach magnetycznych że aż miło. I dźwięku nie wydaje. – Inżynier przykłada osłoniętą rękawicą dłoń do fragmentu pancerza, który ustępuje natychmiast, pokazując wnętrze. – Mógłbym podlecieć ci za plecy i nawet byś nie wiedział – kontynuuje, wspinając się po dwóch prowadzących do wnętrza stopniach.

Mimowolnie i z pewnym rozbawieniem odnotowuję, że wejście zostało przystosowane do gabarytów Edsela i olbrzym ma pewne trudności z przeciśnięciem się do środka pojazdu. Dalej jednak rozpływa się w zachwytach.

– Działko na górze pizdowate zdeczka, ale jakby trzeba było, to daje radę. Jakiś mały stateczek zwiadowczy zdejmie. Przy większych rzeczach latających nad głową ma generalnie udawać kamień. A to działko, żeby nie było, można też schować, no ale bez jaj, jak mi nie dacie seryjki puścić to ja wracam.

– Ja też chcę! – chichocze Moreen.

– I ja! – dodaje Meri, pakując się do środka zaraz za inżynierem i siostrą.

Wzdycham tylko i zamykam pochód. Podejrzewam, że kompetentny komandor powinien zabronić tego typu zabaw i bardzo na miejscu byłoby także porządne zruganie podkomendnych. Z drugiej strony, tak robił mój poprzednik. Więc może jednak dobry dowódca to taki, przy którym można sobie pozwolić na trochę luzu? Jeśli wszędzie będę się wpychał z komandorskimi butami, nic dobrego z tego nie wyniknie.

W porównaniu do opowieści Halvara, wnętrze pojazdu okazuje się raczej spartańskie. Dwie ławki, po jednej pod każdą z bocznych ścian, pośrodku rzutnik hologramów, z przodu przejście do kabiny kierowcy i lufcik dla operatora działka. To dopiero uzmysławia mi, że tak naprawdę przeszedłem właśnie ze statku kosmicznego do łazika i przez to ciągłe nawijanie inżyniera, poza maszyną, świata nie zobaczyłem.

Kieruję się więc do kabiny pilota, jednak zanim zdążam usiąść, z głośnika komunikatora rozbrzmiewa tubalny głos Halvara. Ściszam go odrobinę.

– Oho, komandor od razu do sedna sprawy. Za ster i ruszaj – śmieje się inżynier. – Z tym, że wpierdolisz się w pierwszą lepszą skałę, jeśli nie wiesz jak to działa. Dzieciaki, jak chcecie to możecie sobie pogrzebać w systemach. – Jego głos brzmi już nie tylko w komunikatorze, ale zbliża się zza moich pleców. Po chwili Halvar i bliźniaki są już w kabinie. – Ciekawi mnie w sumie, czy też są, lub mogą być, takie fajne, jak specyfikacja pojazdu.

– Da się zrobić – mruczy Meri i wymienia z siostrą znaczące spojrzenia.

– Będą jeszcze fajniejsze – deklaruje Moreen.

– Mama to skromności was nie nauczyła, co? Ale mniejsza. Generalnie Reth może i na wielu rzeczach się nie znał, ale muszę mu przyznać, że chociaż był gnojem, szują i śrubą w nakrętkę nie trafiał, jeśli wiecie o czym mówię, to potrafił pojazd zaprojektować taki, że maski z głów.

Wciąż zalewając nas potokiem słów, Halvar przesuwa mnie na bok i sam sadowi się w fotelu pilota. Systemy popiskują, sczytując jego fizjonomię i dostosowując układy, a potem zdaję sobie sprawę, że bezszelestnie i bez najmniejszego wstrząsu, łazik unosi się dobre pół metra ponad taflą ubitego piasku, stanowiącego jak okiem sięgnąć główny element krajobrazu Enery. Gdzieniegdzie urozmaicają go tylko ciemne szczeliny wąwozów i wyskakujące z ziemi muchomory kamieni. Daleko na horyzoncie rysuje się bryła wulkanu, po którego powierzchni, na moje oko, chyba właśnie ściekają jasnopomarańczowe strugi lawy.

Dopiero w czasie oblotu wokół Skoczka, który funduje nam zachwycony łazikiem Halvar, orientuję się, jak daleko od pierwotnie zaplanowanej lokalizacji udało się w końcu wylądować.

Kiedy rozmawiałem ostatnio z Barie, planował osadzić statek na którymś z dwudziestu kilometrów kwadratowych gładkiej jak stół, piaszczystej pustyni, która na zdjęciach przechwyconych z krążącego wokół orbity satelity, wyglądała jak nienaturalnie przyklejona do spękanej, skalistej powierzchni reszty planety. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego lądowiska.

Jak się jednak okazuje, warunki i kąt w pod jakim wpadliśmy w atmosferę zmusiły pilota do lądowania w bardziej niebezpiecznym terenie, upstrzonym kamieniami i głębokimi cięciami wąwozów. Jeden z nich, oddalony od nas o nie więcej niż piętnaście kilometrów, właśnie wyrzuca z siebie chmury dymu i popiołu, całkowicie odcinając widok poza szczelinę.

Halvar podnosi łazik na wysokość kilku, a potem kilkunastu metrów tak, że mogę swobodnie śledzić sieć pęknięć, która w oddali łączy się z czynnym wulkanem. Czyli miałem słuszność, góra wybudziła się z drzemki w podobnym nastroju jak zwykle ja i skoro może, pluje lawą na lewo i prawo. Czasem też chciałbym to potrafić. Upatrzona wcześniej, piaszczysta polanka z tej odległości wygląda w postrzępionym krajobrazie jak tafla jeziora.

Pojazd wykonuje łagodny skręt i naszym, wlepionym w ekrany, oczom ukazuje się niemal do połowy zdarty i zagrzebany w skalistym podłożu kadłub Skoczka, w porównaniu z którym, wolę już oglądać z oddali erupcję wulkanu. Nasz statek spoczywa na powierzchni Enery w sposób, aż nadto dobrze opisany przez Halvara. Jednostka tkwi pod kątem czterdziestu pięciu stopni zaryta tyłem w podłożu i gdyby nie wciąż jakimś cudem sprawny system sztucznej grawitacji, samo poruszanie się po statku byłoby skomplikowane, nawet nie wspominając o naprawach. Tło dla całości stanowi zarys ogromnych ruin, co i rusz znikający w tumanach piasku. Ponad nimi, ze zdziwieniem dostrzegam lewitujące kamienie. Niektóre tylko unoszą się w powietrzu, jakby zawieszone na niewidzialnych żyłkach, ale inne zderzają się ze sobą, lub wirują zataczając powtarzalne okręgi. Gdyby Halvar nie wykonał łazikiem kolejnego skrętu w lewo, nie wiem czy dałbym radę oderwać wzrok od tego widowiska.

Kamienie pod nami im dalej, tym stają się większe i bardziej przypominają skały. W końcu, rosnąc w pasmo gór zamykają horyzont i tym samym kończą niezbyt urokliwą panoramę.

W końcu także i my decydujemy się zdjąć maski.

– Wylądowaliśmy gdzieś pośrodku milutkiej kotlinki między jednym, wyjebistym, aktywnym wulkanem, pasmem gór, które na mojego nosa też są wulkanami, może ciut mniej aktywnymi, ruinami o dziwnych, antygrawitacyjnych właściwościach pojebanych jeszcze bardziej, niż rdzeń, który mamy na statku, a wąwozem, którego głębokości nie jesteśmy w stanie oszacować. Choćbyśmy się… No, w żaden sposób. Urządzenia, które mamy, wysiadają w przedbiegach więc powiem tylko, że jest głęboki, że ja cię kręcę. Za to jedno mogę wam na ten temat powiedzieć, cokolwiek z siebie wypuszcza, nie spełnia to ziemskich norm czystego powietrza.

– Cud planeta – podsumowuje Meri.

Wisimy sobie w powietrzu i na ekranach podziwiamy to, co zostało ze Skoczka.

– Witamy na Enerze – mówię spokojnie, bo w tej chwili nie mam już sił, żeby się denerwować. – Z tego co widzę, jest rano. Za dwie, może trzy godziny będziemy mieć tu temperaturę jak we wnętrzu czajnika. Wulkan po naszej prawej prawdopodobnie przymierza się do kolejnej, jeszcze potężniejszej erupcji. Czy coś pominąłem?

– Taa. Że w tych warunkach musimy przeprowadzić skomplikowaną operację na naszym statku. Bo generalnie to nie wiem, czy jednak nie prościej byłoby zrobić te naprawy w Kosmosie.

Gromię Halvara spojrzeniem, ale to jak próba wywołania skruchy u niedźwiedzia. Zauważa jednak moje niezadowolenie i wystawia przed siebie ręce, w parodii obronnego gestu. Przez co przez następne sekundy spadamy o dobre parę metrów, zanim inżynier stwierdza, że dość kajania się i czas wrócić do sterów.

– Ej no, nie patrz tak na mnie – mówi.

Nie patrzę, w ogóle nijak już patrzę. Moje serce i żołądek robią sobie wyścigi do gardła i ani mi w głowie otwieranie oczu.

– Nikomu tak nie powiem, ale wam chyba mogę, nie? Ty jesteś szef, więc wiedzieć musisz, a dzieciaki są spoko. – Z rozmachem klepie Meriego w plecy. – Zresztą co im się nie powie to same wyniuchają. Ale serio to nie spodziewałem się, że Barie taki rozpiernicz zrobi. Cóż poradzić. Siedzieć i płakać nie będziemy. Od razu wam powiem, że jestem otwarty na każdą propozycję, bo to co ja planuję, wcale mi się tak bardzo nie podoba.

Ponieważ nikt żadnych propozycji nie ma, a ja jedynie ograniczam się do otwarcia oczu, inżynier bierze głęboki wdech, kręci głową, wzrusza ramionami i wraz z wydechem, pewnie osadza łazik na ziemi, tuż obok statku.

– Generalnie tak – mówi rozpierając się w fotelu. – Straciliśmy spory procent magazynów. Dokładniej nie wiem jeszcze, które sektory, ale nawet z tego co zostało, część się spaliła, część upiekła lub ugotowała. Jest źle. Mam na myśli głównie żarcie i lekarstwa, ale sprzęt też trochę. Będziemy musieli sporo improwizować. Generalnie nasze dwa najważniejsze moduły są całe. Silniki mam na myśli. Padło tylko sporo elektroniki.

Rozlega się kilka dźwięcznych uderzeń, jedno tuż nad naszymi głowami.

– Kamienie – uspokaja Halvar. – Wulkan cały czas coś wypluwa, ale nie ma się co martwić, Powłoki łazika wytrzymają, statku też.

– Co z kamuflażem? – pytam nagle zaniepokojony. Jakoś do tej pory nawet o tym nie myślałem, ale wylatujące z wulkanu kamienie nie są jedynym, co może w nas uderzyć.

– Działa w normie, z daleka wyglądamy jak kolejna skała. A ten tam bydlak… – Macha ręką w kierunku, gdzie jak pamiętam znajduje się wulkan. – Daje nam dodatkową zasłonę dymną. Nawet jak robiliśmy rozpierduchę z lądowaniem, to było nic w porównaniu do tego, co on odstawiał w tym samym czasie.

Kiwam głową.

– W takim razie do rzeczy – mówię. – Jak zamierzasz to naprawić?

– Naprawić? – Halvar brzmi na szczerze zdziwionego. – Nie da się. Powiem ci, co trzeba zrobić. Najpierw odpiłować i delikatnie zsunąć silniki. Odstawić gdzieś bezpiecznie na bok. Sprawdziłem już, mamy urządzenia, które dadzą sobie z tym radę. No, będziemy mieli najpóźniej jutro, bo nad częścią muszą jeszcze ludzie pomajstrować.

– Chcesz amputować statek, prawda? – wtrąca Meri.

– Nie statek, tylko jego ogon – poprawia Halvar, ponownie podrywając nas w powietrze. – Masz jakiś inny pomysł chłopcze?

Najwyraźniej nie, zresztą ja także nie mam żadnego. Inżynier wzlatuje nad kadłub Skoczka i oblatuje go powoli tak, żebyśmy mogli dokładnie ocenić ogrom zniszczeń.

– Trzeba ciąć dokładnie przez środek – mówi w końcu. – Wymienić silniki pozycyjne, te, które się da i generalnie, położyć tę kupę złomu do poziomu. Do boków przyspawać silniki główne, których naprawę przeprowadzi się równolegle z operacjami na reszcie statku. Przyspawać je cholernie dobrze i wtedy spróbować szczęścia.

Ze świstem wciągam powietrze. Nie, mnie także nie podoba się ten plan. Bardzo mi się nie podoba. Umysł podpowiada mi tysiące rzeczy, które mogą pójść nie tak i ani jednego, alternatywnego rozwiązania.

– Nie mam nic lepszego – stwierdza chłopiec. – Ty Moreen?

– Ja bym rozważyła jeszcze większe uszczuplenie. Generalnie, zostaje Aeromak, a wszystko za nim – ciach – wykonała dłonią obrazujący słowa gest. – Ludzi kompresujemy w pozostałych pomieszczeniach, bo przecież się da. Upychamy zapasy, a sprzęt, który w Kosmosie i tak nam się nie przyda, zostawiamy tutaj. Mniejsza masa, mniejsze obciążenie silników, mniejsze ryzyko, że nawet jak jednego nie uda się naprawić lub padnie po drodze, to ten drugi nas uciągnie.

Jej słowa brzmią pewnie, ale dłonie nerwowo mną rękawy płaszcza.

– Wszystko fajnie babyen, ale nie odważę się ciąć blisko Aeromaka, bo nawet nie wiadomo, co temu draniowi może zaszkodzić. A bez niego nie mamy szans na powrót. Poza tym wolę postawić do pionu silnik więcej, niż ryzykować z cięciem pod dziwnymi kątami. Łatwiej będzie wykrzesać z tego wraku więcej mocy, niż precyzyjnie połatać więcej dziur.

Dziewczynka zagryza wargę i przeczesuje dłonią rozczochrane włosy. Są krótkie, jak u Meriego i właściwie, z daleka trudno jest rodzeństwo rozróżnić.

– Generalnie i tak będzie w cholerę zabawy z rozprowadzeniem powietrza, łataniem obwodów i stabilizacją grawitacji. Być może masz więc rację tylko…

– Tylko? – pyta niechętnie Halvar.

– Tylko czy starczy nam zapasów?

 

*

 

Pierwszą decyzją, którą podejmuję, jako nowy komandor, już na Enerze, jest powołanie jednostki do zarządzania zapasami żywności i materiałami. Tymi, które mamy jeszcze nadzieję wydobyć z odciętej części statku.

Jest to, paradoksalnie, zadanie najbardziej newralgiczne dla powodzenia całej misji, a do tego, potencjalnie niesie ze sobą zagrożenie ze strony pozostałych członków załogi. To dlatego, mimo ogólnego niezadowolenia, przydzielam do oddziału większość żołnierzy, którzy w ogólnym rozrachunku, opowiedzieli się za lądowaniem. Poza tym stanowią najbardziej zdyscyplinowaną część załogi i powinni poradzić sobie zarówno z próbami kradzieży zapasów, jak i z pokusą, żeby samemu ich nadużywać. Chcą przetrwać, jak my wszyscy, ale są lepiej przystosowani psychicznie do takiej mobilizacji. Przynajmniej w tym pokładam nadzieję.

Przez chwilę zastanawiam się nawet, czy nie przydzielić do jednostki byłego komandora, ale szybko stwierdzam, że dałbym tym sposobem Nihilowi zbyt dużą władzę. Dostęp do żołnierzy i całego prowiantu mógłby niepotrzebnie namieszać mu w głowie.

Dalej zajmuję się pozostałymi członkami załogi.

Halvar oczywiście odpowiada za całą przebudowę, tutaj nie mam najmniejszego zamiaru się wtrącać i ograniczam swoje działania do przydzielenia olbrzymowi bliźniaków, które mają mu pomóc z planami. Zresztą i tak to tylko formalność, bo sami już wcześniej dogadali się odnośnie współpracy.

Pozostałych dzielę na pięć odrębnych dywizji. Lashay dostaje kilku nowych ludzi i zachowuje wszystkich starych podkomendnych – mają zajmować się na bieżąco urazami, dolegliwościami i ogólnie, trzymać nas wszystkich przy życiu. Trzy kolejne to dywizje pracownicze. Każda ma swoją własną hierarchię dzięki czemu próbuję uniknąć chaosu i dalszej mikro-kontroli. Na szczycie tych piramid stawiam trzech, w mojej i Halvara opinii, najlepszych mechaników, jakich mam do dyspozycji na Skoczku. W obrębie tych grup ustalam dalszą hierarchię i obiecuję sobie, że to już moja ostatnia bezpośrednia ingerencja. Staram się zbilansować wiek, doświadczenie, wiedzę teoretyczną i praktyczną, a w końcu, zwykłą siłę fizyczną. Zamierzam uniknąć sytuacji, w której w obrębie jednego zespołu znaleźliby się sami geolodzy, geodeci i inni naukowcy, a w kolejnej, przykładowo, sami mechanicy. Wszystkie trzy dywizje muszą być w równym stopniu mobilne i skuteczne.

Piątą, podobnie jak pierwszą, grupę stanowią wyłącznie kobiety. Naczytałem się w życiu dość prac naukowych i dyskusji na forach, żeby całkowicie odrzucić koncept grup mieszanych. Nieważne, ile lat ewolucji mamy już za sobą, niektóre rzeczy nie ulegają zmianie. Tam, gdzie poziom stresu jest wysoki, bezpieczeństwa – niski, a koncentracja i praca zespołowa są niezbędnym warunkiem przetrwania, grupy mieszane niosą ze sobą niebezpieczeństwo.

Niemalże ostentacyjnie nie zwracam uwagi na szeptane opinie o moim osobistym haremie, które rozchodzą się po Skoczku i podejmuję decyzję, by piątą grupę podzielić na dwie brygady, nad którymi nadzór przydzielam sobie.

Pierwszą grupę stanowią kobiety, które na statku czują się swobodnie, nie przeszkadza im wysoka temperatura, wielogodzinne cięcie metalu i targanie kilogramów złomu. Trochę trudno mi było w to uwierzyć, ale mamy na Skoczku sporo takich. Pozostałe pełnią rolę gospodyń. Dostarczają wodę, sprzątają statek, zajmują się logistyką między grupami.

Kiedy w końcu kończę wydawać stosowne rozkazy, czerwona gwiazda Kou, tutejszy odpowiednik naszego Słońca, wisi w zenicie, a na powierzchnię Enery leje się południowy żar. Temperatura dawno już przekroczyła sto stopni Celsjusza w cieniu, horyzont roi się od fatamorgan i miraży, a wiatr wieje z prędkością ponad trzydziestu metrów na sekundę. W tych warunkach moja załoga może jedynie zalec w pomieszczeniach na przerwę i dywagować bez przeszkód, nad kwestiami moich kompetencji komandora, oraz tego, czy w dywizji piątej, wyodrębniłem także brygadę trzecią… Nie. Wcale nie musiałem jej wyodrębniać, jest dokładnie ta sama, jak od początku lotu.

Zanim zdążam się podnieść i powlec do kwatery, której nie zmieniłem mimo zmiany stanowiska, zasypiam po raz kolejny w fotelu komandora. Zupełnie jakby mój pokój był dla Ciary radioaktywny.

 

*

 

Szczupła blondynka o bujnych kształtach mruga zalotnie, odpinając stanik i uśmiecha się. Skąpy kawałek materiału odpływa gdzieś na podłogę, pomiędzy porozrzucane fragmenty silnika, a jej obfite piersi falują przy każdym poruszeniu.

– Czy wy, faceci, to zawsze tylko o jednym? – pyta znużonym głosem Moreen. Wskakuje lekko na fotel i zawija nogi pod siebie.

– No ewidentnie nie – odpowiada jej Meri, wdrapując się na skraj biurka.

– Jak to nie? Przecież widzę.

– A który facet by nie patrzył, jak laska zdejmuje majtki? – Meri wskazuje nosem kolejny, opadający skrawek materiału. Kobiecie nie pozostało już nic do ukrycia i jego pytanie brzmi raczej retorycznie. – To jest przecież ewidentny dowód.

– No fakt.

– Że Halvar nie jest w ogóle zainteresowany kobietami.

Ogromna, lecąca w stronę Meriego poduszka osiąga zawrotną prędkość. Dosłownie, zwalającą z biurka. Trafiony chłopak przez chwilę jeszcze macha rękami w powietrzu, a potem z hukiem spada na ziemię.

Halvar wyłącza hologram i dopiero teraz spogląda na bliźniaki.

– Dozwolone od lat osiemnastu – mruczy olbrzym.

– Proszę cię, mocniejsze na dobranockę puszczają – śmieje się Moreen.

Lot drugiej poduszki, która zastartowała z okupowanej przez Halvara pryczy, jest równie szybki i precyzyjny, jednak Moreen zdąża się uchylić, a gramolący się z podłogi Meri, przezornie wraca do parteru.

– Ile wy w ogóle macie lat?

– Trzynaście. W zasadzie to zaczynam się już poważnie martwić, czy w ogóle znajdę męża – wzdycha dziewczyna. – Może gdybym w porę powiększyła sobie cycki, zamiast wygłupiać się z lotami w Kosmos, ale tak…

– Mała… – mówi groźnie Halvar – brakuje mi poduszek więc następna rzecz, którą rzucę, nie będzie już taka miękka. Co wy tu w ogóle, do cholery, robicie?

– Tu znaczy w twoim pokoju, a pytasz, bo przeszkadzamy ci w zamierzonej onanizacji, czy raczej tutaj, na statku, biorąc udział w ekspedycji i to w tak młodym wieku? – pyta Meri, nie próbując nawet wyściubiać nosa zza osłony.

Osiemnastka, profesjonalny klucz z lekkiego stopu metali, odbija się dźwięcznie od blatu biurka. Robi jeszcze jeden obrót, a potem wpadając w piruet poślizgu, spada za krawędź mebla.

– Au!

– Mam na myśli, dlaczego wybraliście stronę Alesdaira.

– A! To było w sumie proste. – Moreen wzrusza ramionami. – Alesdair miał miażdżące poparcie, żołnierze komandora niskie morale, a komandor generalnie, sam w sobie, jest po prostu ćwokiem.

– Kim!?

– Ćwokiem. Prostakiem. Niedoukiem. Zacofańcem.

– Już łapię, łapię. – Halvar przeciera twarz dłonią.

– Generalnie prawdopodobieństwo, że w konfrontacji z komandorem, ten ostatni ma jakieś szanse obliczyliśmy na dwanaście procent. Tak na szybko – wtrąca brat.

– I tylko to? Poszliście za nim bo po prostu miał większe szanse? – Inżynier wygląda na nieco zawiedzionego. – Siebie rozumiem, latam na tej łajbie od osiemnastu lat. Znam każdy jej zakamarek, wiem dokładnie jak była budowana i gdyby dać mi części, to, poza Aeromakiem, potrafiłbym ją odbudować. Z zamkniętymi, kurwa, oczami. A od pewnego czasu każdy kolejny dowódca to coraz większy idiota. Pierwszy, to był gość. Jak raz nas piraci koło Santery zauważyli, to wiali tak, że tylko promieniowanie po nich zostało. – W jego głosie słychać rozmarzenie. – Myślałem wtedy, że złapałem kometę za ogon, że się właśnie na ten statek dostałem jako drugi inżynier. – Wzdycha. – Niestety, cholernie nie lubię włazić różnym draniom w dupę i w efekcie musiałem patrzeć jak takie uniwersyteckie popychadło dostaje od ręki pozycję pierwszego inżyniera. Po prostu… nie chciało mi się już.

– Włazić w dupę?

Kolejny klucz sunie po blacie biurka, nie zostawiając za sobą najmniejszej rysy. Cichy, pełen wyrzutu jęk informuje, że narzędzie dosięgło celu.

– Pomyśl o tym – mówi bliźniak, rozmasowując czubek głowy i opierając brodę na krawędzi mebla. – Misja była planowana od siedmiu lat. Bardzo długo i porządnie planowana, z wpisanym budżetem, zatrudnionymi specjalistami itede-tepe. Jeszcze za starej władzy. Po tych siedmiu latach okazuje się jednak, że w budżecie nie przewidziano wystarczającej kwoty. Konieczne są drastyczne cięcia i zaciskanie pasa. Takie tam. Da się zrozumieć. Dalej – jeden z pilotów, ten najbardziej skrupulatny i pedantyczny, badający się po kilka razy w roku w dwóch różnych klinikach, okazuje się – BUM! – Meri klaska w dłonie. – Że ma uszkodzony rdzeń. A sądząc po wypadku z rozbłyskiem, defekt jest znacznie poważniejszy niż Lashay jest w stanie się przyznać.

– Pewnie w ramach tych cięć – podchwytuje dziewczyna – na stanowisko głównego inżyniera wybierają świeżo upieczonego inżyniera, stawiając go nad tym, który zna statek i ma osiemnastoletnie doświadczenie. Komandorem zostaje vice-komandor innego statku, któremu dawana jest druga szansa po tym, jak z grupą żołnierzy ewakuował się z zaatakowanej przez piratów jednostki, zostawiając na niej swojego przełożonego wraz zresztą załogi.

– Główna medyczka – pałeczkę przejmuje brat – jest pulchniutką świnką, o prawie tożsamym charakterze. Po tym jak wypowiada się przeciwko stosowaniu cudownego „leku na prawdomówność”, zostaje odsunięta od wszystkich swoich projektów i trafia właśnie tutaj. A starszy specjalista od powłok i magnetyki przeżywa kryzys wiary, przechodząc na mentalizm.

Halvar patrzy na nich wytrzeszczonymi oczami i z ustami otwartymi tak, jakby jego długą brodę złapało nagle pole o zwiększonej grawitacji.

– A wy to wszystko wiecie skąd? I co wy tu robicie? – pyta w końcu.

– Już przecież mówiliśmy. A wiemy z takich tam. Generalnie miały lecieć dwie sieroty. Dosłownie i w przenośni. Jedna ma autyzm, druga jest głuchoniema – wybucha radosnym śmiechem Meri.

– To by był dopiero duet – wtóruje mu bez skrępowania siostra.

– Generalnie – mówi już normalnym tonem chłopak – Moreen chciała przeżyć wreszcie jakąś przygodę. Wiesz, jak w książkach.

– A Meri nie mógł się zamknąć na temat sztucznej inteligencji i tego, że to nie ona, a coś innego stało za wojną z maszynami. Więc trochę pomogliśmy naszym przywódcom, w podjęciu słusznej decyzji. Swoją drogą, rządowe systemy są takie…

– Nuuudne! – wykrzykują oboje, wyciągając przed siebie ręce i prostują je, z cichym trzaskiem wyłamując splecione palce.

– A wracając do tematu, każdy ma swój motor. – Chłopak wzrusza ramionami. – Każdego kręci co innego. Alesdair chce za wszelką cenę znaleźć jeden stary komputer, Irenę. Te wszystkie bajki o powłokach, broniach, systemach nawigacyjnych, które od lat sprzedawał wszystkim, którzy wyglądali jakby mieli za dużo pieniędzy i byli, adekwatnie do tego, wysoko postawieni, to tylko przykrywka. Nie pozwoli by cokolwiek stanęło mu na drodze. A ty po prostu chcesz zostać komandorem tego statku. Masz dość biurokracji, dość bycia popychadłem. Sądzisz, że masz wiedzę, intelekt i wystarczy ci charyzmy, aby zbudować sobie życie wśród „wolnych ludzi”.

– No i długo jeszcze moglibyśmy tak wymieniać. – Dziewczyna uśmiecha się dziwnie. – Ale koniec końców, wszyscy mamy swoje cele i jesteśmy gotowi wydymać każdego po drodze. Zresztą ci, którzy nas tu wysłali mają podobny plan. My akurat, to znaczy ja, Meri, ty i Alesdair, po prostu… wszyscy dymaliśmy w jednym czasie i tym samym kierunku.

– Tak przy okazji to na dworze ochłodziło się – rzuca chłopak niedbale. – Zima chyba idzie.

– Co? Tak? – Halvar z irracjonalną nadzieją siada na pryczy.

– No, jest już tylko sto dwanaście stopni.

Trzeci już klucz, tym razem dwunastka, ze świstem przecina powietrze. Drobna dłoń chłopaka w locie zaciska się na narzędziu, zanim to przelatuje mu koło ucha.

– No, nareszcie. Teraz mogę dokręcić nam prysznic!

Chichocząc, dwójka bliźniaków umyka, zostawiając za sobą otwarte drzwi.

 

*

 

Mimo ogromnych wahań temperatur, grawitacji podwyższonej w stosunku do ziemskiej i tylko ośmiu godzin w dwudziestoośmiogodzinnej dobie, w czasie których warunki pozwalają na jakiekolwiek prace na zewnątrz statku, postępy są już widoczne. Na początku drugiego tygodnia udaje się odpiłować i ostrożnie opuścić na ziemię, opleciony linami, pierwszy z głównych silników. Kończymy opróżnianie magazynów i segregację tego, co udało się z nich wyciągnąć.

Pierwszą od wylądowania konferencję zwołuję krótko po tym, jak Halvar wraz z bliźniakami przedstawiają mi plany reorganizacji statku. Zaproszenie dostają jedynie najwyżsi rangą i kilka osób, które chociaż nie są zbyt ważne w majestacie prawa i orderów, to bez nich statek, parafrazując Halvara, ni cholera nie poleci. Pomijam za to byłego komandora. W końcu jest potrzebny w szpitalu.

Właściwie, poza nim, jesteśmy w starym składzie. Halvar, bliźniaki, które i tak podsłuchiwały wszystkie poprzednie narady, piloci Barie i Ganvar. Ten pierwszy zdążył już odpocząć i odzyskać siły po lądowaniu. Wózek drugiego popycha Lashay, bo oszczędzamy na wszystkim, nawet takich drobiazgach jak energia do zasilania pól magnetycznych. W podkrążonych, przekrwionych i potężnie zapuchniętych oczach mężczyzny czai się niewiele, poza wszechogarniającą rozpaczą.

Są również Heva, Ilbert który ostatnio nie udzielał się specjalnie w życiu statku, ale zamknął z zestawem jakiś danych i co jakiś czas wysyłał mi tylko ponaglenie, żebym zarządził w końcu wyprawę na zewnątrz oraz Clard. Żołnierz, któremu powierzyłem nadzór nad jednostką zaopatrzenia.

Przedstawienie planu, który w dużej mierze bazuje na informacjach Halvara, raporcie Lashay o stanie Ganvara i mojej, ostatnio dość niezachwianej wierze w geniusz i fart bliźniaków, zajmuje trochę. I wcale nie zostaje ciepło przyjęty.

Trudno im się dziwić, w końcu proponuję wskrzeszenie apokalipsy. Ale bez przesady.

Naszą jedyną szansą jest wyrwanie się na orbitę, a żeby tego dokonać, potrzebujemy dwóch sprawnych pilotów. Sam Barie, nie dość, że pewnie nie zdoła wszystkiego ogarnąć, to na dziewięćdziesiąt procent dostanie przy okazji wylewu, na skutek przeciążenia układów. Dlatego rozsądnym wyjściem wydaje się sięgnięcie po pozostałości rozwiązań, które leżą na tej planecie od zakończenia martwej wojny.

Pomimo pogrzebu, jaki zgotował im zwycięski sojusz, kilka statków powinno zachować się w dostatecznie dobrym stanie. Na tyle, żebyśmy mogli znaleźć na jednym z pokładów komputer, który bliźniaki zdołają naprawić i przystosować do przejęcia roli drugiego pilota, co umożliwi nam start. Największe szanse powodzenia niesie ze sobą wyprawa na Hydrę, tam właśnie znajduje się komputer, rokujący moje największe nadzieje – Irena.

Mimo wszystko zaskakuje mnie to, z jak ostrą reakcją spotyka się plan. Jestem świadomy, że pomimo upływu lat, nagłośnione i obrośnięte mitem horrory martwej wojny wciąż działają na wyobraźnię, ale okazuje się, że moi ludzie mają poważne wątpliwości, czy ich własne życie jest warte takiego ryzyka.

Muszę długo przekonywać, że każdy z tych komputerów został chemicznie wyczyszczony i poddany serii mechanicznych uszkodzeń. Istnieje jedynie szansa, że bliźniaki dadzą radę, w oparciu o naprawdę śladowe pozostałości danych, napisać nowy program, który tylko na start zastąpi drugiego pilota. A właściwie to nawet nie zastąpi, tylko nieco odciąży Barie. Sam zainteresowany jest chyba jedynym, który, poza pomysłodawcami, nie ma żadnych obaw przed wcieleniem tej idei w życie.

W efekcie, planowana na godzinną, konferencja kończy się grubo po zachodzie Kou. Udało mi się jednak osiągnąć sukces i zyskałem, chociaż niechętne, poparcie dla wprowadzenia w życie planu PILOT. Musiałem jednak przystać na to, żeby poszukiwania rozpocząć na, leżącym znacznie bliżej niż Hydra, Minitaurze.

Nazajutrz bliźniaki i Ilbert pakują do łazika prowiant i najpotrzebniejsze rzeczy, a my żegnamy ich z niepokojem, kiedy wyruszają na pierwszą, próbną ekspedycję badawczą.

 

*

 

Aeromakowi nie poprawia się. Odkąd krótko po uderzeniu rozbłysku zaobserwowaliśmy pierwsze symptomy rozkładu, to chociaż udało się ustabilizować jego pracę, stwór nieprzerwanie, powoli obumiera. Zaczyna już mi działać na nerwy.

Nikt nie wie czym on jest, czym dokładnie się żywi ani z czego się składa. Każdy chodzi tylko wokół niego i wzdycha. Jak do obrazu. Wielkie, gnijące bydlę! Tyle lat i pracy poświęciłem, żeby przygotować tę misję, a teraz, kiedy jestem wreszcie na Enerze i mam szansę osiągnąć wszystko, a nawet więcej niż ośmielałem się marzyć, jeden oślizgły mięczak, zabije nas wszystkich.

– Czemu gnijesz!? – wołam, nie dbając o to, czy ktoś mnie usłyszy.

Zresztą ryzyko jest minimalne. Po ostatnim trzęsieniu ziemi wszyscy albo są zajęci naprawami, albo zajmują łóżka w coraz pokaźniejszym szpitalu polowym Lashay. Ostatnio musiałem nawet przydzielić jej kilka dodatkowych kobiet z piątej dywizji.

Przykładam dłoń do ciepłej, pulsującej nieustannie powierzchni. Lashay niedawno przeprowadziła gruntowne, chociaż ostrożne badanie i wyodrębniła wszystkie zarodki grzybów i bakterie, na jakie się natknęła – ale obecność każdej z nich jest naturalna dla tej istoty, a ilość w normie. Kobieta nie rozpoznała żadnego złośliwego wirusa, a w pobranej tkance poziom tego, co określiła jako odpowiednik białych krwinek, nie był nawet nieznacznie podwyższony. Mimo tego, pomiędzy moimi przytkniętymi do Aeromaka palcami dostrzegam drobne plamki, które sugerują chorobę.

– Być może to nie jego wina – podszeptuje Ciara. – Może to ten artefakt?

Jest spokojna, jak zawsze w takich sytuacjach. Jeśli tylko da się jej trochę czasu, wydala wszelkie hormony odpowiadające za stres do mojego ciała, żeby to mnie łapała cholera. Ona wtedy może myśleć jasno.

– Artefakt? – pytam.

– Tak. Pomyśl.

Ciarze najwyraźniej wydaje się, że jej nosiciel jest po prostu bezmyślny.

– No?! – Tym razem skupiam się, żeby odpowiedzieć jej tylko mentalnie.

– Grawitacja jest tu inna. Aeromak zaczął mieć kłopoty, kiedy pojawiły się pierwsze wahnięcia grawitacji. Być może to artefakt jest na nie czuły?

– Ale przecież mamy systemy do tworzenia sztucznej grawitacji na statku! To niedorzeczne! – wykrzykuję znów na głos.

– Sztucznej. Poza tym do jej stworzenia, ale czy do zmniejszenia? Wydaje mi się tu trochę ciężko.

Zamieram w pół myśli i z otwartymi ustami. Ona może mieć rację.

 

*

 

Z drugim silnikiem nie idzie już tak dobrze. Czujniki Skoczka zawodzą w krytycznym momencie i cała opleciona pasami, wielotonowa bryła napędu odpada od macierzystego statku zbyt wcześnie po czym ześlizguje się powoli, ale nieprzerwanie, pociągając za sobą całą prowizoryczną konstrukcję podnośnika, wraz z załogą.

Reakcja jest natychmiastowa i nim mija południe udaje się wydostać większość żywych ofiar wypadku. Jednak operator wraz z czterema innymi mężczyznami pozostają uwięzieni w gruzowisku na kilka kolejnych godzin, kiedy upał nie pozwala już na kontynuowanie misji ratunkowej. Pogrzeb jest szybki i cichy. Nikt nie komentuje tego wydarzenia. Pech. Nikt nie potrafi tego inaczej określić. Oni po prostu mieli pecha.

 

*

 

– Musisz odpocząć – nalega Lashay. – Przepracowujesz się. Widać to.

Widać to powinno być, że powoli tracę cierpliwość. Lashay bada mnie i nagabuje już dobre pół godziny, a ja powinienem w tym czasie analizować informacje, które Ilbert i bliźniaki zebrały na Minotaurze. Lub raczej brak jakichkolwiek pożytecznych informacji i tego potencjalne skutki.

– Mam system automatycznej kontroli – odpowiadam, zeskakując z kozetki. – Kiedy się przepracuję, zasnę. Czy tego chcę, czy nie.

– Nie kłam. Potrafisz to kontrolować. Potrafisz ją przekonać – dodaje.

Wygląda jak pokerzysta, który właśnie zagrywa na stół wyciągniętego z rękawa asa. Zauważą? Czy może się uda?

Mnie udaje się powstrzymać nerwowe drgnienie, więc chyba także jestem niezłym graczem. Spoglądam na nią z ukosa.

– Jaką „ją”? Symbionty są bezpłciowe.

– Tak, ale ty jej nadałeś płeć. I imię, prawda? Ciara?

– Nadałem płeć – prycham z pogardą. – Twoje teorie są błędne Lashay, a na dodatek absurdalne. To… – Pukam palcem w wystającą nad ramieniem płytkę pancerza. – Jest symbiontem, wszczepem, narzędziem do komunikacji telepatycznej z osobami, które także podobnym narzędziem dysponują. Nie ma płci, wolnej woli, ani imienia – warczę, ruszając w kierunku wyjścia. – To tylko zlepek materii organicznej, nic poza tym, nieważne jak bardzo byś chciała i męczą mnie już twoje ciągłe dywagacje na ten temat. Za kilka lat wszczep osiągnie swój wiek graniczny i zacznie obumierać, a wtedy być może uda mi się uwolnić od tego wszystkiego. Ciągłego zasypiania – kończę czując, że zagalopowałem się w niebezpieczne rejony.

– I co wtedy zrobisz? – pyta cicho, odprowadzając mnie wzrokiem.

– Nie wiem. Upiję się. Zawsze o tym marzyłem.

Lashay odczekuje jeszcze chwilę po tym, jak śluza bezszelestnie zamyka się za Alesdairem, a potem ciężko opada na kozetkę i przeczesuje włosy. Na jej troskliwym obliczu pojawia się triumfalny uśmiech. Chwilę potem zrywa się i odpala leżący na biurku, przenośny terminal. Szybko wprowadza kolejne ciągi do długiego już zbioru liter i cyfr.

 

Imię: Ciara. (potwierdzone!)

Wiek: Prawdopodobnie jak nosiciela(!) Dwukrotnie przekroczony próg żywotności(!) Wpływ wspólnego rozwoju(?)

Objawy: komunikacja telepatyczna, spontaniczne zasypianie, skurcze, mdłości, rozkojarzenie, uciskanie nerwów, telekineza (?), komunikacja z nosicielem (!).

 

– Mów co chcesz, ale znam cię już zbyt długo kochany – szepcze rozbawiona.

 

*

 

Pomysł Ciary przedstawiam, oczywiście jako swój, na kolejnej, zwołanej pospiesznie, naradzie. Przez dobrych kilkanaście minut w pomieszczeniu rozlegają się jedynie nerwowe, przetykane chrząkaniem, szepty. W końcu, kiedy jestem już prawie przekonany, że nawet wiedząc, dlaczego nasz wielki mutant marnieje, nic nie będziemy w stanie poradzić, odzywa się Ilbert.

– A jakbyśmy go tak podwiali w górę? – pyta, a moją pierwszą myślą jest, jak do diabła mielibyśmy go inaczej podwiać? W dół?

Ale już po chwili dociera do mnie, co mentalista ma na myśli i nie mogę pozbyć się podziwu, który we mnie wzbudził. Co by nie mówić, Ilbert potrafi spojrzeć na problem z zupełnie innej perspektywy. Gorzej, że patrzy w ten sposób na wszystko.

Aeromak daje się oszukać. Wielkie bydlę, któremu właśnie wybudowaliśmy prywatny tunel aerodynamiczny, zmniejszając w ten sposób odczuwalną grawitację, działa przez jakiś czas bez zastrzeżeń. A potem, miejsce znikających plamek pleśni zajmują połacie suchej, łuszczącej się skóry. Halvar i Lashay pracują teraz razem nad stworzeniem i dostosowaniem optymalnego systemu nawilżania, dla naszego zwierzątka, a przy okazji zarzucają je wszystkimi przekleństwami, które znają.

Na reszcie statku prace przy odcinaniu kadłuba idą powoli. Brakuje narzędzi, żeby zaopatrzyć wszystkich pracowników, a nawet te, które mamy, szybko się zużywają. To naturalne, zdaję sobie sprawę, że są przystosowane do napraw, ale nie tak gruntownej przebudowy.

Na naszym niewielkim, skoczkowym czarnym rynku, pojawił się bimber.

Między załogą wypływa coraz więcej tajonych urazów. A ten temu to wtedy, a tamten mu coś innego. Wybuchają kłótnie i pierwsze bójki. A ja z uporem próbuję się oszukiwać, że coś temu zaradzę.

Dawny komandor, Nihil, z wyraźnym rozbawieniem i błyskiem w oku obserwuje jak, przejąwszy jego funkcję, dwoję się i troję, żeby zaprowadzić porządek i dać każdemu coś do roboty. Zawsze byłem zwolennikiem adekwatnych ilości wypoczynku, ale teraz stwierdzam, że wolny czas, który gwarantują nam warunki atmosferyczne Enery, także jest zagrożeniem dla misji.

Jednego z pracowników, meteorologa średniej klasy, który okazał się całkiem dobrym znawcą powłok statku i właściwie zastępuje nam nawróconego na mantalizm Ilberta, znajdujemy nabitego na jeden z prętów, pozostałych z rozcinania niektórych elementów kadłuba. Musiał poślizgnąć się na rusztowaniu, bo w zaciśniętej dłoni trzyma pojemnik, z zabezpieczoną próbką, a miejsce na kadłubie, kilka metrów wyżej, jest oznaczone żółtym okręgiem i numerem tysiąc trzydzieści sześć. Kolejny pechowiec.

Na Enerze powoli rozpoczyna się lato.

 

*

 

Kolejne trzęsienie ziemi łapie Meriego i Moreen we wnętrzu Amaroka. Konstrukcja wydaje z siebie przeciągłe wycie, potem przez chwilę chrzęści złowrogo, a drobiny kurzu sypią się ze sklepienia korytarza. Meriego przeszywa dreszcz. Jego siostra, mimo że kurczowo trzyma się przedramienia brata, piszczy podekscytowana. Kiedy trzęsienie mija, dziewczyna odrywa się od chłopaka i podskakuje kilka razy, klaszcząc w dłonie.

– Czułeś to? Co ja mówię, jasne że czułeś! To jest coś! Pomyśl, jesteśmy właśnie na obcej planecie! Setki kilometrów od rozbitego statku szpiegowskiego! Sami, w opuszczonym wraku z największej wojny, którą odnotowano w całej historii! Na planecie odciętej od reszty Kosmosu, gdzie zwiedzających rozstrzeliwuje się na miejscu! Zakaz badań podpisały wszystkie sojusze! To – jest – zajebiste! – wykrzykuje.

Meri czuje, jak ogarnia go ulga, że jest ciemno, przez co Moreen nie może mu się przyjrzeć. Z trudem walczy z mdłościami, a z jego twarzy już w połowie wstrząsów odpłynęła krew. Co ciekawe reaguje tak na te same wydarzenia, przez które jego siostra przeżywa teraz mentalny orgazm. Kolana uginają się pod nim bynajmniej nie dlatego, że jako bliźniak dzieli z nią jej szczęście.

– Chodźmy, nie mogę się już doczekać, żeby sprawdzić czy chociaż ta maszyna działa! – mówi, starając się zdobyć na możliwie radosny ton mimo, że właśnie doszedł do wniosku, że jego mała siostrzyczka jest demonem.

– Powaleni jesteście – komunikuje przez radio Ilbert.

 

*

 

Atmosferę rozluźniają nieco artefakty, które Ilbert i bliźniaki coraz regularniej przywożą z wypraw. Odnoszę wrażenie, że celowo zbierają wszystko, co tylko wpadnie im w ręce, dzięki czemu, załoga może w końcu poświęcić się temu, po co przelecieliśmy przez pół znanego nam wszechświata.

Możliwość pracy nad niemal antycznymi powłokami, zwojami kabli, rozbijanie na czynniki pierwsze zapomnianych stopów jest niczym powiew świeżego powietrza. Nawet zgadywanie pochodzenia skamielin i pierwotnego klimatu Enery, zanim nastąpiło wielkie „nikt nie wie co” i wszystko się spieprzyło, pozwala zająć ręce i umysły dostatecznej ilości ludzi, żebym nie musiał martwić się wałęsającymi się i wszczynającymi kłótnie wichrzycielami. Teraz od większości mogą usłyszeć jedynie – nie mam teraz czasu!

Sielanka trwa dopóki w opustoszałych magazynach nie znajdujemy kolejnych dwóch ciał. To już ostatnie dwie krople zwykłego pecha, po których pęka w końcu tama i już ani jeden zgon nie wydaje się przypadkowy. Ludzie zaczynają wywlekać z pamięci wszystkie wypadki, które zdarzyły się odkąd wylądowaliśmy i nagle okazuje się, że wcale nie przy wszystkich było wielu świadków i wcale nie wszystkie noszą tak wyraźne znamiona działania losu, jak chcieliśmy dotąd sądzić. Panika wybucha zanim zdążam choćby spróbować jej zapobiec. Ludzie obwiniają siebie nawzajem i obawiają, jeden drugiego. Istna fala powodziowa.

W końcu kiedy wszystkie moje próby uporządkowania tego bajzlu i wymuszenia karności załogi spełzają na niczym, sam decyduję się na powołanie jednostek ochrony. Skupiam w nich głównie żołnierzy i chociaż zmusza mnie to do drastycznej redukcji ilości i siły obstawionych posterunków – udaje się zaprowadzić chwilowy spokój. Na dowódcę nowo powstałej „straży” mianuję po długim namyśle poprzedniego komandora, mając nadzieję, że podoła tej funkcji, bo ja niestety, nie jestem w stanie się rozdwoić.

Kilka dni później rejon, w którym osiadł Skoczek nawiedza potężne trzęsienie ziemi, najsilniejsze do tej pory. Wrak, cięty według szczegółowych planów Halvara i bliźniaków, wydaje z siebie przeraźliwy jęk, słyszalny nawet w najdalszych zakamarkach pokładu, a potem część elementów puszcza, zakleszczając dolne pomieszczenia.

Tego dnia żegnamy sześć kolejnych osób, a ich śmierć dolewa oliwy do przetaczającej się po Skoczku smolistej rzeki pecha. Wiem, że wystarczy iskra, ale nawet bez niej ta mieszanka w końcu wybuchnie.

 

*

 

– Alesdair, co ty właściwie robisz? – pyta Halvar, wchodząc do kulistego, wypełnionego bladym światłem pomieszczenia, w którego centralnym punkcie, falując lekko w tunelu aerodynamicznym, tkwi Aeromak. – Siedzisz tu jakbyś z nim dzieci planował.

– Kto wie, być może planuję.

Inżynier zatrzymuje się, studiując mnie uważnie. Po wydarzeniach ostatnich miesięcy obaj nie potrafimy już tak dobrze odnajdywać wąskiej granicy dzielącej żart, od powagi, dlatego nie wie, jak zareagować na moje słowa. Patrzę na Halvara podkrążonymi oczami i po chwili wybucham serdecznym śmiechem.

– Pomyśl sobie. Małe Aeromaczki – mówię. – Moglibyśmy to sprzedać za kupę kasy. Jeśli się stąd wydostaniemy oczywiście – dodaję, pochmurniejąc na chwilę, ale zaraz kontynuuję znów weselej. – Ale myślę, że ciąża Aeromaka powinna trwać mniej więcej tyle samo co u człowieka, prawda? – Klepię stworzenie po oślizgłej skórze. – Co o tym sądzisz, mała? – pytam z czułością.

– Nie! Nie, nie, kurwa, nie! Co to ma niby znaczyć! Czy wszystkim, poza mną, już odjebało na tym statku? Jakiś wirus rodzimy na Enerze? Kurwa mać, Alesdair! Chociaż ty mów do mnie po ludzku!

– Na ostatniej wyprawie bliźniaki zidentyfikowały statek, na którym może być Irena – mówię, zgodnie z życzeniem. Poważnieję i cofam dłoń z Aeromaka. Kątem oka dostrzegam jeszcze, jak cieniutki ogonek całkiem znika pomiędzy dwiema fałdami tkanki mutanta. – To nam daje nadzieję, sporą nadzieję. Powiedz mi jednak Halvar, czy ta nadzieja ma jakiekolwiek znaczenie? Ile jeszcze zajmą prace nad odcinaniem ogona?

Inżynier, uspokojony nieco, przez chwilę skubie brodę po czym upewnia się jeszcze, czy śluza jest na pewno szczelnie zamknięta. Podchodzi do mnie powoli.

– No w sumie to trudno powiedzieć. Dwa miesiące jak nic. A to i tak jeśli nie dupnie jak ostatnio, lub gorzej. Widziałem pomieszczenia, w których byli ci ludzie. Nity i kable ich poszatkowały. Dosłownie. A Lashay składa u siebie wielu dobrych mechaników. Realnie to bym powiedział że cztery bite miesiące.

– Właśnie. To na samo odcięcie kadłuba. A później ile zejdzie na zamontowanie silników?

– Kurwa, Alesdair! Nie wiem! Jak chcesz ode mnie dokładne plany to trzeba było powiedzieć póki bliźniaki tu były! Zrobiłyby jakąś popierdoloną symulację i wyliczyły wszystko co do godziny i procenta. Istnieje siedemdziesiąt cztery i pół procenta szansy że po trzech i pół miesiąca odcinania ogona, w półtora miesiąca uwiniemy się z silnikami! Trzeba było ich pytać, bo ja nie wiem!

– Spokojnie – mówię łagodnie. – Poprosiłem ich o taką symulację jak tu były. Albo podobną. Wyliczyły mi, że przy obecnej statystyce wypadków, najpierw zabraknie nam leków. Tych najważniejszych. Za około półtora miesiąca, góra dwa spokojniejsze. Od tego momentu, jeśli komukolwiek stanie się cokolwiek, utnie mu rękę, oberwie nitem… Nie będziemy mu w stanie pomóc. Owszem, będziemy mogli przeprowadzić operację, ale za środek znieczulający będzie musiał robić samogon. Bimber. Trzy miesiące i na statku zaczną się panoszyć choroby. Na nie także braknie lekarstw. Pięć miesięcy. Maksymalnie pięć miesięcy i zostanie nas jedna trzecia Halvar. Jedna trzecia. Reszta będzie martwa, chora lub inaczej niezdolna do pracy. Twoje prace będą się systematycznie opóźniały. Aż w końcu ci co nie pracują staną się balastem nie do wyżywienia. Osiem miesięcy. Na tyle nam wystarczy żywności, jeśli wcześniej nie pozabijamy się nawzajem w jakimś szaleńczym amoku. Naturalną selekcję już wliczyłem.

Patrzę uważnie, jak olbrzym nie komentując, powoli osuwa się na ziemię. Mam przed sobą mądrego i niezwykle zaradnego człowieka w kompletnej ruinie. I jest to przerażający widok, którego mam nadzieję już nigdy nie musieć oglądać. Milczymy obaj. Przez naprawdę długi czas.

– Alesdair. Musisz coś wymyślić… pomóc nam – mówi powoli. – Ty już masz jakiś plan. Inaczej nie powiedziałbyś mi ani słowa z tego wszystkiego. On nie jest piękny, prawda? Ale musimy go wykonać, prawda? Alesdair… wydostań nas stąd. Ilu zdołasz.

– A co z resztą?

Halvar spuszcza głowę, wzrusza ramionami.

– Cóż. Oni po prostu mają pecha.

 

*

 

Meri wierci się, nie mogąc wysiedzieć w kabinie łazika. Jest tak podekscytowany, że niewiele brakuje, by zaczął chodzić po ścianach pojazdu. Jego siostra, siedząca za sterami, zbliża ich do Skoczka ze stałą prędkością. Jest skupiona. Dba, żeby nie jechać zbyt wolno, bo podróż trwałaby w nieskończoność i nie za szybko, co mogłoby przykuć uwagę orbitujących gdzieś w górze sond. Ale przede wszystkim – prowadzi czujnie. Już raz ogromny głaz spadł znikąd tak blisko łazika, że Moreen aż pisnęła. Meri nie dałby głowy: ze strachu czy z ekstazy.

Kiedy tylko odległy kształt Skoczka zaczyna majaczyć na horyzoncie, dostatecznie wyraźny, żeby w końcu odróżnić go od skał, chłopak zaciska dłonie na oparciu fotela siostry gotów z niecierpliwości wbić w nie zęby, jak bardzo duże dziecko, w okresie ząbkowania.

– Nareszcie! – wykrzykuje, gdy już podjeżdżają, budząc tym samym drzemiącego całą drogę Ilberta.

Jednak widok, który rozciąga się z przedniej szyby łazika szybko zamraża cisnące się na usta dalsze okrzyki radości.

Nadjeżdżają na dziwne zbiegowisko. Chyba wszyscy członkowie załogi Skoczka stoją ściśnięci wokół podestu, naprędce skleconego z różnych śmieci, na którym kilku żołnierzy trzyma szamoczącego się, dawnego komandora. Jeden z nich siłą zakłada na głowę byłego dowódcy splecioną z lin pętlę. Inny uderza go w brzuch, odbierając część sił. Nie odbierają mu jednak maski. Jego twarz jest czerwona, za lekko zaparowaną szybą. Nihil nie ma podkręconej klimatyzacji.

Łatwo już rozpoznać, że to egzekucja. Pomimo pętli, żołnierze nie spuszczają skazańca z podestu, jak to się robi na szubienicy. Zamiast tego brutalnie związują mu pozostałe kończyny i rozciągają mężczyznę na ziemi tak, że nie pozostaje mu nawet najmniejsza możliwość ruchu.

Meri blednie, a żołądek podchodzi mu do gardła.

Zamierzają go tam zostawić. Na cały dzień. I noc, jeśli to będzie potrzebne.

Kiedy podjeżdżają bliżej, chłopak wyskakuje z łazika i przeciska się przez tłum do stojącego u podstawy podestu Alestaira. Przełącza komunikator tak, żeby ten nadawał prywatnie do aktualnego komandora.

– Co się dzieje? Co się stało!? – woła zdyszany.

– Znaleźliśmy źródło naszego pecha.

 

*

 

Lashay odchyla głowę w tył, pozwalając by jej gęste, kasztanowe włosy spłynęły rozpuszczone po miękkiej skórze fotela. Cicha muzyka sączy się z głośników, obmywając ją z brudów dnia, przyciemnione światła nie rażą już dłużej swoją chłodną bielą. Przeciąga się niczym kotka, kładąc obolałe stopy na stole.

Końce dni są najlepsze. To momenty, dzięki którym brutalna rzeczywistość Enery staje się choć trochę znośna. Kobieta mruczy z rozkoszą.

– Zastanawiało mnie, skąd brały się te rozbieżności.

Dziecięcy głos wprowadza dysonans w senną, rozleniwioną atmosferę gabinetu. Lashay nieruchomieje, czując, że po plecach przebiegają jej ciarki.

– Meri? – pyta. Po chwili zdejmuje nogi ze stołu i spogląda w stronę śluzy, która, sprawdzała przecież, powinna być zamknięta.

Chłopak stoi oparty o krawędź przejścia z rękami w kieszeniach i czarnej czapeczce z daszkiem. Niedbale nadmuchuje balon z gumy do żucia, jednego z towarów nielegalnie wytwarzanych na statku.

– Jakie rozbieżności? – pyta, siląc się na zwięzły ton. – Co tutaj w ogóle robisz.

Balonik pęka, a bliźniak zwinnie zbiera językiem gumę z warg i na powrót rozpoczyna miarowy ruch szczękami.

– Między tempem zużycia leków, a ilością zabiegów, których dokonałaś oraz ich typem – odpowiada chłodno. – Teraz to jasne. Kiedy główna medyczka co wieczór funduje sobie odjazd, coś w końcu musi się nie zgadzać.

Kobieta chce zaprotestować, złajać chłopaka, wszystko wyśmiać, jednak kiedy tylko otwiera usta, Meri niedbale zbywa ją machnięciem ręki.

– Co tam mnie to obchodzi – mówi lekko, jednak po chwili na jego dziecięce usta wypełza dziwny uśmiech. – Alesdaira, no, jego to by obchodziło.

– Ale…

– Nie powiem mu. – Wzrusza ramionami. – Bo i po co. Skończyłabyś jak ten tam, na zewnątrz.

Lashay nie może się pozbyć wrażenia, że to wszystko sen. Skąd ten mały brzdąc się tu znalazł? Od kiedy jest tak wygadany!?

– Jeśli odpowiesz mi na jedno pytanie.

– Sł… słucham – zdobywa się w końcu na odpowiedź.

– To ty dałaś cynk żołnierzom, że ich były szef morduje niewinnych ludzi. I być może odpowiada też za śmierci, w tym kilku strażników, które do tej pory były uznawane za przypadkowe – stwierdza, nie pyta. – Skąd wiedziałaś? Mieliśmy drobny zakład z Moreen i chciałbym wiedzieć, dlaczego żadne z nas nie zgadło. Ja obstawiałem ciebie, chociaż widzę już dlaczego błędnie. No cóż, gdyby to była nowela, to byłabyś ty. Moreen typowała Alesdaria, bo to by ją jeszcze bardziej na niego nakręciło. Chyba jeszcze dziś by mu wlazła do łóżka i obciągnęła. I jemu i temu stawonogowi.

– One są bezpłciowe – szepcze kobieta, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Dyskretnie, pod stołem, szczypie się w nadgarstek, ale to nie pomaga. – Jak ty w ogóle mówisz o swojej siostrze.

– Sorry, na ogół spędzam czas albo z Ilbertem i jego teorią spiskową dziejów… Co? Nie wtajemniczył cię jeszcze? A to żałuj, bo jest czego słuchać. Albo kiedy zawijamy na Skoczka, z Halvarem. Jakoś tak przywarło. A więc? Czemu komandor?

– Najpierw historia jego urazów – mówi, pocierając nerwowo czoło. – Przecież on tylko chodził po Skoczku i wydawał rozkazy. Najbardziej ryzykowna rzecz jaką zrobił to posuwanie jednej z halvarowych babyen w magazynie. Więc skąd sińce? Niby mógł tak po prostu lubić. Ale skąd zwichnięty bark? Był ciamajdą, może klapsa źle przyłożył i o coś zahaczył. Podbite oko? Wkurzył któregoś ze swoich żołnierzy. Jednak to wszystko i wiele innych razem? I dlaczego przychodził z tym w nocy, do mnie, żeby nikt inny nie widział?

– I przekazałaś wiadomość żołnierzom. Doradziłaś żeby któryś miał byłego dowódcę na oku. Więc złapali go na gorącym uczynku?

Kobieta potakuje.

– Faktycznie ciamajda z niego. No to sobie zasłużył. – Chłopak odwraca się w stronę śluzy, dmuchając kolejny balon. – Dzięki. Nic się nie martw. Będę cicho. Ale może skończ z tym, co? Szkoda by było gdybyś i ty miała pecha – mówi, trochę niewyraźnie, wychodząc z gabinetu.

 

*

 

– Alesdair, po co ta cała szopka?! – krzyczy coraz bardziej wzburzony Meri. – To już dwa miesiące, odkąd ją znaleźliśmy! Jest zabezpieczona! Cała i zdrowa. Nawet podreperowana. Wgrałem jej już nowe kody, podłączyłem pod baterię! Czemu wciąż tu tkwimy?! Dlaczego nie możemy jej przywieźć?

– Jeszcze tego nie wydedukowałeś, młody geniuszu? – pytam sarkastycznie i przez chwilę mogę obserwować, jak zwykle pewny siebie chłopak czerwienieje, nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi. – Naprawiliśmy już statek? – pytam.

– Nie.

– No to przywożenie jej tutaj musi poczekać.

– Ale czemu?! Nie rozumiem! Nam przecież możesz powiedzieć. Halvar, powiedz mu coś!

– Alestair – zaczyna inżynier ospałym tonem – straszny chujek się z ciebie ostatnio zrobił.

– To żeś mu wyjechał – śmieje się Moreen.

– Poczekaj. Za jakiś tydzień tam pojedziemy, to ją zabierzemy.

– Ale czemu za tydzień?! – nie daje za wygraną Meri. – Ona może być tu już na jutro! Po co czekać tydzień?

– Bo potrzebuję załatwić parę rzeczy najpierw! – ryczę w końcu tracąc cierpliwość.

Meri kuli się w sobie, a Halvar popatruje na mnie z pełnym politowania niesmakiem.

– Ale po co ty nam tam jesteś? – Moreen, niewzruszona moim krzykiem, z zaciekawieniem przekręca głowę.

– To jest mój projekt życia – zbywam ją gładko – i nie chciałbym, żeby dosięgnął ją tutejszy pech.

 

*

 

Odliczam ostatnie minuty. Jeszcze niedawno ich miejsce zajmowały dni. Potem godziny. Teraz nie zostało więcej niż kilka chwil.

Mój pokój, małe, kwadratowe pomieszczenie z biurkiem, łóżkiem, prysznicem i kiblem wygląda, jakby prócz notorycznych trzęsień ziemi przeszło przez niego tornado. Kwatera miała ostatnio pecha stać się poligonem moich nerwów i odgromnikiem złości. Efekty widać wszędzie wokół. Ciśnięty o ścianę terminal posykuje i wypuszcza w eter małe błyskawice zwarć. Tego mi tylko brakuje, żeby włączył się alarm przeciwpożarowy. Zgrzytam zębami, przyciskając pięści do skroni.

Nic. Żaden sensowny pomysł nie raczy zawitać do mojej pustej głowy. Zabrakło mi już gniewu, wczoraj skończył się zasób przekleństw, a kilka minut temu – przedmiotów, którymi mogłem ciskać o ściany. W końcu zabrakło mi także siły. Nawet żeby płakać.

Ciara milczy w bezruchu. Jak ja w kółko analizuje tę samą sytuację i jest wobec niej równie bezsilna. Nie ma innej drogi, opcji lepszej niż ta, którą zaplanowaliśmy. Żadnego pierdolonego planu B. Nikogo poza mną, żeby obciążyć go winą i poczuć się chociaż trochę lepiej. Czyściej. Przecieram twarz dłonią i chociaż jestem tym wszystkim śmiertelnie zmęczony, wstaję z łóżka. Muszę przygotować się do wyjścia.

Czas na rozterki dobiegł końca. Najłatwiej byłoby zrzucić winę na komandora, który nie sprostał odpowiedzialności i teraz, przywiązany do rusztowania, martwymi oczami przygląda się równie pozbawionemu życia krajobrazowi Enery. Być może wtedy moje sumienie w końcu by się zamknęło i przestało pierdolić. Uśmiecham się krzywo do myśli, że Halvar zaraził mnie swoim słownictwem. A może to klimat tej planety?

Bardziej gotowy już nie będę, więc pozwalam sobie jeszcze tylko na krótką chwilę zadumy, kiedy Ciara dzieli ze mną mój strach i bezsilność, a potem wychodzę naprzeciw swoim planom. Może nie jestem tak dumny i wyprostowany jak powinienem, ale przynajmniej starcza mi sił, żeby w ogóle wyjść.

 

*

 

Ludzie wiwatują, kiedy wyruszamy. Przez te całe, nieszczęsne kilka metrów, które dzieli zaparkowanego łazika od statku, otaczają nas zwartym kręgiem. We wszystkich bez wyjątku wstąpiła nowa nadzieja. Odbieramy dziesiątki przyjacielskich klepnięć w plecy, a głowa powoli zaczyna mi pękać od nadlatujących na wszystkich częstotliwościach życzeń powodzenia i żebyśmy wracali jak najszybciej. Z Ireną. A wtedy wszyscy zwiejemy z tej gównianej planety w jasną cholerę!

Widać słownictwo Halvara jest faktycznie zaraźliwe. A może po prostu nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi, jakim konkretnie językiem posługuje się moja załoga. Moja załoga… Klnę się w duchu. Ktoś, kogo twarzy nie zdążam zarejestrować nim rejteruje w tył, ma nawet dość odwagi, żeby wepchnąć mi w dłonie pokaźny kanister bimbru, który wcale nie przestał być na pokładzie nielegalny. Że to bimber zgaduję po zmajstrowanej naprędce etykiecie.

Pierwszy wchodzę na pokład łazika i od razu, kierując się na przód pojazdu, siadam za sterami – Halvar nauczył mnie prowadzić specjalnie na tę okazję, na pokaz, potem się zamienimy. Za mną grzecznie idą bliźniaki, dziwnie ciche, rzucając na boki spojrzenia, które bardziej przystawałyby spłoszonym sarnom, niż rodzeństwu geniuszy. Potem Lashay wyraźnie nadal nie rozumiejąc, dlaczego właściwie ciągnę ją ze sobą, a pochód zamyka Halvar. Zanim klapa łazika opada, a pojazd na powrót się uszczelnia, olbrzym odwraca się do żegnających nas ludzi i oddaje im prosty, niezbyt poprawny salut.

– Hm? – odzywa się Moreen, niespodziewanie stając za moimi plecami.

Odwracając się, widzę jej zmarszczone brwi i podążam za spojrzeniem, które wbija w jeden punkt na pulpicie sterującym. Lampka klimatyzacji mruga na czerwono, sygnalizując, że system wkrótce może ulec przeciążeniu.

– Meri – nerwowo woła brata dziewczyna. – Nie wyłączyłeś wczoraj wszystkich systemów?

– Jasne, że wyłączyłem! Za kogo ty mnie masz?!

– Przecież widzę że nie! Jeśli coś się rypnie przez ciebie…

Halvar łapie bliźniaki za kołnierze płaszczy i niemal siłą sadza na szerokim fotelu, obok miejsca pilota. Sam zajmuje miejsce Moreen za moimi plecami.

– Kij z tym – komunikuje. – Startuj już, bo ludzie zaczną się niepokoić. A mieliśmy takie ładne wyjście, szkoda zmarnować.

Przez następną godzinę lecimy w milczeniu i dopiero kiedy mam pewność, że jesteśmy dostatecznie daleko od Skoczka, sadzam pojazd w cieniu ogromnego ostańca i z ulgą oddaję stery Halvarowi. Olbrzym przez chwilę majstruje przy klimatyzacji i już wkrótce, alarmowa lampka zmienia kolor na żółty i przestaje mrugać.

– Zaraz panie i panowie, zrobi się cholernie gorąco – informuje inżynier.

A ja nie jestem tak do końca pewien, co ma na myśli.

Podchodzę do drzwi łazienki i pewnie wciskam otwierający je przycisk. Lashay, która podążała za mną wzrokiem, ze świstem wciąga powietrze.

– Nie spieszyłeś się – komunikuje z pewnym wyrzutem Barie.

Pilot siedzi na podłodze, w pełnym skafandrze i obejmuje ramieniem swoją żonę. Kobieta patrzy na mnie z niemym pytaniem i domyślam się, że nie ma bladego pojęcia, dlaczego spędziła koszmarną noc we wnętrzu łazika, a zgodziła się na to tylko ze względu na Bariego. Oboje są bladzi i wyglądają na zmęczonych.

– Co do?! – krzyczy Lashay i, przepchnąwszy mnie w drzwiach, wpada do niewielkiego pomieszczenia. Przez chwilę waha się, komu udzielać pierwszej pomocy. Małżeństwu, czy skulonemu obok nich Ganvarowi. W końcu przypada do tego drugiego.

Według mnie na drugim pilocie noc nie zrobiła większego wrażenia – wygląda równie koszmarnie, jak przez ostatnie pół roku.

– Ja pierdzielę.

Docierający do mnie szept jest zbyt cichy, żebym potrafił rozpoznać, które z rodzeństwa wypowiedziało ten, jakże trafny, komentarz.

– Musimy wracać! – woła rozgorączkowana Lashay. – Tutaj nie jestem w stanie udzielić im odpowiedniej pomocy! – zwraca się do mnie, ale tylko wzruszam ramionami.

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiada Barie. – Sami się w to wpakowaliśmy. – Uśmiecha się przepraszająco. – Ale koniecznie chciałem zobaczyć, co to za cudowna, mechaniczna kobieta ma zastąpić Ganvara, a w przyszłości kto wie, czy także nie mnie. Może to jest właśnie przełomowy moment. Wyznaczamy nowy bieg historii.

– I musiałeś ciągnąć ze sobą żonę i Ganvara?!

– Tak wyszło. – Barie rozkłada ręce, a potem pomaga Hevie wstać i oboje, mocno chwiejnie, przechodzą do bardziej wystawnej części łazika.

– Nic już nie poradzimy – mówię spokojnie, podchodząc do Ganvara i łapiąc go w pasie. – Pomóż mi Lashay.

Medyczka niechętnie łapie pilota z drugiej strony i w trójkę, z trudem przeciskamy się przez drzwi.

– Wiedziałeś – szepcze, kobieta, ale wolę udać, że mam słaby słuch.

Dalsza podróż na Hydrę upływa w atmosferze napięcia i przy wtórze krótkich, nieco wymuszonych żartów Halvara. Bliźniaki znają już statek i spędziły przy Irenie tyle czasu, że kolejna wizyta nie wzbudza już w nich żywiołowego entuzjazmu. Lashay w końcu oderwała Hevę od męża i teraz szepczą w kącie. Barie drzemie, podejrzewam że to on pełnił całą noc „wartę”, a Ganvar nieodmiennie trwa pogrążony w swoich czarnych myślach. Halvar steruje, a ja, zająwszy miejsce bliźniaków, wbijam wzrok w miraże, formujące się leniwie w falującym od gorąca powietrzu.

Poza tym, wszystkich dobija upał. Żeby nie przeciążyć systemów, Halvar skręcił klimatyzację do niezbędnego dla przetrwania minimum i teraz wszystkim pot spływa po plecach, a włosy lepią się do czaszek.

Ciara jak na złość ani myśli zafundować mi miłej drzemki, która skróciłaby tę piekielną podróż. Także w nocy.

Kiedy na horyzoncie pojawia się masywny zarys wraku, Halvar mimowolnie przyspiesza, jednak szybko przypomina sobie moje wcześniejsze zalecenia, jeszcze z pokładu Skoczka. Nakazałem wtedy jechać powoli, zachowując prędkość, która gwarantowała maksimum bezpieczeństwa tak biorąc pod uwagę potencjalne czujniki orbitujących sond jak i fakt, że kursowali już tędy tak wiele razy, że powtarzalność drogi mogła zacząć przyćmiewać uwagę, co zwiększyłoby ryzyko wypadku.

W końcu, mimo że łazik mknie cały czas z prędkością żółwia, do którego jest zresztą podobny, docieramy do celu i milczącą gromadką wysypujemy się z pojazdu. Górujący nad nami wrak jest znacznie większy od Skoczka i nic dziwnego, bo Hydra w przeciwieństwie do naszego szpiegowskiego stateczku, została, i to perfekcyjnie, przygotowana do walki. Nawet teraz jej drapieżne kształty budzą respekt. Rzędy dział celują w niebo, a dziwne konstrukcje tarcz są niemal nienaruszone. Nie mogę oderwać od niej wzroku.

– Chodź chodź, nie rozczulaj się tak – rzuca Halvar, kiedy wychodząc przez otwartą śluzę spostrzega, że wciąż tkwię w miejscu, wbijając cielęce spojrzenie w statek. – Bo się spuścisz. I co, z oklapniętym do Irenki będziesz startował?

– Halvar…

– No?

– Nie mów tak o mojej Irenie – śmieję się, ale inżynier musiał dosłyszeć w moim głosie coś, co powoduje, że jedynie marszczy brwi i, nie odpowiadając mi nawet skąpym uśmiechem, przeciska się za bliźniakami do wnętrza statku.

Prowadzi Meri, a krok za nim podąża Moreen. To oni wraz z Ilbertem, który tym razem został na Skoczku, spędzili na Hydrze najwięcej czasu i znają chyba każdy jej dostępny zakamarek. Mam wrażenie, że najchętniej zaczęliby biec, żeby tylko mieć już to wszystko za sobą. Nie ma w nich ani odrobiny radosnego podenerwowania.

Przekraczamy wytopioną, nieregularną dziurę, pozostałość po pancernych drzwiach i efekt kilku dni wytężonej pracy Halvara i w końcu jesteśmy na miejscu.

Pomieszczenie przypomina rozciętą kulę z płaską podłogą i sklepieniem w kształcie kopuły. Po wystających z niej, półprzezroczystych linkach, których przekrój waha się od kilku milimetrów po szerokość mojego uda, przebiegają kolorowe rozbłyski. Wszystkie kable są podpięte pod zawieszony pośrodku, mechaniczny korpus.

Na chwilę zapominam o wyrzutach sumienia, a zachwyt wyrywa mi z ust krótkie westchnienie. Podchodzę i zanim w pełni zdaję sobie sprawę z tego co robię, opadam przed nią na kolana.

Jest jak spełnienie wszystkich moich marzeń. Taka sama, jaką latami oglądałem na zdjęciach. Smukła broda opiera się na idealnie wyprofilowanej piersi. Rozłożone ramiona płynnie przechodzą w przypominającą pajęczynę sieć kabli. Jest trochę jak legendarna Wenus z Milo. Bliźniaki odrestaurowały w niej każdy, nawet najmniejszy element.

– Sugerowałabym spakować to jak najszybciej i wracać na statek – mówi ostrożnie Lashay, wyraźnie zakłopotana moją reakcją. – Niebezpiecznie ich tam tak samych zostawiać. To już dwa dni, jak nie mają z nami kontaktu. Pewnie zaczynają się martwić. Może chociaż wysłać im…

Halvar kładzie rękę na jej ramieniu, a ja, czując, że nie wytrzymam spojrzenia żadnego z nich, pochylam głowę i przymykam powieki. Ciara lekko porusza pancerzem, żebym pamiętał, że jest ze mną.

Meri spogląda na mnie oczami wielkimi jak spodki, a jego siostra marszczy brwi i rozgląda się po zebranych. Nie tylko ona nie do końca rozumie co się dzieje, chociaż sądzę, że gdyby zostawić ich bez podpowiedzi, to bliźniaki najszybciej doszłyby do sedna sprawy. Ganvar i Barie spoglądają na siebie i obaj spuszczają głowy. Ten drugi mocno obejmuje żonę ramieniem.

– Czy ktoś mi wytłumaczy, co jest grane? – pyta w końcu Heva.

– Nie wracamy babyen – mówi cicho Halvar. – Przynajmniej nie prędko.

Heva przygląda mu się długą chwilę, potem przenosi wzrok na mnie. W jej oczach zapalają się ogniki zrozumienia. I wściekłości. Rzuca się w moją stronę, ale Barie szybko przytrzymuje ją, obraca przodem do siebie i, kładąc dłoń na jej karku, przyciska głowę do ramienia.

– Nie… – szepcze. – Nie.

– Coś ty zrobił Alesdair? – pyta przerażona Lashay. Próbuje cofnąć się o krok, ale wpada na blokujący wyjście masyw Halvara.

– Nie było szans żeby wrócić na Skoczku – mówię, nakazując sobie spokój i barwiąc głos chłodem. – Prace szły zbyt wolno. Tylko cud mógł nas wynieść na orbitę i w drogę powrotną. A i wtedy bylibyśmy bez jedzenia. Bez leków. Na pospawanym statku. Halvar to potwierdzi.

– Bez szans. – Inzynier kiwa głową. – Gdybyśmy mieli jeszcze miesiąc temu pełną, zdrową załogę, odpowiednią ilość sprzętu i tylko nieco więcej zapasów, sparaliżowałbym Alesdaira i potraktował jak poprzedniego komandora. Ale w tej sytuacji nie było innego wyjścia.

– Na pokładzie jest kilka osób, które mają zapasy i broń. Gdyby załoga próbowała nadać sygnał SOS, zostanie przechwycony. Jeśli wybuchnie walka, oni przeważą szalę na odpowiednią stronę i rozprawią się z niedobitkami. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś zbudował drugi nadajnik ani ryzykować, że zdetonują coś, żeby przyciągnąć uwagę satelitów.

Kładę dłonie na kolanach, a po chwili wstaję i odwracam się do pozostałych. Chyba nie wyglądam dobrze, bo na twarzy Lashay i bliźniaków momentalnie pojawia się niepokój, a medyczka prawie postępuje krok w moim kierunku. Prawie.

– Nawet na naprawionym statku, nie mamy powrotu – kontynuuję głucho. – Przy założeniu, że udałoby się uniknąć piratów, nasza własna flota przeprowadziłaby desant na Skoczka zaraz po tym, jak wlecielibyśmy w ich strefę kontroli. Zabraliby Irenę, a nas wymordowali. Nie jesteśmy im potrzebni.

– Ale przecież marszałek zatwierdził… – zaczyna Lashay i milknie.

– Tak Lashay – mówię. – Poprzedni marszałek wspierał wyprawę całym sercem. Ale nowej władzy nigdy nie byliśmy potrzebni. Oczywiście, nie przegapiliby okazji, żeby dobrać się do naszych znalezisk, skoro już jakieś mamy, ale nasz powrót, w takim stanie, byłby dowodem na ich nieudolność, a być może nawet, próbę sabotażu misji.

Patrzę w kierunku Ganvara, który kurczowo zaciska pięści. Jest tak osłabiony, że od tego wysiłku na jego twarz występują grube krople potu.

– Marszałek nie może wiedzieć, że kiedykolwiek dotarliśmy na tę planetę. Że się nam udało nie tylko wylądować, ale i przetrwać. Dlatego nasze zdania nie mogą być podzielone. Nie może przeżyć nawet kilka osób, które nie utrzymają języka za zębami. My po prostu… – Uśmiecham się gorzko. – Mamy pecha.

 

*

 

– To kiedy ci twoi znajomi nas stąd zabiorą? – pyta Moreen, starając się wyglądać na niezbyt zainteresowaną moją odpowiedzią. Jakby po prostu próbowała zabić trochę ciągnącego się tu w nieskończoność czasu. – I jak to planujesz? Tych, którzy zostali na statku zabierzesz z nami?

– Tak – mówię, ale nie wygląda, żeby ucieszyła ją ta informacja. – A będą za jakiś tydzień. Plus minus dzień. Przywiozą nam też parę niezbędnych części do statku, ale musimy jeszcze odpowiednio przygotować Irenę. Nową Irenę – pomożecie mi w tym.

– A skąd wiesz, że nie potraktują nas tak, jak zrobiłby to sojusz?

– Ponieważ nie wiedzą, jak mało nas zostanie po tym, co teraz prawdopodobnie dzieje się na Skoczku – odpowiadam i nic nie potrafię poradzić na to, że moje usta same wykrzywiają się w gorzki grymas. – Dowiedzą się o tym dopiero na miejscu. I mimo tego, że gwiżdżą na satelity, ryzyko, że kiedy wywiąże się walka, ktoś bardzo niepowołany dowie się i zainteresuje ich obecnością, jest zbyt wysokie, nawet dla nich. To nie byłoby jak walka z piratami. Ruszyłaby istna krucjata. Cały sojusz ścigałby statek, wylatujący z tego kwadrantu. A poza tym kapitanem tego statku jest mój brat. Co by nie mówić, nikt inny nie wyłapałby sygnału telepatycznego z odległości kilku lat świetlnych – dodaję ze złością, czując, że się rumienię. – Generalnie taka już nasza rodzina.

 

*

 

Sygnał ze Skoczka dociera do nas po sześciu dniach, odkąd rozlokowaliśmy się na Hydrze. Atmosfera wciąż jest napięta, ale chyba wszyscy zdążyli już pogodzić się z myślą, że póki to inni mają pecha, nie jest jeszcze tak źle. Przynajmniej przeżyjemy, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Wyruszamy niemal natychmiast, w pośpiechu, jakby prawdziwa, mityczna Hydra deptała nam po piętach, a potem, niecałe dwadzieścia kilometrów od Skoczka, koczujemy w łaziku przez kolejne dwa dni. Oszczędzamy klimatyzację, wystawiamy warty i prowadzimy całodobową obserwację statku, smętnie pogrążonego w ciemności, wśród skał. Na jego zdewastowanym kadłubie osadzają się, to znów odlatują z wiatrem drobinki pyłu. Nawet, gdyby pozostałe na pokładzie niedobitki załogi wiedziały, w którym kierunku patrzeć – nieruchomy łazik byłby dla nich jedynie kolejnym, sporym kamieniem, który zaległ pomiędzy innymi, podobnymi sobie głazami. Pod względem kamuflażu jest dziełem sztuki.

Skoczek wygląda jak statek widmo. Nie widać na nim żadnych oznak życia. W końcu decyduję, że nie ma powodu dłużej zwlekać Siadam za sterami i podrywam pojazd w powietrze. Na wypadek jakichkolwiek niespodzianek Halvar obstawia działko, a wszyscy mamy na sobie uszczelnione skafandry.

Do wnętrza statku wchodzimy ostrożnie, przez jedną ze śluz. Przemyconą po kryjomu na pokład łazika broń trzymamy teraz w pogotowiu. Po drugiej stronie nie napotykamy jednak nikogo. Światła płoną tą samą co zwykle, zimną bielą. Na ścianach nie widać śladów krwi. Nigdzie nie walają się ciała zabitych. Cisza.

Kierujemy się na mostek kapitański i tak jak podejrzewałem, tam właśnie odnajdujemy wszystkich, którzy przeżyli swój wybór.

– Poruczniku Clard? – pytam, przekraczając próg pomieszczenia. Rozglądam się za żołnierzem, któremu już na początku zaufałem na tyle, żeby powierzyć dowództwo nad jednostką zaopatrzeniową, a teraz, zostawiłem go na czele tych, którzy mieli opanować rzeź, która prawdopodobnie odbyła się na statku.

W całkowitej ciszy, przed terminalami, na krzesłach i pod ścianami siedzą i leżą ludzie. Kilkanaście kobiet, w większości jednak mężczyźni. Niektórzy są ranni, kilkoro kiwa się, obejmując kolana ramionami. Dostrzegam Ilberta z przesiąkniętym krwią opatrunkiem na głowie, zamkniętymi oczami i strużką śliny, która sączy się z jego rozchylonych warg.

W zbiorowisku rozpoznaję jeszcze kilku naukowców, profesorów jak ja i mechaników, ale większość ocalałych stanowią żołnierze.

– Czterdziestu sześciu – odpowiada wezwany, ciężko wstając z fotela. – Tylu opowiedziało się za opcją wezwania na pomoc piratów. Reszta nie uznała tego za rozwiązanie. Chcieli nadawać SOS, zdjąć kamuflaż, strzelać wokoło. Mimo prób perswazji wciąż naiwnie sądzili, że sojusz uwierzy w bajkę z awaryjnym lądowaniem na Enerze.

W pomieszczeniu nie ma czterdziestu sześciu ludzi. Żal mi tych, którzy nie przeżyli mimo, że dokonali dającego szansę przetrwania wyboru.

– Czy to prawda, komandorze? – odzywa się jakaś kobieta, skulona w kącie pomieszczenia. – Że nikt nam by nie pomógł?

– Co najwyżej wysłaliby nam pocisk – odpowiada za mnie Halvar. – Złotko, leciałaś na statku szpiegowskim.

 

*

 

– Skurwiel… – szepcze Lashay ze szczerym zdumieniem, szeroko otwierając oczy.

Jak bardzo nie starałaby się odnaleźć choćby śladu swojej wielomiesięcznej pracy, jej osobisty terminal jest pusty. Jakby zainstalowany od nowa, lub po prostu podmieniony na nowy.

– Skurwiel! – wrzeszczy, zrywając się z fotela.

Gdzieś z boku rozlega się chichot, a po chwili wybuch śmiechu, odegrany na dwa głosy. Zza jednego z rozstawionych w gabinecie parawanów wychyla się najpierw Moreen, a zaraz potem jej brat.

– Ty chyba jednak faktycznie durna jesteś – wyrokuje dziewczyna, przekrzywiając głowę. Patrzy na Lashay, jak zdziwiony kot na wyjątkowo nieostrożną mysz.

– Naprawdę myślałaś, że Alesdair jest głupi i nie spostrzeże się, że chcesz zrobić karierę na nim i jego stawonogu?

– Wydymać go? – podpowiada Moreen.

– Wykorzystać.

– Sprzedać.

– Co!? – warczy kobieta – O czym wy…

– Oj daj spokój. – Moreen macha ręką. – Wszystko już się wydało.

– Od razu się zorientował. Zaraz pierwszego dnia lotu.

– I postanowił, że to on wykorzysta ciebie.

Rodzeństwo mówi na zmianę, zmuszając Lashay do nieskoordynowanego wodzenia wzrokiem pomiędzy jednym a drugim.

– Czegokolwiek nie wiedział o swoim pasożycie, wie teraz dzięki tobie.

– Masz pecha – kwitują unisono.

 

*

 

– Sfrajerzyłaś się laska. To racja – mówi Halvar, zaciskając gigantyczną dłoń na szyi Lashay. – Ale jaj to ty sobie nie rób. Nie dam ci się zabić od tak. Jesteś mi potrzebna, babyen.

– Jeb… – Kobieta krztusi się słowami i zakańcza z trudem. – Się.

– Nieładnie, nieładnie. – Olbrzym z dezaprobatą kręci głową. – Taka ładna, a taka wulgarna, że aż się, kurwa, słuchać nie da. A gdybym ci powiedział, że mam symbionta? Takiego malutkiego. Dzidziusia, kurewsko pięknego, który wrasta sobie błogo w cudownie ozdrowiałego Aeromaka, owiniętego wokół rdzenia z kosmicznej starzyzny? Tego jeszcze nie grali, nie sądzisz dziunia? – Inżynier powoli luzuje uścisk, pozwalając, żeby złapała oddech. – To co? Majtki już ci pewnie z tyłka sfrunęły, nie?

Szklany pojemniczek upada na podłogę, rozbijając się w drobny mak, a słodko pachnąca ciecz rozpływa się po antypoślizgowej podłodze gabinetu.

– Wiedziałem – mówi zadowolony.

 

*

 

Ciała zabitych w czasie zaplanowanego przeze mnie rozłamu i dwójki, których życia nie udało się uratować mimo zaangażowania Lashay, ukrywamy na Enerze. Spoczywają w odciętej części wraku Skoczka i to ona posłuży im za wspólne mauzoleum. Brakuje nam czasu i sił na kopanie indywidualnych grobów. Zostawiamy w ten sposób dowód naszej obecności, ale to już bez znaczenia. Nikt nie przyleci, żeby sprawdzić wnętrze skorupy. Co najwyżej zrzucą bombę, a usunięcie celu odhaczą w odpowiedniej rubryce. Pliki zostaną natychmiast zarchiwizowane i będzie po wszystkim. Żegnajcie wy, którzy mieliście pecha wyruszyć z nami w rejs.

Zamykam tę historię niczym nieopatrznie otwartą puszkę Pandory. Szybko, energicznie i z całą stanowczością. Nie będę już do tego wracał.

Kolacja, którą właśnie spożywamy, ma być otwarciem drzwi do czegoś nowego, to zaś, czymkolwiek jest, nie zaczyna się ze splendorem. Brakuje kawioru i świec. Nie ma nawet żadnych dań, które byłyby przygotowane z naturalnych składników. Ziemniaki, ryż czy kasza – o tym możemy tylko pomarzyć. Mamy za to pożywną papkę, z rozpuszczonego w wodzie proszku, tego samego, którym żywimy się od prawie roku, podaną na najlepszej zastawie, którą znaleźliśmy na statku. Efekt całości, wyjątkowo mało zachęcający, podziwiamy, siedząc na mostku.

Ja, Lashay, Halvar i bliźniaki oraz Barie z Hevą. Ilbert wciąż nie odzyskał przytomności, Ganvar odmówił przyjęcia zaproszenia, a pozostali członkowie załogi odpoczywają rozlokowani w kwaterach. To nie jest spotkanie dla nich, a tematy, które, jestem tego pewien, zostaną tu poruszone, nie powinny dotrzeć do postronnych uszu. Nawet Clarda nie jestem jeszcze dostatecznie pewien. Siedzi nas więc siedmioro, ubranych w najlepsze stroje z całej garderoby, którą zabraliśmy w podróż i świętujemy, że wydostaliśmy się z tego wszystkiego żywi.

Halvar umył wreszcie wiecznie umorusaną twarz, rozczesał brodę i nawet zaplótł ją w gruby warkocz. Dotąd wyśmiałbym każdego, kto powiedziałby mi, że olbrzym zabrał ze sobą smoking i na jego widok, oczy prawie wyszły mi z orbit. W odpowiedzi na zbiorowy napad śmiechu inżynier stwierdził z niesmakiem, że miał wyjść w nim po powrocie na ziemię, kiedy wrócilibyśmy jako uwielbiani przez tłum, wielcy odkrywcy, no ale skoro nic z tego nie wyszło, moment wydaje się niezły.

Barie i Heva, chyba na przekór wszystkiemu założyli odświętne mundury. Lashay za to zrzuciła biały fartuch, zastępując go kolorową sukienką, która zgrabnie maskuje jej krągłości. Rozpuściła włosy i po raz pierwszy widzę w niej kobietę, a nie pracownika państwowego. Jestem pewien, że zauważyła już wyczyszczony do połysku terminal, który spreparowałem z niewielką pomocą bliźniaków, ale wyraźnie jest dostatecznie szczęśliwa, że udało jej się przeżyć, żeby nie komentować tego faktu.

Moreen siedzi obok mnie i gdyby pod stołem nie machała nogami, dałbym jej przynajmniej pięć lat więcej. Jej zwykle rozczochrane włosy teraz są jedynie lekko pofalowane, makijaż podkreśla zieleń oczu i dołeczki w policzkach, które kiedy się uśmiecha, a robi to cały czas, uwydatniają się jeszcze bardziej. Poza tym ma na sobie zdecydowanie nie dziewczęcą, sięgającą ziemi czarną sukienkę, z rozcięciem do połowy biodra i buty na zawrotnym koturnie. Nie mam pojęcia skąd wytrzasnęła to wszystko, ani na jaką okazję w ogóle szykowała, ale kiedy pojawiła się na mostku, bez problemu zdobyła całą naszą uwagę. Chyba tylko Meri, w nieodłącznej, postrzępionej czapce z daszkiem, luźnej bluzie i dżinsach wygląda dokładnie tak, jak zwykle.

– Jak nazwiesz swój nowy statek? – pytam Halvara, żeby przerwać ciszę i nie musieć się zastanawiać, dlaczego im bardziej przesuwam się w stronę siedzącego po mojej lewej Bariego, tym wcale nie oddalam się bardziej od Moreen. – Zostawisz Skoczka, czy wolisz coś własnego? Na przykład Babyen?

– A ty wiesz, że nie głupie? – ożywia się Halvar. – Chociaż, chyba nazwę go jednak… Pech. Myślę, że sam wybrał sobie to imię, pasuje jak ulał. Ale! Nie smęćmy tak. Jak ci się z bratem układa? – Uśmiecha się szeroko, a z jego rozradowanej twarzy aż bije znajomość mojej odpowiedzi.

– Trochę niezadowolony. Okazało się, że czyściciele sojuszu przyłożyli się do swojej roboty i na Irenie nie pozostały żadne dane – odpowiadam, uśmiechając się i odchylając lekko na krześle. – Pech, jak sam mówisz. 

– Pech – dodaje poważnie Meri, wymieniając z siostrą ukradkowe spojrzenie.

Dziewczyna niby mimowolnie muska palcami wisiorek w kształcie niepozornej, metalowej płytki, a ja w ostatniej chwili powstrzymuję się, żeby podobnym, sprawdzającym gestem nie sięgnąć do kieszeni.

– I wielka szkoda – kontynuuje chłopak. – Bo kto by miał dane z Irenki to by się pewnie srogo obłowił.

– Obłowił jak obłowił – mówię, obserwując zebranych spod półprzymkniętych powiek. – Mnie interesuje co innego. Pomyślmy…

– Sztuczna inteligencja – stwierdza Meri wiedzącym, ale trochę jakby znudzonym głosem.

-Sztuczna inteligencja – potwierdzam powoli. – Prawie osobowość, tysiące w pełni samowystarczalnych statków. I wszystkie nagle obracają się przeciw człowiekowi. To tak w skrócie. Nie brzmi ci to znajomo? Meri?

– Znajomo? – Chłopak marszczy brwi, a po chwili rozpromienia się cały. – A! Czyli jednak! – wykrzykuje i natychmiast nachyla się do Moreen.

Przez chwilę szepczą między sobą i dziewczyna znów wygląda tak, jak powinna. Na swoje trzynaście lat.

– Co? – pyta nieco zniecierpliwiona Lashay. – Wybaczcie, ja nie zrozumiałam.

– Specjalnie dla ciebie będzie po medycznemu – śmieje się Meri. – Wyobraź sobie tysiące zdrowiutkich pacjentów. Nagle coś im odwala. Diagnoza na miejscu?

– Wirus. – Kobieta milknie na chwilę, a potem na jej twarzy odbija się zrozumienie. – Wirus!

– Nie byle wirus – wyjaśniam. – Wszystkie komputery zostały zdewastowane, ale nie zniszczone. Czyszczono je chemicznie i stosowano promieniowanie zamiast po prostu przetopić jak złom.

– Dlaczego? – pyta Moreen.

– Sądzę, że nie potrafili poradzić sobie z wirusem. Tak, jak ktoś wymyślił sztuczną inteligencję, ktoś inny stworzył inteligentnego wirusa. Prawdopodobnie takiego, który modyfikuje się, mutuje i nie daje usunąć. Jest mądrzejszy od systemu, na którym został zainstalowany.

– A więc wielkie umysły, siedzące u szczytu władzy, stwierdziły… – Dziewczyna ostrożnie cedzi słowa. – Że szkoda byłoby tak doszczętnie niszczyć i sztuczną inteligencję, i wirusa. Bo przy odrobinie szczęścia ktoś, kiedyś może go złamie!

– Dokładnie – potwierdzam, uśmiechając się z podziwem.

– Czyli chcesz powiedzieć… – Meri popatruje na mnie spod daszka czapki i nie jestem pewien, jak interpretować to spojrzenie. – Że i nas w pewien sposób wykorzystałeś?

– Jeśli masz na myśli, że od początku podróży cały czas troszczyłem się, żeby nic się wam nie stało? – pytam z przekąsem. – Tak, czujcie się perfidnie wydymani, jakby to powiedział Halvar. – Skłaniam głowę w stronę inżyniera.

– Ale potrzebujesz nas, więc coś już wymyśliłeś, żebyśmy sobie nie poszli.

– Geniuszu, kurwa! – Wybucha gromkim śmiechem olbrzym. – Wyjdź na na zewnątrz, przewietrz się. Świeża próżnia dobrze ci zrobi. Holuje nas krążownik, a na nim cała armia! Ja pierdolę, taki mądry, a taki głupi.

– Faktycznie – potwierdzam smutno, słysząc w głowie chichot Ciary. – Po prostu nie ma sposobu, żeby się urwać.

Dostrzegam błysk w oku Moreen, a po chwili dziewczyna z rozmachem przysuwa swoje krzesło do mojego i przytula się do ramienia.

– Jesteśmy bez wyjścia – mówi płaczliwie.

– Skazani na siebie! – dodaje Meri i w podobny sposób jak ona do mnie, przyczepia się do siostry.

Przez chwilę mam wrażenie, że do grona zaraz dołączy siedzący dalej Halvar i w ogóle zmienimy się w jeden wielki pociąg wariatów.

– W końcu mamy Pecha, a to tylko tylko statek szpiegowski – wzdycha głęboko Lashay.

Usta Halvara wyginają się w wilczym uśmiechu, a ja jednak sięgam do kieszeni, na dnie której wyczuwam pod palcami chłód i ostre krawędzie metalowego sześcianu.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem mniej więcej do połowy, ale po “huju”, tekst mi obrzydł. Nudnawe. Pozdrawiam.

Mimo to dziękuję za odwiedzenie tekstu, szkoda że nie wciągnęło, ale miło że podjąłeś próbę : )

Chciałam poprawić, ale zupełnie nie mogę znaleźć słówka, o którym mówisz chyba, że umyślnie dałeś przez “h” żeby w komentarzu nie straszyło? W innym wypadku jeśli mógłbyś zaznaczyć mi, gdzie ten paskudny obrzydzacz tekstowy się znalazł, żeby uchronić przed napotkaniem go potencjalnych  dalszych czytających będę wdzięczna.

No cóż, różni ludzie posługują się różnym słownictwem, wyżej wymienione słówko występuje w dialogach, co być nie być uważam za pewne usprawiedliwienie ; ) Nie Halvara, autorów.

 

Pozdrawiam również

/Aeli

Ponad 160k znaków… Wg. regulaminu (limit 90k) nie mam obowiązku czytać, ale z wrodzonej dobroci (:P) postaram się zapoznać z tekstem, jak tylko ogarnę zaległości z listopada.

Pozdrawiam. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Jeżu, jakie długie.

Zalth: Tam był chyba haczyk, że jeśli powyżej 90k to musi wciągnąć. Trzymam więc kciuki, żeby wciągnęło jak już grzecznie i obowiązkowo pozamykasz listopad ; ) A dobroć tak wrodzona jak i nabyta jest cechą niewątpliwie szlachetną!

 

tojestniewazne: W sumie chyba nawet dwa by się zmieściły. Jeże znaczy. Ale nie wolałbyś ich zamienić na taką przykładowo, mantikorkę? Zapraszam do niezniechęcania się rozmiarem i przeczytania w wolnej chwili… Albo kilku wolnych chwilach ; )

 

/Aeli

Albo kilku wolnych chwilach ; )

Nie pozostaje nic innego, jak właśnie tak postąpić.

Pierwszy krok w tym kierunku już zrobiony.

Postaram się przeczytać, ale nie obiecuję, że nastąpi to jutro albo pojutrze. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze nie skończyłam, ale ciekawie się zapowiada. Szczególnie symbiont interesujący. Dziwię się, że taki głąb został pierwszym po Bogu, zwłaszcza, że na początku kojarzył mi się z Nemo.

Przecinkologia kuleje. Kosmos pisałabym dużą.

ze skokową porcją węglowodanów

A skokowa porcja to jaka?

Nigdzie nie widzę Halvara, ale znając go, woli pracować w terenie niż w teorii.

W zdaniach złożonych z imiesłowem nie wolno zmieniać podmiotu.

CDN.

Babska logika rządzi!

Adamie, Regulatorzy: Jesteśmy zwierze (dwa) cierpliwe i tylko troszeczkę pamiętliwe, więc wszelkie opóźnienia rozumiemy, ale gotowi jesteśmy i za pół roku się przypomnieć ; D Za to niezależnie od terminu, będziemy wdzięczni za przeczytanie.

 

Finka:  Trzymam kciuki, żeby się nie pogorszyło ; )

 

Skokowa – może uderzeniowa powinniśmy użyć? Chodzi o bardzo wysoką dawkę, która ma dać porządnego kopa. Coś jakby wypić duszkiem litr energetyka (chociaż tam to zdaje się inne składniki za to odpowiadają)…

 

Hm, nigdy o tym nie myślałam, a widzę – należało. Pozwól się upewnić ok? Początkowo podmiotem jest “ja” które się nie uwidacznia, a dalej zmieniliśmy na Halvara, tak? Należało podzielić zdanie na dwa, przykładowo:

Nigdzie nie widzę Halvara, ale znam go na tyle, żeby się nie dziwić. Mechanik woli pracować w terenie niż w teorii.

Możliwe, że natkniesz się jeszcze na podobne kwiatki, ale jak tylko uda mi się zrozumieć co i jak, postaram się je poprawiać i z góry ślicznie dziękuję za wskazywanie pomocną łapką.

 

/Aeli

Skokowa vs. uderzeniowa. Tak, dawka uderzeniowa będzie lepsza. Albo inna końska. Dla mnie zmienna skokowa to coś, co zmienia się nagle, skokami, przeskakuje na kolejny stopień – jak liczba świeczek na torcie albo numer peronu – w odróżnieniu od zmiennych ciągłych, które mogą przyjmować rozmaite wartości – jak wiek (np. 2 lata i 4 miesiące albo 13 i ¾ lat) czy odległość do celu (162,6 km).

Podmiot. Tak, można rozbić na dwa zdania albo pozbyć się imiesłowu (”Nigdzie nie widzę Halvara, ale o ile go znam, woli pracować w terenie niż w teorii.”), albo zmienić podmiot w drugiej części (”Nigdzie nie widzę Halvara, ale znając go, wiem/ jestem pewien/ zakładam, że woli pracować w terenie niż w teorii.“). Opcji sporo.

Babska logika rządzi!

Nie ładnie. Że Alesdair to jasne,

Nieładnie.

mając wówczas nie więcej jak cztery lata

Niż cztery lata?

nawet jak na sam środek kosmosu.

To Kosmos ma środek?

– Trzymajcie się bo podchodzimy! Barie trzyma komendę 220% w gotowości!

Liczby słownie, w dialogach obowiązkowo. Co Wy? Pierwszy dzień na portalu?

Nie ważne ile lat ewolucji mamy już za sobą,

Nieważne. A po nim przecinek.

Tyle lat i pracy poświęciłem, żeby przygotować tą misję,

Tę misję.

CDN.

Babska logika rządzi!

Kajamy się, bo faktycznie nieładnie z naszej strony takie potworki do tekstu wpuścić, żeby radośnie szalały i innych Użytkowników straszyły. Większość już poprawiona i dziękujemy bardzo ślicznie! Środek Kosmosu jest bardziej metaforyczny, coś jak “widzę podejrzanie dużo wody, nawet jak na środek oceanu”, mimo że przecież nikt nie wyznacza, czy jest w danym momencie serio pośrodku. Ale jeśli jednak razi, to pomyślę jak zmienić ; )

Liczby… Tego… Nie, nie pierwszy dzień. Obawiam się, że zaćmienia chodzą po ludziach, nawet po dwugłowych hyderkach. Poprawione.

 

/Aeli

 

Hmmm, ale ocean ma środek i można znajdować się gdzieś w pobliżu. Ale czy Kosmos też ma? Mnie się wydaje, że nie i dlatego zdanie mi zgrzyta. Ale mogę nie mieć racji. Jakieś inne opinie?

Babska logika rządzi!

Wszędzie ma? (= inna opinia). Horyzont kosmologiczny jest równie odległy we wszystkich kierunkach – to prawda dla każdego obserwatora. Znaczy: bez różnicy, czy ten obserwator znajduje się tutaj, czy miliard parseków stąd, czy miliard lat od teraz.

Narrator może rozumieć słowo “kosmos” trochę specyficznie. Na przykład jako część przestrzeni dobrze poznaną przez ludzi (nawet – bezpośrednio zbadaną). Taka interpretacja lepiej się broniła, dopóki nie zmieniłaś autorom kosmosu na Kosmos. Ale i w obecnej sytuacji się trzyma. IMO.

Niby rozumiem, Finklo, co Cię tknęło w omawianym zdaniu, jednak ostatecznie nie widzę powodu, żeby zabraniać autorom/narratorom stosowania takich, hm… środków wyrazu :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przecież nie zabraniam. Najpierw zadałam pytanie, a potem zaznaczyłam, że mogę nie mieć racji i doradziłam zasięgnięcie opinii u innego specjalisty. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

Pomysł, świat, fabuła i bohaterowie bardzo fajni, z pewnością zasługują na Bibliotekę. Ale wykonanie… Macie zbyt dużo podstawowych baboli – interpunkcja kuleje, drobne ortografy, liczby w dialogach…

Końcówka mnie odrobinę rozczarowała. Informacja, co dostał brat komandora, pada na początku ostatniej sceny, a później to już nic istotnego nie ma. Za to nie wyjaśniliście mi, jakie zadanie dostał pierwszy dowódca (po co go wysłano, skoro robił wszystko, żeby nie wylądować u celu, a potem z niego nie wystartować?) ani kto jeszcze dołożył się do dzidziusia Aeromaka…

Krew już w połowie wstrząsów odpłynęła mu z twarzy i z trudem walczy z mdłościami.

IMO, podmiot zaginął w akcji.

Za około półtorej miesiąca, góra dwa spokojniejsze.

Miesiąc jest rodzaju męskiego.

buty na zawrotnej koturnie.

Koturn też.

Babska logika rządzi!

jeroh: Dziękuję ślicznie za wzięcie udziału w dyskusji, ale też za odwiedzenie tematu ; )

 

Finkla, jeroh: Hm, skłaniam się w stronę pozostawienia środka między innymi dlatego, że tak Kosmos jak i kosmos niezależnie od swojej nieskończoności, jest dla nich bardziej ogarnialny niż dla nas. Ciekawą opcją wydaje mi się też coś w rodzaju “na tym kosmicznym zadupiu”, bo znajdują się tak trochę na uboczu głównych ośrodków, jeśli można to tak nazwać.

 

Dodatkowy wypis poprawek:

Meri czuje, jak ogarnia go ulga, że jest ciemno, przez co Moreen nie może mu się przyjrzeć. Z trudem walczy z mdłościami, a z jego twarzy już w połowie wstrząsów odpłynęła krew. 

 

Finkla: Dziękujemy ślicznie za wszystkie poprawki i komentarz ; ) Cieszę się, że ogólny zarys się podobał, ale mam nieodparte wrażenie, że coś poknociliśmy z ostatnią sceną, robiąc ją za bardzo… Filmową? Tam na samym końcu właściwie wszystko się wyjaśnia, nie tylko na początku ale (drobny spoiler) uczciwie, czuć tam było bardzo ciężką ironię i aktorstwo w ich ostatniej wymianie zdań? Jeśli nie,  to musimy to dopracować, bo nie wiem czy dostatecznie daliśmy pewne rzeczy do zrozumienia. Miało nie być oczywistości, a chyba wyszła i to w drugą stronę. Tak to odebrałaś?

Oczywiście, jak każde lamy, hydry i inne zwierzęta bardzo chcielibyśmy znaleźć się z Pechem w Bibliotece. Tekst nie był do końca betowany portalowo (przynajmniej nie w 100% bo dwie osoby go owszem czytały i o tym będzie potem, bo spoza fantastyki), bo kończyliśmy go na szybko przed konkursem i uznaliśmy, że naprawdę nie wypada pracować nad nim dalej, po terminie konkursu, dlatego wiele rzeczy zostawiliśmy jak były. Zresztą trudno jest ogarnąć w krótkim czasie tak długi tekst. Teraz Dj już przeczytał, przeżył wszystkie babole, więc do dalszego odbioru, myślę spokojnie możemy szlifować.

Co do interpunkcji – troszkę mnie to już załamuje. Za każdym razem staramy się stawiać te przecinki jak najlepiej, teksty sprawdza jedna, lub dwie osoby spoza portalu, które deklarują, że pewnie czują się w interpunkcji, a potem, po publikacji, zawsze jest “interpunkcja kuleje”. Co ciekawe, każdy kto wytyka nam te błędy, wytyka inne i poprawia inaczej – to doświadczenie z kilku tekstów, albo po prostu pisze – kuleje. Jak to właściwie jest z tą interpunkcją, że naprawdę każdy stawia ją inaczej?

Co do błędów, ortografów i innych – nie będę się z Tobą spierała – te, które wyszczególniłaś, oczywiście poprawiam bo masz rację, co do innych… Są jakieś ortografy nie wypisane? Znam ten tekst, sprawdzałam go wielokrotnie i nie bardzo jestem w stanie sama znaleźć więcej niż już znaleźliśmy.

Teraz tak, nie odbierz mnie bardzo proszę źle. Szczerze dziękuję za przeczytanie, komentarz i poprawki, wiem że tekst zabrał dużo także Twojego czasu i jestem wdzięczna, naprawdę! Mam jednak “ale”, jeśli jedynym powodem nie dodania do Biblioteki są drobne błędy, które osoba znająca się na rzeczy i widząca je może poprawić, czyli jakby na to nie spojrzeć fakt braku dostępu do fachowej korekty  lub wykształcenia kierunkowego w stronę języka polskiego (bo widać korekta osób luźno powiązanych z językiem polskim nie wystarcza – a bardziej zaawansowanych w otoczeniu nie posiadamy), jest mi z tego powodu przykro. Tak zwyczajnie. Są to rzeczy możliwe do poprawienia, jak już pisałam, jeśli tylko zostaną wyłapane.  Nawet trudno jest, moim zdaniem (regulatorzy: nauczyłam się że nie jest ciężko! ; D) zaliczyć to bezpośrednio do warsztatu twórcy. Niby od tego jest betalista, ale przecież nie można wymagać, żebyś Ty lub regulatorzy, lub inna osoba naprawdę znająca się na temacie, której już z nicka wyszczególnić nie potrafię, betowali wszystko. I tak macie mój ogromny szacunek za to, że dajecie radę czytać! : ) Widzisz więc, wcale nie tylko marudzę ; )

Wracając do sedna i pomieszczenia, gdzie są półki, książki i dużo innych ciekawych rzeczy oraz jeden Duch… Czy jeśli w toku następnych komentarzy znaleźlibyśmy więcej wskazówek odnośnie tego, gdzie i co trzeba poprawić, wpadniesz tutaj i będziemy mogli liczyć, że zastanowisz się nad zmianą ostatecznej decyzji? : )

 

Jeszcze raz ślicznie dziękujemy

/Aeli

 

Czuć było ostrą ironię. Ale dotyczyła ona podsumowania, które, IMO, było już zbędne. Pewnie kwestia gustu.

jeśli jedynym powodem nie dodania do Biblioteki są drobne błędy, które osoba znająca się na rzeczy i widząca je może poprawić, czyli jakby na to nie spojrzeć fakt braku dostępu do fachowej korekty  lub wykształcenia kierunkowego w stronę języka polskiego (bo widać korekta osób luźno powiązanych z językiem polskim nie wystarcza – a bardziej zaawansowanych w otoczeniu nie posiadamy), jest mi z tego powodu przykro.

Wyjaśnijmy kilka rzeczy: moje wykształcenie nie ma nic wspólnego z językiem polskim (no, wszystkie lekcje, zajęcia i wykłady prowadzono w tym języku, ale to koniec podobieństw. Ostatnią lekcję polskiego miałam przed maturą – profil matfiz). A jeśli ja mogłam nauczyć się pisać w miarę poprawnie, to dlaczego inni nie? Zwłaszcza jeśli zaczęli się bawić w pisanie, kiedy byli młodsi ode mnie (bardziej chłonne umysły, te rzeczy), zarejestrowali się na portalu kilka lat wcześniej niż ja i mieli okazję przeczytać tysiące komentarzy Regulatorów pod różnymi tekstami (w tym setki mówiące, że liczby piszemy słownie).

Pewnie każdy gdzie indziej stawia granicę między poważnymi błędami a drobiazgami. Porównajmy dwie rzeczy z mojego poprzedniego komentarza: rodzaj męski miesiąca i koturna. OK, drugi przypadek można uznać za coś nieistotnego; nie używa się tego słowa często, a już w liczbie pojedynczej prawie nigdy, więc można nie zauważyć, że to “ten koturn”, a nie “ta koturna”. Ale miesiąc? Sprawa rozbija się o to, że “półtora”, jak wiele innych liczebników, odmienia się przez rodzaje. Półtorej doby, ale półtora dnia. I nie można na odwrót. Reg za półtorej czegoś rodzaju męskiego skazuje na klęczenie na grochu. ;-)

Jafieli, łapki na serduszka i wyobraźcie sobie, że jesteście nauczycielami i sprawdzacie wypracowania uczniów. Do której klasy można uznać, że praca zawierająca zwrot “dwie miesiące” zasługuje na wyróżnienie?

Interpunkcja. Dobra, czasami jest uznaniowa, ale staram się wszystkie wątpliwości tłumaczyć na korzyść “oskarżonego”. Ale zdarzają się rzeczy, co do których wszyscy powinni być zgodni. Weźmy takie przykłady:

ale macham dłonią dając do zrozumienia, że jeszcze śpię i bredzę

W zdaniach złożonych z imiesłowem przecinek jest konieczny.

-Na co ci dziadku będzie broń, jak nie mamy żołnierzy?

Wołacze, Jafieli, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

pilot przeforsuje pozostałe nam, mniejsze silniki do których części zapasowe mamy w maszynowniach i wykorzystując do dwustu procent ich mocy osadzi statek na powierzchni.

Przecinki po “silniki”, “maszynowniach” i “mocy” – przed “który” (i w wielu zdaniach złożonych z innym spójnikiem).

Ortografy. Starałam się wynotowywać to, co wpadło mi w oko. “Nie ładny” to nie ten sam kaliber co “bżóh”, ale jednak gryzie.

Czy kliknę na B., kiedy już poprawicie wszystkie babole? Raczej nie. Jak wielokrotnie tłumaczyłam (zwłaszcza w kontekście betowania), oceniam ten tekst, który czytam, a nie ten, który powstanie po moich poprawkach.

I wkurza mnie, że setki razy wypisywałam już gdzieś na portalu regułki o liczbach, przecinkach i innych rzeczach, a ciągle zdarzają się starzy wyjadacze, którzy jeszcze żadnej z nich nie przeczytali albo nie przyswoili. Debiutantowi można pewne błędy darować…

Babska logika rządzi!

Zaczynając od neutralnego początku, hm… Ostatnią scenę przemyślimy i zobaczymy, czy coś z tego wyniknie.

 

Co do reszty, przyjmuję do wiadomości, że takie jest Twoje zdanie, ale nie mogę powiedzieć, że się zgadzam.

Wychodzi na to, że oberwało się nam trochę rykoszetem za to, że czytałaś i pisałaś wiele razy komentarze wyjaśniające, jak należy pisać, jak stawiać przecinki, piętnujące liczby w dialogach i inne takie rzeczy. Jednak niezupełnie w porządku, jest mierzenie wszystkich swoją miarą, jakkolwiek podziwiam, szczerze, Twoją aktywność i robotę, którą robisz na portalu.

Poświęciłaś chwilę, żeby spojrzeć na to, kiedy zarejestrowaliśmy się na portalu, lub po prostu zauważyłaś to przelotnie – nieważne. Ale to co piszesz o tysiącach komentarzy, które mieliśmy okazję przeczytać? To, że zarejestrowaliśmy się pięć lat temu nie znaczy, że przez ten czas codziennie, raz w tygodniu lub nawet raz w miesiącu odwiedzaliśmy stronę. Początkowo było to moje konto, Jaaf dołączył dopiero potem, więc mogę spokojnie we własnym imieniu napisać, że były miesiące, kiedy nawet nie pamiętałam, że jest coś takiego jak fantastyka.pl Spójrz proszę na swoją i na naszą ilość komentarzy, bo według mnie, to jest nieco lepszy wskaźnik i dopiero potem wypominaj, ile to mieliśmy okazji, żeby z komentarzy pod innymi opowiadaniami nauczyć się samemu, jak pisać. Każdy reguluje swoją aktywność tutaj inaczej i niestety, nasza jest taka, a nie inna. Jeśli już coś piszemy, jeden tekst zajmuje nam kilka tygodni, jeśli nie dłużej – zależy od długości samego tekstu, a wtedy jesteśmy całkiem wyłączeni z życia. Dlatego to, co już opublikujemy, jest dla nas cenne i właściwie przekreślanie tego ze względu na rzeczy takie jak zła interpunkcja i ograniczona ilość błędów, ale też w większości nie takich oczywistych, jest czymś, co budzi mój/nasz sprzeciw. Oczywiście, sprzeciw to wszystko co możemy wskórać w tym zakresie… No więc, wyrażamy go ; ) Mówisz, że debiutantom można pewne rzeczy wybaczyć… Więc do kiedy ktoś jest dla Ciebie debiutantem? Do pierwszego, drugiego opowiadania? Do pierwszego w Bibliotece? Łatwiej jest utrzymać mniejszy wskaźnik błędów w tekście, który ma 5k znaków, niż 160 k – czy wzięłaś to pod uwagę?

Podałaś swój przykład z nauczeniem się “w miarę poprawnego polskiego”, ja podałam Ci wcześniej nasz i dwóch innych osób, które nie zwróciły uwagi na te babole, które tak Ci poharatały ślepka. Można się doszukać całkiem wielu powodów, dla których tak jest i to niekoniecznie w kontekście ludzkiego lenistwa – a także na przykład, nauczycieli. I ja też byłam na matfizie więc spokojnie ; ) Nie mówię, że nie popełniamy błędów, ani że to dobrze, że je popełniamy – jestem jednak zdania, że błędy to co innego, a tekst, w tym stylistyka co innego i raczej należałoby spojrzeć na nie osobno.

Teraz dalej, do nauczycieli właśnie i łapek na serduszkach. Podałaś być może oczywisty dla Ciebie powód użycia “półtorej miesiąca” i całkiem być może zabawne “dwie miesiące”. Ale proszę zauważ, że “półtorej miesiąca” jest błędem równie potocznym i powszechnym w mowie, jak “ta koturna”. Nie, nie uważam że miesiąc jest rodzaju żeńskiego, ale dotąd nie wiedziałam, że półtora i półtorej nie można stosować zamiennie. Zdarza się – nauczyłam się czegoś z Twojego komentarza i z tego się cieszę. Ale ze względu na pewną różnicę między właściwym błędem, a podanym przykładem, trudno mi jest zakwalifikować się do odpowiedniej klasy i to wcale nie dlatego, że jako hydra nie wiedzieliśmy ile łap i których, na których serduszkach kłaść ; ) I zależy, czy masz na myśli wyróżnienie w konkursie, czy ocenę “dobry”. Bo dotąd myślałam, że biblioteka miała spełniać rolę tego drugiego i grupować teksty dobre i bardzo dobre, podczas gdy celujące dostają piórka.

Finklo, nie mam pojęcia co tłumaczyłaś pod innymi tekstami, ponieważ po prostu tych komentarzy nie miałam okazji czytać. Więc nie unoś się pod tym kątem przynajmniej ; ) Znaczy pod innymi możesz jak bardzo chcesz, ale wolałabym też nie ; D

Poprawki interpunkcyjne postaram się wprowadzić, ale tak ogółem to wybacz ale zwrócę Ci tu uwagę na wg. mnie pułapkę Twojego podejścia – przecież lepiej pisać kolejny tekst, niż poprawiać ten już wrzucony, skoro oceniasz jedynie ten tekst, który czytasz za pierwszym razem, a on już idealny nie będzie : ) A 160 k znaków piechotą nie chodzi, więc szkoda zachodu, żeby pracować nad czymś przekreślonym. Motywujące? Nie bardzo…

 

 

/Aeli

Wychodzi na to, że oberwało się nam trochę rykoszetem za to, że czytałaś i pisałaś wiele razy komentarze wyjaśniające, jak należy pisać, jak stawiać przecinki, piętnujące liczby w dialogach i inne takie rzeczy.

A ja obrywam rykoszetem za to, że napisaliście tekst na 160 kilo znaków, zanim poznaliście regułki ojczystego języka. Można się uczyć na cudzych błędach, można na własnych. Nie chcecie czytać tekstów innych użytkowników i na przykład Regulatorowych komentarzy pod nimi, to nie czytajcie, ale nie miejcie o to pretensji do mnie. Taktyka “rozpoznania terenu walką” niekiedy prowadzi do zaskakujących sukcesów, ale bardzo często do dużych strat. Ryzykowne podejście i tyle.

Dlatego to, co już opublikujemy, jest dla nas cenne i właściwie przekreślanie tego ze względu na rzeczy takie jak zła interpunkcja i ograniczona ilość błędów, ale też w większości nie takich oczywistych, jest czymś, co budzi mój/nasz sprzeciw.

To dlaczego nie doszlifowaliście tekstu przed publikacją? OK, rozumiem, że termin konkursu gonił. Ale nie czuję się temu winna. Rozumiem, że nie chcieliście nic zmieniać po północy 9 marca. Gorąco popieram takie podejście. Ale teraz, skoro juror już przeczytał i ocenił, chyba można było poprawić przed publikacją.

Co do ograniczonej liczby (btw, nie ilości) błędów, to kiedy pisałam maturę, dyskwalifikowały trzy ortografy, włącznie z pisownią nie z różnymi częściami mowy, a może nawet literówkami. Niezależnie od długości wypracowania. Trzy byczki i pała; dziękujemy, do zobaczenia w przyszłym roku. Wydaje mi się, że od ludzi z aspiracjami pisarskimi można wymagać więcej niż od licealisty.

Więc do kiedy ktoś jest dla Ciebie debiutantem?

Dopóki nie zacznę kojarzyć nicku. Nijak się nie łapiecie. :-)

Łatwiej jest utrzymać mniejszy wskaźnik błędów w tekście, który ma 5k znaków, niż 160 k – czy wzięłaś to pod uwagę?

Tak, wzięłam. Dlatego nie czepiałam się literówek, które też macie.

jestem jednak zdania, że błędy to co innego, a tekst, w tym stylistyka co innego i raczej należałoby spojrzeć na nie osobno.

Przecież napisałam osobno, że poza wykonaniem, stworzyliście bardzo ciekawy tekst. Ale klik na Bibliotekę to zmienna zero-jedynkowa; albo tak, albo nie, decyduje całokształt. Każdy ma własne kryteria, który tekst się kwalifikuje. Mojej poprzeczki nie przeskoczyliście.

Podałaś być może oczywisty dla Ciebie powód użycia “półtorej miesiąca” i całkiem być może zabawne “dwie miesiące”. Ale proszę zauważ, że “półtorej miesiąca” jest błędem równie potocznym i powszechnym w mowie, jak “ta koturna”.

To są dwie strony jednej monety: “półtorej miesiąca” to dokładnie taki sam błąd jak “dwie miesiące”. Tylko jeden jest rozpowszechniony, a drugi znika gdzieś na przełomie przedszkola i podstawówki. Ale powszechność wcale nie sprawia, że robi się mniej błędny. Jeśli gdzieś kiedyś wszechwiedzący narrator zacznie pisać “poszłem”, to też uznam to za babol.

Ja “półtorej miesiąca” mogę zwalczać, powtarzając do znudzenia, że jednak półtora i nie kierując tekstów z bykiem do Biblioteki, która ma stanowić wizytówkę portalu i w której domyślnie ląduje ktoś, kto kliknie na “opowiadania”.

przecież lepiej pisać kolejny tekst, niż poprawiać ten już wrzucony, skoro oceniasz jedynie ten tekst, który czytasz za pierwszym razem, a on już idealny nie będzie : ) A 160 k znaków piechotą nie chodzi, więc szkoda zachodu, żeby pracować nad czymś przekreślonym. Motywujące? Nie bardzo…

Nie jestem jedynym bibliotekarzem na portalu. A chyba pierwszym, który przeczytał tekst (nie licząc bet). Regulatorzy i Adam odgrażali się, że też przeczytają. Poprawcie szybciutko, ile błędów zdołacie znaleźć, to może się załapiecie na ich kliknięcia.

Babska logika rządzi!

Hm… Hm, hm. Myślę, że obie pokłapałyśmy ząbkami, to teraz możemy plumknąć noskiem jedna drugą i rozejść się w pokoju, chociaż i tak z różnicą zdań. Będzie więc bez dyskutowania i króciutko w ramach wyjaśnień tam, gdzie się chyba nie w pełni zrozumiałyśmy ; )

 

Co do ograniczonej liczby (btw, nie ilości) błędów, to kiedy pisałam maturę, dyskwalifikowały trzy ortografy, włącznie z pisownią nie z różnymi częściami mowy, a może nawet literówkami. Niezależnie od długości wypracowania. Trzy byczki i pała; dziękujemy, do zobaczenia w przyszłym roku. Wydaje mi się, że od ludzi z aspiracjami pisarskimi można wymagać więcej niż od licealisty.

 

Hm, inna matura, my oboje jeszcze inna każde, jeśli to jest jakiś wyznacznik. Ale także czego innego poszukujemy w tekstach. Zgodzę się, że od osób z aspiracjami pisarskimi można wymagać więcej, niż od licealisty, ale to więcej rozumiem jako pomysł i gładkość posługiwania się językiem, czyli coś, czego nikt inny nie może w danym temacie zastąpić, indywidualny styl. Więc chyba wygląda na to, że wszystko poszło o kwestie gustu, a o gustach się podobno nie dyskutuje ; )

 

Dopóki nie zacznę kojarzyć nicku. Nijak się nie łapiecie. :-)

… W sumie to nam bardzo miło ; D Jakkolwiek tym razem przemówiło to na naszą niekorzyść ; )

Tak, wzięłam. Dlatego nie czepiałam się literówek, które też macie.

Trochę szkoda : ( Bo od samego początku w najmniejszym stopniu nie chodziło mi o to, że się czepiasz. Naprawdę cenimy wszystkie otrzymane poprawki, zwłaszcza że skoro jest do nich podstawa, znaczy nie wyłapaliśmy tego i mała szansa, że wyłapiemy sami. Bo tak ogólnie wiem, że “nieładnie” pisze się razem, tyle że czasem z tej wiedzy nic nie wynika. “Nie widzę” błędu i tyle.

 

Przecież napisałam osobno, że poza wykonaniem, stworzyliście bardzo ciekawy tekst.

I właśnie z tego bardzo się cieszymy, a jednocześnie dlatego wywiązała się ta cała dyskusja ; D Ryszardowi przecież trójkę odpuściłam prawie bez marudzenia poza tym, że nadal nie wiem o co mu tak właściwie chodziło (poza nudnawe, bo to załapałam). Nie chodzi o to, że jestem przekonana, że każdy nasz tekst jest dobry, ani nic w tym rodzaju. Po prostu mamy inne postrzeganie pewnych “wartości”. Teraz widzę o co Ci chodzi, tak jak być może Ty widzisz, o co chodzi mnie (lub nie). Nie zgadzam się, tak jak Ty nie zgadzasz się ze mną, ale akceptuję i truć na przyszłość nie będę, bo już wiem. Ale przemaglować trzeba było.

Ja “półtorej miesiąca” mogę zwalczać, powtarzając do znudzenia, że jednak półtora i nie kierując tekstów z bykiem do Biblioteki, która ma stanowić wizytówkę portalu i w której domyślnie ląduje ktoś, kto kliknie na “opowiadania”.

Dlatego przecież “półtorej” i parę innych straszaków ostało się jedynie w naszych komentarzach ; ) Dlatego też zapytałam, czy wrócisz potem, a nie “ejj, te błędy wcale nie straszą, nikt nie zauważy”. Mówisz że nie? Ok, każdy ma swoje zasady, które zresztą wyjaśniłaś, i które nie każdemu muszą się podobać, więc myślę, że czas okopać się na pozycjach, bo im głębiej tym cieplej i poszukać miłego, zimowego przetrwalnika (zestaw Koc, Kakao, Kot) : ))

 

/Aeli

O, no to już się chyba porozumiałyśmy.

Może jeszcze dołożę w ramach wyjaśnień, że jeśli tekst przed wprowadzeniem moich poprawek nie kwalifikuje się do B., a po już tak, to klikając, oceniałabym własny wysiłek, a to trochę nie bardzo… :-)

No to skutecznego wykorzystania zestawu KKK. :-)

Babska logika rządzi!

Ostatni element zestawu z dużym upodobaniem przeszkadza mi w pracy i wtyka mordkę do dzbanka z wodą, więc trudno mi ocenić jak z tą skutecznością wykorzystania jest ; P

 

Co do tekstu – czytam go jeszcze raz od początku, starając się “czytać”, a nie “pamiętać” i “patrzeć”, chociaż łapię się momentami na obu. Poprawiam na podstawie tego, co pisałaś powyżej, jakoś może wyjdzie. Postępy pracy poniżej:

 

1/6

 

Edycja: Idzie powoli.

Edycja: Na papierze, bo inaczej mi w oczkach wszystko pływało, skończone. Czas zacząć przenoszenie : ) Wypisał mi się mazak i jeden cienkopis ; (( … Chociaż w sumie to starutkie były, więc trudno się dziwić ; P

 

/Aeli

Popieram Finklę, tekst nieczytelny – nie doczytałem, bo się zmęczyłem, a to wina autora.

Nietypowe wprowadzenie tylu imion na początku nie do ogarnięcia, choć zauważyłem próby autora, by było.

Dialogi – momentami dobre, nawet realistyczne (w takiej grupie ciężko o czytelność przekazu), ale zazwyczaj zagmatwane.

Opisy przeżyć wewnętrznych bohatera – najlepsze, bo mogą być takie.. nie do końca jasne.

Akcja – (dotrwałem do zbierania się po rozbłysku) chaotyczna i obawiam się, ze nie jest to celowy zabieg.

budowa zdań i ich sens (pomijając przecinki) jest słaba– np pierwsze losowe z brzegu:

Z gabinetu Lashay do trzeciego sektora kwater, w którym znajduje się mój pokój jest mniej niż kwadrans leniwego powłóczenia noga za nogą.

trzeci sektor kwater – czy ta informacja ma znaczenie, że jest ich tyle?

jego pokój się tam znajduje – czy to ma znaczenie?

czy, że kwadrans – ma to znaczenie?

mniej niz kwadrans – czy znaczy ze prawie kwadrans, czy 5 minut?

najlepsze w tym zdaniu jest “leniwe…”

jeżeli cały zapis ma urealnić wielkość statku i ilość załogi, to można to inaczej

 

 

 

Ignorancja to cnota.

Finkla: Uff, zajęło to trochę, ale poprawione. Stwierdzam, że na papierze widzę zdecydowanie więcej, niż na monitorze, chociaż pewnie i tak nie wszystko. Zaprzecinkowałam imiesłowy, oraz część wstawek, tutaj nie wiem czy potrzebnie.  Ogólnie, poprawiłam kilka literówek, parę słów i zdań usunęłam, inne dodałam, ale to zmiany kosmetyczne. 

Gdybyś miała chwilę zerknąć, zmieniłam minimalnie końcówkę i ciekawa jestem, jak zmieniła się w Twoim odczuciu : )

 

Katastrof VII: Dziękujemy za komentarz, chociaż szkoda, że nie doczytałeś do końca.  Cieszę się, że przynajmniej część dialogów wyszła realistycznie. Jeśli chodzi o chaotyczność, w moim odczuciu przynajmniej po części spowodowana jest narracją pierwszoosobową, w której postać na bieżąco mówi, co się dzieje. Nie ma “czasu” na uporządkowanie tego, dlatego spójność może cierpieć kosztem dynamiki. 

Jeśli chodzi o pytania, czy dana rzecz ma znaczenie – a skąd wiesz/dlaczego zakładasz, że nie ma? Wszystko, zawsze da się napisać inaczej, jednak świat bez szczegółów wydaje mi się nieco zubożały, nawet jeśli zyskuje na tym wyrazistość przekazu. Akurat tutaj zdecydowaliśmy się umieścić w zdaniach większą liczbę wstawek, rozumiem jednak, że Tobie się ten zabieg nie spodobał.

mniej niż kwadrans – czy znaczy ze prawie kwadrans, czy 5 minut?

Przecież myśląc, nie podaje się konkretnych wartości “No, za trzynaście minut będę na miejscu”, jeśli nie są one stałe i wiadome. Naturalne wydaje mi się, że skoro “pomyślał” – mniej niż kwadrans – znaczy mniej niż piętnaście minut, ale więcej niż kolejny, często używany próg, czyli dziesięć minut. Bo inaczej pomyślałby analogicznie – mniej niż dziesięć minut, mniej niż pięć minut.

 

/Aeli

Przeczytałam, a właściwie przebrnęłam.

Pech, z początku wydał mi się nawet zajmujący i czytałam z przyjemnością, ale im dalej wnikałam w treść, tym bardziej zaczynałam się gubić, a tym samym przyjemność stawała się coraz mniejsza. Mieszało mi się kto z kim, dlaczego, na jakiej zasadzie i w związku z czym. Zakończenia chyba w ogóle nie zrozumiałam.

Pewnie na taki odbiór miało wpływ czytanie na raty, ale Pech jest dość długi i, niestety, nie udało mi się wygospodarować tyle czasu, bym mogła go poświęcić na przeczytanie całego opowiadania w jednym podejściu.

Dodam jeszcze, że bardzo mnie rozpraszały i utrudniały lekturę liczne usterki. Nie poprawiłam wszystkiego; zostało całkiem sporo zdań, które chyba wymagają przeredagowania.

 

-Wi­ta­my śpią­cą kró­lew­nę. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Dzię­ki Ha­lvar, panie dru­gi-in­ży­nie­rze.Dzię­ki Ha­lvar, panie dru­gi in­ży­nie­rze.

 

a ja muszę tylko pil­no­wać, żeby nie prych­nąć śmie­chem. – Raczej: …a ja muszę tylko pil­no­wać, żeby nie parsknąć śmie­chem.

 

Biorę głę­bo­ki od­dech, a potem jesz­cze jeden. – Oddech to wdech i wydech. Można głęboko oddychać, można głęboko nabrać powietrza, można wykonać głęboki wdech, ale nie można wziąć głębokiego oddechu.

 

Pod­li­czo­ny stan za­ło­gi – 63%.Pod­li­czo­ny stan za­ło­gi – sześćdziesiąt trzy procent.

Liczebniki zapisujemy słownie; nie używamy symboli.

 

Pot klei mu do czasz­ki ko­smy­ki ciem­nych wło­sów i spły­wa struż­ka­mi po twa­rzy. – Nie miał skóry na głowie? Tylko czaszka i włosy?

 

wy­sy­pu­ję na język nie­ca­łe dwa­dzie­ścia gram zja­dli­wie żół­te­go prosz­ku. – …wy­sy­pu­ję na język nie­ca­łe dwa­dzie­ścia gramów zja­dli­wie żół­te­go prosz­ku.

 

-Na co ci dziad­ku bę­dzie broń, jak nie mamy żoł­nie­rzy? – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

po­pie­rał uchwa­ły mar­szał­ka, który za­sta­na­wiał się nam wzię­ciem ich pod ści­sły nad­zór. – Literówka.

 

Do­ska­ku­ję do niego i łapię za broń.Do­ska­ku­ję do niego i łapię broń.

 

Sta­lo­wy uścisk za­ci­ska się na moim nad­garst­ku… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Sta­lo­wy chwyt za­ci­ska się na moim nad­garst­ku

 

po­za­my­ka w roz­rzu­co­nych po stat­ku po­miesz­cze­niach. Wy­ko­rzy­sta po­par­tą odro­bi­ną na­ci­sku per­swa­zję, żeby zmu­sić per­so­nel do wpro­wa­dze­nia stat­ku na po­wrot­ny kurs, a kiedy już mu się uda, nie bę­dzie nawet mu­siał trzy­mać ich dalej w za­mknię­ciu. Próba po­now­ne­go skie­ro­wa­nia stat­ku na Enerę… – Powtórzenia.

 

ka­mi­zel­ki, które zmniej­sza­ją, bądź cał­kiem ne­gu­ją dzia­ła­nie pa­ra­li­za­to­rów. – Nie znam się ani na kamizelkach, ani na paralizatorach, ale zastanawiam się, czy kamizelka może cokolwiek negować…?

Może: …ka­mi­zel­ki, które zmniej­sza­ją, bądź cał­kiem neutralizują/ eliminują dzia­ła­nie pa­ra­li­za­to­rów

 

Moją uwagę przy­ku­wa­ją gło­śne, do­bie­ga­ją­ce z bli­ska zza moich ple­ców ude­rze­nia… – Czy oba zaimki są niezbędne?

Często i dość gęsto nadużywacie zaimków.

 

-Wie­dzia­łem, że gdzieś pod tą przy­kryw­ką cioty na­uko­wej jest w tobie facet! – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

ol­brzym od­chy­la maskę, spod któ­rej wy­ła­nia się jego lekko osmo­lo­ne, ra­do­sne ob­li­cze. – Czy spod maski olbrzyma mogłoby się wynurzyć cudze oblicze?

 

– Nie dzie­cia­ku, to … ra­czej nie dla cie­bie. – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

I wy­ko­na­łeś kon­struk­cję jak padły?I wy­ko­na­łeś kon­struk­cję jak padły?

 

Spo­dzie­wa­łam się dzie­się­ciu, góra pięt­na­stu ludzi ko­man­do­ra… – Czy pan profesor istotnie się spodziewała?

 

do­wód­ca zwra­ca się w naszą stro­nę. – Nie ład­nie. – …do­wód­ca zwra­ca się w naszą stro­nę. – Nieład­nie.

 

Razem cał­kiem po­waż­na siła, a jesz­cze go­rzej, jeśli ma jesz­cze kogoś po­śród cy­wi­li. – Powtórzenie.

 

Nie, żeby panu za­prze­czał ko­man­do­rze.Nie, żebym panu za­prze­czał, ko­man­do­rze.

 

– … trzy, kurwa! – wy­krzy­ku­je dziew­czy­na… – Zbędna spacja po wielokropku.

 

uzu­peł­nia go­rącz­ko­wo wywód brata Mo­re­en. – Raczej: …Moreen uzu­peł­nia go­rącz­ko­wo wywód brata.

 

Nie ważne zresz­tą. Uf, wy­lą­du­je­my.Nieważne, zresz­tą. Uf, wy­lą­du­je­my.

 

– Pew­nie ka­mień. Po­dob­no takie zda­rza­ją. – Czym są te, które podobno zdarzają?

 

Barie trzy­ma ko­men­dę 220% w go­to­wo­ści! – Liczebniki zapisujemy słownie, nie stosujemy symboli.

 

wodzę wzro­kiem za in­ży­nie­rem. W końcu jego wzrok pada na model na­sze­go stat­ku… – Powtórzenie.

 

obej­ście Skocz­na na pie­cho­tę za­ję­ło­by nam cały dzień… – …obej­ście Skocz­ka pie­cho­tą za­ję­ło­by nam cały dzień

 

i z sie­dem­dzie­się­ciu-pro­cen­to­wym praw­do­po­do­bień­stwem okre­ślić ro­dzaj urzą­dze­nia… – …i z sie­dem­dzie­się­ciopro­cen­to­wym praw­do­po­do­bień­stwem okre­ślić ro­dzaj urzą­dze­nia

 

ja je­dy­nie ogra­ni­czam się do otwar­cia oczu, in­ży­nier bie­rze głę­bo­ki od­dech. – Już wiemy, że nie można wziąć głębokiego oddechu.

 

i ge­ne­ral­nie, po­ło­żyć kupę złomu do po­zio­mu. – …i ge­ne­ral­nie, po­ło­żyć kupę złomu do po­zio­mu.

 

Do boków przy­spa­wać sil­ni­ki głów­ne, któ­rych na­praw­dę prze­pro­wa­dzi się rów­no­le­gle z ope­ra­cja­mi na resz­cie stat­ku. – Chyba miało być: …któ­rych na­praw­ę prze­pro­wa­dzi się rów­no­le­gle

 

– Ge­ne­ral­nie i tak bę­dzie za­ba­wy z roz­pro­wa­dze­niem po­wie­trza… – Literówka.

 

przy­dzie­lam do od­dzia­łu więk­szość żoł­nie­rzy, która w ogól­nym roz­ra­chun­ku, opo­wie­dzia­ła się za lą­do­wa­niem. – Opowiedzieli się żołnierze, więc: …przy­dzie­lam do od­dzia­łu więk­szość żoł­nie­rzy, którzy, w ogól­nym roz­ra­chun­ku, opo­wie­dzieli się za lą­do­wa­niem.

 

nie zwra­cam uwagi na szem­ra­ne opi­nie, które roz­cho­dzą się po Skocz­ku… – …nie zwra­cam uwagi na szepta­ne opi­nie, które roz­cho­dzą się po Skocz­ku

 

moja za­ło­ga może je­dy­nie zalec po po­miesz­cze­niach… – Raczej: …moja za­ło­ga może je­dy­nie zalec w po­miesz­cze­niach

 

Zanim zdą­żam się pod­nieść i po­wlec do kwa­ter, któ­rych nie zmie­ni­łem mimo zmia­ny sta­no­wi­ska… – Ile kwater zajmuje profesor?

 

Do­słow­nie, zwa­la­ją­cą z biur­ka. Tra­fio­ny chło­pak przez chwi­lę jesz­cze macha rę­ka­mi w po­wie­trzu i z hu­kiem zwala się na zie­mię. – Powtórzenie.

 

szan­se ob­li­czy­li­śmy na 12%. – …szan­se ob­li­czy­li­śmy na dwanaście procent.

 

Jedna ma au­tyzm, druga jest głu­cho-nie­ma… – Jedna ma au­tyzm, druga jest głu­chonie­ma

 

No, jest już tylko 112.No, jest już tylko sto dwanaście.

 

i tylko 8 go­dzin w 28 go­dzin­nej dobie… – …i tylko ośmiu go­dzin w dwudziestoośmiogodzinnej dobie

 

mojej, ostat­nio dość nie­za­chwia­nej wie­rze w ge­niusz i farta bliź­nia­ków… – …mojej, ostat­nio dość nie­za­chwia­nej wie­rze w ge­niusz i fart bliź­nia­ków

 

Na tyle, że­by­śmy mogli zna­leźć na któ­rymś po­kła­dzie kom­pu­ter, który bliź­nia­ki zdo­ła­ją na­pra­wić… – Powtórzenie.

 

nic poza tym, nie ważne jak bar­dzo byś chcia­ła. – …nic poza tym, nieważne jak bar­dzo byś chcia­ła.

 

Kiedy trzę­sie­nie mija, dziew­czy­na od­ry­wa się od niego… – Odrywa się od trzęsienia? ;-)

 

Tego dnia że­gna­my sześć ko­lej­nych osób, a ich śmierć do­le­wa oliwy do prze­ta­cza­ją­cej się po Skocz­ku smo­li­stej rzeki pecha. – To zdanie nie ma racji bytu. Nie można dolewać oliwy do rzeki pecha, choćby i rzeki smolistej.

Wy­ra­że­nie dolewać oliwy do ognia, jest bowiem związ­kiem fra­ze­olo­gicz­nym, czyli formą usta­bi­li­zo­wa­ną, utrwa­lo­ną zwy­cza­jo­wo, któ­rej nie ko­ry­gu­je­my, nie do­sto­so­wu­je­my do współ­cze­snych norm ję­zy­ko­wych ani nie ad­ap­tu­je­my do ak­tu­al­nych po­trzeb pi­szą­ce­go/ mó­wią­ce­go.

 

No w sumie to cięż­ko po­wie­dzieć.No w sumie to trudno po­wie­dzieć.

 

Ist­nie­je 74,5% szan­sy że po 3,5 mie­sią­ca od­ci­na­nia ogona, w 1,5 mie­sią­ca uwi­nie­my się z sil­ni­ka­mi!Ist­nie­je siedemdziesiąt cztery i pół procent szan­sy, że po trzech i pół mie­sią­cach od­ci­na­nia ogona, w półtora mie­sią­ca uwi­nie­my się z sil­ni­ka­mi!

 

ale za śro­dek znie­czu­la­ją­cy będą mu­sia­ły robić sa­mo­go­ny. – …ale za śro­dek znie­czu­la­ją­cy będzie mu­sia­ł robić sa­mo­go­n.

 

Nie­dba­le na­dmu­chu­je balon z gumy do życia… – Literówka.

 

Ha­lvar na­uczył mnie pro­wa­dzić spe­cjal­nie na oka­zję… – Ha­lvar na­uczył mnie pro­wa­dzić spe­cjal­nie na oka­zję

 

która skró­ci­ła­by choć tro­chę pie­kiel­ną po­dróż. – …która skró­ci­ła­by choć tro­chę pie­kiel­ną po­dróż.

 

Kiedy na ho­ry­zon­cie po­ja­wia ma­syw­ny zarys wraku… – Pewnie miało być: Kiedy na ho­ry­zon­cie po­ja­wia się ma­syw­ny zarys wraku

 

W końcu, mimo że łazik mknie cały czas z pręd­ko­ścią żół­wia, do któ­re­go jest zresz­tą po­dob­ny, do­cie­ra­my do celu i mil­czą­cą gro­mad­ką wy­sy­pu­je­my się z ła­zi­ka. – Powtórzenie.

 

Nie ma w nich ani odro­bi­nę ra­do­sne­go pod­de­ner­wo­wa­nia.Nie ma w nich ani odro­bi­nę ra­do­sne­go pode­ner­wo­wa­nia.

 

zde­to­nu­ją coś, żeby przy­cią­gnąć uwagę sa­te­lit. – …zde­to­nu­ją coś, żeby przy­cią­gnąć uwagę sa­te­litów.

 

że kie­dy­kol­wiek do­tar­li­śmy na pla­ne­tę. – …że kie­dy­kol­wiek do­tar­li­śmy na pla­ne­tę.

 

Nie ład­nie, nie ład­nie. – ol­brzym z dez­apro­ba­tą kręci głową.Nieład­nie, nieład­nie. – Ol­brzym z dez­apro­ba­tą kręci głową.

 

Za­my­kam tę hi­sto­rię ni­czym nie­opa­trze­nie otwar­tą pusz­kę pan­do­ry.Za­my­kam tę hi­sto­rię ni­czym nie­opa­trznie otwar­tą pusz­kę Pan­do­ry.

 

po­dzi­wia­my sie­dząc na most­ki. – Literówka.

 

luź­nej blu­zie i je­an­sach są bliź­nia­ka­mi… – …luź­nej blu­zie i dżin­sach, są bliź­nia­ka­mi

Używamy formy spolszczonej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na pewien czas schowałam tekst do kopii roboczych, żeby na spokojnie wprowadzić poprawki, teraz wraca do poczekalni : ) Pewnemu przemodelowaniu uległo zakończenie.

 

Regulatorzy: Dziękujemy serdecznie za wypunktowanie – wprowadziłam wszystko, poza tym związkiem frazeologicznym. Moim zdaniem narracja pierwszoosobowa powinna dopuszczać tego typu zabiegi, ponieważ jest to sformułowanie postaci, która ma swój odrębny charakter i może mieć również własne zapatrywania na kwestie językowe – to tak jak z poprawnością w dialogach. Nie zawsze można oczekiwać, żeby “postać” mówiła w pełni poprawnie pod każdym względem. 

 

/Aeli

Nowa Fantastyka